Twoja wewnętrzna moc. Jak żyć dobrze w niespokojnych czasach - Agnieszka Maciąg

Kup ebooka

55.99 zł
50.39 zł (46,67 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na końcu książki Słowa mocy napisałam: "Ludzie marzą o spokojnym życiu, ale spokój to iluzja szczęścia. Naszym zadaniem jest rozwój, ruch i przemiana - po to tutaj jesteśmy. Istotą natury jest ciągła zmiana". Nie wiedziałam wtedy, że wydarzenia, do których dojdzie już kilka miesięcy po premierze tej książki, tak diametralnie zmienią cały nasz świat.

Chociaż nie zawsze rozumiemy, jaki jest sens dziejących się wydarzeń, jestem pewna, że wszystko ma swój wyższy cel. Dostrzegamy go zwykle dopiero z pewnej perspektywy. Czasem jest nim lekcja pokory. Innym razem możliwość przebywania wśród bliskich. Nierzadko też pojmujemy, że to, co nas spotkało, pomogło nam lepiej poznać samych siebie, odrzucić własne i cudze oczekiwania, otworzyć się na pragnienia duszy.

Największa przemiana w moim życiu zaczęła się od potężnego kryzysu, który dotyczył wszystkich aspektów mojego istnienia, w tym pracy, związku i zdrowia fizycznego. Za ten kryzys jestem dzisiaj bezgranicznie wdzięczna. Wiem, że gdyby nie zaistniał, nie mogłabym odkryć swojego potencjału i głęboko skrywanej prawdy o tym, kim jestem. Dzięki niemu wyruszyłam ku nowym przestrzeniom, poznałam inspirujących ludzi, otworzyłam się na nowe doświadczenia. Zyskałam narzędzia i siłę, by stworzyć życie moich marzeń. Jestem w nim zanurzona teraz, kiedy piszę te słowa. Jestem w nim zanurzona, kiedy oddycham, kiedy gotuję, kiedy bawię się z dzieckiem, sprzątam, kiedy kładę się spać i medytuję o poranku. Przepełnia mnie wdzięczność. Kryzys przebudził mnie z koszmarnego snu, w którym trwałam, doświadczając izolacji i samotności, nawet pośród najbliższych mi ludzi. Nic nie było w stanie wypełnić bolesnej, wewnętrznej pustki. Teraz, po latach pracy i poszukiwań, ta przestrzeń w środku jest wypełniona i zamieszkana: przez prawdziwą mnie. W sztuce stawania się sobą, odkrywania swojego potencjału, uśpionych mocy, nieuświadomionych darów i talentów, doskonalę się do dzisiaj, nieustannie, każdego dnia. Wiem, że nie dotarłam jeszcze do celu, ale wiem również, że celem jest sama podróż. Doświadczanie. Rozwój. Przemiana. Jestem teraz spokojna, szczęśliwa, przepełniona poczuciem sensu i wewnętrzną siłą. Jestem samoświadoma. Jestem prawdziwa.

Kryzys był darem, pomógł mi się odbić od mojego osobistego dna, aby odkryć cuda, które na mnie czekają uśpione. Odbiłam się od niego z całych sił, mam wrażenie, że nadal lecę i unoszę się ku przestrzeniom wolności. Doświadczam nieustannego wzrostu i rozwoju, czerpię z niewyczerpanego źródła miłości, która przenika wszystko, co istnieje.

Obecnie budzi się cała ludzkość. Każdy na swój własny sposób, w swoim własnym tempie. I chociaż czasem tego nie widzimy, dostrzegając wyłącznie ciemność i zło, które otaczają nas z wielu stron, ten proces jest dobry, trwa i zyskuje na sile. Poszerza się nasza świadomość i wiedza o nas samych. Stopniowo opanowujemy sztukę stawania się sobą - stawania się wspaniałą, cudowną, mądrą, kochającą, wielowymiarową istotą ludzką.

Kiedy nic nie jest pewne, wszystko jest możliwe.

Czasami, kiedy nie mamy odwagi się zmienić, świat zmienia się wokół nas, wytyczając nam nową drogę. Nie można zahamować własnego rozwoju - ewolucja wymaga ciągłego wzrostu.

Rhonda Byrne

Pewnego ranka, wiele lat temu, leżąc zaspana w łóżku, tuliłam swego pieska. Nasza miłość, czułość i radość z tego, że jesteśmy razem, przerodziła się w szaloną zabawę. W pewnym momencie poczułam silne ukłucie w oku. Łzy natychmiast zalały mi twarz. Nic nie widziałam. Krótki, twardy i ostry wąsik psa uszkodził moją gałkę oczną. Przemycie oka nic nie pomogło. Przeciwnie, z każdą chwilą ból narastał. Czym prędzej wybrałam się do okulisty. Okazało się, że mam uszkodzoną rogówkę. Lekarz przepisał krople, maść i opatrunek, który musiałam nosić przez cały tydzień.

Było lato, środek wakacji, i wydawać by się mogło, że tak niewielka rzecz jak chwilowa utrata wzroku w jednym oku nie będzie uciążliwa. A jednak z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie jestem w stanie samodzielnie poruszać się po ulicy. Miałam zawroty głowy i nudności, chodnik uciekał mi spod nóg, nie umiałam ocenić odległości. Mijający mnie ludzie budzili grozę, a krawężniki atakowały, nagle wyrastając nie wiadomo skąd. Zupełnie inaczej odbierałam dźwięki, przerażał mnie hałas, ruch wokół wydawał się złowrogi i chaotyczny. Czułam, że brak mi kontroli - tak jakby cały świat wirował wokół mnie, podczas gdy ja, jak na karuzeli, obracam się w przeciwnym kierunku.

Z trudem dotarłam do domu. Usiadłam na kanapie i zastanawiałam się, co dalej. Mój biedny piesek z poczuciem winy tulił się do mnie. I co my teraz poczniemy? - myślałam. Tak się złożyło, że akurat na ten tydzień zostałam sama. Mój nastoletni syn był na obozie, partner wyjechał w celach zawodowych, przyjaciółki bawiły się na wakacjach. A mnie mdliło...

Czekałam na ten spokojny, samotny czas. Planowałam spacerować, pisać, malować i czytać. Szybko zdałam sobie sprawę, że nie mogę robić żadnej z tych rzeczy. Ba! Nie mogę nawet oglądać telewizji. Hej, Agnieszka, to nie jest żadna tragedia, myślałam sobie. Mnóstwo ludzi żyje z jednym okiem, wielu dobrze sobie radzi nawet mimo całkowitej utraty wzroku. Ale jak długo trwa czas adaptacji do nowych warunków? Tego nie wiedziałam.

Okazało się, że świat widziany jednym okiem jest całkiem inny. Mózg otrzymuje inne informacje i inaczej je przetwarza, w związku z tym wszystkie zmysły zaczynają odmiennie reagować. Sprawne oko szybko się męczy, pojawiają się powidoki, do tego te nieustanne mdłości... Czułam się dobrze tylko wtedy, gdy miałam zamknięte oczy i się nie ruszałam.

Trudno mi było się pogodzić z tym, co mnie spotkało. Bo jak to, w środku lata tkwić w domu, niemal w bezruchu, przez cały tydzień? Czułam się jak uwięziony koń, który chce biegać, ale nie może się poruszyć.

Z czasem dotarło do mnie, że boję się tego, co zobaczę wewnątrz siebie. Wtedy jeszcze nie medytowałam, nie umiałam tego robić i nie wiedziałam absolutnie nic na ten temat. Przerażała mnie wizja wewnętrznego spotkania z samą sobą. Dotąd mój umysł nieustannie był zajęty przetwarzaniem informacji, które docierały do mnie za pośrednictwem wzroku. Gdy go "wyłączyłam", zanurzyłam się w czarnym, przerażającym kosmosie swojej wewnętrznej przestrzeni.

