Tylko jedna chwila - Sylwia Markiewicz

Kup ebooka

39.90 zł
32.72 zł (32,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II

Jo­an­na za­nu­rzy­ła cho­chlę w wa­rzyw­nej kom­po­zy­cji i wy­pe­łni­ła nią ta­lerz, po czym do­la­ła zło­ci­ste­go bu­lio­nu, tyl­ko tro­chę, do wrąb­ka, jak dla dziec­ka. Do­ro­słym za­wsze na­le­wa­ła zupy do pe­łna. Tyle wy­star­czy, bo jesz­cze mama go­to­wa się prze­stra­szyć i w ogó­le nie zje­ść. Jo­an­na spie­szy­ła się, by zdążyć, nim ta wyj­dzie z ła­zien­ki. Może żo­łądek Da­nu­ty za­cznie do­ma­gać się je­dze­nia, gdy po­czu­je sma­ko­wi­tą woń? Jo­an­na uło­ży­ła ta­lerz i ły­żkę, wy­gła­dzi­ła ser­wet­kę, zło­ży­ła koc w kost­kę, po­pra­wi­ła po­dusz­ki i na­rzu­tę. Szyb­ko ucie­kła do kuch­ni, kie­dy usły­sza­ła szczęk zam­ka.

Da­nu­ta od razu za­uwa­ży­ła, że jej wy­god­ne le­go­wi­sko zo­sta­ło uprząt­ni­ęte. Ob­ci­ągnęła no­gaw­ki gra­na­to­wych dre­sów, bo po­zwi­ja­ły się nie­chluj­nie, two­rząc har­mo­nij­kę. Wci­ąż mi­ęto­si­ła zim­ny i mo­kry rękaw blu­zy: pod­czas my­cia po­chla­pa­ła się jak dziec­ko. Mia­ła już coś po­wie­dzieć... ale zre­zy­gno­wa­na usia­dła. Kłót­nia nic tu nie da, chy­ba jed­nak tro­chę zupy nie za­szko­dzi. Da­nu­ta nie czu­ła gło­du, ale bar­dzo chcia­ło jej się pa­lić, a pa­pie­ros le­piej sma­ku­je po je­dze­niu. Go­rący wy­war roz­lał się w ustach, pa­rząc pod­nie­bie­nie. Za­klęła w du­chu. Już mniej łap­czy­wie wsu­nęła do ust ko­lej­ną ły­żkę. Smak był do­bry, ale tego się spo­dzie­wa­ła. Jo­an­na go­to­wa­ła le­piej od niej, le­piej zaj­mo­wa­ła się do­mem i ogro­dem, czy­ta­ła mądre ksi­ążki i ro­zu­mia­ła wszyst­kie wia­do­mo­ści, któ­re ata­ko­wa­ły je co rano z te­le­wi­zo­ra. Trud­no jej było ka­żde­go dnia zno­sić to, że cór­ka jest dużo mądrzej­sza od mat­ki, za­rad­niej­sza i tak wy­chwa­la­na przez wszyst­kich do­oko­ła.

- Ty to masz szczęście - mó­wi­ły sąsiad­ki - cór­ka na na­uczy­ciel­kę ci się wy­kszta­łci­ła, do­bra i mądra dziew­czy­na z niej.

- Co mi po jej mądro­ści - od­po­wia­da­ła Da­nu­ta - jak męża zna­le­źć nie może, bo się jej boją wszyst­kie chło­py? Kto by za żonę chciał taką, co zna od­po­wie­dź na ka­żde py­ta­nie? - Ma­cha­ła ręką, zi­ry­to­wa­na tym ich ga­da­niem.

One mo­gły się po­chwa­lić gro­mad­ką wnu­ków, za­rad­ny­mi zi­ęcia­mi. A ona co? Ma cór­kę, któ­rej nie chce ża­den po­rząd­ny fa­cet. Dla­te­go mało wspo­mi­na­ła o star­szej cór­ce przy oka­zji roz­mów ze zna­jo­my­mi, ale za to o młod­szej opo­wia­da­ła chęt­nie. Ży­cie Alek­san­dry to wer­ni­sa­że, za­gra­nicz­ne wy­jaz­dy, wy­sta­wy, kon­cer­ty, te­atry, jej cór­ka błysz­cza­ła w to­wa­rzy­stwie - tym Da­nu­ta mo­gła się po­chwa­lić.

Wzi­ęła do ust ostat­nią ły­żkę zupy i od razu schy­li­ła się, żeby wci­snąć dłoń pod ka­na­pę. Pro­sto­kąt­na pacz­ka ci­ągle tam była. Da­nu­ta szarp­nęła, pacz­ka za­sze­le­ści­ła, wy­su­wa­jąc się ze szcze­li­ny, za­pal­nicz­ka pstryk­nęła. Uza­le­żnia­jący za­pach dra­żnił nos ko­bie­ty. Da­nu­ta przy­mknęła oczy, czu­ła się spo­koj­niej­sza. Na­gle jej gło­wę owia­ło rze­śkie po­wie­trze, a szum sa­mo­cho­dów z uli­cy stał się bar­dziej sły­szal­ny.

- Za­mknij to okno! - rzu­ci­ła pod­nie­sio­nym gło­sem w kie­run­ku kuch­ni, czu­jąc, jak ciar­ki prze­cho­dzą jej po ra­mio­nach.

- Mamo, nie pal w domu, jest ład­na po­go­da, wyj­dź na ta­ras - po­pro­si­ła Jo­an­na, za­ci­ska­jąc ze zło­ści zęby. Tak bar­dzo nie lu­bi­ła dymu pa­pie­ro­so­we­go, wszyst­ko po­tem w domu prze­ni­ka­ło jego za­pa­chem.

- Nie mam ocho­ty wsta­wać, mam pra­wo pa­lić, gdzie mi się spodo­ba, to mój dom! - Pod­nie­sio­ny głos za­mie­nił się w krzyk, a ostra wy­mia­na zdań pew­nie za­ko­ńczy­ła­by się kłót­nią, gdy­by nie pi­skli­wy dzwo­nek do furt­ki, któ­ry za­sko­czył obie ko­bie­ty.

Jo­an­na po­spiesz­nie otwo­rzy­ła drzwi, za­trzy­ma­ła się w pro­gu i spoj­rza­ła w kie­run­ku bra­my. Mło­dy mężczy­zna nie­cier­pli­wie prze­stępo­wał z nogi na nogę, roz­gląda­jąc się na boki. Prze­kła­dał z pra­wej ręki do le­wej ogrom­ny bu­kiet kwia­tów. Na wje­ździe za­par­ko­wa­ne było żó­łte auto z na­pi­sem "Pocz­ta kwia­to­wa".

- Dzień do­bry, czy za­sta­łem Da­nu­tę Ja­si­ńską? - Chło­pak dy­gnął uprzej­mie, pa­trząc w kie­run­ku za­sko­czo­nej Jo­an­ny, któ­rą zo­ba­czył zza furt­ki.

Na te sło­wa Jo­an­na zde­cy­do­wa­ła się po­de­jść, bo po­ja­wie­nie się mężczy­zny przez chwi­lę uzna­ła za po­my­łkę. Kwia­ty dla nich?

- Tak, to moja mama, ale wła­śnie śpi, mogę w czy­mś po­móc? - Wie­dzia­ła, że mat­ka nie wyj­dzie z domu w ta­kim sta­nie, zresz­tą mężczy­zna mó­głby się jej nie­co wy­stra­szyć. Jo­an­na pa­trzy­ła na her­ba­cia­ne róże, nie wie­dząc, co mogą one zna­czyć.

- Te kwia­ty są dla pani mamy, pro­szę po­twier­dzić od­biór prze­sy­łki. - Ku­rier jed­ną ręką po­dał jej bu­kiet, a dru­gą wy­su­nął spod pa­chy czar­ną pod­kład­kę z pa­pie­ra­mi do pod­pi­su.

Jo­an­na otwo­rzy­ła furt­kę, żó­łtym dłu­go­pi­sem, zmy­śl­nie przy­cze­pio­nym sprężyn­ką do pod­kład­ki, zło­ży­ła na kart­ce pod­pis przy swo­im na­zwi­sku. Przy­tu­li­ła do sie­bie pach­nącą wi­ązan­kę. Już wie­dzia­ła, cze­mu mężczy­zna tak prze­kła­dał ją z ręki do ręki - bu­kiet był duży. Za­nim we­szła do domu, po­ta­rła de­li­kat­nie mi­ęk­kie płat­ki o swój po­li­czek. Ni­g­dy ta­kie­go bu­kie­tu nie do­sta­ła, był pi­ęk­ny. Od­su­nęła go od sie­bie, by nie przy­zwy­cza­jać się zbyt­nio, i we­szła do sa­lo­nu. Po­ło­ży­ła kwia­ty na sto­le, wprost przed zdzi­wio­ną mat­ką.

- To z pocz­ty kwia­to­wej dla cie­bie - szep­nęła w jej kie­run­ku.

Jo­an­na otwo­rzy­ła szkla­ną wi­try­nę i wy­jęła z niej krysz­ta­ło­wy wa­zon z licz­ny­mi żło­bie­nia­mi w kszta­łcie li­ści. Puk­nęła pa­znok­ciem w jego brzeg dwa razy. Za­wsze tak ro­bi­ła: lu­bi­ła ten dźwi­ęk.

Da­nu­ta wy­ci­ągnęła drżący­mi ręka­mi bi­le­cik. Je­dy­nie sio­stra mo­gła wpa­ść na tak dur­ny po­my­sł, by wy­słać jej kwia­ty przez po­sła­ńca, może ją po­cie­szyć chcia­ła, lar­wa jed­na. Mimo że miesz­ka w tym sa­mym mie­ście, to by było w jej sty­lu. Od­kąd uma­rł jej mąż, nikt jej kwia­tów nie da­wał, a prze­cież Da­nu­ta nie mia­ła żad­ne­go ad­o­ra­to­ra. Roz­chy­li­ła mały bi­le­cik ze zdjęciem ger­ber, zbla­dła, usia­dła, po­my­śla­ła, że ktoś zro­bił jej nie­smacz­ny żart.

