Przedmowa
"Wyznacz wreszcie granice!" -?ale jak?
"Postaw
wreszcie granice!" Ba, łatwo powiedzieć. Ile razy zdarzyło nam się już
słyszeć coś takiego. I to akurat wtedy, kiedy była to ostatnia rzecz,
jaką potrzebowaliśmy usłyszeć! Dawniej, gdy sam nie umiałem jeszcze
stawiać granic, nie raz i nie dwa musiałem pokornie wysłuchiwać takich
"mądrości". Nie mogę powiedzieć, by były szczególnie pomocne. Wprost
przeciwnie, sprawiały, że moja sytuacja robiła się jeszcze trudniejsza
do zniesienia. Bo nie dość, że walczyłem z tym, czemu właśnie nie
potrafiłem postawić granic, to jeszcze czułem się rozczarowany, że ktoś,
komu zwierzyłem się ze swoich kłopotów, nie tylko mnie nie zrozumiał ani
mi nie pomógł, ale, co gorsza, bagatelizował moją sytuację,
wykorzystując taki właśnie oklepany frazes. Zdarzało się, że był to
ktoś, kogo przy innej okazji wysłuchałem z cierpliwością i ze
zrozumieniem i komu pomogłem stanąć na nogi. I oto nagle zderzałem się z faktem, że ten sam człowiek po prostu odgrodził się od moich problemów i nie mogę do niego dotrzeć. Niestety jednak nie zdradził mi, co
konkretnie powinienem robić, żeby w danej sytuacji osiągnąć stan zwany
"odgraniczeniem się". Krótko mówiąc, musiałem teraz wyznaczyć granice
nie tylko względem tego, co było początkowym źródłem moich problemów,
ale na dodatek wobec człowieka, który tak niefrasobliwie się na ten
temat mądrzył! W dalszym ciągu nie miałem jednak pojęcia, jak to zrobić.
Tyle że presja wzrosła.
Wszyscy wiedzą, że umiejętność stawiania granic jest konieczna. Na
każdym kroku ktoś nas do tego namawia i zachęca. Najczęściej jednak
poradom tym nie towarzyszą żadne sprawdzone metody, które moglibyśmy
zrealizować w praktyce.
Niejasne też jest, gdzie dokładnie należy wyznaczyć owe granice. A nawet
jeśli opanujemy taką czy inną metodę odgraniczania się, często i tak nie
udaje się jej wcielić w życie, bo pojawiają się nieoczekiwane przeszkody
i nasze wysiłki spełzają na niczym. I właśnie tej tematyce poświęcona
jest niniejsza książka: czym są granice i gdzie tak naprawdę
przebiegają, a także co konkretnie można zrobić, by się odgraniczyć
mentalnie, fizycznie (z wykorzystaniem określonych sygnałów
komunikacyjnych), a także energetycznie. Omawiam w niej też wspomniane
wyżej przeszkody oraz ewentualny opór, na który możemy natrafić, a także
przedstawiam metodę, która wykracza poza samo stawianie granic. Pomaga
ona w sytuacjach, w których nie mamy żadnej możliwości, żeby się
odgraniczyć.
Na czym NIE polega stawianie granic
Cały czas stykam się w tej kwestii z rozmaitymi nieporozumieniami,
dlatego to od niej chciałbym zacząć. Pod pojęciem odgraniczenia
niektórzy rozumieją wznoszenie wokół siebie murów nie do sforsowania,
całkowite wycofanie się ze świata albo zerwanie kontaktów. W opinii
takich osób możliwe są tylko dwa rozwiązania: albo jesteśmy całkowicie
otwarci na wszystkich i wszystko, albo całkowicie się zamykamy. Albo -
albo i nic pośrodku. Kiedyś też się tak zachowywałem. Albo byłem otwarty
na innych w sposób graniczący z naiwnością, a tym samym podatny na
ewentualne zranienia, albo też zraniony wycofywałem się nieufnie i odgradzałem od innych, tylko dlatego, że wcześniej byłem zdecydowanie
zbyt otwarty. W skrajnym przypadku zdarzyło mi się nawet całkowicie
zerwać kontakty. Wszystkie te błędy przećwiczyłem na własnej skórze!
Niekiedy zresztą pomyłek po prostu nie da się uniknąć. Z perspektywy
czasu jestem wręcz za nie wdzięczny, bo błędy, poczucie winy i ból
pozwalają na uświadomienie sobie pewnych rzeczy i rozwój. Dopiero
stopniowo zaczynałem rozumieć, że pomiędzy tymi dwiema skrajnymi
postawami istnieje jeszcze nieskończenie wiele bardziej zniuansowanych
możliwości utrzymywania bliskości lub zachowywania dystansu. Właśnie
precyzyjne wyregulowanie mechanizmu otwierania się i zamykania pozwala
nam na prawdziwe spotkanie z innymi i bliskość. Nie pozwala za to nam
samym zagubić się i stracić z oczu własnych potrzeb, chroni też przed
ewentualnym zranieniem bądź wykorzystaniem.
Dopiero wówczas można mówić o umiejętnym odgraniczaniu się: chodzi o to,
by w określonych sytuacjach każdorazowo ustanawiać odpowiednie proporcje
pomiędzy bliskością a dystansem. To właśnie wtedy, wychodząc innym
naprzeciw, wciąż jesteśmy świadomi siebie samych -?jesteśmy w kontakcie
z innymi, nie zatracając własnej odrębności. Stawiając granice, wcale
nie wykluczamy drugiej osoby. Odgraniczanie się nie ma nic wspólnego ze
wznoszeniem murów i zrywaniem kontaktów. To właśnie dzięki jasno
wytyczonym granicom możliwa jest komunikacja i przyjaźń. Granice
umożliwiają stabilne stosunki społeczne, a nawet pokój i harmonię. Jak
mówi niemieckie przysłowie: gdzie dobre płoty, tam dobrzy sąsiedzi!
Granice nie tylko wobec innych
Ludzie często przymykają oczy na to, jak sami przyczyniają się do
przekraczania swoich własnych granic -?na przykład wysyłając niejasne
sygnały komunikacyjne. Być może wręcz formułują ukryte zaproszenia, by
jednak próbować podejść nieco bliżej. W skrajnych przypadkach całkiem
zapominamy, że wcześniej rozdaliśmy liczne "kupony rabatowe" i wystawiliśmy "czeki in blanco". Niektórzy z nas nie dostrzegają też
własnej tendencji do przekraczania granic innych, po prostu dlatego, że
w ogóle nie zdołali wykształcić w sobie zrozumienia, czym są granice.
Jednak bodaj najczęściej naruszamy je w kontakcie z samymi sobą.
Tymczasem ważne są nie tylko granice wobec innych ludzi, ale także
własne, na przykład w odniesieniu do naszej wydajności, wymagań wobec
życia i wobec samych siebie. Jeżeli w nieskończoność zwiększamy presję,
jaką na siebie wywieramy, w rzeczywistości osiągamy coraz mniej.
Cierpimy wówczas nie tylko wskutek wewnętrznego niezadowolenia -
pojawiają się też dolegliwości, które w gruncie rzeczy stanowią
opóźnione meldunki naszej "straży granicznej".
Nawet ta książka powstała dzięki umiejętności odgraniczania. Bez
rozgraniczenia tematów, bez ograniczenia się do określonej objętości,
bez odgrodzenia się od innych kwestii i skupienia tylko na tym, co można
przekazać za pomocą słów, raczej nic by z tego nie wyszło. Hipotetyczna
książka "bez granic" byłaby o wiele za długa, znacznie droższa, a w ogóle najpewniej do dziś by nie powstała... Wreszcie przecież i ty możesz
poświęcić tylko ograniczony czas tematyce stawiania granic, bo życie
składa się z wielu innych problemów, a także wielu innych zajęć niż
czytanie.
