Rebranding
Ledwośmy się przyzwyczaili do istnienia partii o nazwie Solidarna Polska, a tu nagle, po niespełna jedenastu latach spektakularnej działalności, zmienia ona nazwę na Suwerenna Polska. Szok i niedowierzanie. Dlaczego? Co takiego się stało?
Odpowiedzi na te pytania udzielił rzecznik partii, wiceminister klimatu i środowiska Jacek Ozdoba: nowa nazwa związana jest z nowym etapem w działalności ugrupowania. Solidarna Polska była tworzona "za czasów rządów PO, kiedy mafie szalały", więc - jak rozumiem - musiała mieć w nazwie przymiotnik "solidarna", bo widocznie nic tak nie odstrasza mafii jak solidarność na ustach walczących z nią polityków. Dzięki "skutecznej walce ministra Zbigniewa Ziobro" - mówił dalej Ozdoba, z sobie tylko znanych powodów nie deklinując nazwiska szefa - udało się pokonać wiele grup przestępczych, między innymi wyłudzających VAT, zakończono proceder dzikiej prywatyzacji, a "aparat państwa wreszcie może skutecznie chronić potrzebujących". "Ten ważny etap uważamy za zakończony. Dziś wyzwaniem jest suwerenność i możliwość decydowania, jak ma wyglądać przyszłość" - oświadczył rzecznik i doprecyzował, jak rozumie nowy przymiotnik: głównym wrogiem naszej suwerenności jest Unia Europejska, a ściślej "plany UE [...] to utrata możliwości decyzyjnej Warszawy na rzecz Brukseli, a właściwie Berlina". Nie tylko więc odmiana nazwisk, ale i logiczny szyk zdania są zagadnieniami przerastającymi pana rzecznika. Być może opanuje je na kolejnym etapie działalności partii.
Ostatnio jesteśmy świadkami brawurowych rebrandingów, na przykład Akademii Sztuk Pięknych na Królewską Akademię Sztuk Pięknych, ale u ziobrystów mamy do czynienia ze szczególnym rodzajem rebrandingu, polegającym de facto na zmianie nazwy firmy: dokonuje się jej zwykle wtedy, gdy klientom dotychczasowa nazwa kojarzy się z tandetą i trzeba się jakoś pozbyć złych skojarzeń. W tym przypadku skrót pozostał taki sam, dzięki czemu partia może oszczędzić na kosztownej wymianie takich partyjnych gadżetów jak przypinki, broszki, spinki do mankietów, naklejki na zderzaki, czapeczki z daszkiem, czapeczki bez daszka oraz biżuteria intymna. Partia zdecydowała się także na zmianę dotychczasowego logo, które, trzeba przyznać, było dość nieczytelne. Przedstawiało bowiem albo troje bliźniąt syjamskich zrośniętych ramionami, albo trzy księżyce zachodzące za trzy pagórki, albo trzy kropki nad falami. Bardziej więc nadawało się na logo kliniki specjalizującej się w trudnych zabiegach chirurgicznych lub marki obuwia sportowego sprzedawanego w dyskontach. Oczywiście tych polskich, nie niemieckich. Nowe logo jest zupełnie inne: składa się z obrysu Polski, z lewej strony nakreślonego na biało, z prawej - na czerwono. Ponieważ jednak czerwony bardziej rzuca się w oczy, a polska wschodnia granica ma taki kształt, jaki ma, więc prawy obrys układa się w wielką literę "J". "J" jak kto? Oczywiście jak Jarosław, od którego nie jest, jak widać, łatwo Suwerennej Polsce się odciąć, nawet graficznie.
Deklarowana ideologia polityczna SP sprowadza się do narodowego konserwatyzmu, eurosceptycyzmu oraz solidaryzmu. Z nich wszystkich do nazwy wszedł tylko jeden. Rozumiem, że uczynienie przymiotnika z pierwszej idei przywodziłoby na myśl zbyt brunatne skojarzenia, z eurosceptycyzmem lepiej się nie afiszować w samej nazwie, został więc jedynie solidaryzm, kojarzący się nie tylko z antyliberalnym kierunkiem społeczno-politycznym czy z poczuciem odpowiedzialności za wspólnotę, ale i z Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym, Akcją Wyborczą czy ogólnie antykomunistycznym ruchem opozycyjnym w Polsce. W suwerenności natomiast pobrzmiewa kluczowe dla "dobrozmianowej" retoryki słowo "suweren", czyli zbiorowy podmiot, który w poprzednich wyborach parlamentarnych zdecydował o przyznaniu władzy Zjednoczonej Prawicy. Suweren to, przypomnijmy, rodzaj sofistycznego pochlebstwa: zgodnie z godnościową retoryką prawicy władza przywróciła swym obywatelom godność po latach pogardy za czasów rządów PO. Suweren, jak średniowieczny władca, ma władzę absolutną. Oczywiście dopóki popiera prawicę.
