Taśma
Jest 12 kwietnia 1963 roku, kilka dni przed
dwudziestą rocznicą wybuchu powstania w getcie warszawskim. I pod takim
pretekstem czterdziestoletnia Irena Waniewicz, warszawska dziennikarka,
pozwala się nakłonić do zwierzeń. Przepytuje ją dwóch anonimowych
mężczyzn (ich nazwiska nie zostały utrwalone na taśmie), którzy
zachowują się jak śledczy. Nie wiemy, jak doszło do tego nagrania ani
dlaczego przetrwało, chociaż nigdy nigdzie nie zostało wyemitowane.
Jeszcze nie nastąpiła jej całkowita metamorfoza. Gdyby Janka Kaempfer
Louis nie powiedziała mi, że to głos jej matki, nie rozpoznałbym go.
Odkąd znałem Irenę, a więc od końca lat dziewięćdziesiątych, mówiła
głosem niskim, z emfazą, teatralnie, wolno cedziła słowa. Na nagraniu ma
głos wysoki, mówi szybko, wyrzuca z siebie słowa w pośpiechu, czasami w nich nie przebiera. Jest ostra i podejrzliwa. I ma rację.
"Jak mogłam później rozmawiać z mamą, skoro nawet mówiła inaczej. Od
pewnego momentu już wszystko było zmyślone" - usłyszę od Janki, która
poznała przeszłość Ireny niedawno, z tej taśmy. Jedna z kuzynek matki
mówi, że "przemiany" uczył ją aktor, Krzysztof Kolberger. Pomagał jej
obniżyć głos. Inna kuzynka twierdzi, że głos zmienił się Irce
naturalnie, po operacji tarczycy.
Taśma zaczyna się w pół zdania. Biografia Ireny, każda z jej wersji, też
nie ma początku. Jedyna jej wojenna relacja została nagrana wbrew jej
woli, w tajemnicy przed nią.
Chcę, żeby mówiła. Żeby się nie zatrzymywała. Żeby opowiedziała jak
najwięcej. Bo przecież nigdy później przed nikim się nie otworzy. Sam
czuję się trochę jak ubek ze słuchawkami za ścianą pokoju przesłuchań.
Zwłaszcza kiedy spisuję tę rozmowę z taśmy:
- ... na okręg Częstochowy.
- Rozwalili go.
- ... i tam byłam z nim w kontakcie bezpośrednio jako druga łączniczka, bo
pierwsza to była Władka [Meed, Fajgełe Peltel, autorka wspomnień Po
obu stronach muru]1, proszę pana. I później była trzecia akcja.
Jej celem była łączność i pomoc w przywożeniu broni dla partyzantki
żydowskiej, działającej na terenie lasów koniecpolskich, a wywodzącej
się z getta częstochowskiego. Byli to ci ŻOB-owcy, którym udało się
wyjść do lasu. Czwarta akcja była na terenie Rzeszy, w Będzinie. Na
rozkaz sztabu ŻOB-u, w którego skład wchodził [Adolf] Berman i [Antek] Cukierman, i w obecności bodajże Edelmana zostałam wysłana do
pomocy dla ocalałej grupy, z którą straciliśmy łączność. Pierwsze trzy
łączniczki wpadły, to był murowany wpadunek na lipnej przepustce, na
granicy niemieckiej. Więc nie miałam żadnych papierów. Wyprawienie
kogokolwiek, kto nie byłby związany z organizacją w sposób ideowy, kto
nie byłby bezinteresownym antyfaszystą, kosztowałoby wtedy, jak mi
powiedzieli, dwieście tysięcy złotych. W związku z tym nie szłam na
rozkaz organizacji, tylko ochotniczo. Na posiedzeniu zgłosiłam gotowość
przejścia przez granicę, przeszłam bez papierów, w okolicznościach dosyć
dramatycznych, ale które się świetnie skończyły...
- Jak to wyglądało?
- No proszę pana, wie pan, jak się przechodzi zieloną granicę... Ja wtedy
nie wiedziałam, bo pierwszy raz przechodziłam i w ogóle myślałam, że
jest naprawdę zielona (śmiech). Okazało się, że była to zmarznięta
grudniowa bruzda między Rzeszą a Gubernią, przez którą przeprowadzał
mnie przemytnik. W pewnym momencie powiedziałam: "Panie, ja dalej nie
idę, mowy nie ma". Godzinę musiałam się przespać na ziemi, bo mnie
(śmiech) potwornie buty narciarskie obcierały. O trzeciej nad ranem
wylądowaliśmy u jakiejś Ślązaczki. Tak bardzo się wzruszyła, że
powyganiała wszystkie dzieci spod pierzyn, a Ślązacy mają takie wielkie
pierzyny (śmiech). "Paniątko", mówi do mnie. I żebym się tam wygrzała.
No i była ta podróż. Nagle o godzinie jedenastej w nocy pociąg
zatrzymuje się w Gross Dąbrówce, maszynista zajechał kawałek za stację.
A przecież mnie nie wolno jeździć pociągiem, bo Polakom w ogóle nie było
można w pewne dni jeździć pociągiem. Miałam jakąś francuską gazetę, bo
jako dobrze wychowane dziecko znałam francuski. Więc rozkładam gazetę,
jakiś oficer do mnie zagaduje. Niemiec, w szczycie terroru czarnej
(śmiech) nocy okupacji, więc wysiadam i nie wiem, co robić. Nie znam
zupełnie nikogo w tym mieście. Mam jeden adres, do Niemki, która ma
kontakt z grupą z tego bunkra. Oni tam usiłowali stawiać opór... Wie pan,
coś tam strzelili i to był cały opór w Będzinie. Muszę tych ludzi
znaleźć, wyciągnąć, przeprowadzić przez granicę do lasu. To była grupa
potencjalnych partyzantów, w każdym razie ludzi, których trzeba było
ratować. Przychodzę do niej, a ona w ogóle nie chce ze mną rozmawiać.
Nie dziwię się. O jedenastej w nocy zwala jej się dziewczyna zupełnie
niewiadomego pochodzenia (śmiech), niebudząca swoim wyglądem specjalnego
zaufania. Pół godziny, nie wiem ile, straciłam, żeby ją przekonać, że
może mi zawierzyć. Wszystkie swoje umiejętności w to włożyłam.
Próbowałam ją brać i na uczucie, i na strach. W końcu powiedziała:
"Chwileczkę". Ściągnęła chłopaka, który okazał się jednym z tej grupy.
Przyszedł. No, to była sprawa uratowania kilkunastoosobowej grupy
skazanej na śmierć, niemającej pieniędzy, żadnego kontaktu ze światem,
(prawie szeptem) siedzących w ciemnej piwnicy. Była sprawa przywiezienia
im pieniędzy, które pozwalały im przeżyć. Zresztą nie tylko dla nich.
