Rozdział 3
6:13.
Pasma niskich chmur na wyblakłym niebie przedświtu. Ostatnia nocna
mżawka wciąż błyszczy na czarnych metalowych pancerzach promów, lśni na
wiecznobetonowym lądowisku, a miejscami woda wciąż unosi się w powietrzu.
Joey Driscoll wyszedł z kantyny, trzymając w dłoniach wysokie
samogrzejące się kubki z kawą i szeroko rozstawiając ręce, jakby dla
zachowania równowagi, z oczami przymkniętymi sennością końca zmiany.
Jego usta rozdarło potężne ziewnięcie.
Syrena zawyła wznoszącym tonem, niczym groźba olbrzymiej wiertarki
dentystycznej.
- Och, na litość...
Przez chwilę stał pełen zmęczonego niedowierzania - potem kubki z kawą
upadły na wiecznobeton, a on pobiegł z rezygnacją do zbrojowni. Syreny
dotarły do końca swej nuty i po chwili przerwy na nowo podjęły śpiew.
Duże panele LCLS w nadprożach hangaru rozjarzyły się błyskającą
czerwienią. Po lewej, przez ryk syren usłyszał głęboki hurgot
uruchamianych turbin promów szybkiego reagowania. Nie więcej niż
półtorej minuty do osiągnięcia pełnych obrotów. Kolejne dwie na
załadowanie załogi, a potem wystartują, podskakując na lądowisku jak psy
próbujące urwać się z przykrótkiej smyczy. Każdy, kto spóźni się na
pokład, ryzykuje utratę jaj.
Dotarł do drzwi zbrojowni w chwili, gdy ze środka wypadła Zdena we wciąż
nie do końca zapiętej kamizelce taktycznej, w przekrzywionym hełmie i z bronią jeszcze niezaładowaną po zdjęciu ze stojaka. Gdy go zobaczyła, na
jej słowiańskiej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Gdzie moja cholerna kawa, Joe?! - Musiała przekrzyczeć syreny.
- Pływa po betonie. Chcesz, to idź wylizać. - Ze złością machnął w stronę syren. - No wiesz, szlag. Czterdzieści minut do końca zmiany i trafia się nam takie gówno.
- Za to nam płacą, kowboju.
Wsadziła magazynek do karabinu i go zabezpieczyła, po czym przycisnęła
broń do długiej łaty samolepu na biodrze i skupiła się na zaciąganiu
sprzączek kamizelki taktycznej. Joe przecisnął się obok niej.
- To oni nam płacą?
W zbrojowni panował zgiełk alarmu. Tuzin ludzi krzyczących,
przeklinających przestarzały sprzęt, rozładowujących śmiechem napięcie.
Joe chwycił kamizelkę i hełm ze sterty na blacie, ale nie zawracał sobie
głowy wkładaniem ich. Doświadczenie nauczyło go robić to we
wnętrznościach pojazdu szybkiego reagowania, gdy wznosił się nad wodami
Pacyfiku. Złapał lufę swojego karabinu w stojaku, siłował się przez
chwilę z zatrzaskiem, w końcu uwolnił broń szturmową i ruszył z powrotem
do drzwi.
Cholerne czterdzieści minut.
Zdena siedziała już na opuszczonej rampie Niebieskiego Jeden, z luźno
założonym hełmem, bez maski, szczerząc się do niego, gdy z wysiłkiem
podbiegł i niezgrabnie wciągnął się na pokład. Nachyliła się, żeby
przekrzyczeć wycie turbin.
- Cześć, kowboju! Gotów na ostry taniec?!
Nigdy nie potrafił dojść, czy udawała rosyjski akcent, czy nie. Nie
pracowali jeszcze tak długo, przyszła z nowo zatrudnionymi w końcu maja.
Przypuszczał - a etykieta absolutnie zabraniała o to pytać - że
prawdopodobnie należała do licencjonowanej zagranicznej siły roboczej, w każdym razie była tak legalna jak on. Choć wątpił, żeby też skakała
przez płot. Bardziej prawdopodobne, że pochodziła z syberyjskiego
wybrzeża albo z którejś z tych tratw fabrycznych dalej na południu,
element tej pieprzonej płynności siły roboczej Wybrzeża Pacyfiku, o której tyle się mówiło. Oczywiście, z tego, co wiedział, mogła być
równie dobrze urodzona i wychowana na Zachodnim Wybrzeżu. W takich
miejscach zniekształcony angielski nie musiał niczego znaczyć. Tu nie
było tak jak w Republice, gdzie ściśle wymuszali amangielski, karząc
dzieciaki w szkołach za używanie czegokolwiek innego. W państwach
Wybrzeża angielski był wyłącznie językiem handlowym - człowiek uczył się
go w takim stopniu, w jakim był mu potrzebny, co w zależności od barrio,
w którym się dorastało, nie musiało wiele znaczyć.
- Musisz przestać... - wciąż dysząc po sprincie, brakło mu powietrza -
oglądać te wszystkie stare filmy, Zed. To będzie pieprzony patrol do boi
na głębokie wody. Wystraszymy jakiegoś durnego farmera planktonu, który
zapomniał aktualizować swoje przepustki na ten miesiąc. Cholerna strata
czasu.
- Nie sądzę, Joe. - Zdena kiwnęła głową w stronę pozostałych promów. -
Podrywają cztery jednostki. Cholernie duża siła ognia jak na plankton.
- Dobra, dobra. Zobaczysz.
Start przebiegł dość gładko, przynajmniej dla ich statku. Wyglądało na
to, że pomimo wcześniejszych jęków opłaciły się nieustanne ćwiczenia z ostatniego miesiąca. Ośmiu żołnierzy na pokładzie, standardowa siła
grupy uderzeniowej, wszyscy przypięci do foteli przeciwprzeciążeniowych
wzdłuż wewnętrznych ścian brzucha promu i uśmiechający się z napięciem.
Joe zdążył już pozapinać swoją kamizelkę taktyczną i podpiąć czujniki
monitorów czynności życiowych, choć zastanawiał się, czy ktokolwiek
zawracał sobie głowę ich monitorowaniem, od kiedy zmniejszyli załogę
dowodzenia w kokpicie z trzech do dwóch. Ale przynajmniej automatyczny
medyk będzie uważał na niego w strzelaninie, a ponadto kamizelka była
dobrym miejscem na upchnięcie wszystkich zapasowych magazynków i narzędzi do abordażu.
W słuchawce w uchu zabrzmiała odprawa, powtarzana echem przez głośniki w dachu promu.
Doszło do wtargnięcia powietrznego klasy drugiej, powtarzam: wtargnięcia
powietrznego klasy drugiej, nie spodziewamy się walki...
Wychylił się i z triumfem kiwnął głową Zdenie. Cholera, mówiłem ci.
...mimo wszystko należy zachować gotowość bojową. Podczas całej misji
obowiązkowe są maski i rękawice, zastosować żel przeciwskażeniowy, jak w przypadku operacji z zagrożeniem biologicznym. Zwracam uwagę, że nie ma
powodu spodziewać się sytuacji zagrożenia biologicznego, są to tylko
środki ostrożności. Mamy tu do czynienia ze zwodowanym statkiem
kosmicznym INKOL, powtarzam: zwodowany statek kosmiczny INKOL wewnątrz
strefy brzegowej...
Zdena posłała mu ostre spojrzenie.
- Pieprzony statek kosmiczny?! - krzyknął ktoś z niedowierzaniem z siedzenia pod drugą ścianą.
...grupy medyczne pozostaną w gotowości do czasu, aż drużyna niebieska
zakończy rekonesans. Bądźcie przygotowani na ofiary rozbicia. Drużyna
wejdzie do akcji w następujących grupach: zespół alfa, Driscoll na
przedzie, za nim Hernandez i Zhou. Zespół beta...
Dał sobie spokój, nic nowego. Aktualna rotacja przydziałów ustawiła go
na przedzie na następne trzy tygodnie. Teraz nie potrafił się
zdecydować, czy wciąż był zły, czy zadowolony. To będzie cholerny odlot.
Poza TV i paroma wirtualnymi wycieczkami w muzeum INKOL w Santa Cruz
nigdy nie widział prawdziwego statku kosmicznego, ale wiedział jedno -
nie sadzali tych mamutów na Ziemi. Nie robili tego od czasu, gdy
wszędzie powstały wieże z nanokratownic, niknące w chmurach niczym
stalowoczarne łodygi fasoli z tej cholernie głupiej historii, którą
babcia opowiadała mu w dzieciństwie. Jedyne statki kosmiczne, jakie Joe
znał poza historycznymi zdjęciami, to te pojawiające się czasem pod
koniec wiadomości, dokujące dostojnie do kapeluszy tych bajecznych
tyczek sięgających nieba i mające jedynie ekonomiczne znaczenie.
Ładunek holownika Tkacz, który właśnie wrócił z Habitatu 9
prawdopodobnie spowoduje w tym kwartale spore zamieszanie na rynku
metali szlachetnych. Przepisy zaproponowane przez Stowarzyszenie
Afrykańskich Państw-Producentów Metali w celu ochrony Ziemskiego
przemysłu wydobywczego wciąż tkwią w komisjach Światowej Organizacji
Handlu, gdzie przedstawiciele Konsorcjum Habitatu 9 argumentują, że tego
rodzaju ograniczenie obrotu...
I tak dalej. W tych czasach statki kosmiczne zostawały tam, gdzie było
ich miejsce, i wszystko, co przewoziły, docierało na Ziemię za pomocą
wind kratownic. "Doskonała kwarantanna", usłyszał kiedyś późno w nocy
gadającą głowę, "na dodatek wyjątkowo wydajna energetycznie". Lądujący
statek kosmiczny był scenariuszem z taniego filmu katastroficznego albo
jeszcze tańszego paranoidalnego serialu z cyklu inwazji obcych na
Jezusowskich kanałach wideo. Ponieważ jeśli faktycznie do tego doszło,
mogło to znaczyć tylko jedno - gdzieś coś poszło bardzo nie tak.
Stary... muszę to zobaczyć...
Wciąż nakładał na twarz żel biouszczelniający, gdy prom wykręcił i otwarła się rampa z tyłu. Wraz z rykiem turbin do środka wdarło się
zimne pacyficzne powietrze i szare światło świtu. Odpiął się i przesunął
wzdłuż liny do windy linowej. Puls przyśpieszył w skroniach, a we krwi
krążyło coś zbyt fajnego, żeby było strachem. Założył maskę na twarz,
ściągnął filtr oddechowy i docisnął wszystko do biouszczelniacza. Wiatr
od oceanu na zewnątrz chłodził wciąż odsłonięte skrawki skóry po obu
stronach maski. Krzywizna przepuszczalnego tylko w jedną stronę,
odpornego na uderzenia szkła i ciepłe, bursztynowe linie wyświetlacza
dawały iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, jakby za osłoną ukrywało się
całe ciało, a nie tylko fragment twarzy. Cały czas ich przed tym
ostrzegali. Jakiś kiepsko renderowany wirtualny sierżant musztry w tanim
teksańskim oprogramowaniu, stanowiącym wszystko, na co pozwalał budżet
Ochrony Filigree Steel. Z niewiadomych powodów fatalnie zsynchronizowana
postać miała brytyjski akcent. "Świadomość całego ciała, durniu!" -
ryczał program za każdym razem, gdy uruchomił jeden z aktywatorów. "Nogi
masz wynajęte? Czy twoja klata to tymczasowy dodatek? Świadomość całego
ciała to jedyna rzecz, która utrzyma przy życiu całe twoje ciało".
Dobra, dobra. Niech będzie.
Zatrzasnął karabinek na kamizelce, odwrócił się twarzą do wnętrza promu
i kamery obserwacyjnej zamocowanej w suficie. Palcem wskazującym i kciukiem wykonał znak OK. Zakaszlał do mikrofonu indukcyjnego na krtani.
- Szpica, gotów do misji.
- Potwierdzam, szpica. Na mój znak. Trzy, dwa, jeden... skok.
Lina ożyła z szarpnięciem, a on niezdarnie odbezpieczył trzymany w obu
dłoniach karabin szturmowy, wychylając się tak, by widzieć, co znajduje
się pod nim. Z początku były to tylko nieustannie przetaczające się,
uciekające we wszystkie strony fale Pacyfiku. Potem zauważył statek. Nie
tego się spodziewał: wyglądał jak ledwie unoszące się na powierzchni
olbrzymie, plastikowe opakowanie omywane wodą. Kadłub był prawie całkiem
spalony na czarno, ale dostrzegł ślady białych pozostałości po
nanotechnicznie wytrawionych literach, jakiś rodzaj korporacyjnego logo,
które zapewne spłonęło podczas wejścia w atmosferę. Opadł niżej i zobaczył coś, co wyglądało jak otwarty właz w części wciąż wystającej
nad wodą.
- Uch, dowództwo. Jesteście pewni, że to coś nie utonie?
- Potwierdzam, szpica. Zgodnie z parametrami INKOL to nie ma prawa
utonąć.
- Tylko że mam tu otwarty właz, a przy tym wietrze i falach
przypuszczam, że do środka musi dostawać się woda.
- Powtarzam, szpica. Pojazd nie ma prawa utonąć. Sprawdź ten właz.
Jego buty uderzyły w kadłub z głośnym brzękiem jakieś dwanaście metrów
od włazu, trochę poniżej. Wokół jego nóg zawirowała sięgająca kostek
woda, potem się cofnęła. Westchnął i odpiął się od linki.
- Zrozumiano, dowództwo. Skończyłem zejście.
- Utrzymamy pozycję.
Przykucnął i wspiął się po niewielkiej pochyłości do włazu, a potem do
niego zajrzał. Woda zdecydowanie dostała się do środka. Zobaczył, jak
pobłyskuje na szczeblach drabiny prowadzącej do drugiego, wewnętrznego
włazu, który zapewne stanowił wewnętrzną część śluzy powietrznej. Kiedy
zaglądał, przez kadłub przeciągnęła kolejna fala, zalewając właz i spływając do środka, rozpryskując się na dnie śluzy. Zajrzał głębiej, po
czym wzruszył ramionami i zszedł po drabinie, aż zostało mu kilka
dolnych szczebli tuż nad wewnętrznym włazem. Woda miała tu jakieś pięć
palców głębokości, falując leniwie wraz z kołysaniem statku na falach.
Profil włazu pod powierzchnią wyglądał nienaturalnie czysto, jak coś
widzianego na dnie górskiego stawu. Plakietka ostrzegawcza zwracała
uwagę na konieczność wyrównania ciśnień, zanim możliwe będzie otwarcie
włazu.
Joe domyślił się, że jakiekolwiek w środku panowało ciśnienie, do tej
pory musiało być dość bliskie standardowemu ziemskiemu, bo coś lub ktoś
otworzył już wewnętrzny właz. Został otwarty na tyle, by woda powoli
spływała do wnętrza.
Prychnął.
Gdyby nie to, cholerna śluza byłaby już w połowie zalana przez fale.
Stuknął w mikrofon.
- Dowództwo? Mam tu otwarty wewnętrzny właz. Nie wiem, czy to systemy,
czy, uch, działalność człowieka.
- Zrozumiano. Zachowaj ostrożność.
Skrzywił się. Miał nadzieję, że każą mu się wycofać.
Jasne, albo chociaż podeślijcie cholerne wsparcie, dowództwo. To
maleństwo przyleciało z kosmosu, najpewniej z Marsa. Cholera wie, co za
robale mogą tam szaleć. Do tego właśnie służy nanokratownicowa
kwarantanna, nie?
Przez chwilę myślał, żeby mimo wszystko się wycofać.
Ale...
"Masz wyposażenie", prawie usłyszał cierpliwy głos tłumaczący mu
wszystko. "Masz maskę i żel ochronny, zresztą nie spodziewamy się
żadnych zagrożeń. Nie masz żadnego powodu, by kwestionować rozkazy".
I głos Zdeny: "Za to właśnie nam płacą, kowboju".
Drwiny pozostałych.
Odepchnął od siebie lekki dreszcz, zszedł jeszcze niżej i włożył nogę do
wody, naciskając mocno na właz. Ten częściowo ustąpił.
- Świetnie.
- Szpica?
- Nic - odpowiedział kwaśno. - Po prostu zachowuję najwyższą cholerną
ostrożność.
Zaparł się ręką o ścianę śluzy, jeszcze mocniej nadepnął na właz i...
...ten ustąpił pod jego nogą.
Odchylił się ciężko w dół na zawiasach, zrzucając wodę do mrocznego
wnętrza z głośnym, długim chluśnięciem. Nie był przygotowany na nagłą
utratę podparcia i stracił chwyt na szczeblu. Poleciał, niezdarnie
próbował złapać dłonią w rękawicy kolejny szczebel, nie trafił i zahaczył głową o drabinę. Przeleciał wprost przez otwarty dolny właz,
mając czas na stłumiony okrzyk...
- Kurwaaaa...
...i wylądował na czymś, co musiało być boczną ścianą korytarza poniżej.
Wstrząs uderzenia, zęby zaciśnięte na końcu języka. Ostre walnięcie w ramię i dźgnięcie w żebra lufą karabinka. Zasyczał z bólu.
Mimo wszystko wyglądało na to, że wylądował na czymś miękkim. Przez
chwilę leżał nieruchomo, wysłuchując raportów o uszkodzeniach składanych
przez splątane kończyny.
Świadomość całego ciała, panie sierżancie.
Przywołał uśmiech. Chyba niczego sobie nie złamał. Patrząc do góry,
stwierdził, że nie przeleciał więcej niż trzy metry.
Odetchnął głęboko z ulgą w filtr maski. Cicho dokończył swoje
przekleństwo.
- Mać.
- Szpica? - odezwało się dowództwo, wreszcie z przejęciem w głosie. -
Podaj swój status. Jesteś ranny?
- Nic mi nie jest. - Podparł się na ramieniu, rozejrzał w mroku i włączył latarkę na hełmie. - Po prostu spadłem. Nic powa...
Skraj wiązki światła złapał coś, co nie miało sensu. Wykręcił głowę,
wiązka oświetliła niewyraźny obiekt...
- Kurwa, człowieku, to...
I nagle, z falą zrozumienia pełnego niedowierzania zadławił się
wymiocinami wylewającymi się do maski, palącymi mu nos i gardło,
ponieważ zobaczył wreszcie wyraźnie, czym była ta miękka rzecz, która
zatrzymała jego upadek.
Rozdział 4
Sevgi Ertekin obudziła się z dziwnym przekonaniem, że całe miasto
pokrywa gęsta zasłona deszczu.
W czerwcu?
