Trzynastka - Richard Morgan

Kup ebooka

42.00 zł
35.70 zł (34,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 3

6:13.

Pasma niskich chmur na wybla­kłym nie­bie przed­świtu. Ostat­nia nocna mżawka wciąż błysz­czy na czar­nych meta­lo­wych pan­cer­zach pro­mów, lśni na wiecz­no­be­to­no­wym lądo­wi­sku, a miej­scami woda wciąż unosi się w powie­trzu.

Joey Dri­scoll wyszedł z kan­tyny, trzy­ma­jąc w dło­niach wyso­kie samo­grze­jące się kubki z kawą i sze­roko roz­sta­wia­jąc ręce, jakby dla zacho­wa­nia rów­no­wagi, z oczami przy­mknię­tymi sen­no­ścią końca zmiany. Jego usta roz­darło potężne ziew­nię­cie.

Syrena zawyła wzno­szą­cym tonem, niczym groźba olbrzy­miej wier­tarki den­ty­stycz­nej.

- Och, na litość...

Przez chwilę stał pełen zmę­czo­nego nie­do­wie­rza­nia - potem kubki z kawą upa­dły na wiecz­no­be­ton, a on pobiegł z rezy­gna­cją do zbro­jowni. Syreny dotarły do końca swej nuty i po chwili prze­rwy na nowo pod­jęły śpiew. Duże panele LCLS w nad­pro­żach han­garu roz­ja­rzyły się bły­ska­jącą czer­wie­nią. Po lewej, przez ryk syren usły­szał głę­boki hur­got uru­cha­mia­nych tur­bin pro­mów szyb­kiego reago­wa­nia. Nie wię­cej niż pół­to­rej minuty do osią­gnię­cia peł­nych obro­tów. Kolejne dwie na zała­do­wa­nie załogi, a potem wystar­tują, pod­ska­ku­jąc na lądo­wi­sku jak psy pró­bu­jące urwać się z przy­krót­kiej smy­czy. Każdy, kto spóźni się na pokład, ryzy­kuje utratę jaj.

Dotarł do drzwi zbro­jowni w chwili, gdy ze środka wypa­dła Zdena we wciąż nie do końca zapię­tej kami­zelce tak­tycz­nej, w prze­krzy­wio­nym heł­mie i z bro­nią jesz­cze nie­za­ła­do­waną po zdję­ciu ze sto­jaka. Gdy go zoba­czyła, na jej sło­wiań­skiej twa­rzy poja­wił się sze­roki uśmiech.

- Gdzie moja cho­lerna kawa, Joe?! - Musiała prze­krzy­czeć syreny.

- Pływa po beto­nie. Chcesz, to idź wyli­zać. - Ze zło­ścią mach­nął w stronę syren. - No wiesz, szlag. Czter­dzie­ści minut do końca zmiany i tra­fia się nam takie gówno.

- Za to nam płacą, kow­boju.

Wsa­dziła maga­zy­nek do kara­binu i go zabez­pie­czyła, po czym przy­ci­snęła broń do dłu­giej łaty samo­lepu na bio­drze i sku­piła się na zacią­ga­niu sprzą­czek kami­zelki tak­tycz­nej. Joe prze­ci­snął się obok niej.

- To oni nam płacą?

W zbro­jowni pano­wał zgiełk alarmu. Tuzin ludzi krzy­czą­cych, prze­kli­na­ją­cych prze­sta­rzały sprzęt, roz­ła­do­wu­ją­cych śmie­chem napię­cie. Joe chwy­cił kami­zelkę i hełm ze sterty na bla­cie, ale nie zawra­cał sobie głowy wkła­da­niem ich. Doświad­cze­nie nauczyło go robić to we wnętrz­no­ściach pojazdu szyb­kiego reago­wa­nia, gdy wzno­sił się nad wodami Pacy­fiku. Zła­pał lufę swo­jego kara­binu w sto­jaku, siło­wał się przez chwilę z zatrza­skiem, w końcu uwol­nił broń sztur­mową i ruszył z powro­tem do drzwi.

Cho­lerne czter­dzie­ści minut.

Zdena sie­działa już na opusz­czo­nej ram­pie Nie­bie­skiego Jeden, z luźno zało­żo­nym heł­mem, bez maski, szcze­rząc się do niego, gdy z wysił­kiem pod­biegł i nie­zgrab­nie wcią­gnął się na pokład. Nachy­liła się, żeby prze­krzy­czeć wycie tur­bin.

- Cześć, kow­boju! Gotów na ostry taniec?!

Ni­gdy nie potra­fił dojść, czy uda­wała rosyj­ski akcent, czy nie. Nie pra­co­wali jesz­cze tak długo, przy­szła z nowo zatrud­nio­nymi w końcu maja. Przy­pusz­czał - a ety­kieta abso­lut­nie zabra­niała o to pytać - że praw­do­po­dob­nie nale­żała do licen­cjo­no­wa­nej zagra­nicz­nej siły robo­czej, w każ­dym razie była tak legalna jak on. Choć wąt­pił, żeby też ska­kała przez płot. Bar­dziej praw­do­po­dobne, że pocho­dziła z sybe­ryj­skiego wybrzeża albo z któ­rejś z tych tratw fabrycz­nych dalej na połu­dniu, ele­ment tej pie­przo­nej płyn­no­ści siły robo­czej Wybrzeża Pacy­fiku, o któ­rej tyle się mówiło. Oczy­wi­ście, z tego, co wie­dział, mogła być rów­nie dobrze uro­dzona i wycho­wana na Zachod­nim Wybrzeżu. W takich miej­scach znie­kształ­cony angiel­ski nie musiał niczego zna­czyć. Tu nie było tak jak w Repu­blice, gdzie ści­śle wymu­szali amangiel­ski, karząc dzie­ciaki w szko­łach za uży­wa­nie cze­go­kol­wiek innego. W pań­stwach Wybrzeża angiel­ski był wyłącz­nie języ­kiem han­dlo­wym - czło­wiek uczył się go w takim stop­niu, w jakim był mu potrzebny, co w zależ­no­ści od bar­rio, w któ­rym się dora­stało, nie musiało wiele zna­czyć.

- Musisz prze­stać... - wciąż dysząc po sprin­cie, bra­kło mu powie­trza - oglą­dać te wszyst­kie stare filmy, Zed. To będzie pie­przony patrol do boi na głę­bo­kie wody. Wystra­szymy jakie­goś dur­nego far­mera plank­tonu, który zapo­mniał aktu­ali­zo­wać swoje prze­pustki na ten mie­siąc. Cho­lerna strata czasu.

- Nie sądzę, Joe. - Zdena kiw­nęła głową w stronę pozo­sta­łych pro­mów. - Pod­ry­wają cztery jed­nostki. Cho­ler­nie duża siła ognia jak na plank­ton.

- Dobra, dobra. Zoba­czysz.

Start prze­biegł dość gładko, przy­naj­mniej dla ich statku. Wyglą­dało na to, że pomimo wcze­śniej­szych jęków opła­ciły się nie­ustanne ćwi­cze­nia z ostat­niego mie­siąca. Ośmiu żoł­nie­rzy na pokła­dzie, stan­dar­dowa siła grupy ude­rze­nio­wej, wszy­scy przy­pięci do foteli prze­ciw­prze­cią­że­nio­wych wzdłuż wewnętrz­nych ścian brzu­cha promu i uśmie­cha­jący się z napię­ciem. Joe zdą­żył już poza­pi­nać swoją kami­zelkę tak­tyczną i pod­piąć czuj­niki moni­to­rów czyn­no­ści życio­wych, choć zasta­na­wiał się, czy kto­kol­wiek zawra­cał sobie głowę ich moni­to­ro­wa­niem, od kiedy zmniej­szyli załogę dowo­dze­nia w kok­pi­cie z trzech do dwóch. Ale przy­naj­mniej auto­ma­tyczny medyk będzie uwa­żał na niego w strze­la­ni­nie, a ponadto kami­zelka była dobrym miej­scem na upchnię­cie wszyst­kich zapa­so­wych maga­zyn­ków i narzę­dzi do abor­dażu.

W słu­chawce w uchu zabrzmiała odprawa, powta­rzana echem przez gło­śniki w dachu promu.

Doszło do wtar­gnię­cia powietrz­nego klasy dru­giej, powta­rzam: wtar­gnię­cia powietrz­nego klasy dru­giej, nie spo­dzie­wamy się walki...

Wychy­lił się i z trium­fem kiw­nął głową Zde­nie. Cho­lera, mówi­łem ci.

...mimo wszystko należy zacho­wać goto­wość bojową. Pod­czas całej misji obo­wiąz­kowe są maski i ręka­wice, zasto­so­wać żel prze­ciw­ska­że­niowy, jak w przy­padku ope­ra­cji z zagro­że­niem bio­lo­gicz­nym. Zwra­cam uwagę, że nie ma powodu spo­dzie­wać się sytu­acji zagro­że­nia bio­lo­gicz­nego, są to tylko środki ostroż­no­ści. Mamy tu do czy­nie­nia ze zwo­do­wa­nym stat­kiem kosmicz­nym INKOL, powta­rzam: zwo­do­wany sta­tek kosmiczny INKOL wewnątrz strefy brze­go­wej...

Zdena posłała mu ostre spoj­rze­nie.

- Pie­przony sta­tek kosmiczny?! - krzyk­nął ktoś z nie­do­wie­rza­niem z sie­dze­nia pod drugą ścianą.

...grupy medyczne pozo­staną w goto­wo­ści do czasu, aż dru­żyna nie­bie­ska zakoń­czy reko­ne­sans. Bądź­cie przy­go­to­wani na ofiary roz­bi­cia. Dru­żyna wej­dzie do akcji w nastę­pu­ją­cych gru­pach: zespół alfa, Dri­scoll na prze­dzie, za nim Her­nan­dez i Zhou. Zespół beta...

Dał sobie spo­kój, nic nowego. Aktu­alna rota­cja przy­dzia­łów usta­wiła go na prze­dzie na następne trzy tygo­dnie. Teraz nie potra­fił się zde­cy­do­wać, czy wciąż był zły, czy zado­wo­lony. To będzie cho­lerny odlot. Poza TV i paroma wir­tu­al­nymi wyciecz­kami w muzeum INKOL w Santa Cruz ni­gdy nie widział praw­dzi­wego statku kosmicz­nego, ale wie­dział jedno - nie sadzali tych mamu­tów na Ziemi. Nie robili tego od czasu, gdy wszę­dzie powstały wieże z nano­kra­tow­nic, nik­nące w chmu­rach niczym sta­lo­wo­czarne łodygi fasoli z tej cho­ler­nie głu­piej histo­rii, którą bab­cia opo­wia­dała mu w dzie­ciń­stwie. Jedyne statki kosmiczne, jakie Joe znał poza histo­rycz­nymi zdję­ciami, to te poja­wia­jące się cza­sem pod koniec wia­do­mo­ści, doku­jące dostoj­nie do kape­lu­szy tych bajecz­nych tyczek się­ga­ją­cych nieba i mające jedy­nie eko­no­miczne zna­cze­nie.

Ładu­nek holow­nika Tkacz, który wła­śnie wró­cił z Habi­tatu 9 praw­do­po­dob­nie spo­wo­duje w tym kwar­tale spore zamie­sza­nie na rynku metali szla­chet­nych. Prze­pisy zapro­po­no­wane przez Sto­wa­rzy­sze­nie Afry­kań­skich Państw-Pro­du­cen­tów Metali w celu ochrony Ziem­skiego prze­my­słu wydo­byw­czego wciąż tkwią w komi­sjach Świa­to­wej Orga­ni­za­cji Han­dlu, gdzie przed­sta­wi­ciele Kon­sor­cjum Habi­tatu 9 argu­men­tują, że tego rodzaju ogra­ni­cze­nie obrotu...

I tak dalej. W tych cza­sach statki kosmiczne zosta­wały tam, gdzie było ich miej­sce, i wszystko, co prze­wo­ziły, docie­rało na Zie­mię za pomocą wind kra­tow­nic. "Dosko­nała kwa­ran­tanna", usły­szał kie­dyś późno w nocy gada­jącą głowę, "na doda­tek wyjąt­kowo wydajna ener­ge­tycz­nie". Lądu­jący sta­tek kosmiczny był sce­na­riu­szem z taniego filmu kata­stro­ficz­nego albo jesz­cze tań­szego para­no­idal­nego serialu z cyklu inwa­zji obcych na Jezu­sow­skich kana­łach wideo. Ponie­waż jeśli fak­tycz­nie do tego doszło, mogło to zna­czyć tylko jedno - gdzieś coś poszło bar­dzo nie tak.

Stary... muszę to zoba­czyć...

Wciąż nakła­dał na twarz żel bio­usz­czel­nia­jący, gdy prom wykrę­cił i otwarła się rampa z tyłu. Wraz z rykiem tur­bin do środka wdarło się zimne pacy­ficzne powie­trze i szare świa­tło świtu. Odpiął się i prze­su­nął wzdłuż liny do windy lino­wej. Puls przy­śpie­szył w skro­niach, a we krwi krą­żyło coś zbyt faj­nego, żeby było stra­chem. Zało­żył maskę na twarz, ścią­gnął filtr odde­chowy i doci­snął wszystko do bio­usz­czel­nia­cza. Wiatr od oce­anu na zewnątrz chło­dził wciąż odsło­nięte skrawki skóry po obu stro­nach maski. Krzy­wi­zna prze­pusz­czal­nego tylko w jedną stronę, odpor­nego na ude­rze­nia szkła i cie­płe, bursz­ty­nowe linie wyświe­tla­cza dawały ilu­zo­ryczne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, jakby za osłoną ukry­wało się całe ciało, a nie tylko frag­ment twa­rzy. Cały czas ich przed tym ostrze­gali. Jakiś kiep­sko ren­de­ro­wany wir­tu­alny sier­żant musz­try w tanim tek­sań­skim opro­gra­mo­wa­niu, sta­no­wią­cym wszystko, na co pozwa­lał budżet Ochrony Fili­gree Steel. Z nie­wia­do­mych powo­dów fatal­nie zsyn­chro­ni­zo­wana postać miała bry­tyj­ski akcent. "Świa­do­mość całego ciała, dur­niu!" - ryczał pro­gram za każ­dym razem, gdy uru­cho­mił jeden z akty­wa­to­rów. "Nogi masz wyna­jęte? Czy twoja klata to tym­cza­sowy doda­tek? Świa­do­mość całego ciała to jedyna rzecz, która utrzyma przy życiu całe twoje ciało".

Dobra, dobra. Niech będzie.

Zatrza­snął kara­bi­nek na kami­zelce, odwró­cił się twa­rzą do wnę­trza promu i kamery obser­wa­cyj­nej zamo­co­wa­nej w sufi­cie. Pal­cem wska­zu­ją­cym i kciu­kiem wyko­nał znak OK. Zakasz­lał do mikro­fonu induk­cyj­nego na krtani.

- Szpica, gotów do misji.

- Potwier­dzam, szpica. Na mój znak. Trzy, dwa, jeden... skok.

Lina ożyła z szarp­nię­ciem, a on nie­zdar­nie odbez­pie­czył trzy­many w obu dło­niach kara­bin sztur­mowy, wychy­la­jąc się tak, by widzieć, co znaj­duje się pod nim. Z początku były to tylko nie­ustan­nie prze­ta­cza­jące się, ucie­ka­jące we wszyst­kie strony fale Pacy­fiku. Potem zauwa­żył sta­tek. Nie tego się spo­dzie­wał: wyglą­dał jak led­wie uno­szące się na powierzchni olbrzy­mie, pla­sti­kowe opa­ko­wa­nie omy­wane wodą. Kadłub był pra­wie cał­kiem spa­lony na czarno, ale dostrzegł ślady bia­łych pozo­sta­ło­ści po nano­tech­nicz­nie wytra­wio­nych lite­rach, jakiś rodzaj kor­po­ra­cyj­nego logo, które zapewne spło­nęło pod­czas wej­ścia w atmos­ferę. Opadł niżej i zoba­czył coś, co wyglą­dało jak otwarty właz w czę­ści wciąż wysta­ją­cej nad wodą.

- Uch, dowódz­two. Jeste­ście pewni, że to coś nie uto­nie?

- Potwier­dzam, szpica. Zgod­nie z para­me­trami INKOL to nie ma prawa uto­nąć.

- Tylko że mam tu otwarty właz, a przy tym wie­trze i falach przy­pusz­czam, że do środka musi dosta­wać się woda.

- Powta­rzam, szpica. Pojazd nie ma prawa uto­nąć. Sprawdź ten właz.

Jego buty ude­rzyły w kadłub z gło­śnym brzę­kiem jakieś dwa­na­ście metrów od włazu, tro­chę poni­żej. Wokół jego nóg zawi­ro­wała się­ga­jąca kostek woda, potem się cof­nęła. Wes­tchnął i odpiął się od linki.

- Zro­zu­miano, dowódz­two. Skoń­czy­łem zej­ście.

- Utrzy­mamy pozy­cję.

Przy­kuc­nął i wspiął się po nie­wiel­kiej pochy­ło­ści do włazu, a potem do niego zaj­rzał. Woda zde­cy­do­wa­nie dostała się do środka. Zoba­czył, jak pobły­skuje na szcze­blach dra­biny pro­wa­dzą­cej do dru­giego, wewnętrz­nego włazu, który zapewne sta­no­wił wewnętrzną część śluzy powietrz­nej. Kiedy zaglą­dał, przez kadłub prze­cią­gnęła kolejna fala, zale­wa­jąc właz i spły­wa­jąc do środka, roz­pry­sku­jąc się na dnie śluzy. Zaj­rzał głę­biej, po czym wzru­szył ramio­nami i zszedł po dra­bi­nie, aż zostało mu kilka dol­nych szcze­bli tuż nad wewnętrz­nym wła­zem. Woda miała tu jakieś pięć pal­ców głę­bo­ko­ści, falu­jąc leni­wie wraz z koły­sa­niem statku na falach. Pro­fil włazu pod powierzch­nią wyglą­dał nie­na­tu­ral­nie czy­sto, jak coś widzia­nego na dnie gór­skiego stawu. Pla­kietka ostrze­gaw­cza zwra­cała uwagę na koniecz­ność wyrów­na­nia ciśnień, zanim moż­liwe będzie otwar­cie włazu.

Joe domy­ślił się, że jakie­kol­wiek w środku pano­wało ciśnie­nie, do tej pory musiało być dość bli­skie stan­dar­do­wemu ziem­skiemu, bo coś lub ktoś otwo­rzył już wewnętrzny właz. Został otwarty na tyle, by woda powoli spły­wała do wnę­trza.

Prych­nął.

Gdyby nie to, cho­lerna śluza byłaby już w poło­wie zalana przez fale.

Stuk­nął w mikro­fon.

- Dowódz­two? Mam tu otwarty wewnętrzny właz. Nie wiem, czy to sys­temy, czy, uch, dzia­łal­ność czło­wieka.

- Zro­zu­miano. Zacho­waj ostroż­ność.

Skrzy­wił się. Miał nadzieję, że każą mu się wyco­fać.

Jasne, albo cho­ciaż pode­ślij­cie cho­lerne wspar­cie, dowódz­two. To maleń­stwo przy­le­ciało z kosmosu, naj­pew­niej z Marsa. Cho­lera wie, co za robale mogą tam sza­leć. Do tego wła­śnie służy nano­kra­tow­ni­cowa kwa­ran­tanna, nie?

Przez chwilę myślał, żeby mimo wszystko się wyco­fać.

Ale...

"Masz wypo­sa­że­nie", pra­wie usły­szał cier­pliwy głos tłu­ma­czący mu wszystko. "Masz maskę i żel ochronny, zresztą nie spo­dzie­wamy się żad­nych zagro­żeń. Nie masz żad­nego powodu, by kwe­stio­no­wać roz­kazy".

I głos Zdeny: "Za to wła­śnie nam płacą, kow­boju".

Drwiny pozo­sta­łych.

Ode­pchnął od sie­bie lekki dreszcz, zszedł jesz­cze niżej i wło­żył nogę do wody, naci­ska­jąc mocno na właz. Ten czę­ściowo ustą­pił.

- Świet­nie.

- Szpica?

- Nic - odpo­wie­dział kwa­śno. - Po pro­stu zacho­wuję naj­wyż­szą cho­lerną ostroż­ność.

Zaparł się ręką o ścianę śluzy, jesz­cze moc­niej nadep­nął na właz i...

...ten ustą­pił pod jego nogą.

Odchy­lił się ciężko w dół na zawia­sach, zrzu­ca­jąc wodę do mrocz­nego wnę­trza z gło­śnym, dłu­gim chlu­śnię­ciem. Nie był przy­go­to­wany na nagłą utratę pod­par­cia i stra­cił chwyt na szcze­blu. Pole­ciał, nie­zdar­nie pró­bo­wał zła­pać dło­nią w ręka­wicy kolejny szcze­bel, nie tra­fił i zaha­czył głową o dra­binę. Prze­le­ciał wprost przez otwarty dolny właz, mając czas na stłu­miony okrzyk...

- Kur­wa­aaa...

...i wylą­do­wał na czymś, co musiało być boczną ścianą kory­ta­rza poni­żej.

Wstrząs ude­rze­nia, zęby zaci­śnięte na końcu języka. Ostre wal­nię­cie w ramię i dźgnię­cie w żebra lufą kara­binka. Zasy­czał z bólu.

Mimo wszystko wyglą­dało na to, że wylą­do­wał na czymś mięk­kim. Przez chwilę leżał nie­ru­chomo, wysłu­chu­jąc rapor­tów o uszko­dze­niach skła­da­nych przez splą­tane koń­czyny.

Świa­do­mość całego ciała, panie sier­żan­cie.

Przy­wo­łał uśmiech. Chyba niczego sobie nie zła­mał. Patrząc do góry, stwier­dził, że nie prze­le­ciał wię­cej niż trzy metry.

Ode­tchnął głę­boko z ulgą w filtr maski. Cicho dokoń­czył swoje prze­kleń­stwo.

- Mać.

- Szpica? - ode­zwało się dowódz­two, wresz­cie z prze­ję­ciem w gło­sie. - Podaj swój sta­tus. Jesteś ranny?

- Nic mi nie jest. - Pod­parł się na ramie­niu, rozej­rzał w mroku i włą­czył latarkę na heł­mie. - Po pro­stu spa­dłem. Nic powa...

Skraj wiązki świa­tła zła­pał coś, co nie miało sensu. Wykrę­cił głowę, wiązka oświe­tliła nie­wy­raźny obiekt...

- Kurwa, czło­wieku, to...

I nagle, z falą zro­zu­mie­nia peł­nego nie­do­wie­rza­nia zadła­wił się wymio­ci­nami wyle­wa­ją­cymi się do maski, palą­cymi mu nos i gar­dło, ponie­waż zoba­czył wresz­cie wyraź­nie, czym była ta miękka rzecz, która zatrzy­mała jego upa­dek.

Roz­dział 4

Sevgi Erte­kin obu­dziła się z dziw­nym prze­ko­na­niem, że całe mia­sto pokrywa gęsta zasłona desz­czu.

