Twórczość 6/23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

9.00 zł
7.47 zł (7,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tymoteusz Karpowicz

Sypka końcówka

dojadaliśmy właśnie ogień kiedy

wszedł popiół savonarola nieco

z nim zmieszany podał mu rękę

poprzez salamandrę ta ziewnęła

nie zionęła bo z ulęgałek była wyciągnięta

wzdłuż szezlongu tak wystygła

nikt nawet nie chciał jej otrzepać z siebie

w bąblach zaklęsły i niedoparzony:

wówczas wszedł pingwin wpierw podany

na tacy w lodach już miał topniejące

oczy na biało i wiadomo było

że to już wszystko bo nic już znaczyło

NOTA EDYTORSKA

W 2001 roku Tymoteusz Karpowicz, zaproszony przez Instytut Dziedzictwa Narodowego na Festiwal naukowo-artystyczny - Norwid bezdomny, odczytał podczas konferencji krakowskiej (24-25 września) esej pt. Pielgrzym i jego veritas. Potem (27 września) - też w ramach festiwalu - wziął udział w warszawskim wieczorze poetyckim Norwid - inspiracje, na który przygotował dziewiętnaście wierszy (czystopisy maszynowe). Odnalazłem je teraz i porównałem z utworami zamieszczonymi w jego Dziełach zebranych (t. 1-4). Aż jedenaście jest nieznanych, w tym drukowane powyżej. Są one cząstką nigdy nie ukończonego, składanego od początku lat siedemdziesiątych XX wieku, dzieła pt. Rozwiązywanie przestrzeni. W liście do mnie z 23 listopada 1988 roku Karpowicz pisał, że jest ono "drugą częścią Odwróconego światła, jest komponowane jako polimorficzny poemat. Nie chciałbym pokazywać światu jego kawałków, magmy. [...] Boję się niedokończoności". W złożoną strukturę i kreacyjną skalę owego mitycznego poematu możemy wejrzeć poprzez Słoje zadrzewne oraz "kawałki, magmę" dobyte z ocalałych pośmiertnych papierów twórcy, "który nie chciał żyć bez wynalazczości".

Odnalezione wiersze wejdą w skład tomu 4 (10) Dzieł zebranych Tymoteusza Karpowicza, który ukaże się jesienią tego roku nakładem wrocławskiego wydawnictwa Warstwy.

Jan Stolarczyk

Tomasz MajeranLatem 2009

14 sierpnia 2009

Bukowiec - Tarnica - Ustrzyki Górne

Idę wzdłuż południowej granicy Polski. To dawny, jeszcze licealny pomysł, który dzisiaj, na połowie czasu, dość niespodziewanie się realizuje. Być może powinienem czuć coś w rodzaju ekscytacji, poczuć się jak nastolatek na gigancie, ale myślę głównie o tym, że statystycznie rzecz biorąc, najbardziej niebezpieczną część wycieczki mam już za sobą, czyli drogę polskim autobusem po polskich drogach. Przygody są przereklamowane. W ciągu roku więcej osób ginie w wypadkach drogowych na trasie Wrocław - Ustrzyki niż na wszystkich górskich szlakach polskich Karpat i Sudetów.

Przygody są przereklamowane, cieszmy się tym, co mamy. Dzisiaj o czwartej nad ranem pod podszytą wiatrem wiatę na parkingu w Bukowcu podjechała terenówka Straży Granicznej i dwóch miłych kaprali (dla mnie wszyscy ludzie w mundurach to kaprale) grzecznie, acz stanowczo wyrwało mnie ze snu. Byli chyba mocno zawiedzeni, że nie złapali jakiejś kontrabandy, taliba czy choćby seryjnego mordercy poszukiwanego międzynarodowym listem gończym. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę, a na koniec wręczyli mi świstek papieru z całodobowym numerem telefonu zaufania do strażnicy w Stuposianach i przykazaniem, aby dzwonić, gdybym spotkał jakichś obcojęzycznych. Dokładnie tak powiedzieli: obcojęzycznych.

Nawet tak bardzo się nie zdziwiłem. Do świeckiej tradycji moich wypadów w góry należą bowiem takie lub inne kontakty z pogranicznikami, ale trzeba przyznać, że często sam się prosiłem. Dużo historyjek do opowiadania. Idea granic państwowych prezentuje się zapewne świetnie w atlasie historycznym, ale w górskiej praktyce, kiedy już naprawdę musisz zrobić kupę, a jedyne ustronne miejsce jest po nielegalnej stronie szlaku - pojałtański porządek Europy jest ostatnią rzeczą, którą zawracasz sobie głowę.

Więc nie całkiem legalnie, bo poza szlakiem, najpierw płajami, a potem ścieżkami wydeptanymi przez dziką zwierzynę, bladym świtem ruszyłem w góry. Szlak przez Muczne oznaczałby dodatkowy dzień, którego nie mam. Ale jako nieomal tajny współpracownik Straży Granicznej mogłem sobie chyba pozwolić na lekkie przegięcie dzięcieliny? Z Bukowca leśna droga prowadzi prawie pod sam Wołowy, który minąłem trawersem od południa, by utonąć na godzinę w oceanie jagód. Po uzupełnieniu witamin (mikroelementy stanęły na straży komórek) na przełaj przez połoninę na Halicz. A potem standardowo: Tarnica - Wołosate - Ustrzyki Górne.

A na Tarnicy mnóstwo obcojęzycznych. Sam słyszałem jak mówili "pełen wypas", zupełnie nie zważając, że archaiczna forma przymiotnika "pełny" powinna być używana tylko w funkcji orzecznika w orzeczeniu imiennym. Ale na telefon do Straży Granicznej nie zdecydowałem się.

15 sierpnia 2009

Ustrzyki Górne - Krzemieniec - Przełęcz pod Dziurkowcem

Plecak mam stanowczo za ciężki. Z wodą i żarciem grubo ponad 20 kilo. Na razie wyrzuciłem parasol. Po prostu założyłem, że przez najbliższe 30 dni nie będzie padać. Następna w kolejności jest menażka. Spodnie i koszule na razie trzymam, internet też. I Hrabala. Solipsysta na wakacjach.

*

Z Ustrzyk wyszedłem dopiero o jedenastej, więc wiedziałem, że dzisiaj będzie wyrypa i napieranie. Ale jakoś rano nie mogłem sobie odmówić ani dodatkowej porcji snu, ani kubka kawy, który tradycyjnie i niepostrzeżenie zmienił się w trzy kubki kawy i pół paczki fajek. Bo, mój drogi pamiętniczku, ciągle jestem w środku taki zurbanizowany, taki niezbyt rustykalny, taki rozpieszczony. Ale spokojnie, to przejdzie.

*

Tuż przed zmierzchem minąłem na Dziurkowcu trzech młodych Słowaków nostalgicznie popijających wódeczkę i kontemplujących w milczeniu zachód słońca. Najwyraźniej mieli ochotę zrobić to samo co ja - rozbić w jakimś wygodnym miejscu wielogwiazdkowy hotel z widokiem na połoniny.

12 września 2009

Świeradów Zdrój (Czerniawa) - Frýdlant - Bogatynia - Zittau

W Świeradowie jedno było dla mnie jasne - mimo że do końca pozostało niemal 50 kilometrów, nie będę się rozdrabniał i spróbuję ostatni etap przejść w jeden dzień. Po prostu nie usiedziałbym w żadnym schronisku, choćby oferowało najlepszy wikt i opierunek, hiszpańskie spa, tajski masaż, interesujący internet i Bóg wie co jeszcze.

Nie tylko chciałem skończyć wycieczkę tego dnia, lecz także zdążyć na wieczorny pociąg do Wrocławia. Wstałem więc o trzeciej rano i nienerwowo, wręcz pedantycznie spakowałem plecak, uprzednio skonsumowawszy wszystkie zapasy, aby był jak najlżejszy. Nie śmiać się. "Uprzednio skonsumowawszy" bardzo dobrze oddaje tę skrupulatną zawziętość, z jaką szykowałem się do drogi. Tak po prawdzie byłem sobą trochę przerażony.

Godzinę później ruszyłem w kierunku mety.

12 września 2009 roku, na trzy dni przed moimi urodzinami, o 13:05 doszedłem do słupka granicznego nr 1, czyli trzeciego i ostatniego trójstyku na trasie wzdłuż południowej granicy Polski.

Czy czułem radość, satysfakcję, euforię? Tak, bardzo krótko. Dosłownie kilkanaście sekund. Ale żadnych podskoków, okrzyków, przekleństw, przemówień na cztery strony świata. Chwilę później cała wycieczka wydała mi się zupełnie nierealna, miałem wrażenie, że trwała raptem kilka dni, jeden dłuższy wakacyjny weekend - i że to w sumie nic nadzwyczajnego. Że każdy mógłby to przejść. Wystarczy być umiarkowanie zawziętym sukinsynem. Wystarczy odrobina samozaparcia, nieco uczciwych przygotowań, szczypta doświadczenia i łut szczęścia, a przynajmniej brak pecha. Udało się, bo przez 1039 kilometrów nie miałem pecha.

Posiedziałem chwilę nad brzegiem Nysy Łużyckiej, puściłem kilka kaczek po wodzie i, zanim ruszyłem w stronę Zittau, wysłałem znajomym prostego, ale wyczerpującego temat SMS-a:

30 dni 19 godzin 48 minut

Łukasz BarysTobiasz (fragment powieści)

Tobiasz, będąc dzieckiem, stawał na ławce pod drzewami i opowiadał kurom ptasie baśnie. Wiedział, że są zainteresowane, choć nie chcą mu tego okazać - wiedział, że chcą słuchać, co ma do powiedzenia, a ptasie baśnie, które rzuca w ich stronę, podobne do obierzyn albo skorupek, przyciągają je. Żadna z kur nie odchodziła daleko, każda bała się uronić chociaż słowo z miękkich baśni chłopca. Słowa, przypominające obierki jabłka albo kompost, meandrowały po linii światła między nim a kurami i kładąc je na duszne, pocięte powietrze, czuł się odświętnie i wspaniale. Każda kura wydawała mu się prawdziwą koleżanką, którą pragnął wziąć na ręce i tulić do siebie, całować po łebku. Równocześnie stał nad kurami i odpowiednio daleko od nich - a one kłębiły się na dole. Zdawał sobie sprawę z tego paradoksu bardzo dobrze i bolało go to odrobinę.

Dlatego też zaczęli mówić o nim "ksiądz" i w rodzinie postanowiono, że będzie księdzem - uznano bowiem, że właśnie w księdza się bawi i mówi kurom nie baśnie, lecz piękne kazania. On protestował, ale w końcu uznał, że te baśnie opowiadane kurom to kurze ewangelie. Nie lubił kłócić się z rodzicami. Nauczono go, że dobre dziecko to dziecko posłuszne. Grzeczne dzieci to dzieci, które robią to, co ich rodzice każą, bez sprzeciwiania się.

Jego rodzina, widząc dziecko piszące ukradkiem baśnie w kalendarzach, zeszytach bądź na luźnych karteczkach, uznała naturalnie, że powinno ono zostać księdzem. Wokół nie było osób zajmujących się pisaniem, tworzeniem opowieści - na to dziwaczne zajęcie mógł sobie pozwolić wyłącznie ksiądz, dlatego że pozostawał nieco poza społeczeństwem. Będąc mężczyzną, pozostawał również poza męskim kręgiem - miał męskie ciało, ale nie obowiązywały go niepisane prawa i reguły rządzące mężczyznami. Poza księżmi nie znano mężczyzn piszących i utrwalających słowa. Dziewczynkom pozwalano w dzieciństwie pisać pamiętniki, ale chłopcom nie bardzo. To uzewnętrznienie, nawet za pośrednictwem długopisu i kur, było zakazane.

Dziwni chłopcy trafiali więc do seminarium i zostawali księżmi, a potem, w dorosłości, mogli skryć się przed społeczeństwem pod sutanną. Małżeństwo w ich przypadku byłoby nietrafionym pomysłem - która kobieta miałaby wytrzymać z takim marzycielem, nie potrafiącym nic zrobić w domu, wciąż rozmyślającym o sprawach irytująco niebieskich? U księdza się to akceptowało, a nawet lubiło - u księdza pożądało się obcości. Jego inność przyciągała ludzi. Mógł mówić, ponieważ pochodził z innego świata. U księdza akceptowało się pewne oderwanie od rzeczywistości, opowieści o aniołach i cudach, uroczą niewiedzę na temat prawdziwego życia. Jednak w domu takie rozmowy były zakazane, wymieniano się po prostu informacjami oraz poleceniami, kto co ma kupić, kto będzie w aptece, na którą do kościoła, co potrzeba dzieciom do szkoły.

Tobiasz, lubiący się rozkoszować słowami, naturalnie został więc uznany za kandydata do seminarium. Jego rodzina, bardzo mocno wierząca, czuła wielką radość, a chłopiec, choć nieco przytłoczony tą odpowiedzialnością, cieszył się, że nie będą mu przeszkadzać i zostawią go w spokoju - że będzie mógł łazić po chaszczach, opowiadać kurom piękne baśnie, spać w namiocie, patrzeć w pełne gwiazd niebo i skakać po sianie i słomie. Nikt nie powie mu, że ma przestać. Miał wkodowane posłuszeństwo wobec rodziców i dziadków, i cioć, i zdarzało się nawet, że miał ochotę służyć przypadkowym dorosłym. Jego obsesja doprowadziła do tego, że czuł się źle, bawiąc się na podwórku dla własnej przyjemności. Stąd też te baśnie, które opowiadał właśnie kurom, a nie samemu sobie. Wszędzie widział cierpienie i nie potrafił tego znieść - w kurach, które są hodowane na mięso, upośledzone i niezdolne do lotu, a także po prostu dziwacznie smutne, widział tego cierpienia szczególnie dużo. Lecz cierpienie uderzało go także w dziadku, babci, matce, tacie, sąsiadach, ciotkach, drugiej babci, mieszkającej w mieście wdowy. Cierpienie uderzało go w bezdomnych psach, potrącanych przez auta kotach, świerszczach i mrówkach. Czasami zdawało mu się, że nie zniesie ilości cierpienia, które przelewało się po świecie, kładł się do łóżka i płakał. Raz pracował w ogrodzie z babcią i sypał sól na ziemię, by zabić mrówki. Czuł do siebie wstręt; deptał te mrówki. Chciał stać się mordercą, utulić uczucia do snu. Potem nie mógł spać, a wspomnienie zbrodni prześladowało go w snach. Widział na chodniku krew mrówek, ich maleńkie, martwe ciała. Widział też cmentarz much - lep uwiązany do lampki u sufitu, trupiarnię obracaną wraz z podmuchami wiatru wpadającego przez uchylone okno do kuchni, a także martwego komara, którego tata zabił plaśnięciem ręki na udzie mamy. Poszedł do spowiedzi i szepnął księdzu, co zrobił. Ksiądz kazał mu zmówić zdrowaśkę, lecz Tobiasz nie poczuł ulgi. Modlił się i miał wrażenie, że przechodzi zbrukaniem na wskroś. Przeraziło go to i miał ochotę iść do spowiedzi ponownie, lecz wstydził się. Dlatego też odczekał, aż będzie sam i poszedł na łąkę za domem, schował się za krzakiem porzeczek i podniósł twarz ku niebu i słońcu. Jego palce powędrowały ku górze. Chłopiec miał wrażenie, że zamienia się w drzewo, a ludzkie namiętności spływają z niego ku ziemi, by się tam rozpuścić i zniknąć. Spowiadał się niebu bez pośrednictwa księdza, mówił cicho i powoli, aż w końcu przestał, bo zauważył idącego ścieżką sąsiada, patrzącego na niego teraz w osłupieniu. Za stodołą nie mieli płotu, lecz po prostu otwartą przestrzeń. Tam chodzili ludzie i zwierzęta.

Posłuszeństwo wobec starszych oraz chęć przypodobania się im zaprowadziła Tobiasza naturalnie do ołtarza. Matka zapisała go do ministrantów. Może nieszczególnie chciał, ale przecież poszedł. Od tej pory co niedzielę żegnał się z rodzicami przed kościołem i przez boczne drzwi wchodził do zakrystii. Tam przebierał się w komeżkę. Czasami podobało mu się służenie do mszy, ale rzadko - czuł straszne zażenowanie faktem, że ludzie się na niego patrzą, że widzą, co robi. Miał ochotę się przed nimi schować, ale nie mógł i zdarzało się, że tak bardzo skupiał się na tym, że go obserwują, że zapominał księdzu podać pucharek albo wodę. Ksiądz denerwował się nieuważnością chłopca. Jednak zdarzało się to dość rzadko.

Adrian GleńNa deficyt obecności.Notatki na marginesie Esejów Tymoteusza Karpowicza

Habent sua fata libelli. Ale i czytelnicy mają swoje historie. Nie czytamy wszak książek zawsze wtedy, gdy czekamy akurat na określone słowo, wieść, przesłanie. Mimo to zdarza się nam przeczuwać, iż ta, a nie inna lektura musi być w naszym - określonym, sprowadzonym do tu i teraz - czasie elementem, który przyniesie niezbędną do dalszej egzystencji wiedzę. Ba, chcielibyśmy, aby lektury przychodziły w takim właśnie momencie, aby - po ich odbyciu - można było powiedzieć: "ach, tak, tego pragnąłem, tego wyczekiwałem, słowa te (a nie inne) przyszły w samą porę". Więc chcemy, by czytanie konkretnej książki było przez nas widziane jako swoista konieczność, może nawet metafizyczna, jak odpowiedź podszeptana w wewnętrznym języku, której nikt, tylko my właśnie stajemy się adresatami. Ilekroć zatrzymuję się na tej transcedentalnej przypadłości mojego myślenia, tyle razy staje mi przed oczami wiersz Kto na kogo czeka Juliana Kornhausera ze Zjadaczy kartofli:

Chciałem sięgnąć po książkę,

ale w pewnej chwili moja ręka

zatrzymała się w powietrzu:

nie wiedziałem, co wybrać.

Jak to dobrze, pomyślałem

nagle, że to książki czekają

na mnie, a nie ja na książki.

Kornhausera nie interesował dyskurs dotyczący "wsobności" literatury, jej "literackości". Wszak literatura jest universum ustrukturowanym (a życie rzadko kiedy takim bywa), w którym istnieją pewniki (oto na przykład początek, komplikacja, wreszcie coda), "światem" poddającym się badaniu, obiektem wdzięcznym, oferującym siebie jako substytut domostwa, nawet wtedy, gdy dzieło łamie się, rwie, gdy autor kluczy, meandruje, powtarza się i przyznaje do kapitulacji, nawet wówczas dzieło staje się obrazem tego wszystkiego, a jako takie ustanawia pewną ramę dla tego, co w naszym życiu i poznawaniu właśnie anarchiczne, bezforemne, nieposkładane. No i nawet jeśli nie jest "ucieleśnieniem" ładu, interpretujący znawca usuwa zazwyczaj to, co inne/niewyrażalne. Wszak zamieszkać można tylko w przestrzeni, która poddaje się uprawie.

Końcowe, zapisane w wierszu olśnienie: "Jak to dobrze, pomyślałem / nagle, że to książki czekają / na mnie, a nie ja na książki", świadczy o tym, iż upragnioną, wartościową wydaje się sytuacja ustabilizowania "ja", że - owszem - człowiek rozumie siebie w kategoriach procesualnych (gest poszukiwania "litery w bibliotece" wszak, zauważmy, wynika z niemożności dookreślenia własnych oczekiwań), jednakowoż ma poczucie, iż ukonstytuowanie jego własnej podmiotowości musi się dokonać. Jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że są ludzie, których nie interesuje w ogóle możliwość scalenia, opowiedzenia swojego życia, choćby było lepianką, na którą składają się sekwencje wydarzeń, koraliki nanizane na jeden sznurek żywota. Aby dalsze uczestnictwo w kulturze było świadomym aktem wyboru i kreacji, aby to "książki na mnie czekały", musimy mniej więcej wiedzieć, kim jesteśmy. Żeby bowiem słowo ugodziło nas swoim wezwaniem, potrzeba zarówno przystawalności, jak i pierwotnej obcości tego słowa wobec naszego kulturowo-językowo świata, którego w jakiś sposób jesteśmy pewni (a przynajmniej nie kwestionujemy tego, że istnieje w przeczuwanej przez nas postaci). Wówczas bowiem potrafimy literaturze zadawać nurtujące nas pytania, a wcześniej ku niej w ogóle się zwrócić.

Odsuwając już na bok (być może upiorną) dialektykę przypadku i konieczności: splotły się we mnie w tym czasie dwie lektury - kilka fenomenalnych tekstów z trzeciego tomu Esejów Tymoteusza Karpowicza oraz (odkładana wielokrotnie) Produkcja obecności Hansa Ulricha Gumbrechta, na którą chrapkę miałem od lat i jakoś wciąż coś odwodziło mnie od czytania (tak, nie sprzyjało też przedzieranie się przez wątpliwą genealogię tytułowego procesu, przez co grzęzłem w pierwszym rozdziale i jakoś ruszyć z miejsca nie mogłem). A nitki tematów zaczęły wlec mnie w różne strony, więc trzeba było powracać do lektur, jakie stanęły na powrót przede mną (no właśnie, proszę - siła produkcji obecności!) wywołane przez kilka celnych jak u łucznika zdań czarodzieja od Kamiennej muzyki i tego, który pozwolił spojrzeć na literaturę, i na filologiczną pracę, jako na proces wywoływania rzeczywistości.

*

Niech więc nasamprzód przyjmą wyrazy wdzięczności Jan Stolarczyk (wieloletni opiekun spuścizny Tadeusza Różewicza i Tymoteusza Karpowicza) i Joanna Roszak, dzięki którym ukazuje się właśnie trzeci tom Esejów autora Trudnego lasu. Bez ich czułości, pracy, rozkosznego trudu gromadzenia tekstów nie mielibyśmy możliwości partycypować w dalszych aktach rozpoczętego w dwóch pierwszych tomach procesu scalania i przywracania korpusu dzieł Karpowicza i przekonywać się od nowa, że wszelkie miazmaty stereotypów, mity o "poecie ciemnym", "krytyku dla wtajemniczonych" są w gruncie rzeczy oparte na sądach obiegowych, legendach i uproszczeniach! Już pierwszy tom dowiódł tego nadzwyczajnie, drugi - przypieczętował tylko to rozpoznanie, przynosząc obraz Karpowicza jako człowieka głęboko oddanego literaturze, który potrafił cierpliwie tłumaczyć "praktycystycznemu" umysłowi człowieka wychowanego w kulturze amerykańskiej konieczność i potrzebę wsłuchiwania się w głos poezji oraz tego, który widział siebie w służebnej roli przywracającego amerykańskiej Polonii (i nie tylko przecież temu audytorium) zapoznane dziedzictwo literackie.

Przemysław DakowiczFlaczki wprost z rynsztoków

Pomyślałem o wierszu Tadeusza Gajcego, gdy podczas naszej rozmowy na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie opowiadający o ukraińskich doświadczeniach ostatnich miesięcy Ostap Sływynski wspomniał znajomą poetkę, Katerynę Michalicynę, która przycupnąwszy w którejś z piwnic Lwowa podczas alarmu przeciwlotniczego, obmyślała wiersze i zaraz potem, po wyjściu na światło dzienne, publikowała je w internecie. "Niestety, nie potrafię tak" - przyznał Sływynski, autor właśnie przełożonego na polski Słownika wojny.

Niewielu to potrafi. Wyłączyć instynkt samozachowawczy i przypatrywać się wszystkiemu niczym bezstronny widz. W sytuacjach skrajnych nas, ludzi - zrobionych, jak wszystkie zwierzęta, z mięsa, kości, krwi - paraliżuje teraźniejszość.

Pomyślałem o wierszu Gajcego, bo ów przedwcześnie dojrzały poeta pod koniec swojego krótkiego życia zyskał rzadką umiejętność oglądania rzeczywistości z "drugiego brzegu", z dystansu, jaki daje najgłębsza i najbardziej dojmująca świadomość - świadomość własnej śmiertelności. Był jak owad, który sam uwalnia się z wnętrza bursztynu. No, może nie całkiem sam - umożliwiają mu to (zmuszają go do tego) okoliczności historyczne, wydarzenia na przemian podniosłe i potworne, w których bierze udział.

Kiedy w lutym minionego roku wojska rosyjskie przekroczyły granicę Ukrainy, Ostap Sływynski zgłosił się do wojska. Nie przyjęto go jednak - ktoś mądry we lwowskiej komendzie mobilizacyjnej pomyślał, że pisarz i badacz literatury przyda się na innym "froncie". Ale kto wie - gdyby rosyjskie wojska nie zostały zatrzymane pod Kijowem i doszły do Lwowa, może chwyciłby za broń tak, jak w sierpniu 1944 roku zrobili to młodzi poeci warszawscy.

Napisałem "chwycili za broń", nie jest to jednak określenie ścisłe. Zdzisław Stroiński dysponował wprawdzie kupionym za siedem tysięcy złotych waltherem kaliber 7,65, ale brakowało mu do niego naboi. Z kolei Gajcy miał tylko granat zaczepny, zwany "filipinką". Właśnie z powodu niedostatecznego uzbrojenia do grupy szturmowej porucznika "Ryszarda" przyjęto ich dopiero po kilku dniach. Walczyli na granicy dawnego getta - w okolicy placu Bankowego, Senatorskiej i Bielańskiej, stawiając opór między innymi kryminalistom ze specjalnych oddziałów Dirlewangera oraz żołnierzom SS-Gruppenführera Reinefartha, odpowiedzialnego za przeprowadzoną w pierwszych dniach sierpnia eksterminację kilkudziesięciu tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci z dzielnicy Wola.

Reinefarth - rówieśnik poety Józefa Czechowicza, zabitego podczas niemieckiego bombardowania Lublina we wrześniu 1939 roku, jedenaście lat młodszy od Brunona Schulza, zastrzelonego w drohobyckim getcie, i osiemnaście lat starszy od Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Zdzisława Stroińskiego, którzy zginą podczas powstania w Warszawie - w powojennych Niemczech Zachodnich będzie czynnym politykiem i działaczem społecznym, wystarczająco popularnym i cenionym, by przez siedemnaście lat sprawować funkcję burmistrza miasteczka Westerland na wyspie Sylt i przez jedenaście lat być posłem do parlamentu miasta związkowego Schleswig-Holstein.