Politycy Suwerennej Polski mówią jednak, że chodzi im nie o suwerena, ale o suwerenność, która jest zagrożona, jak powiedział Zbigniew Ziobro, "najbardziej od czasu upadku komunizmu": z jednej strony zagraża jej bowiem wojna prowadzona przez Rosję, z drugiej - lewicowi fanatycy w Europie, którzy mają w Polsce swoich agentów: "Niemka Ursula von der Leyen z właściwym sobie niemieckim tupetem i arogancją namaściła Tuska na namiestnika w Polsce" i teraz "Niemcy traktują Donalda Tuska jak swojego agenta wpływu w Warszawie". "Musimy bronić się przed kolaborantami" - dodał. Michał Wójcik straszył: "Jeśli dopuścicie tych wariatów z opozycji do władzy, oddadzą suwerenność szaleńcom z Brukseli. Pamiętajcie, suwerenność to serce narodu!". Sam jednak zapomniał, że stygmatyzujących słów oznaczających osoby z zaburzeniami psychicznymi powinno się unikać, zwłaszcza w dyskursie publicznym.
Zadaniem Suwerennej Polski - jak powiedzieli prowadzący kongres tej partii Anna Maria Siarkowska i Jan Kanthak - jest "obrona silnej, niezależnej, wolnej i suwerennej Polski", "w której mężczyzna jest mężczyzną, a kobieta - kobietą, w której obchodzimy Boże Narodzenie, a palenie w kominku nie jest zbrodnią. Polski, w której schabowy jest legalny". Zagrożeniami dla polskości są więc osoby trans, laicyzacja, ekologia i wegetarianizm. Ale na tym nie koniec, bo jeśli nie powstrzymamy Unii, to Polacy nie będą mogli niedługo nie tylko "jeść tego, na co mają ochotę", ale i "jeździć samochodami" oraz wydobywać węgla.
O wiele więcej uwagi poświęcili politycy SP zagrożeniu z Zachodu niż ze Wschodu. Kilka dni wcześniej Patryk Jaki usiłował zrównoważyć oba zagrożenia, mówiąc, że Moskwa chciałaby podbić nasz kraj militarnie, Berlin zaś próbuje uzależnić nas ekonomicznie. Straszenie Zachodem wydaje się politykom SP o wiele ważniejsze niż straszenie Wschodem, co o tyle nie dziwi, że ich retoryka do złudzenia przypomina retorykę putinowskiej Rosji, z jej homofobią, transfobią, tradycjonalizmem, odwoływaniem się do religii, straszeniem wizją przymusu jedzenia owadów i generalną niechęcią do wszystkiego, co zachodnie oraz lewicowe.
Kongres Suwerennej Polski odbywał się 3 maja, w rocznicę uchwalenia Konstytucji, nie obyło się więc bez odwołań do tego wydarzenia. Oczywiście - na skrzydłach odległej metafory. Bo Konstytucja, o czym nikt z polityków SP nie wspomniał, była przecież w gruncie rzeczy prozachodnia i opierała się na ideałach angielskiego i francuskiego Oświecenia. A konfederacja targowicka, którą Ziobro widzi dziś w postaci "niemieckich kolaborantów", została przecież założona przez grupę oligarchów i biskupów o tradycyjnych poglądach, przeciwnych Oświeceniu i zachodniemu zepsuciu, właśnie tam, na Zachodzie, widzących największe zagrożenie dla swojej wizji Polski. Jak to się skończyło - wiadomo. Oczywiście historię można traktować wybiórczo, interpretować po własnej myśli i mocą metafory dopasowywać ją do własnych interesów politycznych. Metafora opiera się jednak na podobieństwie. Krzycząc o zagrożeniu płynącym z Zachodu, upodobniacie się, panowie i panie z SP, do tych, którzy byli przeciwko Konstytucji. Oni też mieli usta pełne pięknych i wzniosłych słów o Rzeczypospolitej, o suwerenności (nazywanej przez nich samowładnością), niepodległości, wolności i szlachetnym narodzie polskim. Zapytam więc nieśmiało: czyż 14 maja nie byłby stosowniejszą datą dla kongresu Suwerennej Polski?