Nie tylko dla osób o zbyt cienkiej skórze
Moją pierwszą książkę Wenn die Haut zu dünn ist: Hochsensibilit?t -
vom Manko zum Plus (Gdy skóra jest zbyt cienka: Wysoka wrażliwość -
jak z wady zrobić zaletę) poświęciłem wysoko wrażliwym osobom (WWO, ang.
highly sensitive persons), do których sam się zaliczam. Osoby wysoko
wrażliwe to ludzie odbierający więcej bodźców niż pozostali. Spoglądają
poza granicę własnego płotu i widzą więcej: w swoim własnym ogródku, a często także w ogródkach innych. W rezultacie muszą także przetwarzać
odpowiednio więcej bodźców. Osoby wysoko wrażliwe, które spróbowały się
dopasować i włożyły sporo wysiłku, by zmniejszyć własną przyrodzoną
wrażliwość, mają generalnie problem ze stawianiem granic. W efekcie
zwykle nie są zintegrowane i nie zachowują równowagi energetycznej. Na
przykład podczas rozmowy dosłownie zamieniają się w słuch i często
zatracają w swoim rozmówcy. Tymczasem ktoś, kto w sensie energetycznym
nie jest "u siebie", nie będzie także potrafił stawiać granic.
Ci wrażliwcy, którzy znają już Wenn die Haut zu dünn ist, mogą
potraktować książkę Tu jest moja granica jako jej kontynuację, znajdą
tu bowiem jeszcze więcej praktycznych wskazówek, przydatnych w codziennym życiu. Jednak niniejsza książka z całą pewnością jest
przeznaczona nie tylko dla osób wysoko wrażliwych, ale dla wszystkich
czytelników mających problemy ze stawianiem granic, a więc dla mnóstwa
osób, których wrażliwość całkowicie mieści się w normie. Jeżeli jednak w trakcie lektury złapiesz się kilka razy na myśli, że być może i ty
należysz do grupy WWO (bo przecież szacuje się, że jest to od 15 do 20
procent ludzi), polecam ci zapoznanie się z moją pierwszą książką. Poza
wszystkim innym zawiera ona także dwa testy, z których dowiesz się, czy
ty sam (lub twoje dziecko) zaliczasz się do osób wysoko
wrażliwych1.
Przekartkować czy przestudiować -?wybór należy do ciebie
Już moja pierwsza książka stała się dla wielu osób wierną towarzyszką
codziennego życia, niemal czymś w rodzaju książeczki do nabożeństwa,
która na długi czas znalazła stałe miejsce na stoliku nocnym czy biurku.
Po niektórych egzemplarzach od razu było widać, jak intensywnie były
czytane, na przykład co kilka stron ktoś zaznaczał karteczkami ważne
fragmenty. Niemal na każdej stronie podkreślano coś ołówkiem lub
kolorowym markerem. Nie było wątpliwości, że lektura towarzyszy
czytelnikowi na co dzień i że on nadal z nią pracuje. Również i ta
książka pomyślana została jako kompendium. Choćby dzięki wielu
przedstawionym tutaj metodom można korzystać z niej aktywnie przez
dłuższy czas.
Tu jest moja granica to więcej niż tylko zbiór informacji na temat
stawiania granic. To także wiele konkretnych instrukcji, jak dokładnie
to robić, i zachęt do samodzielnego wypróbowania poszczególnych metod.
Dlatego może towarzyszyć ci przez długi czas. Być może na początku
przeczytasz ją dość pobieżnie, by zorientować się w treści i zrozumieć,
jak brak umiejętności stawiania granic wpływa na twoje życie, a dopiero
później wypróbujesz konkretne techniki, które stanowią o właściwej
wartości tej książki. Lektura taka jak ta ma dużo do zaoferowania
czytelnikowi, ale też odpowiednio dużo od niego wymaga. Czytając tę
książkę, będziesz musiał rozstrzygnąć, na ile chcesz dopuścić do siebie
tę wiedzę, a w którym miejscu postawisz granicę.
Naukę stawiania granic też trzeba ograniczać
Kwestię ograniczania się i stawiania granic innym omówię tutaj nie tylko
teoretycznie, ale też jak najbardziej praktycznie, z prezentacją
konkretnych metod. Co więcej: nawet przy nauce wykorzystania technik
stawiania granic możesz uczyć się je stawiać samemu sobie. Mówiąc
prościej: nie przesadź z wypróbowywaniem wszystkiego za jednym zamachem.
Lepiej wykorzystać kilka metod niż wszystkie naraz. Jeżeli spróbujesz
robić zbyt wiele jednocześnie, w ostatecznym rozrachunku osiągniesz
znacznie mniej. Dlatego ograniczaj się sam, nawet jeśli wiesz, że już na
kolejnych stronach znajdziesz więcej, a potem jeszcze więcej. Daj sobie
czas, choćby kwestia stawiania granic była w twoim przypadku paląca.
Krok po kroku -?tylko w ten sposób zdołasz się czegoś nauczyć i poszerzyć swoje możliwości działania.
"Wszystko da się zrobić!"
Czy w ogóle chcemy się ograniczać?
Większość ludzi nie lubi słuchać o takich
czy innych granicach. Świat bez granic -?któż by go nie pragnął? Również
i moje najwcześniejsze wspomnienia związane z granicami nie są
najlepsze. Zaraz za wsią, w której spędziłem pierwsze lata życia,
zaczynała się pilnie strzeżona strefa graniczna. Dorośli wciąż jeszcze
opowiadali sobie historie o tych, którzy próbowali ją przekroczyć, ale
im się to nie udało. A jeszcze później praktycznie nie było szans, by
bez szwanku prześliznąć się przez metalowe płoty wyposażone w urządzenia
samostrzelające. Na tym nie koniec: kontroli granicznych w pociągach
międzystrefowych2 też zawsze wyczekiwano z drżącym
sercem.
Również z granicami w sensie metaforycznym -?a o takich jest przecież
mowa w tej książce -?nie miałem wcale początkowo dobrych doświadczeń.
Gdy jako chłopiec posuwałem się za daleko, zdarzało się, że mój tak
zwykle dobroduszny i tolerancyjny ojciec nagle pokazywał zupełnie inną
twarz, zaczynał wrzeszczeć i tracił panowanie nad sobą. Radził sobie z granicami tak samo kiepsko, jak moja matka. Ona jednak nie wybuchała
złością, tylko milkła i bladła jak ściana. Nadal robiła to, co trzeba
było zrobić przy dzieciach, jednak stawała się dla nas całkowicie
niedostępna. Te granice dawało się odczuć dopiero wówczas, gdy wiązało
się to z eksplozją bądź implozją, a więc wtedy, gdy było już za późno.
Przy tej okazji ktoś zawsze czuł się winny. A niekiedy dotyczyło to
wszystkich zainteresowanych.
Mógłbym też co prawda dostrzec odwrotną stronę medalu, czyli korzyści z jasno wytyczonych w dzieciństwie granic. Te jednak rzucały się w oczy
znacznie słabiej, ponieważ były czymś zupełnie codziennym i zwyczajnym.
Przychodzi mi na myśl nasze ogrodzenie z bukowym żywopłotem -?dzięki tej
granicy mogliśmy się jako dzieci bawić w ogrodzie bez niczyjego nadzoru,
bezpiecznie odgrodzeni od ulicy. A pomiędzy żywopłotem a rabatkami nasze
koty mogły spokojnie drzemać i przeciągać się do woli, nawet wtedy, gdy
po drugiej stronie płotu psy sąsiadów ujadały jak szalone. Kiedy
chciałem mieć święty spokój, mogłem zamknąć za sobą drzwi do swojego
pokoju, równie dobrze jednak mogłem zostawić je otwarte, gdy nie
chciałem czuć się samotny podczas odrabiania prac domowych. Ale nawet
przy otwartych drzwiach jasne było, że tu właśnie jest moje królestwo.
Stał tam stary sekretarzyk, w którym odkryłem szufladkę otwieraną za
pomocą specjalnego mechanizmu. Z początku przechowywałem w niej różne
dziecięce skarby, potem pamiętnik, któremu zwierzałem się z moich
sekretów. Szczypta mąki w charakterze proszku do zdejmowania odcisków
palców zdradziłaby mi ewentualne najście. Wszystkie te granice
zapewniały ochronę i pozwalały uzyskać spokój, harmonię i wolność.
