Mateusz WernerParszywieńki Zachód, ruski mir i biedni Polacy
Wojna na Ukrainie, wywracając do góry nogami mapę pól grawitacyjnych i napięć kierunkowych w europejskiej polityce i kulturze, wymusza na nas konieczność uważnego przyjrzenia się relacjom z najbliższymi sąsiadami. Co o nich wiemy, a co jest zmyśleniem? Czym się różnią, a gdzie są podobni? W jaki sposób na nas oddziałują? Czego możemy się od nich nauczyć, a co musi pozostać w polu nieporozumienia? To wszystko są ważne pytania, bez świadomości których niepodobna sensownie działać. Literatura zaś jest najczulszym barometrem aury i jej zmiany. Z tego przekonania wywodzą się numery "Twórczości", w których próbowaliśmy, choćby fragmentarycznie, zdać sprawę z naszych obecnych relacji z Ukrainą i Niemcami. Tym razem zaś uwagę poświęcamy Rosji. I to właśnie wymaga kilku słów komentarza.
Odzywają się głosy, że powinniśmy, przynajmniej na jakiś czas, Rosję wykreślić z listy naszych zainteresowań, kultura rosyjska bowiem w całości związana jest z imperialnym, więcej: zbrodniczym charakterem państwa rosyjskiego, które w ostatnich dziesięcioleciach kieruje się czekistowską/raszystowską ideologią rekonkwisty sowieckiej strefy wpływów. Z innej strony, jak pokazuje przykład kultury niemieckiej po 1945 roku, również idee najbardziej obciążone odpowiedzialnością za zbrodnie nie znikają z pola widzenia, ale pozostają problemem do przemyślenia. I jeśli nawet mielibyśmy przyjąć radykalnie likwidatorską perspektywę, to jej konkluzje powinny zostać poprzedzone otwartą debatą, której przestrzenią może stać się "Twórczość".
Rosja od przeszło trzystu lat oddziałuje na nas swoją przemocą jako zaborca, kolonizator i okupant. Nie można jednak zapominać, że owa przemoc kierowała się również przeciwko samym Rosjanom, co w tajemniczy sposób potrafiło wytworzyć między nami pewną wspólnotę losu. Z Rosjanami łączy nas także odrębność wobec Zachodu, z którym pełnej tożsamości osiągnąć nie możemy. Obydwa podobieństwa są dla nas inspirujące, o czym wiedzieli, czytając Rosjan, Stanisław Brzozowski, Czesław Miłosz, Andrzej Walicki i tylu innych. Jeśli za jakiś czas wojna skończy się klęską putinowskiej Rosji, to sytuacja geopolityczna Polski może się cofnąć do czasów sprzed bitwy pod Połtawą, a wówczas - jak Kochanowski czy Sarbiewski - nie będziemy już m u s i e l i zajmować się Rosją, ale - będziemy m o g l i to robić. Pytanie, czy do tej wolności wyboru jesteśmy intelektualnie przygotowani?
Janusz DobieszewskiDostojewski na kwarantannę? Czy do usunięcia?
Wojenna agresja rosyjskiego imperium na Ukrainę jest wydarzeniem tak szczególnym, wyjątkowym, przejmującym, katastroficznym, że po nim właściwie wszystko, co jest związane z Rosją, nabrało innego sensu, znaczenia i treści. Zapadły się nadzieje wiązane z nią zarówno w jej wymiarze wewnętrznym, jak i w jej bardziej uniwersalnej wartości, randze, alternatywności i oryginalności historycznej. Te nadzieje nie były zresztą uznawane powszechnie, przeciwnie - dotyczyły osób z życzliwością, z fascynacją, z pozytywnym pragmatyzmem spoglądających na Rosję i przeciwstawiających się tanim, schematycznym, doraźnym i emocjonalnym (jak się wydawało) stereotypom, przesądom i uprzedzeniom. Te bywały określane jako bezrefleksyjna (choć przecież niekiedy podbudowana historycznie oraz faktograficznie) rusofobia. W moim bliskim otoczeniu ta druga postawa przeważała, i to zdecydowanie, nawet jeśli mogła się wydawać powierzchowna, bo zarazem była zobowiązująca i zawzięta.
"A nie mówiliśmy!"
Wszystkie owe stereotypy i przesądy nabrały jednak po 24 lutego 2022 roku realności, zasadności, trafności, dostarczając ogromnej satysfakcji nieprzejednanym krytykom i przeciwnikom Rosji. Mogli oni odtąd z trumfem powiedzieć "a nie mówiliśmy" i z pogardliwością oraz z zarzutami naiwności, ślepoty czy wręcz zdrady spoglądać na najdrobniejsze rusofilskie skłonności i przekonania części badaczy naukowych i obserwatorów politycznych tudzież ich czytelników. Wieloletnia praca i działalność Andrzeja Walickiego, a i osiągnięcia inspirowanego przez niego szerokiego, twórczego, mającego osiągnięcia międzynarodowe polskiego środowiska badaczy rosyjskiej myśli filozoficznej stanęły w ten sposób pod poważnym, jeśli nie likwidującym znakiem zapytania, przyprawiając jego reprezentantów o poczucie głębokiego najpierw oburzenia, szoku i rozpaczy z powodu fatalnego kroku Rosji, a następnie zawodu i depresyjnego poczucia błędnego ulokowania oraz błędnego prowadzenia i rozwijania swych zainteresowań i pasji badawczych, związanych z Rosją. Może to lepiej, że Walicki nie doczekał całej tej sytuacji (zmarł w sierpniu 2020 roku).
Militarny krok Rosji wobec Ukrainy był ze strony Rosji i dla Rosji szalony, katastroficzny, samobójczy w wymiarze politycznym, ale także w szerszym wymiarze historycznym i kulturowym, i to co najmniej - jak się wydaje - na długie dziesięciolecia.
Potępienie Rosji jest powszechne, zupełne i dotyczy również szczególnie nas tu interesującej sfery kultury. I także wobec niej jest radykalne, bezwarunkowe i nierzadko wręcz dyskredytujące. Wypowiedzi całkowicie odrzucające kulturę rosyjską, a przynajmniej domagające się swego rodzaju poddania jej kwarantannie, spotykamy w prasie zagranicznej i polskiej bardzo często, w kluczowych miejscach opinii publicznej. Są one wygłaszane z moralnym zapałem oraz poczuciem słusznego obowiązku. Teraz - przekonuje się nas - nie czas na czytanie Tołstoja, Dostojewskiego i Czechowa, na słuchanie Czajkowskiego, i to tylko pierwsze z brzegu, choć też najbardziej spektakularne przykłady tego rodzaju wezwań. A Ukraina - zgodnie z tym podejściem - ma pełne prawo, by likwidować pomniki Puszkina czy rozliczać wielkoruskość Michaiła Bułhakowa lub Aleksandra Sołżenicyna oraz zasadniczo i negatywnie zrewidować obecność kultury rosyjskiej w przestrzeni ukraińskiej.
Aleksander TemkinO związku Oświecenia i Objawienia
Opowiedziano mi kiedyś historię o Michaile Wasiljewiczu Łomonosowie. Ojciec rosyjskiej nauki poproszony przez Imperatorową Elżbietę o jedno życzenie, które spełniłaby cesarskim ukazem, odpowiedział: "Matuszka, pasuj mnie, awansuj mnie na Niemca". Spełniłem marzenie Łomonosowa. Awansowałem, pasowałem Dostojewskiego na Niemca. Ktoś wreszcie musiał dla niego to zrobić.
