Twórczość 7-8/23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

18.00 zł
14.94 zł (15,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Leszek BugajskiDługie pożegnanie

Krzysztof Bielecki: Zsunęła się z krzesła. Ciennik. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, s. 232.

W kwietniu 2020 roku "Twórczość" opublikowała obszerny szkic Macieja Libicha o twórczości Krzysztofa Bieleckiego. W pierwszym akapicie Libich postawił pytanie: "Dlaczego wciąż nie powstał żaden pogłębiony szkic o Bieleckim?". I zamiast męczyć się z odpowiedzią na nie, po prostu taki szkic napisał, ale - niestety - ani nie sprowokował innych do polemiki, ani nie zachęcił, by napisali swoje, równie pogłębione co jego. Skąd takie pytanie? Ano stąd, że według opinii Libicha, z którą bez wahania się zgadzam, Krzysztof Bielecki to "prawdopodobnie jeden z najbardziej spójnych, konsekwentnych i pomysłowych polskich pisarzy XX i XXI wieku". Mimo łagodzących jej wydźwięk formułek, jest to mocna opinia, ale - o dziwo! - nikogo nie oburzyła ani nie nakłoniła do wyrażenia swojego zachwytu prozą Bieleckiego. Zapadła cisza, jaka zwykle zapada wokół pisarza, nawet wybitnego, który "nie kłania się" czytelnikowi, tylko robi swoje tak, jak uważa, że powinien.

Teraz mamy nową powieść Krzysztofa Bieleckiego, siódmy tom prozy, jaki wydał. Uważam, że Zsunęła się z krzesła to najlepszy utwór pisarza spośród dotychczasowych. I że to utwór pod wieloma względami różniący się od wszystkiego, co napisał. Czy to jest zapowiedź zmian, jakie nastąpią w twórczości Bieleckiego? Spodziewa się ich Libich, uważając, że nie bez powodu w zakończeniu powieści Nóż z 2019 roku jej autor "przetasował karty i szykuje nowe rozdanie". Dopuścił nawet taką możliwość, że autor Noża nie napisze już ani słowa.

Otóż w radykalną zmianę pisarstwa Bieleckiego nie wierzę i jej się nie spodziewam, bo wypracował on tak charakterystyczny sposób przetwarzania świata i pisania, że nie zdecyduje się na jego zmianę. Nie ma powodu, bo najpierw sam musiałby się zmienić jako człowiek. Widać zresztą, jak dobrze się czuje w swoim literackim świecie i z narzędziami, którymi się posługuje, wędrując po nim. Wydaje mi się, że on chce być takim pisarzem, jakim jest, bo to go bawi i w tym się spełnia. Bez jakiegokolwiek przymusu, co zresztą niejeden raz już zasygnalizował: pisze i chce pisać tylko wtedy, gdy czuje, że ma powód. Przy tym wbrew pozorom jego proza wcale nie jest tak ludyczna, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.

No i właśnie napisał powieść po Nożu. W jej przypadku powód jest jasny i dramatyczny, a nawet taki, który wymusił na nim pisanie. Zrozumiałe więc, że nowa powieść różni się bardzo od wcześniejszych.

A wcześniej... Bielecki - jako dwudziestolatek - debiutował opowiadaniami publikowanymi w 1980 roku w "Nowym Wyrazie". Powstały one w czasach polskiej smuty końca lat siedemdziesiątych XX wieku i pokazywały, jak wrażliwy młodzieniec ucieka w obszar pisarskiej swobody przed nudną i smętną rzeczywistością, w której żył. Bielecki po prostu stworzył literaturę z tego, co prawdopodobnie było wtedy jego głównym życiowym doświadczeniem - z literatury, którą przeczytał, przeżył, wchłonął. Poprzerywał przy tym na własny użytek bariery gatunkowe tej literatury i konwencjonalne ograniczenia językowe. Inaczej mówiąc: poszedł na żywioł, ale się w tym nie zagubił, o czym zaświadczają jego pierwsze książki, Nie ma czarów, nie ma aniołów oraz Fistaszek..., obie wydane w 1987 roku. Jeszcze przed ich publikacją w "Twórczości" ukazała się w dwóch numerach jego powieść End & Fin Company.

Ten zestaw to młodzieńcza twórczość Bieleckiego, w której widać artystyczny "napęd", wiarę w siłę takiej literatury, która za nic ma jakiekolwiek ograniczenia, powstaje z najróżniejszych składników, czerpie, skąd chce. I żartuje, z czego chce i jak chce. Pojawia się też naturalna tęsknota za utraconym "rajem" dzieciństwa. Wydawać by się mogło, że Bielecki odwrócił się od tego, czym i jak żyli wtedy ludzie. Jeśli nawet tak, w czym nie byłoby nic szokująco dziwnego, to jednak nie oderwał się całkowicie. We wstępie do książkowego wydania End & Fin Company (1992) napisałem, że młody człowiek, jakim wówczas był Bielecki, musiał wyciągać wnioski z tego, co obserwował wokół siebie. Na planie szerszym wniosek, jaki mu się prawdopodobnie nasunął, był taki, "że wszystko jest chaosem, że rozpadają się kulturalne hierarchie, że niczego nie można być pewnym, niczemu ostatecznie nie można zaufać".

Potwierdzały to obserwacje zdarzeń wokół niego. Dwa lata wcześniej zakończył się stan wojenny, który był namacalnym dowodem na "nietrwałość wszystkiego, co można było uważać za trwałe. Skoro bowiem jedną decyzją zlikwidowano ruch społeczny obejmujący trzecią część narodu, rozwiązano cały szereg instytucji, pism itp., to musiało to prowadzić do przekonania, że wszystko można łatwo zburzyć, doprowadzić do rozpadu" w sensie bardzo dosłownym. Można więc domniemywać, że to właśnie doprowadziło Bieleckiego do przeświadczenia, że skoro nic nie jest ostateczne, to ta "nieostateczność" dotyczy też literatury i można ją potraktować jako rodzaj gry, werbalnej zabawy, "w której można zawrzeć sprawy istotne, ale tak jakoś nie do końca na serio, bo w nic nie można się zaangażować, by nie przeżyć klęski w momencie zanegowania przez siły zewnętrzne". Takie, jak mi się wydaje, było podglebie niezwykłego pisarstwa Bieleckiego z tamtych czasów.

Po tej eksplozji talentu i fantazji nastąpiła w jego twórczości przerwa - między wydaniem wspomnianej powieści a następną książką Bieleckiego minęło trzynaście lat. To niezwykłe jak na młodego pisarza. Wiem, że intensywnie zajmował się wtedy czymś innym, ale myślę, że zajmował się też analizą swojego pisania. I kiedy wrócił do niego, był już nieco innym pisarzem - najprościej mówiąc: dojrzalszym, przygaszonym i bardziej sentymentalnym. Z tą przemianą nie można jednak łączyć nowej powieści Bieleckiego Zsunęła się z krzesła, bo jej źródło jest kompletnie inne niż całej wcześniejszej twórczości pisarza. Inny też jest "mechanizm" powieści. We wcześniejszych swobodnie uciekał od realnego świata do sfery fantazji, gier wyobraźni, w tej też tego próbuje, ale dramat stanowiący oś powieści trzyma go mocno przy realnych zdarzeniach.

Tym głównym wydarzeniem jest śmierć matki narratora - coś ostatecznego, co sprawia, że ten utwór jest opowieścią o znikaniu. Znikaniu tej części świata, której główną osobą była matka, i ostatecznie o zniknięciu całego świata, który jakby pociągnęła za sobą. Bez niej świat jest inny, oczywiście świat narratora, ale Bielecki jako autor po swojemu generalizuje to i w ostatniej części powieści "szkolna wycieczka z Marsa wpadnie posprzątać resztę Ziemi. Ten cmentarz. Skończą się wojny". Ziemia jest pusta, jakby śmierć matki zniszczyła ład i bez niej cywilizacja się zatraciła i zginęła. Zostały tylko, jak to na cmentarzu, kości. I marsjański uczeń szóstej klasy, rocznik 2244, znajduje kość "mamy Krzysztofa Bieleckiego". To scena jak z science fiction, niby żart, ale nie można dać się zwieść pozorom - tak narrator powieści opłakuje śmierć matki i trudno wyobrazić sobie silniejszy znak miłości i zarazem rozpaczy jak to właśnie. Matka umarła, wraz z nią umrze świat, bo ona była jego opoką. Skoro matka umarła, to niech umiera cały świat.

Roland Barthes w swoim Dzienniku żałoby, którym ośmielił innych do opowiadania o śmierci któregoś z rodziców, zanotował 2 listopada 1977 roku: "Teraz już wiem, że moja żałoba będzie chaotyczna", jakby wcześniej nie wiedział, że traumatyczne przeżycie uruchamia właśnie chaotyczny ciąg wspomnień i wyobrażeń. Powieść Bieleckiego jest chaotyczna w podobny sposób jak zapiski Barthes'a, ale opisana w niej żałoba nie ma kresu. Natomiast Francuz w czerwcu 1978 roku odnotowuje powrót do życia i zawodowych obowiązków. I to jest znak tego, że jego żałoba została stłumiona, wygaszona. U Bieleckiego pamięć o matce wpisała się w narratora powieści na stałe, jakby żal po jej stracie miał się nigdy nie skończyć.

Oczywiście Dziennik żałoby to dziennik, a więc zapiski z zasady przedstawiające prawdę, a Zsunęła się z krzesła to powieść, czyli z zasady fikcja literacka. Ale czy aby na pewno? Kiedy przed laty starałem się podsumować prozę Bieleckiego z połowy lat osiemdziesiątych minionego wieku, napisałem, że "jest pełnym napięć spacerem po granicy pomiędzy odsłonięciem się i kamuflażem, jest twórczością, w której widoczna jest wewnętrzna potrzeba wszelkich artystycznych ujawnień samego siebie i strach, jaki możliwość takiego ujawnienia wzbudza w autorze, strach..., no, może obawa przed własną bezbronnością w sytuacji ostatecznego ujawnienia, gdy nie zostaje już nic, czym można by się było osłonić - ani literacka maska, ani ironia, ani zwyczajny śmiech".

To przypomnienie dawnego tekstu zestawione z nową powieścią pokazuje, co tu się stało. Nie ma w Zsunęła się z krzesła literackich masek, nie ma ironii, nie ma śmiechu. Co więcej, właściwie nie ma żadnego dystansu pomiędzy autorem i narratorem. Narrator nazywa się Krzysztof Bielecki, wszystkie inne postaci (w każdym razie z jego rodziny - bo to potrafię zweryfikować) występują pod prawdziwymi nazwiskami. Prawdopodobnie poza Tytusem Emfazym Cienkim, który nie należy do rodziny, a jest postacią, która świetnie dałaby sobie radę w innych powieściach Bieleckiego, jest jakby kumplem tych wszystkich Fistaszków, Gagatków i innych. Powieściowe szczegóły topograficzne też się zgadzają z realnymi, a opisy postaci z realnymi osobami.

Bielecki zderzony z prawdziwą tragedią rodzinną zerwał literacką maskę. Musiał pomyśleć, że chcąc napisać to, co trzeba - czy może nawet napisać to, co nie mogło być powiedziane potocznym językiem - musi się odsłonić, bo tylko tak jego żałoba pojawi się z całą siłą. A potem może jakimś cudem złagodnieje, gdy już zostanie opisana. I pisze. Pięknie opisane sceny z życia rodziców (pierwsza randka!) przeplatają się ze snami czy scenami wyobrażonymi, które mają przynieść ulgę. Choćby matka na Marsie - scena przerywająca odwieczne roztrząsania, czy istnieje życie na Marsie. Jasne, że tak, tam żyje pani Bielecka i nawet wydaje bankiet z okazji przybycia kosmicznej sondy, która - zantropomorfizowana - zasiada przy stole z domu w Kutnie.

Raz się udaje pisarzowi uciec w fantazję, kiedy indziej musi wracać do rzeczywistości i wybierać marmur na nagrobek, walczyć z wodą pojawiającą się w grobie matki. A jeszcze kiedy indziej cofa się wspomnieniami do przeszłości, niekiedy tak odległej, że już tylko wyobrażonej (poczęcie narratora), niekiedy tą wyobraźnią ubarwianej, jak w scenie przeprowadzki, gdy rośliny z ogródka też wsiadają na ciężarówkę, by wyjechać na nowe miejsce wraz z rodziną Bieleckich.

Przeprowadzka to też ważna sprawa w powieści. Od sceny wjazdu ciężarówki na podwórko zaczyna się opowieść, potem ta scena wraca dopowiadana ze szczegółami, ale rzecz w tym, że to największa przeprowadzka w życiu matki. Następną będzie właśnie śmierć - przeprowadzka gdzie indziej. Pewnie dlatego od niej Bielecki zaczął swoją powieść. Od zapowiedzi. A zakończył unicestwieniem wszystkiego, niby żartobliwym, ale w istocie poważnym.

W tej powieści słowo miłość pojawia się tylko raz, ale nie jest to miłość syna do matki, ale miłość matki do niego. Narrator nie używa słowa kocham. Omija taką dosłowność. Ale czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że cała powieść to właśnie wyznanie miłosne syna kierowane do matki, wyraz dorosłego zrozumienia jej życiowych cierpień i niespełnień. To, co nie jest nazwane wprost na skutek wewnętrznych zahamowań, przekształca się w powieść, w wyznanie miłosne i w pożegnanie. I staje się też portretem matki: wesołej, podsuwającej synowi książki (i to nie byle jakie), kochającej, ale też chorującej i przerażająco bezradnej.

 7-8/2023

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (zastepca redaktora naczelnego, poezja, ksiazki poetyckie),

Wojciech Kudyba (eseje),

Wojciech Łysek (redakcja, korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI:00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16,tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52,e-mail: [email protected]

WYDAWCA:Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: [email protected]

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, [email protected] Ceny na rok 2023:numer pojedynczy - 13 zł;numer łączony 7/8 - 20 zł;prenumerata półroczna - 75 zł;prenumerata roczna - 150 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 SWIFT CODE: GOSKPLPW Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską. za pośrednictwem RUCH S.A.: Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: [email protected]WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI" są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi) oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: [email protected]

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

Jarosław JakubowskiKoń(fragment powieści)

W pokoju posilamy się suchym chlebem i czarną kawą, bo nic innego nam już nie zostało, a potem w końcu wychodzimy z hotelu. Podążamy w milczeniu w kierunku targu końskiego. Niekiedy wyprzedzają nas śpieszący tam również ludzie albo zaprzęgi konne lub pojazdy mechaniczne ciągnące przyczepy ze zwierzętami. Mijając kolejne parcele, otoczone półumarłymi ogrodami domy, myślę o moim życiu. Straciłem w nim wiele szans, zwykle z własnej winy, choć czasami ubiegali mnie po prostu bardziej zaradni, sprytni i bezwzględni. A może po prostu lepsi. Osiągnąłem stosunkowo niewiele. Dość szybko, jeszcze przed ukończeniem studiów na politechnice, znalazłem pracę realizatora dźwięku w lokalnej rozgłośni radiowej. Lubiłem tę robotę. Do moich obowiązków należało dbanie o to, aby do uszu słuchaczy docierał dźwięk dobrej jakości, bez szumów, trzasków i innych zakłóceń. Szczególnie lubiłem nocne audycje na żywo, kiedy do studia dzwonili słuchacze. W naszej rozgłośni prowadził je od wielu lat doświadczony dziennikarz, operujący przyjemnym barytonem. Ludzie lubili jego programy, bo pozwalał im mówić to, co chcieli, i nie wprowadzał właściwie żadnych ograniczeń. Musiałem tylko pilnować, żeby na antenę nie dostawały się bluzgi, co wymagało ode mnie sporego refleksu. Kiedy rozmówca wpadał w złość i zaczynał sypać przekleństwami, natychmiast zagłuszałem go muzyką. Puszczałem jazz albo ballady rockowe, czasem bluesa, choć za bluesem raczej nie przepadam. No i stary polski bigbit. Redaktor uwielbiał stare polskie kawałki. Tak samo Beatlesów, szczególnie George'a Harrisona. Często też znajdował wykonawcę, o którym wcześniej nie miałem pojęcia, i prosił, żebym go dzisiaj puścił. Kiedy kawałek dobiegał końca, prowadzący swoim spokojnym głosem komentował wypowiedź słuchacza, przy czym nigdy nikogo nie oceniał, starał się raczej wczuwać w sytuację osoby z drugiej strony. Był w tym naprawdę dobry i lubiłem go słuchać. Mieliśmy swoje rytuały. Zjawiałem się w studio godzinę przed rozpoczęciem audycji, żeby wszystko przygotować. Kwadrans przed wejściem na antenę robiłem mocną czarną kawę, która już czekała na redaktora na jego stoliku z mikrofonem. Pojawiał się znienacka, zrzucał swoją brudnozieloną parkę, pod którą zwykle miał jakąś wypuszczoną na dżinsy koszulę w kratę, i zajmował swoje miejsce. Zakładał słuchawki na uszy i wymienialiśmy się krótkimi uwagami, czasem rzucił coś śmiesznego, opowiedział, co spotkało go tego dnia. Ja odpowiadałem i tak upływały minuty pozostałe do godziny zero. Wtedy zapalało się czerwone światełko, podnosiłem prawą dłoń, on odpowiadał tym samym i audycja ruszała. Na początek szedł zawsze ten sam kawałek. Tak chciał mój prowadzący, a mnie ten pomysł bardzo się podobał. Było to Yesterday Beatlesów, co miało nastrajać słuchaczy do wspomnień i w ogóle do głębszych refleksji o życiu. Po piosence zawsze, bez wyjątku, czekał już pierwszy słuchacz, który chciał podzielić się swoimi przemyśleniami. Łączeniem rozmów zajmowała się koleżanka Wiesia, która kiedyś prowadziła w naszym radiu pasmo kulturalne, ale szefostwo zdjęło je z anteny, bo słuchalność była zbyt niska. Ponieważ nie chciano pozbywać się ze stacji tak doświadczonej dziennikarki, zaproponowano jej właśnie współpracę przy nocnym programie na pół etatu. Wiesia przyjęła propozycję, bo nie umiała żyć bez radia, zawsze powtarzała, że to jej prawdziwy dom. Zresztą kilka lat wcześniej przeszła niewielki udar, po którym został jej lekki paraliż lewej strony twarzy, przez co jej wymowa była dość niewyraźna. Tak naprawdę to było przyczyną odebrania jej audycji kulturalnej, choć nikt tego wprost nie formułował.

Słuchacze dzwonili z najróżniejszymi sprawami. Często były to prośby o pomoc czy poradę w jakichś sprawach urzędowych, ale prowadzący zawsze wtedy mówił, że gdyby miał to być program interwencyjny, to musiałby trwać co najmniej dobę. Wiesia jednak zapisywała namiary takich słuchaczy i przekazywała sprawę naszemu działowi reporterów. Zdarzały się, i to wcale nierzadko, telefony od ludzi, którzy w swoim życiu przeżywali trudne chwile. Ciężka choroba własna albo bliskiej osoby, zawód miłosny, tarapaty finansowe. Nie widzieli przed sobą przyszłości, nawet nie prosili o pomoc, tylko pragnęli zostać wysłuchani. Prowadzący bezbłędnie rozpoznawał, kto rzeczywiście zmaga się z życiem, a kto cierpi na chorobę psychiczną, bo i tacy się trafiali. Ich opowieści na początku brzmiały wiarygodnie, w końcu jednak z każdym słowem zmieniały się w majaczenie szaleńca. Redaktor delikatnie przerywał, dziękując za podzielenie się przemyśleniami, po czym dawał mi znak i znowu szła muzyka. Na przykład Będziesz ty Trubadurów, z młodziutkim Krzysztofem Krawczykiem i Haliną Żytkowiak, jego pierwszą żoną i matką syna. Albo Doliny w kwiatach Krystyny Konarskiej. Mogło to być też Tea for One Zeppelinów albo A New Day Yesterday Jethro Tull. No i coś George'a. All Things Must Past, Within You Without You, Inner Light, w zależności od nastroju redaktora. Zawsze miałem na podorędziu coś, co pasowało do sytuacji, co utrzymywało albo, kiedy była taka potrzeba, zmieniało nastrój. I znowu rozmowa. Ktoś mówi o swoim piesku, z którym był przez trzynaście lat i teraz ten piesek ma raka, a weterynarz nie daje mu żadnych szans. Ktoś inny dzwoni, żeby podzielić się szczęściem, przed chwilą urodziła mu się córeczka. Jakiś podpity facet obiecuje, że od jutra rzuca gorzałę. Ale teraz musi się jeszcze napić na konto całej trzeźwej reszty życia. Młoda dziewczyna nie wie, jak powiedzieć swemu chłopakowi, że strasznie ją nudzi i dlatego zdecydowała się z nim zerwać. Starsza kobieta z Podkarpacia drżącym głosem opowiada o wycieczce do Jastarni w pięćdziesiątym dziewiątym, kiedy to poznała mężczyznę z Sieradza. Pisali do siebie, a potem znajomość się urwała i teraz, po śmierci męża, kobieta chciałaby odnaleźć tamtego.

Ludzkie historie płynęły jedna po drugiej, przetykane muzyką. Prowadzący odzywał się tylko, kiedy naprawdę musiał, nigdy nie przerywał w pół zdania, choć zdarzali się agresywni słuchacze. Chcieli tylko wyżyć się na kimś, wylać swoją złość, frustrację. Redaktor i wtedy nie tracił rezonu. Wiesia kończyła połączenie, a on spokojnie, paroma słowami komentował to, co zaszło. Niekiedy agresorzy dzwonili ponownie i przepraszali za swoje zachowanie. I szła nowa opowieść. Byli tacy, którzy łączyli się z nami regularnie, stali słuchacze, niektórzy dzwonili tylko po to, żeby się przywitać z prowadzącym, zapewnić, że go słuchają, inni relacjonowali co ich ostatnio spotkało. Ktoś złowił wielkiego lina, ktoś inny zakochał się w kasjerce z "Biedronki", ktoś, jadąc rano do pracy, zobaczył słońce takie jak jeszcze nigdy wcześniej i może napisze o tym wiersz.

Pierwsza godzina audycji mijała bardzo szybko. Nadchodził czas na dziesięciominutową przerwę na serwis i reklamy. Szliśmy z prowadzącym do palarni, która była urządzona w małym pokoiku z wyjściem na balkon. Stawaliśmy tam i patrzyliśmy na ulicę, którą sunęły nocne autobusy i tramwaje. Ludzie wracali do domów po całym dniu albo jechali na nockę. Bezdomni wchodzili do parku, gdzie mieli nadzieję przekimać do świtu, ale wkrótce zjawiał się radiowóz straży miejskiej. Nie mówiliśmy ze sobą wiele, redaktor nigdy nie pytał o moje sprawy, a ja nie pytałem o jego. Czasem gadaliśmy o nowych płytach naszych ulubionych zespołów, książkach, które właśnie się ukazały, albo o jakimś filmie. Wydawało mi się, że redaktor we wszystkim się orientuje. Miał naprawdę niesamowitą głowę. Wiedziałem, że skończył polonistykę i na studiach działał w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Był chyba nawet szefem komitetu uczelnianego. Brał udział w strajkach, manifestacjach, dostawał pałą od zomowców i lądował na milicyjnym dołku. Ani się tym chwalił, ani uważał za szczególnie zasłużonego.

- Zresztą, jak się spojrzy na to, co się dzieje, naprawdę nie ma powodów do dumy. Coś po drodze poszło nie tak... - powiedział kiedyś, gdy dopalaliśmy pety na balkonie.

Christian HeidrichLektury z górnej półki.Moje polskie pamiątki rodzinneprzełożyła Katarzyna Jakubów

W czerwcu 1973 roku znalazłem się z wielką walizką i małą kolekcją płyt na dworcu kolejowym w Opolu. Trzynastoletni zaledwie chłopak, już wtedy bardziej zaprzyjaźniony z językami niż z matematyką (jakże żałośnie skrzypiała drewniana noga nauczyciela matematyki), przy tym pilny ministrant i lektor w katedrze. Nie miałem pojęcia, co mnie czeka. Pewne było jedynie, że dokonuje się właśnie przesiedlenie do Niemiec, o które rodzice długo zabiegali. Tło tego wydarzenia stanowiła "polityka wschodnia" Willy'ego Brandta i Waltera Scheela, którą się - w zależności od poglądów politycznych - podziwiało, wyśmiewało lub się jej nienawidziło. W każdym razie ogłoszono wtedy odprężenie w stosunkach pomiędzy Wschodem i Zachodem i dla osób pochodzenia niemieckiego, którym niestraszne były utarczki ze służbą bezpieczeństwa i biurokracją, pojawiła się na pewien czas szansa owianego legendą  w y j a z d u.  Oczywiście mój ojciec, pediatra "wykształcony przez państwo socjalistyczne", otrzymywał pewne zniechęcające sygnały, na przykład przeszukanie domu - w związku z mglistym podejrzeniem organizowania "nielegalnych zgromadzeń" - lub sugestie, że na Zachodzie też się zdarzają "nieprzewidziane wypadki". Ojciec obiecał więc, że będzie ostrożny. O wyjeździe przesądziła w końcu połowa domu, w świetnej lokalizacji w pobliżu wyspy na Odrze, którą zainteresował się funkcjonariusz niesławnej MO, "Milicji Obywatelskiej". Tę połowę domu mogliśmy "przepisać" na państwo.

