Prolog
Naszymi oczyma. Cztery pary oczu. Cztery spojrzenia.
Historia, która nie musi być prawdziwa.
Na początku był krzyk i niedojrzałość.
To było w naszym domu.
I to było naszym domem.
Bez nich nic się stało, co się stało...
Nie. Tak nie można. To ponoć obraźliwe.
Mówi się, że nasza historia może mieć cztery tomy, bo każdy z nas będzie widział ją inaczej. Ciekawi mnie tylko, ile zmieści taki tom. Nosimy we czterech coś, co trudno jest mi nazwać. Może jest to brzemię, może rana, może jakieś psychiczne zwichnięcie. Nawet w tej chwili, gdy to piszę, boję się przerwać stukanie opuszkami palców w klawisze klawiatury, aby nie wsłuchiwać się znów w tę śmiertelną ciszę, z której dobiega krzyk, dyskusje kompletnego niezrozumienia, nawet jeśli faktycznie w tej chwili ich nie ma... Jest wiele historii do siebie podobnych, ale są one jednak tylko podobne.
Jest jeszcze jedna rzecz, zanim to wszystko się rozpocznie. Mógłbym przestać pisać. Tylko dlatego, że nikt tego nie przeczyta, lub po prostu dlatego, że nie potrzebują takich smętnych opowiastek na pisarskim rynku. Istnieje w tym coś silniejszego. Mam wrażenie, że jestem to komuś winny. Może własnej schorowanej rodzinie. Może temu tak cennemu i skarłowaciałemu darowi, jakim jest to życie... Ostatecznie jestem to winny młodemu człowiekowi, dla którego jedynym oparciem za kilka godzin będzie stół albo krzesło, które pewnego razu konwulsyjnie odepchnie, tamując sobie drogę oddechu.
Z drugiej strony... po co przeinaczać to w formę powieści na podstawie niektórych faktów? Czy tylko dlatego, aby uniknąć sytuacji, w której zbieżność osób i zdarzeń okaże się nieprzypadkowa? Po co tworzyć zlepek pisarskiej fantazji? Przecież ta opowieść, czy jakkolwiek jej nie nazwać, jest najoryginalniejsza z istniejących. Dlaczego? Po pierwsze – jest doprawdy prawdziwa. Po drugie – pisze ją ktoś, kogo sama urodziła, wychowała i karmiła aż do tej chwili. Jak matce należy się jej wdzięczność.
Rozdział IPRZYDARZYŁO SIĘ ŻYCIE
Dni nie miały końca, byliśmy szaleni i młodzi
Słońce zawsze świeciło – żyliśmy tylko dla zabawy
Czasami wydaje się, jakby to było niedawno
– jakoś nie wiem
Jakby reszta mojego życia była tylko widowiskiem...
Freddie Mercury, "These Are The Days Of Our Lives"
Zawsze gdy patrzę w okno i widzę srokę na dachu, myślę o słowach matki. Mówiła, że "chyba będą goście", bo właśnie sroka miała to wróżyć. I zaraz za tym idzie kolejne porównanie. Jeśli swędział ją nos – miało to oznaczać, że "ktoś się będzie kłócił". Mówiła to zawsze z taką dziwną, trudną do opisania miną, wyrażającą niemal pewność co do tego przeczucia. Dzisiaj muszę przyznać, że nos musiał ją swędzieć często.
Pierwszy obraz, jaki mi się nasuwa, to pole i prace z nim związane. Było to konkretnie w jednej z nadbużańskich wsi. Choć znam to jedynie z opowiadań, ufam w pełni świadectwu, które zostało mi dane. Rodzina podczas zbierania ziemniaków. Zaangażowani wszyscy: cztery córki, syn, matka. Tylko ojciec przystanął na chwilę zaczepiony przez przechodzącego sąsiada. Prawdopodobnie w celu sprawiedliwego podziału prac, syn tej rodziny, nie mogąc patrzeć na przestój, przerwał tę pogawędkę.
– Ile jeszcze będzie gadał?! Do roboty! Już! Wszyscy zapieprzają, a ojciec będzie tu pogawędki urządzał nie wiadomo ile!
Sąsiad odjechał, a ojciec wziął się do pracy. Jedyną reakcją ze strony głowy rodziny był w tym momencie atak astmatycznego kaszlu.