Oświecenie Dostojewskiego
Epoką historyczną, do której należał Dostojewski, a zarazem tą, do której należało go awansować, było Oświecenie. Okres ten rozpoczął się w Rosji wraz z rządami Piotra I Wielkiego i rozkwitł pod dominacją ośrodka petersburskiego. Za datę graniczną, wydarzenie zamykające rosyjskie Oświecenie, uznajmy przemianowanie miasta Petersburga na Piotrogród w sierpniu 1914 roku. Rosyjskie Oświecenie cechowały bardzo silne wpływy żywiołu niemieckiego na społeczeństwo i politykę Cesarstwa Rosyjskiego, szczególnie wyraźne w administracji państwowej. W Zbrodni i karze, Braciach Karamazow Niemcy są postaciami charakterystycznymi. Typizacja dotyka, rzecz jasna, wszystkich obcokrajowców. Pisarz wyposaża ich w znamienne wady: prostactwo, wyniosłość, kłamliwość, głupotę. Defekty obyczajowo-moralne mają oczywiście odzwierciedlenie w ich wyglądzie fizycznym. Podobnie jak w bajkach, również w powieściach rosyjskiego mistrza nie brak dużych nosów, stóp wyrastających z podbródka lub brzucha, na którym toczą się przez świat. Amalia Iwanowna, najważniejsza postać pochodzenia germańskiego w Zbrodni i karze, śmiesznie wpada w sepleniącą furię, zabawnie dopytuje się, gdy nie trzeba pytać, robi miny i burleskowym przypadkiem obrywa w oko zrykoszetowaną szklanką. Kombinacja cech: głupoty, seplenienia, pecha, samochwalstwa etc., odpowiada kombinacji cech tworzącej Kaczora Donalda. Stypizowani Niemcy, Żydzi i Polacy sprowadzeni są do pozycji ludostworów przemieszkujących w dziwnych zakątkach rosyjskich miast i wsi. Miasto Petersburg, Oświecenie, które przyszło od Niemców, upodabnia się do prezentu dla cara i ludu rosyjskiego od najpotężniejszego króla krasnoludków.
W takim Oświeceniu zamieszkiwał Dostojewski. Miasto-pałac króla krasnoludków jest pałacem wymyślonym, jednak na pewno nie kryształowym. Jako wymyślony, postawiony na głowie, na pewno jest dziełem Oświecenia, które stawia jednostkę i społeczeństwo wobec zadania znalezienia się w stanie bycia wymyślonym. I egzystencja, i esencja rosyjskiego Oświecenia odpowiadała wezwaniu do znalezienia się w stanie bycia wymyślonym. Z efektywnością myślenia i istnienia miało to często mało wspólnego; z jego rozumnością, bądźmy uczciwi, często jeszcze mniej ("dobrze jest wymyślać, jeszcze lepiej wymyślać, nie będąc wymyślonym", "dobrze jest żyć w doskonale racjonalnej budowli wzniesionej z żółtego, niejadalnego piernika, lepiej w racjonalnej budowli wzniesionej z kapitału"). Od czasu Dostojewskiego jednak sam podmiot, wezwanie (sapere aude, etc.), czyli Oświecenie, okazał się, okazało się, według wszelkich rzetelnych kryteriów, w tym własnych, niepotrzebnym zaułkiem ideału efektywności. Po trosze poddanym wielokrotnej typizacji ("biały, nieżywy, męski, totalizujący") ludostworem, wymyśloną postacią/figurą z obszaru parahistorii, zamieszkującą, zaludniającą opowieści minionego czasu. Wyjściowy pożytek "dla historii, którą chcemy opowiedzieć", z tego płynie taki, że kondycja wszystkich Oświeceń w ogóle się wyrównuje, jest, by tak rzec, rosyjska, jest kondycją Rosjanina, który nie został pasowany na Niemca; Oświecenie staje się darem, którego nie wręczył nigdy król krasnoludków. I od tego momentu można zaczynać.
Tomasz KaźmierowskiDwie Rusie
Skąd dzisiejsze problemy z opisem punktu wyjścia Rusi? Czy stąd, że w IX wieku istniały najprawdopodobniej dwa państwa "Rusów": jedno z centrum w Kijowie, a drugie w kolebce cywilizacji nowogrodzkiej, czyli nad położonym o ponad tysiąc kilometrów na północ od Kijowa jeziorem Ilmeń? A może źródłem nieporozumień jest ich wieloetniczny charakter? Wszak na północy i wschodzie Rusini sąsiadowali z obcymi im etnicznie plemionami ugrofińskimi i Bałtami (a dalej na północy z germańskimi Waregami), na zachodzie ze słowiańskimi plemionami lechickimi i znów Bałtami; co więcej: najdłuższą i najmniej chronioną przez naturalne przeszkody granicę Rusowie posiadali na południu i południowym wschodzie z państwami i ludami turkickimi, spośród których największy wpływ na wczesną Ruś mieli na wpół koczowniczy Chazarowie. Ich potężne państwo dominowało przecież nad obszarami od dolnego Dniepru po Wołgę i Kaukaz od połowy VII do połowy IX wieku, a zatem w okresie kształtowania się Rusi: tworzenia państwa, politycznego obyczaju, podejścia do panującego, do własności, do wiary i do obcych. Ruś (wbrew temu, co twierdzą niektórzy historycy rosyjscy) dojrzewała zatem w wielokulturowym tyglu, pod wpływem germańskich Waregów z północnego zachodu, Ugrofinów żyjących przed nadejściem Słowian na północy i północnym wschodzie, Bałtów rozsianych od Niemna po międzyrzecze Wołgi i Oki oraz pod przemożnym oddziaływaniem wspomnianych turkickich sąsiadów z południa i wschodu. Można powiedzieć, że o ile jeziorami Ilmen i Pskowskim płynęła kultura skandynawska, a nad Ładogą i górną Wołgą wciąż dominował etnos ugrofiński, o tyle między dolną Wołgą, Donem i dolnym Dnieprem oddziaływała kultura turkicka. Nie zmienia to faktu, że zarówno na południu, jak i na północy rosła w siłę legenda Bizancjum.
Jak można się domyślić, imponowało ono ruskiej elicie dziedzictwem cywilizacyjnym, despotycznym charakterem władzy cesarskiej i jego centralną rolą w patriarchacie konstantynopolitańskim, a także poziomem gospodarki i wreszcie - przepychem dworu. Przyciągając, stale groziło zdolnością do tworzenia sojuszy, które dla ruskich kniaziów mogły okazać się śmiertelne. Podziw i strach zadecydowały więc być może o tym że, Rurykowicze i ich otoczenie postanowili przyjąć chrześcijaństwo od Konstantynopola. Uczynili tak, mimo że kultury Skandynawów i Chazarów były im nieporównanie lepiej znane. Wzmocnili w ten sposób rolę Kijowa jako "macierzy miast ruskich", najbogatszego i najlepiej ufortyfikowanego miasta Rusi, a od XI wieku - metropolii prawosławia.
Złote lata Złotej Ordy
Wielu Rosjan lubi do dziś wiązać koniec świetności Kijowa z najazdem mongolskim. To bardzo wygodne i oportunistyczne postawy. Nie mają one jednak najmniejszego pokrycia w faktach. Po panowaniu Włodzimierza Monomacha, zmarłego w 1125 roku, postępowało osłabienie władzy centralnej na Rusi, a książęta toczyli regularne walki między sobą. Już wówczas zarysowywał się podział na bogatszy, lecz mniej stabilny Południowy Zachód z Kijowem, Haliczem, Perejasławiem oraz biedniejszy Północny Wschód, chroniony naturalnymi barierami lasów i rzek, z Rostowem i Suzdalem (zwany Rusią Zaleską). Podczas walk między kniaziami owego Północnego Wschodu jeden z nich, Andrzej Bogolubski (książę na Rostowie, Suzdalu i Włodzimierzu), zadał niszczący cios Kijowowi w 1169 roku, zatem na całe siedemdziesiąt lat przed jarzmem mongolskim. Jak się zdaje, jego intencją było odebranie Kijowowi statusu stolicy i przeniesienie jej na północ. W tym celu nakazał kradzież najważniejszych obiektów sztuki sakralnej, w tym słynnej, pochodzącej z Bizancjum, ikony Bogurodzicy. Potem przez specjalne poselstwo w Konstantynopolu domagał się zgody na powołanie we Włodzimierzu niezależnej metropolii prawosławnej.