Na temat płyt - jak każdy - mój ojciec miał zdecydowaną opinię: "Tam są o wiele ładniejsze! Zostaw to!". Nie wątpiłem ani przez chwilę, że  t a m  są ładniejsze, ale nie chciałem się jednak rozstawać z Markiem Grechutą i Tadeuszem Woźniakiem, Czesławem Niemenem i Tadeuszem Nalepą z jego zespołem bluesowym Breakout. Ich piosenki, a zwłaszcza ich teksty, były częścią mojego życia. Zegarmistrz światła Woźniaka, który rok wcześniej zdobył na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu pierwsze miejsce, pokazał, że można łączyć muzykę pop z poezją, łatwe gitarowe akordy z zaskakującymi rymami. Jako młody człowiek mogłem to zaledwie przeczuwać, ale jednak... "Zegarmistrz światła purpurowy" jako łagodna metafora śmierci otoczył lodowatą zagadkę naszej egzystencji słowami, które brzmiały może tajemniczo i dziwacznie, ale do dziś przywołuję je w pamięci, stojąc w sztutgarckiej galerii malarstwa przed obrazem Piotra Belottiego Mojra Lachesis. Ma ona niesamowicie stwardniałą skórę i drwiąco spogląda na nas śmiertelników. Zegarmistrza wyobrażam sobie jako zdystansowanego, eleganckiego pana, którego nie obchodzi już krzątanina odbywająca się poza jego sferą działania. Mistrz konieczności i dyskrecji! Autorem wersów o zegarmistrzu zainteresowałem się zresztą dużo później. Jest nim Bogdan Chorążuk, rocznik 1934, niespokojny duch: poeta, malarz i grafik. C'est tout. Podobne wrażenie wywarł na mnie hipnotyzujący Korowód Grechuty. Nigdy nie zetknąłem się w żaden inny sposób z Leszkiem Aleksandrem Moczulskim, także poetą i autorem wielu popularnych tekstów piosenek. Nigdy nie natrafiłem na żaden jego tomik poezji, co można przypisać chyba jedynie przypadkowi. Grechutę natomiast słyszałem na żywo w opolskiej sali kinowej. Być może był to mój pierwszy koncert rockowy? Jeśli tak, to był to dobry początek. Towarzyszący mu zespół Anawa, który pierwsze kroki stawiał na studenckiej estradzie kabaretowej, usiłował stworzyć pełną wdzięku wersję "psychodelicznego" rocka, łącząc ludowość z poezją. Marek Grechuta, który wydał mi się wtedy zagubionym aniołem, poddawał się tempu sekcji rytmicznej, której towarzyszyła gitara akustyczna i zuchwały flet, i rzucał ku nam pytania:

Kto pierwszy szedł przed siebie?

Kto pierwszy cel wyznaczył?

Kto pierwszy w nas rozpoznał?

Kto wrogów? Kto przyjaciół?

Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic?

A kto nie umiał zasnąć, nim nie wymyślił granic?

Wszystko to etiologie, rozpatrywane kiedyś w mitach i świętych tekstach. Potem powierzono je odkrywcom i empirykom, ale w istocie nie zbliżyliśmy się przez to ani o cal do pierwszej przyczyny. Prawdopodobnie dlatego, że istotą naszego gatunku jest poszukiwanie, a nie znajdywanie. Zgodziłby się z tym zapewne Czesław Niemen, który zasłynął pod koniec lat sześćdziesiątych okrzykiem "Dziwny jest ten świat!". Sięgnął w nim apogeum swych twórczych możliwości, genialnie wykorzystał organy Hammonda i szesnastominutowym utworem Bema pamięci żałobny rapsod katapultował polską muzykę rockową na nieosiągalne dla niej dotychczas wyżyny. Za tekst posłużył wiersz romantycznego poety Cypriana Kamila Norwida (1821-1883), który uczcił nim zmarłego w 1850 roku generała Józefa Bema. Niemen rozrzedza wersy, wprowadza do pierwszej części utworu chór "gregoriański", a narastające potem instrumentalne dźwięki przechodzą w końcu w orgiastyczny lament.

Kto słyszał kiedyś ten hymn - najlepiej bardzo głośno! - ten nigdy go nie zapomni, podobnie zresztą jak okładki płyty Niemen Enigmatic: długowłosy piosenkarz w brązowym, mnisim stroju pochyla się na niej nad organami, na których rozstawiono nadpalone świece, a w tle lśni plama światła, przywołująca światło zmartwychwstania z obrazu Grünewalda. To ikona Niemena, nawiązująca być może do kresowego pochodzenia piosenkarza, urodzonego w małej wsi na terenie dzisiejszej Białorusi.

Powroty w warszawską orbitęKonrad Wojewódzki

Kierowcom warszawskich autobusów

Kolejny raz, może już setny, a może tysięczny - kto to wie, kto by zliczył - stoję w korytarzu oparty o szybę, pędząc po żelaznym szlaku zawieszonym w pustej przestrzeni między Krakowem a Warszawą. Czasem zdarza mi się ocknąć z zamyślenia, chwycić jakiś obraz za oknem.

Zaczyna siec deszcz.

Wracam do domu. Wracam? Tak, to chyba trafne słowo. Kilka lat wcześniej wyruszyłem stąd w podróż przez światy, miejsca i ludzi. Wydaje się zatem, że słowo  p o w r ó t  pasuje, choćby miało oznaczać coś przelotnego.

A każdy z tych powrotów wygląda mniej więcej tak samo, gdy na chwilę wpadam w orbitę Warszawy, niestrudzenie rozrastającej się na jałowych ziemiach Mazowsza.

Mazowsze... Patrzę za szybę, w pędzie wynurza się to samo, co mijałem chwilę temu i jeszcze wcześniej, i co będę mijał pół godziny później. Jak ktoś dawno temu zauważył - "ot, taki widok, co się ani nie zaczął, ani skończyć nie chce". To jest ta prawdziwa kraina, gdzie szare, umarłe trawy ciągną się płasko po krańce horyzontu. Gdzie tylko czasem można dostrzec taki sam bury krzak albo czarne drzewo.

Pociąg tnie przestrzeń siną od zimna, martwą, w której nie ma nawet ptaków. Za panoramicznym oknem, w hipnotycznym ciągu migają przeżarte rdzą słupy i nie wiadomo czemu służące szkielety.

To samo, to samo, to samo.

Ziąb.

To samo, to samo, to samo.

Ziąb.

Lepiej byłoby spać.

Czasem przysypiam, głównie jednak stoję w korytarzu, biegnąc myślami zupełnie innym torem i o wiele dalej niż żelazny szlak przesuwający się pod kołami pędzącego pociągu. Czasem mijam przedziały pełne ludzi, którzy odprowadzają mnie milczącymi, ptasimi spojrzeniami, i zamykam się w małej, obskurnej toalecie. Papierosowy dym ucieka przez uchylony lufcik, patrzę w swoje odbicie w brudnym lustrze, nerwowo oczekując odgłosu pukania. Nikt jednak nie puka. Wyrzucam w końcu peta i wracam na korytarz. Zostaję chwilę przy otwartym panoramicznym oknie, przez które wpada lodowy ziąb i siekące krople deszczu, po czym wracam do przedziału.

Te chwilowe powroty wypełniają mnie spokojem. Owszem, Warszawa jest wiecznie kręcącym się młynem napędzanym niekończącą się energią ludzi zasysanych z każdego zakątka Polski. Jednak posiadłość mojej rodziny nie leży w centrum molocha, ale w jego orbicie, na wschodnich rubieżach. A to zmienia wszystko.

Zawsze, gdy pada pytanie, czy jestem prawdziwym warszawiakiem, nie potrafię na nie odpowiedzieć. Musiałbym cofnąć się w odległe czasy, kiedy mnie jeszcze nie było, a ziemie - te same ziemie środkowo-wschodniej Polski - przemierzali moi przodkowie. Koleje ich losu pozbawione były spektakularnych zwrotów akcji i wiodły prostymi drogami, na przekór czasom - zmiennym i pokrętnym - w których przyszło im żyć. Ale to jednak inna historia, zostawię ją więc na kiedy indziej.

Urodziłem się w każdym razie na lewym,  w ł a ś c i w y m  brzegu Warszawy, w szpitalu na Solcu, nie dalej jak czterysta metrów od Wisły. To południowy kraniec Powiśla, dzielnicy która wieki temu koncentrowała ubogi margines społeczny, obecnie zaś jest jedną z bardziej tajemniczych i pięknych części miasta. Więc owszem, urodziłem się niemal w sercu Warszawy, całe jednak moje życie upłynęło na drugim, macoszym jej brzegu - ponurym i mającym swój własny, zupełnie odmienny puls. Dopiero kiedy moja świadomość zaczynała się krystalizować, odkryłem, że jestem zesłańcem wegetującym na wiecznie zapomnianych peryferiach. Dorastając w Wawrze, w przestrzeni niemającej żadnego uroku ani treści, nieistniejącej przecież nawet w czyichkolwiek wyobrażeniach, byłem  b a r b a r z y ń c ą,  żyłem wśród  b a r b a r z y ń c ó w,  tam natomiast, na zachód od lasów, za rzeką, przez długi czas poza moim zasięgiem, był  R z y m,  było  c e s a r s t w o.  Zanim jednak zyskałem świadomość, nawet nie wiedziałem o jego istnieniu.

Znów wracam na korytarz i rzucam okiem na obraz za oknem. Podróż dobiega końca - poznaję odległe rogatki miasta, tej jego części, która jest lustrzanym odbiciem moich rodzinnych, wschodnich peryferii - zachodni margines - tak samo pozbawiony jakiegokolwiek uroku i treści. Nie tracąc rozpędu, wpadamy najpierw w kolejne przyczółki rozrastającego się molocha, robimy krótki przystanek i znów mkniemy - już po właściwym obliczu Warszawy, po czym bez ostrzeżenia, z impetem wbijamy się w jej stare trzewia. Po długiej chwili pociąg zwalnia i utykamy w podziemiach.

Przeciskam się przez tłumy błądzące w poszukiwaniu wyjścia po brudnym i śmierdzącym labiryncie, ohydnym jak strup kucharza pływający w zupie, aż w końcu wychodzę na powierzchnię, na schody przed Dworcem Centralnym - prosto w noc, deszcz i Warszawę.

Odkładam na bok brązową skórzaną torbę, wyciągam papierosa i przytykam go do płomienia, który wyczarowała mi srebrna, benzynowa zapalniczka. Zadzieram do góry głowę. Za ruchomymi kotarami deszczu strzelają w niebo skrzące światłami szklane wieżowce. Z moich ust leci dym zmieszany z parą.

Jestem tu tak samo u siebie, jak w Krakowie.

Jestem tu tak samo obcy, jak w Krakowie.

Mogłem poczekać, aż pociąg znów ruszy, niczym robak przedrze się przez wnętrzności miasta i wychyli się na powierzchnię, jadąc mostem na drugi brzeg, by potem zmienić go na inny pociąg i dotrzeć upiornymi opłotkami - przez Warszawę Wschodnią, przez rozlane torowiska Olszynki Grochowskiej, a potem dalej jeszcze, przez rembertowskie bezludzia - do Wesołej, w tę najdalszą orbitę molocha. Tak byłoby szybciej do rodzinnego domu, który od czasów dzieciństwa tylko oddalił się od centrum miasta. Nie potrafiłem jednak nie zatrzymać się w jądrze Warszawy. Chciałem, niczym oddany podrzutek, poczuć oddech  c e s a r s t w a,  które kiedyś, przez krótką chwilkę, zdarzyło mi się nawet kochać.

Papieros dopalił się prawie do końca. Strzeliłem nim w mrok. Zgasł jeszcze w locie, zderzając się po drodze z kolejnymi spadającymi kroplami deszczu. Spojrzałem na wątpliwej urody wieżę Pałacu Kultury i Nauki - pozbawiony lekkości, niedający się przeoczyć relikt wyblakłej epoki, okresu zniewolenia i większego terroru, rozpryśniętego na pod-terrory tandety, spotworniałej powagi i dojmujących braków. Niechciany symbol, który na dobre wgryzł się w panoramę Warszawy i bezapelacyjnie ją zdominował, zresztą tak jak mieszkańców, bezradnie i w milczeniu rozkładających nad nim ręce. Wieża, z zegarem wskazującym właśnie północ, niczym latarnia morska od dziesiątek lat już z bardzo daleka wita gości jadących do miasta wschodnim traktem. Na ten właśnie trakt, lecz w odwrotnym kierunku, kieruję się dzisiaj ja.

*

W końcu mknę poprzez noc, siedząc w rozświetlonej od wewnątrz puszce. Pośród garstki samotnych pasażerów panuje senna atmosfera pozawijania się w swoje światy. Kilka zmęczonych swoim jałowym życiem mrówek, dwóch czy trzech absztyfikantów nocy. Tymczasem za oknem przewijają się znajome obrazy. Ulice, fasady, miejsca skrzące w deszczu. Przypatruję się im uważnie, jakbym zaraz miał dostrzec pośród nich znajomą sylwetkę.

Ale nie ma znajomych sylwetek.