W czerwcu?

Zamru­gała. Gdzieś na zewnątrz, za otwar­tym oknem apar­ta­mentu usły­szała przy­zy­wa­jący głos syreny. Intymny i nostal­giczny niczym dźwięk ezanu, któ­rego wciąż bra­ko­wało jej ze sta­rej oko­licy, ale też napa­ko­wany adre­na­liną, jakiej nie mogło dostar­czyć wezwa­nie do modli­twy. Obu­dziły się w niej stłu­mione instynkty zawo­dowe, po czym obró­ciły się na drugi bok z nadej­ściem wspo­mnień. To już nie jej sprawa. Zresztą i tak ryk syreny poli­cyj­nego radio­wozu dobie­gał z daleka i pra­wie tonął w odgło­sach han­dlu toczą­cego się sześć pię­ter niżej. Sły­chać było krzyki, prze­waż­nie przy­ja­zne i muzykę z zamon­to­wa­nych w bud­kach kolumn, sza­leń­cze neo­arab­skie nuty, na które aktu­al­nie nie miała nastroju. Dzień zaczął się bez niej.

Wbrew roz­sąd­kowi obró­ciła się w stronę okna. W jej twarz ude­rzył blask słońca, zmu­sza­jąc ją do zmru­że­nia oczu. Zmien­no­po­la­ry­za­cyjne zasłony wydy­mane podmu­chami z zewnątrz skrzyły się poran­nym świa­tłem. Wyglą­dało na to, że znów zapo­mniała prze­sta­wić je na nie­prze­zro­czy­ste. Spod jed­nej z zasłon wysta­wała pusta butelka jame­sona, ktoś - ktoś, jasne, Sev, kto to mógł być? - potur­lał ją po wypo­le­ro­wa­nych klep­kach pod­łogi, gdy nie miała już nic do zaofe­ro­wa­nia. Salon, w któ­rym naj­wy­raź­niej usnęła w ubra­niu na kana­pie. Chwila namy­słu pozwo­liła przy­wo­łać mętne potwier­dze­nie. Usia­dła na niej po zakoń­cze­niu imprezy i dopiła resztę zawar­to­ści butelki. Nie­ja­sne wspo­mnie­nia prze­ma­wia­nia do sie­bie mię­dzy łykami dym­nego cie­pła whi­sky. Cały czas myślała, że po pro­stu wypije jesz­cze tro­chę, tylko jesz­cze tro­chę, potem wsta­nie i...

Nie wstała. Usnęła.

To coś nowego, Sev. Zazwy­czaj udaje ci się dojść do łóżka.

Zebrała się w sobie i usia­dła zry­wem, po czym poża­ło­wała, że zro­biła to tak gwał­tow­nie. Poczuła się, jakby zawar­tość jej głowy prze­su­nęła się jak trawa na wie­trze. Prze­to­czyła się przez nią fala mdło­ści i poczuła się skrę­po­wana odzieżą. Wczo­raj pozbyła się butów - leżały pod prze­ciw­le­głymi ścia­nami pokoju, tak daleko, jak było to moż­liwe - ale wciąż miała na sobie bluzkę i spodnie. Nie­ja­sno przy­po­mniało się jej coś o leże­niu na ple­cach po czy­imś wyj­ściu i szar­pa­niu się z butami i skar­pet­kami. Naj­wy­raź­niej udało się jej ich pozbyć, ale reszty już nie zmo­gła.

A teraz bluzkę miała zmiętą i pomarsz­czoną pod pachami, a miseczki pro­fi­lu­jące odkle­iły się od piersi i ucie­kły pod­czas wygi­ba­sów z butami. Jedna wylą­do­wała pod pachą, druga prze­pa­dła. Spodnie zdo­łały się jej wykrę­cić tak, że prze­stały być luźne, miała też pełne wnętrz­no­ści. Nie­przy­jem­nie cisnął ją pęcherz, a w gło­wie roz­po­częło się tępe łomo­ta­nie.

Do tego pada.

Pod­nio­sła wzrok i opa­no­wała ją nagle dzika wście­kłość, gdy udało się jej prze­śle­dzić cichy szum do praw­dzi­wego źró­dła. W rogu pokoju wciąż pra­co­wał stary zestaw roz­ryw­kowy. Odtwa­rzany w nim czip doszedł do końca, a sys­tem nie prze­łą­czył się na ekran powi­talny, wyświe­tla­jąc zamiast tego śnieżny taniec, przy akom­pa­nia­men­cie pra­wie nie­sły­szal­nego szumu, two­rzą­cego tło dla dźwię­ków mia­sta z zewnątrz. Wypeł­niał wszystko jak...

Zaci­snęła usta. Wie­działa, jaki oglą­dała czip. Nie pamię­tała tego, a wie­działa.

Do jasnej cho­lery, to nie deszcz.

Zerwała się na nogi i dźgnęła wyłącz­nik zestawu. Przez chwilę stała w swoim miesz­ka­niu jakby wcale nie nale­żało do niej, jakby się wła­mała, żeby coś ukraść. Poczuła, jak ści­ska się jej gar­dło, i zro­zu­miała, że będzie pła­kać.

Zamiast tego gwał­tow­nie potrzą­snęła głową, zamie­nia­jąc łzy na potężny impuls bólu. Nie­zgrab­nie ruszyła przez sypial­nię do łazienki, przy­ci­ska­jąc dło­nie do głowy. Na półce przy łóżku zna­la­zła fiolkę table­tek na ból głowy oraz listek synu. A dokład­niej kap­su­łek syna­dyny k37, uni­wer­sal­nych table­tek klasy woj­sko­wej, jej udział w czar­no­ryn­ko­wych dosta­wach dla nowo­jor­skiej poli­cji w cza­sach, gdy jesz­cze tam pra­co­wała, o sile kil­ka­krot­nie prze­wyż­sza­ją­cej wszystko, co na ulicy nazy­wano synem. Uży­wała tych table­tek kilka razy wcze­śniej i prze­ko­nała się o ich prze­ra­ża­ją­cej sku­tecz­no­ści - sty­mu­lo­wały reak­cje synap­tyczne i koor­dy­na­cję fizyczną, odsu­wa­jąc w cień prak­tycz­nie wszystko inne, a przy tym robiły to szybko. Sevgi zawa­hała się, ale zdała sobie sprawę, że ma dzi­siaj coś do zro­bie­nia, choć nie bar­dzo pamię­tała, co takiego.

Sev, w tych cza­sach pro­chami napy­cha się całe to cho­lerne mia­sto. Pogódź się z tym.

Wyci­snęła z folii kilka woj­sko­wych kap­su­łek i wła­śnie miała je prze­łknąć, gdy dotarł do niej obraz dostrze­żony kątem oka.

Weszła z powro­tem do sypialni.

- Hej.

Dziew­czyna w łóżku nie mogła mieć wię­cej niż osiem­na­ście czy dzie­więt­na­ście lat. Mru­ga­jąc po obu­dze­niu, wyda­wała się jesz­cze młod­sza, ale ciało pod prze­ście­ra­dłem było zbyt pełne, jak na dziecko. Usia­dła i tka­nina zsu­nęła się z nie­moż­li­wie ster­czą­cych piersi. Sądząc po tym, jak się ruszały, efekt zapew­niała pod­skórna siatka mię­śniowa, nie implanty. Kosz­towna robota, jak na kogoś tak mło­dego. Sevgi uznała, że to czy­jaś zdo­bycz rand­kowa, z tych fał­szy­wych bonobo, ale miała zbyt sil­nego kaca, by przy­pi­sać jej twarz do kogoś na impre­zie. Może ten, kto ją przy­pro­wa­dził, za bar­dzo się upił, by, wycho­dząc, zabrać ze sobą wszyst­kie zabawki.

- Kto ci powie­dział, że możesz tu spać?

Dziew­czyna znów zamru­gała.

- Ty.

- Ach. - Gniew Sevgi wypa­ro­wał. Stłu­miła kolejną falę mdło­ści i prze­łknęła. - No dobra, zbie­raj swoje rze­czy i wra­caj do domu. Koniec imprezy.

Wró­ciła do łazienki, sta­ran­nie zamknęła drzwi, a potem, jakby dla pod­kre­śle­nia wła­snych słów, schy­liła się i zwy­mio­to­wała do ubi­ka­cji.

***

Kiedy już nabrała pew­no­ści, że ich nie zwróci, połknęła tabletki k37, popi­ja­jąc je szklanką wody, po czym sta­nęła oparta o ścianę pod cie­płym prysz­ni­cem i zacze­kała, aż poczuje skutki. Nie trwało to długo. Pod­ra­so­wane che­mi­ka­lia leku przy­go­to­wano nie tylko pod kątem jasnego myśle­nia, ale i szyb­kiego dzia­ła­nia, a pustka w żołądku jesz­cze to przy­śpie­szyła. Łupa­nie w gło­wie powoli przy­ga­sało. Odkle­iła się od kafel­ko­wa­nej ściany, się­gnęła po żel i zaczęła się szo­ro­wać. Mokra masa jej wło­sów ugięła się pod wpły­wem dotyku, a piana spły­wała po jej ciele w gęstych kłę­bach. Przy­po­mi­nało to zdzie­ra­nie z sie­bie noszo­nych kilka dni ubrań. Poczuła w sobie nową siłę i sku­pie­nie. Gdy dzie­sięć minut póź­niej wyszła, ocie­ka­jąc, spod prysz­nica, ból sie­dział ukryty za war­stwą che­micz­nego ban­daża, a jego miej­sce zajęła prze­ni­kliwa bły­sko­tli­wość.

Co nie­ko­niecz­nie było bło­go­sła­wień­stwem. Susząc się przed lustrem, zauwa­żyła ciało zbie­ra­jące się jej na poślad­kach i się skrzy­wiła. Od mie­sięcy nie odwie­dzała siłowni, a jej domowy Cas­sie Rogers Astro­Tone - uży­wany przez praw­dziwy per­so­nel Mar­sTripp! - pora­stał kurzem niczym sfla­czały cyr­kowy namiot. Obcią­ża­jące dowody zanie­dbań miała wprost przed sobą. I nie można było się ich pozbyć, bio­rąc woj­skowe tabletki, jak z bólem. Przez jej umysł prze­bił się obraz nie­do­rzecz­nie ide­al­nych krzy­wizn dziew­czyny w jej łóżku. Sprę­ży­stych piersi z salonu mody. Spoj­rzała na wypu­kło­ści wła­snych, zacze­pio­nych dość nisko na klatce i odchy­la­ją­cych się na boki.

Pie­przyć to, Sevgi, jesteś po trzy­dzie­stce. Prze­cież nie pró­bu­jesz już impo­no­wać chło­pa­kom przy moście bos­for­skim, prawda? Daj spo­kój. Zresztą, zaraz będziesz miała okres, to pogar­sza sprawę.

Jej schnące włosy zaczy­nały już nabie­rać zwy­cza­jo­wego kształtu nie­sfor­nej czar­nej szopy. Prze­cze­sała je kilka razy szczotką, a potem z nie­chę­cią dała spo­kój. Z lustra spoj­rzało na nią jej głów­nie arab­skie dzie­dzic­two: sze­roko roz­sta­wione, wyso­kie kości policz­kowe, jastrzębi nos, pełne wargi i ciemne oczy o cięż­kich powie­kach. Ethan powie­dział kie­dyś, że miała w twa­rzy coś z tygrysa, ale Sevgi o zmy­słach wyostrzo­nych synem i bez maki­jażu podej­rze­wała, że dzi­siaj wygląda raczej jak nie­za­do­wo­lona wrona. Ta wizja wymu­siła uśmiech na twa­rzy i zakra­kała do sie­bie w lustrze. Rzu­ciła ręcz­nik i poszła się ubrać. Odkryła pra­gnie­nie kawy.

Jak można było się spo­dzie­wać, kuch­nia wyglą­dała jak pole bitwy. Każda dostępna powierzch­nia została zasta­wiona ster­tami naczyń. Sevgi wypa­trzyła w szcząt­kach tale­rze z imprezy - przy­po­mi­na­jące szmatki ciem­no­zie­lone ślady po miej­scach, gdzie na taler­zach leżały fasze­ro­wane liście wino­gron, kru­che frag­menty cia­sta sigara börek, zimny bakła­żan z pomi­do­rem w oli­wie, pół wywró­co­nego do góry nogami lah­ma­cun, wyglą­da­ją­cego jak sztywna, wyschnięta ścierka. W zle­wie pię­trzyła się krzywa wie­życzka fore­mek, niczym jakiś auto­ma­tyczny paja­cyk na sprę­ży­nie. Na pod­ło­dze pod jedną ze ścian w rów­nych rzę­dach usta­wiono butelki eks­por­to­wego efesa, wypeł­nia­jąc kuch­nię kwa­śna­wym zapasz­kiem.

Dobra impreza.

Pochwałę wybeł­ko­tało kilku z wycho­dzą­cych gości. Potwier­dziła je nagła lawina wspo­mnień, grupy zna­jo­mych wypeł­nia­ją­cych miesz­ka­nie, roz­cią­gnię­tych na sofach i podusz­kach, jedzą­cych, piją­cych i gesty­ku­lu­ją­cych z peł­nymi ustami, peł­nych miłego roz­ba­wie­nia. To była dobra impreza.

Jasne - szkoda tylko, że musia­łaś póź­niej wykoń­czyć tę flaszkę irlandz­kiej.

Czemu to zro­bi­łaś, Sev?

Poczuła, jak drgnęły mię­śnie jej twa­rzy, i wie­działa, że jej spoj­rze­nie stward­niało od wypeł­nia­ją­cego ją uczu­cia.

Wiesz czemu.

Za myślą nad­szedł syn, jaskrawy i ostry. Nagle zro­zu­miała, jak łatwo w takim sta­nie umy­słu byłoby kogoś zabić.

Ode­zwał się tele­fon, cicho i roz­sąd­nie, jak wgry­za­nie się w wełnę.

- Mam na linii zare­je­stro­wany kon­takt, Toma Nor­tona. Przyj­miesz połą­cze­nie?

Niczym cegła wal­nęło ją przy­po­mnie­nie, co miała dziś do zro­bie­nia.

Jęk­nęła i poszła po resztę środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych.

***

Pierw­sze, co się nie zga­dzało, to samo­chód.

Nor­ton zazwy­czaj jeź­dził absur­dal­nie wiel­kim, antycz­nym cadil­la­kiem z mięk­kim dachem, na któ­rym można było się opa­lać, i olbrzy­mim gril­lem chłod­nicy. Był przy tym cho­ler­nie dumny ze swo­jego wozu, co było dziwne, bio­rąc pod uwagę jego histo­rię. Zbu­do­wany w jakimś warsz­ta­cie w Ala­ba­mie lata przed uro­dze­niem Nor­tona był to pojazd, za jazdę któ­rym zostałby w Nowym Jorku natych­miast aresz­to­wany, gdyby nie zapła­cił pra­wie dwu­krot­nej jego war­to­ści za wymianę ory­gi­nal­nego sil­nika na napęd magne­tyczny z nie­pro­du­ko­wa­nych już japoń­skich moto­ró­wek. Wywa­lił potem jesz­cze mie­sięczną pen­sję na grun­towne pokry­cie go poli­me­rami, uwiecz­nia­jąc kolek­cję zadra­pań i wgnie­ceń zebra­nych we wcze­śniej­szym życiu w Jezu­so­wie. Sevgi nie potra­fiła go prze­ko­nać, że była to prak­tycz­nie meta­fora głu­pot prze­szło­ści, z któ­rej się wywo­dził.

Dzi­siaj w ostrym bla­sku synu zro­zu­miała, że był to rodzaj samo­chodu, jaki bar­dzo chciałby mieć Ethan, i to wła­śnie dla­tego to odstęp­stwo Nor­tona od poza tym nie­ska­zi­tel­nej męsko­ści Man­hat­tanu, cza­sami budziło w niej cichą złość.

Dzi­siaj nim nie przy­je­chał.

Zamiast tego, gdy wyszła na ulicę - wciąż nacią­ga­jąc na ramiona wybrany losowo żakiet - pod­niósł się z tyl­nego sie­dze­nia ciem­no­nie­bie­skiej kro­pli auto­jazdu, ewi­dent­nie ze stajni INKOL. Sta­nął tam, wyglą­da­jąc gładko i w spo­sób tak pełen opa­no­wa­nia, jak pojazd, z któ­rego wysiadł. Poezja ele­ganc­kiej kom­pe­ten­cji. Krótko przy­cięte włosy pobły­ski­wały na słońcu srebr­nymi nit­kami, mru­żył lekko nie­bie­skie oczy na pięk­nie opa­lo­nej twa­rzy przy­szłego kan­dy­data do pre­zy­den­tury.

Posłał jej swój kla­syczny pół­u­śmie­szek.

- Poranku, Sev. Rado­sna i kwit­nąca.

- Jasne.

- O któ­rej się to w sumie skoń­czyło? - Na ile pamię­tała, sam wró­cił do domu dobrze przed pół­nocą, nie korzy­sta­jąc z che­mi­ka­liów.

- Nie pamię­tam. Późno.

Prze­pchnęła się obok niego i wsia­dła do samo­chodu, prze­su­wa­jąc się w głąb, by zro­bić mu miej­sce. Drzwi opa­dły w dół i kro­pla ruszyła gładko, skrę­ca­jąc na Zachod­nią 118. Oto­czył ich ruch miej­ski. Prze­je­chali cztery prze­cznice, zanim Sevgi sko­ja­rzyła kie­ru­nek i doznała dru­giego tego dnia dyso­nansu wobec spo­dzie­wa­nego prze­biegu dnia.

- Co jest? Zosta­wi­łeś coś w biu­rze?

- Nie jedziemy do biura, Sev.

- Tak, wyda­wało mi się, że tak wła­śnie usta­li­li­śmy wczo­raj. Więc czemu jedziemy na wschód?

Nor­ton znów się uśmiech­nął.

- Nie jedziemy też do Kaku. Zmiana pla­nów. Dzi­siaj nie zaznasz nie­waż­ko­ści.

Ulga, jaką poczuła na tę wieść, zadzia­łała niczym słońce na skó­rze, roz­grze­wa­jąc ją i ustę­pu­jąc miej­sca wszel­kiej cie­ka­wo­ści. Naprawdę nie miała ochoty na wykrę­ca­jącą wnętrz­no­ści jazdę windą w górę nano­kra­tow­nicy Kaku ani poru­sza­nie się w nie­waż­ko­ści na górze. W ośrodku przy kra­tow­nicy mieli leki łago­dzące objawy obu doświad­czeń, ale nie była pewna, czy można było je mie­szać z krą­żą­cym w jej żyłach synem. A myśl o roz­po­czy­na­niu śledz­twa w tym sta­nie - ze zmal­tre­to­wa­nym mózgiem i żołąd­kiem bun­tu­ją­cym się z powodu braku cią­że­nia i Ziemi obra­ca­ją­cej się gdzieś tam cho­ler­nie daleko - wystar­czyła, by zaczęły już się pocić jej dło­nie.

- Dobra. To może zechcesz łaska­wie powie­dzieć mi, dokąd jedziemy?

- Jasne. Ter­mi­nal sub­or­bi­talny JFK. O jede­na­stej mamy prom do SFO.

Sevgi wypro­sto­wała się na sie­dze­niu.

- Co się stało, Hor­kan's Pride nie tra­fił do gniazda w doku?

- Można to i tak ująć. - W gło­sie Nor­tona nie było śladu roz­ba­wie­nia. - Nie tra­fił w Kaku, nie tra­fił w Sagana, wodo­wał jakieś sto kilo­me­trów od brzegu Kali­for­nii.

- Wodo­wał? Prze­cież one nie mają lądo­wać na Ziemi.

- Mów mi jesz­cze. Z tego, co sły­sza­łem, tylko główna sek­cja zało­gowa dotarła na dół w jed­nym kawałku. Reszta pospa­dała gdzieś po dro­dze, od Utah do Wybrzeża, albo spa­liła się przy wcho­dze­niu w atmos­ferę. Wła­dze Wybrzeża holują pozo­sta­ło­ści w stronę zatoki, gdzie je sobie otwo­rzymy i wstrzą­śniemy ich naszą bły­sko­tliwą ana­lizą tego, co, u dia­bła, poszło nie tak. Swoją drogą, to słowa Nichol­sona, nie moje.

- Tak, domy­śli­łam się. - Nor­ton wypo­wia­dał prze­kleń­stwa tak, jak żebrak wydaje wafle - gdy abso­lut­nie i nie­odwo­łal­nie został do tego zmu­szony, lub gdy nale­żały do kogoś innego. Wyglą­dało na to, że jego pro­blem z nimi ma naturę lin­gwi­styczną, nie moralną, ponie­waż nie widać było po nim żad­nego nie­smaku czy zakło­po­ta­nia w przy­padku cyto­wa­nia wypo­wie­dzi innych, lub gdy klęła Sevgi, co ostat­nio zda­rzało się bar­dzo czę­sto.

- W takim razie czemu wcze­śniej z tym do mnie nie zadzwo­ni­łeś?

- Wierz mi, pró­bo­wa­łem. Nie odbie­ra­łaś.

- Och.

- Tak, więc kry­łem cię przed Nicol­so­nem, jeśli się zaczę­łaś nad tym zasta­na­wiać. Powie­dzia­łem, że jesteś gdzieś na mie­ście w spra­wie tego numeru ze Spring Street i że mie­li­śmy się spo­tkać przy ter­mi­nalu.

Sevgi kiw­nęła głową.

- Dzięki, Tom. Jestem twoją dłuż­niczką.

Nie był to pierw­szy raz, w ciągu ostat­nich dwóch lat zebrało się tego wię­cej, ale żadne z nich nie chciało się do tego przy­znać. Dług nara­stał mię­dzy nimi bez słów, jak współ­udział albo rodzina. Zresztą oboje zga­dzali się, że Nichol­son to dupek.

- Myślisz, że ktoś tam jesz­cze żyje? - zapy­tał Nor­ton.

Sevgi wyj­rzała na ruch za oknem, przy­po­mi­na­jąc sobie dane statku.

- Hor­kan's Pride to seria pięć. Zbu­do­wali je z myślą o prze­trwa­niu roz­bi­cia na Mar­sie, a tam nie ma oce­anów.

- Prawda, ale też po dro­dze cią­gnie ich znacz­nie słab­sza gra­wi­ta­cja.

Obok nich poja­wiła się kro­pla NYPD, z oknami nie­przej­rzy­stymi oprócz tego kie­rowcy. Młoda poli­cjantka prze­sta­wiła sys­tem na ręczny i pro­wa­dziła swo­bod­nie jedną ręką, drugą wysta­wia­jąc przez okno. Roz­ma­wiała z kimś, ale Sevgi nie potra­fiła stwier­dzić, czy z drugą osobą w pojeź­dzie, czy przez sys­tem audio wozu. Pod noszo­nym na gło­wie webla­ro­wym kaskiem wyglą­dała na swo­bodną i kom­pe­tentną. Obu­dziły się wspo­mnie­nia i Sevgi stwier­dziła, że zasta­na­wia się, co pora­bia Hulya. Naprawdę powinna cza­sem się z nimi spo­ty­kać, zoba­czyć, co Hulya robi, czy spró­bo­wała dru­giego podej­ścia do egza­minu na sier­żanta i czy wciąż obnosi się w każdą sobotę ze swoim fan­ta­stycz­nym tyłecz­kiem po moście bos­fro­skim. Usiąść gdzieś na solidną sesję wspo­min­kową, może osu­szyć skrzynkę efesa.