Ideologia bezgraniczności
Jednak w dzisiejszych czasach dominuje raczej podejście odwrotne. Należy
mierzyć wysoko i spoglądać daleko poza własne granice. Dziesiątki reklam
przekonują nas, by kupić dziś, a zapłacić... dużo, dużo później. Pokus, by
wykraczać daleko poza własne granice, nie brakuje. Choćby w sensie
finansowym -?za wszystko można przecież zapłacić kartą. Łatwo w takiej
sytuacji stracić rozeznanie, gdzie znajdują się granice naszego budżetu.
Cios przychodzi z opóźnieniem, ale jego siła może okazać się niszcząca i sprawić, że znajdziemy się w sytuacji jeszcze gorszej niż wyjściowa. Na
koniec bowiem drogo się płaci za pozornie nieograniczoną swobodę
finansową. Rezultatem myślenia w kategoriach nieograniczonego wzrostu
był nie tylko globalny kryzys bankowy z 2008 roku, ale także wiele
pomniejszych indywidualnych kryzysów -?nie tylko na płaszczyźnie
finansowej.
Reklamy i media nieustannie kuszą nas, by przekraczać własne granice.
Iluzja nieograniczoności mami nas i utwierdza w przekonaniu, że wszystko
i zawsze jest dostępne dla każdego. Dotyczy to zresztą rozmaitych sfer
życia, choćby wymagań pod adresem wydajności własnej i innych. A jeśli
wciąż jeszcze nie udało nam się spełnić tych wymagań, ideologia
bezgraniczności natychmiast podsuwa nam zgrabne wyjaśnienie: tak
naprawdę wcale tego nie pragnęliśmy! Ten sposób myślenia znalazł bodaj
najdobitniejszy wyraz w piosence You can get it, if you really want.
Swobodny, kołyszący rytm reggae tworzy dla niego doskonały kamuflaż.
Ideologia bezgraniczności zakłada, że nie istnieją granice tego, co
można osiągnąć, zwodzi też wizją pozornej równości. Zgodnie z nią
wszyscy mamy rzekomo równe warunki startowe, takie jak zdolności,
talenty, uwarunkowania fizyczne, zdrowotne i społeczne, a na drodze
życiowej każdego z nas w równym stopniu pojawiają się nieoczekiwane
szczęśliwe zrządzenia losu i korzystne okazje, a także przeszkody. Taką
wizję pozornej równości wykorzystuje się następnie sprytnie do ukrycia
faktycznych nierówności społecznych i ostracyzmu wobec tych, którym się
gorzej powiodło: "Skoro czegoś nie osiągnął, to znaczy, że po prostu
wcale nie chciał nic zmieniać!".
Wiecznie niezadowoleni, wiecznie na minusie
Siedemnastoletnią Nicole chyba każdy uznałby za piękną młodą kobietę.
Chłopakom w jej wieku też się bardzo podoba. Jednak matka Nicole wie,
jak bardzo dziewczyna cierpi z powodu swego wyglądu: sama siebie
bynajmniej nie uważa za atrakcyjną. Często długo stoi przed lustrem i w efekcie wpada w taką rozpacz, że matce bardzo trudno wyciągnąć ją z dołka. Potem następują ciągnące się w nieskończoność krytyczne
rozważania Nicole na temat szczegółów jej wyglądu, od kształtu i rozmiaru biustu przez talię i biodra, aż po nos, który kiedyś, gdy już
będzie miała własne pieniądze, może sobie poprawi chirurgicznie.
Koncentracja na domniemanych wadach i ciągłe porównywanie się z innymi
zatruwają życie dziewczyny, które przecież mogłoby być radosne i beztroskie...
Powszechnie wiadomo, że takie problemy dręczą wiele młodych dziewcząt.
Ale i ich rówieśnicy płci męskiej nie są wolni od tego ciężaru. Z podobnymi kłopotami zmaga się też wielu szczególnie podatnych na wpływ
mediów nastoletnich chłopców, poszukujących wzorców i autorytetów.
Dotyczy to także Karstena, brata Nicole. Uważa on, że nie jest
dostatecznie męski i wyluzowany, nawet jeśli tak właśnie stara się
prezentować na zewnątrz. Niekiedy zdarza mu się z tym przesadzać, czym z kolei rani rodziców. W dodatku ich matka wciąż zadaje sobie pytanie,
jakie błędy wychowawcze popełniła. Przecież zawsze robiła dla swoich
dzieci wszystko! W trakcie rozmowy dociera do niej, jak wielką presję
wywiera na samą siebie, stawiając sobie tak wysokie wymagania: jako
kobiecie, jako partnerce, jako matce, a na dodatek jako pracownicy... We
wszystkich tych sferach uważa siebie za nie dość dobrą, a niekiedy
całkiem nieudolną, mimo że obiektywnie nie ma ku temu żadnych podstaw.
Naprawdę zrobiła wszystko, co mogła, i osiągnęła bardzo wiele.
Wszystkie te sytuacje mają jeden punkt wspólny: otóż stan faktyczny z jego nieodłącznymi ograniczeniami porównuje się tu z pozbawionym
jakichkolwiek ograniczeń stanem wyobrażonym, tym, co naszym zdaniem
powinno zaistnieć. W ten sposób ludzie sami tworzą sobie problem, który
nie istniałby na taką skalę, gdyby nie owo wyobrażenie, że można mieć
zawsze wszystko, bez żadnych ograniczeń. To, co jest, uznajemy za mierne
lub niedostateczne, bo ukazuje nam naszą ograniczoność. Nie dostrzegamy
już zalet stanu faktycznego, pomijamy to, co udało nam się osiągnąć. Gdy
pozbawiony wszelkich ograniczeń stan wyobrażony uznaje się za punkt
wyjścia, zaczynamy żyć w wiecznym deficycie. Ideologia bezgraniczności
to sprawdzony sposób na to, by unieszczęśliwić samego siebie i żyć w ciągłym poczuciu niezadowolenia. Tymczasem spojrzenie na to, co już
zostało osiągnięte, daje nam poczucie spełnienia i sprawia, że raczej
skupiamy się na rubryce "zysków" niż "strat". Zaś dążenie do tego, co
jest możliwe do osiągnięcia, sprawia, że w ograniczonym zakresie
rzeczywiście nam się to udaje i możemy doświadczać kolejnych sukcesów,
jednego po drugim.
Żeby uniknąć nieporozumień: nie chodzi o to, by zastępować szeroko
rozpowszechniony pesymizm jednostronnym optymizmem albo by półprawdy
negatywnego myślenia zamieniać na świadomie wybraną ignorancję myślenia
pozytywnego. Chodzi o to, by zastanowić się, jak wpływa na nas wizja
braku wszelkich granic, jak może nas ona osłabiać i unieszczęśliwiać.
Gdy pomijamy i lekceważymy swoje aktualne granice, zwykle wpadamy w absurdalne błędne koło: staramy się ze wszystkich sił, a jednocześnie
czujemy się bezsilni i nie osiągamy zbyt wiele. W rezultacie cały czas
pozostajemy na minusie. Wówczas albo poddajemy się i popadamy w rezygnację, albo ponownie zwiększamy presję na siebie samych i spinamy
się jeszcze bardziej. Tyle że na dłuższą metę jeszcze bardziej nas to
osłabia.
Ktoś, kto nie potrafi stawiać granic, jest też idealnym pracownikiem, bo
nieustannie sam wywiera na siebie presję, aż całkiem się wypali. Kiedy
sami uważamy, że czegoś nam brak, skłonni jesteśmy dostosowywać się za
wszelką cenę i łatwo wtedy nami sterować. Jako konsumenci nie zauważamy
tego wszystkiego, co już mamy, dostrzegając tylko to, czego właśnie nie
mamy, i gorączkowo za tym goniąc. Kupione produkty tracą urok już przy
rozpakowywaniu. Bo oto już kusi nas najnowszy model, który jeszcze
przewyższa dotychczasowy. A ponieważ nie umiemy się ograniczać, musimy
go zdobyć, nawet jeśli nie wypróbowaliśmy jeszcze możliwości dopiero co
nabytej rzeczy. Poza tym wszyscy przecież tak robią, my zaś nie
potrafimy stawiać granic również w kontaktach z innymi. Zawodzimy
również jako obywatele, bo nasza otwartość na wszystkie problemy całego
świata sprawia, że nie dostrzegamy zadań wokół nas, za które
rzeczywiście moglibyśmy się zabrać. W rezultacie brak nam sił do
podjęcia konkretnych obywatelskich działań. Gdy nie potrafimy się
samoograniczać, wciąż uznajemy, że czegoś nam brakuje, a przez to
stajemy się niebywale podatni na manipulację.
W swojej książce Vom Haben zum Sein: Wege Und Irrwege der
Selbserfahrung (Od mieć do być: Drogi i bezdroża samopoznania) Erich
Fromm analizuje kwestię przejścia od "mieć" do "być". Sądzę, że w obecnym klimacie społecznym należałoby najpierw przejść od "chcieć mieć"
do "mieć", zanim w ogóle będzie można otworzyć się na zmianę ku "być".
Ogranicz swój "plac budowy"
Nikt nie jest w stanie jednocześnie skutecznie działać na wszystkich
frontach. Zastanów się: w jakiej sferze masz największe braki? Na co
chciałbyś położyć nacisk w kwestii stawiania granic, na czym się
skoncentrować? W jakim obszarze pragniesz najpierw osiągnąć konkretne
rezultaty?
Nie umiem się ograniczać...
przy rozumowym analizowaniu i roztrząsaniu wszystkiego,
w moich uczuciach i emocjach,
odnośnie do moich reakcji fizycznych,
w pracy,
w wymaganiach pod własnym adresem,
w wymaganiach wobec innych,
w odniesieniu do wymagań, jakie inni mają wobec mnie,
w odniesieniu do zewnętrznych bodźców.
Z wielkim trudem udaje mi się wytyczyć granice wobec...
moich dzieci,
mojego partnera,
moich przyjaciół,
moich znajomych,
obcych ludzi,
moich współpracowników,
moich przełożonych,
moich klientów/interesantów/pacjentów.
Mam problem z dostrzeganiem i respektowaniem granic u...
moich dzieci,
mojego partnera,
moich przyjaciół,
moich znajomych,
obcych ludzi,
moich współpracowników,
moich przełożonych,
moich klientów/interesantów/pacjentów.
Z faktu, że ograniczysz swój "plac budowy", bynajmniej nie wynika, że
nie zechcesz czy nie zdołasz rozwijać się także w innych sferach. Tak,
zrobisz to, ale po kolei. Najlepsze rezultaty osiągniesz, jeśli na
początek skupisz się na najsłabszym miejscu twoich granicznych
"umocnień" i ograniczysz swoje wysiłki wyłącznie do tego miejsca.
Przyjrzyj się także tym sferom, w których potrafisz całkiem nieźle
stawiać granice. Raz jeszcze przeanalizuj powyższą listę, tym razem
zadając sobie odwrotne pytanie: w jakich dziedzinach życia udaje ci się
jasno wyznaczać granice? Być może odkryłeś różne dobre sposoby, dzięki
czemu na tych frontach masz spokój i możesz skupić się na najsłabszych
punktach.
Silni na swoich włościach
Gdzie przebiegają granice i po czym poznać, że zostały przekroczone
Wielu ludzi z wielką chęcią wyznaczyłoby
jasne granice i zadeklarowało: "Dotąd tak, ale nie dalej!". Jednak po
pierwsze brakuje im do tego narzędzi, po drugie zaś często sami do końca
nie wiedzą, gdzie właściwie są ich granice. Tymczasem z różnych
wypowiedzi na ten temat można by wręcz wyciągnąć wniosek, że daje się je
wytyczać zupełnie dowolnie i wedle uznania. Jednak takie arbitralne i z sufitu wzięte granice sami z trudem będziemy dostrzegali i łatwo nam
przyjdzie ich ignorowanie. Nie da się ich też utrzymać przez dłuższy
czas.
Tak naprawdę chodzi o terytoria
Granice nie są celem samym w sobie. Każda z nich stanowi krawędź danego
obszaru czy rewiru. Nasze terytorium należy do nas, pragniemy
rozporządzać nim swobodnie i samodzielnie. Trzeba więc pamiętać, że gdy
mówimy o granicach, chodzi przede wszystkim nie o nie same w sobie, ale
właśnie o chroniony przez nie obszar, który chcemy kształtować według
własnych wyobrażeń, za który ponosimy odpowiedzialność i w ramach
którego możemy się autonomicznie rozwijać. Granice w dosłownym sensie
(żywopłoty, ogrodzenia, granice między państwami) wyznaczają przejście z jednego terytorium na terytorium podległe już komuś innemu, względnie na
ziemię niczyją. Podobnie jest z granicami rozumianymi metaforycznie:
również w tym przypadku sygnalizują one przejście pomiędzy naszym
rewirem a rewirem drugiego człowieka albo też pomiędzy naszym terytorium
a całym światem zewnętrznym. Dlatego też nasze granice decydują także o naszym stosunku do samych siebie, do innych ludzi i do tego, co nas
otacza.
To właśnie w obszarach przygranicznych rodzą się małe konflikty i wielkie wojny. Ktoś, kto ma świadomość własnych granic, czytelnie je
oznacza i jest gotów ich pilnować, a do tego znajduje w sobie dość siły
i odwagi, by ich bronić, ma największe szanse na życie w harmonii z innymi. Zazwyczaj im mniej ewentualnych nieporozumień, tym mniejsze
ryzyko sporów z sąsiadami. Ten, kto potrafi wyznaczyć jasne i rozsądne
granice, a jednocześnie sam przestrzega tych stawianych przez innych, ma
najlepsze widoki na pokojowe współistnienie.
Nie za blisko, nie za daleko -?usytuowanie granic nie jest przypadkowe
Jednak po to, by w ogóle móc stawiać granice, trzeba najpierw mieć
pewność, gdzie one właściwie przebiegają. Jeżeli są zbyt blisko, będą
nas osłabiać. Zbyt małe poletko nikogo nie wyżywi, a zbyt mały zakres
zadań stanowi dla nas niedostateczne wyzwanie. W obrębie zbyt ciasnych
granic czujemy się przyblokowani i zachodzi niebezpieczeństwo, że
zaczniemy się wówczas nudzić. Robimy mniej, niż pozwalają nam nasze
możliwości, i w zbyt małym stopniu wykorzystujemy nasz potencjał.
Tęsknie spoglądamy na ziemie sąsiadów i rozległe przestrzenie tuż za
naszą granicą, które moglibyśmy objąć w posiadanie. Może się zdarzyć, że
będzie nas kusić bardziej zielona trawa w ogrodzie sąsiada,
niewykluczone też, że popchnie nas to do drobnych zawłaszczeń -?na
przykład w pracy zaczniemy ingerować w zakres kompetencji naszego
współpracownika... I od razu harmonia pryska!
Na naszą niekorzyść działa również sytuacja odwrotna, w której nasze
granice są zanadto rozciągnięte. Zbyt wielkie terytorium sprawi, że
przeliczymy się z siłami. Być może nie będziemy nawet dostrzegać naszych
granic, bo będą odsunięte zbyt daleko. W rewirze, którego nie jesteśmy w stanie obronić, nie będziemy się czuć bezpiecznie. A skoro sami nie
jesteśmy w stanie wypełnić naszego terytorium, inni łatwo mogą wpaść na
pomysł, by zakwestionować nasze prawa do niego. Ponadto, gdy nasze
granice są zbyt daleko od nas, skutecznie odgradzają nas też od innych.
Czujemy się wówczas samotni i wyizolowani.
W idealnym przypadku nasz rewir nie jest więc dla nas zbyt mały, a zatem
nas nie osłabia. Ale i nie za duży, bo taka sytuacja stawia przed nami
zbyt wiele wyzwań, co w konsekwencji także prowadzi do osłabienia.
Najlepsze jest takie terytorium, które odpowiada naszym siłom i możliwościom, które możemy samodzielnie kształtować, o które dbamy, za
które ponosimy odpowiedzialność i które otaczamy ochroną. Nasza granica
powinna zatem przebiegać dokładnie w miejscu, w którym wyczerpują się
nasze siły i kończy terytorium.
Nasza granica przebiega tam, gdzie kończy się nasz rewir, czyli odpowiednie dla nas terytorium.
Brak granic może spowodować, że będziemy bez sensu trwonić siły.
Pozbawiony granic świat nieskończonych możliwości łatwo może nas
przytłoczyć. Od czasu do czasu bardziej się w coś zaangażujemy, jednak
rezultaty będą zbyt małe jak na włożony wysiłek. Taka sytuacja pozbawia
nas sił. Czujemy się bezbronni wobec otaczającego nas świata i wszystkich możliwości, jakie oferuje. Tymczasem z zewnątrz napierają
inni, którzy pragną zwiększyć swój stan posiadania. Naturalnie, gdybyśmy
byli bardzo silni, moglibyśmy z łatwością narzucić im nasze warunki.
Tyle że wówczas to my moglibyśmy stać się zagrożeniem dla ich granic...
Również w takim przypadku musielibyśmy dostosować usytuowanie naszych
granic do naszych sił. Rewir, który odzwierciedla nasze siły i zasoby,
może nas wręcz wzmocnić i zapewnić nam oparcie. Nasza granica leży tam,
gdzie kończą nam się siły. Również w przenośnym sensie.
Stawianie granic: kwestia postrzegania
Problemy ze stawianiem granic to często problemy z dostrzeganiem ich
obecności. Dopiero po fakcie orientujemy się, że sami przekroczyliśmy
własne granice i wzięliśmy na siebie zbyt wiele. Często też z dużym
opóźnieniem zdajemy sobie sprawę, że to inni je naruszyli. Zauważamy to
dopiero wtedy, gdy są już na naszym terytorium tak głęboko, że trudno
nam w jakikolwiek sposób temu zaradzić. Zazwyczaj przyzwalamy im na to
całkowicie bezczynnie z bardzo prostej przyczyny -?w ogóle nie
zauważyliśmy, co się właśnie wydarzyło. Nie zdawaliśmy sobie nawet
sprawy, że została przekroczona nasza granica. A teraz jest już za
późno. Niekiedy nawet sami przyczyniliśmy się do takiego obrotu
wydarzeń, wysyłając fałszywe sygnały i na przykład uśmiechając się, jak
gdybyśmy chcieli zachęcić naszego interlokutora, by zbliżył się
bardziej. Krótko mówiąc, sami przyłożyliśmy rękę do naruszenia naszych
granic. Dlatego nie ma większego sensu obarczanie winą innych. Bez
naszego udziału sprawy w większości wypadków nie zaszłyby tak daleko.
Pierwszym krokiem w zakresie ochrony naszych granic jest zatem nie ich
obrona, tylko postrzeganie ich obecności. A tego wielu ludzi po prostu
nie umie. A przecież, skoro usytuowanie naszych granic stanowi
zwierciadło naszej siły, nic dziwnego, że istnieje odczuwalna różnica
pomiędzy obszarem w ich obrębie a terenem poza nimi: do chwili, gdy
nasze granice nie zostaną przekroczone, czujemy się pełni sił. Stan ten
zmienia się, gdy dojdzie do ich naruszenia, bo wówczas zwykle odczuwamy
presję. Powstałe napięcie możemy wykorzystać do obrony własnego
terytorium, możemy też się wycofać, przez co czujemy się słabi. Chodzi
więc o inny rodzaj postrzegania niż ten, do którego jesteśmy
przyzwyczajeni i o którym myślimy, gdy słyszymy to słowo. Nie o widzenie, słyszenie, wąchanie czy smakowanie, ale o postrzeganie za
pomocą ciała, o wyczuwanie swojego bieżącego nastroju: czy wciąż jeszcze
jestem w pełni sił, czy właśnie zaczynam tracić energię?
PRZYKŁAD PRZY STOLE: Pierwszy kęs tortu szwarcwaldzkiego smakuje
całkiem dobrze, drugi zwykle jeszcze lepiej. Całkiem możliwe, że wraz z kolejnymi kęsami smak będzie wydawał się coraz lepszy i lepszy. Jednak w pewnym momencie bierzesz widelczyk i nagle tort nie smakuje ci już tak,
jak jeszcze przed chwilą. Jeśli będziesz jeść dalej, bardzo
prawdopodobne, że przyjemność będzie się coraz bardziej zmniejszać. W tym przypadku twoja granica przebiegała dokładnie w tym punkcie, w którym tort smakował ci najbardziej.
NA SIŁOWNI: Podnoszenie wyłącznie niewielkich ciężarów sprawia, że
nie wykorzystujemy w pełni naszych możliwości. W ten sposób szybko
odechce nam się ćwiczyć, bo trening nie sprawia nam już żadnej frajdy.
Jeżeli jednak spróbujemy podnieść zbyt dużo, możemy tego nie wytrzymać.
I choć dołożenie raptem jednego kilograma nie wydaje się wielką sprawą,
może doprowadzić do tego, że nagle nie będziemy już w stanie podnieść
nic więcej. Taka sytuacja hamuje nasze postępy i sprawia, że czujemy się
słabi.
W PRACY: Ktoś, kto przez cały czas robi zbyt mało albo wykonuje
zadania poniżej własnych możliwości, będzie się nudził. Dlatego po
spędzonym w pracy dniu, w którym znów nie było praktycznie nic do
roboty, czujemy się bardziej zmęczeni niż po takim, w którym nasze
możliwości zostały w pełni wykorzystane. Ale sytuacja, w której jesteśmy
obciążeni ponad miarę, też nam nie służy. W pracy najlepiej czujemy się
wtedy, gdy zadania, które mamy do wykonania, wymagają dotarcia do
naszych granic, ale nie zmuszają nas do zbytniego ich przekraczania.
Gdy tkwimy pośrodku terytorium, wyznaczanego przez nasze granice, brakuje nam dostatecznych wyzwań. Natomiast gdy zanadto je przekraczamy, przeciążamy się i porywamy na zbyt wiele.
Zarówno przy jedzeniu tortu, jak i na siłowni czy w pracy najlepiej
czujemy się w obszarze "przygranicznym", a więc w strefie przejściowej
pomiędzy "zbyt mało" a "zbyt wiele". Ten optymalny zakres znajduje się
tuż poniżej naszej granicy. Jeżeli uda nam się go zidentyfikować dzięki
sygnałom płynącym z ciała i zatrzymać się, zdołamy nie przekroczyć
granicy. Dzięki temu wszystkie powyższe działania (jedzenie tortu,
trening, praca) przyniosą nam satysfakcję, a w przypadku ćwiczeń czy
pracy możliwy będzie też dalszy rozwój. O tym, czy właśnie znajdujemy
się w optymalnej strefie, poinformować może nas tylko i wyłącznie nasze
ciało.
Jak w porę zarejestrować przekroczenie granic
Aby w ogóle móc odpowiednio wcześnie zarejestrować naruszenie naszych
granic -?w pracy, w kręgu przyjaciół czy w gronie rodziny -?niezbędne
jest nawiązanie kontaktu z własnym ciałem, umiejętność odczytywania jego
sygnałów. Gdy dochodzi do naruszenia granic, pojawiają się reakcje
cielesne, a zaraz za nimi impulsy, na przykład walki lub ucieczki.
Jeszcze przed chwilą panowała pełna harmonia i oto nagle znaleźliśmy się
poza strefą naszego komfortu.
Tak to się robi
Elfriede czuła się nieprzyjemnie i miała opory przed rozczarowaniem
akwizytora czasopisma, który w rozmowie telefonicznej ze szczegółami
opisywał swój ciężki los, aby nakłonić ją do wykupienia prenumeraty.
Jednak gdy pomyślała, że w przyszłości miałaby co tydzień wyciągać ze
skrzynki na listy czasopismo, którym nie była szczególnie
zainteresowana, z jej konta co miesiąc będzie ściągana odpowiednia suma,
a późniejsze wypowiedzenie abonamentu będzie bardzo kłopotliwe,
uświadomiła sobie jedno: prościej będzie stanąć na straży własnych
granic teraz, nawet jeśli musi się w tym celu przemóc, niż narażać się w przyszłości na zupełnie niepotrzebne nerwy.
Często sam mózg ignoruje nasze własne granice
Gdy zbadamy sprawę dokładniej, okaże się, że nasz umysł bardzo słabo
nadaje się do rozpoznawania zakresu naszych granic i ich pilnowania. Aż
nazbyt często próbuje nam mieszać szyki, podsuwając najrozmaitsze myśli.
Oto przykład: mój mózg bardzo często jest zdania, że i ja koniecznie
powinienem umieć zrobić to, co robią inni. Mówi mi: "Skoro temu czy
tamtemu się udało, to przecież i ty dasz radę!". Jeśli zastosuję się do
jego sugestii, szybko wezmę na siebie zbyt wiele. Potem zaś z reguły
będę w stanie udźwignąć jeszcze mniej niż wcześniej. Mój racjonalny
umysł w ogóle nie ogląda się przy tym na mnie i moje samopoczucie.
Wpatrzony jest w konkretną osobę, która potrafi udźwignąć takie
obciążenia albo też w mitycznego "każdego", dobrze znanego ze zdań typu:
"każdy powinien..." czy "dobrze byłoby, żeby każdy...".
Pamiętam jednak i takie sytuacje, w których mój rozum, nieadekwatnie do
okoliczności, namawiał mnie, bym się oszczędzał i zachował ostrożność. W takim przypadku nie wykorzystywałem w pełni moich możliwości. Mózg
wmawiał mi słabość, choć wcale nie byłem słaby.
A jak to wygląda u ciebie?
Do rozważenia: Gdy bierzemy na siebie zbyt wiele
Przeanalizuj teraz w myślach konkretną sytuację, w której sam postawiłeś
przed sobą zbyt wysokie wymagania i przekroczyłeś przy tym własne
granice, tak że musiałeś później ponieść nieprzyjemne konsekwencje tego
stanu. Spróbuj przypomnieć sobie jakiś przykład, choćby drobny, z ostatniego tygodnia.
O czym wtedy myślałeś?
Co myślałeś?
Kiedy dokładnie nastąpił moment przekroczenia granicy?
Jakie myśli do tego doprowadziły?
Jakie uczucia się do tego przyczyniły?
Przyjrzyj się całej tej sytuacji raz jeszcze, ale tym razem wyobraź
sobie, że skutecznie bronisz swoich granic:
Jak rozpoznałeś, gdzie przebiega granica?
Co jeszcze teraz dostrzegasz?
Na co jeszcze zwracasz uwagę?
Co trzeba było zrobić, by nie naruszyć granicy?
Co mogłeś zrobić zawczasu, aby ostatecznie odczuwać większe
zadowolenie z końcowego rezultatu?
Gdy nauczysz się rejestrować sygnały swojego ciała i dostrzegać swój
aktualny stan, skorzystasz na tym na wiele sposobów. Będziesz się
orientował w odpowiednim momencie, że potrzebujesz przerwy. Że chce ci
się pić. Że przybierasz taką pozycję ciała, która ci nie służy.
Rejestrowanie stanu swojego ciała i zdawanie sobie z niego sprawy to
warunek niezbędny do tego, by o siebie zadbać i ponosić za siebie
odpowiedzialność. Dzięki temu będziesz w stanie zachować wydajność na
dłuższą metę. Tylko tak można gospodarować siłami ekonomicznie i ekologicznie zarazem.
Agent we własnej głowie
Nasze myślenie stanowi formę adaptacji do otaczającego świata. Na
początku, a więc we wczesnym dzieciństwie, za jego rozwój niekoniecznie
odpowiadaliśmy jednak my sami -?często po prostu przejmowaliśmy je od
dorosłych z najbliższego otoczenia. Ich modele myślowe, a także treść
ich wypowiedzi, odcisnęły na nas trwałe piętno. I nawet gdy w późniejszym życiu staramy się (używając tego samego mózgu) myśleć
inaczej, stare wzorce tkwią głęboko w naszych synapsach i nierzadko są
silniejsze niż nowe, nieco bardziej świadome ścieżki myślenia (choć i one często stanowią zaledwie odbłyski starych wzorców bądź opozycję dla
nich).
Charakterystyczną cechą naszego myślenia jest dostosowywanie się do norm
i wzorców otaczającego świata. Dlatego też orientujemy się na innych i z nimi porównujemy. Inni także stosują wobec nas ten sposób postrzegania i oceny: czy sprostaliśmy stawianym nam wymaganiom? Czy zaliczyliśmy test?
Jesteśmy chwaleni, ganieni i oceniani. A nasze myślenie się do tego
dostosowuje. Dlatego zerkamy na innych, porównujemy się z nimi i dopasowujemy się do kryteriów ustanowionych poza nami.
Serce buduje mosty i łączy
W wyznaczaniu granic nie pomoże mi także moje serce, bo nadaje się do
tego jeszcze mniej niż mózg. Uczucia łączą nas z innymi ludźmi i służą
jako barometr naszych społecznych kontaktów i relacji. Kiedy mamy dobrą
i satysfakcjonującą więź z innymi, wypełniają nas pozytywne uczucia. Gdy
nam tej więzi brakuje lub jej istnienie jest zagrożone, nasze uczucia
odpowiednio reagują. Oczywiście serce chciałoby być szczęśliwe, dlatego
próbuje przerzucać mosty, by połączyć nas z innymi ludźmi i uszczęśliwić
od razu także i ich.
Jeśli wskutek nadmiernej otwartości uczucia zostaną zranione, serce ma
tendencję do wycofywania się i zajmowania własnym bólem. Potrafi
reagować tak skrajnie, że w takiej sytuacji najchętniej skreśliłoby
innych na dobre. Generowane przez serce uczucia są nadzwyczaj
spontaniczne. Jeżeli serce odczuwa błogość i sympatię (czy wręcz
miłość!), trzeba się pilnować, ponieważ uczucia mogą wówczas łatwo i pochopnie przekroczyć granice drugiego człowieka. A wtedy łatwo o zranienia i rozczarowania.
W kwestii stawiania granic nasze uczucia nie będą nam szczególnie
pomocne. Na przykład moje serce mówi niekiedy tak: "Ależ nie można kazać
tak długo czekać tej biednej klientce. Daj spokój, popracuj dziś
wieczorem trochę dłużej! Przecież to lubisz!". A gdy w poszukiwaniu
wsparcia zwraca się do mózgu, ten potakuje i przypomina o młodych
lekarzach z przychodni piętro niżej, którzy przecież też często
przyjmują wizyty do późna.
Tylko ciało wie, gdzie są nasze granice
Jedyną instancją, która orientuje się w naszych granicach, jest nasze
ciało. Gdy przekraczamy granice, odczuwamy to "w trzewiach". Czujemy się
słabi. Ale jakże często ignorujemy te sygnały, ponieważ jesteśmy
całkowicie pochłonięci czynnością, która właśnie prowadzi do
nadwyrężenia naszych sił. Ciało wyczuwa też, kiedy to inni naruszają
nasze granice. Na przykład doświadczamy wtedy jakichś dziwnych sensacji
w brzuchu albo czujemy ucisk w klatce piersiowej lub nieprzyjemne
mrowienie. Z czasem odczucie to się nasila. Być może rejestrujemy wtedy
gotujące się w nas złość i agresję. U innych reakcja ta objawia się
impulsem ucieczki, więc się wycofują. W gruncie rzeczy ciało przez cały
czas mówi nam, jak się sprawy mają. Gdyby tylko mogło dojść do głosu.
Gdybyśmy zechcieli go słuchać. Często jednak w tym momencie wtrąca się
mózg i próbuje nas ugłaskać: już nie przesadzaj, nie jest przecież tak
źle, inni jakoś to znoszą, nie ma co robić fochów i dzielić włosa na
czworo. Przy okazji melduje się także serce: "No przecież ją lubisz. Nic
złego nie miała na myśli". Dlatego tak ważne jest, by wyćwiczyć
umiejętność wsłuchiwania się w "głos z brzucha" już z wyprzedzeniem.
Dzięki temu będziemy mogli reagować na czas, a nie z dużym opóźnieniem,
kiedy tak naprawdę jest już po wszystkim.
Dopiero w chwili, gdy żona zajrzała na moment do jego gabinetu i z lekkim wyrzutem w głosie życzyła mu dobrej nocy, Ludwig uświadomił
sobie, że od kolacji nie wstał nawet na moment od komputera. Surfując po
różnych forach, kompletnie zapomniał, że obiecał jej jeszcze wspólny
spacer wieczorem. Teraz ma wyrzuty sumienia i pretensje do siebie, że
znowu, jak już tyle razy wcześniej, nie skończył w porę przeglądania
stron. Jednocześnie inny głos w jego wnętrzu podpowiada przekornie, że
przecież surfowanie po internecie było bardzo ciekawe i że ma do niego
prawo. Ludwig dobrze zna ten wewnętrzny konflikt, przez który niemal do
świtu nie zmruży oka. Za każdym razem podejmuje mocne postanowienie, że
będzie sobie stawiał granice. Tyle że to raczej nie jest sposób, dzięki
któremu uda mu się uniknąć tego konfliktu w przyszłości.
Dopytywany o to Ludwig mówi, że już kilka godzin wcześniej przestał
zwracać uwagę na własne ciało i dostrzegać wysyłane przez nie sygnały.
Po tylu godzinach przed komputerem pieką go oczy, kręgosłup zesztywniał,
a on znów czuje się jak przepuszczony przez wyżymaczkę. A tymczasem to
właśnie rejestracja płynących z ciała sygnałów pozwoliłaby mu odnaleźć
granicę bez odwoływania się do moralności i późniejszych wewnętrznych
konfliktów.
Tak naprawdę chodzi tutaj po prostu o czułe zadbanie o samego siebie.
Dzięki nawiązaniu kontaktu z ciałem takie podejście pomaga też
odpowiednio ograniczyć nasze zachowania w odniesieniu do jedzenia, picia
i innych nawyków konsumpcyjnych.
"Odczytywanie" ciała wymaga czasu i cierpliwości
Aby nauczyć się dobrze wyczuwać własne ciało, musimy zarezerwować sobie
trochę czasu. Ciało nie jest tak szybkie jak mózg. Na dodatek
komunikacja werbalna nie jest jego specjalnością, trzeba się więc
aktywnie w nie wsłuchiwać. Musimy wyczuć, co chce nam na swój sposób
przekazać. A do tego trzeba mnóstwo cierpliwości. U wielu osób ciało
samo z siebie w ogóle się już nie odzywa.
Dawno przywykło od tego, że nie zwraca się na nie uwagi. Przecież całymi
latami było ignorowane, często wręcz lekceważone. Wielu z nas troszczy
się o nie tylko wtedy, gdy zaczyna sprawiać jakieś problemy, jakby było
tylko dokuczliwym balastem. Ludzie często traktują ciało po prostu jako
organ wykonawczy. Dla niektórych jest swego rodzaju opakowaniem
zapobiegającym temu, by duch nie bujał swobodnie w powietrzu. Inni
uznają je za rodzaj sprzętu sportowego, pozwalający na bicie rekordów.
Jeszcze inni nieustannie z nim walczą, bo nie odpowiada ich ideałowi
piękna. Naturalnie istnieje także trend przeciwny, w ramach którego
ciało wciąż jest trenowane na siłowni. Mogłoby się wydawać, że dzięki
temu ma szansę odzyskać wreszcie swoje prawa. Ale gdy przyjrzeć się
bliżej, okaże się, że nawet taki kult ciała także zakłada jego
przedmiotowe traktowanie.
Tymczasem ciało ma swój własny sposób postrzegania rzeczywistości, swoją
własną inteligencję. Najwyższy czas je docenić i obdarzyć uwagą, na jaką
zasługuje.
Rozpoznać reakcję ciała na naruszenie granic
Jeżeli chcesz poprawić swoją znajomość języka ciała i wyraźnie poczuć
jego zróżnicowane reakcje w różnych sytuacjach dotyczących twoich
granic, przeprowadź następujący eksperyment:
Przypomnij sobie trzy sytuacje wiążące się z określoną reakcją ciała
odnośnie do twoich granic. W pierwszej byłeś znudzony i nie
wykorzystywałeś w pełni swoich możliwości. W drugiej byłeś ewidentnie
przeciążony. W trzeciej natomiast miałeś dużo do zrobienia, ale nie
obciążało cię to ponad miarę. Inaczej mówiąc: raz byłeś daleko przed
swoją granicą, raz znacznie ją przekraczałeś, natomiast w ostatnim
przykładzie znajdowałeś się wprawdzie tuż przed granicą, ale wciąż
jeszcze w ramach swojego terytorium, twojej strefy komfortu.
Eksperyment najłatwiej przeprowadzić, rozkładając trzy niewielkie
kartki, by zaznaczyć miejsce każdej z tych sytuacji. Zacznij od tej, w której miałeś zdecydowanie zbyt mało do zrobienia (uwaga: nie należy jej
mylić z czasem odpoczynku ani z chwilą, gdy łapiesz oddech i odpuszczasz
sobie wszystko po wytężonej pracy). Stań teraz na zaznaczonym miejscu i postaraj się przywołać w pamięci daną sytuację jak najdokładniej, ze
wszystkimi szczegółami, tak jakby miała miejsce w tej chwili. Następnie
zadaj sobie poniższe pytania, by dowiedzieć się, w jaki sposób ta
sytuacja wpływa na twoje ciało:
W jaki sposób stoję (na przykład pewnie, mocno, chwiejnie...)?
Co dokładnie odczuwam w całym ciele?
Czy wyczuwam coś, co mi przeszkadza?
Jak odczuwam własne ciało w tej chwili (na przykład czy wydaje mi się
silne czy słabe, czynne czy bierne, ożywione czy znużone)?
W jaki sposób oddycham (na przykład płytko czy głęboko, spokojnie czy
w przyspieszonym tempie)?
Jakie napięcie odczuwam w mięśniach (są napięte czy sprężyste i pełne
energii, a może zwiotczałe)?
Jak odczuwam ciepłotę ciała?
Czy mam wrażenie, że ciało jest dobrze ukrwione?
Czy mam jasny umysł, czy raczej głowa wydaje mi się ciężka i "zamulona"?
Czy odczuwam ucisk? W którym miejscu?
W którym miejscu czuję, że coś mnie krępuje, a w którym odczuwam pełną
swobodę?
Następnie stań w miejscu symbolizującym stan obciążenia ponad miarę.
Również tutaj spróbuj wyobrazić sobie całą sytuację jak najdokładniej i zadaj sobie te same pytania.
Na koniec powtórz całą operację w miejscu oznaczającym strefę tuż przed
twoją granicą. Eksperyment najlepiej zakończyć właśnie tutaj, a więc
wtedy, gdy zarejestrujesz własne samopoczucie "na granicy", ale jeszcze
w strefie komfortu, i świadomie poczujesz różnice pomiędzy tymi trzema
pozycjami. A może ten przyjemny, wyobrażony stan uda się utrzymać
jeszcze chwilę dłużej?
Ciało podlega ograniczeniom i może właśnie dlatego nie cieszy się naszą
przesadną sympatią. Jak to się mówi, duch ochoczy, ale ciało mdłe. W epoce, w której dominuje postawa "yes, we can", ciało bezustannie
przypomina nam o naszych ograniczeniach. Duch nie zna granic, uczucia
także ich nie znają, natomiast ono cały czas ściąga nas na ziemię, na
poziom tego, co rzeczywiście jest. Duch i energia same w sobie są
nieograniczone, cechą materii natomiast jest jej skończoność. Dlatego
ich zachowanie podlega odrębnym prawidłom. Podobnie jak ziemia i wszystko, co ziemskie, ciało reprezentuje materię. Dlatego dobrze
rozumie, czym są granice. Co więcej -?tylko ono dysponuje odpowiednią
aparaturą, dzięki której i my potrafimy wyczuwać usytuowanie naszych
granic.
Rozsądne ograniczenia umożliwiają wzrost i rozwój
Dawniej często znajdowałem się w następującej sytuacji: chciałem coś
osiągnąć, starałem się, jak mogłem, i w którymś momencie brałem na
siebie zbyt wiele. W efekcie całość kończyła się niepowodzeniem. Mnóstwo
ludzi także tego doświadcza. Kolejny raz postępują według tego samego
wzorca, nie udaje im się, znów zaczynają od zera, pragną wznieść się
wysoko, po czym ponownie spadają na ziemię. I tak w kółko... Ktoś, kto
zanadto wykracza poza własne granice, od początku pracuje na swoją
porażkę. Każde obciążenie ponad miarę prowadzi w konsekwencji do fazy
niedostatecznego wykorzystywania własnych sił, ponieważ najpierw musimy
dojść do siebie i dopiero wtedy przystąpić do ich odbudowy.
Niektórzy nie tak łatwo regenerują się po takim ciosie i bywa, że
całkiem się poddają. Co więcej, ludzie, którzy wcześniej przecenili
swoje siły, bardzo często potem przestają się doceniać. Wielu rezygnuje.
Jednocześnie, jeżeli przez cały czas trzymalibyśmy się tego, co już
umiemy i znamy, też będzie nam czegoś brakowało. Najprawdopodobniej nie
będziemy wtedy wykorzystywać w pełni naszych możliwości. Taki stan
rozleniwia i frustruje. Nie wykorzystujemy ani nie rozwijamy cennego
potencjału. Przy braku odpowiednich wyzwań życie staje się nudne.
A jak to wygląda u ciebie?
Do rozważenia: jak teraz reagujesz, gdy zderzasz się z własnymi
granicami?
Każdy człowiek ma swoje granice, które chciałby poszerzyć. W różnych
okresach obejmują one raz mniejsze, raz większe terytorium. Jak
reagujesz, natrafiając na przykład na granice swojej zdolności
przyswajania, a więc rozumienia, wypróbowywania, wcielania w życie i utrwalania nowych rzeczy? Twój czas i zdolność koncentracji też są
ograniczone. Potraktuj czytanie niniejszej książki lub pracę z nią jako
punkt odniesienia i odpowiedz na poniższe pytania, które pomogą
rozpoznać wzorzec twoich reakcji i w razie potrzeby go zmienić:
Czy masz tendencję, by całkowicie rezygnować z przedsięwzięcia, gdy od
razu czegoś nie rozumiesz albo gdy natychmiast ci się nie udaje? Czy
na przykład masz ochotę przerwać czytanie?
Czy w rezultacie deprecjonujesz samego siebie?
Czy w rezultacie deprecjonujesz daną rzecz/sytuację, na przykład
książkę?
Czy potem unikasz danej tematyki, na przykład tej książki?
Czy pozwalasz sobie opuszczać określone fragmenty?
Czy w takich sytuacjach zachowujesz spokój?
Czy dajesz sobie czas?
Czy posuwasz się naprzód krok za krokiem?
Ważnym krokiem w rozwijaniu umiejętności stawiania granic jest nauka
akceptowania własnych bieżących ograniczeń.
Granice zależą od sytuacji i sfery życia
Nie mamy jednej uniwersalnej granicy, odpowiedniej na każdą sytuację.
Wprost przeciwnie, takich granic jest bardzo wiele, zależnie od naszej
wytrzymałości i zasobu sił w poszczególnych sferach życia. Mistrz świata
w rzucie młotem bez wątpienia przesunął granicę w tej dyscyplinie dalej
niż wszyscy inni sportowcy, ale jeśli chodzi o bieg na sto metrów,
granice możliwości biegacza są mocno zawężone.
Granice mogą także zmieniać się w czasie i w różnych okresach obejmować
większe lub mniejsze terytorium, zależnie od naszego aktualnego
samopoczucia. Jednego dnia możemy czuć się słabiej, więc odpowiednio
mniejszy będzie zakres podejmowanych przez nas działań. Wówczas raczej
się wycofamy i podołamy mniejszej liczbie spraw. Kiedy dojdziemy do
siebie i znów poczujemy się silni, ponownie będziemy mogli wymagać od
siebie więcej. Być może nawet przejmiemy inicjatywę i dzięki temu
poszerzymy swoje granice. Potem będzie nam też łatwiej je utrzymać, co
wkrótce zauważą inni, a tym samym zmniejszy się niebezpieczeństwo, że
zechcą je przekroczyć. A jeżeli zacznie rozpierać nas energia, być może
odważymy się nawet rozszerzyć swoje dotychczasowe granice kosztem
innych.
Dynamiczna zależność pomiędzy podejmowaniem nadmiernych i niedostatecznych wyzwań: ktoś, kto zbyt daleko wychodzi poza własne granice, sam dokłada starań, by go "odrzuciło" z powrotem.
Za sprawą drobnych, subtelnych przesunięć cały czas dochodzi do
regulacji granic, zarówno w ich ogólnym kształcie, jak i bieżącym
przebiegu, zależnym od "formy dnia". Zawsze jednak stanowią one
odzwierciedlenie naszej energii, a także naszych kompetencji i zdolności
do uprawiania własnego "poletka", ponoszenia za nie odpowiedzialności i bronienia go w razie potrzeby.
Obrysowana powierzchnia przedstawia nasze terytorium, zaś kręta, ciągła
linia -?jego granicę. Gdy nie wykorzystujemy w pełni naszego potencjału,
pozostajemy, mówiąc obrazowo, w samym środku naszego rewiru, daleko od
granic swoich możliwości. W takiej sytuacji nie czujemy się dobrze,
jesteśmy niespełnieni i sfrustrowani.
A teraz wyobraźmy sobie, że szef zleca nam nowe zadanie, które
zdecydowanie wykracza poza nasze możliwości, a więc nasz rewir. Jesteśmy
obciążeni ponad miarę i też nie czujemy się z tym dobrze. Możemy nie
podołać wyzwaniu albo rozchorować się z samego tylko stresu. W tej
sytuacji przeciążenie stanowi wstęp do związanej z nim nieodłącznie fazy
niedostatecznego wykorzystywania własnych możliwości.
Nie służą nam zatem ani niedostateczne, ani zbyt wielkie wyzwania.
Najlepiej czujemy się wtedy, gdy musimy stawiać czoła różnym zadaniom,
ale nie obciążają nas one ponad miarę. Ta symboliczna, ale jednocześnie
całkiem rzeczywista strefa znajduje się wciąż jeszcze w obrębie naszego
terytorium, ale tuż przy jego granicy. Właśnie w tym obszarze
doświadczamy przypływu sił. I tu także może dojść do dziwnego zjawiska:
ponieważ czujemy się dobrze, stajemy się jeszcze silniejsi i możemy
więcej. Dzięki temu możemy wyjść krok, czy dwa, poza naszą granicę i poszerzyć własny rewir. Nagle wyrastamy ponad samych siebie! To z kolei
również nas uszczęśliwia, czujemy się więc jeszcze potężniejsi i możemy
porwać się na więcej. Tak powstaje samonapędzający się mechanizm
pozytywnego wzrostu, w którym wytwarzana jest energia. To w zasadzie
paradoks. Utrzymywanie własnych granic nie prowadzi do zablokowania,
tylko umożliwia nam właśnie przezwyciężanie ograniczeń i rozwój! Takie
"wyrastanie ponad samego siebie" bardzo przypomina stan, który
węgiersko-amerykański psycholog Mihaly Csikszentmihalyi nazwał flow.
Obszar tuż przed naszą granicą, w którym czujemy się najlepiej: silni i realizujący pełnię swoich możliwości.
W tym miejscu często odczuwamy przypływ sił, dzięki któremu możemy wyjść poza własne granice i poszerzyć nasze terytorium.
Pod wpływem naszego działania w pewnym sensie rosną nam skrzydła, a my
doświadczamy głębokiej radości. Często przy tej okazji zapominamy o bożym świecie, tak bardzo pochłania nas dana czynność.
A skąd wiemy, że wciąż pozostajemy w obrębie naszych granic? Nasz mózg
tego nie wie, może tylko z lepszym lub gorszym skutkiem snuć
przypuszczenia na ten temat. A nasze serce wprawdzie ucieszy się z tego
stanu, bardziej jednak będzie się dopytywać o naszą relację z innymi
ludźmi. Jedyną instancją, która wyczuwa, że zbliżamy się do owej tak
pożądanej strefy tuż przed granicą, jest -?powtórzmy to raz jeszcze -
nasze ciało. Kiedy rejestrujemy, co nam przekazuje, uświadamiamy sobie
też, na ile możemy urosnąć, jednocześnie nie biorąc na siebie zbyt
wiele.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki