Trylogia napoleońska: Huragan - Rok 1809 - Szwoleżerowie gwardii - Wacław Gąsiorowski

Kup ebooka

12.90 zł
11.09 zł (11,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rok 1809

Bardziej się temu potomne wieki dziwować aniżeli wierzyć będą.

A. Chryz. Załuski, biskup

 

I

 

Była zima roku 1809. Mróz po kilkodniowej odwilży wrócił silniejszy. Wpółroztopione śniegi, kałuże a sople zaskoczył znienacka, przejął wskroś, szklistymi powłokami okrył, każdą spływającą kroplę wody w drodze zatrzymał, w perłę lodową zmienił. Jakby był dlatego na dni kilka odszedł, aby powrócić zbrojny w mocniejsze północnych wiatrów podmuchy, cięższe do przełamania okowy.

Mróz lutowy, mróz brodacz, każdą chatę strojący w stalaktytowe sople, śniegowe kożuchy zlewający w tafle, bardziej zawzięty, dokuczliwy, bo zjawiający się niespodziewanie po łudzącej ciepłem odwilży.

Luty miesiąc - luty mróz.

Mroki wieczorne otulały dwory i dworki Ostrowa, rozpalały w oknach światełka, zapraszały do ognisk przy kominkach, niewymyślne miasteczko podlubelskie spowiły ciszą głęboką. 

Dziewczęta ustawiały kołowrotki, chłopcy opatrywali koziki do drewien strugania, a starce już sunęli ku wygotowanym dla nich siedzeniom. Lada chwila miały się zerwać pieśni, wspominki lat dawnych, szeptem prawione dzieje przeszłości, lękliwe o ostatnich wydarzeniach uwagi. Ostrów bowiem na początku roku 1809 był po dawnemu, po rozbiorze Rzeczypospolitej, pod władaniem Austriaków. Księstwo Warszawskie, które cesarz Napoleon ustanowił, nie objęło ani ziemi lubelskiej, ani Sandomierza, ani Zamościa, bo w ogóle jeno składało się z tej cząstki dawnej Polski, którą rządzili Prusacy. Stąd Ostrów tęsknił do swobód Księstwa Warszawskiego a jęczał, bo podówczas Austriacy w srogości z Prusakami szli w zawody. 

Kiedy tak Ostrów do owych gawęd się sposobił a ogniskami w okienkach kamieniczek i domków mrugać zaczął, jeden tylko dworek dostatni imć pana Tadeusza Zabielskiego tonął jeszcze w ciemności. 

Tam snadź nie pożądano ani rozgwaru, ani opowieści. Oto trzy tygodnie upłynęło ledwie od chwili, gdy dworek ten był świadkiem przenosin młodego pana Tadeusza - trzy tygodnie, gdy dźwięczały tu wiwaty, a rynek ostrowiecki wypełniały bryki i kałamaszki przybyłych z okolicy gości weselnych. Przed kilku dniami zaledwie wyciągnął dopiero imć pan Bonawentura Głuski, rodzic pani Tadeuszowej, zabierając ze sobą do Jastkowa drugą córkę, pannę Marysię. 

Długie było a serdeczne pożegnanie. Pan Bonawentura chrząkał, burczał a tabakierką trzaskał, pani Tadeuszowa łzami się zalewała ostatnie zamieniając uściski z siostrą. Ale kiedy już konie sprzed ganku ruszyły, a młodzi zostali sami, jakoś i smutek prysł, i tęsknoty zabrakło. 

Życie im było snem czarownym, chwila każda, spędzona przez imć pana Tadeusza w kancelarii nad papierami - niepowetowanym uszczerbkiem. 

Niekiedy pan Zabielski wracał z magistrackiego domku zasępiony - ale jeden uśmiech Janki wypogadzał jasne jego czoło i wesele wracało. Niekiedy znów Janka wspominała na siostrę, na tęsknicę jej za zmówionym, a od lat dwóch blisko przepadłym na Staszkiem Gotartowskim łiżałość zdejmowała dobre serduszko pani Tadeuszowej, i płakać się chciało, że Marysia tyle smutku w tej samej chwili zaznaje. Gdy jednak pan Tadeusz rozterkę spostrzegał a przemówił - żałość rozpływała się, nikła. 

Tego atoli wieczora imć pan Zabielski wrócił do gniazdka swego bardziej niż zwykle zadumany. Janka w lot pochwyciła zmarszczki na czole. 

- Jesteś nareszcie!... Niedobry! Czekałam dziś tak długo! 

- Januś moja, widzisz, pilne sprawy! 

- Wiem, wiem!... Tylko mi waćpan o nich nie myśl... Siadaj tu przy mnie! Jeszcze chmurny?! Takie waćpan ma dla mnie zachowanie?! Proszę się wysumitować! 

- Kochanie ty moje!... Ot, kłopot... czasem przychodzi samochcąc. 

- Więc to tak jegomość sobie poczyna? Za nic respekt należny? 

- Janusiu! Co ci przychodzi! 

- Ja... ja muszę wiedzieć... wszystko muszę wiedzieć... bo jak ciebie ma frasować, to i mnie także... 

- Januś moja! Co tobie po tym! No, ale chcesz... chociaż, czy ciebie to obejdzie? 

- Musi! - ucięła z powagą pani Zabielska. 

- Więc słuchaj! Przyszedł dziś papier z Sandomierza od generała Egermana o ułożenie rozpisu na pobór rekruta. Nakaz pilny, przebąkują coś jakby o nowej wojnie!... Ciężko!... 

- Prawda! - westchnęła pani Zabielska wspomniawszy na Marynię. 

- Nie po sercu mi taki rozpis! Roku nie ma, jak na tej burmistrzówce osiadłem, ledwie co mieszczan poznałem bliżej, a tu ciągaj ich, wódź się, a w duszy się nie dziw, że im do białych mundurów niepilno! Wybrali nam oni przecież nie tak dawno tysiące ludu! Teraz znów! A przy tym ta wojna nowa!... Już ci nie trzeba się długo namyślać z kim! Bez Napoleona się nie obejdzie... a bez naszych z Księstwa także! I co? Swój swego będzie mordował! Złe!... 

- Złe, źle - przytwierdziła Janka. 

- Ot i frasunek! Jest czego, tu obowiązek niewoli, a tu żal zdejmuje. Weź Piętków - poczciwi ludziska mają dwóch synów, podobno chcieli do Warszawy się przebierać. Rodzice uprosili, a teraz przyjdzie na nich! 

- Niech się salwują! 

- Ba! Właśnie, ale im niebezpieczeństwo ani w głowie! Kto ich uprzedzi? 

- Ja! - zakonkludowała energicznie pani Zabielska. 

- Januś! Zastanów się! Myśleć o tym niepodobna - gardłowa sprawa! Pieczęć tajemnicy!... Prócz mnie, pułkownika i komisarza 

Mólskiego nikt o tym nie wie i wiedzieć nie może, dopóki werbunkowych oddziałów nie rozpuszczą! A wówczas będzie za późno!... 

- Trzeba więc teraz koniecznie! - upierała się Janka. - Szkoda Piętków! 

- Szkoda, lecz nie ma sposobu! Z pułkownikiem może by się udało, bo to dobry człek w gruncie rzeczy, lecz na Mólskiego nie ma sposobu. Człowiek mi nieszczery, czytam w jego każdym wejrzeniu! Podobno ja mu popsułem szyki. On o toż samo burmistrzostwo zabiegał w Rządzie Cyrkularnym Lubelskim i gdyby nie wstawiennictwo pana Józefa Podhorodeńskiego, to pan Domański nic by nie wskórał! Mólski żadnej mi krzywdy nie wyrządził, lecz nie ufam mu!... Niechby podejrzenie padło - wzięliby do fortecy i mnie, i na starych rodzicach Piętków by się mścili! Nie, nie!... Ot, nieszczęście naszło! Chociaż, kto wie, może się jeszcze co zmieni. A może lepiej, by wojna była. 

Janka zadumała się smutnie. 

Pan Tadeusz ciągnął jakby do siebie: 

- Podobno takich niepewnych czasów dawno nie bywało! Kto ich wie zresztą! Papier lakoniczny bardzo! Ale, ale... Januś moja! Przepomniałem! Toż pułkownik do nas się dzisiaj zaprosił na wieczerzę. Należy go przyjąć poczciwie. Niemiec nam życzliwy... 

Janka porwała się jak łania spłoszona. 

- Nic mi nie powiedziałeś. 

- Daruj! Ot, masz, zagadaliśmy się. Lecz przecież czym chata bogata! 

W tejże chwili wbiegł do alkierza pacholik z wieścią, że pułkownik von Wassenfeld już przyszedł. Janka wysunęła się do izby czeladnej, pan Tadeusz zaś wyszedł naprzeciw gościa i pomógł mu z płaszcza i pasów się uwolnić. 

- Mein Gott! Mein Gott! Mój Boże! Mój Boże! - mruczał pułkownik strzepując szronem zaszłe wąsiska. - Panie Zabielski, jaki mróz! Brr!... Jeszcze takiego nie pamiętam!... 

Zabielski powiódł gościa do obszernej, widnej izby na prawo, usadowił na krześle i zawołał na pachołika. Ten zawczasu przygotowane drewna w kominku ułożył i skrzesał ognia. Jasny płomień buchnął wesołym trzaskiem, oświetlając izbę a miłym ciepłem przejmując. 

- O! Oh! Panie Zabielski, panie burmistrzu!... - zaczął po chwili Wassenfeld. - Co to za rozkosz tak siedzieć w ciszy i spokoju!... Pan tego nawet ocenić nie potrafisz... ale ja! Ile razy brakło nam w polu takiego kącika! Ile razy dałoby się pół życia za takie schronisko! 

- Służba wojskowa ciężka! - zauważył pan Tadeusz... - Bardzo! Bardzo ciężka - wzdychał pułkownik. - Jeszcze póki człowiek młody, to się rwie do niej... ale potem... pusto!

Pułkownik zamyślił się. 

- Prawda, prawda! - potwierdził młody gospodarz domu.

- Tyle lat ciągłych przemarszów. 

- I... i... dodaj: ciągłego niepowodzenia! Przegrana bitwa demoralizuje nie tylko żołnierza, ale i oficerów... zniechęca, budzi brak zaufania. A myśmy mieli przegranych bitew aż za wiele! Myślisz, że nasze wojsko było kiedy gorsze, mniej sprawne, gorzej zaopatrzone? Nigdy! Francuzi nie mieli ani takiej artylerii, ani takich grenadierów, ani takich strzelców jak nasi, tyrolscy... Ich przewaga - to jeden może Bonaparte... 

- No i marszałkowie... 

- Hm! Zapewne! Pod takim wodzem... Zresztą, powodzenie... daje pewność siebie! Krótko mówiąc, mieliśmy dawniej wszystko... prócz dowódców! Ale teraz... trudniej byłoby o Marengo, o Austerlitz, nawet o Hohenlinden! 

Wassenfeld targnął z fantazją temblakiem, że aż pałasz zadzwonił, i dodał z przekonaniem: 

- To jest, może się Marengo powtórzyć, ale nie dla nas! Nie dla nas!... 

- Pułkowniku! - zagadnął żywo Zabielski. - Tak mówisz dziwnie! Przecież teraz, gdy o zerwaniu traktatu mowy nie ma... 

- A któż o zerwaniu mówi! Traktat dotąd trwa, dopóki obie strony mają w tym korzyść. Ale z chwilą gdy jedna ma tylko widoki... zbiera armię i nachodzi granice nieprzyjacielskie! 

- Więc te słuchy o wojnie... 

- Nigdy nie są bezpodstawne! 

- Czasy pokoju... 

- Nie dla nas! - rzucił przez zęby Wassenfeld. - Zważ tylko, panie burmistrzu, z tobą mogę wszak mówić zupełnie szczerze - czy jego cesarska mość może zezwolić na to panoszenie się francuskiego generała, czy może ścierpieć, aby on dyktował mu prawa handlowe, aby samowolnie wydzierał mocarzom korony i rozdawał je jak stopnie oficerskie swoim ulubieńcom czy krewniakom?! Czyż jego cesarska mość może znieść ten ucisk ludów?! 

- Ucisk? - powtórzył przeciągle pan Tadeusz i urwał nagle. 

- Ucisk, ucisk, panie Zabielski! Tak być dłużej nie może! Patrz, Prusy obezwładnione, z odebranymi prowincjami. 

- Lecz, zdaje mi się, odebrano im tylko to, co nie było ich własnością?! 

- Żartujesz, burmistrzu - w tym razie nastąpiło porozumienie!... No - no!... Choćby nawet... to Napoleonowi nic do tego... 

- Więc ten pobór nakazany?... - zagadnął cicho pan Tadeusz. 

- Ma, ma doniosłe znaczenie! Bardzo doniosłe! Ja wiem... wy tego nie lubicie, panowie! Obowiązek. Każda piędź ziemi musi złożyć podatek krwi. Prawo odwieczne! 

- Nie przeczę! Ale przyznaj mi, pułkowniku, że przecież ta biedna ziemia nie miała jeszcze czasu, aby się zawziąć w miłości dla spraw wiedeńskich. 

- Wiele, wiele by o tym można mówić! Mnie się nie pytaj! Jam nie polityk! Jakby mi sądzić przyszło, to... diabli wiedzą! Moja rzecz słuchać! Poboru i ja nie cierpię - zwłaszcza tu, u was! Rąk i tak mało do pracy! Ale kto temu winien? Masz, nikt inny, tylko Bonaparte! On ludzi w pole wyprowadza, on durzy - za nim lecą ci emigranci! Szaleństwo!... 

- Pułkowniku! Bierzesz im to za złe? Gorszy cię?! 

- Mnie? - przerwał żywo Wassenfeld. - Tu o mnie mowy nie ma! Tylko ludzi szkoda! Dokąd ich to zaprowadzi? Mało im jeszcze biedy! Niespełna rozumu... 

Pan Tadeusz chciał ująć się za tak ostry sąd - lecz w izbie ukazała się Janka zakłopotana, zapłoniona i jęła prosić na wieczerzę. 

Pułkownik porwał się z miejsca i z posuwistym ukłonem podał młodej gospodyni ramię, aby ją do stołu poprowadzić. Przy wieczerzy rozmowa potoczyła się gwarno a ochoczo. Wassenfeld ścigał gładkie liczko Janki, sadził się na komplimenty, roztaczał całą swą obozową dworność a w uprzejmościach się rozpływał. Gdy nadto, po sutym bigosie, na stole ukazała się dobrze omszała butelka, w starego pułkownika jak gdyby nowe wstąpiło życie. Miotlaste wąsy szarpał z fantazją, ostrogami pobrząkiwał, dzwonił pałaszem, a ku panu Tadeuszowi się chylił i za ręce go ściskał. 

- Dobrze mi tu u was! Jakbym odżył dzisiaj!... Opatrzność was tu sprowadziła! Jeden dom przynajmniej serdeczny! My z pani mężem przylgnęliśmy do siebie od razu! Ja wiem. Mólski, komisarz, wam niechętny, lecz do czarta, von Wassenfeld jeszcze coś tu znaczy, jeszcze on coś wskóra, jakby było potrzeba. Na zdrowie! Za pomyślność! 

Pułkownik pociągnął raz i drugi z kielicha i dodał ciszej: 

- Dobre lata! Eh! Może to na moje utrapienie... przywiązuje się człowiek do ludzi... a potem ciężko się rozstawać. 

- Czyżby pan pułkownik myślał od nas rejterować? - zapytała ciekawie Janka. 

- Ani mi to na myśli! Ale cóż, służba. Rozkaz przyjdzie i w jednej chwili... Bóg wie, gdzie może mnie zapędzić! 

- W czasie wojennym - poprawił pan Tadeusz. 

Wassenfeld nachmurzył się, a po długiej pauzie obejrzał się po izbie, jakby chcąc sprawdzić, czy nie ma kogo ze służby w pobliżu, i szepnął: 

- Co tu ukrywać... wojna jest... 

Pan Tadeusz pobladł z lekka. Janka nachyliła główkę ku pułkownikowi. 

- Z kim?! - rzucił gorączkowo Zabielski. 

- Z kim? Chyba nie mam potrzeby mówić! Przyszedł już rozkaz... Lada dzień wy maszerujemy, tylko pobór rekruta mamy skończyć! Nadejdzie tu po nas zbierająca się brygada generała Bikinga... pójdziemy pewnie prosto do Warszawy!... 

- Do Warszawy! - zawołał ze wzruszeniem Zabielski. 

Wassenfeld spojrzał niepewnie na młodego burmistrza i odrzekł obojętnie: 

- Do Warszawy... tam, skąd by nam na tyłach armii grozić mogło niebezpieczeństwo. 

- Ależ! - ozwał się gorąco pan Tadeusz. - Jeżeli wojna z Napoleonem... to... cóż zawiniło 

Księstwo Warszawskie? 

- Zawiniło?! Wojna! Więc wojna ze wszystkimi, co powiadają się być stronnikami Bonapartego! My zresztą wkroczymy do Księstwa jako sprzymierzeńcy! Arcyksiążę Ferdynand d'Este jest bardzo ludzkim! Jeżeli ludność zachowa się spokojnie, może być pewną łaskawości jego. 

Janka milczała zadumana. 

Pan Tadeusz gryzł wargi niecierpliwie. 

- Więc wojna wypowiedziana? - zagadnął niepewnym głosem. Pułkownik pociągnął potężny haust wina i rzekł ociągając się: 

- Wypowiedziana! Jak będziemy w Warszawie... wówczas dowiedzą się o niej! Na to jest dosyć czasu! Z Bonapartem nie ma żartów! Tu nie idzie o groźby, lecz o wojnę! Im później o niej się dowiedzą, tym lepiej! 

- To... podejście! - zauważył Zabielski. 

- Zbawienne dla tego księstewka!... Tak, może myślałoby o oporze! Naraziłoby się na niepotrzebny rozlew krwi... a tak, złoży broń bez wystrzału. Bonaparte będzie pewno walczył... ale tym razem nie dotrzyma placu. Nasza armia... 

Wassenfeld urwał nagle i powiódł wzrokiem po zadumanych twarzach Janki i Tadeusza. 

- Was to nie cieszy?! - zapytał raptownie. Zabielski uśmiechnął się kurczowo. 

- Cieszyć? Pułkowniku, wojna, nawet zwycięska, zbyt wiele smutków sieje, aby radować się jej można... 

- Masz, burmistrzu, rację! Chociaż, darujcie, gdybym was nie znał... gotów bym był podejrzewać o sprzyjanie Bonapartemu! 

- Nie, pułkowniku, my sprzyjamy tylko sprawiedliwości! 

- Wiem, wiem! I nie wątpię! Macie dowód, że wygadałem się przed wami z tajemnicą!... Lecz jestem zupełnie spokojnym! Wam zawierzyłbym bodaj własną głowę. Mało w naszym Rządzie Cyrkularnym jest tak sumiennych urzędników! 

Janka pokręciła noskiem - zdawało jej się, że może byłoby lepiej, gdyby pan Tadeusz był mniej skrupulatny. 

- Tak, tak! - ciągnął dalej Wassenfeld. - Byle teraz z tym poborem skończyć, a potem, co Bóg da!... 

- Zapewne! - przytwierdził oschle Zabielski. - Byle z poborem... Chociaż - dodał niepewnie - sam nie wiem, co począć; jeżeli mi pułkownik nie pomoże w tym razie... sam nie wiem!- Cóż takiego? Do czarta, przecież możecie ze mną robić, co wam się podoba! Mówcie! 

Zabielski spojrzał znacząco na Jankę i rzekł akcentując każdy wyraz: 

- Mości pułkowniku! Nie dlatego, abym się uchylał... lecz wypadła mi ważna sprawa! Na tydzień może chciałbym wyjechać!... 

- Gdzie? Dokąd? 

- Niedaleko... Zawsze dzień drogi za Iłżę!... Właśnie, za Iłżę do... Krzyżanowic! Nie do samych Krzyżanowic... jeszcze w bok, kilka wiorst... 

Wassenfeld utkwił swój bystry wzrok w Tadeuszu. Janka pobladła z lekka. 

- Do Krzyżanowic! Pilna sprawa?... 

- Bardzo, bardzo pilna... 

- No, no! Taki nagły wyjazd!... Przecież to werbunek! Nieobecność twoja może ci w dalszej karierze zaszkodzić!... 

- Pułkowniku! Istotnie... Ale co robić!... Właśnie dawny komornik mego... teścia, dobrze mówię... teścia... ma pojutrze wypłacić sumkę na termin... kilka tysięcy dukatów. 

Pan Tadeusz stropił się nagle i urwał. Wassenfeld gładził wypukłe czoło i wpatrywał się wciąż w Zabielskiego. 

- Kilka tysięcy dukatów!... Piękny grosz! 

- Tak, panie pułkowniku! - wmieszała się nagle Janka. - Musi, bo przepadnie... wszystko! A jeszcze niech zawierucha nadejdzie... 

- O nią mi idzie! - pochwycił raźniej Zabielski. - Jeżeli nie zdążę, potem ani myśli o odebraniu! 

- Zapominasz, burmistrzu, że załogom nakazano zdwoić baczność. 

- Mólski da sobie radę, nawet kontent będzie, do odznaczenia sposobność mu się nadarzy!... 

- A co pan pułkownik... - odezwała się znów Janka - pewno dopomoże nam!... Musimy! 

- Ha! Niechże i tak będzie! Tylko jeden warunek! 

- Zgoda! Bodaj dwa nawet! 

- Że pan pojedziesz sam, a żona zostanie tutaj... pod moją opieką! Zabielski pobladł. 

- Janka ma zostać? Ależ, pułkowniku!... 

- Musi zostać! Nie bierz mi tego za złe! Zezwalając na twój wyjazd nagły czynię odstępstwo od instrukcji, niechże przynajmniej mam zakładnika... 

Pan Tadeusz chciał oponować, lecz Wassenfeld rzekł z. naciskiem: 

- Inaczej nie mogę! 

Pułkownik urwał nagle i próbował na inny przedmiot skierować rozmowę, lecz ta się nie kleiła, Zabielski częstował jeszcze winem. Wassenfeld pił, trącał się kielichem, przepijał do Janki, aż w końcu podniósł się ociężale i jął żegnać. 

