WSTĘP
Bo swego losu jestem panem
I kapitanem duszy swojej.
William Ernest Henley[1]
Wielu ludzi, z którymi
rozmawiam, skarży się, że czas przepływa im
przez palce. Ich dni są wypełnione tak dużą ilością zadań
i zobowiązań, spotkań, wydarzeń i wyzwań, że często mają
wrażenie nieobecności we własnym życiu. Wielu z nich doświadcza
stresu. Myślą głównie o tym, co już się stało lub co się wydarzy,
zapominając, co dzieje się teraz. Mówią mi, że gdy już uda im
się skoncentrować na teraźniejszości, często odczuwają lęk,
jakąś negatywną emocję, która nie daje im spokoju.
A przecież nie musi tak być. Dzięki
mojemu doświadczeniu trenera mentalnego wiem, że człowiek potrafi się
zmienić. Chodzi tylko o zyskanie większej świadomości siebie. Jeśli
zdecydujesz się poważnie zastanowić nad swoim sposobem myślenia,
zobaczysz, że będziesz w stanie dokonać serii wyborów, które
w rezultacie naprowadzą cię na zupełnie nowy tor. Tor, dzięki
któremu staniesz się bardziej obecny w tym, co dzieje się tu
i teraz. Moim celem jest pomóc ci w postawieniu pierwszego kroku na
tej drodze, a także wyposażyć cię w narzędzia umożliwiające
wprowadzenie pożądanych zmian.
Nie musisz zgadzać się ze wszystkim, co
piszę, nie musisz też w to wierzyć. Wiem, że niektórzy gwałtownie
reagują na moje argumenty oraz mój sposób formułowania myśli,
i bardzo mnie to cieszy! Przede wszystkim nie mam zamiaru wpływać
na twoje opinie, chcę tylko być kimś, kto przyczyni się trochę
- a może więcej niż trochę - do tego, że twoja podróż
przez życie stanie się łatwiejsza i da ci więcej radości. Nie
chodzi mi o to, żebyś się ze mną zgadzał - chcę natomiast,
byś zaczął myśleć.
Wiele ważnych decyzji podejmujemy
nieświadomie, dlatego że robimy to, czego oczekują od nas inni
lub czego oczekujemy od siebie sami. Próbuję w pewnym stopniu
zakwestionować te oczekiwania i postawić kilka pytań. Jeśli obudzę
w tobie negatywne emocje, jeśli uznasz, że jestem zbyt ostry, to
zachęcam cię, byś przerwał na chwilę lekturę i zastanowił się,
skąd wypływa ta reakcja. Może faktycznie nie zgadzamy się ze sobą
w danej kwestii. Sądzę, że oboje będziemy w stanie z tym żyć. Ale
zastanów się, czy coś w tym, co piszę, nie trafia przypadkiem
w jakiś twój czuły punkt. Bo może właśnie w tym punkcie drzemie
potencjał zmiany. Ponieważ zrozumienie tego, że zmiana jest potrzebna,
bywa bolesne.
Możesz, rzecz jasna, znaleźć się
w sytuacjach będących poza twoją kontrolą. Możesz zachorować lub
stanąć w obliczu wyzwania, z którym nawet nie powinieneś próbować
radzić sobie na własną rękę. Możliwe, że część tematów,
które poruszam w tej książce, nie będzie ciebie dotyczyć.
Tylko ty znasz prawdę o swoim
życiu. Tylko ty możesz wiedzieć, które z zadawanych przeze mnie
pytań i poruszanych kwestii odnoszą się właśnie do ciebie. To
ty wiesz, jak pragniesz żyć, co jest ważne i co byłoby wspaniale
osiągnąć. Wszyscy ludzie są w stanie czerpać z życia bardzo wiele
i jeśli ta książka w ten czy inny sposób odniesie jakiś pozytywny
skutek, chociażby przez sprawienie, że zastanowisz się nad jakimś
zdaniem dwa razy, to moim zdaniem fantastycznie! Wierzę w refleksję,
świadome korzystanie z narzędzi treningu mentalnego - wierzę
w moc ludzkiej myśli. Jeśli znajdziesz w tej książce motywację,
by zrobić chociaż trochę, chociaż na jednym obszarze, to uda mi się
osiągnąć to, o co mi chodziło.
