6
Nie było lepszych momentów mojego dzieciństwa niż te spędzone w Gourdon. Godzinami biegaliśmy po lesie i ciągle wymyślaliśmy nowe zabawy. Tropiliśmy nieistniejące stwory z bajek, udawaliśmy, że zastawiamy pułapki na zwierzęta. I podglądaliśmy sąsiadów babci Marnixa, którzy opalali się nago na tarasie. Tarzaliśmy się ze śmiechu i kryliśmy nawzajem, kiedy któreś coś zbroiło. Malwina zawsze chowała nas wtedy u siebie i przyrządzała nam jedzenie według diety Marnixa. Tego nie dało się jeść, ale że byliśmy dobrze wychowani... Dość wcześnie zrozumiałam, że Marnix jest uczulony na pszenicę, dokładniej na gluten, ale wtedy nie stosowaliśmy tej nazwy. I jak piszę "uczulony", to nie mam na myśli kilku krosteczek pojawiających się na policzkach po zjedzeniu czegoś ze zbożem. Mówię raczej o dwudniowej biegunce, gorączce, ostrych wymiotach, bólu brzucha i wysypce na całym ciele. Oprócz tego nie jadł nic, co zawierało krowie mleko. Jadłospis miał więc bardzo ograniczony. To dlatego nigdy nie spróbował ciasta, nie jadł chleba ani większości tego, co my. Było mi go żal, ale on nic sobie z tego nie robił. Przyzwyczaił się. Nigdy nie próbował tortu, więc nie mógł wiedzieć, jak bosko smakuje.
Malwina znała nas i jego dietę na pamięć. Kobieta z siateczką drobnych zmarszczek na twarzy, w której domu było kocio, kochała nas jednakowo mocno. Przymknięte okiennice sprawiały, że panował u niej półmrok, a wytarta terakota na podłodze była ciepła. Ciotka zawsze spełniała nasze zachcianki, tuliła i drapała po plecach. Wieczorem opowiadała nam bajki. Za każdym razem inną, piękniejszą i ciekawszą. Miało to zazwyczaj skutek odwrotny do zamierzonego, bo nie wszystkie jej opowieści kończyły się dobrze, a większość nie pozwalała nam zasnąć. Malwina miała swoje krzesło przed domem, na którym siadała, żeby obierać warzywa do gotowania, owoce do zapraw i popijać czerwone wino. Lubiła dzieci i marnowanie czasu w słońcu. Dziś w domu Malwiny, który nie jest już jej domem, nie ma kotów, a jej krzesło zagadkowo stoi na werandzie nowego sąsiada.
Marnix. Przez większość dnia staram się o nim nie myśleć. Czasami mi wychodzi. Mam już nawet opracowaną taktykę - kiedy pojawia się myśl o nim, od razu ją kasuję. Robię wszystko, żeby nie zdążyć zobaczyć twarzy, bo wtedy trudniej jest go wymazać i lubi powracać wielokrotnie w ciągu tego samego dnia. Najgorzej bywa, kiedy zwrócę uwagę na jakiś szczegół: na przykład na koszulę, którą ma na sobie albo czy ma związane włosy, czy wysuszone wargi. Później widzę Marnixa cały czas i nie mogę wygnać jego wizerunku z mojej głowy. Czasami wyobraźnia płata mi fatalne figle i przez kilka dni i nocy mam go nieprzerwanie przed oczami. Wtedy w realu trzeba czegoś o naprawdę wielkim kalibrze, żeby to przerwać. Problem w tym, że od lat w moim prawdziwym życiu nie dzieje się nic, na co warto by zwrócić uwagę. Poza białą kopertą oczywiście.
Wcześniej zastanawiałam się, jak to jest usłyszeć coś takiego. Informacja, że zostało ci niewiele życia, wydawała mi się prawie że nierealna. Trudno to sobie tak naprawdę wyobrazić, szczególnie gdy jest się młodym. Zdarzało mi się czytać rozmowy z ludźmi, którym się to przytrafiło. Często ostatnie wywiady, ostatnie notatki czy słowa. Mówili, jak paradoksalnie informacja ta pobudziła ich do życia. Nagle, wiedząc, że nie zostało im dużo czasu, a właściwie to bardzo mało, zaczynali kochać wszystko i wszystkich dookoła. Akceptować i doceniać. Zaczynali w końcu żyć. Często wyzwalała się w nich chęć walki o cenny czas, o spełnienie marzeń, o działanie i przeżywanie tego, co zawsze odkładali na później. To co robili wcześniej, kiedy mieli tyle czasu? Ja nie akceptuję, nie doceniam i od dawna już właściwie nie żyję. Mam trzydzieści osiem lat i tylko jeden cel: pobyć z nim w tej ostatniej chwili.
Podczas naszego odnowionego kontaktu e-mailowego musiałam mu w końcu napisać o białej kopercie i o TYM, choć na początku tak nie planowałam. Chciałam tego uniknąć. Nie dało się jednak. Nie zgodziłby się na spotkanie, gdyby nie TO. Zdaję sobie sprawę z szantażu emocjonalnego, jaki mu zafundowałam, ale tonący brzytwy się chwyta. Nie miałam już ani czasu, ani wyboru. TO było jedyną wymówką i szansą, żeby go jeszcze raz zobaczyć. TO szansą... Mój Boże.
Dramatyczne, nieludzkie i skuteczne. Wiem i nienawidzę się za to.
Jest druga w nocy. Dopiero co zasnęłam, ale właśnie obudziły mnie światła i dźwięk opon na drodze. Wstaję i podchodzę do okna. Ktoś podjechał pod dom Marnixa. Obserwuję scenę po ciemku. Z dużego samochodu wychodzi duży mężczyzna. Wyjmuje sportową torbę z bagażnika i udaje się w kierunku domu. Stoi przez chwilę przy wejściu, wyciąga klucze, otwiera i wchodzi do środka. Zostawia otwarte drzwi. Po chwili wraca. Podchodzi do oświetlenia na ganku, po czym majstruje coś przy nim. Potem zatrzymuje się, robi krok do przodu i spogląda w kierunku mojego domu. Cofam się, choć nie powinien mnie widzieć zza firanki. Skąd miałby wiedzieć, w którym pokoju śpię? A raczej nie śpię. Patrzy jednak na mnie, czuję to, po czym odwraca się i znika za zamkniętymi drzwiami. Żarówka! Muszę koniecznie ją jutro odkupić.
Rano wracam do Châteauneuf po samochód. Na trzeźwo i z pustym żołądkiem droga zabiera mi mniej czasu niż wczoraj. Po powrocie do domu, dopiero koło południa, zabieram się za śniadanie. Po nocnym sąsiedzie ani śladu. Jem w ogrodzie. W tym samym, w którym rodzice urządzali nam wspólne noce w namiocie. Wszystko tu teraz zarosło i wygląda dosyć żałośnie, ale nawet się do tego nie biorę. Nie potrafię i nie mam siły. Kiedyś ogród był piękny. Malwina miała rękę do roślin. Moi rodzice często jej pomagali. Teraz to, co kiedyś nazywało się sadem, przypomina opuszczony cmentarz. Drzewa owocowe dawno zdziczały. Wyrośnięta trawa udaje siano. I tylko pszczoły i motyle ożywiają to miejsce swym zaaferowaniem.
W weekendy, kiedy dorośli nie pracowali przy uprawach, jeździliśmy na pikniki. Odwiedzaliśmy plażę w Cagnes-sur-Mer, gdzie godzinami bawiliśmy się kamieniami i pluskaliśmy się w letniej wozie. Robert, Marnix i ja stanowiliśmy osobliwe trio, przemieszczając się niczym huragan przez nasze dwa domy, ogrody, a czasem nawet całe miasteczka. Ale i tak wszystkiego było nam mało. Święta trójca stała się nierozłączna. Dzieliliśmy się sekretami, ufaliśmy sobie i w końcu zdaliśmy sobie sprawę, że nie możemy już bez siebie żyć. Polacy nie mogli żyć bez Francuza. Liczyła się tylko ta przyjaźń, a więź, która nas łączyła, rosła w siłę. Prawdziwe porozumienie dusz. Teraz wakacje i święta nam nie wystarczały. Mijały błyskawicznie i szybko okazało się, że chcemy i potrzebujemy siebie więcej. Niestety, wtedy nie miałam komputera, a rozmowy telefoniczne były za drogie. Pozostawały nam listy. Robert i ja pisaliśmy do niego wspólnie i często. Takim francuskim, że pewnie nie dało się z tego wiele zrozumieć. On pisał rzadko. Wysyłaliśmy mu też kasety z naszymi przebojami. Tak, jestem z tego pokolenia, które nagrywało piosenki z radia na kasetę magnetofonową. Z taśmą napędzaną ołówkiem, po milionowym przesłuchaniu. To samo pokolenie we Francji miało minitel i robiło zdjęcia polaroidem. U nas była oranżada w woreczku, u nich niespodzianki dla chłopca i dziewczynki. Pamiętam te dwie kultury od najmłodszych lat. Program Récré A28 z jego ulubioną kreskówką Goldorak. Actarus, jej główna postać, i Marnix byli do siebie podobni, mieli takie same włosy i spojrzenia. Gdy oglądałam pierwszy odcinek, byłam przekonana, że to film o moim wakacyjnym sąsiedzie. Potem my mieliśmy Wzrockową Listę Przebojów, oni mieli Dance Machine na kanale M69. Tęskniłam za Francją, za croissantami i kolorowymi ubraniami. Tęskniłam za wszystkim, co było związane z tymi wyjazdami. Za piosenkami Indochine, które Marnix odtwarzał w kółko w swoim pokoju. One były magiczne, one były z innego świata. Chciałam ich słuchać cały czas, a nie od święta. I to mniej więcej w tym momencie, a może rok wcześniej, odkryłam, że mój brat bliźniak jest inny niż wszyscy chłopcy, których znałam. Przyjęłam to spokojnie, bo wiedziałam, że taki po prostu jest i inny być nie może.
Znalazłam czarną gitarę. Domyślałam się, że tu jest. Nie - wiedziałam, że jest. Chciałam ją jakoś ominąć, pominąć. Miałam głupią nadzieję, że Marnix zabrał ją ze sobą. Że to on ją ciągle ma. Powinien, ale nie. Zbyt dobrze pamiętam ten moment, kiedy kładę ją pod łóżkiem Roberta. Chowam ją. Dziewięć lat temu. I zupełnie tej sceny nie rozumiem. Jak to się stało?
Malwina kupiła mu ją na urodziny chyba w 1990 roku. Ta cała historia z gitarą zaczęła się bardzo niewinnie. Wszyscy szukaliśmy dla niego prezentu, ale każdy miał inny pomysł. Chciałam podarować mu książkę, co nie było oryginalne, ale pomyślałam, że będzie mógł mi ją przeczytać na głos po francusku. Szukałam więc Przypadków Robinsona Crusoe, bo wydawało mi się, że to taka chłopięca lektura. Wtedy Robert zaskoczył nas wszystkich, mówiąc przy kolacji, że Marnix na pewno ucieszyłby się z gitary. Byłam sceptyczna, ale rodzinie ten pomysł przypadł do gustu. Na drugi dzień ciotka pojechała do sklepu i kupiła używaną gitarę akustyczną. Nie wierzyłam, że tak bardzo mu się spodoba. Myliłam się.
Podałam mu ją, kiedy zdmuchnęliśmy świeczki na naszym torcie. Odpakował prezent w rekordowym tempie i od razu zaczął grać, przejęty, jakby był sam. Nagle wszystko i wszyscy zniknęli z jego pola widzenia. Od tego dnia praktycznie nie odstępował jej na krok.
- Skąd wiedziałaś? - zapytał wieczorem, zauważając wreszcie, że jestem obok. Przyglądałam się, jak w dziwny sposób ustawiał palce na strunach, zaskoczona, że znał już tyle chwytów.
- Domyśliłam się - skłamałam niepewnie. Nie wiedziałam przecież. Robert wiedział.
Jeżeli o mnie chodzi, nie było nigdy problemu z prezentami urodzinowymi. Co roku dostawałam notatnik lub coś do pisania. Fantazyjne długopisy, kredki, pióra. Pierwszy zestaw dwudziestu kolorowych flamastrów francuskiej firmy BIC zrobił furorę w mojej klasie. Zjednałam sobie wielu nowych krótkotrwałych, nieprawdziwych przyjaciół, których nie było przy mnie, gdy ich potrzebowałam, i których teraz też nie ma.
Pisałam pamiętniki, od kiedy nauczyłam się pisać, i zawsze sprawiało mi to wielką frajdę. Bardzo szybko okazało się, że stanowi to część mnie i nie potrafię obejść się bez przelewania opisów mojego życia na papier. Tworzyłam je przez prawie trzydzieści lat. Później z dnia na dzień słowa utknęły mi w gardle i nie potrafiłam nazwać tego, co czuję. Nie zaniechałam jednak pisania. Pisałam i piszę dalej, ale inaczej.
Nie wiem, kiedy tak naprawdę to się stało. Nie wiem, kiedy oboje się w nim zakochaliśmy. Jednak w wieku trzynastu lat zaczęliśmy już o niego walczyć. Latem 1991 roku oficjalnie otworzyliśmy ogień. Robert oddał pierwszy strzał. Kiedy weszliśmy do domu w Gourdon, pobiegł od razu do Marnixa, choć tamten miał być jeszcze w szkole. Nie tak się umawialiśmy. Razem pojechali gdzieś na rowerach, zanim zdążyłam go zobaczyć. Ukradł mi go, specjalnie, żeby mieć go szybciej, więcej i dłużej. Miałam ochotę za to Roberta zabić. Wiedziałam, że coś knuje, bo całą drogę rzucał mi te swoje podejrzane uśmieszki. Usiadłam na schodach i czekałam, aż wrócą. Pojawili się po dwóch najdłuższych godzinach świata: zziajani, głośni, szczęśliwi i ociekający potem. Serce waliło mi jak opętane. Urósł. Bezczelnie przerósł mnie o głowę, może nawet więcej. Na progu domu jego rodziców zdezorientowana mierzyłam go wzrokiem. Stanął przede mną i próbując uspokoić oddech, dumnie dotknął podbródkiem czubka mojej podniesionej głowy. Pan tyczka. Westchnęłam głośno: - Jadłeś trzy kilo malin dziennie?
- Jasne. - Uśmiechnął się. - Krem i czekoladę zostawiłem dla ciebie - skwitował i puścił do mnie oko. Musnął wargami moje czoło.
Zaniemówiłam. Nigdy wcześniej nie dał mi buziaka. Widziałam, że miał francuski zwyczaj witania się. Ludzie we Francji całują się na dzień dobry i na do widzenia. W zależności od regionu Francji dwa, trzy lub cztery razy. Robił ze swoimi znajomymi ze szkoły. Ale nigdy z nami, bo u nas podaje się rękę albo po prostu wita się lekkim objęciem. Lub nie dotyka się drugiego człowieka wcale. Czym dalej, tym lepiej. Francuzi całują się w policzki. Tymczasem on podszedł i pocałował mnie w czoło gorącymi i gładkimi ustami. Po co? Żeby mi pokazać, jak bardzo wyrósł? Przecież zauważyłam.
- Co robimy? - odezwał się, widząc, że nic nie mówię. A ja poczułam, że on nie jest już ani mój, ani nasz. Że on jest już tylko jego.
