TU jest moja granica. Jak reagować na sygnały, które wysyła twoje ciało - Rolf Sellin

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Też tak czasem masz?

Czy czę­sto trudno ci odmó­wić czy­jejś proś­bie? Czy zda­rza się, że pra­cu­jesz bar­dzo długo bez żad­nych przerw, by następ­nego dnia stwier­dzić, że na nic nie masz siły? Czy czę­sto dajesz z sie­bie wię­cej, niż byłoby to wska­zane, patrząc z per­spek­tywy czasu? Czy w pew­nych sytu­acjach był­byś zdolny wpaść w furię? A może rze­czy­wi­ście w nią wpa­dasz? Czy zda­rzyło ci się zerwać kon­takty, które wcze­śniej były bar­dzo bli­skie? Czy masz cza­sem poczu­cie, że zbyt długo wysłu­chu­jesz innych, pod­czas gdy nikt nie chce wysłu­chać cie­bie, gdy tego potrze­bu­jesz? Czy spę­dza­nie czasu z innymi ludźmi czę­sto uwa­żasz za wyczer­pu­jące? Czy w kon­tak­tach z innymi zda­rza ci się tra­cić z oczu wła­sny punkt widze­nia? Czy czu­jesz przy­mus zga­dza­nia się z innymi i przyj­mo­wa­nia ich punktu widze­nia? Czy zda­rza ci się długo wykrę­cać od odpo­wie­dzi, gdy nie chcesz przy­jąć zapro­sze­nia? Czy zda­rza się, że łamiesz sobie głowę nad pro­ble­mami innych ludzi, po czym spo­ty­kasz się z odrzu­ce­niem, gdy przed­sta­wiasz pro­po­zy­cję roz­wią­za­nia? Czy czę­sto jesz ponad miarę? Czy czę­sto uzna­jesz sprawy innych ludzi za waż­niej­sze od two­ich wła­snych? Czy zda­rza się, że pod­czas wizyty lub przy­ję­cia sie­dzisz jak na roz­ża­rzo­nych węglach? Wła­ści­wie chciał­byś już wró­cić do domu, ale nie masz śmia­ło­ści, żeby poże­gnać się i wyjść. Czy nie­kiedy trudno ci jest ode­rwać się od tele­wi­zora czy kom­pu­tera i następ­nego dnia jesteś przez to nie­do­spany? Czy zda­rza się, że zga­dzasz się na coś lub obie­cu­jesz coś bez namy­słu? I czy potem trudno ci jest dotrzy­mać słowa? Jeżeli ty rów­nież wolał­byś odpo­wied­nio wcze­śnie robić sobie prze­rwę, żeby osta­tecz­nie móc zdzia­łać wię­cej, jeśli ty rów­nież chcesz lepiej o sie­bie zadbać, jeśli chciał­byś umieć w odpo­wied­nim momen­cie powie­dzieć "nie", jeśli chciał­byś mieć wię­cej swo­body w kon­tak­tach z innymi, jeżeli nie chciał­byś docho­dzić do punktu, w któ­rym zerwa­nie kon­tak­tów wydaje się jedy­nym moż­li­wym wyj­ściem, jeśli postawa "wszystko albo nic" nie wydaje ci się naj­lep­szym roz­wią­za­niem, jeśli masz już dosyć sytu­acji, w któ­rych ni­gdy nie wycho­dzisz na swoje, jeżeli ty rów­nież chciał­byś wie­dzieć, na czym sto­isz w życiu,

to w niniej­szej książce znaj­dziesz wiele waż­nych infor­ma­cji i kon­kret­nych rad, które pozwolą ci w porę sta­wiać gra­nice w codzien­nym życiu. Test samo­oceny oraz pyta­nia do zasta­no­wie­nia zamiesz­czone pod koniec pierw­szego roz­działu pozwolą ci lepiej ziden­ty­fi­ko­wać sfery życia, w któ­rych warto byłoby roz­bu­do­wać umie­jęt­no­ści sta­wia­nia gra­nic.

Przedmowa

"Wyznacz wresz­cie gra­nice!" -?ale jak?

"Postaw wresz­cie gra­nice!" Ba, łatwo powie­dzieć. Ile razy zda­rzyło nam się już sły­szeć coś takiego. I to aku­rat wtedy, kiedy była to ostat­nia rzecz, jaką potrze­bo­wa­li­śmy usły­szeć! Daw­niej, gdy sam nie umia­łem jesz­cze sta­wiać gra­nic, nie raz i nie dwa musia­łem pokor­nie wysłu­chi­wać takich "mądro­ści". Nie mogę powie­dzieć, by były szcze­gól­nie pomocne. Wprost prze­ciw­nie, spra­wiały, że moja sytu­acja robiła się jesz­cze trud­niej­sza do znie­sie­nia. Bo nie dość, że wal­czy­łem z tym, czemu wła­śnie nie potra­fi­łem posta­wić gra­nic, to jesz­cze czu­łem się roz­cza­ro­wany, że ktoś, komu zwie­rzy­łem się ze swo­ich kło­po­tów, nie tylko mnie nie zro­zu­miał ani mi nie pomógł, ale, co gor­sza, baga­te­li­zo­wał moją sytu­ację, wyko­rzy­stu­jąc taki wła­śnie okle­pany fra­zes. Zda­rzało się, że był to ktoś, kogo przy innej oka­zji wysłu­cha­łem z cier­pli­wo­ścią i ze zro­zu­mie­niem i komu pomo­głem sta­nąć na nogi. I oto nagle zde­rza­łem się z fak­tem, że ten sam czło­wiek po pro­stu odgro­dził się od moich pro­ble­mów i nie mogę do niego dotrzeć. Nie­stety jed­nak nie zdra­dził mi, co kon­kret­nie powi­nie­nem robić, żeby w danej sytu­acji osią­gnąć stan zwany "odgra­niczeniem się". Krótko mówiąc, musia­łem teraz wyzna­czyć gra­nice nie tylko wzglę­dem tego, co było począt­ko­wym źró­dłem moich pro­ble­mów, ale na doda­tek wobec czło­wieka, który tak nie­fra­so­bli­wie się na ten temat mądrzył! W dal­szym ciągu nie mia­łem jed­nak poję­cia, jak to zro­bić. Tyle że pre­sja wzro­sła.

Wszy­scy wie­dzą, że umie­jęt­ność sta­wia­nia gra­nic jest konieczna. Na każ­dym kroku ktoś nas do tego nama­wia i zachęca. Naj­czę­ściej jed­nak pora­dom tym nie towa­rzy­szą żadne spraw­dzone metody, które mogli­by­śmy zre­ali­zo­wać w prak­tyce.

Nie­ja­sne też jest, gdzie dokład­nie należy wyzna­czyć owe gra­nice. A nawet jeśli opa­nu­jemy taką czy inną metodę odgra­ni­cza­nia się, czę­sto i tak nie udaje się jej wcie­lić w życie, bo poja­wiają się nie­ocze­ki­wane prze­szkody i nasze wysiłki speł­zają na niczym. I wła­śnie tej tema­tyce poświę­cona jest niniej­sza książka: czym są gra­nice i gdzie tak naprawdę prze­bie­gają, a także co kon­kret­nie można zro­bić, by się odgra­ni­czyć men­tal­nie, fizycz­nie (z wyko­rzy­sta­niem okre­ślo­nych sygna­łów komu­ni­ka­cyj­nych), a także ener­ge­tycz­nie. Oma­wiam w niej też wspo­mniane wyżej prze­szkody oraz ewen­tu­alny opór, na który możemy natra­fić, a także przed­sta­wiam metodę, która wykra­cza poza samo sta­wia­nie gra­nic. Pomaga ona w sytu­acjach, w któ­rych nie mamy żad­nej moż­li­wo­ści, żeby się odgra­ni­czyć.

Na czym NIE polega stawianie granic

Cały czas sty­kam się w tej kwe­stii z roz­ma­itymi nie­po­ro­zu­mie­niami, dla­tego to od niej chciał­bym zacząć. Pod poję­ciem odgra­ni­cze­nia nie­któ­rzy rozu­mieją wzno­sze­nie wokół sie­bie murów nie do sfor­so­wa­nia, cał­ko­wite wyco­fa­nie się ze świata albo zerwa­nie kon­tak­tów. W opi­nii takich osób moż­liwe są tylko dwa roz­wią­za­nia: albo jeste­śmy cał­ko­wi­cie otwarci na wszyst­kich i wszystko, albo cał­ko­wi­cie się zamy­kamy. Albo - albo i nic pośrodku. Kie­dyś też się tak zacho­wy­wa­łem. Albo byłem otwarty na innych w spo­sób gra­ni­czący z naiw­no­ścią, a tym samym podatny na ewen­tu­alne zra­nie­nia, albo też zra­niony wyco­fy­wa­łem się nie­uf­nie i odgra­dza­łem od innych, tylko dla­tego, że wcze­śniej byłem zde­cy­do­wa­nie zbyt otwarty. W skraj­nym przy­padku zda­rzyło mi się nawet cał­ko­wi­cie zerwać kon­takty. Wszyst­kie te błędy prze­ćwi­czy­łem na wła­snej skó­rze! Nie­kiedy zresztą pomy­łek po pro­stu nie da się unik­nąć. Z per­spek­tywy czasu jestem wręcz za nie wdzięczny, bo błędy, poczu­cie winy i ból pozwa­lają na uświa­do­mie­nie sobie pew­nych rze­czy i roz­wój. Dopiero stop­niowo zaczy­na­łem rozu­mieć, że pomię­dzy tymi dwiema skraj­nymi posta­wami ist­nieje jesz­cze nie­skoń­cze­nie wiele bar­dziej zniu­an­so­wa­nych moż­li­wo­ści utrzy­my­wa­nia bli­sko­ści lub zacho­wy­wa­nia dystansu. Wła­śnie pre­cy­zyjne wyre­gu­lo­wa­nie mecha­ni­zmu otwie­ra­nia się i zamy­ka­nia pozwala nam na praw­dziwe spo­tka­nie z innymi i bli­skość. Nie pozwala za to nam samym zagu­bić się i stra­cić z oczu wła­snych potrzeb, chroni też przed ewen­tu­al­nym zra­nie­niem bądź wyko­rzy­sta­niem.

Dopiero wów­czas można mówić o umie­jęt­nym odgra­ni­cza­niu się: cho­dzi o to, by w okre­ślo­nych sytu­acjach każ­do­ra­zowo usta­na­wiać odpo­wied­nie pro­por­cje pomię­dzy bli­sko­ścią a dystan­sem. To wła­śnie wtedy, wycho­dząc innym naprze­ciw, wciąż jeste­śmy świa­domi sie­bie samych -?jeste­śmy w kon­tak­cie z innymi, nie zatra­ca­jąc wła­snej odręb­no­ści. Sta­wia­jąc gra­nice, wcale nie wyklu­czamy dru­giej osoby. Odgra­ni­cza­nie się nie ma nic wspól­nego ze wzno­sze­niem murów i zry­wa­niem kon­tak­tów. To wła­śnie dzięki jasno wyty­czo­nym gra­ni­com moż­liwa jest komu­ni­ka­cja i przy­jaźń. Gra­nice umoż­li­wiają sta­bilne sto­sunki spo­łeczne, a nawet pokój i har­mo­nię. Jak mówi nie­miec­kie przy­sło­wie: gdzie dobre płoty, tam dobrzy sąsie­dzi!

Granice nie tylko wobec innych

Ludzie czę­sto przy­my­kają oczy na to, jak sami przy­czy­niają się do prze­kra­cza­nia swo­ich wła­snych gra­nic -?na przy­kład wysy­ła­jąc nie­ja­sne sygnały komu­ni­ka­cyjne. Być może wręcz for­mu­łują ukryte zapro­sze­nia, by jed­nak pró­bo­wać podejść nieco bli­żej. W skraj­nych przy­pad­kach cał­kiem zapo­mi­namy, że wcze­śniej roz­da­li­śmy liczne "kupony raba­towe" i wysta­wi­li­śmy "czeki in blanco". Nie­któ­rzy z nas nie dostrze­gają też wła­snej ten­den­cji do prze­kra­cza­nia gra­nic innych, po pro­stu dla­tego, że w ogóle nie zdo­łali wykształ­cić w sobie zro­zu­mie­nia, czym są gra­nice.

Jed­nak bodaj naj­czę­ściej naru­szamy je w kon­tak­cie z samymi sobą. Tym­cza­sem ważne są nie tylko gra­nice wobec innych ludzi, ale także wła­sne, na przy­kład w odnie­sie­niu do naszej wydaj­no­ści, wyma­gań wobec życia i wobec samych sie­bie. Jeżeli w nie­skoń­czo­ność zwięk­szamy pre­sję, jaką na sie­bie wywie­ramy, w rze­czy­wi­sto­ści osią­gamy coraz mniej. Cier­pimy wów­czas nie tylko wsku­tek wewnętrz­nego nie­za­do­wo­le­nia - poja­wiają się też dole­gli­wo­ści, które w grun­cie rze­czy sta­no­wią opóź­nione mel­dunki naszej "straży gra­nicz­nej".

Nawet ta książka powstała dzięki umie­jęt­no­ści odgra­ni­cza­nia. Bez roz­gra­ni­cze­nia tema­tów, bez ogra­ni­cze­nia się do okre­ślo­nej obję­to­ści, bez odgro­dze­nia się od innych kwe­stii i sku­pie­nia tylko na tym, co można prze­ka­zać za pomocą słów, raczej nic by z tego nie wyszło. Hipo­te­tyczna książka "bez gra­nic" byłaby o wiele za długa, znacz­nie droż­sza, a w ogóle naj­pew­niej do dziś by nie powstała... Wresz­cie prze­cież i ty możesz poświę­cić tylko ogra­niczony czas tema­tyce sta­wia­nia gra­nic, bo życie składa się z wielu innych pro­ble­mów, a także wielu innych zajęć niż czy­ta­nie.

Nie tylko dla osób o zbyt cienkiej skórze

Moją pierw­szą książkę Wenn die Haut zu dünn ist: Hochsensibilit?t - vom Manko zum Plus (Gdy skóra jest zbyt cienka: Wysoka wraż­li­wość - jak z wady zro­bić zaletę) poświę­ci­łem wysoko wraż­li­wym oso­bom (WWO, ang. highly sen­si­tive per­sons), do któ­rych sam się zali­czam. Osoby wysoko wraż­liwe to ludzie odbie­ra­jący wię­cej bodź­ców niż pozo­stali. Spo­glą­dają poza gra­nicę wła­snego płotu i widzą wię­cej: w swoim wła­snym ogródku, a czę­sto także w ogród­kach innych. W rezul­ta­cie muszą także prze­twa­rzać odpo­wied­nio wię­cej bodź­ców. Osoby wysoko wraż­liwe, które spró­bo­wały się dopa­so­wać i wło­żyły sporo wysiłku, by zmniej­szyć wła­sną przy­ro­dzoną wraż­li­wość, mają gene­ral­nie pro­blem ze sta­wia­niem gra­nic. W efek­cie zwy­kle nie są zin­te­gro­wane i nie zacho­wują rów­no­wagi ener­ge­tycz­nej. Na przy­kład pod­czas roz­mowy dosłow­nie zamie­niają się w słuch i czę­sto zatra­cają w swoim roz­mówcy. Tym­cza­sem ktoś, kto w sen­sie ener­ge­tycz­nym nie jest "u sie­bie", nie będzie także potra­fił sta­wiać gra­nic.

Ci wraż­liwcy, któ­rzy znają już Wenn die Haut zu dünn ist, mogą potrak­to­wać książkę Tu jest moja gra­nica jako jej kon­ty­nu­ację, znajdą tu bowiem jesz­cze wię­cej prak­tycz­nych wska­zó­wek, przy­dat­nych w codzien­nym życiu. Jed­nak niniej­sza książka z całą pew­no­ścią jest prze­zna­czona nie tylko dla osób wysoko wraż­li­wych, ale dla wszyst­kich czy­tel­ni­ków mają­cych pro­blemy ze sta­wia­niem gra­nic, a więc dla mnó­stwa osób, któ­rych wraż­li­wość cał­ko­wi­cie mie­ści się w nor­mie. Jeżeli jed­nak w trak­cie lek­tury zła­piesz się kilka razy na myśli, że być może i ty nale­żysz do grupy WWO (bo prze­cież sza­cuje się, że jest to od 15 do 20 pro­cent ludzi), pole­cam ci zapo­zna­nie się z moją pierw­szą książką. Poza wszyst­kim innym zawiera ona także dwa testy, z któ­rych dowiesz się, czy ty sam (lub twoje dziecko) zali­czasz się do osób wysoko wraż­li­wych1.

Przekartkować czy przestudiować -?wybór należy do ciebie

Już moja pierw­sza książka stała się dla wielu osób wierną towa­rzyszką codzien­nego życia, nie­mal czymś w rodzaju ksią­żeczki do nabo­żeń­stwa, która na długi czas zna­la­zła stałe miej­sce na sto­liku noc­nym czy biurku. Po nie­któ­rych egzem­pla­rzach od razu było widać, jak inten­syw­nie były czy­tane, na przy­kład co kilka stron ktoś zazna­czał kar­tecz­kami ważne frag­menty. Nie­mal na każ­dej stro­nie pod­kre­ślano coś ołów­kiem lub kolo­ro­wym mar­ke­rem. Nie było wąt­pli­wo­ści, że lek­tura towa­rzy­szy czy­tel­ni­kowi na co dzień i że on na­dal z nią pra­cuje. Rów­nież i ta książka pomy­ślana została jako kom­pen­dium. Choćby dzięki wielu przed­sta­wio­nym tutaj meto­dom można korzy­stać z niej aktyw­nie przez dłuż­szy czas.

Tu jest moja gra­nica to wię­cej niż tylko zbiór infor­ma­cji na temat sta­wia­nia gra­nic. To także wiele kon­kret­nych instruk­cji, jak dokład­nie to robić, i zachęt do samo­dziel­nego wypró­bo­wa­nia poszcze­gól­nych metod. Dla­tego może towa­rzy­szyć ci przez długi czas. Być może na początku prze­czy­tasz ją dość pobież­nie, by zorien­to­wać się w tre­ści i zro­zu­mieć, jak brak umie­jęt­no­ści sta­wia­nia gra­nic wpływa na twoje życie, a dopiero póź­niej wypró­bu­jesz kon­kretne tech­niki, które sta­no­wią o wła­ści­wej war­to­ści tej książki. Lek­tura taka jak ta ma dużo do zaofe­ro­wa­nia czy­tel­ni­kowi, ale też odpo­wied­nio dużo od niego wymaga. Czy­ta­jąc tę książkę, będziesz musiał roz­strzy­gnąć, na ile chcesz dopu­ścić do sie­bie tę wie­dzę, a w któ­rym miej­scu posta­wisz gra­nicę.

Naukę sta­wia­nia gra­nic też trzeba ogra­niczać

Kwe­stię ogra­ni­cza­nia się i sta­wia­nia gra­nic innym omó­wię tutaj nie tylko teo­re­tycz­nie, ale też jak naj­bar­dziej prak­tycz­nie, z pre­zen­ta­cją kon­kret­nych metod. Co wię­cej: nawet przy nauce wyko­rzy­sta­nia tech­nik sta­wia­nia gra­nic możesz uczyć się je sta­wiać samemu sobie. Mówiąc pro­ściej: nie prze­sadź z wypró­bo­wy­wa­niem wszyst­kiego za jed­nym zama­chem.

Lepiej wyko­rzy­stać kilka metod niż wszyst­kie naraz. Jeżeli spró­bu­jesz robić zbyt wiele jed­no­cze­śnie, w osta­tecz­nym roz­ra­chunku osią­gniesz znacz­nie mniej. Dla­tego ogra­ni­czaj się sam, nawet jeśli wiesz, że już na kolej­nych stro­nach znaj­dziesz wię­cej, a potem jesz­cze wię­cej. Daj sobie czas, choćby kwe­stia sta­wia­nia gra­nic była w twoim przy­padku paląca. Krok po kroku -?tylko w ten spo­sób zdo­łasz się cze­goś nauczyć i posze­rzyć swoje moż­li­wo­ści dzia­ła­nia.

"Wszystko da się zrobić!"

Czy w ogóle chcemy się ogra­ni­czać?

Więk­szość ludzi nie lubi słu­chać o takich czy innych gra­ni­cach. Świat bez gra­nic -?któż by go nie pra­gnął? Rów­nież i moje naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nia zwią­zane z gra­nicami nie są naj­lep­sze. Zaraz za wsią, w któ­rej spę­dzi­łem pierw­sze lata życia, zaczy­nała się pil­nie strze­żona strefa gra­niczna. Doro­śli wciąż jesz­cze opo­wia­dali sobie histo­rie o tych, któ­rzy pró­bo­wali ją prze­kro­czyć, ale im się to nie udało. A jesz­cze póź­niej prak­tycz­nie nie było szans, by bez szwanku prze­śli­znąć się przez meta­lowe płoty wypo­sa­żone w urzą­dze­nia samo­strze­la­jące. Na tym nie koniec: kon­troli gra­nicznych w pocią­gach mię­dzy­stre­fo­wych2 też zawsze wycze­ki­wano z drżą­cym ser­cem.

Rów­nież z gra­ni­cami w sen­sie meta­fo­rycz­nym -?a o takich jest prze­cież mowa w tej książce -?nie mia­łem wcale począt­kowo dobrych doświad­czeń. Gdy jako chło­piec posu­wa­łem się za daleko, zda­rzało się, że mój tak zwy­kle dobro­duszny i tole­ran­cyjny ojciec nagle poka­zy­wał zupeł­nie inną twarz, zaczy­nał wrzesz­czeć i tra­cił pano­wa­nie nad sobą. Radził sobie z gra­ni­cami tak samo kiep­sko, jak moja matka. Ona jed­nak nie wybu­chała zło­ścią, tylko mil­kła i bla­dła jak ściana. Na­dal robiła to, co trzeba było zro­bić przy dzie­ciach, jed­nak sta­wała się dla nas cał­ko­wi­cie nie­do­stępna. Te gra­nice dawało się odczuć dopiero wów­czas, gdy wią­zało się to z eks­plo­zją bądź implo­zją, a więc wtedy, gdy było już za późno. Przy tej oka­zji ktoś zawsze czuł się winny. A nie­kiedy doty­czyło to wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych.

Mógł­bym też co prawda dostrzec odwrotną stronę medalu, czyli korzy­ści z jasno wyty­czo­nych w dzie­ciń­stwie gra­nic. Te jed­nak rzu­cały się w oczy znacz­nie sła­biej, ponie­waż były czymś zupeł­nie codzien­nym i zwy­czaj­nym. Przy­cho­dzi mi na myśl nasze ogro­dze­nie z buko­wym żywo­pło­tem -?dzięki tej gra­nicy mogli­śmy się jako dzieci bawić w ogro­dzie bez niczy­jego nad­zoru, bez­piecz­nie odgro­dzeni od ulicy. A pomię­dzy żywo­pło­tem a rabat­kami nasze koty mogły spo­koj­nie drze­mać i prze­cią­gać się do woli, nawet wtedy, gdy po dru­giej stro­nie płotu psy sąsia­dów uja­dały jak sza­lone. Kiedy chcia­łem mieć święty spo­kój, mogłem zamknąć za sobą drzwi do swo­jego pokoju, rów­nie dobrze jed­nak mogłem zosta­wić je otwarte, gdy nie chcia­łem czuć się samotny pod­czas odra­bia­nia prac domo­wych. Ale nawet przy otwar­tych drzwiach jasne było, że tu wła­śnie jest moje kró­le­stwo. Stał tam stary sekre­ta­rzyk, w któ­rym odkry­łem szu­fladkę otwie­raną za pomocą spe­cjal­nego mecha­ni­zmu. Z początku prze­cho­wy­wa­łem w niej różne dzie­cięce skarby, potem pamięt­nik, któ­remu zwie­rza­łem się z moich sekre­tów. Szczypta mąki w cha­rak­te­rze proszku do zdej­mo­wa­nia odci­sków pal­ców zdra­dzi­łaby mi ewen­tu­alne naj­ście. Wszyst­kie te gra­nice zapew­niały ochronę i pozwa­lały uzy­skać spo­kój, har­mo­nię i wol­ność.

Ideologia bezgraniczności

Jed­nak w dzi­siej­szych cza­sach domi­nuje raczej podej­ście odwrotne. Należy mie­rzyć wysoko i spo­glą­dać daleko poza wła­sne gra­nice. Dzie­siątki reklam prze­ko­nują nas, by kupić dziś, a zapła­cić... dużo, dużo póź­niej. Pokus, by wykra­czać daleko poza wła­sne gra­nice, nie bra­kuje. Choćby w sen­sie finan­so­wym -?za wszystko można prze­cież zapła­cić kartą. Łatwo w takiej sytu­acji stra­cić roze­zna­nie, gdzie znaj­dują się gra­nice naszego budżetu. Cios przy­cho­dzi z opóź­nie­niem, ale jego siła może oka­zać się nisz­cząca i spra­wić, że znaj­dziemy się w sytu­acji jesz­cze gor­szej niż wyj­ściowa. Na koniec bowiem drogo się płaci za pozor­nie nie­ogra­ni­czoną swo­bodę finan­sową. Rezul­ta­tem myśle­nia w kate­go­riach nie­ogra­ni­czo­nego wzro­stu był nie tylko glo­balny kry­zys ban­kowy z 2008 roku, ale także wiele pomniej­szych indy­wi­du­al­nych kry­zysów -?nie tylko na płasz­czyź­nie finan­so­wej.

Reklamy i media nie­ustan­nie kuszą nas, by prze­kra­czać wła­sne gra­nice. Ilu­zja nie­ogra­ni­czo­no­ści mami nas i utwier­dza w prze­ko­na­niu, że wszystko i zawsze jest dostępne dla każ­dego. Doty­czy to zresztą roz­ma­itych sfer życia, choćby wyma­gań pod adre­sem wydaj­no­ści wła­snej i innych. A jeśli wciąż jesz­cze nie udało nam się speł­nić tych wyma­gań, ide­olo­gia bez­gra­nicz­no­ści natych­miast pod­suwa nam zgrabne wyja­śnie­nie: tak naprawdę wcale tego nie pra­gnę­li­śmy! Ten spo­sób myśle­nia zna­lazł bodaj naj­do­bit­niej­szy wyraz w pio­sence You can get it, if you really want. Swo­bodny, koły­szący rytm reg­gae two­rzy dla niego dosko­nały kamu­flaż.

Ide­olo­gia bez­gra­nicz­no­ści zakłada, że nie ist­nieją gra­nice tego, co można osią­gnąć, zwo­dzi też wizją pozor­nej rów­no­ści. Zgod­nie z nią wszy­scy mamy rze­komo równe warunki star­towe, takie jak zdol­no­ści, talenty, uwa­run­ko­wa­nia fizyczne, zdro­wotne i spo­łeczne, a na dro­dze życio­wej każ­dego z nas w rów­nym stop­niu poja­wiają się nie­ocze­ki­wane szczę­śliwe zrzą­dze­nia losu i korzystne oka­zje, a także prze­szkody. Taką wizję pozor­nej rów­no­ści wyko­rzy­stuje się następ­nie spryt­nie do ukry­cia fak­tycz­nych nierów­no­ści spo­łecz­nych i ostra­cy­zmu wobec tych, któ­rym się gorzej powio­dło: "Skoro cze­goś nie osią­gnął, to zna­czy, że po pro­stu wcale nie chciał nic zmie­niać!".

Wiecznie niezadowoleni, wiecznie na minusie

Sie­dem­na­sto­let­nią Nicole chyba każdy uznałby za piękną młodą kobietę. Chło­pa­kom w jej wieku też się bar­dzo podoba. Jed­nak matka Nicole wie, jak bar­dzo dziew­czyna cierpi z powodu swego wyglądu: sama sie­bie by­naj­mniej nie uważa za atrak­cyjną. Czę­sto długo stoi przed lustrem i w efek­cie wpada w taką roz­pacz, że matce bar­dzo trudno wycią­gnąć ją z dołka. Potem nastę­pują cią­gnące się w nie­skoń­czo­ność kry­tyczne roz­wa­ża­nia Nicole na temat szcze­gó­łów jej wyglądu, od kształtu i roz­miaru biu­stu przez talię i bio­dra, aż po nos, który kie­dyś, gdy już będzie miała wła­sne pie­nią­dze, może sobie poprawi chi­rur­gicz­nie. Kon­cen­tra­cja na domnie­ma­nych wadach i cią­głe porów­ny­wa­nie się z innymi zatru­wają życie dziew­czyny, które prze­cież mogłoby być rado­sne i bez­tro­skie...

Powszech­nie wia­domo, że takie pro­blemy drę­czą wiele mło­dych dziew­cząt. Ale i ich rówie­śnicy płci męskiej nie są wolni od tego cię­żaru. Z podob­nymi kło­po­tami zmaga się też wielu szcze­gól­nie podat­nych na wpływ mediów nasto­let­nich chłop­ców, poszu­ku­ją­cych wzor­ców i auto­ry­te­tów. Doty­czy to także Kar­stena, brata Nicole. Uważa on, że nie jest dosta­tecz­nie męski i wylu­zo­wany, nawet jeśli tak wła­śnie stara się pre­zen­to­wać na zewnątrz. Nie­kiedy zda­rza mu się z tym prze­sa­dzać, czym z kolei rani rodzi­ców. W dodatku ich matka wciąż zadaje sobie pyta­nie, jakie błędy wycho­waw­cze popeł­niła. Prze­cież zawsze robiła dla swo­ich dzieci wszystko! W trak­cie roz­mowy dociera do niej, jak wielką pre­sję wywiera na samą sie­bie, sta­wia­jąc sobie tak wyso­kie wyma­ga­nia: jako kobie­cie, jako part­nerce, jako matce, a na doda­tek jako pra­cow­nicy... We wszyst­kich tych sfe­rach uważa sie­bie za nie dość dobrą, a nie­kiedy cał­kiem nie­udolną, mimo że obiek­tyw­nie nie ma ku temu żad­nych pod­staw. Naprawdę zro­biła wszystko, co mogła, i osią­gnęła bar­dzo wiele.

Wszyst­kie te sytu­acje mają jeden punkt wspólny: otóż stan fak­tyczny z jego nie­od­łącz­nymi ogra­ni­cze­niami porów­nuje się tu z pozba­wio­nym jakich­kol­wiek ogra­ni­czeń sta­nem wyobra­żo­nym, tym, co naszym zda­niem powinno zaist­nieć. W ten spo­sób ludzie sami two­rzą sobie pro­blem, który nie ist­niałby na taką skalę, gdyby nie owo wyobra­że­nie, że można mieć zawsze wszystko, bez żad­nych ogra­ni­czeń. To, co jest, uzna­jemy za mierne lub nie­do­sta­teczne, bo uka­zuje nam naszą ogra­ni­czo­ność. Nie dostrze­gamy już zalet stanu fak­tycz­nego, pomi­jamy to, co udało nam się osią­gnąć. Gdy pozba­wiony wszel­kich ogra­ni­czeń stan wyobra­żony uznaje się za punkt wyj­ścia, zaczy­namy żyć w wiecz­nym defi­cy­cie. Ide­olo­gia bez­gra­nicz­no­ści to spraw­dzony spo­sób na to, by uniesz­czę­śli­wić samego sie­bie i żyć w cią­głym poczu­ciu nie­za­do­wo­le­nia. Tym­cza­sem spoj­rze­nie na to, co już zostało osią­gnięte, daje nam poczu­cie speł­nie­nia i spra­wia, że raczej sku­piamy się na rubryce "zysków" niż "strat". Zaś dąże­nie do tego, co jest moż­liwe do osią­gnię­cia, spra­wia, że w ogra­ni­czo­nym zakre­sie rze­czy­wi­ście nam się to udaje i możemy doświad­czać kolej­nych suk­ce­sów, jed­nego po dru­gim.

Żeby unik­nąć nie­po­ro­zu­mień: nie cho­dzi o to, by zastę­po­wać sze­roko roz­po­wszech­niony pesy­mizm jed­no­stron­nym opty­mi­zmem albo by pół­prawdy nega­tyw­nego myśle­nia zamie­niać na świa­do­mie wybraną igno­ran­cję myśle­nia pozy­tyw­nego. Cho­dzi o to, by zasta­no­wić się, jak wpływa na nas wizja braku wszel­kich gra­nic, jak może nas ona osła­biać i uniesz­czę­śli­wiać. Gdy pomi­jamy i lek­ce­wa­żymy swoje aktu­alne gra­nice, zwy­kle wpa­damy w absur­dalne błędne koło: sta­ramy się ze wszyst­kich sił, a jed­no­cze­śnie czu­jemy się bez­silni i nie osią­gamy zbyt wiele. W rezul­ta­cie cały czas pozo­sta­jemy na minu­sie. Wów­czas albo pod­da­jemy się i popa­damy w rezy­gna­cję, albo ponow­nie zwięk­szamy pre­sję na sie­bie samych i spi­namy się jesz­cze bar­dziej. Tyle że na dłuż­szą metę jesz­cze bar­dziej nas to osła­bia.

Ktoś, kto nie potrafi sta­wiać gra­nic, jest też ide­al­nym pra­cow­ni­kiem, bo nie­ustan­nie sam wywiera na sie­bie pre­sję, aż cał­kiem się wypali. Kiedy sami uwa­żamy, że cze­goś nam brak, skłonni jeste­śmy dosto­so­wy­wać się za wszelką cenę i łatwo wtedy nami ste­ro­wać. Jako kon­su­menci nie zauwa­żamy tego wszyst­kiego, co już mamy, dostrze­ga­jąc tylko to, czego wła­śnie nie mamy, i gorącz­kowo za tym goniąc. Kupione pro­dukty tracą urok już przy roz­pa­ko­wy­wa­niu. Bo oto już kusi nas naj­now­szy model, który jesz­cze prze­wyż­sza dotych­cza­sowy. A ponie­waż nie umiemy się ogra­niczać, musimy go zdo­być, nawet jeśli nie wypró­bo­wa­li­śmy jesz­cze moż­li­wo­ści dopiero co naby­tej rze­czy. Poza tym wszy­scy prze­cież tak robią, my zaś nie potra­fimy sta­wiać gra­nic rów­nież w kon­tak­tach z innymi. Zawo­dzimy rów­nież jako oby­wa­tele, bo nasza otwar­tość na wszyst­kie pro­blemy całego świata spra­wia, że nie dostrze­gamy zadań wokół nas, za które rze­czywiście mogli­by­śmy się zabrać. W rezul­ta­cie brak nam sił do pod­ję­cia kon­kret­nych oby­wa­tel­skich dzia­łań. Gdy nie potra­fimy się samoogra­niczać, wciąż uzna­jemy, że cze­goś nam bra­kuje, a przez to sta­jemy się nie­by­wale podatni na mani­pu­la­cję.

W swo­jej książce Vom Haben zum Sein: Wege Und Irr­wege der Selb­ser­fah­rung (Od mieć do być: Drogi i bez­droża samo­po­zna­nia) Erich Fromm ana­li­zuje kwe­stię przej­ścia od "mieć" do "być". Sądzę, że w obec­nym kli­ma­cie spo­łecz­nym nale­ża­łoby naj­pierw przejść od "chcieć mieć" do "mieć", zanim w ogóle będzie można otwo­rzyć się na zmianę ku "być".

Ogra­nicz swój "plac budowy"

Nikt nie jest w sta­nie jed­no­cze­śnie sku­tecz­nie dzia­łać na wszyst­kich fron­tach. Zasta­nów się: w jakiej sfe­rze masz naj­więk­sze braki? Na co chciał­byś poło­żyć nacisk w kwe­stii sta­wia­nia gra­nic, na czym się skon­cen­tro­wać? W jakim obsza­rze pra­gniesz naj­pierw osią­gnąć kon­kretne rezul­taty?

Nie umiem się ogra­ni­czać...

przy rozu­mo­wym ana­li­zo­wa­niu i roz­trzą­sa­niu wszyst­kiego, w moich uczu­ciach i emo­cjach, odno­śnie do moich reak­cji fizycz­nych, w pracy, w wyma­ga­niach pod wła­snym adre­sem, w wyma­ga­niach wobec innych, w odnie­sie­niu do wyma­gań, jakie inni mają wobec mnie, w odnie­sie­niu do zewnętrz­nych bodź­ców.

Z wiel­kim tru­dem udaje mi się wyty­czyć gra­nice wobec...

moich dzieci, mojego part­nera, moich przy­ja­ciół, moich zna­jo­mych, obcych ludzi, moich współ­pra­cow­ni­ków, moich prze­ło­żo­nych, moich klien­tów/inte­re­san­tów/pacjen­tów.

Mam pro­blem z dostrze­ga­niem i respek­to­wa­niem gra­nic u...

moich dzieci, mojego part­nera, moich przy­ja­ciół, moich zna­jo­mych, obcych ludzi, moich współ­pra­cow­ni­ków, moich prze­ło­żo­nych, moich klien­tów/inte­re­san­tów/pacjen­tów.

Z faktu, że ogra­ni­czysz swój "plac budowy", by­naj­mniej nie wynika, że nie zechcesz czy nie zdo­łasz roz­wi­jać się także w innych sfe­rach. Tak, zro­bisz to, ale po kolei. Naj­lep­sze rezul­taty osią­gniesz, jeśli na począ­tek sku­pisz się na naj­słab­szym miej­scu two­ich gra­nicz­nych "umoc­nień" i ogra­ni­czysz swoje wysiłki wyłącz­nie do tego miej­sca.

Przyj­rzyj się także tym sfe­rom, w któ­rych potra­fisz cał­kiem nie­źle sta­wiać gra­nice. Raz jesz­cze prze­ana­li­zuj powyż­szą listę, tym razem zada­jąc sobie odwrotne pyta­nie: w jakich dzie­dzi­nach życia udaje ci się jasno wyzna­czać gra­nice? Być może odkry­łeś różne dobre spo­soby, dzięki czemu na tych fron­tach masz spo­kój i możesz sku­pić się na naj­słab­szych punk­tach.

Silni na swoich włościach

Gdzie prze­bie­gają gra­nice i po czym poznać, że zostały prze­kro­czone

Wielu ludzi z wielką chę­cią wyzna­czy­łoby jasne gra­nice i zade­kla­ro­wało: "Dotąd tak, ale nie dalej!". Jed­nak po pierw­sze bra­kuje im do tego narzę­dzi, po dru­gie zaś czę­sto sami do końca nie wie­dzą, gdzie wła­ści­wie są ich gra­nice. Tym­cza­sem z róż­nych wypo­wie­dzi na ten temat można by wręcz wycią­gnąć wnio­sek, że daje się je wyty­czać zupeł­nie dowol­nie i wedle uzna­nia. Jed­nak takie arbi­tralne i z sufitu wzięte gra­nice sami z tru­dem będziemy dostrze­gali i łatwo nam przyj­dzie ich igno­ro­wa­nie. Nie da się ich też utrzy­mać przez dłuż­szy czas.

Tak naprawdę chodzi o terytoria

Gra­nice nie są celem samym w sobie. Każda z nich sta­nowi kra­wędź danego obszaru czy rewiru. Nasze tery­to­rium należy do nas, pra­gniemy roz­po­rzą­dzać nim swo­bod­nie i samo­dziel­nie. Trzeba więc pamię­tać, że gdy mówimy o gra­ni­cach, cho­dzi przede wszyst­kim nie o nie same w sobie, ale wła­śnie o chro­niony przez nie obszar, który chcemy kształ­to­wać według wła­snych wyobra­żeń, za który pono­simy odpo­wie­dzial­ność i w ramach któ­rego możemy się auto­no­micz­nie roz­wi­jać. Gra­nice w dosłow­nym sen­sie (żywo­płoty, ogro­dze­nia, gra­nice mię­dzy pań­stwami) wyzna­czają przej­ście z jed­nego tery­to­rium na tery­to­rium pod­le­głe już komuś innemu, względ­nie na zie­mię niczyją. Podob­nie jest z gra­ni­cami rozu­mia­nymi meta­fo­rycz­nie: rów­nież w tym przy­padku sygna­li­zują one przej­ście pomię­dzy naszym rewi­rem a rewi­rem dru­giego czło­wieka albo też pomię­dzy naszym tery­to­rium a całym świa­tem zewnętrz­nym. Dla­tego też nasze gra­nice decy­dują także o naszym sto­sunku do samych sie­bie, do innych ludzi i do tego, co nas ota­cza.

To wła­śnie w obsza­rach przy­gra­nicz­nych rodzą się małe kon­flikty i wiel­kie wojny. Ktoś, kto ma świa­do­mość wła­snych gra­nic, czy­tel­nie je ozna­cza i jest gotów ich pil­no­wać, a do tego znaj­duje w sobie dość siły i odwagi, by ich bro­nić, ma naj­więk­sze szanse na życie w har­mo­nii z innymi. Zazwy­czaj im mniej ewen­tu­al­nych nie­po­ro­zu­mień, tym mniej­sze ryzyko spo­rów z sąsia­dami. Ten, kto potrafi wyzna­czyć jasne i roz­sądne gra­nice, a jed­no­cze­śnie sam prze­strzega tych sta­wia­nych przez innych, ma naj­lep­sze widoki na poko­jowe współ­ist­nie­nie.

Nie za blisko, nie za daleko -?usytuowanie granic nie jest przypadkowe

Jed­nak po to, by w ogóle móc sta­wiać gra­nice, trzeba naj­pierw mieć pew­ność, gdzie one wła­ści­wie prze­bie­gają. Jeżeli są zbyt bli­sko, będą nas osła­biać. Zbyt małe poletko nikogo nie wyżywi, a zbyt mały zakres zadań sta­nowi dla nas nie­do­sta­teczne wyzwa­nie. W obrę­bie zbyt cia­snych gra­nic czu­jemy się przy­blo­ko­wani i zacho­dzi nie­bez­pie­czeń­stwo, że zaczniemy się wów­czas nudzić. Robimy mniej, niż pozwa­lają nam nasze moż­li­wo­ści, i w zbyt małym stop­niu wyko­rzy­stu­jemy nasz poten­cjał. Tęsk­nie spo­glą­damy na zie­mie sąsia­dów i roz­le­głe prze­strze­nie tuż za naszą gra­nicą, które mogli­by­śmy objąć w posia­da­nie. Może się zda­rzyć, że będzie nas kusić bar­dziej zie­lona trawa w ogro­dzie sąsiada, nie­wy­klu­czone też, że popchnie nas to do drob­nych zawłasz­czeń -?na przy­kład w pracy zaczniemy inge­ro­wać w zakres kom­pe­ten­cji naszego współ­pra­cow­nika... I od razu har­mo­nia pry­ska!

Na naszą nie­ko­rzyść działa rów­nież sytu­acja odwrotna, w któ­rej nasze gra­nice są zanadto roz­cią­gnięte. Zbyt wiel­kie tery­to­rium sprawi, że prze­li­czymy się z siłami. Być może nie będziemy nawet dostrze­gać naszych gra­nic, bo będą odsu­nięte zbyt daleko. W rewi­rze, któ­rego nie jeste­śmy w sta­nie obro­nić, nie będziemy się czuć bez­piecz­nie. A skoro sami nie jeste­śmy w sta­nie wypeł­nić naszego tery­to­rium, inni łatwo mogą wpaść na pomysł, by zakwe­stio­no­wać nasze prawa do niego. Ponadto, gdy nasze gra­nice są zbyt daleko od nas, sku­tecz­nie odgra­dzają nas też od innych. Czu­jemy się wów­czas samotni i wyizo­lo­wani.

W ide­al­nym przy­padku nasz rewir nie jest więc dla nas zbyt mały, a zatem nas nie osła­bia. Ale i nie za duży, bo taka sytu­acja sta­wia przed nami zbyt wiele wyzwań, co w kon­se­kwen­cji także pro­wa­dzi do osła­bie­nia. Naj­lep­sze jest takie tery­to­rium, które odpo­wiada naszym siłom i moż­li­wo­ściom, które możemy samo­dziel­nie kształ­to­wać, o które dbamy, za które pono­simy odpo­wie­dzial­ność i które ota­czamy ochroną. Nasza gra­nica powinna zatem prze­bie­gać dokład­nie w miej­scu, w któ­rym wyczer­pują się nasze siły i koń­czy tery­to­rium.

Nasza gra­nica prze­biega tam, gdzie koń­czy się nasz rewir, czyli odpo­wied­nie dla nas tery­to­rium.

Brak gra­nic może spo­wo­do­wać, że będziemy bez sensu trwo­nić siły. Pozba­wiony gra­nic świat nie­skoń­czo­nych moż­li­wo­ści łatwo może nas przy­tło­czyć. Od czasu do czasu bar­dziej się w coś zaan­ga­żu­jemy, jed­nak rezul­taty będą zbyt małe jak na wło­żony wysi­łek. Taka sytu­acja pozba­wia nas sił. Czu­jemy się bez­bronni wobec ota­cza­ją­cego nas świata i wszyst­kich moż­li­wo­ści, jakie ofe­ruje. Tym­cza­sem z zewnątrz napie­rają inni, któ­rzy pra­gną zwięk­szyć swój stan posia­da­nia. Natu­ral­nie, gdy­by­śmy byli bar­dzo silni, mogli­by­śmy z łatwo­ścią narzu­cić im nasze warunki. Tyle że wów­czas to my mogli­by­śmy stać się zagro­że­niem dla ich gra­nic... Rów­nież w takim przy­padku musie­li­by­śmy dosto­so­wać usy­tu­owa­nie naszych gra­nic do naszych sił. Rewir, który odzwier­cie­dla nasze siły i zasoby, może nas wręcz wzmoc­nić i zapew­nić nam opar­cie. Nasza gra­nica leży tam, gdzie koń­czą nam się siły. Rów­nież w prze­no­śnym sen­sie.

Stawianie granic: kwestia postrzegania

Pro­blemy ze sta­wia­niem gra­nic to czę­sto pro­blemy z dostrze­ga­niem ich obec­no­ści. Dopiero po fak­cie orien­tu­jemy się, że sami prze­kro­czy­li­śmy wła­sne gra­nice i wzię­li­śmy na sie­bie zbyt wiele. Czę­sto też z dużym opóź­nie­niem zda­jemy sobie sprawę, że to inni je naru­szyli. Zauwa­żamy to dopiero wtedy, gdy są już na naszym tery­to­rium tak głę­boko, że trudno nam w jaki­kol­wiek spo­sób temu zara­dzić. Zazwy­czaj przy­zwa­lamy im na to cał­ko­wi­cie bez­czyn­nie z bar­dzo pro­stej przy­czyny -?w ogóle nie zauwa­ży­li­śmy, co się wła­śnie wyda­rzyło. Nie zda­wa­li­śmy sobie nawet sprawy, że została prze­kro­czona nasza gra­nica. A teraz jest już za późno. Nie­kiedy nawet sami przy­czy­ni­li­śmy się do takiego obrotu wyda­rzeń, wysy­ła­jąc fał­szywe sygnały i na przy­kład uśmie­cha­jąc się, jak gdy­by­śmy chcieli zachę­cić naszego inter­lo­ku­tora, by zbli­żył się bar­dziej. Krótko mówiąc, sami przy­ło­ży­li­śmy rękę do naru­sze­nia naszych gra­nic. Dla­tego nie ma więk­szego sensu obar­cza­nie winą innych. Bez naszego udziału sprawy w więk­szo­ści wypad­ków nie zaszłyby tak daleko.

Pierw­szym kro­kiem w zakre­sie ochrony naszych gra­nic jest zatem nie ich obrona, tylko postrze­ga­nie ich obec­no­ści. A tego wielu ludzi po pro­stu nie umie. A prze­cież, skoro usy­tu­owa­nie naszych gra­nic sta­nowi zwier­cia­dło naszej siły, nic dziw­nego, że ist­nieje odczu­walna róż­nica pomię­dzy obsza­rem w ich obrę­bie a tere­nem poza nimi: do chwili, gdy nasze gra­nice nie zostaną prze­kro­czone, czu­jemy się pełni sił. Stan ten zmie­nia się, gdy doj­dzie do ich naru­sze­nia, bo wów­czas zwy­kle odczu­wamy pre­sję. Powstałe napię­cie możemy wyko­rzy­stać do obrony wła­snego tery­to­rium, możemy też się wyco­fać, przez co czu­jemy się słabi. Cho­dzi więc o inny rodzaj postrze­ga­nia niż ten, do któ­rego jeste­śmy przy­zwy­cza­jeni i o któ­rym myślimy, gdy sły­szymy to słowo. Nie o widze­nie, sły­sze­nie, wącha­nie czy sma­ko­wa­nie, ale o postrze­ga­nie za pomocą ciała, o wyczu­wa­nie swo­jego bie­żą­cego nastroju: czy wciąż jesz­cze jestem w pełni sił, czy wła­śnie zaczy­nam tra­cić ener­gię?

PRZY­KŁAD PRZY STOLE: Pierw­szy kęs tortu szwar­cwaldz­kiego sma­kuje cał­kiem dobrze, drugi zwy­kle jesz­cze lepiej. Cał­kiem moż­liwe, że wraz z kolej­nymi kęsami smak będzie wyda­wał się coraz lep­szy i lep­szy. Jed­nak w pew­nym momen­cie bie­rzesz widel­czyk i nagle tort nie sma­kuje ci już tak, jak jesz­cze przed chwilą. Jeśli będziesz jeść dalej, bar­dzo praw­do­po­dobne, że przy­jem­ność będzie się coraz bar­dziej zmniej­szać. W tym przy­padku twoja gra­nica prze­bie­gała dokład­nie w tym punk­cie, w któ­rym tort sma­ko­wał ci najbar­dziej.

NA SIŁOWNI: Pod­no­sze­nie wyłącz­nie nie­wiel­kich cię­ża­rów spra­wia, że nie wyko­rzy­stu­jemy w pełni naszych moż­li­wo­ści. W ten spo­sób szybko ode­chce nam się ćwi­czyć, bo tre­ning nie spra­wia nam już żad­nej frajdy. Jeżeli jed­nak spró­bu­jemy pod­nieść zbyt dużo, możemy tego nie wytrzy­mać. I choć doło­że­nie rap­tem jed­nego kilo­grama nie wydaje się wielką sprawą, może dopro­wa­dzić do tego, że nagle nie będziemy już w sta­nie pod­nieść nic wię­cej. Taka sytu­acja hamuje nasze postępy i spra­wia, że czu­jemy się słabi.

W PRACY: Ktoś, kto przez cały czas robi zbyt mało albo wyko­nuje zada­nia poni­żej wła­snych moż­li­wo­ści, będzie się nudził. Dla­tego po spę­dzo­nym w pracy dniu, w któ­rym znów nie było prak­tycz­nie nic do roboty, czu­jemy się bar­dziej zmę­czeni niż po takim, w któ­rym nasze moż­li­wo­ści zostały w pełni wyko­rzy­stane. Ale sytu­acja, w któ­rej jeste­śmy obcią­żeni ponad miarę, też nam nie służy. W pracy naj­le­piej czu­jemy się wtedy, gdy zada­nia, które mamy do wyko­na­nia, wyma­gają dotar­cia do naszych gra­nic, ale nie zmu­szają nas do zbyt­niego ich prze­kra­cza­nia.

Gdy tkwimy pośrodku tery­to­rium, wyzna­cza­nego przez nasze gra­nice, bra­kuje nam dosta­tecz­nych wyzwań. Nato­miast gdy zanadto je prze­kra­czamy, prze­cią­żamy się i pory­wamy na zbyt wiele.

Zarówno przy jedze­niu tortu, jak i na siłowni czy w pracy naj­le­piej czu­jemy się w obsza­rze "przy­gra­nicz­nym", a więc w stre­fie przej­ścio­wej pomię­dzy "zbyt mało" a "zbyt wiele". Ten opty­malny zakres znaj­duje się tuż poni­żej naszej gra­nicy. Jeżeli uda nam się go ziden­ty­fi­ko­wać dzięki sygna­łom pły­ną­cym z ciała i zatrzy­mać się, zdo­łamy nie prze­kro­czyć gra­nicy. Dzięki temu wszyst­kie powyż­sze dzia­ła­nia (jedze­nie tortu, tre­ning, praca) przy­niosą nam satys­fak­cję, a w przy­padku ćwi­czeń czy pracy moż­liwy będzie też dal­szy roz­wój. O tym, czy wła­śnie znaj­dujemy się w opty­mal­nej stre­fie, poin­for­mo­wać może nas tylko i wyłącz­nie nasze ciało.

Jak w porę zarejestrować przekroczenie granic

Aby w ogóle móc odpo­wied­nio wcze­śnie zare­je­stro­wać naru­sze­nie naszych gra­nic -?w pracy, w kręgu przy­ja­ciół czy w gro­nie rodziny -?nie­zbędne jest nawią­za­nie kon­taktu z wła­snym cia­łem, umie­jęt­ność odczy­ty­wa­nia jego sygna­łów. Gdy docho­dzi do naru­sze­nia gra­nic, poja­wiają się reak­cje cie­le­sne, a zaraz za nimi impulsy, na przy­kład walki lub ucieczki. Jesz­cze przed chwilą pano­wała pełna har­mo­nia i oto nagle zna­leź­li­śmy się poza strefą naszego kom­fortu.

Tak to się robi

Elfriede czuła się nie­przy­jem­nie i miała opory przed roz­cza­ro­wa­niem akwi­zy­tora cza­so­pi­sma, który w roz­mo­wie tele­fo­nicz­nej ze szcze­gó­łami opi­sy­wał swój ciężki los, aby nakło­nić ją do wyku­pie­nia pre­nu­me­raty. Jed­nak gdy pomy­ślała, że w przy­szło­ści mia­łaby co tydzień wycią­gać ze skrzynki na listy cza­so­pi­smo, któ­rym nie była szcze­gól­nie zain­te­re­so­wana, z jej konta co mie­siąc będzie ścią­gana odpo­wied­nia suma, a póź­niej­sze wypo­wie­dze­nie abo­na­mentu będzie bar­dzo kło­po­tliwe, uświa­do­miła sobie jedno: pro­ściej będzie sta­nąć na straży wła­snych gra­nic teraz, nawet jeśli musi się w tym celu prze­móc, niż nara­żać się w przy­szło­ści na zupeł­nie nie­po­trzebne nerwy.

Często sam mózg ignoruje nasze własne granice

Gdy zba­damy sprawę dokład­niej, okaże się, że nasz umysł bar­dzo słabo nadaje się do roz­po­zna­wa­nia zakresu naszych gra­nic i ich pil­no­wa­nia. Aż nazbyt czę­sto pró­buje nam mie­szać szyki, pod­su­wa­jąc naj­roz­ma­it­sze myśli.

Oto przy­kład: mój mózg bar­dzo czę­sto jest zda­nia, że i ja koniecz­nie powi­nie­nem umieć zro­bić to, co robią inni. Mówi mi: "Skoro temu czy tam­temu się udało, to prze­cież i ty dasz radę!". Jeśli zasto­suję się do jego suge­stii, szybko wezmę na sie­bie zbyt wiele. Potem zaś z reguły będę w sta­nie udźwi­gnąć jesz­cze mniej niż wcze­śniej. Mój racjo­nalny umysł w ogóle nie ogląda się przy tym na mnie i moje samo­po­czu­cie. Wpa­trzony jest w kon­kretną osobę, która potrafi udźwi­gnąć takie obcią­że­nia albo też w mitycz­nego "każ­dego", dobrze zna­nego ze zdań typu: "każdy powi­nien..." czy "dobrze byłoby, żeby każdy...".

Pamię­tam jed­nak i takie sytu­acje, w któ­rych mój rozum, nie­ade­kwat­nie do oko­licz­no­ści, nama­wiał mnie, bym się oszczę­dzał i zacho­wał ostroż­ność. W takim przy­padku nie wyko­rzy­sty­wa­łem w pełni moich moż­li­wo­ści. Mózg wma­wiał mi sła­bość, choć wcale nie byłem słaby.

A jak to wygląda u cie­bie?

Do roz­wa­że­nia: Gdy bie­rzemy na sie­bie zbyt wiele

Prze­ana­li­zuj teraz w myślach kon­kretną sytu­ację, w któ­rej sam posta­wi­łeś przed sobą zbyt wyso­kie wyma­ga­nia i prze­kro­czy­łeś przy tym wła­sne gra­nice, tak że musia­łeś póź­niej ponieść nie­przy­jemne kon­se­kwen­cje tego stanu. Spró­buj przy­po­mnieć sobie jakiś przy­kład, choćby drobny, z ostat­niego tygo­dnia.

O czym wtedy myśla­łeś? Co myśla­łeś? Kiedy dokład­nie nastą­pił moment prze­kro­cze­nia gra­nicy? Jakie myśli do tego dopro­wa­dziły? Jakie uczu­cia się do tego przy­czy­niły?

Przyj­rzyj się całej tej sytu­acji raz jesz­cze, ale tym razem wyobraź sobie, że sku­tecz­nie bro­nisz swo­ich gra­nic:

Jak roz­po­zna­łeś, gdzie prze­biega gra­nica? Co jesz­cze teraz dostrze­gasz? Na co jesz­cze zwra­casz uwagę? Co trzeba było zro­bić, by nie naru­szyć gra­nicy? Co mogłeś zro­bić zawczasu, aby osta­tecz­nie odczu­wać więk­sze zado­wo­le­nie z koń­co­wego rezul­tatu?

Gdy nauczysz się reje­stro­wać sygnały swo­jego ciała i dostrze­gać swój aktu­alny stan, sko­rzy­stasz na tym na wiele spo­so­bów. Będziesz się orien­to­wał w odpo­wied­nim momen­cie, że potrze­bu­jesz prze­rwy. Że chce ci się pić. Że przy­bie­rasz taką pozy­cję ciała, która ci nie służy.

Reje­stro­wa­nie stanu swo­jego ciała i zda­wa­nie sobie z niego sprawy to waru­nek nie­zbędny do tego, by o sie­bie zadbać i pono­sić za sie­bie odpo­wie­dzial­ność. Dzięki temu będziesz w sta­nie zacho­wać wydaj­ność na dłuż­szą metę. Tylko tak można gospo­da­ro­wać siłami eko­no­micz­nie i eko­lo­gicz­nie zara­zem.

Agent we własnej głowie

Nasze myśle­nie sta­nowi formę adap­ta­cji do ota­cza­ją­cego świata. Na początku, a więc we wcze­snym dzie­ciń­stwie, za jego roz­wój nie­ko­niecz­nie odpo­wia­da­li­śmy jed­nak my sami -?czę­sto po pro­stu przej­mo­wa­li­śmy je od doro­słych z naj­bliż­szego oto­cze­nia. Ich modele myślowe, a także treść ich wypo­wie­dzi, odci­snęły na nas trwałe piętno. I nawet gdy w póź­niej­szym życiu sta­ramy się (uży­wa­jąc tego samego mózgu) myśleć ina­czej, stare wzorce tkwią głę­boko w naszych synap­sach i nie­rzadko są sil­niej­sze niż nowe, nieco bar­dziej świa­dome ścieżki myśle­nia (choć i one czę­sto sta­nowią zale­d­wie odbły­ski sta­rych wzor­ców bądź opo­zy­cję dla nich).

Cha­rak­te­ry­styczną cechą naszego myśle­nia jest dosto­so­wy­wa­nie się do norm i wzor­ców ota­cza­ją­cego świata. Dla­tego też orien­tu­jemy się na innych i z nimi porów­nu­jemy. Inni także sto­sują wobec nas ten spo­sób postrze­ga­nia i oceny: czy spro­sta­li­śmy sta­wia­nym nam wyma­ga­niom? Czy zali­czy­li­śmy test? Jeste­śmy chwa­leni, ganieni i oce­niani. A nasze myśle­nie się do tego dosto­so­wuje. Dla­tego zer­kamy na innych, porów­nu­jemy się z nimi i dopa­so­wu­jemy się do kry­te­riów usta­no­wio­nych poza nami.

Serce buduje mosty i łączy

W wyzna­cza­niu gra­nic nie pomoże mi także moje serce, bo nadaje się do tego jesz­cze mniej niż mózg. Uczu­cia łączą nas z innymi ludźmi i służą jako baro­metr naszych spo­łecz­nych kon­tak­tów i rela­cji. Kiedy mamy dobrą i satys­fak­cjo­nu­jącą więź z innymi, wypeł­niają nas pozy­tywne uczu­cia. Gdy nam tej więzi bra­kuje lub jej ist­nie­nie jest zagro­żone, nasze uczu­cia odpo­wied­nio reagują. Oczy­wi­ście serce chcia­łoby być szczę­śliwe, dla­tego pró­buje prze­rzu­cać mosty, by połą­czyć nas z innymi ludźmi i uszczę­śli­wić od razu także i ich.

Jeśli wsku­tek nad­mier­nej otwar­to­ści uczu­cia zostaną zra­nione, serce ma ten­den­cję do wyco­fy­wa­nia się i zaj­mo­wa­nia wła­snym bólem. Potrafi reago­wać tak skraj­nie, że w takiej sytu­acji naj­chęt­niej skre­śli­łoby innych na dobre. Gene­ro­wane przez serce uczu­cia są nad­zwy­czaj spon­ta­niczne. Jeżeli serce odczuwa bło­gość i sym­pa­tię (czy wręcz miłość!), trzeba się pil­no­wać, ponie­waż uczu­cia mogą wów­czas łatwo i pochop­nie prze­kro­czyć gra­nice dru­giego czło­wieka. A wtedy łatwo o zra­nie­nia i roz­cza­ro­wa­nia.

W kwe­stii sta­wia­nia gra­nic nasze uczu­cia nie będą nam szcze­gól­nie pomocne. Na przy­kład moje serce mówi nie­kiedy tak: "Ależ nie można kazać tak długo cze­kać tej bied­nej klientce. Daj spo­kój, popra­cuj dziś wie­czo­rem tro­chę dłu­żej! Prze­cież to lubisz!". A gdy w poszu­ki­wa­niu wspar­cia zwraca się do mózgu, ten pota­kuje i przy­po­mina o mło­dych leka­rzach z przy­chodni pię­tro niżej, któ­rzy prze­cież też czę­sto przyj­mują wizyty do późna.

Tylko ciało wie, gdzie są nasze granice

Jedyną instan­cją, która orien­tuje się w naszych gra­ni­cach, jest nasze ciało. Gdy prze­kra­czamy gra­nice, odczu­wamy to "w trze­wiach". Czu­jemy się słabi. Ale jakże czę­sto igno­ru­jemy te sygnały, ponie­waż jeste­śmy cał­ko­wi­cie pochło­nięci czyn­no­ścią, która wła­śnie pro­wa­dzi do nad­wy­rę­że­nia naszych sił. Ciało wyczuwa też, kiedy to inni naru­szają nasze gra­nice. Na przy­kład doświad­czamy wtedy jakichś dziw­nych sen­sa­cji w brzu­chu albo czu­jemy ucisk w klatce pier­sio­wej lub nie­przy­jemne mro­wie­nie. Z cza­sem odczu­cie to się nasila. Być może reje­stru­jemy wtedy gotu­jące się w nas złość i agre­sję. U innych reak­cja ta obja­wia się impul­sem ucieczki, więc się wyco­fują. W grun­cie rze­czy ciało przez cały czas mówi nam, jak się sprawy mają. Gdyby tylko mogło dojść do głosu. Gdy­by­śmy zechcieli go słu­chać. Czę­sto jed­nak w tym momen­cie wtrąca się mózg i pró­buje nas ugła­skać: już nie prze­sa­dzaj, nie jest prze­cież tak źle, inni jakoś to zno­szą, nie ma co robić fochów i dzie­lić włosa na czworo. Przy oka­zji mel­duje się także serce: "No prze­cież ją lubisz. Nic złego nie miała na myśli". Dla­tego tak ważne jest, by wyćwi­czyć umie­jęt­ność wsłu­chi­wa­nia się w "głos z brzu­cha" już z wyprze­dze­niem. Dzięki temu będziemy mogli reago­wać na czas, a nie z dużym opóź­nie­niem, kiedy tak naprawdę jest już po wszyst­kim.

Dopiero w chwili, gdy żona zaj­rzała na moment do jego gabi­netu i z lek­kim wyrzu­tem w gło­sie życzyła mu dobrej nocy, Ludwig uświa­do­mił sobie, że od kola­cji nie wstał nawet na moment od kom­pu­tera. Sur­fu­jąc po róż­nych forach, kom­plet­nie zapo­mniał, że obie­cał jej jesz­cze wspólny spa­cer wie­czo­rem. Teraz ma wyrzuty sumie­nia i pre­ten­sje do sie­bie, że znowu, jak już tyle razy wcze­śniej, nie skoń­czył w porę prze­glą­da­nia stron. Jed­no­cze­śnie inny głos w jego wnę­trzu pod­po­wiada prze­kor­nie, że prze­cież sur­fo­wa­nie po inter­ne­cie było bar­dzo cie­kawe i że ma do niego prawo. Ludwig dobrze zna ten wewnętrzny kon­flikt, przez który nie­mal do świtu nie zmruży oka. Za każ­dym razem podej­muje mocne posta­no­wie­nie, że będzie sobie sta­wiał gra­nice. Tyle że to raczej nie jest spo­sób, dzięki któ­remu uda mu się unik­nąć tego kon­fliktu w przy­szło­ści.

Dopy­ty­wany o to Ludwig mówi, że już kilka godzin wcze­śniej prze­stał zwra­cać uwagę na wła­sne ciało i dostrze­gać wysy­łane przez nie sygnały. Po tylu godzi­nach przed kom­pu­te­rem pieką go oczy, krę­go­słup zesztyw­niał, a on znów czuje się jak prze­pusz­czony przez wyży­maczkę. A tym­cza­sem to wła­śnie reje­stra­cja pły­ną­cych z ciała sygna­łów pozwo­li­łaby mu odna­leźć gra­nicę bez odwo­ły­wa­nia się do moral­no­ści i póź­niej­szych wewnętrz­nych kon­flik­tów.

Tak naprawdę cho­dzi tutaj po pro­stu o czułe zadba­nie o samego sie­bie. Dzięki nawią­za­niu kon­taktu z cia­łem takie podej­ście pomaga też odpo­wied­nio ogra­ni­czyć nasze zacho­wa­nia w odnie­sie­niu do jedze­nia, picia i innych nawy­ków kon­sump­cyj­nych.

"Odczytywanie" ciała wymaga czasu i cierpliwości

Aby nauczyć się dobrze wyczu­wać wła­sne ciało, musimy zare­zer­wo­wać sobie tro­chę czasu. Ciało nie jest tak szyb­kie jak mózg. Na doda­tek komu­ni­ka­cja wer­balna nie jest jego spe­cjal­no­ścią, trzeba się więc aktyw­nie w nie wsłu­chi­wać. Musimy wyczuć, co chce nam na swój spo­sób prze­ka­zać. A do tego trzeba mnó­stwo cier­pli­wo­ści. U wielu osób ciało samo z sie­bie w ogóle się już nie odzywa.

Dawno przy­wy­kło od tego, że nie zwraca się na nie uwagi. Prze­cież całymi latami było igno­ro­wane, czę­sto wręcz lek­ce­wa­żone. Wielu z nas trosz­czy się o nie tylko wtedy, gdy zaczyna spra­wiać jakieś pro­blemy, jakby było tylko dokucz­li­wym bala­stem. Ludzie czę­sto trak­tują ciało po pro­stu jako organ wyko­naw­czy. Dla nie­któ­rych jest swego rodzaju opa­ko­wa­niem zapo­bie­ga­ją­cym temu, by duch nie bujał swo­bod­nie w powie­trzu. Inni uznają je za rodzaj sprzętu spor­to­wego, pozwa­la­jący na bicie rekor­dów. Jesz­cze inni nie­ustan­nie z nim wal­czą, bo nie odpo­wiada ich ide­ałowi piękna. Natu­ral­nie ist­nieje także trend prze­ciwny, w ramach któ­rego ciało wciąż jest tre­no­wane na siłowni. Mogłoby się wyda­wać, że dzięki temu ma szansę odzy­skać wresz­cie swoje prawa. Ale gdy przyj­rzeć się bli­żej, okaże się, że nawet taki kult ciała także zakłada jego przed­mio­towe trak­to­wa­nie.

Tym­cza­sem ciało ma swój wła­sny spo­sób postrze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści, swoją wła­sną inte­li­gen­cję. Naj­wyż­szy czas je doce­nić i obda­rzyć uwagą, na jaką zasłu­guje.

Roz­po­znać reak­cję ciała na naru­sze­nie gra­nic

Jeżeli chcesz popra­wić swoją zna­jo­mość języka ciała i wyraź­nie poczuć jego zróż­ni­co­wane reak­cje w róż­nych sytu­acjach doty­czą­cych two­ich gra­nic, prze­pro­wadź nastę­pu­jący eks­pe­ry­ment:

Przy­po­mnij sobie trzy sytu­acje wią­żące się z okre­śloną reak­cją ciała odno­śnie do two­ich gra­nic. W pierw­szej byłeś znu­dzony i nie wyko­rzy­sty­wa­łeś w pełni swo­ich moż­li­wo­ści. W dru­giej byłeś ewi­dent­nie prze­cią­żony. W trze­ciej nato­miast mia­łeś dużo do zro­bie­nia, ale nie obcią­żało cię to ponad miarę. Ina­czej mówiąc: raz byłeś daleko przed swoją gra­nicą, raz znacz­nie ją prze­kra­cza­łeś, nato­miast w ostat­nim przy­kła­dzie znaj­do­wa­łeś się wpraw­dzie tuż przed gra­nicą, ale wciąż jesz­cze w ramach swo­jego tery­to­rium, two­jej strefy kom­fortu.

Eks­pe­ry­ment naj­ła­twiej prze­pro­wa­dzić, roz­kła­da­jąc trzy nie­wiel­kie kartki, by zazna­czyć miej­sce każ­dej z tych sytu­acji. Zacznij od tej, w któ­rej mia­łeś zde­cy­do­wa­nie zbyt mało do zro­bie­nia (uwaga: nie należy jej mylić z cza­sem odpo­czynku ani z chwilą, gdy łapiesz oddech i odpusz­czasz sobie wszystko po wytę­żo­nej pracy). Stań teraz na zazna­czo­nym miej­scu i posta­raj się przy­wo­łać w pamięci daną sytu­ację jak naj­do­kład­niej, ze wszyst­kimi szcze­gó­łami, tak jakby miała miej­sce w tej chwili. Następ­nie zadaj sobie poniż­sze pyta­nia, by dowie­dzieć się, w jaki spo­sób ta sytu­acja wpływa na twoje ciało:

W jaki spo­sób stoję (na przy­kład pew­nie, mocno, chwiej­nie...)? Co dokład­nie odczu­wam w całym ciele? Czy wyczu­wam coś, co mi prze­szka­dza? Jak odczu­wam wła­sne ciało w tej chwili (na przy­kład czy wydaje mi się silne czy słabe, czynne czy bierne, oży­wione czy znu­żone)? W jaki spo­sób oddy­cham (na przy­kład płytko czy głę­boko, spo­koj­nie czy w przy­spie­szo­nym tem­pie)? Jakie napię­cie odczu­wam w mię­śniach (są napięte czy sprę­ży­ste i pełne ener­gii, a może zwiot­czałe)? Jak odczu­wam cie­płotę ciała? Czy mam wra­że­nie, że ciało jest dobrze ukrwione? Czy mam jasny umysł, czy raczej głowa wydaje mi się ciężka i "zamu­lona"? Czy odczu­wam ucisk? W któ­rym miej­scu? W któ­rym miej­scu czuję, że coś mnie krę­puje, a w któ­rym odczu­wam pełną swo­bodę?

Następ­nie stań w miej­scu sym­bo­li­zu­ją­cym stan obcią­że­nia ponad miarę. Rów­nież tutaj spró­buj wyobra­zić sobie całą sytu­ację jak naj­do­kład­niej i zadaj sobie te same pyta­nia.

Na koniec powtórz całą ope­ra­cję w miej­scu ozna­cza­ją­cym strefę tuż przed twoją gra­nicą. Eks­pe­ry­ment naj­le­piej zakoń­czyć wła­śnie tutaj, a więc wtedy, gdy zare­je­stru­jesz wła­sne samo­po­czu­cie "na gra­nicy", ale jesz­cze w stre­fie kom­fortu, i świa­do­mie poczu­jesz róż­nice pomię­dzy tymi trzema pozy­cjami. A może ten przy­jemny, wyobra­żony stan uda się utrzy­mać jesz­cze chwilę dłu­żej?

Ciało pod­lega ogra­ni­cze­niom i może wła­śnie dla­tego nie cie­szy się naszą prze­sadną sym­pa­tią. Jak to się mówi, duch ocho­czy, ale ciało mdłe. W epoce, w któ­rej domi­nuje postawa "yes, we can", ciało bez­u­stan­nie przy­po­mina nam o naszych ogra­ni­cze­niach. Duch nie zna gra­nic, uczu­cia także ich nie znają, nato­miast ono cały czas ściąga nas na zie­mię, na poziom tego, co rze­czy­wi­ście jest. Duch i ener­gia same w sobie są nieogra­niczone, cechą mate­rii nato­miast jest jej skoń­czo­ność. Dla­tego ich zacho­wa­nie pod­lega odręb­nym pra­wi­dłom. Podob­nie jak zie­mia i wszystko, co ziem­skie, ciało repre­zen­tuje mate­rię. Dla­tego dobrze rozu­mie, czym są gra­nice. Co wię­cej -?tylko ono dys­po­nuje odpo­wied­nią apa­ra­turą, dzięki któ­rej i my potra­fimy wyczu­wać usy­tu­owa­nie naszych gra­nic.

Rozsądne ograniczenia umożliwiają wzrost i rozwój

Daw­niej czę­sto znaj­do­wa­łem się w nastę­pu­ją­cej sytu­acji: chcia­łem coś osią­gnąć, sta­ra­łem się, jak mogłem, i w któ­rymś momen­cie bra­łem na sie­bie zbyt wiele. W efek­cie całość koń­czyła się nie­po­wo­dze­niem. Mnó­stwo ludzi także tego doświad­cza. Kolejny raz postę­pują według tego samego wzorca, nie udaje im się, znów zaczy­nają od zera, pra­gną wznieść się wysoko, po czym ponow­nie spa­dają na zie­mię. I tak w kółko... Ktoś, kto zanadto wykra­cza poza wła­sne gra­nice, od początku pra­cuje na swoją porażkę. Każde obcią­że­nie ponad miarę pro­wa­dzi w kon­se­kwen­cji do fazy nie­do­sta­tecz­nego wyko­rzy­sty­wa­nia wła­snych sił, ponie­waż naj­pierw musimy dojść do sie­bie i dopiero wtedy przy­stą­pić do ich odbu­dowy.

Nie­któ­rzy nie tak łatwo rege­ne­rują się po takim cio­sie i bywa, że cał­kiem się pod­dają. Co wię­cej, ludzie, któ­rzy wcze­śniej prze­ce­nili swoje siły, bar­dzo czę­sto potem prze­stają się doce­niać. Wielu rezy­gnuje. Jed­no­cze­śnie, jeżeli przez cały czas trzy­ma­li­by­śmy się tego, co już umiemy i znamy, też będzie nam cze­goś bra­ko­wało. Naj­praw­do­po­dob­niej nie będziemy wtedy wyko­rzy­sty­wać w pełni naszych moż­li­wo­ści. Taki stan roz­le­ni­wia i fru­struje. Nie wyko­rzy­stu­jemy ani nie roz­wi­jamy cen­nego poten­cjału. Przy braku odpo­wied­nich wyzwań życie staje się nudne.

A jak to wygląda u cie­bie?

Do roz­wa­że­nia: jak teraz reagu­jesz, gdy zde­rzasz się z wła­snymi gra­ni­cami?

Każdy czło­wiek ma swoje gra­nice, które chciałby posze­rzyć. W róż­nych okre­sach obej­mują one raz mniej­sze, raz więk­sze tery­to­rium. Jak reagu­jesz, natra­fia­jąc na przy­kład na gra­nice swo­jej zdol­no­ści przy­swa­ja­nia, a więc rozu­mie­nia, wypró­bo­wy­wa­nia, wcie­la­nia w życie i utrwa­la­nia nowych rze­czy? Twój czas i zdol­ność kon­cen­tra­cji też są ogra­ni­czone. Potrak­tuj czy­ta­nie niniej­szej książki lub pracę z nią jako punkt odnie­sie­nia i odpo­wiedz na poniż­sze pyta­nia, które pomogą roz­po­znać wzo­rzec two­ich reak­cji i w razie potrzeby go zmie­nić:

Czy masz ten­den­cję, by cał­ko­wi­cie rezy­gno­wać z przed­się­wzię­cia, gdy od razu cze­goś nie rozu­miesz albo gdy natych­miast ci się nie udaje? Czy na przy­kład masz ochotę prze­rwać czy­ta­nie? Czy w rezul­ta­cie depre­cjo­nu­jesz samego sie­bie? Czy w rezul­ta­cie depre­cjo­nu­jesz daną rzecz/sytu­ację, na przy­kład książkę? Czy potem uni­kasz danej tema­tyki, na przy­kład tej książki? Czy pozwa­lasz sobie opusz­czać okre­ślone frag­menty? Czy w takich sytu­acjach zacho­wu­jesz spo­kój? Czy dajesz sobie czas? Czy posu­wasz się naprzód krok za kro­kiem?

Waż­nym kro­kiem w roz­wi­ja­niu umie­jęt­no­ści sta­wia­nia gra­nic jest nauka akcep­to­wa­nia wła­snych bie­żą­cych ogra­niczeń.

Granice zależą od sytuacji i sfery życia

Nie mamy jed­nej uni­wer­sal­nej gra­nicy, odpo­wied­niej na każdą sytu­ację. Wprost prze­ciw­nie, takich gra­nic jest bar­dzo wiele, zależ­nie od naszej wytrzy­ma­ło­ści i zasobu sił w poszcze­gól­nych sfe­rach życia. Mistrz świata w rzu­cie mło­tem bez wąt­pie­nia prze­su­nął gra­nicę w tej dys­cy­pli­nie dalej niż wszy­scy inni spor­towcy, ale jeśli cho­dzi o bieg na sto metrów, gra­nice moż­li­wo­ści bie­ga­cza są mocno zawę­żone.

Gra­nice mogą także zmie­niać się w cza­sie i w róż­nych okre­sach obej­mo­wać więk­sze lub mniej­sze tery­to­rium, zależ­nie od naszego aktu­al­nego samo­po­czu­cia. Jed­nego dnia możemy czuć się sła­biej, więc odpo­wied­nio mniej­szy będzie zakres podej­mo­wa­nych przez nas dzia­łań. Wów­czas raczej się wyco­famy i podo­łamy mniej­szej licz­bie spraw. Kiedy doj­dziemy do sie­bie i znów poczu­jemy się silni, ponow­nie będziemy mogli wyma­gać od sie­bie wię­cej. Być może nawet przej­miemy ini­cja­tywę i dzięki temu posze­rzymy swoje gra­nice. Potem będzie nam też łatwiej je utrzy­mać, co wkrótce zauważą inni, a tym samym zmniej­szy się nie­bez­pie­czeń­stwo, że zechcą je prze­kro­czyć. A jeżeli zacznie roz­pie­rać nas ener­gia, być może odwa­żymy się nawet roz­sze­rzyć swoje dotych­cza­sowe gra­nice kosz­tem innych.

Dyna­miczna zależ­ność pomię­dzy podej­mo­wa­niem nad­mier­nych i nie­do­sta­tecz­nych wyzwań: ktoś, kto zbyt daleko wycho­dzi poza wła­sne gra­nice, sam dokłada sta­rań, by go "odrzu­ciło" z powro­tem.

Za sprawą drob­nych, sub­tel­nych prze­su­nięć cały czas docho­dzi do regu­la­cji gra­nic, zarówno w ich ogól­nym kształ­cie, jak i bie­żą­cym prze­biegu, zależ­nym od "formy dnia". Zawsze jed­nak sta­no­wią one odzwier­cie­dle­nie naszej ener­gii, a także naszych kom­pe­ten­cji i zdol­no­ści do upra­wia­nia wła­snego "poletka", pono­sze­nia za nie odpo­wie­dzial­no­ści i bro­nie­nia go w razie potrzeby.

Obry­so­wana powierzch­nia przed­sta­wia nasze tery­to­rium, zaś kręta, cią­gła linia -?jego gra­nicę. Gdy nie wyko­rzy­stu­jemy w pełni naszego poten­cjału, pozo­sta­jemy, mówiąc obra­zowo, w samym środku naszego rewiru, daleko od gra­nic swo­ich moż­li­wo­ści. W takiej sytu­acji nie czu­jemy się dobrze, jeste­śmy nie­speł­nieni i sfru­stro­wani.

A teraz wyobraźmy sobie, że szef zleca nam nowe zada­nie, które zde­cy­do­wa­nie wykra­cza poza nasze moż­li­wo­ści, a więc nasz rewir. Jeste­śmy obcią­żeni ponad miarę i też nie czu­jemy się z tym dobrze. Możemy nie podo­łać wyzwa­niu albo roz­cho­ro­wać się z samego tylko stresu. W tej sytu­acji prze­cią­że­nie sta­nowi wstęp do zwią­za­nej z nim nie­od­łącz­nie fazy nie­do­sta­tecz­nego wyko­rzy­sty­wa­nia wła­snych moż­li­wo­ści.

Nie służą nam zatem ani nie­do­sta­teczne, ani zbyt wiel­kie wyzwa­nia. Naj­le­piej czu­jemy się wtedy, gdy musimy sta­wiać czoła róż­nym zada­niom, ale nie obcią­żają nas one ponad miarę. Ta sym­bo­liczna, ale jed­no­cze­śnie cał­kiem rze­czy­wi­sta strefa znaj­duje się wciąż jesz­cze w obrę­bie naszego tery­to­rium, ale tuż przy jego gra­nicy. Wła­śnie w tym obsza­rze doświad­czamy przy­pływu sił. I tu także może dojść do dziw­nego zja­wi­ska: ponie­waż czu­jemy się dobrze, sta­jemy się jesz­cze sil­niejsi i możemy wię­cej. Dzięki temu możemy wyjść krok, czy dwa, poza naszą gra­nicę i posze­rzyć wła­sny rewir. Nagle wyra­stamy ponad samych sie­bie! To z kolei rów­nież nas uszczę­śli­wia, czu­jemy się więc jesz­cze potęż­niejsi i możemy porwać się na wię­cej. Tak powstaje samo­na­pę­dza­jący się mecha­nizm pozy­tyw­nego wzro­stu, w któ­rym wytwa­rzana jest ener­gia. To w zasa­dzie para­doks. Utrzy­my­wa­nie wła­snych gra­nic nie pro­wa­dzi do zablo­ko­wa­nia, tylko umoż­li­wia nam wła­śnie prze­zwy­cię­ża­nie ogra­niczeń i roz­wój! Takie "wyra­sta­nie ponad samego sie­bie" bar­dzo przy­po­mina stan, który węgier­sko-ame­ry­kań­ski psy­cho­log Mihaly Csik­szent­mi­ha­lyi nazwał flow.

Obszar tuż przed naszą gra­nicą, w któ­rym czu­jemy się naj­le­piej: silni i reali­zu­jący peł­nię swo­ich moż­li­wo­ści.
W tym miej­scu czę­sto odczu­wamy przy­pływ sił, dzięki któ­remu możemy wyjść poza wła­sne gra­nice i posze­rzyć nasze tery­to­rium.

Pod wpły­wem naszego dzia­ła­nia w pew­nym sen­sie rosną nam skrzy­dła, a my doświad­czamy głę­bo­kiej rado­ści. Czę­sto przy tej oka­zji zapo­mi­namy o bożym świe­cie, tak bar­dzo pochła­nia nas dana czyn­ność.

A skąd wiemy, że wciąż pozo­sta­jemy w obrę­bie naszych gra­nic? Nasz mózg tego nie wie, może tylko z lep­szym lub gor­szym skut­kiem snuć przy­pusz­cze­nia na ten temat. A nasze serce wpraw­dzie ucie­szy się z tego stanu, bar­dziej jed­nak będzie się dopy­ty­wać o naszą rela­cję z innymi ludźmi. Jedyną instan­cją, która wyczuwa, że zbli­żamy się do owej tak pożą­da­nej strefy tuż przed gra­nicą, jest -?powtórzmy to raz jesz­cze - nasze ciało. Kiedy reje­stru­jemy, co nam prze­ka­zuje, uświa­da­miamy sobie też, na ile możemy uro­snąć, jed­no­cze­śnie nie bio­rąc na sie­bie zbyt wiele.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki