Rozdział I
I
To nie był dobry dzień na śmierć.
Świtało.
Lothar resztkami sił uniósł cały ciężar ciała na rękach. Miał wrażenie,
że waży tonę. Twarz i dłonie paliły go niemiłosiernie i wystraszył się,
że już nie będzie w stanie się ruszyć, że ten przejmujący ból wygra. Że
to naprawdę koniec i jego ostatnim wspomnieniem będzie właśnie ta
katorga. Nie wierzył jednak w to, że po śmierci będzie cokolwiek
pamiętał. Po prostu spłonie, a żar wytrawi całe zło, którego
kiedykolwiek doświadczył, jakie zadali mu ci, których kochał ponad
życie, mające za moment z niego ulecieć. Jeszcze tylko chwila cierpienia
i pogrąży się w chłodnej kojącej ciemności, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Przez moment był przekonany, że znajduje się nie na dachu swojego domu,
ale w jakiejś sali balowej sprzed stuleci; kryształowy żyrandol z hukiem
rozbił się o marmurową podłogę, a on -?nagi - stał na środku
pomieszczenia. Wtedy znikąd pojawił się Armagnac. Osobliwie nieważki,
lewitował wśród rozbryzgujących się we wszystkich kierunkach odłamków,
siejących wokół tęczowe rozbłyski. Szeroko rozpościerał ramiona,
zapraszając go, by bez lęku wszedł na pokruszone szkło, prosto w jego
objęcia. Uśmiechał się nieznacznie, grymasem, który mógł być zarówno
wyrazem sympatii, jak i pogardy.
Niedoczekanie!
Lothar z trudem uniósł się do klęczek i, wlokąc się na czworakach,
dotarł do wąskiej klatki schodowej. Miał wrażenie, że jego oczy za
moment się stopią i wypłyną z czaszki. Ruszył w dół, bo nagle, gdy już
schronił się przed zabójczym tchnieniem słońca, jakby odzyskał siły, i przeskakując po kilka stopni, pokonał dwa piętra. Wpadł do piwnicy,
gdzie zaryglował się w pozbawionej okien sypialni. Kręciło mu się w głowie, w uszach ciągle dzwoniło rozbryzgujące się szkło, a gdzieś w tle
pobrzmiewał szyderczy śmiech Armagnaca. Mówiono, że słońce mąci umysł,
ale żeby do tego stopnia? Chyba aż do tej chwili w to nie wierzył. Do
teraz, bo właśnie doświadczał tego na własnej skórze. Dosłownie.
Serce waliło mu jak oszalałe, a dłonie i twarz wciąż paliły żywym
ogniem. Skąd w jego głowie pojawiła się myśl, żeby skończyć ze sobą w ten sposób? Pomyślał o rakach i homarach wrzucanych żywcem do wrzątku -
pewnie czuły się podobnie. Teraz, gdy już posmakował śmierci,
zastanawiał się, jak ktokolwiek mógł chcieć zakończyć swoje życie,
pozwalając się spalić żywcem? Jak Armagnac mógł wpaść na tak idiotyczny
pomysł?
A jednak...
Jeszcze przed chwilą, szlochając i krzycząc z nieutulonego żalu, Lothar
tarzał się w jego prochach. Wydobył z nich sygnet, z którym Armagnac nie
rozstawał się od półtora wieku - nie zdejmował go nawet wtedy, gdy grał
na fortepianie. Ale to musiała być jakaś pomyłka! Niemożliwe, by po jego
kochanku, po jego jedynym towarzyszu, została tylko garść popiołu!
Szarpiąc się z myślami, próbował znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie
tej absurdalnej sytuacji, ale nie mógł wygrać z sennością. Jego oddech
się uspokajał, serce przestawało kołatać i zwalniało. Jak zawsze o świcie, zasypiał kamiennym snem, z którego miał się obudzić o zmierzchu.
Zanim upadł na podłogę, rozbłysła w jego umyśle iskierka nadziei, że
może gdy za kilka godzin otworzy oczy w bezpiecznych ciemnościach nocy,
twarz nie będzie go już tak cholernie paliła.
Rozdział II
II
A jednak...
Gdy ocknął się tuż po zmroku, poparzenia dokuczały mu chyba jeszcze
bardziej. Ból był tępy i pulsujący, jakby ktoś porządnie obił mu
facjatę. Nikt nigdy nie pobił go do tego stopnia, ale zawsze wyobrażał
sobie, że to właśnie taki ból.
Otworzył oczy i rozejrzał się. Leżał na włoskiej wykładzinie
pokrywającej zimną kamienną podłogę piwnicy. Nikłe światełko pozwalało
jego wzrokowi zyskać ostrość w mroku. Pamiętał, jak Armagnac je
zamontował, zniecierpliwiony otwieraniem drzwi po omacku. Nawet oni nie
byli w stanie widzieć w absolutnej ciemności.