Na myśl o piwie i zapa­chu, który pozo­sta­wiło w jej kuchni, żołą­dek Sevgi gwał­tow­nie się zbun­to­wał. Pośpiesz­nie ode­gnała ogar­nia­jącą ją nostal­gię. Radio­wóz zmie­nił pas i znik­nął pośród ruchu. Sevgi spró­bo­wała obu­dzić wła­sne kom­pe­ten­cje.

- Płyn kap­suły zamra­ża­ją­cej powi­nien pochło­nąć zna­czącą część ener­gii ude­rze­nia - powie­działa powoli. - A fakt, że w ogóle spadł w jed­nym kawałku, ozna­cza, że było to jed­nak choć czę­ściowo kon­tro­lo­wane wej­ście, prawda?

- Coś w tym rodzaju.

- Dosta­li­śmy coś wię­cej z kom­pu­te­rów, zanim do tego doszło?

Nor­ton pokrę­cił głową.

- Tylko to żąda­nie zatrzy­ma­nia przy Kaku, ten sam prze­kaz wewnętrzny. Nic nowego.

- Świet­nie. Do ostat­niej chwili pie­przony lata­jący holen­der.

Nor­ton uniósł ręce z pła­sko roz­ło­żo­nymi pal­cami i wydał z sie­bie potę­pień­czy jęk. Sevgi posłała mu kon­tro­lo­wany uśmiech.

- To bar­dzo mało śmieszne, Tom. Nie mam poję­cia, czemu gliny Wybrzeża nie roz­wa­liły go, jak tylko prze­ciął ich gra­nicę. Nie byłby to pierw­szy przy­pa­dek prze­ro­bie­nia przez tych dur­niów błędu pro­gramu na kon­fetti, gdy nie odpo­wie­dział ład­nie na ich wywo­ła­nie.

- Może mar­twili się poten­cjal­nymi ofia­rami - zasu­ge­ro­wał Nor­ton z poważ­nym wyra­zem twa­rzy.

- Jasne.

- No dobrze, jed­nak mam nadzieję, że nie zamie­rzasz pre­zen­to­wać podob­nego podej­ścia, młoda damo. Miej­scowi zapewne i tak nie będą prze­sad­nie mili. To nasza puszka spa­dła im z nieba.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Płacą podatki INKOL tak samo, jak cała reszta. To rów­nież ich puszka.

- Jasne, ale to my mamy pil­no­wać, żeby takie rze­czy się nie zda­rzały. To dla­tego odpa­lają nam swoje podatki.

- Roz­ma­wia­łeś już z kimś z ich strony?

Nor­ton potrzą­snął głową.

- Z żad­nym czło­wie­kiem. Tuż przed wyj­ściem pró­bo­wa­łem zła­pać osobę, która pro­wa­dzi sprawę, ale dosta­łem tylko maszynę, stan­dar­dowy inter­fejs tele­fo­niczny. Powie­dział, że poli­cja odbie­rze nas na lot­ni­sku. Dwoje agen­tów, Rovayo i Coyle.

- Masz ich papiery?

Nor­ton klep­nął kie­szeń mary­narki.

- Ścią­gną­łem kopię. Chcesz zoba­czyć?

- Czemu nie.

Gli­nia­rze z Wybrzeża sta­no­wili parę o zrów­no­wa­żo­nej płci i pocho­dze­niu etnicz­nym. Z foto­gra­fii pod­pi­sa­nej det. A. Rovayo patrzyła ciemna, afro-laty­no­ska kobieta z zaci­śnię­tymi ustami, ewi­dent­nie i bez powo­dze­nia pró­bu­jąca miną ukryć urodę peł­nych ust i orze­cho­wych oczu. Kłam wyra­zowi jej twa­rzy zada­wały gęste loki, dłuż­sze, niż dopu­ści­łaby u swo­ich pra­cow­ni­ków nowo­jor­ska poli­cja. Poni­żej, na tym samym wydruku patrzył przed sie­bie detek­tyw R. Coyle, biały, o twar­dych rysach i w śred­nim wieku. Włosy miał poprze­ty­kane siwi­zną i przy­cięte krótko, pra­wie po woj­sko­wemu. Na obra­zie mie­ściły się tylko ramiona i głowa, ale spra­wiał wra­że­nie masyw­nego i sil­nego.

Sevgi wzru­szyła ramio­nami.

- Zoba­czymy - rzu­ciła.

***

Zoba­czyli.

Zaraz po wyj­ściu z promu sub­or­bi­tal­nego Coyle i Rovayo przy­wi­tali ich na lądo­wi­sku San Fran zdaw­ko­wymi uprzej­mo­ściami i ska­nem siat­kówki. Powie­dziano im, że to stan­dar­dowa pro­ce­dura. Nor­ton posłał ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie Sevgi, która w widoczny spo­sób się obru­szyła. W Nowym Jorku nie tak witało się przy­la­tu­ją­cych z wizytą gli­nia­rzy. Tutaj trudno było stwier­dzić, czy pró­bują ich obra­zić, czy nie. Coyle, dokład­nie tak wielki i lako­niczny, jak suge­ro­wało holoz­dję­cie, wrę­czył im iden­ty­fi­ka­tory i doko­nał pre­zen­ta­cji. Póź­niej sprawę prze­jęła Rovayo. Nachy­liła się i roz­su­nęła im powieki cie­płymi pal­cami ze stward­niałą skórą, przy­sta­wiła ska­ner, po czym się cof­nęła. Wszystko zostało wyko­nane z płyn­no­ścią świad­czącą o dużej wpra­wie, a pośród stru­mieni przy­by­wa­ją­cych podróż­nych miało intymny posmak euro­pej­skiego poca­łunku w poli­czek. Przy­naj­mniej Nor­ton spra­wiał wra­że­nie, jakby dobrze się bawił. Rovayo zigno­ro­wała jego uśmiech, zer­k­nęła na zie­loną kon­tro­lkę urzą­dze­nia i scho­wała ska­ner do nara­mien­nej torby. Coyle kiw­nął głową w stronę rzędu wind na końcu hali przy­lo­tów.

- Tędy - rzu­cił lako­nicz­nie. - Mamy heli­kop­ter.

W mil­cze­niu wje­chali na górę, prze­szli kory­ta­rzem przez osło­nięte szkla­nymi kopu­łami górne pię­tro budynku, potem kolejna winda, która wypluła ich na beto­nową płytę z cze­ka­ją­cym zgrab­nym czer­wono-bia­łym auto­kop­te­rem. Na wscho­dzie zatoka poły­ski­wała w popo­łu­dnio­wym słońcu meta­licz­nym sre­brem. Żar dnia łago­dził lekki wiatr.

- To wy zaj­mu­je­cie się sprawą? - spró­bo­wał Nor­ton, gdy weszli już na pokład.

Coyle posłał mu lodo­wate spoj­rze­nie.

- Cała cho­lerna poli­cja zaj­muje się tą sprawą - wark­nął i zatrza­snął właz. - Odznaka numer 2347. Lot zgod­nie z pla­nem. Star­tu­jemy.

- Dzię­kuję. Pro­szę zająć miej­sca.

Auto­kop­ter mówił gło­sem Asii Badawi, niskim i nasą­czo­nym sło­dy­czą, nie do pomy­le­nia nawet przy tych kilku wymó­wio­nych syla­bach. Sevgi pamię­tała nie­ja­sno, że w jakimś maga­zy­nie czy­ta­nym pod­czas ocze­ki­wa­nia na wizytę u praw­nika tra­fiła na arty­kuł o kontr­ak­cie na głos do opro­gra­mo­wa­nia, który Badawi pod­pi­sała z Loc­khe­edem. Sze­ro­kie uśmie­chy pod publikę i uści­ski dłoni, pro­te­sty obu­rzo­nych fanów. Ziew­nię­cie, przy­mknię­cie oczu. "Zechcia­łaby pani wejść, pani Erte­kin?". Wir­niki obu­dziły się od życia, po dru­giej stro­nie okna pomruk sil­ni­ków nabrał wyci­szo­nej mocy i ode­rwali się od betonu. Wci­snęło ich w fotele. Auto­ma­tyczny heli­kop­ter wzniósł się, prze­chy­lił i poniósł ich nad zatoką.

Sevgi spró­bo­wała nawią­zać roz­mowę.

- Macie już coś z powłoki?

- Ekipa ska­nu­jąca bada cały kadłub. - Fotele w kabi­nie usta­wiono naprze­ciw sie­bie i przed nią sie­dział Coyle, ale, mówiąc, wyglą­dał przez okno. - Do wie­czora posta­wimy i uru­cho­mimy pełny wir­tual.

- Szybko - pochwa­lił Nor­ton, choć raczej tak nie uwa­żał.

Rovayo spoj­rzała na niego.

- Byli zajęci w środku, to jakby miało pierw­szeń­stwo.

Chwila zasko­czo­nej ciszy.

- W środku? - zapy­tała z groźną uprzej­mo­ścią. - Otwar­li­ście już włazy?

Para gli­nia­rzy z Wybrzeża wymie­niła poro­zu­mie­waw­czy uśmie­szek. Sevgi, mająca już dość bycia przez cały dzień ostat­nią osobą, do któ­rej docie­rały infor­ma­cje, poczuła, że zaczyna tra­cić cier­pli­wość.

- Hor­kan's Pride to wła­sność INKOL - powie­działa sztywno. - Jeśli grze­ba­li­ście przy...

- Niech pani schowa te kaj­danki, agen­cie Erte­kin - wtrą­cił się Coyle. - Zanim straż przy­brzeżna dotarła do pani wła­sno­ści, ktoś zdą­żył już wysa­dzić włazy. Od środka. Może pani zapo­mnieć o kwa­ran­tan­nie.

To nie­moż­liwe. Z tru­dem zdo­łała się powstrzy­mać od powie­dze­nia tego. Zamiast tego zapy­tała:

- Czy naru­szono kap­suły zamra­ża­jące?

Coyle spoj­rzał na nią z namy­słem.

- Naprawdę będzie lepiej, jeśli pani poczeka i sama zoba­czy.

Auto­kop­ter wykrę­cił, a Sevgi nachy­liła się, żeby wyj­rzeć przez okno. Pod nimi, pośród wód zatoki, z wyspy wyra­stała sta­cja Alca­traz, nale­żąca do Ochrony Wybrzeża, pełna bla­do­sza­rych plat­form i pomo­stów. Na połu­dnio­wym brzegu niczym sche­mat roz­cią­gał się pły­wa­jący suchy dok, pełen pro­stych linii i odstę­pów, z ludźmi zre­du­ko­wa­nymi do kro­pek i pojaz­dami jak zabawki. Na środku wyraź­nie widać było masyw sek­cji zało­go­wej Hor­kan's Pride. Nawet po ode­rwa­niu zewnętrz­nych struk­tur, przy­pa­lony i pobliź­niony przez upa­dek, wysko­czył na nią niczym zna­joma twarz na gru­po­wej foto­gra­fii. Widy­wała cza­sami jego bliź­nia­cze jed­nostki w stocz­niach orbi­tal­nych nad nano­kra­tow­nicą Kaku i miała w lap­to­pie archi­walne nagra­nia Hor­kan's Pride, zebrane, od kiedy sta­tek utra­cił łącz­ność z bazą INKOL. Pod­czas czę­stego prze­sia­dy­wa­nia w pocze­kal­niach praw­ni­ków, w bez­senne noce, kiedy nie piła, wpa­try­wała się w szcze­góły, aż zaczy­nały ją boleć oczy. "Dobry detek­tyw je, śpi i oddy­cha szcze­gó­łami", powie­dział jej kie­dyś Larry Kasa­bian. "Tak wła­śnie łapie się tych złych". Przy­zwy­cza­je­nie pozo­stało. Tak dobrze znała wewnętrzną budowę statku, że mogłaby z zamknię­tymi oczami przejść z jed­nego końca na drugi. Na pamięć nauczyła się spe­cy­fi­ka­cji sprzętu i opro­gra­mo­wa­nia. Nazwi­ska zamro­żo­nych człon­ków załogi były jej rów­nie bli­skie, jak marki pro­duk­tów kupo­wa­nych co rano, a szcze­góły ich bio­gra­fii same poja­wiały się w gło­wie, gdy przy­wo­ły­wała obraz któ­rejś twa­rzy.

"Naprawdę będzie lepiej, jeśli pani poczeka i sama zoba­czy".

A teraz przy­pusz­czal­nie wszy­scy byli mar­twi.

Auto­ma­tyczny heli­kop­ter wylą­do­wał z maszy­nową pre­cy­zją na wznie­sio­nej plat­for­mie przy jed­nym z koń­ców kom­pleksu doków. Sil­niki uci­chły i właz znów się otwo­rzył. Coyle ponow­nie uczy­nił honory, opusz­cza­jąc właz i wyska­ku­jąc jako pierw­szy. Druga wyszła Sevgi.

Podą­żył za nią mio­dowy głos Badawi.

- Pro­szę uwa­żać na stop­nie i zamknąć za sobą właz.

Coyle popro­wa­dził ich scho­dami wio­dą­cymi z plat­formy. Na dole cze­kał komi­tet powi­talny. Trzy mun­dury Ochrony Wybrzeża jako wspar­cie ubra­nego po cywil­nemu ofi­cera, któ­rego twarz Sevgi roz­po­znała z kilku wir­tu­al­nych semi­na­riów z zeszłego roku na temat pod­ra­bia­nia śla­dów gene­tycz­nych. Gład­kie azja­tyc­kie rysy, nada­jące jego twa­rzy wygląd młod­szego, niż praw­do­po­dob­nie był, gęste siwe włosy i wymięte ubra­nie, nie­pa­su­jące do ana­li­tycz­nego spoj­rze­nia. Sądząc po jego wzroku i paru innych aspek­tach wyglądu przy­pusz­czała, że ma wspo­ma­ga­nie - co było ostat­nio dość powszechne wśród urzęd­ni­ków Wybrzeża - ale nie miała na to żad­nych kon­kret­nych dowo­dów. Pod­czas póź­niej­szych nie­ofi­cjal­nych spo­tkań mówił z cichą rezerwą, głów­nie o swo­jej rodzi­nie, a jego wzrok pra­wie w ogóle nie opa­dał na piersi Sevgi, za co była mu wdzięczna. Teraz usi­ło­wała przy­po­mnieć sobie jego nazwi­sko, które usłuż­nie pod­su­nął syn.

- Porucz­nik Tsai. Jak się pan miewa?

- Kapi­tan - popra­wił sucho. - Awan­so­wa­łem w stycz­niu. A mie­wam się tak, jak można się spo­dzie­wać, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści. Przy­pusz­czam, że zechce­cie natych­miast zoba­czyć swój sta­tek. A raczej to, co z niego zostało.

Ponuro kiw­nęła głową.

- Byłoby miło.

- Powie­dziano mi... - Tsai mach­nął w stronę mun­du­ro­wych, któ­rzy wypeł­niali cały dok - że około siód­mej będziemy mieć dzia­ła­jący wir­tual. Załogi koń­czą wła­śnie kadłub, ale Rovayo pew­nie mówiła wam o wła­zach.

- Tak, że zostały wywa­lone od środka.

- Kapi­ta­nie - wtrą­cił się Nor­ton. - Chcie­li­by­śmy się dowie­dzieć, w jakim sta­nie jest załoga Hor­kan's Pride. W szcze­gól­no­ści, czy zostały naru­szone sys­temy krio­ge­niczne.

Tsai zatrzy­mał się w pół obrotu, a jego spoj­rze­nie nagle prze­nio­sło się gdzieś w dal, naj­pierw w głąb doku, póź­niej nad zatokę, jakby odtwa­rza­jąc w pamięci coś, czego wolałby nie widzieć. Do Sevgi nagle dotarło, że za pro­fe­sjo­nalną dumą prze­by­wa­ją­cych na wła­snym podwórku Coyla i Rovayo kryło się to samo poru­sze­nie, i że tak naprawdę wcale nie cho­dziło tu o pro­blemy jurys­dyk­cji.

Oni się boją, zro­zu­miała nagle. A my jeste­śmy ich jedy­nym roz­wią­za­niem.

Sevgi doznała już kie­dyś takiego obja­wie­nia, gdy jesz­cze była żół­to­dzio­bem w nowo­jor­skiej poli­cji, zaj­mu­jąc się przy­pad­kiem prze­mocy domo­wej na tle nar­ko­ty­ko­wym. Roz­ma­wia­jąc z poobi­janą i wciąż puch­nącą matką sprawcy, z bole­sną ostro­ścią zdała sobie nagle sprawę, że kobieta patrzyła na nią jako na roz­wią­za­nie jej pro­blemu, że spo­dzie­wała się od poli­cjantki Erte­kin, lat dwa­dzie­ścia trzy, że zrobi coś z gów­nia­nym sta­nem życia jej i rodziny.

Tak miło czuć się potrzeb­nym.

- Naru­szone - wolno powie­dział Tsai. - Tak, chyba można to tak okre­ślić.

***

Zewnętrzne włazy prze­pa­dły, odstrze­lone gładko przez ładunki awa­ryjne - leżały teraz gdzieś na dnie Pacy­fiku. Poczer­niały kadłub Hor­kan's Pride został uło­żony w suchym doku, zbli­ża­jąc się do prak­tycz­nego poziomu w stop­niu, w jakim pozwa­lała na to jego kon­struk­cja. I tak musieli zejść do śluzy numer cztery, jakby była stud­nią wyciętą w gór­nej powierzchni kadłuba sek­cji zało­go­wej. Dra­bina pomoc­ni­cza stanu nie­waż­ko­ści zapro­wa­dziła ich na dno znaj­du­ją­cej się wewnątrz śluzy powietrz­nej, a z niej spa­dli ciężko przez wewnętrzny właz na równą powierzch­nię głów­nego kory­ta­rza grzbie­to­wego. Wzdłuż przej­ścia łagod­nie jarzyły się na nie­bie­sko panele tech­niczne LCLS, ale mun­du­rowi Tsaia usta­wili przy ślu­zie i dalej bar­dzo jasne lampy jarze­niowe. Biały blask odbi­jał się od paskud­nie kre­mo­wych ścian i zębów.

Wzrok Sevgi dostrzegł je, gdy tylko zeszła z ostat­niego szcze­bla dra­biny i natych­miast znie­ru­cho­miała. Roz­darty do dzią­seł uśmiech oka­le­czo­nej ludz­kiej głowy, leżą­cej na pod­ło­dze luzem obok pozba­wio­nego koń­czyn torsu.

- Rozu­mie pani, o co mi cho­dziło? - Tsai zszedł obok niej.

Sevgi stała, wal­cząc z żołąd­kiem. Nie licząc kaca, minęło już sporo czasu. Nawet jej ostatni rok na uli­cach, w poli­cji, był lito­ści­wie pozba­wiony podob­nych wido­ków, a prze­nie­sie­nie z wydziału zabójstw do INKOL, choć nie przy­spo­rzyło jej popu­lar­no­ści w poli­cji, zde­cy­do­wa­nie ogra­ni­czyło liczbę znie­kształ­co­nych ludz­kich szcząt­ków, jakie musiała oglą­dać. Teraz nie­ja­sno zda­wała sobie sprawę, że bez synu zwró­ci­łaby już zawar­tość żołądka, roz­bry­zgu­jąc ją Tsa­iowi po całym miej­scu zbrodni.

Raczej po twoim miej­scu zbrodni.

To twoje, Sev.

Nachy­liła się nieco i spoj­rzała na trupa. Prze­jęła go.

- Alberto Toledo - cicho pod­po­wie­dział Tsai. - Inży­nier z bańki Stan­leya, nano­tech atmos­fe­ryczny. Pięć­dzie­siąt sześć lat. Powrót do domu po zakoń­cze­niu kon­traktu.

- Tak, wiem. - Ze zruj­no­wa­nej, wyszcze­rzo­nej twa­rzy popły­nęły do niej szcze­góły bio­gra­fii, szep­cząc jak duch. Dane pracy, życio­rys, infor­ma­cje o rodzi­nie. Ten męż­czy­zna miał gdzieś córkę. Ciało na policz­kach zdarto do kości, któ­rej wciąż trzy­mały się poje­dyn­cze kawałki tkanki. Szczękę obdarto. Oczy...

Prze­łknęła. Wciąż tro­chę mdło­ści. Dołą­czył do niej Nor­ton, kła­dąc rękę na jej ramie­niu.

- Dobrze się czu­jesz, Sev?

- Tak, nic mi nie jest. - Zebrała fakty. Hor­kan's Pride nie roz­ma­wiał z nimi przez pra­wie sie­dem i pół mie­siąca swo­jej dłu­giej drogi powrot­nej na Zie­mię. - Kapi­ta­nie, to... wygląda na świeże.

Tsai wzru­szył ramio­nami.

- Powie­dzieli mi, że to zasługa środ­ków bak­te­rio­bój­czych w sys­te­mie powietrz­nym statku. Ale tak, przy­pusz­czamy, że Alberto tutaj był praw­do­po­dob­nie jed­nym z ostat­nich.

- Ostat­nich?

Sevgi zer­k­nęła na Nor­tona, gdy to mówił, i z satys­fak­cją zauwa­żyła, że wyglą­dał tak nie­pew­nie, jak ona się czuła. Dotarł do niej kwa­śny odór, świad­czący, że w zamknię­tej prze­strzeni ktoś inny zwy­mio­to­wał. Świa­do­mość, że inni przed nią to widzieli i zare­ago­wali tak jak ona, była dziw­nie uspo­ka­ja­jąca. Dzięki temu łatwiej było jej się opa­no­wać.

- Co się stało z koń­czy­nami? - zdo­łała zapy­tać pra­wie swo­bod­nie.

- Usu­nięto je chi­rur­gicz­nie. - Tsai wska­zał w głąb kory­ta­rza. - Wciąż pobie­rają zapisy auto­ma­tycz­nego chi­rurga, więc nie jeste­śmy jesz­cze pewni, jak to zro­biono, ale to oczy­wi­ste wyja­śnie­nie.

- W takim razie jak tra­fił tutaj?

Kapi­tan kiw­nął głową.

- Tak, to tro­chę trud­niej­sze. Może ude­rze­nie tro­chę poroz­rzu­cało ciała. Więk­szość kap­suł krio­ge­nicz­nych ma otwarte pokrywy, ze środ­kami odżyw­czymi roz­la­nymi po pod­ło­dze i ścia­nach. Wygląda na to, że kto­kol­wiek to zro­bił, nie był aż tak skru­pu­latny w sprzą­ta­niu, przy­naj­mniej pod koniec.

- Kiedy sta­tek spa­dał, powinny były zadzia­łać gro­dzie na kory­ta­rzach - zauwa­żył Nor­ton. - Te statki w sytu­acjach zagro­że­nia są dzie­lone na prze­działy. Nie ma mowy, żeby coś mogło prze­le­cieć w taki spo­sób z jed­nego końca kadłuba na drugi. Wyklu­czone.

- Cóż, to tylko teo­ria. - Tsai znów mach­nął ręką w głąb kory­ta­rza. - Ale sami widzi­cie. Nie ma tu za wiele prze­dzia­łów. Chce­cie obej­rzeć sek­cję krio­ge­niczną?

Sevgi spoj­rzała w głąb kory­ta­rza, gdzie zamon­to­wane przez poli­cję oświe­tle­nie roz­ja­rzało oko­lice sypialni. Dostrze­gła poru­sza­jące się w głębi posta­cie, usły­szała jakieś głosy. Krótki śmiech. Dźwięk nie­mal z fizyczną siłą pchnął ją w prze­szłość, do cza­sów miejsc zbrodni z wydziału zabójstw. Czarny humor poma­gał zacie­śniać więzy, łącząc ich z siłą nie­do­stępną dla nikogo, kto nie pra­co­wał w tych spra­wach, dokła­da­jąc się do ode­rwa­nia przy­cho­dzą­cego z doświad­cze­niem.

Strasz­nie dziwne mie­wasz nostal­gie, dziew­czyno. Tro­chę ją to zanie­po­ko­iło, gdyż uświa­do­miło siłę, z jaką, pomimo buntu żołądka, zapra­gnęła nagle wró­cić do tego świata i jego mrocz­nych pro­ce­dur.

- Pozo­stałe ciała - ode­zwała się, gdy syn roz­ja­śnił jej w gło­wie. - Wszyst­kie zostały oka­le­czone tak jak to, prawda?

Twarz Tsai zmie­niła się w maskę.

- Albo gorzej.

- Zna­leź­li­ście koń­czyny?

- Nie jako takie.

Sevgi kiw­nęła głową.

- Tylko kości, prawda?

Och, Ethan, powi­nie­neś być tu i to zoba­czyć. Tym razem naprawdę się to stało, tak jak zawsze opo­wia­da­łeś, że kie­dyś będzie.

- Zga­dza się. - Tsai patrzył na nią jak nauczy­ciel na bystrego ucznia.

- Ty chyba żar­tu­jesz - cicho ode­zwał się Nor­ton.

Sevgi obró­ciła się w jego stronę. To było odru­chowe odrzu­ce­nie, szok, nie pro­test.

- Zga­dza się.

- Ktoś pociął tych ludzi, uży­wa­jąc auto­chi­rurga...

Kiw­nęła głową, w ostrym wspo­ma­ga­niu synu i szoku zro­zu­mie­nia wciąż nie­pewna, jak się czuje, jak powinna się czuć.

- Tak. I ich zjadł.

Roz­dział 5

Przy­po­mi­nało to kra­jo­braz z Dalego. Wir­tual biura śled­czego był stan­dar­dem docho­dze­nio­wym, który Sevgi pamię­tała ze swo­jej pracy w nowo­jor­skiej poli­cji - gdzie jak okiem się­gnąć cią­gnęła się dzie­wi­cza pusty­nia Ari­zony i było widać błę­kitne niebo pozba­wione cze­go­kol­wiek poza sier­pem księ­życa, ze zna­kiem wod­nym w postaci logo pro­jek­tanta. Każdą sek­cję śledz­twa przed­sta­wiono w postaci trzy­pię­tro­wego budynku, które roz­rzu­cono po oko­licy w nad­na­tu­ral­nie ele­ganc­kim pół­kolu. Budynki pozba­wiono bocz­nych ścian, two­rząc wra­że­nie prze­kroju w modelu archi­tek­to­nicz­nym i wypo­sa­żono je w schody umoż­li­wia­jące poko­ny­wa­nie pozio­mów. Obok każ­dej struk­tury uno­siły się ety­kiety, z ele­ganc­kimi lite­rami infor­mu­ją­cymi o ano­ma­liach danych, labo­ra­to­rium, odzy­ska­nych sumach kon­tro­l­nych i wcze­śniej­szych infor­ma­cjach. Spora część prze­strzeni wciąż była pusta, dane miały dopiero nadejść, ale na odsło­nię­tych kory­ta­rzach głów­nego labo­ra­to­rium leżały oka­le­czone ciała z Hor­kan's Pride, przy­po­mi­na­jąc znisz­czone muze­alne rzeźby. Nawet w ich przy­padku wciąż bra­ko­wało peł­nych danych orga­nicz­nych, ale ciała dość wcze­śnie prze­ska­no­wano do sys­temu. Teraz leżały upo­zo­wane z per­fek­cją wybiegu, zabar­wione i dosta­tecz­nie realne, by mogło się zro­bić nie­do­brze na sam ich widok. Sevgi widziała już ich zbli­że­nia, teraz z mroczną fascy­na­cją sku­piła się na gładko ścię­tej kości w gęsto upa­ko­wa­nym mię­sie ramie­nia odcię­tego cen­ty­metr od niego, po czym głę­boko tego poża­ło­wała. Syn zaczy­nał się zuży­wać, zosta­wia­jąc po sobie śli­skie resztki ukry­wa­nego dotąd kaca.

Inter­fejs n-dżinna labo­ra­to­rium pato­lo­gicz­nego, ide­alna pięk­ność o eura­zja­tyc­kich rysach, w dosko­nale uszy­tym far­tu­chu, z maszy­no­wym spo­ko­jem rela­cjo­no­wał kosz­mar.

- Sprawca wybrał koń­czyny, ponie­waż ich wyko­rzy­sta­nie wią­zało się z naj­prost­szą mody­fi­ka­cją pro­gra­mów auto­ma­tycz­nego chi­rurga z funk­cji chi­rur­gicz­nych na rzeź­ni­cze. - Ele­gancki gest. - Ampu­ta­cja sta­nowi pro­ce­durę obecną w pro­to­ko­łach autochi­rurga i nie sta­nowi zagro­że­nia dla życia. Po każ­dej pro­ce­du­rze chi­rur­gicz­nej pacjent, wciąż żywy, prze­no­szony był do jed­nostki krio­ge­nicz­nej, co zapew­niało pewną i stałą dostawę świe­żego mięsa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Podzię­ko­wa­nia

Podzię­ko­wa­nia

To było trudne zada­nie i wielu oso­bom jestem winien mnó­stwo podzię­ko­wań. Aby napi­sać Trzy­nastkę żebra­łem, poży­cza­łem i kra­dłem prak­tycz­nie zewsząd.

Ponie­waż jest to powieść fan­ta­styczno-naukowa, zacznijmy od nauki:

Pier­wotny pomysł na wariant trzy­na­ście został zain­spi­ro­wany przez teo­rie Richarda Wran­ghama doty­czące zaniku ludz­kiej agre­sji, opi­sane przez Matta Ridleya w jego dosko­na­łej książce Nature via Nur­ture. Pozwo­li­łem sobie na bar­dzo dużą swo­bodę w inter­pre­ta­cji tych pomy­słów i wariant trzy­na­ście opi­sany w tej książce w naj­mniej­szym stop­niu nie ma odpo­wia­dać pomy­słom panów Wran­ghama ani Ridleya. Oni po pro­stu dostar­czyli mi tram­po­liny - dość paskudne chlup­nię­cie pod nią to wyłącz­nie moje dzieło.

Pomysł plat­form ze sztucz­nych chro­mo­so­mów rów­nież jest poży­czony, w tym przy­padku z fascy­nu­ją­cej i tro­chę strasz­nej książki Gre­gory'ego Stocka Rede­si­gning Humans, a bły­sko­tliwe dzieła Ste­vena Pin­kera Tabula rasa. Spory o naturę ludzką i Jak działa umysł były główną inspi­ra­cją dla więk­szo­ści futu­ry­stycz­nej gene­tyki, którą tu sobie wymy­śli­łem. I znów, wszystko co zmie­ni­łem i uży­łem nie­zgod­nie z zamie­rze­niami auto­rów, jest wyłącz­nie moją winą.

Funk­cja intu­icyjna Yaro­shanko, choć to mój pomysł, w dużym stop­niu zain­spi­ro­wana została bar­dzo rze­czy­wi­stymi bada­niami doty­czą­cymi sieci spo­łecz­nych opi­sa­nych w książce Marka Bucha­nana Small World. Jestem też dłuż­ni­kiem Hannu Raja­niemi z uni­wer­sy­tetu w Edyn­burgu za poświę­ce­nie czasu na próbę wyja­śnie­nia mi teo­rii gier kwan­to­wych i jej poten­cjal­nych zasto­so­wań, co dało mi pod­stawy dla Nowej Mate­ma­tyki i jej sub­tel­nego, ale wszech­ogar­nia­ją­cego wpływu na spo­łe­czeń­stwo. Muszę rów­nież podzię­ko­wać redak­to­rowi Simo­nowi Span­to­nowi za cier­pliwą pomoc w upo­ra­niu się z tech­nicz­nymi i logi­stycz­nymi aspek­tami kap­suł zamra­ża­ją­cych w dro­dze z Marsa na Zie­mię.

W dzie­dzi­nie poli­tyki mocno wpły­nęły na mnie dwie bar­dzo wni­kliwe i dość depre­syjne książki o Sta­nach Zjed­no­czo­nych, The Right Nation Johna Mic­kle­th­wa­ita i Adriana Wool­ridge'a, oraz What's the Mat­ter with Ame­rica autor­stwa Tho­masa Franka, a także bły­sko­tliwa i nieco mniej depre­syjna Stif­fed, Susan Faludi. Choć wszyst­kie te książki zło­żyły się na kon­cep­cję Sece­sji i kwe­stii płcio­wych opi­sa­nych w Trzy­na­stce, sama Skon­fe­de­ro­wana Repu­blika (ina­czej Jezu­sowo) została zain­spi­ro­wana przez sławny już mem mapy Jezu­sowa (Jesu­sland), zgod­nie z infor­ma­cją z Wiki­pe­dii stwo­rzo­nej przez nie­ja­kiego G. Webba w biu­le­ty­nie yakyak.org. Dobra robota, G.! Szcze­gólne, oso­bi­ste podzię­ko­wa­nia należą się Ala­nowi Beat­t­sowi z Bor­der­lands books w San Fran­ci­sco za wysłu­chi­wa­nie moich wynu­rzeń przy whi­skey i sza­łar­mie, oraz podzie­le­niu się ze mną prze­my­śle­niami dobrze zorien­to­wa­nego Ame­ry­ka­nina, które nieco wygła­dziły moje kon­cep­cje.

Za uwagi doty­czące moż­li­wej przy­szło­ści (oraz mocno nie­zro­zu­mia­nej prze­szło­ści) Islamu jestem rów­nież wdzięczny Tari­qowi Aliemu za The Clash of Fun­da­men­ta­li­sms, Karen Arm­strong za Krótką histo­rię Islamu i bar­dzo odważ­nemu Irsha­dowi Man­jiemu za The Tro­uble with Islam Today. Tu także sporo namie­sza­łem i to, co zapre­zen­to­wa­łem w Trzy­na­stce, nie­ko­niecz­nie jest zwią­zane z tym, co stwo­rzyli tamci auto­rzy.

Osta­tecz­nie jestem winien bez­denną wdzięcz­ność wszyst­kim tym, któ­rzy tak cier­pli­wie cze­kali i wciąż powta­rzali, żebym się nie śpie­szył:

Simo­nowi Span­to­nowi - znów! - i Jo Flet­cher z wydaw­nic­twa Gol­lancz, Chri­sowi Schlu­epowi i Betsy Mit­chell z wydaw­nic­twa Del Rey, mojej agentce Caro­lyn Whi­ta­ker oraz wszyst­kim tym, któ­rzy słali do mnie maile w 2006 z kon­do­len­cjami, wyra­zami otu­chy i wspar­cia. Bez Was ta książka by nie powstała.

Lśniąca stal, lśniąca stal...

Lar­sen mruga i poru­sza się słabo na auto­ma­tycz­nym wózku szpi­tal­nym, suną­cym pod kolej­nymi pane­lami świetl­nymi i poprzecz­nymi bel­kami sufitu. Z obra­zem powoli poja­wia się nie­pewne roz­po­zna­nie: jedzie grzbie­to­wym kory­ta­rzem. W górze świa­tło odbija się pod kątem od każ­dego meta­lo­wego wspor­nika, prze­cho­dząc od bły­sku do peł­nego bla­sku i gasnąc z powro­tem po minię­ciu go. Przy­pusz­cza, że obu­dziły ją wła­śnie te powta­rza­jące się bły­ski. Albo kolano, które potwor­nie ją boli, nawet przez zna­jome opary środ­ków wybu­dza­ją­cych. Jedna ręka spo­czywa na piersi, wci­ska­jąc się w cienką tka­ninę try­kotu krio­ge­nicz­nego. Chłodny dotyk powie­trza na skó­rze zdra­dza, że nie ma na sobie nic wię­cej. Ogar­nia ją upiorne uczu­cie déja vu. Kaszle słabo, podraż­niona reszt­kami wypom­po­wa­nego z jej płuc żelu ze zbior­nika. Znów się poru­sza i mam­ro­cze coś pod nosem.

...znowu...?

- Tak, znowu. Tak, ponow­nie dzie­dzic­two kor­mo­rana.

To dziwne. Nie spo­dzie­wała się obcego głosu, zwłasz­cza mówią­cego zagad­kami. Wybu­dza­nie było zazwy­czaj cał­ko­wi­cie mecha­nicz­nym pro­ce­sem, z kom­pu­te­rem zapro­gra­mo­wa­nym na obu­dze­nie ich przed przy­lo­tem, i o ile coś się nie zepsuło...

Czyli jesteś teraz super­ek­spertką od kap­suł krio­ge­nicz­nych, co?

Nie jest. Całe jej wcze­śniej­sze doświad­cze­nie spro­wa­dza się do trzech wybu­dzeń testo­wych i jed­nego praw­dzi­wego, na końcu podróży w tamtą stronę. Przy­pusz­cza też, że stąd wła­śnie uczu­cie déja vu. Mimo wszystko...

...wię­cej niż trzy... ...to nie jest wię­cej, to nie...

Gwał­tow­ność odpo­wie­dzi szar­pie zadrą, która wcale się jej nie podoba. Gdyby usły­szała ją w gło­sie kogoś innego, na przy­kład bada­nego pacjenta, pomy­śla­łaby o środ­kach uspo­ka­ja­ją­cych, może nawet wezwa­niu ochrony. We wła­snych myślach było to nie­ocze­ki­wane i mro­żące krew w żyłach, jak nagłe uświa­do­mie­nie sobie, że w domu jest ktoś jesz­cze, nie­pro­szony gość. Jak poja­wia­jąca się zni­kąd myśl, że może nie jest się do końca przy zdro­wych zmy­słach.

To pro­chy, Ellie. Daj spo­kój, prze­cze­kaj to.

Lśniąca sta...

Wózek pod­ska­kuje lekko, skrę­ca­jąc w prawo. Z jakie­goś powodu wzbu­dza to w niej gwał­towne przy­śpie­sze­nie pulsu, reak­cję, w któ­rej, w obec­nym sta­nie, otu­ma­niona pro­chami, pra­wie nie­dbale roz­po­znaje panikę. Niczym strużka wody prze­biega przez nią dreszcz prze­czu­cia nad­cho­dzą­cej zagłady. Roz­biją się, ude­rzą w coś lub coś wal­nie w nich, coś potęż­nego, sta­ro­żyt­nego i poza ludz­kim zro­zu­mie­niem, wiru­ją­cego odwiecz­nie w nie­skoń­czo­nej nocy na zewnątrz statku. Podróże kosmiczne nie są bez­pieczne, była sza­lona, myśląc ina­czej, zga­dza­jąc się na kon­trakt i sądząc, że ujdzie jej to pła­zem, tam i z powro­tem do domu w jed­nym kawałku, jakby nie róż­niło się to niczym od lotu sub­or­bi­tal­nego nad Pacy­fi­kiem, po pro­stu nie dało się...

Daj spo­kój, Ellie. To przez pro­chy.

Wtedy zdaje sobie sprawę, gdzie jest. W polu jej widze­nia poja­wiają się zło­żone, paję­cze ramiona auto­ma­tycz­nego chi­rurga, a wózek wjeż­dża na sta­no­wi­sko dia­gno­styczne. Ogar­nia ją fala ulgi. Coś jest nie tak, ale zna­la­zła się we wła­ści­wym miej­scu. Hor­kan's Pride wypo­sa­żono w naj­lep­sze auto­ma­tyczne sys­temy medyczne, jakie potrafi zbu­do­wać INKOL, prze­czy­tała to w Wia­do­mo­ściach Kolo­nii, a kilka tygo­dni przed wylo­tem cała SI statku prze­szła grun­towną aktu­ali­za­cję. Zresztą są pewne gra­nice tego, co może się stać z zamro­żo­nym cia­łem, prawda, Ellie? Funk­cje orga­niczne spo­wol­nione do nie­moż­li­wo­ści, podob­nie jak wszel­kie paskudz­twa, które mogłaby w sobie cho­wać.

Ale nie chce jej opu­ścić panika, poczu­cie nie­uchron­no­ści strasz­nego losu. Czuje się otę­piała i uparta, jak pies nie­po­tra­fiący prze­stać przej­mo­wać się znie­czu­loną nogą.

Obraca głowę w bok i go dostrzega.

Niczym prąd ude­rza w nią kolejna fala roz­po­zna­nia, tym razem ostrzej­sza.

Kie­dyś, będąc w Euro­pie, odwie­dziła Museo della Sin­done w Tury­nie i obej­rzała trzy­maną tam tka­ninę z obra­zem tor­tu­ro­wa­nego czło­wieka. Stała w mroku po dru­giej stro­nie kulo­od­por­nej szyby, oto­czona naboż­nymi szep­tami wier­nych. Choć sama ni­gdy nie była wie­rząca, Lar­sen dziw­nie poru­szyły ostre i puste linie twa­rzy w her­me­tycz­nej komo­rze próż­nio­wej. Była świa­dec­twem ludz­kiego cier­pie­nia, które cał­ko­wi­cie porzu­ciło swoje boskie pre­ten­sje, przez co poświę­cone mu modli­twy sta­wały się zupeł­nie nie­do­rzeczne. Gdy patrzyła na tę twarz, ude­rzyła ją uparta chęć prze­trwa­nia orga­nicz­nego życia, dzie­dzic­two wbu­do­wa­nego, ukry­tego oporu, będą­cego darem dłu­giego mar­szu ewo­lu­cji.

To mógł być ten sam czło­wiek. Tu i teraz.

Opiera się o wysoką szafkę w rogu i patrzy na nią, z żyla­stymi ramio­nami zło­żo­nymi na wychu­dłej klatce pier­sio­wej, a jego żebra widać nawet przez koszulkę. Dłu­gie pro­ste włosy wiszą po obu stro­nach wąskiej twa­rzy o rysach zaostrzo­nych jesz­cze przez ból i pra­gnie­nie. Usta zaci­ska w wąską kre­skę zary­so­waną mię­dzy ostrym pod­bród­kiem i wąskim nosem. Policzki ma zapad­nięte.

Spo­gląda mu w oczy i jej serce opor­nie zrywa się do gwał­tow­niej­szej pracy.

- Czy to...? - Wraz ze sło­wami budzi się w niej teraz okropne zro­zu­mie­nie, potworne roz­po­zna­nie, któ­rego jej świa­do­mość wciąż stara się unik­nąć. - Czy to moje kolano? Moja noga?

Nagle znaj­duje w sobie siłę, pod­piera się na łok­ciach i zmu­sza do spoj­rze­nia.

Widok zde­rza się ze wspo­mnie­niami.

Budzi się w niej wrzask, momen­tal­nie roz­dzie­ra­jąc otu­la­jące jej świa­do­mość zasłony pro­chów. Nie zdaje sobie sprawy, jak słabo to brzmi w zim­nym pomiesz­cze­niu sali ope­ra­cyj­nej, ale w jej wnę­trzu krzyk nie­mal roz­rywa bębenki, a wie­dza przy­cho­dząca wraz z nim zakrywa jej oczy mro­kiem gro­żą­cym wessa­niem w pustkę. Zdaje sobie sprawę, że nie krzy­czy z powodu tego, co widzi.

Nie z powodu równo zaban­da­żo­wa­nego kikuta koń­czą­cego prawą nogę dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów poni­żej bio­dra. To nie to.

Nie przez zro­zu­mie­nie, że ból w kola­nie to złudny ból w koń­czy­nie, któ­rej już nie ma. To nie to.

Wrzesz­czy z powodu wspo­mnie­nia.

Wspo­mnie­nia jazdy wóz­kiem przez cichy kory­tarz, lek­kiego pod­skoku i skrętu do sali ope­ra­cyj­nej, a potem otę­pie­nia lekami, nara­sta­ją­cego jęku piły tar­czo­wej, paskud­nego dźwięku cię­cia i cichego trza­sku podą­ża­ją­cego za ostrzem kau­te­ry­zu­ją­cego lasera. Wspo­mnie­nia poprzed­niego razu i obrzy­dli­wego, wykrę­ca­ją­cego wnętrz­no­ści zro­zu­mie­nia, że wszystko to się powtó­rzy.

- Nie - szep­cze. - Pro­szę.

Cie­pła, dłu­go­palca dłoń dotyka jej czoła. Pochyla się nad nią obli­cze z całunu turyń­skiego.

- Ciiii... kor­mo­ran wie, czemu...

Za jego twa­rzą dostrzega ruch. Dzięki wspo­mnie­niom wie, czym jest. Ciche, mecha­niczne ruchy paję­czych nóg budzą­cego się do życia auto­chi­rurga.

Lśniąca stal...

Roz­dział 1

Graya zna­lazł w końcu w mar­sjań­skim obo­zie przy­go­to­waw­czym w Peru, tuż za gra­nicą Boli­wii, ukry­wa­ją­cego się za tanią chi­rur­gią pla­styczną i nazwi­skiem Rodri­guez. Samo w sobie nie było to złym spo­so­bem na znik­nię­cie i praw­do­po­dob­nie wystar­czy­łoby dla stan­dar­do­wych kon­troli. Wery­fi­ka­cje toż­sa­mo­ści w obo­zach przy­go­to­waw­czych nie były zbyt grun­towne, bo tak naprawdę nikogo nie obcho­dziło, kim był czło­wiek, zanim się zgło­sił. Mimo wszystko zosta­wił po sobie kilka dość ewi­dent­nych śla­dów, któ­rych można było poszu­kać, jeśli wie­działo się jak, a Carl z się­ga­ją­cym już despe­ra­cji meto­dycz­nym upo­rem szu­kał go od wielu tygo­dni. Wie­dział, że Gray jest gdzieś na Alti­plano, ponie­waż tam pro­wa­dził jego ślad z Bogoty oraz dla­tego, że wariant trzy­na­sty nie miał wła­ści­wie innego miej­sca, do któ­rego mógłby ucie­kać. Wie­dział, że jest tylko kwe­stią czasu odna­le­zie­nie śla­dów i zgar­nię­cie go. Z dru­giej strony zda­wał sobie też sprawę, że dzięki coraz bar­dziej pobież­nym pro­gra­mom wstęp­nym, celu­ją­cym w zaspo­ko­je­nie rosną­cego zapo­trze­bo­wa­nia, czas był po stro­nie ucie­ka­ją­cego. Musiał jak naj­szyb­ciej coś zna­leźć, bo Gray prze­pad­nie, a Carl nie dosta­nie swo­jej nagrody.