Później były organizowane grupy przerzutu...
- I co dalej? I co dalej?
- Dalej jest historia tego typu, że przychodzi [Sara Kukiełka] siostra
jednej z łączniczek, które zaginęły na granicy, i wiemy, że to już
ostatnia nasza szansa, żeby pojechać ją wyciągnąć. Byłam znana z ogromnego szczęścia do różnych sytuacji, że w ogóle mnie nie było można
rozwalić... Sto razy pod murem i wszystko w porządku. I niech pan sobie
wyobrazi, przychodzi facet i okazuje się, że ta łączniczka, Renia
[Kukiełka], jest w Szopienicach. To był obóz jeńców radzieckich i więźniów, którzy szli na Oświęcim. Facet mówi: "Ona tam jest". Mówię:
"No, jak jest, trudno, trzeba ją wyciągnąć". Wiemy, że jest człowiek,
wiemy, że był łącznik, żołnierz, no to co, jedziemy. Oni wychodzą na
roboty, bo wtedy jeńcy kopali tam glinę, i ta dziewczyna wychodzi z nimi. Strasznie mi się spodobała, była nawet starsza ode mnie, ale młoda
jeszcze, może miała siedemnaście, osiemnaście lat, cudowne zupełnie
oczy, cudowne, ale już nieprzytomne, bo miała gorączkę. Mówi: "Słuchaj,
tu się dowiedzieli, że jestem Żydówką, no i co tu gadać, mam jechać do
gazu". No i puść pan taką dziewczynę. Użyłam wtedy pierwszy raz takich
nieparlamentarnych słów. Człowiek znał ich dużo, no i słuchał dużo.
Powiedziałam jeszcze coś o rodzinie: "Ale jak to, ale ty nie możesz".
Powiedziałam: "Ja zostanę tu, a ty pójdziesz z siostrą. Wyjdziesz z tego
terenu". Bo to był teren robót, na które wychodzili z obozu. Przy
rozwalonej szopie stał Niemiec, pilnował ludzi, którzy właściwie nie
byli ludźmi, trudno to było nazwać. Przynieśli dziewczyninie trochę
zupy, Niemiec pozwolił dać wychodzącym... Sprawa jego osobistych odczuć i dobrej woli... Ja tam przyszłam z jej siostrą, która była na wolności.
Miałam taki czarny niemiecki płaszcz lakierowany. Mówię tak: "Słuchaj,
przyszłyśmy dwie, ty weźmiesz mój płaszcz, pójdziesz z nią, bo ona zna
Śląsk i jakoś cię przeprowadzi, dwie przyszły i dwie odeszły, a ja
zostanę". Tutaj się rozegrała scena dosłownie w ciągu dwóch, trzech
minut, no nie wiem, to były ułamki sekundy. Nikt by nie wierzył, gdyby
nie fakt, że dziewczyna żyje do dziś. Wyszła pod moją presją, bardzo,
bardzo dynamiczną, bo mówiłam: "Ty taka i taka, rozkaz i wychodzisz".
Tak mówiłam, bo widziałam, że zaczynają się ludzkie emocje i już
zaczynała myśleć innymi kategoriami: wszystkie trzy wpadamy, ty jesteś
łączniczka, co na to powie komendant. Za chwilę ma umrzeć, ale się teraz
martwi, co powie komendant... No to są te sytuacje nieprawdopodobne.
Zostałam, a one poszły. No i mnie się później udało wyjść z zupełnie
nieprawdopodobnym szczęściem. Stał tam facet, podchodzi do mnie,
musiałam wymyślić na poczekaniu historię: tu się umówiłam z chłopakiem,
a nie przyszedł. "To nie szkodzi, to ja z panią pójdę". No i tak żeśmy
sobie razem wyszli. Przecież to była decyzja zupełnie szalona,
dziecinna. Zatrzymywałam niemieckie samochody, które jechały pod mostem
w Szopienicach, bo tam był taki mostek nad rzeką, i pytałam, czy
widzieli dwie idące kobiety. Tak, widzieli. I kiedy schodziłam pod
mostek, usłyszałam syreny, bo już się zorientowali, na czym rzecz
polega. Plan był zupełnie szaleńczy. Kiedy byłam na dworcu, megafony już
grzmiały o ucieczce. Już informowała mnie okoliczna publiczność, że w tym rejonie jeszcze się nie zdarzyło, żeby przynajmniej, pamiętam jak
dziś, w promieniu dziesięciu kilometrów nie złapano. Wróciłam do
Dąbrówki, nic nie mówiąc o całej historii, i czekam. O godzinie siódmej
wieczór byłam już bliska samobójstwa. Myślałam sobie: "Dwie kobiety
naraziłam na śmierć, już właściwie nic mi nie zostało, koniec...". No i przyszła wiadomość, że są uratowane. I po drodze tamta miała
czterdzieści stopni gorączki, już właściwie była muzułmanka kompletna...
No i jakimiś transportami przez góry, później przez Szwajcarię
przedostawały się... i ta facetka wylądowała w Izraelu. I napisała później
książkę o swoich przygodach. I to są te różne wspominki. Takie były
historie. I ja, jak przyjechałam do Warszawy, dostałam ogromne wciry i awantury za niesubordynowanie. Ale jakoś tam przeszło i powiedzieli, że
bohaterstwo. Ponieważ byliśmy młodociani, każdy wypił wódkę, po pół
litra, i wszystko się skończyło (śmiech). I jeszcze to nie była wódka,
tylko bimber. A teraz to człowiek nie może, tylko koniak, bo wódka mu
szkodzi. Nie wiem, jak panu, ale mnie fatalnie.
- Ja miałem dwa zawały serca.
- Ja jeszcze nie miałam ani jednego, ale wie pan, to nic...
- Pani jest jeszcze młoda!
- Nie wiadomo. Proszę pana, moja koleżanka, trzydzieści dwa lata, ze
szkoły, Teresa Bilik, pracownik radia, w ciągu jednej chwili śmierć.
Znał ją pan?
- Teresę?
- Teresę.
- Jakieś jeszcze osobiste wspomnienia?
- Mnie jest szalenie trudno o tym mówić... Ja o tym też nie piszę,
ponieważ praca łączniczki w tym czasie, taka jaką wykonywałam, była
pracą indywidualną i to były tak zwane akcje polecone. I...
- Przypomina pani sobie jakąś jedną akcję?
- Proszę pana... Ja sobie przypominam bardzo wiele akcji... Ja to panu już
wspominałam przez telefon... Niestety musiałabym pisać o swoich wyczynach,
o swoich przeżyciach. W związku z tym nie piszę na te tematy i byłoby mi
niezręcznie mówić, jak udało mi się przenieść broń tu albo tu, jak udało
mi się wyratować człowieka, jak udało mi się zostać w obozie pod
Oświęcimiem na miejsce kogoś, kogo uratowałam, a że mnie się potem udało
wyjść, to jest inna sprawa. Także zbytnio na tym wszystkim ciąży
indywidualny charakter mojej pracy. A ponieważ praca w czasie okupacji
była bohaterska albo żadna, więc wypadałoby mi mówić o swojej dziecinnej
może jeszcze, ale odwadze. To była odwaga czy nieświadomość, wszystko
jedno, jak to nazwiemy. (Podnosi głos, dalej stanowczo). Bardzo byłoby
mi niezręcznie wygrywać taką historię, w związku z tym, jako zasada, nie
piszę wspomnień! Nigdy jeszcze nie napisałam żadnego wspomnienia. Raz
tylko przyszła do mnie biedna Hela Balicka i z sympatii dla niej i po
wielkich kłótniach mówiłam... Ona napisała książkę, która też wyszła po
wielu adiustacjach... To jest po prostu niedobry adres. (Podnosi głos).
Mnie jest przykro, ale to jest niestety niedobry adres, bo nie mogę nic
panu powiedzieć o przebiegu walk w getcie oprócz wiadomości
historycznych. To jest trudna cholernie rzecz, żeby zrobić taką audycję.
Marka koniecznie można przywołać, jego fragmenty, ponieważ są bardzo
rzeczowe, bardzo obiektywne. Edelmana. Jakkolwiek on był w tym czasie
chyba w Bundzie, w jednej z organizacji...
- A pani sobie nic nie przypomina? Żadnej akcji związanej z pomocą dla
getta? Jeszcze nie nagrywamy.
- Proszę pana, już tu kiedyś nagrywałam w piętnastolecie. Boże, co to
była za historia... Takiej, bym powiedziała, szczegółowej akcji dla getta
w czasie walki nie podam, bo w tym czasie działałam w organizowaniu
akcji dla obozów.
- Na czym to polegało?
- (głośno) Organizacja postanawia, że trzeba w tym, a to w tym punkcie
zorganizować opór, i wysyła łączniczkę. Takim człowiekiem byłam ja,
jeżeli chodzi o Poniatów, obóz koncentracyjny na terenie Lubelskiego,
gdzie zostałam wysłana jesienią 1943 roku dla zorganizowania akcji
oporu, to znaczy dla przewiezienia broni... Symbolicznej broni, jednego
pistoletu... I przeniesienia instrukcji, które w jakiś sposób miałyby
powiedzieć ludziom w obozie, że jest jakiś ośrodek oporu. Czyli cała
psychiczna kanwa tej historii.
- (chrząknięcie) A może wrócimy do Warszawy teraz? Okres nieco
wcześniejszy?
- Proszę pana, jeżeli chodzi o Warszawę... Ja bym panu mogła bardzo sucho
powiedzieć. Po prostu tyle. Gdy byłam łączniczką Antka, w okresie, kiedy
mieszkanie sztabu ŻOB-u, a przynajmniej części, znajdowało się... Zaraz
się obrażą wszystkie osiem czy dwadzieścia cztery organizacje, które
czują się jako główne w tej sprawie (śmiech). Panie kochany, przecież to
jest zawracanie de. Przynajmniej Antek został oficjalnie uznany jako
dowódca Żydowskiej Organizacji Bojowej, tak zwanego ŻOB-u...
- Wcale nie był nim.
- Ale tak jest napisane.
- Łatwo było pisać.
- Ja tak wiedziałam. Niech pan mi wierzy, ja nic nie wiedziałam. Pan
wierzy, jak długo mi musiał tłumaczyć, że istnieje jakiś Dror, Hechaluc
albo Bund? Ja tylko wiedziałam: AL, PPR i ŻOB, nic więcej nie
wiedziałam. Pan Kazika [Ratajzera] znał?
- Którego?
- No przecież tego, który wyprowadził ludzi z kanałów z Krzaczkiem
[Władysław Gaik]... Zna pan Kazika? No więc, mapa polityczna tej całej
historii jest niesłychanie zawiła i powiedziałabym: szalenie
dialektyczna. Jak zaczniemy się mieszać, kto z kim... Ja zresztą nie
reprezentuję w tej sprawie żadnych racji oprócz materialistycznych,
ponieważ do żadnej organizacji nie należałam oprócz ŻOB-u, zbiorczej
organizacji antyfaszystowskiej o charakterze bojowym. Wydawało mi się w tym czasie, że ŻOB to jedyna i właściwa forma poruszania się po świecie
okupacji. Więc, proszę pana, byłam w tym mieszkaniu na Pańskiej 5, gdzie
przechowywano dokumenty, broń, a jeszcze przed tym ludzi. Nasze kontakty
wyglądały w ten sposób, że jeden człowiek nie wiedział, kim jest drugi.
Na przykład podam panu, dla orientacji w temacie tylko, nie do
wykorzystania, że swego czasu, kiedy nam się paliły wszystkie możliwe
adresy i ludzie też, Antek dał mi dużą bardzo paczkę adresów
żoliborskich. To były kontakty na PPR, bo miał w tej dzielnicy najwięcej
swoich członków, zresztą dzielnica była tradycyjna, PPS-owska,
WSM-owska. Miałam niesamowitą zupełnie ilość adresów w głowie. I pamiętam, że każdy następny adres... Pan Wacława znał?
- Którego? Ja dużo Wacławów znam...
- Z Krasińskiego.
- Nie.
- A z Brodzińskiego?
- (długie milczenie) Ale... ale... pseudonim jaki?
- Pseudonim Wacław.
- Wacław?
- Tak.
- Ja znam sześciu Wacławów.
- No tak. To już nie wiem. W tym naszym mieszkaniu było wiadome, że ja,
powiedzmy sobie, przeżyję, że mnie Niemcy nie złapią, a jak mnie złapią,
bo mnie łapali kilkakrotnie, to mnie jeszcze odprowadzą do domu.
- Niby dlaczego było wiadome, że pani przeżyje?
- Proszę pana... Nie, nie... Wszyscy uważali, że ja mam cholerne szczęście.
- A, o to chodzi.
- To nawet nie była sprawa tego, że ja jestem mocarz, co wszyscy
wygadają, a ja nie. Krzyczałam: "Jak mnie tylko tkną, to będę sypać!".
Bo boję się bólu fizycznego. Chyba że się zdążę otruć, bo myśmy mieli
pigułki, dwie nam przyniósł Kamiński...
- W zębie nosiłem...
- Z tego, no, jak to się nazywa z "Kamieni na szaniec"?
- Szare Szeregi.
