Twórczość 11/2020 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Adam Komorowski...ale w Grenadzie zaraza

Michał Paweł Markowski: Wojny nowoczesnych plemion. Spór o rzeczywistość w epoce populizmu. Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019, s. 368.

Najnowszą książkę Michała Pawła Markowskiego Wojny nowoczesnych plemion. Spór o rzeczywistość w epoce populizmu czytałem w czasach zalecanego, z powodu epidemii COVID-19, pozostawania w domu. Nasz rodzimy lockdown nie był tak radykalny, jak na Zachodzie, ale medialne informacje o horrendalnych mandatach dla niefrasobliwych spacerowiczów po bulwarach i zapuszczających się w ostoje leśne budziły grozę nie mniejszą niż koronawirus. Czytanie w czasach pandemii jest aktywnością zalecaną, obietnicą łagodzenia zniewolenia. Gotowość oddania się lekturze staje się obywatelską cnotą, zalecaną przez demokratów, totalitarnych, autorytarnych i populistów. Iskra subwersji związanej z czytaniem gaśnie. Związki lektury z buntem zostają zawieszone. Nie może być inaczej, skoro podczas epidemii czytanie najbardziej wywrotowego tekstu jest nie tylko bezpieczne dla czytającego, lecz także - minimalizując zagrożenie epidemiologiczne - jeśli nie gwarantuje utrzymania status quo, to przybliża powrót do stanu sprzed epidemii.

Związków lektury z immunizacją nie przewidziały najbardziej przenikliwe analizy strategii immunizacyjnych jej czołowych proroków i krytyków: Roberto Esposito i Byung-Chul Hana. W agambenowskim państwie stanu wyjątkowego suwerenność zostaje sprowadzona do władzy implementacji rygoru sanitarnego. By zostać homo sacer wystarczy samo podejrzenie o bycie zarażonym. Jedyny pewny sposób, by tego uniknąć, to siedzieć w domu i czytać.

Okoliczności sprawiły, że możliwości odczytania Wojen nowoczesnych plemion jako książki wywrotowej czy też podważającej hegemoniczne narracje polityczne (nieszczęsny populizm) były mocno ograniczone. Tym bardziej że z perspektywy pandemii świat sprzed jej wybuchu wydał się lepszy i bardziej przyjazny, niż sądziliśmy. Tęsknimy za nim.

W pewnym stopniu jest to zgodne z postawą Markowskiego, który podkreśla źródłowy, dla każdej interpretacji, fundament miejsca i czasu. W przypadku Wojen... mamy do czynienia z ostentacyjnym podkreślaniem miejsca (Uniwersytet Stanowy w Chicago, wizyty w kraju), czasu (wybory i początek prezydentury Donalda Trumpa, rządy PiS). Na tym nie koniec, Markowski dołożył do czasu i miejsca także sytuację rodzinną (partnerka Puertorykanka). Zradykalizował swój perspektywizm. Dawniej ów perspektywizm był wynikiem uwikłania w określony korpus tekstów. Sam Markowski perspektywizm utożsamiał z dekonstrukcją i postmodernizmem. W Polityce wrażliwości pisał: "moje myślenie o humanistyce jest gruntownie przesiąknięte dekonstrukcją, nawet wtedy, gdy w ogóle o niej nie wspominam". Wiele wskazuje, że ta książka jest nieco nostalgicznym pożegnaniem nie tylko z dekonstrukcją, lecz także z postmodernizmem, którego Markowski był pracowitym i utalentowanym propagatorem nad Wisłą. Jego rolę jako twórcy i współredaktora (obok Ryszarda Nycza i Małgorzaty Sugiery) serii wydawniczej Horyzonty nowoczesności trudno przecenić.

Sama militarna aura tytułu wskazuje na konieczność odczytywania Wojen... jako pożegnania z postmodernizmem i powrotu do "sporu o rzeczywistość". To koniec ufności, że w sytuacji odwrotu filozofii od poszukiwania prawd absolutnych i sensów ostatecznych wystarczy, by ich ślady wskazywała literatura i klarowała filologia. O tym Markowski interesująco pisał w książce Nietzsche. Filozofia interpretacji. Do kwestii miejsca autora Antychrysta w myśleniu Markowskiego trzeba nam będzie wrócić. W tym miejscu pragnę jedynie pokreślić, że dzielił z postmodernistami (np. Richardem Rortym) przekonanie, że odstąpienie od jednoznaczności wielkich narracji filozoficznych na rzecz ambiwalencji i wielości literackich opowieści uchroni nas od cierpień i przywróci krainę łagodności, z której wygnali nas wielcy nauczyciele Zachodu: Platon, Arystoteles, Kartezjusz, Kant, Hegel i Marks.

Z dekonstrukcji i postmodernizmu ostał się perspektywizm. Akcent położony na perspektywę związaną z uwikłaniem autora (amerykański uniwersytet, wieloetniczna rodzina) jest próbą uwiarygodnienia bycia obserwatorem uprzywilejowanym, ponieważ uwolnionym, przez diasporyczność (tak jak rozumiał ją Jan Goślicki), od klapek plemienności, na którą większość czytelników, pozostając w Polsce, jest skazana.

Świat zawsze interpretujemy z określonej perspektywy. Istnieją perspektywy lepsze i gorsze, takie, które wymuszają podporządkowanie się dominującym opiniom, i takie, które pozwalają je kwestionować. W Wojnach nowoczesnych plemion postmodernistyczny relatywizm zostaje zawieszony. Do prawdy absolutnej nadal dostępu nie mamy, ale istnieje hierarchia miejsc/perspektyw, z których bardziej się do niej zbliżamy lub oddalamy. Istnieje możliwość ich porównywania. "Kto się nie rusza, nie zauważa kajdan" - pisała Róża Luksemburg.

Problem w tym, że hierarchia perspektyw ulega odkształceniu. W czasach dawniejszych, w PRL, emigracyjna, na dodatek amerykańska i wieloetniczna perspektywa obdarzała autora i jego przekaz autorytetem, którego pozostający w kraju mogli tylko zazdrościć. Cenzura była bezbronna wobec autorytetu Witolda Gombrowicza, Czesława Miłosza czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Prestiż emigracyjnych perspektyw oparty był na domniemaniu wolności, zwolnienia z obowiązku legitymizacji czy delegitymizacji systemu. Nie jest przypadkiem, że w latach osiemdziesiątych prestiż pisarstwa Adama Zagajewskiego i Stanisława Barańczaka musiał być wyższy aniżeli pozostających w kraju Juliana Kornhausera czy Krzysztofa Karaska.

Dominika SłowikWiedźminka

W ciągu ostatnich tygodni w moim życiu twórczym nastąpiła gwałtowna zmiana. Zastój. Paraliż, jeśli uciekać się do wielkich słów.

Czy to wina pandemii? Czy dopadł mnie marazm lockdownu rozmytego na indywidualne groźby wielotygodniowej kwarantanny?

A może przełom letnio-jesienny? Ciężkie widmo coraz krótszych dni?

Stres przed kolejną książką?

Życiowe zniechęcenie?

Zobojętnienie na deadliny?

Wszystko i zarazem nic z powyższych.

Zaczęło się zwyczajnie, miesiąc temu: od kupna komputera.

Po raz pierwszy od wielu lat miałam w domu laptopa, którego nie musiałam sklejać taśmą, włączać po serii wyuczonych uderzeń w obudowę, manipulacji kablem od zasilacza i podważaniu paznokciem guzika z wytartym napisem power on.

Wspaniała sprawa dla pisarki. Szybkie i wygodne narzędzie pracy. Wciąż jeszcze nieskażone tzw. złośliwością przedmiotów martwych. Nic tylko siadać i pisać.

I pewnie tak by było, gdyby nie jeden maleńki, ale jakże brzemienny w skutki błąd. Zainstalowałam i odpaliłam na laptopie Wiedźmina. Trójkę. Ot, tak, żeby sprawdzić, jak sobie komputer poradzi z grą. W końcu poprzedni sprzęt nie był w stanie nawet zbuforować video na YouTubie, a przy próbie otworzenia PDF-a wył, jakby zaraz coś miało wybuchnąć.

No więc: komputer poradził sobie świetnie. Ja zresztą też.

Już w trakcie pierwszej rozgrywki pokonałam kilka zgraj utopców, uwolniłam mieszkańców wioski od nękającej ich północnicy, przetrzebiłam agresywne watahy ghuli, a przede wszystkim brawurowo poradziłam sobie z terroryzującym okolicę gryfem. I to wszystko w zaledwie parę godzin! No, może paręnaście.

Od tego czasu moje zaangażowanie w lokalne sprawy walki z bestiami rosło. Przemierzyłam szlaki Velen, dotarłam do metropolitalnego Novigradu, dopłynęłam na surowe i groźne wyspy Skellige. Wszystko to, oczywiście, wyłącznie w ramach researchu, badania sposobów prowadzenia fabuły w tekstach kultury "innych niż klasyczne literackie formy" i wzbogacania pisarskiego warsztatu.

Kilkaset godzin, które nabiłam na liczniku gry w ciągu ostatnich tygodni, to wyłącznie dodatkowy argument za pogłębianiem literackiej znajomości świata multimediów.

Obecnie przebywam w Kaer Morhen. Zajmuję się sprawą groźnej klątwy, analizując użyte przy okazji struktury dialogowe.

Niedługo wyruszam na poszukiwania widłogona.

Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się wreszcie tę klątwę zdjąć.

Maciej HenList drugi

Najznakomitszej Enneleyn Pfeiffer z Weidemannów jej przyjaciółka Gredechin Specht serdeczne przesyła pozdrowienia.

Ile radości mi sprawił twój list, moja Enneleyn, nie potrafię słowami wyrazić. Prawdę mówiąc, bez wielkich nadziei wybrałam się w środę do faktorii Fuggerów, aby się wywiedzieć, czy ich poczta już powróciła z Augsburga. Siedzi tam taki gruby jegomość z brodawką na nosie, który na moje pytanie odpowiedział burkliwie, że na razie poczty nie ma, a kiedy będzie, nie wiadomo. Jak to: nie wiadomo? - pytam. - Przecież powiedziane było, że ma powrócić trzydziestego dnia! Gbur na to wzruszył tylko ramionami i zapytał sucho, kto tak powiedział. Wtedy, porządnie już rozeźlona, nawrzeszczałam na niego, przypominając, że przed miesiącem heroldzi raz po raz ogłaszali to z wielką pompą po całym Krakowie, wynosząc przy tym dom Fuggerów pod niebiosa, że niby dzięki nim doczekaliśmy się nareszcie regularnej poczty, jaką inne królestwa mają od dawna. I wystaw sobie, że wszystko to wykrzykiwałam, jak umiałam, w miejscowym narzeczu. Bo chociaż, jak ci już pisałam, prawie każdy tu Niemiec, to jednak, wskutek pewnego bardzo dawnego zatargu, bardzo źle jest w Krakowie widziane, jak sobie tutejsi po niemiecku gwarzą na ulicy. Ja wprawdzie zaliczam się do przyjezdnych, ale że siedzę tu już sześć lat i ludzie mnie znają, też muszę się w miarę możności do tego zwyczaju stosować. A wierz mi, że diabła zje, kto się po polsku prawidłowo wysławiać nauczy. Na szczęście oni nie mają tak bardzo za złe, gdy się ich język kaleczy, jeśli widzą starania, bo to im, uważasz, nawet pochlebia. Tak są bowiem z tej swojej świszczącej gęganiny dumni, iż wydaje im się, że skoro ktoś z takim trudem próbuje ją podchwytywać, to widać musi być nią równie jak oni zachwycony. Jednak ponuraka z brodawką moja niezdarna polszczyzna ani wzruszyła, ani ubawiła. Tyle tylko uzyskałam, iż ręce na piersiach krzyżując, oznajmił mi z wyniosłą miną, że tabor ich miał przybyć dzisiaj, ale czy przybędzie, to się okaże.

