2 LIPCA
GODZ. 15:10
Kirstine
- Wciąż mam wątpliwości, czy to najlepsze, co możemy zrobić. - Kirstine spojrzała na Victorię stojącą na podłodze w swoim pokoju.
- Pomyśl o efekcie, który w ten sposób osiągniemy - powiedziała z zapałem koleżanka. - Nikt nie będzie mógł udawać, że o niczym nie wie, skoro zaprosimy wszystkich i będą musieli tego wysłuchać. Czegoś takiego nie da się później zignorować ani przemilczeć.
- Ale...
- Nie musisz się o nic martwić, zrobię to sama.
Victorii przerwało dochodzące z dołu dzwonienie do drzwi.
- Hej, otworzycie? - zawołała do swoich braci, wystawiając głowę z pokoju, nikt jej jednak nie odpowiedział. Dzwonek rozległ się ponownie. Victoria westchnęła i odwróciła się ku Kirstine. - Moment. To pewnie Kamille.
Kirstine została sama. Przesunęła palcami po miękkiej jasnoniebieskiej narzucie na łóżku, patrząc na letnie niebo o mniej więcej takiej samej barwie. Pokój był piękny. Tak jak wszystko w domu Victorii. Kirstine nie lubiła jednak tutaj przebywać.
- To do ciebie. - Victoria wpadła do pokoju odrobinę zdyszana od wbiegania po schodach. - Przyszedł Jakob... - Uniosła brwi i spojrzała na nią wymownie.
- Jakob? - Kirstine zmrużyła oczy. - Dlaczego?
- Zapewne dlatego, że chce się z tobą zobaczyć, skoro stoi przed drzwiami i o ciebie pyta. - Victoria wyglądała, jakby cała sytuacja trochę ją bawiła.
- Kamille przyjdzie za chwilę...
- Zaczekamy, aż wrócisz.
- Ale... - Kirstine zabrakło argumentów.
- Zejdź tam i spytaj go, czego chce - powiedziała z uśmiechem Victoria. - Chyba że chcesz się najpierw uczesać?
- Słucham? - Kirstine złapała się za koński ogon.
- Zapomnij o tym, pięknie wyglądasz. Pospiesz się, inaczej Jakob zarośnie mchem.
Kirstine wstała z westchnieniem. Zeszła po krętych schodach i przemierzyła hol.
- Cześć. - Jakob czekał tuż za wielkimi drzwiami wejściowymi. Uśmiechnął się nieśmiało i zmierzwił swoje rudawe włosy jak zawsze, kiedy się denerwował. - Dobrze cię widzieć.
- Cześć. - Kirstine spuściła wzrok na jego buty. Dzieliła ich odległość co najmniej metra, ale natychmiast poczuła delikatne drżenie powietrza między ich ciałami.
- Czyli tutaj mieszkasz - skomentował z uśmiechem.
- To dom rodziców Victorii - odparła Kirstine, chociaż musiał o tym wiedzieć. - Zatrzymałam się tutaj tylko na jakiś czas.
- Okej.
Było gorąco. Jakob miał na sobie białą koszulkę. Kirstine próbowała na nią nie patrzeć. Próbowała nie patrzeć na niego.
- Eee... Może wejdziemy do środka...? - Znowu się uśmiechnął.
Oczywiście powinna była go zaprosić do salonu i zaproponować coś do picia. Tak postępowali normalni ludzie. Ale to nie był jej dom, poza tym Kirstine nie wiedziała, z jakiego powodu Jakob się tutaj zjawił.
- Albo przespacerujemy się gdzieś? Może pokażesz mi ogród? Założę się, że jest wspaniały, skoro znajduje się przy domu takim jak ten.
Kirstine przystała na to z ulgą. Oprowadzanie po ogrodzie było w porządku. Na pewno lepsze niż wejście do domu i ryzykowanie natknięcia się na rodziców Victorii, którzy mogli wrócić w każdej chwili.
- Chodźmy tędy.
Zastanawiała się, czy nie cofnąć się po sandały, ale ostatecznie zrezygnowała z tego i wyszła na dwór boso. Jakob podążył za nią. Zarejestrowała, że szedł zbyt blisko niej. Stąpanie po żwirowej ścieżce bez butów sprawiało jej ból, lecz wejście na trawnik tylko wszystko pogorszyło. Ziemia zasyczała pod jej stopami. Kirstine zmarszczyła brwi.
- Nie wyglądasz na zadowoloną z mojego przyjścia - stwierdził Jakob, próbując spojrzeć jej w oczy.
- No bo... Kamille ma za chwilę przyjść i...
- Nie zostanę tak długo... Chciałem tylko... Kirstine?