- Tak. To był uroczy zresztą facet w tym czasie. Ja się zamieniłam z jednym chłopakiem pigułkami, że niby tamta była lepsza (śmiech). No, tak
że to tak wyglądało. To był dzień po dniu. To było szukanie Żydów. To
było zawożenie broni. To było przechodzenie przez bahnschutza
[niemieckiego strażnika kolejowego] z fotografią w ręku w charakterze
dowodu, a tamten mówił, że w porządku. To są w ogóle rzeczy na granicy...
Działalność tej organizacji była, przynajmniej mnie się tak wydaje z perspektywy czasu, szczególnie brawurowa. Ponieważ nic właściwie nie
wskazywało na to, że miała jakiekolwiek szanse powodzenia. Mieszkanie na
ulicy Pańskiej 5 było od początku. Tam nic nie było legalnego. Tam w ogóle nic nie miało nigdy prawa do życia. Bo tam byli Żydzi, którzy
dlatego, że byli Żydami, nie liczyli się. Tam byli Żydzi, którzy udawali
nie-Żydów, i do tego byli konspiratorami. Tam były zupełnie
nieprawdopodobne sytuacje. Gestapo tam chodziło... Tam była jeszcze jedna
dziewczyna, Luba [Grasberg], nie wiem, czy pan zna. Zielona Marysia
pseudonim.
- Tak.
- We dwójkę myśmy tam były. Ja byłam Irena albo Halina, w zależności od
sytuacji. Pewnego pięknego dnia koleżanka wyszła na ulicę. Podeszła do
niej babka i powiedziała, że wie, że jest Żydówką. Ona oczywiście, że
nie. Zaczęła się tłumaczyć, zamiast od razu babę w mordę, żeby sprawa
miała charakter bardziej soczysty. Byłoby wiadomo, że nie Żydówka, a jak
zaczyna się tłumaczyć, od razu wiadomo, Żydówka. No i zaraz jeden,
drugi, to była cała zorganizowana szajka. Niedaleko naszego mieszkania
była kawiarenka, straszliwa zupełnie... Ośrodek mętów społecznych. Żyli z tego, że szantażowali Żydów. Więc można powiedzieć, że na miejscu prawie
mieli ten teren i wcale się nie orientowali, że mieli strasznie dużo
Żydów. No i wtedy ona dała zegarek. Podszedł do niej facet i powiedział,
że to są męty, a on jest rzeczywisty konfident i staje w jej obronie,
bardzo prosi o adres, on jej przyniesie zegarek z powrotem. Wie pan, w takiej sytuacji człowiek zupełnie głupi, więc dała mu adres i w ten
sposób zasypała całe mieszkanie. Facet przyszedł, od razu mi się
widziało, że tutaj chodzi o pieniądze, a później oddadzą do gestapo. Bo
taka była kolejność. Najpierw brali... Więc właściwie można było tylko
brawurą. A co tam jest z osobami w naszej skrytce? Tam jest cały sztab
ŻOB-u. Tak że my byliśmy jak na wulkanie w tym całym interesie.
- I on przyszedł? Ten facet?
- I facet przyszedł. Proszę pana, przychodzi i zastaje sytuację dziwną,
bo dwie dziewczyny siedzą, więc mówi od razu: "Proszę pani, przecież ta
pani koleżanka to jest Żydówka". Ja mówię: "Panie kochany...". A mowa jest
taka warszawska zupełnie. On, że jest konfident, pracuje w gestapo. Ja
oczywiście w czasie tej rozmowy, bo trzeba go było zająć, mówię: "Panie,
pan będziesz mnie bujał, że jesteś konfident? Ja pana przepraszam,
szalenie mi jest przykro, porozmawiamy i zobaczymy, kto w tej sprawie ma
więcej do powiedzenia". Był przekonany, że pracuję z Niemcami. Mówiłam:
"Proszę pana, tu nie ma co mówić, proszę przynieść zegarek i sprawa jest
jasna, bo my się z panem rozprawimy". Tak była postawiona sprawa, bo tu
szło o to, co w ogóle będzie z ludźmi. Przyszedł po południu, a zrobiła
się noc. Specjalnie go zatrzymałam. Mówię: "Minęła godzina policyjna i pan się nie możesz ruszyć". No taka była mowa. Tak się cykało z nim, aż
się zrobiło późno, i myśmy go zostawiły, a same przeszłyśmy do drugiego
pokoju. A tamci siedzą w skrytce i słyszą całą mowę. No i, proszę pana,
o szóstej nad ranem facet wychodzi. A my udajemy w drugim pokoju, że
śpimy. Mieszkanie wpadło. Myśmy wyprowadzali ludzi przez dachy, bo to
było na facjacie.
- Tą klapą.
- Tą klapą. Mieszkanie myśmy wyprowadzili całe, broń żeśmy wyprowadzili,
tylko zostało dwóch ludzi, którzy nie mieli dokąd pójść. Bo była sprawa,
czy tych dwóch Żydów ma zginąć. Jeden to był chłopak [Jurek Grasberg],
miał dwadzieścia parę lat, a druga to była dziewczyna [Sara Biederman,
pseudonim Krysia], też mniej więcej w tym wieku, która teraz zdaje się
ma kuku na muniu, bo trudno, żeby nie miała. No i oni tam zostali. Ten
sztab się wyprowadził ze wszystkim i Antek powiedział, żeby zostawiać
mieszkanie. Tego samego dnia przyszła oczywiście cała granda. Obrabowali
absolutnie całe mieszkanie i powiedzieli, że tu mieszkają Żydzi. I ja
wtedy wróciłam. Wróciłam i tak przez parę tygodni codziennie się
słuchało, czy kroki się zatrzymają i czy przyjdzie gestapo. Antek
zapytał: "Zostawić mieszkanie?". Powiedziałam: "Nie, mieszkania nie
zostawię". Teraz to trochę inaczej wygląda, bo nikt nie powie, że chciał
zostawić mieszkanie, bo tam było dwoje ludzi na śmierć, prawda? A przecież ja o tym wiem.
- To sześć tygodni było?
- Proszę pana. Ja nie wiem, czy ja sobie wymyśliłam tę datę sześć
tygodni, ale sześć tygodni oczekiwań, kiedy pan codziennie wieczorem
nasłuchuje i ci ludzie w środku, co słyszą, bo ja przecież jeszcze
wychodziłam na ulicę. Nie tylko wychodziłam, bo przecież jeszcze trzeba
było pracować dla organizacji, bo było mało ludzi, którzy mogli się
ruszać. Nie wiem, trudno mówić o jakimś jednym przeżyciu. Ja nie mam z okupacji w ogóle ani jednego przeżycia. To była sprawa dnia, dzień po
dniu, dzień po dniu. Ale wracając, jak to mieszkanie zostało
wyprowadzone, została tam koleżanka, a ja poszłam do pracy. No i była ta
dwójka w skrytce. Kiedy przyszłam do biura, zadzwonił znajomy hydraulik:
"Irena, słuchaj, mieszkanie puste, natychmiast wracaj". Przychodzę, co
się okazuje: oni przyszli rano, ta dziewczyna troszeczkę się
zdenerwowała, więc jak oni weszli do pokoju, wyszła z mieszkania. Z relacji tych, którzy siedzieli w schronie, bo oni słyszeli, co się
dzieje, wiem, że splądrowali całe mieszkanie. Mówili: "Tu chyba na pewno
mieszkali Żydzi, no to weźmiemy to, a resztą to już się zajmie gestapo".