Rada, nierada oddaliłam się więc i powróciłam do domu pana Kallimacha, w którym mieszkam chwilowo tylko z Agnieszką, gospodynią jego, bo on sam teraz w ważnych sprawach królestwa w Toruniu przebywa, mieście północnym, tak od Krakowa odległym, jak od Heidelbergu Hanower. Ledwiem jednak do papierów zasiadła, ledwiem sobie pióro przycięła, gdy usłyszałam stukanie kołatki. Śpieszę do drzwi, otwieram, a tam człowiek jakiś stoi i pyta, czy tu mieszka Georg Starkfaust. Ach, list! List mi przyniósł od ciebie, moja dobra Enneleyn! I do tego jakież w nim wieści wspaniałe!

Dobry Boże, troje dzieci i wszystkie zdrowe! Jakżeż ty musisz być szczęśliwa! Cieszę się jak głupia, że tak ci się w stanie małżeńskim powiodło, że, jak mi piszesz, mąż cię dobrze traktuje, rad twoich słucha, ręki na ciebie nie podnosi i stale czułością obdarza (jak się spodziewam, nigdy przeciw twojej woli). No dobrze, powiem ci całkiem szczerze, bo chyba mojej winy w tym nie ma, że nie przypominam sobie w ogóle twego Dietmara z tamtych czasów - może był wtedy w innej parafii? A ciekawam bardzo, jaki on jest; czy urodziwy? Powiedzże prawdę, ja przecież wiem, że nie to jest najważniejsze, ale jednak powiedz, żebym sobie mogła lepiej twoje szczęście przedstawić. Zatem: gruby on, chudy czy średni? Jasny, ciemny czy rudy? Może bródkę nosi? Może łysy jest albo siwy zupełnie? Syn, powiadasz, mistrza ceglarskiego, więc chyba nie może być stary - stary sam byłby mistrzem.

Opowiedzże, jak to on się o ciebie starał, czym twego znakomitego ojca pozyskał przychylność, a czym do twojego serca przemówił. Pisz mi o psotach twoich dziatek, o tym, jak wolne chwile spędzasz (jeśli takie miewasz) i czym swój bystry umysł zajmujesz. Czy dałaś synkowi na imię Wolfram, po naszym ukochanym poecie, jakeś to sobie obiecywała? Bo chyba nie przeszło ci do ksiąg zamiłowanie, mam cichą nadzieję?

Ja, jak mi się zdaje, jestem stale taka sama, jaką mnie pamiętasz, mimo że odkąd zostawiłam za sobą błonia nad Neckarem, życie prowadzę zgoła odmienne, a tak się od tej pory zżyłam z moją maską, że choćbyś mnie w środku nocy ze snu zerwała, ja ci się w postaci przecierającego oczy Starkfausta ukażę. Ten Starkfaust jednak nie jest niczym innym jak czczą zjawą czy raczej kukłą jarmarczną, którą ja, Gredechin, z niejaką wprawą poruszam. Dzięki tej kukle osiągnęłam, co osiągnęłam, i nadal mogę sobie stawiać coraz to nowe cele. Albo, jak wolisz, możemy przyjąć na odwrót - że dzięki tajemnemu wsparciu mojego kobiecego umysłu Starkfaust, sam z siebie bałwan bezwolny, nie zbłaźnił się jak dotąd ani na krakowskiej wszechnicy, ani przed panem Kallimachem, ani też wobec jego uczonych przyjaciół.

Jak już wspominałam, mistrz mój jest chwilowo zajęty w Toruniu jakąś ważną misją przez króla mu powierzoną. Jaką, nie wiem, gdyż są to sprawy sekretne, ale mogę się domyślać, że muszą mieć związek z pomysłami, które pan Kallimach nieraz otwarcie głosił w towarzystwie, iż trzeba by przenieść rycerzy Marii Panny z północnych rubieży Polski na południowo­-wschodnie, dla obrony przed Turkami i Tatarami. Nikt do tej pory nie brał takiej możliwości pod uwagę, jako że Polacy od niepamiętnych czasów drą z Zakonem koty, raz po raz wszczynając z nim okrutną wojnę. To przecież z Polakami walcząc, stracił był pod Schwetzin rękę mój świętej pamięci ojciec, stając dzielnie w wojskach zaciężnych pana Kaspara von Nostitz po stronie maryjnych rycerzy - małoż to razy mi o tym opowiadał, z dumą, odwinąwszy rękaw, podsuwając mi pod nos ohydny kikut, do świńskiej rapetki podobny? Dlatego teraz, kiedy o tym piszę, zastanawiam się, jakaż to mojej własnej woli osobliwość kazała mi osiąść właśnie tu, między tymi ludźmi, co mego rodziciela okaleczyli tak strasznie - i nie znajduję na to pytanie dobrej odpowiedzi.

Miłosz WaligórskiPodroby, patrochy

Sadło ze mnie, hreczkosieja z Sadu.

W głębi spreparowanych zwierząt, między trocinami, których domem są skóry toczone przez bakterie, w dni majowe 2015 roku panował bezwzględny mrok. Wióry, pierze, słoma, włosy, cała ta kuczma kłaków nie wpuszczała do środka nawet cienia, a co dopiero światło. Cuchnęło naftaliną. Wzdłuż korytarza ciągnęły się szafki, witryny, biblioteczki bez szybek, wieszaki, stojaki, pozbawione siedziska krzesła z oparciem w kształcie pętli... Kolumny wspierały piętro z salą dla zwiedzających, po obu stronach powracał refren odrutowanych żarówek o mocy dwudziestu watów. Może dlatego - przez odrutowanie - tyły muzeum jawiły mi się jako woliera. Na końcu była kanciapa sprzątaczek, a trochę dalej moje M-2.

W Muzeum Rolnictwa spędziłem sześć tygodni. Sam, człek wśród czuczeł. Codziennie wsłuchiwałem się w niebyłe pohukiwania sów, czuszykanie cietrzewi, turkot synogarlicy, gruchanie zapowietrzonej turkawki. Wyobrażałem sobie, że żyją, a przecież były eksponatami, i to drugiej kategorii, odstawionymi na zaplecze z powodu defektu. Brak jednej nogi, oklapnięte ucho, wyliniała sierść, zez zbieżny. Należały do gatunku kukiełek, animalkulusów wypranych z uczuć, odruchów i piękna.

Cechą tych stworów był niedomiar. Mimo niekwestionowanej wyższości, jaką miały nade mną - wszakże odebrana została im wątpliwa przyjemność szybkiego rozkładu - czułem niemoc ich obecności. Nie w sensie ducha, lecz materii. Jakby więź między tym, czym były teraz, a tym, czym były kiedyś, uległa rozmyciu. Pomyślałem, że warto nadać im nowe imiona, bo przecież z pakułami zamiast ciała wewnętrznego, bez nadziei na ruch, który konserwuje, nie mogły nazywać się "jastrząb", "krowa", "flądra", "orzeł", "niedźwiedź". Te wybierkowe pałuby bliżej miały do podróbek bez podrobów niż do pomników fauny Węgier.

Okazy najpiękniejsze, szczelnie obciągnięte lśniącą skórą umieszczono wyżej, w części dla turystów. Wypinały piersi, prężyły muskuły i sprawiały wrażenie, jakby rzeczywiście mogły jeszcze coś wskórać. Ale kiedyś ktoś fachowo je zabił, odgłowił, łby wypatroszył, mięso wyżyłował. Ten ktoś nie został za to ukarany. Jak Béla Kiss, który w oddalonej o trzynaście kilometrów Cinkocie trzymał w beczkach zamary­nowane dwadzieścia cztery ludzkie ciała. Podobno chciał je sprzedać na szynkę albo metkę... Dlatego, idąc korytarzem, zastanawiałem się, co tak we mnie bulgoce. Czy to kałdun, ciepłe wnętrzności zwierzyny łownej? (Jeśli żarcie rzeczywiście określa byt, takie pytanie nabierało ciała). W powietrzu zawisła wisceralna rewolta.

Puszczyk łypał na mnie podrabianym okiem (we wczesnych latach sześćdziesią­tych XX wieku fryzjer Grzebyta z Damasławka na gałki ze szklanych kulek mówił klary); jastrząb w szacie godowej, lecz o spojrzeniu nijakim, wypłowiałym, jakby nie czuł się pogromcą gołębic ani nie żywił urazy za los, posyłał mi nieme pytanie, czego tu szukam; nabita na żerdź wypitwana flądra liczyła ostatnie łuski; orzeł przedni, który stał się nielotem, a wyścig po rybę przegrałby nawet z pingwinem, błagalnie unosił łeb ku powale zasnutej pajęczyną; jenot, kaczka, jeleń i łoś nie zwracali na mnie uwagi.

Wśród nich zaplątał się mały wróbelek w kaftaniku obszytym białą koronką, przymocowany do ściany jednym wbiciem przedstawiciel gatunku Hapax legomenon. Na nim skończę wyliczankę, aby ciśnienie taksonomii nie odjęło mi oddechu. Wszystkie te zwierzęta nie żyły. To pewne. Nie żyły, spektakularnie zapadając się w siebie. Co najmniej jak powstańcy warszawscy. Przy ich nie-życiu moje życie wyglądało niewyraźnie. Serwując sobie ciągły ruch, żywcem poddawa­łem się plastynacji. Z czasem jednak zacząłem się do nich upodabniać. Czerniałem pod pachami. Z ucha wystrzeliły mi rysie pędzelki, zeszkliło mi się oko. Pachniałem pleśnią. Trzeba było działać. Razem z drutem wyrwałem wróbelka ze ściany.

Nie zastanawiając się, czy wyniesienie go z muzeum na słońce będzie aktem nekroprzemocy, udręczeniem podwójnie martwej, bo niepochowanej istoty, czy też naiwną próbą zgalwanizowania jej prądem żywego towarzystwa, położyłem wróbelka na ciepłej dłoni (drut sterczał w bok) i wyszedłem z nim do parku. Nieste­ty, niczego to nie zmieniło. Jaki był, taki i został - martwy, bez szans na reformę, wiecznie śmiertelny. Nadleciała jaskółka, przycupnęła obok i zaraz pofrunęła dalej. Tak, przyroda nań kichała, a ludzie gwizdali. Przez Lasek Miejski przemykali ksobni mężczyźni i oszałamiające kobiety: "szwaczka śniła o tym, że jest hrabianką, porzucona całowała niewiernego kochanka, bezdzietna matka bawiła się z gromadką dzieci" - lecz nikt nie upomniał się o Elemelka.

Zostawiłem go tam i wróciłem do M-2 w Vajdahunyadvár, średniowiecznym zamku zbudowanym, najpierw z gipsu i dykty, pod koniec XIX wieku w Peszcie i będącego repliką zamku w Hunedoarze oraz kilku innych budowli rozsianych po terenach Wielkich Węgier. Mieszkałem więc w replice, fałszywce, atrapie, podróbce, a dokładniej w tej części repliki, fałszywki, atrapy, podróbki, gdzie renesans spoufala się z barokiem. Wszedłem do pokoju, zrzuciłem ciuchy, wdrapałem się nagi na parapet i przeciągając się, wyeksponowałem kałdun. Chciałem zajmować w oknie jak najwięcej miejsca, tak żeby zgromadzeni pod nim turyści widzieli w pełnej krasie i obfotografowali moje ostateczne przerodzenie w czuczeło. - Wypchajcie się - krzyczałem - wypchajcie, póki czas, będziecie wolniej się zużywać! - Ale zza podwójnej szyby mogli tylko czytać z ruchu moich warg.

Jeśli byli wśród nich poloniści znający język na poziomie C2, może coś zrozu­mieli. Nie robiłem sobie jednak większych nadziei. Stałem na widoku, obnażony i owłosiony, a Japonki zamiast cykać fotki baszcie Katarzyny, powiększonej kopii Bramy Katarzyny z Braszowa, cykały fotki mnie, kopii wywnętrzonego barana, sokoła na drewnianej podstawce, jenota, jelenia i łosia, tłustej małpy. Gdyby któraś z nich jakimś cudem zajrzała mi przez szyję do środka, co by zobaczyła? Same dziwy! ("Nu, niech pani przeczyta, co tam napisano"). W moim wnętrzu zachodziły zmiany.