- Słucham? - Nie odrywała wzroku od idealnie przystrzyżonego trawnika.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Jednak na niego spojrzała. Jakob podał jej małe pudełko i posłał rozbrajający uśmiech.
Krew zatętniła szybciej w jej żyłach. Kirstine była prawie pewna, że nigdy mu nie powiedziała, kiedy ma urodziny. Nie powiedziała tego nikomu, ale Jakob był nauczycielem i jeśli chciał, mógł łatwo sprawdzić taką informację w szkolnym rejestrze uczniów.
- Chodźmy do sadu - szepnęła.
Minęli róże angielskie i rabaty z roślinami wieloletnimi, po czym weszli między stare jabłonie, gdzie trudniej było ich dostrzec z okien domu. Kirstine nagle pomyślała, że większość ich spotkań odbywała się właśnie tak. W ukryciu.
Znowu podał jej pudełko. Tym razem niepewnie po nie sięgnęła. Kiedy jej palce musnęły przez ułamek sekundy jego dłoń, poczuła prąd przeszywający całe ramię, jakby dotknęła ogrodzenia pod napięciem. Jakob westchnął cicho.
Policzki Kirstine płonęły. Tak dobrze jej szło, ale wystarczyło, że Jakob stanął tuż obok, a ona natychmiast traciła kontrolę. Czemu nie umiała nad tym zapanować?
Jakob nie skomentował tego ani słowem, uśmiechnął się tylko zachęcająco.
- Nie sprawdzisz, co jest w środku?
Pudełko wyglądało tak, jakby zawierało biżuterię. Kirstine zdała sobie sprawę, że się rumieni. Czuła się niezręcznie i uważała tę sytuację za trochę zbyt intymną. Nie była kimś, kto wyprawia urodziny, komu składa się życzenia, a już na pewno nie była kimś, komu daje się biżuterię.
- To naprawdę nie gryzie. - Zaśmiał się cicho.
Uniosła wieczko. Na poduszeczce z waty leżała srebrna figurka. Nie była większa niż dwa centymetry i wyobrażała małą kobiecą postać z mieczem i tarczą.
- Walkiria - powiedział Jakob. - Kopia ozdoby z epoki wikińskiej. Zobacz, można ją nosić na łańcuszku... - Sięgnął po figurkę, ale się rozmyślił i zamiast tego tylko wskazał palcem.
Kirstine od razu to ujrzała. Między szyją walkirii a jej długim warkoczem było oczko, dzięki któremu figurka nadawała się do zawieszenia. Przynajmniej nie dostała pierścionka. To byłoby dużo gorsze.
- Dziękuję - szepnęła i zamknęła pudełko. - Mogę cię prosić, żebyś nikomu nie mówił o moich urodzinach? - Spojrzała w stronę wielkiego białego domu, którego okna w ten gorący letni dzień były szeroko otwarte.
- Nie znam nikogo takiego jak ty. - Uśmiechnął się, ale jego oczy miały smutny wyraz.
Włożyła pudełko do kieszeni.
- Kamille niedługo tutaj będzie, więc...
- Zaraz sobie pójdę, ale najpierw cię o coś spytam. Nie chciałabyś się spotkać któregoś dnia? Mam wakacje i tym samym mnóstwo czasu. Moglibyśmy wybrać się na spacer. Pamiętam, jak kiedyś powiedziałem, że to zły pomysł, jednak rozmawiałem z Thorbj?rnem. Twierdzi, że obecnie jest znacznie lepiej. Ma rację?
Kirstine nie wiedziała, co odpowiedzieć. Co prawda było lepiej: nauczyła się panować nad swoimi mocami. Ale ta kontrola kruszała, kiedy Jakob patrzył na nią tak, jak w tej chwili. Szumiało jej w uszach, paliły ją blizny na nogach i przedramionach. Przez chwilę mignął jej przed oczami obraz srebrzystych korzeni drzew przebijających się przez trawnik pod jej stopami. Uściskanie Jakoba, a nawet zwykłe trzymanie go za rękę były wykluczone.
- To się raczej nie uda - szepnęła.
Pokiwał głową. Zaczerpnął głęboko tchu, skierował twarz ku gałęziom drzew owocowych i błękitnemu niebu nad nimi, po czym powoli wypuścił powietrze.
Kirstine chciałaby znaleźć właściwe słowa, żeby mu wyjaśnić, jak to jest posiadać moce, których się obawia, o które nigdy nie prosiła i których sobie nie życzyła. Moce, przez które zakochanie się w kimś było dla niej śmiertelnie niebezpieczne. Lecz oni po prostu stali w milczeniu, aż Jakob oderwał wzrok od koron drzew i posłał jej smutny uśmiech.
- Miło było znowu cię zobaczyć - powiedział, po czym odwrócił się i odszedł.