Ogromne łoże, które stanowiło jedyny mebel w niedużym pokoju o jasnych
ścianach, stało nienaruszone, tak jak je zostawił kilka tygodni
wcześniej. Nie zmienił się nawet wzór zmarszczek na atłasowej narzucie,
której nie chciało mu się wygładzać, gdy opuszczał to pomieszczenie.
Dobrze, że Armagnac zachował choć odrobinę przyzwoitości i nie położył
się z nią do ich wspólnego łóżka.
Kim ona była?
Lothar podniósł się powoli, wyszedł z sypialni i podążył wąskimi
stopniami w górę. Przez jego głowę całymi stadami galopowały
przekleństwa we wszystkich językach, którymi kiedykolwiek się
posługiwał. Wydawało mu się, że schody nigdy się nie skończą. Nisko
sklepiony korytarz rozjaśniało zimne światło, nie umiał zlokalizować
jego źródła, czuł się zagubiony, jakby nie znajdował się we własnym
domu. Piwnica była surowym, nijakim pomieszczeniem, w końcu nie robili
tutaj nic innego poza padaniem na twarz i traceniem przytomności.
Prawdziwy dom zaczynał się na parterze gregoriańskiej posiadłości,
leżącej w połowie drogi między Londynem i Dover, w salonach i sypialniach wypełnionych meblami, obrazami i instrumentami, które
zbierali przez ponad pół wieku.
Mimo pięćdziesięciu lat spędzonych w tym domu czuł się tak, jakby
zwiedzał muzeum. Być może słońce zdążyło wypalić w nim tylko sentyment
do tego miejsca.
Przystanął przed gigantyczną gablotą, w której przechowywał stare
instrumenty smyczkowe, ocalone z wojennej pożogi. Jego kolekcja liczyła
kilkadziesiąt eksponatów i z pewnością była warta grube miliony. Nigdy
jej nie wycenił, gdyż nigdy nie zamierzał ich sprzedawać. Każdy z tych
instrumentów miał swoją historię. Szczególnym sentymentem darzył
altówkę, którą dostał w prezencie od Armagnaca. Gdyby nie to, że ciało
paliło go jak oblane kwasem, wyciągnąłby ją teraz i zagrał choć kilka
dźwięków. Miała aksamitne, ciepłe brzmienie, takie, jakie lubił
najbardziej. Dlaczego akurat teraz przyszła mu ochota na granie? Od
niemal roku nie dotknął żadnego z tych instrumentów. Chciał uciec od
myśli o śmierci Armagnaca, zająć czymś umysł, aby ukoić ten drugi ból,
niefizyczny, który ściskał mu serce niczym stalowe kleszcze.
Jego twarz odbijała się niewyraźnie w kryształowych szybach, ale zdawała
mu się tak bardzo zdeformowana, jakby wciąż miał halucynacje. Jego wzrok
chyba nie odzyskał pełnej ostrości.
Dom tonął w półmroku, rozjaśniało go tylko kilka dyskretnych światełek,
które zapalały się automatycznie po zapadnięciu ciemności. Lothar
przeszedł przez salon do głównej sypialni i przylegającego do niej
pokoju kąpielowego, przypominającego małą grecką łaźnię. Uśmiechnął się
w duchu na wspomnienie tego, że w dawnych czasach, w których nikt
przesadnie nie dbał o higienę, oni kąpali się co chwilę. Tym
symbolicznym aktem zmywali z siebie grzech.
Zapalił światło, spojrzał w lustro i oniemiał ze zgrozy. Skóra na jego
twarzy była czerwona i popękana, łuszczyła się całymi płatami, jakby
ktoś chwilę wcześniej wycelował palnik prosto w jego oblicze. Włosy
jednak pozostały nienaruszone; opadały na czoło i kark białymi prostymi
kosmykami, o wiele krótszymi, niż nosił dawniej, jeszcze przed wojną.
Obrazek był groteskowy, jak kiepska charakteryzacja z taniego horroru.
Odkręcił zimną wodę i obmył twarz, delikatnie, żeby nie zadawać sobie
jeszcze większego bólu, lecz mimo ostrożności co chwilę wściekle syczał
przez zęby. Z przerażeniem stwierdził, że spalona skóra zostaje mu w poparzonych palcach. Bał się unieść wzrok, spodziewając się ujrzeć nagie
zęby i kości, lecz z niemałą ulgą dostrzegł, że pod zwęgloną warstwą
znajduje się nienaruszone ciało. W ciągu nocy skóra zregenerowała się
niemal zupełnie, pozostał tylko piekący ból. Stopniowo usunął martwe
tkanki, klnąc pod nosem po niemiecku, po czym znów spojrzał w lustro.