- Więc jutro, panie burmistrzu, ruszacie?... 

- Ruszam! - powtórzył głucho Zabielski. 

- Darujcie mi ten warunek... ale wam wyjdzie na pożytek, bo wrócicie teraz daleko prędzej... a gdybyście wyjechali z całym dworem, kto wie, czyby jaka denuncjacja nie zmusiła mnie do wysłania pogoni! 

Wassenfeld uścisnął rękę Tadeusza, skłonił się zamaszyście Jance i wyszedł. 

Gdy młodzi małżonkowie znów znaleźli się sami w alkierzu, Janka osunęła się bezwładnie na krzesło i ukryła twarzyczkę w dłoniach. 

- Januś moja! Co tobie?!... Rozchmurz się. 

- Jedziesz?! - szepnęła Janka drżącym głosem. 

Zabielski porwał się nagle i jął wielkimi krokami mierzyć izbę. 

- Czy jadę? Kochanie ty moje! Sam nie wiem!... Chciałem z tobą razem... Lecz bez ciebie!... Nie, niepodobna! Skąd mi taka myśl postała nagle w głowie! Nie, ja nic nie pomogę, nic nie zmienię... nieszczęścia nie odwrócę!... Trudno! Już zostanę tym austriackim burmistrzem! 

- Więc przeczucie mnie nie omyliło? Myślałeś... 

- Do Warszawy cichaczem umknąć... aby przede wszystkim uprzedzić o grożącym niebezpieczeństwie, a samemu wydostać się z tego piekła!... Januś, daruj mi! Przeznaczeniem moim było widocznie, abym był bezsilnym widzem nowego najazdu Austriaków! A przecież, gdyby tam wiedziano o zbierającej się burzy... kto wie?... 

W oczach Janki zabłysły gorączkowe ognie. 

- Więc pisanie wygotuj i wyślij kogo natychmiast! 

- Niepodobna! Tyle zaufanego nie mam, a gdyby przejęli list, snadnie dojść by mogli autora! Wówczas zgubiłbym i ciebie, i siebie!... Ha, cóż! Nie mówmy o tym więcej!... 

- Więc jedź beze mnie! - odezwała się z mocą Janka. 

Pan Tadeusz spojrzał na szkarłatami okrytą twarz żony, na energicznie zsunięte brewki, na zacięte jej usteczka i zdumiał się. 

- Jak to, Januś... bez ciebie?... 

- Ja zostanę, poczekam, wrócisz... 

- Wrócę... zapewne! 

- Jedź, jedź, nie zwlekaj! - zachęcała drżącym głosem Janka. - Jeżeli ta wiadomość może tak zaważyć, nie wolno się ociągać! Byleś prędko powrócił! 

- Zdradzę zaufanie pułkownika!... 

- Albo ziemię, która nas wydała!... 

- Prawda! A jeżeli?!... Nie! Wrócę z pewnością! Bóg cię natchnął myślą poczciwą! 

- Czasu... wiele nie potrzebujesz; byleś dotarł do Warszawy... może do granicy wystarczy?! A potem wracaj!... 

- A gdyby tu zaszło coś?... 

- Bądź spokojnym!... Ja sobie poradzę. Jest stary Łukasz! Zresztą, nie lękam się o siebie! Pan Tadeusz spoglądał z uwielbieniem na Jankę. Miał ją za taką słabą, tak płochliwą, aż 

oto znachodził w niej tyle hartu, tyle odwagi... 

Zabielski chciał coś jeszcze mówić, lecz Janka nie dała mu przyjść do słowa i natychmiast jęła przygotowywać dla męża zawiniątko, troszcząc się o każdy drobiazg i układając plan całej drogi. Uradzono, że pan Tadeusz własnym wózkiem dojedzie do Iłży, a tam dopiero wynajmie konie do Radomia, a z Radomia do Warszawy. 

Janka pobiegła sama wydać rozkazy parobkowi, pan Tadeusz zaś wysunął się do kancelarii magistrackiej, w rynku położonej, i tam jął samemu sobie koncypować glejt na przejazd granicy, mianując siebie samego Wojciechem Starczyńskim, obywatelem obwodu ostrowieckiego. 

Kiedy glejt był już upstrzony pieczęciami, pan Tadeusz nakreślił jeszcze kilka słów do Mólskiego o tym, że sprawy familijne niewolą go do wyjazdu na dni kilka pod Iłżę i że obowiązki swoje powierza jego - Mólskiego - pieczy, i powrócił do domu, 

Pan Tadeusz wahał się jeszcze, ociągał z wyjazdem. Bał się następstw swego kroku, bał się o Jankę, bał o przyszłość. Tłumaczył żonie obowiązki, prawił niby o intencjach, które go do kroku tego skłaniają - a w głębi może był przygotowanym, aby silniejszemu argumentowi Janki ustąpić i wyjazdu zaniechać. Lecz, o dziwo, Janka nie wymówiła słowa jednego, mogącego zachwiać postanowieniem. Przytwierdzała nawet prognostykom o szczęśliwym, niechybnym powrocie... 

Aż panu Tadeuszowi zrobiło się przykro. 

Po tej tkliwej, przywiązanej Jance nie spodziewał się był takiej oziębłości. Jeszcze był pewien, że może przy pożegnaniu dostrzeże silniejsze wrażenie, może usłyszy słowo "zostań". Ale w Jance snadź zaszła nagła a nieoczekiwana przemiana. 

Gdy Tadeusz ostatni pocałunek składał na jej czole, zmrużyła powieki i szepnęła: 

- Jedź!... Dotrzyj!... Powinieneś!... Niech cię Bóg prowadzi! 

Pan Tadeusz wzruszony, a bardziej może podrażniony - wskoczył prędko do wózka. Konie pomknęły z kopyta i znikły w mgłach szarzejącego poranku. 

Janka przez czas jakiś ścigała rozpalonym wzrokiem oddalający się wózek, a potem wróciła ociężale do alkierzyka i tam padła zemdlona. 

II

Ze ściśniętym sercem jechał pan Tadeusz do Iłży. Ziąb lutowego poranku przejął go wskroś i do reszty zmroził w nim te zapały, które wyrywały go z domowego, a tak niedawno rozetlonego ogniska. Przedsięwzięcie, zrazu łatwe do wykonania, teraz spiętrzyło się w oczach jego w rozliczne trudności a przeszkody. Lada chwila mógł, na pierwszej rogatce wzbudzić podejrzenie i dostać się w ręce żandarmerii polowej. Gdybyż jeszcze miał pewność, że wiadomość, którą wiezie, nie będzie spóźniona, że istotnie czynem swoim odda przysługę... 

Zniechęcenie nurtowało w panu Tadeuszu. Wyrwał się niepotrzebnie zgoła. Co tu jego mizerna figura pomóc lub znaczyć mogła? Kancelistą był sobie cichym przez tyle lat - no i działo mu się nie najgorzej. Prawda, dokuczliwą była ta kancelaria. I jeszcze w Rządzie Cyrkularnym Lubelskim nieraz brała go ochota z Austriakami rozbrat wziąć i uciec bodaj za morza... Ba - kiedy znów i do wojaczki nie miał serca. Kto wie zresztą, żeby się była okazja znalazła!... Był czas nawet, że kiedy mu imć pan Głuski córki bronił a śluby odkładał - w panu Tadeuszu zbudziła się jakaś desperacka myśl za "Napolionem" wędrować!... Pan Podhorodeński go powstrzymał - i w samą porę! A tamto bodaj rozsądniejsze było niż dzisiaj... 

Pan Tadeusz wzdychał a sapał gniewnie - sobie samemu robiąc wyrzuty. To znów chciał na woźnicę zakrzyknąć, aby do domu nawracał... ale wówczas jawiły mu się smutnie patrzące oczy Janki, a w uszach dźwięczały mu ostatnie jej słowa: "Jedź... powinieneś!..." 

Już dobrze dniało, gdy wózek pana Tadeusza stanął na rynku w Iłży. Zabielski odprawił pachołka do zajazdu, a sam jął przepytywać się leniwie o konie do Radomia. Usłużny Żydek wynalazł mu to, czego żądał, prędzej, niż się pan Tadeusz spodziewał. Sznur cały bryk ładownych stał już na trakcie gotowy do wyruszenia. Gromada kupców radomskich zbierała się z gorączkowym pośpiechem, byle do domu przed szabasem zajechać. 

Młody burmistrz ani się spostrzegł, gdy wyrwano mu z rąk węzełki, ulokowano w wasągach, a za nimi i jego samego. 

Pan Zabielski fukał, srożył się, lecz uległ, choć jeszcze sobie samemu nie wierzył, aby istotnie do Warszawy jechał. Jeżeli nie za Radomiem, to gdzieś pod granicą utknie, zatrzymany przez straż, wysumituje się, no i potem, nolens volens - chcąc nie chcąc, zawróci do Ostrowa. 

Gdyby był już nawet na taką przeszkodę natrafił - wcale by się nią nie strapił - może rad by ją powitał... Trzeba jej było na zabicie w sobie nie znanej mu zgoła alteracji - niepewności, która nurtować w nim zaczęła. Oto zdało mu się, że jakiś dźwięk nieznany zrywa się w jego piersi i woła nań, że wierzby przydrożne, podmuchem wiatru kołysane, chwieją zlodowaciałymi kiściami a jęczą na mrozie, że wyglądająca spod białych puchów ziemia pogląda ku niemu smutna, sczerniała, a spod załamanych strzech, pochylonych chat, opustoszałych sadyb spływa doń żal, ostry, gryzący. 

Pan Tadeusz otrząsnął się zabobonnie i, by myśli te odpędzić, spojrzał ku skulonej postaci dziada siedzącego w kącie bryki i zagadnął: 

- A wy dokąd?... 

- Do Radomia, miłościwy panie! 

- Po co wam?!... Nie lepiej doma siedzieć przy piecu... a nie na stare lata po mrozie się włóczyć!... 

- Oj, prawda!... Nie z woli jadę! Bieda gna, pędzi człeka! 

- Hm! Nie macie nikogo?! 

- Nie mam i mam!... Zwyczajnie na świecie! Młodzi się rozbiegną!... Cóż? Staremu trzeba za torbę, za kij - kiedy inaczej nie można!... 

- Pewnie! Pewnie! - mruknął niedbale pan Tadeusz i, sięgnąwszy do woreczka, wetknął dziadowi kilka srebrniaków. 

- Bóg zapłać miłościwemu panu! I za mnie, i za to. niebożę... Zabielski podniósł oczy w stronę, gdzie dziad wskazał, i teraz dopiero spostrzegł tęgiego wyrostka, któremu ledwie para bystrych, świecących oczu spod nasuniętej na czoło czapy wyglądała. 

- Wasz chłopak? 

- Tak jakby i mój. 

- Czas by mu do roboty! 

- Oj, czas, czas wielki! - przytwierdził dziad z przekonaniem. 

- Do rzemiosła go chcecie? 

- Ano juści! - uciął dziad i umilkł mierząc Tadeusza matowym spojrzeniem swych wyblakłych oczu. 

- Hm! Dobrze! Trzeba! - przytwierdził obojętnie Zabielski i wrócił do gnębiących go myśli. 

W Radomiu o konie było panu Tadeuszowi trudniej. Żydkowie ani słyszeć nie chcieli o drodze w dzień sobotni, okoliczni wieśniacy po dniu targowym już się rozjechali. Zajazdy świeciły pustkami. 

Pan Tadeusz dosyć obojętnie zdecydował się na przeczekanie, znów poddając się intencjom zaniechania dalszej podróży. W ustronnej karczmie, tuż przy trakcie warszawskim, upatrzył był sobie nocleg i tam zmierzał z tobołkami, przemyśliwając nad tym, czyby nie lepiej było rozpytać się o znanego mu z dawnych lat imć pana Lubienieckiego, woźnego trybunalskiego. Właśnie chciał dla samej bodaj ciekawości zagadnąć przechodzących mieszczan, gdy wtem usłyszał dobrze mu znajomy głos: 

- Witam waćpana! 

Tadeusz obejrzał się i skłonił niepewnie wpółprzygiętej figurce niepozornego jegomości. 

- Witam! Lecz wybacz waszmość... nie wiem, kogo... 

- Che - che! - zaśmiał się nieznajomy podsuwając się nieznacznie. - Mości Zabielski! Nie poznajeszże mnie?! Tak żem się zmienił, do kaduka?! Schudło się trochę, ba, bo nie było mnie komu promować na burmistrzówkę! 

Tadeusz postąpił krok naprzód i teraz dopiero poznał był żółtą, zwiędłą przedwcześnie twarz Dyzmy Rudzkiego, dawnego kancelisty. 

- A... imć Rudzki! - ozwał się przeciągle Zabielski, nieprzyjemnie zdziwiony niespodziewanym spotkaniem. 

- Widzisz waćpan! Góra z górą!... Weselisko, słyszałem!... Che - che!!... 

- Tak... właśnie!... 

- Ba! I cóż tu waćpan w tych stronach?! 

- Pilne sprawy wypędziły mnie! Mus! 

- Wierzę, wierzę!... No - no! Teraz mi się waćpan nie wykręcisz!... Do licha, przecież przepić do siebie pozwolisz?!... Tyś wzrósł na personata! Phi!... A ja skromny człek, ot, 

ledwie się trzymam! Jeden w górze, drugi w dole!... Che - che! 

Rudzki śmiał się sucho, ironicznie, mrugał mdłymi, świdrującymi oczkami i zapraszał Zabielskiego na poczęstunek. Panu Tadeuszowi niesporo było. Rudzkiego znał dawno, lecz jakąś niewytłumaczoną niechęć do niego żywił. Rudzki był nawet pilnym i zdolnym kancelistą, miał wielkie zachowanie u Austriaków, przeszedł wielu kolegów, a mimo to zginął był nagle z bruku lubelskiego. Powiadano wówczas, że jakiś ważny niezmiernie zajął urząd, że wielka kariera stanęła przed nim otworem. Nikt wprawdzie nie umiał nic pewniejszego się dowiedzieć. Rudzki przepadł, zniknął bez słowa pożegnania. A że w ogóle był nie lubianym, więc nie troszczono się o kolegę ani nie starano się zajmować domysłami. 

Pan Tadeusz odpowiadał ozięble na zaproszenia Rudzkiego, lecz ten nastawał uporczywie. 

- Zdrożony jestem!... Do zajazdu pora. 

- Doskonale! Idę z waćpanem! Ja przecież także popasam tylko! A gdzie waćpan myślisz?! 

- Ja do karczmy przy trakcie warszawskim! 

- U Dzięcioła! Che - che! Więc nie ma targów, bo i ja tam nocuję! Tadeusz powlókł się niechętnie z Rudzkim. 

W drodze ten ostatni jął wypytywać Zabielskiego, zagadując niby niedbale: 

- Więc... waszmości sprawa pilna dokuczyła, tak?! 

- Aha!... Po niewoli musiałem! Psi czas. 

- Z Ostrowa do Radomia! Szmat drogi! Może wam wygodzić czym? Znam tu niejednego! 

- Dziękuję. Ja w okolicę!... 

- Ja także... 

Pan Tadeusz zmierzył niepewnym okiem Rudzkiego. Ten ostatni ciągnął dalej: 

- A wy w którą stronę? 

- Na lewo i potem przed się! - rzucił niecierpliwie Zabielski. Rudzki zaśmiał się sucho. 

- Che - che... Coś jakby i ja! 

Tadeusz zbył milczeniem odpowiedź Rudzkiego i przyśpieszył kroku, aby prędzej zdążyć do karczmy. Rudzki wciąż dogadywał i rechotał półgłosem. 

- Che - che! Burmistrzu dobrodzieju! Gdyby nie dawna znajomość, myślałbym, że wam nie po myśli moja kompania... Che - che!... Ja to rozumiem! Co?... Che - che!... Znamy się na tym... 

Zabielskiego ręka świerzbiała. Lecz chcąc uniknąć zajścia, usta zaciął i udał, że nie rozumie przymówek. 

Ale od Rudzkiego nie było tak łatwo się odczepić, jak mu się zdawało z początku. W karczmie dawny kolega przysiadł się na dobre do Tadeusza i na chwilę go nie odstępował. Zabielskiego to natręctwo zaczęło bawić w końcu. Coraz lepiej odcinał się Rudzkiemu. Ten znów zawsze miał na ustach ten sam uśmiech nerwowy, nieszczery. 

W karczmie było gwarno. Stoły obsiadły gromadki ubogiej szlachty, rozprawiając półgłosem. Kilku mieszczan kiwało się apatycznie nad dzbankami piwa; w rogu izby, na ławie, rozparło się trzech oficerów austriackich i hałaśliwą wiodło rozmowę. Niemczyzna raz po raz głuszyła wszystkich. Szlachta niechętnie zerkała ku mundurom oficerskim, mieszczanie poglądali spode łba. Oficerowie nie zwracali na to uwagi i zachowywali się coraz wrzaskliwiej, każdy ich ruch, każdy wyraz mówiły - my tu jesteśmy panami, my rządzimy, my rozkazujemy. 

Pana Tadeusza podrażniło to. 

- Tamtym zdaje się, jakby byli sami! - zauważył niechętnie. 

- Che - che!... Mości burmistrzu! Są tu jak u siebie... Prawda? Czas na nich!... 

Zabielski chciał przytwierdzić, lecz, pochwyciwszy świdrujące spojrzenie Rudzkiego, umilkł. 

Tymczasem spod szynkwasu wysunął się na środek izby opasły łyk i z oznakami zadowolenia zbliżył się do stołu Zabielskiego i Rudzkiego. 

- Ja tu waszmościów szukam, a waszmość panowie akurat, razem siedzą!... 

Pan Tadeusz teraz dopiero poznał w przybyłym łyka, którego był się rozpytywał o konie. 

- Za godzinę będzie bryka. 

- To bardzo dobrze! - mruknął obojętnie Zabielski. 

- Waszmość panowie... 

- Ja tylko jeden! - przerwał Tadeusz. 

- Kiedy bo... proszę waszmości... ten pan także przepytywał się o konie do granicy... i wcześniej jeszcze. Bryki nie opłaciło mi się i dla dwóch wytaczać..... ale kiedy znalazło się jeszcze dwóch innych... 

- Nic nie rozumiem... 

- Che - che!... Mości burmistrzu... Więc wy dokąd?... 

- Pod Warkę, w pilnej sprawie!... 

- Pod Warkę?... Patrzaj - więc pojedziemy razem... 

- A tamci dwaj jeszcze co za jedni? 

- Et!... Biedota sobie... 

Zabielski chciał się wymówić, lecz Rudzki nie dał mu przyjść do słowa. 

Umowa stanęła, że za godzinę łyk czekać będzie na rynku z końmi. 

Po oddaleniu się łyka Rudzki jął baczniej poglądać ku Zabielskiemu, a gdy ten zbywał go wciąż półsłówkami, odezwał się poważnie: 

- Panie Tadeuszu! Coś mi waćpan krzyw! Dlaczego? Ja cieszę się wielce z waszej kompanii. Więc trzeba wam?... 

- Pod Warkę! 

- A może - dodał ciszej Rudzki - chcielibyście uniknąć na granicznej rogatce?... 

- Uniknąć, czego? - odparł pewnym głosem Zabielski. 

- No... widzisz waćpan... Czasy takie... Teraz może trudniej wydostać się. Żądają papierów... 

Pan Tadeusz otworzył szeroko oczy. 

- Waszmość dworujesz sobie ze mnie! 

Ta prosta odpowiedź jakby zbiła z tropu Rudzkiego. Schylił głowę i z odcieniem uszanowania spojrzał na pana Tadeusza. 

- Darujcie! - szepnął potulnie. 

Noc już zapadła, gdy pan Tadeusz z Rudzkim usadowił się na bryce, szczelnie otulając się kożuchami. Przed nimi, około woźnicy, rysowały się dwa skulone cienie. Konie ruszyły. Bryka potoczyła się zgrzytając łańcuchami i piszcząc obmarzniętymi piastami. Pan Tadeusz pogrążył się w zadumie. Rudzki uważnie wpatrywał się w sylwetki nieznajomych. W końcu mruknął niecierpliwie: 

- Ciekawy jestem, co to za jedni? 

- A ci?!... Cóż waćpanu po tym? 

- Ba! Różni się teraz włóczą! Jeszcze pod granicą! Czasem dobrze wiedzieć! 

W Jedlińsku, na popasie, podróżni wygramolili się z bryki, aby w przydrożnym zajeździe rozgrzać się i pokrzepić. Pan Tadeusz i Rudzki ruszyli żwawo naprzód i zasiedli do grzanego piwa w izbie gościnnej. Ledwie że się zdołali rozejrzeć a z rozespania otrząsnąć, gdy weszli dwaj nieznajomi towarzysze podróży. Rudzki zerknął ciekawie ku obcym, lecz ci zasunęli się w przeciwległy kąt i półgłosem zagadali z karczmarzem, nie rozpinając kubraków i nie odwijając postawionych kołnierzy. 

Pan Tadeusz mimo woli spojrzał ku obcym i zdumiał się. Twarz starszego wydawała mu się być uderzająco podobną do twarzy dziada, z którym przyjechał do Iłży. Chciał się był właśnie swoim domysłem podzielić, lecz Rudzki ozwał się pierwszy: 

- No, dałbym sobie rękę uciąć, że tym nie po myśli byłoby spotkać się z patrolem! 

- Może!... 

- Nawet zdaje mi się, że ja tych jegomościów skądciś znam! 

- I mnie także! 

- Widzisz waćpan! Pozwól! Dowiedzmy się, z kim mamy do czynienia! Tu Rudzki podniósł głos: 

- Czołem waćpanom! Dokądże to panów ziąb taki pędzi? 

Starszy z nieznajomych poruszył się niespokojnie, a po dłuższej pauzie bąknął pod nosem: 

- Ziąb, bo ziąb! 

- Waćpanowie z daleka? 

- Nie bardzo! 

- Waćpanowie dokąd? 

- Jedną bryką z waćpanem! 

- Może piwa z nami?... 