Już dawno zdałem sobie sprawę, że wszystkie moje wspomnienia związane z Warszawą, z  c e s a r s k ą  jej częścią, zawsze kręciły się wokół M. Dopiero podążając za M., przeprawiłem się na ten drugi,  w ł a ś c i w y  brzeg miasta. Stała się moją przewodniczką - pojawiłem się tam, szukając jej, a ona pokazała mi całe jego nieoczywiste piękno, wydźwignięte w cieniu niegdysiejszej świetności. Ona kochała to miasto, a ja kochałem ją. I tak jakoś wyszło, że kochając ją, pokochałem również to miasto. Warszawa stoi, jak stała, przeistaczając się powoli jak każdy z nas, ale nie ma już w niej M. Nie wiem, gdzie jest. Czy kiedykolwiek jeszcze będzie na dłużej? W tym mieście czy gdziekolwiek indziej?

Rozświetlona puszka mija plac na Rozdrożu i niczym błędny rycerz mknie w stronę Wisły, którą ludzie nazywają ściekiem. A może to ściek nazywają rzeką? Nie pamiętam już, oni też pewnie nie wiedzą, czym naprawdę jest dziś ta wilgotna wstęga przecinająca molocha na pół.

Na drugim brzegu budynki robią się coraz mniejsze, coraz rzadsze, coraz brzydsze. Później już nie patrzę, myślę o czymś. Do  r z e c z y w i s t o ś c i  wracam dopiero niedaleko swojej stacji przesiadkowej. Puszka z piskiem hamuje, z trzaskiem otwierają się drzwi. Ledwo wychodzę, gdy znów się zamykają, kierowca wciska gaz i dalej mknie w deszcz i noc. Oni, w nocy, zawsze gnają jak obłąkani.

Długi czas siedzę pod wiatą. Siedzę sam, a to wszystko dookoła mnie jak z filmu noir. Znów palę, znów czekam, wciąż pada deszcz. I gdzieś z tyłu głowy tłucze się raz po raz ten cytat. Fraza ze starego jak świat filmu, raz po raz lekko wyrzucana z ust starego jak świat aktora: Czekałem na większe rzeczy!...

W końcu ratuje mnie stamtąd kolejny obłąkany jeździec nocy, na złamanie karku gnający swoją rozświetloną puszkę.

Brzydkie budynki znikają, zanurzamy się w lasy.

Mniej światła, więcej dżdżystego mroku.

Lasy i cmentarze.

Wysiadam w mrok i ciszę. Parujący wehikuł odjeżdża jeszcze szybciej niż poprzedni, jakby się czegoś bał. W swoim zdartym na gościńcach szarym płaszczu, z brązową skórzaną torbą w ręku, idę lśniącymi od deszczu, zawsze opustoszałymi drogami do posiadłości zgubionej w lasach.

*

Posiadłość mojej rodziny leży na niesionych wiatrem ruchomych wydmach, w korycie nieistniejącej, prehistorycznej rzeki. Jedynie sosny, nie licząc przygodnych brzózek i dziecięcych dębów, poradziły sobie z potwornymi warunkami bezpłodnych, piaszczystych łach pokrywających długim i szerokim pasem tę część mazowieckiej ziemi.

Tutaj echa Warszawy nie docierają, choć z administracyjnego punktu widzenia posiadłość ulokowano już w granicach miasta. Czuć w tym jakiś paradoks - posiadłość rzucona w pustynię sosnowych borów, w bezbrzeżną ciszę, formalnie wchłonięta już przez nienasyconego molocha, nieuchronnie zapuszczającego się na dalekie rubieże, pod same granice parków krajobrazowych i rezerwatów. Nieraz po zjechaniu połowy kraju, lasów i pól, dopiero pod bramą domu, po powrocie, mogłem zobaczyć zagubione we mgle lisy, zające albo też stada dzików oświetlone zimnym, księżycowym światłem. Kolejna piędź ziemi wyrwana pod przyszłe fabryki, magazyny, labirynty zabudowanych dzielnic, a kiedyś może - kto wie - i szklanych wież. Podpis przezornego włodarza został złożony, pracując w ciszy dla jego następców - jeszcze nie teraz, ale za kilkadziesiąt lat...

Dziś jednak nie da się odegnać wrażenia izolacji. Człowiek zaszywa się tu i znika dla świata. Ledwo działają wszystkie znane bądź zapomniane środki komunikacji. I listy wszelkiego rodzaju, łącznie z elektronicznymi, raczej tu nie docierają.

Pierwszego dnia po przyjeździe jestem zwykle gładko ogolony, a wtedy, według powszechnie podzielanej opinii, moje ostre rysy nadają mi wygląd wampira. Im dłużej jednak przebywam w rodzinnej posiadłości, tym wygląd mój coraz mocniej zaczyna się zmieniać - mówiąc wprost, dziczeję i po jakimś czasie widzę w lustrze, znów ku zgodzie powszechnej opinii, wilkołaka.

Większość dni spędzam sam, snując się po przestronnych, zimnych pomieszczeniach. Marmurowe korytarze i wielkie lustra, zdobione łazienki, ogromne pokoje, kręcone schody. Najwięcej jednak przesiaduję w swojej obszernej komnacie. Ciężkie brązowe szafy z książkami, głęboki fotel w rogu, na środku potężne biurko, u sufitu, na rozecie, podwieszony żyrandol. Pozostałych mieszkańców za dnia zwykle nie ma. Nocą zasypiają po swoich pokojach i na powrót oddają mi całą posiadłość, której oddech zlewa się całkiem z moim oddechem. Doskonałą, niezmąconą ciszę tylko czasem rozrywa dochodzące nie wiadomo skąd, niosące się ponad lasami obłąkańcze wycie psa lub wariata.

Przez cały ten czas zanurzony jestem w książkach i tekstach, niekiedy, z rzadka oglądam jakieś filmy, czasem maluję. Często jestem po prostu zamyślony, analizuję w głowie sytuacje, ludzi, motywy, myślę o kolejnych krokach, jakie muszę przedsięwziąć, o taktycznym i zmyślnym ich rozegraniu, wciąż planuję dalekie podróże. Nocami zazwyczaj siedzę w swojej komnacie i przy blasku elektrycznej lampki piszę teksy i listy elektroniczne.

Kiedy zaś nachodzi mnie ochota, w zależności od pory roku albo wychodzę do ogrodu rozjaśnianego delikatnymi lampkami, albo schodzę do rozległych piwnic i tam, przez nikogo nie niepokojony, z wolno szybującą myślą, palę papierosy.

I tylko lato na moment odmienia oblicze posiadłości. Ciężkie, parne powietrze rozmywa mój pokój, nadając mu odcienie dalekiej, egzotycznej kolonii. Choć układ wszystkiego jest niezmienny, wraz z nadejściem pory, kiedy życie wynosi się na zewnątrz, jedne przedmioty kurczą się, okrywają cieniem, jakby znikają, uwypuklają się zaś inne - stary globus na biurku, statek na oknie, kolonialny rys mebli, kwiaty o wielkich, rozłożystych liściach, pamiątki przywiezione przez rodziców z ich tysięcznych podróży na najdalsze krańce świata. Ogród za oknem jeszcze mocniej podkreśla swój orientalny wyraz. Kiedy z powrotem nadchodzą miesiące chłodne, kiedy życie definitywnie wraca pomiędzy mury, te wszystkie przedmioty blakną, zamazują się, jakby chowają, ustępując miejsca pierwotnym i prawowitym rysom tego miejsca.

Kiedy już udało mi się poznać prawdziwe życie i zasmakować w nim, nie mówiąc o samej wolności, pokoje i komnaty rodzinnej posiadłości czasem jednak stają się dla mnie na powrót nieznośnym więzieniem. Ma to miejsce właściwie tylko przy okazji rozlicznych świąt. Czemu akurat wtedy - nie wiem. Wtedy nagle zaczyna mi doskwierać ta izolacja, wkrada się we mnie drażniące poczucie, że znów - jak kiedyś - omija mnie życie. Kiedy ja muszę siedzieć w sztywnym gorsecie, spętany właściwymi gestami i proporcjonalnym słownictwem, gdzieś tam - doskonale wiem - trwają w najlepsze bale, na których mnie nie ma, pełne znanych mi i nieznanych dziewczyn, moi niedawno poznani przyjaciele zaciągają się życiem, pochłonięci właśnie pokątnymi rozmowami, śmiechem, roznamiętnionymi dyskusjami, tańcem i swoim towarzystwem w ogóle. Gdy ja na nowo umieram z nudów i przeżywam te małe śmierci odtwarzające się niczym w zaczarowanej pętli, w ich oczach świecą się całe noce. Najgorsze katusze sprawia mi jednak myśl, niepozwalająca spać ani jeść, że na którymś z tych bali w najlepsze bawi się ona. W tych właśnie momentach najboleśniej odzywają się we mnie wspomnienia owych głuchych, samotnych lat, gdy wszyscy inni żyli wśród siebie. Wciąż bije we mnie źródło wiecznie płonącego nienasycenia, bezdennego głodu doświadczeń, niehamowanej żądzy krwi rozprowadzanej po żyłach.

Zwykle jednak powroty mnie wyciszają, tym bardziej że wcale nie mam po co - i zwykle z kim - jechać do rozświetlonego centrum Warszawy.  W ł a ś c i w a  Warszawa, w której nie zdążyłem zapuścić korzeni, zaczepić się, skończyła się dla mnie wraz z końcem M. - niedługo potem oboje, choć już osobno, wyjechaliśmy do Krakowa. Inne jej oblicza niewiele mnie interesują. I tak poznaję miasta i miasteczka rozsiane po całej Polsce i poza nią, a to, z którego teoretycznie pochodzę, nieuchronnie staje się dla mnie najbardziej obcą ze wszystkich ziem.

Z dala od zgiełku, od wodzących na pokuszenie odgłosów Warszawy, od ludzi-komet i czasem obecnych przyjaciół, niczym wampir czy wilkołak snuję się po rodzinnej posiadłości zgubionej wśród srebrnych lasów wybujałych na piaszczystych łachach, zazwyczaj już w całkowitej zgodzie ze swoją samotnością. Po jakimś czasie na nowo jednak wplata się w moją duszę uczucie, które rośnie powoli, aż w końcu wybucha niepohamowaną potrzebą ponownego ruszenia na szlak, pomiędzy światy, miejsca i ludzi. I wyczekuję z niecierpliwością widoku dworca, od którego, jak zawsze, wszystko znów ma się zacząć - tam czekają już na mnie pociągi.

Wisła jeszcze płynieLeszek Bugajski

Piotr Wojciechowski: Od strony ogrodu. Biblioteka Słów, Warszawa 2022, s. 168.

Należę do tej grupy czytelników, która pamięta dekadę 1967-1977 nie z tego powodu, dla którego pamiętają ją inni, czyli ogólnej opresji politycznej i wszystkiego, co z niej wtedy wynikało i jak się odciskało w literaturze, ale dlatego, że w jej trakcie ukazały się trzy pierwsze powieści Piotra Wojciechowskiego: Kamienne pszczoły, Czaszka w czaszceWysokie pokoje. To była proza odmienna od tego, co wtedy powstawało w polskiej literaturze. Przede wszystkim nie było w niej nadmiernego przywiązania do realizmu, jakby autor ostentacyjnie odwracał się od ogniskującego na sobie uwagę krytyki nurtu "małego realizmu". Jakby nasz ówczesny zgrzebny świat mało autora interesował i ten uciekał od niego, jak mógł, do innego świata, który sam sobie stwarzał.

Wojciechowski sięgał, gdzie chciał, i "montował" rzeczywistość przedstawioną swoich powieści z elementów pozornie słabo do siebie przystających. Niby to baśń, niby fantastyka, ale złożona z elementów nie fantastycznych. Dopiero w miarę lektury odkrywało się, że pisarz mówi o naszej rzeczywistości i jej mechanizmach, ale w zawoalowany sposób - może starając się wyprowadzić w pole cenzurę (i myślę, że tak właśnie było), a może dlatego, że budowanie takich światów po prostu go bawiło? Jak było, tak było, ale jego proza była wtedy oszałamiająco świeża, wręcz rewolucyjna w ukryty sposób.

Tak mi się zebrało na literackie wspomnienia, bo przeczytałem najnowszą książkę Wojciechowskiego, zbiór txt-wów pisanych w ciągu dekady 2007-2017 dla kwartalnika "Wyspa". Zaczął je pisać trzydzieści lat po tym, jak ukazały się Wysokie pokoje, po okresie, kiedy - mówiąc w największym skrócie - nasz stary świat stanął na głowie i po wzlotach i upadkach zbiorowego i indywidualnego "ducha" skutecznie zamienił się w świat zupełnie inny. Zmieniła się też proza Wojciechowskiego i już do niej nie pasowało użyte przed wieloma laty określenie, że jest jak "świat dziecięcej zabawy". Nie stosuje już tak ostentacyjnie jak dawniej kamuflażu, ale zawsze w opisie realnego znajdujemy jakąś szczelinę, która przypomina o tym, że rzeczywistość wcale nie jest tak rzeczywista, jak się nam wydaje w trakcie lektury. W txt-wach nie stosuje takich chwytów, bo pisze wprost o sprawach dla siebie ważnych.

Pomijając te najważniejsze, pisane zwykle wielką literą, podstawowa z tych ważnych spraw to literatura, bo jest Wojciechowski przede wszystkim człowiekiem literatury. Już we wstępie rzuca - jakby mimochodem - retoryczne pytanie: "Czy to dziwne, że na dzieje, na życie, na teatr wojny [wstęp do książki autor pisał już w czasie trwania wojny na wschodzie - LB] patrzę z perspektywy książek, z perspektywy kultury?".

W txt-wie otwierającym cały cykl, a więc pisanym w 2007 roku, gdy świat był jeszcze zupełnie inny niż dzisiaj, opisuje swoją perspektywę patrzenia na kulturę i literaturę. To spojrzenie od strony ogrodu, ze spokojnego dystansu, nie od ulicy pełnej zgiełku i ruchu, ale z miejsca, które, przynajmniej teoretycznie, jest zaciszne, gdzie "słychać rozmowy drzew i ptaków", gdzie można "porozmawiać, spytać się, o co chodzi". Wojciechowski daje znak, że mało go obchodzą "promocje, profesorskie opinie, krytyczne sądy, system nagród, ustawianie hierarchii", bo po świecie wartości spaceruje sam, na własną odpowiedzialność, swoimi ścieżkami albo po prostu patrzy na ten świat z ogródkowego fotela, co narzuca dystans i nadaje spokój refleksjom, które pojawiają się w trakcie tych obserwacji.

Kiedy jednak szykował tę książkę do wydania, tamta deklaracja sprzed lat musiała się zmienić. Zgiełk go nadal nie interesuje, ale jest o wiele donioślejszy, bo w świecie, w którym - jak pisze - "od rana do wieczora łowię wieści z napadniętej, broniącej się dzielnie Ukrainy", zmieniło się jego podejście do literatury. Temu, czego przez lata nie wypowiadał, bo było dla niego zbyt oczywiste, teraz w czasie rozpadającego się ładu świata postanowił dać głos. Może w jakiejś rozpaczliwej bezradności, podszytej lękiem, skłonił się ku utopii i w literaturze zobaczył jedyny dostępny mu ratunek: "świat stoi na głowach tych, co czytają i rozumieją piękne, trudne książki" - stawia Wojciechowski śmiałą tezę i dodaje: "Świat budują także ci, których napędza chciwość, instynkty, libido dominandi i strach. Ale przecież to ci, co czytają, prowadzeni wartościami, nie ciągotami, nadają światu sens i kształt".

Żeby nie było wątpliwości, szybko dopowiada: "W moim czytaniu książek lampą była nadzieja, że sztuka ma moc przywracania ładu i potrafi ona oświetlić prawdę. Książka ma być przeciw rozpaczy i samotności. Bywa jednak opowieścią o rozpaczy i samotności". Odnoszę wrażenie, że sam Wojciechowski, niespiesznie pisząc swoje txt-wy w kwartalnym rytmie, nie zdawał sobie sprawy z tego, jakiej nabiorą mocy. Że z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, jak mocno są one skierowane "przeciw rozpaczy i samotności". Jego i naszej.

Przez lata relacjonował Wojciechowski swoje refleksje po nieoczywistych lekturach, martwił się szkodami, jakie literaturze wyrządził postmodernizm, także tym, że czytelnictwo jest coraz rzadszym przyzwyczajeniem, że jego czytelnicy "wymarli", że nowi - jeśli już są - to gonią za literacką rozrywką, zadowalają się fast foodem. Przywołuje stwierdzenie Krzysztofa Vargi, że "literatura jako sztuka pisania odchodzi w niesławie" i nie polemizuje z nim, rozmyśla o "lenistwie kulturalnym" i dochodzi do wniosku, że "cywilizacja zrzuca skórę, żywi się próchnem i rozpadem", ale (!) "słowa trwają i trwa moc słów, choćby ci, którzy tych słów używają, tracili nadzieję albo dławili sumienie".

Wojciechowski, jako człowiek obserwujący naszą rzeczywistość, ma nadzieję, że literatura przetrwa i jednocześnie nękają go wątpliwości, czy tak się stanie. Jak każdego, kto jest blisko z literaturą. Kiedy myśli o sytuacji literatury i swojej jako pisarza, na hipotetyczne pytanie odpowiada z poczuciem siły, że pisze, bo go stać, kiedy indziej zamiast kontynuować miłą pogawędkę o literaturze przy kawie, idzie do lasu zbierać śmieci, jakby przedkładając taki drobny aktywizm ekologiczny ponad sprawy literackie. A zostawia czytelnika z nawiązaniem do Józefa Czapskiego, który w zapisanej w 1985 roku rozmowie stwierdził coś, co możemy chyba rozumieć tak, że istotą życia i pracy artysty jest stałe robienie "nieznacznych postępów", czyli nieprzerwane dążenie do doskonałości. Wojciechowski dopowiedział, że taki sposób myślenia jest właściwy "wszystkim prawdziwym artystom". Sam nie poddaje się ani szaleństwu świata, ani zamieraniu zainteresowania literaturą, wypieraną przez łatwiejsze i bardziej efektowne, a zarazem prostackie sposoby artystycznego działania. Pisze, bo jak na zakończenie jednego z txt-wów stwierdził z młodzieńczą energią: "Póki Wisła płynie, mózg mój i sumienie nadal zgodnie twierdzą, że racją stanu jest optymizm. Pesymizm potrzebny jest tym, którzy chcą mojej bierności. Albo usprawiedliwiają swoje lenistwo i tchórzostwo".

Rafał WęgrzyniakMrożek w kręgu paryskiej "Kultury"

W autobiografii Baltazar (2006) Sławomir Mrożek wspominał pierwszą wizytę w Maisons-Laffitte w lutym 1957 roku. Pokonując strach, pojechał do siedziby Instytutu Literackiego wraz z grupą pisarzy z Krakowa, w tym z Wisławą Szymborską. Zaznaczył, że miał już wówczas za sobą lekturę kilku zeszytów "Kultury" i jednej książki wydanej w 1953 roku w ramach jej Biblioteki: Trans-Atlantyku Witolda Gombrowicza. (Zapomniał jednak o opublikowanym w tym tomie Ślubie, który zainspirował go przecież do napisania Tanga). Zauważył, iż "język "Kultury" był inny" od "potocznej mowy w kraju" i podświadomie starał się go naśladować. Redaktor Jerzy Giedroyc w trakcie pierwszego spotkania "nie pozwalał się zbliżyć do siebie" i "takim pozostał" dla Mrożka "do końca życia".

W 1959 roku w trakcie drugiego pobytu we Francji Mrożek rozszerzył krąg swych znajomości związanych z "Kulturą", poznawszy Czesława Miłosza i Konstantego Jeleńskiego. Równocześnie nawiązał epistolarne i bezpośrednie kontakty z odpowiedzialnym w "Kulturze" za dział literacki, krążącym między Paryżem a Neapolem, Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, który już w 1961 roku w rzymskim "Tempo Presente" skomentował jego jednoaktówkę Strip-tease. Z czasem młody krakowski pisarz zbliżył się rzecz jasna do Gombrowicza, z którym od 1963 roku korespondował i osobiście odwiedzał go w Vence. Wymieniał też listy z Jerzym Stempowskim, który 30 grudnia 1963 roku przekonywał Giedroycia, iż Mrożek w swoim "pokoleniu jest jednym z najwybitniejszych, jeżeli nie najwybitniejszym pisarzem" polskim. Zaznaczał przy tym, że "reżym jest na Mrożka bardzo zawzięty", przekonywał więc Giedroycia bezskutecznie, że dobrze "byłoby posiadać jego opera omnia i zastanowić się nad tym fenomenem literackim" w wydrukowanym w "Kulturze" szkicu. Józef Czapski, który w lutym 1967 roku, oglądając w Théâtre de Lut?ce paryską realizację Tanga w reżyserii Laurenta Terzieffa, narysował szereg scen ze spektaklu, w tym ze Stomilem z obnażonym brzuchem, ukazaną potem na obrazie, sportretował Mrożka w 1969 roku. Czapski również dość regularnie korespondował z Mrożkiem, począwszy od roku 1964.

Giedroyc w Autobiografii na cztery ręce (1994) sugerował, że Mrożek był dla "Kultury" nader ważnym autorem, nie tylko jako dramatopisarz albo txt-wista, lecz także jako publicysta, bo jego opinie były celne. Zaznaczał, że wprawdzie polski pisarz "w czasie swego pobytu od 1963 we Włoszech" pod Genuą "zaprzyjaźnił się z Gustawem", ale kontakt z Mrożkiem "nawiązał się" przez jego znajomych z Krakowa, pisarkę Marię i architekta Bohdana Paczowskich, którzy umożliwili mu pozostanie na Zachodzie. Mrożek już bowiem w 1968 roku po uzyskaniu azylu politycznego we Francji "przeniósł się do Paryża" i utrzymywał z redaktorami emigracyjnego miesięcznika "stosunki osobiste". Choć w Dzienniku Mrożka jest odnotowana tylko jedna wizyta w Maisons-Laffitte, 27 lipca 1973 roku, gdy spotkał się on z Giedroyciem, Zofią i Zygmuntem Hertzami oraz dwoma pisarzami z PRL.

Mrożek pojawił się na łamach paryskiej "Kultury" w październiku 1968 roku za sprawą oświadczenia politycznego będącego reakcją na wkroczenie armii państw Układu Warszawskiego, w tym Ludowego Wojska Polskiego, do Czechosłowacji. Zostało ono opublikowane w języku francuskim w paryskim dzienniku "Le Monde" 28 sierpnia, a następnie przedrukowane - obok podobnych oświadczeń Jerzego Andrzejewskiego, Zygmunta Mycielskiego, Jana Lebensteina i Bohdana Paczowskiego - w specjalnym zeszycie "Kultury", poświęconym sytuacji w Czechosłowacji po stłumieniu Praskiej Wiosny. Ponieważ autor Tanga natychmiast po publikacji oświadczenia znalazł się w PRL na indeksie cenzorskim i odmówiono mu przedłużenia ważności paszportu, poniekąd został zmuszony do zabiegania o status politycznego emigranta. Jednak pierwszy tekst literacki w "Kulturze" ogłosił dopiero po upływie roku. Był to nekrolog Gombrowicz. Śmierć, wydrukowany w zeszycie z września 1969 roku obok Podzwonnego Miłosza oraz Dramatu i anty-dramatu Jeleńskiego. Już 1 sierpnia 1969 roku Giedroyc w liście do Jeleńskiego napomknął: "Przed chwilą dostałem krótki artykuł Mrożka o Gombrowiczu, rzeczywiście świetny, nie podejrzewałem go o tego rodzaju ujęcie". Potem Mrożek opublikował szkic O polskim artyście, mówiący o utracie na emigracji oparcia w państwowym mecenacie (1970), trzyaktową sztukę Szczęśliwe wydarzenie (1971) i Słowo, czyli polemikę z Leszkiem Kołakowskim o używanie przez niego w Tezach o nadziei i beznadziei pojęcia socjalizm (1971).

Na łamy "Kultury" wrócił dopiero po dziesięciu latach Listem do cudzoziemców (1982), dotyczącym wprowadzenia stanu wojennego w PRL 13 grudnia 1981 roku, wydrukowanym pierwotnie po angielsku w "International Herald Tribune". Pośrednio skomentował próbę stłumienia ruchu "Solidarność" w Rozmówce polsko-polskiejPogadankach z historii najnowszej (1982). Później ogłosił w "Kulturze" blisko dwadzieścia pięć krótkich opowiadań, esej Popiół? Diament?, deprecjonujący powieść Andrzejewskiego (1983), oraz wspomnienia z czasu przynależności do elity PRL Płońsk (1982) i Jaworzno (1985), przypominające z perspektywy dziennikarza-propagandzisty realia stalinizmu. Poza tym w Instytucie Literackim, w ramach Biblioteki "Kultury", wydał trzy książki: zbiór prozy Dwa listy i inne opowiadania, w tym romans Moniza Clavier (1970), szydzący z epatowania Zachodu narodową martyrologią, oraz dramaty Vatzlav. Ambasador (1982) i Alfa (1984).

Ponadto Mrożek intensywnie korespondował w latach 1970-2003 ze związanym od 1969 roku przede wszystkim z belgijskim uniwersytetem w Louvain orientalistą Wojciechem Skalmowskim, uprawiającym na łamach "Kultury" krytykę literacką pod pseudonimem Maciej Broński. Pierwszy tekst O twórczości Sławomira Mrożka, opatrzony cytatem z jego We młynie, we młynie, mój dobry panie..., ogłosił Skalmowski we wrześniu 1971 roku i była to analiza opowiadań z tomu Dwa listy, angielskiej edycji Vatzlava oraz Szczęśliwego wydarzenia. Waloru symbolicznego nabrało omówienie Dziennika powrotu Mrożka z emigracji do Polski, zatytułowane Moskwa-Pietuszki (tzn. Kraków), poprzedzone dialogiem z Miłości na Krymie, wydrukowane zaś w ostatnim zeszycie "Kultury", z października 2000 roku, zredagowanym przez Giedroycia tuż przed śmiercią.

Mrożek pozostawał na emigracji wierny "Kulturze". Londyńskie "Wiadomości" ignorował i tylko w tamtejszym "Pulsie" w roku 1983 opublikował Donosy. Wieloletni związek z "Kulturą" na pewno nadał mu szczególny status w PRL. Dramaty publikowane w emigracyjnym periodyku i oficynie były bowiem - jak w przypadku Szczęśliwego wydarzenia, VatzlavaAmbasadora - grane na scenach komunistycznej Polski obok sztuk drukowanych w krajowym "Dialogu": Rzeźni, Emigrantów, Garbusa, wyciągniętego z archiwum Krawca, Pieszo, Kontraktu, Letniego dnia czy Portretu. Komuniści bowiem w 1973 roku anulowali zakaz wydawania i wystawiania sztuk Mrożka w PRL, publikując niemal wszystkie jego Utwory dramatyczne w dwóch tomach. A pierwsze próby odciągnięcia go od "Kultury" podjęli już w grudniu 1971 roku, wykorzystując złożone w "Twórczości" jeszcze w sierpniu 1968 roku opowiadanie Ci, co mnie niosą. Mrożek w negocjacjach zachował się wtedy lojalnie wobec "Kultury", zgodnie z instrukcją udzieloną mu przez Herlinga. Ale niemal równocześnie, jak ujawnił Skalmowskiemu w liście z 20 grudnia 1972 roku, pomimo nacisków ze strony Giedroycia pisarz stanowczo odmówił złożenia podpisu "pod kolejnym apelem o wolność w Czechosłowacji" oraz zbiorowym listem do prezydenta USA Richarda Nixona, żeby "nie likwidował Wolnej Europy", czyli antykomunistycznej rozgłośni radiowej.

Mrożek nie chciał się stać jeszcze jednym literatem realizującym skwapliwie polecenia Giedroycia i używanym przez niego w rozmaitych mniej lub bardziej realnych działaniach politycznych. Pisarz 13 lutego 1971 roku odmówił wykonania planu Giedroycia nakłonienia Güntera Grassa, aby przekonał Niemców zarówno z RFN, jak i NRD, że muszą wspólnie odbudować Zamek Królewski w Warszawie. Nie podporządkował się Giedroyciowi zapewne też dlatego, że w przeciwieństwie do większości pisarzy emigracyjnych ze starszych generacji miał za sobą okres uprawiania socrealizmu i udziału w akcjach propagandowych zgodnie z dyrektywami komunistów, łącznie z podpisaniem w lutym 1953 roku rezolucji oddziału ZLP w sprawie procesu księży z krakowskiej kurii. Uporczywie więc bronił swojej niezależności i sprzeciwiał się próbom wykorzystywania w akcjach antykomunistycznych.

Donosił Skalmowskiemu 15 marca 1977 roku, że nie wsparł finansowo Komitetu Obrony Robotników, działającego w PRL od 1976 roku: "Parę tygodni temu zadzwonił do mnie Hertz Zygmunt i zażądał, abym się przyłączył do komitetu popierania robotników, złożył deklarację, dał pieniądze i tak dalej. Wściekłem się w jednej sekundzie i powiedziałem "nie". Wtedy on zapytał dlaczego, a ja na to, że to moja prywatna sprawa". Pisarz dodał też zdumiewające wyznanie: "Do dzisiaj mam niesmak po tym, co zrobiłem w 68, protestując i tak dalej". Najwyraźniej żałował, że pod wpływem perswazji Giedroycia i bodaj Paczowskich opublikował w "Kulturze" swe oświadczenie w sprawie Czechosłowacji, które mu przyniosło uznanie w Polsce w kręgach opozycyjnych i na Zachodzie przynajmniej w środowiskach prawicowych.

Taniec derwiszaStanisław Dłuski

W twórczości Hatifa Janabiego łączą się i przenikają trzy tradycje: arabska, chrześcijańska i żydowska, które zbiegają się w jeden nurt w sufizmie, czyli różnych tendencjach mistycznych sięgających czasów Abrahama. Poeta jest tu szamanem, derwiszem, fakirem, który wznosi się w pieśni ponad ciemne i grzeszne ego. Na pierwszym planie jest wizyjny obraz istnienia, doświadczenia sensualne są tylko drogą do duchowego zjednoczenia z Absolutem. W tej ekstatycznej i profetycznej poezji łączą się nierozerwalnie dwie postawy wobec tajemnicy ludzkiej egzystencji: ostra świadomość wszechobecnego cierpienia i zła oraz zachwyt nad urodą świata, doświadczenie rozpaczy i afirmacja każdej formy życia.

Rytm, jak u Leśmiana, jest tu swoistym światopoglądem, kategorią estetyczno-filozoficzną, prowadzi bohatera tej liryki w nieznane i niewyrażalne wymiary istnienia. Tam, gdzie rozum ponosi klęskę, tylko słowo poety może być duchowym przewodnikiem, bo pasją wewnętrzną jest tutaj pragnienie przekraczania granic zakreślających nasze wyobrażenia o świecie. Wittgenstein nam uświadomił, że pojęcia, którymi się posługujemy, są granicami naszego świata. Rytm natomiast rozbija skostniałe metrum i zaskorupiałe formy, trzeba bowiem odnowić współczesną poezję, przywracając jej odwieczny "blask boskości". Duchowa podróż do praźródeł istnienia jest taką właśnie próbą odnalezienia dzisiaj, w czasach ponowoczesnych, czasach relatywizmu i sceptycyzmu, filozoficznej arche, prasubstancji, z której narodziło się wszystko.

Z punktu widzenia antropologicznego autorowi Babilon poszukuje Babilonu wydaje się bliska dynamiczna koncepcja człowieka, którego przenika niepokój poznawczy, niepokój egzystencjalny i metafizyczny, i który sam podlega nieustannym metamorfozom, zmienia punkty widzenia, przechodzi wewnętrzne przemiany w dążeniu do duchowej równowagi. Bliska mu też będzie w ogóle dynamiczna koncepcja bytu Hegla; wszystko bowiem jest ruchem, cały kosmos to struktura dynamiczna, wszystko ma charakter płynny, jedyny stały punkt odniesienia to Absolut. Przypomina się tutaj mistyczny taniec derwisza, który w ekstatycznym uniesieniu odnajduje łączność z duchami zmarłych i Stwórcą.

W wierszu pod znamiennym tytułem Próba pierwszego obrazu poeta wyznaje:

powinienem zwrócić siłę

namaścić światłem

jego twarz, zatańczyć

jak oszalały szaman

i krzyczeć: zawitaj

i krzyczeć: o Boże zawitaj!

Ekstaza i szaleństwo to jedyna droga do duchowej transgresji, czyli przekroczenia materialnych i biologicznych granic bytu, w którym - zrozpaczeni i słabi - jesteśmy uwięzieni. Wiersz, jak mówi sam poeta, ma swój wewnętrzny rytm. To swoisty taniec słów, obrazów, sylab, który nas, zwykłych zjadaczy chleba, ma przemienić w aniołów. Kiedy ktoś dzisiaj więc pyta: "Po co nam poezja?", odpowiadam za Miłoszem: "Szczęśliwy naród, który ma swojego poetę i nie kroczy samotnie w ciemnościach".

Poezja Hatifa jest przeniknięta mistycznym światłem, rozprasza mroki duszy, jak u gnostyków, uwięzionej w ciele, przekracza granice kultur i religii. Dla polskiego czytelnika może być ważną lekcją mądrości, o której stanowi dialog między człowiekiem a człowiekiem, ale też dialog z naturą, kosmosem i Bogiem.

Przemysław DakowiczMagistra vitae.Z notatnika warszawskiego przechodnia

Na Krakowskim Przedmieściu słychać niemal wszystkie języki świata. Ruch uliczny wstrzymano - tłumy ciągną trotuarami i samym środkiem jezdni. W Kordegardzie wystawa malarstwa Jerzego Nowosielskiego. Na jego obrazach ulice są niemal puste, a ludzie wydają się osamotnieni i smutni - zupełnie przeciwnie niż ci, których mijamy: siedzący w kawiarnianych ogródkach, przystający przed straganami z obwarzankami i łakociami, przysłuchujący się skomplikowanej melodii granej przez cymbalistkę w tradycyjnym stroju ukraińskim, która ze swoim instrumentem ustawiła się niemal u stóp Adama. Słowiczku mój! a leć! a piej! Leć, piej, bież, dąż - tam, gdzie kolumna, na której usiąść ani myślą podróżne żurawie, bo zbyt głośno tu, zbyt tłumno, zbyt kolorowo.

Jeśli chcesz na chwilę uciec od śródmiejskiego gwaru, obok pomnika Mickiewicza odbij w lewo, w Trębacką, a zaraz potem skręć w Kozią, wąską uliczkę, na którą wychodzą kuchenne drzwi restauracji, kawiarń i coctailbarów Krakowskiego Przedmieścia. Na Koziej cicho jak makiem zasiał, zbłąkane promienie słoneczne dogasającymi palcami opukują szczerby w starym, osypującym się tynku. Na chodniku pod Mostem Westchnień wielka pleciona torba z uszami, wypełniona śmieciem i gruzem - bo miasto żyje, to znaczy: umiera i zmartwychwstaje, każdego dnia obraca się w perzynę i odbudowuje, da capo al fine. Z Koziej skręć w prawo, w Miodową, następnie zaś w lewo, w Senatorską. Po chwili będziesz niemal u celu - w południowo-zachodnim rogu placu Zamkowego.

Najlepiej widać to wszystko, owo ludzkie mrowie - celebrujące życie, rozgadane, rozkrzyczane, oglądające i konsumujące - z punktu obserwacyjnego na dzwonnicy kościoła świętej Anny. Pod zamkiem, w cieniu rozłożystego dębu stoją dorożki. Tłum zadziera głowy, by sprawdzić, czy zegar na wieży pod cebulastą kopułą o czasie zacznie wydzwaniać kuranty. U wejścia do katedry świętego Jana, jak zawsze, ktoś gra i ktoś śpiewa. W okolicznych sklepikach kilogramy warszawskich pamiątek osiadają w plecakach i torbach turystów z różnych stron kraju i globu - syrenki, miniatury Zamku Królewskiego i kamienic Starego Miasta, magnesy na lodówki i gipsowe popiersia Fryderyka, biało-czerwone szaliki i szklane kule z podarowanym nam przez tow. Dżugaszwilego Pałacem K. i N., na który - jeśli nimi potrząsnąć - bezszelestnie opada śnieg zbiorowej niepamięci. Pod pomnikiem u zbiegu ulic Wąski Dunaj i Podwale grupa dziewcząt w mundurach Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej robi sobie zdjęcia. Mały powstaniec ma na głowie hełm o kilka numerów za duży. Kilkadziesiąt metrów dalej szewc Kiliński dniem i nocą wznosi szablę ku niebu, jakby chciał jednym sztychem przebić słońce i księżyc w pełni. Na ulicy noszącej jego imię, w miejscu, gdzie przytyka ona do Podwala, kilku nastolatków, którzy właśnie wyszli z pobliskiego sklepu, jak na komendę otwiera puszki z napojami energetycznymi. Rozmawiają po ukraińsku.

Jest niemal dokładnie tak, jak we wstępie do zbioru esejów Planeta Piołun napisała Oksana Zabużko - ów "świat stołecznego śródmieścia" jawi się jako "miły", "przytulny" i "nieskończenie domowy". Takim ujrzała go pisarka w roku 2014. Był to rok Majdanu, ukraińskiej Rewolucji Godności, zakończonej ucieczką promoskiewskiego satrapy do Rosji, rok "zielonych ludzików" oraz proklamacji separatystycznych "republik" donieckiej i ługańskiej, wreszcie rok wchłonięcia Krymu przez Federację Rosyjską.

Zabużko przyznaje, że na Warszawę patrzyła wówczas "przez ścianę łez". Zapewne właśnie dlatego w jej wspomnieniu obraz polskiej stolicy jest tak jednowymiarowy. Zdaje się zresztą, że nie może być inny, że ktoś, kto przychodzi "stamtąd", ze strefy wojny i śmierci, jedynie śmierć i wojnę ma przed oczyma, to znaczy: wszystko inne postrzega jako domenę niczym nie zmąconego szczęścia i dosytu. Zresztą i my - przez długie lata po Okrągłym Stole - skłonni byliśmy (chyba nieco na wyrost?) nazywać epokę, w której żyjemy, najszczęśliwszym okresem w historii kraju i nie zauważać przeszłości, to znaczy nie wyciągać z niej żadnych wniosków stosujących się do teraźniejszości. Inwazja Rosji na Ukrainę sytuację tę zmieniła - za sprawą obecnego doświadczenia ukraińskiego możemy ujrzeć na nowo i lepiej pojąć to, co niegdyś spotkało nas samych. Przeszłość powraca, konkretyzuje się, unaocznia, staje prawie że dotykalna.

Słowa o "nieskończenie domowym świecie stołecznego śródmieścia" brzmią mi w uszach, gdy w ostatni majowy weekend z żoną i córką przyjeżdżamy z Łodzi do Warszawy, by trochę tu "pobyć", by na dwa dni zanurzyć się w żywą tkankę stolicy. Kwaterę mamy wyznaczoną tuż obok Zamku Królewskiego - przestrzenią codziennych spacerów są dla nas Stare Miasto i Nowe Miasto, Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, Ogród Saski oraz place Krasińskich, Piłsudskiego i Teatralny.

Dla kogoś, kto dojeżdża tu do pracy, stolica zostaje zredukowana do przestrzeni, którą należy pokonać w możliwie krótkim czasie. Przestrzeń ta jest de facto pozbawiona właściwości, amorficzna, plazmowata. Turysta dotyka Warszawy inaczej. Wyczulony na kształty, barwy i dźwięki doświadcza odświętności chwili, którą niejako wyjęto z pędzącego nurtu. Tonie w Warszawie, zapominając o tym, że przebywa w samym środku historycznej rekonstrukcji, w skansenie zbiorowych doświadczeń, w bijącym piano, pianissimo sercu obłaskawionej, zneutralizowanej i udomowionej makabry. Jeśli jednak zwraca uwagę na komunikaty dobiegające nas zza wschodniej granicy - na telewizyjnym ekranie widział groby Buczy, Irpienia i Borodzianki, wpatrywał się w zbombardowany przez Rosjan budynek teatru w Mariupolu, pod którego gruzami pozostały setki ciał szukających tam schronienia matek, dzieci i starców, słyszał o wypełnionej ludźmi pizzerii w Kramatorsku, w którą uderzyła rosyjska rakieta S-300 - przygląda się warszawskiemu Staremu Miastu podejrzliwie. Bo w rzeczywistości "miłe, przytulne i nieskończenie domowe" może się ono wydać jedynie przybyszowi z daleka, który nie zauważa - bo zauważyć nie może - śladów wojennej grozy sprzed niemal osiemdziesięciu lat. Zamknięto je w estetyczne kształty pomników, w geometryczny porządek pamiątkowych tablic, w mało zrozumiałą plątaninę napisów na elektronicznych mapach Google'a, w której gubi się wzrok przeciętnego obserwatora.

Ja jednak, który pamiętam zdania otwierające Gwiazdę Piołun, stanowiące coś w rodzaju szczepionki na "naskórkowe" doświadczanie Warszawy, oglądam centrum stołecznego miasta ironicznie, to znaczy: patrzę na jedno, dostrzegam drugie. Mowa warszawskich ulic ma bowiem "podwójne dno", jest mową ezopową i aluzyjną, a to, co widoczne, co na powierzchni, nieustannie odsyła do tego, co zakryte, do gorzkiego jak piołun, ciemnego jądra.

Pod tak zwanym Mostem Westchnień, czyli przerzuconym nad ulicą Kozią jednokondygnacyjnym łącznikiem, na wysokości twarzy przechodnia kamienna tablica z umieszczoną na tle krzyża maltańskiego informacją, że w miejscu tym 10 sierpnia 1944 roku "hitlerowcy rozstrzelali sto kilkanaście osób". Czyjaś ręka przekreśliła wyryte w żółtoszarym piaskowcu słowo "hitlerowcy", by powyżej - ołówkiem! - napisać "Niemcy"...

Tego rodzaju tablic, zaprojektowanych przez rzeźbiarza Karola Tchorka, jest w okolicy wiele (pod koniec lat 70. w granicach miasta było ich czterysta czterdzieści osiem). Będziemy je mijać każdego dnia - wędrując Senatorską i Długą, Krakowskim Przedmieściem i Nowym Zjazdem, Podwalem, Wąskim Dunajem i Kozią. Miejsca zbiorowych egzekucji, likwidacji powstańczych szpitali wraz z ich personelem i pacjentami, publicznego mordowania więźniów Pawiaka oraz przechodniów aresztowanych w ulicznych łapankach... A wszędzie liczby - liczby zamiast nazwisk.

Wojna w Ukrainie, zmniejszając dystans dzielący nas od przeszłości, sprawia, że wyobraźnia warszawskiego przechodnia próbuje tym bezimiennym ofiarom nadać choćby pozory realności - wyposażając je w  j a k i ś  wzrost,  j a k i ś  wiek,  j a k i e ś  rysy twarzy. Nawet najbardziej wyćwiczona imaginacja nie razi sobie jednak z liczbami abstrakcyjnymi, z setkami tysięcy i milionami.

Przechodzień, który obok odkopanych niedawno fundamentów Pałacu Saskiego, wysadzonego w powietrze przez Niemców, przejdzie pozostawioną nam resztką Ogrodu Saskiego w stronę Placu Bankowego i zabłąka się na teren dawnego getta, do którego niemieckie władze okupacyjne wtłoczyły warszawiaków o żydowskich korzeniach i ich ziomków z miast i miasteczek Distrikt Warschau, stanie przed ścianą ciszy - na próżno będzie się ją starał sforsować. Niewiele lepiej wypadnie dlań próba objęcia rozumem największej zbrodni okresu Powstania Warszawskiego - rzezi dokonanej na ludności dzielnicy Wola przez oddziały Heinza Reinefartha. I to niezależnie od tego, czy za bliższe prawdy uzna szacunki polskie (ok. 50 tysięcy ofiar), czy niemieckie (15 tysięcy).

Wyobraźnia potrzebuje konkretu i szczegółu - najlepiej pracuje, gdy punktem odniesienia są dla niej losy jednego człowieka, jednej rodziny, jednego miejsca. Takich "punktów zaczepienia" Stare Miasto oferuje aż nazbyt wiele.

Oto archikatedra świętego Jana Chrzciciela, niedziela 17 września 1939 roku, tłum szczelnie wypełnia wnętrze. Podczas mszy w dach świątyni uderza bomba. Podłoga chóru wali się na odkryte głowy tych, co błagali o wybawienie od złej i niespodziewanej śmierci. Inna z bomb trafia w Wieżę Zygmuntowską Zamku Królewskiego, niszcząc mechanizm zegara, który zatrzymuje się o 11:15. (Od kilku godzin w granicach II Rzeczypospolitej są już nie tylko wojska III Rzeszy, lecz także sowiecka Armia Czerwona.) Z na wpół zniszczonej siedziby polskich władców Niemcy wywiozą wszystko, co się da - dzieła sztuki plastycznej, arrasy i dywany, żyrandole, kandelabry, kominki i gzymsy, a nawet posadzki. Do prac rozbiórkowych każdego dnia zapędzani są przedstawiciele żydowskiej społeczności Warszawy. Jeszcze nie zamknięto ich w getcie, jeszcze nie odesłano do Treblinki.

Schyłek lata roku 1944. Między kościołem św. Anny a kamienicami po przeciwnej stronie Krakowskiego Przedmieścia wisi kurtyna chroniąca esesmanów Oskara Dirlewangera przed wzrokiem i kulami powstańców. Do barykady na Podwalu podjeżdża transporter amunicji Borgward IV. Przejmą go żołnierze AK i odbędą nim triumfalny przejazd ulicami starówki. U zbiegu Podwala i Kilińskiego, tam gdzie, wyszedłszy z pobliskiego sklepu, dziś stoją ukraińscy chłopcy z napojami energetycznymi, pojazd wybuchnie.

Po upadku powstania, 9 października 1944 roku Heinrich Himmler wyda rozkaz zburzenia Warszawy: "Miasto ma całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi i służyć jedynie jako punkt przeładunkowy dla transportu Wehrmachtu. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać. Wszystkie budynki należy zburzyć aż do fundamentów". Pod Zamek Królewski, Pałac Saski, Hale Mirowskie, pod mosty Kierbedzia i Poniatowskiego, most średnicowy i most przy Cytadeli, pod zabudowania dzielnicy Wola, gdzie nie ma już żywych, niemieccy saperzy - podobnie jak czynili to przed rokiem na terenie oczyszczonego z ludzi warszawskiego getta - podłożą materiały wybuchowe. Z ziemią zrównane zostaną najważniejsze historyczne budowle, dzieła kultury, zbiory bezcennych woluminów. Stojące jeszcze ściany, stropy i fasady wypalane będą płomieniami z miotaczy ognia.

Z drugiego brzegu Wisły upadkowi powstania i planowemu niszczeniu polskiej stolicy będą się przypatrywać rosyjskie oddziały, zatrzymane w miejscu rozkazem ospowatego generalissimusa.

A potem, gdy wszystko ucichnie, gdy dopalą się ogniska i runą mury, gdy ziemia zacznie wchłaniać bezimienne ciała, wojska oswobodzicieli krokiem defiladowym wkroczą na warszawski cmentarz.

Tym wyzwoleniem szantażować będą wyzwolonych przez kolejnych osiemdziesiąt lat.

Zainstalują tu swoich Janukowyczów. To, co nazwą oswobodzeniem, uczynią podstawą własnego panowania nad krajami Europy Środkowej. Z historycznych narracji znikną Niemcy i Rosja, oddziały morderców Dirlewangera, Prigożina i Kadyrowa odłączą się od swoich mocodawców, jakby ich działalność nic nie miała wspólnego z istnieniem państw, z których ruszyli do krwawej roboty. Na scenie historii zostaną tylko naziści i putiniści. Zburzone miasta ktoś podźwignie z ruin - znów będą się jawić jako "miłe, przytulne, nieskończenie domowe". Nowi ludzie wejdą na miejsce starych. We wnętrzu współczesności tych, którzy przyjdą tu po nas, dojrzewać będzie myśl o nowej wojnie.

Paulina Miękoś-MaziarskaGringo

- Powiedziałeś, że jak długo tam mieszka? - Krwistoczerwone obcasy reporterki wysiadającej z vana zatonęły w błotnistej glinie. Kobieta rozejrzała się po okolicy. Mgła przysłaniała niemalże wszystko. Nozdrza przepełnił zapach mokradeł, lasu.

- Wystarczająco. - Kierowca vana poczęstował ją camelem. Z samochodu dobiegał szum radia, zasięg stracili jakieś trzy mile wcześniej.

- Wystarczająco, by...? - Dziennikarka nachyliła się nad użyczoną przez towarzysza zapalniczką.

- Po prostu. - Mężczyzna zaciągnął się głęboko dymem, lustrując wejście do jaskini. - Wystarczająco długo. Jesteśmy u podnóża Cerro Paine Grande. Srogie miejsce. Zgodziłem się, bo to ekscytujące. Szalona reporterka i jeszcze bardziej szurnięty dzikus w grocie. Możesz mieć naprawdę dobry materiał.

- Na to liczę. - Wyciągnęła dłoń ozdobioną perfekcyjnym manicure w stylu boho. - Adriana.

- Ładne imię. - Odwzajemnił gest o wiele mocniejszym uściskiem. - José.

- Tatuś lubił Rocky'ego. - Uśmiechnęła się i puściła oczko. Ostatni raz w życiu.

*

- Co do kurwy? - Komisarz Sansky próbował zrozumieć rysunek w błotnistej ziemi u podnóża masywu gór Cordillera del Paine. Malunek, a właściwie ekspozycja, przedstawiał okrąg, w środku którego znajdowały się fanty: dwoje wyłupionych oczu, odcięty nos oraz urżnięte wargi. Wszystkie te oblepione zakrzepłą krwią elementy ułożono w sposób odzwierciedlający układ twarzy. Reszty kobiety nie znaleziono. Sansky splunął. - Musimy go w końcu aresztować.

- Twierdzi, że to nie on. - Niższy stopniem funkcjonariusz Morales szybko zdał sobie sprawę, w jakim kierunku pójdzie rozmowa, zacisnął więc usta w poziomą kreskę.

- A co ma twierdzić, do chuja pana?! Kto zezwolił tam wejść?! Kto zezwolił z nim rozmawiać?!

- Trudno mi powiedzieć, od kogo wyszedł rozkaz, szefie. Jeżeli nie od szefa, to chyba tylko od naczelnika. Albo komendanta. Czekaliśmy półtorej godziny.

- Bo to pierdolony koniec świata. Chwilę schodzi tu dotrzeć, zwłaszcza omijając karambol. To góry, Morales, i przypominam, że nie pochodzę z waszych stron. "Jeśli nie od szefa" - zacytował. - Nawet nie wiesz, od kogo!

- Ten dzikus i tak nam kazał wyjść, powiedział, że chce dowódcę.

- Co za burdel! Wchodzę do niego.