Tyle szczęścia (i czasu) nie będzie miał urodzony w 1922 roku poeta Gajcy. Od chwili, gdy w po raz pierwszy stanie oko w oko z żołnierzami Reinefartha, do jego śmierci upłynie kilkanaście dni. Zginie 16 sierpnia w wysadzonej przez Niemców oficynie kamienicy przy ulicy Przejazd 1/3. "Gdy odczytujemy dziś jego wiersze, mówimy zwykle o zastanawiającym przeczuciu śmierci" - stwierdza Andrzej Tauber-Ziółkowski, by zaraz dodać, że "nie było [to] przeczucie, ale pewność, chwilami, być może, nawet pragnienie" (Portrety twórców "Sztuki i Narodu", Warszawa 1983, s. 243).

Jak i z czego w umyśle młodego człowieka zrodzić się może owo trudne do pojęcia "przeczucie" czy też "pragnienie" śmierci? Dzieje się tak, gdy jedno państwo przemocą ingeruje w sprawy drugiego państwa, gdy - wysławszy swoje "zielone ludziki", swoich "hitlerowców", "kadyrowców", "wagnerowców" czy "nazistów" - niszczy jego wewnętrzną równowagę i próbuje na jego terenie ustanowić nowy, własny "porządek". W zetknięciu z przemocą powstają niekiedy, pisane in articulo mortis, teksty kwestionujące wszelkie wiary młodości, tak gorzkie jak zanotowana na papierowej torebce rzeźnicko-kanibalistyczna "fraszka" Tadeusza Gajcego.

13 sierpnia, chwilę po tym, gdy rozegrała się najbardziej przerażająca scena powstania, on i jego dowódca, Mieczysław Kraczkiewicz (ps. "Skorpion"), trafili na ulicę Kilińskiego. Wśród rozentuzjazmowanego tłumu wybuchł tam niemiecki transporter amunicji. Okoliczne domy zostały zbryzgane ludzką krwią do drugiego piętra, wszędzie wokół widoczne były fragmenty ludzkich ciał. Gajcy napisał o tym wiersz - jeden z najbardziej bezwzględnych w polskiej literaturze, świadectwo ostatecznego rozstania ze złudzeniami i mitami "górnej i chmurnej" młodości. Kilka dni później już nie żył. Jego ciało wydobyto spod gruzów niespełna rok później. By się do niego dostać, trzeba było usunąć dwa metry odłamków, cegieł, fragmentów muru.

Rękopis ostatniego ze swoich tekstów wręczył poeta dowódcy, ten zaś odważył się podać go do druku dopiero dwie dekady po wojnie - wcześniej nie był pewien, czy należy z nim zapoznawać czytelników. Przepisuję ten samobójczy akt poetycki i rozgłośny protest przeciwko śmiercionośnemu absurdowi wojny napastniczej w kilka dni po tym, gdy Rosjanie wysadzili zaporę w Nowej Kachowce, rujnując życie tysięcy ludzi. Niech rani, jątrzy, krzyczy - w imieniu przeszłości i teraźniejszości tej części Europy, w której żyjemy (i umieramy):

- Święty kucharz od Hipciego,

Wszyscy święci, hej, do stołu!

W niebie uczta: polskie flaczki

Wprost z rynsztoków Kilińskiego!

Salcesonów misa pełna.

Świeże, chrupkie. Pachną trupkiem:

To z Przedmurza!

Do godów, Święci, do godów,

Przegryźcie Chrystusem Narodów!

5/2023

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (zastepca redaktora naczelnego, poezja, ksiazki poetyckie),

Wojciech Kudyba (eseje),

Wojciech Łysek (redakcja, korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: [email protected] www.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: [email protected]

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, [email protected] Ceny na rok 2023: numer pojedynczy - 13 zł; numer łączony 7/8 - 20 zł; prenumerata półroczna - 75 zł; prenumerata roczna - 150 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 SWIFT CODE: GOSKPLPW Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską. za pośrednictwem RUCH S.A.: Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: [email protected] WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI" są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi) oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: [email protected]

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.