- Jo­an­na! - krzyk­nęła pi­skli­wym gło­sem.

Ta aż opry­ska­ła się wodą, na­le­wa­jąc jej do wa­zo­nu. Od­sta­wi­ła go do zle­wu i pod­bie­gła do roz­trzęsio­nej mat­ki. Pod­nio­sła roz­ło­żo­ny kar­net z wy­ci­ągni­ętej w jej kie­run­ku ręki i prze­czy­ta­ła wy­dru­ko­wa­ny zło­ty­mi li­te­ra­mi na­pis: "Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, mamo. Dużo zdro­wia i szczęścia z oka­zji imie­nin. Two­ja uko­cha­na Alek­san­dra".

Jo­an­na przy­sia­dła na brze­gu fo­te­la, ręce jej drża­ły, ser­ce się ści­snęło. Jak to mo­żli­we, że sio­stra przy­sła­ła kwia­ty z za­świa­tów? Z ża­lem pa­trzy­ła na łka­jącą mat­kę, któ­rej ta prze­sy­łka roz­dra­pa­ła jesz­cze świe­żą ranę. Z tyłu bi­le­ci­ka Jo­an­na od­szu­ka­ła ad­res. Kwia­ciar­nia Stor­czyk mie­ści­ła się w War­sza­wie. Jo­an­na po­sta­no­wi­ła, że musi na­tych­miast tam za­dzwo­nić. Po trzech sy­gna­łach, trwa­jących wiecz­no­ść, wresz­cie ktoś ode­brał. Uprzej­ma pani po­in­for­mo­wa­ła ją, że pani Alek­san­dra zle­ci­ła do­sta­wę już po­nad dwa ty­go­dnie temu i oso­bi­ście wy­bra­ła bu­kiet. Do­sko­na­le ją pa­mi­ęta, bo po­ka­za­ła jej wszyst­kie kwia­ty, gdyż ta nie mo­gła się zde­cy­do­wać, któ­ra kom­po­zy­cja naj­bar­dziej jej się po­do­ba.

Wszyst­ko sta­ło się ja­sne: sio­stra już wcze­śniej za­dba­ła, by nie za­po­mnieć o imie­ni­nach mat­ki. Tro­chę to nie w jej sty­lu: ra­czej dzwo­ni­ła dzień po, gdy to Jo­an­na jej przy­po­mnia­ła, a w tym roku, pro­szę, nie za­po­mnia­ła jak na zło­ść. Jo­an­na też mia­ła pre­zent dla mat­ki, ale bra­ko­wa­ło jej od­wa­gi, by dziś o nim wspo­mi­nać. Zde­cy­do­wa­ła, że zło­ży jej ży­cze­nia po obie­dzie, ale młod­sza sio­stra ją ubie­gła. Za­wsze chcia­ła być lep­sza, we wszyst­kim pierw­sza i za­gar­niać całą uwa­gę ro­dzi­ców tyl­ko dla sie­bie. I na­wet dzi­siaj, gdy już jej nie ma, też jej się to uda­ło. Te­raz, cho­ćby nie wia­do­mo jak moc­no Jo­an­na się sta­ra­ła, ża­den pre­zent nie prze­bi­je tych kwia­tów.

Znie­ru­cho­mia­ła, wpa­trzo­na w szkla­ny wa­zon, oswa­ja­ła my­śli, któ­re ją ata­ko­wa­ły ze wszyst­kich stron. Szczęk­ni­ęcie ka­na­py, sze­lest wy­ci­ska­nej z bli­stra ta­blet­ki i od­głos prze­ły­ka­nej wody - tyl­ko to dało się sły­szeć z sa­lo­nu, a po­tem na­sta­ły już tyl­ko mia­ro­wy od­dech i przej­mu­jąca ci­sza. Ci­sza, któ­ra to­wa­rzy­szy im od daw­na, tak wy­ra­zi­sta, że aż boli. A od dwóch ty­go­dni po­wie­dze­nie "gro­bo­wa ci­sza" do­sko­na­le ob­ra­zu­je at­mos­fe­rę pa­nu­jącą w tym domu.

Jo­an­na ze­szła po dwóch ka­mien­nych schod­kach, zmru­ży­ła oczy, ostre sło­ńce pa­da­ło wprost na jej twarz. Wol­nym kro­kiem okrąży­ła dom. Tra­wa si­ęga­ła już do ko­stek i aż się pro­si­ła o ko­sze­nie. Dwa­na­ście drzew owo­co­wych cze­ka­ło na to, co Jo­an­na ma dziś do po­wie­dze­nia.

Kie­ro­wa­ła się w sam róg dzia­łki. Lu­bi­ła to zie­lo­ne miej­sce: ona mó­wi­ła, drze­wa cier­pli­wie słu­cha­ły. Wśród drzew sta­ła ław­ka. Ko­bie­ta usia­dła. W po­wie­trzu uno­sił się słod­ki za­pach, mimo że ja­bło­nie już prze­kwi­tły. Gdzie­nie­gdzie jesz­cze le­ża­ły bia­łe płat­ki, ale li­ście chy­ba prze­jęły tę roz­kosz­ną sło­dycz, roz­ta­cza­jąc ją do­oko­ła. Ka­żda pora roku kre­atyw­nie ma­lo­wa­ła je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju, nie­po­wta­rzal­ny ob­raz tego miej­sca, a Jo­an­na chło­nęła go z nie­zmien­nym za­chwy­tem. Opie­ra­ła się o pień ja­błon­ki i ob­ser­wo­wa­ła dom, swo­je ży­cie, lu­bi­ła przy­glądać mu się z da­le­ka, jak­by na­le­ża­ło nie do niej, tyl­ko do ja­kie­jś ob­cej ko­bie­ty.

Na­ci­snęła na wy­świe­tla­czu te­le­fo­nu imię je­dy­nej oso­by, na któ­rą mo­gła te­raz li­czyć. Po dwóch sy­gna­łach usły­sza­ła do­no­śny, we­so­ły głos ciot­ki. Po krót­kiej roz­mo­wie, owład­ni­ęta bło­gim bez­ru­chem, jesz­cze przez kil­ka­na­ście mi­nut wsłu­chi­wa­ła się w od­gło­sy przy­ro­dy i do­pie­ro po chwi­li nie­chęt­nie skie­ro­wa­ła się w stro­nę domu, by wsta­wić wodę na kawę i przy­go­to­wać cia­sto na przy­by­cie go­ścia.

Ciot­ka Fran­cisz­ka za­zwy­czaj nie pu­ka­ła, a po pro­stu wcho­dzi­ła z im­pe­tem do sio­strza­ne­go domu. Tem­pe­ra­ment nie po­zwa­lał jej stać przed furt­ką i cze­kać, aż ktoś ła­ska­wie wyj­dzie otwo­rzyć. Wkła­da­ła więc rękę mi­ędzy me­ta­lo­we przęsła i zwin­nie na­ci­ska­ła klam­kę od dru­giej stro­ny. Oczy­wi­ście to się spraw­dza­ło tyl­ko, je­śli nikt nie za­mknął furt­ki na klucz, ale ta­kie rze­czy miesz­kan­ki do­mo­stwa ro­bi­ły tyl­ko na noc, dla­te­go ciot­ka nie krępo­wa­ła się w swo­ich po­czy­na­niach i już po chwi­li prze­kro­czy­ła próg ro­dzin­ne­go domu.

Wy­cho­wy­wa­ła się tu ra­zem z Da­nu­tą, ale dom i ogród przy­pa­dły star­szej od niej o dwa lata sio­strze. Ona odzie­dzi­czy­ła po ro­dzi­cach dzia­łkę bu­dow­la­ną. Nie zbu­do­wa­ła jed­nak tam domu, bo te­ren nie był zbyt atrak­cyj­ny i lek­ko pod­mo­kły, słu­żył bar­dziej jako łąka. Nie mia­ła wie­le do po­wie­dze­nia, bo sio­stra wcze­śnie za­szła w ci­ążę i to ona była w wi­ęk­szej po­trze­bie. Na szczęście Fran­cisz­ka tra­fi­ła na za­rad­ne­go męża, któ­ry zbu­do­wał dla nich dom na wła­snej zie­mi. Ni­g­dy nie mia­ła żalu z po­wo­du tego nie­spra­wie­dli­we­go ze stro­ny ro­dzi­ców po­dzia­łu: zna­ła cha­rak­ter Da­nu­ty i wie­dzia­ła, że to ona wy­mu­si­ła na nich tę de­cy­zję. Szczęścia jed­nak się nie mie­rzy w licz­bie hek­ta­rów czy bo­gac­twach, o czym jej sio­stra do­wie­dzia­ła się dość szyb­ko.

Da­nu­ta i tak była wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­na i na­rze­ka­ła na swój los. A Fran­cisz­ka na od­wrót - za­wsze dzi­ęko­wa­ła, że tra­fił jej się naj­wspa­nial­szy mąż pod sło­ńcem. Sta­szek był mężczy­zną bar­dzo spo­koj­nym, ugo­do­wym, zga­dzał się z ka­żdym sło­wem żony, choć na pierw­szy rzut oka może nie spra­wiał ta­kie­go wra­że­nia: był po­tężny, wy­so­ki, jego gło­wa za­wa­dza­ła o fu­try­nę drzwi, a i bar­ki miał sze­ro­kie jak bra­ma wjaz­do­wa - jak żar­to­wa­ła ciot­ka. Przy tym ciem­ny za­rost, krza­cza­ste brwi ni­czym Rum­cajs - swo­im wy­glądem bu­dził strach, ale gdy się ode­zwał, wszy­scy uśmie­cha­li się z ulgą, bo głos miał de­li­kat­ny, cie­pły, chło­pi­ęcy, jak­by mu­ta­cja o nim za­po­mnia­ła.