Jak mogłam tego nie przewidzieć? Naiwna! Ufałam Robertowi bezgranicznie. Dałam się nabrać. Kryłam go zawsze. Robert nie lubił nauki. Był wyjątkowo dobry z matmy i z chemii, ale przekupywał mnie, żebym pisała mu wypracowania z polskiego. Okłamywałam razem z nim rodziców, że znów się uderzył, kiedy po raz kolejny wrócił do domu z pobitą twarzą. Koledzy z klasy nie lubili jego inności. Czyściłam mu zakrwawioną skroń, zmiażdżoną wargę i fioletowy policzek. Ja płakałam, on nie. Byłam z nim na pogotowiu, kiedy doszywali mu naderwane ucho. Robert cieszył się za to sporą popularnością u dziewcząt. Kiedyś nawet namówiłam koleżankę, aby udawała jego dziewczynę, żeby się od niego odczepili. Nie na długo. Zamknął się w sobie. Miewał chwile załamania i czarne myśli. Chciał być tam, gdzie i ja chciałam - we Francji. W ramionach tego samego człowieka. Tam, gdzie spokój, śmiech, miłość i zrozumienie. Ale też inna nowa rzecz: nasza rywalizacja. I teraz korzystał z tego na całego.
Tego lata Marnix spał ze swoją gitarą, a Robert zaczął odsuwać się ode mnie coraz bardziej. To Marnix stał się jego bratem bliźniakiem. Byłam zazdrosna. Nie o Roberta, ale o niego. Coraz częściej zostawiałam ich samych. Szaleli u góry. Z ich pokoju dobiegała muzyka. Były pewnie chowane pod kołdrą wina, śmiechy i pogaduchy do rana. Francuz się zmienił. Zmężniał. Raptem wyrósł na młodzieńca. Mój bajkowy Actarus. Ramiona zarysowały się u niego wzgórkami mięśni, twarz wydłużyła, a rysy wyostrzyły. Gdzieniegdzie zaczął kiełkować zarost. Teraz Marnix nie patrzył wprost, ale przenikliwie i zaczepnie zerkał. Nie siedział na krześle, ale zwisał z niego. Nie wyskakiwał z procy jak wcześniej, ale raczej zbierał się do wyjścia.
Zastanawiałam się, czy i on widział te wszystkie zmiany. Czy zdawał sobie z nich sprawę? Czuł się jeszcze chłopcem czy już mężczyzną? Czy obserwował podobne procesy u mnie? W szkole byłam raczej nielubiana i czułam się brzydka. W naszym tandemie to Robert był tym popularniejszym bliźniakiem. Dziewczyny chciały się ze mną przyjaźnić, żeby do niego dotrzeć. Nie znały go. Nie domyślały się, że są bez szans. Przez ostatnie dwa lata biegały za nim nieustannie, a on żadnej nawet nie widział.
Ale ja też się zmieniłam. Też urosłam, nie aż tak, jak Marnix czy Robert, jednak sporo. Zimą wróciłam do Francji z wyraźnie zarysowanym biustem. Sąsiad przyglądał mi się najpierw skrycie, ale bardzo uważnie. Chowałam tę nową wypukłość pod grubymi swetrami, starałam się ukryć ją jak najdłużej. Później już się nie dało. Piersi były na tyle widoczne, że przyciągały jego wzrok dużo częściej niż moja twarz. Gapił się bez zażenowania. I ja patrzyłam więc na niego inaczej. Doroślej. Z jeszcze większym niż dotychczas zaciekawieniem. Po paru dniach dostrzegłam potencjał w biuście. Był teraz wysokiej wartości towarem przetargowym w moich relacjach z Marnixem, które stały się dużo bardziej, jak by to ująć? Bliskie? Tak. Dosłownie bliskie.
