Ty - Paweł Jakubowski

Kup ebooka

18.67 zł
14.94 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Pawełek szedł szybko i bez celu. Wieczór. Był wieczór. Szedł przez długą wąską uliczkę na obrzeżach swojego miasta. Mieszkał na obrzeżach. Po jednej stronie domki, po drugiej stronie garaże. Trochę jak na wsi. Trochę nie jak na wsi. Nastrój miał chujowy (innego określenia brak). Roztrzęsiony, lekko sprosternowany (chociaż nie, to za mocne słowo), gnębiło go tam w środku, rżnęło go od środka. Nie wiedział... wiedział - ale nie wiedział, czy słusznie odczuwa to, dość mocno drażniące go, wrażenie. Ta niewiedza irytowała go jeszcze bardziej - rodził się w Pawełku samonapędzający się mechanizm sprzężonych ze sobą zadrażnień. Gdy jedno wytracało moc, drugie znowu nabierało rozpędu (i na odwrót) - odzwierciedlało to pewną sinusoidę rzeczywistych (w sensie zewnętrznych) doświadczeń, która była powodem jego obecnego stanu ducha; której miał już dość (tej sinusoidy) - i nieprawdą było, że tak naprawdę, być może w podświadomości, chciał się w tym stanie znajdować, bo tak mu było wygodniej, bo mógł się spokojnie litować nad samym sobą; czy też z jakiegoś innego psychologicznego i bliżej niezidentyfikowanego powodu. Nie chciał, nie chciał i koniec. Nie i chuj - jak mawiają w swoim socjolekcie żołnierze wojska polskiego. Łatwo da się to udowodnić (że nie chciał [znajdować się w tym stanie]) - upokarzające, a przede wszystkim nudne to wszystko dla Pawełka było w cholerę nie do opisania.

Chwilami prawie całkowicie udawało mu się uspokoić, ale zaraz wszystko wracało do normy (normy nienormalności).

Huk (petardy?) przerwał tok jego myśli (nie, chyba jednak nie petarda).

- Co to? - pomyślał bezmyślnie - mechanicznie.

Nie zastanawiając się specjalnie poszedł za garaże (stamtąd huknęło). Rozciągał się tam fantastyczno-industrialno-dadaistyczno-postapokaliptyczny krajobraz podmiejskiego ugoru - mieszanki nieoficjalnego wysypiska śmieci, wybiegu dla psów, pijalni tanich napojów no i lekkiej domieszki natury, której zielone rzadkie drzewka i bujne krzewy, wbrew wszystkiemu, uparcie nie chciały przestać rosnąć na skomasowanych pagórkach drobnego gruzu i betonowych płyt. Wszystko okraszał górujący nad okolicą komin elektrociepłowni. Jaka szkoda, że, z powodu mroku, nie było teraz widać uroku tego miejsca. Świeciły się tylko światełka na kominie. Pawełek, schodząc ze wzniesienia, zawadził o coś i mało się nie był wykopyrtnął.

- Jucha sucza! - zaklął wewnątrz siebie (czemu akurat tak?). - Po chuja się tu pcham!

Po chuja czy też nie - pchał się dalej. Gdzie lazł, a już tym bardziej w jakim celu, nie wiedział wcale i nie chciał wiedzieć. Przebrnął jakiś pagórek (potykając się i klnąc w dziwny sposób [np. "córy Koryntu mnie tu pchały, do bydlackich stu tysięcy kutasów!"] z pięć co najmniej razy) i niespodziewanie wpadł niemal na jakąś sylwetkę kogoś... (przy zbieganiu z owego pagórka). Sylwetka kogoś była...  d z i w n a... a mianowicie przytykała sobie kształt pistoletu do głowy.

- Co pan... - (zdał sobie sprawę, że wcale nie wie czy ma do czynienia z mężczyzną) - co pa... co robisz? - słowa wyszły automatycznie, prawie bez udziału jego woli.

- Kurwa! - tak, głos niewątpliwie należał jednak do mężczyzny.

- Czy... - Pawełek zawahał się, ale potem powiedział zdecydowanie: - Pan chce popełnić samobójstwo.

- Bohater? - wycedziła sylwetka z przytkniętym kształtem pistoletu do głowy.

- Słucham? Nie dosłyszałem...

- Spytałem się czy jesteś bohaterem.

- Nie, raczej nie.

- Zjeżdżaj.

- Ekhem...

- Kurwa, spierdalaj!

Chwila ciszy.

- Niech pan tego nie robi - wyrzucił z siebie (ale cicho) Pawełek.

- Znalazł się... - mruknął do siebie mężczyzna, a potem głośno dodał: - Odejdź stąd.

Ale Pawełek stał dalej na swoim miejscu.

- Uparłeś się, co? - delikwent skierował broń lufą do Pawełka.