Najpierw pojawiła się panika. Bezskutecznie próbowałam funkcjonować z jednym otwartym okiem. W końcu się poddałam, zrozumiałam, że nie ma ucieczki. Powoli, krok po kroku, zaczęłam się oswajać z nową sytuacją. Zamknęłam oczy i trwałam tak w bezruchu. Pozwoliłam swobodnie płynąć myślom i uczuciom. Poczułam się jak odkrywca nieznanych przestrzeni, nieodkrytych jeszcze lądów. Czułam, że przedzieram się przez moje wewnętrzne dziewicze lasy, pełne niezwykłych roślin i dzikich zwierząt. Czułam, że w gałęziach mojej duszy ptaki wiją gniazda. Odkryłam w sobie gwiezdne konstelacje i czułam, że noszę w sobie cały wszechświat, o którego istnieniu nie miałam pojęcia...

Tych kilka trudnych, ale i niezwykłych dni, które spędziłam sama ze sobą, było zapowiedzią tego, co miało się wydarzyć w przyszłości. Wtedy nie poszłam za znakami, które wysyłał mi wszechświat. Nie rozumiałam jego języka. Gdy tylko zdjęto mi opatrunek, zapragnęłam jak najszybciej wrócić do "normalnego" życia. Dlatego później pojawił się kryzys, który zmusił mnie do całkowitej przemiany.

Nie ma rzeczy niemożliwych, tylko nasz ograniczony umysł uznaje pewne zjawiska za niepojęte i nierealne.

Marc Levy

Moje duchowe przebudzenie miało miejsce mniej więcej dwa lata po wypadku z okiem, na wyspie Korfu. Opisałam je w książkach Pełnia życia i Miłość. Ścieżki do wolności. Było to zdarzenie niespodziewane, które nauczyłam się rozumieć dopiero z perspektywy czasu.

Po tym nagłym, silnym zanurzeniu w tu i teraz, którego doznałam na gwarnej greckiej plaży, czekała mnie potężna praca nad sobą. Musiałam zrozumieć siebie i dokonać w sobie gruntownych, trwałych zmian. Moje świadome, głębsze samopoznanie pojawiło się jeszcze później, podczas sesji jogi. O tym zdarzeniu również opowiadałam w swoich książkach. Wykonywałam wówczas ćwiczenie, które polegało na utrzymaniu wyprostowanych ramion w nieruchomej pozycji przez 11 minut. Okazało się to znacznie bardziej męczące i wyczerpujące, niż się spodziewałam. Podczas gdy zmagałam się z drżeniem mięśni, w mojej głowie pojawiały się tysiące myśli. Mój umysł nieustannie coś mówił: że nie wytrzymam, że nie dam rady, że to jest niepotrzebne, niedorzeczne, głupie. Nie poddawałam się, a wtedy zaczął podważać kompetencje mojej nauczycielki i łapał się wszelkich możliwych sztuczek, chcąc, bym zrezygnowała. Mimo tych podszeptów wytrwałam do końca.

Było to dla mnie doświadczenie nie tyle fizyczne (dałam radę, jestem silna), ile mentalne i duchowe. Zrozumiałam, że mój umysł wcale mnie nie wspiera! Wręcz przeciwnie, mnoży problemy i szuka racjonalnych powodów, dla których powinnam się poddać i spocząć na laurach.

Kim więc jest ja, które podjęło decyzję, że wykonam ćwiczenie do końca?

Kim jest obserwator moich myśli?

Wtedy przyszło olśnienie.

Przez większą część życia identyfikowałam się ze swoimi myślami. Byłam osobą praktyczną i racjonalną. Tymczasem podczas tamtej sesji jogi zrozumiałam, że mój umysł to wcale nie jestem ja! Cóż za niezwykłe odkrycie! Przejęta i zaskoczona postanowiłam otworzyć się na siebie prawdziwą. Oprócz tego pojęłam, że umysł, któremu tak ufałam, wcale nie jest moim sprzymierzeńcem, tylko podstępnym sabotażystą. Podcina mi skrzydła, zniechęca mnie, mówi mi tak wiele przykrych rzeczy o innych ludziach i o mnie samej.

Nie gniewałam się na niego. Zrozumiałam, że muszę się nim zająć i go oswoić, wychować. Wybierać mu nowe myśli i dawać inne, lepsze zadania, aby zamiast mnie zniechęcać i osłabiać, zaczął mnie wspierać.

Hartowanie ciała i ducha

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Ludzie nie są więźniami losu, a jedynie więźniami własnych umysłów.

Franklin D. Roosevelt

Kiedy poruszamy temat duchowości, ludzie przeważnie określają się jako wierzący lub niewierzący. Jest to błędna kategoryzacja, ponieważ... każdy w coś wierzy. Inteligencja duchowa nie ma nic wspólnego z religią. Często przyjęcie zasad religijnych narzuconych przez innych ludzi tłumi rozwój inteligencji duchowej. Nie trzeba być osobą religijną, aby doświadczać uduchowionego, spełnionego życia. Duchowość jest wbudowana w ludzkie jestestwo. Naszym zadaniem jest przebudzenie jej w sobie i świadome pielęgnowanie. To pozwala odczuwać szczęście, niezależnie od okoliczności.

Podczas, gdy duchowość można porównać do bezkresnego oceanu, religia jest zamkniętym, wydzielonym obszarem. Ja myślę o nim jako o akwarium. W oceanie duchowości istnieje wiele takich "akwariów", z których ludzie często nie mieli szansy się uwolnić. Dopiero współczesne czasy dają nam możliwość rozwoju duchowości i wypłynięcia ku jej bezkresnym akwenom.

Najważniejszym zadaniem ludzkości jest wzniesienie się z poziomu racjonalnego myślenia, poprzez poznanie i zrozumienie swojej emocjonalności, na poziom inteligencji duchowej. Otwarcie na duchowy wymiar jest niezbędne, aby zrozumieć czasy, w których żyjemy, i się rozwijać - na poziomie jednostkowym i całościowym. Jedną z wiodących do tego dróg jest medytacja. Liczni psychologowie podkreślają, że dzięki tej praktyce możemy stworzyć bliską relację z najgłębszym aspektem nas samych. Medytacja pomaga odnaleźć w sobie miejsce, w którym zdołamy poczuć wewnętrzne przewodnictwo i otrzymać wsparcie.

Osoba, która w swoim rozwoju zatrzymała się na poziomie inteligencji racjonalnej, często nie potrafi zrozumieć kogoś o silnie rozwiniętej inteligencji duchowej. Nawet człowiek religijny może cały czas poruszać się na poziomie inteligencji intelektualnej, a do kwestii wiary podchodzić na zasadzie rozumienia doktryn ustanowionych przez zwierzchników. Duchowość natomiast nie jest czymś, w co się "wierzy", ponieważ uwierzenie w dane zjawisko czy istnienie wyższego bytu to proces intelektualny. Duchowość tymczasem to głębokie, osobiste, transformujące doświadczenie. Jak pisał Carl Gustav Jung, "ja nie wierzę, ja wiem".

Dlatego tak ważne jest, aby nie określać siebie i wartości swoich doświadczeń na drodze porównań, poprzez pryzmat innych osób, ponieważ ich percepcja może być całkowicie odmienna od naszej. Nikt na świecie nie jest w stanie ocenić wartości naszych osobistych doświadczeń duchowych. Są indywidualne i bardzo intymne.

Trzy aspekty duchowości