- Zbliża się monsun, a techniczni utknęli w karambolu. Czy mamy to zabezpieczyć? - Morales wskazał na ułożoną karykaturę twarzy.

- Zostawcie jeszcze. I zróbcie pierdyliard zdjęć. Jeżeli to ona, będziemy tu mieli całą armię pismaków z "Qué pasa". To cud, że jeszcze ich tutaj nie ma.

- Może przez karambol.

*

Sansky myślał o tym, że tu, w Ameryce Południowej, wszystko działa inaczej niż w Europie. Nawet inaczej niż w Stanach. Zupełnie, jakby cała południowa półkula żyła własnym, południowym życiem. Może to bliskość Amazonii powodowała większą dzikość. Dzikość natury, dzikość zdarzeń, dzikość załatwiania spraw. Wild South. Sansky obracał w głowie tę myśl, zagłębiając się w mroku i wilgoci jaskini. O mieszkającym tu mężczyźnie wiedział, że ma stwierdzoną agorafobię, co oznaczało nic innego, jak lęk przed otwartą przestrzenią. W aktach mieli jego pełne dane oraz informację, że "odmówił życia w społeczeństwie". Od pewnego czasu winę za każde zaginięcie w tym paśmie górskim przypisywano jemu. Żadnych dowodów, żadnych świadków, nawet poszlak. To po prostu dobrze się kleiło w agresywnych nagłówkach gazet. Stąd też ta dziennikarka. Ale czy mieszkający tutaj człowiek zostawiłby taki ślad? Mordercy dzielili się na tych, którzy starali się pozostać niezauważeni, oraz na tych, którzy znakowali zbrodnie i lubili czuć na plecach dech pościgu. Kim był ten człowiek? Sansky przeczuwał, że kimś zupełnie innym. Trzecią kategorią sprawcy lub... niewinnym. W to ostatnie nie wierzył. W niewiele wierzył w życiu.

- Przed wejściem do twojej groty znaleźliśmy części ciała kobiety. - Sklepienie oddało echo artykułowanych słów. Zarys cienia na wschodniej ścianie i powolny oddech musiały wystarczyć za dowód obecności rozmówcy.

Przynajmniej dopóki nie przemówił.

- To nie jest moja grota, gringo.

- Czyżby?

- Nic tutaj nie jest ani moje, ani twoje. Wszystko jest gór. - Dłuższa pauza szybko wypełniała się dźwiękiem kropel skapujących ze stalaktytów. Ochrypły głos kontynuował: - Przetrwasz, jedynie będąc ich częścią. Wtedy ty jesteś częścią góry, a ona częścią ciebie. Ona jest tobą, a ty jesteś nią.

- Coś musisz jeść. Jesz ją, a ona je ciebie?

- Przyszedłeś rozmawiać o moim menu? Nie pasujesz tutaj, jesteś jak ciało obce. Kłujesz, uwierasz. Organizm cię odrzuca. Organizm cię nie chce.

- Przyszedłem rozmawiać o reporterce Adrianie Pérez, która przyjechała zrobić z tobą wywiad, a teraz kawałki jej twarzy układają się w drogowskaz niezachęcający do wizyt w twojej-nietwojej grocie, organizmie, jamie, wieży z kości słoniowej, człowieku gór, człowieku jaskiń, człowieku-jaszczurze. Tak o tobie napisał "El Periodista". Całkiem śmiesznie. Według nich chowasz się pod kamieniami.

Przy ścianie rysował się wciąż jedynie cień sylwetki.

- Było tutaj dwoje ludzi.

- Dwoje? - Sansky wyraźnie się zainteresował.

- Dwoje, gringo. Jednego wciąż tu mam. Pokażę ci go. Ma na imię José. Potrafi głośno krzyczeć. Głośniej niż białe kobiety.

KoronkarstwoWaldemar Kontewicz

Wyobraźmy sobie chłopca płynącego pod ogromną mapą nocnego nieba. Gdzieś na burcie krypy świeci naftowa Lampa Aladyna. Srebrny Zalew Wiślany kołysze ciszą. Spalinowy silnik rybackiej łajby strzela, stęka, zachłystuje się na wodzie, rozcinając planetarną próżnię. Wokół rtęciowa północ i kwarta Księżyca odbita w morskim lustrze Królestwa Niebieskiego. W sterówce na rufie brodaty szyper wypatruje następnego dnia. Zapach tytoniu i śledzi miesza zmysły. Cekiny rybich łusek igrają z lunarnym światłem. Wszechświat zapada się w melancholię. Można złapać każdą konstelację gwiezdną w siatkówkę oka. Ale jak przenieść ten astralny teatr na scenę dnia codziennego? Jak wymalować, wyrzeźbić, opisać, wyhaftować Perseidy, Wielki Wóz i Gwiazdę Północy? Skąd musi przybyć artysta astronomii?

Każdy może zaniemówić, widząc Wilczą Legendę srebrnego globu w braniewskiej czynszówce na poddaszu. Odwieczny satelita Ziemi przybiera bladoróżowy kolor. Kratery, doliny, pęknięcia, z początku ledwie zarysowane, dojrzewają w każdej sekundzie. Utlenione morze, z białą kipielą nocnych fal, wspina się niczym grzbiet wściekłego brytana na przechylony hiszpański galeon. Rufa ozdobiona łbem grzywiastego monstrum kąsa słoną bestię, nie daje się zaskoczyć rykiem spienionego żywiołu. Wygięte maszty z wybrzuszonymi żaglami defilują przed różową tarczą Nocnego Stróża. Ołów nieba unicestwia wszelakie jestestwo. Cisza pracowni mistrza koronkarstwa dysonuje ze swoim haftowanym palimpsestem. Słychać tylko kląskanie igły, niczym furkot omnikolorowego kolibra w odległej o tysiące kilometrów dżungli. Stalowe rylce ciągną za sobą węże kordonków po bezkresie lnianego oceanu. Ostrza miniaturowych halabard zahaczają o burty galeonu, topią się w głębinach morskich, by po chwili wychynąć z nawałnicą kolorowych nici abordażujących wszystkie zmysły. Wileński artysta kończy wyszywać światło kapitańskiej mesy. Galeon może już płynąć sam. Rozszalały ocean wzięty w ryzy dębowego uścisku ram łagodnieje. Wilczy Księżyc chowa wciąż swoją tajemnicę, nawet na wyszywanym kilimie. Wiatr od Zalewu Wiślanego wzmaga się. Antresola zamyka okna. Pora na sen. Jutro dzień koronkowej róży wiatrów i winogron.

Braniewska czynszówka na Zwycięzców z trzema piętrami i ośmioma mieszkaniami miała swoją tajemnicę. W każdej kuchni z oknem witającym wschód słońca wisiała trójwymiarowa karminowa róża z kroplą rosy na jednym z płatków. Zachodnia izba, z węglową westfalką i żeliwnym kranem z zimną wodą, przystrojona była kiścią winogron z francuskiej winnicy. Mechanikiem i przewodnikiem igły z nicią był samouk z wileńskich Kresów. Przedwojenny mistrz hafciarstwa miał tylko jeden olbrzymi kufer z igłami, kordonkami, naparstkami, agrafkami, kleszczami, szczypcami, ołówkami i setkami narzędzi, dla których ciężko było znaleźć polską nazwę. Sama róża powstawała na jego palcu. Kawałek lnianego gałganka obszywany był paletą czerwieni, której pochodzenie wymykało się rzeczywistości. Od intensywności wchodzącej w samo jądro czerni, po ucieczkę z macierzyńskiej ognistości do tiulowego różu. Zieleń łodygi to seledyn szlachetnego kamienia. Spadająca łza, przezroczystym kordonkiem prowadzona, utrzymywała wszystkie fizyczne prawa grawitacji i sił międzycząsteczkowych rosy. Jeden płatek boskiego kwiatu kwitł cały jesienny wieczór. A kropelka wody parowała z kordonków i osiadała na róży przez dwa tygodnie. Tęcza, która ukazywała się w słoneczne dni, spływająca z baśniową łzą, pochodziła od załamania światła w szklanym ekranie chroniącym delikatność natury.

Winogrona kwitły w zupełnej ciszy. Nikt nie widział, jak powstawała boska słodycz. Cały kosz francuskich owoców gotów był do sprzedaży na maślanym rynku. Warmińscy artyści przychodzili na ucztę Baltazara w każdy drugi czwartek miesiąca, by poczuć smak ambrozji wyczarowanej ze słonecznych minerałów gleby Bourgogne. Wyhaftowane grona iskrzyły tlenkami, azotanami, fosforanami i nawet atomami cyjanku.

Wydziergane morze braniewskich ruin, porośnięte mchem, wystawało z lnianej rzeczywistości i krwawiło cynobrowym kurzem unoszącym się nad uśmierconym miastem. Tylko szeroka i ołowiana Pasłęka leniwie płynęła do tego samego Zalewu Wiślanego, gdzie pewnego dnia o północy w rybackiej krypie stał chłopiec wpatrzony w gwiazdy, nieświadomy, że kiedyś pod tymi samymi konstelacjami popłynie na koniec świata.

Wyobraźmy sobie młodzieńca stojącego na brzegu rwącej rzeki pod baldachimem gwiezdnego dachu skrojonego na wapiennych szczytach. Gdzieś w kotlinie dogorywa płomień domowych lamp. Księżycowa kwarta kąpie się w gwiazdozbiorze Wodnika i odbija łososiową fizjonomię w mokrym zwierciadle górskiego żywiołu. Wokół przybite do zboczy sierpniowe łąki pachną sianem, końskim potem. W uduchowionych świerkach wiatr znalazł przytulne schronienie. Hula swobodnie tylko na szczytach marzeń. Inkaust nieba wylewa się na zasypiające sadyby. Spadające Pereseidy szukają flisackiej przystani. Kosmiczna cisza gra niemy film w kinie Wszechświat. Poszukiwani są aktorzy zdolni zagrać role Marsa, Jupitera, gazdy i gwiazdy z Pienin.

Sokolica karmiła wapienną piersią swoją ukochaną sosnę. Nie szczędziła surowej czułości przez ponad pięćset lat. Obnażone ramiona drzewa balansowały nad przepaścią. Równowaga zdawała się nierówną wielowiekową walką z siłami natury. Niewidoczne korzenie wpijały się w skałę niczym ostra igła w kawałek wyszywanego kilimu. Na poziomym konarze zawisła mgła, tak jakby szubienica była jej ulubioną zabawką. Sosna trwała. Wrastała w Pieniny i wapienne macierzyństwo. Wrastała w pastele, obrazy olejne, wyszywanki i legendy. W pocztówki z przełomem Dunajca. Wtykała się w każde okno dobrej pogody, aby tężeć i podrosnąć choć kilka milimetrów. Wtykała się w zaklęcia zakochanych w Tatrach chmur wiosennych i czekała na deszcz. Wtykała się w płótno makatki ufna, że następna burza z błyskawicami podaruje jej życie. Nie dopadły jej żadne wojny, zabory, pożary, armie, kule i rakiety. Pozostała jej kruchość na kilimie schowanym w zapomnianym albumie starych makatek. Czerwony podpis pod sosną wieścił nowinę: TRWAM.

W ogromnym sztambuchu zatytułowanym Podhalańska 3/3, który jakiś desperat zostawił pod zastaw w sądeckim lombardzie, znajduje się makatka ze złotą parzenicą i opis, jakim ściegiem należy wodzić po lnianym blejtramie, aby podhalański kwiat zakwitł o północy. Cała księga to zbiór wyszywanek nabytych w Wiedniu, Krakowie, Lwowie, Przemyślu, Buczaczu. Kordonkowa nić łączy zabór austriacki z polską historią. Wielkie rzeki płyną przez środek każdego haftu. Wszystkie narody austro-węgierskiego cesarstwa chwalą Najjaśniejszego patrona ucisku i wyzysku Franciszka Józefa I. Szczelnie otulony wypielęgnowaną brodą władca na każdym hafcie rozjaśnia świat ściegiem krzyżykowym. Nie brakuje zmutowanych słownych facecji poddanych z Galicji, Lodomerii, Słowacji, Rumunii, Chorwacji. Srebro podniebnych łąk tatrzańskich przełożone jest pszenicznym złotem Buczacza. Żydowski jidysz transmutuje się w prawosławną cyrylicę na targu w Stanisławowie. I ta najpiękniejsza makatka z herbem Galicji i Lodomerii, wyszywana prawdziwym pszenicznym kruszcem, królewskimi perłami, węglem ślepowrona, szafirem chabrów, błękitem Dunaju, cesarską koroną, zwieńczona jest karminowym credo: Bella gerant alii, tu, felix Austria, nube (Niech inni prowadzą wojny, ty, szczęśliwa Austrio, zaślubiaj).

Wyobraźmy sobie Warmię, Sądecczyznę, Galicję, Buczacz, Lwów, gwiazdozbiór Byka, kilimy i małego chłopca w Arce Noego płynącego do portu Wieża Babel.