Zamrugała. Gdzieś na zewnątrz, za otwartym oknem apartamentu usłyszała
przyzywający głos syreny. Intymny i nostalgiczny niczym dźwięk ezanu,
którego wciąż brakowało jej ze starej okolicy, ale też napakowany
adrenaliną, jakiej nie mogło dostarczyć wezwanie do modlitwy. Obudziły
się w niej stłumione instynkty zawodowe, po czym obróciły się na drugi
bok z nadejściem wspomnień. To już nie jej sprawa. Zresztą i tak ryk
syreny policyjnego radiowozu dobiegał z daleka i prawie tonął w odgłosach handlu toczącego się sześć pięter niżej. Słychać było krzyki,
przeważnie przyjazne i muzykę z zamontowanych w budkach kolumn,
szaleńcze neoarabskie nuty, na które aktualnie nie miała nastroju. Dzień
zaczął się bez niej.
Wbrew rozsądkowi obróciła się w stronę okna. W jej twarz uderzył blask
słońca, zmuszając ją do zmrużenia oczu. Zmiennopolaryzacyjne zasłony
wydymane podmuchami z zewnątrz skrzyły się porannym światłem. Wyglądało
na to, że znów zapomniała przestawić je na nieprzezroczyste. Spod jednej
z zasłon wystawała pusta butelka jamesona, ktoś - ktoś, jasne, Sev, kto
to mógł być? - poturlał ją po wypolerowanych klepkach podłogi, gdy nie
miała już nic do zaoferowania. Salon, w którym najwyraźniej usnęła w ubraniu na kanapie. Chwila namysłu pozwoliła przywołać mętne
potwierdzenie. Usiadła na niej po zakończeniu imprezy i dopiła resztę
zawartości butelki. Niejasne wspomnienia przemawiania do siebie między
łykami dymnego ciepła whisky. Cały czas myślała, że po prostu wypije
jeszcze trochę, tylko jeszcze trochę, potem wstanie i...
Nie wstała. Usnęła.
To coś nowego, Sev. Zazwyczaj udaje ci się dojść do łóżka.
Zebrała się w sobie i usiadła zrywem, po czym pożałowała, że zrobiła to
tak gwałtownie. Poczuła się, jakby zawartość jej głowy przesunęła się
jak trawa na wietrze. Przetoczyła się przez nią fala mdłości i poczuła
się skrępowana odzieżą. Wczoraj pozbyła się butów - leżały pod
przeciwległymi ścianami pokoju, tak daleko, jak było to możliwe - ale
wciąż miała na sobie bluzkę i spodnie. Niejasno przypomniało się jej coś
o leżeniu na plecach po czyimś wyjściu i szarpaniu się z butami i skarpetkami. Najwyraźniej udało się jej ich pozbyć, ale reszty już nie
zmogła.
A teraz bluzkę miała zmiętą i pomarszczoną pod pachami, a miseczki
profilujące odkleiły się od piersi i uciekły podczas wygibasów z butami.
Jedna wylądowała pod pachą, druga przepadła. Spodnie zdołały się jej
wykręcić tak, że przestały być luźne, miała też pełne wnętrzności.
Nieprzyjemnie cisnął ją pęcherz, a w głowie rozpoczęło się tępe
łomotanie.
Do tego pada.
Podniosła wzrok i opanowała ją nagle dzika wściekłość, gdy udało się jej
prześledzić cichy szum do prawdziwego źródła. W rogu pokoju wciąż
pracował stary zestaw rozrywkowy. Odtwarzany w nim czip doszedł do
końca, a system nie przełączył się na ekran powitalny, wyświetlając
zamiast tego śnieżny taniec, przy akompaniamencie prawie niesłyszalnego
szumu, tworzącego tło dla dźwięków miasta z zewnątrz. Wypełniał wszystko
jak...
Zacisnęła usta. Wiedziała, jaki oglądała czip. Nie pamiętała tego, a wiedziała.
Do jasnej cholery, to nie deszcz.
Zerwała się na nogi i dźgnęła wyłącznik zestawu. Przez chwilę stała w swoim mieszkaniu jakby wcale nie należało do niej, jakby się włamała,
żeby coś ukraść. Poczuła, jak ściska się jej gardło, i zrozumiała, że
będzie płakać.
Zamiast tego gwałtownie potrząsnęła głową, zamieniając łzy na potężny
impuls bólu. Niezgrabnie ruszyła przez sypialnię do łazienki,
przyciskając dłonie do głowy. Na półce przy łóżku znalazła fiolkę
tabletek na ból głowy oraz listek synu. A dokładniej kapsułek synadyny
k37, uniwersalnych tabletek klasy wojskowej, jej udział w czarnorynkowych dostawach dla nowojorskiej policji w czasach, gdy
jeszcze tam pracowała, o sile kilkakrotnie przewyższającej wszystko, co
na ulicy nazywano synem. Używała tych tabletek kilka razy wcześniej i przekonała się o ich przerażającej skuteczności - stymulowały reakcje
synaptyczne i koordynację fizyczną, odsuwając w cień praktycznie
wszystko inne, a przy tym robiły to szybko. Sevgi zawahała się, ale
zdała sobie sprawę, że ma dzisiaj coś do zrobienia, choć nie bardzo
pamiętała, co takiego.
Sev, w tych czasach prochami napycha się całe to cholerne miasto. Pogódź
się z tym.
Wycisnęła z folii kilka wojskowych kapsułek i właśnie miała je
przełknąć, gdy dotarł do niej obraz dostrzeżony kątem oka.
Weszła z powrotem do sypialni.
- Hej.
Dziewczyna w łóżku nie mogła mieć więcej niż osiemnaście czy
dziewiętnaście lat. Mrugając po obudzeniu, wydawała się jeszcze młodsza,
ale ciało pod prześcieradłem było zbyt pełne, jak na dziecko. Usiadła i tkanina zsunęła się z niemożliwie sterczących piersi. Sądząc po tym, jak
się ruszały, efekt zapewniała podskórna siatka mięśniowa, nie implanty.
Kosztowna robota, jak na kogoś tak młodego. Sevgi uznała, że to czyjaś
zdobycz randkowa, z tych fałszywych bonobo, ale miała zbyt silnego kaca,
by przypisać jej twarz do kogoś na imprezie. Może ten, kto ją
przyprowadził, za bardzo się upił, by, wychodząc, zabrać ze sobą
wszystkie zabawki.
- Kto ci powiedział, że możesz tu spać?
Dziewczyna znów zamrugała.
- Ty.
- Ach. - Gniew Sevgi wyparował. Stłumiła kolejną falę mdłości i przełknęła. - No dobra, zbieraj swoje rzeczy i wracaj do domu. Koniec
imprezy.
Wróciła do łazienki, starannie zamknęła drzwi, a potem, jakby dla
podkreślenia własnych słów, schyliła się i zwymiotowała do ubikacji.
***
Kiedy już nabrała pewności, że ich nie zwróci, połknęła tabletki k37,
popijając je szklanką wody, po czym stanęła oparta o ścianę pod ciepłym
prysznicem i zaczekała, aż poczuje skutki. Nie trwało to długo.
Podrasowane chemikalia leku przygotowano nie tylko pod kątem jasnego
myślenia, ale i szybkiego działania, a pustka w żołądku jeszcze to
przyśpieszyła. Łupanie w głowie powoli przygasało. Odkleiła się od
kafelkowanej ściany, sięgnęła po żel i zaczęła się szorować. Mokra masa
jej włosów ugięła się pod wpływem dotyku, a piana spływała po jej ciele
w gęstych kłębach. Przypominało to zdzieranie z siebie noszonych kilka
dni ubrań. Poczuła w sobie nową siłę i skupienie. Gdy dziesięć minut
później wyszła, ociekając, spod prysznica, ból siedział ukryty za
warstwą chemicznego bandaża, a jego miejsce zajęła przenikliwa
błyskotliwość.
Co niekoniecznie było błogosławieństwem. Susząc się przed lustrem,
zauważyła ciało zbierające się jej na pośladkach i się skrzywiła. Od
miesięcy nie odwiedzała siłowni, a jej domowy Cassie Rogers AstroTone -
używany przez prawdziwy personel MarsTripp! - porastał kurzem niczym
sflaczały cyrkowy namiot. Obciążające dowody zaniedbań miała wprost
przed sobą. I nie można było się ich pozbyć, biorąc wojskowe tabletki,
jak z bólem. Przez jej umysł przebił się obraz niedorzecznie idealnych
krzywizn dziewczyny w jej łóżku. Sprężystych piersi z salonu mody.
Spojrzała na wypukłości własnych, zaczepionych dość nisko na klatce i odchylających się na boki.
Pieprzyć to, Sevgi, jesteś po trzydziestce. Przecież nie próbujesz już
imponować chłopakom przy moście bosforskim, prawda? Daj spokój. Zresztą,
zaraz będziesz miała okres, to pogarsza sprawę.
Jej schnące włosy zaczynały już nabierać zwyczajowego kształtu
niesfornej czarnej szopy. Przeczesała je kilka razy szczotką, a potem z niechęcią dała spokój. Z lustra spojrzało na nią jej głównie arabskie
dziedzictwo: szeroko rozstawione, wysokie kości policzkowe, jastrzębi
nos, pełne wargi i ciemne oczy o ciężkich powiekach. Ethan powiedział
kiedyś, że miała w twarzy coś z tygrysa, ale Sevgi o zmysłach
wyostrzonych synem i bez makijażu podejrzewała, że dzisiaj wygląda
raczej jak niezadowolona wrona. Ta wizja wymusiła uśmiech na twarzy i zakrakała do siebie w lustrze. Rzuciła ręcznik i poszła się ubrać.
Odkryła pragnienie kawy.
Jak można było się spodziewać, kuchnia wyglądała jak pole bitwy. Każda
dostępna powierzchnia została zastawiona stertami naczyń. Sevgi
wypatrzyła w szczątkach talerze z imprezy - przypominające szmatki
ciemnozielone ślady po miejscach, gdzie na talerzach leżały faszerowane
liście winogron, kruche fragmenty ciasta sigara börek, zimny bakłażan z pomidorem w oliwie, pół wywróconego do góry nogami lahmacun,
wyglądającego jak sztywna, wyschnięta ścierka. W zlewie piętrzyła się
krzywa wieżyczka foremek, niczym jakiś automatyczny pajacyk na
sprężynie. Na podłodze pod jedną ze ścian w równych rzędach ustawiono
butelki eksportowego efesa, wypełniając kuchnię kwaśnawym zapaszkiem.
Dobra impreza.
Pochwałę wybełkotało kilku z wychodzących gości. Potwierdziła je nagła
lawina wspomnień, grupy znajomych wypełniających mieszkanie,
rozciągniętych na sofach i poduszkach, jedzących, pijących i gestykulujących z pełnymi ustami, pełnych miłego rozbawienia. To była
dobra impreza.
Jasne - szkoda tylko, że musiałaś później wykończyć tę flaszkę
irlandzkiej.
Czemu to zrobiłaś, Sev?
Poczuła, jak drgnęły mięśnie jej twarzy, i wiedziała, że jej spojrzenie
stwardniało od wypełniającego ją uczucia.
Wiesz czemu.
Za myślą nadszedł syn, jaskrawy i ostry. Nagle zrozumiała, jak łatwo w takim stanie umysłu byłoby kogoś zabić.
Odezwał się telefon, cicho i rozsądnie, jak wgryzanie się w wełnę.
- Mam na linii zarejestrowany kontakt, Toma Nortona. Przyjmiesz
połączenie?
Niczym cegła walnęło ją przypomnienie, co miała dziś do zrobienia.
Jęknęła i poszła po resztę środków przeciwbólowych.
***
Pierwsze, co się nie zgadzało, to samochód.
Norton zazwyczaj jeździł absurdalnie wielkim, antycznym cadillakiem z miękkim dachem, na którym można było się opalać, i olbrzymim grillem
chłodnicy. Był przy tym cholernie dumny ze swojego wozu, co było dziwne,
biorąc pod uwagę jego historię. Zbudowany w jakimś warsztacie w Alabamie
lata przed urodzeniem Nortona był to pojazd, za jazdę którym zostałby w Nowym Jorku natychmiast aresztowany, gdyby nie zapłacił prawie
dwukrotnej jego wartości za wymianę oryginalnego silnika na napęd
magnetyczny z nieprodukowanych już japońskich motorówek. Wywalił potem
jeszcze miesięczną pensję na gruntowne pokrycie go polimerami,
uwieczniając kolekcję zadrapań i wgnieceń zebranych we wcześniejszym
życiu w Jezusowie. Sevgi nie potrafiła go przekonać, że była to
praktycznie metafora głupot przeszłości, z której się wywodził.
Dzisiaj w ostrym blasku synu zrozumiała, że był to rodzaj samochodu,
jaki bardzo chciałby mieć Ethan, i to właśnie dlatego to odstępstwo
Nortona od poza tym nieskazitelnej męskości Manhattanu, czasami budziło
w niej cichą złość.
Dzisiaj nim nie przyjechał.
Zamiast tego, gdy wyszła na ulicę - wciąż naciągając na ramiona wybrany
losowo żakiet - podniósł się z tylnego siedzenia ciemnoniebieskiej
kropli autojazdu, ewidentnie ze stajni INKOL. Stanął tam, wyglądając
gładko i w sposób tak pełen opanowania, jak pojazd, z którego wysiadł.
Poezja eleganckiej kompetencji. Krótko przycięte włosy pobłyskiwały na
słońcu srebrnymi nitkami, mrużył lekko niebieskie oczy na pięknie
opalonej twarzy przyszłego kandydata do prezydentury.
Posłał jej swój klasyczny półuśmieszek.
- Poranku, Sev. Radosna i kwitnąca.
- Jasne.
- O której się to w sumie skończyło? - Na ile pamiętała, sam wrócił do
domu dobrze przed północą, nie korzystając z chemikaliów.
- Nie pamiętam. Późno.
Przepchnęła się obok niego i wsiadła do samochodu, przesuwając się w głąb, by zrobić mu miejsce. Drzwi opadły w dół i kropla ruszyła gładko,
skręcając na Zachodnią 118. Otoczył ich ruch miejski. Przejechali cztery
przecznice, zanim Sevgi skojarzyła kierunek i doznała drugiego tego dnia
dysonansu wobec spodziewanego przebiegu dnia.
- Co jest? Zostawiłeś coś w biurze?
- Nie jedziemy do biura, Sev.
- Tak, wydawało mi się, że tak właśnie ustaliliśmy wczoraj. Więc czemu
jedziemy na wschód?
Norton znów się uśmiechnął.
- Nie jedziemy też do Kaku. Zmiana planów. Dzisiaj nie zaznasz
nieważkości.
Ulga, jaką poczuła na tę wieść, zadziałała niczym słońce na skórze,
rozgrzewając ją i ustępując miejsca wszelkiej ciekawości. Naprawdę nie
miała ochoty na wykręcającą wnętrzności jazdę windą w górę
nanokratownicy Kaku ani poruszanie się w nieważkości na górze. W ośrodku
przy kratownicy mieli leki łagodzące objawy obu doświadczeń, ale nie
była pewna, czy można było je mieszać z krążącym w jej żyłach synem. A myśl o rozpoczynaniu śledztwa w tym stanie - ze zmaltretowanym mózgiem i żołądkiem buntującym się z powodu braku ciążenia i Ziemi obracającej się
gdzieś tam cholernie daleko - wystarczyła, by zaczęły już się pocić jej
dłonie.
- Dobra. To może zechcesz łaskawie powiedzieć mi, dokąd jedziemy?
- Jasne. Terminal suborbitalny JFK. O jedenastej mamy prom do SFO.
Sevgi wyprostowała się na siedzeniu.
- Co się stało, Horkan's Pride nie trafił do gniazda w doku?
- Można to i tak ująć. - W głosie Nortona nie było śladu rozbawienia. -
Nie trafił w Kaku, nie trafił w Sagana, wodował jakieś sto kilometrów od
brzegu Kalifornii.
- Wodował? Przecież one nie mają lądować na Ziemi.
- Mów mi jeszcze. Z tego, co słyszałem, tylko główna sekcja załogowa
dotarła na dół w jednym kawałku. Reszta pospadała gdzieś po drodze, od
Utah do Wybrzeża, albo spaliła się przy wchodzeniu w atmosferę. Władze
Wybrzeża holują pozostałości w stronę zatoki, gdzie je sobie otworzymy i wstrząśniemy ich naszą błyskotliwą analizą tego, co, u diabła, poszło
nie tak. Swoją drogą, to słowa Nicholsona, nie moje.
- Tak, domyśliłam się. - Norton wypowiadał przekleństwa tak, jak żebrak
wydaje wafle - gdy absolutnie i nieodwołalnie został do tego zmuszony,
lub gdy należały do kogoś innego. Wyglądało na to, że jego problem z nimi ma naturę lingwistyczną, nie moralną, ponieważ nie widać było po
nim żadnego niesmaku czy zakłopotania w przypadku cytowania wypowiedzi
innych, lub gdy klęła Sevgi, co ostatnio zdarzało się bardzo często.
- W takim razie czemu wcześniej z tym do mnie nie zadzwoniłeś?
- Wierz mi, próbowałem. Nie odbierałaś.
- Och.
- Tak, więc kryłem cię przed Nicolsonem, jeśli się zaczęłaś nad tym
zastanawiać. Powiedziałem, że jesteś gdzieś na mieście w sprawie tego
numeru ze Spring Street i że mieliśmy się spotkać przy terminalu.
Sevgi kiwnęła głową.
- Dzięki, Tom. Jestem twoją dłużniczką.
Nie był to pierwszy raz, w ciągu ostatnich dwóch lat zebrało się tego
więcej, ale żadne z nich nie chciało się do tego przyznać. Dług narastał
między nimi bez słów, jak współudział albo rodzina. Zresztą oboje
zgadzali się, że Nicholson to dupek.
- Myślisz, że ktoś tam jeszcze żyje? - zapytał Norton.
Sevgi wyjrzała na ruch za oknem, przypominając sobie dane statku.
- Horkan's Pride to seria pięć. Zbudowali je z myślą o przetrwaniu
rozbicia na Marsie, a tam nie ma oceanów.
- Prawda, ale też po drodze ciągnie ich znacznie słabsza grawitacja.
Obok nich pojawiła się kropla NYPD, z oknami nieprzejrzystymi oprócz
tego kierowcy. Młoda policjantka przestawiła system na ręczny i prowadziła swobodnie jedną ręką, drugą wystawiając przez okno.
Rozmawiała z kimś, ale Sevgi nie potrafiła stwierdzić, czy z drugą osobą
w pojeździe, czy przez system audio wozu. Pod noszonym na głowie
weblarowym kaskiem wyglądała na swobodną i kompetentną. Obudziły się
wspomnienia i Sevgi stwierdziła, że zastanawia się, co porabia Hulya.