Kiedy więc doszło do prze­łomu, gdy z sieci kon­tak­tów, któ­rymi posłu­gi­wał się przez wszyst­kie te tygo­dnie, dostał wresz­cie drobny strzę­pek infor­ma­cji, trudno było nie zare­ago­wać gwał­tow­nie. Trudno było nie spa­lić swo­jej uciąż­li­wie kon­stru­owa­nej toż­sa­mo­ści, użyć bla­chy i linii kre­dy­to­wej Agen­cji i wyna­jąć zestawu naj­szyb­szych pojaz­dów tere­no­wych dostęp­nych w Copa­ca­ba­nie. Trudno było nie prze­kro­czyć gra­nicy przy pręd­ko­ściach Agen­cji, wzbu­dza­jąc kurz i plotki całą drogę do obozu, w któ­rym Graya oczy­wi­ście już by nie było.

Carl tego nie zro­bił.

Zamiast tego popro­sił parę osób o spłatę dłu­gów i zdo­łał zała­twić sobie prze­lot przez gra­nicę z woj­skową jed­nostką łącz­no­ści, jakimś star­sza­wym trans­por­tow­cem z logo kor­po­ra­cji Kolo­nii na pra­wie cał­kiem wybla­kłym od słońca pan­ce­rzu. Żoł­nie­rze nale­żeli do regu­lar­nej armii peru­wiań­skiej, powo­łani z bied­nych rodzin nabrzeż­nych pro­win­cji, prze­nie­sieni następ­nie do ochrony kor­po­ra­cji. Dosta­wali za to odro­binę wię­cej niż stan­dar­dowy żołd pobo­ro­wego, a wnę­trze trans­por­towca było sto­sun­kowo wygodne jak na woj­skowe stan­dardy, nawet z kli­ma­ty­za­cją. W każ­dym razie byli mło­dzi i twar­dzi, z rodzaju, jakiego nie widy­wało się już czę­sto na Zacho­dzie, nie­win­nie dumni ze swo­jej ciężko zdo­by­tej spraw­no­ści fizycz­nej i taniego pre­stiżu khaki. Wszy­scy sze­roko się do niego uśmie­chali, odsła­nia­jąc zepsute zęby, a żaden nie prze­kro­czył dwu­dziestki. Carl uznał, że ich dobry humor wynika z igno­ran­cji. Mógł się zało­żyć, że dzie­ciaki nie wie­działy, ile dowódz­two bie­rze za ich usługi od kor­po­ra­cyj­nych klien­tów.

Zamknięty we wnę­trzu szar­pią­cego i śmier­dzą­cego potem pojazdu, roz­pa­mię­tu­jąc swoje szanse prze­ciw Gray­owi, Carl naprawdę wolałby w ogóle się nie odzy­wać. Ni­gdy nie był zbyt roz­mowny. Zde­cy­do­wa­nie uwa­żał, że to zbyt prze­re­kla­mo­wany spo­sób na spę­dza­nie czasu. Z dru­giej strony, gdy korzy­stało się z dar­mo­wego prze­jazdu, obo­wią­zy­wały pewne stan­dardy uprzej­mo­ści, zdo­był się więc na tro­chę nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej roz­mowy na temat przy­szło­ty­go­dnio­wych roz­gry­wek Argen­tyny z Bra­zy­lią, dorzu­ca­jąc do kon­wer­sa­cji tylko tyle, ile uznał za abso­lut­nie konieczne. Jakieś komen­ta­rze na temat Patri­cii Mocatty i sensu kobiety kapi­tana w dru­ży­nie, która wciąż w więk­szo­ści skła­dała się z męż­czyzn. Listy nazwisk gra­czy. Porów­na­nia tak­tyki. Wyda­wało się, że wszystko szło w miarę gładko.

- Eres Mar­ciano? - padło w końcu nie­unik­nione pyta­nie.

Pokrę­cił głową. Tak naprawdę był kie­dyś na Mar­sie, ale to była długa i skom­pli­ko­wana histo­ria i nie miał ochoty jej opo­wia­dać.

- Soy con­ta­ble - odpo­wie­dział im, ponie­waż cza­sami tak wła­śnie się czuł. - Con­ta­ble de bio­tec­no­lo­gia.

Wszy­scy się wyszcze­rzyli. Nie był pewien, czy dla­tego, że wcale nie wyglą­dał jak księ­gowy od bio­tech­no­lo­gii, czy po pro­stu mu nie uwie­rzyli. W każ­dym razie nie naci­skali. Przy­wy­kli już do męż­czyzn, któ­rych twa­rze nie paso­wały do opo­wia­da­nych histo­rii.

- Habla bien el espa­nol - pochwa­lił jeden z nich.

Fak­tycz­nie dobrze mówił po hisz­pań­sku, choć przez ostat­nie dwa tygo­dnie uży­wał głów­nie quechua, z mar­sjań­skim akcen­tem, ale wciąż bli­skim swo­ich peru­wiań­skich korzeni. Tego wła­śnie języka uży­wała więk­szość miesz­kań­ców Alti­plano, a oni wła­śnie sta­no­wili pod­stawę siły robo­czej w obo­zach przy­go­to­waw­czych, podob­nie jak na Mar­sie. Co nie zmie­niało faktu, że języ­kiem przed­sta­wi­cieli prawa wciąż był tu hisz­pań­ski. Poza powierz­chowną zna­jo­mo­ścią uży­wa­nego w sieci aman­giel­skiego faceci z Wybrzeża nie znali niczego innego. Nie był to ide­alny układ z punktu widze­nia kor­po­ra­cji, ale przy pod­pi­sy­wa­niu kon­trak­tów INKOL rząd w Limie był nie­ugięty. Odda­nie kon­troli kor­po­ra­cjom gringo to jedno, wła­ści­wie miało już za sobą wspar­cie pre­ce­den­sów histo­rycz­nych, ale pozwo­le­nie miesz­kań­com Alti­plano na kul­tu­ralne uwol­nie­nie się od wła­dzy Wybrzeża... cóż, na to już nie można było pozwo­lić. Na szali leżał zbyt duży balast histo­rii. Ory­gi­nalni Inko­wie sześć­set lat temu i ich uparta, trzy­dzie­sto­let­nia odmowa zacho­wy­wa­nia się tak, jak powi­nien pod­bity lud, krwawy odwet Tupac Amaru w 1780, maoiści Sen­dero Lumi­noso rap­tem sto lat temu i jesz­cze cał­kiem nie­dawne wrze­nie fami­lias andi­nas. Lek­cja została opa­no­wana, słowo wypo­wie­dziane. Ni­gdy wię­cej. Pil­no­wali tego mówiący po hisz­pań­sku mun­du­rowi i urzęd­nicy.

Trans­por­to­wiec zatrzy­mał się z szarp­nię­ciem i tylne drzwi ciężko otwarły się na zewnątrz. Do środka wdarło się ostre świa­tło wyżyn, a wraz z nim dźwięki i zapa­chy obozu. Usły­szał zna­jome, nie hisz­pań­skie tona­cje quechua wykrzy­ki­wane ponad odgło­sami pra­cu­ją­cej maszy­ne­rii. Stłu­mił je głos impor­to­wa­nego robota, rycząc w aman­giel­skim "pojazd cofa, pojazd cofa!". Skądś dobie­gała muzyka, wokal huayno zre­mik­so­wany do jakie­goś tanecz­nego rytmu. Przez wonie oleju sil­ni­ko­wego i pla­sti­ków prze­bi­jał się wszech­obecny, ciężki zapach ante­cu­chos pie­czo­nych nad ogniem z drewna. Carl miał wra­że­nie, że sły­szy też wir­niki star­tu­ją­cego gdzieś w oddali śmi­głowca.

Żoł­nie­rze wybie­gli ze środka, cią­gnąc za sobą ple­caki i broń. Carl pozwo­lił im ruszyć przo­dem, wyszedł jako ostatni i rozej­rzał się wokół, uży­wa­jąc ich roz­krzy­cza­nego tłumku jako osłony. Trans­por­to­wiec zatrzy­mał się na wiecz­no­be­to­no­wym pasie naprze­ciw kilku zaku­rzo­nych auto­bu­sów kur­su­ją­cych do Cuzco i Are­qu­ipy. Za nimi wzno­siła się dźwi­ga­rowa kon­struk­cja budynku ter­mi­nalu, a jesz­cze dalej na wzgó­rzu roz­cią­gał się obóz Gar­rod Hor­kan 9, zbu­do­wany z par­te­ro­wych dom­ków na ste­ryl­nym pla­nie kra­tow­nicy. Co kilka ulic nad skrzy­żo­wa­niami powie­wały bia­ławe flagi kor­po­ra­cji z prze­ple­cio­nymi lite­rami G i H w pier­ście­niu gwiazd. Przez pozba­wione szyb okna ter­mi­nalu Carl zauwa­żył ludzi w kom­bi­ne­zo­nach ozdo­bio­nych tym samym logo na pier­siach i ple­cach.

Cho­lerne kor­po­ra­cyjne mia­sta.

Zło­żył swój ple­cak w schowku na dworcu, zapy­tał sprzą­ta­cza w kom­bi­ne­zo­nie o kie­ru­nek i wyszedł z powro­tem na słońce wzno­szą­cej się ulicy. Po prze­ciw­nej stro­nie błysz­czało bole­śnie jasne i błę­kitne jezioro Titi­caca. Zsu­nął na oczy inte­li­gentne szkła Cebe, na głowę wci­snął wymię­tego peru­wiań­skiego stet­sona ze skóry i ruszył w górę pochy­ło­ści, podą­ża­jąc za muzyką. Ubra­nie było bar­dziej spo­so­bem na wto­pie­nie się w tłum niż koniecz­no­ścią - skórę miał ciemną i dosta­tecz­nie stward­niałą, by nie mar­twić się o słońce, ale szkła i kape­lusz umoż­li­wiały ukry­cie twa­rzy. Czarni nie byli tacy znów powszechni w obo­zach na Alti­plano i, choć było to mało praw­do­po­dobne, Gray mógł pole­cić komuś obser­wo­wać ter­mi­nal. Im mniej się wyróż­niał, tym lepiej.

Po poko­na­niu kilku prze­cznic w górę ulicy Carl zna­lazł to, czego szu­kał. Budy­nek z pre­fa­bry­ka­tów dwu­krot­nie więk­szy od pozo­sta­łych, ema­nu­jący z zasło­nię­tych okien i podwój­nych drzwi pul­su­ją­cym ryt­mem remiksu huayno. Ściany oble­piono pla­ka­tami lokal­nych kapel, a otwarte do środka drzwi obsta­wiały dwa panele przed­sta­wia­jące kara­ib­skie życie nocne według wyobra­żeń jakiejś agen­cji rekla­mo­wej z Limy. Biały pia­sek i palmy, impre­zowe świa­tła. Dziew­czyny criolla w bikini dwu­znacz­nie trzy­ma­jące butelki z piwem i rusza­jące bio­drami w rytm nie­sły­szal­nej muzyki w towa­rzy­stwie face­tów o euro­pej­skim wyglą­dzie. Oprócz orkie­stry - ide­al­nie umię­śnio­nej i bry­ka­ją­cej rado­śnie w tle, z daleka od kobiet - nikt nie miał skóry ciem­niej­szej niż szkla­neczka szkoc­kiej z wodą.

Carl pokrę­cił z roz­ba­wie­niem głową i wszedł do środka.

W środku muzyka była gło­śniej­sza, ale wciąż zno­śna. Dach wzno­sił się sko­sem na wyso­ko­ści pierw­szego pię­tra, a pod nim znaj­do­wała się otwarta prze­strzeń, zatem dźwięki ucie­kały tam­tędy. Przy sto­liku w rogu grało w karty trzech męż­czyzn i kobieta. Gra wyma­gała licy­ta­cji i wyraź­nie nie mieli pro­ble­mów ze zro­zu­mie­niem tego, co mówią part­ne­rzy. Przy innych sto­łach toczyły się roz­mowy. Przez drzwi i okien­nice wpa­dało świa­tło słońca, two­rząc na pod­ło­dze lśniące kre­chy, ale nie się­gało daleko i jeśli popa­trzyło się wprost na nie, a potem w głąb, przez porów­na­nie reszta sali wyda­wała się pogrą­żona w pół­mroku.

W prze­ciw­nym rogu pomiesz­cze­nia zakrzy­wiony bar z nito­wa­nych kawa­łów bla­chy mie­ścił pół tuzina piją­cych. Stał dosta­tecz­nie daleko od okien, by pipy beczek z piwem na ścia­nie z tyłu lśniły łagod­nie w pół­mroku. W tejże ścia­nie znaj­do­wały się drzwi otwarte na rów­nie słabo oświe­tloną kuch­nię, naj­wy­raź­niej pustą i nie­uży­waną. Jedyna widoczna obsługa miała postać przy­sa­dzi­stej kel­nerki indi­gena, snu­ją­cej się mię­dzy sto­łami i zbie­ra­ją­cej na tacę butelki i szklanki. Carl przy­glą­dał się jej przez chwilę z uwagą, po czym ruszył za nią, gdy skie­ro­wała się do baru.

Dogo­nił ją w chwili, gdy odsta­wiła tacę na blat.

- Butelkę red stripe'a - ode­zwał się w quechua. - Bez szklanki.

Zanur­ko­wała pod uno­szo­nym na zawia­sach frag­men­tem blatu i bez słowa otwarła sto­jącą na pod­ło­dze lodówkę. Wyjęła z niej butelkę i wypro­sto­wała się, trzy­ma­jąc ją pra­wie jak criol­las z paneli na zewnątrz. Potem spraw­nie zdjęła kap­sel nieco pod­rdze­wia­łym otwie­ra­czem wiszą­cym u jej pasa i posta­wiła ją na barze.

- Pięć soli.

Jedyna gotówka, jaką miał przy sobie, pocho­dziła z Boli­wii. Wycią­gnął wafel INKOL i wysu­nął go, trzy­ma­jąc dwoma pal­cami.

- Może być?

Posłała mu spoj­rze­nie pełne cier­pie­nia i poszła po ter­mi­nal. Spraw­dził godzinę wyświe­tlaną w lewym gór­nym rogu szkieł Cebe, po czym je zdjął. Co prawda prze­sta­wiły się już na słabe oświe­tle­nie, ale do tego, co pla­no­wał, wolał mieć wyraźny kon­takt wzro­kowy. Poło­żył kape­lusz na barze i oparł się obok niego, zwró­cony twa­rzą w stronę sali, sta­ra­jąc się przy­brać wygląd kogoś, kto niczego nie chce i świet­nie tu pasuje.

W teo­rii powi­nien po przy­by­ciu zgło­sić się do zarządcy osie­dla z ramie­nia GH. Taka obo­wią­zy­wała zapi­sana w Kar­cie pro­ce­dura, jed­nak bole­sne doświad­cze­nia z prze­szło­ści, czę­ściowo opła­cone wła­sną krwią, nauczyły go, by daro­wać sobie ten etap. Wszę­dzie tu pano­wało pełne spek­trum nie­chęci do tego, czym był Carl Mar­sa­lis, mają­cej swe źró­dła na każ­dym pozio­mie ludz­kiej egzy­sten­cji. Od strony wysu­bli­mo­wa­nego pozna­nia poli­tycy potę­piali jego egzy­sten­cję jako nie­mo­ralną. Na pozio­mie bar­dziej emo­cjo­nal­nym doty­kała go ogól­no­ludzka odraza wią­żąca się z ety­kietką "zdrajca". Jesz­cze głę­biej, na fali suchej ter­mi­no­lo­gii raportu Jacob­sena, ale zaha­cza­jąc o hor­mo­nalne pod­stawy instynk­tów, krył się przy­pra­wia­jący o zawrót głowy strach, że pomimo wszystko wciąż był jed­nym z nich.

Ale naj­gor­szy z tego wszyst­kiego był fakt, że w oczach kor­po­ra­cji Kolo­nii Carl był cho­dzącą złą prasą. Oraz gwa­ran­to­waną dziurą w budże­cie. Do czasu, gdy ktoś taki jak Gray był gotów do wysła­nia, Gar­rod Hor­kan mógł wpa­ko­wać w niego już kil­ka­dzie­siąt tysięcy dola­rów w for­mie róż­nego rodzaju szko­leń i siatki bio­te­chu. Nie był to rodzaj inwe­sty­cji, który chciało się zoba­czyć wykrwa­wia­jący się w pyle Alti­plano pod nagłów­kami o nie­do­sta­tecz­nych zabez­pie­cze­niach w obo­zie INKOL.

Cztery lata temu zgło­sił się do zarządcy obozu na połu­dnie od La Paz, a jego cel tajem­ni­czo wypa­ro­wał, gdy Carl wciąż wypeł­niał for­mu­la­rze w budynku admi­ni­stra­cji. Kiedy wszedł do jego domku, w kuchni na stole wciąż dymił talerz zupy. Tylne drzwi były otwarte, podob­nie jak pusta skrzy­nia w nogach łóżka w pokoju obok. Tam­ten czło­wiek już ni­gdy wię­cej się nie poja­wił i Carl musiał przy­znać sobie i Agen­cji, że najprawdopodob­niej prze­bywa już na Mar­sie. Nikt w INKOL nie potwier­dziłby tej infor­ma­cji, więc nie zawra­cał sobie głowy pyta­niem.

Sześć mie­sięcy póź­niej Carl zgło­sił się póź­nym wie­czo­rem do innego zarządcy obozu, odmó­wił wypeł­nia­nia for­mu­la­rzy i chwilę po wyj­ściu z budynku admi­ni­stra­cyj­nego został zaata­ko­wany przez pię­ciu męż­czyzn z kijami bejs­bo­lo­wymi. Na szczę­ście nie byli zawo­dow­cami i w ciem­nej alejce wcho­dzili sobie nawza­jem w drogę. Ale do chwili, gdy udało mu się wyrwać jeden z kijów bejs­bo­lo­wych i prze­go­nić napast­ni­ków, cały obóz był już na nogach. Ulicę roz­świe­tlały latarki i szybko prze­ka­zy­wano sobie wia­do­mość: przy budynku admi­ni­stra­cji poja­wił się nowy czar­no­skóry i spra­wia kło­poty. Carl nie zawra­cał sobie głowy prze­bi­ja­niem się przez ulice pełne wro­gich spoj­rzeń, by spraw­dzić obo­zowy adres swo­jego celu. Wie­dział, co zasta­nie.

Zostały jesz­cze skutki walki, rów­nie prze­wi­dy­walne. Pomimo licz­nych prze­chod­niów, a nawet jed­nego czy dwóch bez­czel­nych gapiów, nagle oka­zało się, że nie ma żad­nych świad­ków. Męż­czy­zna, któ­rego Carl obił dosta­tecz­nie mocno, by nie mógł uciec, nie puścił pary z gęby na temat powodu ataku. Zarządca nie pozwo­liła Car­lowi na prze­słu­cha­nie go w cztery oczy i nawet nad­zo­ro­wane prze­słu­cha­nie ogra­ni­czyła, tłu­ma­cząc się wzglę­dami medycz­nymi. "Wię­zień ma pewne prawa", oświad­czyła powoli, jakby Carl był ogra­ni­czony umy­słowo. "Dość go już pan skrzyw­dził".

Carl, wciąż krwa­wiący z roz­bi­tego policzka i ze zła­ma­nym przy­naj­mniej jed­nym pal­cem, tylko na nią popa­trzył.

Obec­nie infor­mo­wał zarząd obozu, gdy było już po wszyst­kim.

- Szu­kam sta­rego kum­pla - powie­dział kel­nerce, gdy wró­ciła z urzą­dze­niem. Dał jej wafel INKOL i odcze­kał, aż go prze­su­nęła. - Nazywa się Rodri­guez. To bar­dzo ważne, żebym go zna­lazł.

Jej palce zawi­sły nad kla­wia­turą. Wzru­szyła ramio­nami.

- Rodri­guez to czę­ste nazwi­sko.

Carl wycią­gnął jeden z wydru­ków pli­ków ścią­gnię­tych z kli­niki w Bogo­cie i pchnął go w jej stronę po barze. Wyge­ne­ro­wany kom­pu­te­rowo obraz miał zapre­zen­to­wać klien­towi, jak będzie wyglą­dał, gdy zej­dzie już opu­chli­zna. W cza­sie rze­czy­wi­stym, tak szybko po tak taniej ope­ra­cji, nowa twarz Graya paso­wa­łaby pew­nie do ofiary lin­czu z Jezu­sowa, ale męż­czy­zna uśmie­cha­jący się na kli­nicz­nym obra­zie wyglą­dał zdrowo i zdu­mie­wa­jąco prze­cięt­nie. Sze­ro­kie kości policz­kowe i usta, stan­dar­dowe rysy ame­rin­diań­skie. Carl, który miał pra­wie para­noję w tych spra­wach, kazał Mat­thew wró­cić tej nocy do stru­mieni danych kli­niki, by się upew­nić, że nie pró­bo­wali oszu­kać go jakimś stan­dar­do­wym obraz­kiem. Mat­thew narze­kał, ale zro­bił to praw­do­po­dob­nie, żeby dowieść, że potrafi. Nie było wąt­pli­wo­ści. Gray wła­śnie tak teraz wyglą­dał.

Kel­nerka przez chwilę bez zain­te­re­so­wa­nia przy­glą­dała się wydru­kowi, po czym wystu­kała dla wafla kwotę zde­cy­do­wa­nie wyż­szą od pię­ciu soli. Kiw­nęła głową w stronę sie­dzą­cego przy dru­gim końcu baru masyw­nego, jasno­wło­sego faceta, patrzą­cego w szkla­neczkę takim wzro­kiem, jakby była jego oso­bi­stym wro­giem.

- Jego zapy­taj.

Ręka Carla wystrze­liła z pręd­ko­ścią siatki. Tego ranka się pod­ła­do­wał. Wygiął jej palec wska­zu­jący, zanim ude­rzyła w kla­wisz zatwier­dze­nia trans­ak­cji, i wykrę­cił go lekko, tylko tyle, by zablo­ko­wać stawy kostek. Poczuł, jak jej kości zacze­piają o sie­bie.

- Cie­bie pytam - powie­dział spo­koj­nie.

- A ja odpo­wia­dam. - Jeśli się bała, nie oka­zała tego. - Znam tę twarz. Przy­cho­dzi tu i pije z Rubio dwa albo trzy razy w tygo­dniu. To wszystko, co wiem. Puścisz mój palec czy mam ścią­gnąć na cie­bie uwagę? Może wezwać ochronę obozu?

- Nie. Ale musisz mnie przed­sta­wić temu Rubio.

