Wojciech StanisławskiKosmos Czapskiego
Piotr Mitzner: Ludzie z nieludzkiej ziemi. Rosyjski krąg Józefa Czapskiego. PIW, Wydawnictwo Naukowe UKSW, Warszawa 2021, s. 382.
Nie można powiedzieć o Czapskim, że jest "nieobecny" czy nieprzyswojony kulturze polskiej - jak zdarza się, mniej lub bardziej zasadnie, lamentować entuzjastom dorobku różnych autorów emigracyjnych. Przed dwoma laty ukazała się sugestywna, subiektywna (choć może nie wyczerpująca tematu) biografia malarza pióra Erica Karpelesa, jeszcze przedtem wydano dwa tomy jego bardzo osobistej korespondencji z Ludwikiem Heringiem, "Zeszyty Literackie" ryzykowały niemal śmieszność ostentacją, z jaką podkreślały swój kult Czapskiego. A równocześnie mielą i cięższe młyny: Na nieludzkiej ziemi obecne jest, bodaj we fragmentach, w kolejnych wersjach kanonu lektur, Muzeum Narodowe w Krakowie otwarło Pawilon Czapskiego, trwa praca Janusza i Marii Nowaków nad edycją jego dzienników.
A mimo to praca Piotra Mitznera jest niejako nowym otwarciem refleksji nad Czapskim, ustanawiając go - bez patosu, bez dopisywania mu fikcyjnych ról i zasług - jedną z osiowych postaci kultury polskiej XX wieku.
Ta książka to owoc głębokiego namysłu i splecenie w całość wielu poszukiwań, wielu padających z daleka cieni. "Czytelnik, który zetknął się z moimi wcześniejszymi próbami okrążenia tego tematu, może czuć się zaniepokojony lub zniecierpliwiony, gdy znajdzie w tej książce znane mu już wątki" - zastrzega się Mitzner, autor traktujący czytelnika z wyjątkowym szacunkiem. Jest to jednak niepotrzebna przestroga: czytelnik, który zna już Warszawski "Domek w Kołomnie", dokonane przez Mitznera z filologiczną uważnością edycje przedwojennych, rozproszonych tekstów Dymitra Fiłosofowa czy Lwa Gomolickiego, ale też jego Gabinet cieni czy eseje o małżeństwie Iwaszkiewiczów, rozpozna ten sam rytm kołującego, nawracającego dociekania, które ujawnia coraz więcej.
To kołowanie jest zresztą nawiązaniem do metody Czapskiego, może wobec niej ukłonem? "Powtarza się Czapski w esejach, listach i zapiskach, wielokrotnie wspomina ważne dla niego miejsca, ludzi, rozmowy" - pisze Mitzner i rzeczywiście chyba każdy, komu zdarzyło się wertować rozmowy z malarzem, jego listy i zapiski (należę do takich osób i znam ich jeszcze kilka) w nadziei odtworzenia faktografii jego relacji z "białymi Rosjanami", stwierdzał z mieszaniną zniecierpliwienia i rozbawienia, że Czapski przez całe życie krążył wokół tych kwestii, obiecywał sobie i innym ich opisanie, pozostawiając jednak zaledwie kilkanaście logiów, których różnice odcieni pozostało nam porównywać.
Mitzner porównał je bodaj wszystkie, przynajmniej wszystkie dziś odczytane. Ludzie z nieludzkiej ziemi to - w pierwszym przybliżeniu - próba zestawienia spotkań Czapskiego z Rosjanami, począwszy od wczesnej młodości po ostatnie, sędziwe już lata w Maisons-Laffitte. Niektóre z tych spotkań są, mimo wspomnianej powyżej szczątkowości relacji, szeroko znane, w tym przede wszystkim kontakty Czapskiego z "triumwiratem" Dymitra Mereżkowskiego, Zinaidy Gippius i Dymitra Fiłosofowa, najpierw w rewolucyjnym Piotrogrodzie, potem w sposobiącej się do konfrontacji z bolszewikami Warszawie. Inne spotkania, równie szczątkowo opisane przez Czapskiego, obrosły legendą, jak kilka rozmów i jeden wieczór spędzony w Taszkiencie z Anną Achmatową, ewakuowaną tam z oblężonego Leningradu. Reszta to w większości kontakty z Rosjanami drugiej, trzeciej, czwartej fali emigracyjnej - tużprzedwojennej, wojennej, powojennych. Chciałoby się powiedzieć, że były one, przynajmniej w części, robocze, mniej istotne niż te najwcześniejsze - ale czy z Czapskim w ogóle możliwe były rozmowy inne niż istotne? Być może do planów współpracy redaktorskiej czy wydawniczej ograniczyć trzeba jego korespondencję z Romanem Gulem, wziętym pisarzem i rzutkim wydawcą emigranckiego magazynu "Nowyj Żurnał" - ale przecież nie jego rozmowy, czasem zmagania z Aleksiejem Remizowem, Władimirem Maksimowem czy Natalią Gorbaniewską!
Ten plan faktograficzny, kronikarski jest niesłychanie ważny: lata pracy nad spuścizną czynnych w Polsce "białych Rosjan", Skamandrytów, rosyjskich i sowieckich intelektualistów pozwoliły Mitznerowi w sposób wyczerpujący, a jednocześnie wolny od "mrówczości kalendariów", odtworzyć chronologię, dynamikę i treść kolejnych relacji Józefa Czapskiego z Rosjanami. Bo przecież powyższe wyliczenie najważniejszych spotkań jest tylko przymiarką do książki. Jeszcze przed wojną Czapski znał, czytał i recenzował wielu poetów i pisarzy pierwszej fali emigracji. Jego ciekawość ludzi była nieposkromiona, jeden kontakt prowadził do drugiego, pojedyncze, najmocniejsze więzi - z Fiłosofowem w pierwszej kolejności, z Gomolickim, Mereżkowskim, Jurijem Felzenem, ale także z Lwem Szestowem czy Nikołajem Bierdiajewem - splatały się z innymi, tworząc "sieć" (modne słowo), pozwalającą Czapskiemu na orientowanie się w dokonaniach i napięciach współczesnej mu kultury rosyjskiej. Ta sieć zagęści się oczywiście w wojennych i powojennych latach - a Mitzner odtworzył jej węzły.
Mistrzowskim dokonaniem - biografistycznym, literaturoznawczym, historycznym - jest pierwszy, najdłuższy rozdział książki, w przeważającej mierze poświęcony relacjom Czapskiego z Fiłosofowem. Nieraz opisywano dramatyczne okoliczności ich spotkania ("Twoj gorod, Pieterburg - umirajet", zamarzłe truchła koni na pustych ulicach i Mereżkowski w damskim szlafroku, perswadujący praporszczikowi Czapskiemu, dlaczego nie należy czytać Tołstoja; graf Fiłosofow trzyma się nieco z tyłu), współpracy w Polsce roku 1920 (Józio Czapski to szukający "triumwiratowi" locum w Warszawie, to ekspediujący Mereżkowskich z Fiłosofowem do rodzinnego majątku w Mordach) i lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, gdy słabnący, schorowany Fiłosofow usiłuje sprawować wobec Czapskiego rolę mentora, traktując go zarazem jako swój najważniejszy kontakt z kręgami młodej inteligencji. Stąd herbatki u pani Maryjki Dąbrowskiej, "Domik w Kołomnie" i jego echo w jednym z najczęściej przywoływanych logiów Czapskiego - "pamiętam takie niesamowite upały, jakieś dzikie, skwarne lato, jak ten stary, zmęczony człowiek [Fiłosofow - WS], z błyskiem w oczach powiedział: "Przynajmniej ten klub nam się udał"".