Drugi obraz to kilometry lasu poprzecinane zbożami. Wioska nadnarwiańska. W lecie wygląda bajkowo. W zimie jak droga bez powrotu. Przechodząc swobodnie utartymi już ścieżkami, dociera się do dużego rozwidlenia, czegoś w rodzaju polany. Niewielki drewniany dom ogrodzony płotem, studnia, kilka budynków gospodarczych. Również piątka rodzeństwa. Życie tętni, choć nie jakby ktoś gdzieś się śpieszył. Matka kręci się przy kuchni. Siostry podzielone pracami w domu i przed domem. Syn z ojcem w oborze. Brakuje jednak najmłodszego. Taki widok bywa wręcz drażniący, bo przeważnie w najmniej spodziewanym momencie czarne wiadomości widzą dobry moment na nadejście. I tak też się dzieje. Jeden z najbliżej mieszkających sąsiadów zajeżdża rowerem, by powiedzieć, że ich najmłodszy syn przed chwilą utopił się w rzece. Miał szesnaście lat. Rozpacz. Wyrwa w harmonii tego domu. Jedna z córek, która płakała najmniej, wewnątrz prawdopodobnie przeżyła to najmocniej. Rodzina, która modli się razem, pracuje razem, je razem, znosi trud razem.
Syn przywołujący ojca do porządku to mój ojciec. Córka z prostej i ubogiej rodziny to moja matka. Szał i spokój. Krzyk i zakrzyczana cisza. Dyktat i niemoc. Zamknięcie i otwarcie. Zetknięcie się dwóch światów. Jak zderzenie się dwóch łodzi, chcących przepłynąć wąski kanał. Któraś musi ustąpić.
29 czerwca 1985 roku. Na przełomie nocy i ranka otworzyłem oczy. Pierwszy raz zobaczyłem oślepiający blask światła. Zimno. Po jakimś czasie zostałem zabrany do domu. Czekało tam na mnie trzech starszych ode mnie braci. Dla jednego z nich okazałem się prezentem na imieniny. Z najwcześniejszych wspomnień pamiętam metalowe, malowane na niebiesko schody, którymi schodzi się na plażę. Muszę przyznać, że do pamięci mam pamięć. Z tą plażą to było, jak miałem jakieś trzy albo pięć lat. Robiliśmy wtedy rodzinne tournée po rodzinnych nadmorskich stronach. Była to pierwsza z niewielu takich podróży od momentu moich narodzin. Pierwszymi rzeczami, jakie wtedy robiłem, było malowanie, oglądanie bajek i bawienie się na kocu w altance. Muszę dodać pewne magiczne słowo: samemu. Z perspektywy koca obserwowałem, co dzieje się w domu – drzwi były otwarte i wszystko słyszałem także na podwórku. Mieliśmy zakład stolarski. Nigdy nie miałem budzika, bo nie był mi potrzebny. Budził mnie przeważnie warkot maszyn. Budziły mnie jeszcze inne odgłosy, ale o tym potem. Widziałem sporo ludzi kręcących się z deskami po podwórku. Z czasem było ich coraz mniej. Aż wreszcie nie został nikt. Z czasem to zrozumiałem. Wtedy, jako dziecko, nie bardzo rozumiałem to, co mnie otacza. Tata pracuje w warsztacie. Mama gotuje obiad. Bracia w szkołach. A ja jak w bajce. Wszystkie zabawki tylko dla siebie. Hm... Niestety tylko dla siebie. Czasami nad hałas maszyn przebijał się krzyk taty. Nie zawsze potrafiłem odróżnić, czy krzyczy dlatego, że wydaje komuś jakieś polecenie, czy dlatego, że jest zły. Z czasem okazało się, że to drugie. Ale wtedy myślałem, że to nic takiego, że tak ma być. Że robi dobrze.
Bywało, że przed obiadem, a częściej po nim, chodziłem z mamą do jej siostry, może z kilometr dalej. Uwielbiałem tam chodzić. Zawsze byłem chętny napić się u cioci tej samej kawy, którą robiła sobie i mojej mamie. I zawsze mi mówiła, że mi kawy pić nie wolno, bo jestem za mały. Nie czułem się tym dotknięty. Lubiłem ich towarzystwo. Podczas gdy ja buszowałem po pokoju cioci w poszukiwaniu czegoś ciekawego, one rozmawiały o chyba dość poważnych sprawach. Wtedy też i to nie bardzo rozumiałem, ale bardzo lubiłem tego słuchać i jednocześnie się czymś bawić. Bardzo dobrze czułem się w towarzystwie kobiet. Można powiedzieć, że się w nim wychowałem. Znam ich problemy, odczucia na tyle, na ile może je poznać mężczyzna. Jedyne, czego żałuję – jeśli mogę w ogóle czegoś żałować z tej znajomości – to chyba tego, że wykształciła się we mnie przez to silna wrażliwość. A może właśnie nadwrażliwość, która przyniosła mi potem wiele problemów. Ale nie miałem na to żadnego wpływu.
Wiele rzeczy działo się w tamtym okresie, których nie ma sensu opisywać, ale niektóre z nich, jak rozpalona do czerwoności żelazna pieczęć, wypaliła na nas znamiona.
Ważne jest to, co zawsze będzie dla mnie tłem tego teatru.