 11/2020

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ: Bohdan Zadura (redaktor naczelny, proza),

Elżbieta Baniewicz (teatr),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),

Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Małgorzata Brodacka (sekretariat)

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: [email protected]

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: [email protected]

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2020 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: Piotr eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, [email protected] PRENUMERATA NA ROK 2019: Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenume-raty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: [email protected] Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: [email protected]

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: [email protected]

Krzysztof ĆwiklińskiKonwój (fragmenty powieści)

Marynarze wciągnęli trap, silniki załomotały gwałtownie, woda spieniła się, bocznokołowiec drgnął jak koń dźgnięty ostrogą i zaczął odbijać od pomostu. Stan wody był niski i stale opadał, więc statek płynął powoli, niezdarnie lawirując między łachami, na których zbierały się rybitwy. Kapitan Gżegżółka, specjalista od zalewów ze sztabu dowódcy saperów, mówił mu, że w takich warunkach na nic cała wiedza, bo nic się zrobić nie da; gdzie są zapory, tak, ale gdzie ich nie ma, to tylko ręce rozłożyć, więc w razie czego ustabilizować front na Wiśle będzie trudno, o ile w ogóle będzie to wykonalne, bo wysadzenie mostów nie zda się na wiele; Niemcy przejdą Wisłę w dowolnym miejscu, uchwycą przyczółki, przerzucą mosty pontonowe.

- Dobrze to nie wygląda - zakończył kapitan.

Teraz major widział dokładnie, że to wygląda źle. Na szczęście po drugiej stronie nie było żadnych dróg, tylko lasy, więc jeśli Niemcy przejdą Wisłę, to nie tutaj. Zdąży z ewakuacją. Chyba, żeby...

- Długo będziemy płynąć? - zapytała Paulina.

- Długo.

- To dobrze - ucieszyła się.

Rozmowy z Pauliną uświadomiły majorowi, że jej świat, odkąd skończyła szkołę i musiała pójść do pracy, ograniczał się do rodzinnej wsi, która była właściwie dalekim przedmieściem Aleksandrowa, do tegoż powiatowego miasteczka, w którym młodą dziewczynę spotkać mogły tylko grubiańskie karesy furmanów, do uzdrowiska, gdzie w sezonie nie brakowało pracy i dokąd, chcąc zaoszczędzić, wybierała się zwykle pieszo, do Ostrowąsa, gdzie był cudowny obraz, przed którym zanosiła sobie tylko znane, dziewczęce supliki, i paru innych miejsc, już to odpustowych, już to obiecujących jakieś zajęcie. Widziała niewiele, a i to, co zobaczyła, nie należało do niej, lecz do niezmierzonego obszaru tęsknot, które on mógł sobie jedynie wyobrazić. Ale była ciekawa świata, bardzo ciekawa, chciała się o nim dowiedzieć jak najwięcej i dowiadywała się z wypożyczanych książek, z kolorowych tygodników, które właścicielka zamawiała do pensjonatu, rzadziej z radia, które ustawiono w parku koło fontanny, tak by każdy kuracjusz mógł posłuchać, ale wstęp tam był płatny, a jej żal było pięćdziesięciu groszy. Może to właśnie radioodbiornik, który major kazał wstawić do swojego pokoju, sprawił, że przyszła zmienić pościel nie wtedy, gdy czyniono to zawsze, gdy lokatora nie było, ale wtedy, gdy był, bo z ebonitowej skrzynki płynęła muzyka i Aston śpiewał: "Choć nas rozdziela świat, każdą noc złą i chmurną słyszę tango notturno, tango sprzed tylu lat", że to nie uchodzący za przystojnego oficer, za którym - jak twierdziła generałowa Dąbkowska - kobiety wypatrywały oczy, ale dźwięki dalekiego, nieznanego, a tak pożądanego świata sprowadziły ją w to miejsce tego dnia po raz pierwszy. A może nie albo przynajmniej nie tylko, bo przecież zamęczała go potem, by jej opowiadał o Warszawie i Wilnie, o Bałtyku, o ludziach, którzy byli dla niej jak zjawy, o dalekich krajach, w których nigdy nie był, a gdzie życie na pewno było szczęśliwsze niż tutaj. Może rzeczywiście nie, bo przecież potrafili milczeć, gdy wtulała się w niego, jakby potrzebowała jego ciepła, równych uderzeń jego serca, jego głębokiego oddechu, i majorowi zdawało się, że gdy nic nie mówią, są bardziej niż wtedy, gdy rozmawiają, i zdawało mu się też, że nikt przed nim z nią nie rozmawiał, że mówiono do niej, że ona odpowiadała, ale nikt z nią nie rozmawiał, także ten mężczyzna, a może mężczyźni, którzy byli przed nim i którzy mieli jej do zaoferowania tylko chwilę rozkoszy i strachu, gdzieś na ławce po potańcówce przy drewnianej estradzie koło tężni, wśród kaczeńców na porośniętym wysoką trawą nasypie wału, w gęstych zaroślach za zegarem kwiatowym, w krzakach oczaru i czeremchy, bo przecież nie w hotelowym pokoju. Jej przeszłość nie miała dla niego żadnego znaczenia, jak nie miała go przeszłość każdej z jego kobiet. Dla żadnej nie był pierwszy, ale miał nadzieję, że dla którejś będzie ostatni.