- Bóg zapłać, mamy swoje! Rudzkiemu oczy zatliły się ponuro. 

- Przysiągłbym, że to nie lada ptaszkowie! - szepnął do pana Tadeusza. 

- Co nam do nich?! W drogę nie wchodzą! 

- Hm! Tego mało!... Pozwólcie... Muszę ja im zajrzeć w oczy! 

Rudzki podniósł się ociężale i jął niby to od niechcenia zbliżać się do kąta, w którym siedzieli nieznajomi - lecz ci rzucili karczmarzowi pieniądze i, zanim Rudzki zdołał się spostrzec, wstali pośpiesznie i wyszli z izby. 

Dyzma żachnął się niecierpliwie i kazał karczmarzowi przywołać woźnicę. 

- Co to za jedni ci dwaj?! Woźnica wzruszył ramionami. 

- Kto ich wie! 

- Nie znasz ich?! 

- Jak i waszmość panów! Ni mniej, ni więcej!... Pan Tadeusz poglądał ze zdziwieniem na Rudzkiego, nie pojmując tej jego ciekawości. 

- Co waćpanu?!... Niech sobie!... Przecież jest nas dwóch!... Krócice mam dobrze opatrzone. 

- Nie w tym rzecz!... 

- Więc? 

- Długo by mówić!... Nie podobają mi się!... No... ale sianem nie dam się im wykręcić! 

- Co waćpan zamierzasz?! 

- Zobaczymy! - syknął groźnie Rudzki. 

Po krótkim postoju bryka potoczyła się dalej. Zabielski znużony podróżą drzemał i kiwał się automatycznie. Rudzki także wydawał się śpiącym, lecz spod nasuniętej na oczy czapy ścigał majaczące się przed nim cienie nieznajomych, którzy od czasu do czasu zamieniali ze sobą jakieś wyrazy. 

Dyzma nadstawiał uszu, pochylał się ku przodowi niby chwiejąc się bezwładnie w takt dygocącej bryki; raz zdawało mu się, iż słyszy swoje własne nazwisko, wymawiane z naciskiem, ale chrzęst łańcuchów zgłuszył szeptem prowadzoną rozmowę. 

Ujechano tak z dobrą milę. Aż na drodze jęły rysować się cienie chat, a tu i owdzie migotać niepewne światełka. 

Woźnica ocknął się i zaciął konie. 

- Hej! A co to za wieś? - rzucił Rudzki. 

- Ksawerów! Zaraz nadjedziemy na rogatkę! Nieznajomi poruszyli się niespokojnie. 

Rudzki uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem i pociągnął Tadeusza za rękaw. 

- Mości Zabielski, rogatka! 

Pan Tadeusz otrząsnął się ledwie z drzemki, gdy bryka zatoczyła się gwałtowniej i stanęła. Z chaty przydrożnej wysunęła się gromadka ludzi z pochodniami. 

- Co to ?! - mruczał rozespany Zabielski. 

- Nic! Patrol strażniczy! - odparł flegmatycznie Rudzki. 

Patrol zbliżył się tymczasem do bryki. Idący przodem podoficer zadał kilka pytań woźnicy, przerzucił podane mu przez nieznajomych papiery, a następnie podszedł do Zabielskiego i Rudzkiego. Tu legitymacja poszła nierównie szybciej. Podoficer rzucił okiem na pieczęcie i odezwał się sucho w stronę stojącego przy szlabanie szyldwacha: 

- Fertig! Gotowe! 

Zawiasy szlabana już zgrzytnęły, konie potrząsnęły raźno łbami, lecz Rudzki pochylił się ku podoficerowi i szepnął doń kilka wyrazów po niemiecku. 

Podoficer cofnął się raptownie. 

- Halt! Stój! - rozeszła się ponownie komenda. A równocześnie podoficer przypadł do dwóch nieznajomych. - Zsiadać natychmiast! Aresztuję was!... 

- Co? Za co? - bronił się starszy. 

- Dowiecie się później! Dalej!... Herman! Hans! Do mnie!... 

Strażnicy skupili się około podoficera, mierząc groźnie skurczone postacie nieznajomych. 

- Jak się ważycie? Mamy papiery w porządku!! 

- Słuchaj ty! - warknął zajadle podoficer. - Chcesz, żeby cię za uszy ściągnąć?!... Brać ich! 

Strażnicy wyciągnęli żylaste ręce ku nieznajomym, lecz w tejże chwili starszy z nich porwał się z miejsca i powalił najbliżej stojącego uderzeniem pięści i zanim podoficer i pozostali żołnierze zdołali się opamiętać, wyskoczył na ziemię na przeciwną stronę bryki, wołając groźnie na towarzysza: 

- Do mnie tu, Jędrek! 

Nazwany Jędrkiem targnął się ku przodowi i już miał wyskoczyć, gdy Rudzki przytrzymał go za połę kubraka. 

- Poczekaj, kawalerze, dokąd ci tak pilno?! - syknął Dyzma. 

- Szpiegu austriacki! - huknął starszy z nieznajomych. 

- Ognia do nich! - pienił się podoficer dobywając pałasza. 

- Do mnie tu! - krzyczał Rudzki, któremu krzepki snadź młodzieniec z rąk się wyrywał. Żołnierze rzucili się ku bryce. Dwa strzały padły jeden po drugim. Jedna z kul gwizdnęła 

tuż około zalterowanego pana Tadeusza. Ku piersi szamocącego się z Rudzkim młodzieńca wysunął się już był bagnet karabina. Ale starszy jego towarzysz wspiął się na brykę i, odepchnąwszy oniemiałego z pomieszania woźnicę, schwycił gwałtownie za koniec karabina i wyrwał go z rąk żołnierza, potem zamierzył się na Rudzkiego. Dyzma puścił połę kubraka i zsunął się z bryki ku napastnikowi. 

- Za mną! Z tej strony! Mości Zabielski, do mnie tu!... Austriacy skoczyli na pomoc Rudzkiemu. 

- Jędrek, bierz za krócicę! - komenderował dalej starszy z nieznajomych, młynkując przed sobą karabinem. 

- Masz ją! - zaśmiał się Dyzma i wypalił z pistoletu. Kula raniła starszego w nogę. Ugodzony zatoczył się. Nie tracąc atoli przytomności, odpierał razy zadawane mu bagnetem. 

- Poddaj się, bo będziesz wisiał! - rechotał Rudzki. 

- Dyzma, milcz!... 

- Kto jesteś, ty tchórzu?! 

- Jędrek, pal mu w łeb!... 

Młodzieniec wystrzelił, lecz chybił. Żołnierze śmielej natarli. Starszemu już sił brakło do zasłaniania się. Dwóch piechurów opatrywało zamki karabinów, aby do pewnego strzału się złożyć. 

- Cel! - rozkazał podoficer. 

- Stójcie! - zawołał Rudzki. - Muszę ich mieć żywcem! 

- Nigdy! Słyszysz, szpiegu? 

- Zobaczymy! - śmiał się dziko Rudzki. - Powiesz ty więcej przy węgielkach!... Zachodzić mu z tyłu! 

- Z tyłu! Poczekaj, przechero! Szymon, wal, nie pytaj! 

Na to zawołanie woźnica wyrwał zasunięty pod siedzeniem drąg i skoczył z tyłu na Austriaków nie spodziewających się z tej strony napaści. 

Raz i drugi zakręcił drągiem i uderzył po kaszkietach. Dwóch żołnierzy padło ogłuszonych. 

Żołnierze, przerażeni odsieczą, nie mogąc wśród panujących ciemności dosięgnąć przeciwników, cofnęli się pośpiesznie. 

Rudzki zaklął, zmuszony do ustąpienia. Młodzieniec, chowający się dotąd za plecami starszego swego towarzysza, sięgnął po karabin leżący około rozciągniętego na ziemi Austriaka i natarł na Rudzkiego. 

Dyzma odskoczył od bryki, wołając rozpaczliwie: 

- Do mnie! Do mnie, żołnierze! Mości Zabielski, ratuj przed tymi opryszkami! 

W dali rozległy się głuche dźwięki alarmującego bębna. Na skraju drogi migały już pochodnie... 

Rudzki chciał umknąć, lecz drogę miał zagrodzoną. Jedynym ratunkiem dlań mógł być pan Tadeusz - lecz ten siedział bez ruchu, jak skamieniały, nie wiedząc, co ze sobą począć. 

- Zabielski! - ryczał Rudzki wijąc się przed wysuniętymi ku niemu żądłami bagnetów. - Czego waćpan! - rzucił mimowolnie pan Tadeusz. 

- Ratuj! Pal w opryszków!... 

- Dyzmo! Szpiegu nikczemny... Tu twój koniec będzie!... Chciało ci się wypatrywać w Warszawie?! Pamiętasz, kto ci plagi wyliczyć kazał przed dwoma miesiącami?!... 

- Oskierko! - zawył z wściekłością Rudzki i nagle odtrącił bagnet i z puginałem wpadł na przeciwnika. Jędrek z Szymonem chcieli pośpieszyć z pomocą - ale żołnierze znów skupili się, a widząc nadciągającą pomoc, natarli śmielej. Rudzki dławił starego i mocował się z nim. Oskierko, któremu od postrzału noga silnie krwawiła, opierał się dzielnie, lecz w stalowym uścisku Dyzmy słabł i ledwie mógł utrzymać grożącą mu puginałem rękę. Po daremnym wysiłku - przechylił się i upadł. Rudzki przytłoczył go kolanami do ziemi i wzniósł rękę do ciosu. 

Naraz Rudzki zatrząsł się z przerażenia - ktoś z tyłu schwycił go za uzbrojoną puginałem rękę i szybkim ruchem w tył mu wyłamał. 

- Zabielski, ratuj! 

- Jestem! - huknął dźwięczny głos pana Tadeusza tuż za plecami Rudzkiego. 

- Puszczaj mnie! Chcesz tego nikczemnika bronić! Wiesz, że za nim listy gończe... 

- Milcz! - przerwał pan Tadeusz. - Coś waść za jeden?! 

- Oskierko... kapitan drugiego pułku ułanów... Księstwa! 

- Puść go! - rozkazał sucho Zabielski, szarpiąc Rudzkiego. 

- Oszalałeś!... Chcesz wisieć z nim razem! Nigdy! Do mnie, warta! Na pomoc!... Ty! Dyzma nie dokończył, gdyż pan Tadeusz porwał go wpół, zatrząsł i odrzucił gwałtownie, 

uderzając obezwładnionym ciałem Rudzkiego o koło bryki. Rudzki stracił przytomność. 

Zabielski poskoczył ku Oskierce, pomógł mu powstać i z nim razem sunął ku Szymonowi i Jędrkowi, którzy ostatkiem sił walczyli przeciwko przemagającej sile żołnierzy. 

- Wal, Jędrek - wołał teraz Oskierko. 

- Z tyłu im zachodzić! - wtórował pan Tadeusz, który, wyrwawszy z rąk osłabłego Szymona drąg, natarł z furią na Austriaków. 

W młodym burmistrzu-kanceliście pasja zagrała. Oczy mu krwią nabiegły. Mimo nastawione bagnety, mimo strzały karabinowe następował, zadając krwawe razy. Austriacy próbowali się bronić, lecz noc czyniła ich strzały ślepymi, dwoiła liczbę nieprzyjaciela. Gdy jednak Szymon z podniesionym karabinem, a za nim znów Jędrek i Oskierko napadli na żołnierzy z boku, ci pierzchnęli w nieładzie, nawołując się i szukając oparcia w nadciągającej ze wsi pomocy. 

Oskierko postrzegł niebezpieczeństwo i zawołał: 

- Za mną teraz! W pole! 

Zabielski i Jędrek bez wahania poszli za biegnącym Oskierką. 

Szymon skoczył do woza, pochwycił za kobiałkę i poszedł za ich przykładem. 

Austriacy, spostrzegłszy ucieczkę, rzucili się w pogoń. Kiedy jednak cienie uciekających skryły się w czerniejącym na skraju pola zagajniku, odeszła ich ochota do dalszego pościgu. 

Zabielski ze swoimi przygodnymi towarzyszami biegł tymczasem, ile siły stało, klucząc w zagajniku, aby zmylić pościg. Zagajnik atoli przeszedł w las mocno podszyty od dołu, zawalony tu i owdzie, snadź przez huragan, kłodami drzewa, pełne zdradliwie sterczących, spróchniałych pni, śniegiem przyprószonych dołów a rozwierających się nad grząskimi błotami powłok lodowych. Uciekający zwolnili kroku, lecz szli jeszcze, ledwie ostrzegając się niekiedy przed napotkaną przeszkodą. 

Po godzinie takiej drogi Oskierkc nagle przystanął, oparł się o sosnę i rzucił głucho: 

- Kroku dalej stąpić nie mogę! 

- Co waćpan?!... - zagadnął z niepokojem Zabielski. 

- Noga! - jęknął Oskierko. 

Szymon z Jędrkiem pośpieszyli Oskierce z pomocą. Usadowili go na kłodzie drzewa i jęli opatrywać mu ranę, trzeźwiąc wódką dobytą z kobiałki. 

Pan Tadeusz przysiadł także na kłodzie i dyszał ciężko. Skronie mu pulsowały, ręce drżały. Jeszcze nie mógł odzyskać równowagi po przebytych tylko co wypadkach, jeszcze nie umiał zdać sobie sprawy, jak się to stało, że oto teraz znajduje się w lesie pośród obcych mu zgoła ludzi. 

Bił się przecież tam! Stawił opór! Nic podobnego w życiu mu się nie przydarzyło!... A jak cofali się przed nim!... 

Zabielski uśmiechnął się sam do siebie z zadowoleniem. 

Nagle uczuł jakieś niezrozumiałe dlań ciepło na lewym policzku. Sięgnął ręką. Zdało mu się, że strumień potu. Spojrzał mimo woli na rękę - wydała mu się czarną. Otarł ją o śnieg. Na śniegu ukazały mu się ciemne plamy... Dotknął po raz drugi, trzeci, za każdym razem wycierając rękę - plamy na śniegu zwiększały się... Wiatr mroźny szczypał go dotkliwie w lewy policzek. 

Pan Tadeusz wziął grudkę śniegu i przyłożył do twarzy - odjął, grudka była czarna prawie. Wtem poprzez wystrzeliste sosny wyjrzał rąbek księżyca. Plamy na śniegu poczerwieniały. 

Zabielski pochylił głowę bezwładnie... 

W oczach jęły mu się ukazywać świetlane płatki i otulać kłębami pary znaczącej każde drgnienie jego oddechu, a w końcu rozpływać w mgłach nieuchwytnych i jasnych koliskach... 

- Janka! - szepnął cicho pan Tadeusz i wyciągniętymi ramionami szukał tej, którą był widział tak siebie bliską, a tak nieuchwytną. 

- W drogę! Czas! Dosyć bałamuctwa! - rozległ się znów raźny głos Oskierki. 

- Wstawaj waszmość! - dorzucił Jędrek. 

- Idę! - Jęknął pan Tadeusz. Zebrał siły, podniósł się, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa i runął na zmarzłą murawę.

Szwoleżerowie Gwardii

I

Było południe. Dwór gotartowicki. tonął w głębokiej ciszy, przerywanej lekkim pluchotem marcowego dżdżu. W jednej tylko kuchni, na prawym skrzydle dworu, wrzała praca gorączkowa. 

Stara Małgosia, pani Jadwigi Gotartowskiej podręczna, a bez mała cała gospodyni, uwijała się z zakasanymi po łokcie rękawami pośród dziewek, nagliła je do pośpiechu, dosmaczała sosy, solą, pieprzem a korzeniami ostatnie zadawała ciosy potrawom, a od czasu do czasu zwierzała się, ze swoich trosk i kłopotów przysadzistej, tęgiej babie, siedzącej na ławie pod oknem. Baba słuchała obojętnie żalów a wypominków o Wielkanocy, która duchem leci, a której peklowiny w marynowaniu się nie mogą strzymać placu, i coraz mniej objawiała zainteresowania się zwierzeniami Małgosi. Aż ta ostatnia spostrzegła się, że skargi jej nie znajdują posłuchu. Stuknęła więc z impetem miską pełną piany na znak urazy; i chwyciwszy za kopyść, jęła pianę ubitymi żółtkami a mąką zaprawiać. 

Baba poznała się z kolei na tej oczywistej alteracji i snadź, aby rozdźwięk załagodzić, ozwała się pojednawczo: 

- Aha!... Więc tedy jakże?!... Niby trzy szynki w życie?! I co?! Małgosia nie dała się udobruchać tak łatwo. 

- Tam jejmości powiadać! Niby ciemna jestem! Żubrowej tyle do tego, co mnie do zeszłorocznego śniegu! 

- A co tam dzisiaj będzie? 

- Właśnie!... Zwyczajnie, jak przy święcie, jedno podanie dłużej!... Kapuśniak na świńskim ogonie... 

Żubrowa mlasnęła językiem. Małgosia uśmiechnęła się nieznacznie i dodała: 

- Idzie, co?! Pewnie lepsze od tej oślej pieczeni, prochem zaprawianej? 

-Zależy... Gdyby tak kubeczek!... Bodaj się z czczości otrząsnąć! Co? 

-Rany boskie... toć... 

- Aby kubeczek! - tłumaczyła baba mrugając znacząco. Małgosia strzepnęła rękoma, zadzwoniła kluczami, zakręciła się około spiżarni, otworzyła, nalała tęgą miarkę złocistego płynu i podała babie. Baba przypięła usta do miarki, wysączyła, odchrząknęła i splunęła z przekonaniem. 

- Ulżyło, psianoga, sacrebleu!... 

- Dlaboga, toć się jeszcze nabożeństwo nie skończyło, a jejmość już wydziwia! 

- Głupstwo! Człowiek paple nie dla obrazy boskiej, jeno, 

że mu, chcąc nie chcąc, język mełtnie, gdzie nie trzeba! No, a porucznikowa kaszka?! 

- Toć nie widzi pani Żubrowa, dyć ma prawie! Baba porwała się z ławy. 

- Święty Antoni! Tak mi powiadajcie od razu!... Marynka - garnuszek! Józefka - lej prędzej!... Mleko, sacrebleu - psiakrew - do kroćset... bo łby poukręcam!... Ruszaj jedna z drugą, bo, jakem Muszyńska z domu!... Jakże lejesz... Słuchać, do stu fur beczek 

Małgosia, na ten niespodziewany wybuch, ledwie że miski z pianą nie upuściła. 

Baba łypnęła groźnie białkami i, rozkazawszy ruchem ręki Marynce, aby szła za nią, zawróciła miarowym krokiem w głąb dworu. Minęła sionkę, jadalnię, alkierzyk, za czym otworzyła drzwi wiodące do sypialni i stanęła nagle jakby piorunem rażona. Widok, który się jej oczom przedstawił, był istotnie bardzo niezwykły.

Na środku sypialni, na szeroko rozpostartym kilimku, leżał na wznak wielki, barczysty chłop i, wygrywając na nosie marsza wojskowego, równocześnie wymachiwał uciesznie nogami w powietrzu, czym do spazmatycznego śmiechu pobudzał maleńkiego, ledwie co pełzającego mu około szyi dzieciaka. 

Baba we drzwiach opanowała tymczasem pierwsze wrażenie i huknęła surowo: 

- Macieju!... Tożeś chyba zmysły postradał!... Święty Antoni! Toć nigdy statek na tego zatraconego chłopa nie przyjdzie!... Równaj się, sacrebleu! Do raportu! 

- Jasia, nie gadaj! - jąkał chłop skonfundowany i zbierając swe cielsko tulił równocześnie zestrachanego dzieciaka. Baba gromiła dalej: 

- Już śpiewasz swoje?... A gdybyś tak dziecko, czego Boże broń, potrącił?! Ślepie bym ci wydrapała!... Piechur taki!... I za pan brat z oficerzątkiemi... Głodem by je zamorzył!... Kaszka, sacrebleu, nie wiesz? 

- Według rozkazu! 

- Rozmowny! Trzymaj go uczciwie, bo upuścisz... 

- Ehe, gdzieżby! - odparł chłop. 

- Gdzie? Na ziemię!... Uf, krew człowieka zaleje!... Marynka, dawaj kaszkę!... Nie gap się!... Na lewo zwrot - w tył i marsz do kuchni!... Maciej, czekaj, niech usiądę!... No, możesz trąbić na obiad! 

Chłop wydął policzki i jął udawać sygnały wojskowe. Dzieciak rozpogodził nachmurzoną twarzyczkę, baba energicznie mieszała kaszkę, przysłuchując się z pewnym upodobaniem naśladowanym sygnałom, za czym, kiedy chłop skończył, ozwała się łaskawiej: 

- Patrzcie!... Że to trębaczem nie został!... Hm!... No, podaj mi dziecko!... Ostrożnie!... No tak!... Biedactwo moje!... Cicha j, Floruś! 

Żubrowa naczerpała łyżeczkę. Dzieciak zaczął zajadać z apetytem. Chłop i baba wsłuchiwali się w każde mlaśnięcie i cmoknięcie jedzącego dziecka. Baba ozwała się pierwsza po chwili: 

- Na psa urok, apetytu nie brak. 

- Musi! - przytwierdził z przekonaniem chłop. 

- Kto? Co? 

- Apetyt, żołądek - służba, sacrebleu! 

Baba chciała zgromić chłopa, gdy wtem poza oknami, od strony podjazdu, rozległ się tupot koni i plusk wypryskiwanego błota. 

- Ani chybi, państwo z kościoła! Ruszże się! Albo nie, weź Florusia! Ostrożnie. 

Żubrowa jeszcze się przekomarzała z chłopem, a przestrzegała, jak ma garnuszek trzymać a łyżeczkę odwracać, kiedy oto drzwi rozwarły się na ścieżaj, a od progu rozległ się mocny głos zamaszystego mężczyzny: 

- Cóż to, ducha żywego nie ma w całym dworze! Nie lubię, psiamać... 

Baba na dźwięk tego głosu aż zatoczyła się. Chłop wyprężył się tak gwałtownie, że mu dzieciak gdzieś pod lewą pachą uwiązł, a garnuszek z kaszką, opuszczony ku dołowi, sączyć zaczął na ziemię swą gęstą zawartość. 