Kiedy wracałam, cała ulica stała. Cała Pańska była na ulicy dosłownie. I przyglądali się mnie. Upozorowałam natychmiast kradzież. To jest znany
trik, jak mówią, że mieszkają Żydzi... Taka się zrobiła atmosfera,
sugestia w domu natychmiast, że tu nie chodzi wcale o Żydów, tylko o pokrzywdzonego człowieka, któremu skradli rzeczy. Jakoś to ucichło, no i Antek wtedy powiedział, że mieszkanie jest absolutnie spalone, lada
dzień tu będzie gestapo. Wtedy powiedziałam, że możliwe, ale ja z tego
mieszkania nie pójdę, i nie poszłam. Dlatego mówię "parę tygodni", bo
jak w tych paru tygodniach nikt się nie zjawił, to mieszkanie na nowo
zaczęło być dobre. I to było chyba najmocniejsze mieszkanie ze
wszystkich, jakie miał ŻOB. Po jakimś czasie, kiedy było już bardzo
dobre, szmalcownicy postanowili się ze mną rozprawić i zatrzymali mnie
na Wielkiej. Jakby pan się przeszedł po szmalcownikach szantażujących
Żydów z tak zwanej ulicy Świętokrzyskiej, koło Bagna, bo oni teraz tam
chodzą i sprzedają szczoteczki, nie wiem, czym się jeszcze zajmują, toby
panu opowiedzieli draki, jakich Warszawa jeszcze w ogóle nie widziała.
Na tej Wielkiej podeszli do mnie z jednej strony facetka, z drugiej
strony facet, i ona mówi: "Żydów przechowujesz". A ja: "Taka ty, a nie
taka, odchrzań się, bo jeszcze ty źle skończysz". I ja wtedy mówię: "Od
razu do Niemca!". Wtedy oni na patriotyczne uczucia, ich jest
pięćdziesięciu, cała szajka: też mi Polka do Niemców będzie zaraz szła.
I babę za tego... Ja byłam dziewczynka, a to było babsko już, cholera,
takie ze dwadzieścia parę lat, takie fest, taka, za przeproszeniem,
kurwa, że aż widać było... I ja ją trzymam, a ona mi się wyrwała i uciekła, a ten facet został...
- To był akt rozpaczy z jej strony (śmiech).
- To był akt rozpaczy. Policjant mówi do mnie: "Dziecko kochane, daj im
spokój, bo oni cię zamordują w ciemnej ulicy, nóż ci wbiją...". Bo ja ich
przecież mogłam... W instytucji, gdzie się zatrudniłam, żeby mieć "mewę",
był facet, Niemiec z resortu gospodarczego, któremu powiedziałam, że
mnie okradli. On mówi: "Dziecko, ja to całe towarzystwo biorę, wsadzę
ich na samochód i wywiozę, hauptmann [pol. kapitan] to zrobi...". No ale
zostanie jeden i co? Tak to wyglądało, to są nieprawdopodobne rzeczy, a przecież myśmy przez PPR doszli do możliwości pracy w Arbeitsamcie i mnie przyjęli wprost z ulicy do tego przedsiębiorstwa, nie wiem też, na
jakiejś dziwnej zasadzie. To są, proszę pana, wszystko rzeczy, które
nawet nie nadają się na wiązaną mowę. To się nadaje na...
- (drugi głos męski) Na moment przeproszę państwa, gdzie jest ten
przybytek?
- (pierwszy głos męski) Tam do końca i na prawo.
- Oni się mnie po prostu bali.
- No tak.
- Bo ja wracałam po godzinie policyjnej, oni orientowali się, mieli całą
siatkę, szmalcownicy to była organizacja bardzo sprawnie działająca.
- I co dalej?
- Dalej tam mieszkaliśmy (śmiech). Dalej przechowywali się ludzie i dalej była tam broń, dalej wszystko i w ogóle był wielki ubaw dalej.
Jeszcze raz człowiek został za bohatera (śmiech). To było dalej
(śmiech). No tak. Proszę pana, no więc mówiąc szczerze, rozumiem, że
pana jako autora tej audycji interesuje, żeby mieć jak najwięcej
ciekawych materiałów. Jeżeli chodzi o mnie, to myślę, że nie będę panu
mogła pomóc (śmiech).
- A niech mi pani powie, czy pani miała jakiś kontakt z przeprowadzaniem
ludzi na terenie Warszawy w czasie powstania?
- Proszę pana, jeżeli chodzi o przeprowadzanie ludzi, to tak,
wyprowadziłam z obozu kolejowego chłopaka.
- Niech pani opowie taki jeden fragment.
- Ja opowiem, ale nikt nie uwierzy. To się nie nadaje.
- Niech pani spróbuje. Jeszcze nie nagrywamy przecież.
- Nie będziemy tego nagrywać (słychać nerwowy śmiech mężczyzny). Ja
przez telefon... ze względu na takt nie odmówiłam panu tego spotkania,
zresztą z jakąś pomocą, żeby pan się w tematyce... ale nie z absolutnym
zamierzeniem, żeby cokolwiek na ten temat mówić na taśmę. Proszę pana,
to było tak: myśmy mieli takiego Władka Cybisa, który z nami
współpracował, który niby był w ŻOB-ie. I jego braciszek, dwunastoletni
chłopiec, pracował w placówce... ponieważ wokół Warszawy były placówki
pracy dla Żydów, którzy po getcie jeszcze jakoś istnieli. Dziwne to były
wysepki w tej polityce Niemców. Nikt tego nie wie, że nagle był jakiś
majątek [gospodarstwo]. I, proszę pana, oni pracowali na dworcu
kolejowym. Cholera, jaki to był dworzec?
- Gdański?
- To chyba było gdzieś koło Gdańskiego dworca, musiałabym to sobie
przypomnieć. W każdym bądź razie chłopak wychodził gdzieś koło torów i ponieważ ja wiedziałam, że to jest dziecko, chciałam szczególnie go
ratować. Poszłam, a tam przejścia pilnował Ukrainiec. Zorientował się,
że chcę temu dziecku pomóc. Poprosiłam, żeby na chwilę odszedł sobie do
kiosku oranżadę kupić. Porozmawiałam z tym chłopcem i powiedziałam, że
przyjdę kolejny raz. Dałam coś do zjedzenia, jakieś pieniądze. Z Ukraińcem umówiłam się, że wrócę. Powiedział zresztą, że bardzo jest mu
przykro, że musi nosić ten mundur, on by się chętnie spotkał, nawet
przyszedłby po cywilnemu. Obnażył przede mną tragedię narodu
ukraińskiego. Ja już mu o swojej nie mówiłam (śmiech). W każdym razie
krótko było tak, że następnym razem posłałam go do takiej wieżyczki,
mówiąc, żeby wrócił za czas jakiś. Ja się z nim nawet umówiłam. Wzięłam
tego chłopaka ze sobą.
- I w ten sposób został uratowany.
- I w ten sposób został ocalony.
- A czy on się zorientował, że pani ma jakiś kontakt z tym chłopcem?
- Oczywiście, przecież dlatego złożył mi deklarację, że jest gotów... że
rozumie moje uczucia patriotyczne, że on też musi i że on w ogóle w cywilu przyjdzie. Taki był jeden z tych, co to musi, prawda.
- To dobrze, że akurat pani nie natrafiła...
(słychać, że wraca drugi mężczyzna)
- Ja miałam historię z Niemcem niesamowitą, kiedy jechałam do Koniecpola
po powstaniu warszawskim, bo partyzantka w lasach koniecpolskich była w zupełnej rozsypce... Miałam dla nich, wziętą od Żegoty w Krakowie, od
Władka... Nie wiem, czy pan znał Mariańską i Władka z Krakowa z Żegoty...
- Z której Żegoty: z 27 Dywizji AK czy od akcji pomocy Żegoty?
- To była akcja pomocy.
- Dowódca 27 Dywizji AK miał pseudonim Żegota.
- Tak... nie, nie, to była Żegota.
- Gdzie Bartoszewski był Władek.
- Tak, tylko to było w Krakowie. Myśmy byli po powstaniu warszawskim,
cośmy się tak nawalczyli szalenie dużo na tej Starówce, tośmy przyszli...
- Pani była na Starym Mieście?
- Ja byłam na Starym Mieście w grupie ŻOB-u, ale tylko tydzień, później
żeśmy się oddalili.
- Ja byłem przy zdobywaniu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.
- (drugi głos) Jeszcze wracając, proszę pani, do okresu powstania w getcie... Czy z czasów powstania w getcie pani sobie coś przypomina?
- Proszę pana, samego powstania w getcie nie. Ponieważ ja w samym getcie
nie działałam.
- Wtedy przeprowadzano ludzi.
- Oczywiście. Przecież Marka przyprowadzono z lasów... Ludzi z getta
wyprowadzał Kazik z Krzaczkiem, który czekał na zewnątrz. Ale to Kazik
wchodził do kanałów. Wie pan, że jak akcja w getcie upadła po iluś tam
udanych wystrzałach i dniach, nie wiadomo ilu, bo nikt nie jest w stanie
określić, więc to już przechodzi z sentymentu w mit i tak dalej.
Przynajmniej do 10 maja. Wiem, bo przed tym rozmawiałam z Kazikiem, bo
bardzośmy się przyjaźnili. Kazik poszedł do getta, zidentyfikował, gdzie
są. Poszedł z dwoma robotnikami od kanałów. Wszedł do getta w czasie,
kiedy się wszystko paliło, szkło roztapiało się pod nogami, w zasadzie
to szedł na pewną śmierć... Moim zdaniem to jest największe bohaterstwo w ogóle, jeżeli chodzi o walki gettowe... Chłopak, osiemnaście lat, wchodzi
z pięknej, cudownej pogody, z tej niby już wielkiej wolności w kanał,
żeby znaleźć ludzi i jeszcze z nimi do tego wrócić. No, to jest
największe bohaterstwo z tego całego etapu. Taki jest mój osąd od
pierwszej chwili do dziś. No i sprowadził tych ludzi, między nimi był
właśnie Marek Edelman i Cywia Lubetkin.
Rumunia, 1945 rok. Dziewięciu członków ŻOB-u w drodze do Palestyny: Oskar Hendler (od prawej, stoi), Chaim Frymer (od prawej, siedzi), Masza Bagner-Fiszer (druga z prawej, siedzi), Pnina Grynszpan-Frymer (trzecia z prawej, siedzi), Irena Gelblum (druga z prawej, stoi), Masza Glajtman-Putermilch (druga z lewej, stoi), Jakub Putermilch (z lewej, stoi), Aron Chmielnicki-Karmi (z lewej, siedzi) i jego żona Miriam Furmańska-Karmi (druga z lewej, siedzi)
- Muszę przyznać, że pani jest ciekawą babką.
- (drugi głos) A proszę pani, kto to był ten facet, kto to był... Ten,
który poszedł tam.
- Proszę pana, to był Kazik, pseudonim.
- A on żyje czy nie?
- Żyje i jest w Izraelu.
- (śmiech) Ale krótka mowa.
(mężczyźni się śmieją)
- Ja panu dam za to dużo ludzi, którzy są w Warszawie. No i wrócił przez
te kanały, no i wie pan, jak wyglądał powrót tymi kanałami. Otworzyła
się klapa i wyszli ludzie, i w pewnym momencie trzeba było zamknąć... Wie
pan, skąd były ciężarówki? Ze składu przewożenia mebli. Sterroryzowani
szoferzy. Nie wiem, czy pan to gdzieś przeczyta, ale w każdym bądź razie
to tak było. Siedział w środku Krzaczek i razem z Kazikiem terroryzowali
facetów, żeby jechali. Jedziesz albo nie. Załadowali te niedobitki i wywieźli do Łomianek. No i ja, proszę pana, właśnie Marka miałam
przeprowadzić do mieszkania. Sprowadziliśmy Marka na Komitetową
obandażowanego, już nie wiem, w jakiej on tam wersji był, bo bardzo ma
wygląd semicki, bardzo podobny jest, nie wiem, u nas to się nazywa do
Żyda, w każdym razie nie prezentuje słowiańskiej rasy swoim wyglądem.
Tak bym to powiedziała w skrócie. Raczej był południowy. No i tak to
wyglądało i mówić można by wiele, ale wtedy dyskusja by nabrała
charakteru filozoficznego, poza tym za dużo anegdot (śmiech).
- No, ale muszę pani powiedzieć, że myśmy wszystko nagrali (śmiech). Ale
nic bez pani nie puścimy, to ja mogę panią zapewnić, że jak będzie
audycja gotowa, proszę panią...
- Nie, proszę pana, nic w ogóle nie puścicie.