Nie trzeba dodawać, że rosyjska polityka historyczna nadaje temu wydarzeniu szczególną rangę. Jeszcze bardziej zaś gloryfikuje dokonania papy Bogolubskiego, czyli Jerzego Dołgorukiego, nadając mu nie tylko miano legendarnego założyciela Moskwy i twórcy fundamentów przyszłej potęgi księstwa moskiewskiego, lecz także protoplasty samodzierżawia. Już wówczas można odnaleźć widoczny i dziś moskiewski dysonans: ruski Kijów to wspaniały, użyteczny symbol "świętej Rusi", aczkolwiek nie z tą ludnością!
Wróćmy jednak do upadku Rusi w połowie XIII wieku, bo należy podkreślić, że pod mongolskie jarzmo dostała się jedynie jej część. Fakt ten bardzo słabo funkcjonuje w rosyjskiej pamięci zbiorowej, bo pozostaje w sprzeczności ze zmanipulowaną narracją sowieckiej i rosyjskiej historiografii. No cóż, czy się to komu podoba, czy nie, wojska Batu-chana nie dotarły do Nowogrodu Wielkiego. Rozległe księstwa połockie i pińskie także doświadczyły innych kolei losu, gdyż władzę w drugiej połowie XIII wieku przejęli tam Litwini. Terytorialnie rzecz ujmując, nie licząc nawet księstw kijowskiego i czernihowskiego, poza jarzmem mongolskim znalazła się połowa państwa. Od tej pory obie części dawnej Rusi rozwijają się jednak w drastycznie odmiennych kierunkach. Tereny na długo podporządkowane Mongołom i Złotej Ordzie przeżywają liczne, niejednokrotnie wyjątkowo krwawe i niszczące najazdy tatarskie, a jednocześnie ich książęta, wasale chanów, doświadczają despotycznego, nie przebierającego w środkach jedynowładztwa, przy jednoczesnym braku choćby najskromniejszego zakresu praw, które obowiązywałyby chana. Elita ruska, poddana Ordzie, właśnie od niej uczy się wówczas sposobu rozwiązywania konfliktów i prowadzenia wojny. Tatarskie kontyngenty regularnie wspierają uległych chanom kniaziów w ich walce z konkurentami. Oddziały ruskie, początkowo z przymusu, a później realizując własny interes, biorą z kolei regularnie udział w wojnach prowadzonych przez chanów z ich wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Wojskowa elita wschodniej i północnej Rusi uczy się w ten sposób nie tylko odmiennej od europejskiej taktyki, lecz także bezkompromisowości i brutalności w pozyskiwaniu rekruta oraz bezlitosnego obchodzenia się z ludnością cywilną. Orda przekazuje moskiewskim kniaziom pełny kod genetyczny własnego państwa: zasady sprawowania władzy, organizację państwa podporządkowanego idei podboju, podejrzliwość wobec idei płynących z Europy oraz przekonanie o tym, że wszelkie dobra materialne w państwie stanowią ostatecznie własność panującego.
Nie tylko jednak potęga, groza, przemoc i monizm prawa, otrzymane od Tatarów, imponowały poszczególnym kniaziom i ich otoczeniu. Stolica Złotej Ordy, Saraj (ulokowany nad dolną Wołgą niedaleko dzisiejszego Wołgogradu), a także położone od niej daleko na południe promieniujące na terytoria islamskie, hinduskie, tybetańskie, tatarskie i wschodnio-ruskie metropolie, jak Samarkanda, Buchara czy Chiwa, porażały ruskich przybyszy. Docierający tam z ciemnych, małych, drewnianych grodów Rusi Zaleskiej kniaziowie i bojarzy stykali się niebywałym ogromem, przepychem i bogactwem. Nie wspominając już Samarkandy, sam Nowy Saraj (Saraj Berke) był nie tylko budzącym grozę centrum imperium, ale i wielkim ośrodkiem handlowym, w szczytowym okresie ludniejszym niż ówczesna Florencja, Paryż czy Neapol. Książęta ruscy, szczególnie zaś włodzimiersko-suzdalscy, a następnie moskiewscy, szybko zdali sobie sprawę, że uzyskają więcej władzy i przewagę nad konkurentami dzięki pełnemu podporządkowaniu odległemu centrum w Karakorum, a potem w Saraju. Będzie to oczywiście władza despotyczna, która na zawsze odmieni cały system wartości wielkoruskiej elity...
Samodzierżawie i ekspansja
W ten sposób odchodzi w przeszłość system starodawnej Rusi (Rosjanom zawdzięczamy jej częściej stosowaną nazwę Rusi Kijowskiej), a rodzi się już wielkoruska, moskiewska, a wreszcie i rosyjska myśl polityczna. Władza absolutna, wymagająca całkowitego podporządkowania poddanych, staje się szkołą przyszłego imperium. Istnienie państwa moskiewskiego od końca XIV wieku nie było już bowiem przez nikogo zagrożone, jednak każda zdobyta kraina miała jakichś sąsiadów, którzy prędzej czy później mogli stać się niebezpieczni, więc należało ich zawczasu podbić. Od Wasyla I po Iwana III, przez cały XV wiek Moskwa wszelkimi dostępnymi sposobami rozszerzała swoje terytorium, a jej władcy umacniali swoje niepełne jeszcze jedynowładztwo. Szczególnie imponująca seria wielkich kroków, prowadzących państwo moskiewskie do statusu regionalnego imperium, nastąpiła za panowania Iwana III Srogiego. Władca ten zaatakował i zniszczył skłaniający się ku Litwie Nowogród Wielki, a pod koniec panowania także podobnie usposobioną Rzeczpospolitą Pskowską. Rozciągnięcie zwierzchnictwa na te dwa bogate i rozległe państwa kupieckie nie tylko potężnie wzmocniło jego finanse, lecz także położyło kres trzeciej drodze ruskich księstw. Władca moskiewski zamykał możliwość rozwoju w oparciu o ugruntowany w Nowogrodzie i Pskowie system, w którym władzą dzieliły się między sobą zgromadzenie ludowe, wiece i rada kupiecko-bojarskiej oligarchii. Innym ruskim księstwom pozostawało tylko podporządkowanie się samodzierżawnej Moskwie lub... straszna kara za zdradę, czyli przynależność do "partii litewskiej" oraz - jak narzucała to narracja Moskwy - za apostazję, czyli wystąpienie z Cerkwi. Tak więc już w początkach XVI wieku nie było - poza ruskimi województwami Rzeczypospolitej i, w pewnym sensie, poza Kozaczyzną - miejsca na Rusi, gdzie istniałyby instytucje pozwalające ludziom wyrażać swobodnie swoją wolę. Nowogród przeszkadzał Moskwie najbardziej z powodu nieakceptowania koncepcji samodzierżawnej władzy. Irytowała też jego otwartość na Zachód (miasta hanzeatyckie, Inflanty, Litwę), a także trudna do pojęcia w Moskwie przedsiębiorczość i samodzielność jego kupców. Cywilizacja stworzona przez garstkę Waregów Ruryka padała pod ciosami jego potomka, władcy uformowanego według zgoła odmiennych wzorców i wspieranego przez kontyngent tatarski.
Bo też podwładni Iwana IV zasłynęli z wyjątkowego okrucieństwa i masowych zbrodni zarówno wobec Rusinów, jak i wobec cudzoziemców. Po okrutnym i krwawym pogromie Nowogrodu przyszedł czas na Połock, w którym zamordowano wszystkich, którzy odmówili przejścia na prawosławie (w większości Żydów). Podobnie było w inflanckim Schwanenburgu (Gulbene) i wielu innych miastach. Nic tedy dziwnego, że mieszkańcy państwa moskiewskiego, za wyjątkiem bardzo wąskiej (kilkadziesiąt rodzin) i konsekwentnie pozbawianej wpływu na władzę elity bojarskiej, nigdy nie próbowali zbuntować się przeciwko władzy cara. To będzie jednoznacznie różnić Wielkorusów od tworzących się na terenach Rzeczypospolitej narodów Ukraińców i Białorusinów. Aleksy Tołstoj (swoją drogą apologeta Stalina), kończąc powieść o przedostatnim z Rurykowiczów, był wstrząśnięty "nie tym faktem, że mógł istnieć Iwan IV, lecz że mogło istnieć społeczeństwo, które go akceptowało"...
Nowy etnos
Oparta niewątpliwie na prawosławiu i kulturze staroruskiej tożsamość ludności wielkoruskiej również w sensie etnicznym okazuje się bardzo interesująca. Podczas gdy arcyruscy w tym aspekcie Ukraińcy i Białorusini asymilować będą stosunkowo nieznacznie grupy koczowników (m.in. Bałtów, Mołdawian i Tatarów), to w skład wielkoruskiego etnosu - według wielu rosyjskich badaczy - wejdą przeważające masy plemion niesłowiańskich. Potężnym zastrzykiem dla wielkoruskiej kompozycji okażą się przede wszystkim Tatarzy (i inne plemiona turkickie, jak Baszkirzy, Czuwasze, Karaczajowie, Kumycy) zasilający przez parę stuleci nie tylko sfery wojskowe, lecz także chłopstwo i mieszczaństwo, a nawet arystokrację. Kiedyś, pijąc z pewnym moskiewskim historykiem czaj na Zamoskworieczu, niemal vis a vis Starego Meczetu, usłyszałem - po raz pierwszy, lecz nie ostatni - powiedzonko o carach: "Rosją rządzili Tatarzy, których zmienili Niemcy". Rzeczywiście, we krwi ostatniego z Romanowów niełatwo doszukać się ruskich korzeni, podczas gdy spod niemieckich wyłaniają się tatarskie. Francuskie powiedzonko "poskrob Rosjanina, ujrzysz Tatarzyna" miało pierwotnie świadczyć o "azjatyckiej dzikości" Rosjan, którzy pod pozorem europejskiej powierzchowności kryją w sobie azjatycką naturę. Rosjanie, szczególnie zaś mieszkańcy wschodniej Rosji i Uralu, ochoczo je przejęli, zmieniając jednak jego znaczenie. Do dziś w rozmowach z cudzoziemcami w nie tak odległych od Moskwy miastach jak Kazań, Niżnyj Nowogród, Penza, Ufa, Niżniekamsk, Czelabińsk czy Perm słyszy się je często, zazwyczaj wypowiadane z dumą. I to dumą nie tyle związaną z oddzielną historią Tatarów, ile wynikającą z przekonania o głębokiej integracji obydwu ludów, która doprowadziła państwo do takiej potęgi. Wspomniany historyk-euroazjata i filozof Lew Gumilow, syn Anny Achmatowej, dowodził, że wielkoruski etnos (dla niego tożsamy z rosyjskim) stanowi połączenie etnosu "słowiańskiego, turańskiego i ugrofińskiego", a próba walki z tym stanem rzeczy może doprowadzić tylko do tragedii. Niemożliwe jest - dowodził Gumilow - istnienie Rosji bez pierwiastka turańskiego.
Elżbieta Mikiciuk OPsWschodnie i zachodnie "patrzenie obrazem".Ikona jako klucz do prawosławia
Ikona może być z pewnością "przewodniczką" po duchowości Kościoła prawosławnego. Pozwala zrozumieć teologię obrazu, ale także teologię zawartą w obrazie, wyrażoną w języku symbolicznym ikony. Z ikoną i poprzez ikonę możemy poznawać prawosławną świątynię i odkrywać bogactwo i piękno liturgii Kościoła wschodniego. Jednocześnie ikona jest swoistym kluczem do zrozumienia rosyjskiego prawosławia. Daje chociażby wgląd w ruską religijność czy też w (staroruskie) prawosławie ludowe, które przez badaczy określane jest jako "dwuwiara": jednoczesne przywiązanie do wiary prawosławnej i pogańskiej. Ten właśnie rys pogański uwidaczniał się w dawnym zwyczaju nazywania ikon "bogami" i w traktowaniu ich tak, jak pogańskich bożków. Czy jednak to już przeszłość? Historia Rosji, oglądana przez pryzmat ikony, to nie tylko opowieść o Świetle Taboru, które objawia się w ikonie, i o umiłowaniu piękna Paschy, które ikona wyraża i sławi. To także opowieść o instrumentalizacji ikony, o wykorzystaniu obrazu sakralnego przez władzę do celów propagandowych, politycznych. To opowieść o wynaturzonym kulcie nie-świętych władców, który prowadził do przekształcenia rosyjskiego prawosławia w carosławie i nadal grozi wypaczeniem istoty chrześcijaństwa wschodniego, zamienieniem kultu oddawanego Bogu za pośrednictwem ikony, w kult ziemskiego idola - "rosyjskiego boga", w kult "człowieka radzieckiego" - nowego "boga komunizmu", a współcześnie - w kult budowniczego "ruskiego miru". To zatem opowieść o tym, jak prawosławie, prawdziwa chwała (doxa), prawidłowy kult, mogą przeobrazić się w fałszywy kult i pozorny blask, uwodzący imitacją świętości. Zawsze bowiem istnieje niebezpieczeństwo, że ikona, która ukazuje Jezusa Chrystusa, Matkę Bożą i świętych, zastąpiona zostanie przez "łże-ikonę", głoszącą nie człowieka przebóstwionego, ale propagującą ubóstwienie człowieka, negującego Boga, które - jak pokazuje historia Rosji - kończy się jego "przebestwieniem".
Jacek GłażewskiWędrowiec i jego cień
Andrzej Kramarz, Jacek Podsiadło: Człowiek, który odjechał. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022, s. 72.
Tom Człowiek, który odjechał wywołuje pewne skojarzenia z dawną poetyką, a dokładniej ze specyficznym gatunkiem literackim, ukształtowanym w kulturze europejskiej nieomal na progu wczesnej nowożytności. Mam tu na myśli emblematykę z jej charakterystycznym połączeniem słowa i obrazu. Za twórcę owej bardzo popularnej i atrakcyjnej wydawniczo gałęzi literatury pięknej uznaje się włoskiego prawnika oraz miłośnika starożytności Andreasa Alciatusa, który w 1531 roku opublikował w Augsburgu wolumin Emblematum liber - książka bardzo szybko zdobyła popularność, stając się niemal wzornikiem dzieł emblematycznych w językach narodowych. Trójczłonowa struktura pojedynczego emblematu, złożona z dwóch sekwencji słownych (inskrypcja, subskrypcja) i ryciny zmuszała odbiorców do "lektury równoległej". Teoria gatunku zakładała bowiem, że żaden z elementów kompozycji nie dominuje nad pozostałymi: sens utworu miał się ujawnić w strefie granicznej, pomiędzy subskrypcją a ryciną, inskrypcja zaś sens ów pochwytywała skrótowo. Emblematyczne obrazy nie tyle ilustrowały wywód poetycki, ile współtworzyły jego przesłanie. Lapidarne inskrypcje - jakby rodem z antologii starożytnych sentencji - nie zastępowały tytułu, lecz pospołu destylowały słowo i obraz. Taka współrzędna, paralelna lektura to w praktyce ciągła, zwielokrotniona praca spojrzenia, które krąży pomiędzy literą a ikonograficzną reprezentacją przedmiotów i postaci - wszak "rzecz" to w dawnej polszczyźnie "mowa" (stąd "rzecznik" to ktoś, kto przede wszystkim mówi, objaśnia, tłumaczy). Współczesne znaczenie "rzeczy" skrywa więc narracyjny potencjał obiektu: każdy przedmiot w jakimś sensie domaga się dopowiedzenia, opowieści, wyjaśnienia. Każda postać z kolei żąda zrozumienia, porozumienia, a może nawet wyrozumiałości dla siebie i świata, który może się dziś wydawać dziwny, niepojęty, ostatecznie zamknięty.
Tandem Kramarz/Podsiadło ukazuje podobną perspektywę. Książkę Człowiek, który odjechał można oczywiście potraktować jako ilustrowany zbiór poetycki, złożony z dwudziestu sześciu wierszy autorstwa Jacka Podsiadły lub jako komentowany album fotograficzny, złożony z trzydziestu zdjęć autorstwa Andrzeja Kramarza. Jednak sens owego artystycznego projektu najpełniej odzwierciedla właśnie emblematyczna zbieżność. Dwie, odrębne i odmienne, opowieści splatają się w trzecią. Ścieg bywa tu mocny, zwłaszcza w chwilach, gdy wiersze i fotografie sąsiadują ze sobą bezpośrednio na kolejnych stronach. Czasami jednak nici gubią się, wspólny splot na moment niknie, jakby jego składowe części potrzebowały odrobiny samodzielności, własnej przestrzeni, swoistej autonomii. Podówczas porzuconym przez obiektyw aparatu miejscem niepodzielnie włada wiersz lub wręcz odwrotnie - milczący obszar książki anektuje fotografia. Nie ma tu zatem prostej współzależności i "sprawiedliwej" proporcji. Gdyby każdemu utworowi poetyckiemu towarzyszyło zdjęcie, pokusa ilustracyjnej funkcji obrazu byłaby nieusuwalna. Dzięki zakwestionowaniu takiej korelacji, zarówno poszczególne wiersze, jak i fotografie oddziałują na siebie w ramach większej autonomii.
Książkę otwiera wiersz Nad fotografiami z książki "Canadians", który można uznać za poetycki przypis, ślad fascynacji zatrzymanym w kadrze światem sprzed ponad stulecia. Poeta jest tutaj "czułym obserwatorem", wrażliwym sprawozdawcą, który postanawia unieważnić siłę czasu przeszłego dokonanego. Twarzy mieszkańców Kolumbii Brytyjskiej, utrwalonych przez Williama Notmana (1826-1891) oraz jego synów, Williama McFarlane'a (1857-1913) i Charlesa (1870-1955), nie ożywia jednak głos - w jakimś sensie są oni obecni, ale milczą, nie potrafią o sobie opowiedzieć, nie mogą zdać nam sprawy z własnych bolączek, tęsknot, nadziei, rozczarowań, pragnień. W ciszę, która przesłania ich istnienie wkracza literatura: poezja jest szeptem umarłych. Pismo, choć zapewne niedoskonałe, żywiąc się wyobraźnią twórcy, potrafi naprawić błąd fotografii. Tekst jest prawdziwym urzeczywistnieniem, pogłosem siły, która ożywia ciało i czyni człowieka istotą niepowtarzalną.
Dociekliwości poety towarzyszy rodzaj uważności, czyli wychylenia ku wadze każdego istnienia. Twórcę napędza autentyczna ciekawość Innego, jego spojrzenia, uśmiechu, dotyku, ale głównie spraw ducha, które są źródłem zewnętrznych symptomów życia. To już raczej domena intuicji a nie wiedzy. Fundamentem dla tak ujętej świadomości byłoby doświadczenie, które kształtuje się w drodze, trudzie żmudnej wędrówki. Jego przeciwieństwem jest szeleszcząca papierem encyklopedyczna erudycja. Dlatego też poeta, czeka "na swój własny wiatr" - włóczęga to w tym przypadku miara odpowiedzialności za bliźniego oraz rewers poznawczej wiarygodności...
Pierwsza fotografia w tomie, reprodukowana bezpośrednio po utworze Nad fotografiami z książki "Canadians", przedstawia szczupłą kobietę, która - ubrana w odświętny strój - pochyla się nad wodą i usiłuje (jak można się domyślić) wyczyścić buty na niewielkim obcasie. Lewą stronę kompozycji zajmuje masywna bryła starego autobusu. To kapitalny sprawdzian dla czytelnika, który po lekcji wrażliwości ukazanej w tekście poprzedzającym, winien udzielić kobiecie głosu, zadać pytanie o jej los, uchwycić stan wewnętrzny, rozpoznać nastrój, poczuć powiew wiatru znad rozlewiska, dopełnić historię zarysowaną na zdjęciu.
Kolekcja czarno-białych fotografii opublikowanych w książce dokumentuje rzeczywistą wyprawę szlakami i bezdrożami Europy Środkowo-Wschodniej. Na niektórych zdjęciach dostrzec można ascetyczną sylwetkę Jacka Podsiadły, wieczorny biwak, namiot rozbity na szerokiej polanie. Większość fotografii przedstawia jednak miejsca, przez które wiodła marszruta, oraz napotkane w drodze osoby. Charakterystyczne ujęcia przekonują o fundamentalnej różnicy, jaka dzieli wędrowca i współczesnego, globalnego turystę, którego największym pragnieniem byłaby kolejna flaga naniesiona na prywatną mapę podróży. Komfort wędrowca polega na błądzeniu, odcięciu się od dotychczasowego sposobu życia, odrzuceniu wszystkiego, co stanowi zbędny balast, na ufnym ruszeniu "w świat, który się kołysze" (Bo to się zwykle tak zaczyna). Turysta chciałby zwiedzać, a więc zobaczyć to, co zostało już uporządkowane, nazwane, sklasyfikowane jako atrakcja. Wędrowiec zaś to duch anarchii i przeciwnik wszelkiego ładu, miłośnik chaotycznej urody świata, który bezpowrotnie minął, przepadł w żelaznym uścisku czasu:
Nad rzekami Słowacji, Ukrainy i Węgier,
w obcych krainach, tak jak mi wypadło, chwalę
upływ wszystkiego i prawo silniejszego.
Patrzę, jak cień śmierci mierzy moje zbroje.
Śpiewam czasowi o sobie. Że tamto i minęło,
i przedłuża się jak tortura lub rozkosz.
(Rzeki Babilonu)
Oko wędrowca potrafi dostrzec oraz docenić to, co budzi u turysty wzgardę lub co najwyżej nieskrywaną obojętność. Więcej, owo spojrzenie mądrego włóczęgi, który wie jak i dokąd iść (Zbliżając się do Trumiej), bliższe jest nadziei ocalenia niż erudycyjne popisy uczonego flâneura. Prawdziwie piękna jest bowiem groza zbliżającej się śmierci, której forpocztę stanowi stopniowy, bezlitosny rozpad materii. Tu chyba tkwi źródło pociągu Andrzeja Kramarza do ukazywania rzeczy w stanie rozkładu - popękanych ścian, na których odkruszony tynk tworzy zarysy nieistniejących kontynentów, obłupanych emaliowanych garnków, w których nikt już nie przygotuje strawy, stłoczonych przy zapylonej drodze wraków aut, które wyglądają jak upiorna kawalkada, wbitych w lustro rzeki samotnych żerdzi, ostatnich świadków miłosnych westchnień dawno zmarłych kochanków. Ta melancholijna skłonność do zapatrzenia się w pustkę charakteryzuje także wiersze Jacka Podsiadły:
Przez otwory, które kiedyś były
oknami oraz drzwiami, zaglądaliśmy
w spustoszone jamy. Gdyby mieszkańcy wrócili,
nie znaleźliby nic.
Ni śladu po podłogach,
żadnego strzępu papieru, z murów sterczą spalone
kikuty dźwigarów stropu.
Butelki. Chwilowi zwycięzcy
musieli tu świętować swój beznadziejny triumf.
(?[Po przekroczeniu granicy...])
Mieszkańcy nie powrócą. Po "międzyludzkim kościele" nie pozostały nawet ruiny. Obejścia domostw porastają chwasty, sczezło, co wyszło spod ręki człowieka, plac przejęła natura - żywioł najpotężniejszy, konsekwentny, zarazem świetlisty i mroczny, w pełni kontemplatywny, zachwycający:
ten krzyk żurawia przed świtem, gdy dopiero szarzało,
przebił wszystko. Ptak był jak organista, który się zasiedział
do rana przy miechach i nagle postanowił
wykrzyczeć coś na całą świątynię jeziora.