- Wszelki duch! Rety! A toż pan porucznik Stadnicki! Prędzej śmierci bym się spodziała! 

- Ładnie mnie witacie! - odrzekł Stadnicki prychając a ocierając twarz z wilgoci. 

- Kiedy bo, panie poruczniku, niech mnie skręci, jeżelim sobie dziś pana porucznika nie wspomniała! Głośny krzyk dziecka przerwał babie. 

- Macieju! Rany boskie! To ty Florusiem będziesz, niby karabinem, honory wojskowe oddawał!... 

Chłop spostrzegł się, porwał dziecko na ręce i huśtać zaczął a hołubić. 

- Czyjże to? - zagadnął porucznik. - Wasz? 

- Nasz, według rozkazu! - odrzekł pośpiesznie chłop. 

- Gotartowski? Daj go sam! Gęby!... Piskliwy, nie lubię. 

- Robaczek - jenerał. 

- Cielęcina, mlekiem czuć. A gdzież pani Florianowa? Macie tu co pod ręką? Ziąb - woda... 

- Duchem będzie! Niech pan porucznik tędy, do jadalni. Państwa tylko patrzeć z kościoła. Stary, a oka mi nie spuszczaj z małego! Dołóż mu tam z łyżeczkę! Proszę tędy! 

Baba ruszyła przodem, usadowiła porucznika przy stole w jadalni, zakrzyknęła na dziewkę, odbyła gwałtowną rozprawę z Małgosią, do ekonoma wyprawiła pachołka po obrok dla koni Stadnickiego i dopiero, kiedy już przed porucznikiem stanęła ważka świeżego kapuśniaku a tęgi dzbanek grzanego piwa, odetchnęła, wsparła się łokciami na stole i dała upust palącej ją ochocie do gawędy. 

- Patrzę i napatrzeć się nie mogę! To ci dopiero niespodzianka. 

- Pewnie, pewnie! - mruczał porucznik wyprzątając talerz. - Żeby mi kto trzy dni temu powiedział, że ja tu, do waszego zapadłego kąta, w Rawskie, kołatać się będę, miałbym go za szaleńca... 

Żubrową to wyznanie zmieszało. 

- Jakże? Bo przecież... zawsze... 

- No, mus, i koniec. Uważcie, Jankowski porucznik awansował i jest w Warszawie. 

- Olaboga! Może nowiny są od naszych poruczników? 

- List jest. Trzy listy. Jeden do mnie, a taki długi, żem go wczoraj pół dnia czytał i nie doczytał. 

- Matko Najświętsza! A toż śnił mi się dzisiaj as żołędny... a będzie temu tydzień, gdy starsza pani kabałkę układała, też się żołądź plątała... Srebro mojej! Aż się boję pytać, tylko nic złego?... 

Stadnicki pociągnął piwo i splunął. 

- Złego może i nie - ale zawsze. Z babami nie lubię, psia... i koniec! Żubrowa ręce załamała. 

- Bo to niby... pan porucznik czegoś... chyba coś musi być?...wszelkich złych... 

- Bab!... - huknął groźnie porucznik, 

- A pewnie, że jest! - wybuchnął nagle Stadnicki; Baba przeżegnała się. 

- W imię Ojca... i Syna... od Żubrowa zmieszała się. 

- Tedy, bo jakże... znów ci jakaś!... - Dwie! 

- Święty Antoni, strzeż, bom kląć gotowa, kogo nie potrza!... Panie poruczniku, cóż się stało?... Bo chyba mnie niepewność zadławi! 

- Kiedy jeszcze gotowiście co wygadać?! 

- Ja?! Ja?! Wygadać?! - zaperzyła się baba. - Ja, markietanka pierwszej legii pierwszego batalionu, porucznik mianowany przez samego Pelletiera, choć mi instrumentu dotąd nie przysłali... Ja, co najserdeczniejsze tajemnice całego niemal sztabu legiońskiego naszałam?!... Ja?! 

- Cóż! Chryja! - przerwał porywczo Stadnicki. - Przyjechał Jankowski... Nowin rozmaitych bez liku! Florek zrównał się z Marcelkiem!... Bo ten ci porucznikuje już od pół roku! Pod Wagram się dystyngował!... Ba!... Smyk, świderek zgoła sobie, półkurczę, a zawsze kawał żołnierza w nim siedział! 

- Jużci, wdał się w brata! 

- Czy się wdał?... No pewnie, pewnie... tylko teraz... licho wie, czym się ta awantura skończy... Wlecze się za szwadronem i ani weź!... 

- Kto?... 

- Gitana! Cyganka!

- Gi-gi-gi-tana! - powtórzyła niepewnie Żubrowa. 

- Co tu długo mówić! Gdzieś w Toledo, na biwaku, Marceli wdał się z Gitaną. Cyganką hiszpańską!... Florek tłumaczył, przekładał!... Szef Jerzmanowski jak rodzonemu perswadował, Załuski z Fredrą mało jęzorów sobie nie ugadali, aż wreszcie na rozgony wypędzili Marcelego - i co... niby ustało, niby się urwało! Myśleli - koniec. Ale gdzie - Cyganicha znów jakby spod ziemi! 

- Cię ją... zatraconą!... 

- Florek pisze - bo Marcelego, opętało także! Żenić się chce! 

- Święty Antoni! Z Cyganichą! Rety!... to już nasza starsza pani nie strzyma... Panie poruczniku, na miły Bóg, aby czasem słowa nie rzec!... 

- Właśnie! A on mi piszę: "Naradź się, ratuj!" Co ja?! Z babami nie lubię, psiamać! 

- O, bo, panie poruczniku, toż to nie może być!... 

- Świderek zawzięty był! A baba pewnie za nim w dyrdy! 

- Ba!... Aż piszczy do oficerskich obszlegów. Stadnicki żachnął się. 

- Pytlujecie językiem, a tu nie wiadomo co! 

- Myślę nic. 

- Jakże, przecież do nas ciągną. 

- Tu... tu... gwardia?... 

- Wojna! 

- U nas?! 

- Jakbyście wiedzieli! Jeszcze nic pewnego, co, z kim i kiedy... ale pułki już się dźwigają!... Legia z Hiszpanii maszeruje! W Warszawie gwałt w sztabach!... Różnie powiadają!... Jedni, że to na Austriaka cesarz się rozgniewał i teściowi węgierską koronę chce odebrać, resztę Galicji wydrzeć i naszemu Sasowi wszystko oddać! 

- Laboga, a bodaj go! 

- Drudzy, że z Petersburgiem do sporu przyszło o nas i że, jeno patrzeć, a do siarczystej rozprawy się zabiorą... Trzeci, że Anglia winna wszystkiemu, bo się ze Szwedami zmówiła i gdzieś pod Królewcem ma lądować!... Kto by tam prawdy doszedł! Wojna, i koniec!... Tedy idą - uważacie. 

- Bigos!... 

- A tu nie wiadomo co! Florek pisze: "Radź!..." Czego on tam nie pisze! Aż obrzydliwość taki naciukany list czytać! 

- Bo ja Wiem, panie poruczniku! Hm... Myślę, paniusi naszej, Piórkowej, powiedzieć... niech wie... a co z resztą - nie ma nikogo do rady!... Panna Urszula jeszcze się trzepoce, Fabianek trznadel, mój stary, chłop niczego, lecz z głową nie bardzo, ekonom Lewandowski tyle, że się na ochwaconych kobyłach zna... a już przed starszą panią nie wymów, bo się zagryzie, biedaczka! 

- Rada!... Ale tamto półkurczę trzeba ratować! 

- To się wie!... Ha! Niechbym ja się dorwała do niej, zatraconej!... Tfy! Jakem Muszyńska z domu, jeno by śmigała do tych swoich malag a petercymentów!... Pan porucznik daruje... jeszcze krzynkę, bo mi zasycha... 

Żubrowa umilkła, odsapnęła i pociągnęła z kubka. Narazi ręką w czoło się uderzyła i zagadnęła szybko: 

- Przecież pan porucznik mówił: z dwiema babami kłopot... Stadnicki nasrożył się. 

- Jakbyście wiedzieli, że z dwiema! - a po chwili, zniżając głos, dodał cicho: - kapitanowa Niewodowska jest w Warszawie. 

- Niewodowska? Kapitanowa? 

- Właśnie, do stu piorunów! - wybuchnął porucznik, 

- Święty Antoni! Bez urazy, toż chyba rzuca coś pana porucznikiem! 

- Rzuca, psia... i tu... widzicie gardziel. W grdyce tkwi a dławi! 

- Czy aby nie guzioł jaki? 

Stadnicki potrącił ze złością zawadzającą mu ławę. 

- Głupstw nie pleść... Niewodowski ożenił się z senioritą - panną - Dolores...

- Co pana Floriana chciała za męża?! 

- Kto? Kogo? Psia... to nie wypominajcie! 

- Każdy wie swoje. Ale kiedy kapitan Niewodowski się z nią ożenił, to niech jej będzie na zdrowie. 

- Otóż że są ze sobą nie bardzo... 

- Cale się nie dziwuję - dwie takie rozmaite nacje. 

- Niewodowski myślał z początku, że nawyknie do niego. Chuchał, dmuchał, hołubił, z pułku wystąpił, w Paryżu na pisarka się przynajął, jak oka żony strzegł, a serca sobie nie pozyskał. 

- Patrzcie, jakie to charakterne. Stadnicki zniżył głos. 

- Niewodowski się zdesperował. Przywiózł ją do Warszawy, przy ciotce osadził, a sam na służbę wraca. 

- A ja na jego miejscu wędrowałabym do Rzymu sprawiedliwości szukać... 

Stadnicki potrącił ze złością stołek pod piecem. Baba zerknęła niepewnie ku porucznikowi. 

- Człowiekowi się widzi, więc powiada... 

- Co mu ślina na język przyniesie - podchwycił żywo Stadnicki. - Acani Rzym w głowie, a tu nie wiadomo, psia... Jak wybrnąć! Niewodowski zdesperował się i ręce opuścił. Będzie temu trzy dni złapał mnie w zajeździe i powiada: ratuj! Cóż ja? Na babach się nie znam, i koniec. Wybrał się do mnie! Ale że prosił, aby do jego ciotki pójść i z imć Niewodowską się rozmówić, więc poszedłem... 

- I cóż? 

Stadnicki odetchnął ciężko i zaczął stłumionym głosem: 

- Zmieniła się, że choć psia... Tam, w Saragossie, niby dziecina - wątła, słaba, zdawało się, że jak mrugnie żwawiej, to dusza pryśnie jej z oczu, a teraz, phi! Niewiasta, że ha! Mnie nic do niej, lecz co Florka, to bym kawałami rwał... 

- Ani weź, panie poruczniku! Kapitana Niewodowskiego żałuję, mogę i nad tą Hiszpanicą się użalić, lecz zresztą nie widzę turbacji... 

- Ona musi się rozmówić z Piórkiem. 

- Kto? Ta... ta Hiszpanica, Niewodowska? 

- Musi! - uciął surowo Stadnicki. Markietanka strzepnęła z desperacją rękoma. 

- Panie poruczniku, toż niepodobna zezwolić! Pani Florianowa na śmierć by się zamartwiła! I tak tęsknica ją ssie za mężem, a cóż, gdyby jeszcze ufności nie miała mieć. Ale co ja plotę. Rękę sobie dam uciąć, że panu Florianowi ani w głowie! 

- No, to ze mną będzie miał sprawę. 

- W imię Ojca i Syna'... O czymże będzie się z nią rozmawiał? Co jemu do jejmość pani Niewodowskiej albo co ona ma do pana Floriana? Hm! Nie ma co mówić, co drużba, to drużba! 

Stadnicki mruknął ponuro: 

- Dałem parol. 

- Diabłu na uciechę. 

- Wam się zdaje... Gdybyście ją byli widzieli. Zaczęła beczyć.

- Wiem, wiem! Pociągnęła dwa razy noskiem, chlipnęła, oczyma przewróciła - i więcej nie trzeba, bodaj duszę zaprzedać! 

- Tak wam się zdaje! - bronił się porucznik. - Czasem niepodobna... Stało się, i koniec! 

- Może być, ale co nie stanie, jakiem Muszyńska z domu! 

Stadnicki spojrzał ze zdumieniem na markietankę. Ta pociągnęła łyk piwa, ręką usta - otarła i dokończyła z flegmą: 

- No tak, bo dziś jeszcze pani Florianowej Gotartowskiej rzecz wykładam: niechże wie, czego się spodziewać. 

- Ani pary z ust! 

- Pary nie będzie, bo już jej nawet na dworze nie widać. A co do pani Florianowej, dowie się o wszystkim. Niech no pan porucznik patrzy w okno, juści wracają z kościoła. 

- Żubrowa, do pioruna! Bo ze mną nie ma żartów! 

Baba podniosła się ociężale i, ścierając stół fartuchem i uprzątając talerze i kubki, odparła sucho: 

- Ze mną także nie ma. 

- Niech mnie kaci porwą!... Żubrowa, nie róbcie mi kontuzji! Nic się jeszcze nie stało. Florek za górami. Myślałem, że z wami można szczerze... 

- Paplą nie byłam, lecz co tutaj aż człowieka dławi. Stadnicki, posłyszawszy w tejże chwili gwar zbliżających się głosów, rzucił się ku markietance i schwycił ją za ramię. 

- Zaklinam was, ani słowa o Niewodowskiej! 

- Pod jednym warunkiem. 

- Co za warunek - idą! 

- Że pan porucznik da parol oficerski, iż nie wyjedzie stąd dotąd, dopóki nie wyjawi mi całej prawdy, gdzie i jak pan Florian ma się rozmawiać z tą Hiszpanką! 

- Przecież ja sam nie wiem. 

- To nic. Parol? 

- No więc parol, parol, psia... 

Stadnicki ledwie zdążył odpowiedzieć, gdy we drzwiach stanęła pani Jadwiga Gotartowska z synową, i córką, panną Urszulą. 

- Ot, gość niespodziewany... Witam waćpana! Jakież losy przypomniały waszmości o naszym zaścianku? 

- Sługa powolny imć pani dobrodziejki - bąknął porucznik kłaniając się niezgrabnie i poglądając chmurnie ku Żubrowej. - Miałem sprawę do piotrkowskiego departamentu, więc poważyłem się zboczyć, aby powinny szacunek złożyć. 

- Bardzom rada waszmości. Dnia nie ma, żebyśmy cię nie wspominały, a co już u Florkowej, to masz takie zachowanie jak u rodzonej. 

Stadnicki zmieszał się, rzucił okiem, kędy stała pani Zofia Gotartowska, i podszedłszy z impetycznym ukłonem ucałował zamaszyście ręce pani Florianowej. 

- Na honor, sługa, psia... i tego! 

Pani Jadwiga uśmiechnęła się na widok tej porywczej grzeczności. Pani Florianowa odpowiedziała przyjaznym komplementem. Jedna tylko panna Urszula stała skonfundowana a zapłoniona, daremnie czekając na powitanie Stadnickiego. Porucznik był tak roztargniony, tak wzburzony rozmową z markietanką, że nie widział ani strzelających ku niemu niebieskich ocząt, ani rumieńca palącego twarzyczkę panny Urszuli. 

- Rozgośćże się waćpan, a mnie pozwól tymczasem do gospodarstwa. Zosia mnie zastąpi. Pani Jadwiga skinęła na markietankę i wyszła. Pani Zofia wskazała Stadnickiemu ławę 

okrytą kilimkiem. 

- Siadaj, proszę, waćpan. 

- Dziękuję, wolę stać - mruknął porucznik. 

Pani Zofia spojrzała uważnie na szeroką, wyrazistą twarz Stadnickiego i rzekła niepewnie: 

- Czy nie nowinom zawdzięczamy przyjazd waćpana do Gotartowic? 

- Nowinom? Nie ma, psia, nowin, i basta!

Pani Florianowa nie wiedziała, co odpowiedzieć na to gwałtowne zaprzeczenie. Stadnicki szarpnął bokobrody i jął mierzyć wielkimi krokami izbę. 

- Gdzie tu szukać nowin? Co było, to i jest. Była wojna, jest wojna i będzie wojna. Zresztą, bierz kaci, dosyć mam tego wszystkiego! Zbieram manatki, jadę na wieś i niech sobie łby urywają! 

- Co w Warszawie? - przerwała pani Zofia. 

- W Warszawie? Nic! Radzą, sejmikują i werbują. Przysłali nam nowego rezydenta francuskiego. Musztrują się od świtu do nocy, jeno patrzeć, jak do Hiszpanii albo dalej jaszcze ruszą. Ale co ja, ani myślę! 

Stadnicki odsapnął, a spotkawszy się niespodziewanie ze wzrokiem stojącej przy szafie gdańskiej panny Urszuli, brwi ściągnął i dodał sucho: 

- A co z babami, to nie lubię, psiamać! 

Panna Urszula pobladła, łzy stanęły jej w oczach - ostatnie słowa Stadnickiego wydały się jej zwróconymi wprost do niej... Lecz po tym chwilowym osłupieniu, po rozżaleniu za tę niegrzeczność, twarzyczka panny Urszuli spąsowiała, skry z oczu osuszyły łezki, usta wydęły się dumnie. 

- Witam waszmości, bardzo miło! - ozwała się niespodziewanie i zanim Stadnicki zdobył się na odpowiedź, znikła za drzwiami. 

Porucznik spojrzał pytająco na panią Florianowa. 

- Dogadałem się racji! Uraziłem ani myśląc. 

- Boś nadto zapalczywy... chcesz nas wszystkich ryczałtem potępić... 

- Uchowaj Boże, tylko ja z babami nie potrafię. 

- Toś się waszmość niefortunnie do nas wybrał, bo co tu, jeno same baby zostały! Stadnicki opamiętał się i jął się sumitować: 

- Parol! Słowo oficerskie, pani porucznikowo dobrodziejko!... 

- Ależ ja się nie gniewam! Urszulę tylko przeproś za brak uwagi, boś się z nią wcale nie przywitał, a co ja, to cię rozgrzeszam od razu... 

Stadnicki rozpogodził czoło. 

- Jużci racja! boć zgroza byłaby, gdyby pani porucznikowa na Stadnickiego się boczyła. Ha, do pioruna! Przecież coś więcej mu się należy nad powszednią przyjaźń! 

- Panie Józefie! Już to przeczucie mi powiada, że waszmość nie bez kozery do nas! Stadnicki oczy spuścił i milczał. Pani Zofia pochwyciła porucznika za rękę. 

- Waszmość coś wiesz, waszmość coś ukrywasz! 

- Ja - ukrywam?... Uchowaj... ten! Nie ma co ukrywać... Pułk nadciąga! 

- Pułk szwoleżerów? 

- Tak, cały pułk. 

- Więc i Florek?! 

- Wraca także, zdrów, cały! Na prawej szlufie (naramienniku) bulion (frędzle) porucznika pierwszej klasy mu się bimba, do legii znów podany. 

Pani Zofia z okrzykiem radości zerwała się z ławy. 

- Wraca! Wraca nareszcie! A waszmość ledwie powiadasz! Boże, co za radość... lecz może, panie Józefie, zaklinam waszmości - zdrów? 

- Parol oficerski. 

Pani Zofia wybuchnęła jednocześnie i śmiechem, i płaczem.

Na scenę tę nadeszła pani Jadwiga, zapraszając do obiadu. Nastąpiły wyjaśnienia, a pytania jęły coraz gwałtowniej sypać się na porucznika. 

Stadnicki plątał się, lecz wymijał szczęśliwie nasuwające mu się wciąż myśli o "bigosie", który niewątpliwie spadnie i nań, i na całą rodzinę Gotartowskich razem ze szwoleżerami. Pani Jadwiga zresztą i pani Zofia w radosnym uniesieniu nie zauważyły nawet zafrasowania porucznika. 

Za stołem dopiero pierwszy wybuch radości przeszedł w spokojne ukontentowanie, w pełną otuchy gawędę, w dociekanie szczegółów towarzyszących powzięciu przez Stadnickiego tych pomyślnych wieści, w uwagi ku ostatnim nowinom politycznym a rachubom. 

Stadnicki dosyć niejasnych udzielał odpowiedzi, a co chwila rwał rozmowę i zmieniał jej przedmiot na błahe plotki warszawskie o sporach między księciem Józefem a Zajączkiem, o melancholii imć pana Jakuba Sokołowskiego, o uroczystościach krakowskich z powodu zorganizowania gwardii narodowej i o wielu innych podobnych sprawach. 

A że porucznik owe zwroty ku plotkom czynił niezręcznie, a nawet obcesowo zbywał zadawane mu pytania, więc mimo woli obudził niepokój w pani Jadwidze. 

- Waćpan zdajesz się małą uwagę przypisywać ruchowi wojsk napoleońskich ku nam? 

- Zapewne... bo cóż, ruch, a zresztą nie wiadomo... Wojna - oczywiście wojna! 

- Ciężko żyć w takich czasach jak nasze. Proboszcz powładał, że lada dzień trzeba się spodziewać werbunku. Piętnaście dymów, a nie wiadomo, czy bodaj jeden zdatny parobczak się znajdzie. 

- Cóż, odmówić, psia... i koniec! 

- Masz radę! - bąknęła Żubrowa na szarym końcu stołu. 

- Łatwe wyjście z kłopotu - zauważyła pani Jadwiga. - Jeno gdyby tak wszyscy czynili, nie wiem, co by z tego wynikło. No, a przy tym przecież i tu, w zaścianku, bije serce dla służb publicznych... Patrz, waćpan, niedawno sześciu ich było, obacz, że zostało jeno to chłopię... 

Pani Jadwiga spojrzała na jasną twarz najmłodszego syna, wpatrującego się ze skupieniem w porucznika, i zamyśliła się smutnie. 

- Piąty rok wojny! 

- Piąty rok, powiadasz waćpan. Powiedz raczej: dwudziesty! 

- Pani matko! - ozwała się z perswazją pani Zofia do świekry. - Toć trzeba mieć ufność... 

- Wracają do dom, zdrowi... 

- A Staszek?! - zagadnęła nagle pani Jadwiga. Cisza zaległa izbę. Nawet panna Urszula, rzucająca od czasu do czasu groźne spojrzenia, na porucznika, pochyliła główkę. 

Stadnicki jął targać bokobrody. 

- Przecież niepodobna, żeby przepadł... znajdzie się. Teraz z Prusakami zgoda, można by wszcząć znów poszukiwania. 

- Oczywiście, oczywiście! - przytwierdziła skwapliwie pani Zofia. - Jak Florek wróci, to natychmiast zacznie poszukiwania. 

- Daj, Boże! Niczego nadto nie pragnę, byle ta dręcząca niepewność odeszła. 

- Powiedzże, waćpan, więc cały pułk szwoleżerów gwardii wraca? - zagadnęła pani Jadwiga, chcąc przerwać bolesne wspomnienie o Staszku. 

- Tak powiadał Jankowski. 

- A cesarz? 

- W Paryżu. 

- To nie może być! - wmieszała się energicznie. Żubrowa. Stadnicki poczerwieniał. 

- Jak to: nie może być?! Powiedziałem, psia... że jest w Paryżu, to musi być! 

- Pozwólcie, Żubrowa, pan porucznik wie lepiej... 

- Każdy wie swoje! Gwardie tam chodzą, gdzie chodzi cesarz, a nie suponuję, aby pułkowi szwoleżerów dali odprawę. 

- Dali czy nie dali, a pułk ciągnie do nas! I to sobie zakonotujcie, że, do stu piorunów, czas wielki, aby gwardia nasza własnego pilnowała obejścia, a nie mości francuskiej! 

- Taka dobra mość francuska jak i nasza! 

- Tedy wyprowadzajcie się do Francji! 

- Wyprowadzać się nie będę, bom tu urodzona, i że tu dycham, to juści nie kto inny uczynił, jeno on, nasz cesarz, Napolion... caramba, sacrebleu!

Stadnicki rzucił się na stołku całym ciężarem swego potężnego ciała. 

- Co wy mi z Napolionem! Dosyć mam waszego Napoliona! Uczynił co dobrego dla nas, to z lichwą wzioł krwi żywej. Niczego darmo nie dał. Po świecie nas porozwlekał. 

Porucznik posiniał, uderzył pięścią w stół i umilkł, sapiąc gwałtownie. 

Pani Jadwiga na ten wybuch Stadnickiego chciała odpowiedzieć perorą skierowaną do Żubrowej, a wymierzoną politycznie do porucznika, lecz markietanka nie dała jej przyjść do słowa. 

- Mości panie poruczniku - zaczęła ze drżeniem w głosie - baba jestem ordynarna i głupia, a w dodatku tyle od innych głupsza, że stara, lecz na owo bluźnierstwo o cesarzu niech panu porucznikowi odpowie bodaj jedna mogiła polskiego żołnierza. Ci, co legli, myśleli inaczej; wiedzieli, gdzie racja. Jeno ci, których kule ominęły, zezują do wczasów i kąta! 

Baba odetchnęła ciężko. Porucznik bębnił niecierpliwie palcami po stole. Pani Jadwiga uznała za właściwe przerwać spór, a skarcić zbytnią żywość markietanki. 

- Moja Żubrowa, imacie się sądzenia o sprawie, o której trudno wam mieć dobre pojęcie. Cesarzowi porucznik niczego nie ujmuje, jeno nie bez kozery mniema, że ten nie o nas się turbuje! 

- Nie może być! 

- Więc zostawajcie przy swoim. 

- Zostanę, jakem Muszyńska z domu. 

- Cmentarze chcielibyście mieć na ziemi rodzonej, a nie grody, nie miasta, nie sioła! - zakrzyknął groźnie porucznik. 

- Cmentarze? A cóż złego cmentarz?!... Zważ, mości poruczniku, jako na dawnych kurhanach zboże się pięknie zieleni! 

- Dosyć tych wywodów, moja Żubrowe! Z poczciwości one u was się rodzą, ale i z zapalczywości. 

Markietanka chciała się bronić, lecz pani Jadwiga powtórzyła stanowczo; 

- Dosyć! 

Baba podniosła się zza stołu. 

- Oho, kiedy dosyć, to dosyć!... Rusz się, Macieju, bo nam starym, lepiej odejść niż słuchać nowomodnych racji!... 

Żubr powstał w milczeniu, baba mruknęła coś pod nosem i wyszła, pociągając, za sobą męża. 

- Dobrzy ludzie - zauważyła pani Jadwiga po odejściu Żubrów - jeno nie do rozpraw o cesarzu. W ogień by za niego szli. Aż nieraz z tego przykrość, bo niech słowo padnie, już ich wyprowadza z równowagi. 

- Zatruło ich! - bąknął Stadnicki. - Nie oni jedni... 

Gdy wstano od stołu a wymieniano wzajemne podziękowania, porucznik znalazł się niespodziewanie wobec panny Urszuli, a wspomniawszy na swoje niedawne zapomnienie przy przywitaniu, skłonił się jej z przesadzoną powagą i ozwał uroczyście: 

- Mościa panno, mocno obligowany! 

Panna Urszula poczerwieniała, rozwarła nerwowo chrapki i odrzekła bez namysłu: 

- I ja mocno obligowana za taką fatygę.

Porucznik chciał coś rzec, lecz panna Urszula wykręciła się i wybiegła z komnaty. 

Pani Jadwidze zrobiło się nieprzyjemnie za tę nową konfuzję, która po przemówieniu się z markietanką spotykała jej gościa, więc zleciwszy synowej zajęcie się porucznikiem, poszła szukać córki. 

Pani Zofia odgadła intencję świekry. - Nie bierzże waszmość za złe tej kózce... Stadnicki machnął ręką. 

- Nie mam szczęścia. No, nie potrafię z babami... i koniec! - odrzekł porucznik i, obejrzawszy się dokoła, dodał ciszej: - Mam pisanie dla pani. 

- Pisanie dla mnie?... I nic mi nie powiadasz? 

- Bo właśnie mam zlecenie, aby je w tajemnicy; doręczyć. Proszę! Niech go tylko nikt nie dostrzeże... Od Florka! 

Pani Zofia rozerwała gorączkowo pieczęć i jęła szybko przebiegać list, mieniąc się kolorami i nie mogąc powstrzymać się od odruchowych wykrzykników. Gdy skończyła, twarzyczka jej spoważniała nagle. 

- Waszmości więc już jest wiadomo? Stadnicki skinął twierdząco.. 

- Przeczucie mnie nie zawiodło. Nowina, którąś mi przywiózł, obok radości kryła i smutek. Biedna pani matka!... Marceli zastanowienie postradał! Żenić się z kim?... Z włóczęgą cygańską! Zapomnieć o powinnym zachowaniu dla matki, dla rodziny, dla imienia! Florek mi pisze, żeby przygotować matkę. Czy podobna? Znam świekrę, wiadomość o śmierci syna mniej by nią wstrząsnęła. Raczej na Marcelego trzeba wpłynąć, zakląć go, przełożyć mu... 

- Nie poradzi! Opętało go i teraz się już zeń nie wyrwie. 

- Lecz od czegóż wola, siła, męskość?! 

Porucznik wyciągnął swe wielkie kiście rąk i spojrzał na nie pogardliwie. 

- Siła! Duża z niej pociecha! Jednym westchnieniem obali cię, złamie, weźmie z ciebie, co zechce... 

Słowa te wyrzekł porucznik z taką desperacją, że pani Zofia nie mogła powstrzymać się od uwagi: 

- Można by przypuścić, poruczniku, że waćpan sam masz nie lada sprawę sercową. 

- Ja, sercową? Nigdy!... Nie potrafię z babami... Mnie nic po tym... 

- Przyjdzie i na waćpana. 

- Nigdy, mościa pani, przenigdy! Do sentymentów nie pasuję, akomodować nie umiem, no i... nie lubię!... Lecz co o tym!... Najważniejsze, że z Marcelim coś trzeba... 

- Florek nie bez kozery ma do waćpana zaufanie. 

- I dlatego na mnie zwala takie misje! Epistołę do mnie wysztukował niczym uniwersał. Dwa dni czytałem. Liter naciukał całe lasy... ślepiaj, a nie odróżnisz, gdzie brzuszek, gdzie ogonek, a która kropka której literze się należy. 

- Pozwól mi, watszmość, tego listu - dopomógł. Stadnicki zawahał się, lecz po chwili sięgnął w zanadrze i wyciągnął zwitek papierów, owinięty w fular. 

- Tajemnicy nie ma. Proszę! Niech się waszmość pani przekona, czy nie mam racji. 

Pani Zofia w milczeniu rozwinęła papiery i jęła chciwie czytać. Stadnicki mierzył wciąż izbę wielkimi krokami, spoglądając od czasu do czasu ku pani Florianowej, a niekiedy chrząkając, jakby na znak, że ma coś do powiedzenia. Aż Stadnickiego zniecierpliwiło to długie czytanie. Szurgnął mocniej, znów odchrząknął, a wreszcie, dźwignąwszy pogardliwie ramionami, wyszedł z komnaty do sieni, a stąd na podwórzec folwarczny. 

 

II

 

Porucznik z uczuciem ulgi odetchnął wilgotnym wiewem marcowego wiatru, rozejrzał się po zabudowaniach folwarcznych, zaczynających spowijać się mrokami, zajrzał do stajen, huknął na swego pachołka, aby mu bryczkę ze świeżego błota oczyścił - a potem, czując potrzebę ruchu, zawrócił za dwór, do ogrodu, i tam jął kołować po ścieżkach a kluczyć bez celu. 

Stadnicki był zły. Zły na siebie, na Floriana, na Marcelego, na swój przyjazd do Gotartowic, na markietankę, co mu się hardo stawiła, na panią Zofię, że przyjaźń mu wypomniała, na chłopca, co bryczki nie obmył, na wodę, chłepczącą mu pod nogami, na idący ode wsi monotonny pisk skrzypiec i wtór ociężały basetli. 

Porucznik chciał zastanowić się; rozważyć położenie, znaleźć punkt wyjścia z tego koliska, w które wpadł mimo woli, lecz ani rusz nie mógł sobie dać rady z myślami. Plątały mu się osoby, wypadki, przedmioty tak nielitościwie, że Stadnickiego pasja ogarnęła. Kopnął z irytacji wystający nad ścieżką krzak głogu. Krzak chlusnął nań; kroplami nieobsiąkniętego dżdżu. 

Głusza, ciemń i martwota bijące z każdego zakamarka ogrodu zaczęły powoli uspokajać Stadnickiego. 

Porucznik machnął raz jeszcze energicznie ręką, a potem zapadł jakby w toż samo odrętwienie a zobojętnienie, w którym zdawała się trwać natura. 

Ponad strzechą stodoły ukazały się różowe smugi dawno zapadłego za chmurami słońca. 

- Znów plucha! - mruknął do samego siebie porucznik. - Niech sobie plucha!... Ten ci ciągnie smykiem, jakby drzewo piłował. Świętarek! Ten był do każdego instrumentu! Leży sobie w wąwozie somosierskim. Chociaż i Duszek umiał... Bodaj go z tym smykiem!... Uszargam się jak nieboskie stworzenie... Choćby nawet - zawszeć tu snadniej niż w tym babieńcu. Język sobie można upytlować!... Gdzie też teraz się podziewa grosmajor Michałowski?... Pewno już ma awans - taki by nie miał!... Cóż - na wsi dobrze, cicho, spokojnie?... Pójdź tu piesku, pójdź!... Szczerzysz zęby?... Umykaj, bo nie lubię, psia... 

Porucznik w tym miejscu urwał nagle, bo tuż przed nim niby spod ziemi, wyrosła smukła, wiotka sylwetka. Stadnicki chciał zagadnąć nadchodzącą, lecz sylwetka, idąca nierównie szybciej od porucznika, całym swym ciężarem wpadła na Stadnickiego. 

Porucznik stropił się. Sylwetka odskoczyła w tył, wydając okrzyk przerażenia. 

- Przecieżem nie żadne licho! - oburknął się porucznik. 

- To waćpan... waćpan... zawsze waćpan!... - ozwał się znajomy Stadnickiemu głosik. 

- A, imć panna Urszula!... Przepraszam! Nie widziałem!... 

- Nie wątpię nawet o tym, żeś waćpan nie mógł mnie dojrzeć... 

- Pewnie, bo ciemno. Waćpanna zresztą samaś na mnie wpadła... 

- Gdybym suponowała że waćpan tu... tobym z pewnością nie weszła mu w drogę. Bo... właśnie tu się skryłam, aby waćpanu nie zawadzać. 

- Mnie zawadzać?. Cóż znowu! Mnie nikt nigdy nie zawadza, bo jak tego, to ze mną sprawa! 

- Ja też nie wchodzę i... i... przepraszam... 

- Za pozwoleniem... to ja powinienem przeprosić! 

- Przeprosin nie przyjmuję, bo mi się od waćpana nie należą. Dworskość waćpanowa dla białogłów jest mi znaną. 

- Przymówka? Niech sobie będzie... Z babami nie lubię... i koniec! 

- Z babami? Daruj waszmość, lecz nie zasłużyłam sobie na miano baby! 

- U mnie wszystkie są babami. Młoda, leciwa... każda baba, i już... 

-Waćpan jesteś impertynent! 

- Cale się nie obrażam. 

- Bo mnie waćpan masz za nic! 

- Za co mam, to mam.... 

- Może... jeszcze... za coś gorszego! - wybuchnęła panna Urszula. 

- Może! - warknął opryskliwie porucznik. 

Panna Urszula nic nie odpowiedziała. Ustąpiła kilka kroków w bok, ku jabłoni, wsparła się na mokrym pniu i stała tak nieruchoma, przytulona do drzewa. 

Stadnicki odsapnął i spojrzał ku stronie, gdzie widniał cień panny Urszuli. Cień zdawał się być skamieniałym, zrosłym razem z pniem, ku któremu się chylił. 

Porucznik nie wiedział, co ze sobą począć. Pozostawić pannę Urszulę samą i wracać do dworu nie zdało mu się przystojnym. Po chwili wahania postąpił kilka kroków naprzód. i zagaił pojednawczo: 

- Mościa panno... mży! Dalipan, mży! Tu przecież niepodobna... Cień milczał. Stadnicki natarł energiczniej: 

- Proszę darować, jeżelim zawinił. Taki jestem z natury, a nie ze złej woli... Gdzie tu, na wilgoci takiej, stać! 

I tym razem nie było odpowiedzi. Stadnicki przeczekał znów i podszedł do pnia, tak że mimo ciemni odróżniał drobne rączki panny Urszuli, okrywające szczelnie twarzyczkę. 

- Mościa panno! - zaczął raz jeszcze porucznik, starając się swemu basowi nadać możliwie łagodne brzmienie. - Mościa panno, sumituję się! Niech mnie pioruny, że się sumituję! Zawiniłem srodze, sam nie wiem czym, ale zawiniłem, psia... i koniec. Tak długo urazy żywić się nie godzi... Co tam, proszę odjąć łapiny, i zgoda! 

Przy tych ostatnich słowach Stadnicki pochylił się ku pannie Urszuli i dotknął jej rąk. Panna Urszula targnęła się całym ciałem. 

- Hm! Za twoje myto... Kiedy tak, nie śmiem nalegać, żeby mnie nie spotkał nowy despekt. Wola waćpanny na tym pustkowiu kataru szukać - nie mam prawa odwodzić. Sługa najniższy! 

Porucznik skłonił się uroczyście cieniowi panny Urszuli i zawrócił ku dworowi. Zaledwie atoli uszedł kilka kroków, gdy doszło go przeciągłe, spazmatyczne łkanie. 

Stadnickiego mrowie przeszło. Zatrzymał się, sam nie wiedząc, co począć. Łkanie tymczasem rozlegało się coraz silniej, coraz żałośniej. 

Porucznika coś za serce ścisnęło. Zaklął siarczyście i skoczył do drzewa, pod którym zostawił był pannę Urszulę. 

- Mościa panno! 

Odezwanie się porucznika zwiększyło potok łez. 

Stadnicki stracił ostatek cierpliwości. Ujął pannę Urszulę za ręce, odciągnął od pnia i próbował uspokoić. 

- Mościa panno, przeciem nie rozbójnik żaden! Tyle łez wylewać! Przyjechał, jutro ruszy na cztery wiatry i ani dymu, popiołu po nim!... Bij waćpanna, kiedy wola, siecz, rąb mnie ale... ale mi nie szlochaj! 

- Ma-a-a-ło... waćpan mi nadoku-ku-czał! - wyjęczała panna Urszula. 

- Ja, ja!... Nadokuczałem? 

- A... a kto? Ja wiem, że masz mnie waćpan za nic, ale... ale tak dokuczać okrutnie!... O, ja nieszczęśliwa! 

Stadnicki aż się ugiął pod ciężarem tego oskarżenia. Ogrom winy popełnionej wydał się porucznikowi tak oczywistym, tak niezmierzonym, że w poczuciu skruchy, sam nie wiedząc, co czyni, objął pannę Urszulę, podniósł z lekka i, kołysząc na swym potężnym ramieniu, koił. 

- Już mi waćpanna zapomnij... Obwieś jestem, nikczemnik zgoła, prostak! 

- O... i... taki despekt - kończyła panna Urszula, szukając dla swej główki oparcia na piersiach Stadnickiego. 

Porucznik tymczasem, trzymając w objęciu drżącą łkaniem, drobniutką postać panny Urszuli, ze skruchy wpadł w chęć zmazania winy za wszelką cenę. 

- Ja to waćpannie wynagrodzę. Gburem byłem, lecz ja to naprawię. Muszę do stu par diabłów, naprawić! 

Panna Urszula trzęsła z powątpiewaniem główką. 

- Nie, nie, stało się... Taki despekt. 

- Muszę! - mruczał zawzięcie Stadnicki. 

- Ja wybiegłam do waćpana, bo waćpan nie zdawał mi się obcym! Florek powiadał mi zawsze, że... że lepiej niż rodzonyś... a... waćpan aniś się ze mną nie przywitał, jakbyś. mnie nie widział - a potem jeszcze pani matka na mnie... 

- Kupię waćpannie pudełko tureckich bakalii i przez umyślnego z Warszawy przyślę. 

- Nie, nie chcę bakalii!.. 

- Błękitnego atłasu na kontusik! 

- Nie trzeba - mam trzy... 

- Sepecik z różanego drzewa, mam go po chrzestnej... 

- To go waćpan chowaj! 

- Coś przecież waćpanna pozwól... 

- Nie chcę nic! Konfuzję waćpan mi wyrządziłeś, srogą konfuzję - despekt taki, że... sama nie wiem! Na puszczę bym uciekła, do boru bym się schroniła, żeby... żeby ludziom w oczy nie patrzeć... 

- Już mi się waćpanna nie skarż, bo mi trzewia wyprujesz... Moja wina, ale zważaj, żem gotów na wszystko, byłeś darowała, byłeś nie miała żalu, bo nie mogę, bo nie lubię, i ten... Każesz, a bodaj się obwieszę! 

- Waćpan tylko tak sobie mówi... a żebyś słyszał, co pani matka do mnie... "Waćpannie w alkierzyku siedzieć, a nie kawalerom się pokazywać. Do waćpanny z taką grzecznością nawet ciura nie zajedzie..." Tak mówiła pani matka - nawet... ciura mnie nie zechce przez waćpana!.. 

- Jak to: ciura? 

- Tak, nawet ciura ze mną się nie ożenił... Stadnickiego desperacja ogarnęła. 

- To nieprawda! Ja z waćpanna się ożenię, i koniec. 

Po tym gwałtownym oświadczeniu nastało głuche milczenie. 

Naraz panna Urszula jednym zwinnym ruchem wyśliznęli się z ramion porucznika i stanęła przed nim. 

Stadnicki westchnął i ręce wyciągnął, jakby chciał ten wymykający mu się ciężar uchwycić, lecz się opamiętał, W tejto samej chwili, około ust, uczuł dotknięcie małej, delikatnej rączki. 

- Pocałuj, waćpan! - rozkazał poważnie dobitny głosik panny Urszuli. 

Porucznik bez namysłu cmoknął z hałasem po rączce i nawet chciał rozkaz ponownie spełnić, lecz rączka usunęła się szybko. Stadnicki odchrząknął. 

- Widzi waćpanna... waćpanna doprawdy uraziła się niesłusznie, boć wszystko, lecz nigdy w świecie... 

- Kiedy się żenisz, to skończone! - przerwała krótko panna Urszula. 

- Hm, pewnie, że skończone, nawet grzechem byłoby, gdybyś waćpanna mnie pomawiała... 

- Wracajmy! 

- Cóż, wracajmy, kiedy wola. 

Panna Urszula zawróciła ku domowi. Porucznik ledwie mógł za nią nadążyć. Pode dworem panna Urszula przystanęła nagle. 

- Waćpanowa komnatka tędy... drugie drzwi! Pocałuj waćpan, kłaniam. 

Rączka panny Urszuli po raz wtóry musnęła szczecinowatych wąsów porucznika i znikła razem ze swoją panią w oświetlonej sieni. 

Stadnicki stał przez chwilę zapatrzony w sień. Wreszcie dźwignął się ociężale i poszedł do wyznaczonej mu izdebki. Tu dopiero myśli zebrał i jął rozważać. Porucznika jakiś bunt wewnętrzny szarpnął, jakaś pasja zdjęła. 

- Skończone! - mruczał do siebie półgłosem. - Co ma być skończone? Nic nie jest skończone! Trznadel taki! W jedno ramię nie ma co zabrać. Jak się sadzi! Tfy! A żałości tyle, że choć utop się we łzach. Nie lubię, psiamać! Trusia. E... faramuszki. Miałbym czym sobie głowę suszyć!... Obrzask jeszcze czuję od tej kurzej łapki. Nie lubię, psia!... 

Stadnicki pogładził bokobrodów, objaśnił topiącą się świecę i podsunął do maleńkiego zwierciadełka, stojącego na kominku. W zwierciadełku odbiły się ciężkie rysy twarzy porucznika. 

Stadnicki splunął z obrzydzeniem. 

- Pewno, że chyba tylko takie pisklę może sobie w takiej prezencji coś imaginować. Niech sobie żart tynfa wart. 