Naprawdę powinna czasem się z nimi spotykać, zobaczyć, co Hulya robi,
czy spróbowała drugiego podejścia do egzaminu na sierżanta i czy wciąż
obnosi się w każdą sobotę ze swoim fantastycznym tyłeczkiem po moście
bosfroskim. Usiąść gdzieś na solidną sesję wspominkową, może osuszyć
skrzynkę efesa.
Na myśl o piwie i zapachu, który pozostawiło w jej kuchni, żołądek Sevgi
gwałtownie się zbuntował. Pośpiesznie odegnała ogarniającą ją nostalgię.
Radiowóz zmienił pas i zniknął pośród ruchu. Sevgi spróbowała obudzić
własne kompetencje.
- Płyn kapsuły zamrażającej powinien pochłonąć znaczącą część energii
uderzenia - powiedziała powoli. - A fakt, że w ogóle spadł w jednym
kawałku, oznacza, że było to jednak choć częściowo kontrolowane wejście,
prawda?
- Coś w tym rodzaju.
- Dostaliśmy coś więcej z komputerów, zanim do tego doszło?
Norton pokręcił głową.
- Tylko to żądanie zatrzymania przy Kaku, ten sam przekaz wewnętrzny.
Nic nowego.
- Świetnie. Do ostatniej chwili pieprzony latający holender.
Norton uniósł ręce z płasko rozłożonymi palcami i wydał z siebie
potępieńczy jęk. Sevgi posłała mu kontrolowany uśmiech.
- To bardzo mało śmieszne, Tom. Nie mam pojęcia, czemu gliny Wybrzeża
nie rozwaliły go, jak tylko przeciął ich granicę. Nie byłby to pierwszy
przypadek przerobienia przez tych durniów błędu programu na konfetti,
gdy nie odpowiedział ładnie na ich wywołanie.
- Może martwili się potencjalnymi ofiarami - zasugerował Norton z poważnym wyrazem twarzy.
- Jasne.
- No dobrze, jednak mam nadzieję, że nie zamierzasz prezentować
podobnego podejścia, młoda damo. Miejscowi zapewne i tak nie będą
przesadnie mili. To nasza puszka spadła im z nieba.
Wzruszyła ramionami.
- Płacą podatki INKOL tak samo, jak cała reszta. To również ich puszka.
- Jasne, ale to my mamy pilnować, żeby takie rzeczy się nie zdarzały. To
dlatego odpalają nam swoje podatki.
- Rozmawiałeś już z kimś z ich strony?
Norton potrząsnął głową.
- Z żadnym człowiekiem. Tuż przed wyjściem próbowałem złapać osobę,
która prowadzi sprawę, ale dostałem tylko maszynę, standardowy interfejs
telefoniczny. Powiedział, że policja odbierze nas na lotnisku. Dwoje
agentów, Rovayo i Coyle.
- Masz ich papiery?
Norton klepnął kieszeń marynarki.
- Ściągnąłem kopię. Chcesz zobaczyć?
- Czemu nie.
Gliniarze z Wybrzeża stanowili parę o zrównoważonej płci i pochodzeniu
etnicznym. Z fotografii podpisanej det. A. Rovayo patrzyła ciemna,
afro-latynoska kobieta z zaciśniętymi ustami, ewidentnie i bez
powodzenia próbująca miną ukryć urodę pełnych ust i orzechowych oczu.
Kłam wyrazowi jej twarzy zadawały gęste loki, dłuższe, niż dopuściłaby u swoich pracowników nowojorska policja. Poniżej, na tym samym wydruku
patrzył przed siebie detektyw R. Coyle, biały, o twardych rysach i w średnim wieku. Włosy miał poprzetykane siwizną i przycięte krótko,
prawie po wojskowemu. Na obrazie mieściły się tylko ramiona i głowa, ale
sprawiał wrażenie masywnego i silnego.
Sevgi wzruszyła ramionami.
- Zobaczymy - rzuciła.
***
Zobaczyli.
Zaraz po wyjściu z promu suborbitalnego Coyle i Rovayo przywitali ich na
lądowisku San Fran zdawkowymi uprzejmościami i skanem siatkówki.
Powiedziano im, że to standardowa procedura. Norton posłał ostrzegawcze
spojrzenie Sevgi, która w widoczny sposób się obruszyła. W Nowym Jorku
nie tak witało się przylatujących z wizytą gliniarzy. Tutaj trudno było
stwierdzić, czy próbują ich obrazić, czy nie. Coyle, dokładnie tak
wielki i lakoniczny, jak sugerowało holozdjęcie, wręczył im
identyfikatory i dokonał prezentacji. Później sprawę przejęła Rovayo.
Nachyliła się i rozsunęła im powieki ciepłymi palcami ze stwardniałą
skórą, przystawiła skaner, po czym się cofnęła. Wszystko zostało
wykonane z płynnością świadczącą o dużej wprawie, a pośród strumieni
przybywających podróżnych miało intymny posmak europejskiego pocałunku w policzek. Przynajmniej Norton sprawiał wrażenie, jakby dobrze się bawił.
Rovayo zignorowała jego uśmiech, zerknęła na zieloną kontrolkę
urządzenia i schowała skaner do naramiennej torby. Coyle kiwnął głową w stronę rzędu wind na końcu hali przylotów.
- Tędy - rzucił lakonicznie. - Mamy helikopter.
W milczeniu wjechali na górę, przeszli korytarzem przez osłonięte
szklanymi kopułami górne piętro budynku, potem kolejna winda, która
wypluła ich na betonową płytę z czekającym zgrabnym czerwono-białym
autokopterem. Na wschodzie zatoka połyskiwała w popołudniowym słońcu
metalicznym srebrem. Żar dnia łagodził lekki wiatr.
- To wy zajmujecie się sprawą? - spróbował Norton, gdy weszli już na
pokład.
Coyle posłał mu lodowate spojrzenie.
- Cała cholerna policja zajmuje się tą sprawą - warknął i zatrzasnął
właz. - Odznaka numer 2347. Lot zgodnie z planem. Startujemy.
- Dziękuję. Proszę zająć miejsca.
Autokopter mówił głosem Asii Badawi, niskim i nasączonym słodyczą, nie
do pomylenia nawet przy tych kilku wymówionych sylabach. Sevgi pamiętała
niejasno, że w jakimś magazynie czytanym podczas oczekiwania na wizytę u prawnika trafiła na artykuł o kontrakcie na głos do oprogramowania,
który Badawi podpisała z Lockheedem. Szerokie uśmiechy pod publikę i uściski dłoni, protesty oburzonych fanów. Ziewnięcie, przymknięcie oczu.
"Zechciałaby pani wejść, pani Ertekin?". Wirniki obudziły się od życia,
po drugiej stronie okna pomruk silników nabrał wyciszonej mocy i oderwali się od betonu. Wcisnęło ich w fotele. Automatyczny helikopter
wzniósł się, przechylił i poniósł ich nad zatoką.
Sevgi spróbowała nawiązać rozmowę.
- Macie już coś z powłoki?
- Ekipa skanująca bada cały kadłub. - Fotele w kabinie ustawiono
naprzeciw siebie i przed nią siedział Coyle, ale, mówiąc, wyglądał przez
okno. - Do wieczora postawimy i uruchomimy pełny wirtual.
- Szybko - pochwalił Norton, choć raczej tak nie uważał.
Rovayo spojrzała na niego.
- Byli zajęci w środku, to jakby miało pierwszeństwo.
Chwila zaskoczonej ciszy.
- W środku? - zapytała z groźną uprzejmością. - Otwarliście już włazy?
Para gliniarzy z Wybrzeża wymieniła porozumiewawczy uśmieszek. Sevgi,
mająca już dość bycia przez cały dzień ostatnią osobą, do której
docierały informacje, poczuła, że zaczyna tracić cierpliwość.
- Horkan's Pride to własność INKOL - powiedziała sztywno. - Jeśli
grzebaliście przy...
- Niech pani schowa te kajdanki, agencie Ertekin - wtrącił się Coyle. -
Zanim straż przybrzeżna dotarła do pani własności, ktoś zdążył już
wysadzić włazy. Od środka. Może pani zapomnieć o kwarantannie.
To niemożliwe. Z trudem zdołała się powstrzymać od powiedzenia tego.
Zamiast tego zapytała:
- Czy naruszono kapsuły zamrażające?
Coyle spojrzał na nią z namysłem.
- Naprawdę będzie lepiej, jeśli pani poczeka i sama zobaczy.
Autokopter wykręcił, a Sevgi nachyliła się, żeby wyjrzeć przez okno. Pod
nimi, pośród wód zatoki, z wyspy wyrastała stacja Alcatraz, należąca do
Ochrony Wybrzeża, pełna bladoszarych platform i pomostów. Na południowym
brzegu niczym schemat rozciągał się pływający suchy dok, pełen prostych
linii i odstępów, z ludźmi zredukowanymi do kropek i pojazdami jak
zabawki. Na środku wyraźnie widać było masyw sekcji załogowej Horkan's
Pride. Nawet po oderwaniu zewnętrznych struktur, przypalony i pobliźniony przez upadek, wyskoczył na nią niczym znajoma twarz na
grupowej fotografii. Widywała czasami jego bliźniacze jednostki w stoczniach orbitalnych nad nanokratownicą Kaku i miała w laptopie
archiwalne nagrania Horkan's Pride, zebrane, od kiedy statek utracił
łączność z bazą INKOL. Podczas częstego przesiadywania w poczekalniach
prawników, w bezsenne noce, kiedy nie piła, wpatrywała się w szczegóły,
aż zaczynały ją boleć oczy. "Dobry detektyw je, śpi i oddycha
szczegółami", powiedział jej kiedyś Larry Kasabian. "Tak właśnie łapie
się tych złych". Przyzwyczajenie pozostało. Tak dobrze znała wewnętrzną
budowę statku, że mogłaby z zamkniętymi oczami przejść z jednego końca
na drugi. Na pamięć nauczyła się specyfikacji sprzętu i oprogramowania.
Nazwiska zamrożonych członków załogi były jej równie bliskie, jak marki
produktów kupowanych co rano, a szczegóły ich biografii same pojawiały
się w głowie, gdy przywoływała obraz którejś twarzy.
"Naprawdę będzie lepiej, jeśli pani poczeka i sama zobaczy".
A teraz przypuszczalnie wszyscy byli martwi.
Automatyczny helikopter wylądował z maszynową precyzją na wzniesionej
platformie przy jednym z końców kompleksu doków. Silniki ucichły i właz
znów się otworzył. Coyle ponownie uczynił honory, opuszczając właz i wyskakując jako pierwszy. Druga wyszła Sevgi.
Podążył za nią miodowy głos Badawi.
- Proszę uważać na stopnie i zamknąć za sobą właz.
Coyle poprowadził ich schodami wiodącymi z platformy. Na dole czekał
komitet powitalny. Trzy mundury Ochrony Wybrzeża jako wsparcie ubranego
po cywilnemu oficera, którego twarz Sevgi rozpoznała z kilku wirtualnych
seminariów z zeszłego roku na temat podrabiania śladów genetycznych.
Gładkie azjatyckie rysy, nadające jego twarzy wygląd młodszego, niż
prawdopodobnie był, gęste siwe włosy i wymięte ubranie, niepasujące do
analitycznego spojrzenia. Sądząc po jego wzroku i paru innych aspektach
wyglądu przypuszczała, że ma wspomaganie - co było ostatnio dość
powszechne wśród urzędników Wybrzeża - ale nie miała na to żadnych
konkretnych dowodów. Podczas późniejszych nieoficjalnych spotkań mówił z cichą rezerwą, głównie o swojej rodzinie, a jego wzrok prawie w ogóle
nie opadał na piersi Sevgi, za co była mu wdzięczna. Teraz usiłowała
przypomnieć sobie jego nazwisko, które usłużnie podsunął syn.
- Porucznik Tsai. Jak się pan miewa?
- Kapitan - poprawił sucho. - Awansowałem w styczniu. A miewam się tak,
jak można się spodziewać, biorąc pod uwagę okoliczności. Przypuszczam,
że zechcecie natychmiast zobaczyć swój statek. A raczej to, co z niego
zostało.
Ponuro kiwnęła głową.
- Byłoby miło.
- Powiedziano mi... - Tsai machnął w stronę mundurowych, którzy
wypełniali cały dok - że około siódmej będziemy mieć działający wirtual.
Załogi kończą właśnie kadłub, ale Rovayo pewnie mówiła wam o włazach.
- Tak, że zostały wywalone od środka.
- Kapitanie - wtrącił się Norton. - Chcielibyśmy się dowiedzieć, w jakim
stanie jest załoga Horkan's Pride. W szczególności, czy zostały
naruszone systemy kriogeniczne.
Tsai zatrzymał się w pół obrotu, a jego spojrzenie nagle przeniosło się
gdzieś w dal, najpierw w głąb doku, później nad zatokę, jakby
odtwarzając w pamięci coś, czego wolałby nie widzieć. Do Sevgi nagle
dotarło, że za profesjonalną dumą przebywających na własnym podwórku
Coyla i Rovayo kryło się to samo poruszenie, i że tak naprawdę wcale nie
chodziło tu o problemy jurysdykcji.
Oni się boją, zrozumiała nagle. A my jesteśmy ich jedynym rozwiązaniem.
Sevgi doznała już kiedyś takiego objawienia, gdy jeszcze była
żółtodziobem w nowojorskiej policji, zajmując się przypadkiem przemocy
domowej na tle narkotykowym. Rozmawiając z poobijaną i wciąż puchnącą
matką sprawcy, z bolesną ostrością zdała sobie nagle sprawę, że kobieta
patrzyła na nią jako na rozwiązanie jej problemu, że spodziewała się od
policjantki Ertekin, lat dwadzieścia trzy, że zrobi coś z gównianym
stanem życia jej i rodziny.
Tak miło czuć się potrzebnym.
- Naruszone - wolno powiedział Tsai. - Tak, chyba można to tak określić.
***
Zewnętrzne włazy przepadły, odstrzelone gładko przez ładunki awaryjne -
leżały teraz gdzieś na dnie Pacyfiku. Poczerniały kadłub Horkan's Pride
został ułożony w suchym doku, zbliżając się do praktycznego poziomu w stopniu, w jakim pozwalała na to jego konstrukcja. I tak musieli zejść
do śluzy numer cztery, jakby była studnią wyciętą w górnej powierzchni
kadłuba sekcji załogowej. Drabina pomocnicza stanu nieważkości
zaprowadziła ich na dno znajdującej się wewnątrz śluzy powietrznej, a z niej spadli ciężko przez wewnętrzny właz na równą powierzchnię głównego
korytarza grzbietowego. Wzdłuż przejścia łagodnie jarzyły się na
niebiesko panele techniczne LCLS, ale mundurowi Tsaia ustawili przy
śluzie i dalej bardzo jasne lampy jarzeniowe. Biały blask odbijał się od
paskudnie kremowych ścian i zębów.
Wzrok Sevgi dostrzegł je, gdy tylko zeszła z ostatniego szczebla drabiny
i natychmiast znieruchomiała. Rozdarty do dziąseł uśmiech okaleczonej
ludzkiej głowy, leżącej na podłodze luzem obok pozbawionego kończyn
torsu.
- Rozumie pani, o co mi chodziło? - Tsai zszedł obok niej.
Sevgi stała, walcząc z żołądkiem. Nie licząc kaca, minęło już sporo
czasu. Nawet jej ostatni rok na ulicach, w policji, był litościwie
pozbawiony podobnych widoków, a przeniesienie z wydziału zabójstw do
INKOL, choć nie przysporzyło jej popularności w policji, zdecydowanie
ograniczyło liczbę zniekształconych ludzkich szczątków, jakie musiała
oglądać. Teraz niejasno zdawała sobie sprawę, że bez synu zwróciłaby już
zawartość żołądka, rozbryzgując ją Tsaiowi po całym miejscu zbrodni.
Raczej po twoim miejscu zbrodni.
To twoje, Sev.
Nachyliła się nieco i spojrzała na trupa. Przejęła go.
- Alberto Toledo - cicho podpowiedział Tsai. - Inżynier z bańki
Stanleya, nanotech atmosferyczny. Pięćdziesiąt sześć lat. Powrót do domu
po zakończeniu kontraktu.
- Tak, wiem. - Ze zrujnowanej, wyszczerzonej twarzy popłynęły do niej
szczegóły biografii, szepcząc jak duch. Dane pracy, życiorys, informacje
o rodzinie. Ten mężczyzna miał gdzieś córkę. Ciało na policzkach zdarto
do kości, której wciąż trzymały się pojedyncze kawałki tkanki. Szczękę
obdarto. Oczy...
Przełknęła. Wciąż trochę mdłości. Dołączył do niej Norton, kładąc rękę
na jej ramieniu.
- Dobrze się czujesz, Sev?
- Tak, nic mi nie jest. - Zebrała fakty. Horkan's Pride nie rozmawiał z nimi przez prawie siedem i pół miesiąca swojej długiej drogi powrotnej
na Ziemię. - Kapitanie, to... wygląda na świeże.
Tsai wzruszył ramionami.
- Powiedzieli mi, że to zasługa środków bakteriobójczych w systemie
powietrznym statku. Ale tak, przypuszczamy, że Alberto tutaj był
prawdopodobnie jednym z ostatnich.
- Ostatnich?
Sevgi zerknęła na Nortona, gdy to mówił, i z satysfakcją zauważyła, że
wyglądał tak niepewnie, jak ona się czuła. Dotarł do niej kwaśny odór,
świadczący, że w zamkniętej przestrzeni ktoś inny zwymiotował.
Świadomość, że inni przed nią to widzieli i zareagowali tak jak ona,
była dziwnie uspokajająca. Dzięki temu łatwiej było jej się opanować.
- Co się stało z kończynami? - zdołała zapytać prawie swobodnie.
- Usunięto je chirurgicznie. - Tsai wskazał w głąb korytarza. - Wciąż
pobierają zapisy automatycznego chirurga, więc nie jesteśmy jeszcze
pewni, jak to zrobiono, ale to oczywiste wyjaśnienie.
- W takim razie jak trafił tutaj?
Kapitan kiwnął głową.
- Tak, to trochę trudniejsze. Może uderzenie trochę porozrzucało ciała.
Większość kapsuł kriogenicznych ma otwarte pokrywy, ze środkami
odżywczymi rozlanymi po podłodze i ścianach. Wygląda na to, że
ktokolwiek to zrobił, nie był aż tak skrupulatny w sprzątaniu,
przynajmniej pod koniec.
- Kiedy statek spadał, powinny były zadziałać grodzie na korytarzach -
zauważył Norton. - Te statki w sytuacjach zagrożenia są dzielone na
przedziały. Nie ma mowy, żeby coś mogło przelecieć w taki sposób z jednego końca kadłuba na drugi. Wykluczone.
- Cóż, to tylko teoria. - Tsai znów machnął ręką w głąb korytarza. - Ale
sami widzicie. Nie ma tu za wiele przedziałów. Chcecie obejrzeć sekcję
kriogeniczną?
Sevgi spojrzała w głąb korytarza, gdzie zamontowane przez policję
oświetlenie rozjarzało okolice sypialni. Dostrzegła poruszające się w głębi postacie, usłyszała jakieś głosy. Krótki śmiech. Dźwięk niemal z fizyczną siłą pchnął ją w przeszłość, do czasów miejsc zbrodni z wydziału zabójstw. Czarny humor pomagał zacieśniać więzy, łącząc ich z siłą niedostępną dla nikogo, kto nie pracował w tych sprawach,
dokładając się do oderwania przychodzącego z doświadczeniem.
Strasznie dziwne miewasz nostalgie, dziewczyno. Trochę ją to
zaniepokoiło, gdyż uświadomiło siłę, z jaką, pomimo buntu żołądka,
zapragnęła nagle wrócić do tego świata i jego mrocznych procedur.
- Pozostałe ciała - odezwała się, gdy syn rozjaśnił jej w głowie. -
Wszystkie zostały okaleczone tak jak to, prawda?
Twarz Tsai zmieniła się w maskę.
- Albo gorzej.
- Znaleźliście kończyny?
- Nie jako takie.
Sevgi kiwnęła głową.
- Tylko kości, prawda?
Och, Ethan, powinieneś być tu i to zobaczyć. Tym razem naprawdę się to
stało, tak jak zawsze opowiadałeś, że kiedyś będzie.
- Zgadza się. - Tsai patrzył na nią jak nauczyciel na bystrego ucznia.
- Ty chyba żartujesz - cicho odezwał się Norton.
Sevgi obróciła się w jego stronę. To było odruchowe odrzucenie, szok,
nie protest.
- Zgadza się.
- Ktoś pociął tych ludzi, używając autochirurga...
Kiwnęła głową, w ostrym wspomaganiu synu i szoku zrozumienia wciąż
niepewna, jak się czuje, jak powinna się czuć.
- Tak. I ich zjadł.
Rozdział 5
Przypominało to krajobraz z Dalego. Wirtual biura śledczego był
standardem dochodzeniowym, który Sevgi pamiętała ze swojej pracy w nowojorskiej policji - gdzie jak okiem sięgnąć ciągnęła się dziewicza
pustynia Arizony i było widać błękitne niebo pozbawione czegokolwiek
poza sierpem księżyca, ze znakiem wodnym w postaci logo projektanta.
Każdą sekcję śledztwa przedstawiono w postaci trzypiętrowego budynku,
które rozrzucono po okolicy w nadnaturalnie eleganckim półkolu. Budynki
pozbawiono bocznych ścian, tworząc wrażenie przekroju w modelu
architektonicznym i wyposażono je w schody umożliwiające pokonywanie
poziomów. Obok każdej struktury unosiły się etykiety, z eleganckimi
literami informującymi o anomaliach danych, laboratorium, odzyskanych
sumach kontrolnych i wcześniejszych informacjach. Spora część
przestrzeni wciąż była pusta, dane miały dopiero nadejść, ale na
odsłoniętych korytarzach głównego laboratorium leżały okaleczone ciała z Horkan's Pride, przypominając zniszczone muzealne rzeźby. Nawet w ich
przypadku wciąż brakowało pełnych danych organicznych, ale ciała dość
wcześnie przeskanowano do systemu. Teraz leżały upozowane z perfekcją
wybiegu, zabarwione i dostatecznie realne, by mogło się zrobić niedobrze
na sam ich widok. Sevgi widziała już ich zbliżenia, teraz z mroczną
fascynacją skupiła się na gładko ściętej kości w gęsto upakowanym mięsie
ramienia odciętego centymetr od niego, po czym głęboko tego pożałowała.
Syn zaczynał się zużywać, zostawiając po sobie śliskie resztki
ukrywanego dotąd kaca.
Interfejs n-dżinna laboratorium patologicznego, idealna piękność o eurazjatyckich rysach, w doskonale uszytym fartuchu, z maszynowym
spokojem relacjonował koszmar.
- Sprawca wybrał kończyny, ponieważ ich wykorzystanie wiązało się z najprostszą modyfikacją programów automatycznego chirurga z funkcji
chirurgicznych na rzeźnicze. - Elegancki gest. - Amputacja stanowi
procedurę obecną w protokołach autochirurga i nie stanowi zagrożenia dla
życia. Po każdej procedurze chirurgicznej pacjent, wciąż żywy,
przenoszony był do jednostki kriogenicznej, co zapewniało pewną i stałą
dostawę świeżego mięsa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Podziękowania
Podziękowania
To było trudne zadanie i wielu osobom jestem winien mnóstwo podziękowań.
Aby napisać Trzynastkę żebrałem, pożyczałem i kradłem praktycznie
zewsząd.
Ponieważ jest to powieść fantastyczno-naukowa, zacznijmy od nauki:
Pierwotny pomysł na wariant trzynaście został zainspirowany przez teorie
Richarda Wranghama dotyczące zaniku ludzkiej agresji, opisane przez
Matta Ridleya w jego doskonałej książce Nature via Nurture. Pozwoliłem
sobie na bardzo dużą swobodę w interpretacji tych pomysłów i wariant
trzynaście opisany w tej książce w najmniejszym stopniu nie ma
odpowiadać pomysłom panów Wranghama ani Ridleya. Oni po prostu
dostarczyli mi trampoliny - dość paskudne chlupnięcie pod nią to
wyłącznie moje dzieło.
Pomysł platform ze sztucznych chromosomów również jest pożyczony, w tym
przypadku z fascynującej i trochę strasznej książki Gregory'ego Stocka
Redesigning Humans, a błyskotliwe dzieła Stevena Pinkera Tabula rasa.
Spory o naturę ludzką i Jak działa umysł były główną inspiracją dla
większości futurystycznej genetyki, którą tu sobie wymyśliłem. I znów,
wszystko co zmieniłem i użyłem niezgodnie z zamierzeniami autorów, jest
wyłącznie moją winą.
Funkcja intuicyjna Yaroshanko, choć to mój pomysł, w dużym stopniu
zainspirowana została bardzo rzeczywistymi badaniami dotyczącymi sieci
społecznych opisanych w książce Marka Buchanana Small World. Jestem też
dłużnikiem Hannu Rajaniemi z uniwersytetu w Edynburgu za poświęcenie
czasu na próbę wyjaśnienia mi teorii gier kwantowych i jej potencjalnych
zastosowań, co dało mi podstawy dla Nowej Matematyki i jej subtelnego,
ale wszechogarniającego wpływu na społeczeństwo. Muszę również
podziękować redaktorowi Simonowi Spantonowi za cierpliwą pomoc w uporaniu się z technicznymi i logistycznymi aspektami kapsuł
zamrażających w drodze z Marsa na Ziemię.
W dziedzinie polityki mocno wpłynęły na mnie dwie bardzo wnikliwe i dość
depresyjne książki o Stanach Zjednoczonych, The Right Nation Johna
Micklethwaita i Adriana Woolridge'a, oraz What's the Matter with America
autorstwa Thomasa Franka, a także błyskotliwa i nieco mniej depresyjna
Stiffed, Susan Faludi. Choć wszystkie te książki złożyły się na
koncepcję Secesji i kwestii płciowych opisanych w Trzynastce, sama
Skonfederowana Republika (inaczej Jezusowo) została zainspirowana przez
sławny już mem mapy Jezusowa (Jesusland), zgodnie z informacją z Wikipedii stworzonej przez niejakiego G. Webba w biuletynie yakyak.org.
Dobra robota, G.! Szczególne, osobiste podziękowania należą się Alanowi
Beattsowi z Borderlands books w San Francisco za wysłuchiwanie moich
wynurzeń przy whiskey i szałarmie, oraz podzieleniu się ze mną
przemyśleniami dobrze zorientowanego Amerykanina, które nieco wygładziły
moje koncepcje.
Za uwagi dotyczące możliwej przyszłości (oraz mocno niezrozumianej
przeszłości) Islamu jestem również wdzięczny Tariqowi Aliemu za The
Clash of Fundamentalisms, Karen Armstrong za Krótką historię Islamu i bardzo odważnemu Irshadowi Manjiemu za The Trouble with Islam Today. Tu
także sporo namieszałem i to, co zaprezentowałem w Trzynastce,
niekoniecznie jest związane z tym, co stworzyli tamci autorzy.
Ostatecznie jestem winien bezdenną wdzięczność wszystkim tym, którzy tak
cierpliwie czekali i wciąż powtarzali, żebym się nie śpieszył:
Simonowi Spantonowi - znów! - i Jo Fletcher z wydawnictwa Gollancz,
Chrisowi Schluepowi i Betsy Mitchell z wydawnictwa Del Rey, mojej
agentce Carolyn Whitaker oraz wszystkim tym, którzy słali do mnie maile
w 2006 z kondolencjami, wyrazami otuchy i wsparcia. Bez Was ta książka
by nie powstała.
Lśniąca stal, lśniąca stal...
Larsen mruga i porusza się słabo na automatycznym wózku szpitalnym,
sunącym pod kolejnymi panelami świetlnymi i poprzecznymi belkami sufitu.
Z obrazem powoli pojawia się niepewne rozpoznanie: jedzie grzbietowym
korytarzem. W górze światło odbija się pod kątem od każdego metalowego
wspornika, przechodząc od błysku do pełnego blasku i gasnąc z powrotem
po minięciu go. Przypuszcza, że obudziły ją właśnie te powtarzające się
błyski. Albo kolano, które potwornie ją boli, nawet przez znajome opary
środków wybudzających. Jedna ręka spoczywa na piersi, wciskając się w cienką tkaninę trykotu kriogenicznego. Chłodny dotyk powietrza na skórze
zdradza, że nie ma na sobie nic więcej. Ogarnia ją upiorne uczucie déja
vu. Kaszle słabo, podrażniona resztkami wypompowanego z jej płuc żelu ze
zbiornika. Znów się porusza i mamrocze coś pod nosem.
...znowu...?
- Tak, znowu. Tak, ponownie dziedzictwo kormorana.
To dziwne. Nie spodziewała się obcego głosu, zwłaszcza mówiącego
zagadkami. Wybudzanie było zazwyczaj całkowicie mechanicznym procesem, z komputerem zaprogramowanym na obudzenie ich przed przylotem, i o ile coś
się nie zepsuło...
Czyli jesteś teraz superekspertką od kapsuł kriogenicznych, co?
Nie jest. Całe jej wcześniejsze doświadczenie sprowadza się do trzech
wybudzeń testowych i jednego prawdziwego, na końcu podróży w tamtą
stronę. Przypuszcza też, że stąd właśnie uczucie déja vu. Mimo
wszystko...
...więcej niż trzy... ...to nie jest więcej, to nie...
Gwałtowność odpowiedzi szarpie zadrą, która wcale się jej nie podoba.
Gdyby usłyszała ją w głosie kogoś innego, na przykład badanego pacjenta,
pomyślałaby o środkach uspokajających, może nawet wezwaniu ochrony. We
własnych myślach było to nieoczekiwane i mrożące krew w żyłach, jak
nagłe uświadomienie sobie, że w domu jest ktoś jeszcze, nieproszony
gość. Jak pojawiająca się znikąd myśl, że może nie jest się do końca
przy zdrowych zmysłach.
To prochy, Ellie. Daj spokój, przeczekaj to.
Lśniąca sta...
Wózek podskakuje lekko, skręcając w prawo. Z jakiegoś powodu wzbudza to
w niej gwałtowne przyśpieszenie pulsu, reakcję, w której, w obecnym
stanie, otumaniona prochami, prawie niedbale rozpoznaje panikę. Niczym
strużka wody przebiega przez nią dreszcz przeczucia nadchodzącej
zagłady. Rozbiją się, uderzą w coś lub coś walnie w nich, coś potężnego,
starożytnego i poza ludzkim zrozumieniem, wirującego odwiecznie w nieskończonej nocy na zewnątrz statku. Podróże kosmiczne nie są
bezpieczne, była szalona, myśląc inaczej, zgadzając się na kontrakt i sądząc, że ujdzie jej to płazem, tam i z powrotem do domu w jednym
kawałku, jakby nie różniło się to niczym od lotu suborbitalnego nad
Pacyfikiem, po prostu nie dało się...
Daj spokój, Ellie. To przez prochy.
Wtedy zdaje sobie sprawę, gdzie jest. W polu jej widzenia pojawiają się
złożone, pajęcze ramiona automatycznego chirurga, a wózek wjeżdża na
stanowisko diagnostyczne. Ogarnia ją fala ulgi. Coś jest nie tak, ale
znalazła się we właściwym miejscu. Horkan's Pride wyposażono w najlepsze
automatyczne systemy medyczne, jakie potrafi zbudować INKOL, przeczytała
to w Wiadomościach Kolonii, a kilka tygodni przed wylotem cała SI statku
przeszła gruntowną aktualizację. Zresztą są pewne granice tego, co może
się stać z zamrożonym ciałem, prawda, Ellie? Funkcje organiczne
spowolnione do niemożliwości, podobnie jak wszelkie paskudztwa, które
mogłaby w sobie chować.
Ale nie chce jej opuścić panika, poczucie nieuchronności strasznego
losu. Czuje się otępiała i uparta, jak pies niepotrafiący przestać
przejmować się znieczuloną nogą.
Obraca głowę w bok i go dostrzega.
Niczym prąd uderza w nią kolejna fala rozpoznania, tym razem ostrzejsza.
Kiedyś, będąc w Europie, odwiedziła Museo della Sindone w Turynie i obejrzała trzymaną tam tkaninę z obrazem torturowanego człowieka. Stała
w mroku po drugiej stronie kuloodpornej szyby, otoczona nabożnymi
szeptami wiernych. Choć sama nigdy nie była wierząca, Larsen dziwnie
poruszyły ostre i puste linie twarzy w hermetycznej komorze próżniowej.
Była świadectwem ludzkiego cierpienia, które całkowicie porzuciło swoje
boskie pretensje, przez co poświęcone mu modlitwy stawały się zupełnie
niedorzeczne. Gdy patrzyła na tę twarz, uderzyła ją uparta chęć
przetrwania organicznego życia, dziedzictwo wbudowanego, ukrytego oporu,
będącego darem długiego marszu ewolucji.
To mógł być ten sam człowiek. Tu i teraz.
Opiera się o wysoką szafkę w rogu i patrzy na nią, z żylastymi ramionami
złożonymi na wychudłej klatce piersiowej, a jego żebra widać nawet przez
koszulkę. Długie proste włosy wiszą po obu stronach wąskiej twarzy o rysach zaostrzonych jeszcze przez ból i pragnienie. Usta zaciska w wąską
kreskę zarysowaną między ostrym podbródkiem i wąskim nosem. Policzki ma
zapadnięte.
Spogląda mu w oczy i jej serce opornie zrywa się do gwałtowniejszej
pracy.
- Czy to...? - Wraz ze słowami budzi się w niej teraz okropne
zrozumienie, potworne rozpoznanie, którego jej świadomość wciąż stara
się uniknąć. - Czy to moje kolano? Moja noga?
Nagle znajduje w sobie siłę, podpiera się na łokciach i zmusza do
spojrzenia.
Widok zderza się ze wspomnieniami.
Budzi się w niej wrzask, momentalnie rozdzierając otulające jej
świadomość zasłony prochów. Nie zdaje sobie sprawy, jak słabo to brzmi w zimnym pomieszczeniu sali operacyjnej, ale w jej wnętrzu krzyk niemal
rozrywa bębenki, a wiedza przychodząca wraz z nim zakrywa jej oczy
mrokiem grożącym wessaniem w pustkę. Zdaje sobie sprawę, że nie krzyczy
z powodu tego, co widzi.
Nie z powodu równo zabandażowanego kikuta kończącego prawą nogę
dwadzieścia centymetrów poniżej biodra. To nie to.
Nie przez zrozumienie, że ból w kolanie to złudny ból w kończynie,
której już nie ma. To nie to.
Wrzeszczy z powodu wspomnienia.
Wspomnienia jazdy wózkiem przez cichy korytarz, lekkiego podskoku i skrętu do sali operacyjnej, a potem otępienia lekami, narastającego jęku
piły tarczowej, paskudnego dźwięku cięcia i cichego trzasku podążającego
za ostrzem kauteryzującego lasera. Wspomnienia poprzedniego razu i obrzydliwego, wykręcającego wnętrzności zrozumienia, że wszystko to się
powtórzy.
- Nie - szepcze. - Proszę.
Ciepła, długopalca dłoń dotyka jej czoła. Pochyla się nad nią oblicze z całunu turyńskiego.
- Ciiii... kormoran wie, czemu...
Za jego twarzą dostrzega ruch. Dzięki wspomnieniom wie, czym jest.
Ciche, mechaniczne ruchy pajęczych nóg budzącego się do życia
autochirurga.
Lśniąca stal...
Rozdział 1
Graya znalazł w końcu w marsjańskim obozie przygotowawczym w Peru, tuż za granicą Boliwii, ukrywającego się za tanią chirurgią plastyczną i nazwiskiem Rodriguez. Samo w sobie nie było to złym sposobem na zniknięcie i prawdopodobnie wystarczyłoby dla standardowych kontroli. Weryfikacje tożsamości w obozach przygotowawczych nie były zbyt gruntowne, bo tak naprawdę nikogo nie obchodziło, kim był człowiek, zanim się zgłosił. Mimo wszystko zostawił po sobie kilka dość ewidentnych śladów, których można było poszukać, jeśli wiedziało się jak, a Carl z sięgającym już desperacji metodycznym uporem szukał go od wielu tygodni. Wiedział, że Gray jest gdzieś na Altiplano, ponieważ tam prowadził jego ślad z Bogoty oraz dlatego, że wariant trzynasty nie miał właściwie innego miejsca, do którego mógłby uciekać. Wiedział, że jest tylko kwestią czasu odnalezienie śladów i zgarnięcie go. Z drugiej strony zdawał sobie też sprawę, że dzięki coraz bardziej pobieżnym programom wstępnym, celującym w zaspokojenie rosnącego zapotrzebowania, czas był po stronie uciekającego. Musiał jak najszybciej coś znaleźć, bo Gray przepadnie, a Carl nie dostanie swojej nagrody.
Kiedy więc doszło do przełomu, gdy z sieci kontaktów, którymi posługiwał
się przez wszystkie te tygodnie, dostał wreszcie drobny strzępek
informacji, trudno było nie zareagować gwałtownie. Trudno było nie
spalić swojej uciążliwie konstruowanej tożsamości, użyć blachy i linii
kredytowej Agencji i wynająć zestawu najszybszych pojazdów terenowych
dostępnych w Copacabanie. Trudno było nie przekroczyć granicy przy
prędkościach Agencji, wzbudzając kurz i plotki całą drogę do obozu, w którym Graya oczywiście już by nie było.
Carl tego nie zrobił.
Zamiast tego poprosił parę osób o spłatę długów i zdołał załatwić sobie
przelot przez granicę z wojskową jednostką łączności, jakimś starszawym
transportowcem z logo korporacji Kolonii na prawie całkiem wyblakłym od
słońca pancerzu. Żołnierze należeli do regularnej armii peruwiańskiej,
powołani z biednych rodzin nabrzeżnych prowincji, przeniesieni następnie
do ochrony korporacji. Dostawali za to odrobinę więcej niż standardowy
żołd poborowego, a wnętrze transportowca było stosunkowo wygodne jak na
wojskowe standardy, nawet z klimatyzacją. W każdym razie byli młodzi i twardzi, z rodzaju, jakiego nie widywało się już często na Zachodzie,
niewinnie dumni ze swojej ciężko zdobytej sprawności fizycznej i taniego
prestiżu khaki. Wszyscy szeroko się do niego uśmiechali, odsłaniając
zepsute zęby, a żaden nie przekroczył dwudziestki. Carl uznał, że ich
dobry humor wynika z ignorancji. Mógł się założyć, że dzieciaki nie
wiedziały, ile dowództwo bierze za ich usługi od korporacyjnych
klientów.
Zamknięty we wnętrzu szarpiącego i śmierdzącego potem pojazdu,
rozpamiętując swoje szanse przeciw Grayowi, Carl naprawdę wolałby w ogóle się nie odzywać. Nigdy nie był zbyt rozmowny. Zdecydowanie uważał,
że to zbyt przereklamowany sposób na spędzanie czasu. Z drugiej strony,
gdy korzystało się z darmowego przejazdu, obowiązywały pewne standardy
uprzejmości, zdobył się więc na trochę niezobowiązującej rozmowy na
temat przyszłotygodniowych rozgrywek Argentyny z Brazylią, dorzucając do
konwersacji tylko tyle, ile uznał za absolutnie konieczne. Jakieś
komentarze na temat Patricii Mocatty i sensu kobiety kapitana w drużynie, która wciąż w większości składała się z mężczyzn. Listy
nazwisk graczy. Porównania taktyki. Wydawało się, że wszystko szło w miarę gładko.
- Eres Marciano? - padło w końcu nieuniknione pytanie.
Pokręcił głową. Tak naprawdę był kiedyś na Marsie, ale to była długa i skomplikowana historia i nie miał ochoty jej opowiadać.
- Soy contable - odpowiedział im, ponieważ czasami tak właśnie się czuł.
- Contable de biotecnologia.
Wszyscy się wyszczerzyli. Nie był pewien, czy dlatego, że wcale nie
wyglądał jak księgowy od biotechnologii, czy po prostu mu nie uwierzyli.
W każdym razie nie naciskali. Przywykli już do mężczyzn, których twarze
nie pasowały do opowiadanych historii.
- Habla bien el espanol - pochwalił jeden z nich.
Faktycznie dobrze mówił po hiszpańsku, choć przez ostatnie dwa tygodnie
używał głównie quechua, z marsjańskim akcentem, ale wciąż bliskim swoich
peruwiańskich korzeni. Tego właśnie języka używała większość mieszkańców
Altiplano, a oni właśnie stanowili podstawę siły roboczej w obozach
przygotowawczych, podobnie jak na Marsie. Co nie zmieniało faktu, że
językiem przedstawicieli prawa wciąż był tu hiszpański. Poza
powierzchowną znajomością używanego w sieci amangielskiego faceci z Wybrzeża nie znali niczego innego. Nie był to idealny układ z punktu
widzenia korporacji, ale przy podpisywaniu kontraktów INKOL rząd w Limie
był nieugięty. Oddanie kontroli korporacjom gringo to jedno, właściwie
miało już za sobą wsparcie precedensów historycznych, ale pozwolenie
mieszkańcom Altiplano na kulturalne uwolnienie się od władzy Wybrzeża...
cóż, na to już nie można było pozwolić. Na szali leżał zbyt duży balast
historii. Oryginalni Inkowie sześćset lat temu i ich uparta,
trzydziestoletnia odmowa zachowywania się tak, jak powinien podbity lud,
krwawy odwet Tupac Amaru w 1780, maoiści Sendero Luminoso raptem sto lat
temu i jeszcze całkiem niedawne wrzenie familias andinas. Lekcja została
opanowana, słowo wypowiedziane. Nigdy więcej. Pilnowali tego mówiący po
hiszpańsku mundurowi i urzędnicy.
Transportowiec zatrzymał się z szarpnięciem i tylne drzwi ciężko otwarły
się na zewnątrz. Do środka wdarło się ostre światło wyżyn, a wraz z nim
dźwięki i zapachy obozu. Usłyszał znajome, nie hiszpańskie tonacje
quechua wykrzykiwane ponad odgłosami pracującej maszynerii. Stłumił je
głos importowanego robota, rycząc w amangielskim "pojazd cofa, pojazd
cofa!". Skądś dobiegała muzyka, wokal huayno zremiksowany do jakiegoś
tanecznego rytmu. Przez wonie oleju silnikowego i plastików przebijał
się wszechobecny, ciężki zapach antecuchos pieczonych nad ogniem z drewna. Carl miał wrażenie, że słyszy też wirniki startującego gdzieś w oddali śmigłowca.
Żołnierze wybiegli ze środka, ciągnąc za sobą plecaki i broń. Carl
pozwolił im ruszyć przodem, wyszedł jako ostatni i rozejrzał się wokół,
używając ich rozkrzyczanego tłumku jako osłony. Transportowiec zatrzymał
się na wiecznobetonowym pasie naprzeciw kilku zakurzonych autobusów
kursujących do Cuzco i Arequipy. Za nimi wznosiła się dźwigarowa
konstrukcja budynku terminalu, a jeszcze dalej na wzgórzu rozciągał się
obóz Garrod Horkan 9, zbudowany z parterowych domków na sterylnym planie
kratownicy. Co kilka ulic nad skrzyżowaniami powiewały białawe flagi
korporacji z przeplecionymi literami G i H w pierścieniu gwiazd. Przez
pozbawione szyb okna terminalu Carl zauważył ludzi w kombinezonach
ozdobionych tym samym logo na piersiach i plecach.
Cholerne korporacyjne miasta.
Złożył swój plecak w schowku na dworcu, zapytał sprzątacza w kombinezonie o kierunek i wyszedł z powrotem na słońce wznoszącej się
ulicy. Po przeciwnej stronie błyszczało boleśnie jasne i błękitne
jezioro Titicaca. Zsunął na oczy inteligentne szkła Cebe, na głowę
wcisnął wymiętego peruwiańskiego stetsona ze skóry i ruszył w górę
pochyłości, podążając za muzyką. Ubranie było bardziej sposobem na
wtopienie się w tłum niż koniecznością - skórę miał ciemną i dostatecznie stwardniałą, by nie martwić się o słońce, ale szkła i kapelusz umożliwiały ukrycie twarzy. Czarni nie byli tacy znów
powszechni w obozach na Altiplano i, choć było to mało prawdopodobne,
Gray mógł polecić komuś obserwować terminal. Im mniej się wyróżniał, tym
lepiej.
Po pokonaniu kilku przecznic w górę ulicy Carl znalazł to, czego szukał.
Budynek z prefabrykatów dwukrotnie większy od pozostałych, emanujący z zasłoniętych okien i podwójnych drzwi pulsującym rytmem remiksu huayno.
Ściany oblepiono plakatami lokalnych kapel, a otwarte do środka drzwi
obstawiały dwa panele przedstawiające karaibskie życie nocne według
wyobrażeń jakiejś agencji reklamowej z Limy. Biały piasek i palmy,
imprezowe światła. Dziewczyny criolla w bikini dwuznacznie trzymające
butelki z piwem i ruszające biodrami w rytm niesłyszalnej muzyki w towarzystwie facetów o europejskim wyglądzie. Oprócz orkiestry -
idealnie umięśnionej i brykającej radośnie w tle, z daleka od kobiet -
nikt nie miał skóry ciemniejszej niż szklaneczka szkockiej z wodą.
Carl pokręcił z rozbawieniem głową i wszedł do środka.
W środku muzyka była głośniejsza, ale wciąż znośna. Dach wznosił się
skosem na wysokości pierwszego piętra, a pod nim znajdowała się otwarta
przestrzeń, zatem dźwięki uciekały tamtędy. Przy stoliku w rogu grało w karty trzech mężczyzn i kobieta. Gra wymagała licytacji i wyraźnie nie
mieli problemów ze zrozumieniem tego, co mówią partnerzy. Przy innych
stołach toczyły się rozmowy. Przez drzwi i okiennice wpadało światło
słońca, tworząc na podłodze lśniące krechy, ale nie sięgało daleko i jeśli popatrzyło się wprost na nie, a potem w głąb, przez porównanie
reszta sali wydawała się pogrążona w półmroku.
W przeciwnym rogu pomieszczenia zakrzywiony bar z nitowanych kawałów
blachy mieścił pół tuzina pijących. Stał dostatecznie daleko od okien,
by pipy beczek z piwem na ścianie z tyłu lśniły łagodnie w półmroku. W tejże ścianie znajdowały się drzwi otwarte na równie słabo oświetloną
kuchnię, najwyraźniej pustą i nieużywaną. Jedyna widoczna obsługa miała
postać przysadzistej kelnerki indigena, snującej się między stołami i zbierającej na tacę butelki i szklanki. Carl przyglądał się jej przez
chwilę z uwagą, po czym ruszył za nią, gdy skierowała się do baru.
Dogonił ją w chwili, gdy odstawiła tacę na blat.
- Butelkę red stripe'a - odezwał się w quechua. - Bez szklanki.
Zanurkowała pod unoszonym na zawiasach fragmentem blatu i bez słowa
otwarła stojącą na podłodze lodówkę. Wyjęła z niej butelkę i wyprostowała się, trzymając ją prawie jak criollas z paneli na zewnątrz.
Potem sprawnie zdjęła kapsel nieco podrdzewiałym otwieraczem wiszącym u jej pasa i postawiła ją na barze.
- Pięć soli.
Jedyna gotówka, jaką miał przy sobie, pochodziła z Boliwii. Wyciągnął
wafel INKOL i wysunął go, trzymając dwoma palcami.
- Może być?
Posłała mu spojrzenie pełne cierpienia i poszła po terminal. Sprawdził
godzinę wyświetlaną w lewym górnym rogu szkieł Cebe, po czym je zdjął.
Co prawda przestawiły się już na słabe oświetlenie, ale do tego, co
planował, wolał mieć wyraźny kontakt wzrokowy. Położył kapelusz na barze
i oparł się obok niego, zwrócony twarzą w stronę sali, starając się
przybrać wygląd kogoś, kto niczego nie chce i świetnie tu pasuje.
W teorii powinien po przybyciu zgłosić się do zarządcy osiedla z ramienia GH. Taka obowiązywała zapisana w Karcie procedura, jednak
bolesne doświadczenia z przeszłości, częściowo opłacone własną krwią,
nauczyły go, by darować sobie ten etap. Wszędzie tu panowało pełne
spektrum niechęci do tego, czym był Carl Marsalis, mającej swe źródła na
każdym poziomie ludzkiej egzystencji. Od strony wysublimowanego poznania
politycy potępiali jego egzystencję jako niemoralną. Na poziomie
bardziej emocjonalnym dotykała go ogólnoludzka odraza wiążąca się z etykietką "zdrajca". Jeszcze głębiej, na fali suchej terminologii
raportu Jacobsena, ale zahaczając o hormonalne podstawy instynktów, krył
się przyprawiający o zawrót głowy strach, że pomimo wszystko wciąż był
jednym z nich.
Ale najgorszy z tego wszystkiego był fakt, że w oczach korporacji
Kolonii Carl był chodzącą złą prasą. Oraz gwarantowaną dziurą w budżecie. Do czasu, gdy ktoś taki jak Gray był gotów do wysłania, Garrod
Horkan mógł wpakować w niego już kilkadziesiąt tysięcy dolarów w formie
różnego rodzaju szkoleń i siatki biotechu. Nie był to rodzaj inwestycji,
który chciało się zobaczyć wykrwawiający się w pyle Altiplano pod
nagłówkami o niedostatecznych zabezpieczeniach w obozie INKOL.
Cztery lata temu zgłosił się do zarządcy obozu na południe od La Paz, a jego cel tajemniczo wyparował, gdy Carl wciąż wypełniał formularze w budynku administracji. Kiedy wszedł do jego domku, w kuchni na stole
wciąż dymił talerz zupy. Tylne drzwi były otwarte, podobnie jak pusta
skrzynia w nogach łóżka w pokoju obok. Tamten człowiek już nigdy więcej
się nie pojawił i Carl musiał przyznać sobie i Agencji, że
najprawdopodobniej przebywa już na Marsie. Nikt w INKOL nie
potwierdziłby tej informacji, więc nie zawracał sobie głowy pytaniem.
Sześć miesięcy później Carl zgłosił się późnym wieczorem do innego
zarządcy obozu, odmówił wypełniania formularzy i chwilę po wyjściu z budynku administracyjnego został zaatakowany przez pięciu mężczyzn z kijami bejsbolowymi. Na szczęście nie byli zawodowcami i w ciemnej
alejce wchodzili sobie nawzajem w drogę. Ale do chwili, gdy udało mu się
wyrwać jeden z kijów bejsbolowych i przegonić napastników, cały obóz był
już na nogach. Ulicę rozświetlały latarki i szybko przekazywano sobie
wiadomość: przy budynku administracji pojawił się nowy czarnoskóry i sprawia kłopoty. Carl nie zawracał sobie głowy przebijaniem się przez
ulice pełne wrogich spojrzeń, by sprawdzić obozowy adres swojego celu.
Wiedział, co zastanie.
Zostały jeszcze skutki walki, równie przewidywalne. Pomimo licznych
przechodniów, a nawet jednego czy dwóch bezczelnych gapiów, nagle
okazało się, że nie ma żadnych świadków. Mężczyzna, którego Carl obił
dostatecznie mocno, by nie mógł uciec, nie puścił pary z gęby na temat
powodu ataku. Zarządca nie pozwoliła Carlowi na przesłuchanie go w cztery oczy i nawet nadzorowane przesłuchanie ograniczyła, tłumacząc się
względami medycznymi. "Więzień ma pewne prawa", oświadczyła powoli,
jakby Carl był ograniczony umysłowo. "Dość go już pan skrzywdził".
Carl, wciąż krwawiący z rozbitego policzka i ze złamanym przynajmniej
jednym palcem, tylko na nią popatrzył.
Obecnie informował zarząd obozu, gdy było już po wszystkim.
- Szukam starego kumpla - powiedział kelnerce, gdy wróciła z urządzeniem. Dał jej wafel INKOL i odczekał, aż go przesunęła. - Nazywa
się Rodriguez. To bardzo ważne, żebym go znalazł.
Jej palce zawisły nad klawiaturą. Wzruszyła ramionami.
- Rodriguez to częste nazwisko.
Carl wyciągnął jeden z wydruków plików ściągniętych z kliniki w Bogocie
i pchnął go w jej stronę po barze. Wygenerowany komputerowo obraz miał
zaprezentować klientowi, jak będzie wyglądał, gdy zejdzie już
opuchlizna. W czasie rzeczywistym, tak szybko po tak taniej operacji,
nowa twarz Graya pasowałaby pewnie do ofiary linczu z Jezusowa, ale
mężczyzna uśmiechający się na klinicznym obrazie wyglądał zdrowo i zdumiewająco przeciętnie. Szerokie kości policzkowe i usta, standardowe
rysy amerindiańskie. Carl, który miał prawie paranoję w tych sprawach,
kazał Matthew wrócić tej nocy do strumieni danych kliniki, by się
upewnić, że nie próbowali oszukać go jakimś standardowym obrazkiem.
Matthew narzekał, ale zrobił to prawdopodobnie, żeby dowieść, że
potrafi. Nie było wątpliwości. Gray właśnie tak teraz wyglądał.
Kelnerka przez chwilę bez zainteresowania przyglądała się wydrukowi, po
czym wystukała dla wafla kwotę zdecydowanie wyższą od pięciu soli.
Kiwnęła głową w stronę siedzącego przy drugim końcu baru masywnego,
jasnowłosego faceta, patrzącego w szklaneczkę takim wzrokiem, jakby była
jego osobistym wrogiem.
- Jego zapytaj.
Ręka Carla wystrzeliła z prędkością siatki. Tego ranka się podładował.
Wygiął jej palec wskazujący, zanim uderzyła w klawisz zatwierdzenia
transakcji, i wykręcił go lekko, tylko tyle, by zablokować stawy kostek.
Poczuł, jak jej kości zaczepiają o siebie.
- Ciebie pytam - powiedział spokojnie.
- A ja odpowiadam. - Jeśli się bała, nie okazała tego. - Znam tę twarz.
Przychodzi tu i pije z Rubio dwa albo trzy razy w tygodniu. To wszystko,
co wiem. Puścisz mój palec czy mam ściągnąć na ciebie uwagę? Może wezwać
ochronę obozu?
- Nie. Ale musisz mnie przedstawić temu Rubio.
- Cóż. - Posłała mu miażdżące spojrzenie. - Wystarczyło poprosić.
Puścił ją i odczekał, aż zakończy transakcję. Oddała mu wafel, kiwnęła
głową i ruszyła nieśpiesznie wzdłuż baru, aż stanęła naprzeciw blondyna
i jego szklaneczki. Mężczyzna zerknął na nią, potem na podchodzącego
Carla i z powrotem na nią. Odezwał się po angielsku.
- Cześć, Gaby.
- Cześć, Rubio. Widzisz tego gościa? - Ona też przeszła na angielski, z mocnym akcentem, ale płynny. - Szuka Rodrigueza. Mówi, że jest jego
kumplem.
- Serio? - Rubio przesunął się trochę i spojrzał na Carla. - Jesteś
kumplem Rodrigueza?
- Tak, by...
Wtedy pojawił się nóż.
Później, gdy miał czas, Carl rozpracował sztuczkę. Broń wyposażono w samolep na rękojeści i blondyn przypuszczalnie przykleił ją do baru w zasięgu ręki gdy tylko zobaczył, że kelnerka rozmawia z obcym.
Beztroskie podejście Carla - przyjaciel Rodrigueza, jasne - przesądziło
sprawę. Oboje byli przyjaciółmi Graya. Wiedzieli, że nie ma innych.
Tak więc Rubio oderwał nóż i tym samym płynnym ruchem dźgnął Carla.
Ostrze mignęło niewyraźnie w słabym świetle, opuszczając głębszy cień
baru, rozcięło bluzę i gwałtownie wyhamowało na weblarze pod spodem.
Kolczuga z modyfikowanej genetycznie pajęczej nici, droga rzecz. Jednak
pchnięcie napędzane było zbyt dużą dawką nienawiści i furii, by łatwo
dało się zatrzymać, zresztą pewnie pomogło monomolekularne ostrze. Carl
poczuł, jak czubek przebija się i wchodzi w jego ciało.
Ponieważ tak naprawdę liczył się z czymś takim, był już w ruchu, a weblar pozwolił mu na luksus rezygnacji z uników. Uderzył Rubio ciosem
tanindo - podstawą dłoni, dwa krótkie ciosy, łamiąc nos i miażdżąc skroń
mężczyzny, posyłając go gwałtownie na podłogę baru. Nóż wyszedł z rany -
paskudna, bolesna intymność metalu w ciele - a on stęknął, uwalniając
się od niego. Rubio drgnął i przetoczył się na podłodze, prawdopodobnie
w agonii. Carl dla pewności kopnął go w głowę.
Wszystko znieruchomiało.
Ludzie gapili się na niego.
Pod osłoną weblaru poczuł krew, spływającą w dół brzucha z rany po nożu.
Za jego plecami Gaby wybiegła przez drzwi do kuchni. Tego również w zasadzie się spodziewał: według jego źródła była blisko z Grayem.
Niezgrabnie przeskoczył bar - dziki błysk bólu z nowej rany - i ruszył
za nią.
Przez kuchnię - ciasne, usmolone pomieszczenie, z włączonymi palnikami
gazowymi i drzwiami wciąż odbijającymi się po przejściu Gaby. Biegnąc,
Carl zahaczył o parę rondli, zostawiając za sobą brzęk metalu. Wypadł
przez drzwi w alejkę na tyłach budynku. W oczy uderzył go nagły blask
słońca. Po prawej dostrzegł kelnerkę biegnącą sprintem w górę wzgórza.
Miała około trzydziestu metrów przewagi.
W sam raz.
Pobiegł za nią.
Wraz z walką w pełni uaktywniła się siatka. Wypełniła go teraz, ciepła
jak słońce, a ból w boku ograniczył się do wspomnienia i luźnej
świadomości, że krwawi. Jego wzrok wyostrzył się na uciekającej
kobiecie, rozmazując w jasną plamę skraje pola widzenia. Kiedy skręciła
w lewo i zniknęła, zmniejszył dzielącą ich przestrzeń o jakąś jedną
trzecią. Dotarł do skrzyżowania i wyjrzał w mroczną alejkę, tym razem
ledwie szerokości jego ramion. Niepomalowane ściany prefabrykowanych
budynków z małymi, wysoko umieszczonymi okienkami, o ściany oparte
sterty plastikowych płyt budowlanych i ram konstrukcyjnych, na ziemi
mnóstwo pustych puszek. Stopą zaczepił o kawałek folii jednej z ram. W głębi Gaby skręcała właśnie w prawo. Nie sądził, żeby się oglądała.
Dobiegł do następnego rogu i zatrzymał się, walcząc z chęcią wystawienia
głowy. Tym razem Gaby wybiegła na główną ulicę, wyłożoną wiecznobetonem
i luźno zapełnioną ludźmi. Przykucnął, wyciągnął okulary Cebe i wyjrzał
za róg na wysokości kolan. Ponieważ tym razem nie musiał mrużyć oczu
przed ostrym słońcem, niemal natychmiast wypatrzył uciekającą
dziewczynę. Oglądała się przez ramię, ale zdecydowanie go nie zobaczyła.
Nie gnała już panicznie, tylko ciężko dyszała, a po chwili ruszyła dalej
ulicą, biegnąc. Carl przyglądał się jej przez kilka sekund, pozwalając
jej zwiększyć odległość do dobrych pięćdziesięciu metrów, po czym
wyszedł na ulicę i ruszył jej śladem. Uginał kolana, by jego głowa nie
wystawała nad głowami przechodniów. Zebrał parę zdziwionych spojrzeń,
ale nikt się do niego nie odezwał i co ważniejsze, nikt nie skomentował
tego na głos.
Z jasnością zapewnianą przez siatkę zdał sobie sprawę, że ma około
dziesięciu minut. Tyle potrwa, zanim wiadomość o walce w barze dotrze do
władz, a te wyślą w powietrze nad ulicami Garrod Horkan 9 śmigłowiec
patrolujący. Jeśli do tego czasu nie znajdzie Graya - gra skończona.
Trzy przecznice dalej Gaby nieoczekiwanie przeszła na drugą stronę ulicy
i weszła do parterowego domku z prefabrykatów. Carl zauważył, jak
wyciąga z kieszeni jeansów szary prostokąt karty kodowej i przesuwa go
przez zamek. Drzwi otwarły się, a ona zniknęła w środku. Zbyt daleko, by
odczytać numer na tabliczce, ale z przodu domku zawieszono koszyki z kwitnącymi na żółto kaktusami. Carl dotarł do bliższego końca budynku,
wślizgnął się w alejkę między nim a sąsiednim i przeszedł na tyły. Okno
łazienki było otwarte, więc ostrożnie podciągnął się do parapetu.
Niewyraźny ból rany po nożu, mięśnie ocierające się o siebie w nietypowy
sposób. Ledwie uniknął wdepnięcia w klozet, uskoczył w bok i krzywiąc
się, przykucnął przy drzwiach.
Przez ściany grubości palca przenikały głosy, nieco basowe od rezonansu,
ale wyraźne. W tych czasach zewnętrzne wyciszenie prefabrykowanych
domków było dość przyzwoite, ale za to samo we wnętrzu trzeba było już
zapłacić ekstra. Nie było to coś, co GH sfinansowałoby w bazie - trzeba
było zakupić opcję, a właściciel domku, Gaby czy Gray, wyraźnie tego nie
zrobił. Carl znów usłyszał mocno akcentowaną angielszczyznę kobiety, a potem inny głos, znany mu z nagrań.
- Ty cholerna głupia suko, czemu tu przyszłaś?
- Ja... ty... - Nie tego się spodziewała. - Żeby cię ostrzec.
- Jasne, a on przyjdzie tu zaraz za tobą!
Plaśnięcie, otwartą dłoń w jej twarz. Carl usłyszał przez ścianę, jak
gwałtownie wciągnęła powietrze, nic więcej. Była twarda, przywykła do
tego, albo jedno i drugie. Nacisnął klamkę, uchylił drzwi i zajrzał.
Przez wąską szparę dostrzegł masywną postać. Uniesiona w górę,
gestykulująca ręka, jednak mignęła zbyt szybko, by stwierdzić, czy
trzyma w niej broń. Carl sięgnął pod kurtkę po pistolet haag. W pokoju
obok na podłodze wylądowało coś ciężkiego.
- On pewnie właśnie cię śledzi, puścił cię, żeby mógł to zrobić. Ty
durna cipo, ty...
Teraz.
Carl pchnął drzwi i stanął na wprost dwojga ludzi, znieruchomiałych po
drugiej stronie maleńkiego salonu wyłożonego jaskrawymi dywanami. Gray
był na wpół obrócony, górując nad krzywiącą się Gaby, która, wycofując
się, wywróciła wysoki kwiatek doniczkowy przy drzwiach. Na jej twarzy, w miejscu uderzenia, rysował się zaczerwieniony odcisk dłoni. Wokół pokoju
ustawiono więcej kwiatków, półki zastawiono tanią ceramiką oraz ikonami
Pachamama i jakiegoś hiszpańskiego świętego, a na ścianie zawieszono
tekst hiszpańskiej modlitwy. Byli w domu Gaby.
Nadał głosowi twarde i spokojne brzmienie.
- To koniec, Frank. Gra skończona.
Gray odwrócił się powoli, z rozmysłem, i, cholera, tak, miał broń,
potężną armatę, która wyglądała jak przyspawana do jego dłoni. Drobna
część umysłu Carla, odporna na siatkę i betamielinę wypełniającą resztę
systemu, zidentyfikowała ją jako zabójczą broń, bezłuskowego smitha 61.
Miała ponad czterdzieści lat, ale mówili, że można ją wyrzucić na
orbicie, podjąć po pełnym okrążeniu, a ona wciąż by zabijała, jakby
wyszła prosto z fabryki. Pierwszy raz od dawna ucieszył się z chłodnej
masy haaga we własnej dłoni.
Nie pomogło to, gdy Gray uśmiechnął się do niego.
- Cześć, oenzetowiec.
Carl kiwnął głową.
- Odłóż broń, Frank. To koniec.
Gray zmarszczył brwi, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał.
- Kto cię przysłał? Jezusowo?
- Bruksela. Odłóż broń.
Tamten nawet nie drgnął. Mógłby być zatrzymanym hologramem. Nawet
zmarszczka na czole nie zmieniła położenia. Może trochę się pogłębiła,
jakby Gray próbował zrozumieć, jak do tego doszło.
- Znam cię, prawda? - odezwał się nagle. - Marceau, tak? Facet z loterii?
Niech mówi.
- Blisko. Marsalis. Podoba mi się twoja nowa twarz.
- Serio? - Smith wciąż zwisał luźno w jego opuszczonej przy boku ręce.
Carl zastanawiał się, czy Gray został już osiatkowany. Jeśli tak,
decydowałoby to o jego szybkości, ale gorzej, że miałoby istotny wpływ
na nastawienie Graya. - Wiesz, próbuję się dopasować. Deru kui wa
utareru.
- Nie sądzę.
- Nie? - Powolny, groźny uśmieszek, którego Carl miał nadzieję nie
zobaczyć.
- Nigdy nie miałeś zamiaru dać się wtłoczyć, Frank. Żaden z nas nie
chce, na tym polega nasz problem. I masz paskudny akcent w japońskim.
Chcesz mojej rady? Lepiej wypowiadaj swoje mądrości ludowe po angielsku.
- Nie chcę. - Uśmiech przerodził się w szerokie wyszczerzenie zębów.
Poddawał się prochom. - To znaczy... nie chcę twojej rady.
- Czemu nie odłożysz broni, Frank?
- Chcesz cholernej listy?
- Frank. - Carl stał w absolutnym bezruchu. - Spójrz na moją dłoń. Ta
broń to haag. Nawet jeśli mnie dostaniesz, nie muszę zrobić nic więcej
niż cię drasnąć. I po wszystkim. Może spróbujesz coś uratować?
- Tak jak ty? - Gray potrząsnął głową. - Nie będę niczyim psem,
oenzetowcu.
- Och, dorośnij, Frank. - Zaskoczył go nagły gniew we własnym głosie. -
Wszyscy jesteśmy czyimiś psami. Chcesz zginąć, proszę bardzo, zmuś mnie
do tego. Zapłacą mi tyle samo.
Gray widocznie się sprężył.
- Tak, założę się, że owszem.
Carl opanował własne uczucia. Wolną ręką wykonał powolny, uspokajający
ruch.
- Słuchaj...
- Niczego nie będę słuchać. - Bezlitosny uśmiech. - Znam swoje szanse.
Trzech eurogliniarzy, paru stanowych żołnierzy Jezusowa. Myślisz, że nie
wiem, co to znaczy?
- Człowieku, to Bruksela. Mają tu jurysdykcję. Nie musisz ginąć. Zamkną
cię, ale...
- Właśnie, zamkną mnie. Siedziałeś kiedyś w obozie?
- Nie. Ale nie może to być wiele gorsze od Marsa, a tam właśnie się
wybierałeś.
Gray potrząsnął głową.
- Błąd. Na Marsie będę wolny.
- To wcale nie tak, Frank.
Gaby rzuciła się na niego z krzykiem.
Nie miała do przebycia dużej odległości i zanim ją zastrzelił, pokonała
już połowę z uniesionymi rękami i palcami wygiętymi jak szpony. Haag
kaszlnął głęboko, a pocisk trafił ją gdzieś w okolicy prawego obojczyka.
Uderzenie wykręciło nią i rzuciło na Graya, który unosił już swojego
Smitha. Udało mu się wystrzelić, z ogłuszającym w tak małym
pomieszczeniu hukiem, i wybił potężną dziurę w ścianie obok lewego ucha
Carla. Ogłuszony i trafiony w twarz odłamkami Carl rzucił się
niezgrabnie w bok i posłał w przeciwnika cztery pociski. Gray zatoczył
się do tyłu, jak bokser pod silnymi ciosami, uderzył w ścianę, po czym
zsunął się do pozycji siedzącej na podłodze. Pistolet wciąż zaciskał w dłoni. Patrzył przez chwilę na Carla, a ten, podchodząc ostrożnie,
strzelił mu jeszcze dwukrotnie w pierś. Potem przyglądał się uważnie, z wciąż wycelowaną bronią, aż z oczu Graya uleciało życie.
Konto biotechu: zamknięte.
Na podłodze Gaby próbowała się podnieść i poślizgnęła się na własnej
krwi. Krew z rany na jej ramieniu spływała obficie po ręce na barwny
dywan. Pociski haaga zaprojektowano tak, by zostawały w ciele - ściana
za Grayem była nietknięta - ale wchodząc, robiły straszny bałagan.
Popatrzyła na niego, gulgocząc coś ze strachem.
Potrząsnął głową.
- Pójdę po jakąś pomoc - powiedział w quechua.
Ominął ją, podszedł do frontowych drzwi i je otworzył.
Potem, w promieniach słońca, obrócił się cicho i strzelił do niej
jeszcze raz, w tył głowy.
Rozdział 2
Oczywiście aresztowali go.
Przyciągnięty odgłosami strzelaniny przybiegł oddział opancerzonych
ochroniarzy obozu, kryjąc się za rogami budynków i stojącymi pojazdami
niczym grupa żuków wielkości człowieka. Słońce lśniło na ich matowych
niebieskich pancerzach i hełmach, błyskało na krótkich lufach karabinków
szturmowych. Byli też cisi jak żuki - najprawdopodobniej ich wyposażenie
obejmowało nie tylko broń i pancerze, ale i mikrofony indukcyjne oraz
sprzęt łączności. Wyobraził sobie, jak to wygląda z ich strony.
Przyciszone, pełne szoku głosy w słuchawkach. Obraz zza gogli.
Zastali Carla siedzącego ze skrzyżowanymi nogami we frontowych drzwiach
domku, z pustymi dłońmi wystawionymi na zewnątrz. Była to pozycja
medytacyjna tanindo, której nauczył się od Sutherlanda, ale daleko mu
było do medytacji. Mijały właśnie skutki działania siatki i zaczynał z powrotem czuć ból w zranionym boku. Kontrolował go oddechem i utrzymywał
ciało w bezruchu. Uważnie przyglądał się, jak oddział ochrony posuwa się
ulicą w jego stronę. Swojego haaga i licencję Agencji położył na ulicy
dobre cztery czy pięć metrów od miejsca, gdzie usiadł, i gdy tylko
pierwsza z opancerzonych postaci podeszła do niego z karabinem
zwieszonym na ramieniu, powoli uniósł ręce nad głowę. Chłopak w pancerzu
ochronnym oddychał gwałtownie, a młoda twarz zdradzała stres.
- Jestem agentem licencjonowania genetycznego - wyrecytował głośno po
hiszpańsku Carl. - Zatrudnionym na kontrakcie przez ONZALG. Tam na
ulicy, obok broni, leżą moje dokumenty. Jestem nieuzbrojony.
Podeszła reszta drużyny, wciąż z czujnie trzymaną bronią. Wszyscy mieli
po dwadzieścia parę lat. Nieco starszy dowódca oddziału wziął papiery,
ale jego spocona twarz wcale nie zdradzała pewności siebie. Carl
siedział nieruchomo i wciąż powtarzał swoje słowa. Musiał się do nich
przebić, nim zajrzą do domku. Musiał zyskać jakiś autorytet, choćby
pożyczony. Za nowoczesnym sprzętem do tłumienia zamieszek kryli się
poborowi, tacy sami jak ci, którzy go tu przywieźli. Większość z nich
skończyła szkołę w wieku czternastu lat, część pewnie jeszcze wcześniej.
Sąd europejski mógł nic dla nich nie znaczyć, a ich stosunek do ONZ mógł
być w najlepszym razie ambiwalentny, jednakże licencja Agencji stanowiła
imponujący kawał plastiku i holoprojekcji. Jeśli będzie miał szczęście,
to przeważy, gdy znajdą ciała.
Dowódca grupy opuścił karabin, przykucnął obok licencji i ją podniósł.
Przechylił holozdjęcie, porównując je z twarzą Carla. Wstał i ostrożnie
szturchnął haaga czubkiem buta.
- Słyszeliśmy strzały - powiedział.
- Zgadza się. Usiłowałem aresztować dwoje podejrzanych w sprawie ONZALG,
ale mnie zaatakowali. Oboje nie żyją.
Wymiana spojrzeń między młodzieńcami w hełmach. Kapitan kiwnął na dwójkę
z oddziału, chłopaka i dziewczynę, a oni podeszli do drzwi budyneczku.
Dziewczyna wykrzyknęła ostrzeżenie do wnętrza.
- Nie ma tam nikogo żywego - zapewnił ich Carl. - Naprawdę.
Dwójka policjantów pokonała drzwi w podręcznikowy sposób, wpadając do
środka i zwiedzając pokoje, przed każdym wywrzaskując niepotrzebne
wezwania do poddania się. Reszta czekała, z bronią wciąż wycelowaną w Carla. W końcu kobieta wyszła z domu z karabinem szturmowym
przewieszonym przez ramię, podeszła do kapitana i zaczęła mówić coś
szeptem. Carl widział, jak twarz mężczyzny ciemnieje z wściekłości. Gdy
dziewczyna skończyła raport, kiwnął głową i zdjął okulary
przeciwsłoneczne. Carl westchnął i przyjął zwyczajowe spojrzenie. Ta
sama co zawsze mieszanka strachu i obrzydzenia. I młody człowiek odpinał
już od pasa niebieskie, plastikowe kajdanki. Wskazał na Carla jak na coś
brudnego.
- Wstawaj - powiedział zimno. - I dawaj cholerne ręce za plecy.
***
Zanim znów rozcięli, stracił czucie w palcach, a stawy barkowe bolały go
od prób mocniejszego ściśnięcia nadgarstków. Pętle zadzierzgnęli z dziką
siłą - nawet zaciśnięcie przy tym pięści nie zapewniło mu odrobiny luzu,
a naturalne napięcie ramion rozsuwało mu nadgarstki, więc jakkolwiek się
ustawił, plastik wżynał się w ciało. Biorąc pod uwagę ranę w boku, tylko
tego mu brakowało.
Znaleźli ranę, gdy go przeszukiwali, ale bardziej interesowało ich
opróżnienie mu kieszeni niż opatrzenie ran. Nie ściągnęli kajdanek.
Przypuszczał, że jeśli tylko nie umrze w areszcie, nie obchodziło ich, w jakim jest stanie. W centrum ochrony obozu rozcięli mu ubranie. Obojętny
medyk obmacał ranę, uznał, że jest powierzchowna, opryskał ją
antybiotykiem, skleił i przyłożył plaster. Żadnych środków
przeciwbólowych. Potem wsadzili go do plastikowej, lekko śmierdzącej
szczynami celi, a dyrektor GH przez dwie godziny udawał, że ma na głowie
ważniejsze sprawy niż dwa zabójstwa w swoim obozie.
Carl spędził ten czas, odtwarzając swoją konfrontację z Grayem i szukając sposobu na takie jej rozegranie, w którym Gaby nie musiała
ginąć. Oceniał podejścia, użyte słowa, sposób, w jaki potoczyła się
rozmowa. Kilkanaście razy dochodził do tego samego wniosku: był tylko
jeden sposób, na ocalenie życia Gaby, a mianowicie zastrzelenie Graya w chwili, gdy tylko wyszedł z łazienki.
Wiedział, że Sutherland by się wkurzył.
"Nie ma czegoś takiego, jak podróże w czasie", tłumaczył kiedyś
cierpliwie. "Żyjesz po prostu z tym, co zrobiłeś, i w przyszłości
próbujesz robić tylko to, z czym jest ci dobrze. Na tym to wszystko
polega, złamasie, to wszystko".
Niesione wspomnieniami wróciły do Carla jego własne myśli.
Nie chcę już tego więcej robić.
W końcu przyszło po niego dwóch ochroniarzy, mężczyzn bez pancerzy.
Zabrali go z celi, nie zdjąwszy kajdanek, i zaprowadzili do małego biura
na drugim końcu budynku. Dyrektor obozu siedział za biurkiem w rogu i machając nogą, przyglądał się, jak bezceremonialnie uwalniają Carla.
Wyciśnięty z tubki rozpuszczalnik kapnął mu na skórę, przypalając ją.
Miał wrażenie, że nie był to przypadek.
- Bardzo mi przykro z powodu tego wszystkiego - odezwał się po angielsku
dyrektor, bez śladu żalu. Był to dość typowy, wysoki biały facet po
czterdziestce, w swobodnym stroju dobrej firmy. Z wcześniejszego wywiadu
Carl wiedział, że nazywa się Axel Bailey, ale nie przedstawił się, tak
samo jak nie wyciągnął ręki.
- Mnie też.
- Tak, najwyraźniej niepotrzebnie pana aresztowano. Gdyby jednak zgłosił
się pan do nas, nim zaczął pan się bawić w detektywa w moim obozie,
moglibyśmy uniknąć wielu nieprzyjemności.
Carl nie odpowiedział, po prostu rozcierał dłonie i czekał, aż ból w rękach odnowi znajomość z krążeniem krwi.
Bailey odchrząknął.
- Cóż, tak, potwierdziliśmy, że Rodriguez faktycznie był osobą, o której
pan mówi. Wygląda na to, że udało mu się oszukać nasze procedury. W każdym razie pańskie biuro chce, żeby skontaktował się pan z nimi w celu
zdania wstępnego raportu dotyczącego strzelaniny, ale ponieważ nie
zamierzamy kwestionować jurysdykcji, oczywiście na tym etapie nie ma
potrzeby dalszych działań. Chciałbym jednak uzyskać pańskie zapewnienie,
że złoży pan pełny raport w INKOL, gdy tylko wróci pan do Londynu,
informując o naszej współpracy. Jeśli to wszystko, jest pan wolny.
Właściwie to nawet możemy panu pomóc w znalezieniu transportu.
Carl kiwnął głową. W palcach uaktywniły się pierwsze igły bólu.
- Rozumiem. Chce pan, żebym zniknął, zanim pojawią się tu dziennikarze.
Bailey zacisnął usta w kreskę.
- Zostanie pan przewieziony helikopterem wprost do Arequipy - oświadczył
z naciskiem - gdzie będzie pan mógł złapać połączenie do domu. Proszę
uznać to za gest dobrej woli. Na miejscu zostaną panu zwrócone licencja
i pistolet.
- Nie. - Carl pokręcił głową. Zgodnie z mandatem ONZALG teoretycznie i tak mógł zażądać wywiezienia helikopterem. Teoretycznie. - Sam odda mi
pan moją licencję i pistolet, i to teraz.
- Przepr...
- Pistolet haag jest własnością ONZALG. Nie wolno go posiadać żadnej
nieupoważnionej osobie. Proszę mi go przynieść.
Bailey przestał machać nogą. Przez chwilę patrzył Carlowi w oczy,
prawdopodobnie zobaczył w nich to, co się tam kryło, i odchrząknął.
Kiwnął głową w stronę jednego z ochroniarzy, wyraźnie odczytując jego
nazwisko z plakietki na kieszeni munduru.
- Ach, Sanchez. Idź i przynieś rzeczy pana Marsalisa.
Strażnik odwrócił się w stronę wyjścia.
- Nie. - Carl zerknął na Sancheza, który znieruchomiał z ręką na klamce.
Wiedział, że zachowuje się dziecinnie, ale nie potrafił się powstrzymać.
Spojrzał z powrotem na dyrektora. - Powiedziałem, że pan ma mi go
przynieść.
Bailey się zaczerwienił. Zerwał się z miejsca, opierając się o brzeg
biurka.
- Słuchaj no, Marsalis, nie moż...
Carl objął boleśnie zdrętwiałą pięść drugą dłonią. Skrzywił się. Głos
dyrektora ucichł.
- Idź i mi go przynieś - powtórzył cicho Carl.
Chwila zawisła i pękła. Wciąż zaczerwieniony po czubek starannie
uczesanej głowy Bailey przepchnął się obok i otworzył drzwi.
- Pilnujcie go - warknął na strażników i wyszedł. Carl zauważył wymianę
uśmieszków między mężczyznami. Przez chwilę rozcierał pięść, potem
zamienił dłonie.
- To który z was tak humanitarnie poczęstował mnie rozpuszczalnikiem?
Uśmiech zmienił się we wrogą czujność i sztywną ciszę trwającą do czasu,
aż Bailey wrócił z jego rzeczami i dokumentami do podpisania.
- Będzie pan musiał to pokwitować - rzucił chmurnie.
Ochrona obozu opakowała wszystko czterdziestocentymetrowej szerokości
taśmą izolacyjną, z każdym przedmiotem szczelnie zamkniętym próżniowo w plastiku. Carl wziął taśmę, rozwinął ją na biurku i sprawdził, czy
niczego nie brakuje. Wskazał na klucz do szafki.
- To do szafki na dworcu autobusowym - wyjaśnił. - W środku jest moja
torba.
- Może ją pan zabrać w drodze do helikoptera - odpowiedział Bailey i niecierpliwie przesunął w jego stronę dokumenty. - Moi ludzie pana
odprowadzą.
Carl wziął formularz, położył go na biurku, oderwał osłonkę aktywacyjną
z naklejki holorejestratora w rogu i nachylił się nad nim.
- Carl Marsalis, SIN s810dr576 - wyrecytował z wieloletnią wprawą
wypowiadania tych słów - kod autoryzacyjny ONZALG 31 nefryt. Niniejszym
oświadczam, że przedmioty na liście w pełni odpowiadają stanowi
posiadania zabranemu mi przez ochronę obozu GH 18 czerwca 2107 i zwróconego tego samego dnia.
Kciukiem zapieczętował dysk i odepchnął go od siebie po powierzchni
biurka. W chwili gdy recytował poświadczenie, opanowało go dziwne,
duszące uczucie, jakby to on został zapakowany próżniowo w plastik, nie
jego rzeczy.
Nie chcę już tego więcej robić.
Nie, to nie to. Spojrzał w górę i zauważył sposób, w jaki patrzyli na
niego Bailey i dwaj strażnicy.
Nie chcę więcej być tym.
***
Helikopter wywiózł go z obozu, skręcając nad lśniącym błękitem jeziora,
potem przelatując nad ciemnymi, pięknymi górami w drodze z Altiplano do
Arequipy. Tego typu maszyny wyposażono w inteligentne systemy nawigacji
działające na bazie aktualizowanego w czasie rzeczywistym satelitarnego
modelu terenu i pogody, co oznaczało, że leciały praktycznie same. Mimo
wszystko pilot uparcie ignorował go przez cały lot. Siedział samotnie w przedziale pasażerskim i wyglądał przez okno na krajobraz w dole, luźno
dopasowując go do wspomnień z Marsa. Podobieństwa były oczywiste - INKOL
symulował tu nie tylko rozrzedzone powietrze - ale mimo wszystko to
wciąż był dom, z błękitnym niebem w górze i szerokim horyzontem dużej
planety, oraz działającym na kości solidnym ciążeniem jednego g.
"Nie akceptuj namiastek". Przez głowę przemknęły mu slogany z nadajników
politycznych partii Najpierw Ziemia. "Nie słuchajcie korporacyjnych
reklam. Stąpajcie twardo po ziemi. Walczcie o lepsze życie tutaj i lepszy świat teraz".
Na lotnisku w Arequipie użył swoich papierów ONZALG do zdobycia miejsca
sypialnego na pokładzie pierwszego bezpośredniego poziomego lotu do
Miami, liniami Delty. Wolałby lot suborbitalny, ale w tym celu nadal
trzeba było pojechać do Limy, a to prawdopodobnie nie było warte
dodatkowego czasu i zachodu. W ten sposób przynajmniej będzie mógł
odpocząć. Zostało mu około godziny do odlotu, kupił więc kodeinę bez
recepty, wziął podwójną zalecaną dawkę i docisnął ją byle czym z baru
Wołowiny z Buenos Aires. Jadł nieśpiesznie na tarasie obserwacyjnym, nie
czując smaku, oglądając ośnieżony, wulkaniczny stożek El Misti i zastanawiając się, czy naprawdę gdzieś tam nie było czegoś, czym mógłby
zarabiać na życie.
Jasne. Po powrocie idź pogadaj z Zooly, może będzie miała wolne
stanowisko bramkarza.
Kwaśny uśmiech. Zaczęli zwoływać pasażerów na jego lot. Dokończył zimne
pozostałości pampaburgera olé, wytarł palce i poszedł.
Podczas lotu źle spał, męczyły go sny z cichymi korytarzami Felipe Souza
i ślad przerażenia, że w ciszy niskiego ciążenia sunie za nim duch Gaby,
z twarzą spokojną i cudownie nie zniekształconą przez śmiertelny strzał,
z mózgiem wyciekającym przez otwór z tyłu jej czaszki. Wariacje na
temat, ale nic nowego - po prostu zazwyczaj w opuszczonym statku
kosmicznym unosiła się za nim inna kobieta, nigdy go nie dotykając,
szepcząc sycząco do ucha tuż powyżej progu słyszalności.
Ze snu wyrwał go komunikat pilota informujący, że schodzą do lądowania,
ale port został zamknięty ze względów bezpieczeństwa, więc w najbliższym
czasie nie wystartują żadne samoloty. Informacje o lokalnych hotelach
dostępne są za pośrednictwem...
Szlag.
Prom suborbitalny Virgin zawiózłby go nad Londyn czterdzieści pięć minut
po starcie z Miami. Mógłby wrócić do domu na kolację w Banners i wylądować we własnym łóżku pod osłoniętym drzewami okapem mieszkania na
Crouch End. Mógłby obudzić się następnego ranka przy śpiewie ptaków i promieniach słońca przebijających się przez chmury i liście. Wreszcie
trochę urlopu na wyspach - przy jego ranie Agencja nie miałaby wyboru -
i z całym Atlantykiem między nim a emocjonalną topografią marsjańskich
obozów przygotowawczych.
Zamiast tego poniósł swoją walizkę wzdłuż szerokich, jasno oświetlonych
hal pełnych olbrzymich ekranów holograficznych, doradzających: myślisz,
że to WYŁĄCZNIE czerwone skały i śluzy POWIETRZNE? Zastanów się, na
marsa wysyłamy tylko najlepszych. Miami było punktem przesiadkowym
Ameryk, a to oznaczało ośrodek każdej firmy biorącej udział w Inicjatywie Kolonizacyjnej Państw Zachodu. Kilka lat temu przeczytał
oszacowania jakiejś dziennikarki, której udało się dostać więcej mocy
obliczeniowej, niż na to zasługiwała, według której "obecnie co siódma
osoba przechodząca przez lotnisko międzynarodowe Miami przylatuje tu w sprawie związanej bezpośrednio lub pośrednio z Marsem i programem INKOL.
Ta liczba musi wzrosnąć". Teraz była to już pewnie jedna na cztery.
Jechał ruchomymi chodnikami i schodami, wciąż czując się trochę otępiały
po kodeinie. Po drugiej stronie kompleksu terminalu wszedł do nowego
Marriotta, wziął pokój z widokiem na lotnisko i z menu usług zamówił
wizytę lekarską. Wszystko to na koszt Agencji. Jako pracownik
kontraktowy miał dość ograniczone konto kredytowe - jego praca i tak w większości wymagała płacenia gotówką lub waflami, które później odbierał
sobie w ramach honorarium, ale biorąc pod uwagę, że nawet w najgorszym
wypadku do zamknięcia sprawy Graya zostało kilka dni, wciąż zostało mu
na koncie sporo środków.
Czas z nich skorzystać.
W pokoju ściągnął kurtkę i weblarową kolczugę, rzucił przepocone ubrania
na podłogę i przez piętnaście minut stał pod prysznicem. Siatka schowała
się z powrotem do swojego legowiska w kręgosłupie, a on stanowił jedną
wielką litanię siniaków, odczuwanych przez coraz cieńszą warstwę
kodeinowej osłony. Sklejona rana w boku rwała go przy każdym ruchu.
Osuszył się wielkim, puszystym ręcznikiem Marriotta i wkładał właśnie
najczystsze ze swoich zużytych spodni, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.
Złapał T-shirt, spojrzał w dół na ranę i wzruszył ramionami. Ubieranie
się nie miało sensu. Rzucił koszulkę i podszedł do drzwi nagi do pasa.
Hotelowym lekarzem okazała się bardzo ładna latynoska, która mogła
zaliczyć praktykę w jakimś republikańskim szpitalu w centrum, bo na
widok rany ledwie uniosła jedną ze starannie wypielęgnowanych brwi.
- Pan od dawna w Miami? - zapytała.
Uśmiechnął się i pokręcił głową.
- To nie stało się tutaj. Właśnie przyleciałem.
- Rozumiem. - Mimo to nie odpowiedziała uśmiechem. Stanęła za nim i długimi, chłodnymi palcami zaczęła obmacywać ciało wokół rany,
sprawdzając klej. Nie była przy tym zbyt delikatna. - A więc jest pan
jednym z naszych wspaniałych doradców wojskowych?
Przeszedł na angielski.
- Co? Z takim akcentem?
Lekkie skrzywienie ust, gdy obeszła go i stanęła z przodu.
- Pan jest Anglikiem? Przepraszam, myślałam...
- Nic nie szkodzi. Też nie lubię sukinsynów. - Wolał nie wspominać, że
zabił jednego w zeszłym roku w barze w Caracas. Przynajmniej na razie.
Przeszedł z powrotem na hiszpański. - Ma pani rodzinę w Wenezueli?
- Kolumbii. Ale to ta sama historia, tylko z koką, nie ropą. I dłużej.
Toczy się to, od kiedy moi dziadkowie wyjechali, i nigdy się nie zmieni.
- Podeszła do zostawionej na stoliku torby i wyciągnęła ręczny sonograf.
- Nie uwierzyłby pan, co opowiadają mi kuzyni.
Carl pomyślał o mundurach widzianych na ulicach Bogoty parę tygodni
temu. I doraźnej egzekucji, której był świadkiem.
- Przeciwnie, uwierzyłbym - zapewnił.
Uklękła przed nim i znów dotknęła rany, tym razem delikatniej. Co
dziwne, jej palce wydawały się też cieplejsze. Przesunęła sonografem
kilka razy po ciele, po czym wstała. Pochwycił przy tym zapach jej
ciała, a równocześnie ona spojrzała mu w oczy i zauważyła, co robi.
Przez chwilę rozbłysło między nimi napięcie, po czym lekarka podeszła do
swojej torby. Wyciągnęła z niej opatrunki i odchrząknęła, unosząc brwi i uciekając spojrzeniem przed tym, co właśnie się stało.
- Nie mogę dla pana zrobić wiele więcej ponad to, co już zrobiono -
stwierdziła trochę pośpiesznie. - Ktokolwiek to lepił, znał się na
rzeczy. To dobra robota, rana powinna szybko się zagoić. Opryskali to?
- Owszem.
- Chce pan coś przeciwbólowego?
- Panuję nad bólem.
- W takim razie, jeśli pan chce, założę nowy opatrunek, chyba że chce
pan iść pod prysznic.
- Zrobiłem to przed chwilą.
- Dobrze, w takim razie mogę zostawić...
- Zjadłaby pani ze mną kolację?
Uśmiechnęła się.
- Jestem mężatką - oświadczyła, wyciągając dłoń z prostą złotą obrączką.
- Nie robię takich rzeczy.
- Och, przepraszam. Nie zauważyłem - skłamał.
- Żaden problem. - Znów się uśmiechnęła, ale ze śladem niedowierzania, a ton jej głosu zdradzał, że nie dała się oszukać. - Jest pan pewien, że
nie chce żadnych środków przeciwbólowych? Zamierzam obciążyć pana
minimalną stawką, i tak wchodzą w zakres usługi.
- Dziękuję, nie trzeba - zapewnił.
Spakowała swoją torbę, posłała mu jeszcze jeden uśmiech i zostawiła go,
żeby sam sobie założył opatrunek.
***
Wyszedł.
Zapewne nie było to zbyt mądre, ale pchało go zmysłowe wspomnienie
nieosiągalnej pani doktor. Jej palce na nim, jej zapach, głos. Sposób, w jaki przed nim klęczała.