I wrzask jego spodobał się nie tylko mnie,
choć pierwszych rybołapów nie było jeszcze przy czółnach
poukrywanych w trzcinach jak otwarte trumny;
nie brzmiała w tym okrzyku tęsknota ni nuta triumfu,
był to krzyk bez dodatków [...].
(?[Lubię, kiedy mnie budzi nie to i nie tamto...])
Co jednak ciekawe, zmysłowe bogactwo świata opiewać może tylko człowiek, istota, wobec której natura zdaje się całkowicie obojętna. To jedyna okoliczność łagodząca, dzięki której "przeraźliwe echo trąby ostatecznej" staje się wezwaniem do współczucia i współodczuwania.
Przecież książka Andrzeja Kramarza i Jacka Podsiadły to także pochwała świadectwa wędrówki. Owszem, błądzenie to proceder samotniczy (Ogorzałe twarze), ale nie może się obejść bez idei spotkania. Każdy Inny napotkany w drodze przez kilka chwil jest właśnie Najbliższym, udziela świadectwa naszemu istnieniu:
Jak długo dzwonią w uszach
słowa ostatniego napotkanego człowieka,
kiedy wędrujesz samotnie!
Jakie wydają się mądre,
z każdym krokiem mądrzejsze!
(Zbliżając się do Trumiej)
Być może pamięć spotkania jest najgłębszą formą doświadczania włóczęgi. To jednocześnie rodzaj łaski i wyzwania - kamień probierczy zgody na własny los (Południe Europy). Droga jest ćwiczeniem uważnego spojrzenia, rozpoznania stanu niższej konieczności. Skoro to, co istotne, niesiemy w sobie, skoro onieśmielające piękno opiera się ponurej czerni pochmurnego nieba (Konin), to przygodność spotkania i samotność włóczęgi zdają się złudzeniem:
że wszyscy oni zamkną oczy zmiękczone światłem,
że wiatr zdmuchnie ich domy, tarnina zarośnie ogrody,
a ich ciała odejdą pomiędzy kwiaty i koty.
(Z językami na brodach)
Kresem drogi jest cień. W nim wędrowiec odnajdzie ukojenie i sen wieczny. Innego końca świata nie będzie.
Niedyskrecje pocztowe. Pożegnanie TołstojaRadosław Romaniuk
Lew Tołstoj do Zofii Tołstojowej:
[Jasna Polana, 28 X 1910]
Mój odjazd zmartwi Cię. Boleję nad tym, ale zrozum i wierz, że nie mogłem inaczej postąpić. Moja sytuacja w domu staje się i stała się nie do zniesienia. Pomijając wszystko inne, nie mogę dalej żyć w warunkach zbytku, w których żyłem, i czynię to, co zwykle czynią starcy w moim wieku: odchodzą z życia światowego, by przeżyć w samotności i ciszy ostatnie dni swego życia.
Proszę Cię, zrozum to i nie jedź za mną, jeżeli się dowiesz, gdzie jestem. Taki Twój przyjazd tylko pogorszy moje i Twoje położenie, lecz nie zmieni mego postanowienia. Dziękuję Ci za Twoje 48-letnie uczciwe życie ze mną i proszę, byś mi przebaczyła wszystko, czym zawiniłem przed Tobą, tak jak ja z całego serca przebaczam Ci wszystko, w czym mogłaś zawinić wobec mnie. Radzę Ci pogodzić się z tą nową sytuacją, w której Cię stawia mój odjazd, i nie mieć do mnie urazy. Jeśli zechcesz mi coś zakomunikować, przekaż Saszy, ona będzie wiedziała, gdzie jestem, i prześle mi, co trzeba; ale powiedzieć, gdzie jestem, ona nie może, bo wziąłem od niej słowo, że nie powie o tym nikomu.
Lew Tołstoj
28 października
Zebranie moich rzeczy i rękopisów i posłanie mi zleciłem Saszy.
L.T.
(Lew Tołstoj, Listy, tom 2, przeł. Maria Leśniewska, przedm. Ryszard Łużny, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, s. 334).
Gdy powstawał ten list, nocą z 27 na 28 października 1910 roku, mieszkańcy jasnopolańskiego dworu spali. Domowemu lekarzowi Duszanowi Makowickiemu nawet nie śniło się, że za kilka godzin będzie siedział w pociągu, dla zmylenia pogoni kupując bilet także w przeciwnym kierunku. Najmłodsza córka Tołstojów Aleksandra ("Sasza") nie została jeszcze obciążona rolą współuczestniczki spisku, choć list przedstawia sprawę jako dokonaną. Jej matka, która nad ranem będzie próbowała targnąć się na swoje życie, również spała o tej godzinie. Tołstoj mógł więc czuć się jak autor, który projektuje losy postaci literackich, sam będąc najważniejszą z nich, wokół której, w ostatnim epizodzie życia, tak jak zawsze, krążą bohaterowie drugiego planu.
Nie miejsce tu, aby odtwarzać powody, które doprowadziły do odjazdu pisarza z Jasnej Polany, zwanego również "ucieczką". Stworzono na ten temat książki, a nawet fabularne filmy. Tołstoja nazywano "pierwszym prorokiem środków masowego przekazu" i rodzinna tragedia rozegrana przed stu dwunastu laty w Jasnej Polanie oraz na stacji Astapowo po raz pierwszy dopuściła czytającą publiczność do intymnych szczegółów rodzinnych niesnasek. Świadectwa biograficzne, wspomnienia i listy nadal zachowują temperaturę ówczesnych uczuć i nie można czytać ich obojętnie. Tak jest również w tym przypadku. Z listu Tołstoja nie uszedł chłód.
Otwierające go krótkie zdania oznajmujące nieco cieplej brzmią wprawdzie w oryginale, ale pożegnalne słowa pisarza mają charakter oficjalny i wyrozumowany. Nie jest to oczywiście styl, który mógł uśmierzyć ból porzucanej żony. (Fraza: "Radzę ci pogodzić się z tą nową sytuacją" w żadnym języku nie brzmi jak słowa dyktowane uczuciem). I czytając owo świadectwo osobistej tragedii, które przez to, że wyszło spod ręki Tołstoja, stało się dokumentem historii, trudno oprzeć się wrażeniu, że mówi ono o tragedii adresatki listu. Akt lektury tym razem nie zbliża nas do piszącego, ale stawia na miejscu osoby, do której list został skierowany. Szalona, chora nerwowo i z zazdrości Zofia Tołstojowa była podatna na zranienie i właśnie jest raniona. Jej mąż natomiast, mimo iż konsekwencje podjętej decyzji doprowadzą go do śmierci w konflikcie z najbliższą osobą, po napisaniu listu i zrealizowaniu tego, co w nim zaprojektował, staje się silniejszy siłą człowieka, który bez względu na wszystko przejdzie do końca obraną drogę. To paradoks, bez którego nie można zrozumieć ostatnich dziesięcioleci historii tego małżeństwa. Zofia Andriejewna w swym stosunku do męża myślała przede wszystkim o sobie (swym wizerunku w oczach przyszłych pokoleń) i rodzinie (jej materialnym zabezpieczeniu), wsłuchana we własne emocje, a wszystko, co robiła, obracało się przeciw niej i ją osłabiało. Lew Nikołajewicz podejmował decyzje skierowane przeciwko sobie, a ich konsekwencje go umacniały. Aż do momentu, kiedy pisze ten list - w swoim zamiarze rozwodowy, który okazuje się listem samobójczym, faktycznym pożegnaniem.
"Całe życie Lwa Tołstoja było dramatycznym przechodzeniem od tworzenia doskonałych dzieł sztuki do tworzenia doskonałego życia" - stwierdzał Mikołaj Bierdiajew. Pisząc o "dramacie", myślał przede wszystkim o wewnętrznych burzach, utrwalonych w religijno-moralnych esejach i dzienniku. Czytając pożegnalny list Tołstoja, pomyślmy o innym wymiarze tego dramatu: relacjach z ludźmi, które są punktem ciężkości chrześcijańskiego moralizmu ("nauki Chrystusa", jak mawiał Tołstoj; nauki, którą starał się wcielać w życie tak, jak ją rozumiał). Z ewangelicznej przypowieści o miłosiernym Samarytaninie ("Kochaj bliźniego swego", "Któż jest moim bliźnim?") pisarz wyciągał wniosek: bliźnim jest ten, kto w danej chwili najbardziej mnie potrzebuje. Świat, wypełniony przez potrzebujących, milczy, jęczy i wzdycha, a pośrodku stoi jasnopolański dom, połączenie wiejskiej willi i arystokratycznej rezydencji. Mieszka w nim duża, szczęśliwa, podobna do wszystkich rodzina. Potrzebującym brak chleba, szczęścia i spokoju mieszkańców Jasnej Polany. (Jak idylliczna jest to nazwa!) Wiejska sielanka trwa, gdyż mieszkańcy majątku sami dla siebie są "bliźnimi", zamknięci w kokonie własnych emocjonalnych i materialnych potrzeb. Dlatego możliwe są szczęśliwe rodziny i istnieją potrzebujący. Należy więc opuścić dom ("braci, siostry, matkę, ojca, dzieci i pola") i zejść na samo dno. Stać się ostatnim, by odnaleźć potrzebujących i im służyć. Rozumowanie to ma jednak pewien słaby punkt. Nawet jeśli bliscy potrzebują nas mniej niż samotni, bezdomni, chorzy i ubodzy, istnieje zobowiązanie, które wobec nich zaciągnęliśmy, bo swoim życiem pomagają nam żyć. Jak żyć z tym zobowiązaniem?
Postanowienie odejścia z domu było pokusą odrzucaną przez pisarza od dwudziestu lat. Próbował tego tylko raz, w gniewie, po kłótni z ciężarną żoną, wracając po kilku godzinach. (Ucieczka zamieniła się w terapeutyczny spacer). Zastał w domu Zofię Andriejewną, rodzącą ich najmłodszą córeczkę, wspomnianą Saszę, która po dwudziestu latach będzie brała udział w odjeździe ojca z Jasnej Polany, udział by tak rzec organizacyjny i skierowany jednoznacznie przeciwko matce - ich relacje określono by dziś mianem "toksycznych". To dodatkowy element powieściowego splotu arcyludzkich emocji, jaki kształtował atmosferę sielskiej z pozoru Jasnej Polany. W najbliższym otoczeniu pisarza byli ludzie w każdej chwili gotowi pomóc w urzeczywistnieniu większości projektów skierowanych przeciw Zofii Andriejewnie - czy będzie to tajny testament uwalniający prawa do utworów pisarza na rzecz ogółu, czy projekt rozstania, choćby na krótki czas, z uciążliwą Ksantypą. Idylliczne wiejskie ustronie było areną próby sił.
Ofiarą sytuacji stała się oczywiście adresatka listu. Ale i to jeszcze nie cała prawda, bo sama ten powróz na swej szyi zaciskała, trzymając mieszkańców i gości w szachu swych nastrojów i nierównego charakteru. Jej domowi wrogowie w przeważającej części zostali stworzeni na podobieństwo chorych wyobrażeń o skierowanych przeciw niej spiskach i antypatiach. Przez całe lata dom ten, zewnętrznie podporządkowany geniuszowi i jego pracy, był niewolniczo związany z chorobowymi nastrojami jego gospodyni.
"Ucieczkę z Jasnej Polany" traktuje się jak wspaniały mit tołstojowski, manifestację faustycznej siły poszukiwania, umiejętności burzenia tego, co skostniałe i krępujące - w imię realizowania wewnętrznej prawdy. Te słowa jednak nie wytrzymują konfrontacji z realnym napięciem, jakie panuje w jasnopolańskim świecie, zbudowanym z książek i wspomnień. W zetknięciu z tą skomplikowaną rzeczywistością stają się frazesami. Rozumiemy, że siłą Tołstoja było trwanie w niewygodnym domu. Że winien w nim powtarzać słowa napisane w liście do żony: "zrozum", "wierz", "nie jedź". I powtarzał je do owego październikowego ranka, kiedy ciężar ten zrzucił na ramiona Zofii Andriejewny.
Dalej niż Astapowo - miejsce, w którym przerwał swą "ucieczkę" i umarł - był grób, odsunięty od bliźnich, położony w jasnopolańskim parku. Kopiec bez krzyża, pod wysokimi drzewami, porośnięty trawą, ze ścieżką wydeptaną przez odwiedzających, a wkrótce zwiedzających. Niewielu spośród licznych turystów, którzy trafiają do muzeum Lwa Tołstoja w Jasnej Polanie, zagląda na pobliski wiejski cmentarz w Koczakach, gdzie znajdują się rodzinne groby Tołstojów. Spoczywają tam, opuszczeni przez pisarza, jego brat, żona i dzieci (te zmarłe w dzieciństwie oraz te sławne z opublikowanych w dorosłości wspomnień o ojcu), a także niektóre ich dzieci i wnuki. Jeden z potomków, być może zarządzający muzeum praprawnuk Tołstoja, wpadł na pomysł, by ustawić na ich grobach jednakowe drewniane tablice i krzyże. Tołstojowski z ducha minimalizm zrównał ze sobą te postaci, jakby istotnie wszystkie były do siebie podobne. Podczas gdy on (niejako za karę), który tak pogardzał indywidualizmem, nie jest podobny do nikogo - jak jego jasnopolański grób przy parkowej alei.
Przemysław DakowiczCzarna lezginka albo animula russica
Na powieściowej osi czasu wydarzenia te oznaczono z wielką dokładnością. Jest 15 września 1810 roku, trzy lata po podpisaniu pokoju w Tylży - trwa niedługi antrakt między dwiema fazami europejskiego konfliktu, które Napoleon Bonaparte nazwie "wojnami polskimi". Bohaterowie polują w lasach nieopodal posiadłości Rostowów, zwanej Otradnoje. Po osaczeniu wilka ściga się lisa i - już na terenie majątku Iłagina, sąsiada Rostowów - zające. Zbliża się zmierzch i młodzi Rostowowie zostają zaproszeni na nocleg do ich dalekiego krewnego, Michaiła Nikanorycza, którego nazywają "wujaszkiem". W jego wiejskim domu we wsi Michajłówka słuchają ludowych pieśni, śpiewanych przy wtórze bałałajki i gitary. Zachwycona Natasza zaczyna tańczyć do muzyki i - na własny użytek, niejako podświadomie - odkrywa źródła rosyjskiej kultury lub - jak powiedzieliby może wielbiciele Puszkina, Dostojewskiego, Czajkowskiego i Diagilewa - "rosyjskiej duszy": "Gdzie, jak i kiedy ta hrabianeczka wychowana przez Francuzkę-emigrantkę wchłonęła w siebie z owego rosyjskiego powietrza, którym oddychała, tyle tego ducha, skąd wzięła te gesty taneczne, które pas de châle dawno powinny były wyprzeć? Lecz duch i gesty były te same, nie do naśladowania, niemożliwe do wyuczenia się, rosyjskie, jakich właśnie wujaszek się po niej spodziewał. [...] Czyniła właśnie to, co należało, i tak dokładnie, absolutnie dokładnie, że Anisja Fiodorowna, która natychmiast podała jej chusteczkę niezbędną dla pląsów, rozrzewniła się wśród uśmiechu, patrząc na tę szczuplutką, pełną gracji, taką dla niej obcą hrabiankę w jedwabiach i aksamitach, która jednak potrafiła pojąć wszystko to, co było [...] w każdym Rosjaninie" (przekład Andrzeja Stawara).