Te rozpamiętywania przerwał porucznikowi pacholik wzywający na wieczerzę. 

Za stołem Stadnicki usiłował rozerwać zamyślenie pani Jadwigi, a roztargnienie pani Florianowej. Rozpowiadał więc dość żywo, choć nieszczerze, bo mimo woli powtarzał jedne i też same nowiny. Słuchacze byli atoli tak nieuważni, iż nawet nie postrzegli ani tego powtarzania, ani tego dziwnego pomieszania, z jakim porucznik odwracał się od natarczywego wzroku panny Urszuli. 

Koniec wieczerzy powitali wszyscy z odcieniem zadowolenia. Każdemu snadź pilno było do samotności. 

- Waćpana nie zapraszam - rzekła pani Jadwiga na dobranoc porucznikowi - bo wiem, iż nie wyrządzisz nam tej przykrości i zostaniesz... bodaj do powrotu. 

- Rad bym, pani dobrodziejko, rad bym. Ale właśnie, psia... to jest niepodobna. Pilne sprawy - papiery muszę do piotrkowskiego departamentu. 

- Jeszcze nie biorę tego za odmowę; tuszę, że noc namysł waćpanu przyniesie, a w każdym razie proszę go o chwilę rozmowy. 

Stadnicki skłonił się. 

- I ja od siebie przekładam intencję - wmieszała się pani Zofia, a gdy porucznik do ręki jej się chylił, dodała ciszej: - Muszę z waćpanem pomówić. 

Stadnicki raz jeszcze zapewnił, iż obowiązki niewolą go do szybkiego powrotu, i wyszedł do sieni, aby udać się do swej komnatki. Lecz gdy miał ująć za zaworę drzwi, prowadzących z sieni do małego przejścia, stanęła przed nim panna Urszula. Porucznik zmieszał się. 

- Bardzo miło, chciałem właśnie życzyć dobrej nocy. Panna Urszula odgarnęła promień jasnych włosów. 

- Waćpan jutro myślisz? 

-Jutro?... Jutro, to jest... bo ten, skądże!...

- Słyszałam! - odrzekła z powagą panna Urszula, wskakując na dziurkę od klucza. 

- Aha, więc ciekawość... 

- Waćpan jutro? - przerwała ostro. 

-Jutro. 

- Więc musimy się jutro rozmówić! 

- Rozmówić się? Niby... my! 

- Tak! - szepnęła panna Urszula wskazując kolejno paluszkiem na siebie i porucznika. 

- No, to się rozmówimy! - zakonkludował hardo Stadnicki. 

- Jutro, przed obiadem, w tym samym miejscu, 

- W tym samym. 

- Pocałuj waćpan! 

Stadnicki spąsowiał i nachmurzył się, lekceważenie było nazbyt widocznym, lecz nagle wzrok jego zatrzymał się na wyciągniętej a podniesionej tuż prawie około jego ust rączce - i usta jego mimo woli złożyły się do pocałunku. Ale zanim ten przebrzmiał, a Stadnicki się spostrzegł, panna Urszula mignęła we drzwiach przeciwległych swym granatowym kontusikiem i znikła.

Huragan

I

 

Wieczór zapadał. Na drodze ciągnącej się od Brzezin ku Rawie wlókł się mały, węgierski wózek, zaprzężony w parę gniadych mierzynków. Droga była ciężka, miejscami wąska, wypukła, zawalona kamieniami, to znów rozlewająca się w szeroki, piaszczysty gościniec. Wózek co chwila to zapadał w głęboko żłobione koleje, brzuchem swym muskając ziemię, to wspinał się z grudy, na grudę, z kamienia na kamień. Konie ustawały. Stary, skulony furman zachęcał je głosem, szarpał z lekka lejcami lub smagał batem. Lecz i to przestało skutkować. Gniadosze rozwarły szeroko chrapy, najeżyły krótko strzyżone grzywy i zatrzymały się nagle dysząc ciężko.

Furman zeskoczył z wózka, a za nim siedząca obok niego baba. Z tylnego siedzenia zerwał się młody człowiek, zbudzony widocznie. i chwycił machinalnie za ukrytą w zanadrzu krócicę.

- Maciej! - zakrzyknął. - A tam co?!

- Ustały, panie poruczniku!

- Bo tyś zdarzony akurat do powożenia! Masz... - odezwała się baba. - Gnałeś... gnałeś... to i...

- Jasia, nie gadaj - upomniał babę furman.

- Nie gadaj i nie gadaj! - przedrzeźniała dalej baba. - A teraz konie wyłóż i ciągnij...

- Nie poradzi! - odparł flegmatycznie furman, rozwiązując postronki uprzęży.

- A też to skaranie boskie z tym chłopem. Młody człowiek nie zważał na dogadywania baby. rękę do kaszkietu przyłożył i rozglądał się po okolicy. Wreszcie rzekł półgłosem jakby do siebie:

- Nie widać! Może lepiej wózek porzucić. Na przełaj mila mniej...

Baba. rozpostarła ręce szeroko i podchwyciła żywo:

- Na przełaj? A toż byłoby dopiero! Ani myśli! Szkapiny się wydychają krzynkę!... O... jak to parska! Zdrów! I dowleczem się. Gdzieżbym, ja to panicza mego puściła na piechtę. Juści niejeden kraj się przemaszerowało, ale gdzie tu... samotrzeć!... Włóczy się różnego zbójectwa. A nie uszliśmy to już z dziesięć razy rozmaitym?... Ja tam siadam na wózek i czekam! No, stary, czegoś gębę rozdziawił, dajże obroku! Taki to, panie poruczniku, ciemięga, a do strzelców konnych iść się napierał!...

Porucznik, zasypany potokiem wyrazów, uśmiechnął się smutnie.

- Dobrze mówicie, Żubrowa. Tylko czy poczciwe koniska wytrzymają, czy nie omdleją? Nie jestem tu obcy, papierów nie ma co okazywać... Sześć mil jednym tchem prawie przebiegły, a... ile jeszcze?

- Do Rawy, wedle rozkazu, będzie jedna, a potem, w bok, z półtorej.

- Wedle rozkazu! Wedle rozkazu! - powtórzyła z przekąsem baba. - Niby to pan porucznik kazał, żeby tyla jeszcze było!

- Jasia, nie gadaj - mruknął po swojemu furman.

- I to... zrobili podoficerem jeszcze! - gderała dalej baba.

- Ano trudno - przerwał porucznik. - Wysyp im resztę obroku. Niechaj wypoczną. Noc zapada. Podjedziemy do miasta. Żubrowa skoczy potem cichaczem na rogatki. A nie macie tam czego w torbach?...

- Et, nie ma strachu! Markietanka głowę na karku może ma lepszą niż niejeden podoficer pierwszej legii, pierwszego batalionu, drugiej kompanii!...

Na potwierdzenie tych słów baba skoczyła do wózka i jęła wydobywać zeń prowianty i gąsiorek z wódką. Porucznik przysiadł nad rowem i zabrał się ochoczo do jadła, przepijając ze smakiem.

- Gdańska! - zauważył z ukontentowaniem. - Pijcie i wy. Baba chwyciła za flaszkę i pociągnęła mocno raz i drugi.

- Co nasze, to nasze! Aż gorącość w człeka wstępuje a żywość. Lepsze niż te italskie napoje, co choć gębę ze słodyczy sklejają, a jeno ckliwość po nich ostaje i zgaga. Stary, masz i ty, a folguj, bo mi się spijesz!... Już to głowę masz na nic. Widzisz, stary, nawet kule cię mijały, słusznie mądrzejszych łepetyn szukając... Pod tym Holindem...

- Hohenlinden! - poprawił porucznik.

- Kto by tam spamiętał - pod Holindem już-już leciała na niego jedna, ale jak ci nie zobaczy z bliska tej kapuścianej głowy, tak dalej w bok, ledwie mu pogardliwie koło ucha gwizdnęła i przebiła porucznikowi Dziurbasowi kaszkiet!... Albo choćby w bitwie nad Adygą. Stoję sobie przy ambulansie, a tu nieprzyjaciel plunął na przywitanie rotowym ogniem; patrzę, w drugiej kompanii, na lewo, kiwnęła się czapka - myślę, nareszcie mój dryblas się doczekał! "Jesteś wdową, madame Żubrowa". Chwytam za manierkę, aby mu się dać napić na drogę żywota wiecznego i wciskam się między szeregi... Aż tu mój stary gryzie sobie najspokojniej ładunek! A kapral Michał Zadera leży jak długi i ani zipnie! Poczciwe było człeczysko. Nieraz, bywało, jeść nie ma co, aż zatyka. A tu Zadera naraz się zjawia. "Pani Żubrowa - powiada - bydlaka sobie zjemy! Co?!" Ja mu na to zła: "Juści bydlaka się zachciewa - a pomidorów z oliwą nie łaska?" A ten aby białkami łypnie i patrzę, a już z kieszeni ciągnie przepiórkę, niby psa za ogon! Dobre było chłopisko...

Baba urwała, rękawem oczy przetarła i nagle zamyśliła się. Porucznik odwrócił starosta głowę i zapatrzył się w zapadające mroki nocy. Żubr jął opatrywać konie, które ostygły i potrząsały już ochoczo uzdami.

Nagle stary podoficer drgnął i zaczął nadsłuchiwać. Na drodze, od strony Brzezin, rozległ się miarowy tętent. Żubr podskoczył ku porucznikowi.

- Melduję pokornie, iż ktoś za nami nadjeżdża! Porucznik zerwał się z miejsca i skoczył do wózka.

- Siadać żywo i ruszajmy.

Żubrowi nie trzeba było rozkazu powtarzać. Nakarmione mierzynki pomknęły żwawo.

Podróżni jechali przez chwilę w milczeniu. Turkot wózka śród nocnej głuszy rozlegał się dokoła. Aż oto czujne ucho furmana pochwyciło nowy odgłos, bo zaciął silnie mierzynki i szepnął, nachylając się wpół ku porucznikowi:

- Melduję pokornie, że nas gonią!

Jakby na potwierdzenie tych słów, gdy wózek wjechał w piaszczystą kolej, a turkot jego ucichł, równocześnie na drodze, w oddali, rozległ się już przyśpieszony tętent kopyt końskich.

- Ilu może być?

- Czterech... pięciu!

- Mądrala - mruknęła baba.

- Zwolnić - zakomenderował porucznik. - Żubrowa na moje miejsce! Nie ujdziemy! Broń opatrzyć! Uważać! Jakby więcej... to pójdziemy w pole!

Rozkaz wykonano natychmiast. Mierzynki przeszły na spokojnego truchta. Baba rozsiadła się wygodnie w tyle. Porucznik nasunął kaszkiet na oczy i zajął miejsce obok furmana.

Tymczasem pogoń zbliżała się coraz szybciej, wreszcie, gdy przysunęła się na odległość strzału, dał się słyszeć donośny głos:

- Hej, tam! Stać w miejscu! Wózek zatrzymał się.

- Prusacy! - szepnął porucznik pochwyciwszy w lot znany mu dobrze akcent.

Baba nie straciła rezonu, wykręciła się na siedzeniu ku nadjeżdżającym i zakrzyknęła tonem sprawiedliwego zniecierpliwienia:

- No więc stoję! I cóż?... Czego to waćpanom potrzeba? Jezdni otoczyli wózek. Jeden z nich wysunął się naprzód i łamaną polszczyzną zaczął:

- Dokąd? I skąd?!

- A to pan nie widzi, że na drodze do Rawy! Olaboga, cóż to? Do domu wracać nie wolno?!...

- Ci ludzie z wami?

- Ci ludzie? Znać, że waćpan nietutejszy, adyć to ten pijak, mój furman, niedołęga, a ten drugi... pociotek...

Jeździec, snadź nie mogąc rozeznać podróżnych w ciemności, zakomenderował sucho:

- Wózek w środek i marsz!

- Niby jak to? - odezwała się Żubrowa.

- Papiery macie?

- A czy to bez papierów kto jeździ?!

- Tym lepiej dla was. Zobaczy się Rawie.

- Niech będzie w Rawie! Albo to pana starosty nie znam!! Oho!

- Starosty! - zaśmiał się ironicznie jezdny. - Zobaczysz ty starostę, że aż landrata popamiętasz! Hans, naprzód!

Wóz, otoczony jezdnymi, ruszył powoli z miejsca.

Milczenie zaległo wózek. Żołnierze konwoju przyciszoną jęli prowadzić rozmowę.

Baba nie mogła wytrzymać długo i szturchnęła w plecy furmana - szepcząc przez zęby:

- Słyszysz, stary, jak szwargoczą? Tyle drogi i u brzegu przyjdzie ugrząźć.

- Nie gadaj! - wycedził dobitnie Żubr.

Porucznik tymczasem rozglądał się dokoła, próżno usiłując przeniknąć ciemności. Żubr ze swej strony, jakby odgadując myśli porucznika, wzrok wytężał, a wykręcał się nieznacznie. W końcu nachylił się i rzekł uroczyście:

- Pokornie melduję, że sześciu.

Potężny kułak w plecy był mu odpowiedzią.

- Widzisz - ozwała się Żubrowa, korzystając z tego, że wózek wjechał na wyboisty kawałek drogi i jął dzwonić łańcuchami i trzaskać - widzisz, niedołęgo, a mówiłeś, że czterech! Kapuściana głowa! Skaranie z tym chłopem!...

Żubr ani drgnął, oczy wytrzeszczył i głowę ku jadącemu obok wózka nachylił. Badanie było długie.

- Melduję pokornie - żółte huzary.

W tejże chwili spoza chmur wysunął się rąbek księżyca. Światło jego padło na twarz jadącego tuż obok wózka. Stary Żubr zadrżał i chwycił machinalnie porucznika za ramię tłumiąc dobywający się z piersi okrzyk.

- Schmidt! - rzucił przez gardło.

Huzar poruszył się na siodle i zawołał groźnie:

- Hej! Co tam za szepty! Cicho być!... Mieć ich na oku!...

Porucznika zimny dreszcz przeszedł. Tak, to był głos Schmidta! I w jednej chwili cała przeszłość stanęła mu przed oczyma. Było to dwanaście lat temu, gdy służył w kawalerii pod Madalińskim, brygadierem. Nakazano zmniejszyć regimenty, kasować pułki; Madaliński, a z nim jemu oddana drużyna nie chciała się rozstać z mundurem. Brygadier poprowadził. Rozpoczęto walkę na swoją rękę. I tu, w Rawie, napadnięto dwudziestu piechoty i piętnastu huzarów. Jednemu z nich, właśnie porucznikowi Schmidtowi, on sam głowę rozpłatał pałaszem. Ktoś usłużny z rawian wskazał jego nazwisko. Zrobił się gwałt za napaść. Na usługach pruskich będące sądy odsądziły go od czci i wiary. Po Maciejowicach, gdy chciał wracać do stron rodzinnych - tu, pod Rawę... nie mógł. I powlókł się oto na tułaczkę w świat. Dziś mniemał, że nie poznany przez obecnych, prześliźnie się do domu i dalej, do Warszawy, spokojnie dotrze... gdy oto spotyka znów tego samego Schmidta! A może go nie pozna? Ryzyko zbyt wielkie. Boć nie o jego życie tu szło tylko, lecz o papiery; o ekspedycję do księcia! Dotychczas porucznik szczęśliwie unikał bliższych indagacji; paszporty, legalizowane w Berlinie, otwierały mu wszędzie szlabany od Poznania aż do Konina i Kutna, tu jednak sprawa mogła być cięższa. Najmniejsze podejrzenie wtrąciłoby go do więzienia, a cóż dopiero oskarżenie Schmidta!

Porucznik sięgnął w zanadrze i trącił z lekka Żubra. Stary podoficer zrozumiał znak, bo, przerzuciwszy lejce do lewej ręki, prawą opatrywał pistolet.

- Żubrowa! - szepnął porucznik zwracając się ku babie. - W łeb.

- Tego z tyłu? Już go ściągnę!

Nastąpiła krótka pauza, a po niej ostry głos porucznika:

- Pal!

Trzy strzały padły równocześnie i trzech jadących najbliżej wózka huzarów stoczyło się z koni na ziemię. Pozostali osłupieli na razie, lecz nie tracąc przytomności, podskoczyli do wózka z podniesionymi w górę pałaszami. Baba i furman zdążyli umknąć na ziemię, nad głową porucznika zawisło ostrze pałasza. Lecz szybkim ruchem zdołał uchylić się na bok i uniknął cięcia. Rozwścieczony huzar zamierzył się po raz wtóry, lecz równocześnie znalazł się w żelaznym uścisku starego Żubra. Drugi huzar nawrócił konia i usuwającego się porucznika zawadził po ramieniu końcem szabli, lecz w tejże chwili padł mowy strzał i kula przeszyła plecy huzara. Piąty chciał natrzeć z drugiej strony na porucznika, lecz widząc czterech towarzyszów rozciągniętych na ziemi, spiął konia ostrogami i pomknął ku Rawie. Żubr tymczasem cisnął coraz gwałtowniej swego przeciwnika. Próżno huzar wił się i starał chwycić podoficera za gardło. Siły go opuszczały, mdlał prawie w stalowym uścisku, wypuściwszy z rąk cugle, i słaniał się bezwładnie. Naraz Żubr jęknął przeciągle. Baba, która właśnie w tej chwili położyła trupem huzara, podbiegła do walczących.

- Jeszcze się z tym robakiem mordujesz?! - zakrzyknęła.

- Gryzie! - jęknął z bólu Żubr.

- Poczekaj! Nakarmię ja go zaraz.

To mówiąc, sięgnęła do olster huzara, wyciągnęła krócicę i strzeliła huzarowi prosto w usta.

Żubr odetchnął swobodniej. Otarł zimnym potem zroszone czoło, sięgnął ramienia i syknął przeciągle.

- Co ci to, Macieju?! Skaleczył?... - pytał niespokojnie porucznik, gramoląc się z drugiej strony wózka.

- Głupstwo! - wtrąciła Żubrowa. - Że Prusacy na świninę łasi, o tym nie powiadam, ale żeby ich brała chęć takie obrzydliwe mięsisko kosztować - nadziwić się nie mogę!... No chodź, stary, nie bocz się! Naści tu bandaża i szarpi. Zawiąż, a później zobaczymy! A pan porucznik?

- Draśnięty! No, czasu nie tracić, bo nam tu szwadron cały tych kanarków spaść może na głowę. Zabrać im pistolety i w konie!...

Porucznik podbiegł do wózka, wydobył zeń małą szkatułkę i ukrył na piersiach. Żubr siadł na huzarskiego konia, który był się w opadłych cuglach spętał, i pokłusował w pole szukać rozbiegłych koni. W kilka chwil wrócił z dwoma. Porucznik wskoczył na siodło, baba wgramoliła się także razem z wielką, skórzaną torbą i ruszono z kopyta w bok przez pola, pozostawiając na łasce losu wózek, parę mierzynków i pięciu dogorywających huzarów.

 

II

 

W obszernej jadalni gotartowickiego dworu panowała głęboka cisza. Pani Jadwiga Gotartowska w milczeniu krzątała się koło zastawy do wieczerzy, wyręczając się od czasu do czasu dorastającą córką, jasnowłosą panną Urszulą, i spoglądając z niepokojem w stronę kominka, przy którym zgarbiony starzec gwarzył półgłosem z osiemnastoletnim wyrostkiem. Rozmowa snadź zaciekawiała mocno młodzieńca, bo oczy mu się iskrzyły, żywe rumieńce paliły twarz delikatną, białą. Starzec niemniej był przejęty, ręce mu drżały, głos niekiedy łamał się i ginął w zapadłej piersi.

Panią Jadwigę zniecierpliwiła w końcu ta konferencja, bo ozwała się znienacka:

- Dziaduniu! Wieczerza na stole! Marcelek wie o tym, słyszał nieraz. A młodemu to się tylko w głowie mroczy i Bóg wie czego się zachciewa.

- A, moja pani synowo! - odparł staruszek urażonym nieco tonem. - Chłopak rośnie, trzeba, żeby o tym i o owym się dowiedział, poznał sprawy publiczne... a suponować śmiem, że niejednego jeszcze od dziada nauczyć się może!

- Nie neguję - rzekła pani Jadwiga. - Jeno uważam, iż Marcelka zbyt wielka ochota do wojaczki ogarnia. I na co? Gdzie znajdzie upust dla swoich zapałów? Maż jak Florian przepadać po świecie i tułać się? Nie dośćże łez wylałam? Józef zmarniał na Wołoszczyźnie z konfederatami. Od lat trzynastu z górą ani słychu o nim. Czterech dochowałam się synów i cóż? Mamże pomoc z nich, wyrękę? Florek zaawanturował się z Madalińskim, Staszek aż drży, aby jeno swoje amory zakończyć i przy rodzicach Marysieńki osiąść. Któż zostanie? Marcelkowi do palestry pora, a Fabian w konwikcie.

Staruszek obruszył się i spojrzał ostro na swego słuchacza.

- Tak! Dobrze pani matka mówi. Palestra, mości panie, i basta. Jać też nie powiadam, broń Boże, aby ci jaka myśl niedorzeczna w głowie miała postać. Widzisz, to były czasy inne. Zakonotować sobie niejedno nie wadzi, ale reszta... Ponoć praca na roli, w urzędzie, dla publicznego dobra owocniejszą bywa od hajdamaczyzny. I gdzie tu jeszcze z motyką na słońce... Phi! Prawią tam ludziska o tym waszym Napolionie. Koszałki opałki, mości panie. Nie wierzę ja w wasze Hannibale. Nie pora dziś na Cezary i Aleksandry Macedońskie.

- A książę Józef - podchwycił szybko młodzieniec, rad wielce, że rozmowa znów na ulubione weszła tory.

- Hm! Jak to książę. Wychuchany, wymuskany, wypieszczony. Zabawy w głowie!... Żeby to miał choć inny przykład! Ba! Właśnie podsędek Psarski, jak tu wstępował, wracając z Warszawy, powiadał mi o nim. Uciechy jeno, z Prusakami co możniejszymi za pan brat! Mizerne paniątko, zepsute, i tyle!