Ten pierwszy rozdział pokazuje, jak powierzchowne, a przynajmniej niewystarczające były dotychczasowe rekonstrukcje działalności "Domku w Kołomnie" i relacji Czapskiego z jego założycielem. Fiłosofow nie tylko aspirował do roli preceptora czy autorytetu młodego, zagubionego w kongresówkowej Warszawie Czapskiego, lecz także był jego przewodnikiem i mistrzem. To jego nazwisko padło, gdy Piotr Kłoczowski u schyłku życia Czapskiego zapytał go: "Kto ze spotkanych przez Ciebie ludzi najbardziej wpłynął na Twe doświadczenie religijne?". To on podsuwał mu najważniejsze lektury, przejąwszy niejako to zadanie po Mereżkowskim, który w Piotrogrodzie zaserwował młodemu pięknoduchowi Dostojewskiego, Nietzschego, Carlyle'a i Rozanowa jako uderzeniową odtrutkę na idealizm Tołstoja.
Gęstość tej odtworzonej przez Mitznera wymiany myśli, wzorów i tropów między Fiłosofowem a jego uczniem prowadzi nas do drugiego wymiaru tej książki: Rosyjski krąg Józefa Czapskiego to przecież nie tylko kilkudziesięciu spotkanych osobiście pisarzy, myślicieli i poetek. Pierwszym poważnym doświadczeniem czytelniczym i filozoficznym gimnazjalisty, kartkującego dotychczas niecierpliwie Verne'a, były powieści Tołstoja - i od tego zacznie się namiętne, niezmordowane, żarliwe odkrywanie przez Czapskiego kolejnych autorów rosyjskich. Mitzner idzie wiernie tym tropem, odkrywając większe i mniejsze fascynacje lekturowe: Rozanow, Achmatowa, Pasternak, Sołżenicyn. Oczywiście, te dwie siatki i dwa wymiary pokrywają się - Czapski starał się poznać tych, których czytał, sięgał po teksty tych, których poznał - ale lista autorów, których chłonął, tłumaczył lub podsuwał innym, jest jeszcze dłuższa niż lista jego przyjaźni.
Ale też rosyjska eksperiencja Czapskiego nie ogranicza się ani do "historii przyjaźni" ani do "prywatnej historii literatury". Mitznerowi udało się odtworzyć r o s y j s k i e d o ś w i a d c z e n i e C z a p s k i e g o - doświadczenie, na które na równych prawach składał się dryl Korpusu Paziów, wymiana depesz z Zinaidą Gippius, paryskie rozmowy z Szestowem, zimne nary Griazowca, rozmowy z zekami i enkawudzistami, aryki Taszkientu i koci uśmiech Niny Berberowej, choć najwięcej zachowało się świadectw o ludziach, umysłach i książkach.
Takie ujęcie stawia Czapskiego w zupełnie nowym świetle. Nie stronił on nigdy od zatrudnień publicznych, ale też nie starał się o nie. Bodaj najwyższą jego oficjalną funkcją było kierowanie Wydziałem Propagandy i Informacji przy sztabie Armii Andersa, najpoważniej brzmiącą rangą - tytuł delegata Rządu RP w jednej z alianckich komisji, badających po cichu i bez przekonania zbrodnię katyńską. Kilkukrotnie wysyłany był przez Giedroycia w misjach nie tyle tajnych, ile delikatnych, z różnym zresztą szczęściem. Był doskonałym (choć nieco roztargnionym) rozmówcą, uprzejmość i uważność pozwalały mu zjednywać sobie ludzi. Łatwiej już jednak wyobrazić go sobie w mundurze (na szczęście zachowało się kilka zdjęć) niż w ambasadorskim fraku.
A jednak. W interpretacji Mitznera Czapski okazuje się nie tylko Hermesem i swatem, animatorem dziesiątków odkryć czytelniczych, tłumaczem i poszukiwaczem nowych tropów rosyjskiej myśli czy literatury. Okazuje się arcyambasadorem: praktykiem (a przez to, jeśli nam się uda - wzorem) najlepszej możliwej formuły rozmowy z Rosją.
Żeby zdać sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwa groziły mu na tej drodze, jak łatwo było na niej zabłądzić, trzeba przywołać bodaj garść faktów z jego (emblematycznego, jak spotkania z Mereżkowskim czy Achmatową) życiorysu. Rosja jako otaczający żywioł, u progu XX wieku nieco mniej uciążliwy niż jeszcze pokolenie wcześniej, to doświadczenie wspólne milionom Polaków Kongresówki i guberni zachodnich; w przypadku dziesiątków tysięcy ziemian było to doświadczenie stosunkowo komfortowe, podobnie jak widok Petersburga i Moskwy srebrnego wieku. Wystarczyło kilku lat, by nałożyło się na to - również wspólne wielu Polakom - apokaliptyczne doświadczenie umierającego z głodu Piotrogrodu, dwukrotne zetknięcie się z męczeńską śmiercią towarzyszy broni (na ćwierć wieku przed Katyniem, w roku 1918, młody Czapski w straceńczej misji poszukiwał kolegów z pułku ułanów krechowieckich, rozstrzelanych w tym czasie przez bolszewików pod Archangielskiem), żegluga po przybrzeżnych wyspach archipelagu Gułag. Do tego - osobiście przeżyta wielkość rosyjskiej literatury i sztuki, świadomość bezkresu kraju i jego niespożytych sił mobilizacyjnych zdobyta między Starobielskiem a Buzułukiem.
Takie curriculum w XX wieku wielokrotnie prowadziło Polaków w dwóch kierunkach: taniej, sentymentalnej rusofilii (czasem podszytej folklorystycznie rozumianym panslawizmem, a czasem heglizmem z domieszką samogonu: "Tę przypowieść opowiada Mikołaj / który rozumie konieczność dziejów / aby mnie przerazić to znaczy przekonać", jak pisał w wierszu o rosyjskich emigrantach jeden z korespondentów Czapskiego) albo równie taniej, "szlacheckiej" niczym z pamfletu Dostojewskiego, podszytej pogardą dla kacapów rusofobii.
Czapski był doskonale wolny od obu, szedł wyprostowany wśród trzęsawisk. Rosja była dla niego rzeczywistością, z którą trzeba stanąć twarzą w twarz ("Nie chodzi o to, czy kocham Rosję, czy jej nienawidzę. Chodzi o to, że wykreślić jej z historii żaden Polak nie zdoła"), doświadczać jej, rozpoznawać i rozmawiać - bez uniżoności i bez lęku, z nieutraconą nawet na chwilę świadomością, że relacje polsko-rosyjskie są zbiorem krzywd i bliskości.
Umiejętność prowadzenia w ten sposób rozmowy - życzliwej, uważnej, w której jednak w niczym nie uchybiamy swoim przekonaniom i przywiązaniom - jest cnotą, którą w obiegowym rozumieniu przypisuje się, zwykle z nostalgią, "dobrze urodzonym". I rzeczywiście, pańskość Czapskiego, tak chyba dlań nieważna, tak przezeń lekceważona i bez wpływu na jego losy - kapisty bez grosza przy duszy, emigranta w pokoiku na strychu - w tym właśnie się objawiła: w zdolności do przyswojenia całego "doświadczenia rosyjskiego" bez lęku ani zauroczenia, do podjęcia z nim rozmowy na równych prawach. To droga, jaką wytyczył - a dorobek Piotra Mitznera pokazuje, że można nią za Czapskim podążać.
Krytyka jako powieść Leszek Bugajski
Tomasz Burek: Pamięć głęboka. Wybór, wstęp i opracowanie Zbigniew Mentzel. Wydawnictwo Więź, Warszawa 2021, s. 240.
Tomasz Burek był krytykiem wybitnym i nie ma tu powodu rozwijać tematu jego zasług dla literatury, bo poświęcono im dziesiątki, jeśli już nie setki tekstów. I wiele wskazuje na to, że Burek nadal będzie krytykiem jednych inspirującym, a innych niepokojącym. Inspirująca jest rozległość jego erudycji i spojrzenia na literaturę, niepokojące jest to, jak się zmienił i jak w Dziele niczyim, książce z 2001 roku, odżegnał się od swojej krytycznoliterackiej działalności i uznał lata jej poświęcone za czas tkwienia w błędzie. Za to sam skazał się na "kwarantannę", której pisanym świadectwem jest głośny Dziennik kwarantanny (2001) - i zarazem świadectwem tego, jak wybitny krytyk stał się agresywnym publicystą. No ale taką drogę uznał w latach dziewięćdziesiątych XX wieku za właściwą. Wolno mu było.
"Byłem zainfekowany i przechodzę proces odtrucia" - wyjaśniał w jednym z wywiadów z tamtego okresu. Na łamach "Twórczości" Adam Komorowski, recenzując Niewybaczalne sentymenty (2011), po serii cytatów napisał: "Trudna i zaniedbana w naszym kraju sztuka inwektywy znalazła w Burku mistrza, jakiego nie mieliśmy od czasów Adolfa Nowaczyńskiego". I to daje komuś, kto nie zaglądał do tekstów późnego Burka, wyobrażenie o tym, jak "odtrucie" przebiegało.
Na czym polegało to zainfekowanie? Jeśli na tym, że czuł wyrzuty sumienia, bo przez lata uczestniczył w PRL-owskim, jakoś koncesjonowanym, życiu literackim i - powiedzmy - na tym, że przeszedł młodzieńczy okres sympatii do lewicy, to mocno przesadził. Choćby dlatego, że trudno znaleźć w jego pokoleniu i w młodszych rocznikach inteligentów, którzy nie mają na sumieniu takiego "grzechu", a potem nie poszli w inną stronę bez wyrzutów sumienia, bo się ich raczej nie ma po łagodnych "dziecięcych chorobach". A że uczestniczył w życiu literackim? Jako człowiek aktywnie zainteresowany literaturą nie miał innej możliwości realizowania swoich ambicji. Był krytykiem i - jednak - historykiem literatury niezależnym, odważnym i z pewnością należącym do ścisłej czołówki najlepszych krytyków ubiegłego wieku. Za co więc skazał się na kwarantannę? Ja tego nie rozumiem.
Krytyk powinien od wszystkiego trzymać się z daleka, polegać tylko na sobie i na swoich lekturach. Może się mylić, może zmieniać opinie, bo nie działa w polityce, nie ogranicza go żadna legitymacja czy przysięga. Rozlicza się z własnym sumieniem. Burek przecież to wszystko rozumiał i dawał temu wiele razy wyraz.
Jest jeszcze druga możliwość: Burek ogłosił swoje udanie się na "kwarantannę", bo chciał coś zademonstrować. Co? Myślę, że jeśli rzeczywiście tak było, to postanowił zademonstrować przeciwko temu, że nie można zrealizować celów, jakie stawiał krytyce literackiej i sobie jako krytykowi. Być może zobaczył i przeraził się tym, że kiedy kraj odzyskał wolność, kultura nie rozkwitła, nie stała się krytyka literacka wiodącym jej przejawem, a wręcz przeciwnie - podupadła, bo nie była już potrzebna w świecie opanowanym - jak to pisał - przez "popkulturę gawiedzi" i kierującym się "tandetnymi modami kulturowymi". I na początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku porzucił uprawianie krytyki w wersji tak krystalicznie czystej, jak to robił przez lata - został publicystą zaangażowanym w doraźne rozróby na scenie kultury, rozróby z podtekstem politycznym, który to podtekst - jak wiadomo od dawna - szkodzi krytyce literackiej jak mało co.
Nie miejsce tu na to, by rozwodzić się nad kierunkiem, w jakim ruszył Burek na tym etapie życia, i na oceny tego. Myślę, że na to przyjdzie czas, zresztą już rozmaici szybcy - zbyt szybcy - harcownicy zabrali się za to, twierdząc na przykład, że "z oryginalnego krytyka i badacza kultury współczesnej, z fascynującego myśliciela stał się Tomasz Burek dość nieznośnym moralistą i ojcem Pirożyńskim polskiej krytyki literackiej, ścigającym "przebrzydłe demony relatywizmu"" (Krzysztof Lubczyński, pisarze.pl).
Burek jako krytyk zasługuje na poważną analizę całego dorobku i uważne prześledzenie zmian, jakie w jego tekstach zachodziły, a nie tylko na koniunkturalne oceny - gładkie z jednej strony i ostre z drugiej. Moim zdaniem należy mu się pełna edycja pism, najlepiej w porządku chronologicznym, bo intelektualna droga, jaką przeszedł, jest ciekawa, instruktywna i warta prześledzenia właśnie w takim układzie - od początku do końca.
Zbigniew Mentzel, który przygotował nowy wybór nie publikowanych w osobnym tomie dwunastu tekstów Burka, już w drugim akapicie wstępu wyraża oczekiwanie, że powinna nastąpić "w miarę kompletna edycja pism Tomasza Burka". Zna możliwości polskiego ruchu wydawniczego, więc nie wspomina o kompletnej edycji, która mnie się marzy, a tylko o "w miarę kompletnej". Ja myślę, że dorobek Burka jest dzisiaj najbardziej interesujący przeczytany od początku do końca jak powieść, bo w jego pisaniu zawarty jest wielki dramat literacki i życiowy, opisane są wielkie ambicje i wielkie rozczarowanie, bo nie było chyba w drugiej połowie XX wieku krytyka, który tak poważnie jak on podchodził do zadań, jakie widział przed sobą. Ba, już samo stawianie przed samym sobą tych zadań było u młodego Burka niezwykłe. I ten rozmach, z jakim podchodził do ich realizacji... Bo był Burek krytykiem, który wychodząc od literatury, od konkretnego utworu, szukał poprzez niego prawdy o epoce, w jakiej powstał. Ale nie prawdy w sensie socjologicznym, lecz całej Prawdy.
W otwierającym wybór Mentzla szkicu Demokratyczne tworzywo literatury opublikowanym w jednym z pierwszych numerów świeżo wówczas powołanego miesięcznika literackiego młodych "Nowy Wyraz", pisał w 1972 roku trzydziestoczteroletni Burek, że w literaturze chodzi "o wielopoziomową architekturę dzieła powieściowego stanowiącą najpełniejszy duchowy równoważnik skomplikowanego i z reguły powikłanego przebiegu wszelkiego rodzaju procesów życiowych". I postulował - bo to w gruncie rzeczy był tekst o charakterze programowym, jeden z tych, jakie w tamtych czasach z przejęciem formułowali dość często młodzi pisarze - "demokratyzm formy powieściowej". Ów demokratyzm to "całkowita swoboda i niezależność od reguł "wysokiego stylu" literackiego klasycystycznej epoki, to w konsekwencji jej strukturalna chłonność i giętkość, pozwalająca zgłębić i jednoczyć wszystkie poziomy życia: od parteru sfery codziennej i potocznej, jak w naturalizmie, po najwyższe piętra estetycznej sublimacji, jak u Prousta".
Mentzel słusznie otworzył swój wybór właśnie tym tekstem Burka - w zasadzie do końca swojej działalności krytycznoliterackiej Burek pozostał wierny sformułowanej tu wizji literackiego dzieła. Powraca ona chociażby w tomie Żadnych marzeń (1987), kiedy zastanawia się, jak powinna wyglądać konieczna do stworzenia "arcyksiążka", "powieściowa biografia żyjącego pokolenia", o jakiej sam marzył (i się nie doczekał). "[...] współczesna summa powieściowa nie powstaje jako powieść czysta - pisał wówczas - ale przeciwnie, jako twór wielogatunkowy i polimorficzny. Jako epicko-encyklopedyczno-historiozoficzno-osobista hybryda. Przynosi zaskakujące zespolenie form intymistycznych, eseistycznych, poetyckich i innych".
Przywołałem te dwa cytaty, by przypomnieć, z jakim rozmachem myślał Burek o literaturze, a konkretnie o powieści, i jakie miał wobec niej oczekiwania. To jest coś w rodzaju punktu startowego, z którego rusza w swoją literacką drogę, określiwszy wcześniej szerszą sytuację duchową pokolenia, do którego należał, i pokazując uwarunkowania historyczne i polityczne (na tyle, na ile wtedy było to możliwe), które je ukształtowały. Zrobił to w przedmowie do opracowanego przez siebie zbioru tekstów krytycznych Ryszarda Zengla (Mit przygody i inne szkice literackie, 1970), swojego rówieśnika, świetnego krytyka, który zmarł tragicznie w bardzo młodym wieku. Temu tekstowi słusznie sporo uwagi poświęcił Zbigniew Mentzel w swoim wstępie do książki, więc nie będę go tu referował.
Książka w połowie składa się ze świetnych esejów, których bohaterami są Brzozowski, Przybyszewski, Irzykowski i Boy. Tam, w modernizmie i w twórczości tych pisarzy szukał Burek korzeni współczesności, podobnie jak to robił młodziutki Zengel. Czy był to efekt wpływu Zengla na Burka, czy też wynika ta "równoległość" z podobnych doświadczeń, to pytanie do badaczy literatury. Obaj jednak byli głęboko przeświadczeni o tym, że wtedy, na przełomie wieków, dokonała się wielka rewolucja w sztuce, od której zaczęła się nowoczesność we wszystkich swoich znaczeniach.
Burek cofając się od współczesności do modernizmu, odnalazł sposób na swobodne pisanie o wizji człowieka "wyemancypowanego, wolnego, wszechstronnego", o czym wprost pisać w tamtych czasach nie dało się bez zderzenia z cenzurą. Mógł pisać o swobodnej literaturze, o etyce pracy, o postawach artystycznych nie obciążonych zobowiązaniami pozaartystycznymi, a takie zobowiązania władza nakładała choćby na pisarzy - najpierw bezwzględnie, a od połowy lat pięćdziesiątych XX wieku dyskretnie, ale jednak natrętnie. I pisząc o modernistycznej literaturze, a jeszcze częściej o myśli humanistycznej wtedy rozkwitającej, mógł Burek marzyć o arcyksiążce i kształtować swoją postawę krytyka, który poprzez literaturę chce zmienić "istniejący stan rzeczy" i dochodzi do sugestii o "rewolucji bez hipokryzji". Czy gdyby taką frazę Burek umieścił w tekście innym niż historycznoliteracki, mogłaby się ona w latach siedemdziesiątych XX wieku ukazać drukiem? Raczej nie.
Zafascynowany rozmachem modernistycznych myślicieli, szukał Burek w modernizmie źródeł postaw jemu współczesnych, wzorców, które mógłby postulować jako rewolucyjne w czasach zgnębionych przez konsekwencje rewolucji 1917 roku. Tak było bezpieczniej. Ale odbiorcy tych tekstów, przynajmniej wielu spośród nich, rozumieli, w co i o co Burek grał, i czytali je z przejęciem - żeby nie szukać daleko: pamiętam doskonale, choć minęło pół wieku, czas spędzony nad cytowanym tu już szkicem z "Nowego Wyrazu". Jego zapał był porywający dla ówczesnych młodych adeptów literatury i nie tylko dla nich. Siła jego tekstów z tamtych lat nic nie straciła ze swojej mocy, nadal czuć zawartą w nich pasję i emocjonalne napięcie.
A potem nastąpiło to, co nastąpiło - Burek jakby wyrzekł się samego siebie i choć jego legenda trwała nadal, był już zupełnie kimś innym: człowiekiem od doraźnych porachunków literackich. I pozostaje tylko żałować, że nie zajął się z całą siłą swojego talentu i erudycji przemianami kultury, na którą się po prostu obraził z niezrozumiałych dla mnie powodów. Nie ma już nikogo, kto tak jak on napisałby o dramacie Wilhelma Macha, kto z pasją dzieliłby się swoim zauroczeniem prozą Stanisława Czycza. On miał - do czasu - pasję i wiarę w siłę literatury. I przestał w nią wierzyć, w jej możliwości uratowania naszej kultury przed upadkiem. To tragiczne wydarzenie dla naszej literatury, na szczęście ta książka jego nadejścia jeszcze nie zapowiada.
Marek Czuku
Wypalenie zawodowe
Płonie katedra Notre Dame, symbol chrześcijańskiej
Francji, sprawdzam w Ziemi jałowej fragment
Ognistego Kazania Buddy: "Płonąc płonąc płonąc /
O Panie Tyś wydarł mnie / O Panie Tyś wydarł //
Płonąc", wszystko się kiedyś kończy, a poza tym
nie ma podobno przypadków, są tylko znaki,
nadal strajkują nauczyciele, chcą nawet zablokować
egzaminy, są wypaleni zawodowo, bez pomysłów
i kasy, ale za to z animuszem, którym dają do wiwatu,
jak za przeproszeniem bohaterowie Sienkiewicza,
mam tego wszystkiego dość, nie wiem nawet czego,
tyle tego jest, dlatego udaję, że nic się nie stało,
że to tylko nieporozumienie, drobna pomyłka,
co najwyżej niewinny fejk, taki mały plemnik
w cysternie z benzyną, stan zapalny, który szybko
mija, dziura w zębie albo w drodze gminnej,
po której prawie się nie jeździ, bo nikt tu nie ma
prawa jazdy, co prawda, taki stan jest dosyć
częsty, gdy praca podlega ciągłej kontroli,
a presja i długotrwały, chroniczny stres robią
swoje, głównym problemem w Kościele,
według papieża seniora, jest narastający
kryzys wiary, niewiarygodne, to gdzie tej wiary
mamy szukać, skoro nie ma jej u źródeł,
i znowu warto zacytować Eliota we fragmencie
Śmierć w wodzie: "Ktokolwiek jesteś, Żyd
czy też poganin, / Ty, który kręcąc kołem
słuchasz jak wiatr grzmi / Zważ: i Phlebas
piękny był niegdyś, wysoki jak ty", wypijam
parę łyków muszynianki, gaszę na chwilę
pragnienie, co miało być ugaszone, zostało
ugaszone, co miało zostać spalone, zostało
spalone, palimy mosty, Paryż, napalamy się,
spalamy ze wstydu, a robota wcale nie pali
nam się w rękach, w takim razie to już
koniec, pod kreską absolutne zero
Stany ZjednoczoneGrażyna Obrąpalska
Jonathan Franzen: Crossroads. Farrar, Strauss and Giroux, New York 2021, s. 592.
Najmniej modna książka roku 2021
Książka Jonathana Franzena Crossroads ukazała się w szczególnie niefortunnym momencie. Tumult - co jest łagodnym określeniem - obecnego stanu kultury amerykańskiej sprawił, że książka napisana przez białego, heteroseksualnego mężczyznę, prowadzącego nudne życie osobiste, niespecjalnie aktywnego politycznie została przyjęta bez specjalnego rozgłosu. Franzen to także analogowy pisarz żyjący w cyfrowej epoce - kolejny dysonans w 2021 roku. To już drugi rok, kiedy rozpoczęło się - istniejące od dawna w mniejszym lub większym stopniu - nasilenie katastrof kulturalnych. Na liście Nagród Pulitzera w roku 2021 w kategorii Special Notation and Citation Awards znajdziemy między innymi Darnella Fraziera za "odważną rejestrację wideo przebiegu morderstwa George'a Floyda". W poprzednich latach na liście laureatów w tej samej kategorii możemy znaleźć między innymi Arethę Franklin, Boba Dylana, Johna Coltrane'a, Theloniusa Monka, Duke Ellingtona, George Gershwina.
Crossroads, szósta książka Jonathana Franzena (w polskim tłumaczeniu Na rozdrożu, wydawnictwo Sonia Draga, 2021, przełożył Witold Kurylak) jest pierwszą z zaplanowanej trylogii Klucz do wszystkich mitologii. Trudno powiedzieć, czy doczekamy się kolejnych - nad Crossroads pisarz pracował sześć lat.
Tytuł wydaje się wzięty z kompozycji Roberta Johnsona, jednego z największych bluesmanów żyjących na początku XX wieku. W Crossroads Robert Johnson prosi Boga na kolanach o zbawienie, uważa, że za dar nadzwyczajnego talentu musiał zaprzedać duszę diabłu. Ta muzyka fascynuje Rossa Hildebrandta, jednego z bohaterów powieści. Crossroads to także nazwa popularnej grupy dyskusyjnej w miejscowej parafii, prowadzonej przez młodego charyzmatycznego pastora Ricka Ambrose'a.
Wszyscy bohaterowie sagi rodzinnej Franzena znajdują się na rozdrożu. Obszerna, licząca blisko sześćset stron powieść rozpoczyna się 23 grudnia 1971 roku na fikcyjnych przedmieściach Chicago. Jej bohaterami są członkowie rodziny Hildebrandtów: ojciec Russ, matka Marion i czworo dzieci (od najstarszego) Clem, Becky, Perry i Judson. Czterdziestosiedmioletni Russ jest młodszym pastorem protestanckiej parafii. Zarabia marnie, jego wynagrodzenie to siedem tysięcy dolarów rocznie, mieszka w opłacanym przez parafię marnym domu, jeździ rozklekotanym plymouthem fire, a ma na utrzymaniu żonę i czworo dzieci.
W religijnej rodzinie pastora pojawiają się problemy. Jednym z najważniejszych jest kryzys wiary dotykający wszystkich jej członków. Pastor przeżywa także okres fascynacji jedną z nowych parafianek - atrakcyjną, znacznie młodszą od żony wdową, która wyraźnie nie odrzuca jego zalotów.
Nieco starsza od męża Marion, w jego oczach nieatrakcyjna, z nadwagą (dlaczego sto czterdzieści cztery funty - nieco ponad sześćdziesiąt pięć kilogramów - jest uważane przez Franzena za znaczącą nadwagę?) przestała interesować męża. Marion jest niesłychanie uzdolniona, ma też za sobą dramatyczną przeszłość, której mąż nie jest świadom. Jest bodaj najciekawszą postacią powieści, opisaną z olbrzymim zrozumieniem i empatią. Walczy ze swoimi demonami i doskonale zdaje sobie sprawę, że jej małżeństwo osiągnęło etap rozpadu. Ciągle stara się być dobrą matką i nie odmawia szlifowania kazań męża.
Najstarszy z potomstwa Clem porzuca studia, zgłasza się do komisji poborowej i chce zostać wysłany do Wietnamu, gdzie ciągle tli się wojna. Tę decyzję zamierza zakomunikować rodzicom w święta. Dla nich, szczególnie dla ojca pacyfisty, to olbrzymi szok. Społeczność menonitów, z których wywodzi się Russ, odmawiała służby ze względów religijnych i odbywała wyłącznie służbę zastępczą.
Jedyna córka Becky jest w szkole średniej - piękna, bez żadnego wysiłku przyciąga jak magnes koleżanki i kolegów w szkole. Wszystko wydaje się przychodzić jej łatwo. Wraz ze spotkaniem pierwszej wielkiej miłości przychodzi także kryzys wiary.
Kolejny syn, młodszy od siostry Perry, obdarzony wybitnym intelektem, zapowiada się na geniusza. Jest także głęboko uzależniony od marihuany i zajmuje się handlem narkotykami. Po marihuanie popada w uzależnienie od heroiny, które kończy się katastrofą.
Z najmłodszym, dziewięcioletnim Judsonem nie ma jeszcze żadnych problemów.
Rodzice do końca nie wiedzą, co się dzieje pod ich dachem. Szczególnie ojciec, zajęty nową miłością, pomimo licznych ostrzeżeń nie dostrzega nadchodzącej katastrofy.
Ważną osobą z drugiego planu powieści jest siostra Marion, Shirley, mieszkająca w Nowym Jorku. Shirley jest niespełnioną aktorką. Były mąż zapewnił jej niezłą egzystencję. Dla bezdzietnej Shirley najbliższą osobą jest Becky, spędzająca corocznie wakacje z ciotką w jej mieszkaniu na Manhattanie. Otoczona wiecznymi oparami dymu papierosowego ciotka planuje wakacje z siostrzenicą w Paryżu. Plany przerywa przewidywalna śmierć ciotki na raka płuc, ale Shirley zostawia siostrzenicy w spadku trzynaście tysięcy dolarów, bardzo znaczną sumę dla rodziny Hildebrandtów.
Marion namawia córkę, aby podzieliła schedę pomiędzy rodzeństwo. Po silnym początkowym oporze, Becky zgadza się na plan matki. Część schedy, przypadająca na Perry'ego przyczynia się do jego ostatecznego upadku - chłopak przepuszcza ją na zakup heroiny, defrauduje także pieniądze z konta braci.
Grupa wolontariuszy z kościoła corocznie jeździ do Arizony, do rezerwatu Indian Nawaho, z którymi Russ jest związany od lat. Indianie przedstawieni są bez sentymentu. Nie lubią paternalizujących ich, choć z najlepszymi intencjami w sercu, przybyszów, ale zwykle korzystają z ich pomocy. Wiosenna wyprawa do Arizony kończy się tragicznie - znarkotyzowany Perry podpala jeden z domów w rezerwacie. Na rodziców spada olbrzymia odpowiedzialność moralna, prawna i finansowa. Wywołana przez syna katastrofa budzi w ojcu olbrzymie poczucie winy. To samo jest z matką. Marion uważa, że jej załamanie psychiczne w młodości i skomplikowana historia rodzinna obciążają genetycznie także syna. Rodzice budzą się, zaczynają działać wspólnie.
Przesłanie książki jest jasne. Życie wymaga dyscypliny. Życie wymaga odpowiedzialności. Rodzice mają obowiązek być odpowiedzialnymi za dzieci. Ludzi, nie tylko najbliższych, należy słuchać. Nie powinno się ich tracić z pola widzenia. Każdy z członków dysfunkcyjnej rodziny ma swoją historię, opisaną ze zrozumieniem i ciepłem. Fenomenalna jest szczególnie postać Marion, która, mimo bardzo skomplikowanego dzieciństwa i młodości nie pozwala sobie na stanie się ofiarą. Jej wola walki o siebie i najbliższych wzbudza szacunek. Crossroads czyta się z wielkim zainteresowaniem, to świetna proza.
Tyle że pojawia się pytanie: kto ją zechce czytać? I co powie krytyka? Dla jej części jest za słodka, za odległa od tego, co się dzieje obecnie w kulturze amerykańskiej. Ale co zostanie na dłużej, kiedy już opadnie kurz - bardzo trudno przewidzieć.
Henryk Bardijewski
Groza czasu przyszłego
Miałem przyjaciela - już go nie mam. Wszystko przez jego charakter. Tak intensywnie uczył się języków obcych, że został cudzoziemcem. Ale to jeszcze nic, bo potem zainteresował się kobietami. Z góry wiedziałem, jak się to skończy, i tak się też stało: został kobietą. Kiedyś nazywał się Michał, dzisiaj - podobno Michalina. Otóż ten mój były przyjaciel twierdzi, że płeć jako taka nie ostanie się, ale chyba przesadza. Po prostu w ciągu jednego życia będzie można ją dowolnie zmieniać, jeżeli nie fizycznie, to na pewno psychicznie. To jest prawdopodobne.
Z Michaliną mam jednak kłopot - większy niż kiedyś z Michałem. Idę ulicą, patrzę - ona. Podchodzę, chcę się przywitać, ale ona mnie nie poznaje! Mnie, który nie zmieniłem ani płci, ani wyglądu, nawet ubrania nie zmieniłem. Od słowa do słowa okazało się, że to jednak nie ona. Ktoś podobny. Takich przypadków miałem kilka i nadal się zdarzają. Jest, okazuje się, więcej podobnych do siebie kobiet niż mężczyzn. Może to sprawa makijażu i chodzenia na obcasach, nie wiem.
W końcu jednak natknąłem się na prawdziwą Michalinę. Nie ja ją poznałem - ona pierwsza mnie zaczepiła.
- Co słychać? - spytała.
- To ty? - odpowiedziałem pytaniem, bo nie byłem pewny.
- Ja. Płeć to nie ubranie, nie zmienia się co chwila. Co u ciebie? Ciągle w męskim stanie?
- Ja jestem wierny swojej płci - odparłem. - Może wstąpimy gdzieś na kawę?
- Czemu nie.
Usiedliśmy na tarasie pobliskiej kawiarni i od razu Michalina przyciągnęła męskie spojrzenia. Na mnie nawet żadna kobieta nie spojrzała.
- Jako cudzoziemka jestem tu przejazdem - rzekła. - Zresztą ja wszędzie jestem przejazdem. A ty? Nie dosyć, że mężczyzna, to jeszcze z pewnością tubylec. Czy to cię nie nudzi?
- Bycie mężczyzną nie jest takie nudne - odparłem. - Można na przykład zostać ojcem.
- Spróbowałbyś zostać matką - rzekła. - To jest dopiero przeżycie!
Ale Michalina, o ile wiem, nie jest matką, ojcem zresztą też nie. Czy będzie, raczej wątpię, niektóre osoby w ogóle się do tego nie nadają i to może być ten przypadek. Niektórzy ludzie znają większość rzeczy jedynie z teorii i to im wystarcza.
Ta rozmowa przy kawie, którą sączyliśmy zbyt wolno, skończyła się wcześniej niż sama kawa i siedzieliśmy w zamyśleniu, nie wiedząc, co powiedzieć. Wreszcie Michalina wstała i zaczęła się żegnać. Pocałowała mnie na pożegnanie, co nie sprawiło mi przyjemności, jej zresztą też nie, i poszła. Na postronnych obserwatorach robiliśmy zapewne wrażenie, że jesteśmy starym małżeństwem, co nie było, rzecz jasna, prawdą.
Wracając do domu, przyglądałem się przechodniom, zwłaszcza mężczyznom. Który z nich zostanie kobietą? Wytypowałem jednego i jakiś czas szedłem na nim, ale okazało się, że już jest kobietą. Potem zauważyłem, że sam jestem śledzony. Szedł za mną prawdopodobnie mężczyzna, ale nie byłem tego pewny i ten brak pewności trochę mi dokuczał. W końcu ta osoba zgubiła mnie, czy ja ją zgubiłem, trudno powiedzieć, w każdym razie poczułem ulgę.
Dom był niedaleko, jeszcze trochę i byłbym doszedł, lecz tego dnia wszystko szło nie po mojej myśli. Miałem wrażenie, że czas znowu przyspieszył i że już jest dzień następny. Ale poprzedni jeszcze się nie skończył, przekonywałem siebie. Niestety, wszystko bez skutku - moje ciało było już w dniu następnym, jutrzejszym i stamtąd dawało mi znaki, żebym się pospieszył. Jakie to szczęście, że moje życie przyspieszyło tylko o jeden dzień, a nie o tydzień, miesiąc czy rok. Czas to coś znacznie bardziej poważnego niż wiek czy płeć. Kto może orientować się w tych sprawach? Astronom? Zegarmistrz? Czy raczej osoba duchowna, czy świecka? I cóż poradzić na to niesłychane przyspieszenie czasu?
Czyżbym żył za wolno i czas musi mnie poganiać? Ludzie chyba w ogóle za wolno żyją, nie wykorzystują życia jak należy, zwłaszcza dni, bo noce, gdzie rządzi sen, są bardziej niezależne, żeby nie powiedzieć - nieobliczalne. Ja też mógłbym lepiej wykorzystywać dany mi czas. Tym bardziej że teraz dostaję go jakby więcej. Bo przecież przyspieszenie czasu nie oznacza chyba - skrócenia? Po namyśle postanowiłem spotkać się z osobą duchowną, uznawszy, że osoba świecka może być zbyt podobna do mnie.
Przez wspólnych znajomych uprosiłem księdza W., by mnie przyjął. W oznaczonym dniu ksiądz odwołał jednak wizytę i zaprosił mnie nazajutrz. Prawdę mówiąc, spodziewałem się tego. Nazajutrz przyjęła mnie gospodyni księdza, osoba w nieokreślonym wieku i niepewnej płci, i poprosiła, abym poczekał. Czekałem pół godziny, potem jeszcze kwadrans, wreszcie gospodarz się zjawił. Wysoki, chudy, najwyraźniej miał więcej do czynienia ze świętymi niż z ludźmi, bo patrzył na mnie jak na grzesznego intruza z obcego świata. Próbowałem wyjaśnić mu sytuację, w jakiej się znalazłem, jednak nic z tego nie zrozumiał. Prawdę mówiąc, ja też jej nie rozumiałem, ale wolałem tego nie ujawniać. Mówił bardzo niewiele, i to jakimiś świętymi sylabami, których znaczenia mogłem się tylko domyślać. A potem weszła gospodyni i oświadczyła, że wizyta właśnie dobiegła końca. Próbowałem się nie zgodzić, ale nic to nie dało, więc pożegnałem się i wyszedłem.
Jednakże takie spotkania zawsze pozostawiają po sobie jakiś ślad - jeżeli nie w pamięci, to w podświadomości. Im bardziej oddalała się w czasie owa wizyta, tym bardziej zyskiwała na znaczeniu. Po pewnym czasie wprost nie wyobrażałem sobie, że mogłoby jej nie być, a ksiądz W. wyrósł w moich oczach niemal na proroka. Jeżeli na niedowiarków tak działa, to jak musi działać na wierzących, pomyślałem. Piorunująco!
Kiedy opowiadałem o tym Michalinie, zaczęła żałować, że zmieniła płeć. Tak to jest, kiedy człowiek działa zbyt pochopnie. Pochopnie i bez należytego namysłu nad tym, jak działa czas. A czas działał na jej niekorzyść. Więcej już się nie spotkaliśmy.
Przemysław DakowiczPo (tam)tej stronie
Nie jakieś tam coś, gdzieś,Gdzie nigdy ludzie nie bywali!... Cyprian Norwid
Ruch samochodowy jest tu ograniczony - od Piłsudskiego, która ciągnie się wzdłuż torów, ulicę Mielczarskiego dzielą trzy metalowe paliki i biało-czerwony szlaban.
Dworzec kolejowy jest oddalony o kilkaset metrów. Przez całe studia przesiadałem się tu z pociągu jadącego od strony gór, od Nowego Sącza i Krościenka, do pociągu łódzkiego. Miewałem przerwy w podróży - spacerowałem wtedy wzdłuż peronów i paliłem, czasem ulicą Piłsudskiego docierałem aż do Alej. Zapadał wieczór, rozjarzały się witryny sklepów i restauracji, zamazane ludzkie postaci płynęły w szarym powietrzu.
Zastanawiające, że przez wszystkie te lata nie przyszło mi na myśl, by pójść w przeciwną stronę, tam, gdzie do Piłsudskiego przytyka ulica Mielczarskiego, podczas wojny i przed wojną nosząca nazwę Fabrycznej - jakby jakaś siła trzymała mnie z dala od historii tego miejsca i od ludzi, którzy żyli tu i umierali przed kilkoma dziesiątkami lat.
Teraz stałem przy zbiegu dawnej Fabrycznej i Przemysłowej. Kiedy Niemcy utworzyli częstochowskie getto, właśnie tu była jego wschodnia granica.
Przed wojną przy Fabrycznej mieszkała rodzina artysty Pereca Willenberga, który miał w Częstochowie prywatną szkołę rysunku i malarstwa. Stworzył własny styl dekoracyjny, nazywany neorenesansem żydowskim, jego dziełem był plastyczny wystrój częstochowskiej starej synagogi. Syn Pereca, Samuel Willenberg, trafił do niemieckiego obozu zagłady, gdzie współorganizował powstanie i skąd zdołał zbiec. Lektura jego Buntu w Treblince (książki, która - podobnie jak Spowiedź Calka Perechodnika i wydana ostatnio w serii BN antologia tekstów z Archiwum Ringelbluma - powinna znaleźć się w polskim kanonie szkolnym) była jednym z najmocniejszych przeżyć korygujących moje rozumienie najnowszej historii naszej części Europy.
Z ulicą Przemysłową związana jest z kolei opowieść Irit Amiel (przed wojną: Ireny Librowicz) o ostatnim pożegnaniu z matką i ojcem, o przejściu na drugą stronę muru. Opowiedziała ją trzy razy - w Kartce z pamiętnika z tomu Osmaleni, we wspomnieniowym tomie Życie - tytuł tymczasowy oraz w wierszu Próba, w którym jedenastoletnia dziewczynka powtarza pytanie biblijnego Izaaka: "A gdzież ofiara całopalenia", jej ojciec zaś odpowiada: "Widać ciebie upatrzył sobie Bóg na ofiarę córko moja, [...] żebyś ze ściany wyskoczyła w życie".
Skoro tu stoisz, spróbuj ich zobaczyć. Czołgających się wzdłuż kamienic w stronę numeru 10, gdzie mieści się prowadzony przez Radę Starszych szpital ogólny. Jest 27 września 1942 roku, wietrzny wieczór. Stoisz tu, gdzie stał ukraiński wartownik. Mijają cię roześmiane uczennice pobliskiej szkoły, a on trzykrotnie strzela do cieni kulących się w mroku. Październikowe liście lecą z drzew i osiadają na tych samych kocich łbach. A potem Irena przechodzi przez szczelinę między gettem a stroną "aryjską". Żydowski policjant Lunek, znajomy Leona Librowicza, "[z] gładkiej wspólnej polsko-żydowskiej ściany odrywa jedną deskę, a potem drugą i ukazuje się niewielka czarna dziura". Po (tam)tej stronie jest mieszkanie polskiego granatowego policjanta. Dziurę we wspólnej ścianie zasłania się pozłacanym obrazem najsłynniejszej z częstochowskich Żydówek o oliwkowej skórze. Czarnej Madonny.
A Willenbergowie? Mieszkali przy Fabrycznej aż do roku 1936 - Perec, Maniefa oraz troje ich dzieci: Samuel, Tamara i Ita. Potem przenieśli się do Opatowa. Do Częstochowy wrócili w 1942 roku - bez ojca, dla którego lepiej było schronić się w Warszawie. Brakowało kołder, najważniejszych sprzętów, Maniefa pojechała więc z Samuelem po rzeczy zostawione w Opatowie. Kiedy wrócili, nie zastali już w domu Tamary i Ity - "zadenuncjowane przez Polaków po aryjskiej stronie [...] [z]ostały aresztowane i zaprowadzone na posterunek policji pod samą Jasną Świętą Górą". Pewnego dnia w Treblince, podczas sortowania odzieży zgładzonych, Samuel rozpoznał ubrania własnych sióstr.
Myślałem o nich wszystkich, stojąc u zbiegu Przemysłowej i Mielczarskiego i później, gdy wędrowałem po ulicach, zaułkach i podwórkach dawnego getta - najpierw sam, a następnie z czeskim przyjacielem, pisarzem Milošem Doležalem, któremu opowiadałem o Samuelu Willenbergu i Irit Amiel. Wspominaliśmy innego uciekiniera z Treblinki, prażanina Richarda Glazara. Nie miałem pojęcia, że Glazar, znany mi z filmu Claude'a Lanzmanna i przełożonej na język polski książki Stacja Treblinka, zmarł śmiercią samobójczą.
Doszliśmy do dawnego przystanku towarowego Warta, gdzie dziś stoi pomnik upamiętniający czterdzieści tysięcy wywiezionych stąd żydowskich mieszkańców Częstochowy i okolic. Przy Targowej 14 włożyliśmy ręce w pustą przestrzeń po mezuzie. Zapuściliśmy się w korytarze kamienicy przy Starym Rynku 24, gdzie w dwupokojowym mieszkaniu pomieścić się musiało dwadzieścioro Librowiczów, Kornbergów i Kremskich; zeszliśmy do piwnicy, w której 22 września 1942 roku, gdy rozpoczęła się likwidacja "dużego" getta, Hersz Frajman ukrył dwadzieścia siedem osób. Maszerowaliśmy obskurnymi, smutnymi ulicami "Meksyku" - Garncarską, Targową i Graniczną, Mostową, Kozią i Spadkiem. Wchodziliśmy w zaułki i podwórza, wyglądające tak, jakby mieszkania "opróżniono" przed chwilą, jakby dopiero co pognano ludzi w stronę bydlęcych wagonów. W kątach leżały rozwalone meble, pod schodami walały się zabawki i od dawna nieużywane dziecięce rowerki.
Byłem naraz po tej i po tamtej stronie wspólnej polsko-żydowskiej ściany. Ściany naszego niecichnącego płaczu.
1/2022
W POPRZEDNIM NUMERZE
Krzysztof Kuczkowski Dwieście jedenasty kilometr; Przez; ?(Moja mama jeszcze żyje); O spadającym jabłku; Blues nad rzeką; Uczciwe opisanie siebie nad małą czarną / w Centrum Handlowym Riviera w Gdyni
Tadeusz Zielichowski Pasterka w Komornikach, zdjęcia
Adam Ziemianin Z Kawafisa czyli do staruszka jesień przyszła i w kawiarni go zastała w środku maja; Jaskółki licz szybko i najpierw zwłaszcza te nerwowe które nie czynią wiosny; Czarny spacer czyli jęki i lęki naszych czasów jak czarny parasol; Gość z ulicy Pszczelnej z plastrem miodu na czole i ulem na głowie jak to w Krakowie czyli akwaforta Jerzego Panka; Refleksja przewiewna czyli lniane koszule w sadzie śliwkowym; Pocztówka zamglona z Krakowa która ma oczy dymne zwłaszcza w nocy że prawie nic nie dojrzysz; Używki drwala Jana w czasie fajrantu czyli zapiski utrwalone kopiowym ołówkiem na pergaminowym papierze w bieszczadzkim plenerze
Maciej Masewicz Nauka czytania
Janina Osewska ?(była słaba); Zbieranie czarnych porzeczek; Rozsypując pestki wiśni; Królowa Woda; Wiatr od Necka
István Szathmáry portret Sándora Máraiego
Adrian Gleń Wypis z istnienia. Okruchy metafizyki w ostatnim tomie Dzienników Sándora Máraiego
Jakub Pacześniak z panem bogiem; opadłe liście; zima bezśnieżna; to jest życie; wychodzisz nocą; ta droga na wiosnę; ostatnie słowa; tak mało
Wiesław Trzeciakowski Duchowa śmierć inteligencji i kultury. Helian Georga Trakla
Ireneusz Staroń Afirmacja ducha przygody. Bernarda Newmana Rowerem przez II RP
BYŁO I BYŁO
Anna Frajlich Rok 1995 - Dziennik
Zbigniew Mentzel Dziennik 2021
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Adam Komorowski Plenum temeritatis, czyli Krzysztof Rutkowski zazwyczaj o Nim
[Krzysztof Rutkowski Bóg Adama; Mickiewicz w Stambule. Opowieść filmowa]
WŚRÓD KSIĄŻEK
Karol Maliszewski "Słowa z uszami do wewnątrz". O Scrabblach Tadeusza Dąbrowskiego
[Tadeusz Dąbrowski Scrabble]
Bartosz Suwiński Urywki wielu mnie
[Łukasz Jarosz Dzień liczby Pi]
Piotr Kępiński Przepowiedziana katastrofa
[Piotr Wojciechowski Zły wiatr]
Paweł Jaskulski Książę naszych czasów
[Zbigniew Masternak Książę bez ziemi]
Paweł Rojek Pisarz polski
[Krzyszrof Dybciak Pisarz, który został papieżem. Twórczość Karola Wojtyły - Jana Pawła II]
NA WIDNOKRĘGU
Marek Machura Nasz zagadkowy świat. Rozważania przedsenne
Fryderyk Hunia Tajemnica (Tajemnic)
Robert Suwała Krwawy mesjasz
PRZEGLĄD ZAGRANICZNY
Valeri Szydlowska Francja
NOTY
Jerzy Franczak Notatki o oporze
Mateusz Stelmaszczuk Groza (Saturn według Goi)
Wacław Holewiński Nostalgia Máraiego
Marta Kułaj Granice Mickiewicza (na marginesie eksperymentu transtalorskiego)
KSIĄŻKI NADESŁANE
MÓJ TEMAT
Włodzimierz Paźniewski "Smutna myśl, którą się tańczy"
RZYMSKIE STRONY
Piotr Kępiński Krótka historia "spelacchio"
DODATEK
Bibliografia za rok 2021
1/2022
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: [email protected] www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: [email protected]
FORMAT: 160,3×240,4 mm - PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, [email protected] Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: [email protected] Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: [email protected]
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: [email protected]
Roman Wysogląd
Dom z powietrza
Dom, w którym się - podobno - urodziłem, zbudowano z powietrza. Dosłownie.
Dziadek, jak głosi rodzinny przekaz, przez całe doczesne życie był nieobecny, twierdzono, iż poszukuje dawno już odkrytych lądów, by sprawdzić, czy przypadkiem ich potencjalni odkrywcy nie blefowali.
Babcia musiała więc radzić sobie w jej tylko wiadomy sposób, stąd ten dom z powietrza. Kto właściwie go postawił, pozostało jej słodką tajemnicą, którą zabrała ze sobą. Dokąd? Chciałbym wiedzieć.
Dzieciństwo miałem nijakie, matkę widziałem raz, podobnie jak ojca. Na rozprawie rozwodowej, chociaż formalnie nigdy nie zawarli tak zwanego związku małżeńskiego.
Ale z upływem lat, kiedy zdałem sobie sprawę (bez niczyjej sugestii), że nic ze mnie dobrego, a tym bardziej konkretnego, nie wyrośnie, nagle, oczywiście przez przypadek, gdy jakiś dziennikarzyna w podrzędnej gazecie opisał mój dom zbudowany - jak już napisałem - z powietrza, rozpoczął się prawdziwy szał. Tysiące znudzonych mieszczan, którzy posiadali pieniądze, ale nic poza tym, koniecznie chciało chociaż jedną noc spędzić w moim domu.
Wymyśliłem zaporową cenę, sądząc, iż odstraszy ona tych idiotów, ale gdzie tam. Miałem rezerwacji na co najmniej jedenaście lat.
Pewnego wieczoru, siedząc w nędznym barze (innych nie było w promieniu 234 kilometrów), zdałem sobie sprawę, że zwariowałem. Wiązać się na całych jedenaście lat było ponad moją, dość zresztą mętną i słabą, psychikę, ale z czegoś musiałem żyć. Postanowiłem więc zaryzykować.
Nie czas teraz i miejsce, by opisać, z jakimi typami miałem do czynienia. Lepiej szło mi z ich żonami, ale ile można wspinać się na nieznajome kobiety i jak to ujął pewien, zresztą jedyny, przyjaciel - prawnik, wykonywać ruchy posuwisto-zwrotne?
Wytrzymałem niespełna siedem lat, aż pewnego pięknego poranka w przypływie bezgranicznej radości podpaliłem dom z powietrza.
Zblazowana ława przysięgłych skazała mnie na trzy lata bezwzględnej odsiadki, chociaż kolega prawnik słusznie argumentował, w jaki sposób mogłem podpalić dom zbudowany z powietrza?
- Pożar to pożar - zawyrokował sędzia. - Nieważne, czy zbudowany z powietrza, czy z przeznaczenia.
I w taki oto sposób, dobiegając prawie czterdziestki, po raz pierwszy w życiu znajduję się w budynku murowanym, chociaż diabli wiedzą z czego.
Co prawda nie czuję się w nim najlepiej, ale cóż. Jest demokracja, są sądy, było przestępstwo i tylko wiatru mi żal, gdyż za złe sprawowanie i bezustanne wykłócanie się, a to ze strażnikami, a to ze współwięźniami, mam izolatkę bez okien.
Dobre i to. Mogłem na przykład skończyć w bambusowym domku w Kambodży lub w igloo w centrum Manhattanu.
Tylko pewnie babcia przewraca się w grobie, ale na szczęście to nie moje zmartwienie.
Tylko jednego jestem za to pewien: kiedy w końcu mnie wypuszczą, także zbuduję dom z powietrza.
Należy przecież podtrzymywać rodzinną tradycję.