- Nie. Powybieram niektóre fragmenty, ja panią poproszę, pani do nas
przyjedzie i pani przesłucha, autoryzuje.
- Nie, przecież ja mówiłam strasznie nieskładnie.
- To nic, to nie ma znaczenia. Ale naturalnie pani mówiła, takim
językiem, jak się mówi, wie pani. Nie dla radia, dla ludzi (śmiech).
- Nie, wie pan...
- Spróbujemy, zobaczymy, co z tego będzie.
- Niech mi pan tę taśmę w każdym razie da, to sobie przegram w domu.
- Co? (mężczyźni się śmieją) Przegram w domu? Dobrze, audycję. Jak
będzie audycja gotowa.
- Nie, nie, więc bardzo, bardzo proszę, żeby pan mi dał przesłuchać.
- Ja bym wziął do pani telefon jeszcze raz, dobrze? Imię jeszcze
poproszę.
- Irena Waniewicz...
- Bo honorarium trzeba wysłać.
- Honorarium? Nie, chyba pan żartuje. To nie jest sprawa na honorarium.
- Ulica jaka jest u pani?
- Proszę pana, mój numer telefonu domowy jest 3 36 113.
- Sąsiadami jesteśmy. Na Żoliborzu tak?
- Sady Żoliborskie 11a.
- Ja miałem redakcyjny telefon, ale już zgubiłem.
- Redakcja 8 45 83. Będzie pan miał z tym kłopot, bo ja nie będę
chciała, żeby to poszło do audycji.
- Będziemy się targować.
- Nie.
- Co mam do stracenia?
- Wie pan, tam nic się nie nadaje do...
- Zrobimy, że będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Ja jeszcze poszukam
te osoby, o których pani i pan wspominali.
Na nagraniu zaskakuje mnie każdą wypowiedzią. Poetka, którą znałem,
rozmawia, jakby miała do czynienia ze szmalcownikami - nie daje się
nabrać, sprawdza, co i o kim wiedzą.
Głos jednego z mężczyzn rozpoznaję przez zupełny przypadek, bo w katalogu Narodowego Archiwum Cyfrowego to nagranie jest powiązane z innym, na którym swoją historię opowiada Henryk Iwański, pseudonim
Bystry, przedstawiający się jako kapitan, łącznik polskiego podziemia w getcie warszawskim, czyli Żydowskiego Związku Wojskowego, z ramienia AK.
Tak, to ten sam głos.
Iwański to tytułowy "hochsztapler i opisywacz" z książki Dariusza
Libionki i Laurence'a Weinbauma podejmującej temat ŻZW, wtedy jeszcze
"bohater". Izraelska dziennikarka Chaja Lazar, która poznała go w Warszawie rok wcześniej, zanotowała: "Jest średniego wzrostu, z blizną
na czole. Jedna noga prawie kompletnie sparaliżowana. Opiera się ciężko
na lasce, niezależnie, czy chodzi, czy stoi. Cierpi na chorobę serca i zawsze ma przy sobie tabletki nitrogliceryny. Kiedy wspomina "te dni",
bierze te tabletki często. Oprócz tego ma kłopoty z oddychaniem z powodu
astmy".
To ciekawe, że właśnie ten, który dorobił sobie "bohaterstwo" (z badań
Libionki i Weinbauma wynika, że "bohater" Iwański dosłownie zatracał się
w kreowaniu swojego życiorysu, a właściwie coraz to nowych jego wersji),
zdołał nakłonić do zwierzeń kobietę, która swojego prawdziwego
bohaterstwa się wyparła. Jest też adres, który ich łączy. Większość
rodziny Ireny mieszkała przed wojną w Warszawie przy ulicy Złotej 56a.
To w tym budynku pod numerem drugim mieszkał Iwański. Czy rozmawiając ze
sobą, próbowali się nawzajem zmylić?
1. Objaśnienia i uzupełnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą od autora. [wróć]
Gałązka białego bzu
Nie byłoby tych poszukiwań, gdyby nie Marek
Edelman.
Nie rozumiał, dlaczego Irena tak się zachowuje, dlaczego odkleiła się od
przeszłości i wszystkiego, co z nią związane, również od ludzi, z którymi kiedyś była blisko. Podobno mówił o niej często, z żalem za
utraconą przyjaźnią. Ale bywał też dosadny, oceniając jej wybory. W końcu po latach zdecydował się o niej powiedzieć publicznie. Wiedział
zapewne, że w ten sposób ją dekonspiruje.
Przyjaźń zawiązana przed laty w warszawskim getcie była mocniejsza niż
miłość. Dla wszystkich poza nią nie przestał być dowódcą. Kochali go
nawet ci, którzy się z nim często nie zgadzali: Cywia Lubetkin i Antek
Cukierman, Kazik Ratajzer (Symcha Rotem) i Adina Blady-Szwajger, w getcie lekarka w szpitalu Bersonów i Baumanów, gdzie Edelman pracował na
najniższym stanowisku, jako goniec. Ale to ona słuchała jego rozkazów.
Do końca życia traktowała go z estymą należną dowódcy.
Tylko Irka zapomniała, kim jest Edelman. Kiedy do niej zadzwonił,
odpowiedziała: "Pomyłka".
Zaprzyjaźnionej z nim Pauli Sawickiej, w której mieszkaniu zatrzymywał
się, będąc w Warszawie, i gdzie potem sprowadził się na ostatnie lata
swojego życia, współautorce jego ważnej książki I była miłość w getcie, mówił: "Przez dwa lata byłem z Irką codziennie, razem
cieszyliśmy się i martwili. Dziś ona twierdzi, że tego nie pamięta, że
niczego nie pamięta. I mówi, żebym się do niej nie odzywał, kiedy ją
spotykam na ulicy" [cytuję za niepublikowanymi notatkami z ich
rozmów]. Kiedy wiele lat po wojnie Irena, zaprzyjaźniona również z jego
żoną Aliną Margolis, spotkała ją w windzie, odwróciła się.
Ktoś przez lata przysyłał Edelmanowi żółte żonkile, które stały się
symbolem powstania w getcie warszawskim. Aż przestały przychodzić.
Miał wtedy powiedzieć: "Pewnie umarła". Bo był pewien, że kwiaty
przysyła kobieta. Nigdy nie dołączono do nich biletu.
Chciałbym, aby ta fikcja okazała się prawdą. Aby te żonkile były od
niej. Aby choć raz pokazała, że tamten świat miał znaczenie i że nigdy
nie przestał być dla niej ważny.
Paula Sawicka zapamiętała, że któregoś dnia Edelman "zawołał" do siebie
Irkę na rozmowę. Wpadła w ciemnej sukni z szerokim czarnym paskiem i dużą srebrną klamrą, zatrzasnęli za sobą drzwi i prawie równocześnie na
siebie krzyczeli. W końcu Irka wybiegła ze złością i nigdy już nie
wróciła.