Zawartość żołądka podeszła mu do gardła (Pawełkowi znaczy się), ale nogi jednocześnie wrosły w ziemię, skutecznie uniemożliwiając ucieczkę (czy jakiekolwiek inne działanie). Z drugiej strony Pawełek nie bał się wcale - wszystko było zbyt nierzeczywiste. (Bardzo, bardzo schizofrenicznie). Zawirowało. Czas urwał się jakby na chwilę... Powinno tutaj nastąpić też przerwanie w narracji - ale jak to zrobić, żeby tekst postępował dalej, a narracja nie? (Eh... - pewnie i tak nie zrozumiesz o co mi chodzi).

+ + +

- Kurrrwa! - mężczyzna zdał sobie sprawę, że z jego zamiarów nic nie wyjdzie, a na jego twarzy pojawiła się mieszanka rozgoryczenia, zawodu i, przynajmniej tymczasowej, rezygnacji (z powziętego zamiaru).

Opuścił rękę, schował pistolet w wewnętrzną kieszeń płaszcza. A właśnie - mężczyzna był wysoki, lat około trzydziestu kilku, w drogim eleganckim płaszczu, z twarzą lekko niedogoloną, przystojną (pełną, arystokratyczne [dajmy na to] rysy i takie tam...), do tego fryzura modna (czyli, że jaka?). Te wszystkie szczegóły zauważył Pawełek już później w świetle latarni. A jak wyglądał Pawełek? Już... Młodzieniec lat dwudziestu raczej niż dwudziestu kilku. Szczupły. Okulary. Włosy blond ciemne, gęste, normalnie ułożone (czyli, że jak ułożone?). Twarz pociągła, ładne usta, wydatny nos, oczy głęboko osadzone (brązowe). Przystojny (nawet).

Wyszli na ulicę. Niedoszły samobójca szedł gdzieś, a Pawełek nie odstępował go ani o krok. Normalnie, w takiej sytuacji, uznałby, że zrobił już wszystko i oddaliłby się... ale nie teraz (heh!). Nie wiedział co powiedzieć - według swoich przekonań wierzył tylko, że nie należy poruszać kwestii motywu. Ale jaką kwestię poruszyć? Bez słowa doszli na przystanek, bez słowa wsiedli do autobusu. Długo, długo nic nie mówili.

- Ile będziesz się za mną pałętał? - zapytał wreszcie "wyjęty z objęć śmierci".

- Odprowadzę pana do domu.

- A tak...

Znowu długo, długo ani słowa.

- Chciałbym, żeby oddał mi pan pistolet - powiedział Pawełek (decydował się na to przez jakieś dwadzieścia minut).

Wysiedli z autobusu, znajdowali się gdzieś... Pawełek nie wiedział gdzie.

- Tak, jasne - ku zdziwieniu ich obu, oddał broń.

- Czy mogę coś dla pana zrobić?

- Ta, poczekaj ze mną. Zadzwonię. Zaraz przyjedzie tu po mnie jedna... Kiedy mnie odbierze, możesz być o mnie spokojny.

Pawełek skinął głową. Człowiek, który próbował się zabić wyciągnął telefon komórkowy. Cichutki dźwięk wystukiwanego numeru, chwila ciszy i wreszcie...

- Dobry wieczór Karola... Tak wiem, wiem... Mam kłopot, przyjechałabyś po mnie szybko?

Tu mężczyzna wymienił nazwę ulicy. Dalsze czekanie upłynęło im w kompletnym milczeniu. Po mniej więcej półgodzinie podjechało czerwone porsche. Kobieta, która z niego wysiadła... Ponieważ była noc, Pawełek zapamiętał tylko tyle, że była... hiperzgrabna i ubrana jakoś tak... podniecająco (ale jak dokładnie i w co - tego nie umiałby powtórzyć). Mężczyzna podszedł do niej i "na ucho" wyjaśnił całą sytuację. Ona skinęła głową i wskazała mu miejsce pasażera w swoim samochodzie.

- Dzięki - rzuciła (Pawełek usiłował potem przypomnieć sobie brzmienie jej głosu - daremnie).

- Dziękuję - powtórzył, już ze środka wozu, wbrew sobie, ale szczerze (?!) ocalony.

- Mogę prosić o jakiś kontakt? - spytał Pawełek.

- Co? - kobieta skrzywiła się w taki sposób, jakby miała do czynienia z jakimś miernym podrywaczem.

- Jeśli to możliwie... nie chcę sprawić kłopotu... to znaczy... chciałbym dowiedzieć się czy wszystko skończyło się w porządku.

- A tak, jasne. Podaj mi swój - machnęła niedbale dłonią.

- Słucham? - nie do końca zrozumiał.

- Swój numer, ja zadzwonię do ciebie.

Podał.

- No to trzymaj się mój mały - rzuciła mu, wsiadając do samochodu.

Ruszyła z piskiem opon.