W dzisiejszym świecie zmuszeni jesteśmy
do życia w coraz większym tempie. Obserwujemy ekspansywny rozwój
w wielu obszarach, doświadczamy mnóstwa zmian, mamy o wiele więcej
niż kiedyś możliwości wyboru, wszystko jest dużo bardziej dostępne,
niż było. Nic dziwnego, że zapominamy o życiu tu i teraz. Nasz
mózg nie zdążył jeszcze po prostu wymyślić, w jaki sposób powinien
w takiej codzienności dawać nam uczucie satysfakcji.
W zachodniej kulturze daje się ostatnio
zaobserwować moda na zajęcia, które zmuszają nas do uważności,
skupienia na "tu i teraz", czyli do tego, z czym człowiek
z założenia czuje się najlepiej - moda na wspinaczkę górską,
skoki ze spadochronem, nurkowanie, siłownię, malowanie, medytację,
czy nawet gotowanie. Przed tysiącami lat ludzie polowali na mamuty,
zbierali zioła i dbali o schronienie przed deszczem i wiatrem
- a to wszystko oznaczało, że przez większą część doby
musieli być ekstremalnie skupieni na "tu i teraz". Tak przynajmniej
myślę. Musieli wykonywać jedno zadanie naraz. Przez całe wieki ludzkie
życie nie ulegało drastycznym zmianom; chodziło w nim przede wszystkim
o zaspokajanie podstawowych potrzeb, więc życie chwilą przychodziło
nam łatwo i z największą naturalnością. Nasz mózg nadal jest
zbudowany tak, by radzić sobie z tym dawnym światem. Ewolucja nie
zabrnęła tak daleko, byśmy w naturalny sposób byli w stanie
dawać sobie radę z wyzwaniami stawianymi przez współczesne
społeczeństwo. Nasz tryb życia i wszystkie kwestie, do których
zmuszeni jesteśmy odnosić się każdego dnia, upośledzają naszą
umiejętność skupienia na "tu i teraz". Zastanów się tylko nad
zmianami, które zaszły w społeczeństwie w ciągu ostatnich 150 lat
- nie można oczekiwać, że ludzki mózg zacznie nagle automatycznie
radzić sobie z tym szybkim i dramatycznym rozwojem.
WEWNĘTRZNA
SIŁA
W jaki sposób masz być obecny w tym, co dzieje
się właśnie teraz, w jaki sposób żyć chwilą? Uważam, że
kluczem do tego jest wytrenowanie wewnętrznej
siły. Musisz być silny. Znaleźć w sobie więcej
spokoju. Wewnętrzna siła oznacza, że czujesz się ze sobą bezpiecznie,
że sam stanowisz dla siebie fundament, niezawodne oparcie, nawet jeśli
wokół szaleje burza. Dzięki temu zachowasz spokój i doświadczysz
kontroli nad własnym życiem.
Uważność i wewnętrzna siła to tak
naprawdę dwie strony tego samego medalu. Wzmacniają się nawzajem,
wprowadzając cię w zbawienny krąg. Chociaż może należałoby to
raczej nazwać reakcją łańcuchową, w której jedna dobra rzecz
wyzwala następną, a ta uruchamia kolejny dobry proces.
Możesz mieć więcej wewnętrznej
siły.
Możesz być bardziej obecny.
W chwili, gdy piszę te słowa, mija mniej więcej
dziewięć lat, odkąd zacząłem pracować jako trener mentalny, bo
tak właśnie określam swój zawód. Można powiedzieć, że przez
te wszystkie lata odbywałem z ludźmi rozmowy jeden na jeden na
cały etat. Gdybym miał oszacować ich liczbę, byłoby to jakieś
4000 rozmów. Czuję się niezwykle uprzywilejowany, ponieważ dane mi
było rozmawiać z tak wieloma tak różnymi ludźmi, zetknąć się
z tyloma różnymi stanowiskami, doświadczeniami i zamierzeniami,
które pociągały za sobą konkretne wyzwania. Wielu z tych, z którymi
rozmawiałem, odnosiło w swoich dziedzinach duże sukcesy. Najbardziej
w tej pracy zaskakiwało mnie, jak wiele z tych rozmów schodziło
- prędzej czy później - na temat pracy nad pewnością siebie
i poczuciem bezpieczeństwa. Nawet ludzie ze szczytu drabiny społecznej
- najlepsi kierownicy, wyczynowi sportowcy, rekiny finansjery
i rządzący krajem politycy - wskazują ten właśnie temat jako
kwestię, nad którą chcą pracować. I to często!
Moje zaskoczenie wynikało być
może z faktu, że długo zakładałem, iż ta pewność siebie
jest czymś, co wszyscy inni wykształcają w sobie bez żadnego
wysiłku, że jestem osamotniony w mojej potrzebie nieustannej pracy
nad poczuciem wewnętrznego bezpieczeństwa. Ale z czasem poczułem
się uspokojony i zmotywowany: Nie tylko ja chcę być bardziej pewny
siebie. Nie tylko ja życzę sobie więcej spokoju i wewnętrznej
równowagi, dającej satysfakcję i przemożne, niezależne od
otoczenia uczucie dobrostanu. Było to coś, czego pragnąłem od
dawna, właściwie odkąd pamiętam. Są takie okresy, także teraz,
kiedy czuję się po prostu niepewny. Czy jestem dość dobry? Czy
wystarczająco dobrze sprawdzam się jako człowiek? Czy mam to, czego
trzeba? Czy jestem dobrym partnerem? Ojcem? Czy daję z siebie tyle, ile
powinienem? Niepewność ta bywa tak silna, że jestem nią sfrustrowany,
czy wręcz rozwścieczony. Innym razem ogarnia mnie smutek. Wiem
przecież, że obiektywnie rzecz ujmując, jest mi bardzo dobrze, że
naprawdę wiele w moim życiu jest na właściwym miejscu. Uświadamiam
to sobie i zaczynam się wstydzić swoich uczuć.
Wątpliwości i niepewność
pojawiają się w krótszych lub dłuższych okresach, czuję je jak
nieprzyjemny, bolesny ucisk w żołądku. Czasami mam przez nie kłopoty
z zaśnięciem. Niepewność nachodzi mnie niekiedy w sytuacjach,
które zdaniem innych są proste albo zupełnie codzienne. Sytuacje
takie związane są często z koniecznością poznawania nowych
ludzi, na przykład na przyjęciach, gdzie w dobrym tonie jest
niezobowiązująca pogawędka. Całkiem niedawno miałem spotkać
się z kilkoma potencjalnymi partnerami biznesowymi, właściwie
zupełnie prosta sprawa, ale przed wyjściem na to spotkanie zacząłem
kwestionować samego siebie. Czy jestem wart ich czasu? Może dojdą do
wniosku, że to, co im zaprezentuję, jest beznadziejne? Będą wobec
mnie krytyczni? Czy mnie polubią? Ostatecznie spotkanie mi się nie
udało.