Kirstine patrzyła za nim, nie ruszając się z miejsca, dopóki nie zniknął jej z oczu.
Może tak jest najlepiej, skoro nigdy nie będziemy razem.
Westchnęła i skierowała się z powrotem w stronę domu.
- Hej! - przywitała się z nią Kamille. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami na łóżku Victorii i zaplatała swoje rude włosy, kiedy Kirstine weszła do pokoju.
- Czego chciał Jakob? - spytała Victoria.
- Niczego takiego - mruknęła.
- Zaprosiłaś go na sobotę? - zainteresowała się Kamille.
- Zapomniałam o tym.
- Nieważne, napiszę do niego. - Victoria wzięła do ręki listę gości i przebiegła ją wzrokiem. - Thorbj?rn i Lisa przyjdą jako reprezentanci szkoły. Będzie też Benjamin.
Kamille uniosła brew i posłała Kirstine znaczące spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Victoria i Benjamin zerwali ze sobą przed wakacjami, więc trudno było dostrzec jakiś powód, dla którego chłopak miałby zostać zaproszony na przyjęcie.
- Ma znajomości wśród wielu starych rodów magików - dodała szybko Victoria, jakby potrafiła czytać w myślach. I może faktycznie miała taką umiejętność, a w każdym razie mogło się tak czasem wydawać.
- Przychodzi wam do głowy jeszcze ktoś? - spytała Kamille. - Nie znam żadnych "wpływowych ludzi". - Puściła warkocz, żeby zrobić w powietrzu znak cudzysłowu. - Nikogo poza nauczycielami, a o nich już wiemy, że przyjdą.
- Hmm. - Victoria przyjrzała się nazwiskom na liście. - Mama zaprosiła członków najważniejszych starych rodzin. I oczywiście całą Radę Magików. Kilka osób odwołało przyjście, ale wieść i tak powinna do nich dotrzeć. Tego typu informacje błyskawicznie się roznoszą. - Podniosła wzrok znad trzymanej kartki. - Zostałam uwzględniona w programie jako pierwsza prelegentka.
- Czy to nie jest trochę dziwne, żeby wygłaszać prelekcję podczas przyjęcia? - zapytała Kamille.
- Tak się robi w tych kręgach. Moim zdaniem to dobry pretekst, żeby móc się zalać do nieprzytomności. Najpierw nudny wykład o historii, polityce albo sytuacji na świecie, a później wszyscy piją na umór i obgadują nieobecnych. Tym razem przynajmniej nie będzie nudno.
- I o czym niby masz mówić? - zainteresowała się Kirstine.
- O prawach i obowiązkach młodych magików - odparła Victoria. - Mama o nic się nie dopytywała. Ucieszyła się tylko, że nareszcie wykazuję zainteresowanie uczestnictwem w ich okropnych przyjęciach koktajlowych i towarzystwem ich nieznośnych przyjaciół. Pozwoliła mi nawet dopisać kolejne osoby do listy gości.
Kirstine przyglądała się przyjaciółce. Victoria poruszała się jak ryba w wodzie w środowisku nazywanym przez nią "tymi kręgami", czyli wśród bogatych i wpływowych rodzin magików. Urodziła się w nim - w przeciwieństwie do Kirstine albo Kamille, które musiały w takiej sytuacji przyswoić sobie etykietę i reguły gry.
- A jak się zostaje członkiem Rady Magików? - chciała wiedzieć Kirstine.
- To chyba nie jest proste - powiedziała Victoria. - Rada liczy dziesięciu albo dwunastu członków, którzy zasiadają w niej dożywotnio. Wybierają ich dotychczasowi członkowie drogą głosowania.
- Co oni właściwie robią w tej radzie? - zainteresowała się Kamille.
- Uczestniczą w opracowywaniu wytycznych dla magików i przekazują upomnienia tym, którzy się do nich nie stosują. W ostateczności mogą donieść na nich odpowiednim organom.
- I to oni przychodzą na przyjęcia do twoich rodziców?
- Nie tylko oni. Rodzice należą też do loży i jej członkowie na zmianę wyprawiają u siebie imprezy kilka razy do roku.
- To grono wydaje mi się dość przerażające - stwierdziła Kamille. - Naprawdę masz odwagę to zrobić?
- Skoro potrafiłam powiedzieć o tym Jensowi, będę też w stanie powtórzyć to w obecności przyjaciół moich rodziców. Dam sobie radę.
- Niezła z ciebie twardzielka - uznała Kamille. - Przećwiczymy wszystko jeszcze raz?
.
Tak się cieszę, że przyjdziesz
Okej, ale o co w tym wszystkim chodzi?
Sam zobaczysz. Nie mogę więcej napisać
Do zobaczenia w sobotę!
Do zobaczenia...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki