Trzy godziny ciszy - Patrycja Gryciuk

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZED­TEM1

Są rze­czy i wy­da­rze­nia, któ­rych nie pa­mię­tam. Wiem jed­nak, że w brzu­chu mamy było nas dwoje.

Ona chciała dać mi na imię Re­mi­giusz, ale kiedy oka­zało się, że je­stem dziew­czynką, na­zwała mnie Pa­try­cją. W domu wszy­scy wo­łali na mnie Pati. Wy­cho­wa­łam się czę­ściowo w Le­gnicy, w wie­lo­dziet­nej ro­dzi­nie, a czę­ściowo we Fran­cji, w Gou­r­don, u mo­jej ciotki. Pol­skę opu­ści­łam dla mi­ło­ści jako młoda dziew­czyna i ni­gdy nie wró­ci­łam do kraju. Z za­wodu je­stem na­uczy­cielką, ale pi­szę też książki. Od dłuż­szego czasu za­sta­na­wiam się, czy mogę na­pi­sać ko­lejną po­wieść z nar­ra­cją w pierw­szej oso­bie. Czy mogę stwo­rzyć bo­ha­terkę, przez któ­rej pa­pie­rowe ży­cie wy­rzucę z sie­bie wszystko to, co tkwi we mnie, pod skórą, w ze­psu­tym wnę­trzu? Czy je­stem w sta­nie po raz ko­lejny sta­nąć w świe­tle re­flek­to­rów, za­kry­wa­jąc się kil­koma sło­wami, a po­tem z nich się tłu­ma­czyć? Czy w ogóle mam na to ochotę? Bo wolno mi jesz­cze być sobą pod przy­krywką fik­cyj­nej po­staci. Mną w rze­czy­wi­sto­ści i mną w tych zda­niach, które znaj­duję, żeby opi­sać to, co mnie spo­tkało i wciąż do­tyka. Ale czy da się to roz­dzie­lić na prawdę i fałsz? Na fik­cję i rze­czy­wi­stość? Nie. Nie da się, bo wszystko się mie­sza, wza­jem­nie prze­nika, traci wy­ra­zi­stość.

Kiedy ktoś pyta mnie o wiek, po­trze­buję chwili na za­sta­no­wie­nie. Wcze­śniej wie­dzia­łam od razu, te­raz mam z tym kło­pot. Li­czę. Lata lecą za szybko. Gu­bię się w ra­chunku. Mam wra­że­nie, że za­trzy­ma­łam się w pew­nym wieku i utknę­łam w tam­tym cza­sie. Ale gdy pa­trzę w lu­stro, nie po­znaję sie­bie. To nie ja. Bar­dzo nie ja. Chcę mieć dwa­dzie­ścia sześć lat, a uro­dzi­łam się prze­cież w 1978 roku. Tak przy­naj­mniej twier­dzi mój pasz­port.

My­śla­łam o tym długo, bo i tę­sk­ni­łam za nim długo. Za tym męż­czy­zną, czę­sto nie­obec­nym, ale tak bar­dzo mnie ko­cha­ją­cym. Za je­dy­nym. Aż wresz­cie stwier­dzi­łam, że skoro wszy­scy opi­sują te­raz tylko praw­dziwe hi­sto­rie albo przy­naj­mniej fa­bu­la­ry­zo­wane, ale oparte na fak­tach, to i ja po­win­nam. Od­szu­ka­łam go wczo­raj w cze­lu­ściach in­ter­netu i wkro­czy­łam po­woli, ale pew­nie, w jego te­raź­niej­szość. Otwo­rzy­łam roz­dział, który dawno temu oboje uzna­li­śmy za za­mknięty. Mar­nix. Chcę być jego przy­szło­ścią. Albo przy­naj­mniej chwilą, skoro przy­szłość ma się jed­nak ku koń­cowi. Sceną za­my­ka­jącą fa­bułę, jak na fil­mie tuż przed koń­co­wymi na­pi­sami. Ża­ło­sne, wiem. Ale cza­sami wszech­świat stara się nam coś po­wie­dzieć. Albo to my, prze­kor­nie, chcemy na siłę od­po­wie­dzieć na drę­czące nas py­ta­nia wbrew wszel­kiej lo­gice.

Mar­nix i ja uro­dzi­li­śmy się tego sa­mego dnia, mie­siąca i roku, o tej sa­mej go­dzi­nie. No, pra­wie o tej sa­mej. Mar­nix zgrab­nie opu­ścił łono matki o dwu­dzie­stej trze­ciej dwa­dzie­ścia, a ja za­pie­ra­łam się i mu­sieli mnie wy­cią­gnąć klesz­czami sześć mi­nut póź­niej, po wy­ję­ciu Ro­berta - mo­jego brata bliź­niaka. Za­ist­nie­li­śmy da­leko od sie­bie, w in­nych kra­jach, róż­nych kul­tu­rach i ję­zy­kach. Jed­nak po sied­miu la­tach spo­tka­li­śmy się. Ale o tym po­tem.

Dziś, po upły­wie trzy­dzie­stu ośmiu wio­sen, po­sta­wi­łam wszystko na jedną kartę. Wy­łącz­nie do niego mo­głam wy­słać tę wia­do­mość, bo tylko on mógł ją zro­zu­mieć. Albo przy­naj­mniej nie uznać mnie za wa­riatkę po jej lek­tu­rze. Wie­dzia­łam, że bę­dzie czy­tał kil­ka­krot­nie. Być może na­wet na głos. Brzmiała tak:

Tacy po pro­stu są lu­dzie. Taka je­stem ja - i się nie zmie­nię. Nie ma na to szans. Czasu nie ma. Mo­żesz o mnie my­śleć, co chcesz, mó­wić, co chcesz. Już się nie zmie­nię, już mi nie przej­dzie. Prze­cież mnie znasz. Może być je­dy­nie go­rzej.

Trzeba było czę­ściej trza­skać mi drzwiami przed no­sem. Trzeba było mniej mnie słu­chać. Trzeba było wy­brać Jego.

Znie­na­wi­dzisz mnie przez te słowa, je­żeli już nie znie­na­wi­dzi­łeś przez wszyst­kie wcze­śniej­sze. Miało być od­ku­pie­nie win, a jest ostatni gwóźdź do trumny. Wszystko jedno. Mo­żesz od­pu­ścić. I mnie. I so­bie. Bo czasu nie ma.

Spo­tkaj się ze mną. Daj mi trzy dni. Pro­szę.

No­tatka wy­szła ni­czym wy­rwany z kon­tek­stu frag­ment słabo na­pi­sa­nego li­stu, choć wa­ży­łam każde słowo. Długo za­sta­na­wia­łam się, czy po­wtó­rzyć "już się nie zmie­nię". Czy od­czyta to jako błąd wy­ni­ka­jący z po­śpie­chu, czy jako za­mie­rzony za­bieg ma­jący wzmoc­nić to stwier­dze­nie? W końcu Mar­nix jest in­te­li­gentny. Wie, że nie rzu­cam słów na wiatr i każdy wy­raz ma zna­cze­nie, bo ko­cham pi­sać. Są na­wet tacy, któ­rzy na­zy­wają mnie mi­strzy­nią słów! Zo­sta­wi­łam więc. Po­tem chcia­łam jesz­cze tro­chę zre­da­go­wać, żeby unik­nąć wie­lo­krot­nego po­wtó­rze­nia cza­sow­nika "być", bo pew­nych rze­czy au­torce już trze­ciej książki nie wy­pada, ale nie zna­la­złam ani sił, ani czasu. Prze­cież to nie idzie do druku. Na­stęp­nie przy­stą­pi­łam do re­ali­za­cji mo­jego planu.

Przy­po­mnia­łam so­bie lą­do­wa­nie na plaży, kiedy ma­szyna ko­łuje wśród nie­bie­skich fal, a go­rące po­wie­trze bu­cha pro­sto w twarz za­raz po wyj­ściu z koł­nie­rza. Te­raz jadę wy­na­ję­tym au­tem z lot­ni­ska w Ni­cei. Droga zaj­muje mi dwie go­dziny. Nie spie­szę się. Jadę po­woli, aż w końcu do­cie­ram do celu. Za­trzy­muję się za­raz za pierw­szą bramą, a wła­ści­wie za miej­scem, w któ­rym wcze­śniej była. Po­zo­stały po niej dwa ka­mienne murki po bo­kach sze­ro­kiej ścieżki. Ani śladu po że­liw­nej furtce. Sil­nik ga­śnie i cich­nie. Nie pusz­czam kie­row­nicy i przez chwilę ga­pię się przed sie­bie. Od­pa­lam pa­pie­rosa. Wy­sia­dam, da­lej idę pie­szo. Za­raz za za­krę­tem wi­dzę dwa zna­jome domy: mój i jego. Tak, dom jest te­raz mój, już od lat, ale nie mia­łam wcze­śniej od­wagi tu przy­je­chać.

Wró­ci­łam do Gou­r­don, ma­low­ni­czo za­wie­szo­nego na skale La­zu­ro­wego Wy­brzeża, do­kąd w dzie­ciń­stwie przy­jeż­dża­łam co roku. Do du­żego domu z ka­mie­nia, któ­rego nie­równe ściany za­wsze po­zo­stają zimne, na­wet w le­cie, kiedy pa­nują upały. Tak na­prawdę chata nie znaj­duje się w sa­mym mia­steczku, ale nie­całe dwa ki­lo­me­try od niego. Na po­se­sję je­dzie się krętą nie­utwar­dzoną drogą, pro­sto w rzadki las świer­ków i cy­ka­jące w nim gło­śno ba­ta­liony świersz­czy. Kie­dyś dom wy­da­wał mi się ogromny. Te­raz jest po pro­stu nor­malny, a w środku na­wet mały. Jakby się skur­czył. Da­chówki, któ­rych czer­wień już dawno wy­bla­kła od słońca, w cu­downy spo­sób na­dal trzy­mają upał na ze­wnątrz. Wnę­trze wita przy­jem­nym chło­dem. Za­wsze lu­bi­łam to miej­sce, ale te­raz, po la­tach, wy­dało mi się przez chwilę obce. Biorę głę­boki od­dech i po­py­cham skrzy­piące drzwi mo­jego daw­nego po­koju. Pro­mie­nie słońca prze­bi­jają się przez szpary w drew­nia­nych okien­ni­cach, two­rząc mi­go­tliwą grę świa­tła. Do­kład­nie tak, jak wtedy, pod­czas ma­gicz­nych trzech go­dzin. Staję w progu i pa­trzę na ścianę.

Je­dyną rze­czą, jaką za­bra­łam z domu Mal­winy po jej śmierci, jest ob­raz o świą­tecz­nej te­ma­tyce, na­ma­lo­wany nie­wprawną ręką ko­goś z ro­dziny Claude'a. Wi­dać na nim prze­braną za śnie­żynkę młodą damę za­wie­sza­jącą gir­landę na bo­żo­na­ro­dze­nio­wej cho­ince. Pa­ra­doks po­lega na tym, że z ciem­nych ko­lo­rów na płót­nie bije ja­sne świa­tło. Nie znam się na ma­lar­stwie, ale ten efekt robi na mnie wiel­kie wra­że­nie. Pro­por­cje są za­chwiane, a szcze­góły ma­larz po­trak­to­wał nie­dbale. Jed­nak gdy pa­trzę na tę scenkę, wi­dzę szczę­śli­wie spę­dzone w tym domu wie­czory. Po­dobno nikt nie lu­bił tego ob­razu, dla­tego tra­fił do piw­nicy. Kiedy go zna­la­złam, za­py­ta­łam, czy może za­wi­snąć w moim po­koju. Ciotka Mal­wina zgo­dziła się i tak to wąt­pliwe dzieło sztuki przez lata mia­łam przed oczami. Te­raz po­zo­stało po nim wy­bla­kłe miej­sce na ta­pe­cie. Bez­myśl­nie zo­sta­wi­łam płótno w No­wym Jorku. Wielka szkoda.

Klucz ciąży mi w kie­szeni. Wyj­muję go, żeby w końcu nie prze­padł. Naj­pierw lą­duje na stole, po­tem na lo­dówce, ale tak na­tręt­nie rzuca się tam w oczy, że mam ochotę scho­wać go z po­wro­tem do kie­szeni spodni. Klu­czyk jak z bajki: w gór­nej czę­ści za­okrą­glony, jest smu­kły i ele­gancko za­koń­czony u dołu. Wy­gląda, jakby strzegł ja­kiejś ba­śnio­wej ta­jem­nicy albo od­kry­wał przez lata za­ta­janą prawdę. Do­sta­łam go od Mar­nixa w dniu na­szych siód­mych uro­dzin. Nie po­wie­dział, skąd ma ten klucz ani do czego służy. Po­tem twier­dził, że zna­lazł. Ale oka­zało się, że zwi­nął go mo­jej ciotce. Otwiera skrzy­nię sto­jącą w piw­nicy, gdzie Mal­wina trzy­mała pa­miątki z Pol­ski. Na szczę­ście miała za­pa­sowy.

Dziś po przy­jeź­dzie od razu idę na dół i wkła­dam klucz do zamka, do któ­rego pa­suje, ale w ostat­niej chwili co­fam rękę. Za­mkniętą skrzy­nię tasz­czę na górę i sta­wiam w cen­tral­nym miej­scu sa­lonu. Wpa­truję się w nią. Nie mam od­wagi jej otwo­rzyć, więc moje pa­trze­nie pew­nie tro­chę się prze­dłuży.

Sa­motne spa­nie w domu w le­sie, który za­wsze był pe­łen lu­dzi, też oka­zuje się wy­zwa­niem. Słuch mi się wy­ostrzył. Sły­szę tu­pa­nie mró­wek i pa­ją­ków. Roz­bu­dzona wy­obraź­nia nie po­zwala mi za­snąć. Każe wa­ro­wać z sze­roko otwar­tymi oczami. Czu­wam więc. Nie śpię wcale.

2

Ciotka Mal­wina, po­przed­nia wła­ści­cielka domu i sio­stra mo­jego ojca, wy­je­chała do Fran­cji kilka dni przed sta­nem wo­jen­nym i już nie wró­ciła do Pol­ski. Wy­szła za mąż za Fran­cuza, Claude'a, z któ­rym całe ży­cie pra­co­wała w polu, zry­wa­jąc płatki won­nych kwia­tów. Jak­kol­wiek by to ro­man­tycz­nie brzmiało, praca ta nie na­le­żała do lek­kich. W ich ży­ciu nie bra­ko­wało jed­nak ni­czego oprócz dzieci, które ra­zem z ro­dzeń­stwem w pew­nym stop­niu im za­stę­po­wa­łam.

Wcze­śniej, w przed­po­koju tego domu, w sta­rej sza­fie z ciem­nego drewna Claude i Mal­wina prze­cho­wy­wali po­mi­dory. Dwie sze­ro­kie szu­flady, sta­ran­nie wy­ście­łane ga­ze­tami, wy­su­wano z na­masz­cze­niem. Tam pę­kate bulwy z ogrodu na­bie­rały ko­lo­rów. Ró­żo­wiały po­woli w chło­dzie i spo­koju, wy­peł­nia­jąc świe­żym za­pa­chem całe wej­ście. Naj­pierw cza­ro­wały doj­rze­wa­niem, po­tem za­chwy­cały sło­dy­czą. Dziś przed­po­kój cuch­nie ple­śnią i sta­ro­ścią, a w szu­fla­dach fru­wają skrawki sta­rych ga­zet. I nic ni­kogo nie za­chwyca.

Na do­pro­wa­dze­nie domu do stanu uży­wal­no­ści mam trzy ty­go­dnie. Ale od przy­jazdu snuję się bez celu i nie po­tra­fię zro­bić nic po­ży­tecz­nego. Na pewno ni­czego tu nie zmie­nię. Chcę tro­chę po­sprzą­tać, po­ukła­dać. Na ra­zie cho­dzę i oglą­dam. Ma­cam krysz­ta­łowe okrą­głe klamki po­ma­lo­wa­nych na biało drzwi, które od po­czątku ko­ja­rzą mi się z zam­ko­wym wnę­trzem. Czę­sto na­ty­kam się na za­po­mniane przed­mioty, które nie­spo­dzie­wa­nie wy­wo­łują zdzi­wie­nie jak nie­bie­ska, ro­biona na szy­dełku chu­sta. Zna­la­złam ją pod łóż­kiem w sy­pialni ciotki i wujka. Przy­ło­ży­łam do twa­rzy, żeby spraw­dzić, czy po­zo­stał na niej za­pach Mal­winy, jed­nak tylko woń ku­rzu za­świ­dro­wała mi w no­sie. Inne rze­czy wy­dają mi się zu­peł­nie obce i za­sta­na­wiam się, czy aby na pewno na­le­żały do ko­goś z ro­dziny. Do po­koju Ro­berta nie wcho­dzę wcale.

Cza­sami bu­dzę się w środku nocy i chce mi się pła­kać z sa­mot­no­ści.

Od­po­wiedź Mar­nixa na wia­do­mość wy­słaną po dzie­wię­ciu la­tach nie­kon­tak­to­wa­nia się brzmiała tak:

Na­wet nie wiem, od czego za­cząć. Po­mi­ja­jąc py­ta­nia, co u Cie­bie i skąd masz mój ad­res e-ma­ilowy, na­pi­szę wprost: o co cho­dzi?