Marcelek się zamyślił. Pani Jadwiga wmieszała się znowu:

- Dosyć! Dosyć. Niech dziaduś jegomość usiądzie. Urszulo, idź przywołać Staszka. Do obór pewno poszedł na obchód. Może i Lewandowskiego w drodze gdzie napotkasz.

Urszula wysunęła się cicho z jadalni.

Dziaduś powoli zajął miejsce przy synowej. Nadszedł wkrótce i Staszek z Urszulą, a później zjawił się niepostrzeżenie stary ekonom Lewandowski.

Wieczerza się zaczęła, lecz szła niesporo. Misy schodziły prawie nietknięte. Pani Jadwiga zachęcała do jadła, lecz każdy się wymawiał. A i ją samą odeszła też ochota. Smutne myśli ją napastowały. Los synów trwożył. Jeden już poszedł, drugi, Staszek, lada dzień wyrwie się za narzeczoną... a i ten jeszcze!... - westchnęła głęboko a ciężko.

Stary dziaduś także się zasępił. Słowa synowej obudziły w nim przykre refleksje. Może i racja? Marcelek coś nadto się dopytuje. Gorąca krew, gotów polecieć... Bóg wie gdzie! Chłopak może zmarnieć jak ojciec, biedak... A i kto wówczas ucieszy starego dziada?

W tejże chwili Marcelek, widząc zamyślenie starego, ozwał się chytrze:

- Dziaduś jegomość skończyli na oblężeniu króla Leszczyńskiego w Gdańsku...

- Właśnie - zaczął żywo staruszek, lecz w tejże chwili spostrzegł się, nasunął siwych krzaczastych brwi i żachnął się ostro:

- Dość, mospanie! Później się dowiesz! Alwar (podręcznik gramatyki łacińskiej) wziąć do ręki, wokabuły (słówka) przepowiadać, byś wstydu pijarom nie przyniósł. Głupstwa asanowi w głowie, i tyle.

Marcelek się zasmucił i nadąsał. Staruszkowi żal się zrobiło chłopca, więc dodał łagodniej:

- Piękna to rzecz rycerstwo, ale przede wszystkim statek i pomiarkowanie. Z każdej opowieści zdrowe trzeba wyciągnąć sensum. I nie o junakerii, awanturach a dziwacznych przygodach myśleć!

Pani Jadwiga na tę naukę skinęła twierdząco głową i rzekła po chwili:

- Mości Lewandowski! Ponoć wydano znów nakazy o ściąganiu rekruta?

- Tak jest, proszę waszej miłości! Z rana zajeżdżał urzędnik z Kriegskamery (urzędu pobierającego rekruta do wojska) i zapisywał dymy. Jeno patrzeć, a co lepszych parobków nam wybiorą.

- Smutne czasy! - zauważyła pani Jadwiga. - W Krakowskiem, pod Austriakiem nielepiej.

- Czy prawda, że Marcelek do palestry ma pójść? - zapytał Staszek.

- Trzeba, żeby szedł - odpowiedziała pani Jadwiga. - Niech trochę ludzi pozna, zaprawi się. Na rolę czas mu jeszcze.

-Zapewne, pani matko! Tylko gdzie on tę palestrę znajdzie? Sądy zniesione, inne prawa i język obcy. Nasze Volumina legum zamieniono na Landrecht (prawo krajowe), a trybunały na Justizkomisje i Kreisgerychty...

- Szelmy, rządzą się jak u siebie - szepnął dziaduś.

- Co robić! - rzekła pani Jadwiga. - Marcelek wzrasta. W domu trzymać? Niech język łamie, gdy inaczej nie można.

- Lewandowski mówił - ozwał się Staszek - że podobno przyszły słuchy o wielkich bitwach z Francuzami.

- Baba! Czego ludziska nie mówili! że Napolion wojnę Austriakowi wydał i że się koronować królem naszym zamyśla... Pani synowo, my tam nic podobnego już nie doczekamy!

- Oj, pewno! - przyznała smutnie pani Jadwiga. - Niechby już raz pokój jaki nastał alboli ład przynajmniej... Nie wiadomo, co począć, jak się rządzić?! W którą stronę się zwrócić?

- Tu źle, mospanie, i tam niedobrze. Niemców zewsząd niby mrowie naszło. Grunwald im pachnie. Radź tu teraz ze smykiem takim! Ot, za mojej pamięci chłopiec szedł na pański dwór... a nawet i do palestry!... Ale palestra była szkołą, mospanie, największych statystów. Tam człek młody zaprawiał się do pracy publicznej, tam poznawał prawo, tam...

Starowina uciął nagle i pogrążył się w zadumie. Szkliste jego oczy mgłą zaszły. Zebrani nie śmieli przerywać milczenia. Tylko świece łojowe skwierczały hałaśliwie w lichtarzach.

Nagle, poza oknami, dał się słyszeć stłumiony zgiełk, a potem gwar w sieniach dworu. Zanim ekonom Lewandowski zdołał wybiec, aby zapytać się o przyczynę hałasu, do jadalni wpadł jak kula stajenny pachołek.

- Panicz przyjechali! - zakrzyknął.

Pani Jadwiga zerwała się z miejsca, za nią ruszyli od stołu wszyscy. Tymczasem w progu ukazał się młody mężczyzna silnej budowy, ogorzały, w podróżnej, zniszczonej odzieży. Stał tak przez chwilę w niemym wzruszeniu, wreszcie rzucił się naprzód i padł do kolan pani Jadwigi.

- Florek! - zawołała ta ostatnia, chyląc się do głowy syna.

- Tyżeś to, mój synu drogi!

W jednej chwili rodzeństwo otoczyło zwartym kołem powracającego brata, chwytając go kolejno w ramiona. Dziaduś aż trząsł się z radości, śmiał się, dygotał jak w febrze, a łzy jak groch spływały mu z oczu.

Gdy pierwsze powitania przeszły, zasadzono Floriana do posiłku i zarzucono pytaniami, nie bacząc, iż we drzwiach do sieni gromadka ciekawych przypatrywała się tej scenie. Dziaduś ich dostrzegł.

- Dalej! - zawołał. - Powitać, mospanie, panicza!

Czeladź rzuciła się za nogi go ściskać, a po rękach całować. W ciżbie a tłoku powstałym nikt na razie nie zauważył wyprostowanego na uboczu chłopa i przysadzistej obok niego baby. Dopiero gdy pani Jadwiga dała znak czeladzi, aby odeszła, dostrzegła dwie marsowe figury i zapytała niespokojnie:

- A to kto taki?

- Maciej Żubr, podoficer pierwszej legii, pierwszego batalionu, drugiej kompanii! - odparł chłop wyciągając się jak struna.

- Joanna Żubrowa, markietanka pierwszej legii, pierwszego batalionu - zawtórowała baba.

- Ha, ha! Zapomniałem mamie dobrodziejce sprezentować moich towarzyszów. Maciej, dzielny chłop... przystał był jeszcze do naszego regimentu pod Madalińskim i tak tułaliśmy się razem... a Madejowa przywędrowała za mężem spod Zamościa do Lombardii... Zabraliśmy ją także do legionów. Teraz, gdym do kraju jechać musiał, a generał Dąbrowski towarzyszy szukać mi radził, zabrałem ich. Przyjmijcie ich, pani matko, całym sercem. Warci tego oboje. Et, gdyby nie Żubr... nie Żubrowa, nie raz, ale dziesięć razy już bym was tu nie oglądał!...

- Siadajcie z nami - zakonkludowała pani Jadwiga, choć marsowa twarz baby dziwną jej się wydawała. - I do jadła! Urszulko, każ miodu utoczyć.

Podoficer z markietanką zajęli miejsca i rozmowa poszła gwarna, bezładna, gorączkowa. I opowiadał Florian, jak po rozbiciu Madalińskiego i osadzeniu go w więzieniu berlińskim poszedł w świat niemal o żebraczym chlebie, jak w Heidelbergu natrafił na rodaków, którzy go wspomogli i do Paryża wyprawili, jak w stolicy Francji, Barssa, dawnego Rzeczypospolitej agenta, poznał i przez niego znalazł zasiłek u pana Józefa Wybickiego i pana de la Roche, jak był świadkiem rządów porewolucyjnego Dyrektoriatu, jak potem wyjechał za generałem Dąbrowskim do Mediolanu. I snuł dalej jeden nieskończony obraz bitew, potyczek, rekonesansów, nocnych wycieczek, nędzy, głodu i nieszczęścia. Z ust Floriana wyrywały się niekiedy westchnienia, czasem w oku jego zatliły się iskry, a pięść kurczyła się, zaciskała.

Słuchano go z zapartym oddechem.

Chwilami głos porucznika drżał i łamał się ze wzruszenia, zwłaszcza wspominając męstwo Kniaziewicza; a gdy wymówił po raz pierwszy imię "Bonaparte", słowa uwięzły mu w gardle i umilkł.

Dziadkowi na pergaminowej twarzy wystąpiły ceglaste wypieki. Starego konfederata paliła ciekawość. Chwycił wnuka za ramię i cisnąc je z wysiłkiem, szeptał z przejęciem:

- Florku! Powiadaj mi o nim!...

- Napoleon! - zaczął wolno Florian. Żubr i Żubrowa powstali z miejsc.

- Było to pod Marengo - mówił cicho porucznik - druga kompania pierwszego batalionu została odkomenderowana dla uzupełnienia gwardii grenadierów konsularnych. Zajmowaliśmy stanowisko pomiędzy rzeką Bormidą i wsią Marengo. O świcie Austriacy zaczęli kanonadę; było ich czterdzieści tysięcy, nas zaledwie dwadzieścia. Pierwszy natarł generał Victor, lecz go rozbito, Lannes musiał się cofnąć. Nas ustawiono na prawym skrzydle. Austriacki generał Zach rusza w pięć tysięcy starych grenadierów. Z daleka już widzimy białe mundury... jeszcze chwila, a spadnie na nas grad kul i las najeżonych bagnetów. Wtem, jak grom, przed czołem naszej kolumny staje on... Bonaparte! Koń pianą okryty. W zielonym surducie, w otoczeniu sztabu i Mameluków.

Spojrzał wzrokiem sokolim, rękę ku nam wyciągnął przyjaźnie i zawołał:

"Żołnierze! Nie zapominajcie, że mamy zwyczaj noc na polu bitwy przepędzać!"

Odpowiedzieliśmy okrzykiem pełnym zapału. Skinął. Gwardia poszła... Dwie godziny stawialiśmy opór czterykroć liczniejszemu nieprzyjacielowi. Sześć natarć wytrwaliśmy z bronią w ręku, sześć razy Austriacy musieli się cofać. Gwardziści walczyli jak lwy, umierając z imieniem Bonapartego na ustach. Nastąpił atak siódmy, straszny, zażarty. Kolumna się zachwiała. Generał Desaix pada rażony kulą. Dobywamy resztek sił, gdy naraz młody Kellerman uderza kawalerią z boku na lewe skrzydło, łamie je, rozprasza i wrzyna się w środek kolumny Zacha. Austriacy się mieszają i rzucają do ucieczki, nasi za nimi!... Pięć tysięcy poległych i dziesięć rannych, i tyleż niewolnika. Zmierzchało się. Bonaparte objeżdżał plac boju. Ja byłem ranny lekko, opatrywał mnie medyk. Wtem... nadjechał na to miejsce właśnie z adiutantem. Spojrzał na pobojowisko, gdzie ziemia niebieszczyła się od mundurów gwardyjskich, i rzekł smutnie:

"Tu leżą bohaterowie!"

Wpadłem mu w oko, zoczył moje amarantowe wyłogi i rzekł:

"Polak?"

"Tak jest, generale" - odpowiedziałem.

"Jesteś podporucznikiem legii?! Będziesz porucznikiem gwardii konsularnej".

"Generale - ozwałem się - pozwól mi zostać w legii między swoimi".

Adiutant się zmarszczył.

Napoleon atoli uśmiechnął się dobrotliwie.

"Zuch! - mówi. - Oni wszyscy tacy! Przypomnij mi o nim".

Odjechał.

- A ty, biedaku? - zagadnęła żywo pani Jadwiga.

- Et! Nic. Lekka kontuzja. W tydzień wyszedłem z ambulansu. Potem było Hohenlinden, Salzburg, przejście Salzy. Później nas rozdzielono. Generał Jabłonowski wyjechał z częścią na San Domingo... ja za generałem Dąbrowskim wstąpiłem na służbę neapolitańską. Tam przetrwałem lat kilka, obawiając się wracać do kraju. Bonapartego obwołano cesarzem. Wynikł zatarg z Prusakami. Generał przywołał mnie i powiada:

"Jedziesz, Gotartowski, ze mną?"

"Jadę!" - odpowiadam.

W przebraniu, udając Włochów, ruszyliśmy do Francji. Żubr z żoną napierali się. Zabrałem ich także. Armia francuska stała nad Renem. Cesarz wypowiedział wojnę Prusom. Dwanaście dni temu była bitwa pod Jeną. Prusacy rozbici. Napoleon w Berlinie. Mnie generał wysłał do Warszawy.

Florian urwał w tym miejscu, znużony. Słuchacze siedzieli w niemym osłupieniu; ten Napoleon, druzgoczący królestwa, wywracający trony, znoszący armie, jeszcze niedawno oficer, a dziś cesarz wszechwładny, na skinienie którego drżał Egipt, korzył się Rzym - wydawał się mitem jakimś, legendowym bohaterem.

Pierwszy otrząsnął się z wrażenia dziaduś.

- Prusakom wytatarował skórę - powiadasz? A, mości panie, to mi się podoba! Bo, że tam różne Lombardy, Wenecjany zawojował, że wszelkiej włoszczyzny Austriaka pozbawił, a Anglikowi za pazury zalazł, no toć jego francuska w tym sprawa, lecz kiedy mi mówisz, że aż w Berlinie siedzi... w to mi graj, mospanie! Przyszła kryska na Matyska! Dobrze im tak! Uściskałbym go! Dalipan, po trzykroć uściskał! Niech mają!

Korzystając z przerwy w opowiadaniu, Żubr zbliżył się do Floriana i szepnął mu coś na ucho. Ten ostatni powstał i rzekł poważnie:

- Pani matko! Kilka słów proszę na osobności. Pani Jadwiga drgnęła, złym przeczuciem wiedziona, i wyszła prowadząc syna do alkierza.

Tymczasem rozochocony dziaduś skinął na Żubrową i Żubra, posadził ich przy sobie, nalał im po szklanicy miodu i - "mówcie" - zachęcał.

- Wedle rozkazu! - odrzekł uroczyście Żubr i umilkł.

Żubrowa pośpieszyła mu z pomocą.

- Już to, WMPanie, mój stary do gadania wcale nie jest zdarzony, bo co głowę, to miał zawsze słabą, a od tego zadawania się z rozmaitymi narodami, to mu język do cna skołkowaciał.

- Hic mulier! Oto kobieta! - zauważył śmiejąc się staruszek. - Być Napolionem nie sztuka, jak ci takie ma Amazonki. Dużo takiego regimentu niewieściego było?...

- Jeden pułkownik w batalionie i jedna markietanka. Trzy bataliony w legii, więc i trzy markietanki - odparła Żubrowa.

- I cóżeś to waćpani robiła? - zagadnął staruszek chcąc babę pociągnąć za język. - Gdyż, chociaż sięgam pamięcią w czasy odległe, takiego babskiego urzędu uprzytomnić sobie non possum - nie mogę?...

- I pewnie. U nas dawniej bo, WMPanie, bywała prawie sama kawaleria, a dopiero gdy nasze wojsko zaczęło na piechotę po różnych krajach wędrować, bez markietanek ani rusz!... Służba ciężka. Markietanka niby ma wiktuałami handlować przy wojsku... ale gdzie tam! Na wymarszu to i owo zakupić można, a potem głodem się handluje a nędzą. A gdy i dźwiga się co w wózku, toć kupić nie mają za co, a dać trzeba. Bitwa - trudno się markietance pod korzec schować, temu i owemu ranę opatrzyć trza, boć i medyk nie nastarczy! Niekiedy umierającego dobrym słowem pożegnać przyjdzie albo i samej za karabin chwycić.

- Florian sprawiał się dobrze. Co? Hęę?!

- Wielmożny panie, co wielki oficer, to wielki, że nie łżę, to niech mnie kula nie minie. Bywało, major Pokrzywnicki przyjedzie przed front do naszego kapitana Komorowskiego i powiada: "Florka mi - niby naszego panicza - strzeż, bo to oficer pierwszej wody, takiego porucznika między generałami byś nie znalazł!..." Przedni miodek, tylko ty, stary, nie pij, bo masz głowę na nic. Oddaj mi, niech sobie zwilżę! Ho! ho! Nasz porucznik srogi we froncie! A sam pierwszy wszędzie. Kompanią głodna, toć i on głodny. Piechurowi buty z nóg spadają, i jego nielepsze. Ma swoje, co mu wydzielą, to temu zaraz furażerkę, innemu mundur albo i płaszcz kupi i daje. Wielmożni państwo spoglądają na te nasze podarte łachmany i dworują sobie... Trudno, mundury trzeba było zrzucić. Między Prusakami niesporo.

- Aśćka też w mundurze chodzisz?

- To dobre! A jakże! Mundur jak się patrzy, z wyłogami, kokarda francuska u czapki, tylko różnica, że bez hajdawerów.

- Nie gadaj, Jasia, wedle rozkazu - wtrącił nieśmiało Żubr, nabierając po miodzie rezonu.

Baba aż skurczyła się na ławie.

- Macieju! Śmiesz mi jeszcze dogadywać. Poczekaj! Popamiętasz!... Ale jest jeszcze sprawiedliwość. Ugryzł cię Prusak, poczekaj, ugryzie inny lepiej!...

Dziaduś, a za nim Staszek, Urszula, Marcel i ekonom aż pokładali się ze śmiechu, słuchając wynurzeń Żubrowej.

Naraz drzwi alkierzyka się otworzyły i wyszła pani Jadwiga blada, znękana, z oczyma zaczerwienionymi, za nią szedł Florian. Zasiedli przy stole. Obecni spojrzeli po sobie, wesołość znikła.

Pani Jadwiga wodziła smutnie oczami po twarzach synów. Jeden w drugiego mężczyźni piękni, o włosach jasnych, oczach dużych, niebieskich, rysach twarzy kształtnych. Widziała ich teraz razem, obok siebie siedzących, a jutro?...

Florian wstał nagle i jął się rozglądać niepewnie.

- Komu w drogę, temu czas! - rzekł siląc się na spokój. Dziaduś spojrzał nań zdziwiony.

- Co pleciesz, mospanie? Florian schylił się do ręki starca.

- Służba! Muszę ruszać dalej natychmiast. Chwili jednej stracić mi nie wolno. Za tydzień, dwa, może da Bóg, zajadę na dłużej...

- Florku! - ozwał się poruszony staruszek. - Dziesięć lat nie byłeś... pacholęciem z domu wyszedłeś i po dziesięciu latach...

Ręce pani Jadwigi drżeć febrycznie zaczęły. Florian pasował się sam ze sobą.

- Wiem ci ja o tym! Wiem! Ciężko mi, ale trzeba...

- Nie poraż by odpocząć po tylu latach?! - upominał staruszek.

- Oj, nie pora! - wyrzekł smutnie Florian. - Kto raz się służbie publicznej poświęci, temu nie wolno ustawać!... Co tam! - dodał weselej. - Obaczymy się wkrótce. A tymczasem zostawię wam tu załogę! Żubr i wy, Żubrowa, zostaniecie tutaj.

- Wedle rozkazu!

- Pana porucznika samego mamy puścić?

- Tak trzeba. Dawno marzyliście o tym, żeby gdzie kąt znaleźć spokojny. Więc go macie. W drodze was nie potrzebuję. Pojedzie ze mną chłopak stajenny, zresztą, po ostatnim wypadku, moglibyśmy łacniej wpaść w ręce Prusaków. Do Warszawy już niedaleko.

Pani Jadwiga przywołała ekonoma i wydała mu jakieś ciche rozkazy.

Florek żegnał się kolejno ze wszystkimi. Dziaduś rozpłakał się jak dziecko i znakiem krzyża błogosławił wnuka. Pani Jadwiga słów znaleźć nie mogła. Tuliła głowę syna do piersi i łkała cicho.

Ekonom dał znać, że konie gotowe. Porucznik wskoczył na najbliżej stojącego.

Pachołek siadł na drugiego, trzy nadto luzem prowadząc na długiej lejcy.

- Bywajcie! - zawołał Florian i spiął konia.

Głuchy jęk był mu odpowiedzią.

 

III

 

Florian wjeżdżał do Warszawy w pobożnym skupieniu. Tyle lat na tułaczce spędził, tyle razy tracił nadzieję jej oglądania. Tu nareszcie przyjmą go z otwartymi rękoma, sercem. A brakło mu, jak wszystkim zresztą legionistom, bratniego uścisku. W Warszawie nie będą go już pytali, jak tam, u brzegów Adriatyku - dlaczego dobrowolnie skazał się na trudy wojenne, dlaczego w dali od swego kraju przelewał krew dla spraw cudzych, interesów obcych, honoru i sławy nie swojej.

Było południe. Mieszkańcy Warszawy, korzystając z pogodnego dnia, tłumnie wylegli na ulice. Florian z trudem przeciskał się przez ciągnące we wszystkie strony sznury wozów, bryk i kałamaszek szlacheckich. Niekiedy z bocznej ulicy wypadła szeroka karoca poszóstna, w oknie której mignęła twarz posępna, surowa, pańska. Bokami szedł pstry, różnobarwny tłum, przedstawiający dziwną mieszaninę strojów i epok. Kontusze i żupany ocierały się o francuskie fraki i bufiaste żaboty, wielkie cylindry filcowe i obwisłe surduty Dyrektoriatu z olbrzymimi klapami i halsztukiem bratały się z kaszkietami pruskich żołdaków. Podgolone czupryny, harcapy, białe faliste peruki, czaple pióra, trójgraniaste kapelusze, rogatywki, kubraki, długie czarne opończe, karabele i szpady, krótkie mieczyki a puginały, żółte i czerwone buty, atłasowe pantofle, palone czarne cholewy i hałaśliwe chodaki - wszystko to razem składało się na strój mieszkańców Warszawy.