Taki sposób definiowania wspólnoty jak w powyższym fragmencie Wojny i pokoju uznać można za jeden z przejawów "konsolidacji [rosyjskiego] narodowego samoprzedstawienia" (Ewa M. Thompson, Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm, przeł. Anna Sierszulska, "Universitas", Kraków 2000). W szczytowym momencie istnienia rossijskoj imperii ów sugestywny obraz niemal mistycznej jedności elementów społecznych i kulturowych konstytuujących, zdaniem Tołstoja, naród rosyjski doskonale spełniał funkcję utwierdzającą i gloryfikującą polityczne (również międzynarodowe - znajdujące odzwierciedlenie w najnowszym kształcie granic) status quo oraz stanowiących uzasadnienie dla istnienia caratu.
Optymizm samego Tołstoja nie trwał zbyt długo. W latach dojrzałych autor Spowiedzi zakwestionować miał ideę państwa, postrzeganego przezeń odtąd jako zaprzeczenie idei chrześcijańskich i domena zinstytucjonalizowanej przemocy.
Natasza przestała tańczyć ludowe tańce... W porewolucyjnej Rosji (a potem: Związku Sowieckim) akcentowano i wcielano w życie ideę ponadnarodową. Komunistyczni dyktatorzy Europy odbywający pielgrzymki do Moskwy zapraszani byli na daczę Stalina w Kuncewie, gdzie od dwudziestej drugiej do szóstej rano jedzono, pito, oglądano filmy z całego świata (między innymi z obszernej kolekcji "odziedziczonej" przez generalissimusa po Goebbelsie) oraz... tańczono. Gospodarz nieodmiennie stał przy patefonie, nastawiał płyty i obserwował. Goście wirowali - z pełnymi brzuchami, z nieznośnym wódczanym szumem w głowach, w parach męsko-męskich. Najzdolniejszym i najbardziej wytrwałym spośród danserów był Wiaczesław Mołotow, celujący w tańcach salonowych, z jego ulubionym walcem. To właśnie z sowieckim ludowym komisarzem spraw zagranicznych (tym samym, który formalnie odpowiadał za niemiecko-sowiecki pakt z 23 sierpnia 1939 roku, którego tajny protokół rozstrzygał de facto o kolejnym rozbiorze Polski) tańczył w roku 1948 Jakub Berman, drugi po Bierucie w hierarchii notabli komunistycznego państwa powstałego na gruzach II Rzeczypospolitej. Dopytywany o atmosferę owych kuncewskich pląsów, określił ją jako wesołą "z wewnętrznym napięciem" (zob. Teresa Torańska, Oni, "Iskry", Warszawa 2004) - w towarzystwie Stalina nikt nie mógł się czuć w pełni bezpieczny. Dzięki opowieściom Nikity Chruszczowa (Fragmenty wspomnień, "Krąg", Warszawa 1984) nieco więcej wiemy o tanecznych umiejętnościach członków Politbiura WKP(b): "Tańczył Mikojan, potem tańczył Woroszyłow. Tańczyli wszyscy. Ja nigdy nie przesuwałem nóg, tańczę jak krowa na lodzie, ale ja także tańczyłem. Kaganowicz tańczył. To także tancerz nie lepszej klasy niż ja. Malenkow taki sam, Bułganin kiedyś tańczył, pewnie w młodości. Przytupywał w takt coś rosyjskiego". Mołotowa nazywa Chruszczow "tancerzem pierwszej klasy", a jako "jedynego dobrego tancerza wśród nas" wskazuje Ormianina Anastasa Iwanowicza Mikojana. "Wszystkie jego tańce wyglądały tak samo - i rosyjskie, i kaukaskie, wszystkie wywodziły się z lezginki".
Lezginkę, ten najpopularniejszy taniec ludów Kaukazu, czeczeńscy najemnicy Ramzana Kadyrowa, mordujący Ukraińców w imieniu Federacji Rosyjskiej i Władimira Putina, wykonali w lipcu 2022 roku przed siedzibą władz właśnie zdobytego ukraińskiego Siewierodoniecka. Świeciło słońce, wokół placu grzały się bojowe wozy piechoty z literą Z nabazgraną białą farbą na przedniej ścianie, a brodaci najemnicy wyciągali ręce i rozcapierzając palce dreptali w miejscu, podskakiwali, opadali na kolana i powstawali. Czarne mundury dobrze określały ich faktyczną rolę - zwiastunów śmierci, uczestników wielkiego rosyjskiego danse macabre, trwającego na tych ziemiach od kilku stuleci.
Bo czarna imperialna lezginka, czarna imperialna czeczotka, czarny imperialny trepak tańczone są dziś na Charkowszczyźnie i Chersońszczyźnie, w Donbasie i na Krymie, nad zbiorowymi grobami w Buczy, w Irpieniu i w Iziumie, w pobliżu działających i nieczynnych elektrowni atomowych, w obozach filtracyjnych i koncentracyjnych, na ruinach domów, centrów handlowych, hal sportowych, kin i teatrów, między innymi Teatru Dramatycznego w Mariupolu, w którym - jak donoszą media - przysypane gruzami zwłoki kilkuset ofiar bombardowania Rosjanie postanowili zalać betonem.
10/2022
W POPRZEDNIM NUMERZE
Jerzy Plutowicz Refren; Oczekiwanie; Sen Europy; Inwazja; Przebudzenie; Wołacz II; Paradoks metafory; Chwila poetyki; Etiuda ciszy; Opowieść
Jarosław Kuisz Wiedeńskie
Jerzy Grupiński Historia o chłopcu; Pełnia; Wiersz młodopolski; Memoriał fechmistrza; Społem - przekora z panem Teofilem
Marcin Cielecki Miasto wisielców
Martyna Pankiewicz płonica; asymetria; suka; gruch; negatyw
Maciej Bieszczad Odtąd wiatr będzie gnał czaszki i gałęzie
Rafał Hille hiszpańskie schody; ostatnia paczka żelków; pytanie; park imienia Wszystkich; wódka nie chce być passé; wiersz przeznaczony do zapomnienia
Jarosław Jakubowski Miejsce Obsługi Podróżnych
Manfred Frank Po co poeci w podłych czasach? przełożył Tadeusz Zatorski
Tadeusz Zatorski Czasy boskie, czasy podłe
Adam Krzemiński Mosty nad rozpadliną
Rafał Węgrzyniak Dziady na Fauście pisane
Wojciech Kudyba Niemieckie przygody Pana Cogito
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Piotr Wiktor Lorkowski Skonstruowane w przekładzie
[Andrzej Kopacki Dwadzieścia jeden wierszy w przekładach i szkicach]
WŚRÓD KSIĄŻEK
Karina Stempel Ruch, który nie jest ruchem
[Piotr Kępiński Nieoczy]
Antoni Winch Ocielony byk
[Szczepan Twardoch Byk]
Wojciech Stanisławski Zwierzoświeckoupiór
[Marcel Andino Velez Świeccy]
Jerzy Madejski Chronologia i tematologia
[Getto warszawskie w literaturze polskiej. Antologia wybór i wstęp Sławomir Buryła]
NA WIDNOKRĘGU
Grzegorz Kucharczyk Czytajmy Naumanna
Andrzej Sznajder Wiesenstein. Łąkowy Kamień
PRZEGLĄD ZAGRANICZNY
Agnieszka Kumor Francja
NOTY
Aneta Wiatr Um graue Stunde
Robert Suwała Miejskie nokturny
KSIĄŻKI NADESŁANE
COKOLWIEK DALÉJ
Przemysław Dakowicz Wielka Szpera
DZIENNIK 2022
Zbigniew Mentzel Oś czasu
10/2022
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Izabela Korybut-Daszkiewicz (na widnokręgu, noty),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: [email protected] www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: [email protected]
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, [email protected] Ceny na rok 2023:
numer pojedynczy - 13 zł;
numer łączony 7/8 - 20 zł;
prenumerata półroczna - 75 zł;
prenumerata roczna - 150 zł.
Wpłaty na konto Instytutu Książki:
81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto:
PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
SWIFT CODE: GOSKPLPW
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską.
za pośrednictwem RUCH S.A.:
Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl,
e-mail: [email protected]
WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI"
są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi)
oraz nexto.pl i e-kiosk.pl (pdf).
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: [email protected]
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.