Każdego dnia udawało mi się spędzić z nim moment samotności. Z premedytacją piszę "moment samotności", a nie "moment we dwoje", bo mimo że siedzieliśmy razem, jego nie było. Była gitara, jego palce na strunach, muzyka i głos, ale on krążył gdzieś dalej. Komponował piosenki, pisał do nich teksty i śpiewał je, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Potrafił rzępolić godzinami, powtarzając do znudzenia trzy chwyty na przemian. No, chyba że ostentacyjnie siadałam naprzeciwko, z wielkim dekoltem i ze spojrzeniem wbitym w jego zielone oczy. Wtedy miałam szansę na odrobinę zainteresowania. Kiedyś, latem 1992 roku, podczas jednej z moich nieprzemyślanych prowokacji, przerwał grę, zdjął gitarę i przysunął się gwałtownie. Jego dłoń znalazła się na mojej piersi. Zaskoczona odsunęłam tę rękę i zamiast ją odepchnąć, przyciągnęłam do ust i pocałowałam delikatnie każdy palec. Miał twardą, szorstką skórę. Przywarł do mnie jeszcze ciaśniej, otworzył usta i oddychając głośno, pożerał mnie wzrokiem, więc nie przestawałam muskać opuszek jego palców. Aż do skutku. Nie byłam do końca pewna, co się dzieje. Obserwowałam go po prostu, walcząc z napięciem, które we mnie rosło po raz pierwszy. Nie pocałował mnie. Nagle jęknął głośno, padł ciężko na podłogę obok i zamknął oczy. Uciekłam więc przerażona i zawstydzona. Dziś wspominam tę chwilę z nostalgią.
Mam szesnaście dni. Szesnaście dni na ułożenie tego, co chcę mu powiedzieć. Na przygotowanie się. Nie idzie mi. To niesamowicie trudne, bo tak naprawdę nie muszę z nim rozmawiać. Chcę, żeby tu po prostu był. Spędzić z nim czas, przytulić się, żeby poczuć jego zapach i kościste ramiona. Gdy odważymy się rozmawiać, nie wiadomo, jak to się skończy, więc może lepiej nie zaczynać? Nie chcę się kłócić. Chcę słuchać. O nim, o tym, co robi i kim jest. Dlaczego nie gra. I dlaczego go tu nie ma. Przygotuję mu łóżko w dawnym pokoju Janka. To chyba najlepszy wybór. Ja śpię u siebie. Jeśli trzeba będzie, to się przywiążę do łóżka pasami, żeby czasem nie napaść na niego w nocy. Pościel, którą znalazłam w szafie, jest zleżała i cuchnie, więc muszę znowu wybrać się do miasta, żeby kupić nową. Nie przyjmę go przecież w takich warunkach. Jest ważnym gościem. Wreszcie ktoś tu będzie. Na krótko, ale jednak. Lubię przebywać sama, we własnym towarzystwie. Potrzebuję swojej przestrzeni i czasu, bardzo to cenię. Ale nigdy nie widziałam sensu w życiu w samotności. Jeżeli nie masz z kim się dzielić, nie masz nic i nic też nie cieszy.
Po czasach z Marnixem zostały mi dwie rzeczy: jego płyty i granatowy kubek. Są też zdjęcia, ale nie trzymam ich przy sobie. Schowałam je w kartonie i zamknęłam głęboko w szafie w moim wynajętym nowojorskim mieszkaniu. Rzadko je wyjmuję i oglądam. Bardzo rzadko. W sumie wcale. Nie czuję się gotowa na oglądanie zdjęć. Może kiedyś. Wszystkie inne rzeczy, które u mnie zostawił po rozstaniu: ubrania, notatki, płyty winylowe i kompaktowe, oddałam ludziom. Jego nagrania odsłuchuję raz na jakiś czas i wtedy najczęściej włączam je parę razy pod rząd, czasem nawet kilka dni w kółko. Potem robię przerwę. Jeżeli chodzi o kubek, przechowuję go jak jakąś relikwię, choć sama nie wiem, po co. Nie piję z niego, a powinnam. Inaczej jest bezużyteczny. Zupełnie jak mój zakurzony rower w piwnicy. Mieliśmy takie dwa identyczne kubki, prezent od Malwiny, i piliśmy z nich rano kawę. Jeden zbiłam kiedyś przy wyjmowaniu ze zmywarki i został mi tylko ten drugi. Wierzę, że to jego. Trzymam go w szafce na górnej półce.
8 - Popularny program dla dzieci i młodzieży nadawany przez telewizję francuską w latach 1978-1988, na programie drugim: Antenne 2.
9 - Francuski kanał telewizyjny.