Patrzył na niego chłopak o przenikliwych czarnych oczach i wąskich
wargach, zaciśniętych w grymasie cierpienia. Ignorując ból, uśmiechnął
się do siebie swoim najbardziej czarującym uśmiechem, którym zdobył tak
wiele serc, w tym serce Armagnaca. Mimo że to Aleksander był powszechnie
uznawany za najbardziej uwodzicielską istotę stąpającą po ziemi, to
właśnie o uśmiechu Lothara mówiono, że ma zdolność topienia serc i zrywania ubrań.
"Zrzucam skórę jak jakiś cholerny wąż!" -?pomyślał. Bał się porównania
do Feniksa powstającego z popiołów -?z prochów bowiem żaden z nich nie
potrafił już się podnieść. A może to było jednak trafniejsze porównanie?
Może odrodził się silniejszy? Zdecydowanie bardziej wściekły, to na
pewno!
Otarł dłonie i twarz puszystym białym ręcznikiem, których posiadali całe
tuziny, miał jednak wrażenie, że przeciera ciało papierem ściernym; czuł
pulsowanie w każdym milimetrze skóry, którą liznęła poświata
wschodzącego słońca. Na szczęście ból stopniowo wygasał, w jego sercu
jednak nadal szalał pożar, gdy patrzył na ich łóżko, na nienaruszoną
pościel, jakby od dawna nikt w nim nie spał, nikt nie uprawiał miłości.
Tak właśnie było - nie położyli się razem od wielu tygodni. Pewnie
dlatego stało się wszystko to, co się stało.
Teraz żałował niemal każdego słowa wypowiedzianego w ciągu ostatnich
kilku miesięcy, każdego zbywającego gestu. Ich więź rozluźniała się
stopniowo, rozpadali się powoli, prawie niezauważalnie, oddalali od
siebie każdej nocy coraz bardziej. Początkowo czuł się zrezygnowany,
potem przemęczony, a w końcu zazdrosny i wściekły. Z mieszaniny tak
negatywnych uczuć nie mogło wyniknąć nic dobrego.
Zaczęło się od tego, że Armagnac postanowił zwiedzić te zakątki Europy,
które omijali od czasu zakończenia wojny. Mieli swoje ukochane miasta,
jak wszyscy im podobni. Regularnie odwiedzali Wiedeń, zawsze zatrzymując
się na dłużej u Arapaggia i Aleksandra, który zamienił piwnicę
supernowoczesnego domu w studio nagraniowe. Robił karierę w sieci jako
wirtuoz muzyki elektronicznej, publikując swoje nagrania pod pseudonimem
Uccellino, który przybrał na potrzeby operowych scen trzy wieki
wcześniej. Oczywiście nikt się nie domyślał, że karkołomne wokalne
akrobacje nie są efektem komputerowej obróbki, lecz prawdziwym sopranem
Aleksandra. Skryty bezpiecznie za woalem technologii, śpiewak
rozkoszował się smakiem sukcesu, którego od zawsze pożądał.
Pewne rejony Starego Kontynentu zawsze umykały ich uwadze. W końcu
Armagnac postanowił nadrobić zaległości. Zaczął podróżować bocznymi
drogami po zakamarkach Bułgarii, Estonii, Polski czy Litwy. Przemierzał
bezdroża potężnym dżipem, odwiedzając undergroundowe lokale, urządzone w dawnych rzeźniach, elektrowniach czy burdelach, gdzie samorodni poeci i muzycy amatorzy prezentowali płody swej nadmiernie rozbuchanej
wyobraźni, spowici w dym, błyski stroboskopu i ultrafiolet. Gdy Lothar
zaczął się nad tym zastanawiać, zdał sobie sprawę, że Armagnac również
jest samorodnym talentem, nadwrażliwcem o wybujałej fantazji. Czy w tych
wszystkich spelunach szukał ludzi podobnych do siebie?
Nie, to nie od tego się zaczęło. Zaczęło się od jazzu w okresie
międzywojennym.
Urodzony na południu Ameryki Armagnac nie chciał tam lecieć. Nie
ciągnęło go do Stanów Zjednoczonych, czyli do kolebki jazzu. Wówczas już
obsesyjnie zainteresowany tym gatunkiem, zaczął odwiedzać wszelkie
europejskie lokale, w których grano te piekielne dźwięki. Lothar nie
znajdował w nich niczego interesującego, twierdząc, że przecież to oni
byli pionierami jazzu - po raz pierwszy wykonali taką muzykę podczas
pamiętnego koncertu w posiadłości Huntingtona. I zrobili to prawie pół
wieku wcześniej niż reszta świata.
Armagnac jednak powoli zaczynał tracić kontakt z rzeczywistością. Gdzie
tylko mógł, zasiadał do fortepianu, improwizując wściekle podczas
przeróżnych jam sessions, wprawiając w osłupienie, zachwyt, a w końcu w przerażanie innych muzyków, aż Lothar siłą ściągał go ze sceny,
wyjaśniając, że jego towarzysz jest ostro naćpany i dlatego gra w tak
obłąkańczy sposób.