- Cóż. - Posłała mu miaż­dżące spoj­rze­nie. - Wystar­czyło popro­sić.

Puścił ją i odcze­kał, aż zakoń­czy trans­ak­cję. Oddała mu wafel, kiw­nęła głową i ruszyła nie­śpiesz­nie wzdłuż baru, aż sta­nęła naprze­ciw blon­dyna i jego szkla­neczki. Męż­czy­zna zer­k­nął na nią, potem na pod­cho­dzą­cego Carla i z powro­tem na nią. Ode­zwał się po angiel­sku.

- Cześć, Gaby.

- Cześć, Rubio. Widzisz tego gościa? - Ona też prze­szła na angiel­ski, z moc­nym akcen­tem, ale płynny. - Szuka Rodri­gu­eza. Mówi, że jest jego kum­plem.

- Serio? - Rubio prze­su­nął się tro­chę i spoj­rzał na Carla. - Jesteś kum­plem Rodri­gu­eza?

- Tak, by...

Wtedy poja­wił się nóż.

Póź­niej, gdy miał czas, Carl roz­pra­co­wał sztuczkę. Broń wypo­sa­żono w samo­lep na ręko­je­ści i blon­dyn przy­pusz­czal­nie przy­kleił ją do baru w zasięgu ręki gdy tylko zoba­czył, że kel­nerka roz­ma­wia z obcym. Bez­tro­skie podej­ście Carla - przy­ja­ciel Rodri­gu­eza, jasne - prze­są­dziło sprawę. Oboje byli przy­ja­ciółmi Graya. Wie­dzieli, że nie ma innych.

Tak więc Rubio ode­rwał nóż i tym samym płyn­nym ruchem dźgnął Carla. Ostrze mignęło nie­wy­raź­nie w sła­bym świe­tle, opusz­cza­jąc głęb­szy cień baru, roz­cięło bluzę i gwał­tow­nie wyha­mo­wało na webla­rze pod spodem. Kol­czuga z mody­fi­ko­wa­nej gene­tycz­nie paję­czej nici, droga rzecz. Jed­nak pchnię­cie napę­dzane było zbyt dużą dawką nie­na­wi­ści i furii, by łatwo dało się zatrzy­mać, zresztą pew­nie pomo­gło mono­mo­le­ku­larne ostrze. Carl poczuł, jak czu­bek prze­bija się i wcho­dzi w jego ciało.

Ponie­waż tak naprawdę liczył się z czymś takim, był już w ruchu, a weblar pozwo­lił mu na luk­sus rezy­gna­cji z uni­ków. Ude­rzył Rubio cio­sem tanindo - pod­stawą dłoni, dwa krót­kie ciosy, łamiąc nos i miaż­dżąc skroń męż­czy­zny, posy­ła­jąc go gwał­tow­nie na pod­łogę baru. Nóż wyszedł z rany - paskudna, bole­sna intym­ność metalu w ciele - a on stęk­nął, uwal­nia­jąc się od niego. Rubio drgnął i prze­to­czył się na pod­ło­dze, praw­do­po­dob­nie w ago­nii. Carl dla pew­no­ści kop­nął go w głowę.

Wszystko znie­ru­cho­miało.

Ludzie gapili się na niego.

Pod osłoną weblaru poczuł krew, spły­wa­jącą w dół brzu­cha z rany po nożu.

Za jego ple­cami Gaby wybie­gła przez drzwi do kuchni. Tego rów­nież w zasa­dzie się spo­dzie­wał: według jego źró­dła była bli­sko z Grayem. Nie­zgrab­nie prze­sko­czył bar - dziki błysk bólu z nowej rany - i ruszył za nią.

Przez kuch­nię - cia­sne, usmo­lone pomiesz­cze­nie, z włą­czo­nymi pal­ni­kami gazo­wymi i drzwiami wciąż odbi­ja­ją­cymi się po przej­ściu Gaby. Bie­gnąc, Carl zaha­czył o parę ron­dli, zosta­wia­jąc za sobą brzęk metalu. Wypadł przez drzwi w alejkę na tyłach budynku. W oczy ude­rzył go nagły blask słońca. Po pra­wej dostrzegł kel­nerkę bie­gnącą sprin­tem w górę wzgó­rza. Miała około trzy­dzie­stu metrów prze­wagi.

W sam raz.

Pobiegł za nią.

Wraz z walką w pełni uak­tyw­niła się siatka. Wypeł­niła go teraz, cie­pła jak słońce, a ból w boku ogra­ni­czył się do wspo­mnie­nia i luź­nej świa­do­mo­ści, że krwawi. Jego wzrok wyostrzył się na ucie­ka­ją­cej kobie­cie, roz­ma­zu­jąc w jasną plamę skraje pola widze­nia. Kiedy skrę­ciła w lewo i znik­nęła, zmniej­szył dzie­lącą ich prze­strzeń o jakąś jedną trze­cią. Dotarł do skrzy­żo­wa­nia i wyj­rzał w mroczną alejkę, tym razem led­wie sze­ro­ko­ści jego ramion. Nie­po­ma­lo­wane ściany pre­fa­bry­ko­wa­nych budyn­ków z małymi, wysoko umiesz­czo­nymi okien­kami, o ściany oparte sterty pla­sti­ko­wych płyt budow­la­nych i ram kon­struk­cyj­nych, na ziemi mnó­stwo pustych puszek. Stopą zacze­pił o kawa­łek folii jed­nej z ram. W głębi Gaby skrę­cała wła­śnie w prawo. Nie sądził, żeby się oglą­dała.

Dobiegł do następ­nego rogu i zatrzy­mał się, wal­cząc z chę­cią wysta­wie­nia głowy. Tym razem Gaby wybie­gła na główną ulicę, wyło­żoną wiecz­no­be­to­nem i luźno zapeł­nioną ludźmi. Przy­kuc­nął, wycią­gnął oku­lary Cebe i wyj­rzał za róg na wyso­ko­ści kolan. Ponie­waż tym razem nie musiał mru­żyć oczu przed ostrym słoń­cem, nie­mal natych­miast wypa­trzył ucie­ka­jącą dziew­czynę. Oglą­dała się przez ramię, ale zde­cy­do­wa­nie go nie zoba­czyła. Nie gnała już panicz­nie, tylko ciężko dyszała, a po chwili ruszyła dalej ulicą, bie­gnąc. Carl przy­glą­dał się jej przez kilka sekund, pozwa­la­jąc jej zwięk­szyć odle­głość do dobrych pięć­dzie­się­ciu metrów, po czym wyszedł na ulicę i ruszył jej śla­dem. Ugi­nał kolana, by jego głowa nie wysta­wała nad gło­wami prze­chod­niów. Zebrał parę zdzi­wio­nych spoj­rzeń, ale nikt się do niego nie ode­zwał i co waż­niej­sze, nikt nie sko­men­to­wał tego na głos.

Z jasno­ścią zapew­nianą przez siatkę zdał sobie sprawę, że ma około dzie­się­ciu minut. Tyle potrwa, zanim wia­do­mość o walce w barze dotrze do władz, a te wyślą w powie­trze nad uli­cami Gar­rod Hor­kan 9 śmi­gło­wiec patro­lu­jący. Jeśli do tego czasu nie znaj­dzie Graya - gra skoń­czona.

Trzy prze­cznice dalej Gaby nie­ocze­ki­wa­nie prze­szła na drugą stronę ulicy i weszła do par­te­ro­wego domku z pre­fa­bry­ka­tów. Carl zauwa­żył, jak wyciąga z kie­szeni jean­sów szary pro­sto­kąt karty kodo­wej i prze­suwa go przez zamek. Drzwi otwarły się, a ona znik­nęła w środku. Zbyt daleko, by odczy­tać numer na tabliczce, ale z przodu domku zawie­szono koszyki z kwit­ną­cymi na żółto kak­tu­sami. Carl dotarł do bliż­szego końca budynku, wśli­zgnął się w alejkę mię­dzy nim a sąsied­nim i prze­szedł na tyły. Okno łazienki było otwarte, więc ostroż­nie pod­cią­gnął się do para­petu. Nie­wy­raźny ból rany po nożu, mię­śnie ocie­ra­jące się o sie­bie w nie­ty­powy spo­sób. Led­wie unik­nął wdep­nię­cia w klo­zet, usko­czył w bok i krzy­wiąc się, przy­kuc­nął przy drzwiach.

Przez ściany gru­bo­ści palca prze­ni­kały głosy, nieco basowe od rezo­nansu, ale wyraźne. W tych cza­sach zewnętrzne wyci­sze­nie pre­fa­bry­ko­wa­nych dom­ków było dość przy­zwo­ite, ale za to samo we wnę­trzu trzeba było już zapła­cić eks­tra. Nie było to coś, co GH sfi­nan­so­wa­łoby w bazie - trzeba było zaku­pić opcję, a wła­ści­ciel domku, Gaby czy Gray, wyraź­nie tego nie zro­bił. Carl znów usły­szał mocno akcen­to­waną angielsz­czy­znę kobiety, a potem inny głos, znany mu z nagrań.

- Ty cho­lerna głu­pia suko, czemu tu przy­szłaś?

- Ja... ty... - Nie tego się spo­dzie­wała. - Żeby cię ostrzec.

- Jasne, a on przyj­dzie tu zaraz za tobą!

Pla­śnię­cie, otwartą dłoń w jej twarz. Carl usły­szał przez ścianę, jak gwał­tow­nie wcią­gnęła powie­trze, nic wię­cej. Była twarda, przy­wy­kła do tego, albo jedno i dru­gie. Naci­snął klamkę, uchy­lił drzwi i zaj­rzał. Przez wąską szparę dostrzegł masywną postać. Unie­siona w górę, gesty­ku­lu­jąca ręka, jed­nak mignęła zbyt szybko, by stwier­dzić, czy trzyma w niej broń. Carl się­gnął pod kurtkę po pisto­let haag. W pokoju obok na pod­ło­dze wylą­do­wało coś cięż­kiego.

- On pew­nie wła­śnie cię śle­dzi, puścił cię, żeby mógł to zro­bić. Ty durna cipo, ty...

Teraz.

Carl pchnął drzwi i sta­nął na wprost dwojga ludzi, znie­ru­cho­mia­łych po dru­giej stro­nie maleń­kiego salonu wyło­żo­nego jaskra­wymi dywa­nami. Gray był na wpół obró­cony, góru­jąc nad krzy­wiącą się Gaby, która, wyco­fu­jąc się, wywró­ciła wysoki kwia­tek donicz­kowy przy drzwiach. Na jej twa­rzy, w miej­scu ude­rze­nia, ryso­wał się zaczer­wie­niony odcisk dłoni. Wokół pokoju usta­wiono wię­cej kwiat­ków, półki zasta­wiono tanią cera­miką oraz iko­nami Pacha­mama i jakie­goś hisz­pań­skiego świę­tego, a na ścia­nie zawie­szono tekst hisz­pań­skiej modli­twy. Byli w domu Gaby.

Nadał gło­sowi twarde i spo­kojne brzmie­nie.

- To koniec, Frank. Gra skoń­czona.

Gray odwró­cił się powoli, z roz­my­słem, i, cho­lera, tak, miał broń, potężną armatę, która wyglą­dała jak przy­spa­wana do jego dłoni. Drobna część umy­słu Carla, odporna na siatkę i beta­mie­linę wypeł­nia­jącą resztę sys­temu, ziden­ty­fi­ko­wała ją jako zabój­czą broń, bez­łu­sko­wego smi­tha 61. Miała ponad czter­dzie­ści lat, ale mówili, że można ją wyrzu­cić na orbi­cie, pod­jąć po peł­nym okrą­że­niu, a ona wciąż by zabi­jała, jakby wyszła pro­sto z fabryki. Pierw­szy raz od dawna ucie­szył się z chłod­nej masy haaga we wła­snej dłoni.

Nie pomo­gło to, gdy Gray uśmiech­nął się do niego.

- Cześć, oen­ze­to­wiec.

Carl kiw­nął głową.

- Odłóż broń, Frank. To koniec.

Gray zmarsz­czył brwi, jakby naprawdę się nad tym zasta­na­wiał.

- Kto cię przy­słał? Jezu­sowo?

- Bruk­sela. Odłóż broń.

Tam­ten nawet nie drgnął. Mógłby być zatrzy­ma­nym holo­gra­mem. Nawet zmarszczka na czole nie zmie­niła poło­że­nia. Może tro­chę się pogłę­biła, jakby Gray pró­bo­wał zro­zu­mieć, jak do tego doszło.

- Znam cię, prawda? - ode­zwał się nagle. - Mar­ceau, tak? Facet z lote­rii?

Niech mówi.

- Bli­sko. Mar­sa­lis. Podoba mi się twoja nowa twarz.

- Serio? - Smith wciąż zwi­sał luźno w jego opusz­czo­nej przy boku ręce. Carl zasta­na­wiał się, czy Gray został już osiat­ko­wany. Jeśli tak, decy­do­wa­łoby to o jego szyb­ko­ści, ale gorzej, że mia­łoby istotny wpływ na nasta­wie­nie Graya. - Wiesz, pró­buję się dopa­so­wać. Deru kui wa uta­reru.

- Nie sądzę.

- Nie? - Powolny, groźny uśmie­szek, któ­rego Carl miał nadzieję nie zoba­czyć.

- Ni­gdy nie mia­łeś zamiaru dać się wtło­czyć, Frank. Żaden z nas nie chce, na tym polega nasz pro­blem. I masz paskudny akcent w japoń­skim. Chcesz mojej rady? Lepiej wypo­wia­daj swoje mądro­ści ludowe po angiel­sku.

- Nie chcę. - Uśmiech prze­ro­dził się w sze­ro­kie wyszcze­rze­nie zębów. Pod­da­wał się pro­chom. - To zna­czy... nie chcę two­jej rady.

- Czemu nie odło­żysz broni, Frank?

- Chcesz cho­ler­nej listy?

- Frank. - Carl stał w abso­lut­nym bez­ru­chu. - Spójrz na moją dłoń. Ta broń to haag. Nawet jeśli mnie dosta­niesz, nie muszę zro­bić nic wię­cej niż cię dra­snąć. I po wszyst­kim. Może spró­bu­jesz coś ura­to­wać?

- Tak jak ty? - Gray potrzą­snął głową. - Nie będę niczyim psem, oen­ze­towcu.

- Och, doro­śnij, Frank. - Zasko­czył go nagły gniew we wła­snym gło­sie. - Wszy­scy jeste­śmy czy­imiś psami. Chcesz zgi­nąć, pro­szę bar­dzo, zmuś mnie do tego. Zapłacą mi tyle samo.

Gray widocz­nie się sprę­żył.

- Tak, założę się, że ow­szem.

Carl opa­no­wał wła­sne uczu­cia. Wolną ręką wyko­nał powolny, uspo­ka­ja­jący ruch.

- Słu­chaj...

- Niczego nie będę słu­chać. - Bez­li­to­sny uśmiech. - Znam swoje szanse. Trzech euro­gli­nia­rzy, paru sta­no­wych żoł­nie­rzy Jezu­sowa. Myślisz, że nie wiem, co to zna­czy?

- Czło­wieku, to Bruk­sela. Mają tu jurys­dyk­cję. Nie musisz ginąć. Zamkną cię, ale...

- Wła­śnie, zamkną mnie. Sie­dzia­łeś kie­dyś w obo­zie?

- Nie. Ale nie może to być wiele gor­sze od Marsa, a tam wła­śnie się wybie­ra­łeś.

Gray potrzą­snął głową.

- Błąd. Na Mar­sie będę wolny.

- To wcale nie tak, Frank.

Gaby rzu­ciła się na niego z krzy­kiem.

Nie miała do prze­by­cia dużej odle­gło­ści i zanim ją zastrze­lił, poko­nała już połowę z unie­sio­nymi rękami i pal­cami wygię­tymi jak szpony. Haag kaszl­nął głę­boko, a pocisk tra­fił ją gdzieś w oko­licy pra­wego oboj­czyka. Ude­rze­nie wykrę­ciło nią i rzu­ciło na Graya, który uno­sił już swo­jego Smi­tha. Udało mu się wystrze­lić, z ogłu­sza­ją­cym w tak małym pomiesz­cze­niu hukiem, i wybił potężną dziurę w ścia­nie obok lewego ucha Carla. Ogłu­szony i tra­fiony w twarz odłam­kami Carl rzu­cił się nie­zgrab­nie w bok i posłał w prze­ciw­nika cztery poci­ski. Gray zato­czył się do tyłu, jak bok­ser pod sil­nymi cio­sami, ude­rzył w ścianę, po czym zsu­nął się do pozy­cji sie­dzą­cej na pod­ło­dze. Pisto­let wciąż zaci­skał w dłoni. Patrzył przez chwilę na Carla, a ten, pod­cho­dząc ostroż­nie, strze­lił mu jesz­cze dwu­krot­nie w pierś. Potem przy­glą­dał się uważ­nie, z wciąż wyce­lo­waną bro­nią, aż z oczu Graya ule­ciało życie.

Konto bio­te­chu: zamknięte.

Na pod­ło­dze Gaby pró­bo­wała się pod­nieść i pośli­zgnęła się na wła­snej krwi. Krew z rany na jej ramie­niu spły­wała obfi­cie po ręce na barwny dywan. Poci­ski haaga zapro­jek­to­wano tak, by zosta­wały w ciele - ściana za Grayem była nie­tknięta - ale wcho­dząc, robiły straszny bała­gan. Popa­trzyła na niego, gul­go­cząc coś ze stra­chem.

Potrzą­snął głową.

- Pójdę po jakąś pomoc - powie­dział w quechua.

Omi­nął ją, pod­szedł do fron­to­wych drzwi i je otwo­rzył.

Potem, w pro­mie­niach słońca, obró­cił się cicho i strze­lił do niej jesz­cze raz, w tył głowy.

Roz­dział 2

Oczy­wi­ście aresz­to­wali go.

Przy­cią­gnięty odgło­sami strze­la­niny przy­biegł oddział opan­ce­rzo­nych ochro­nia­rzy obozu, kry­jąc się za rogami budyn­ków i sto­ją­cymi pojaz­dami niczym grupa żuków wiel­ko­ści czło­wieka. Słońce lśniło na ich mato­wych nie­bie­skich pan­cer­zach i heł­mach, bły­skało na krót­kich lufach kara­bin­ków sztur­mo­wych. Byli też cisi jak żuki - naj­praw­do­po­dob­niej ich wypo­sa­że­nie obej­mo­wało nie tylko broń i pan­ce­rze, ale i mikro­fony induk­cyjne oraz sprzęt łącz­no­ści. Wyobra­ził sobie, jak to wygląda z ich strony. Przy­ci­szone, pełne szoku głosy w słu­chaw­kach. Obraz zza gogli.

Zastali Carla sie­dzą­cego ze skrzy­żo­wa­nymi nogami we fron­to­wych drzwiach domku, z pustymi dłońmi wysta­wio­nymi na zewnątrz. Była to pozy­cja medy­ta­cyjna tanindo, któ­rej nauczył się od Suther­landa, ale daleko mu było do medy­ta­cji. Mijały wła­śnie skutki dzia­ła­nia siatki i zaczy­nał z powro­tem czuć ból w zra­nio­nym boku. Kon­tro­lo­wał go odde­chem i utrzy­my­wał ciało w bez­ru­chu. Uważ­nie przy­glą­dał się, jak oddział ochrony posuwa się ulicą w jego stronę. Swo­jego haaga i licen­cję Agen­cji poło­żył na ulicy dobre cztery czy pięć metrów od miej­sca, gdzie usiadł, i gdy tylko pierw­sza z opan­ce­rzo­nych postaci pode­szła do niego z kara­bi­nem zwie­szo­nym na ramie­niu, powoli uniósł ręce nad głowę. Chło­pak w pan­ce­rzu ochron­nym oddy­chał gwał­tow­nie, a młoda twarz zdra­dzała stres.

- Jestem agen­tem licen­cjo­no­wa­nia gene­tycz­nego - wyre­cy­to­wał gło­śno po hisz­pań­sku Carl. - Zatrud­nio­nym na kontr­ak­cie przez ONZALG. Tam na ulicy, obok broni, leżą moje doku­menty. Jestem nie­uzbro­jony.

Pode­szła reszta dru­żyny, wciąż z czuj­nie trzy­maną bro­nią. Wszy­scy mieli po dwa­dzie­ścia parę lat. Nieco star­szy dowódca oddziału wziął papiery, ale jego spo­cona twarz wcale nie zdra­dzała pew­no­ści sie­bie. Carl sie­dział nie­ru­chomo i wciąż powta­rzał swoje słowa. Musiał się do nich prze­bić, nim zaj­rzą do domku. Musiał zyskać jakiś auto­ry­tet, choćby poży­czony. Za nowo­cze­snym sprzę­tem do tłu­mie­nia zamie­szek kryli się pobo­rowi, tacy sami jak ci, któ­rzy go tu przy­wieźli. Więk­szość z nich skoń­czyła szkołę w wieku czter­na­stu lat, część pew­nie jesz­cze wcze­śniej. Sąd euro­pej­ski mógł nic dla nich nie zna­czyć, a ich sto­su­nek do ONZ mógł być w naj­lep­szym razie ambi­wa­lentny, jed­nakże licen­cja Agen­cji sta­no­wiła impo­nu­jący kawał pla­stiku i holo­pro­jek­cji. Jeśli będzie miał szczę­ście, to prze­waży, gdy znajdą ciała.

Dowódca grupy opu­ścił kara­bin, przy­kuc­nął obok licen­cji i ją pod­niósł. Prze­chy­lił holoz­dję­cie, porów­nu­jąc je z twa­rzą Carla. Wstał i ostroż­nie szturch­nął haaga czub­kiem buta.

- Sły­sze­li­śmy strzały - powie­dział.

- Zga­dza się. Usi­ło­wa­łem aresz­to­wać dwoje podej­rza­nych w spra­wie ONZALG, ale mnie zaata­ko­wali. Oboje nie żyją.

Wymiana spoj­rzeń mię­dzy mło­dzień­cami w heł­mach. Kapi­tan kiw­nął na dwójkę z oddziału, chło­paka i dziew­czynę, a oni pode­szli do drzwi budy­neczku. Dziew­czyna wykrzyk­nęła ostrze­że­nie do wnę­trza.

- Nie ma tam nikogo żywego - zapew­nił ich Carl. - Naprawdę.

Dwójka poli­cjan­tów poko­nała drzwi w pod­ręcz­ni­kowy spo­sób, wpa­da­jąc do środka i zwie­dza­jąc pokoje, przed każ­dym wywrza­sku­jąc nie­po­trzebne wezwa­nia do pod­da­nia się. Reszta cze­kała, z bro­nią wciąż wyce­lo­waną w Carla. W końcu kobieta wyszła z domu z kara­bi­nem sztur­mo­wym prze­wie­szo­nym przez ramię, pode­szła do kapi­tana i zaczęła mówić coś szep­tem. Carl widział, jak twarz męż­czy­zny ciem­nieje z wście­kło­ści. Gdy dziew­czyna skoń­czyła raport, kiw­nął głową i zdjął oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Carl wes­tchnął i przy­jął zwy­cza­jowe spoj­rze­nie. Ta sama co zawsze mie­szanka stra­chu i obrzy­dze­nia. I młody czło­wiek odpi­nał już od pasa nie­bie­skie, pla­sti­kowe kaj­danki. Wska­zał na Carla jak na coś brud­nego.