Opisane powyżej uczucia towarzyszyły
mi często, gdy byłem dzieckiem, ale potrafią pojawiać się
nadal. Co prawda już nie tak regularnie jak kiedyś, na całe
szczęście. Z upływem czasu było coraz lepiej. Nie wiem do końca,
skąd się one biorą, ale jestem bardzo zmotywowany do pracy nad
sobą w tym zakresie! Wiem, że można wypracować wewnętrzną
siłę. A wiedza ta inspiruje mnie do dalszych starań. I to
w porządku, że raz jest lepiej, a raz gorzej, nie muszę być
przecież cały czas na szczycie. Nieustanne utrzymywanie się na szczycie
to nieosiągalna utopia. Ale trochę więcej wewnętrznej siły na pewno
można wypracować. Mam nadzieję, że ta książka ci w tym pomoże. Że
moje przemyślenia i doświadczenia przyczynią się choć trochę do
tego, że wejdziesz na właściwą drogę. "Trochę" może bowiem
znaczyć bardzo wiele.
Niektórzy noszą ten
spokój w sobie. Pewność siebie i harmonia wręcz z nich
promienieją. Podstawowym uczuciem prowadzącym ich przez codzienność
jest przekonanie, że poradzą sobie z tym, co ich czeka. Chyba
rozumiesz, o co mi chodzi. Masz może przyjaciela albo babcię,
u których podziwiasz tę wewnętrzną siłę. Wzorów nie brakuje
również w literaturze. Istnieje też wiele postaci historycznych,
których nazwiska pojawiłyby się pewnie niejeden raz, gdybyśmy
przeprowadzili ankietę i zapytali respondentów o wzory wewnętrznej
siły. Nelson Mandela, Mahatma Gandhi, Matka Teresa, Martin Luther King
Jr., Joanna D'Arc. Niektórym siła wewnętrzna kojarzy się ze starym
mnichem, innym przychodzą na myśl bohaterowie filmów: Gandalf, pan
Miyagi albo Yoda. Mogą oni nas inspirować i wiele nauczyć.
Pracując nad wewnętrzną
siłą, nabierzesz cech, które podziwiasz u wymienionych wyżej
postaci. Poczujesz także, jak wyzwalasz reakcję łańcuchową,
dzięki której będziesz potrafił coraz lepiej żyć chwilą, być
obecnym "tu i teraz". Twoje życie nabierze dzięki temu nowej,
lepszej jakości.
RZEKA
Wyobraź sobie, że unosisz się na spienionych
wodach rzeki i płyniesz z jej nurtem. Nie zwracasz uwagi na
odgłosy. Są wokół ciebie, ale nie mają znaczenia. To odgłosy
wody. Ogłuszające, chaotyczne. Nie mają żadnego rytmu, nie rządzi
nimi żaden system. Gdyby ktoś wyłączył dźwięk, zauważyłbyś
jego brak. Ale nad jego obecnością się nie zastanawiasz. Stanowi
on naturalne uzupełnienie otoczenia, ścieżkę
dźwiękową twojego życia.
Ogromne masy wody przelewają się
z miejsca na miejsce, raz szybko i gwałtownie, raz powoli, meandrując
wielkimi łukami. Rzeka wydaje się cholernie pewna siebie. Porywa
cię, unosi, płynie do przodu bez skrupułów i nie żałując
niczego. Oczywiście, że tu jestem!, zdaje się szumieć. Oczywiście,
że płynę do ujścia!
Woda jest zimna, gdzieniegdzie pływają
w niej jeszcze nieroztopione grudki lodu. Masz na sobie piankę
i kamizelkę ratunkową, ale twoja zmarznięta twarz zrobiła się
cała czerwona. Twoje palce są skostniałe, ale nie zwracasz na to
uwagi. Płyniesz z nurtem, utrzymując dokładnie tę samą prędkość,
co woda. Jesteś przecież jej częścią. Skostniały. Niczym grudka
lodu, miotany z miejsca na miejsce, za następny zakręt, w górę
i w dół.
Woda pryska ci w twarz. Mrużysz oczy,
a gdy próbujesz je otworzyć, zalewają je nowe masy wody, nie
jesteś więc w stanie znów zmrużyć na czas powiek i rzeka cię
oślepia. Nie ma nawet sensu próbować płynąć. W jednej chwili
leżysz na brzuchu, w następnej - na plecach. Machasz rękoma
i nogami, starając się utrzymać głowę nad wodą i złapać
oddech. W chwili, gdy świeże powietrze wypełnia ci usta i krtań,
czujesz, jak do środka wlewa się lodowata woda. Kaszlesz, charczysz,
próbujesz pozostać na powierzchni. W następnej chwili zalewa cię
nowa fala, jesteś pod wodą, w udo uderza cię kamień i zostajesz
odwrócony na brzuch. Pracujesz rozpaczliwie rękoma, by znów się
wynurzyć po haust życiodajnego powietrza, ale twoje ciało zdążyło
zmienić pozycję. Ogarnia cię niepokój. Niepokój związany z tym,
że to się może źle skończyć. W ślad za nim pojawia się zaś
coś o wiele silniejszego, a zarazem gorszego: panika.
Nagle wszystko się uspokaja. Leżysz
na plecach. Dzięki piance i kamizelce ratunkowej unosisz się na
powierzchni bez większego wysiłku. Robisz głęboki wdech i ostrożnie
się uśmiechasz. Wypuszczasz powietrze z lekkim westchnieniem. Rzeka
płynie teraz szerszym korytem, nurt się uspokoił. Żadnych fal,
tylko drobne, delikatne zmarszczki na wodzie.
Przymykasz oczy i płyniesz dalej
z prądem. Uszy masz pod wodą. Jest cicho. Twoje ramiona unoszą
się spokojnie wzdłuż boków ciała. Słyszysz niemal bicie własnego
serca. Jesteś wolny. Sam. Wreszcie masz chwilę na oddech.
Starasz się nią cieszyć, ale nie do
końca ci to wychodzi. Bo znów pojawia się niepokój: "Jak długo
to potrwa?". Płyniesz powoli przed siebie.
Wodne masy znów zwiększają
tempo. Ogarnia cię poczucie beznadziei i niesprawiedliwości,
twój żołądek się zaciska. Co dalej? Otwierasz oczy i unosisz
głowę. Rzeka znów cię porywa: dostrzegasz, że koryto staje się
węższe, a nurt bystrzejszy. Nie masz wyboru. Pojmujesz, że znów
musisz podjąć walkę. Znów wytężyć wszystkie siły, znów mieć
się na baczności. Tym razem z mniejszym przekonaniem. Jeśliby
się dobrze zastanowić, to nie jesteś wcale pewien, czy masz jeszcze
ochotę i wolę walczyć. Może brakuje ci sił. A może nie widzisz
już sensu.
Dla wielu z nas życie jest właśnie taką
rzeką. Kierują nami siły będące poza naszą kontrolą. Kiedyś
mieliśmy wiele możliwości wyboru, ale po głębszym zastanowieniu
nie jesteśmy wcale pewni, czy poszliśmy za głosem serca. Podejmując
decyzję, miałeś może poczucie, że sam za nią odpowiadasz, ale
jest tyle różnych zmiennych pchających nas w określonym kierunku
- często nie jesteśmy ich nawet świadomi. Twoi rodzice mają
konkretne oczekiwania co do tego, na jakie zajęcia pozalekcyjne masz
uczęszczać i jakie zdobyć wykształcenie. W twoim kręgu znajomych
obowiązuje zestaw reguł, których starasz się przestrzegać. Normy
wyznaczane przez społeczeństwo mają na ciebie większy wpływ,
niż przypuszczasz. Pilni kierownicy działów marketingu firm całego
świata wydają miliardy na kierowanie twoimi wyborami. Robisz to, co
większość z nas: wkładasz piankę, wskakujesz do rzeki i pozwalasz
się nieść jej nurtowi. Płyniesz przez kolejne dni, tygodnie,
miesiące i lata. Unosisz się na rzece swojego życia z nadzieją,
że wszystko jakoś się ułoży.
Oczywiście niektórzy odbywają w ten
sposób całkiem miłą podróż. Można się nauczyć naprawdę dobrze
nawigować w rzecznym nurcie. Zdobyć wiedzę o tym, jak pracować
ciałem i odpychać się nogami, gdy na horyzoncie zamajaczy skała,
jak nie dać się na nią rzucić fali. Całe ciało przestawia się
z czasem na optymalne radzenie sobie z wodnymi masami. Jesteś
w stanie zahamować albo zwiększyć tempo. Ale mimo to nigdy nie
będziesz miał pełnej kontroli nad nurtem. Twoje możliwości będą
zawsze ograniczone do tego, co pozwoli ci zrobić woda. I nie zdołasz
zbyt długo płynąć pod prąd.
Unosząc się w korycie rzeki, nie
masz oglądu tego, co czeka cię po drodze. Nie możesz planować
kolejnych posunięć i nigdy nie czujesz, że panujesz nad swoim
życiem i przyszłością. Zdałeś się na łaskę i niełaskę nurtu
i wody. Nie jesteś wolny. Nie decydujesz o własnym życiu. Nie jesteś
w nim obecny i masz poczucie, że czas przepływa ci przez palce.
A potem przychodzi dzień, w którym
pojmujesz, że pragniesz być wolny i wytyczać swoją drogę tak, jak
sam sobie tego życzysz. Masz bowiem możliwość, by wyjść z rzeki,
zacząć podejmować własne decyzje i odbyć podróż marzeń.
ŚCIEŻKA
Idziesz przed siebie ścieżką. Nie wiesz do końca,
ku czemu właściwie podążasz, ale jesteś bardzo zadowolony. Tak
dobrze się czujesz we własnym ciele. Energia! Ścieżka wije się
między zaroślami, w których rosną jagody, i między wysokimi
świerkami. Musisz tylko uważać na korzenie drzew, które od czasu
do czasu przecinają ścieżkę. Wystają trochę nad ziemię i łatwo
się o nie potknąć. Promienie słońca próbują się przebić przez
gałęzie, niczym reflektory szperacze, oświetlające gdzieniegdzie
ziemię. Dokoła jest zielono.
Łatwo zapomnieć, jak dobrze się
kroczy taką ścieżką. Dopiero po wejściu do lasu myślimy sobie,
jakie to wspaniałe uczucie, i dochodzimy do wniosku, że warto
robić to częściej. Idziesz lekkim krokiem. Przepełnia cię
poczucie, że mógłbyś maszerować tak w nieskończoność,
że nic nie jest w stanie cię powstrzymać, że jesteś
niezwyciężony. W rzeczywistości wiesz, że to nieprawda, ale twoje
uczucia mówią inaczej! Ciało słucha
każdego polecenia wysyłanego przez mózg, myśli nie kłębią się
w głowie. Jest w niej jasno i spokojnie. Zaczynasz biec i ogarnia
cię szczęście, którym po prostu się cieszysz. Którym masz odwagę
się cieszyć. Czujesz, że barki masz opuszczone. Docierasz do polany,
słoneczne promienie grzeją ci kark, niemal parzą. Nad twoją głową
przelatuje trzmiel. Mija cię, nie zdążając w żadnym określonym
kierunku. Unosisz głowę i na niego spoglądasz, po czym ruszasz przed
siebie, po chwili zawracasz i cofasz się o kilka kroków, cały czas
patrząc na bezkresne niebo. Wzdychasz z rozkoszą. Powietrze jest
czyste. Niebo - bezchmurne i błękitne.
Znów zawracasz i zaczynasz biec
krótkimi, lekkimi susami. Czujesz, jak pot zrasza ci czoło,
i masz ochotę przyspieszyć, twój krok staje się nieco dłuższy,
przenosisz ciężar ciała na palce stóp, zaczynasz mocniej pracować
ramionami. Unosisz kolana wyżej, dalej, szybciej. Tętno wzrasta,
mięśnie pracują, czujesz wiatr we włosach. Cudownie! Biegniesz
ścieżką, prawa, lewa, od czasu do czasu skracasz krok, by nie potknąć
się o korzeń, ale tempo biegu jest zdecydowanie większe. Słyszysz
uderzenia swoich stóp o podłoże, rosnące wzdłuż wąskiej ścieżki
wrzosy smagają cię po łydkach. Oddychasz głębiej, otwierasz usta,
napełniasz płuca powietrzem, robisz wydech. Ścieżka zaczyna
piąć się w górę, a ty czujesz, że czas na nieco większy
wysiłek. Ha! Tempo! Czujesz się szybki, silny! Coraz większa
stromizna. Wbiegniesz na szczyt i trochę odpoczniesz. W górę,
w górę, w górę!
I wreszcie możesz się
zatrzymać. Opierasz dłonie na udach. Spoglądasz w dół. Po chwili
uspokajasz oddech. Tętno również wraca do normy, to znaczy, że jesteś
w dobrej formie. Ruszasz powoli dalej i stwierdzasz, że dotarłeś
do wąskiej szutrowej drogi. Przystajesz. Rozglądasz się na prawo
i lewo. Możesz wybrać. Albo pójdziesz dalej ścieżką, która wije
się po drugiej stronie drogi, albo zmienisz trasę. Wolność. Twój
wybór. To ty decydujesz i masz kontrolę. Jesteś w lesie sam, ale
bezpieczny. Uśmiechasz się i cieszysz życiem.
Lubię metaforę życia jako podróży, górskiej
ekspedycji. Na samym początku stoisz na niewielkim płaskowyżu
i roztacza się przed tobą wspaniały widok na głębokie doliny
i wysokie góry. Tuż pod tobą płynie przecinająca krajobraz
rzeka. Wpływa do doliny i niknie ci z oczu gdzieś w oddali. Góry
są monumentalne, dzikie i piękne. Biegnie przez nie wiele ścieżek
i dróg. Sam możesz zdecydować, którą wybierzesz.
Jako mały chłopiec pakowałem plecak
(zapewne z pomocą mamy), sznurowałem buty i szedłem jakieś
dwa kilometry do szkoły. W plecaku miałem mnóstwo nadziei
i oczekiwań. Wychodziłem z bezpiecznego "obozu bazowego",
gdzie miałem dobrych przewodników w osobach fantastycznych rodziców
i bezcenne wsparcie młodszej siostry. Szedłem kilkaset metrów ulicą
Olai Olsens vei, potem skręcałem w wąską ścieżkę, aż w końcu
docierałem do głównej szosy wioski Skogn w okręgu Tr?ndelag, która
wiodła już prosto do szkoły. Mimo że w drodze towarzyszył mi Ole
Bernt, mój najlepszy przyjaciel, a przy okazji największy chłopak
w klasie, który robił wszystko, by mnie wspierać, to czułem się
malutki - nie tylko fizycznie, ale także duchem. Kroczyłem trudną,
wymagającą trasą przez ciemną dolinę. Po pewnym czasie plecak
zaczynał mi ciążyć. Nie było mi jakoś strasznie trudno, ale nie
było też łatwo i przyjemnie. Nieczęsto spuszczano mi na szkolnym
podwórku lanie, ale zdarzało się dokuczanie, przykre komentarze,
popychanie i spojrzenia, od których nabierałem przekonania, że idę
przez leśne grzęzawisko. Po roku w Skogn przenieśliśmy się do gminy
V?ler w dystrykcie Sol?r, gdzie poszedłem do drugiej klasy. Nowy
"obóz bazowy" został rozbity zaledwie kilkaset metrów od szkoły,
ale mimo to ja nadal byłem w tej dziwnej dolinie. Pamiętam, jak
musiałem mobilizować się w drodze do szkoły, by powściągnąć
niepewność i przygotować się na wyzwania, o których wiedziałem,
że będą na mnie czekać. Powtarzałem sobie, że będę dziś pilnym
uczniem, że będę się zgłaszał do odpowiedzi na każde pytanie
nauczyciela. Zupełnie nieświadomie rozwinąłem u siebie poczucie
kontroli nad sytuacją, znajdując coś, w czym jestem dobry, pomimo
że wciąż szedłem doliną.
Na szkolnym podwórku często stałem
samotnie, przyglądając się innym. Patrzyłem, jak się bawią,
grają w piłkę, kapsle albo palanta. Z biegiem lat zacząłem
się zastanawiać, co mnie od nich różni. A chodziło tylko o to,
że byłem drobny, wymawiałem głoskę "r" inaczej niż oni,
nie najlepiej grałem w piłkę i (co może było najważniejsze)
brakowało mi wiary w siebie i pomysłu, jak dopasować się do grupy
rówieśników. Ale w tamtym miejscu i czasie niełatwo mi to było
zrozumieć.
Dlatego właśnie zacząłem szukać
nowych rozwiązań - byłem ciekaw, czy uda mi się znaleźć
inną drogę, ścieżkę, która wyprowadzi mnie z doliny. Żywo
zainteresowany i niepewny, chciałem odkryć jakieś wyjście z mojej
sytuacji. Nadzieja na to, że taka ścieżka istnieje, wezbrała we
mnie, gdy zacząłem czytać książki o znanych ludziach. Takich,
którzy zdołali uczynić ze swojego życia niezwykłą podróż
- wspięli się na najpiękniejsze góry, oglądali najbardziej
spektakularne widoki. Nie człapali biernie w dolinie, w której ja
wtedy byłem. Ich podróż coś im dawała: poczucie sensu, kontroli
nad sytuacją, satysfakcję. Byli częścią czegoś większego,
dzielili się swoimi zasobami z innymi, ubogacając ludzi wokół
siebie. Największą motywacją było dla mnie to, że wielu z nich
opowiadało o trudnych epizodach ze swojego życia, miało za sobą
niełatwe dzieciństwo. Było im dużo, dużo, dużo trudniej niż mnie,
a mimo to im się udało! Sławni ludzie stali się dla mnie ogromną
inspiracją, moimi tajemnymi, niewidzialnymi przyjaciółmi, z którymi
mogłem na co dzień rozmawiać. Napoleon, Thor Heyerdahl, Mahatma
Gandhi, Winston Churchill, Muhammad Ali i Thomas Edison pokazywali mi
drogę. Byłem przekonany, że wszyscy oni doświadczyli w swoim życiu
mnóstwa satysfakcji. Ja także do tego dążyłem.
Jako dziecko i nastolatek nauczyłem
się bardzo wiele od bardzo wielu inspirujących ludzi. Również
jako dorosły spotkałem w prawdziwym życiu osoby, na których się
wzorowałem. Zacząłem bardziej świadomie myśleć o tym, jak powoli,
lecz systematycznie ludzie ci podejmują kroki, by piąć się na coraz
większe wysokości, by w końcu te niemal niewidoczne, robione na co
dzień kroczki złożyły się na duże etapy trasy wiodącej przez
niezwykłe krajobrazy z fantastycznymi widokami. Ludzie ci mieli
w swoich plecakach coś, co im to umożliwiło. Nie tylko nadzieję
i oczekiwania, które wszak ja sam także od początku ze sobą
niosłem. Te małe kroczki, o których piszę, to wszystkie podejmowane
przez nas na co dzień niewielkie decyzje. Z czasem doszedłem do tego,
jakich narzędzi potrzeba, by odnieść sukces.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Tłumaczenie: Maciek Froński,
http://maciek-fronski.liternet.pl/tekst/william-ernest-henley-1849-1903-invictus-ang-pol