Nie pomagały tłumaczenia, prośby ani groźby. W końcu Lothar miał dosyć
ciągłych pogoni za na wpół przytomnym towarzyszem i pokrętnego
wyjaśniania jego dziwacznych zachowań. Zrobił to, co zwykle robił w takich sytuacjach -?zaciągnął Armagnaca najpierw na łowy, a potem do
sypialni, aż obaj nie mieli sił się poruszyć, upojeni ludzkim życiem i wymyślnymi łóżkowymi akrobacjami. Lothar, stosując cały wachlarz swoich
starych sztuczek, przywlekał zauroczone ofiary do domu, gdzie on i Armagnac urządzali dzikie orgie, mordując nieraz po kilka osób w czasie
jednej nocy. Potem zostawiał spacyfikowanego kochanka na pobojowisku czy
-?jak zaczął mawiać -?na pojebowisku i wyruszał w noc, żeby pozbyć się
ciał, co w miarę upływu lat stawało się coraz bardziej skomplikowane.
Obaj odczuwali upływ czasu całkowicie odmiennie, podobnie jak
zmieniający się wokół nich świat. Lothar, od chwili rewolucji
przemysłowej zafascynowany techniką, później elektroniką, a w końcu
cyberprzestrzenią, czuł się wśród technologicznych nowinek jak ryba w wodzie. Nie rozumiał, dlaczego Armagnac nie potrafi się pośród nich
odnaleźć - przecież wspólnie byli świadkami okiełznania elektryczności,
wynalezienia samochodu, a później samolotu, narodzin broni nuklearnej
czy ery podróży kosmicznych. Mając tak szeroką perspektywę, Lothar
zdawał się rozumieć współczesność lepiej niż żyjący w niej ludzie. Na
długie godziny znikał w sieci, tworząc dziesiątki fikcyjnych tożsamości,
wdawał się w spory na internetowych forach, przeklinając do woli i wirtualnie mordując swoich oponentów. Czerpał niemałą frajdę z faktu, że
współczesny dyskurs ocieka jego ukochanymi przekleństwami. W chwilach
złości bluzgał o wiele bardziej swobodnie i soczyście niż jeszcze wiek
wcześniej.
Wiedział jednak, że nie tylko Armagnac, ale i inni łowcy często nie
nadążają za szybko zmieniającym się światem. W większości przypadków
kończyło się to tragicznie: szaleństwem, zniknięciem, śmiercią. Nawet
Huntington, który jako pałający ciekawością obserwator świata przeżył
jakieś pięć wieków, bez słowa wyjaśnienia opuścił ich w czasie drugiej
wojny światowej. Nie dał znaku życia przez dekady. Później znikali
kolejni, których znali lub o których słyszeli.
Lothar nie potrafił tego zrozumieć.
W końcu świat przestał zapadać w sen. Gigantyczne metropolie od
zmierzchu do świtu pulsowały światłami, nocny tryb życia w nikim nie
wzbudzał już podejrzeń. Mogli swobodnie się przemieszczać pod osłoną
nocy, o ile wygodniej i szybciej niż w przeszłości. Mogli się ze sobą
komunikować - najpierw telegraficznie, później telefonicznie, a obecnie
w sieci. Prawie każdy człowiek na ziemi nosił przy sobie urządzenie
pozwalające mu przez całą dobę pozostawać w kontakcie z całym światem.
Lothar również posiadał takie ustrojstwo, nawet nie jedno. Jeszcze nigdy
świat nie był tak blisko, noc nie zdawała się bardziej przyjazna, a oni
całkowicie anonimowi.
A jednak niektórzy modlili się do pradawnych bogów o jakąś globalną
katastrofę, która sprowadziłaby świat z powrotem do średniowiecza.
Lothar zaśmiewał się z tego w duchu, myśląc, że wystarczyłoby wyłączyć
prąd. Armagnac nie podzielał jednak jego entuzjazmu. Popadł w swoistą
manię prześladowczą - czuł się nieustannie obserwowany, śledzony,
tropiony. Wpadał w histerię na widok kamer miejskiego monitoringu.
Chwilami naprawdę zaczynał wariować i Lothar poważnie obawiał się o jego
życie. Od kilku lat musiał pilnować go na każdym kroku i przyprowadzać
mu ofiary do domu, bo Armagnac bał się wyjść choćby za próg. Zdarzały
się noce, podczas których nie dawał się namówić nawet na wyjście z sypialni w podziemiach. A im bardziej Armagnac dziczał, tym bardziej
Lothar się wściekał.
Aż nagle coś się zmieniło.
Pewnej nocy zastał kochanka przed ekranem komputera. Z szaleńczą
prędkością przeglądał kilka stron internetowych naraz, sporządzał jakieś
notatki, śledził mapy, a szło mu to tak sprawnie, jakby przez ostatnie
lata nie zajmował się niczym poza hakerką. Nie było z nim kontaktu przez
długie godziny. Potem wsiadł do samochodu i zniknął.
Lothar bez trudu przejrzał historię jego internetowej szamotaniny i ustalił, że Armagnac sporządził listę najbardziej awangardowych klubów
muzycznych i literackich wschodniej Europy. Z pewnością więc udał się w podróż, w pogoń za jazzem i współczesną poezją.
W tych kwestiach również się nie zgadzali. Aż do przełomu tysiącleci
Armagnac obserwował ewolucję muzyki i słowa z rosnącą fascynacją,
podczas gdy dla Lothara wszystko, co się wydarzyło po Byronie i Bartóku,
było tylko bełkotem i hałasem.
Lothar nie podążył w ślad za kochankiem. Spokojnie czekał na jego
powrót, skryty za bezpiecznymi murami ich domu. Słuchał klasyków, grywał
na swoich drogocennych instrumentach, założył nawet oficjalny
internetowy fanklub Uccellina, który robił furorę w sieci. Niestety, nie
sposób było namówić artysty na nagranie płyty lub choćby jeden
koncercik. Lothar podejrzewał, że nawet gdyby Aleksander wyszedł na
scenę i bez nagłośnienia strzaskał całe szkło w promieniu stu metrów
czterokreślnym C swojego nieziemskiego sopranu, ludzie uznaliby to za
zręczną sztuczkę i świetny chwyt marketingowy. Technika pozwalała na
nieograniczone sceniczne szaleństwa. Aleksander zachował jednak odrobinę
rozsądku i pozostał anonimowy, choć kilka razy poprosił Lothara o namierzenie kogoś, kto śmiał się wyrazić niepochlebnie o jego muzyce.
Taką osobę zawsze spotykała wyszukana śmierć, a doprowadzanie do niej
obaj uważali za świetną zabawę.
Armagnac wrócił po ponad dwóch latach - w towarzystwie niedorzecznie
młodej, milczącej i nieśmiałej dziewczynki. Przytargała ze sobą plecak
pełen zapisków, które nazywała poezją, i gitarę w starym, odrapanym
futerale, przypominającym trumnę. Była urodziwa, owszem, i -?niestety -
podobna do Blanche Avoy, babki Armagnaca.
Blanche Avoy... To nazwisko wisiało nad nimi jak klątwa. Jednak gdyby nie
Blanche Avoy, Lothar nigdy nie poznałby Armagnaca.
Jak miało na imię to dziewczątko? Kim w ogóle było? Pewnie nikim. Lothar
też kiedyś był nikim, a mimo to przyciągnął uwagę Edgara Francisa
Huntingtona. Teraz ta tajemnicza dziewczyna przyciągnęła uwagę
Armagnaca, mało tego - pochłonęła ją całkowicie.
W porządku, Lothar wiedział, że Armagnac jest wrażliwy na poezję i muzykę, może nawet nadwrażliwy, ale żeby do tego stopnia...? Zamykał się z tą panienką w salonie na całe noce; Lothar słyszał, że razem czytają na
głos jakieś bzdury, akompaniują sobie na instrumentach. Z początku tylko
go to irytowało, zdawało się śmieszne i pretensjonalne. W końcu ta
dziewczyna była tylko człowiekiem! Co robiła w ich domu na odludziu,
całymi dniami sama, podczas gdy oni spali w piwnicy? Obecność intruza
działała mu na nerwy. Codziennie upewniał się, że pianista nie
powiedział jej o miejscu ich spoczynku, a przede wszystkim nie wyznał,
kim są. Mimo zapewnień, że ich sekret jest bezpieczny, Lothar czuł, że
Armagnac poważnie zawiódł jego zaufanie, pozwalając jej wkroczyć w ich
pilnie strzeżoną prywatność. Myśl o tym, że dziewczyna buszuje wśród
jego rzeczy, podczas gdy on leży bezradny kilka stóp niżej, doprowadzała
go do furii. Choć nigdy wcześniej tego nie robił, teraz zamykał swoje
pokoje -?i instrumenty - na klucz.
Gdy po kilku tygodniach tych dziwacznych sesji literacko-muzycznych, w których Lothar nie miał najmniejszej chęci uczestniczyć, Armagnac
wspomniał o przeprowadzeniu tego dziecka na ich stronę, skrzypek nie
wytrzymał. Po burzliwej kłótni po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami.
Wsiadł do koszmarnie głośnego dżipa i wyruszył na oślep na południe, a potem promem do Calais i dalej, w kierunku Paryża. Pocieszenia i wyjaśnienia tej niedorzecznej sytuacji postanowił szukać w ramionach
Salomei i Estelli, jej towarzyszki życia. W tej drugiej jego przyjaciel
znalazł cierpliwą powierniczkę, więc Lothar miał nadzieję, że będzie ona
w stanie wyjaśnić jego niedorzeczne zachowanie.
Wpadł do ich podniebnego apartamentu ze stali i szkła i od progu zaczął
się żalić na durne pomysły swojego niezrównoważonego kochanka.
Teraz potrzebował dokładnie tego samego: kogoś, kto go wysłucha i pocieszy. A potem sponiewiera. Jeszcze raz wyszedł na dach, by stanąć w miejscu, w którym nie został nawet ślad po lżejszych od puchu prochach
nieszczęśliwych kochanków.
Nieszczęśliwych kochanków, też coś! Gdyby ta pieprzona gówniara żyła,
rozszarpałby ją gołymi rękami, a Armagnacowi kazałby się przyglądać!
Żałował, że nie zrobił tego, gdy miał okazję.
Ze łzami w oczach wpatrywał się w czerniejące niebo, pokryte gnanymi
jesiennym wiatrem kłębami sinych chmur.
-?Jak mogłeś mi to zrobić, cholerny durniu?! -?wrzasnął w ciemność,
przełykając łzy. -?Jak mogłeś mnie zostawić?! Ty egoistyczny dupku! Ja
wciąż cię kocham!
Odpowiedziało mu tylko niewyraźne echo.
Gdzieś w oddali, za lasem, rozszczekał się pies. Najbliższy dom
znajdował się kilka mil dalej, czy możliwe, że zwierzę go usłyszało? Czy
możliwe, że usłyszał go Armagnac, gdziekolwiek była teraz jego dusza?
Lothar zdał sobie sprawę, że przez ostatnie lata bagatelizował problemy
i pasje Armagnaca. Traktował go jak dziecko, które strachem i apatią
reaguje na wszystko, czego nie zna. Nigdy nie miał cierpliwości do
dzieci, nie pamiętał nawet, czy od czasu, gdy sam przestał nim być, miał
styczność z jakimkolwiek dzieckiem. Pewnie dlatego na fochy Armagnaca
odpowiadał złością, warczał jak rozdrażniony pies.
Teraz też miał ochotę wyć z nieukojonego żalu, bezsilności i wściekłości.
Wiedział, że w drodze do Paryża zabije wiele osób, wybierając je
przypadkowo. Czuł narastającą żądzę mordu. Tylko zabijanie mogło na
moment stłumić jego ból.
Przyszła pora, by spuścić ze smyczy bestię, która zbudziła się w jego
duszy.
Rozdział III
III
Gnał z szaleńczą prędkością, łamiąc wszelkie przepisy. Chciał jak
najszybciej rzucić się w ramiona Salomei, wypłakać w rękaw Estelli, a potem zaznać tych subtelnych rozkoszy, którymi częstowały ich tak dawno
temu.
Po zabójstwach, których dokonał, był niemal nieprzytomny i zastanawiał
się, czy policja nie wpadnie na pomysł ścigania go jako seryjnego
mordercy. Miał jednak zbyt wielką wprawę w swoim fachu, by ściągnąć na
siebie podejrzenia. Był szybki i efektywny, zbyt szybki, by dać się
złapać. Zrzucał samochody z wiaduktów i estakad, pozorując wypadki.
Mglista, wilgotna noc była jego sojuszniczką.
Gdy minął szał spowodowany odurzaniem się życiem wyciśniętym z ofiar,
zdjął nogę z gazu. Jechał teraz spokojnie autostradą, wpatrzony w ciemność, prawie zahipnotyzowany gonitwą linii na szosie, z koncertem
skrzypcowym Bartóka grzmiącym z głośników. Być może Armagnac bał się
cywilizacji, ale w samochodzie zainstalował najlepszy sprzęt, żeby
słuchać swojego ukochanego jazzu, gdy rozbijał się po bezdrożach.
Lothar wspominał pierwsze spotkanie z Estellą i Salomeą, podczas tourneé
po Europie, które Edgar zafundował im pod koniec dziewiętnastego wieku,
tuż po przeprowadzeniu. Wyruszyli razem: ich mentor, spokojny i zrównoważony, oraz Armagnac i Lothar, szalejący z podniecenia, niemogący
się doczekać nowych miejsc, nowych wrażeń, a przede wszystkim nowych
znajomości. Eskortowali ich lojalni służący, opłacani tak sowicie, że
nie interesowali się nadmiernie specyficznymi zwyczajami swoich
pracodawców. Co się stało z Jamesonem, jego wiernym przybocznym, który
chodził za nim jak cień przez cały ten czas? Lothar miał w pamięci tak
wiele białych plam, że nie był w stanie odtworzyć we wspomnieniach
przebiegu tych jakże intensywnych lat. Pamiętał, że zabijał wówczas
lekkomyślnie i zdecydowanie częściej, niż było to konieczne, co chwilę
ściągając na siebie gniew Huntingtona. Lord liczył na to, że paryżanki
użyją jakichś kobiecych sztuczek i skutecznie wezmą Lothara w karby.
Po raz pierwszy mieli spotkać łowców, którzy nie byli mężczyznami.
Wprawdzie Aleksandra, którego już znali, trudno było nazwać mężczyzną,
kobietą jednak też z całą pewnością nie był - zresztą jak każdy barokowy
sopranista, okaleczony w dzieciństwie w celu zachowania mocnego,
czystego głosu.
Ale kobiety? Prawdziwe kobiety, które zabijają, by przeżyć? Lothar nie
mógł sobie wyobrazić takiego kontrastu, nie potrafił zwizualizować
delikatnej dłoni zagłębiającej ostrze sztyletu w szyi ofiary, ust jak
pąk róży zbrukanych krwią, nie mógł sobie wyobrazić tego, jak wcielona
subtelność staje się zabójcza.
Był oszustem, owszem. Był aktorem, czasami. Był krętaczem, zawsze gdy
wymagała tego sytuacja. Obraz młodej kobiety pozostawał jednak w jego
oczach schematyczny i niezmienny -?nieważne, czy była piękna czy
brzydka, zawsze nosiła w sobie jakąś kruchość i subtelność, których
instynktownie chciał bronić. Nawet dziwka, którą zabił tamtej feralnej
nocy w lokalu Miss Maggot, początkowo wzbudzała w nim tkliwość, choć
była oszustką i złodziejką. Po chwili instynkt zabójcy wziął górę.
Teraz zaś mieli się skonfrontować z kobietami, które chodziły po tej
ziemi od ponad dwóch wieków - wyzwolone i niezależne, prosperowały bez
męskiej protekcji czy opieki. Sama myśl o tym nie pozwalała mu usiedzieć
spokojnie w powozie.
Podróż z Calais do Paryża zdawała się trwać wieczność, mimo że gnali na
złamanie karku, co rusz zmieniając konie. Ogromny powóz, przypominający
połączenie dyliżansu z pancerną skrzynią, całymi nocami toczył się
ciężko po drogach.
Lothar odetchnął z ulgą, gdy w końcu zeszli z promu na ląd po
francuskiej stronie. Wizja przeprawy przez kanał od początku napawała go
obezwładniającym lękiem, który potęgował fakt, że żaden z przewoźników
nie zgodził się płynąć pod osłoną nocy. Musieli się zdać na łaskę
marynarzy, mających za zadanie przenieść na ląd skrzynie, w których się
ukryli, w asyście ich wiernej straży przybocznej. Nazywali ich strażą
przyboczną, ale byli to raczej rekrutowani spośród londyńskich mętów
siepacze, na czele z Jamesonem, pilnującym, by nikt nie zakłócał im
odpoczynku w ciągu dnia. Choroba, której głównym objawem była skrajna
nadwrażliwość na światło słoneczne, znowu stała się bardzo przydatna.
Zeszli na ląd wczesnym wieczorem i wydostali się ze skrzyń załadowanych
do wozu. Lothar przysiągł sobie, że nigdy więcej nie pozwoli się zamknąć
w niczym, co tak bardzo przypomina trumnę. To był pierwotny pomysł
Huntingtona: mieli przepłynąć kanał jako nieboszczycy, ale Lothar tak
długo protestował, aż porzucili tę koncepcję i ostatecznie zwinęli się
do snu w dużych kufrach. Ulga, którą skrzypek odczuł po wydostaniu się z zamknięcia, nie miała sobie równych.
Dalsza podróż do Paryża była już czystą przyjemnością.
Estella i Salomea mieszkały w samym sercu miasta, w domu, który
Huntington kupił im prawie dwa stulecia wcześniej. Oficjalnie zajmowały
się projektowaniem sukien, co pod koniec dziewiętnastego wieku stało się
dość popularnym zajęciem młodych kobiet. Wersja ich życiorysów na owe
czasy podawała, iż są wdowami po konfederackich żołnierzach, które
wróciły zza oceanu do rodzinnych domów. Okropieństwa wojny zmusiły je do
wycofania się z socjety. Fakt, że prowadziły niezmiernie skryte życie,
sprawiał, że ich stroje stały się niezwykle popularne wśród
romantycznych, rozmiłowanych w tajemnicach mieszkanek Paryża.
Młodziutkie wdówki były sensacją wśród paryskich elegantek, a projektowane przez nie śmiałe i ekstrawaganckie suknie stały się
synonimem luksusu i podążania z duchem czasu.
Armagnac nie mógł się doczekać konfrontacji - w końcu pochodził z południa Ameryki - chciał sprawdzić, na ile dziewczyny są wiarygodne w swoich rolach. Jego niedawna nieśmiałość zniknęła bez śladu i Lothar w głębi duszy nieco za nią tęsknił.
Obaj jednak się zmienili i mieli zmieniać nadal, z każdą mijającą nocą,
z każdym nowym doświadczeniem.
Skrzypka nie obchodziło to, jak wiarygodna jest mistyfikacja łowczyń.
Nie obchodziła go cała ta maskarada na potrzeby ludzi. Chciał poznać ich
bestialską, zwierzęcą, morderczą naturę, chciał skosztować ich ust i ciał. Przez całą drogę nie pisnął jednak nawet słowa na ten temat.
Widział już wówczas aż nazbyt wyraźnie, że po przeprowadzeniu drogi jego
i Armagnaca zupełnie się rozeszły. Armagnac skupił się na subtelnych
doznaniach zmysłowych i duchowych, niezbicie wierząc w to, że wciąż
posiada duszę, która zmieniła swój kształt. Zapragnął odkryć ją na nowo,
podążając ścieżką subtelnych rozkoszy. Lothar kierował się zdecydowanie
bardziej w stronę teorii Aleksandra, który twierdził, że istnienie
jakiegokolwiek boga, a co za tym idzie, również i duszy, jest wysoce
wątpliwe. A skoro Lothar nie miał duszy, którą mógłby skazać na wieczne
potępienie swoimi niecnymi postępkami, rozwinęła się za to przed nim
perspektywa wiecznego życia jako bezduszna bestia, zamierzał pielęgnować
i karmić ową bestię w sobie. Wierzył, że potrafi ją okiełznać,
wytresować, zapanować nad nią. Pragnął, by rosła w siłę, by w razie
potrzeby mógł zdjąć jej kaganiec.
Edgar przez całą drogę opowiadał im nie tylko o Estelli i Salomei, ale i o innych łowcach zamieszkujących świat. Aleksandra i Arapaggia już
znali. Po pobycie w Paryżu mieli złożyć im wizytę, a później być może
udać się do Gaspara i Friedricha, do Drezna. Edgarowi bardziej zależało
jednak na przedstawieniu ich Hadrielowi i Gebrianowi Favresom,
bliźniakom, którzy mieszkali obecnie w okolicach Atlanty. To właśnie oni
dostarczali mu informacje o Blanche Avoy, która uciekła z jego
zaborczego uścisku na bagna Luizjany. Armagnac jednak nie chciał słyszeć
o wyprawie do Ameryki. Edgar pocieszał się myślą, że być może bracia za
kilka lat przyjmą zaproszenie do Londynu. Nie spodziewał się wówczas, że
wielka wojna pokrzyżuje większość z jego dalekosiężnych planów.
Lothar nie był w stanie skupić się na niczym poza czekającą ich
konfrontacją. Mentorskie wywody Huntingtona zapisywały się w jego
pamięci bez udziału świadomości. W wyobraźni już nurkował pod sutymi
spódnicami.
Przybyli do Paryża nad ranem i gdyby nie fakt, że tuż przed wschodem
słońca zstąpiła na nich nieuchronna utrata przytomności, Lothar chyba
postradałby rozum z niecierpliwości. Gdy otworzył oczy tuż po
zapadnięciu zmroku, nie mógł się odnaleźć w nowym miejscu - w paryskim
apartamencie Huntingtona, który czekał na ich przybycie, pełen przepychu
i służby, z Jamesonem na czele. Lothar fukał do lokaja jeszcze bardziej
obcesowo niż zwykle, ale mężczyzna zachowywał stoicki spokój.
Wyszli w zapraszające objęcia tętniącego życiem miasta, Lothar nie był
jednak w stanie skupić się na jego urokach, choć w owych czasach
stanowiło ono centrum Europy. Zachowywał się jak pies podążający za
sukami w rui - zdawało mu się, że czuje ich zapach, gdy tylko wysiadł z powozu pod kamienicą, której parter zajmował dom mody. Uśmiechnął się,
widząc prawdziwe imiona łowczyń na szyldzie. Stał przed imponującymi
przeszklonymi drzwiami, niemal przebierając nogami, w końcu Edgar z kpiarskim uśmiechem je otworzył i przy wtórze uderzonego skrzydłem
dzwoneczka weszli do środka.
Znaleźli się wśród obcych sobie woni pudru, tkanin i pachnideł. Zewsząd
napierały na nich manekiny bez głów, odziane w wymyślne kreacje. Za
parawanami pobrzmiewały szepty, a ubrane na czarno krawcowe przemykały w półmroku jak zjawy. Usiedli na kanapie skrytej w jakiejś niszy, wśród
zębów fiszbinów i klatek tiurniur. Lotharowi wydawało się, że czekają
całą wieczność, minęło jednak zaledwie kilkanaście minut i w końcu
ostatnia klientka opuściła pomieszczanie, rzucając im na do widzenia
powłóczyste spojrzenie.
Zaległa cisza dzwoniła chłopakowi w uszach; rozglądał się dyskretnie,
mając wrażenie, że suknie usiłują objąć go bufiastymi rękawami, szale
próbują opleść się wokół niego jak węże, a spod kapeluszy i woalek
spoglądają na niego roziskrzone oczy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki