Tym razem dziadkowie na scenie życia - Dagmara Rek

Kup ebooka

51.90 zł
41.52 zł (51,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Bogusław wpadł do mieszkania Edmunda z wielką walizką, która już od samego progu robiła wiele hałasu.

- Cześć, Mundek.

- Czy możesz nie drzeć się w moim mieszkaniu jak to stare prześcieradło?

Mundek lubił ciszę i nieco donośny głos swata mu przeszkadzał.

- Czego się czepiasz? - zdziwił się. - Twoje mieszkanie? Też mi coś. - Zaśmiał się. - W sumie - podrapał się po głowie - póki żyjesz, to twoje, faktycznie, tu przyznam ci rację. Ale już niedługo. Chwilę po tym, jak kopniesz w kalendarz, ono stanie się własnością twojego Błażejka głupio mądrego.

- Tylko przypominam, że ten Błażejek to twój zięć - Edmund ciągle siedział na fotelu, który był przykryty starym kocem w pomarańczową kratę - i jak by nie patrzeć, to mieszkanie będzie należało i do Natalii, i do Błażeja.

- To, że twój syn jest mężem mojej córki, nie oznacza, że mieszkanie będzie jej. Nie ma pewności, że oni ciągle będą razem. - Zaśmiał się i nagle machnął ręką. - Dobra... nie o nich mowa... Gotowy jesteś?

- Nie... to znaczy zależy, na co... jak na śmierć, to tak. - Kiwnął głową. - Kwatera na cmentarzu wykupiona, ubranie do trumny wisi w szafie, trumna wybrana. Zostaje tylko, abyście opłacili mój pogrzeb, ale na to chyba znajdziecie jakieś pieniądze, prawda?

- Co? - zdziwił się. - Kto ma znaleźć pieniądze? Ja? - zapytał. - Oszalałeś?! Masz tego synalka, który odziedziczy mieszkanie, to niech płaci. Ja nie mam z tobą nic wspólnego - oburzył się. - A tak w ogóle to wybierasz się już na tamten świat? Skoro masz już wszystko zaplanowane.

- Jeszcze nie, ale lepiej dmuchać na zimne - odparł Edmund. - Siadaj. - Wskazał ręką drugi fotel. - Niech ci tak nie wisi.

- Edmund, ja nie przyszedłem tu na ploteczki jak jakaś stara baba, ja przyszedłem po ciebie... Zapomniałeś już, że za godzinę przyjeżdża po nas ktoś tam i jedziemy do hotelu?

- Ja ci tyle razy powtarzałem, że nigdzie nie jadę. Dobrze mi jest w domu, ciepło, przyjemnie, a przede wszystkim cicho... i mam telewizor.

- I chcesz zrobić przykrość dzieciom? Doskonale wiesz, że opłaciły nam miesięczny pobyt w hotelu dla ludzi w naszym wieku. Co ci szkodzi jechać? Kasy wydawać nie musisz, zresztą tłumaczyłem ci już wiele razy, one tak samo... a ty dalej uparty jak ten osioł. Przestań już ględzić, wstawaj i się pakuj. Chyba że chcesz pojechać bez gaci na zmianę. - Spojrzał na swata. - A w ogóle... ty jeszcze siedzisz w szlafroku? I w piżamie?

- A co, nie wolno mi? Jestem u siebie.

- Nie no... wolno. Jasne, że wolno, ale... powiedz mi, ile ten szlafrok ma lat? On chyba jest starszy od ciebie - zaśmiał się w głos - i te piżamy ze trzy rozmiary za duże.

- Schudłem, a zresztą nic ci do tego...

- Mnie może nic, ale jak w hotelu jakaś babeczka cię zobaczy w takim stroju, to... padnie ze śmiechu... - Sam nie mógł przestać się śmiać. - Czy ty naprawdę nie możesz wybrać się na zakupy?

- Mogę, ale nie chcę. Po co mam tracić pieniądze, skoro to, co mam na sobie, jeszcze jest dobre? Zobacz - wstał na chwilę z fotela - nie ma żadnych dziur - Ponownie usiadł po prezentacji.

- Nie mam już do ciebie sił. - Machnął ręką. - Najwyżej to ty będziesz się wstydził, a nie ja. - Spojrzał na przyjaciela. - Idź się pakuj, bo jak powiem dzieciom, to będą bardzo niezadowolone, że wydały kasę na darmo, i to przez ciebie, bo nie chce ci się dupy ruszyć z fotela...

- Do grobu mnie wpędzicie kiedyś. Wy i te wasze pomysły. - Edmund powoli zaczął wstawać, widać było, że specjalnie się ociąga.

- Do grobu to później... najpierw przyjemności, później obowiązki. - Zaśmiał się.

Edmund nie miał wyjścia.

Poszedł do drugiego pokoju, wyjął walizkę z szafy i powrzucał do niej byle co, zwyczajnie brał z szuflad to, co miał, nie patrząc, czy dana rzecz mu się przyda, czy też nie. Z łazienki przyniósł kosmetyczkę, którą synowa Natalia przygotowała mu na wszelki wypadek. Jak to mówiła: "Gdyby tata nie daj Boże miał jechać do szpitala, to tu są najpotrzebniejsze kosmetyki".

- Ja nie wiem, dlaczego oni mnie zmuszają do takich wyjazdów. Natalia dobrze wie, że ja mam swój harmonogram dnia. Cokolwiek by się działo, to przestrzegam go, a ona... pcha mnie do jakiegoś zacisza i po co? - Spojrzał na Bogusława.

- Chcą, abyśmy się rozerwali jakoś, wypoczęli, poznali nowych ludzi - wymieniał.

- To, że ty lubisz ciągle gdzieś jeździć i coś robić, nie znaczy, że każdy jest taki - odburknął.

- A tak w ogóle to jaki ty masz ten harmonogram dnia?

- Wstaję o szóstej, o siódmej zaczynam rozwiązywać krzyżówki, o ósmej jem dwa jajka na twardo i dwie kromki chleba, o dziewiątej idę do sklepu. Chyba że jest niedziela, to do kościoła, ale wtedy wychodzę nieco wcześniej, bo o dziesiątej piję kawę i jem coś słodkiego.

- Dobra, dobra, nie kończ już. A czemu wszystko odbywa się punktualnie?

- Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Lubię tak, od zawsze...

Edmund kręcił się po domu. Minuty mijały, a ten wciąż chodził i marudził. Bogusław miał anielską cierpliwość albo udawał, że ma.

- Kurka wódka! Mundek, ile można się pakować?! - uniósł głos. - Właśnie dostałem wiadomość, że kierowca już podjeżdża pod twój blok.

- A gdzie ci się tak spieszy? Na Sportową? - Usłyszał głos dochodzący z kuchni.

- A co jest na tej Sportowej? - zapytał Boguś.

- Cmentarz komunalny.

- Idziesz? Kierowca już jest.

Bogusław był coraz bardziej zdenerwowany i w tym momencie zaczął żałować, że wraz ze swoim swatem jedzie do Hotelu Słoneczne Zacisze na miesięczny wypoczynek.

Nagle pojawił się w drzwiach od pokoju z walizką w dłoni i kapeluszem na głowie.

- Jestem.

Bogusław spojrzał na przyjaciela i nic nie powiedział. Tak, wiedział, że Edmund jest zupełnie inny niż on. Pod każdym względem.

Kolejny raz przekonał się, że i styl ubierania się mają odmienny.

Bogusław zawsze był modnie ubrany. I nie, nie interesował się modą, ale starał się patrzeć, co jest w sklepach, a potem w fajny sposób łączyć ubrania. Jak na swój wiek był bardzo przystojnym, nieco szpakowatym mężczyzną. Mógł podobać się kobietom. Nawet dzisiaj był ubrany w jasnoniebieską koszulę typu polo, dżinsowe spodnie do kolan i oryginalne sandały. W saszetce, którą zakładał na biodra, miał jeszcze okulary przeciwsłoneczne.

Edmund przy nim wyglądał jak jego... pradziadek albo biedniejszy kolega. Bogusław już sam nie wiedział, jak nazwać to, co zobaczył. Bo ikoną stylu nie mógł nazwać kolegi. Mężczyzna miał na głowie kowbojski kapelusz, koszulę w kratę, ale taką, co to ludzie wkładają, idąc do ogrodu, albo robotnicy, idąc na budowę. A więc czerwona koszula w czarną kratę, brązowe spodnie, chyba od garnituru sprzed trzydziestu lat, i buty sportowe, które wszyscy nazywają adidasami.

- Co się tak patrzysz? Tak mnie poganiałeś, a teraz co? - zapytał. - Ja jestem już gotowy... niestety...

Bogusław wstał z fotela, wziął swoją walizkę i obaj wyszli przed blok. Tam czekał na nich jakiś mężczyzna. Miał to być kolega ich dzieci. To on miał ich zawieźć do Słonecznego Zacisza. Walizki włożyli do bagażnika, a oni sami wsiedli na tył samochodu. Nie wiedzieć czemu, żaden z nich nie chciał usiąść z przodu, tuż obok kierowcy.

- Ile będzie trwała ta podróż? - zainteresował się Edmund.

- To blisko. Godzinka i jesteśmy na miejscu - odpowiedział kierowca.

- Ile? - zdziwił się. - Blisko? Panie, blisko to jest wtedy, gdy mogę wyjść w kapciach po gazetę i wrócić po chwili do domu - wyjaśnił mężczyzna. - To jest, można powiedzieć, wyprawa życia.

Bogusław się nie odzywał. Nie miał na to sił i uważał, że słowa są tu zbędne. Zwyczajnie będzie musiał się przyzwyczaić do obecności Edmunda przez cały miesiąc. Liczył, że ten czas będzie przyjemny, a on naprawdę odpocznie, ale patrząc na to, jak jego swat, a zarazem przyjaciel marudzi i czepia się o wszystko, to... wątpił, że ten wyjazd będzie udany. Ale jak to mówiła jego córka, trzeba wierzyć, że nadejdą lepsze czasy. Więc starał się wierzyć z całych sił, ale nawet teraz tej wiary mu się odechciewało. Siedział przygarbiony, patrząc przed siebie. Dziwiło go to, bo przed oczami miał zagłówek przedniego siedzenia i raczej oprócz niego nic nie widział. Ale ani na moment nie spojrzał w okno.

Bogusław by tak nie mógł. On był z tych mężczyzn, którzy nie lubią marnować życia, bo miał świadomość, że ono jest tylko jedno. On czerpał z niego garściami, a może i wiadrami? Chodził na spotkania klubu seniora, wyjeżdżał na wycieczki organizowane przez bibliotekę albo dom kultury. Raz nawet był na wycieczce z kościoła, ale ta mu się nie podobała. Należał do klubu czytelnika. Każdy jego dzień był tak naprawdę wypełniony po brzegi i jak dzieciaki chciały go odwiedzić, to musiały kilka dni wcześniej go o tym poinformować, by mógł wpisać je w swój grafik. Boguś lubił różne wyzwania, lubił ludzi, a przede wszystkim tak bardzo kochał życie, że energii mógłby mu pozazdrościć niejeden nastolatek. A przecież Bogusław miał sześćdziesiąt siedem lat i już nie musiał działać na pełnych obrotach tak jak kiedyś. Ale chciał.

Ta godzina trwała chyba wieczność. Mundek wyglądał jak posąg albo jakaś mumia. Siedział tak sztywno, że przez chwilę jego kompan myślał, że koniec nastąpił w tym samochodzie, ale nie... W momencie gdy kierowca powiedział, że są na miejscu, Edmund poruszył się, kaszlnął, być może i pierdnął, bo nagle Boguś poczuł jakiś dziwny zapach, i wysiadł z auta.

- Dziękujemy bardzo panu. - Bogusław podał rękę kierowcy i się uśmiechnął.

- Nie ma za co. Przyjemnego pobytu. - Mężczyzna odwzajemnił uśmiech.

Niestety, Mundek nie zachował się, jak należy. Nic nie powiedział, tylko zostawił za sobą ciągnący się smród. Nim Boguś się zorientował, ten już stał przed hotelem i spoglądał na niego z dołu.

Wierzył, naprawdę wierzył, że nie zabije swojego swata w ciągu tego miesiąca. Wierzył, że wciąż będzie miał do niego mnóstwo sił i cierpliwości.

Rozdział 2

- A co ty tak patrzysz? - Boguś podszedł do przyjaciela.

- Zastanawiam się, czy jest możliwość, aby zwiać stąd - odparł bez zastanowienia. - Możemy pójść tam - pokazał palcem na drzwi hotelu - i powiedzieć, że jednak musimy zrezygnować, bo zostawiliśmy kota bez opieki albo nie wiem - wzruszył ramionami - zapomnieliśmy zamknąć drzwi na klucz.

- Mundek, za późno na to. - Spojrzał na niego. - A poza tym nie chcesz chyba robić na złość naszym dzieciom?

- Dzieciom? Jakie to dzieci? Przecież to stare konie mające po czterdzieści lat, a nie dzieci. Opanuj się, Bogusław!

- No wiesz... jesteśmy ich ojcami, więc to zawsze będą dla nas dzieci.

- Może dla ciebie. Dla mnie dziecko to takie z glutem wiszącym po pas, trzeba na nie łożyć i wysyłać je do szkół, aby zdobywało wiedzę, niekoniecznie potrzebną w życiu codziennym - wyjaśnił Edmund.

- Weź przestań pierniczyć. - Bogusław był wzburzony. - Chodź do środka, do recepcji. Musimy się zameldować.

- A co ja u lekarza jestem czy co? - Zrobił dziwną minę. - Meldować się... Pf... nie jestem od nikogo zależny, nie mam nad sobą nikogo... a meldować to mogą się żołnierze przełożonemu... w wojsku... - ciągle marudził.

- Brak mi sił do ciebie. - Machnął ręką. - Ja idę... a ty jak chcesz, to sobie tu stój nawet do jesieni.

- Jesień to u mnie trwa właśnie... jesień mego życia... - powiedział, po czym zaczął iść za swatem.

Weszli do środka i Edmund nieco się zdziwił. Spodziewał się hotelu jak z lat osiemdziesiątych, tak przynajmniej wydawało się Bogusiowi. Pierwszy szok Edmund przeżył przed drzwiami wejściowymi do budynku, gdyż nie trzeba było łapać za klamkę, bo one się same otworzyły. Mundek nie wiedział komu, ale podziękował serdecznie za otwarcie drzwi, po czym dość szybkim krokiem, jakby bał się, że go przytrzasną, wszedł do środka. Tam przeżył drugi szok. Wnętrze hotelu było bardzo nowoczesne. W kolorystyce przeważało złoto.

- To chyba jakaś pomyłka - powiedział, patrząc na Bogusia.

- Dlaczego?

- To ekskluzywny hotel, pewnie ma z dziesięć gwiazdek, jak nie więcej... a my zapewne mieliśmy trafić w zupełnie inne miejsce.

- Mundziu, kochany mój, ale dziś właśnie tak wyglądają hotele. Ja rozumiem, że ostatni raz byłeś w takim miejscu bardzo dawno temu i oczekiwałeś wystroju takiego, jak wtedy widziałeś, ale czasy się zmieniły. Musisz przyzwyczaić się do tego, że mamy dwudziesty pierwszy wiek.

Podeszli do lady, nad którą widniał duży napis "recepcja". Za nią stała młoda dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy.

- Dzień dobry. Witam panów serdecznie - powiedziała od razu.

- Dzień dobry. Nazywam się Bogusław Karaś, a to jest mój przyjaciel - pokazał ręką - Edmund Dworniak.

- Już sprawdzam - powiedziała młoda kobieta i zaczęła szukać czegoś w komputerze.

Mundek stał i jej się przyglądał.

Boguś, patrząc na niego, czasami miał wrażenie, że zaznajomił się z kimś z epoki kamienia łupanego. Nie miał pojęcia, jak Edmund przeżył te sześćdziesiąt pięć lat, skoro go wszystko dziwiło, a przecież był tylko dwa lata od niego młodszy.

- Poproszę jeszcze o panów dowody osobiste.

- Nie dam - odezwał się nagle Dworniak.

- Ale niestety bez tego nie możemy panów zameldować. Potrzebujemy numeru dowodu - wyjaśniła kobieta.

- Niech on daje, jak się nie boi. - Wskazał na Karasia. - Ja nie dam, bo nie chcę spłacać pani kredytów, które nabierze pani na mnie. Oj, młoda damo... na wnuczkę mnie nie zrobisz. - Pogroził jej palcem.

- Ale, Mundziu, pani - spojrzał na plakietkę, którą kobieta miała przypiętą do koszuli - Jowita wcale nie chce brać na ciebie żadnych kredytów czy pożyczek. W tych czasach potrzebne są twoje dane, abyś mógł przespać się w hotelu - próbował wyjaśnić jak małemu dziecku. - To normalny proces. - Podał recepcjonistce swój dowód.

- Dobra, ale jak ona nabierze niby na mnie pieniędzy, to ty spłacasz wszystko... okej? - Czekał na odpowiedź.

- Tak. Gwarantuję albo i obiecuję, że jak coś, to biorę wszystko na siebie. - Puścił oczko Jowicie.

Mundek wyjął z saszetki portfel, a z niego dowód osobisty i podał recepcjonistce do spisania potrzebnych danych.

- Super. To już mamy wszystko załatwione. - Spojrzała raz na jednego, raz na drugiego mężczyznę, następnie wyjęła karty do drzwi i światła z szuflady. - Proszę, panów pokój znajduje się na pierwszym piętrze, numer dwieście osiem.

- Dziękuję serdecznie, życzę...

Edmund nie dał dokończyć swatowi.

- Ale co "dziękuję"? My mamy być w jednym pokoju? - zapytał bardzo zdziwiony.

- Tak, pani Natalia i pan Błażej, czyli osoby, które rezerwowały panów pobyt u nas, wyraźnie powiedzieli, że nie ma innej możliwości niż umieszczenie panów w jednym wspólnym pokoju. Stwierdzili, że we dwóch będzie panom raźniej - wyjaśniła.

- Taaa... raźniej... Jak on nawet nie ma harmonogramu dnia. Co ja będę z nim robił? - Edmund wyraźnie posmutniał.

- Wie pan... u nas w hotelu będzie mnóstwo atrakcji zarówno dla panów, jak i dla innych osób, które tu będą. Gwarantuję, że panowie nie będą się nudzić.

- Atrakcje? Pani droga... ja sam potrafię o siebie zadbać, i to wy powinniście dostosować się do mojego rytmu dnia, a nie ja do was.

- Mundziu, uspokój się. Jak nie będziesz chciał korzystać, to nie będziesz musiał. Tu nic nie jest obowiązkowe - próbował go uspokoić Bogusław. - A teraz chodźmy do pokoju, rozpakujemy się i pomyślimy, co dalej...

- Poczekaj... - powiedział i zwrócił się do recepcjonistki. - A gdzie znajdę rozpiskę tego, co można u was robić? Bo gdybym tak chciał... tak w ostateczności, nie z nudów, ale z ciekawości, skorzystać z czegoś, to skąd mogę wiedzieć, że te wasze atrakcje są pomiędzy moimi obowiązkami?

Jowita spojrzała na Bogusława. Widać było, że chyba dawno nie obsługiwała tak dziwnego klienta. Wyglądała tak, jakby z jednej strony chciała się śmiać, a z drugiej opierniczyć go z góry na dół. Ale z racji wykonywanej pracy musiała być miła i uprzejma, niestety.

- Cała rozpiska wisi na ścianie w gablocie - odpowiedziała. - Konkretnie tam. - Pokazała palcem. Ale ona będzie się zmieniała, bo wiem, że opiekunowie co jakiś czas wymyślają nowe atrakcje.

- Przepraszam za niego. - Boguś wskazał głową na przyjaciela. - I dziękujemy bardzo za pomoc. - Uśmiechnął się do młodej dziewczyny.

Ona nic nie odpowiedziała, tylko odwzajemniła uśmiech. Mężczyźni poszli schodami, bo oczywiście Mundek bał się windy. Ostatnio oglądał jakiś film, w którym winda się zacięła, i bał się, że i tu tak się stanie. Boguś nie miał już siły na tłumaczenia, więc bez słowa poszedł za swoim towarzyszem.

Dość szybko odnaleźli swój pokój, dlatego że znajdował się on na wprost schodów, którymi szli na górę.

- Też mi miejsce - burknął pod nosem Edmund, myśląc, że jego kompan go nie słyszy.

- O co ci chodzi?

- O to, że pokój znajduje się w tym miejscu. A przecież mógłby być gdzieś dalej.

- Tobie to wszystko przeszkadza. - Bogusław otworzył drzwi do pokoju i wszedł pierwszy.

Pokój nie był duży, ale dość fajnie wyposażony. Jedna duża szafa, dwa łóżka, które prawdopodobnie były bardzo wygodne, oprócz tego telewizor, który wisiał na środku ściany naprzeciw łóżek.

Dodatkowo okazało się, że panowie mają balkon, a na nim dwa krzesła.

Więc wieczory albo poranki mogli spędzać na świeżym powietrzu i pić na przykład poranną kawę.

- I jak ci się pokój podoba? - zaryzykował pytanie Bogusław Karaś.

- No może cię nieco zaskoczę, ale nawet fajnie tu jest. Tylko ciekawe, co będzie dalej. Widziałem, że kobiety są...

- No są, a co ma ich nie być? - zdziwił się. - Może poznamy jakieś fajne babeczki. - Podniósł kilka razy brwi.

- Boguś, ty już nie układaj mi życia, dobrze? Ja miałem styczność z wieloma kobietami, które koniec końców okazywały się naciągaczkami.

- Coo? - zdziwił się Karaś. - Opowiadaj, bo chyba nie znam tych historii.

- A proszę cię bardzo.

Usiadł na łóżku.

- Była taka Krystyna, mówiła, że mam bardzo piękne oczy, zachwycała się nimi i ich kolorem. Okazało się, że jest optykiem i chce mi wcisnąć okulary za nie wiadomo jak wielkie pieniądze. Była też Rozalia, mówiła, że mężczyzna w moim wieku to musi porządnie się wyspać. Ja już myślałem, że proponuje mi... wiesz co...

Zamrugał.

- Już w myślach kombinowałem, skąd wziąć niebieską tabletkę, a ona do mnie, że sprzedaje materace. A całkiem niedawno, bo jakieś dwa lata temu, w sklepie na dziale z warzywami spotkałem Sonię. Tak, wiem, imię jak dla psa, ale co zrobisz...

Wzruszył ramionami.

- Wybierałem co lepsze pomarańcze, wkładałem do siatki i wtedy ona mnie zaczepiła. Zaczęła coś gadać o zdrowym odżywianiu, że podziwia, i zapytała, czy uprawiam jakiś sport, bo jestem taki szczupły - mówił z dumą, ale za chwilę zmienił ton swojej wypowiedzi. - No już miałem nadzieję na randkę w pobliskiej galerii handlowej, aż tu ona nagle, że jest ambasadorką czy kimś tam od sokowirówek. Widzisz... widzisz, jakie baby są! Dlatego ja powiedziałem, że kończę z kobietami, bo każda najpierw się przymila, a później chce wydoić kasę z faceta.

- Wiesz co... ja mam świetny pomysł! - odezwał się Boguś. - Znajdź sobie swoją ukochaną w kolejce do lekarza. Będziecie mieli wspólne tematy, wspólny harmonogram dnia, a może i takie same lekarstwa będziecie brali. A dodatkowo... w razie czego będzie miał kto zajmować ci kolejkę w poczekalni.

- To nawet nie taki głupi pomysł! - Mundek klasnął.

Bogusław nic nie powiedział, pokręcił tylko głową. Był bardzo ciekawy, co przyniosą mu kolejne dni.

Przez najbliższy kwadrans przyjaciele nic do siebie nie mówili. Starali się rozpakować rzeczy z walizek do szafy stojącej tuż przy drzwiach w ich pokoju.

Nagle do tych drzwi ktoś zapukał. Mundek wyszedł szybko na balkon, jakby bał się gościa. Boguś z uśmiechem na ustach otworzył drzwi. Przed nimi stała kobieta ubrana w sukienkę z dużym dekoltem.

- Dzień dobry, sąsiedzie - powiedziała. - Przyszłam się przywitać, ale i zaprosić na kolację zapoznawczą.

- Dzień dobry. - Bogusław już teraz był oczarowany nową koleżanką. - Proszę, zapraszam do środka. - Odsunął się, robiąc jej miejsce. - Wyciągnął do niej rękę. - Nazywam się Bogusław Karaś. - Pocałował ją w dłoń.

- Danuta Gajda. - Uśmiechnęła się. - Ale z pana dżentelmen.

- Dziękuję. - Zaczął iść w stronę balkonu. - Mieszkam tu z moim przyjacielem Edmundem. Proszę chwilę zaczekać, pójdę po niego.

Wyszedł na balkon i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Coś wytłumaczył, a za moment wrócili do pokoju razem.

- Oto mój przyjaciel Edmund Dworniak. - Pokazał ręką.

- Dzień dobry - powiedział dość oschle Mundek. - Miło poznać i takie tam... a teraz wybaczcie, ale idę odpocząć.

I poszedł.

Boguś spojrzał na Danutę. Widać było po niej zakłopotanie, dlatego on sam musiał ratować sytuację, bo ta kobieta naprawdę wpadła mu w oko.

- Przepraszam cię, Danusiu, ale Mundek jest tu... na siłę. Wiesz, nasze dzieci zafundowały nam pobyt tutaj w ramach niespodzianki. On nie chciał i teraz wszystko go złości - próbował wyjaśnić zachowanie przyjaciela.

- Nic nie szkodzi. W końcu będziemy tu miesiąc, więc może zmieni się jego humor. Ja to zawsze się śmieję, że takie osoby są jak mięso w zamrażarce. Dostaną trochę ciepła i się rozmrażają. - Uśmiechnęła się. - To jak, będziecie wieczorem na kolacji?

Bogusław już teraz miał pewność, że z Danutą przetańczą niejedną noc, o ile tu będą jakieś dancingi.

- Jasne, że będziemy! Ale pod warunkiem, że będziemy siedzieli obok siebie. - Puścił do niej oczko.

- Oj... flirciarz się znalazł. - Pokiwała palcem wskazującym. - Lubię takich. - Teraz to ona mrugnęła do niego. - Do zobaczenia! - zawołała i wyszła.

- Co za kobieta - powiedział Boguś, gdy został sam. - Idealna, jak z mojego snu.

Nagle do pokoju wszedł Edmund.

- Poszła ta lampucera? - zapytał wprost.

- Kto?

- No ta damulka... Boże, jaki smród zostawiła za sobą, chyba z pół butelki wody kolońskiej wylała na siebie.

- Smród to ty zostawiłeś w samochodzie facetowi, który nas tu przywiózł, a Danusia faktycznie spryskała się obficie, ale perfumami, nie wodą kolońską. To ładny zapach, delikatny, a jednocześnie uwodzicielski...

- Taaa... chyba duszący jak jakiś wąż dusiciel, do kibla się nadaje ten zapach, nie na ciało...

- O co ci chodzi? Co ty taki agresywny jesteś?

- Bo przychodzi mi tu do pokoju jakaś flądra, zaprasza na kolację, a ty jakby nigdy nic cieszysz się i idziesz. Dodam, że to obca baba jest. - Spojrzał na przyjaciela.

- Mundek... kolacja jest dla osób, które tak jak my będą gościły przez miesiąc w hotelu. To kolacja zapoznawcza, tak można powiedzieć. Więc nie idę z nią sam na sam, tylko z tobą i innymi ludźmi.

- A skąd wiesz, że ja idę?

- Bo nie jesteś na tyle głupi, aby przez trzydzieści dni siedzieć sam w pokoju.

Bogusław nie miał już sił do przyjaciela. Tak bardzo się bał tego czasu z nim w jednym pokoju. Czyżby katastrofa wisiała w powietrzu? Uduszenie poduszką, dosypanie czegoś do wody. Możliwości było wiele.

- Zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie. Nasz balkon wychodzi na jakiś ogród. Idziemy zobaczyć? Albo chociaż posiedzieć na ławce, bo akurat jest cień - zaproponował Mundek.

Oczywiście Karaś był bardzo zdziwiony. Nie spodziewał się, że jego swat wyjdzie z inicjatywą jakiegoś spaceru. Bo tak można było nazwać to wyjście z pokoju. Mimo iż wolałby przygotować się na tę wieczorną kolację, to nie odmówił. Należało korzystać z okazji, póki Dworniak był chętny gdziekolwiek wychodzić.

Ogród był naprawdę piękny. Zaraz po wyjściu z hotelu można było zauważyć dużo zieleni. Na samym środku placu stała fontanna, z której leciała woda, a obok niej mieściły się ławki. Na całym terenie znajdowało się dużo różnych ścieżek, które koniec końców prowadziły do fontanny, ale można było sobie pospacerować i w ramach odpoczynku usiąść na jednej z ławek oraz podziwiać piękne gatunki kwiatów.

- I jak ci się podoba ogród? - zapytał Mundek.

- Podoba się, i to bardzo! - odpowiedział bez zastanowienia Bogusław. - Zobacz, tam ktoś siedzi. - Pokazał głową.

- I co z tego? - Wzruszył ramionami. - Niech siedzi, nikt mu nie broni, a od tego przecież jest ławka.

Bogusław machnął ręką, zostawił przyjaciela i podszedł do mężczyzny.

- Dzień dobry - powiedział z uśmiechem. - Przepraszam, że przeszkadzam. - Dopiero zauważył, że mężczyzna trzyma książkę w dłoniach. - Chcę się przywitać, bo z tego, co mi się wydaje, to spędzimy tu razem dość dużo czasu.

- A dzień dobry. - Wstał i wyciągnął rękę. - Nazywam się Janusz Śmiałek.

- Bogusław Karaś, miło mi, i to bardzo. Mogę się dosiąść? - zapytał, zapominając zupełnie o swoim swacie, z którym tu przyjechał.

- Jasne, siadaj. - Janusz nieco się odsunął, by zrobić miejsce nowemu koledze.

Nagle usłyszeli jakieś chrząknięcie. Boguś spojrzał przed siebie i zobaczył stojącego Mundka.

- A tak, zapomniałem przedstawić - odezwał się. - To Edmund Dworniak - pokazał głową - mój przyjaciel, a jednocześnie swat. Wiesz, Janusz, nasze dzieci się pobrały. Jego syn i moja córka.

- Cześć. - Janusz wyciągnął dłoń do Edmunda. - Czyli jak widzę, można liczyć na rodzinną atmosferę.

- No rodzinną... tak jak u teściowej i synowej - odburknął Mundek.

- Siadaj, miejsca na ławce wystarczy - wtrącił się Karaś.

Edmund usiadł, chociaż widać było po nim, że w ogóle tego nie chce. Robił jakieś dziwne miny, mruczał coś pod nosem.

- Lubisz czytać? - zapytał nie wiadomo po co Dworniak.

- Tak, czytam, a właściwie staram się czytać dwie książki dziennie - odparł Śmiałek.

- To kiedy ty masz czas na coś innego? - zdziwił się Mundek.

- Nic innego mi nie jest potrzebne. Raz w tygodniu idę na zakupy, a tak całymi dniami siedzę na kanapie albo ulubionym fotelu i czytam.