Roz­po­czę­li­śmy za­tem ma­ilowe ne­go­cja­cje, które miały na celu spro­wa­dze­nie go do Gou­r­don na aż trzy dni. Te ostat­nie trzy dni, które nam zo­stały. Wie­dzia­łam, że nie bę­dzie ła­two. Mar­nix ma ro­dzinę: żonę i dwójkę ma­łych dzieci. Ma też po­ważną pracę, albo taką, która wy­gląda na po­ważną. W do­datku całe to jego cu­downe ży­cie to­czy się te­raz w Am­ster­da­mie. Ja­kim ar­gu­men­tem mia­ła­bym go niby prze­ko­nać, żeby z dnia na dzień rzu­cił wszystko i przy­le­ciał do Fran­cji? Nie li­cząc cyrku na po­grze­bie Mal­winy, ostatni raz wi­dzie­li­śmy się dzie­więć lat temu i nie roz­sta­li­śmy się w naj­mil­szych oko­licz­no­ściach. Nie utrzy­my­wa­li­śmy kon­taktu. Ni­gdy nie od­po­wie­dział na ża­den z mo­ich dwu­stu czter­na­stu li­stów. Szanse były więc nie­wiel­kie, żeby nie po­wie­dzieć zni­kome. I choć "ze­rowe" wy­daje się tu naj­od­po­wied­niej­szym sło­wem, pod­ję­łam tę próbę. Od­wa­ży­łam się, nie my­śląc o tym, co bę­dzie da­lej. Po pro­stu nie mam ochoty pluć so­bie w twarz, że tego nie zro­bi­łam czy przy­naj­mniej nie pró­bo­wa­łam. Ar­gu­ment sam się nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wił. Nie­ocze­ki­wany. Nie­pro­szony. Nie wia­domo skąd, ale ko­lo­salny. TEN ar­gu­ment. Nic in­nego tak nie mo­ty­wuje, jak TO. Za­czę­łam więc dzia­łać. Na­tych­miast. Bo czasu co­raz mniej. Bo na każde "wi­taj" przy­pada jedno "że­gnaj". Te­raz wresz­cie szy­kuję się na jego przy­jazd. I cały dzień mam w gło­wie tę pio­senkę :"Są chwile, gdy wo­la­ła­bym mar­twym wi­dzieć Cię. Nie mu­sia­ła­bym się Tobą dzie­lić, nie, nie"1.

Przez po­cząt­kowe lata mo­jego ży­cia nic spe­cjal­nego się nie działo. Nie pa­mię­tam pierw­szego dnia przed­szkola. Nie pa­mię­tam bia­łych pod­ko­la­nó­wek ze zdję­cia ani pierw­szych kłótni z mo­imi braćmi, a do­my­ślam się, że kłó­ci­li­śmy się sporo. W ogóle mało pa­mię­tam z wcze­snego dzie­ciń­stwa, bo sta­ram się nie spo­glą­dać wstecz. W pa­mięci utkwiły mi ja­kieś dro­bia­zgi. Na przy­kład ko­lor tak­sówki, którą mama wró­ciła z po­ro­dówki na Ja­wo­rzyń­skiej z naj­młod­szym bra­tem, Krzy­siem, zwa­nym Chu­dym. Ja i Ro­bert mie­li­śmy wtedy cztery lata, a Jan był ośmio­lat­kiem. W trójkę sta­li­śmy w oknie i cze­ka­li­śmy na nich, pa­trząc na pa­da­jący za szybą śnieg. Pod­je­chali pod dom żół­tym sa­mo­cho­dem wła­śnie wtedy, kiedy jesz­cze przez ostat­nie cztery mi­nuty mia­łam na­dzieję, że wra­cają z sio­strą. Od tego mo­mentu ko­lor żółty ko­ja­rzy mi się z wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. I aż dziw bie­rze, że te duże ko­perty z wy­ni­kami ba­dań ze szpi­tala nie są żółte. Pa­mię­tam też, jak pierw­szy raz ja­dłam śmie­tan­kowe lody z budki koło parku. Inne zda­rze­nia, ofi­cjal­nie ważne, ra­czej rzadko zo­sta­wały w mo­jej pa­mięci. Jed­nak bez pro­blemu przy­po­mi­nam so­bie dzień, w któ­rym po­zna­łam Mar­nixa.

Pierw­sze wa­ka­cje w Gou­r­don spę­dzi­łam w 1985 roku. Ach, co to była za wy­prawa! Wy­jazd za gra­nicę na­peł­nił nas ra­do­snym ocze­ki­wa­niem. Ale naj­pierw było kom­bi­no­wa­nie, żeby za­ła­twić pasz­porty w ko­mu­ni­stycz­nym kraju. Na­stęp­nie tro­chę nad­ludz­kich umie­jęt­no­ści, by zmie­ścić nas wszyst­kich do szpa­ner­skiego po­lo­neza caro. Na po­czątku uda­wało się to raz w roku, po­tem czę­ściej. Gdy wy­jeż­dża­łam jako sze­ścio­latka, nie wie­dzia­łam, co mnie czeka. Spo­dzie­wa­łam się chyba wszyst­kiego, ale to, co zo­ba­czy­łam na miej­scu, prze­ro­sło moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Fran­cuzi mieli gumy ba­lo­nowe, lalki Bar­bie i spód­nice na tiu­lach. Ofi­cjal­nie, nor­mal­nie w skle­pach. I jesz­cze do tego palmy ro­snące wzdłuż sze­ro­kich, ob­la­nych słoń­cem bul­wa­rów. Nie chcia­łam stam­tąd wy­jeż­dżać.

Szó­stego lipca 1985 roku w ogro­dzie Mal­winy po­ja­wił się cze­ko­la­dowy pla­cek z bitą śmie­taną, ma­li­nami i świecz­kami uro­dzi­no­wymi. By­li­śmy ubrani na biało i mój oj­ciec utrwa­lił tę chwilę, ro­biąc nam pa­miąt­kowe zdję­cie. Na pierw­szym pla­nie sto­lik z tor­tem, tuż za nim Ro­bert i ja. Drugi plan to moja mama z Chu­dym na rę­kach, cio­cia Mal­wina z mę­żem, obok ro­ze­śmiany Ja­nek. Da­lej wi­dać zer­ka­jącą w na­szym kie­runku parę. Pierw­szy raz na zdję­ciu uro­dzi­no­wym nikt nie pa­trzy na tort. Moja twarz, na fo­to­gra­fii z pro­filu, jest po­ważna. Nie­ru­chome, otwarte usta po­twier­dzają zdzi­wie­nie, ja­kie ma­luje się w mo­ich oczach. Pa­trzę na niego. Ro­bert też. On stoi o krok da­lej i z osłu­pie­niem wpa­truje się w nas. Nie­po­kój i na­pię­cie ema­nują z na­szych dzie­cię­cych twa­rzy. Pa­try­cja, Ro­bert i Mar­nix. Tak się po­zna­li­śmy. Ro­dzice po­sta­no­wili wy­pra­wić nam wspólne uro­dziny, oczy­wi­ście nie py­ta­jąc nas o zda­nie. Nie dość, że na co dzień wio­dłam na­der kon­flik­towe ży­cie z trzema braćmi i dzie­li­łam uro­dziny z bliź­nia­kiem, to jesz­cze te­raz do­cho­dził wa­ka­cyjny są­siad. Tego dnia na­stą­pił więc swego ro­dzaju ko­niec świata, co do­sko­nale zo­stało utrwa­lone na tej, bar­dzo dla mnie te­raz cen­nej, fo­to­gra­fii.

1 - Ka­ta­rzyna No­sow­ska, Piotr Ba­nach, Za­zdrość, w: Hey, Fire, Iza­be­lin Stu­dio, 1993.

3

Pan Mi­trieti, który prze­cho­wy­wał dla mnie drugi klucz i za­glą­dał tu od czasu do czasu przez ostat­nie lata, uprze­dził mnie, że od sze­ściu mie­sięcy dom Mar­nixa ma no­wego wła­ści­ciela. Trudno mi to so­bie wy­obra­zić. Ze zdzi­wie­nia o nic nie za­py­ta­łam i on też, chyba z prze­ję­cia, nic wię­cej nie po­wie­dział. Wiem, że Mar­nix mieszka w Am­ster­da­mie, a w jego domu żyje te­raz ktoś inny, jed­nak ja­dąc tu, to jego wła­śnie spo­dzie­wa­łam się zo­ba­czyć sie­dzą­cego na scho­dach przy wej­ściu. Głu­pia ja.

W domu ciotki na­dal na­ty­kam się na różne rze­czy. My­śla­łam, że więk­szość z nich za­brano. No ale niby kto i kiedy? Oka­zuje się, że jest ich tu­taj cią­gle pełno. Nie cier­pię znaj­do­wać za­po­mnia­nych przed­mio­tów. Nie lu­bię nie­chcia­nych wspo­mnień i za­sta­na­wia­nia się, co by było gdyby. Zdję­cie utrwa­la­jące mój pierw­szy ko­niec świata, na któ­rym wi­dać, że wszy­scy oprócz trójki za­trwo­żo­nych so­le­ni­zan­tów do­sko­nale się ba­wią, i które wi­siało długo na ścia­nie w kuchni w Gou­r­don, sta­nowi wy­ją­tek. Kiedy przy­jeż­dża­li­śmy tu co roku, pierw­sze kroki za­wsze nio­sły mnie w jego kie­runku. Spraw­dza­łam, czy tu jest. Po na­szym roz­sta­niu zo­stało za­cho­wane, naj­praw­do­po­dob­niej przez ciotkę, w jed­nym z wielu al­bu­mów i prze­le­żało tam dłuż­szy czas. Wpa­dło mi w ręce sześć lat temu, po jej śmierci, kiedy w końcu zna­leź­li­śmy z braćmi od­wagę na dzie­le­nie się rze­czami po­zo­sta­łymi po niej i wujku. Scho­wa­łam je wtedy do in­nego kar­tonu i tak prze­le­żało w piw­nicy aż do maja tego roku, czyli do mo­mentu, kiedy duża biała ko­perta wpa­dła mi w ręce. Te­raz nie wiem, co z nim zro­bić, więc wraca tam, gdzie za­wsze wi­siało: na ku­chenną ścianę.

Całe ży­cie je­ste­śmy sami i ro­bimy wszystko, żeby to zmie­nić. Cią­gle szu­kamy ko­goś do pary. Ni­gdy nie chcia­łam być sama. Może dla­tego, że przez więk­szą część ży­cia by­łam wła­śnie z nim. Mar­nix, wiele z nim prze­szłam. Cza­sami bie­głam, po­ty­ka­jąc się. Peł­złam też, czoł­ga­łam się i nie­kiedy co­fa­łam na­wet. Róż­nie by­wało, ale sta­ra­łam się do­trzy­mać mu kroku. Był moim pierw­szym kom­pa­nem do za­bawy. Wo­la­łam jego niż braci. Był pierw­szym przy­ja­cie­lem, pierw­szym wro­giem, chło­pa­kiem, part­ne­rem w zbrodni, ko­chan­kiem i wszyst­kim in­nym też. Pierw­sze pa­miętne wspólne lato mi­nęło nam na oswa­ja­niu się. W su­mie nie po­win­nam pi­sać "pierw­sze pa­miętne wspólne lato", bo dziś wiem, że każde lato było z nim pa­miętne i że oswa­ja­nie się za­jęło nam wię­cej niż rok. Tak więc co­fam te słowa.

Ro­dzina Mar­nixa Lan­teri miesz­kała w Gou­r­don od dawna. Ich dom, mniej­szy, mie­ścił się obok domu ciotki od strony mia­steczka i dzie­lił z nim po­dwórko i drogę do­jaz­dową. Oj­ciec Fran­cuz, matka Ho­len­derka. Stąd ni­der­landz­kie imię: Mar­nix. Mieli go późno, po czter­dzie­stce. Sta­no­wił dla nich wy­cze­kany, wy­mo­dlony i tak bar­dzo upra­gniony pre­zent. Był cu­dem. Jego dziad­ko­wie zaj­mo­wali się de­sty­la­cją la­wendy. Ro­dzice otwo­rzyli fa­brykę olej­ków ete­rycz­nych z ro­ślin upra­wia­nych wo­kół Gou­r­don, na te­re­nach na­le­żą­cych od po­ko­leń do ro­dziny ojca. My sta­ra­li­śmy się tu przy­jeż­dżać dwa razy w roku, co było nie lada wy­czy­nem jak na tamte czasy. Ciotka Mal­wina przy­jaź­niła się z jego ro­dzi­cami. Nas było czworo, on był je­den. U nich się nie prze­le­wało, u Mal­winy star­czało na wszystko. U nas wrza­ski, u nich ci­sza. Lu­bi­łam ich dom, on wo­lał nasz. Szybko się do­ga­dy­wa­li­śmy, choć na po­czątku by­wało ciężko, a je­dy­nym wspól­nym ję­zy­kiem była piłka. Póź­niej do­szła za­bawa w cho­wa­nego. Po­tem trzeba było już roz­ma­wiać.

Mar­nix miał cie­kawy głos. Taki, któ­rego chce się słu­chać.

Jed­nak żadne z nas nie znało ję­zyka dru­giego. Sied­mio­letni Lan­teri mó­wił po fran­cu­sku i po ho­len­der­sku, ja mó­wi­łam po pol­sku. Wy­cho­dziły z tego roz­ma­ite rze­czy. Ogól­nie rzecz bio­rąc, po­lu­bi­li­śmy się bar­dzo i szybko, bo to był je­dyny chło­pak na świe­cie, który mnie wy­słu­chi­wał do końca i wy­ko­ny­wał na­wet moje roz­kazy. Czę­sto mo­no­lo­go­wa­łam, a on z rzadka wy­da­wał z sie­bie dźwięki. Za­wsze gdy sta­wa­łam się uciąż­liwa. Sły­sza­łam wtedy wią­zankę me­lo­dyj­nych słów z dużą ilo­ścią chry­pią­cego "r". Krót­kie zda­nia. A może dłu­gie słowa? Nie wiem. Nie ro­zu­mia­łam. W do­datku mó­wił do­syć ci­cho jak na chłopca. Ja mu­sia­łam za­wsze prze­krzy­ki­wać ro­dzeń­stwo, więc się dar­łam. Na­wet jak mnie wy­do­by­wali z brzu­cha matki, tak się wy­dzie­ra­łam, że oj­ciec sły­szał mnie pod szpi­ta­lem. Ro­ber­towi trzeba było dać po­dobno klapsa, żeby za­bu­czał. Mar­nix pew­nie od razu śpie­wał, ale nikt nie jest w sta­nie so­bie tego przy­po­mnieć.

Fran­cuz ki­wał prze­cząco głową, kiedy cze­goś nie chciał. Albo gdy chciał się ode mnie uwol­nić i uciec do domu. Mimo że cią­gle za mną cho­dził, ki­wał czę­sto. Po­tem mie­sza­li­śmy pol­ski i fran­cu­ski. Pierw­sze słowa, ja­kie zro­zu­mia­łam i ja­kich się na­uczy­łam od niego, to je ne peux pas, czyli "nie mogę". "Nie mogę" nie do­ty­czyło ni­czego ze świata za­baw. "Nie mogę" było wy­po­wia­dane w po­rach je­dze­nia. Rzadko coś z nami jadł i na­wet wtedy na jego ta­le­rzu lą­do­wały tylko nie­które po­trawy ze wspól­nego po­siłku. Nie jadł na­wet na­szego tortu uro­dzi­no­wego. Nie mogę cze­ko­la­do­wego cia­sta. Nie mogę bi­tej śmie­tany. Nie mogę tego. Nie mogę tam­tego. Dzi­wac­two. Za­sta­na­wia­łam się wtedy, czy jest z nim coś nie tak, czy się od­chu­dza, czy po pro­stu się zgrywa, chwa­ląc nad­ludzką siłą woli, bo nie mógł na­wet naj­więk­szych przy­sma­ków świata. Ro­dzice chu­chali na niego, jakby był z chiń­skiej por­ce­lany. Po tym jak ob­ser­wu­jąc mnie, gdy wci­nam tort, w bar­dzo po­wol­nym tem­pie zjadł kilka ma­lin, stwier­dzi­łam, że jest moim bo­ha­te­rem. Ja bym tak nie po­tra­fiła. Póź­niej były też pierw­sze ho­len­der­skie słowa: jij bent leuk, któ­rych zna­cze­nia do­my­śla­łam się przez dłu­gie lata. Chcia­łam, żeby to ozna­czało, że mu się po­do­bam. Nie spraw­dzi­łam ich w słow­niku. Dziś już nie mu­szę. Do­sko­nale ro­zu­miem ich sens i wy­miar.

Gou­r­don: ni­gdy nie lu­bi­łam stąd wy­jeż­dżać. Od po­czątku źle zno­si­łam po­wroty do Pol­ski. A po­tem była ka­ta­strofa w Czar­no­bylu2 i oboje z Ro­ber­tem za­sta­na­wia­li­śmy się, czy jemu w szkole też dali do pi­cia to gorz­kie le­kar­stwo na skutki pro­mie­nio­wa­nia. Już wtedy się o niego za­mar­twia­li­śmy.

Ale te­raz dziw­nie wra­cać tu po tak dłu­gim cza­sie. I nie wiem, czy je­stem na to wszystko go­towa. Choć na coś ta­kiego pew­nie w ogóle nie można się przy­go­to­wać. Na TO też nie. Pró­buję za­pla­no­wać każdy szcze­gół. Do per­fek­cji. Nie chcę być za­sko­czona. Mu­szę mieć wszystko pod kon­trolą. Trzy ty­go­dnie. Niby dużo czasu, ale w ca­łym tym sza­leń­stwie nie wiem, kiedy dwa dni już mi umknęły. Mu­szę się ogar­nąć. Mia­łam żyć wiecz­nie, a się koń­czę. Po trzy­dzie­stu ośmiu la­tach, bez sensu i za­po­wie­dzi. Zu­peł­nie bez zna­cze­nia. Leżę i wy­my­ślam nie­koń­czącą się li­stę rze­czy, któ­rych nie zdą­ży­łam zro­bić. Chyba nie ma bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cego za­ję­cia.

Dom Mar­nixa nie wy­gląda na za­miesz­kany. Od przy­jazdu nie wi­dzia­łam ni­kogo ani w środku, ani na ze­wnątrz. Świa­tła są po­ga­szone. W pierw­szy dzień za­pu­ka­łam do tych sa­mych drzwi, które otwie­ra­łam ty­siące razy bez pu­ka­nia i które cza­sami za­my­kały się z hu­kiem przed moim no­sem. Nikt mi nie otwo­rzył. Na­ci­snę­łam klamkę, ale za­parła się i nie od­pu­ściła. Ga­nek i ta­ras wy­glą­dają jed­nak na za­dbane. Igły świer­ków są zmie­cione, a ża­rówka nad wej­ściem wy­daje się nowa. Ogród z tyłu jest te­raz oto­czony siatką, przez co nie da się obejść domu do­okoła. Nie mogę więc tam wejść i z naj­bar­dziej wy­su­nię­tego punktu oglą­dać pierw­szych pól kwia­to­wych Claude'a. Ode mnie ich nie wi­dać. Nie lu­bi­łam po­ran­nego zry­wa­nia kwia­tów. A po po­łu­dniu było bar­dzo go­rąco. Mal­wina nie po­zwa­lała nam wy­cho­dzić wtedy na dwór i mu­sie­li­śmy cze­kać do wie­czora. Jed­nak Mar­nix za­kra­dał się do mo­jego po­koju i wy­my­ka­li­śmy się ra­zem do na­szej kry­jówki, Pach­ną­cego Źró­dła3: pola la­wendy w środku lasu. W dzień skwa­rzyło tam jak na pa­telni.

Gou­r­don, mimo swego atrak­cyj­nego po­ło­że­nia i zamku, ni­gdy nie na­le­żało do mia­ste­czek luk­su­so­wych. Lu­dzie żyją tu zwy­czaj­nie, głów­nie z uprawy kwia­tów i przyj­mo­wa­nia tu­ry­stów. Wy­twa­rzają esen­cje do per­fum, my­dła, kremy i oliwę z oli­wek. Mój naj­star­szy brat twier­dził, że to nudne ży­cie. W domu wa­ka­cyj­nym nie mie­li­śmy wielu za­ba­wek. Naj­czę­ściej ba­wi­li­śmy się na dwo­rze. Mar­nix nu­dził się tuż obok, więc spę­dza­li­śmy ra­zem całe dnie. W 1988 roku na na­sze wspólne uro­dziny wu­jek ku­pił nam wszyst­kim ro­wery. Roz­po­częła się nowa era: czas świę­tej trójcy.

2 - Mowa o ka­ta­stro­fie re­ak­tora ato­mo­wego w 1986 roku w Czar­no­bylu (Ukra­ina), po któ­rej dzie­ciom w Pol­sce po­da­wano do­ust­nie płyn Lu­gola, bę­dący wod­nym roz­two­rem jodu i jodku po­tasu, aby uchro­nić je przed nie­bez­piecz­nymi dla zdro­wia skut­kami pro­mie­nio­wa­nia wy­wo­ła­nego przez awa­rię re­ak­tora.

3 - Per­fu­mo­wane Źró­dło/Pach­nące Źró­dło (franc. La So­urce Par­fu­mée) - na­zwa od­nosi się do sklepu z tra­dy­cjami Vie­ille Fa­bri­que de la So­urce Par­fu­mée, w cen­trum Gou­r­don, gdzie można na­być my­dła, per­fumy i inne pach­nące pro­dukty, wy­twa­rzane z de­sty­la­cji ro­ślin z re­gionu. Jest to rów­nież od­da­lony o kilka mi­nut drogi od mia­steczka te­ren upraw kwia­tów prze­zna­czo­nych do pro­duk­cji per­fum. Dziś miej­sce otwarte dla tu­ry­stów, gdzie or­ga­ni­zo­wane są kursy ol­fak­to­ryczne i przy­rod­ni­cze. Za­równo sklep, jak i pola uprawne na­leżą do ro­dziny Roux, wła­ści­cieli firmy Ga­li­mard. Zwie­dza­nie Per­fu­mo­wa­nego Źró­dła jest bez­płatne.

4

Pach­nące Źró­dło. Je­stem tu te­raz co­dzien­nie. Słońce, kwiaty, psz­czoły i mo­tyle. Gdyby nie ta cała sy­tu­acja, gdyby nie TO, mo­gła­bym na­pi­sać, że przy­cho­dzę tu po wenę, bo to prze­piękne miej­sce. Ale prze­cież nie po to tu przy­cho­dzę. Przy­ciąga mnie, więc je­stem. Sia­dam na ziemi wśród krze­wów la­wendy. Wą­cham. My­ślę. Wspo­mi­nam. Po­dzi­wiam wi­doki. Za­sta­na­wiam się. Ostat­nio na­wet za­snę­łam.

Co­dzien­nie jeż­dżę też po oko­licy. Wy­pusz­czam się co­raz da­lej krę­tymi dro­gami w górę i w dół. W stronę wy­brzeża albo Gréo­li­?res des Ne­iges, gdzie je­dyny raz w ży­ciu jeź­dzi­łam z Mar­ni­xem na nar­tach bie­gów­kach. Gdzie się spo­ci­li­śmy i w słońcu pi­li­śmy zimne piwo na śniegu. Prze­jeż­dżam koło wo­do­spadu Ca­scade des Co­ur­mes, gdzie we­pchnę­łam go zimą w ubra­niu do lo­do­wa­tej wody, tej sa­mej, w któ­rej mo­czy­li­śmy się la­tem dla ochłody. Spo­glą­dam w górę na Pla­teau de Ca­vil­lore. Pła­sko­wyż kró­lu­jący nad Gou­r­don, na który sto lat temu matki i córki wspi­nały się po ze­bra­niu kwia­tów i z któ­rego spusz­czały w ko­szach na li­nie ich świeże płatki dzie­sięć ki­lo­me­trów w dół, do Grasse. Gdzie słońce od­bie­rało im ro­zum i skąd zgrzane, plą­cząc nogi w brud­nych fal­ba­nach sukni i śmie­jąc się na całe gar­dło, zbie­gały wie­czo­rem po ka­mie­niach, do wio­ski. Do bie­ga­ją­cych po uli­cach kur i owiec. Do cze­ka­ją­cych na nie oj­ców, mę­żów i sy­nów. Ja nie bie­gam ani po łą­kach, ani po gó­rach i nikt na mnie tu nie czeka.

Przez wyż­sze po­ło­że­nie te­renu w Gou­r­don kwiaty za­wsze roz­kwi­tają trzy ty­go­dnie póź­niej niż na od­da­lo­nym o kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów wy­brzeżu. Dzięki in­ten­syw­nemu na­sło­necz­nie­niu nie­które drzewa kwitną dwa razy w roku. Ale pe­łen ko­lo­rów re­gion się zmie­nił. Jest mniej upraw niż kie­dyś. Mimo to udaje mi się do­strzec pola mi­mozy, la­wendy, róży, ja­śminu i tu­be­rozy. Wo­kół Grasse i Gou­r­don utrzy­muje się już nie­wielu per­fu­me­ryj­nych kwia­cia­rzy. Wy­ją­tek sta­nowi ten naj­więk­szy. Jego ja­śmin i róża ma­jowa do Piątki Cha­nel4 wciąż wy­gry­wają kon­ku­ren­cję kwia­tową z In­diami. Tylko ta zie­mia i słońce po­tra­fią stwo­rzyć tak nie­po­wta­rzalną woń. Pa­mię­tam je­dyne w moim ży­ciu ma­jowe zbie­ra­nie róży o świ­cie. Wśród chłodu sza­ro­fio­le­to­wego po­ranka cie­pły od­dech Mar­nixa na moim po­liczku i płatki kwia­tów, któ­rymi ob­sy­py­wał mnie peł­nymi gar­ściami, wpla­tał i wcie­rał we włosy. Wspo­mnień nie­stety mam sporo.

Nie mam za to świa­tła na ta­ra­sie. Wczo­raj wie­czo­rem sie­dzia­łam przy świeczce, ale nie star­czyło jej już na dziś. Po­szłam więc do mo­jego nie­obec­nego są­siada. Za­pu­ka­łam dla pew­no­ści, ale od­po­wie­działa mi głu­cha ci­sza. Wy­krę­ci­łam jego nową ża­rówkę z lampy na ganku i wkrę­ci­łam do mo­jej sta­rej nad drzwiami na ta­ra­sie. Te­raz jej świa­tło roz­świe­tla część ogrodu. Czuję się mniej sa­motna, choć da­lej tę­sk­nię za gwa­rem, który wcze­śniej wy­peł­niał ten dom. Ża­rówkę od­ku­pię ju­tro w mie­ście.

Kto pa­mięta dzie­ciń­stwo w Pol­sce w la­tach osiem­dzie­sią­tych? Ja. By­łam szczę­śliwa. Wy­cho­wy­wa­łam się z trójką braci i chwi­lami za­cho­wy­wa­łam się jak chło­pak, żeby to prze­trwać i wyjść z dzie­ciń­stwa cało. Nikt nie trak­to­wał mnie jak księż­niczki i mu­sia­łam so­bie ra­dzić. To mnie za­har­to­wało. Na­wet Chudy wy­da­wał się więk­szym chu­chrem ode mnie, ale on w do­datku prze­zwi­sko miał słabe. Z jego wą­tłą syl­wetką i bra­kiem ja­kiej­kol­wiek od­wagi nie mógł jed­nak li­czyć na wię­cej. "Chudy" i tak sta­no­wiło dla niego naj­lep­szą z ksyw. Z Ro­ber­tem by­łam naj­bli­żej, bo to moja chło­pięca wer­sja - do­słow­nie i w prze­no­śni. I ni­gdy nie my­śla­łam, że coś lub ktoś nas po­różni. Ro­bert był po­łową mnie i wie­dział, co my­ślę. Wie­dział to bez wy­siłku. Tak po pro­stu.

Kiedy mie­li­śmy po osiem lat, ka­zał mi się ro­ze­brać i po­ka­zać mu do­kład­nie, co mam mię­dzy no­gami. Wy­ko­na­łam roz­kaz bez szem­ra­nia, bo obie­cał mi, że zrobi to samo. Wy­glą­dał na zdzi­wio­nego, ale nie przy­glą­dał się długo. Jed­nak kiedy przy­szła jego ko­lej, sy­tu­acja się skom­pli­ko­wała. Za­nim roz­piął roz­po­rek, za­czął mi tłu­ma­czyć, że pe­nis może zmie­niać wiel­kość: pęcz­nieć, ro­snąć, cho­wać się i kur­czyć, to znów wy­nu­rzać się ni­czym po­twór z Loch Ness. Wy­stra­szy­łam się i ode­chciało mi się tego oglą­da­nia. Ni­gdy nie przy­szłoby mi do głowy, żeby ro­bić ta­kie rze­czy z któ­rymś z mo­ich po­zo­sta­łych braci. No, ale Ro­bert to Ro­bert. W końcu bliź­niak. Jak to o nas mó­wił: znamy się już z ją­der ojca. Kiedy coś wspól­nie zbro­ili­śmy, karę też po­no­si­li­śmy ra­zem. Nie mia­łam ta­ryfy ulgo­wej.

Ro­bert miał głupi zwy­czaj ro­bie­nia mi wąt­pli­wych nie­spo­dzia­nek. Jego ulu­bio­nym żar­tem było za­kra­da­nie się do mo­jego po­koju, by po­prze­sta­wiać w nim sprzęty i po­cho­wać naj­cen­niej­sze przed­mioty. Nie­raz wra­ca­łam do sy­pialni, gdzie biurko stało na środku, a szafa drzwiami do ściany. Na­wet nie wiem, jak to ro­bił, jak sam da­wał radę? Krze­sło naj­czę­ściej le­żało na ziemi, a na pół­kach bi­blio­teczki za­miast ksią­żek były buty. Bar­dzo śmieszne. Szło mu szybko. Nie mnie. Szu­ka­nie pa­mięt­nika czy ulu­bio­nej ka­sety zaj­mo­wało cza­sami pół dnia, aż w końcu po­ka­zy­wał mi, gdzie je scho­wał, gdy gro­zi­łam, że po­wiem ta­cie o jego wy­bry­kach. Ba­wił się przy tym do­sko­nale. Ja mniej. Z bie­giem lat opa­no­wa­łam jed­nak jego tech­nikę schow­ków i zna­le­zie­nie wszyst­kiego za­bie­rało mi za­le­d­wie kilka mi­nut. Zgry­wus mu­siał tro­chę po­głów­ko­wać, żeby mnie prze­chy­trzyć, ale i tak mu się uda­wało. Czę­sto ro­bił mi na złość, choć prze­cież nie zmu­sza­łam go do słu­cha­nia Ro­xette. Chudy ze mną słu­chał. On był go­towy na wszystko, żeby się ko­mu­kol­wiek przy­po­do­bać.

Pew­nego razu nie wi­dzia­łam Ro­berta przez trzy dni, bo le­żał chory w szpi­talu w Grasse: w tym mie­ście, do któ­rego jeż­dżę cza­sem na za­kupy. Bar­dzo za nim tę­sk­ni­łam i chcia­łam, żeby wró­cili z mamą do domu. Nie pa­mię­tam, na co był chory. Pew­nie nic groź­nego, bo już ni­gdy się nie po­wtó­rzyło. Pierw­sza roz­łąka z bliź­nia­kiem. Pierw­sze uczu­cie pustki w moim ży­ciu, jakby cze­goś bra­ko­wało. Te­raz tę­sk­nię za oboj­giem, za mamą i za nim. Wresz­cie wcho­dzę do jego po­koju, gdzie jest je­dyne okno w domu, z któ­rego w bez­chmurny dzień można do­strzec mo­rze. Sia­dam w fo­telu. Sta­ram się nie oglą­dać ścian wy­ta­pe­to­wa­nych pla­ka­tami De­pe­che Mode ani pu­stych me­bli zni­ka­ją­cych pod to­nami ku­rzu. Jed­nak po chwili na wszystko spo­glą­dam. Tak bar­dzo go tu nie ma...

U Mal­winy, w prze­ci­wień­stwie do na­szego pol­skiego miesz­ka­nia, każde z nas miało swój po­kój. Oprócz Chu­dego, który i tak spał wy­łącz­nie z mamą. Po­sia­da­nie wła­snego po­koju ko­ja­rzy mi się z wol­no­ścią ab­so­lutną, dla­tego ten dom za­wsze jest i był dla mnie sym­bo­lem swo­body i nie­za­leż­no­ści. Mimo wszystko. Te­raz nie czuję się wolna, bo TO trzyma mnie w swo­ich szpo­nach. Choć gdy prze­by­wam w tym po­miesz­cze­niu, na chwilę za­po­mi­nam o dła­wią­cym mnie uści­sku. Kie­dyś po­kój Ro­berta był rin­giem. Areną, na środku któ­rej za­wod­nicy re­gu­lar­nie ćwi­czyli swe umie­jęt­no­ści. Gdzie do­sko­na­lili się dzień po dniu w naj­róż­niej­szych sty­lach walki. Za­pasy, ka­rate i kung-fu. Do­mi­no­wał jed­nak styl wolny, czyli taki, w któ­rym wszyst­kie chwyty były do­zwo­lone. Sza­mo­tali się po­środku i po ką­tach. Znali usta­wie­nie sprzę­tów i me­bli na tyle do­brze, by szar­pać się na­wet z za­mknię­tymi oczami. Ni­gdy z tego nie wy­ro­śli... Te­raz nikt tu nie wal­czy. Ja też nie, bo nie mam siły, bo nie po­tra­fię. Bo nie wi­dzę prze­ciw­nika. Co nie zna­czy, że go nie ma.

No­tuję coś w ze­szy­cie i na­gle ten cały ste­reo­typ pi­sa­rza skła­da­ją­cego słowa w zda­nia, pa­trzą­cego na mo­rze, staje się praw­dziwy. Uzmy­sła­wiam so­bie, że tego chcia­łam i że jest mi tu do­brze. Dla­czego więc do­piero te­raz się na to od­wa­ży­łam? Dla­czego nie przy­je­cha­łam tu wcze­śniej? Dla­czego mu­siało stać się TO, że­bym w końcu zna­la­zła się w Gou­r­don? Naj­wi­docz­niej każda rzecz w ży­ciu ma swój czas. Wszech­świat za­pro­gra­mo­wał mnie wła­śnie tu i te­raz. Szkoda, że tak późno.

4 - Cho­dzi o per­fumy Cha­nel nu­mer 5.

5

Dzi­siaj po­je­cha­łam do Châte­au­neuf na ry­nek. Z jed­nej strony placu tar­go­wego są nowe bu­dynki. Reszta po­zo­stała nie­zmie­niona. Re­stau­ra­cja, bi­stro, ap­teka, wa­rzyw­niak i rzeź­nik. Da­lej, w kie­runku Grasse, jest pie­kar­nia, bar, a po dru­giej stro­nie ta mała księ­gar­nia, w któ­rej czę­sto ku­po­wa­łam książki for­matu kie­szon­ko­wego5. We­szłam do środka, ale mo­ich nie mieli. Nor­malne, kto chciałby tu ku­po­wać po­wie­ści po pol­sku. Spa­ce­ro­wa­łam, za­glą­da­jąc w znane mi miej­sca, roz­ma­wia­jąc z na­po­tka­nymi ludźmi. Chod­niki są tu tak wą­skie, że nie ma jak się wy­mi­nąć. Naj­czę­ściej to ja ustę­puję miej­sca in­nym.

Tro­chę chyba za­tra­ci­łam płyn­ność mó­wie­nia w ję­zyku, który z bie­giem lat stał się moim. Te­raz cza­sami bra­kuje mi słów, choć twier­dzę, że je­stem dwu­ję­zyczna. Ra­czej by­łam. Na targu ku­pi­łam dwa ro­dzaje oli­wek, ser kozi, wa­rzywa i duży bo­che­nek chleba, jakby było nas co naj­mniej dwie. Zro­biło mi się słabo i mu­sia­łam usiąść na go­rą­cym chod­niku. Ktoś po­dał mi szklankę zim­nej wody. Spo­ci­łam się jak szczur i zu­peł­nie opa­dłam z sił. Resztę po­po­łu­dnia spę­dzi­łam w ba­rze na rogu. Z ludźmi, któ­rzy tak jak ja, w po­cie czoła, tym do­słow­nym i prze­no­śnym, od rana ocze­kują naj­waż­niej­szego mo­mentu dnia: apéri­tifu, czyli po­wszech­nego przy­zwo­le­nia na pi­cie. Na­lewka, piwo, pa­stis, wino, szam­pan. Kto co lubi albo może. Dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści to naj­faj­niej­sza go­dzina. Ulu­bie­nica Fran­cji. Stać mnie jesz­cze na Pa­stis Ri­card, więc na do­bry po­czą­tek wy­bra­łam uko­chaną any­żówkę. Po­tem zja­dłam ka­napkę z szynką i ma­łymi kor­ni­szo­nami, wy­pi­łam pół bu­telki bia­łego wina i na prze­kór wszyst­kiemu po­sta­no­wi­łam wró­cić do domu pie­szo. To była zła de­cy­zja. Przej­ście dzie­wię­ciu ki­lo­me­trów, które kie­dyś po­ko­ny­wa­li­śmy w dwie go­dziny, za­jęło mi te­raz cztery. Za­po­mnia­łam o ża­rówce, a wy­po­ży­czone auto zo­sta­wi­łam w mie­ście.

Na po­la­nie przy wjeź­dzie do mia­steczka mu­sia­łam zro­bić dłuż­szą prze­rwę. Do­kład­nie w miej­scu, gdzie pra­wie trzy­dzie­ści lat temu po­ja­wił się chło­pak o imie­niu Yan­nik. Gdzie, z dwoma in­nymi ko­le­gami, szedł dum­nie w na­szym kie­runku z za­dartą głową, nio­sąc no­wiutką, lśniącą jesz­cze piłkę do nogi. Yan­nik Le­grand, w wieku Janka, był jed­nym z tych po­pu­lar­nych dzieci w mia­steczku. Ta­kim, za któ­rymi inne łażą i któ­rych po­le­ce­nia wy­ko­nuje się bez ga­da­nia, na co so­bie wąt­pli­wie za­słu­żył tym, że jego oj­ciec był miej­sco­wym po­li­cjan­tem. Mar­nix, Jan i Ro­bert po­de­rwali się i pa­trzyli na nad­cho­dzą­cych. Nie wiem, czy bar­dziej lu­stro­wali nową piłkę, czy jej wła­ści­ciela, jed­nak ich za­afe­ro­wa­nie nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Pod­nio­słam się, a Chudy nie­pew­nie zro­bił to samo. Ni­czym le­śny zwierz, po­ru­sza­jąc przy tym czub­kiem nosa, Yan­nik wy­ba­dał sy­tu­ację i prze­rzu­ca­jąc piłkę w rę­kach, rzu­cił niby od nie­chce­nia:

- Gra­cie?

- Ja­sne! - od­po­wie­dzieli jed­no­cze­śnie.

Na­iw­nie uśmiech­nę­łam się na myśl o wspól­nej grze. Uwiel­bia­łam grać w piłkę nożną z chłop­cami i ża­den ich mecz ni­gdy mnie nie omi­nął. Na wi­dok no­wej piłki Chudy z prze­ję­cia też się uśmiech­nął.

- Ty, ty i ty. A reszta do domu. - Pa­dło pew­nie z ust de­cy­du­ją­cego, kiedy jego pa­lec wska­zu­jący wy­zna­czał trzech chłop­ców sto­ją­cych obok mnie.

- Pati, czemu ja nie gram? - za­py­tał Krzy­sio, uwie­sza­jąc się na mo­jej ręce i szy­ku­jąc się do pła­czu.

Pro­sząco spoj­rza­łam na Janka. Ten po­wie­dział opa­no­wa­nym to­nem:

- Pa­try­cja jest do­bra w nogę, może być z wami, a Chudy bę­dzie w na­szej dru­ży­nie. Wtedy bę­dzie równo: czte­rech na czte­rech.

Słowa mo­jego brata roz­śmie­szyły Yan­nika, a za nim za­rżeli jego ko­le­sie. Po chwili re­chotu dry­blas rzu­cił już cał­kiem po­waż­nie, pa­trząc Jan­kowi w oczy:

- Nie będę grał w nogę z dziew­czyną!

Salwy sam­czego śmie­chu znów za­hu­czały na bo­isku.

- Albo gramy wszy­scy, albo wcale.

- Ewen­tu­al­nie ten mały może, ale ona nie.

Z re­zy­gna­cją pu­ści­łam rękę Chu­dego i już mia­łam usiąść na tra­wie, kiedy usły­sza­łam Mar­nixa:

- Albo gramy wszy­scy, albo za­bie­raj swoją nową piłkę i wra­caj z nią do domu.

Na­stała ci­sza i wszy­scy spoj­rzeli na mo­jego ulu­bio­nego są­siada, który oparł ręce na ko­ści­stych bio­drach i zro­bił znu­dzoną minę. Cze­ka­łam na wer­dykt.

- Ni­gdy nie za­gram w nogę z dziew­czyną! A tym bar­dziej z pe­da­łami - od­parł chło­pak i splu­nął za sie­bie.

Jego kom­pa­nom zrze­dła mina, ale ża­den nie ośmie­lił się za­brać głosu. Jan pierw­szy od­wró­cił się i wziąw­szy Chu­dego na ba­rana, ru­szył w kie­runku domu. Ode­szli­śmy bez słowa i wró­ci­li­śmy do sie­bie. Mar­nix i Ro­bert wy­mie­nili nie­za­do­wo­lone spoj­rze­nia. Nie wie­dzia­łam wtedy, co ozna­cza słowo "pe­dał", ale są­dząc po mi­nie tych, któ­rzy naj­le­piej z nas mó­wili po fran­cu­sku, mu­siało to być coś bar­dzo ob­raź­li­wego. Po tym zda­rze­niu uzna­łam, że jesz­cze bar­dziej lu­bię Mar­nixa, na­wet je­żeli miałby być "pe­da­łem".

De­ner­wuje mnie, że dom obok na­leży do ko­goś ob­cego. Chcia­ła­bym tam wejść. Zo­ba­czyć, jak te­raz wy­gląda po­kój Fran­cuza. Spraw­dzić, czy coś tam po nim zo­stało. Kto sprze­dał dom? Pan Mi­trieti po­in­for­mo­wał mnie o śmierci ojca Mar­nixa i wy­jeź­dzie matki. Pew­nie wró­ciła w swoje strony, do Ho­lan­dii. Może miesz­kają te­raz z sy­nem i jego ro­dziną w Am­ster­da­mie? Do­wiem się wszyst­kiego za kilka dni. Za­py­tam o to, jak tu przy­je­dzie.

My­śla­łam, że pój­dzie mi ła­twiej. Tym­cza­sem po upo­rząd­ko­wa­niu pierw­szej ku­chen­nej szafki oka­zuje się, że nie mam na to siły. No, ale skąd mia­ła­bym ją niby mieć? Może po­win­nam za­cząć brać leki, które prze­pi­sał mi le­karz? Boli mnie głowa, boli mnie krę­go­słup. Chwi­lami boli mnie wszystko. Ro­bię prze­rwy w tym, co od­waż­nie na­zy­wam sprzą­ta­niem, i sia­dam na ta­ra­sie w je­dy­nym miej­scu, w któ­rym za­wsze jest cień. Na­peł­niam dużą szklankę lo­dem i za­le­wam schło­dzo­nym ró­żo­wym wi­nem: rosé pi­scine6. Sma­kuje pysz­nie, ale w ten upał zwala z nóg. Lu­bię to uczu­cie, lecz po­zwa­lam so­bie na nie tylko dwa razy dzien­nie. Je suis ra­ison­na­ble7, je­stem roz­sądna. Sta­ram się czy­tać fran­cu­skie ga­zety. Wszystko jak leci, żeby przy­po­mnieć so­bie ję­zyk, żeby być na bie­żąco, ale do tej pory jesz­cze ża­den ar­ty­kuł nie zdo­łał mnie za­in­te­re­so­wać. Nie­istotne, nudne bzdury. Nic praw­dzi­wego, nic waż­nego. Ksią­żek na­wet nie ru­szam, bo nie mogę się sku­pić. Leki czy wino? Oto jest py­ta­nie. Na ra­zie wy­bie­ram wino.

5 - Kie­szeń (franc. po­che) - wy­da­nie książki w ma­łym for­ma­cie (wy­da­nie kie­szon­kowe).

6 - Ró­żowe wino po­da­wane z lo­dem przy du­żych upa­łach, zwane "ró­żo­wym ba­se­no­wym".

7 - Je­stem roz­sądna (franc.).

6

Nie było lep­szych mo­men­tów mo­jego dzie­ciń­stwa niż te spę­dzone w Gou­r­don. Go­dzi­nami bie­ga­li­śmy po le­sie i cią­gle wy­my­śla­li­śmy nowe za­bawy. Tro­pi­li­śmy nie­ist­nie­jące stwory z ba­jek, uda­wa­li­śmy, że za­sta­wiamy pu­łapki na zwie­rzęta. I pod­glą­da­li­śmy są­sia­dów babci Mar­nixa, któ­rzy opa­lali się nago na ta­ra­sie. Ta­rza­li­śmy się ze śmie­chu i kry­li­śmy na­wza­jem, kiedy któ­reś coś zbro­iło. Mal­wina za­wsze cho­wała nas wtedy u sie­bie i przy­rzą­dzała nam je­dze­nie we­dług diety Mar­nixa. Tego nie dało się jeść, ale że by­li­śmy do­brze wy­cho­wani... Dość wcze­śnie zro­zu­mia­łam, że Mar­nix jest uczu­lony na psze­nicę, do­kład­niej na glu­ten, ale wtedy nie sto­so­wa­li­śmy tej na­zwy. I jak pi­szę "uczu­lony", to nie mam na my­śli kilku kro­ste­czek po­ja­wia­ją­cych się na po­licz­kach po zje­dze­niu cze­goś ze zbo­żem. Mó­wię ra­czej o dwu­dnio­wej bie­gunce, go­rączce, ostrych wy­mio­tach, bólu brzu­cha i wy­sypce na ca­łym ciele. Oprócz tego nie jadł nic, co za­wie­rało kro­wie mleko. Ja­dło­spis miał więc bar­dzo ogra­ni­czony. To dla­tego ni­gdy nie spró­bo­wał cia­sta, nie jadł chleba ani więk­szo­ści tego, co my. Było mi go żal, ale on nic so­bie z tego nie ro­bił. Przy­zwy­czaił się. Ni­gdy nie pró­bo­wał tortu, więc nie mógł wie­dzieć, jak bo­sko sma­kuje.

Mal­wina znała nas i jego dietę na pa­mięć. Ko­bieta z sia­teczką drob­nych zmarsz­czek na twa­rzy, w któ­rej domu było ko­cio, ko­chała nas jed­na­kowo mocno. Przy­mknięte okien­nice spra­wiały, że pa­no­wał u niej pół­mrok, a wy­tarta te­ra­kota na pod­ło­dze była cie­pła. Ciotka za­wsze speł­niała na­sze za­chcianki, tu­liła i dra­pała po ple­cach. Wie­czo­rem opo­wia­dała nam bajki. Za każ­dym ra­zem inną, pięk­niej­szą i cie­kaw­szą. Miało to za­zwy­czaj sku­tek od­wrotny do za­mie­rzo­nego, bo nie wszyst­kie jej opo­wie­ści koń­czyły się do­brze, a więk­szość nie po­zwa­lała nam za­snąć. Mal­wina miała swoje krze­sło przed do­mem, na któ­rym sia­dała, żeby obie­rać wa­rzywa do go­to­wa­nia, owoce do za­praw i po­pi­jać czer­wone wino. Lu­biła dzieci i mar­no­wa­nie czasu w słońcu. Dziś w domu Mal­winy, który nie jest już jej do­mem, nie ma ko­tów, a jej krze­sło za­gad­kowo stoi na we­ran­dzie no­wego są­siada.

Mar­nix. Przez więk­szość dnia sta­ram się o nim nie my­śleć. Cza­sami mi wy­cho­dzi. Mam już na­wet opra­co­waną tak­tykę - kiedy po­ja­wia się myśl o nim, od razu ją ka­suję. Ro­bię wszystko, żeby nie zdą­żyć zo­ba­czyć twa­rzy, bo wtedy trud­niej jest go wy­ma­zać i lubi po­wra­cać wie­lo­krot­nie w ciągu tego sa­mego dnia. Naj­go­rzej bywa, kiedy zwrócę uwagę na ja­kiś szcze­gół: na przy­kład na ko­szulę, którą ma na so­bie albo czy ma zwią­zane włosy, czy wy­su­szone wargi. Póź­niej wi­dzę Mar­nixa cały czas i nie mogę wy­gnać jego wi­ze­runku z mo­jej głowy. Cza­sami wy­obraź­nia płata mi fa­talne fi­gle i przez kilka dni i nocy mam go nie­prze­rwa­nie przed oczami. Wtedy w re­alu trzeba cze­goś o na­prawdę wiel­kim ka­li­brze, żeby to prze­rwać. Pro­blem w tym, że od lat w moim praw­dzi­wym ży­ciu nie dzieje się nic, na co warto by zwró­cić uwagę. Poza białą ko­pertą oczy­wi­ście.

Wcze­śniej za­sta­na­wia­łam się, jak to jest usły­szeć coś ta­kiego. In­for­ma­cja, że zo­stało ci nie­wiele ży­cia, wy­da­wała mi się pra­wie że nie­re­alna. Trudno to so­bie tak na­prawdę wy­obra­zić, szcze­gól­nie gdy jest się mło­dym. Zda­rzało mi się czy­tać roz­mowy z ludźmi, któ­rym się to przy­tra­fiło. Czę­sto ostat­nie wy­wiady, ostat­nie no­tatki czy słowa. Mó­wili, jak pa­ra­dok­sal­nie in­for­ma­cja ta po­bu­dziła ich do ży­cia. Na­gle, wie­dząc, że nie zo­stało im dużo czasu, a wła­ści­wie to bar­dzo mało, za­czy­nali ko­chać wszystko i wszyst­kich do­okoła. Ak­cep­to­wać i do­ce­niać. Za­czy­nali w końcu żyć. Czę­sto wy­zwa­lała się w nich chęć walki o cenny czas, o speł­nie­nie ma­rzeń, o dzia­ła­nie i prze­ży­wa­nie tego, co za­wsze od­kła­dali na póź­niej. To co ro­bili wcze­śniej, kiedy mieli tyle czasu? Ja nie ak­cep­tuję, nie do­ce­niam i od dawna już wła­ści­wie nie żyję. Mam trzy­dzie­ści osiem lat i tylko je­den cel: po­być z nim w tej ostat­niej chwili.

Pod­czas na­szego od­no­wio­nego kon­taktu e-ma­ilo­wego mu­sia­łam mu w końcu na­pi­sać o bia­łej ko­per­cie i o TYM, choć na po­czątku tak nie pla­no­wa­łam. Chcia­łam tego unik­nąć. Nie dało się jed­nak. Nie zgo­dziłby się na spo­tka­nie, gdyby nie TO. Zdaję so­bie sprawę z szan­tażu emo­cjo­nal­nego, jaki mu za­fun­do­wa­łam, ale to­nący brzy­twy się chwyta. Nie mia­łam już ani czasu, ani wy­boru. TO było je­dyną wy­mówką i szansą, żeby go jesz­cze raz zo­ba­czyć. TO szansą... Mój Boże.

Dra­ma­tyczne, nie­ludz­kie i sku­teczne. Wiem i nie­na­wi­dzę się za to.

Jest druga w nocy. Do­piero co za­snę­łam, ale wła­śnie obu­dziły mnie świa­tła i dźwięk opon na dro­dze. Wstaję i pod­cho­dzę do okna. Ktoś pod­je­chał pod dom Mar­nixa. Ob­ser­wuję scenę po ciemku. Z du­żego sa­mo­chodu wy­cho­dzi duży męż­czy­zna. Wyj­muje spor­tową torbę z ba­gaż­nika i udaje się w kie­runku domu. Stoi przez chwilę przy wej­ściu, wy­ciąga klu­cze, otwiera i wcho­dzi do środka. Zo­sta­wia otwarte drzwi. Po chwili wraca. Pod­cho­dzi do oświe­tle­nia na ganku, po czym maj­struje coś przy nim. Po­tem za­trzy­muje się, robi krok do przodu i spo­gląda w kie­runku mo­jego domu. Co­fam się, choć nie po­wi­nien mnie wi­dzieć zza fi­ranki. Skąd miałby wie­dzieć, w któ­rym po­koju śpię? A ra­czej nie śpię. Pa­trzy jed­nak na mnie, czuję to, po czym od­wraca się i znika za za­mknię­tymi drzwiami. Ża­rówka! Mu­szę ko­niecz­nie ją ju­tro od­ku­pić.

Rano wra­cam do Châte­au­neuf po sa­mo­chód. Na trzeźwo i z pu­stym żo­łąd­kiem droga za­biera mi mniej czasu niż wczo­raj. Po po­wro­cie do domu, do­piero koło po­łu­dnia, za­bie­ram się za śnia­da­nie. Po noc­nym są­sie­dzie ani śladu. Jem w ogro­dzie. W tym sa­mym, w któ­rym ro­dzice urzą­dzali nam wspólne noce w na­mio­cie. Wszystko tu te­raz za­ro­sło i wy­gląda do­syć ża­ło­śnie, ale na­wet się do tego nie biorę. Nie po­tra­fię i nie mam siły. Kie­dyś ogród był piękny. Mal­wina miała rękę do ro­ślin. Moi ro­dzice czę­sto jej po­ma­gali. Te­raz to, co kie­dyś na­zy­wało się sa­dem, przy­po­mina opusz­czony cmen­tarz. Drzewa owo­cowe dawno zdzi­czały. Wy­ro­śnięta trawa udaje siano. I tylko psz­czoły i mo­tyle oży­wiają to miej­sce swym za­afe­ro­wa­niem.

W week­endy, kiedy do­ro­śli nie pra­co­wali przy upra­wach, jeź­dzi­li­śmy na pik­niki. Od­wie­dza­li­śmy plażę w Ca­gnes-sur-Mer, gdzie go­dzi­nami ba­wi­li­śmy się ka­mie­niami i plu­ska­li­śmy się w let­niej wo­zie. Ro­bert, Mar­nix i ja sta­no­wi­li­śmy oso­bliwe trio, prze­miesz­cza­jąc się ni­czym hu­ra­gan przez na­sze dwa domy, ogrody, a cza­sem na­wet całe mia­steczka. Ale i tak wszyst­kiego było nam mało. Święta trójca stała się nie­roz­łączna. Dzie­li­li­śmy się se­kre­tami, ufa­li­śmy so­bie i w końcu zda­li­śmy so­bie sprawę, że nie mo­żemy już bez sie­bie żyć. Po­lacy nie mo­gli żyć bez Fran­cuza. Li­czyła się tylko ta przy­jaźń, a więź, która nas łą­czyła, ro­sła w siłę. Praw­dziwe po­ro­zu­mie­nie dusz. Te­raz wa­ka­cje i święta nam nie wy­star­czały. Mi­jały bły­ska­wicz­nie i szybko oka­zało się, że chcemy i po­trze­bu­jemy sie­bie wię­cej. Nie­stety, wtedy nie mia­łam kom­pu­tera, a roz­mowy te­le­fo­niczne były za dro­gie. Po­zo­sta­wały nam li­sty. Ro­bert i ja pi­sa­li­śmy do niego wspól­nie i czę­sto. Ta­kim fran­cu­skim, że pew­nie nie dało się z tego wiele zro­zu­mieć. On pi­sał rzadko. Wy­sy­ła­li­śmy mu też ka­sety z na­szymi prze­bo­jami. Tak, je­stem z tego po­ko­le­nia, które na­gry­wało pio­senki z ra­dia na ka­setę ma­gne­to­fo­nową. Z ta­śmą na­pę­dzaną ołów­kiem, po mi­lio­no­wym prze­słu­cha­niu. To samo po­ko­le­nie we Fran­cji miało mi­ni­tel i ro­biło zdję­cia po­la­ro­idem. U nas była oran­żada w wo­reczku, u nich nie­spo­dzianki dla chłopca i dziew­czynki. Pa­mię­tam te dwie kul­tury od naj­młod­szych lat. Pro­gram Récré A28 z jego ulu­bioną kre­skówką Gol­do­rak. Ac­ta­rus, jej główna po­stać, i Mar­nix byli do sie­bie po­dobni, mieli ta­kie same włosy i spoj­rze­nia. Gdy oglą­da­łam pierw­szy od­ci­nek, by­łam prze­ko­nana, że to film o moim wa­ka­cyj­nym są­sie­dzie. Po­tem my mie­li­śmy Wzroc­kową Li­stę Prze­bo­jów, oni mieli Dance Ma­chine na ka­nale M69. Tę­sk­ni­łam za Fran­cją, za cro­is­san­tami i ko­lo­ro­wymi ubra­niami. Tę­sk­ni­łam za wszyst­kim, co było zwią­zane z tymi wy­jaz­dami. Za pio­sen­kami In­do­chine, które Mar­nix od­twa­rzał w kółko w swoim po­koju. One były ma­giczne, one były z in­nego świata. Chcia­łam ich słu­chać cały czas, a nie od święta. I to mniej wię­cej w tym mo­men­cie, a może rok wcze­śniej, od­kry­łam, że mój brat bliź­niak jest inny niż wszy­scy chłopcy, któ­rych zna­łam. Przy­ję­łam to spo­koj­nie, bo wie­dzia­łam, że taki po pro­stu jest i inny być nie może.

Zna­la­złam czarną gi­tarę. Do­my­śla­łam się, że tu jest. Nie - wie­dzia­łam, że jest. Chcia­łam ją ja­koś omi­nąć, po­mi­nąć. Mia­łam głu­pią na­dzieję, że Mar­nix za­brał ją ze sobą. Że to on ją cią­gle ma. Po­wi­nien, ale nie. Zbyt do­brze pa­mię­tam ten mo­ment, kiedy kładę ją pod łóż­kiem Ro­berta. Cho­wam ją. Dzie­więć lat temu. I zu­peł­nie tej sceny nie ro­zu­miem. Jak to się stało?

Mal­wina ku­piła mu ją na uro­dziny chyba w 1990 roku. Ta cała hi­sto­ria z gi­tarą za­częła się bar­dzo nie­win­nie. Wszy­scy szu­ka­li­śmy dla niego pre­zentu, ale każdy miał inny po­mysł. Chcia­łam po­da­ro­wać mu książkę, co nie było ory­gi­nalne, ale po­my­śla­łam, że bę­dzie mógł mi ją prze­czy­tać na głos po fran­cu­sku. Szu­ka­łam więc Przy­pad­ków Ro­bin­sona Cru­soe, bo wy­da­wało mi się, że to taka chło­pięca lek­tura. Wtedy Ro­bert za­sko­czył nas wszyst­kich, mó­wiąc przy ko­la­cji, że Mar­nix na pewno ucie­szyłby się z gi­tary. By­łam scep­tyczna, ale ro­dzi­nie ten po­mysł przy­padł do gu­stu. Na drugi dzień ciotka po­je­chała do sklepu i ku­piła uży­waną gi­tarę aku­styczną. Nie wie­rzy­łam, że tak bar­dzo mu się spodoba. My­li­łam się.

Po­da­łam mu ją, kiedy zdmuch­nę­li­śmy świeczki na na­szym tor­cie. Od­pa­ko­wał pre­zent w re­kor­do­wym tem­pie i od razu za­czął grać, prze­jęty, jakby był sam. Na­gle wszystko i wszy­scy znik­nęli z jego pola wi­dze­nia. Od tego dnia prak­tycz­nie nie od­stę­po­wał jej na krok.

- Skąd wie­dzia­łaś? - za­py­tał wie­czo­rem, za­uwa­ża­jąc wresz­cie, że je­stem obok. Przy­glą­da­łam się, jak w dziwny spo­sób usta­wiał palce na stru­nach, za­sko­czona, że znał już tyle chwy­tów.

- Do­my­śli­łam się - skła­ma­łam nie­pew­nie. Nie wie­dzia­łam prze­cież. Ro­bert wie­dział.

Je­żeli o mnie cho­dzi, nie było ni­gdy pro­blemu z pre­zen­tami uro­dzi­no­wymi. Co roku do­sta­wa­łam no­tat­nik lub coś do pi­sa­nia. Fan­ta­zyjne dłu­go­pisy, kredki, pióra. Pierw­szy ze­staw dwu­dzie­stu ko­lo­ro­wych fla­ma­strów fran­cu­skiej firmy BIC zro­bił fu­rorę w mo­jej kla­sie. Zjed­na­łam so­bie wielu no­wych krót­ko­trwa­łych, nie­praw­dzi­wych przy­ja­ciół, któ­rych nie było przy mnie, gdy ich po­trze­bo­wa­łam, i któ­rych te­raz też nie ma.

Pi­sa­łam pa­mięt­niki, od kiedy na­uczy­łam się pi­sać, i za­wsze spra­wiało mi to wielką frajdę. Bar­dzo szybko oka­zało się, że sta­nowi to część mnie i nie po­tra­fię obejść się bez prze­le­wa­nia opi­sów mo­jego ży­cia na pa­pier. Two­rzy­łam je przez pra­wie trzy­dzie­ści lat. Póź­niej z dnia na dzień słowa utknęły mi w gar­dle i nie po­tra­fi­łam na­zwać tego, co czuję. Nie za­nie­cha­łam jed­nak pi­sa­nia. Pi­sa­łam i pi­szę da­lej, ale ina­czej.

Nie wiem, kiedy tak na­prawdę to się stało. Nie wiem, kiedy oboje się w nim za­ko­cha­li­śmy. Jed­nak w wieku trzy­na­stu lat za­czę­li­śmy już o niego wal­czyć. La­tem 1991 roku ofi­cjal­nie otwo­rzy­li­śmy ogień. Ro­bert od­dał pierw­szy strzał. Kiedy we­szli­śmy do domu w Gou­r­don, po­biegł od razu do Mar­nixa, choć tam­ten miał być jesz­cze w szkole. Nie tak się uma­wia­li­śmy. Ra­zem po­je­chali gdzieś na ro­we­rach, za­nim zdą­ży­łam go zo­ba­czyć. Ukradł mi go, spe­cjal­nie, żeby mieć go szyb­ciej, wię­cej i dłu­żej. Mia­łam ochotę za to Ro­berta za­bić. Wie­dzia­łam, że coś knuje, bo całą drogę rzu­cał mi te swoje po­dej­rzane uśmieszki. Usia­dłam na scho­dach i cze­ka­łam, aż wrócą. Po­ja­wili się po dwóch naj­dłuż­szych go­dzi­nach świata: zzia­jani, gło­śni, szczę­śliwi i ocie­ka­jący po­tem. Serce wa­liło mi jak opę­tane. Urósł. Bez­czel­nie prze­rósł mnie o głowę, może na­wet wię­cej. Na progu domu jego ro­dzi­ców zdez­o­rien­to­wana mie­rzy­łam go wzro­kiem. Sta­nął przede mną i pró­bu­jąc uspo­koić od­dech, dum­nie do­tknął pod­bród­kiem czubka mo­jej pod­nie­sio­nej głowy. Pan tyczka. Wes­tchnę­łam gło­śno: - Ja­dłeś trzy kilo ma­lin dzien­nie?

- Ja­sne. - Uśmiech­nął się. - Krem i cze­ko­ladę zo­sta­wi­łem dla cie­bie - skwi­to­wał i pu­ścił do mnie oko. Mu­snął war­gami moje czoło.

Za­nie­mó­wi­łam. Ni­gdy wcze­śniej nie dał mi bu­ziaka. Wi­dzia­łam, że miał fran­cu­ski zwy­czaj wi­ta­nia się. Lu­dzie we Fran­cji ca­łują się na dzień do­bry i na do wi­dze­nia. W za­leż­no­ści od re­gionu Fran­cji dwa, trzy lub cztery razy. Ro­bił ze swo­imi zna­jo­mymi ze szkoły. Ale ni­gdy z nami, bo u nas po­daje się rękę albo po pro­stu wita się lek­kim ob­ję­ciem. Lub nie do­tyka się dru­giego czło­wieka wcale. Czym da­lej, tym le­piej. Fran­cuzi ca­łują się w po­liczki. Tym­cza­sem on pod­szedł i po­ca­ło­wał mnie w czoło go­rą­cymi i gład­kimi ustami. Po co? Żeby mi po­ka­zać, jak bar­dzo wy­rósł? Prze­cież za­uwa­ży­łam.

- Co ro­bimy? - ode­zwał się, wi­dząc, że nic nie mó­wię. A ja po­czu­łam, że on nie jest już ani mój, ani nasz. Że on jest już tylko jego.

Jak mo­głam tego nie prze­wi­dzieć? Na­iwna! Ufa­łam Ro­ber­towi bez­gra­nicz­nie. Da­łam się na­brać. Kry­łam go za­wsze. Ro­bert nie lu­bił na­uki. Był wy­jąt­kowo do­bry z matmy i z che­mii, ale prze­ku­py­wał mnie, że­bym pi­sała mu wy­pra­co­wa­nia z pol­skiego. Okła­my­wa­łam ra­zem z nim ro­dzi­ców, że znów się ude­rzył, kiedy po raz ko­lejny wró­cił do domu z po­bitą twa­rzą. Ko­le­dzy z klasy nie lu­bili jego in­no­ści. Czy­ści­łam mu za­krwa­wioną skroń, zmiaż­dżoną wargę i fio­le­towy po­li­czek. Ja pła­ka­łam, on nie. By­łam z nim na po­go­to­wiu, kiedy do­szy­wali mu na­de­rwane ucho. Ro­bert cie­szył się za to sporą po­pu­lar­no­ścią u dziew­cząt. Kie­dyś na­wet na­mó­wi­łam ko­le­żankę, aby uda­wała jego dziew­czynę, żeby się od niego od­cze­pili. Nie na długo. Za­mknął się w so­bie. Mie­wał chwile za­ła­ma­nia i czarne my­śli. Chciał być tam, gdzie i ja chcia­łam - we Fran­cji. W ra­mio­nach tego sa­mego czło­wieka. Tam, gdzie spo­kój, śmiech, mi­łość i zro­zu­mie­nie. Ale też inna nowa rzecz: na­sza ry­wa­li­za­cja. I te­raz ko­rzy­stał z tego na ca­łego.

Tego lata Mar­nix spał ze swoją gi­tarą, a Ro­bert za­czął od­su­wać się ode mnie co­raz bar­dziej. To Mar­nix stał się jego bra­tem bliź­nia­kiem. By­łam za­zdro­sna. Nie o Ro­berta, ale o niego. Co­raz czę­ściej zo­sta­wia­łam ich sa­mych. Sza­leli u góry. Z ich po­koju do­bie­gała mu­zyka. Były pew­nie cho­wane pod koł­drą wina, śmie­chy i po­ga­du­chy do rana. Fran­cuz się zmie­nił. Zmęż­niał. Rap­tem wy­rósł na mło­dzieńca. Mój baj­kowy Ac­ta­rus. Ra­miona za­ry­so­wały się u niego wzgór­kami mię­śni, twarz wy­dłu­żyła, a rysy wy­ostrzyły. Gdzie­nie­gdzie za­czął kieł­ko­wać za­rost. Te­raz Mar­nix nie pa­trzył wprost, ale prze­ni­kli­wie i za­czep­nie zer­kał. Nie sie­dział na krze­śle, ale zwi­sał z niego. Nie wy­ska­ki­wał z procy jak wcze­śniej, ale ra­czej zbie­rał się do wyj­ścia.

Za­sta­na­wia­łam się, czy i on wi­dział te wszyst­kie zmiany. Czy zda­wał so­bie z nich sprawę? Czuł się jesz­cze chłop­cem czy już męż­czy­zną? Czy ob­ser­wo­wał po­dobne pro­cesy u mnie? W szkole by­łam ra­czej nie­lu­biana i czu­łam się brzydka. W na­szym tan­de­mie to Ro­bert był tym po­pu­lar­niej­szym bliź­nia­kiem. Dziew­czyny chciały się ze mną przy­jaź­nić, żeby do niego do­trzeć. Nie znały go. Nie do­my­ślały się, że są bez szans. Przez ostat­nie dwa lata bie­gały za nim nie­ustan­nie, a on żad­nej na­wet nie wi­dział.

Ale ja też się zmie­ni­łam. Też uro­słam, nie aż tak, jak Mar­nix czy Ro­bert, jed­nak sporo. Zimą wró­ci­łam do Fran­cji z wy­raź­nie za­ry­so­wa­nym biu­stem. Są­siad przy­glą­dał mi się naj­pierw skry­cie, ale bar­dzo uważ­nie. Cho­wa­łam tę nową wy­pu­kłość pod gru­bymi swe­trami, sta­ra­łam się ukryć ją jak naj­dłu­żej. Póź­niej już się nie dało. Piersi były na tyle wi­doczne, że przy­cią­gały jego wzrok dużo czę­ściej niż moja twarz. Ga­pił się bez za­że­no­wa­nia. I ja pa­trzy­łam więc na niego ina­czej. Do­ro­ślej. Z jesz­cze więk­szym niż do­tych­czas za­cie­ka­wie­niem. Po paru dniach do­strze­głam po­ten­cjał w biu­ście. Był te­raz wy­so­kiej war­to­ści to­wa­rem prze­tar­go­wym w mo­ich re­la­cjach z Mar­ni­xem, które stały się dużo bar­dziej, jak by to ująć? Bli­skie? Tak. Do­słow­nie bli­skie.

Każ­dego dnia uda­wało mi się spę­dzić z nim mo­ment sa­mot­no­ści. Z pre­me­dy­ta­cją pi­szę "mo­ment sa­mot­no­ści", a nie "mo­ment we dwoje", bo mimo że sie­dzie­li­śmy ra­zem, jego nie było. Była gi­tara, jego palce na stru­nach, mu­zyka i głos, ale on krą­żył gdzieś da­lej. Kom­po­no­wał pio­senki, pi­sał do nich tek­sty i śpie­wał je, nie zwra­ca­jąc na mnie naj­mniej­szej uwagi. Po­tra­fił rzę­po­lić go­dzi­nami, po­wta­rza­jąc do znu­dze­nia trzy chwyty na prze­mian. No, chyba że osten­ta­cyj­nie sia­da­łam na­prze­ciwko, z wiel­kim de­kol­tem i ze spoj­rze­niem wbi­tym w jego zie­lone oczy. Wtedy mia­łam szansę na odro­binę za­in­te­re­so­wa­nia. Kie­dyś, la­tem 1992 roku, pod­czas jed­nej z mo­ich nie­prze­my­śla­nych pro­wo­ka­cji, prze­rwał grę, zdjął gi­tarę i przy­su­nął się gwał­tow­nie. Jego dłoń zna­la­zła się na mo­jej piersi. Za­sko­czona od­su­nę­łam tę rękę i za­miast ją ode­pchnąć, przy­cią­gnę­łam do ust i po­ca­ło­wa­łam de­li­kat­nie każdy pa­lec. Miał twardą, szorstką skórę. Przy­warł do mnie jesz­cze cia­śniej, otwo­rzył usta i od­dy­cha­jąc gło­śno, po­że­rał mnie wzro­kiem, więc nie prze­sta­wa­łam mu­skać opu­szek jego pal­ców. Aż do skutku. Nie by­łam do końca pewna, co się dzieje. Ob­ser­wo­wa­łam go po pro­stu, wal­cząc z na­pię­ciem, które we mnie ro­sło po raz pierw­szy. Nie po­ca­ło­wał mnie. Na­gle jęk­nął gło­śno, padł ciężko na pod­łogę obok i za­mknął oczy. Ucie­kłam więc prze­ra­żona i za­wsty­dzona. Dziś wspo­mi­nam tę chwilę z no­stal­gią.

Mam szes­na­ście dni. Szes­na­ście dni na uło­że­nie tego, co chcę mu po­wie­dzieć. Na przy­go­to­wa­nie się. Nie idzie mi. To nie­sa­mo­wi­cie trudne, bo tak na­prawdę nie mu­szę z nim roz­ma­wiać. Chcę, żeby tu po pro­stu był. Spę­dzić z nim czas, przy­tu­lić się, żeby po­czuć jego za­pach i ko­ści­ste ra­miona. Gdy od­wa­żymy się roz­ma­wiać, nie wia­domo, jak to się skoń­czy, więc może le­piej nie za­czy­nać? Nie chcę się kłó­cić. Chcę słu­chać. O nim, o tym, co robi i kim jest. Dla­czego nie gra. I dla­czego go tu nie ma. Przy­go­tuję mu łóżko w daw­nym po­koju Janka. To chyba naj­lep­szy wy­bór. Ja śpię u sie­bie. Je­śli trzeba bę­dzie, to się przy­wiążę do łóżka pa­sami, żeby cza­sem nie na­paść na niego w nocy. Po­ściel, którą zna­la­złam w sza­fie, jest zle­żała i cuch­nie, więc mu­szę znowu wy­brać się do mia­sta, żeby ku­pić nową. Nie przyjmę go prze­cież w ta­kich wa­run­kach. Jest waż­nym go­ściem. Wresz­cie ktoś tu bę­dzie. Na krótko, ale jed­nak. Lu­bię prze­by­wać sama, we wła­snym to­wa­rzy­stwie. Po­trze­buję swo­jej prze­strzeni i czasu, bar­dzo to ce­nię. Ale ni­gdy nie wi­dzia­łam sensu w ży­ciu w sa­mot­no­ści. Je­żeli nie masz z kim się dzie­lić, nie masz nic i nic też nie cie­szy.

Po cza­sach z Mar­ni­xem zo­stały mi dwie rze­czy: jego płyty i gra­na­towy ku­bek. Są też zdję­cia, ale nie trzy­mam ich przy so­bie. Scho­wa­łam je w kar­to­nie i za­mknę­łam głę­boko w sza­fie w moim wy­na­ję­tym no­wo­jor­skim miesz­ka­niu. Rzadko je wyj­muję i oglą­dam. Bar­dzo rzadko. W su­mie wcale. Nie czuję się go­towa na oglą­da­nie zdjęć. Może kie­dyś. Wszyst­kie inne rze­czy, które u mnie zo­sta­wił po roz­sta­niu: ubra­nia, no­tatki, płyty wi­ny­lowe i kom­pak­towe, od­da­łam lu­dziom. Jego na­gra­nia od­słu­chuję raz na ja­kiś czas i wtedy naj­czę­ściej włą­czam je parę razy pod rząd, cza­sem na­wet kilka dni w kółko. Po­tem ro­bię prze­rwę. Je­żeli cho­dzi o ku­bek, prze­cho­wuję go jak ja­kąś re­li­kwię, choć sama nie wiem, po co. Nie piję z niego, a po­win­nam. Ina­czej jest bez­u­ży­teczny. Zu­peł­nie jak mój za­ku­rzony ro­wer w piw­nicy. Mie­li­śmy ta­kie dwa iden­tyczne kubki, pre­zent od Mal­winy, i pi­li­śmy z nich rano kawę. Je­den zbi­łam kie­dyś przy wyj­mo­wa­niu ze zmy­warki i zo­stał mi tylko ten drugi. Wie­rzę, że to jego. Trzy­mam go w szafce na gór­nej półce.

8 - Po­pu­larny pro­gram dla dzieci i mło­dzieży nada­wany przez te­le­wi­zję fran­cu­ską w la­tach 1978-1988, na pro­gra­mie dru­gim: An­tenne 2.

9 - Fran­cu­ski ka­nał te­le­wi­zyjny.

7

Rok 1993 przy­niósł kon­ty­nu­ację na­szego kon­fliktu zbroj­nego. Mój brat bliź­niak był za­ko­chany po uszy. Pa­trzył na niego ma­śla­nymi oczami tak czę­sto i in­ten­syw­nie, że wpra­wiał mnie tym w za­kło­po­ta­nie. Już nie dało się tego ukryć. Przy­naj­mniej nie przede mną. Za dużo czasu z nimi spę­dza­łam i sama za bar­dzo sza­la­łam za Mar­ni­xem, żeby tego nie za­uwa­żyć. Te­raz by­łam za­zdro­sna o Ro­berta. Ro­bert był za­zdro­sny o mnie. Fran­cuz wy­da­wał się nie­zde­cy­do­wany. Chwi­lami mia­łam wra­że­nie, że woli męż­czyzn, kiedy in­dziej in­te­re­so­wał się mną. Ni­czym straż­nik pil­no­wa­łam więc każ­dej na­szej se­kundy. Wal­czy­łam o nią, nie da­wa­łam za wy­graną. Żeby tylko Ro­bert mi go nie za­brał, żeby go so­bie nie zjed­nał. Drża­łam ze stra­chu za każ­dym ra­zem, kiedy znaj­do­wa­łam ich ra­zem. A może było już za późno? Nie my­śla­łam, że o męż­czy­znę przyj­dzie mi wal­czyć z in­nym męż­czy­zną, w do­datku z bra­tem. Nie za­wsze gra­łam fair. Ale skoro mnie Mar­nix po­zwa­lał na­kle­jać pla­stry na po­ra­nione do krwi od gra­nia palce i wo­lał pa­trzeć na wgłę­bie­nie mo­jego de­koltu, to co mo­głam po­ra­dzić... To mnie czy­tał pierw­sze tek­sty swo­ich pio­se­nek, bo po­tra­fi­łam słu­chać bez kry­ty­ko­wa­nia. To ze mną dzie­lił się owo­cami, bo Ro­bert ich nie ja­dał. To ja, a nie on, mia­łam cier­pli­wość, żeby tłu­ma­czyć z nim tek­sty pio­se­nek Da­vida Bo­wiego, któ­rego uwiel­biał. I tylko mnie, a nie Ro­ber­towi, po­zwa­lał się cze­sać. Sta­łam się ry­walką Ro­berta. Chwi­lami ist­nia­łam wy­łącz­nie po to, żeby się od niego róż­nić, żeby z nim kon­ku­ro­wać i wy­gry­wać. Mój brat wy­sta­wił mi za to nie­zły ra­chu­nek. Za­pła­ci­łam wy­soką cenę. Ale o tym na­pi­szę póź­niej.

Przez cały dzień wy­pa­truję mo­jego są­siada, ale nie po­ja­wia się. Pew­nie od­sy­pia drogę po po­dróży. Wie­czo­rem wi­dzę świa­tło w jego kuchni, a po­tem na gó­rze. Ju­tro po­jadę do mia­steczka i ku­pię w końcu ża­rówkę. Wtedy do niego pójdę i się przy­wi­tam.

Na stry­chu domu Mal­winy znów za­gnieź­dziły się po­pie­lice. To ta­kie małe, szare, po­dobne do szczu­rów gry­zo­nie. Nie lu­bię ich spe­cjal­nie, ale z da­leka wy­glą­dają ład­nie. Nocą sły­szę tu­pot ich łap, kiedy bie­gają bez prze­rwy, gdy ja pró­buję za­snąć. Udało mi się zna­leźć ich wej­ście. Pod da­chem, za rynną jest wy­dłu­bana luka. Bie­gną po ga­łęzi drzewa i prze­ska­kują z niej na dach. Nad ra­nem za­wsze pisz­czą. Nie mam po­ję­cia, co z nimi zro­bić. Chyba je tam zo­sta­wię, niech so­bie żyją. To już ich te­ry­to­rium. Kie­dyś z po­wodu skwaru spa­li­śmy z Ro­ber­tem, Jan­kiem i Mar­ni­xem w ogro­dzie, pod go­łym nie­bem, w śpi­wo­rach. Nad ra­nem obu­dziły mnie pi­ski po­pie­lic i ze stra­chu wsko­czy­łam do śpi­wora Mar­nixa. Prze­bu­dził się na mo­ment, wziął mnie w ra­miona i za­snął od razu z po­wro­tem, przy­gnia­ta­jąc mnie nogą i ra­mie­niem. Ja już nie zmru­ży­łam oka.

Te­raz bu­dzę się nad ra­nem i za­nim jesz­cze otwo­rzę oczy, wiem, że jest wcze­śnie. Za wcze­śnie. Że jesz­cze mo­gła­bym spać, ale nic z tego nie bę­dzie. Wiem też, że cały dzień za­po­wiada się wła­śnie taki: nic z niego nie wy­cią­gnę. Znowu się nie wy­spa­łam. Znowu nie mam pla­nów, nie mam celu. Będę się szwen­dać cały czas po domu, w naj­lep­szym wy­padku pró­bo­wać czy­tać książkę. Jeść śmie­ciowe je­dze­nie, bo to zdrowe trzeba sa­memu przy­rzą­dzać, a na to nie mam siły. Jem na jed­no­ra­zo­wych pa­pie­ro­wych ta­ler­zach, bo nie chce mi się zmy­wać. Nie chce mi się na­wet umyć za­pry­ska­nych ścia­nek trzy­dzie­sto­let­niej mi­kro­fa­lówki, w któ­rej te śmieci od­grze­wam. Dawno temu wszystko za­schło tam na do­bre. Te­raz trzeba skro­bać, ale tego też mi się nie chce. Nie ma mowy. Nie mam siły. Na­wet na umy­cie się. Śmier­dzę pew­nie już na ki­lo­metr, ale się tym nie mar­twię, bo i tak nie ma mnie kto wą­chać. Mogę tak so­bie śmier­dzieć do ju­tra albo i dłu­żej. Ni­czego to nie zmieni. To bez róż­nicy.

Pa­trzę na od­bi­cie w lu­strze i nie mogę się roz­po­znać. Bije ze mnie ogromny smu­tek, obo­jęt­nie, z któ­rej strony zer­kam. Tak bar­dzo się po­sta­rza­łam. Brak snu. Pa­pie­rosy. Stres. Oty­łość i de­pre­sja. Wiem o tym bar­dzo do­brze, ale ja­koś nie mogę uwie­rzyć, że wła­śnie ja mam to wszystko wy­pi­sane na twa­rzy. I po­my­śleć, jaka by­łam modna w dzie­ciń­stwie. Ikona stylu! No­si­łam białe ka­pe­lu­sze z ko­ron­kami. Może gdy­bym zro­biła choć lekki ma­ki­jaż? Nie mam czym. Nie ma­luję się od dawna. Ża­den ko­rek­tor nie jest w sta­nie za­kryć cieni pod oczami, a szminka przy­wró­cić mi uśmie­chu. Pa­trzę więc w lu­stro, zbli­żam się do niego, bli­żej i bli­żej, i na­wet już nie chce mi się pła­kać. Nie mogę znieść tej smut­nej, zgorzk­nia­łej twa­rzy. To nie ja. Pró­buję zna­leźć na niej choć jedną ma­lutką część tam­tej mnie, tej sprzed lat, uśmiech­nię­tej, peł­nej ży­cia, cie­ka­wej. Szu­kam, ale nie znaj­duję. Nie ma. I wtedy za­uwa­żam, że włosy mam dłu­gie aż do bio­der.

Palę. Trzeci pa­pie­ros pod rząd i da­lej nie po­maga. Idę więc do kuchni, otwie­ram szu­fladę. Jest tam chyba wszystko oprócz no­życ. W końcu je znaj­duję. Ob­ci­nam włosy bez lu­stra, mie­rząc je ręką, która chwyta ko­lejne pa­sma i wy­sta­wia na ścię­cie. To przy­nosi ulgę, która trwa nie­spo­dzia­nie krótko. Nie pła­czę. Trzy­mam się. Trzy­mam. Mam wprawę, bo od lat cały dzień wstrzy­muję od­dech.

Staję na jego ganku i już mam pu­kać, ale ja­koś nie mogę pod­nieść ręki. Pa­trzę na okra­dzioną lampę. Wresz­cie biorę ta­ra­sowy fo­tel Mal­winy, żeby wkrę­cić szklaną bańkę i nie przy­zna­wać się do jej kra­dzieży przy pierw­szym spo­tka­niu z nie­zna­jo­mym. Stoję na chwie­ją­cym się krze­śle i ła­pię za klosz. Wtedy wi­dzę, że jest w nim nowa świe­tlówka. Na­gle ktoś otwiera drzwi. Nie mam czasu na ucieczkę.

- Tak? - pyta na dzień do­bry i od razu sły­szę, że to nie Fran­cuz.

- Cześć. Na­zy­wam się Pa­try­cja. Miesz­kam w domu obok.

- Ma­gnus He­il­bron. Miło mi. - Ma ame­ry­kań­ski ak­cent, my­ślę, chwie­jąc się nad nim. Ki­wam się. Na­gle krze­sło pode mną trza­ska i się ła­mie. Mało co nie upa­dam. W ostat­niej chwili mnie ła­pie. Po­daje mi dużą dłoń, że­bym sta­nęła pro­sto.

- Było stary. - Myli ro­dzaj fran­cu­skiego przy­miot­nika i pa­trzy na ster­czący ka­wa­łek zła­ma­nego drewna. Udaję, że się na­bie­ram na ten kom­ple­ment. Tak­tow­nie nie ogła­szamy praw­dzi­wej przy­czyny klę­ski krze­sła: mej nad­wagi.

- To było kie­dyś moje krze­sło. To zna­czy mo­jej ciotki... Nie­ważne - do­daję po chwili, wi­dząc, że nie bar­dzo ro­zu­mie, dla­czego o tym wspo­mi­nam. Sama nie do końca to ro­zu­miem. Moje, twoje, jego, na­sze, co za róż­nica? Skoro wła­śnie je po­ła­ma­łam.

- Ku­pię nowy - pro­po­nuje.

- Nie trzeba - mam­ro­czę nie­zdar­nie i daję mu pre­zent. - Po­ży­czy­łam od cie­bie... bo mi wy­sia­dła. Ta jest nowa. - Ob­ser­wuję go. Jest ogromny. Wy­soki, z sze­ro­kimi bar­kami, umię­śniony. Bie­rze ode mnie ża­rówkę i bez cie­nia uśmie­chu dzię­kuje, po czym cofa się do środka.

- Mi­łego dnia - do­daje i za­myka mi drzwi przed no­sem. Wrak krze­sła Mal­winy zo­staje na gan­ko­wej pod­ło­dze.

Wra­cam do sie­bie i stwier­dzam, że może jed­nak po­win­nam się umyć. Tyle że ła­zienka jest dla mnie nie­miła. Lata jej świet­no­ści dawno mi­nęły i błaga na klęcz­kach o re­mont. Jej prośby nie zo­staną jed­nak wy­słu­chane, bo nie mam fun­du­szy. Bi­det ciek­nie, więc go nie uży­wam. Ku­rek od cie­płej wody w umy­walce się nie do­kręca i ka­pie, a nad wanną zro­bił się grzyb. Przy­da­łaby się też nowa za­słonka, bo ta już wiele prze­szła. Wisi i cuch­nie. Zdej­muję ją i z obrzy­dze­niem wy­rzu­cam do śmieci. Wra­cam i pa­trzę na ten ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy. Nor­mal­nie tylko trupa w wan­nie bra­kuje, bo smród już jest. I jak tu się myć? To nie na moją głowę. Szcze­gól­nie nie dzi­siaj.

Mimo ry­wa­li­za­cji święta trójca biła re­kordy po­pu­lar­no­ści. Ba­wi­li­śmy się wy­śmie­ni­cie, za­cho­wu­jąc po­zory, uda­jąc, że pro­blem nie ist­nieje. Uwo­dzi­li­śmy się na­wza­jem. Cho­dzi­li­śmy na im­prezy, na me­cze i kon­certy. Dwa ty­go­dnie fe­rii we Fran­cji mi­jały za szybko i na samą myśl o roz­sta­niu chciało mi się pła­kać. Trzy dni przed pla­no­wa­nym po­wro­tem do Pol­ski we­szłam bez pu­ka­nia do po­koju w domu Fran­cuza. Za­sta­łam ich sie­dzą­cych je­den obok dru­giego, bli­sko, wła­ści­wie przy­kle­jo­nych do sie­bie na ma­te­racu z roz­wa­loną po­ścielą. To nie była przy­ja­ciel­ska bli­skość. To było coś wię­cej. Na mój wi­dok od­su­nęli się od sie­bie, a Ro­bert rzu­cił nie­za­do­wo­lony:

- Pu­kać cię nie na­uczyli? Spa­daj!

- Prze­pra­szam - wy­du­ka­łam, spe­szona, że na­ru­szy­łam ich pry­watną prze­strzeń. Mar­nix zro­bił zmie­szaną minę, na co mój brat od­parł, wzdy­cha­jąc:

- No do­bra. Sorry. Mo­żesz wejść.

Usia­dłam na­prze­ciwko nich. Od dwóch ty­go­dni Ro­bert, ni­czym wy­bra­niec króla, spał w domu Mar­nixa, w jego po­koju, na do­dat­ko­wym ma­te­racu, na ziemi, jakby dom Mal­winy był gdzieś da­leko. Prze­cież trzeba było przejść całe po­dwórko! Mar­nix przy­go­to­wy­wał mu jego miej­sce ni­czym świą­ty­nię. Po­ściel, ręcz­niki, półki w sza­fie, osobne miej­sce na biurku. Jakby spro­wa­dzał go tu na stałe. Wszystko było prze­my­ślane, za­pla­no­wane i przy­szy­ko­wane we­dług ści­słego planu. Za­sta­na­wia­łam się, czy spali ra­zem, bo po­ściel na łóżku Fran­cuza była nie­ska­zi­tel­nie gładka i czy­sta, tak jak w pierw­szy dzień po na­szym przy­jeź­dzie. Spoj­rza­łam na nich z prze­ra­że­niem.

- Nowa pio­senka - rzu­cił mój brat.

- Słu­chaj - do­dał Mar­nix. Za­mar­łam. Spo­dzie­wa­łam się wszyst­kiego.

Me­lo­dia była spo­kojna, a tekst mó­wił o trud­nej mi­ło­ści. Wie­dzia­łam, o kim śpie­wał. Kiedy skoń­czył, wy­szłam bez słowa, bo było mi wstyd, że pła­czę. Ni­gdy. Żad­nej. Pio­senki. Dla. Mnie. Wszyst­kie dla niego, my­śla­łam wtedy. Nie ro­zu­mia­łam ni­czego. A może oni... Nie. Wie­dzia­ła­bym prze­cież. Czu­ła­bym. Nie. Na pewno nie. No bo jak? Nie i ko­niec. Ogar­nęła mnie wielka mło­dzień­cza czarna roz­pacz, któ­rej nie umia­łam na­wet ukryć. Wi­dział to. Obaj to wi­dzieli, ale ża­den na­wet nie drgnął.

Pa­mię­tam mu­zykę. Ona za­wsze roz­brzmie­wała gdzieś obok. Mu­zyka była i jest, na­wet te­raz, kiedy żeby to wszystko wy­trzy­mać, udaję, że jej nie ma. Ona za­wsze bę­dzie. Jest wieczna.

Dziś włą­czam jed­nak fran­cu­skie ra­dio. Nie my­śla­łam, że to jesz­cze kie­dyś zro­bię, ale od­wa­ży­łam się. Roz­gło­śnia No­stal­gia na­daje stare prze­boje. Drżę, mam lo­do­wate ręce, cze­kam na tę me­lo­dię. Na pio­senkę, którą wy­gry­wały wszyst­kie sta­cje ra­diowe i która jest o mnie. Tak. O mnie. Jego naj­więk­szy prze­bój: Go­dziny ci­szy, w któ­rym za­mknął mnie na za­wsze i w któ­rym mnie chce. Cze­kam na pio­senkę, która jest cu­dem. Tak jak my by­li­śmy cu­dem. Na szczę­ście już jej nie grają i nie mu­szę spraw­dzać, czy wy­trzy­mam. Wy­łą­czam ra­dio. Wy­star­czy na dzi­siaj. Chcę ci­szy, któ­rej tak na­prawdę ni­gdy tu nie ma i do któ­rej je­stem te­raz przy­zwy­cza­jona. Wy­da­wało mi się, że jej po­trze­buję, a ona tak bar­dzo mnie zmy­liła. Jed­nak las jest gło­śny. Zwie­rzęta, owady, lu­dzie. Cią­gle coś. Cza­sami sły­chać od­głosy sa­mo­cho­dów z drogi. Kie­dyś było tu sły­chać jego mu­zykę i nasz śmiech.

Ode­gra­łam się na Ro­ber­cie do­syć szybko. Albo to on się na nim ode­grał. Za­sta­na­wia­łam się, czy ist­niała jesz­cze święta trójca, czy na­ro­dził się już święty trój­kąt. Ba­łam się o tym roz­ma­wiać, więc z Mar­ni­xem mó­wi­li­śmy o mu­zyce. On mó­wił. Jak bar­dzo chciałby żyć ze swo­jej pa­sji, grać kon­certy, być gwiazdą. Miał ten błysk w oku. Po­my­śla­łam, że pa­so­wałby do sceny i wy­obra­ża­łam go so­bie na pie­de­stale z gi­tarą w ręku i tłu­mem roz­go­rącz­ko­wa­nych, pisz­czą­cych na­sto­la­tek u stóp. Z jego ta­len­tem i urodą był po pro­stu ska­zany na suk­ces. Ści­snę­łam mocno jego dłoń i po­wie­dzia­łam: - Spełni się. Zo­ba­czysz. Je­stem tego pewna.

Od­wa­ży­łam się, bo chcia­łam, żeby wie­dział, że w niego wie­rzę. Wtedy przy­cią­gnął mnie do sie­bie, po­ca­ło­wał mocno i bez za­po­wie­dzi. Chyba długo, bo za­bra­kło mi po­wie­trza. Po­dobno usta dziew­czyny są naj­bar­dziej czer­wone przed pierw­szym po­ca­łun­kiem. Po­tem bledną już na za­wsze, bez­pow­rot­nie tracą ten je­den ton swej pier­wot­nej barwy. Moje ni­czego nie stra­ciły. Moje za­ostrzyły się pur­purą i sta­nęły w ogniu pod jego na­po­rem. Nogi się pode mną ugięły, ale chcia­łam jesz­cze. Mie­li­śmy po pięt­na­ście lat.

To dziwne, że czło­wiek my­ślący nie za­sta­na­wia się nad nie­któ­rymi waż­nymi rze­czami. Na­wet ktoś taki jak ja, spę­dza­jący wiele czasu na roz­my­śla­niu, nie ogar­nia pew­nych te­ma­tów za­wczasu. Nie prze­my­śli na spo­koj­nie, kiedy jesz­cze może i nie musi się spie­szyć. Nie przy­go­tuje się wcze­śniej, żeby po­tem nie być za­sko­czo­nym i nie roz­kła­dać rąk w nie­mocy. Prze­by­wa­jąc w domu mo­jej ciotki, ukła­da­jąc na­czy­nia w ku­chen­nych szaf­kach, ni­gdy nie po­my­śla­łam, że kie­dyś będę je wy­cią­gać i za­sta­na­wiać się, co z nimi zro­bić. Że będę od­krę­cać sło­iczki jej kre­mów, żeby zo­ba­czyć, ile ich w środku zo­stało. Od­dać je ko­muś? Zu­żyć do końca? Wy­rzu­cić? Co z ubra­niami w sza­fie? Co z nie­do­koń­czoną książką pod po­duszką? Per­fu­mami w ła­zience? No­te­sem z nu­me­rami te­le­fo­nów i jej ulu­bio­nym grze­bie­niem do wło­sów? Co z ga­me­boyem wci­śnię­tym w głąb szafki na buty, za któ­rego Ro­bert w wieku dwu­na­stu lat go­towy był od­dać ży­cie i któ­rego Mar­nix po­da­ro­wał mu wspa­nia­ło­myśl­nie na ko­niec lata 1993 roku? Co zro­bić z rze­czami bli­skich, bar­dzo bli­skich, któ­rzy na­gle ode­szli? Któ­rych z dnia na dzień nie ma, ale któ­rzy zo­sta­wili po so­bie tyle rze­czy. A prze­cież gdyby czło­wiek za­sta­no­wił się nad tym wcze­śniej, bez emo­cji, toby pew­nie wie­dział. Ale nie. Tak się nie da, bo śmierci bli­skich się nie ak­cep­tuje. Obo­jęt­nie, czy jest to śmierć tra­giczna, na­gła, czy ta spo­dzie­wana, wy­zwa­la­jąca nie­rzadko z cier­pie­nia. Śmierci bli­skich się nie ogar­nia, na­wet je­żeli się ją zro­zu­mie.

Po Mal­wi­nie zo­stało wiele rze­czy. Mię­dzy in­nymi za­stawa por­ce­la­nowa zdo­biona w drobne kwiaty, wci­śnięta w głąb kre­den­so­wej szafki. Ciotka po­zwa­lała uży­wać jej tylko pod­czas spe­cjal­nych oka­zji. Wy­cią­gam je­den z ta­le­rzy i ob­ra­cam go w dło­niach. Za­my­kam oczy, prze­jeż­dżam po nim pal­cami. Na­wet po la­tach gład­kość jego po­wierzchni jest nie­na­ru­szona, a ob­łość wciąż ide­alna. Naj­wy­raź­niej w tym domu nie było wielu uro­czy­stych chwil, choć nie tak to wspo­mi­nam. Zo­sta­wiam ta­lerz na stole. Sta­rej kuchni nie za­szko­dzi odro­bina piękna. Może na­wet za­chęci mnie do je­dze­nia?

Gou­r­don: małe, uro­cze mia­steczko pełne tu­ry­stów w le­cie oraz pu­ste i chłodne w zi­mie. Z pięk­nym wi­do­kiem na wy­brzeże, z zam­kiem i z re­stau­ra­cją Orle Gniazdo10, na którą w dzie­ciń­stwie ni­gdy nie było nas stać i gdzie po la­tach je­dli­śmy za każ­dym ra­zem, kiedy od­wie­dza­li­śmy jego ro­dzi­ców i Mal­winę. Mia­sto kwia­tów, tych z pól i z por­ce­la­no­wych ta­le­rzy, oraz per­fum, które na­wet po la­tach nie wie­trzeją. Mie­ścina jak wiele in­nych, gdzie wszy­scy się znają, gdzie każdy żyje albo z ba­dyli, albo z tu­ry­stów. Cza­sem z jed­nych i dru­gich. Gou­r­don: całe dwa­dzie­ścia dwa ki­lo­me­try kwa­dra­towe, cho­lerna dziura, w któ­rej la­tem umie­rasz z go­rąca i gdzie nic się nie dzieje wie­czo­rami. Piec oto­czony skar­pami, do któ­rego do­jeż­dżasz po­za­wi­janą ni­czym ser­pen­tyny drogą. Ile razy oj­ciec mu­siał się za­trzy­my­wać na po­bo­czu, bo któ­reś z nas wy­mio­to­wało od tych prze­klę­tych za­krę­tów! Ile razy Ro­bert i ja wal­czy­li­śmy z mdło­ściami tylko po to, żeby się nie za­trzy­my­wał, aby być szyb­ciej u boku Fran­cuza! Ile razy li­czy­łam dni do chwili przy­jazdu?! Tyle, ile prze­kli­na­łam to miej­sce. Znam tu każdy ka­mień i każde drzewo. Każdą uliczkę. W dro­dze przez mo­ment ma­rzy­łam o tym, że pod­jadę i zo­ba­czę go, jak sie­dzi na scho­dach swego domu i wy­cze­kuje mnie, brzdą­ka­jąc na gi­ta­rze. Mia­łam ten wi­dok przed oczami. Do­słow­nie pra­wie go tam wi­dzia­łam. Ale nie. Nie cze­kał jed­nak, a okien­nice były po­za­my­kane.

10 - Eks­klu­zywna re­stau­ra­cja, dziś już nie­czynna.

8

Ma­gnus słusz­nie zo­stał na­zwany wiel­kim. Jest duży. Po­tężny. Jak za­wod­nicy rugby. Na oko ma dwa me­try wzro­stu, a do tego kwa­dra­towe ra­miona i ma­tową cerę. Ob­ser­wuję go dziś od rana z ogrodu. Palę. Wy­sy­łam mu znaki dymne, ale nie re­aguje. Kiedy mnie za­uważa, wita się z da­leka ru­chem dłoni, jed­nak nie pod­cho­dzi, żeby po­roz­ma­wiać. Od­lu­dek spo­tkał od­ludka. A może mój za­pach do­padł go na od­le­głość i boi się po­dejść bli­żej. W su­mie to do­brze. Nie mu­simy się przy­jaź­nić. Cie­kawe, czy Mar­nix go zna. Leżę na le­żaku, śmier­dzę i udaję, że czy­tam. Pa­trzę, jak sa­dzi coś w ogro­dzie. Mimo upału ma na so­bie je­ansy i T-shirt. Przed słoń­cem chroni go tylko cza­peczka z dasz­kiem. Co chwilę zdej­muje ją i ociera pot z czoła, ale nie pije. Ugo­tuje się. Ja po­pi­jam ró­żowe z lo­dem.

Naj­gor­sze jest, kiedy do ni­czego nie dą­żysz, kiedy nie masz celu. Gdy rano nie wiesz, po co tak na­prawdę miał­byś wstać z łóżka. Je­stem gruba, bo nie po­tra­fię po­ra­dzić so­bie z emo­cjami. Je­stem gruba przez to, że mnie zo­sta­wił. Je­stem gruba, bo cią­gle leżę. Je­dyna ak­tyw­ność, jaką upra­wiam w nad­mia­rze, to roz­my­śla­nie. Ale od tego nie chudnę nie­stety wcale.

Na Boże Na­ro­dze­nie 1993 roku Mar­nix przy­je­chał do nas ra­zem z moją ciotką i wuj­kiem, by spę­dzić pierw­sze święta bez ro­dzi­ców poza do­mem. Karp, któ­rego uznał za rybę ozdobną par­ko­wych oczek wod­nych, ka­pu­sta roz­sa­dza­jąca mu żo­łą­dek i mak, który chciał pa­lić. To mógł jeść. Szybko więc skoń­czyło się na jabł­kach. Pierw­szy czło­wiek, który schudł pod­czas pol­skich świąt. Wtedy też po raz pierw­szy Mar­nix upił się wódką. Do nie­przy­tom­no­ści. Sta­li­śmy z flaszką na po­dwórku przed blo­kiem. Było już ciemno, ale tak mocno pró­szył śnieg, że zro­biło się pra­wie ja­sno.

- Ty, ale nie mamy po­pitki! - słusz­nie za­uwa­żył Ro­bert.

- Ej, nie wi­dzisz tego bia­łego mo­krego pu­chu do­okoła?! - za­wo­łał Fran­cuz. Śnieg ni­gdy nie sma­ko­wał tak do­sko­nale.

Brat niósł ża­bo­jada na ple­cach do domu i spa­li­śmy po­tem we trójkę w jego łóżku. Co­dzien­nie cho­dzi­łam z nim po Le­gnicy dumna jak paw. Cho­wa­li­śmy się przed Ro­ber­tem. A ten cho­wał się z nim przed wszyst­kimi. Mar­nix da­wał się wcią­gnąć w tę grę, która do­pro­wa­dzała mnie do szału. W mo­jej gło­wie pa­no­wał cał­ko­wity roz­strój my­śli. Czego on tak na­prawdę chciał? A ści­ślej: kogo?

Za­bra­łam go na kon­cert Heya do klubu w parku. Mało z niego pa­mię­tam. Przez bitą go­dzinę jego usta nie od­ry­wały się od mo­ich. Po kon­cer­cie po­szli­śmy do piz­ze­rii, gdzie Mar­nix znowu nie mógł ni­czego zjeść i gdzie w kuchni udało nam się dla niego wy­pro­sić puszkę zie­lo­nych oli­wek.

- Nie chcę, że­byś wy­jeż­dżał.

- Ja też nie.

- Sześć mie­sięcy to za długo.

Tak na­prawdę myśl o roz­łące nie była je­dyną, która mnie nur­to­wała. Te­raz za­sta­na­wia­łam się, co na to po­wie Ro­bert. Co bę­dzie, jak się do­wie, że Mar­nix i ja...? No wła­śnie, co? Tak bar­dzo chcia­łam to zde­fi­nio­wać. Chcia­łam za­zna­czyć te­ren. Co bę­dzie, jak się do­wie o na­szych po­ca­łun­kach? Prze­sta­nie go ko­chać? Da nam spo­kój? Od­pu­ści? Wie­dzia­łam, że tak nie bę­dzie. Jed­nak łu­dzi­łam się, za­ci­ska­jąc dło­nie w pię­ści pod sto­łem i pa­trząc mu w zie­lone oczy. Chcia­łam też wie­rzyć, że Mar­nix tego wie­czoru wy­brał mnie. Ale bra­ko­wało mi od­wagi, żeby go o to za­py­tać. Nie umia­łam po­ru­szyć te­matu ho­mo­sek­su­ali­zmu mo­jego brata, jak i tego, jaki ro­dzaj związku ich łą­czył. To było tabu.

- Wy­my­ślimy coś - po­wie­dział i wie­dzia­łam, że nim wy­po­wie­dział te słowa, po­mysł już się zro­dził. Głup­ko­waty, ale jakże sku­teczny. Za­trzy­mał go u nas na na­stępny ty­dzień. Za­de­cy­do­wał, że roz­cho­ruje się na za­wo­ła­nie. Z osłu­pie­niem pa­trzy­łam więc, jak pierw­szy raz w ży­ciu je pizzę. Na po­czątku nic się nie działo. Mó­wił, że mu sma­kuje. Ale po­tem mia­łam wra­że­nie, że wła­śnie zjadł ki­lo­gram mu­cho­mo­rów. Słabł z mi­nuty na mi­nutę. Prze­stał się od­zy­wać i miał sku­piony wy­raz twa­rzy. W pew­nym mo­men­cie po­ło­żył głowę na bla­cie stołu i le­żał tak kilka mi­nut. Wpa­try­wa­łam się w niego. Nie wie­rzy­łam wła­snym oczom. Czy jest w ogóle szansa, że to prze­żyje? Zbladł w re­kor­do­wym tem­pie. Wy­rwa­łam mu z ręki ostatni ka­wa­łek je­dze­nia. Chcia­łam go ra­to­wać. Naj­le­piej me­todą usta-usta. Ale nie dało się, bo spły­nął z krze­sła. Ni­czym ma­rio­netka po­zba­wiona ko­ści osu­nął się na pod­łogę. Jak mo­głam po­zwo­lić mu zjeść pół pizzy?

- Spo­koj­nie. Wiem, co ro­bię - wy­ce­dził gło­sem umie­ra­ją­cego, le­żąc pod sto­łem. Nie wie­dział. Ro­bił to pierw­szy raz i nie mógł prze­wi­dzieć, jak się skoń­czy. Ogar­nęła mnie pa­nika. Był już si­no­prze­zro­czy­sty i wy­glą­dał, jakby za­raz miał się udu­sić. Od­dy­chał ciężko: może z prze­ję­cia, może z osła­bie­nia. W końcu rzu­ci­łam się do baru i zro­bi­łam za­mie­sza­nie. Ktoś za­dzwo­nił po po­go­to­wie. Spę­dził dwa dni w szpi­talu, a resztę w na­szym domu, gra­jąc na gi­ta­rze na moim łóżku. Ale za­miast z tego ko­rzy­stać, nie od­zy­wa­łam się. Nie mo­głam mu wy­ba­czyć, że tak za­ry­zy­ko­wał.

Po­tem było pra­wie sześć mie­sięcy roz­łąki i sama nie wiem, kto naj­bar­dziej cier­piał z jej po­wodu: Mar­nix, ja czy mój brat. Ro­bert cho­dził przy­bity. Uda­wa­łam, że tego nie wi­dzę. Nasz kon­takt z Fran­cu­zem był spo­ra­dyczny. Nie umie­li­śmy roz­ma­wiać przez te­le­fon, zwłasz­cza ja, pa­mię­ta­jąc o za­bój­czej pizzy i za­wsze ma­jąc ko­goś przy so­bie. On chyba też nie. Raz po­wie­dział, że bar­dzo za mną tę­skni i nie może się już do­cze­kać na­szego spo­tka­nia. Serce wy­sko­czyło mi wtedy z piersi i sta­łam z sze­ro­kim uśmie­chem, nie od­po­wia­da­jąc, aż po chwili ci­szy spe­szony po­pro­sił, że­bym przy­wo­łała do te­le­fonu Ro­berta. Roz­łą­czy­łam się, uda­jąc, że po­łą­cze­nie prze­rwano.

Trzy ty­go­dnie przed ostat­nim ro­dzin­nym wy­jaz­dem do Fran­cji na­pię­cie jak zwy­kle się­gało u nas ze­nitu. Eks­cy­ta­cja roz­sa­dzała mnie od we­wnątrz, a Ro­bert do­pro­wa­dzał do szału. Ubz­du­rał coś so­bie. Przy­własz­czał go w każ­dej roz­mo­wie. Mar­nix po­wie­dział mu to, obie­cał mu tamto. Umó­wili się, że zro­bią to i to, że pójdą tu i tam. Jego Mar­nix. Po­wie­dział to kie­dyś przy wszyst­kich! Naj­pierw my­śla­łam, że się ośmie­lił, ale dziś wiem, że mu się wy­rwało. Mama ukła­dała zdję­cia w al­bu­mie. Przy jed­nym z nich za­wo­łała, uśmie­cha­jąc się i ma­cha­jąc starą fo­to­gra­fią przed na­szymi oczami: - O! A tu Pa­try­cja i jej Mar­nix, zo­bacz­cie jacy słodcy ra­zem!

- Mój Mar­nix, a nie jej - chlap­nął niby do sie­bie, ale usły­sza­łam to. I je­dy­nie ja to za­uwa­ży­łam. Wy­star­czyło, żeby moje serce sta­nęło na bacz­ność i że­bym pod­nio­sła gardę. Zro­zu­mia­łam, że będę mu­siała wal­czyć z ca­łych sił o Mar­nixa. By­łam go­towa.

Na za­wsze, na za­wsze. Na za­wsze nie ist­nieje. Na za­wsze, skoro dłu­żej się nie da. Bo za­wsze jest je­dy­nie śmierć. A śmierć jest smutna i te wa­ka­cje były dra­ma­tyczne. Dzi­siaj my­ślę, że w pew­nym sen­sie spo­dzie­wa­łam się tego. Prze­cież było to do prze­wi­dze­nia. Ale wtedy nie zda­wa­łam so­bie sprawy z po­wagi sy­tu­acji. Za­częło się do­brze i na po­czątku nic nie wska­zy­wało na to, że bę­dzie to rok tra­ge­dii.

Tego lata więk­szość czasu spę­dzi­li­śmy przy jego mu­zyce. Miał ta­lent, ale też dużo ćwi­czył. Za­czął mó­wić o stu­diach mu­zycz­nych. Wie­dział już, że chce grać. Zdzi­wiła mnie ta pew­ność wy­boru, bo ja nie mia­łam po­ję­cia, co jest moim po­wo­ła­niem. No może oprócz wsłu­chi­wa­nia się w jego pio­senki. Na­pi­sał ich kil­ka­na­ście i grał je w kółko, cią­gle coś zmie­nia­jąc, ulep­sza­jąc, py­ta­jąc, czy mi się po­doba. Jego spek­takl z gi­tarą był bar­dzo sku­teczny. Dzia­łał na wszyst­kich jak ma­gnes. Czy wy­ko­nał swój ta­niec go­dowy, żeby mnie zdo­być? Nie mu­siał. By­łam już jego. Był też Ro­bert. On też chciał słu­chać, naj­le­piej beze mnie, i on też, nie­stety, był już jego.

Gdy kładę się spać, ma­rzę, żeby za­snąć od razu. Ni­gdy się nie udaje, bo wiem, że obu­dzę się bez niego. Wolę więc nie za­sy­piać wcale. Naj­czę­ściej nad ra­nem pa­dam z wy­cień­cze­nia i bu­dzę się przed po­łu­dniem, za­wie­dziona, a uczu­cie nie­pew­no­ści, kiedy go jesz­cze szu­kam obok sie­bie, znika pra­wie mo­men­tal­nie. I po­my­śleć, że parę lat temu utrzy­my­wało się przez bło­gie kilka se­kund. Tę­sk­nię na­wet za tymi chwi­lami. Dziś obu­dzi­łam się wy­spana. Spa­łam do­brze pierw­szy raz od po­wrotu do Gou­r­don. Może dla­tego, że mia­łam piękny sen, co tak rzadko mi się zda­rza. Naj­lep­szych mo­men­tów w moim ży­ciu było kilka. Je­den z nich to ten, który jest dla mnie kwin­te­sen­cją szczę­ścia i bez­tro­ski, kiedy ra­zem z Mar­ni­xem na ta­ra­sie pi­jemy kawę z gra­na­to­wych kub­ków o szó­stej rano, za­nim jesz­cze wzej­dzie słońce. Wiemy, że mamy przed sobą kilka wspól­nych, wol­nych ty­go­dni. Przy­tu­leni do sie­bie, ko­rzy­stamy z chłodu po­ranka, bo dzień bę­dzie upalny. Nie spa­li­śmy całą noc, za­jęci mu­zyką, książ­kami i mi­ło­ścią. A czas wy­daje się nie­istotny. Dziś w nocy śni­łam, że sie­dzimy na tym ta­ra­sie. Wstaję więc i idę za­pa­rzyć kawę. Jesz­cze dwa­na­ście dni do jego przy­jazdu.

Cza­sami boję się tego mo­mentu, kiedy w ciem­nym po­koju ostat­kiem sił trzeba bę­dzie zła­pać za te­le­fon. Do kogo za­dzwo­nię? Czyj nu­mer wtedy wy­kręcę? Jego?

Mój są­siad znik­nął. Nie wi­dzia­łam go od rana. Sa­mo­chodu też nie ma. Może znowu wy­je­chał. Okien­nice zo­sta­wił otwarte. Nie na­uczył się jesz­cze, że w ten spo­sób ni­gdy nie schło­dzi domu. Musi być tam go­rąco jak w pie­kle.

9

Wspo­mi­na­jąc tamte czasy, wiem, że nie mia­łam wy­boru. Mar­nix wy­peł­niał mój wszech­świat. I może to le­piej, bo wy­bory by­wają trudne, a każda de­cy­zja ma kon­se­kwen­cje. Tu­taj przy­naj­mniej wszystko było ja­sne. Działo się i tyle. Jakby bez mo­jego ak­tyw­nego udziału. Od­gry­wa­li­śmy wy­zna­czone nam role, tekst wy­ku­li­śmy na pa­mięć, było spo­koj­nie i bez­piecz­nie. Mo­głoby się wy­da­wać, że tak za­pi­sano w gwiaz­dach. Do czasu oczy­wi­ście. Ale kto mógł wtedy prze­wi­dzieć, że na­gle wszystko się skoń­czy? By­li­śmy mło­dzi i nie­śmier­telni. Nie my­śla­łam, że wszy­scy i wszystko ma kie­dyś swój ko­niec.

To się stało w 1994 roku w go­rące sierp­niowe po­po­łu­dnie. Tego dnia Ro­bert na­krył mnie z Mar­ni­xem w kwia­to­wej sa­motni, Pach­ną­cym Źró­dle, jego usta na mo­ich, ba­daw­czo oka­la­jące i po­zba­wia­jące mnie od­de­chu. Tyle mu wy­star­czyło. Tyle prze­wa­żyło. Je­den go­rący mło­dzień­czy po­ca­łu­nek. Chwila nie­win­nej na­mięt­no­ści.

Za­uwa­ży­łam go: stał i się nam przy­glą­dał. Na­gle prze­su­nął twarz do słońca i wtedy coś za­błysz­czało mu na po­licz­kach. Beksa, po­my­śla­łam, i jesz­cze cia­śniej ob­ję­łam Fran­cuza, żeby nie miał wąt­pli­wo­ści. Żeby wi­dział. Po­sta­wi­łam na swoim. Wy­gra­łam. Sa­mo­lubna, okropna ja. Tego wła­śnie wtedy chcia­łam. Trium­fo­wa­łam.

Na­ro­bił ha­łasu, że­by­śmy wie­dzieli, że nas wi­dzi, po czym uciekł bez słowa. Nie po­bie­głam za nim. Nie wiem dla­czego. Tego dnia Mar­nix Lan­teri wy­brał mnie i on też za nim nie po­biegł. Oboje pu­ści­li­śmy go wolno.

Do­piero wie­czo­rem, kiedy wró­ci­li­śmy z ro­dzi­cami z targu w Grasse i kiedy oka­zało się, że nikt go nie wi­dział od kilku go­dzin, coś mnie tknęło. Szu­ka­łam go na dole, aż wresz­cie po­szłam na górę, pro­sto do po­koju. Nie za­mknął drzwi. Zo­sta­wił je otwarte na oścież, za­pra­sza­jąc wszyst­kich od razu, od wej­ścia, na swój wielki spek­takl. Już z ostat­nich dwóch schod­ków było wi­dać. Na­bra­łam po­wie­trza i za­trzy­ma­łam je w klatce pier­sio­wej, tak jak on za­blo­ko­wał swój od­dech na za­wsze. Czarny, skó­rzany pa­sek był cia­sno za­ci­śnięty wo­kół szyi. Ro­bert zwi­sał nie­ru­chomo z belki przy su­fi­cie. Nie dyn­dał jak w fil­mach ani nie był siny, ra­czej spo­cony z za­mknię­tymi oczami. Chyba nie umiera się ła­two. Za­mar­łam i pa­trzy­łam na sa­mo­bójcę z bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Kie­dyś by­łam z nim w jed­nym brzu­chu, ale te­raz ba­łam się po­dejść.

Nie wiem, ile czasu tak sta­łam. Do mo­mentu, kiedy ką­tem oka za­uwa­ży­łam mały ruch. Mi­ni­malne po­ru­sze­nie. Za­drża­łam, wpa­tru­jąc się w tamtą stronę. To jego dłoń się po­ru­szyła! Pur­pu­rowe palce roz­warły się i upu­ściły zgnie­ciony ka­wa­łek pa­pieru. Po­de­szłam i do­tknę­łam go. Był jesz­cze letni. Pod­nio­słam oczy. Tro­chę zbladł jed­nak. Może żył jesz­cze? Nie. Po se­kun­dzie jed­nak spu­ści­łam wzrok, który te­raz za­trzy­mał się na skrawku zgnie­cio­nej w kulkę kartki. Wzię­łam ją do ręki i nie otwie­ra­jąc, scho­wa­łam na sa­mym dnie kie­szeni mo­jej spód­nicy. Po­tem usły­sza­łam dźwięk drzwi na dole.

Kiedy ze­szłam, wszy­scy krzą­tali się jesz­cze z tor­bami w przed­po­koju.

Chcia­łam im po­wie­dzieć, wo­łać na po­moc, ale głos utknął gdzieś mię­dzy tcha­wicą a krta­nią. Sta­nę­łam więc przed scho­dami i pod­nio­słam prawą dłoń z wy­cią­gnię­tym pal­cem, po­ka­zu­jąc pię­tro. Mama spoj­rzała na mnie i wi­dząc moją bla­dość, za­py­tała wy­stra­szona: - Co się dzieje?

Nie od­po­wie­dzia­łam, po­ru­szy­łam le­d­wie dło­nią i po­now­nie wska­za­łam na górę. Sły­sza­łam jej kroki na scho­dach, jak dud­niły gło­śno. Po­tem zo­ba­czy­łam Jana. Szturch­nął mnie ra­mie­niem i zro­bił głu­pią minę, wspi­na­jąc się za­ma­szy­stymi su­sami po trzy stop­nie, jak to miał w zwy­czaju. Po­tem był już tylko krzyk, płacz i nie­koń­cząca się roz­pacz.

Nie ura­to­wa­li­śmy go. Ani my, ani sa­ni­ta­riusz z ka­retki. Nie ura­to­wa­łam go ja, która go zna­la­złam. Na­wet nie pró­bo­wa­łam. Ro­bert od­szedł na za­wsze. Tak zu­peł­nie nie­od­wra­cal­nie, w co trudno było mi uwie­rzyć. Był od sa­mego po­czątku, a na­wet wcze­śniej, i na­gle go nie ma. Miał być za­wsze, a go nie ma. Po­gu­bi­łam się w tym. Jak to, że go nie ma? Jak to, że to ta­kie osta­teczne i ko­niec?

Za to po­li­cja była wszę­dzie. Był młody le­karz są­dowy, który po­bie­rał mu od­ci­ski z gra­na­to­wo­czar­nych pal­ców. Sły­sza­łam, jak ta­śma kle­jąca od­le­piała się od jego skóry. Za­ło­żył mu pla­sti­kowe to­rebki na dło­nie i zwią­zał przy nad­garst­kach. Na­stęp­nie za­brał się do oglę­dzin głowy, ale wtedy mama ka­zała mi wyjść. Za­bro­niono nam wcho­dzić do jego po­koju. Oj­ciec Yan­nika, Bru­non Le­grand, przy­cho­dził do nas trzy razy dzien­nie. Ro­dzice jeź­dzili na ko­mendę. Ścią­gnięto tłu­ma­cza przy­się­głego z Ni­cei. Na jego ciele zna­le­ziono kilka stłu­czeń. Wszy­scy więc zo­sta­li­śmy prze­słu­chani. Nie­któ­rzy wie­lo­krot­nie. Ja dwa razy. Chcia­ła­bym za­po­mnieć te ich py­ta­nia, ale ja­koś cią­gle je pa­mię­tam. Czy mó­wił o sa­mo­bój­stwie? Czy ko­goś się bał? Czy nie chciało mu się żyć? Czy był smutny? Dziwny? Ma­ło­mówny? Czy zro­bił coś głu­piego? Tak, bar­dzo głu­piego. W wieku szes­na­stu lat po­wie­sił się na pa­sku od spodni fa­ceta, w któ­rym się ko­chał. Tak, był ge­jem i bał się o tym otwar­cie mó­wić. Tak, wszy­scy wie­dzieli, ale każdy uda­wał, że nie wie. Tak, miał nas wszyst­kich do­syć. Wsty­dził się. Jak każdy chło­pak w tym wieku, on też miał si­niaki, skoki hu­moru i głup­ko­wate po­my­sły. Był smutny i to też dla ni­kogo żadna no­wość. Ale też wście­kły i na­bu­zo­wany, bo jego wy­bra­niec ca­ło­wał się ze mną. Bo to mnie ko­cha, a nie jego. Ka­zali mi to po­wtó­rzyć. A po­tem raz jesz­cze. To im wy­krzy­cza­łam, w dwóch ję­zy­kach, żeby do­brze sły­szeli. Żeby nie było wąt­pli­wo­ści, kto jest wszyst­kiemu wi­nien.

I po­tem dali mi spo­kój. Po­tem był ko­niec. Bo na­gle coś, do czego cała ro­dzina nie chciała się przy­znać, było dla wszyst­kich tak ja­sne i oczy­wi­ste, że obe­szło się bez dal­szego do­cho­dze­nia. Na­wet bez ro­dzin­nej roz­mowy. Po­grze­ba­li­śmy wszyst­kie wy­ja­śnie­nia mie­dzy sobą, ra­zem z trumną Ro­berta, jak na wzor­cową ro­dzinę przy­stało. Po ci­chu, za ob­łudną kur­tyną smutku i wstydu. Po ośmiu nie­koń­czą­cych się dniach prze­słu­chań mo­gli­śmy go wresz­cie po­cho­wać.

Ro­dzice za­de­cy­do­wali, że zro­bią to tu, na miej­scu, we Fran­cji. Za­ła­twia­nie wszyst­kich po­zwo­leń, żeby prze­wieźć jego zwłoki do Pol­ski... Nikt nie miał na to siły. Tak przy­naj­mniej to wtedy ro­zu­mia­łam. Kwiaty w ogro­dzie Mal­winy zwię­dły nie­spo­dzie­wa­nie je­den po dru­gim i je­dy­nie słońce nie zmie­niło swego sta­łego rytmu. Da­lej wsta­wało rano i kła­dło się spać póź­nym wie­czo­rem. Przez ten czas nie wy­cho­dzi­łam z po­koju i oprócz po­li­cji pra­wie ni­kogo nie wi­dzia­łam, choć dom po­woli wy­peł­niał się ro­dziną z Pol­ski. Za­sta­na­wia­łam się, jak to jest le­żeć w wą­skiej lo­dówce w kost­nicy, a po­tem w drew­nia­nej cia­snej skrzynce dwa me­try pod zie­mią. Na po­czątku, zwa­żyw­szy na pa­nu­jące tu tem­pe­ra­tury, mu­siało być przy­jem­nie, chłodno. Ale z cza­sem pew­nie było mu zimno. Czu­łam, jak go te­le­pie, i prze­ra­żało mnie to. Sie­dzia­łam opa­tu­lona w weł­niany swe­ter przy czter­dzie­sto­stop­nio­wym upale. Ja w Gou­r­don, on w piw­nicy szpi­tala w Grasse, tego, w któ­rym raz był jako dziecko. On tam sam, ja sama tu. Nie spa­łam. Nie ja­dłam. Nie ga­si­łam świa­tła. Roz­cho­ro­wa­łam się, ale nikt nie za­uwa­żył. W domu taki ruch i za­mie­sza­nie, a on le­żał tam w ci­szy, beze mnie, bez niego. Mar­nix też nie opusz­czał swego po­koju, chyba że na prze­słu­cha­nie. Nie wiem, o co go py­tali. Nie wiem, co mó­wił. To bez zna­cze­nia. Za to długo za­sta­na­wia­łam się, kto i co zro­bił z pa­skiem, na któ­rym wi­siał Ro­bert i który do­brze zna­łam. Moje ręce cza­sami nie­udol­nie za niego chwy­tały. Pierw­szy ko­niec świata w moim ży­ciu miał miej­sce, kiedy mu­sia­łam dzie­lić uro­dziny z Fran­cu­zem. Szes­na­stego sierp­nia 1994 roku na­stą­pił drugi. I nie wie­dzia­łam jesz­cze, że bę­dzie ich wię­cej.

Do ja­kiego stop­nia trzeba być zde­spe­ro­wa­nym, żeby przez za­wód mi­ło­sny ode­brać so­bie ży­cie? Jak to się dzieje? Jak to się robi? Gdy­bym wie­działa, co za­mie­rza Ro­bert, być może po­stą­pi­ła­bym ina­czej. Może bym mu go od­stą­piła. Może bym go mu tro­chę dała, po­ży­czyła ewen­tu­al­nie... Mam w kółko tę samą pio­senkę w gło­wie. Po­wta­rza się sama, bez prze­rwy, na­wet kiedy mam jej do­syć. Nie ustaje.

Za­wi­nięty w śro­dek, z cie­niem wo­kół po­wiek,

Strach roz­py­cha za­ci­śnięte dło­nie. Beksa!

Po­dobno gdy umie­rasz, le­cisz so­bie, le­cisz. Beksa!

Już nie wy­trzy­muję tempa, wszystko, kurwa, skręca. Beksa!

Straszna chała w gło­wie.

Więdną na­sze li­lie, więdną, gdy od­cho­dzisz.

Tak mam: nie roz­ma­wiam z ni­kim, z ni­kim się nie dzielę.

Tak mam: za­cho­waj resztę, wy­noś się ze mnie!11

11 - Ar­tur Ro­jek, Beksa, w: Ar­tur Ro­jek, Bar­tosz Dzie­dzic, Ra­dek Łu­ka­sie­wicz, Skła­dam się z cią­głych po­wtó­rzeń, Kayax Pro­duc­tion & Pu­bli­shing, 2014.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki