Rozdział II
Joanna zanurzyła chochlę w warzywnej kompozycji i wypełniła nią talerz, po czym dolała złocistego bulionu, tylko trochę, do wrąbka, jak dla dziecka. Dorosłym zawsze nalewała zupy do pełna. Tyle wystarczy, bo jeszcze mama gotowa się przestraszyć i w ogóle nie zjeść. Joanna spieszyła się, by zdążyć, nim ta wyjdzie z łazienki. Może żołądek Danuty zacznie domagać się jedzenia, gdy poczuje smakowitą woń? Joanna ułożyła talerz i łyżkę, wygładziła serwetkę, złożyła koc w kostkę, poprawiła poduszki i narzutę. Szybko uciekła do kuchni, kiedy usłyszała szczęk zamka.
Danuta od razu zauważyła, że jej wygodne legowisko zostało uprzątnięte. Obciągnęła nogawki granatowych dresów, bo pozwijały się niechlujnie, tworząc harmonijkę. Wciąż miętosiła zimny i mokry rękaw bluzy: podczas mycia pochlapała się jak dziecko. Miała już coś powiedzieć... ale zrezygnowana usiadła. Kłótnia nic tu nie da, chyba jednak trochę zupy nie zaszkodzi. Danuta nie czuła głodu, ale bardzo chciało jej się palić, a papieros lepiej smakuje po jedzeniu. Gorący wywar rozlał się w ustach, parząc podniebienie. Zaklęła w duchu. Już mniej łapczywie wsunęła do ust kolejną łyżkę. Smak był dobry, ale tego się spodziewała. Joanna gotowała lepiej od niej, lepiej zajmowała się domem i ogrodem, czytała mądre książki i rozumiała wszystkie wiadomości, które atakowały je co rano z telewizora. Trudno jej było każdego dnia znosić to, że córka jest dużo mądrzejsza od matki, zaradniejsza i tak wychwalana przez wszystkich dookoła.
- Ty to masz szczęście - mówiły sąsiadki - córka na nauczycielkę ci się wykształciła, dobra i mądra dziewczyna z niej.
- Co mi po jej mądrości - odpowiadała Danuta - jak męża znaleźć nie może, bo się jej boją wszystkie chłopy? Kto by za żonę chciał taką, co zna odpowiedź na każde pytanie? - Machała ręką, zirytowana tym ich gadaniem.
One mogły się pochwalić gromadką wnuków, zaradnymi zięciami. A ona co? Ma córkę, której nie chce żaden porządny facet. Dlatego mało wspominała o starszej córce przy okazji rozmów ze znajomymi, ale za to o młodszej opowiadała chętnie. Życie Aleksandry to wernisaże, zagraniczne wyjazdy, wystawy, koncerty, teatry, jej córka błyszczała w towarzystwie - tym Danuta mogła się pochwalić.
Wzięła do ust ostatnią łyżkę zupy i od razu schyliła się, żeby wcisnąć dłoń pod kanapę. Prostokątna paczka ciągle tam była. Danuta szarpnęła, paczka zaszeleściła, wysuwając się ze szczeliny, zapalniczka pstryknęła. Uzależniający zapach drażnił nos kobiety. Danuta przymknęła oczy, czuła się spokojniejsza. Nagle jej głowę owiało rześkie powietrze, a szum samochodów z ulicy stał się bardziej słyszalny.
- Zamknij to okno! - rzuciła podniesionym głosem w kierunku kuchni, czując, jak ciarki przechodzą jej po ramionach.
- Mamo, nie pal w domu, jest ładna pogoda, wyjdź na taras - poprosiła Joanna, zaciskając ze złości zęby. Tak bardzo nie lubiła dymu papierosowego, wszystko potem w domu przenikało jego zapachem.
- Nie mam ochoty wstawać, mam prawo palić, gdzie mi się spodoba, to mój dom! - Podniesiony głos zamienił się w krzyk, a ostra wymiana zdań pewnie zakończyłaby się kłótnią, gdyby nie piskliwy dzwonek do furtki, który zaskoczył obie kobiety.
Joanna pospiesznie otworzyła drzwi, zatrzymała się w progu i spojrzała w kierunku bramy. Młody mężczyzna niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, rozglądając się na boki. Przekładał z prawej ręki do lewej ogromny bukiet kwiatów. Na wjeździe zaparkowane było żółte auto z napisem "Poczta kwiatowa".
- Dzień dobry, czy zastałem Danutę Jasińską? - Chłopak dygnął uprzejmie, patrząc w kierunku zaskoczonej Joanny, którą zobaczył zza furtki.
Na te słowa Joanna zdecydowała się podejść, bo pojawienie się mężczyzny przez chwilę uznała za pomyłkę. Kwiaty dla nich?
- Tak, to moja mama, ale właśnie śpi, mogę w czymś pomóc? - Wiedziała, że matka nie wyjdzie z domu w takim stanie, zresztą mężczyzna mógłby się jej nieco wystraszyć. Joanna patrzyła na herbaciane róże, nie wiedząc, co mogą one znaczyć.
- Te kwiaty są dla pani mamy, proszę potwierdzić odbiór przesyłki. - Kurier jedną ręką podał jej bukiet, a drugą wysunął spod pachy czarną podkładkę z papierami do podpisu.
Joanna otworzyła furtkę, żółtym długopisem, zmyślnie przyczepionym sprężynką do podkładki, złożyła na kartce podpis przy swoim nazwisku. Przytuliła do siebie pachnącą wiązankę. Już wiedziała, czemu mężczyzna tak przekładał ją z ręki do ręki - bukiet był duży. Zanim weszła do domu, potarła delikatnie miękkie płatki o swój policzek. Nigdy takiego bukietu nie dostała, był piękny. Odsunęła go od siebie, by nie przyzwyczajać się zbytnio, i weszła do salonu. Położyła kwiaty na stole, wprost przed zdziwioną matką.
- To z poczty kwiatowej dla ciebie - szepnęła w jej kierunku.
Joanna otworzyła szklaną witrynę i wyjęła z niej kryształowy wazon z licznymi żłobieniami w kształcie liści. Puknęła paznokciem w jego brzeg dwa razy. Zawsze tak robiła: lubiła ten dźwięk.
Danuta wyciągnęła drżącymi rękami bilecik. Jedynie siostra mogła wpaść na tak durny pomysł, by wysłać jej kwiaty przez posłańca, może ją pocieszyć chciała, larwa jedna. Mimo że mieszka w tym samym mieście, to by było w jej stylu. Odkąd umarł jej mąż, nikt jej kwiatów nie dawał, a przecież Danuta nie miała żadnego adoratora. Rozchyliła mały bilecik ze zdjęciem gerber, zbladła, usiadła, pomyślała, że ktoś zrobił jej niesmaczny żart.
- Joanna! - krzyknęła piskliwym głosem.
Ta aż opryskała się wodą, nalewając jej do wazonu. Odstawiła go do zlewu i podbiegła do roztrzęsionej matki. Podniosła rozłożony karnet z wyciągniętej w jej kierunku ręki i przeczytała wydrukowany złotymi literami napis: "Wszystkiego najlepszego, mamo. Dużo zdrowia i szczęścia z okazji imienin. Twoja ukochana Aleksandra".
Joanna przysiadła na brzegu fotela, ręce jej drżały, serce się ścisnęło. Jak to możliwe, że siostra przysłała kwiaty z zaświatów? Z żalem patrzyła na łkającą matkę, której ta przesyłka rozdrapała jeszcze świeżą ranę. Z tyłu bilecika Joanna odszukała adres. Kwiaciarnia Storczyk mieściła się w Warszawie. Joanna postanowiła, że musi natychmiast tam zadzwonić. Po trzech sygnałach, trwających wieczność, wreszcie ktoś odebrał. Uprzejma pani poinformowała ją, że pani Aleksandra zleciła dostawę już ponad dwa tygodnie temu i osobiście wybrała bukiet. Doskonale ją pamięta, bo pokazała jej wszystkie kwiaty, gdyż ta nie mogła się zdecydować, która kompozycja najbardziej jej się podoba.
Wszystko stało się jasne: siostra już wcześniej zadbała, by nie zapomnieć o imieninach matki. Trochę to nie w jej stylu: raczej dzwoniła dzień po, gdy to Joanna jej przypomniała, a w tym roku, proszę, nie zapomniała jak na złość. Joanna też miała prezent dla matki, ale brakowało jej odwagi, by dziś o nim wspominać. Zdecydowała, że złoży jej życzenia po obiedzie, ale młodsza siostra ją ubiegła. Zawsze chciała być lepsza, we wszystkim pierwsza i zagarniać całą uwagę rodziców tylko dla siebie. I nawet dzisiaj, gdy już jej nie ma, też jej się to udało. Teraz, choćby nie wiadomo jak mocno Joanna się starała, żaden prezent nie przebije tych kwiatów.
Znieruchomiała, wpatrzona w szklany wazon, oswajała myśli, które ją atakowały ze wszystkich stron. Szczęknięcie kanapy, szelest wyciskanej z blistra tabletki i odgłos przełykanej wody - tylko to dało się słyszeć z salonu, a potem nastały już tylko miarowy oddech i przejmująca cisza. Cisza, która towarzyszy im od dawna, tak wyrazista, że aż boli. A od dwóch tygodni powiedzenie "grobowa cisza" doskonale obrazuje atmosferę panującą w tym domu.
Joanna zeszła po dwóch kamiennych schodkach, zmrużyła oczy, ostre słońce padało wprost na jej twarz. Wolnym krokiem okrążyła dom. Trawa sięgała już do kostek i aż się prosiła o koszenie. Dwanaście drzew owocowych czekało na to, co Joanna ma dziś do powiedzenia.
Kierowała się w sam róg działki. Lubiła to zielone miejsce: ona mówiła, drzewa cierpliwie słuchały. Wśród drzew stała ławka. Kobieta usiadła. W powietrzu unosił się słodki zapach, mimo że jabłonie już przekwitły. Gdzieniegdzie jeszcze leżały białe płatki, ale liście chyba przejęły tę rozkoszną słodycz, roztaczając ją dookoła. Każda pora roku kreatywnie malowała jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny obraz tego miejsca, a Joanna chłonęła go z niezmiennym zachwytem. Opierała się o pień jabłonki i obserwowała dom, swoje życie, lubiła przyglądać mu się z daleka, jakby należało nie do niej, tylko do jakiejś obcej kobiety.
Nacisnęła na wyświetlaczu telefonu imię jedynej osoby, na którą mogła teraz liczyć. Po dwóch sygnałach usłyszała donośny, wesoły głos ciotki. Po krótkiej rozmowie, owładnięta błogim bezruchem, jeszcze przez kilkanaście minut wsłuchiwała się w odgłosy przyrody i dopiero po chwili niechętnie skierowała się w stronę domu, by wstawić wodę na kawę i przygotować ciasto na przybycie gościa.
Ciotka Franciszka zazwyczaj nie pukała, a po prostu wchodziła z impetem do siostrzanego domu. Temperament nie pozwalał jej stać przed furtką i czekać, aż ktoś łaskawie wyjdzie otworzyć. Wkładała więc rękę między metalowe przęsła i zwinnie naciskała klamkę od drugiej strony. Oczywiście to się sprawdzało tylko, jeśli nikt nie zamknął furtki na klucz, ale takie rzeczy mieszkanki domostwa robiły tylko na noc, dlatego ciotka nie krępowała się w swoich poczynaniach i już po chwili przekroczyła próg rodzinnego domu.