- Jeśli kiedykolwiek będę się kochała z dwoma mężczyznami, jednym z nich będziesz ty - powiedziała mu kiedyś Uta.

Pościel była mokra, ciało Uty lśniło.

Wiele lat później, gdy - jak zwykle - przy okazji jakiejś ważnej rocznicy, dyskutowano przy stole i naraz obecne tam panie zaczęły głośno wyrzekać na upadek obyczajów w młodym pokoleniu, major wtrącił się:

- Wszystkie epoki są jednakowo zepsute. Różnią się tylko stopniem zakłamania. Nasza, muszą to państwo przyznać, była wyjątkowo zakłamana.

Pożegnał się i wyszedł wcześniej. Szemrano mu za plecami, ale przecież było tak, jak powiedział. Nie inaczej. Szedł powoli King Street w stronę Hammer­smith Station i ani długowłosi, brodaci młodzieńcy w szerokich spodniach i kolorowych kubraczkach, ani przytulone do nich krótkowłose dziewczyny z pętami koralików na szyjach nie byli różni od niego. Nie byli różni od Michaliny, Marty, Pauliny, Uty, od Muszki Lipskiej i Zuzanny, od Emily i od Angélique, bo chcieli tego samego, czego ludzie pragną, odkąd uświadomili sobie swoje człowieczeństwo. Jedyną bodaj różnicą było to tylko, że ich bunt nie ugrzązł w słowach i nie skończył się na mieszczańskiej poprawności, takiej porządnej i moralnej aż do porzygania, że mieli odwagę, którą jego pokolenie szafowało bez umiaru na polach bitew, a której zabrakło mu w zwyczajnym życiu, choć może w jakiś sposób to właśnie rodzice przygotowali dzieciom ten sprzeciw, ten bunt, ten zamach na wartości, na normy, na obyczaj. Może to oni napełnili tę beczkę prochem, ale lont podpalił już kto inny, gdyż oni byli za starzy i nie mieli na to dość sił. Major pochwalał ten bunt i ten zamach, który chciał wysadzić z posad stary świat i zdruzgotać go, uśmiechał się do tych młodych ludzi, do ich złudzeń i do ich nowego świata, któremu mógł się tylko życzliwie przyglądać, bo nie miał już pretensji do tego, by był to też jego świat, w głębi serca błogosławił mu, błogosławił uczuciom, nie rozumowi, błogosławił tej radości i beztrosce, nawet gdyby w tym pędzie do zburzenia starego nie było chęci wzniesienia nowego. Wydawało mu się to zresztą mało prawdopodobne. W spokoju można zostawić tylko sztuczne ruiny, można się do nich przyzwyczaić, mogą się one nawet spodobać, mogą zaprzątnąć umysł jak jemu w dzieciństwie zbudowane w parku miejskim ruiny nigdy nie istniejącego zamku, gdzie wymachując wiklinowym kijkiem do serso, siłą nieznającej granic ni przeszkód dziecięcej wyobraźni przenosił się w czasy legendarne, ale obok rzeczywistych ruin nie da się przejść obojętnie: trzeba je albo zburzyć do końca, albo odbudować. Tak myślał i nigdy nie dowiedział się, jak bardzo się mylił.