Od dawna nie poznawała swojej przeszłości ani nie rozpoznawała siebie we
własnej biografii. Przecież tyle wysiłku włożyła w to, żeby nie pozostał
żaden ślad, kamień na kamieniu. Zniszczyła wszystko, co mogłoby
przypominać Tamto. A Tamto było bohaterstwem. Nie wstydem. Anka
Grupińska, pracując nad książką Odczytanie listy. Biogramy ŻOB-owców,
zadzwoniła do Ireny, żeby uzupełnić i potwierdzić pewne fakty.
Powiedziała, że dostała jej numer od Aliny Margolis.
"Proszę więcej nie dzwonić! Pomyłka. Nie wiem, kim jest Irena Gelblum.
Nie znam".
Tak naprawdę wyraziła się ostrzej. I skutecznie. Wybitna dokumentalistka
więcej nie odważyła się zadzwonić i uważa, że nikt nie ma prawa
dekonspirować Ireny Gelblum. "Nie życzyła sobie tego i ma prawo do
swojej prawdy nawet po śmierci. To był jej wybór stać się inną" -
tłumaczy mi, kiedy o to pytam. Ale dokumentuję tę książkę od 2009 roku i wiele się zmieniło. O tym, że Irena Gelblum była później Ireną Conti,
pisało już i mówiło kilka osób, w tym profesor Władysław Bartoszewski,
Symcha Rotem, czyli Kazik Ratajzer, a Joanna Szczęsna opublikowała w "Wysokich Obcasach" poświęcony jej reportaż.
O tym, że nie mam prawa pisać tej książki, słyszałem wiele razy. Ale im
bardziej nie miałem prawa, tym bardziej wciągała mnie tajemnica.
W końcu zacząłem się usprawiedliwiać. Przecież pierwszy zdekonspirował
ją Marek Edelman - owszem, nie podając nazwiska, ale dla mnie, i nie
tylko dla mnie, to było czytelne. Wiem, że się wściekła. Nie spodziewała
się ciosu z tej strony, i to po latach, które odsunęły ją na bezpieczną
odległość.
Anka Grupińska uszanowała wolę Ireny. We wznowieniu zbioru rozmów z ŻOB-owcami, Ciągle po kole, napisała: "Gelblum Irka - ur. w 1925 [tak
naprawdę w 1923 r.] w Warszawie. Odważna łączniczka ŻOB-u, jeździła po
całym okupowanym kraju. Po wojnie była dziennikarką i poetką. Mieszkała
w Polsce i we Włoszech. Zmarła w Konstancinie-Jeziornej w 2009 roku".
*
Ale zaczęło się od wywiadu, który Joanna Szczęsna przeprowadziła z Markiem Edelmanem w kwietniu 2008 roku.
J.S.: Z tych, co walczyli w powstaniu, żyją - poza tobą - tylko Kazik
Ratajzer i Pnina Grynszpan w Izraelu, a w Kanadzie - Bronek.
M.E.: Tak. A z naszych łączniczek, już po aryjskiej stronie - Marysia
Zielona i Irka Wariatka. Ta to była numer. Piękna dziewczyna, rozumu
miała akurat tyle, ile potrzeba, nie więcej. Po niemiecku znała kilka
słów: "Verzeihung", "Bitte" i może jeszcze "Guten Tag". Wkładała czarny
płaszcz, kapelusz z wielkim rondem i siadała w przedziale dla oficerów.
Już po chwili zasypiała z głową na czyimś ramieniu. Tylko że ona już od
dawna udaje, że jest kimś innym. Do niczego się nie przyznaje - jakie
getto, jaka łączniczka? Odmłodziła się o dziesięć lat, przybrała sobie
włoskie nazwisko, pisze wiersze po włosku, nawet przetłumaczyli je na
polski, takie tam wzdychy. Z nikim z nas nie kontaktowała się od lat.
Wiosną 2008 roku Marek Edelman opowiedział o Irenie w wywiadzie. Ci, którzy ją znali, rozpoznali o kogo chodzi, choć nie wyjawił nazwiska
O jej brawurze Marek Edelman wspominał również w książce Witolda Beresia
i Krzysztofa Burnetki: "Na przykład sprawa Irki. Przecież ona nigdy nie
była całkiem zrównoważoną kobietą, ale się do niej miało zaufanie. Więc
gdy opowiadała, jak jako Niemka jechała do Będzina, że miała na głowie
ten kapelusz, który zauroczył Niemca, i w jaki sposób, na bezczelnego
udając Niemkę, wyciągnęła z obozu Sarkę i tę drugą dziewczynę, to się
jej wierzyło, że to prawda. I nie był ważny jakiś mały szczegół: czy ten
Bahnschutz ją zatrzymał na dworcu, czy jej nie zatrzymał" (W. Bereś, K.
Burnetko, Marek Edelman. Życie. Do końca).
*
Kilkakrotnie wybierałem jej numer telefonu, ale nie zapytałem.
A potem już było za późno.
Paula Sawicka przekazuje mi niepublikowany dotąd fragment wspomnień
Marka Edelmana. Kiedy wypytała go o adresy, pod którymi mieszkał - i które zapamiętał - o roku 1943 powiedział:
"Komitetowa 4. Krótka uliczka, miała może cztery domy. Nie ma już jej na
planie miasta. W tym miejscu jest dziś zapchana samochodami przestrzeń,
niby podwórko między blokami na tyłach pawilonu meblowego Emilia. A wtedy, pod czwartym, stała niewielka kamienica z jednym podwórkiem.
Z Noakowskiego zabrał mnie znów Świętochowski. Założyliśmy dla
niepoznaki czapki pracowników elektrowni. Dzień był piękny, słoneczny,
Zielone Świątki, święto tataraku. Mówisz, że z kalendarza wynika, że to
był 13 czerwca? A mnie się wydaje niemożliwe, że w suterenie u pani
Hornungowej spędziłem nie dziesięć dni, ale prawie miesiąc. Na rogu
Komitetowej i Śliskiej stała gromada odświętnie ubranych chłopaków, w białych koszulach, z długimi liśćmi zielonego tataraku w rękach. Za
poręcz odgradzającą narożnik chodnika od jezdni zatknięte były młode
gałązki brzozowe. Tuż obok stała uśmiechnięta, śliczna dziewczyna. Do
twarzy przytulała gałązkę białego bzu. To była Irka, nasza łączniczka,
której przekazał mnie Świętochowski. Rzuciła mi spojrzenie i powiedziała: "Ja cię zaprowadzę". Poszedłem kilka kroków za nią do
mieszkania na drugim piętrze od frontu, gdzie już mieszkali Celina i Antek".