Sta­no­wi­li szczęśli­we ma­łże­ństwo i do­sko­na­le się uzu­pe­łnia­li. On mil­czący nie­dźwie­dź, a ona ga­da­tli­wa pa­pu­ga, i to do­słow­nie pa­pu­ga, bo ciot­ka uwiel­bia­ła ko­lo­ry. A to no­si­ła spodnie czer­wo­ne jak wóz stra­żac­ki, a to za­kła­da­ła do ko­ścio­ła cha­bro­wy ka­pe­lusz z bia­łą różą. Co­dzien­nie ro­bi­ła też moc­ny i wy­ra­zi­sty ma­ki­jaż jak na wiel­ką im­pre­zę, bo - jak mó­wi­ła - trze­ba świ­ęto­wać ka­żdy dzień. Dłu­gie i duże kol­czy­ki dyn­da­ły, zwra­ca­jąc uwa­gę wszyst­kich. Jed­nym się to po­do­ba­ło, in­nym prze­ciw­nie, ale nikt nie śmiał po­wie­dzieć złe­go sło­wa. Ze względu nie tyl­ko na strach przed tą py­ska­tą ko­bie­tą, ale też na sza­cu­nek, bo była po­moc­na w wie­lu sy­tu­acjach i nie było spra­wy, któ­rej by nie za­ła­twi­ła. To taka oso­ba, któ­ra jak jej drzwi za­mkną, to wcho­dzi oknem, a ona po­su­wa­ła się i da­lej - spo­koj­nie mo­żna rzec, że wska­ki­wa­ła ko­mi­nem.

Uko­cha­ny syn Fran­cisz­ki wy­je­chał za gra­ni­cę do pra­cy, a gdy po­znał swo­ją przy­szłą żonę, to już zo­stał na sta­łe, nad czym ko­bie­ta nie­zmien­nie ubo­le­wa­ła, ale po ci­chu, by jego de­cy­zje były sa­mo­dziel­ne, a nie pod­szy­te tro­ską o cier­pi­ącą mat­kę. Naj­gor­sze, że była da­le­ko od swo­je­go je­dy­ne­go wnucz­ka, a tak wie­le mia­ła mu do za­ofe­ro­wa­nia. Pró­bo­wa­ła Da­nu­cie uświa­do­mić, ja­kie ma szczęście, że Jo­an­na była przy niej i miesz­ka­ły ra­zem, ale wie­dzia­ła, że ta nie za­mie­rza­ła do­ce­niać po­świ­ęce­nia dziew­czy­ny i jej opie­ki. Gdy do­wie­dzia­ła się dziś o kwia­tach od zma­rłej Alek­san­dry, zro­bi­ło jej się żal sio­stry - nie za­słu­ży­ła na ko­lej­ny cios, a prze­cież ból po stra­cie cór­ki jesz­cze nie mi­nął.

Fran­cisz­ka mu­sia­ła przy­je­chać, bo at­mos­fe­ra w tym domu za­pew­ne jest na­pi­ęta. Pędzi­ła więc z dru­gie­go ko­ńca Skier­nie­wic, sama już nie wie­dzia­ła, czy to dla sio­stry, czy dla Jo­an­ny, któ­rą trak­to­wa­ła jak przy­ja­ció­łkę i za­wsze chęt­nie słu­ży­ła jej po­mo­cą. Była jej mat­ką chrzest­ną, a to do cze­goś zo­bo­wi­ązu­je, a poza tym ta dziew­czy­na to cho­dzące do­bro, tyl­ko jej się tro­chę w mi­ło­ści nie ukła­da­ło. Na mi­ło­ść jed­nak ni­g­dy nie jest za pó­źno, i do niej kie­dyś przyj­dzie to uczu­cie.

- Dzień do­bry! - krzyk­nęła od pro­gu Fran­cisz­ka, dzie­rżąc w rękach ci­ężką siat­kę, któ­ra swo­im ci­ęża­rem zda­wa­ła się ją prze­chy­lać na jed­ną stro­nę.

- Dzień do­bry, cio­ciu. - Jo­an­na wy­szła na ko­ry­tarz, aby przy­wi­tać je­dy­ną oso­bę, dzi­ęki któ­rej w ich domu cza­sem go­ści­ła ra­do­ść. Nie spo­sób się nie uśmiech­nąć przy tej ko­bie­cie. Jej od­wie­dzi­ny były jak po­wiew wio­sny w środ­ku zimy. Wul­kan, nie ko­bie­ta - po­my­śla­ła Jo­an­na, ca­łu­jąc Fran­cisz­kę w po­li­czek. Za­pach ko­sme­ty­ków po­kry­wa­jących twarz ciot­ki mie­szał się z wy­ra­zi­sty­mi per­fu­ma­mi i jesz­cze in­nym, od cze­go nad­mia­ru tro­chę mdli. W pro­mie­niu trzech me­trów od ko­bie­ty uno­si­ła się spe­cy­ficz­na, choć przy­jem­na, woń.

- Co to za ci­ęża­ry ta­chasz? - za­py­ta­ła Jo­an­na, gdy Fran­cisz­ka wgra­mo­li­ła się do kuch­ni i z gry­ma­sem po­sta­wi­ła na sto­le nie­bie­ską siat­kę.

- No jak to co? Ka­pu­stę zro­bi­łam, mło­dą z ko­per­kiem, i cia­sto z tru­skaw­ka­mi do kawy nio­sę, a i jaj­ka od Ko­ła­kow­skie­go, ta­kie od kur szczęśli­wych, a nie ze skle­pu. Jak wi­dzę, do­brze zro­bi­łam, bo mi­zer­nie wy­glądasz, Jo­asiu - do­da­ła ci­szej z tro­ską, spo­gląda­jąc w kie­run­ku ka­na­py. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, kto tam leży. Da­nu­ta na­wet się nie ode­zwa­ła, nie przy­wi­ta­ła. Fran­cisz­ce przy­kro się zro­bi­ło, choć prze­cież przy­zwy­cza­iła się już do ta­kich re­ak­cji na od­wie­dzi­ny u sio­stry.

- Ja mi­zer­nie? No co też mó­wisz, ja ci­ągle się bo­ry­kam z nad­wa­gą. Nie­któ­rzy chud­ną od zmar­twień, a na mnie to tak nie dzia­ła. - Jo­an­na spu­ści­ła oczy, jak­by za­wsty­dzo­na nie­po­wo­dze­nia­mi w wal­ce z nad­mier­ną tu­szą.

- Dziec­ko dro­gie, bzdu­ry wy­ga­du­jesz, a kto po­wie­dział, że chu­dzi to są szczęśli­wi? Ja tam dup­sko mam jak sto­do­ła, a cyc­ki jak bar mlecz­ny, a mój Sta­szek to rąk przy so­bie utrzy­mać nie może, tak go to kręci. Tyl­ko chłop ci po­trzeb­ny z ro­zu­mem, a nie ja­kieś byle co. Le­piej po­cze­kać na od­po­wied­nie­go kan­dy­da­ta, niż po­tem pła­kać po no­cach. A to dla cie­bie, niech ci w bio­dra idzie, a co! - mó­wi­ąc to, wy­ci­ągnęła ze spodu siat­ki nie­bie­skie pu­de­łko i po­da­ła Jo­an­nie z szel­mow­skim uśmie­chem.

- Nie­do­bra je­steś cio­ciu, moje ulu­bio­ne - wes­tchnęła zre­zy­gno­wa­na.

Wie­dzia­ła, że za­war­to­ść pu­de­łka szyb­ko znik­nie. I po co Jo­an­nie było to moc­ne po­sta­no­wie­nie, by nie ku­po­wać, sko­ro ono i tak samo po­ja­wia się w domu za spra­wą ciot­ki Fran­cisz­ki? Jo­an­na wło­ży­ła pu­de­łko pta­sie­go mlecz­ka do lo­dów­ki, bo zim­ne prze­cież sma­ku­je naj­le­piej. Po chwi­li na­la­ła wody do be­żo­we­go czaj­ni­ka ze zło­tą rącz­ką, w któ­rej lu­bi­ła się prze­glądać. Jej twarz wy­gląda­ła za­baw­nie zde­for­mo­wa­na przez błysz­czące two­rzy­wo. Co rano dziew­czy­na stro­iła do nie­go miny jak dziec­ko na do­bry po­czątek dnia. Włączy­ła czaj­nik, usta­wi­ła na bla­cie dwie bia­łe fi­li­żan­ki z ażu­ro­wym wzo­rem przy uszku i ta­le­rzy­ki od kom­ple­tu. Ro­zej­rza­ła się za go­ściem, by spy­tać, jak moc­ną kawę dziś so­bie ży­czy, ale w kuch­ni już ni­ko­go nie było, mimo że w po­wie­trzu wci­ąż uno­sił się in­ten­syw­ny za­pach ko­sme­ty­ków.

Ciot­ka zdąży­ła się już od­da­lić do sa­lo­nu, by przyj­rzeć się sio­strze, któ­ra na­dal uda­wa­ła, że w ogó­le nie ob­cho­dzi jej ta wi­zy­ta. Bu­kiet, o któ­rym Jo­an­na wspo­mi­na­ła przez te­le­fon, Fran­cisz­ka też oczy­wi­ście chcia­ła zo­ba­czyć. Kwia­ty z za­świa­tów - po­my­śla­ła, wsa­dza­jąc nos w sam śro­dek ak­sa­mit­nych płat­ków. Kon­tem­plo­wa­ła ten fakt dłu­ższą chwi­lę, ale ni­jak nie mie­ści­ło jej się to w gło­wie. Zło­śli­wy chi­chot losu, aż ciar­ki prze­szły ko­bie­cie po ca­łym cie­le. Strzep­nęła je ni­czym na­tręt­ne mrów­ki i wró­ci­ła do kuch­ni. Za­pach aro­ma­tycz­nej kawy sku­tecz­nie wy­rwał Fran­cisz­kę z od­rętwie­nia.

Rozdział III

Po wi­zy­cie ciot­ki Fran­cisz­ki mat­ka na­dal le­ża­ła za­ko­pa­na w ba­rło­gu. Sio­stra nie zdo­ła­ła prze­ko­nać Da­nu­ty do sku­sze­nia się na pach­nące so­czy­sty­mi owo­ca­mi cia­sto ani wy­pi­cia kawy. Sta­ra­ła się, jak mo­gła, pró­bo­wa­ła do­da­wać otu­chy, a w gad­ce była prze­cież do­bra, ka­żdy to po­wie, że jej się nie prze­ga­da. Ale to nie była roz­mo­wa, a bar­dzo smut­ny mo­no­log; krew ją za­le­wa­ła, gdy wi­dzia­ła bier­no­ść sio­stry. Nic, tyl­ko po­trząsnąć ją za te roz­czo­chra­ne ku­dły, aż głu­pie my­śli same wy­pad­ną z jej gło­wy. Le­d­wo się po­wstrzy­ma­ła od si­ło­we­go po­sta­wie­nia Da­nu­ty do pio­nu. Ze zło­ści aż za­gry­za­ła war­gi do krwi. Gdy­by były młod­sze, toby jej sko­pa­ła ty­łek i po pro­ble­mie. Mimo wie­ku roz­mo­wa nie przy­nio­sła jed­nak ocze­ki­wa­nych efek­tów, a po­win­na, bo prze­cież są do­ro­słe, doj­rzal­sze, mądrzej­sze. No wła­śnie, czy star­szy wiek ozna­cza mądro­ść? Na to i wie­le in­nych py­tań zde­ner­wo­wa­na Fran­cisz­ka nie zna­ła od­po­wie­dzi. Da­nu­ta nie­ste­ty mil­cza­ła, a gdy już się od­zy­wa­ła, nie były to sło­wa, któ­re na­le­ża­ło­by cy­to­wać.

Jo­an­na cie­szy­ła się z tej wi­zy­ty: na chwi­lę zwol­nio­na z obo­wi­ąz­ku za­mar­twia­nia się o mat­kę, bez­tro­sko pa­ła­szo­wa­ła wy­śmie­ni­te cia­sto. Po go­dzi­nie ciot­ka za­tęsk­ni­ła za Stasz­kiem, a ona zo­sta­ła sama ze śpi­ącą na ka­na­pie mat­ką, któ­ra wsta­wa­ła tyl­ko na chwi­lę, by za­pa­lić pa­pie­ro­sa i wy­pić lamp­kę wina, może dwie, po czym po­spiesz­nie wra­ca­ła pod mi­ęk­ki koc i na­ci­ąga­ła go pod sam nos, jak­by da­jąc do zro­zu­mie­nia oto­cze­niu, że ma gdzieś, co so­bie o niej my­śli.

Jo­an­na od kil­ku dni zbie­ra­ła się, by za­dzwo­nić do Gra­cja­na. Chcia­ła za­pro­sić ich na week­end, szcze­gól­nie małą Ana­sta­zję. Dziew­czyn­ka pew­nie nie­wie­le ro­zu­mia­ła z tej sy­tu­acji, a Jo­an­na chcia­ła się prze­ko­nać, czy może Na­st­ce ja­koś po­móc od­na­le­źć się w tej no­wej, trud­nej i bo­les­nej rze­czy­wi­sto­ści. Przed wy­ko­na­niem przez Jo­an­nę po­łącze­nia z nie­bie­skie­go pu­de­łka znik­nęły trzy wa­ni­lio­we pian­ki, da­jąc jej po­czu­cie chwi­lo­wej przy­jem­no­ści. Od­su­wa­nie tego mo­men­tu w nie­sko­ńczo­no­ść nic nie zmie­ni, chy­ba że za­ko­ńczy się po­chło­ni­ęciem nad­mier­nej licz­by ka­lo­rii, bo pu­de­łko ro­bi­ło się co­raz lżej­sze. Już od naj­młod­szych lat re­ago­wa­ła na stres zwi­ęk­szo­nym ape­ty­tem. Gdy mat­ka ci­ągle ją stro­fo­wa­ła, a sio­stra wy­ty­ka­ła jej na­wet naj­mniej­sze nie­po­wo­dze­nia, cu­dow­nym po­cie­szy­cie­lem oka­zy­wa­ły się słod­ko­ści. Jo­an­na do­sta­wa­ła je od dziad­ków i nie­mo­gące­go pa­trzeć na smu­tek cór­ki ojca. Dla­te­go je­dy­nym spo­so­bem na utrzy­ma­nie wagi był dla niej brak sło­dy­czy w za­si­ęgu ręki, bo chęć na nie ni­g­dy nie za­ni­kła wraz z wie­kiem.

* * *

Gra­cjan spo­glądał na Ana­sta­zję, któ­ra prze­bie­ra­ła lal­kę już ko­lej­ny raz. Szy­ko­wał ko­la­cję. Ka­nap­ki z żó­łtym se­rem, oczy z rzod­kie­wek, uśmiech z pa­pry­ki. Gdy wró­ci­li po po­grze­bie do War­sza­wy, pierw­sze, co zro­bił, to ku­pił ma­łej lal­kę, o któ­rej już daw­no opo­wia­da­ła. Re­kla­mo­wa­na na wszyst­kich dzie­ci­ęcych ka­na­łach, za­pa­dła cór­ce w pa­mi­ęć, a jej cu­dow­ne moce cza­ro­dziej­ki wy­da­wa­ły się bar­dzo re­al­ne na­wet dla do­ro­słe­go., Po otwar­ciu pu­de­łka oka­za­ło się, że ma­gicz­na ró­żdżka, co praw­da, jest w ze­sta­wie, ale nie­ste­ty nie zmie­nia po­ko­ju w salę ba­lo­wą, a mi­sia w czer­wo­ne­go ko­nia. Jak wy­tłu­ma­czyć Na­st­ce, że to tyl­ko re­kla­ma i musi uru­cho­mić swo­ją wy­obra­źnię, bo sama lal­ka ni­cze­go nie zdzia­ła? Ża­ło­sne, że tą za­baw­ką chciał zre­kom­pen­so­wać ma­łej brak mat­ki. Psy­cho­lo­go­wie pew­nie cio­sa­li­by mu ko­łki na gło­wie, ale nie miał in­ne­go po­my­słu. Nikt go nie na­uczył, jak ma się za­cho­wać w ta­kiej sy­tu­acji; i tak było mu bar­dzo trud­no, na­wet jak żyła Alek­san­dra, a te­raz to już ka­ta­stro­fa. Na szczęście ubran­ka do­ło­żo­ne do ze­sta­wu re­kom­pen­so­wa­ły roz­cza­ro­wa­nie dziec­ka, co jemu gwa­ran­to­wa­ło spo­kój i chwi­lo­wy brak trud­nych py­tań o mamę. Z port­fe­la uby­ło dwie­ście zło­tych, ale było war­to.

Od dwóch ty­go­dni za­sta­na­wiał się nad przy­szło­ścią. Pod­jął de­cy­zję. Wci­ąż nie był do niej prze­ko­na­ny w stu pro­cen­tach, ale to chy­ba naj­lep­sze, co mógł zro­bić w tej chwi­li. Ana­sta­zja to bar­dzo re­zo­lut­na dziew­czyn­ka i wia­do­mo­ść, że mama jest te­raz anio­łkiem i pil­nu­je jej z góry, przy­jęła bar­dzo spo­koj­nie. Z bo­lącym ser­cem ob­ser­wo­wał, jak mała cały czas za­cho­wu­je się, jak­by mama była cały czas obok niej, bo prze­cież tak jej to przed­sta­wił.

Po­sta­wił przed dziew­czyn­ką ta­le­rzyk z ka­nap­ką i ró­żo­wy ku­bek z her­ba­tą, po­gła­skał cór­kę po gło­wie i wy­sze­dł do dru­gie­go po­ko­ju, by za­pew­nić so­bie pry­wat­no­ść. Czte­ry prze­stron­ne po­ko­je były te­raz zbyt ob­szer­ne dla dwoj­ga, ale i to mia­ło się nie­ba­wem zmie­nić. Za­nu­rzył się w głębo­kim skó­rza­nym fo­te­lu, prze­su­nął ekran te­le­fo­nu, na­ci­snął zie­lo­ną słu­chaw­kę i wes­tchnął ci­ężko. Je­den sy­gnał i za­raz ktoś ode­brał po­łącze­nie.

- W ko­ńcu dzwo­nisz! - Pe­łen wy­rzu­tu głos na­le­żał do ko­bie­ty.

- Wiesz, że nie za­wsze mogę roz­ma­wiać. - Gra­cjan przy­mknął oczy zre­zy­gno­wa­ny. Po raz ko­lej­ny tłu­ma­czył się, choć bar­dzo tego nie lu­bił.

- Tak, wiem. Czy pod­jąłeś już de­cy­zję? - Głos ko­bie­ty był już mil­szy, a wcze­śniej­sza iry­ta­cja gdzieś ustąpi­ła. Cie­ka­wo­ść wzi­ęła górę i ko­bie­ta wie­dzia­ła, że musi zmie­nić na­sta­wie­nie z bo­jo­we­go na bar­dziej ule­głe, by cze­go­kol­wiek się do­wie­dzieć.

- Tak, po­roz­ma­wiam z Jo­an­ną, opo­wiem jej wszyst­ko. Mam na­dzie­ję, że nam po­mo­że. - Gra­cjan opa­rł wy­god­nie gło­wę i wy­pro­sto­wał nogi. Ból w kar­ku się na­si­lił, na­pi­ęcie z ostat­nich dni szu­ka­ło ujścia.

- A je­że­li nie? - Głos po dru­giej stro­nie za­drżał.

- Nie wiem, wte­dy po­my­śli­my, nie martw się na za­pas. Jo­an­na ko­cha Ana­sta­zję, to do­bra ko­bie­ta, a cha­rak­ter ma zu­pe­łnie inny niż jej sio­stra - uspo­ka­jał cie­płym i pew­nym to­nem, py­ta­nie tyl­ko, czy ją, czy sie­bie. Bar­dzo chciał wie­rzyć w to, co mó­wił.

- Do­brze, daj szyb­ko znać, jak po­szła roz­mo­wa - od­burk­nęła.

- Dam znać. Uca­łuj Ga­bry­się, ko­cham cię, pa. - To ostat­nie zda­nie wy­mó­wił me­cha­nicz­nie. Na czu­ło­ści przyj­dzie jesz­cze czas, te­raz miał inne pro­ble­my, z któ­rych mu­siał zna­le­źć wy­jście.

Przy­ci­snął czer­wo­ną słu­chaw­kę, jed­na trud­na roz­mo­wa już za nim. Te­raz czas na ko­lej­ną - po­my­ślał, gdy do po­ko­ju wbie­gła Ana­sta­zja, wsko­czy­ła mu na ko­la­na i wcze­pi­ła się w jego szy­ję nie­co zbyt moc­no.

- My­śla­łam, że znik­nąłeś, że ró­żdżka na­praw­dę dzia­ła. Wy­stra­szy­łam się, bo nie było cię obok - mó­wi­ła szyb­ko z pre­ten­sją w gło­sie. Pa­trzy­ła wiel­ki­mi nie­bie­ski­mi ocza­mi, ba­da­jąc jego twarz; chcia­ła się upew­nić, czy to on, czy jest tu na­praw­dę.

- Prze­pra­szam, mu­sia­łem za­dzwo­nić. Je­stem, nie znik­nąłem, nie martw się. - Po­gła­dził ją po głów­ce, od­gar­nął z czo­ła lo­czek. Wie­dział, że ona tego te­raz po­trze­bu­je. - Cho­dź, czas spać, po­czy­tam ci ksi­ążecz­kę. - Wzi­ął dziew­czyn­kę na ręce, a ta ob­jęła go moc­no za szy­ję obie­ma ręka­mi, jed­no­cze­śnie trzy­ma­jąc lal­kę wró­żkę za nogę. Ta zwi­sa­ła gło­wą w dół, a ró­żdżka świe­ci­ła się na ró­żne ko­lo­ry. Gdy Gra­cjan prze­cho­dził przez przed­po­kój skąpa­ny w mro­ku, ko­lo­ro­we świa­te­łka zo­sta­wia­ły tęczo­wą łunę. Wy­gląda­ło to uro­czo, tyl­ko co z tego, sko­ro żad­ne z nich na­wet się z tego nie cie­szy­ło. Ich my­śli rów­nież nie były dziś ko­lo­ro­we. Jed­nak nie je­steś war­ta tej kasy, nic nie zdzia­ła­łaś, ró­żdżko - po­my­ślał Gra­cjan z go­ry­czą, otwie­ra­jąc drzwi po­ko­ju Na­st­ki.

* * *

Jo­an­na nie bez po­wo­du zwle­ka­ła z te­le­fo­nem do szwa­gra, bo chcia­ła, by mała już za­snęła, a on mógł swo­bod­nie roz­ma­wiać. Było już ciem­no, gdy od­wa­ży­ła się wy­szu­kać nu­mer, któ­ry po do­tkni­ęciu ekra­nu szyb­ko się podświe­tlił. Nie było od­wro­tu.

- Halo? - Usły­sza­ła męski, lek­ko za­chry­pły głos.

- Cze­ść, Gra­cjan, mam na­dzie­ję, że nie dzwo­nię zbyt pó­źno. - Jo­an­na przy­sia­dła na brze­gu łó­żka i wy­pro­sto­wa­ła ple­cy, cze­ka­jąc w na­pi­ęciu na od­po­wie­dź szwa­gra.

- Nie, mała już śpi, a ja chy­ba zdrzem­nąłem się przed te­le­wi­zo­rem. - Gra­cjan prze­ta­rł za­spa­ne oczy, by sku­pić my­śli.

- Jak się czu­jesz, jak so­bie ra­dzisz? - spy­ta­ła, ale zu­pe­łnie nie pa­so­wa­ły jej te py­ta­nia. Bo jak może się czuć fa­cet, któ­re­mu uma­rła żona i któ­ry na­gle zo­stał sam z dziec­kiem? Alek­san­dra za­wsze wy­chwa­la­ła męża i po­wta­rza­ła, że ich ma­łże­ństwo jest bar­dzo szczęśli­we. Sa­mo­po­czu­cie mężczy­zny na pew­no było fa­tal­ne.

- Hmm... - Na­sta­ła chwi­la mil­cze­nia. Gra­cjan mu­siał ze­brać się do tej trud­nej roz­mo­wy. - Wła­ści­wie to chcia­łem z tobą po­roz­ma­wiać, ale... nie przez te­le­fon - wy­du­kał.

- To do­brze się skła­da, bo dzwo­nię, by za­pro­sić was do nas na week­end. Mała mo­gła­by się tro­chę po­ba­wić w ogro­dzie. Co ty na to? - Jej we­so­ły ton miał su­ge­ro­wać, że będzie faj­nie, i Jo­an­na mia­ła na­dzie­ję, że za­gwa­ran­tu­je jej to twier­dzącą od­po­wie­dź.

- Fan­ta­stycz­nie, tego nam trze­ba. - Lek­ko się uśmiech­nął i ode­tchnął z ulgą. Nie musi się wpra­szać.

- To za­pra­szam na obiad w so­bo­tę, przy­je­dźcie przed po­łud­niem. - Szcze­ra ra­do­ść po­ja­wi­ła się w ser­cu Jo­an­ny. Ko­bie­ta aż pod­sko­czy­ła de­li­kat­nie na ma­te­ra­cu z eks­cy­ta­cji. Będzie mia­ła oka­zję się prze­ko­nać, jak so­bie ra­dzą.

- W ta­kim ra­zie do zo­ba­cze­nia. - Gra­cjan roz­łączył się i za­czął się za­sta­na­wiać, gdzie Alek­san­dra trzy­ma­ła dużą gra­na­to­wą wa­liz­kę, któ­rą tak ocho­czo za­bie­ra­ła na swo­je wy­jaz­dy. Żar­to­wa­ła, że po­mie­ści sło­nia i dwa hi­po­po­ta­my. Na­st­ce może być po­trzeb­nych tro­chę wi­ęcej ubrań niż na dwa dni, za­baw­ki też prze­cież zaj­mu­ją spo­ro miej­sca.

Po­sta­wił na bla­cie sze­ro­ką kwa­dra­to­wą szklan­kę, na­lał whi­sky, uzu­pe­łnił colą i wrzu­cił dwie kost­ki lodu, któ­re stuk­nęły o sie­bie. Musi na­brać od­wa­gi przed roz­mo­wą z Jo­an­ną i po­pro­wa­dzić ją tak, by ta nie uzna­ła go za po­two­ra.

* * *

Jo­an­na wsta­ła w do­sko­na­łym hu­mo­rze. Li­stę za­ku­pów spi­sy­wa­ła tak za­ma­szy­ście, że dłu­go­pis mało się nie za­pa­lił, gdy do­da­wa­ła do niej ko­lej­ne pro­duk­ty. Co chwi­la zer­ka­ła w stro­nę scho­dów, cze­ka­ła, aż mama się obu­dzi, by prze­ka­zać jej do­bre wie­ści. Za­częła się krzątać po domu, wsta­wi­ła za­le­głe pra­nie, spraw­dza­ła, czy ma czy­stą po­ściel i ręcz­ni­ki dla go­ści. Na dzie­wi­ątą mu­sia­ła być w pra­cy, ale ma całe po­po­łud­nie, by do­pro­wa­dzić dom do po­rząd­ku. Uło­ży­ła ka­nap­ki na ta­le­rzu i przy­kry­ła je de­li­kat­nie czy­stą ście­recz­ką. Kto wie, jak dłu­go będą tu le­żeć. Her­ba­ta też już go­to­wa dla mamy, po­sta­wio­na tuż obok. Jo­an­na wy­bie­gła z domu uśmiech­ni­ęta, była do­brej my­śli co do nad­cho­dzące­go week­en­du. Mimo że sa­mo­chód stał przed do­mem, szła pie­cho­tą. Żal nie sko­rzy­stać z tak pi­ęk­nej po­go­dy, zwłasz­cza że do pra­cy mia­ła za­le­d­wie dzie­si­ęć mi­nut dro­gi.

Po­wiew cie­płe­go po­wie­trza umi­lał jej ten żwa­wy spa­cer. Mru­ży­ła oczy: sło­ńce było jesz­cze ni­sko i świe­ci­ło wprost na nią. Gdy mi­ja­ła osie­dlo­wy sklep, mia­ła wra­że­nie, że zza roz­su­wa­jących się drzwi wy­cho­dzi zna­ny jej mężczy­zna. Kie­ro­wał się w stro­nę par­kin­gu do srebr­ne­go sa­mo­cho­du. Ser­ce za­bi­ło tak moc­no, że aż za­bo­la­ło. Czy to mo­żli­we? Był tak samo wy­so­ki, ale le­piej zbu­do­wa­ny, po­tężniej­szy. Też miał ciem­ne wło­sy, ale nie ta­kie krót­kie, jak pa­mi­ęta­ła, tyl­ko z grzyw­ką za­cze­sa­ną na bok, któ­ra przy ka­żdym kro­ku pod­no­si­ła się i opa­da­ła. Tak daw­no go nie wi­dzia­ła. Z plo­tek wie­dzia­ła, że od daw­na miesz­kał z żoną w War­sza­wie. Może przy­je­chał od­wie­dzić ojca? Spoj­rza­ła od­ru­cho­wo na swój strój, bo ka­żdy chcia­łby ro­bić do­bre wra­że­nie, gdy spo­ty­ka daw­ną mi­ło­ść. Sza­re ba­le­rin­ki, dłu­ga błękit­na spód­ni­ca, bia­ła bluz­ka z ko­łnie­rzy­kiem za­pi­na­na na srebr­ne gu­zicz­ki. Nic szcze­gól­ne­go - po­my­śla­ła. Spód­ni­ca mia­ła już po­nad dzie­si­ęć lat, a na­rzu­co­ny na ra­mio­na lek­ko zme­cha­co­ny uko­cha­ny kar­di­gan w ko­lo­rze pu­dro­we­go różu pa­mi­ętał wie­le ta­kich po­ran­ków jak ten. Jo­an­na za­ru­mie­ni­ła się za­wsty­dzo­na. Wo­la­ła­by wy­glądać ina­czej pod­czas ta­kie­go spo­tka­nia. Ode­tchnęła z ulgą, że nie na­stąpi­ło ono dziś. Mimo wszyst­ko po­win­na po­my­śleć o no­wych ubra­niach.

Nie no­si­ła się na ciem­no, ze względu na ża­ło­bę do swe­tra przy­cze­pi­ła jed­nak czar­ną wstążkę, aby da­wa­ła znać oto­cze­niu, że stra­ci­ła...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział I

Lek­ko za­sa­pa­na we­szła do ko­ry­ta­rza i wes­tchnęła ci­ężko. Po­pchnęła pi­ętą drzwi i opa­rła się o nie ple­ca­mi. Usły­sza­ła ci­chy trzask zwia­stu­jący ich za­mkni­ęcie. Od­sta­wi­ła z ulgą dwie siat­ki, schy­li­ła się i ści­ągnęła buty. W tym mo­men­cie z jed­nej z to­reb wy­su­nęły się ja­błka i po­tur­la­ły w głąb ko­ry­ta­rza. Szyb­kim ru­chem si­ęgnęła po jo­gurt, któ­ry na szczęście nie zdążył podążyć za owo­ca­mi. Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzia­ła już bia­łą pla­mę gęstej, ma­zi­stej cie­czy, któ­rą cier­pli­wie zbie­ra pa­pie­ro­wy­mi ręcz­ni­ka­mi. Po­dzi­ęko­wa­ła so­bie w du­chu za re­fleks.

Zsu­nęła z ra­mion sza­ry swe­ter i nie­dba­le po­wie­si­ła go na wie­sza­ku za­ko­ńczo­nym gąb­cza­sty­mi ku­la­mi. To pa­tent jej sio­stry, by płasz­czy­ki i inne okry­cia nie mia­ły dzio­bów wy­ci­ągni­ętych od me­ta­lo­wych ha­czy­ków. Na­wet gdy Alek­san­dra się wy­pro­wa­dzi­ła, Jo­an­na nie mia­ła od­wa­gi nic na nim wie­szać, by ta, wpa­da­jąc w od­wie­dzi­ny, mia­ła go tyl­ko dla sie­bie. Prak­tycz­ny wy­na­la­zek na­le­żał te­raz do niej. Sio­stra nie będzie już z nie­go ko­rzy­stać.

Jo­an­na ze­bra­ła ja­błka, któ­rym uda­ło się usku­tecz­nić uciecz­kę, i trzy kro­ki pó­źniej zna­la­zła się w kuch­ni. Z nie­ma­łym wy­si­łkiem po­sta­wi­ła siat­ki na owal­nym sto­le. Me­cha­nicz­nie roz­kła­da­ła pro­duk­ty w be­żo­wych szaf­kach, schy­la­jąc się kil­ka­krot­nie. Sło­ńce prze­świe­tla­ło kar­me­lo­wo­żó­łte wi­tra­że zdo­bi­ące drzwicz­ki gór­nych sza­fek. Pod­czas ich otwie­ra­nia na ścia­nie od­bi­ja­ły się, mi­go­cząc, ko­lo­ro­we re­flek­sy. Jo­an­na skie­ro­wa­ła spoj­rze­nie w stro­nę sa­lo­nu: z tego miej­sca mia­ła do­sko­na­ły wi­dok na trzy czwar­te du­że­go po­miesz­cze­nia. Często z kuch­ni swo­bod­nie ogląda­ła te­le­wi­zję; w cza­sach, gdy ekra­ny są wiel­ko­ści sło­nia, to nie sta­no­wi pro­ble­mu.

Mimo że ma­syw­na ka­na­pa sta­ła do niej ty­łem, Jo­an­na do­sko­na­le wi­dzia­ła zna­jo­my kre­mo­wy koc i ka­wa­łek wy­sta­jącej spod nie­go bla­dej dło­ni. Ten sam wi­dok to­wa­rzy­szył jej pod­czas śnia­da­nia, a ta­kże gdy wy­cho­dzi­ła do pra­cy. Od ty­go­dnia na ka­na­pie nie za­szły żad­ne wy­ra­źne zmia­ny: po­zy­cja oso­by na niej le­żącej ule­ga­ła je­dy­nie nie­znacz­nym mo­dy­fi­ka­cjom.

Od wy­pad­ku mi­nęły dwa ty­go­dnie. Alek­san­drę po­trącił sa­mo­chód, gdy prze­cho­dzi­ła przez uli­cę, nie­ste­ty nie na pa­sach. Ob­ra­że­nia gło­wy oka­za­ły się na tyle po­wa­żne, że zma­rła za­raz po przy­wie­zie­niu do szpi­ta­la. Spraw­ca wy­pad­ku ucie­kł z miej­sca zda­rze­nia, po­li­cja go szu­ka. Tyl­ko co to da, sio­stry już i tak nie ma. Jo­an­na zu­pe­łnie nie czu­ła, że to praw­da. O ta­kich wy­da­rze­niach sły­szy się od sąsia­dów, w te­le­wi­zji. Ta­kie rze­czy zda­rza­ją się in­nym, ale nie im. Alek­san­dra miesz­ka­ła w War­sza­wie z mężem i pi­ęcio­let­nią có­recz­ką. Ostat­nio rzad­ko się wi­dy­wa­ły, przy­je­żdża­ła tyl­ko na świ­ęta, i to nie za­wsze. Ich kon­tak­ty były spo­ra­dycz­ne. Zde­cy­do­wa­nie częściej dzwo­ni­ła do mat­ki: mia­ły wspól­ne te­ma­ty, ta­jem­ni­ce. Łączy­ła je szcze­gól­na więź, któ­rej ona ni­g­dy nie do­świad­czy­ła.

Od po­grze­bu mat­ka nie­mal nie wsta­wa­ła z ka­na­py. Spa­ła, ły­ka­ła prosz­ki, pa­li­ła, na­le­wa­ła ko­lej­ny kie­li­szek wina i zno­wu za­grze­by­wa­ła się w mi­ęk­kim po­sła­niu. Gdy Jo­an­na na­ma­wia­ła mat­kę do je­dze­nia czy kąpie­li, ta pa­trzy­ła tępym, bar­dzo nie­przy­jem­nym wzro­kiem, jak­by spoj­rze­niem Kró­lo­wej Śnie­gu, nie­wzru­szo­nej na pro­śby cór­ki; tej cór­ki, któ­ra jej po­zo­sta­ła, ale ni­g­dy nie była tą ulu­bio­ną. Jo­an­na wi­dzia­ła w oczach mat­ki, że chęt­nie by za­mie­ni­ła losy sióstr.

Mia­ła ocho­tę po­de­jść, po­dać her­ba­tę, ale bała się, by spoj­rze­nie mat­ki znów jej nie zmro­zi­ło. Le­piej roz­pa­ku­je za­ku­py do ko­ńca i zro­bi obiad. Wie­dzia­ła jed­nak, że kon­takt z mamą jej nie mi­nie: musi prze­cież po­móc jej prze­trwać ten trud­ny czas.

Zupa ja­rzy­no­wa wy­da­wa­ła się do­sko­na­łym po­my­słem. Jo­an­na po­kro­iła wa­rzy­wa, zer­ka­jąc mi­mo­cho­dem w sze­ro­kie okno. Po­po­łu­dnio­we sło­ńce wdzie­ra­ło się na ku­chen­ny pa­ra­pet, ema­nu­jąc cie­płem. Pew­nie się dzi­wi, cze­mu w tym domu jest tak smut­no i po­nu­ro. Jo­an­nie trud­no było się sku­pić na obie­ra­niu mar­chew­ki: wzrok ko­bie­ty wędro­wał da­le­ko przed sie­bie. Kwit­nące wzdłuż chod­ni­ka ło­dy­gi i mło­de zie­lo­ne list­ki na krze­wach za­wsze wpra­wia­ły ją w do­bry na­strój. Te­raz nic jej nie po­ma­ga­ło: trud­no było prze­go­nić ten smu­tek.

Je­dy­nie w szko­le się uśmie­cha­ła, o tro­skach uda­wa­ło jej się za­po­mnieć do­pie­ro wśród dzie­ci. Nie­ste­ty dla niej ju­tro już ko­niec, roz­da­nie świa­dectw. Mimo że wa­ka­cje to czas ra­do­ści, mimo że dzie­ci wy­bie­gną szczęśli­we ze szkol­nych mu­rów, ją ogar­nie czar­na me­lan­cho­lia, któ­ra na­wie­dza ją za­wsze, gdy ma zbyt dużo cza­su na roz­my­śla­nia. Na szczęście mają w szko­le jesz­cze tro­chę pra­cy - ta­bel­ki, sta­ty­sty­ki, uzu­pe­łnia­nie do­ku­men­tów. Jako na­uczy­ciel­ka języ­ka pol­skie­go nie będzie się nu­dzić, ale to już pra­ca w sa­mot­no­ści. Pla­no­wa­nie za­jęć na przy­szły rok, za­po­zna­nie się z no­wym pro­gra­mem na­ucza­nia i no­wy­mi po­zy­cja­mi na li­ście lek­tur.

Wła­ści­wie trud­no te dwa mie­si­ące na­zwać wa­ka­cja­mi: dla Jo­an­ny to okres pra­cy nad pa­pie­ra­mi i ksi­ążka­mi. Sama wy­my­śla obo­wi­ąz­ki, by stłam­sić w so­bie żal, że zno­wu będzie sie­dzieć w domu i ni­g­dzie nie wy­je­dzie, bo i z kim? Tak było co roku, ale te­raz to już w ogó­le nie mo­gła­by zo­sta­wić mat­ki w ta­kim sta­nie. Za­miast cie­szyć się od­po­czyn­kiem, za­mar­twia­ła­by się, co się dzie­je w domu.

Jo­an­na od pi­ęciu lat była sama: re­la­cja z wu­efi­stą nie prze­trwa­ła pró­by cza­su. Wi­dać nie była tak sil­na, jak jej się wy­da­wa­ło, bo wy­jazd uko­cha­ne­go do War­sza­wy, do in­nej szko­ły, szyb­ko do­pro­wa­dził do roz­sta­nia. Na­wet tak bar­dzo nie bo­la­ło. Adam ro­bił to stop­nio­wo, jak tchórz. Co­raz rza­dziej przy­je­żdżał, mało dzwo­nił, nie wy­sy­łał już czu­łych SMS-ów. Noc­ne roz­mo­wy na wi­de­ocza­cie za­mie­ni­ły się w wia­do­mo­ści w sty­lu: "Mam dużo pra­cy, od­dzwo­nię pó­źniej". Tak jak­by po­wo­li przy­zwy­cza­jał Jo­an­nę do no­wej sy­tu­acji. Aż któ­re­goś dnia, znie­cier­pli­wio­na jego wy­mów­ka­mi, po­je­cha­ła do szko­ły, w któ­rej uczył. Po­sta­no­wi­ła, że to ona zro­bi pierw­szy krok, by roz­pa­lić ich mi­ło­ść na nowo. Roz­po­zna­ła jego czer­wo­ne­go peu­ge­ota i cze­ka­ła cier­pli­wie, ob­ser­wu­jąc z ław­ki we­jście do szko­ły. Ten kwiet­nio­wy dzień mia­ła za­pla­no­wa­ny co do mi­nu­ty. Pra­gnęła dać Ada­mo­wi od­czuć, że jest dla niej wa­żny. Chcia­ła po­roz­ma­wiać, prze­ko­nać, że mu­szą się bar­dziej po­sta­rać, bo stra­cą sie­bie na­wza­jem.

Od­gar­nęła z twa­rzy roz­pusz­czo­ne wło­sy, po­pra­wi­ła ko­ron­ko­we maj­tecz­ki, któ­re nie­zno­śnie wpi­ja­ły się jej w po­ślad­ki; były nowe. Ku­pi­ła sek­sow­ny kom­plet spe­cjal­nie na ten dzień i li­czy­ła, że nie wyj­dą z jego miesz­ka­nia przez kil­ka go­dzin. Nie mo­gła się do­cze­kać miny Ada­ma oraz ra­do­ści w jego oczach z tej nie­spo­dzian­ki. Wpa­trzo­na w sze­ro­kie, szkla­ne drzwi we­jścio­we,kątem oka spo­strze­gła zgrab­ną blon­dyn­kę w zwiew­nej su­kien­ce, któ­rą lek­ko uno­sił wiatr. Była na tyle krót­ka, że z ka­żdym po­wie­wem ku­sząco od­sła­nia­ła bie­li­znę. Ko­bie­ta po­de­szła do czer­wo­ne­go auta, sta­nęła na chod­ni­ku i wpa­try­wa­ła się w ten sam punkt, co Jo­an­na, wy­chy­la­jąc się ze znie­cier­pli­wie­niem to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę.

Adam miał na ra­mie­niu spor­to­wą tor­bę. Wy­so­ki, szczu­pły, w pod­sko­kach zbie­gł z pi­ęciu schod­ków i skie­ro­wał się w stro­nę czer­wo­ne­go po­jaz­du. Jo­an­na po­de­rwa­ła się z miej­sca, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od mężczy­zny. Jego czar­ne, nie­co za dłu­gie wło­sy ener­gicz­nie pod­ska­ki­wa­ły przy ka­żdym kro­ku. Od­wró­ci­ła się ty­łem do nie­go, gdy się zbli­żył, by nie ze­psuć nie­spo­dzian­ki, i zro­bi­ła kil­ka kro­ków w kie­run­ku auta.

Ko­bie­ta w zwiew­nej su­kien­ce en­tu­zja­stycz­nie po­ma­cha­ła do Ada­ma, po czym za­chłan­nie pa­dła mu w ra­mio­na. Jo­an­nie było wstyd, tak bar­dzo wstyd. Tyl­ko dla­cze­go jej? To prze­cież on otwie­rał drzwi blon­dyn­ce i obej­mo­wał ją w pa­sie, ale to Jo­an­na czu­ła się win­na. Win­na swo­jej na­iw­no­ści, że tak pó­źno za­re­ago­wa­ła, że nie wal­czy­ła o ich re­la­cję. Może po pro­stu jej nie za­le­ża­ło. To już dru­gi zwi­ązek, któ­ry od­pu­ści­ła: nie umia­ła się bić o swo­je. Mat­ka ci­ągle ją ga­ni­ła, że jest jak cie­płe klu­chy i nikt nie będzie trak­to­wał jej po­wa­żnie. Jak wi­dać, mia­ła ra­cję. Tyl­ko oj­ciec da­wał Jo­an­nie wspar­cie i do­da­wał wia­ry we wła­sne siły, spra­wiał, że chcia­ło jej się dzia­łać. Do­sta­wa­ła od nie­go bo­dźce, któ­re na­pędza­ły ją, by ro­bić coś dla sie­bie. Ale jego już nie ma, te po­zy­tyw­ne kop­nia­ki po­zo­sta­ły tyl­ko efe­me­rycz­nym wspo­mnie­niem.

Zupa już się go­to­wa­ła. Jo­an­na, po­grążo­na w roz­my­śla­niach, na­wet nie pa­mi­ęta­ła, jak te wszyst­kie wa­rzy­wa zna­la­zły się w garn­ku. Do­brze, że nie ob­ci­ęła so­bie pal­ców. Na wspo­mnie­nie tam­tych wy­da­rzeń po­czu­ła na­głe ukłu­cie w ser­cu. Ona, trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nia pan­na bez per­spek­tyw, w cu­dow­ny, cie­pły, czerw­co­wy dzień stoi nad garn­kiem zupy i sta­ra się, by łzy nie na­ka­pa­ły do środ­ka. Nie­dba­le prze­ta­rła mo­kre oczy opusz­ka­mi pal­ców. Wie­dzia­ła, że płacz nic nie daje - swo­je już prze­cież wy­pła­ka­ła - ale za to przy­no­si chwi­lo­we uko­je­nie.

Si­ęgnęła po be­żo­wy po­jem­nik z solą. Brązo­we li­nie łączące się w sy­me­trycz­ne trój­kąty two­rzy­ły na nim gło­wę wil­ka. Po­dob­ny wzór miał ostat­nio na ko­szul­ce Gra­cjan. Jed­na ły­żecz­ka czy dwie, nie pa­mi­ęta­ła, ile wsy­pa­ła. Ten po­jem­nik przy­po­mniał jej za to, że są oso­by, któ­re cier­pią bar­dziej niż ona.

Gra­cjan za­raz po po­grze­bie za­brał cór­kę z po­wro­tem do War­sza­wy, do czte­ro­po­ko­jo­we­go apar­ta­men­tu. Miał tam prze­cież pra­cę, a dziec­ko - przed­szko­le. Jo­an­na pro­po­no­wa­ła mu po­moc przy Ana­sta­zji, ale od­mó­wił. Mil­czący, otu­ma­nio­ny, trud­no było z nim coś usta­lić, co w ta­kiej sy­tu­acji było zro­zu­mia­łe. Ci­ągle po­wta­rzał: "Pó­źniej zo­ba­czy­my", "Pó­źniej dam znać". Z dnia na dzień za­wa­li­ło mu się całe ży­cie. Alek­san­dra za­wsze do­brze mó­wi­ła o mężu: chwa­li­ła jego za­rad­no­ść, to, że daje jej po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa i sta­bi­li­za­cji fi­nan­so­wej. Do­ce­nia­ła też jego za­an­ga­żo­wa­nie w opie­kę nad małą. Jo­an­nie ni­g­dy nie było jed­nak dane spraw­dzić tego oso­bi­ście, bo nie je­ździ­ła do nich często, wła­ści­wie w ogó­le, a prze­cież ze Skier­nie­wic do sto­li­cy jest tyl­ko tro­chę po­nad go­dzi­na dro­gi. Mar­twi­ła się o pi­ęcio­lat­kę: dla Na­st­ki to prze­cież ogrom­na zmia­na, ko­niecz­nie musi dziś za­dzwo­nić, niech przy­ja­dą cho­ciaż na week­end. Będzie mo­gła wy­ba­dać sy­tu­ację, spraw­dzić, w ja­kim sta­nie jest mała, czy nie po­trze­bu­ją po­mo­cy. A może wsty­dzą się o nią po­pro­sić?

Lek­kie po­ru­sze­nie na so­fie wy­bi­ło Jo­an­nę z roz­my­ślań. Przy­jazd szwa­gra i sio­strze­ni­cy po­mó­głby ta­kże im: mat­ka wresz­cie mia­ła­by oka­zję, by do­pro­wa­dzić się do po­rząd­ku.

* * *

Da­nu­ta wy­gra­mo­li­ła się z mi­ęk­kie­go po­sła­nia i wbi­ła ma­gne­tycz­ne spoj­rze­nie w drzwi ła­zien­ki. Chcia­ła przy­ci­ągnąć je bli­żej siłą woli, ale te jak na zło­ść ani drgnęły. Ko­bie­ta iry­to­wa­ła się, że ła­zien­ka jest tak da­le­ko, co ob­ja­wia­ło się jej skwa­szo­ną miną. Nie mia­ła jed­nak wy­jścia: po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne rządzą się prze­cież swo­imi pra­wa­mi.

Prze­sze­dł ją dreszcz, bo roz­grza­ła się pod ko­cem. Na­ci­ągnęła więc blu­zę dre­so­wą na cie­płe ple­cy. Przy­jem­ny aro­mat spra­wił, że spoj­rza­ła w kie­run­ku kuch­ni. Zmru­ży­ła oczy. Jest tam, stoi, mie­sza­jąc w garn­ku - po­my­śla­ła cierp­ko. Zno­wu ma kiec­kę do ko­stek, nic ta dziew­czy­na z ży­cia nie ko­rzy­sta - z dez­apro­ba­tą po­kręci­ła gło­wą, przy­trzy­mu­jąc się opar­cia. Z ta­kim po­de­jściem to już na za­wsze zo­sta­nie sta­rą pan­ną, nie to co Ole­ńka. Nie, Alek­san­dra, nie lu­bi­ła, gdy tak się do niej zwra­ca­no. Już od naj­młod­szych lat chcia­ła, by na­zy­wa­no ją Alek­san­drą, bo to brzmi po­wa­żniej i bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­nie. Jej to się chcia­ło żyć. Mia­ła ta­lent, świet­ną pra­cę, ob­ra­ca­ła się wśród zna­nych lu­dzi, a los oka­zał się tak okrut­ny. Dla­cze­go Bóg za­bie­ra nie tych, co trze­ba - Da­nu­cie gło­wę roz­ry­wa­ło od tych prze­my­śleń, a może nie od nich, a od nad­mia­ru wina. Moc­no przy­ci­snęła dłoń do czo­ła, jak­by chcia­ła siłą wy­rzu­cić z czasz­ki ból, któ­ry prze­wier­cał się zu­chwa­le aż do sa­me­go jej środ­ka.

Do­ta­rła do ła­zien­ki po­ma­łu, po­su­wi­sty­mi kro­ka­mi, by ani na chwi­lę nie stra­cić rów­no­wa­gi. To by do­pie­ro có­recz­ka mia­ła uży­wa­nie, a na­ga­da­ła­by się jak ksi­ądz na ka­za­niu - Da­nu­ta trzy­ma­ła się moc­no umy­wal­ki; chwi­lę po­trwa­ło, nim ko­bie­cie prze­sta­ło wi­ro­wać w gło­wie. Ob­my­ła twarz zim­ną wodą. Oso­ba z lu­ster­ka nie była ani miła, ani ład­na. Zie­mi­sta cera, wor­ki pod ocza­mi, wi­docz­ne na doj­rza­łej ce­rze za­czer­wie­nie­nia, a oczy prze­krwio­ne. To chy­ba czer­wo­ne wino tak je prze­far­bo­wa­ło - uśmiech­nęła się krzy­wo do sie­bie.

Nie przyj­mo­wa­ła do wia­do­mo­ści swo­je­go wie­ku. Lata, któ­re mi­nęły, uwa­ża­ła za stra­co­ne. Gdy­by sku­pi­ła się na tym, ile cza­su mi­nęło od jej osiem­na­stych uro­dzin i ma­rzeń, któ­re wte­dy mi­ster­nie tka­ła w swo­jej gło­wie, nie wy­star­czy­ła­by jej nie tyl­ko jed­na bu­tel­ka prze­zro­czy­ste­go pły­nu, ale też cały ga­lon moc­ne­go bim­bru sąsia­da.

Da­nu­ta za­kręci­ła wodę, ota­rła twarz ręcz­ni­kiem, od­ru­cho­wo prze­cze­sa­ła pal­ca­mi sko­łtu­nio­ne wło­sy. Pró­żno było szu­kać brązo­wo­kar­me­lo­wych pa­se­mek wśród jej pó­łdłu­gich strąków, a grzyw­ka sta­ła na bacz­no­ść ni­czym po­let­ko ku­ku­ry­dzy. Nic się Da­nu­cie nie chcia­ło: gdy spa­ła, to nie my­śla­ła, gdy się bu­dzi­ła, śmie­rć jej cór­ki sta­wa­ła się rze­czy­wi­sto­ścią.

Z Alek­san­drą do­sko­na­le się ro­zu­mia­ły. Da­nu­ta za­częła po­py­chać cór­kę do wiel­kie­go świa­ta, gdy tyl­ko za­uwa­ży­ła, że ta wy­ka­zu­je ta­lent ma­lar­ski. Na­mó­wi­ła męża, by nie ża­ło­wał pie­ni­ędzy na edu­ka­cję Alek­san­dry, bo to się opła­ci, to in­we­sty­cja w przy­szło­ść ich dziec­ka, a może i ca­łej ro­dzi­ny. Nie było in­nej mo­żli­wo­ści: cór­ka mia­ła być sław­na i bo­ga­ta, mat­ka śle­po wie­rzy­ła w jej suk­ces. Już od naj­młod­szych lat cór­ki pła­ci­li za pry­wat­ne lek­cje ry­sun­ku, ku­po­wa­li naj­dro­ższe pędz­le i far­by. Alek­san­dra często je­ździ­ła na ple­ne­ry ma­lar­skie, któ­re oprócz gaży na­uczy­cie­la wy­ma­ga­ły opłat zwi­ąza­nych z noc­le­giem i wy­ży­wie­niem. Cór­ka uwiel­bia­ła te wy­jaz­dy, wra­ca­ła z nich pe­łna ener­gii i no­wych po­my­słów - jak więc mo­żna było jej ich od­mó­wić? Chwa­li­li ją wszy­scy na­uczy­cie­le, wy­gry­wa­ła kon­kur­sy ma­lar­skie. By mo­gła re­ali­zo­wać ma­rze­nia i my­śleć o swo­jej ka­rie­rze, ro­dzi­ce opła­ca­li miesz­ka­nie na stu­diach. Te­raz oka­zu­je się, że to wszyst­ko na mar­ne.

Kie­dy roz­ma­wia­ły na kil­ka dni przed wy­pad­kiem, ema­no­wa­ła ra­do­ścią: cie­szy­ła się, że idzie jej świet­nie, a ga­le­rie do­py­tu­ją o jej ob­ra­zy. Było wi­dać, że jej się po­wo­dzi: lep­szy sa­mo­chód, mar­ko­we to­reb­ki i za­gra­nicz­ne wy­jaz­dy słu­żbo­we. Cór­ka spe­łnia­ła ma­rze­nia Da­nu­ty, tak mia­ło wy­glądać jej ży­cie. Wszyst­ko to, cze­go ona tak pra­gnęła, ofia­ro­wa­ła Alek­san­drze; dała jej tę mo­żli­wo­ść, bo jej roz­wój i ka­rie­rę za­prze­pa­ści­ło po­ja­wie­nie się dziec­ka. Kie­dy le­d­wo pe­łno­let­nia Da­nu­ta do­wie­dzia­ła się, że jest w ci­ąży z Jo­an­ną, pła­ka­ła przez kil­ka ty­go­dni. Pla­no­wa­ła wy­jazd do Ło­dzi, gdzie do­sta­ła lu­kra­tyw­ną po­sa­dę w urzędzie. Mło­da, am­bit­na, z nie­ba­nal­ną uro­dą, a utknęła w tej mie­ści­nie, za­miast pod­bi­jać wi­ęk­szą me­tro­po­lię. Nikt jej nie ro­zu­miał, nikt nie wi­dział pro­ble­mu, wszy­scy się tyl­ko za­chwy­ca­li dziec­kiem, a ona się nie li­czy­ła.

Wspo­mnie­nia ży­cio­wej po­ra­żki znów po­wró­ci­ły. Nie po­do­ba­ła jej się ta ko­bie­ta w lu­strze, w ogó­le jej się nie po­do­ba­ła. Da­nu­ta po­now­nie opłu­ka­ła twarz zim­ną wodą i wy­ta­rła ręcz­ni­kiem kro­ple spły­wa­jące z czo­ła. Po chwi­li zmo­czy­ła część ręcz­ni­ka i przy­ło­ży­ła do twa­rzy, by po­czuć chwi­lo­wą ulgę. Nie za wie­le po­mo­gło - stęk­nęła ża­ło­śnie. Zre­zy­gno­wa­na i po­iry­to­wa­na ma­rzy­ła, by jak naj­szyb­ciej znów zna­le­źć się pod cie­płym ko­cem.