Wychowywała się tu razem z Danutą, ale dom i ogród przypadły starszej od niej o dwa lata siostrze. Ona odziedziczyła po rodzicach działkę budowlaną. Nie zbudowała jednak tam domu, bo teren nie był zbyt atrakcyjny i lekko podmokły, służył bardziej jako łąka. Nie miała wiele do powiedzenia, bo siostra wcześnie zaszła w ciążę i to ona była w większej potrzebie. Na szczęście Franciszka trafiła na zaradnego męża, który zbudował dla nich dom na własnej ziemi. Nigdy nie miała żalu z powodu tego niesprawiedliwego ze strony rodziców podziału: znała charakter Danuty i wiedziała, że to ona wymusiła na nich tę decyzję. Szczęścia jednak się nie mierzy w liczbie hektarów czy bogactwach, o czym jej siostra dowiedziała się dość szybko.
Danuta i tak była wiecznie niezadowolona i narzekała na swój los. A Franciszka na odwrót - zawsze dziękowała, że trafił jej się najwspanialszy mąż pod słońcem. Staszek był mężczyzną bardzo spokojnym, ugodowym, zgadzał się z każdym słowem żony, choć na pierwszy rzut oka może nie sprawiał takiego wrażenia: był potężny, wysoki, jego głowa zawadzała o futrynę drzwi, a i barki miał szerokie jak brama wjazdowa - jak żartowała ciotka. Przy tym ciemny zarost, krzaczaste brwi niczym Rumcajs - swoim wyglądem budził strach, ale gdy się odezwał, wszyscy uśmiechali się z ulgą, bo głos miał delikatny, ciepły, chłopięcy, jakby mutacja o nim zapomniała.
Stanowili szczęśliwe małżeństwo i doskonale się uzupełniali. On milczący niedźwiedź, a ona gadatliwa papuga, i to dosłownie papuga, bo ciotka uwielbiała kolory. A to nosiła spodnie czerwone jak wóz strażacki, a to zakładała do kościoła chabrowy kapelusz z białą różą. Codziennie robiła też mocny i wyrazisty makijaż jak na wielką imprezę, bo - jak mówiła - trzeba świętować każdy dzień. Długie i duże kolczyki dyndały, zwracając uwagę wszystkich. Jednym się to podobało, innym przeciwnie, ale nikt nie śmiał powiedzieć złego słowa. Ze względu nie tylko na strach przed tą pyskatą kobietą, ale też na szacunek, bo była pomocna w wielu sytuacjach i nie było sprawy, której by nie załatwiła. To taka osoba, która jak jej drzwi zamkną, to wchodzi oknem, a ona posuwała się i dalej - spokojnie można rzec, że wskakiwała kominem.
Ukochany syn Franciszki wyjechał za granicę do pracy, a gdy poznał swoją przyszłą żonę, to już został na stałe, nad czym kobieta niezmiennie ubolewała, ale po cichu, by jego decyzje były samodzielne, a nie podszyte troską o cierpiącą matkę. Najgorsze, że była daleko od swojego jedynego wnuczka, a tak wiele miała mu do zaoferowania. Próbowała Danucie uświadomić, jakie ma szczęście, że Joanna była przy niej i mieszkały razem, ale wiedziała, że ta nie zamierzała doceniać poświęcenia dziewczyny i jej opieki. Gdy dowiedziała się dziś o kwiatach od zmarłej Aleksandry, zrobiło jej się żal siostry - nie zasłużyła na kolejny cios, a przecież ból po stracie córki jeszcze nie minął.
Franciszka musiała przyjechać, bo atmosfera w tym domu zapewne jest napięta. Pędziła więc z drugiego końca Skierniewic, sama już nie wiedziała, czy to dla siostry, czy dla Joanny, którą traktowała jak przyjaciółkę i zawsze chętnie służyła jej pomocą. Była jej matką chrzestną, a to do czegoś zobowiązuje, a poza tym ta dziewczyna to chodzące dobro, tylko jej się trochę w miłości nie układało. Na miłość jednak nigdy nie jest za późno, i do niej kiedyś przyjdzie to uczucie.
- Dzień dobry! - krzyknęła od progu Franciszka, dzierżąc w rękach ciężką siatkę, która swoim ciężarem zdawała się ją przechylać na jedną stronę.