Automatyczna taksówka zabrała go na wschód od lotniska, sunąc szerokimi,
wielopasmowymi ulicami. Większość lokali wciąż była otwarta - blask
paneli LCSL z frontów zapraszał, ale wciąż wydawał się dziwnie odległy,
jak światła nabrzeżnego miasta widziane z morza. Przypuszczał, że to
kodeina, może w połączeniu z czymś z siatki. Przez chwilę z satysfakcją
przyglądał się, jak wszystko przemija. Potem, gdy ruch zaczął gęstnieć,
wysiadł w przypadkowym miejscu, gdzie światła wydawały się
najjaskrawsze. Aleja nazwana ku czci jakiegoś bohatera z czasów
Odzyskania Kuby, z przymocowaną do cegieł na rogu brązową tabliczką z przyczółkiem i bagnetami. Z szeroko otwartych drzwi wylewał się remiks
klasyka Zequiny i Reyesa, wewnątrz i na ulicy wokół niego prężyły się
opalone ciała. Było ciepło i parno, a ubrania skurczyły się do
powiewających pasków jedwabiu na stroje kąpielowe dla kobiet i lnianych
lub skórzanych spodni oraz szerokich, gołych klat u mężczyzn. Kolorem
skóry Carl mógł się świetnie wtopić - była to jedna z niewielu rzeczy,
które podobały mu się w Miami - ale wszystko psuł jego strój. Płócienne
spodnie, najlżejsze z butów trekingowych i T-shirt z czasów gorączki
Bradbury'ego w '97. Wyglądał jak cholerny turysta.
W końcu, zmęczony wrogimi spojrzeniami lokalnych uczestników ulicznego
życia, mówiącymi "nie pasujesz tu", zszedł z głównej ulicy i zanurzył
się w półmroku klubu o nazwie Picante. Miejsce było obskurne i prawie
puste, nie bliższe jego fantazjom o zwieńczeniu wieczoru niż reklama
przed barem w Garrod Horkan 9 w porównaniu z rzeczywistością Karaibów. W głębi umysłu kłębiły się obrazy jak z kreskówki, w których spotyka
latynoamerykańską lekarkę - cóż, przynajmniej jej bliski odpowiednik - w jakimś eleganckim barze salsy pełnym światła z dyskotekowych
reflektorów, odbijającym się na koktajlowych szklankach i perfekcyjnych
zębach. Przejście do spokojnego, pogrążonego w łagodnym półmroku miejsca
zapewniającego większą intymność, równie wysokiej klasy, a potem już
prosto do jej domu, gdziekolwiek on był. Świeża pościel na wielkim łóżku
i okrzyk kobiety w szczycie orgazmu. Cichnący, potem odległy, chwilowy
komfort nocy w domu nieznanej kobiety.
Cóż, masz przynajmniej cienie, przyznał w duchu z kwaśnym uśmiechem. W Picante zainstalowano kilka tanecznych paneli LCLS, niewiele większych
niż jego hotelowa łazienka, tradycyjny prosty bar i oświetlenie ścienne,
które sprawiało wrażenie zaprojektowanego z myślą o garści dość
oczywistych prostytutek, siedzących przy stołach przy papierosach i drinkach, w oczekiwaniu na zaproszenie do tańca. Carl zamówił sobie
drinka - nie mieli red stripe'a, więc zdecydował się na coś, co nazywało
się Torero, i już po chwili tego żałował - i usadowił się przy barze
koło drzwi. Mogła to być zawodowa ostrożność albo po prostu dziwny
komfort zapewniany przez możliwość obserwacji ulicy - poczucie, że nie
musi tu zostać, jeśli nie będzie miał ochoty.
Ale wciąż był tam prawie godzinę później, gdy weszła i usiadła obok
niego przy barze. Zbliżył się barman, polerując szklankę.
- Cześć. Daj mi whiskey z colą. I dużo lodu. Cześć, przystojniaku.
Carl zdał sobie sprawę, że to ostatnie skierowano do niego. Podniósł
wzrok znad resztek kolejnego piwa i kiwnął głową, próbując w słabym
świetle dokonać kalibracji. Próbując zdecydować, czy dziewczyna pracuje.
- Nie wyglądasz, jakbyś dobrze się bawił - zauważyła.
- Nie wyglądam?
- Nie.
Nie była to doctora z Marriotta - miała ostrzejszą i bledszą twarz,
mniej obfite krzywizny, a metyskie włosy nie były tak zadbane. Nie miała
też ślubnej obrączki, po prostu kilka tanich i ozdobnych srebrnych
pierścionków na palcach obu dłoni. Obcisły gorset wyglądał, jakby
zrobiono go z rzeźbionego metalu, kończąc się tuż pod pachami i ostro
kontrastując z ciemną, niezbyt obcisłą spódnicą. Do tego obowiązkowe
wysokie obcasy. Pokazywała całkiem sporo jędrnego ciała w kolorze kawy -
uda poniżej spódnicy, ramiona i krzywiznę podniesionych piersi nad
gorsetem oraz pasek brzucha między dwoma elementami garderoby, jednak
nie więcej niż przeciętnie w tym upale, więc nie musiało to nic znaczyć
w żadną stronę. Makijażu trochę za dużo, przy tym niezbyt dobrze ukrywał
pory z boku jej nosa. Tak, pracowała. Przestał próbować się oszukiwać,
przez chwilę wahał się przed podjęciem decyzji jak skoczek w drzwiach
samolotu, a potem puścił.
- Właśnie przyleciałem - powiedział. - Podróż służbowa. Wciąż jeszcze
nie doszedłem do siebie.
- Tak? - Przechyliła głowę i założyła nogę na nogę. Spódnica podjechała
do góry. - Może ci w tym pomóc?
***
Później, gdzie indziej i uwolniony z napięcia, jakby to była para
ciasnych, skórzanych spodni, których nie potrafił zdjąć sam, leżał
oparty o zagłówek i przyglądał się jej, jak chodzi po białym sześcianie
pokoju. Od brzegu łóżka do drzwi łazienki nie było wiele więcej niż
metr, ale miał wrażenie, że wkroczyła do innego wszechświata, dźwięki i odgłosy dobiegały do niego z olbrzymiej odległości, nawet plusk wody w łazience, stuki przyborów kosmetycznych, wszystkie były jakoś
przyciszone, jakby przechodziły przez grubą szklaną szybę w jakimś
ciasnym wiwarium obcoplanetarnego zoo.
Przyjdźcie obejrzeć ludzi.
Zobaczcie, jak uprawiają gody w naturalnym otoczeniu.
Skrzywił się w duchu, lecz grymas był ukryty zbyt głęboko, by odbić się
w mięśniach twarzy.
Obejrzyjcie rytuał irygacyjny samicy po stosunku.
Kolejny dreszcz powiedział mu, że powinien wstać z łóżka, ubrać się i wynosić w cholerę. Naprawdę nie miał tu już nic do roboty. Skasowała
jego wafel, gdy tylko przeszli przez drzwi - przeciągnęła go przez
szczelinę czytnika z tą samą cyniczną wprawą, jakiej użyła później przy
natryśnięciu prezerwatywą jego nabrzmiałego penisa i wsunięciu go w siebie. Potem dostał trochę podstawowych sztuczek z płatnych kanałów -
ssanie własnych palców, gdy wbijał się w nią, ściskanie piersi - kilka
dobrze odmierzonych zmian pozycji i seria gardłowych jęków tuż przed
jego orgazmem. Teraz, gdy pocięte liśćmi drzew światła ulicy przesuwały
żółtawe cienie po ścianach i suficie ciemnego pokoju, a alkaliczny
zapach świeżo odbytego stosunku wypełzał z pościeli splątanej przy jego
pasie, nagle poczuł się stary, zmęczony i chory. Znów zaczęła boleć rana
w boku i odniósł wrażenie, że opatrunek się powoli odrywa.
Zamiar dotarł wreszcie do jego systemu ruchowego. Usiadł i spuścił nogi
z brzegu łóżka. Ze wszechświata łazienki dobiegł odgłos spuszczania wody
w toalecie. Z jakiegoś powodu dźwięk go ponaglił i zanim weszła do
pokoju, znalazł swoje spodnie i zaczął je wkładać.
- Idziesz? - zapytała tępo.
- Tak, chyba już na mnie pora. - Ściągnął koszulkę z oparcia sofy i ją
naciągnął. - Jestem zmęczony, a ty, cóż, pewnie musisz jeszcze gdzieś
iść, prawda?
Cisza. Stała tam, patrząc na niego. Usłyszał cichy odgłos jakby
kliknięcia, potem głośniejsze przełknięcie śliny. Nagle zdał sobie
sprawę, że kobieta w mroku płacze. Znieruchomiał zaskoczony, z na wpół
wciągniętą koszulką, patrząc na nią. Dobiegło go łkanie. Odwróciła się
od niego, obejmując się ramionami.
- Słuchaj... - odezwał się.
- Nie, idź. - Głos był twardy i prawie nie zniekształcony łzami, zapewne
wyszkolony przez uprawiany zawód. Nie usiłowała go doić, chyba że
znacznie lepiej szło jej udawanie żalu niż seksualnej ekstazy. Stanął za
nią i popatrzył na niezgrabnie splątane strąki wilgotnych włosów.
Obrazy rozlatującego się tyłu głowy Gaby.
Skrzywił się i położył dłoń na jej ramieniu z wahaniem, które powinno
być farsą po taniej intymności kupionej u niej dwadzieścia minut temu.
Wzdrygnęła się lekko pod jego dotykiem.
- Jestem w ciąży - powiedziała.
Słowa odbiły się rykoszetem od skraju jego umysłu i przez chwilę sądził,
że źle usłyszał. Potem, gdy tego nie powtórzyła, zdjął rękę z jej
ramienia. Puszkę sprayu Trojana wyciągnęła wcześniej z torebki z cyrkową
sprawnością i użyła jej w taki sam sposób. Przyglądanie się temu było
chłodno uspokajające, wrażenie, że - głupi uśmieszek - trafił w dobre
ręce. Teraz ta sama durna część jego czuła się zdradzona tym przyznaniem
się do wcześniejszego błędu, prawie jakby oskarżała go, że ma z tym coś
wspólnego.
- Cóż - zaryzykował. - To znaczy, nie możesz? No wiesz.
Jej ramiona zadygotały.
- To Floryda. To jest tu nielegalne już od dziesięcioleci. Trzeba
pojechać do Unii albo na Wybrzeże, a ja nie mam takiej drogiej polisy.
Nie wystarczyłoby mi nawet, gdybym sprzedała wszystko, co mam.
- I nie ma tu nikogo, kto...
- Nie słyszałeś? To cholernie nielegalne.
Obudziła się w nim odrobina profesjonalnej pewności siebie, wrażenie
znalezienia się na własnym podwórku.
- Jasne, prawo nie ma z tym nic wspólnego. Nie o to pytałem. Zawsze są
miejsca, gdzie możesz pójść.
Odwróciła się do niego, ścierając dłonią łzy z policzka. Powstałe przy
tym smugi lśniły we wpadającym przez okna świetle z ulicy. Prychnęła.
- Jasne, miejsca, gdzie może ty możesz iść. Miejsca, gdzie może iść
córka gubernatora. Myślisz, że mam takie pieniądze? A może sądzisz, że
chcę ryzykować czarnorynkową skrobankę, po której wrócę do domu, żeby
umrzeć od krwotoku wewnętrznego lub zejść na zapaść enzymatyczną, bo nie
chciało im się właściwie wykonać profilowania? Człowieku, skąd tyś się
urwał? Chorowanie kosztuje tu mnóstwo pieniędzy.
Miał już na końcu języka słowa odsyłające ją w diabły. To nie był jego
problem, nie pisał się na to gówno. Zamiast tego znów zobaczył
rozpadającą się głowę Gaby i jakby z dystansu usłyszał, jak pyta cicho:
- Ile potrzebujesz?
Pieprzyć to. Przekierował rosnącą irytację na dziewczynę i siebie,
wycelował ją na północny wschód. Niech cholerna ONZALG zapłaci dla
odmiany za coś sensownego. Stać ich, do cholery. Niech ten gnojek di
Palma spróbuje to kwestionować, jeśli się odważy.
Gdy już ją uspokoił, uciszył jej płacz i uciął deklaracje wdzięczności,
nim zaczęły brzmieć pusto, wyjaśnił, że potrzebuje punktu dostępowego do
ściągnięcia wafli kredytowych, których mogłaby użyć. A to mogło wymagać
powrotu do hotelu. Słysząc to, dziewczyna zacisnęła dłoń na jego
ramieniu i domyślił się, że kieruje nią strach, że jeśli go straci z oczu, a przynajmniej wypuści z okolicy, to on zmieni zdanie. Znała
bezpieczny punkt dostępowy parę przecznic dalej, korzystali z niego
czasami jej klienci z centrum. Mogła mu pokazać, gdzie to jest, choćby
zaraz, tylko się ubierze, to zajmie moment.
Ulice były praktycznie opuszczone, okolica należała do tańszej wersji
osiedli domków i o tej porze jej mieszkańcy albo siedzieli w domach,
albo balowali w centrum. Wszystkie fronty sklepów osłaniały metalowe
rolety z jaskrawo-żółtymi nalepkami informującymi o ukrytych wewnątrz
ładunkach przeciwwłamaniowych. Kilka barów wciąż było otwartych, świecąc
nad wejściami wyblakłymi neonami, niczym słabe miejskie latarnie. Przed
jednym zebrała się banda młodocianych zbirów, opartych o ściany i zaparkowane samochody, groźnie przyglądając się nielicznym przechodniom.
Carl poczuł, jak powoli i sugestywnie budzi się jego siatka. Zignorował
ją i starał się unikać patrzenia w oczy. Objął dziewczynę ramieniem i odrobinę przyśpieszył kroku. Oddalając się, usłyszał, jak chłopcy
rozmawiają w ciężkim hiszpańskim dialekcie. Nie potrzebował przesadnej
wyobraźni do rozpracowania tematu. "Pieprzeni turyści, cholerni
obcokrajowcy, pieprzą nasze kobiety". Odwieczny rant. Właściwie nie
potrafił mieć do nich pretensji. Potem zniknęli za rogiem, a ich głosy
zostały zastąpione muzyką z otwartego okna, ciężkim kubańskim jazzem
brzmiącym, jakby ktoś grał na pianinie, używając tylko pięści.
Punkt dostępowy mieścił się w betonowej narośli dwa na dwa metry,
przylepionej do ściany sklepu niczym jakiś architektoniczny rak.
Wyposażono go w solidne drzwi ze stopu tantalu, a wejście oświetlały od
góry mocno zakratowane panele LCLS. Carl wszedł w ich światło i nieoczekiwanie poczuł się jak artysta estradowy. Wystukał na klawiaturze
swój ogólny kod dostępowy i drzwi się otwarły. Stare wspomnienia i blizna z Caracas kazały mu wepchnąć dziewczynę do wnętrza i aktywować
zamknięcie drzwi, gdy tylko znaleźli się w środku. Drzwi się
zatrzasnęły.
Wnętrze wyglądało praktycznie tak samo jak bezpieczne moduły, z których
korzystał na całym świecie: czytnik siatkówki na elastycznym statywie,
szeroki ekran z głośnikiem z boku i podajnikiem wafli powyżej, do tego
podwójnej szerokości krzesło wyrastające z podłogi, raczej dla otyłych
klientów, a nie szukających intymności par. W każdym razie dziewczyna
nie usiadła i ostentacyjnie nie patrzyła na ekran. Naprawdę była tu już
z klientami.
- Dzień dobry panu - odezwał się nieco skrzekliwie punkt dostępowy. -
Chciałby pan usłyszeć listę opcji dostępnych dla kli...
- Nie. - Carl założył sobie czytnik siatkówki, mrugnął kilka razy w soczewki i odczekał na dźwięk potwierdzenia skanu. Naszła go luźna myśl,
co by się stało, gdyby kiedyś musiał zrobić to z podbitym okiem.
- Dziękuję. Ma pan teraz dostęp do swoich kont.
Wziął kredyt w dziesięciu waflach ograniczonej pojemności, stwierdzając,
że dziewczyna nie będzie chciała zaufać nielegalnej klinice jedną
płatnością z góry. Kiedy podawał je jej w ciasnej przestrzeni, zdał
sobie sprawę, że nie zna nawet jej imienia. Kilka sekund później dotarło
do niego, że właściwie wcale nie chce. W ciszy przyjęła wafle, patrząc
na niego w taki sposób, że pomyślał sobie, że może zechcieć z wdzięczności zrobić mu tu loda. Ale potem wyszeptała podziękowania
głosem tak cichym, że prawie ich nie dosłyszał i zaczął się zastanawiać,
czy nie jest po prostu kolejnym zboczonym draniem z przesadną
wyobraźnią. Nacisnął blokadę zamka i drzwi otwarły się z cichym sykiem.
Wyszedł za nią na zewnątrz.
- Dobra, stary! Rączki do góry tak, żebym je widział!
Krzyk dobiegł z lewej, a postacie, które na niego skoczyły, wyłoniły się
z obu stron. Siatka momentalnie obudziła się do życia. Chwycił rękę,
zablokował ją i rzucił właścicielem w stronę milknącego echa głosu.
Przekleństwa i odgłosy upadku. Druga postać próbowała go unieruchomić,
był w tym ślad jakiejś techniki, ale... szarpnął mocno, ściągnął
osłaniające ramię w dół i wbił łokieć w twarz. Poczuł, jak pod ciosem
ugina się nos. Napastnik krzyknął z bólu. Przestawił nogę, podsunął
stopę i pchnął. Ten ze złamanym nosem poleciał na ziemię. Pojawił się
kolejny, znów z lewej strony. Wykręcił się, z drapieżnym uśmiechem i zgiętymi rękami, i zobaczył swój cel. Masywny, ze skośnymi ramionami,
typ podstarzałego zapaśnika. Carl zamarkował, po czym kopnął przeciwnika
w brzuch. Płaczliwe stęknięcie i wrażenie solidnego trafienia, ale impet
mężczyzny poniósł go do przodu i Carl musiał ostro uskoczyć w bok, by
uniknąć powalenia.
Wtedy ktoś uderzył go w głowę, zza pleców.
Usłyszał nadchodzący cios, poczuł ruch powietrza przy uchu, zaczął się
obracać w stronę ataku, ale było za późno. Eksplodowała w nim czerń
pełna drobniutkich iskier. Obrócił się i padł na ziemię w krystalicznym
świetle punktu dostępowego. Przez chwilę nic nie widział, potem odzyskał
wzrok. Pojawiła się kolejna masywna postać, stając nad nim. Przez tęczę
barw zniekształcającą obraz zobaczył lufę broni i przestał się spinać.
- Policja obyczajowa Miami, dupku. Zostań na ziemi, bo zrobię ci dziurę
w głowie.
Oczywiście aresztowali go.