- Nie oglądasz telewizji? - zadał pytanie Boguś.

- Nie mam w domu telewizora.

- Cooo? Jak to? - krzyknął ze zdziwienia Mundek. - Ileż można czytać... są przecież ciekawsze rzeczy do roboty.

- Drogi kolego, każdy lubi robić co innego i ważne jest to, aby akceptować i szanować odmienność drugiego człowieka.

Przyjaciele na chwilę zamilkli. Edmund od razu wiedział, że nie dogada się z nowo zapoznanym mężczyzną, natomiast Boguś liczył, że swoimi umiejętnościami odmieni podejście Janusza do życia i otaczającego go świata.

- Będąc tu, też będziesz tyle czytał?

- Tak, Edmundzie, będę. - Spojrzał na niego. - Bo co innego mam robić?

- Jak to co? Mamy tu wypocząć, może poznać jakieś kobitki, pójść na tańce, zaszaleć - zaczął wymieniać Bogusław.

- Oj, panowie, panowie... - Machnął ręką. - Mnie takie rzeczy już nie w głowie, romanse są dobre dla młodych, a nie dla starych.

- Starych? Janusz, ogarnij się, chłopie. - Karaś klepnął kolegę w plecy. - Stara to jest dupa, bo zębów nie ma, a nie my. Oj, ja jeszcze zeswatam cię z jakąś ślicznotką, oj, zeswatam!

- Wątpię w to - odburknął, wziął książkę w dłoń i zaczął czytać.

- Chodź, Boguś, idziemy dalej. Nie przeszkadzajmy koledze. - Mundek wstał z ławki i po chwili zwrócił się do Janusza. - A ty uważaj na niego. - Pokazał głową na swata. - Nim się obejrzysz, upije cię jakąś tanią wódką, wepchnie jakiejś kobiecie do łóżka i nici z czytania dwóch książek dziennie - powiedział i poszedł.

Janusz nagle zaczął się zmieniać. Widać było po nim, że z minuty na minutę zaczyna się bać. Ale czego? Spotkania z kobietą, upicia się czy może jednego i drugiego? Tego chyba nie wiedział nawet on sam.

- Janusz, nie bądź taki nieśmiały, skoro masz takie śmiałe nazwisko. - Bogusław znowu poklepał po plecach kolegę. - Czytaj ładnie, ja już ci nie przeszkadzam. Spotkamy się na kolacji, tak?

Ten nic nie odpowiedział, tylko kiwnął głową i zanurzył się w lekturze.

Karaś dość szybko podszedł do Edmunda.

- Czemu zacząłeś go straszyć? Przecież wiesz, że ja nie piję alkoholu, a i nie wiadomo czy w ogóle można tu wnosić.

- Widziałeś, jak on wygląda? Jak pożal się Boże zbity pies na łańcuchu przy budzie w deszczową noc. No kto to widział, aby chłop czytał dwie książki dziennie. To chyba jakaś popierdółka, a nie chłop.

- Edmund, ale ty nie jesteś lepszy. Ty zamiast korzystać z życia, to może i nie czytasz książek, ale ciągle oglądasz telewizję.

- I co z tego? - Wzruszył ramionami, jak miał to w zwyczaju. - Jestem tu z tobą i nie zaszyłem się gdzieś w kącie.

- Ale jak Danuta przyszła, to uciekłeś na balkon. - Karaś zaśmiał się.

- Bo Danuta to rozpustna kobieta z cyckami na wierzchu... Aż nie wiedziałem, gdzie wzrok podziać, takie miała wielkie - odpowiedział nieco ciszej.

- I co z tego? Przecież jesteś starym doświadczonym mężczyzną i niejedne cycki miałeś przed oczami.

- Kiedy to było... - Machnął ręką. - Teraz to ja nie chcę oglądać. Zostałem zmuszony do przyjazdu tu i poznawania nowych ludzi, ale ubranych, i to w pełni, a nie z takimi dekoltami. - Zaprezentował na sobie.

- A róbta, co chceta... - Teraz Boguś machnął ręką i poszedł do hotelu.

Mundek został sam. Nie wiedział, co ma począć ze sobą i z godziną, która została do tej kolacji zapoznawczej. Z jednej strony najchętniej by uciekł z tego miejsca, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Dzieci naprawdę się postarały i wydały dość sporo kasy, aby jemu i Bogusławowi sprawić przyjemność. Nikomu nie chciał sprawiać przykrości, więc cokolwiek by się działo, musiał spędzić miesiąc w tym miejscu, które już od samego początku wydawało mu się dziwne.

***