- Dzień dobry, ciociu. - Joanna wyszła na korytarz, aby przywitać jedyną osobę, dzięki której w ich domu czasem gościła radość. Nie sposób się nie uśmiechnąć przy tej kobiecie. Jej odwiedziny były jak powiew wiosny w środku zimy. Wulkan, nie kobieta - pomyślała Joanna, całując Franciszkę w policzek. Zapach kosmetyków pokrywających twarz ciotki mieszał się z wyrazistymi perfumami i jeszcze innym, od czego nadmiaru trochę mdli. W promieniu trzech metrów od kobiety unosiła się specyficzna, choć przyjemna, woń.
- Co to za ciężary tachasz? - zapytała Joanna, gdy Franciszka wgramoliła się do kuchni i z grymasem postawiła na stole niebieską siatkę.
- No jak to co? Kapustę zrobiłam, młodą z koperkiem, i ciasto z truskawkami do kawy niosę, a i jajka od Kołakowskiego, takie od kur szczęśliwych, a nie ze sklepu. Jak widzę, dobrze zrobiłam, bo mizernie wyglądasz, Joasiu - dodała ciszej z troską, spoglądając w kierunku kanapy. Doskonale wiedziała, kto tam leży. Danuta nawet się nie odezwała, nie przywitała. Franciszce przykro się zrobiło, choć przecież przyzwyczaiła się już do takich reakcji na odwiedziny u siostry.
- Ja mizernie? No co też mówisz, ja ciągle się borykam z nadwagą. Niektórzy chudną od zmartwień, a na mnie to tak nie działa. - Joanna spuściła oczy, jakby zawstydzona niepowodzeniami w walce z nadmierną tuszą.
- Dziecko drogie, bzdury wygadujesz, a kto powiedział, że chudzi to są szczęśliwi? Ja tam dupsko mam jak stodoła, a cycki jak bar mleczny, a mój Staszek to rąk przy sobie utrzymać nie może, tak go to kręci. Tylko chłop ci potrzebny z rozumem, a nie jakieś byle co. Lepiej poczekać na odpowiedniego kandydata, niż potem płakać po nocach. A to dla ciebie, niech ci w biodra idzie, a co! - mówiąc to, wyciągnęła ze spodu siatki niebieskie pudełko i podała Joannie z szelmowskim uśmiechem.
- Niedobra jesteś ciociu, moje ulubione - westchnęła zrezygnowana.
Wiedziała, że zawartość pudełka szybko zniknie. I po co Joannie było to mocne postanowienie, by nie kupować, skoro ono i tak samo pojawia się w domu za sprawą ciotki Franciszki? Joanna włożyła pudełko ptasiego mleczka do lodówki, bo zimne przecież smakuje najlepiej. Po chwili nalała wody do beżowego czajnika ze złotą rączką, w której lubiła się przeglądać. Jej twarz wyglądała zabawnie zdeformowana przez błyszczące tworzywo. Co rano dziewczyna stroiła do niego miny jak dziecko na dobry początek dnia. Włączyła czajnik, ustawiła na blacie dwie białe filiżanki z ażurowym wzorem przy uszku i talerzyki od kompletu. Rozejrzała się za gościem, by spytać, jak mocną kawę dziś sobie życzy, ale w kuchni już nikogo nie było, mimo że w powietrzu wciąż unosił się intensywny zapach kosmetyków.
Ciotka zdążyła się już oddalić do salonu, by przyjrzeć się siostrze, która nadal udawała, że w ogóle nie obchodzi jej ta wizyta. Bukiet, o którym Joanna wspominała przez telefon, Franciszka też oczywiście chciała zobaczyć. Kwiaty z zaświatów - pomyślała, wsadzając nos w sam środek aksamitnych płatków. Kontemplowała ten fakt dłuższą chwilę, ale nijak nie mieściło jej się to w głowie. Złośliwy chichot losu, aż ciarki przeszły kobiecie po całym ciele. Strzepnęła je niczym natrętne mrówki i wróciła do kuchni. Zapach aromatycznej kawy skutecznie wyrwał Franciszkę z odrętwienia.