Florian skierował konia na Podwale, postanowiwszy zajechać do dalekiej krewnej matki, do pani Dziewanowskiej, wdowy po Michale Dziewanowskim, pułkowniku gwardii królewskiej. Pani Dziewanowska zajmowała małe mieszkanko na trzecim pięterku, utrzymując się wraz z córką ze skromnego kapitaliku, jaki jej z dawnej fortuny pozostał. Przyjazdem Floriana ucieszyła się serdecznie. Porucznik, rozejrzawszy się w ubożuchnych a szczupłych pokoikach, chciał do zajazdu iść pod Zamek i noclegu szukać, atoli pani Dziewanowska słyszeć o tym nie chciała.

- Ani mi się waż despektu takiego czynić - mówiła rezolutnie. - Nie salony u mnie, nie pańskie pokoje, ale kąt wolny się znajdzie. Gdzieżbym pozwolić mogła! Jedniście wy dla mnie na świecie prawie, bo prócz was i bratanka po mężu - wszystko wymarło.

Florian jął się wymawiać. Pani Dziewanowska nie dała mu przyjść do słowa.

- Bez wykrętów. Wiem, żeś zamorskich grzeczności a dworskich ceregieli świadom. Ale ze mną to na nic. Prosta jestem szlachcianka, szczera a otwarta. Zresztą, mój kochany, ze mną mniejsza, lecz co z moją Zosią, to nie poradzę. Ona by mi tego nigdy nie darowała. Wyszła właśnie na targ przy piątku to i owo zakupić, boć to Wszystkich Świętych mamy w poniedziałek. No, rozgość się, proszę. Patrz, tu jest na lewo jej komnatka. Chłopiec z końmi niech przejdzie na Piekiełko, zaraz kilka kroków stąd, około Piekarskiej, są stajnie, tam pomieszczenie i obrok za kilka dytków znajdzie.

Porucznik chciał dziękować.

- Wiem, wiem, co mi chcesz powiedzieć. Przede wszystkim zdrożonyś. Masz tu wodę na misce. Ogarnij się, a ja się zakrzątnę około obiadu. A potem pogadamy.

I nie czekając na odpowiedź Floriana, wyszła z pokoiku, zostawiając go samego.

Porucznik rozejrzał się po izdebce ciekawie. Przedstawiała ona dziwną mieszaninę zamożności i ubóstwa, skromności i zbytku. Sosnowy, ledwie ogładzony stół był okryty kosztowną tkaniną; na czerwono malowanej szafie stał zegar gdańskiej roboty, cyzelowany a błyszczący grubą pozłotą, stołki zwyczajne i ławy dwie nikły pod kilimkami tureckimi. Na ścianach wisiały portrety, a tuż ponad biało zasłanym łóżkiem ołtarzyk srebrny, roztwierany, z Matką Boską. Pod ołtarzykiem palma, a z nią skrzyżowana, w jaszczur oprawna karabela i dwie krócice.

Florian rozwinął zabrane z domu zawiniątko. Doprowadził odzież do porządku i orzeźwił się wodą. Właśnie kończył się wycierać, gdy drzwi z hałasem się otwarły i stanęła w nich wiotka postać młodej dziewczyny. Porucznik rzucił się w tył, okrywając się pośpiesznie ręcznikiem, dziewczyna zarumieniła się z lekka, nie wiedząc, co począć. Stali tak chwilę naprzeciw siebie, zaambarasowani, onieśmieleni.

Dziewczyna pierwsza, zapanowała nad sobą i, cofnąwszy się raptownie, znikła za drzwiami, spoza których doszła uszu Floriana przeciągła kaskada serdecznego śmiechu. Porucznik zarzucił na siebie pośpiesznie zwierzchnie ubranie, a spakowawszy zawiniątko i pogładziwszy wąsa, wyszedł do drugiego pokoju.

Dziewczyna stała obrócona plecami, a oparłszy głowę o szybę okna, dusiła się ze śmiechu.

- Daruje waćpanna, to niefortunne... - zaczął poważnie Florian, lecz nowy wybuch śmiechu dziewczyny przerwał mu wątek myśli.

Porucznik zagryzł wargi, śmiech ten go drażnił.

- Przepraszam - rzekł chmurnie - iż stałem się mimowolnym dystrakcji... powodem!... Odchodzę tymczasem, nie chcąc przeszkadzać jej wesołości... Powrócę później, aby czołobitność moją pani Dziewanowskiej złożyć za gościnę.

To mówiąc, chwycił za kaszkiet i szedł ku wyjściu. Dziewczyna nagle skoczyła i zastąpiła mu drogę, mierząc go ostrym, przenikliwym spojrzeniem.

- Hola! Waszmość! - rzuciła gwałtownie. - Nie mam honoru znać waćpana, ale skoro przez matkę moją w dom przyjęty zostałeś, suponuję śmiele, że mam zacnego przed sobą kawalera, co niewinnego śmiechu za obrazę mi nie poczyta.

Na te słowa Florian stanął jak wryty. Nie wiedział, czy zgrabność wysłowienia bardziej podziwiać, czy urodę dziewczyny.

Próżno szukał słów na odpowiedź, dawna pewność siebie go odbiegła, stał jak żak, mnąc machinalnie kaszkiet w ręku.

Dziewczynie na widok bezradnej miny Floriana znowu na śmiech się zbierało. W tejże chwili weszła pani Dziewanowska, spojrzała po twarzach młodych ludzi i zagaiła wesoło:

- A cóż to na siebie tak spozieracie?... Zośka, toć przecież krewniak nasz, Florek Gotartowski! Dalej, przywitajże się po bożemu, boście nie obcy. Siadaj że za stół, a ty, Zośka, bierz się do zastawy. Widzisz, że zmęczony. Siła drogi przebiegł... a blade to, znużone, ledwo pewno się trzyma.

Zośka w milczeniu jęła stół okrywać serwetą a naczynia z jadłem znosić. Pani Dziewanowska, pomagając córce, zarzucała Floriana pytaniami o rodzinie, wojnach, a w końcu o przyczynie tak gwałtownej podróży.

Porucznik dawał krótkie odpowiedzi, tając jeno właściwy powód swego przyjazdu.

- Powiadasz wiele - ozwała się nagle pani Dziewanowska - lecz ani rusz nie mogę zmiarkować, po coś ty do Warszawy zjechał. Może urzędu szukasz, stopnia - wybij sobie to z głowy. Mało to mój bratanek nadreptał, a nakłaniał się Prusakom? Nie wezmą dziś, choćbyś im duszę zaprzedał, oni samych Niemców tysiącami ściągają i starostwa, a po ichniemu "amty" rozdają... Ehe! Przyznaj no się, może ty o hipotece przemyślasz? Świeży grosz ci pachnie?

- Gdzie tam! - potrząsnął przecząco głową porucznik. - Do księcia Józefa chciałem, pokłonić się wypada... służyłem pod nim.

- Toć wiem! Ale co wy tam w nim widzicie takiego, dalipan, nie rozumiem.

- Matuchno! Wszak rycerz to a wódz, krew królewska - wtrąciła Zośka.

- Et! Bajesz! Twoja taka sama królewska. Szlachcic, i dość.

- Wielkiego serca, żołnierz całą duszą! - ozwał się Florian.

- Na dwoje babka wróżyła. Czy to ja nie wiem? Nie Mokronowskam z domu? Nie był to świętej pamięci Michał pułkownikiem?... Wszystko mu daruję, jeno nie onej dworszczyzny a rzucania się. Żołnierka to zawód honorowy, jednej zawdy pani swojej służyć należy. A tenci pułkownikował najpierw Austriakom i aż krew w wojnie z Turkiem przelewał za nich, później ucierał się pod Dubienką, to znów wyleciał w obce kraje i licho wie komu przewodził, a potem krewniakowi memu, Mokronowskiemu, był przydany. No i teraz lata, jak opętany, z Jabłonnej Pod Blachę i z powrotem, a z Prusakami się zadaje. Pewnie i im jaki regiment wymusztruje. Może nieprawda? Florian pokiwał niedowierzająco głową i rzekł:

- Pani dobrodziejko! Ciężkim zarzutem obrzucacie księcia. Ma on niechętnych sobie wielu, i któż ich nie ma? Lecz jam patrzył na niego, jam go widział, gdy na czele oddziału kawalerii szarżował na góry szwedzkie, obsadzone pod Marymontem przez Prusaków...

- Za co go potem zdrajcą ogłoszono... - przerwała z impetem pani Dziewanowska. - I gdyby nie dzielność Dąbrowskiego, Warszawa już wtedy byłaby zdobyta.

- Być może! Niemniej klęska nie księcia była winą - upierał się porucznik.

- Ot, ludzkie języki i nic więcej! - zauważyła rezolutnie Zośka.

- A ty znów swoje! Powiadam waćpanu, czasem wytrzymać ciężko z tą dziewczyną. Nie mówię waćpan, małej jesteś jeszcze rangi oficerem, ale co o wojskowych rzeczach pojęcie mieć musisz... lecz ona!... Ubrdało się jej widzieć w księciu bohatera i ani wybić tego z głowy!...

Florian zaczął się zbierać do wyjścia, tłumacząc chęcią udania się na pokoje do księcia. Pani Dziewanowska wstrzymywała go:

- Jakże to waćpan myślisz? Tak, w tej odzieży?... Boż cię przyjmie?... A wieszże, gdzie go znaleźć?

- Droga na końcu języka u żołnierza, a strój, bacząc na podróż, jaką odbyłem, książę daruje.

- Ja bym mogła wskazać drogę panu porucznikowi - odezwała się niespodzianie Zośka.

- Ty! - podchwyciła pani Dziewanowska. - Co wygadujesz! A znaszże waćpan miasto?

- Ot... ledwie sobie przypominam cokolwiek - odrzekł Florian spoglądając na zarumienioną twarzyczkę pułkownikówny.

- Hm! To niedobrze. Widzisz waćpan, u nas niebezpiecznie wygadać się, że z legionów wracasz... Łatwo by cię mogła spotkać jaka przygoda. Z Prusakami żartów nie ma. Już będę pewniejsza, jak cię ona przeprowadzi...

Zośka wdziała spiesznie kontusik granatowy i kołpaczek i wyszli. Porucznik podał z galanterią ramię pułkownikównie i zawrócił raźno w stronę Zamku.

Gdy doszli do pałacyku pod Zamkiem, Zośka chciała wracać do domu, porucznik ją zatrzymał, wnioskując z zapuszczonych firanek a zasłoniętych okiennic, że księcia w domu nie ma. Jakoż przypuszczenia go nie zawiodły. Pałacyk Pod Blachą był zamknięty. Krążąc dokoła zabudowań, po długich rozpytywaniach dowiedział się od książęcego pacholika, że przed trzema dniami dwór wyjechał do Jabłonnej na wielkie polowanie i że przed świętami pewno nie powróci.

Wiadomość ta wielce zaniepokoiła Floriana. Rozkaz był wyraźny. Jechać co koń wyskoczy, byle jak najprędzej księcia dopaść. Tymczasem porucznik, ufając, że u celu podróży stanął, i tak już sporo czasu był zbałamucił. Jasne czoło Floriana zaszło chmurą.

Zośka jęła wnet nalegać o powód nagłego zasępienia. Porucznik wymawiał się, jak mógł, a wykręcał. Dziewczyna atoli tak zręcznie na niego napadła, że Florian ani się obejrzał, jak wygadał się z całą prawdą. Dopiero gdy pod wpływem jego słów twarzyczka pułkownikówny spoważniała - opamiętał się i chwycił ją gorączkowo za rękę.

- Waćpanno - rzekł z mocą. - Posiadłaś mimo mej woli tajemnicę! Zachowajże ją, przez miły Bóg, bo nie o mnie tu chodzi, lecz o sprawę całego narodu.

- Mości poruczniku - odparła Zośka, a głos jej lekko drżał. - Choćby mnie krajano, słowa nie pisnę! Ale - dodała po cichu z uśmiechem - waść do trzymania tajemnic niespory - dobrze, żeś na Prusaczkę jaką nie trafił.

- Słuszną waćpanna czynisz mi uwagę. Nie żołnierska to rzecz wygadać się tak, jako smyk pierwszy lepszy. Bogiem się świadczę, że nigdy mi się to nie zdarzyło, choć przez... rozmaite osoby nieraz o to i owo byłem nagabywany!... Niech się dzieje co chce! Zdało mi się, że przed tobą zełgać nie godzi mi się'... Wracajmy - rzekł porucznik. - Mnie czas w drogę. Dziś na noc do Jabłonnej muszę. Trzeba.

- Trzeba - szepnęła pułkownikówka i zamyśliła się smutnie.

Nagle twarz jej zadrgała życiem.

- Nie! Waćpan zostanie.

- Jak to? - zapytał Florian z żartobliwym zdziwieniem.

- Posłuchaj waćpan! Drogi nie znasz... szczęśliwieś się prześliznął przez straże pruskie... teraz znowu chcesz ryzykować? Gdy ryzyko jest tu niepotrzebne zgoła a niebezpiecznie...

- Lecz, mościa panno... toć są słowa próżne. Każdej chwili, minuty straconej bezczynnie w Warszawie, może skądinąd drogiej, żałować, jako służbista, muszę! Mam czekać dni kilka na księcia, gdy jest tuż, o parę mil zaledwie? Papiery doręczone muszą być dzisiaj...

- Waćpan jechać nie możesz! - upierała się Zośka. - Nocą straże na rogatce zdwojone. Waćpanu sprawy publicznej lekceważyć nie wolno. I co z tego, że życie swoje narazisz?

- Ot! Nie bój się waćpanna. Wyjadę zdrów i zdrów wrócę. Nie taki czart straszny. Zresztą - dorzucił - dwoje nas tylko posiada tajemnicę... więc albo ja, albo waćpanna! Ha! Ha!

Pułkownikówna potrząsnęła energicznie główką.

- Jakbyś wiedział waćpan, że pojadę!... W Jabłonnej mieszka moja chrzestna, pani Grodzicka, mąż jej był dawniej murgrabią u księcia, dziś, chorobą powalony, jest na łaskawym chlebie.

- Oj, oj! Pali się w główce waćpanny!...

- Mówię, że pojadę, to pojadę! - powtarzała z uporem Zośka. - I bądź waszmość pewien, że żaden Prusak nawet palca na mnie nie zakrzywi...

- Ba! Ba! Pewnie. Gdzieżby śmiał! - potakiwał porucznik w żart rozmowę obracając.

Pułkownikówna nie dała się zbić z tropu i napierała na Floriana coraz gwałtowniej.

Po długich ceregielach sprawa stanęła na tym, że porucznik dotąd nie ruszy z Warszawy, dopóki nie zasięgnie wiadomości od Jana Dziewanowskiego, stryjecznego Zośki, znającego Warszawę na wylot, oraz że przed nocą nie wyjedzie, bo choć straże bywają zdwojone, lecz zawsze łacniej się przemknąć a bodaj przemocą wyrwać.

Pani Dziewanowska przyjęła młodą parę potokiem wymówek, które na wieść o niefortunnym zakończeniu wyprawy spotęgowały się jeszcze.

- No, no! Tożeście się zasiedzieli! Ja myślałam, żeście chyba już ze dwa podwieczorki u waszego księcia zjedli.

Florian ucałował rękę Dziewanowskiej i poszedł opatrywać ostrożnie węzełek, a potem zbiegł na dół do chłopca stajennego, nakazując mu, aby konie miał opatrzone i gotowe do drogi. Ruchy te nie uszły bacznego oka Zośki. Lecz słowa nie rzekła. Jęła się tylko naprzykrzać matce, aby po Janka Dziewanowskiego słać i na wieczór go poprosić. Pani Dziewanowska wzruszyła ramionami na to natarczywe a niespodziewane napieranie się córki, lecz, przypisując to jej kapryśnemu charakterowi, uległa prośbie. Nim atoli zdążyła wyprawić dziewkę służebną - najniespodziewaniej wszedł Jan Dziewanowski.

- O wilku mowa, a wilk tu! - zakrzyknęła pułkownikowa.

- Miałam po ciebie słać. Zośka mi się napierała ciebie zobaczyć. Bacz, że gościa mamy! Florek Gotartowski... spadł dziś niespodziewanie! Wraca z legionów! - dodała ciszej.

- Z legionów! Gdzież on? - przerwał porywczo Jan. - Niech go zobaczę!... Toż gość dopiero!

Wszedł Florian. Młodzi ludzie podali sobie ręce. Spojrzeli sobie wzajem w oczy i ponowili uścisk dłoni. Za Florianem wsunęła się po cichu Zośka. Dostrzegł ją wnet Jan.

- Tuś mi, siostrzyczko! Jakiejż to łaskawości szczególnej mam przypisać, że o mnie pamiętałaś?

- Nic ważnego! - rzekła rezolutnie pułkownikówna. - Gościa mamy - ze stron dalekich. Sądziłam, że rad będziesz niejednego się dowiedzieć, a i on ciekaw, co u nas słychać - myśmy go pouczyć nie mogły dokładnie.

- Co u nas słychać? - powtórzył marszcząc brwi Jan i dźwignął desperacko swe olbrzymie ramiona. - I źle, i dobrze. Według "Gazetki" naszej ponoć Prusacy klęskę pod Auerstadt ponieśli nie lada.

- Pod Jeną także! - zauważył porucznik.

- Możeż to być?... Nie błędneż to wieści?...

- Jadę stamtąd. Dwie bitwy stoczono równocześnie, ledwie o cztery godziny drogi od siebie... Siedemdziesiąt chorągwi i trzysta armat zdobyli Francuzi, ścieląc trupem pola... Cesarz w Berlinie.

Dziewanowski aż porwał się z miejsca.

- Pewneż to? W Berlinie jest! Anim śmiał suponować. Dziś właśnie gruchnęła w mieście wiadomość, że wskutek zbliżania się wojny do brzegów Wisły, kasa wymiany biletów skarbowych przeniesioną zostaje do Królewca!

- W imię Ojca i Syna! Wojna tu, do nas, znów! - zawołała pani Dziewanowska.

- Pani stryjenko - upominał Jan - mogłoż się stać inaczej?

- Waćpanowi bitewki w głowie, a tu kraj cały znów na nowe zniszczenie skazany.

- Mogłoż się stać inaczej?... Ho! Ho! Prusacy czuj duch! Od dziś wojsko skonsygnowane stoi pod bronią gotowe do wymarszu. Nowe prawo wydane dla tych, którzy by do nieposłuszeństwa pobudzali... sąd wojenny i kula w łeb w dwadzieścia cztery godzin.

- Wojsko skonsygnowane, powiadasz?! - wmieszała się pułkownikówna spoglądając znacząco na Floriana.

- Tak, tak. Pono spodziewają się, może nie bez kozery, dezercji ochotników... Miasto mieli dziś naokół wojskiem obstawić, a waszmość jakżeś zdołał się przedostać do nas?

- Prosto na rogatki, pod Wolą. Ani mnie nikt nie zagadnął.

- Dziw-dziw! Szczęśliwie bardzo! Niedalej jak wczoraj dwóch pod Mokotowem schwytali i rozstrzelali na miejscu. Dowiedzieć się nawet nie można, kto byli zacz.

Florian się zamyślił. Wypieki czerwone wystąpiły na twarz pułkownikówny. Jan Dziewanowski ciągnął dalej:

- W Jabłonnej polowanie miało być wielkie. Kohler się na nie z całym sztabem wybierał -dziś powiadali, że zaniechano wyjazdu. Może im dalej jechać przyjdzie. Ale co tam Kohler i nasza bieda - waść wracasz z szerokiego świata - mówcie nam, bośmy tu jak deskami zabici. Co nasi? Co legiony? Co cesarz?...

Florian jął opowiadać, z początku siląc się na zebranie myśli, lecz powoli zapalił się własnymi słowami i nie pytany snuł obraz napoleońskiej epopei. W czasie opowiadania, którego w skupieniu słuchała pani Dziewanowska, a z czcią Jan - Zośka podniosła się niepostrzeżenie zza stołu, wyszła na chwilę do swej izdebki, przywdziała kontusik i kołpaczek i zniknęła za drzwiami.

Zmierzchać się dobrze zaczynało. Dziewka służebna wniosła zapalone świece, Florian urwał nagle opowiadanie.

- Ot! Mówiłoby się tak i dzień, i noc!... A komu w drogę, temu czas!...

- Co też ty mówisz? Gdzie tobie?

- Służba, pani dobrodziejko!

- Nielepiej po dniu? - zauważył Jan, który rad by rok cały słuchać tych krwawych relacyj.

- Jak wypadnie. Sądziłem był z łaskawej gościny skorzystać... ale nie mogę.

- Ot czasy! - westchnęła pani Dziewanowska. - Zdrożony, wymizerowany, ledwie się na nogach trzyma! Gdzie tu myśleć o podróży, chyba do Morfeuszowa!... Skoro jednak tak się upierasz... Zatrzymywać nie śmiem. Córkam żołnierza i żona... Lecz głodnego cię nie puszczę! Zośka! A gdzież ona?...

Pani Dziewanowska obejrzała się - córki nie było. Młodzi ludzie teraz dopiero wspomnieli, że od dłuższego czasu znikła im z oczu. Pułkownikowa skoczyła do dziewki służebnej i wróciła uspokojona.

- Wyszła niedawno. Pewnie nadejdzie. Już tam coś wymyśliła i trojniaku nam może z gospody przyniesie.

Floriana coś tknęło. Podniósł się i wyszedł do sąsiedniej izdebki, gdzie był zostawił tłumoczek. Po chwili wrócił blady i poprosił panią Dziewanowską o światło. Sprawdził po kilkakroć zawartość tłumoczka, oglądał się po izdebce... Szkatułka z papierami zniknęła.

Myśl straszna powstała mu w głowie. Schwycił za kaszkiet i, nic nie mówiąc do poruszonej jego dziwnym zachowaniem się pani Dziewanowskiej, pobiegł co tchu do zajazdu, kędy chłopca z końmi ulokował, lecz ani koni, ani pacholika nie było.