- Wsta­waj - powie­dział zimno. - I dawaj cho­lerne ręce za plecy.

***

Zanim znów roz­cięli, stra­cił czu­cie w pal­cach, a stawy bar­kowe bolały go od prób moc­niej­szego ści­śnię­cia nad­garst­ków. Pętle zadzierz­gnęli z dziką siłą - nawet zaci­śnię­cie przy tym pię­ści nie zapew­niło mu odro­biny luzu, a natu­ralne napię­cie ramion roz­su­wało mu nad­garstki, więc jak­kol­wiek się usta­wił, pla­stik wży­nał się w ciało. Bio­rąc pod uwagę ranę w boku, tylko tego mu bra­ko­wało.

Zna­leźli ranę, gdy go prze­szu­ki­wali, ale bar­dziej inte­re­so­wało ich opróż­nie­nie mu kie­szeni niż opa­trze­nie ran. Nie ścią­gnęli kaj­da­nek. Przy­pusz­czał, że jeśli tylko nie umrze w aresz­cie, nie obcho­dziło ich, w jakim jest sta­nie. W cen­trum ochrony obozu roz­cięli mu ubra­nie. Obo­jętny medyk obma­cał ranę, uznał, że jest powierz­chowna, opry­skał ją anty­bio­ty­kiem, skleił i przy­ło­żył pla­ster. Żad­nych środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Potem wsa­dzili go do pla­sti­ko­wej, lekko śmier­dzą­cej szczy­nami celi, a dyrek­tor GH przez dwie godziny uda­wał, że ma na gło­wie waż­niej­sze sprawy niż dwa zabój­stwa w swoim obo­zie.

Carl spę­dził ten czas, odtwa­rza­jąc swoją kon­fron­ta­cję z Grayem i szu­ka­jąc spo­sobu na takie jej roze­gra­nie, w któ­rym Gaby nie musiała ginąć. Oce­niał podej­ścia, użyte słowa, spo­sób, w jaki poto­czyła się roz­mowa. Kil­ka­na­ście razy docho­dził do tego samego wnio­sku: był tylko jeden spo­sób, na oca­le­nie życia Gaby, a mia­no­wi­cie zastrze­le­nie Graya w chwili, gdy tylko wyszedł z łazienki.

Wie­dział, że Suther­land by się wku­rzył.

"Nie ma cze­goś takiego, jak podróże w cza­sie", tłu­ma­czył kie­dyś cier­pli­wie. "Żyjesz po pro­stu z tym, co zro­bi­łeś, i w przy­szło­ści pró­bu­jesz robić tylko to, z czym jest ci dobrze. Na tym to wszystko polega, zła­ma­sie, to wszystko".

Nie­sione wspo­mnie­niami wró­ciły do Carla jego wła­sne myśli.

Nie chcę już tego wię­cej robić.

W końcu przy­szło po niego dwóch ochro­nia­rzy, męż­czyzn bez pan­ce­rzy. Zabrali go z celi, nie zdjąw­szy kaj­da­nek, i zapro­wa­dzili do małego biura na dru­gim końcu budynku. Dyrek­tor obozu sie­dział za biur­kiem w rogu i macha­jąc nogą, przy­glą­dał się, jak bez­ce­re­mo­nial­nie uwal­niają Carla. Wyci­śnięty z tubki roz­pusz­czal­nik kap­nął mu na skórę, przy­pa­la­jąc ją. Miał wra­że­nie, że nie był to przy­pa­dek.

- Bar­dzo mi przy­kro z powodu tego wszyst­kiego - ode­zwał się po angiel­sku dyrek­tor, bez śladu żalu. Był to dość typowy, wysoki biały facet po czter­dzie­stce, w swo­bod­nym stroju dobrej firmy. Z wcze­śniej­szego wywiadu Carl wie­dział, że nazywa się Axel Bailey, ale nie przed­sta­wił się, tak samo jak nie wycią­gnął ręki.

- Mnie też.

- Tak, naj­wy­raź­niej nie­po­trzeb­nie pana aresz­to­wano. Gdyby jed­nak zgło­sił się pan do nas, nim zaczął pan się bawić w detek­tywa w moim obo­zie, mogli­by­śmy unik­nąć wielu nie­przy­jem­no­ści.

Carl nie odpo­wie­dział, po pro­stu roz­cie­rał dło­nie i cze­kał, aż ból w rękach odnowi zna­jo­mość z krą­że­niem krwi.

Bailey odchrząk­nął.

- Cóż, tak, potwier­dzi­li­śmy, że Rodri­guez fak­tycz­nie był osobą, o któ­rej pan mówi. Wygląda na to, że udało mu się oszu­kać nasze pro­ce­dury. W każ­dym razie pań­skie biuro chce, żeby skon­tak­to­wał się pan z nimi w celu zda­nia wstęp­nego raportu doty­czą­cego strze­la­niny, ale ponie­waż nie zamie­rzamy kwe­stio­no­wać jurys­dyk­cji, oczy­wi­ście na tym eta­pie nie ma potrzeby dal­szych dzia­łań. Chciał­bym jed­nak uzy­skać pań­skie zapew­nie­nie, że złoży pan pełny raport w INKOL, gdy tylko wróci pan do Lon­dynu, infor­mu­jąc o naszej współ­pracy. Jeśli to wszystko, jest pan wolny. Wła­ści­wie to nawet możemy panu pomóc w zna­le­zie­niu trans­portu.

Carl kiw­nął głową. W pal­cach uak­tyw­niły się pierw­sze igły bólu.

- Rozu­miem. Chce pan, żebym znik­nął, zanim poja­wią się tu dzien­ni­ka­rze.

Bailey zaci­snął usta w kre­skę.

- Zosta­nie pan prze­wie­ziony heli­kop­te­rem wprost do Are­qu­ipy - oświad­czył z naci­skiem - gdzie będzie pan mógł zła­pać połą­cze­nie do domu. Pro­szę uznać to za gest dobrej woli. Na miej­scu zostaną panu zwró­cone licen­cja i pisto­let.

- Nie. - Carl pokrę­cił głową. Zgod­nie z man­da­tem ONZALG teo­re­tycz­nie i tak mógł zażą­dać wywie­zie­nia heli­kop­te­rem. Teo­re­tycz­nie. - Sam odda mi pan moją licen­cję i pisto­let, i to teraz.

- Przepr...

- Pisto­let haag jest wła­sno­ścią ONZALG. Nie wolno go posia­dać żad­nej nie­upo­waż­nio­nej oso­bie. Pro­szę mi go przy­nieść.

Bailey prze­stał machać nogą. Przez chwilę patrzył Car­lowi w oczy, praw­do­po­dob­nie zoba­czył w nich to, co się tam kryło, i odchrząk­nął. Kiw­nął głową w stronę jed­nego z ochro­nia­rzy, wyraź­nie odczy­tu­jąc jego nazwi­sko z pla­kietki na kie­szeni mun­duru.

- Ach, San­chez. Idź i przy­nieś rze­czy pana Mar­sa­lisa.

Straż­nik odwró­cił się w stronę wyj­ścia.

- Nie. - Carl zer­k­nął na San­cheza, który znie­ru­cho­miał z ręką na klamce. Wie­dział, że zacho­wuje się dzie­cin­nie, ale nie potra­fił się powstrzy­mać. Spoj­rzał z powro­tem na dyrek­tora. - Powie­dzia­łem, że pan ma mi go przy­nieść.

Bailey się zaczer­wie­nił. Zerwał się z miej­sca, opie­ra­jąc się o brzeg biurka.

- Słu­chaj no, Mar­sa­lis, nie moż...

Carl objął bole­śnie zdrę­twiałą pięść drugą dło­nią. Skrzy­wił się. Głos dyrek­tora ucichł.

- Idź i mi go przy­nieś - powtó­rzył cicho Carl.

Chwila zawi­sła i pękła. Wciąż zaczer­wie­niony po czu­bek sta­ran­nie ucze­sa­nej głowy Bailey prze­pchnął się obok i otwo­rzył drzwi.

- Pil­nuj­cie go - wark­nął na straż­ni­ków i wyszedł. Carl zauwa­żył wymianę uśmiesz­ków mię­dzy męż­czy­znami. Przez chwilę roz­cie­rał pięść, potem zamie­nił dło­nie.

- To który z was tak huma­ni­tar­nie poczę­sto­wał mnie roz­pusz­czal­ni­kiem?

Uśmiech zmie­nił się we wrogą czuj­ność i sztywną ciszę trwa­jącą do czasu, aż Bailey wró­cił z jego rze­czami i doku­men­tami do pod­pi­sa­nia.

- Będzie pan musiał to pokwi­to­wać - rzu­cił chmur­nie.

Ochrona obozu opa­ko­wała wszystko czter­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wej sze­ro­ko­ści taśmą izo­la­cyjną, z każ­dym przed­mio­tem szczel­nie zamknię­tym próż­niowo w pla­stiku. Carl wziął taśmę, roz­wi­nął ją na biurku i spraw­dził, czy niczego nie bra­kuje. Wska­zał na klucz do szafki.

- To do szafki na dworcu auto­bu­so­wym - wyja­śnił. - W środku jest moja torba.

- Może ją pan zabrać w dro­dze do heli­kop­tera - odpo­wie­dział Bailey i nie­cier­pli­wie prze­su­nął w jego stronę doku­menty. - Moi ludzie pana odpro­wa­dzą.

Carl wziął for­mu­larz, poło­żył go na biurku, ode­rwał osłonkę akty­wa­cyjną z naklejki holo­re­je­stra­tora w rogu i nachy­lił się nad nim.

- Carl Mar­sa­lis, SIN s810dr576 - wyre­cy­to­wał z wie­lo­let­nią wprawą wypo­wia­da­nia tych słów - kod auto­ry­za­cyjny ONZALG 31 nefryt. Niniej­szym oświad­czam, że przed­mioty na liście w pełni odpo­wia­dają sta­nowi posia­da­nia zabra­nemu mi przez ochronę obozu GH 18 czerwca 2107 i zwró­co­nego tego samego dnia.

Kciu­kiem zapie­czę­to­wał dysk i ode­pchnął go od sie­bie po powierzchni biurka. W chwili gdy recy­to­wał poświad­cze­nie, opa­no­wało go dziwne, duszące uczu­cie, jakby to on został zapa­ko­wany próż­niowo w pla­stik, nie jego rze­czy.

Nie chcę już tego wię­cej robić.

Nie, to nie to. Spoj­rzał w górę i zauwa­żył spo­sób, w jaki patrzyli na niego Bailey i dwaj straż­nicy.

Nie chcę wię­cej być tym.

***

Heli­kop­ter wywiózł go z obozu, skrę­ca­jąc nad lśnią­cym błę­ki­tem jeziora, potem prze­la­tu­jąc nad ciem­nymi, pięk­nymi górami w dro­dze z Alti­plano do Are­qu­ipy. Tego typu maszyny wypo­sa­żono w inte­li­gentne sys­temy nawi­ga­cji dzia­ła­jące na bazie aktu­ali­zo­wa­nego w cza­sie rze­czy­wi­stym sate­li­tar­nego modelu terenu i pogody, co ozna­czało, że leciały prak­tycz­nie same. Mimo wszystko pilot upar­cie igno­ro­wał go przez cały lot. Sie­dział samot­nie w prze­dziale pasa­żer­skim i wyglą­dał przez okno na kra­jo­braz w dole, luźno dopa­so­wu­jąc go do wspo­mnień z Marsa. Podo­bień­stwa były oczy­wi­ste - INKOL symu­lo­wał tu nie tylko roz­rze­dzone powie­trze - ale mimo wszystko to wciąż był dom, z błę­kit­nym nie­bem w górze i sze­ro­kim hory­zon­tem dużej pla­nety, oraz dzia­ła­ją­cym na kości solid­nym cią­że­niem jed­nego g.

"Nie akcep­tuj namia­stek". Przez głowę prze­mknęły mu slo­gany z nadaj­ni­ków poli­tycz­nych par­tii Naj­pierw Zie­mia. "Nie słu­chaj­cie kor­po­ra­cyj­nych reklam. Stą­paj­cie twardo po ziemi. Walcz­cie o lep­sze życie tutaj i lep­szy świat teraz".

Na lot­ni­sku w Are­qu­ipie użył swo­ich papie­rów ONZALG do zdo­by­cia miej­sca sypial­nego na pokła­dzie pierw­szego bez­po­śred­niego pozio­mego lotu do Miami, liniami Delty. Wolałby lot sub­or­bi­talny, ale w tym celu na­dal trzeba było poje­chać do Limy, a to praw­do­po­dob­nie nie było warte dodat­ko­wego czasu i zachodu. W ten spo­sób przy­naj­mniej będzie mógł odpo­cząć. Zostało mu około godziny do odlotu, kupił więc kode­inę bez recepty, wziął podwójną zale­caną dawkę i doci­snął ją byle czym z baru Woło­winy z Buenos Aires. Jadł nie­śpiesz­nie na tara­sie obser­wa­cyj­nym, nie czu­jąc smaku, oglą­da­jąc ośnie­żony, wul­ka­niczny sto­żek El Misti i zasta­na­wia­jąc się, czy naprawdę gdzieś tam nie było cze­goś, czym mógłby zara­biać na życie.

Jasne. Po powro­cie idź poga­daj z Zooly, może będzie miała wolne sta­no­wi­sko bram­ka­rza.

Kwa­śny uśmiech. Zaczęli zwo­ły­wać pasa­że­rów na jego lot. Dokoń­czył zimne pozo­sta­ło­ści pam­pa­bur­gera olé, wytarł palce i poszedł.

Pod­czas lotu źle spał, męczyły go sny z cichymi kory­ta­rzami Felipe Souza i ślad prze­ra­że­nia, że w ciszy niskiego cią­że­nia sunie za nim duch Gaby, z twa­rzą spo­kojną i cudow­nie nie znie­kształ­coną przez śmier­telny strzał, z mózgiem wycie­ka­ją­cym przez otwór z tyłu jej czaszki. Waria­cje na temat, ale nic nowego - po pro­stu zazwy­czaj w opusz­czo­nym statku kosmicz­nym uno­siła się za nim inna kobieta, ni­gdy go nie doty­ka­jąc, szep­cząc sycząco do ucha tuż powy­żej progu sły­szal­no­ści.

Ze snu wyrwał go komu­ni­kat pilota infor­mu­jący, że scho­dzą do lądo­wa­nia, ale port został zamknięty ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, więc w naj­bliż­szym cza­sie nie wystar­tują żadne samo­loty. Infor­ma­cje o lokal­nych hote­lach dostępne są za pośred­nic­twem...

Szlag.

Prom sub­or­bi­talny Vir­gin zawió­złby go nad Lon­dyn czter­dzie­ści pięć minut po star­cie z Miami. Mógłby wró­cić do domu na kola­cję w Ban­ners i wylą­do­wać we wła­snym łóżku pod osło­nię­tym drze­wami oka­pem miesz­ka­nia na Cro­uch End. Mógłby obu­dzić się następ­nego ranka przy śpie­wie pta­ków i pro­mie­niach słońca prze­bi­ja­ją­cych się przez chmury i liście. Wresz­cie tro­chę urlopu na wyspach - przy jego ranie Agen­cja nie mia­łaby wyboru - i z całym Atlan­ty­kiem mię­dzy nim a emo­cjo­nalną topo­gra­fią mar­sjań­skich obo­zów przy­go­to­waw­czych.

Zamiast tego poniósł swoją walizkę wzdłuż sze­ro­kich, jasno oświe­tlo­nych hal peł­nych olbrzy­mich ekra­nów holo­gra­ficz­nych, dora­dza­ją­cych: myślisz, że to WYŁĄCZ­NIE czer­wone skały i śluzy POWIETRZNE? Zasta­nów się, na marsa wysy­łamy tylko naj­lep­szych. Miami było punk­tem prze­siad­ko­wym Ame­ryk, a to ozna­czało ośro­dek każ­dej firmy bio­rą­cej udział w Ini­cja­ty­wie Kolo­ni­za­cyj­nej Państw Zachodu. Kilka lat temu prze­czy­tał osza­co­wa­nia jakiejś dzien­ni­karki, któ­rej udało się dostać wię­cej mocy obli­cze­nio­wej, niż na to zasłu­gi­wała, według któ­rej "obec­nie co siódma osoba prze­cho­dząca przez lot­ni­sko mię­dzy­na­ro­dowe Miami przy­la­tuje tu w spra­wie zwią­za­nej bez­po­śred­nio lub pośred­nio z Mar­sem i pro­gra­mem INKOL. Ta liczba musi wzro­snąć". Teraz była to już pew­nie jedna na cztery.

Jechał rucho­mymi chod­ni­kami i scho­dami, wciąż czu­jąc się tro­chę otę­piały po kode­inie. Po dru­giej stro­nie kom­pleksu ter­mi­nalu wszedł do nowego Mar­riotta, wziął pokój z wido­kiem na lot­ni­sko i z menu usług zamó­wił wizytę lekar­ską. Wszystko to na koszt Agen­cji. Jako pra­cow­nik kon­trak­towy miał dość ogra­ni­czone konto kre­dy­towe - jego praca i tak w więk­szo­ści wyma­gała pła­ce­nia gotówką lub waflami, które póź­niej odbie­rał sobie w ramach hono­ra­rium, ale bio­rąc pod uwagę, że nawet w naj­gor­szym wypadku do zamknię­cia sprawy Graya zostało kilka dni, wciąż zostało mu na kon­cie sporo środ­ków.

Czas z nich sko­rzy­stać.

W pokoju ścią­gnął kurtkę i webla­rową kol­czugę, rzu­cił prze­po­cone ubra­nia na pod­łogę i przez pięt­na­ście minut stał pod prysz­ni­cem. Siatka scho­wała się z powro­tem do swo­jego lego­wi­ska w krę­go­słu­pie, a on sta­no­wił jedną wielką lita­nię sinia­ków, odczu­wa­nych przez coraz cień­szą war­stwę kode­ino­wej osłony. Skle­jona rana w boku rwała go przy każ­dym ruchu.

Osu­szył się wiel­kim, puszy­stym ręcz­ni­kiem Mar­riotta i wkła­dał wła­śnie naj­czyst­sze ze swo­ich zuży­tych spodni, gdy roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Zła­pał T-shirt, spoj­rzał w dół na ranę i wzru­szył ramio­nami. Ubie­ra­nie się nie miało sensu. Rzu­cił koszulkę i pod­szedł do drzwi nagi do pasa.

Hote­lo­wym leka­rzem oka­zała się bar­dzo ładna laty­no­ska, która mogła zali­czyć prak­tykę w jakimś repu­bli­kań­skim szpi­talu w cen­trum, bo na widok rany led­wie unio­sła jedną ze sta­ran­nie wypie­lę­gno­wa­nych brwi.

- Pan od dawna w Miami? - zapy­tała.

Uśmiech­nął się i pokrę­cił głową.

- To nie stało się tutaj. Wła­śnie przy­le­cia­łem.

- Rozu­miem. - Mimo to nie odpo­wie­działa uśmie­chem. Sta­nęła za nim i dłu­gimi, chłod­nymi pal­cami zaczęła obma­cy­wać ciało wokół rany, spraw­dza­jąc klej. Nie była przy tym zbyt deli­katna. - A więc jest pan jed­nym z naszych wspa­nia­łych dorad­ców woj­sko­wych?

Prze­szedł na angiel­ski.

- Co? Z takim akcen­tem?

Lek­kie skrzy­wie­nie ust, gdy obe­szła go i sta­nęła z przodu.

- Pan jest Angli­kiem? Prze­pra­szam, myśla­łam...

- Nic nie szko­dzi. Też nie lubię sukin­sy­nów. - Wolał nie wspo­mi­nać, że zabił jed­nego w zeszłym roku w barze w Cara­cas. Przy­naj­mniej na razie. Prze­szedł z powro­tem na hisz­pań­ski. - Ma pani rodzinę w Wene­zu­eli?

- Kolum­bii. Ale to ta sama histo­ria, tylko z koką, nie ropą. I dłu­żej. Toczy się to, od kiedy moi dziad­ko­wie wyje­chali, i ni­gdy się nie zmieni. - Pode­szła do zosta­wio­nej na sto­liku torby i wycią­gnęła ręczny sono­graf. - Nie uwie­rzyłby pan, co opo­wia­dają mi kuzyni.

Carl pomy­ślał o mun­du­rach widzia­nych na uli­cach Bogoty parę tygo­dni temu. I doraź­nej egze­ku­cji, któ­rej był świad­kiem.

- Prze­ciw­nie, uwie­rzył­bym - zapew­nił.

Uklę­kła przed nim i znów dotknęła rany, tym razem deli­kat­niej. Co dziwne, jej palce wyda­wały się też cie­plej­sze. Prze­su­nęła sono­gra­fem kilka razy po ciele, po czym wstała. Pochwy­cił przy tym zapach jej ciała, a rów­no­cze­śnie ona spoj­rzała mu w oczy i zauwa­żyła, co robi. Przez chwilę roz­bły­sło mię­dzy nimi napię­cie, po czym lekarka pode­szła do swo­jej torby. Wycią­gnęła z niej opa­trunki i odchrząk­nęła, uno­sząc brwi i ucie­ka­jąc spoj­rze­niem przed tym, co wła­śnie się stało.

- Nie mogę dla pana zro­bić wiele wię­cej ponad to, co już zro­biono - stwier­dziła tro­chę pośpiesz­nie. - Kto­kol­wiek to lepił, znał się na rze­czy. To dobra robota, rana powinna szybko się zagoić. Opry­skali to?

- Ow­szem.

- Chce pan coś prze­ciw­bó­lo­wego?

- Panuję nad bólem.

- W takim razie, jeśli pan chce, założę nowy opa­tru­nek, chyba że chce pan iść pod prysz­nic.

- Zro­bi­łem to przed chwilą.

- Dobrze, w takim razie mogę zosta­wić...

- Zja­dłaby pani ze mną kola­cję?

Uśmiech­nęła się.

- Jestem mężatką - oświad­czyła, wycią­ga­jąc dłoń z pro­stą złotą obrączką. - Nie robię takich rze­czy.

- Och, prze­pra­szam. Nie zauwa­ży­łem - skła­mał.

- Żaden pro­blem. - Znów się uśmiech­nęła, ale ze śla­dem nie­do­wie­rza­nia, a ton jej głosu zdra­dzał, że nie dała się oszu­kać. - Jest pan pewien, że nie chce żad­nych środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych? Zamie­rzam obcią­żyć pana mini­malną stawką, i tak wcho­dzą w zakres usługi.

- Dzię­kuję, nie trzeba - zapew­nił.

Spa­ko­wała swoją torbę, posłała mu jesz­cze jeden uśmiech i zosta­wiła go, żeby sam sobie zało­żył opa­tru­nek.