Ludzie piszą wiersze, kompozytorzy – muzykę, młodociani blokersi piszą swoje twarde rymy – wszystko po to, żeby jakoś to... to "coś" wykrzyczeć z siebie. A ja jestem maszynką do mięsa, tylko podajnik ma konstrukcję zamkniętą. W kółko mielę w sobie to samo.
Nie miałem pojęcia, jakie znaczenie może mieć dla ludzkiej psychiki krzyk. Nawet dziś zastanawia mnie to, dlaczego dziecko, zwłaszcza dziecko, reaguje paraliżem lub płaczem na czyjś krzyk. Nie pamiętam, kiedy w naszym domu usłyszałem ten wrzask po raz pierwszy. Ale działo się to w pewnym schemacie, prawie jak rytuał. Działo się przeważnie w kuchni, ponieważ tam życie naszej rodziny "ogniskowało", chociaż nigdy nie jedliśmy razem. Nie było takiego zwyczaju poza świętami. Choć gdyby każdy wspólny posiłek miał wyglądać tak jak ten wigilijny, to może nawet lepiej, że każdy miał swój stół. Ja jadłem przeważnie przed telewizorem. To nie były przyjemne momenty, bo jadło się w pewnym napięciu, z lękiem przed tym, że znów coś zacznie się dziać. Więc kiedy już zaczynało się dziać, ostatnie kęsy czegokolwiek przechodziły z trudem przez gardło, a potem czułem już tylko słony smak, bo do ust napływały łzy. Gdy jedna z osób uczestniczących w tym akcie zmieniała miejsce, zostawałem przeganiany sprzed telewizora. Zresztą wtedy nie miałem już na nic ochoty. Nieraz poszczególne akty rozgrywały się nie w jednym miejscu, ale w kilku miejscach. Zwykle była to kuchnia, pokój z telewizorem lub korytarz. Przeważnie na korytarzu się zaczynało albo kończyło. Jaki był temat? "Zawsze musi pójść o pierdołę" – mówiła mama. Tak, to prawda. Tyle że schemat był dość schematyczny. Najpierw obrywał każdy z synów, czyli moi bracia po kolei. Ale nie na raz, tylko okresowo. Gdy mój najstarszy brat się wyprowadził, celem został kolejny brat. Wstęp: drobnostka. Rozwinięcie: brat. Zakończenie: mama. Najbardziej nie mogłem znieść zakończenia. Chociaż jako dzieciak oniemiałem także, gdy zobaczyłem, jak ojciec okłada czym się da mojego średniego wiekiem brata. Jeśli słyszę średniowieczne opowiastki o panach i ich podwładnych, a raczej pachołkach, oraz sposobach, w jakich się z nimi obchodzono, to widzę tę właśnie scenę. Niesamowite. Nieraz zastanawiam się, czy przypadkiem mi się to wszystko nie przyśniło, bo coraz trudniej jest mi uwierzyć moim własnym wspomnieniom.
Ojca nie bywało w domu tygodniami. Z czasem jego nieobecność była czymś podobnym do wakacji. Ale zanim tak się stało, jako dzieciak jeszcze, zawsze wyczekiwałem, może nieco naiwnie, jego powrotu z pracy. Mniej więcej po dwóch tygodniach wracał i coś tam starał się przywozić. Przeważnie coś słodkiego. Raz były to klocki Lego. Było to czymś w rodzaju święta. Tylko pewnego dnia wyglądało to trochę inaczej i tym samym skończyło się naiwne wyczekiwanie powrotu tatusia do domu. Zawsze miałem kłopoty z odczytywaniem czasu na zegarku. Uczyliśmy się tego w szkole, ale z trudem to do mnie dochodziło. Może mam taki oporny umysł. Mając około dziesięciu–dwunastu lat, nie potrafiłem tego rozgryźć do końca. Kiedy ojciec wrócił z dwutygodniowego wyjazdu, przywiózł ze sobą czekoladki w formie robaczków. Takie dość pokaźnych rozmiarów biedronki i żuczki pokryte kolorowym pazłotkiem. Zanim doszło do spróbowania, do którego właściwie już chyba nie doszło, nie wiadomo dlaczego ojciec zapytał o godzinę. Raczej nie było to zwykłe pytanie, lecz dobrze przemyślane. Nie umiałem właściwie odpowiedzieć. Nie umiałem. Ojciec wpadł w szał. Zawołał matkę. Jedyne, co pamiętam z tego, to: "Jak następnym razem wrócę i nie będzie znał się na zegarku, to tak mu wpierdolę, że... ". Rzeczywiście, następnym razem już umiałem jako tako. Nie wiem, czy o taki efekt chodziło. Nienawidzę, jak ktoś mnie przepytuje tylko dlatego, żeby pokazać mi, że jestem ułomny. Zaprawdę powiadam ci: nienawidzę tego.