***

Wyszedł.

Zapewne nie było to zbyt mądre, ale pchało go zmy­słowe wspo­mnie­nie nie­osią­gal­nej pani dok­tor. Jej palce na nim, jej zapach, głos. Spo­sób, w jaki przed nim klę­czała.

Auto­ma­tyczna tak­sówka zabrała go na wschód od lot­ni­ska, sunąc sze­ro­kimi, wie­lo­pa­smo­wymi uli­cami. Więk­szość lokali wciąż była otwarta - blask paneli LCSL z fron­tów zapra­szał, ale wciąż wyda­wał się dziw­nie odle­gły, jak świa­tła nabrzeż­nego mia­sta widziane z morza. Przy­pusz­czał, że to kode­ina, może w połą­cze­niu z czymś z siatki. Przez chwilę z satys­fak­cją przy­glą­dał się, jak wszystko prze­mija. Potem, gdy ruch zaczął gęst­nieć, wysiadł w przy­pad­ko­wym miej­scu, gdzie świa­tła wyda­wały się naj­ja­skraw­sze. Aleja nazwana ku czci jakie­goś boha­tera z cza­sów Odzy­ska­nia Kuby, z przy­mo­co­waną do cegieł na rogu brą­zową tabliczką z przy­czół­kiem i bagne­tami. Z sze­roko otwar­tych drzwi wyle­wał się remiks kla­syka Zequ­iny i Rey­esa, wewnątrz i na ulicy wokół niego prę­żyły się opa­lone ciała. Było cie­pło i parno, a ubra­nia skur­czyły się do powie­wa­ją­cych pasków jedwa­biu na stroje kąpie­lowe dla kobiet i lnia­nych lub skó­rza­nych spodni oraz sze­ro­kich, gołych klat u męż­czyzn. Kolo­rem skóry Carl mógł się świet­nie wto­pić - była to jedna z nie­wielu rze­czy, które podo­bały mu się w Miami - ale wszystko psuł jego strój. Płó­cienne spodnie, naj­lżej­sze z butów tre­kin­go­wych i T-shirt z cza­sów gorączki Brad­bury'ego w '97. Wyglą­dał jak cho­lerny tury­sta.

W końcu, zmę­czony wro­gimi spoj­rze­niami lokal­nych uczest­ni­ków ulicz­nego życia, mówią­cymi "nie pasu­jesz tu", zszedł z głów­nej ulicy i zanu­rzył się w pół­mroku klubu o nazwie Picante. Miej­sce było obskurne i pra­wie puste, nie bliż­sze jego fan­ta­zjom o zwień­cze­niu wie­czoru niż reklama przed barem w Gar­rod Hor­kan 9 w porów­na­niu z rze­czy­wi­sto­ścią Kara­ibów. W głębi umy­słu kłę­biły się obrazy jak z kre­skówki, w któ­rych spo­tyka laty­no­ame­ry­kań­ską lekarkę - cóż, przy­naj­mniej jej bli­ski odpo­wied­nik - w jakimś ele­ganc­kim barze salsy peł­nym świa­tła z dys­ko­te­ko­wych reflek­to­rów, odbi­ja­ją­cym się na kok­taj­lo­wych szklan­kach i per­fek­cyj­nych zębach. Przej­ście do spo­koj­nego, pogrą­żo­nego w łagod­nym pół­mroku miej­sca zapew­nia­ją­cego więk­szą intym­ność, rów­nie wyso­kiej klasy, a potem już pro­sto do jej domu, gdzie­kol­wiek on był. Świeża pościel na wiel­kim łóżku i okrzyk kobiety w szczy­cie orga­zmu. Cich­nący, potem odle­gły, chwi­lowy kom­fort nocy w domu nie­zna­nej kobiety.

Cóż, masz przy­naj­mniej cie­nie, przy­znał w duchu z kwa­śnym uśmie­chem. W Picante zain­sta­lo­wano kilka tanecz­nych paneli LCLS, nie­wiele więk­szych niż jego hote­lowa łazienka, tra­dy­cyjny pro­sty bar i oświe­tle­nie ścienne, które spra­wiało wra­że­nie zapro­jek­to­wa­nego z myślą o gar­ści dość oczy­wi­stych pro­stytutek, sie­dzą­cych przy sto­łach przy papie­ro­sach i drin­kach, w ocze­ki­wa­niu na zapro­sze­nie do tańca. Carl zamó­wił sobie drinka - nie mieli red stripe'a, więc zde­cy­do­wał się na coś, co nazy­wało się Torero, i już po chwili tego żało­wał - i usa­do­wił się przy barze koło drzwi. Mogła to być zawo­dowa ostroż­ność albo po pro­stu dziwny kom­fort zapew­niany przez moż­li­wość obser­wa­cji ulicy - poczu­cie, że nie musi tu zostać, jeśli nie będzie miał ochoty.

Ale wciąż był tam pra­wie godzinę póź­niej, gdy weszła i usia­dła obok niego przy barze. Zbli­żył się bar­man, pole­ru­jąc szklankę.

- Cześć. Daj mi whi­skey z colą. I dużo lodu. Cześć, przy­stoj­niaku.

Carl zdał sobie sprawę, że to ostat­nie skie­ro­wano do niego. Pod­niósł wzrok znad resz­tek kolej­nego piwa i kiw­nął głową, pró­bu­jąc w sła­bym świe­tle doko­nać kali­bra­cji. Pró­bu­jąc zde­cy­do­wać, czy dziew­czyna pra­cuje.

- Nie wyglą­dasz, jak­byś dobrze się bawił - zauwa­żyła.

- Nie wyglą­dam?

- Nie.

Nie była to doctora z Mar­riotta - miała ostrzej­szą i bled­szą twarz, mniej obfite krzy­wi­zny, a mety­skie włosy nie były tak zadbane. Nie miała też ślub­nej obrączki, po pro­stu kilka tanich i ozdob­nych srebr­nych pier­ścion­ków na pal­cach obu dłoni. Obci­sły gor­set wyglą­dał, jakby zro­biono go z rzeź­bio­nego metalu, koń­cząc się tuż pod pachami i ostro kon­tra­stu­jąc z ciemną, nie­zbyt obci­słą spód­nicą. Do tego obo­wiąz­kowe wyso­kie obcasy. Poka­zy­wała cał­kiem sporo jędr­nego ciała w kolo­rze kawy - uda poni­żej spód­nicy, ramiona i krzy­wi­znę pod­nie­sio­nych piersi nad gor­setem oraz pasek brzu­cha mię­dzy dwoma ele­men­tami gar­de­roby, jed­nak nie wię­cej niż prze­cięt­nie w tym upale, więc nie musiało to nic zna­czyć w żadną stronę. Maki­jażu tro­chę za dużo, przy tym nie­zbyt dobrze ukry­wał pory z boku jej nosa. Tak, pra­co­wała. Prze­stał pró­bo­wać się oszu­ki­wać, przez chwilę wahał się przed pod­ję­ciem decy­zji jak sko­czek w drzwiach samo­lotu, a potem puścił.

- Wła­śnie przy­le­cia­łem - powie­dział. - Podróż służ­bowa. Wciąż jesz­cze nie dosze­dłem do sie­bie.

- Tak? - Prze­chy­liła głowę i zało­żyła nogę na nogę. Spód­nica pod­je­chała do góry. - Może ci w tym pomóc?

***

Póź­niej, gdzie indziej i uwol­niony z napię­cia, jakby to była para cia­snych, skó­rza­nych spodni, któ­rych nie potra­fił zdjąć sam, leżał oparty o zagłó­wek i przy­glą­dał się jej, jak cho­dzi po bia­łym sze­ścia­nie pokoju. Od brzegu łóżka do drzwi łazienki nie było wiele wię­cej niż metr, ale miał wra­że­nie, że wkro­czyła do innego wszech­świata, dźwięki i odgłosy dobie­gały do niego z olbrzy­miej odle­gło­ści, nawet plusk wody w łazience, stuki przy­bo­rów kosme­tycz­nych, wszyst­kie były jakoś przy­ci­szone, jakby przecho­dziły przez grubą szklaną szybę w jakimś cia­snym wiwa­rium obco­pla­ne­tar­nego zoo.

Przyjdź­cie obej­rzeć ludzi.

Zobacz­cie, jak upra­wiają gody w natu­ral­nym oto­cze­niu.

Skrzy­wił się w duchu, lecz gry­mas był ukryty zbyt głę­boko, by odbić się w mię­śniach twa­rzy.

Obej­rzyj­cie rytuał iry­ga­cyjny samicy po sto­sunku.

Kolejny dreszcz powie­dział mu, że powi­nien wstać z łóżka, ubrać się i wyno­sić w cho­lerę. Naprawdę nie miał tu już nic do roboty. Ska­so­wała jego wafel, gdy tylko prze­szli przez drzwi - prze­cią­gnęła go przez szcze­linę czyt­nika z tą samą cyniczną wprawą, jakiej użyła póź­niej przy natry­śnię­ciu pre­zer­wa­tywą jego nabrzmia­łego penisa i wsu­nię­ciu go w sie­bie. Potem dostał tro­chę pod­sta­wo­wych sztu­czek z płat­nych kana­łów - ssa­nie wła­snych pal­ców, gdy wbi­jał się w nią, ści­ska­nie piersi - kilka dobrze odmie­rzo­nych zmian pozy­cji i seria gar­dło­wych jęków tuż przed jego orga­zmem. Teraz, gdy pocięte liśćmi drzew świa­tła ulicy prze­su­wały żół­tawe cie­nie po ścia­nach i sufi­cie ciem­nego pokoju, a alka­liczny zapach świeżo odby­tego sto­sunku wypeł­zał z pościeli splą­ta­nej przy jego pasie, nagle poczuł się stary, zmę­czony i chory. Znów zaczęła boleć rana w boku i odniósł wra­że­nie, że opa­tru­nek się powoli odrywa.

Zamiar dotarł wresz­cie do jego sys­temu rucho­wego. Usiadł i spu­ścił nogi z brzegu łóżka. Ze wszech­świata łazienki dobiegł odgłos spusz­cza­nia wody w toa­le­cie. Z jakie­goś powodu dźwięk go pona­glił i zanim weszła do pokoju, zna­lazł swoje spodnie i zaczął je wkła­dać.

- Idziesz? - zapy­tała tępo.

- Tak, chyba już na mnie pora. - Ścią­gnął koszulkę z opar­cia sofy i ją nacią­gnął. - Jestem zmę­czony, a ty, cóż, pew­nie musisz jesz­cze gdzieś iść, prawda?

Cisza. Stała tam, patrząc na niego. Usły­szał cichy odgłos jakby klik­nię­cia, potem gło­śniej­sze prze­łknię­cie śliny. Nagle zdał sobie sprawę, że kobieta w mroku pła­cze. Znie­ru­cho­miał zasko­czony, z na wpół wcią­gniętą koszulką, patrząc na nią. Dobie­gło go łka­nie. Odwró­ciła się od niego, obej­mu­jąc się ramio­nami.

- Słu­chaj... - ode­zwał się.

- Nie, idź. - Głos był twardy i pra­wie nie znie­kształ­cony łzami, zapewne wyszko­lony przez upra­wiany zawód. Nie usi­ło­wała go doić, chyba że znacz­nie lepiej szło jej uda­wa­nie żalu niż sek­su­al­nej eks­tazy. Sta­nął za nią i popa­trzył na nie­zgrab­nie splą­tane strąki wil­got­nych wło­sów.

Obrazy roz­la­tu­ją­cego się tyłu głowy Gaby.

Skrzy­wił się i poło­żył dłoń na jej ramie­niu z waha­niem, które powinno być farsą po taniej intym­no­ści kupio­nej u niej dwa­dzie­ścia minut temu. Wzdry­gnęła się lekko pod jego doty­kiem.

- Jestem w ciąży - powie­działa.

Słowa odbiły się ryko­sze­tem od skraju jego umy­słu i przez chwilę sądził, że źle usły­szał. Potem, gdy tego nie powtó­rzyła, zdjął rękę z jej ramie­nia. Puszkę sprayu Tro­jana wycią­gnęła wcze­śniej z torebki z cyr­kową spraw­no­ścią i użyła jej w taki sam spo­sób. Przy­glą­da­nie się temu było chłodno uspo­ka­ja­jące, wra­że­nie, że - głupi uśmie­szek - tra­fił w dobre ręce. Teraz ta sama durna część jego czuła się zdra­dzona tym przy­zna­niem się do wcze­śniejszego błędu, pra­wie jakby oskar­żała go, że ma z tym coś wspól­nego.

- Cóż - zary­zy­ko­wał. - To zna­czy, nie możesz? No wiesz.

Jej ramiona zady­go­tały.

- To Flo­ryda. To jest tu nie­le­galne już od dzie­się­cio­leci. Trzeba poje­chać do Unii albo na Wybrzeże, a ja nie mam takiej dro­giej polisy. Nie wystar­czy­łoby mi nawet, gdy­bym sprze­dała wszystko, co mam.

- I nie ma tu nikogo, kto...

- Nie sły­sza­łeś? To cho­ler­nie nie­le­galne.

Obu­dziła się w nim odro­bina pro­fe­sjo­nal­nej pew­no­ści sie­bie, wra­że­nie zna­le­zie­nia się na wła­snym podwórku.

- Jasne, prawo nie ma z tym nic wspól­nego. Nie o to pyta­łem. Zawsze są miej­sca, gdzie możesz pójść.

Odwró­ciła się do niego, ście­ra­jąc dło­nią łzy z policzka. Powstałe przy tym smugi lśniły we wpa­da­ją­cym przez okna świe­tle z ulicy. Prych­nęła.

- Jasne, miej­sca, gdzie może ty możesz iść. Miej­sca, gdzie może iść córka guber­na­tora. Myślisz, że mam takie pie­nią­dze? A może sądzisz, że chcę ryzy­ko­wać czar­no­ryn­kową skro­bankę, po któ­rej wrócę do domu, żeby umrzeć od krwo­toku wewnętrz­nego lub zejść na zapaść enzy­ma­tyczną, bo nie chciało im się wła­ści­wie wyko­nać pro­fi­lo­wa­nia? Czło­wieku, skąd tyś się urwał? Cho­ro­wa­nie kosz­tuje tu mnó­stwo pie­nię­dzy.

Miał już na końcu języka słowa odsy­ła­jące ją w dia­bły. To nie był jego pro­blem, nie pisał się na to gówno. Zamiast tego znów zoba­czył roz­pa­da­jącą się głowę Gaby i jakby z dystansu usły­szał, jak pyta cicho:

- Ile potrze­bu­jesz?

Pie­przyć to. Prze­kie­ro­wał rosnącą iry­ta­cję na dziew­czynę i sie­bie, wyce­lo­wał ją na pół­nocny wschód. Niech cho­lerna ONZALG zapłaci dla odmiany za coś sen­sow­nego. Stać ich, do cho­lery. Niech ten gno­jek di Palma spró­buje to kwe­stio­no­wać, jeśli się odważy.

Gdy już ją uspo­koił, uci­szył jej płacz i uciął dekla­ra­cje wdzięcz­no­ści, nim zaczęły brzmieć pusto, wyja­śnił, że potrze­buje punktu dostę­po­wego do ścią­gnię­cia wafli kre­dy­to­wych, któ­rych mogłaby użyć. A to mogło wyma­gać powrotu do hotelu. Sły­sząc to, dziew­czyna zaci­snęła dłoń na jego ramie­niu i domy­ślił się, że kie­ruje nią strach, że jeśli go straci z oczu, a przy­naj­mniej wypu­ści z oko­licy, to on zmieni zda­nie. Znała bez­pieczny punkt dostę­powy parę prze­cznic dalej, korzy­stali z niego cza­sami jej klienci z cen­trum. Mogła mu poka­zać, gdzie to jest, choćby zaraz, tylko się ubie­rze, to zaj­mie moment.

Ulice były prak­tycz­nie opusz­czone, oko­lica nale­żała do tań­szej wer­sji osie­dli dom­ków i o tej porze jej miesz­kańcy albo sie­dzieli w domach, albo balo­wali w cen­trum. Wszyst­kie fronty skle­pów osła­niały meta­lowe rolety z jaskrawo-żół­tymi nalep­kami infor­mu­ją­cymi o ukry­tych wewnątrz ładun­kach prze­ciw­wła­ma­nio­wych. Kilka barów wciąż było otwar­tych, świe­cąc nad wej­ściami wybla­kłymi neo­nami, niczym słabe miej­skie latar­nie. Przed jed­nym zebrała się banda mło­do­cia­nych zbi­rów, opar­tych o ściany i zapar­ko­wane samo­chody, groź­nie przy­glą­da­jąc się nie­licz­nym prze­chod­niom. Carl poczuł, jak powoli i suge­styw­nie budzi się jego siatka. Zigno­ro­wał ją i sta­rał się uni­kać patrze­nia w oczy. Objął dziew­czynę ramie­niem i odro­binę przy­śpie­szył kroku. Odda­la­jąc się, usły­szał, jak chłopcy roz­ma­wiają w cięż­kim hisz­pań­skim dia­lek­cie. Nie potrze­bo­wał prze­sad­nej wyobraźni do roz­pra­co­wa­nia tematu. "Pie­przeni tury­ści, cho­lerni obco­kra­jowcy, pie­przą nasze kobiety". Odwieczny rant. Wła­ści­wie nie potra­fił mieć do nich pre­ten­sji. Potem znik­nęli za rogiem, a ich głosy zostały zastą­pione muzyką z otwar­tego okna, cięż­kim kubań­skim jaz­zem brzmią­cym, jakby ktoś grał na pia­ni­nie, uży­wa­jąc tylko pię­ści.

Punkt dostę­powy mie­ścił się w beto­no­wej naro­śli dwa na dwa metry, przy­le­pio­nej do ściany sklepu niczym jakiś archi­tek­to­niczny rak. Wypo­sa­żono go w solidne drzwi ze stopu tan­talu, a wej­ście oświe­tlały od góry mocno zakra­to­wane panele LCLS. Carl wszedł w ich świa­tło i nie­ocze­ki­wa­nie poczuł się jak arty­sta estra­dowy. Wystu­kał na kla­wia­tu­rze swój ogólny kod dostę­powy i drzwi się otwarły. Stare wspo­mnie­nia i bli­zna z Cara­cas kazały mu wepchnąć dziew­czynę do wnę­trza i akty­wo­wać zamknię­cie drzwi, gdy tylko zna­leźli się w środku. Drzwi się zatrza­snęły.

Wnę­trze wyglą­dało prak­tycz­nie tak samo jak bez­pieczne moduły, z któ­rych korzy­stał na całym świe­cie: czyt­nik siat­kówki na ela­stycz­nym sta­ty­wie, sze­roki ekran z gło­śni­kiem z boku i podaj­ni­kiem wafli powy­żej, do tego podwój­nej sze­ro­ko­ści krze­sło wyra­sta­jące z pod­łogi, raczej dla oty­łych klien­tów, a nie szu­ka­ją­cych intym­no­ści par. W każ­dym razie dziew­czyna nie usia­dła i osten­ta­cyj­nie nie patrzyła na ekran. Naprawdę była tu już z klien­tami.

- Dzień dobry panu - ode­zwał się nieco skrze­kli­wie punkt dostę­powy. - Chciałby pan usły­szeć listę opcji dostęp­nych dla kli...

- Nie. - Carl zało­żył sobie czyt­nik siat­kówki, mru­gnął kilka razy w soczewki i odcze­kał na dźwięk potwier­dze­nia skanu. Naszła go luźna myśl, co by się stało, gdyby kie­dyś musiał zro­bić to z pod­bi­tym okiem.

- Dzię­kuję. Ma pan teraz dostęp do swo­ich kont.

Wziął kre­dyt w dzie­się­ciu waflach ogra­ni­czo­nej pojem­no­ści, stwier­dza­jąc, że dziew­czyna nie będzie chciała zaufać nie­le­gal­nej kli­nice jedną płat­no­ścią z góry. Kiedy poda­wał je jej w cia­snej prze­strzeni, zdał sobie sprawę, że nie zna nawet jej imie­nia. Kilka sekund póź­niej dotarło do niego, że wła­ści­wie wcale nie chce. W ciszy przy­jęła wafle, patrząc na niego w taki spo­sób, że pomy­ślał sobie, że może zechcieć z wdzięcz­no­ści zro­bić mu tu loda. Ale potem wyszep­tała podzię­ko­wa­nia gło­sem tak cichym, że pra­wie ich nie dosły­szał i zaczął się zasta­na­wiać, czy nie jest po pro­stu kolej­nym zbo­czo­nym dra­niem z prze­sadną wyobraź­nią. Naci­snął blo­kadę zamka i drzwi otwarły się z cichym sykiem. Wyszedł za nią na zewnątrz.

- Dobra, stary! Rączki do góry tak, żebym je widział!

Krzyk dobiegł z lewej, a posta­cie, które na niego sko­czyły, wyło­niły się z obu stron. Siatka momen­tal­nie obu­dziła się do życia. Chwy­cił rękę, zablo­ko­wał ją i rzu­cił wła­ści­cie­lem w stronę milk­ną­cego echa głosu. Prze­kleń­stwa i odgłosy upadku. Druga postać pró­bo­wała go unie­ru­cho­mić, był w tym ślad jakiejś tech­niki, ale... szarp­nął mocno, ścią­gnął osła­nia­jące ramię w dół i wbił łokieć w twarz. Poczuł, jak pod cio­sem ugina się nos. Napast­nik krzyk­nął z bólu. Prze­sta­wił nogę, pod­su­nął stopę i pchnął. Ten ze zła­ma­nym nosem pole­ciał na zie­mię. Poja­wił się kolejny, znów z lewej strony. Wykrę­cił się, z dra­pież­nym uśmie­chem i zgię­tymi rękami, i zoba­czył swój cel. Masywny, ze sko­śnymi ramio­nami, typ pod­sta­rza­łego zapa­śnika. Carl zamar­ko­wał, po czym kop­nął prze­ciw­nika w brzuch. Płacz­liwe stęk­nię­cie i wra­że­nie solid­nego tra­fie­nia, ale impet męż­czy­zny poniósł go do przodu i Carl musiał ostro usko­czyć w bok, by unik­nąć powa­le­nia.

Wtedy ktoś ude­rzył go w głowę, zza ple­ców.

Usły­szał nad­cho­dzący cios, poczuł ruch powie­trza przy uchu, zaczął się obra­cać w stronę ataku, ale było za późno. Eks­plo­do­wała w nim czerń pełna drob­niut­kich iskier. Obró­cił się i padł na zie­mię w kry­sta­licz­nym świe­tle punktu dostę­po­wego. Przez chwilę nic nie widział, potem odzy­skał wzrok. Poja­wiła się kolejna masywna postać, sta­jąc nad nim. Przez tęczę barw znie­kształ­ca­jącą obraz zoba­czył lufę broni i prze­stał się spi­nać.

- Poli­cja oby­cza­jowa Miami, dupku. Zostań na ziemi, bo zro­bię ci dziurę w gło­wie.

Oczy­wi­ście aresz­to­wali go.