Jutro była wojna
Jutro była wojna1
Krzysztof Petek
Przed ponad dekadą uczyłem młodych ludzi technik maskowania, ratownictwa
i pokonywania trudnych terenów. Międzynarodowy Obóz
Dziennikarsko-Survivalowy "Polowanie na przygodę" pomyślany był jako
zetknięcie dwóch kultur, spotkanie polskiej i ukraińskiej młodzieży,
pokazanie nastolatkom, że praca reportera wiąże się z podróżami,
wyprawami, eksploracją. Powtarzałem im: "Mieszkamy w Europie. Nie szkolę
was na wypadek wojny, bo to już przeszłość. Ale może się zdarzyć
katastrofa, powódź, zaginięcie, może trzeba będzie wziąć udział w akcji
poszukiwawczej?".
Od 2010 roku samochodami terenowymi przemierzamy z przyjaciółmi
zachodnią Ukrainę. Od Lwowa aż po zonę - Czarnobyl i Prypeć. Poznaję
kulturę Ukrainy i siłą rzeczy porównuję ją z rosyjską, z którą też było
mi dane się zetknąć podczas podróży po Syberii i Dalekim Wschodzie.
Rosjanie i Ukraińcy, pozornie podobni, ulepieni są z innej gliny. Już we
Lwowie, gdzie trochę świadomie zatrzymał się czas, czuć atmosferę
europejską. To bardziej Galicja niż Ruś.
Na rynku gra orkiestra. Przechodnie tańczą, uśmiechają się, by po trzech
minutach odejść gdzieś w sobie tylko znanych celach. Dołączam do nich,
prosząc do tańca długowłosą kobietę z mocnym makijażem. Wirujemy przez
minutę, przesuwając się wzdłuż ściany ratusza.
- Skąd jesteście? - pyta.
- Z Polski.
- Pozdrowienia dla Polski! - Mruga do mnie, wykonuje jeszcze dwa obroty
i wskakuje do tramwaju, bo jej dwójka właśnie nadjechała.
Oprowadzani przez Serhyja Syniuka, zwiedzamy katedrę ormiańską, basztę
prochową, arsenał, targ staroci. Wokół ludzie otwarci i życzliwi. Tak
samo w Krzemieńcu, gdy podziwiamy ruiny słynnego zamku, którym w XVI
wieku władała królowa Bona. Podobnie w znanym z Sienkiewiczowskiej
trylogii Zbarażu, gdzie zostajemy powitani z honorami, niczym goście
specjalni. Szumsk przyjmuje nas równie przyjaźnie - a burmistrz nie
tylko znajduje dla nas czas, ale i częstuje kanapkami!
Zwiedzając Tarnopol i Kijów, widzę oczywiście niedoinwestowane osiedla,
mieszkam w hotelu, który raduje mnie o tyle, że odnoszę wrażenie, jakbym
wrócił do lat 70. Ale przecież podróżując po Polsce, spotykam równie
archaiczne hoteliki, pensjonaty czy nawierzchnię dróg pamiętającą czasy,
których ja sam nie pomnę.
Dopiero po kilku wizytach w Ukrainie zauważam, co faktycznie różni jej
mieszkańców od Rosjan.
Otóż w Moskwie, Irkucku, Jakucku czy Pietropawłowsku Kamczackim
spotykałem wyciągnięte przyjaźnie dłonie. Ale w rozmowach przewijała się
przede wszystkim identyfikacja z państwem jako źródłem siły. Mocy.
Potęgi.
U Ukraińców tego nie widzę. Wielki patriotyzm - tak! Realne uwielbienie
dla odrodzonej przed trzema dekadami ojczyzny - owszem! Ale nie
beznamiętne posłuszeństwo.
Przez ostatnie dwanaście lat byłem świadkiem ogromnej metamorfozy
społecznej w Ukrainie. Z grupy biednych, pokiereszowanych przez historię
ludzi zmienili się w naród coraz bardziej świadomy, czym jest
społeczeństwo obywatelskie. I nie zrównuję ich z Danią czy Norwegią, mam
na myśli raczej rozpoczęcie procesu zmiany postawy z ONI (władza) i MY
(poddani) na powszechne MY - obywatele.
Serhyja Syniuka wyłowiłem w roku 2005 z grupy poetów i pisarzy, którzy
przyjechali do Polanicy-Zdroju na Międzynarodowy Festiwal Poezji.
Wyróżniał się strzępiastą czupryną i talentem wokalnym. Ponad wszystko
jednak dobrze mówił po polsku, nie bał się wdać w dyskusję i pozwalał
zrozumieć ukraiński punkt widzenia - i na historię, i na współczesność.
Wieża widokowa we Lwowie - najwyższa wieża ratusza na obszarze Ukrainy, ? Shutterstock / SilvanBachmann.
W ciągu kilku lat spotykaliśmy się w tej samej miejscowości, prowadząc
rozmowy i wspólnie grając na gitarach. On prezentował tradycyjne pieśni
ukraińskie, ja odwdzięczałem się poezją śpiewaną i piosenką turystyczną.
Mogliśmy tak do rana, bo - i oto dopiero łamanie stereotypów! - obaj
byliśmy niepijący. Do dziś jesteśmy, a jakże!
Z czasem utwierdziłem się w przekonaniu, że takie trudne dyskusje są nam
potrzebne. Wręcz konieczne. Rozmowy historyków, politologów - wcale nie
polityków! - pozwolą obu stronom zrozumieć się wzajemnie, ponad
podziałami podać sobie ręce i budować przyszłość. Bo tylko ona stanowi
zmienną, zależną od naszych decyzji.
Teraz, przy godnym podziwu zrywie Polaków, takie oczyszczenie dokonuje
się samoczynnie i kiedy powrócimy do dyskusji o przeszłości, tło będzie
nieco inne. Tak to widzę.
Wtedy, w Polanicy, po raz pierwszy spotkałem człowieka widzącego
historię inaczej, niż głosi powszechny u nas przekaz. I przypomniałem
sobie słowa jednego z moich wykładowców historii doktryn politycznych.
Twierdził, że póki będziemy funkcjonować w regułach plemiennych i stawiać patriotyzm ponad powszechny humanizm i wzajemny szacunek, każdy
kraj będzie pisał własną historię, w odmienny sposób cenzurował te same
wydarzenia i relatywizował moralnie działania przeróżnych postaci.
Wówczas zrodził się pomysł zorganizowania w Ukrainie szkoleniowego obozu
dla młodzieży - na wzór wypraw survivalowych, jakie prowadziłem w Polsce.
Latem 2010 roku z trzydziestką nastolatków ruszyliśmy do Lwowa, po czym
przeskoczyliśmy do Szumska, niewielkiego miasteczka na północnych
rubieżach obwodu tarnopolskiego, zawieszonego między tradycyjnym
targiem, imponującym gmachem urzędu a aspiracjami, by ściągnąć tu
turystów i inwestorów.
Już wówczas zaskoczyło mnie kilka społecznych mechanizmów.
W sklepach nie było prawie nic. Mleko w kartonie, słone masło,
podejrzane wędliny... Za to na targu, trzysta metrów dalej - wszystko, co
potrzebne! Świeże mięso, nowalijki, dowolne przyprawy, narzędzia, olej
jadalny i do samochodu, zegarki, lakier i tabletki przeciwbólowe. A kto
nie chciał pędzić na gwarny targ, mógł kupić jajka, mleko czy sery pod
konkretnym adresem na obrzeżach miasta. Każdy coś hodował, uprawiał,
produkował, świadczył usługi - i nierzadko w grę wchodził handel
wymienny.
Wbrew pozorom było to bardzo budujące i odświeżało stosunki społeczne,
choć utrudniało prowadzenie obozu, podczas którego na wszystkie koszty
winienem zdobyć fakturę.
W Szumsku nie było mowy o anonimowości. Brakowało tam supermarketu, kas
samoobsługowych, wreszcie - w roku 2010 - jedynie w nielicznych
miejscach dało się płacić kartą. Plus? Taki, że ludzie stale wchodzili w interakcje. Trzeba było się przywitać, zamienić kilka słów, opowiedzieć,
skąd się przybyło... Szybko rozeszła się wieść, że Polacy stacjonujący w Kutiance pod Szumskiem za darmo podwożą w obie strony landroverami. I zaczęły się ustawiać niemal kolejki. A my z przyjemnością, przy okazji
zakupów czy wizyt w mieście, zabieraliśmy i rolników, i nauczycielkę, i starszą panią, której we dwóch musieliśmy pomagać dostać się do wysoko
zawieszonego terenowego pojazdu. Bardzo serdecznie przyjął nas także
ówczesny burmistrz, Volodymyr Pletyuk.
W Kutiance, wiosce oddalonej od Szumska o kilkanaście kilometrów, życie
płynęło spokojnie, niemal sielankowo. Skromne, lecz zadbane domy, czasem
o fantazyjnych kolorach elewacji, z okien unosił się zapach barszczu.
Nie było widać pośpiechu, jaki serwuje zachodnia cywilizacja.
Może wynikało to z niemożności osiągnięcia pewnego statusu, ale pewnie
też z faktu, że nie było tam takiego parcia, społecznego wymogu,
niewypowiedzianej konieczności.
Obóz namiotowy założyliśmy na wskazanej przez administrację polanie, nad
sztucznym zbiornikiem nieopodal Kutianki.
Wojsko wypożyczyło nam dwudziestoczteroosobowy namiot, który wiele już
przeszedł, ale jako świetlica i jadalnia na wypadek słoty służyć mógł
doskonale. Pierwsze dni obozu survivalowego mijają zawsze pod znakiem
tworzenia infrastruktury. Stawialiśmy namioty, budowaliśmy toaletę,
prysznic, kuchnię, badaliśmy źródła wody, miejsca do kąpieli,
kreśliliśmy plany okolicy.
W takim ferworze zastało nas czterech milicjantów. Tak, milicjantów - bo
dopiero pięć lat później, w 2015 roku, ukraińska milicja została
przekształcona w Narodową Policję Ukrainy.
Funkcjonariusze imponującej postury, w mundurach i szerokich płaskich
czapkach, przywołali mnie i zapytali, jak sobie radzimy.
- Doskonale, niczego nam nie potrzeba - odparłem.
- A posterunek? Mamy założyć posterunek?
Dłuższą chwilę czułem się zdezorientowany.
- Tutaj? W obozie? - wydukałem. - Po co?
- No, dla bezpieczeństwa.
Cóż za pomysł, żeby w kącie namiotu-świetlicy dzień i noc siedział
milicjant?!
Przekonałem ich więc, że doskonale sobie radzimy, a oni zapowiedzieli,
że będą czasem wpadać i kontrolować, czy jest bezpiecznie. Tego nie
mogliśmy im zakazać. Ale też nie zamierzaliśmy robić niczego
zabronionego przez ukraińskie prawo.
- Pamiętajcie, na obozie z młodzieżą zakazany jest alkohol - dodał jeden
z milicjantów, unosząc dłoń.
- Nie ma problemu - odparłem odruchowo. - U nas nikt nie pije.
Nie zapomnę wyrazu ich twarzy. Trzy razy jeszcze powtórzyli, że naprawdę
nie wolno pić, bo będą mandaty, a ja trzykrotnie zapewniłem, że ten
problem nas nie dotyczy.
Od następnego dnia pojawiali się o różnych porach, czasem strasząc
młodych wartowników, bo ci sami milicjanci ubrani w dresy wyglądali
naprawdę groźnie.
Dali spokój po tygodniu.
Podczas kolejnych wyjazdów autami terenowymi poznałem całą zachodnią
Ukrainę.
W trasie zaprzyjaźniliśmy się z uczniami i nauczycielami z maleńkiej
szkoły w wiosce Stożek, niegdyś polskiej. Budynek z kuchnią, kolorowymi,
pomalowanymi fantazyjnie ścianami i niewielką salą gimnastyczną sprawiał
przytulne wrażenie. Dyrekcja oddała do naszej dyspozycji jedną klasę, na
podłodze rozłożono materace i ugoszczono nas nie tylko posiłkami, ale i tańcami oraz ukraińskimi pieśniami, które wykonywali zarówno uczniowie,
jak i nauczyciele.
Rok później, tuż przed kolejną wyprawą, ogłosiłem niezobowiązującą
zbiórkę dla szkoły. Tornistry, kolorowe zeszyty, przybory... I okazało
się, że potężny landrover ledwie może pomieścić pudła z darami. Po
wojnie znów ogłoszę zbiórkę. Oby jak najszybciej.
Następnego dnia przez Zbaraż ruszyliśmy do miasta obwodowego. Tarnopol,
stolica okręgu, jest bezsprzecznie magiczną metropolią. I oby taką
pozostała, cokolwiek się zdarzy w najbliższym czasie. Wiele odnowionych
budynków, piękny zamek, hotele... Ale najprzyjemniej spędzało się czas w niedużych knajpkach i restauracjach rozsianych wzdłuż wschodniego brzegu
rozlewiska rzeki Seret.
Tama zbudowana na południu spiętrzyła rzekę, tworząc zbiornik o szerokości pół kilometra. Otaczające go deptaki i parki, czyste i oświetlone, niosły atmosferę oddechu i spokoju. Pizza, burgery czy
lokalne potrawy nie były najtańsze, ale warte swojej ceny.
Włóczyliśmy się małymi grupkami po zakamarkach miasta, aż metropolia
usnęła po północy. Powrót do hotelu Ruta-Tur przy ulicy Medowa stanowił
prawdziwy skok w czasie.
Nie chodziło tylko o to, że mieliśmy ograniczony budżet wyprawy.
Zależało mi, by pokazać młodszemu pokoleniu, jak wyglądały hotele w okresie socjalizmu - bo to mogła być ostatnia okazja. Oby chociaż jeden
taki obiekt pozostał nietknięty!
Zaparkowaliśmy przed szarym, niepozornym budynkiem. Bardziej przypominał
dawny dom kultury niż miejsce noclegowe. W środku widać było wspomnienie
minionego przepychu - recepcja ze skórzaną kanapą, na ścianach kasetony,
schody i podłoga w kaflach tworzących szachownicę.
Tu, w Ruta-Tur, urzekła mnie konstrukcja hydrauliczna. Bardzo tradycyjny
i klasyczny prysznic z dwoma kurkami zasilał równocześnie poprzez
dodatkowe kolanko z zaworem jeszcze inne urządzenia. Nad umywalką nie
było dodatkowej baterii. Ruchomy, długi kran znad wanny obracało się, by
woda lała się do misy umywalki. Taka mała racjonalizacja.
Dla odmiany podczas kolejnej wyprawy przenocowaliśmy w Hotelu Tarnopol.
Niby tylko trzy gwiazdki, ale osobiście dołożyłbym jedną od ręki.
Elegancko, ekskluzywnie, ciepło. Szerokie łoża, wielopunktowe
oświetlenie, kabina prysznicowa, nowoczesna toaleta, ręczniki, szlafroki
i mydełka. Wielojęzyczna, miła obsługa. Jest powiew nowoczesności, brak
tylko nuty sentymentu, dla której wracamy do tamtych hotelików.
Ostatnim miastem, które odwiedziliśmy, był Kijów.
Trzymilionowa stolica Ukrainy zrobiła na mnie wrażenie zupełnie innego
świata. Po dniach przedzierania się samochodami terenowymi przez
kolorowe wioski, turlania przez miasteczka po resztkach asfaltu i noclegach w hotelikach zamrożonych w czasie nagle szeroką autostradą
wróciliśmy do współczesności, stając w korkach pośród drogich
nowoczesnych pojazdów, odbijających się w niezliczonych szybach
oszklonych drapaczy chmur.
Jak informował Serhyj, Kijów ma niewiele zabytków i prawie wszystko, co
zobaczymy, jest stosunkowo nowe.
- Każda armia na przestrzeni wieków - mówił - nie pomijając radzieckiej,
co wchodziła do Kijowa, równała go z ziemią. O, tu widzicie cerkiew
Świętego Andrzeja. Zabytek! Osiemnasty wiek! Ale oczywiście po wojnach,
pożarach wywołanych piorunami, po zamienieniu na pół wieku w muzeum,
dopiero w ostatnich latach została odrestaurowana. A tu macie Złote
Wrota. I tu możemy wsiąść do metra, jednego z najgłębszych na świecie, i pojechać do Soboru Sofijskiego, tam z wieży będzie cudny widok na
stadion Dynama Kijów i na Majdan Niezależności, czyli Plac
Niepodległości.
Chyba właśnie ten wielki plac ze statuą zrobił na mnie największe
wrażenie. Nawet nie ze względu na wielkość, ale na historię. To tu
przecież tak niedawno Ukraińcy walczyli twardo o demokrację, o prawo do
współdecydowania o swoim kraju. Przeciwstawiali się dyktatorskim zapędom
władz.
Minąłem strzelisty Pomnik Niepodległości i zatrzymałem się pod wielkim
zegarem wmontowanym w trawnik. Oto aleja Bohaterów Niebiańskiej Sotni.
Brzmi może metafizycznie, ale tak po prostu nazwano wszystkich, którzy
zginęli podczas działań Euromajdanu (Rewolucji Godności) w okresie
między grudniem 2013 a lutym 2014 roku w Kijowie.
Nie mogłem powstrzymać westchnienia, gdy oglądałem kolejno fotografie
młodych ludzi, ale i pokolenia ich rodziców. Zginął 7 stycznia 2014
roku. Poległa 23 grudnia 2013 roku.
A dziś, gdy oglądam zdjęcia z tamtej chwili, przed oczyma wyobraźni
rysuje mi się aleja ofiar rosyjskiej agresji. Ileż kilometrów musiałaby
już liczyć?
Tymczasem przed kilku laty skąpany w słońcu Kijów tętnił życiem, jak
większość europejskich metropolii. Wielokolorowa społeczność studentów,
przybyłych z kilku kontynentów, raczyła się piwem na trawnikach i oglądała "śpiewające fontanny" - piękny pokaz hydroartystyczny spleciony
z grą świateł i muzyką klasyczną. A nad tym wszystkim wisiał wielki,
naprawdę wielki transparent z napisem: WOLNOŚĆ JEST MOJĄ RELIGIĄ.
Dreszcz mną wstrząsa, gdy uświadamiam sobie, że właśnie przyszło im
krwawo dowodzić, iż nie była to czcza promocja miasta.
Mrowisko. Kafejki, bary, sklepy. Sprzedawcy okularów. Człowiek z małpką,
która daje się fotografować - oczywiście nie za "dziękuję". Staruszka,
która - według opowieści Serhyja - płaci mafii grube dolary za
zezwolenie na żebranie w okolicy stacji metra. Sam zresztą widzę, jak
zgięta wpół i wsparta na lasce prosi turystów o pomoc - ale zaraz robi
sobie przerwę, prostuje się i kupuje kawę w ulicznej budce.
Po chwili na innym placu natykam się na woja w kolorowym stroju. Rozdaje
baloniki dzieciom i daje się fotografować - w przeciwieństwie do małpki,
absolutnie za darmo.
A potem pojechaliśmy dalej i zrozumiałem memento Czarnobyla.
Ich świat zmienił się na zawsze 26 kwietnia 1986 roku. Eksplozja
czwartego bloku elektrowni Czarnobyl poruszyła całą światową opinię,
wywołała dyskusje, pytania, poczucie niepewności. Otworzyła furtkę
realnym rozmowom o alternatywnych źródłach energii. Ale przede wszystkim
radykalnie i na zawsze zmieniła życie tych, którzy mieszkali w strefie.
W zonie.
Nie wjeżdżaliśmy tam własnymi samochodami. Pomijając wielokrotnie wyższą
cenę, ryzyko było zbyt wielkie. Gdyby podczas opuszczania zony wykryto
na naszych pojazdach radioaktywny pył, automatycznie zostałyby one
skonfiskowane i zniszczone. Nie stać mnie na to.
Autokar powoli przekraczał granicę - i to w dosłownym znaczeniu, bo
strefa oddzielona była wysokim płotem, szlabanami, budkami z czytnikami
promieniowania (choć to tylko dla wychodzących). Paszport, bilet, lista.
Tylko pełnoletni mieli prawo tu wejść.
Długie spodnie, skarpety, solidne buty. Długi rękaw. Takie zasady.
Zarastające od lat ścieżki i drogi przywodziły na myśl scenerię
amerykańskich thrillerów. Mimo słońca panował tu półmrok, w tle widniały
częściowo zrujnowane, ciągnące się w las budynki mieszkalne. Wioski,
osady. Domy, stodoły, chlewnie, komórki, stajenki...
Cisza.
Miasteczko Czarnobyl wcale nie zostało opuszczone. Z dwunastowiecznej
osady rozrosło się znacznie, choć kiedy tam przybyłem, na dwustu
pięćdziesięciu kilometrach kwadratowych mieszkało ledwie pół tysiąca
osób. Były jednak domy, sklep, pomniki. Działał i hotel "Dziesiątka".
Mnie interesowały jednak pozostałości po opuszczonych, wcześniej
tętniących życiem obszarach.
Oto przedszkole. Przy drodze, w zagajniku. Dzieci tu dowożono. Po
katastrofie, mającej miejsce w sobotę, już nie wróciły do swoich
zabawek, które do dziś są niemymi świadkami rozpadu ich świata.
Oto sama elektrownia. Potężna kopuła-sarkofag chroniąca ludzi przed
promieniowaniem. Sasza, nasz przewodnik, żartował, że za sto tysięcy lat
będzie można ją zdjąć, to wtedy przyjdziemy zobaczyć, czy nam nie
zaszkodzi. Do tego czasu jest chroniona i naprawiana, bo tylko wariat
mógłby chcieć ją naruszyć...
Oto i Prypeć. Aż skóra mi cierpnie!
Pięćdziesiąt tysięcy ludzi mieszkało w nowoczesnym jak na owe czasy
mieście, zbudowanym w środku lasu, w bezpośrednim sąsiedztwie
elektrowni. Wybuch nastąpił pół kilometra od granic miasta! Ewakuacja
była ogromnym przedsięwzięciem logistycznym. Z Kijowa przyjechały
wszystkie autobusy podmiejskie i sukcesywnie wywiozły mieszkańców - w tym piętnaście tysięcy dzieci - "na tydzień", w ramach działań
prewencyjnych. Oczywiście nigdy tu już nie wrócili.
Chodziłem wielokrotnie po Prypeci. Opuszczonej, zarastającej drzewami,
obsypującej się, pozbawionej szyb i świateł. Ale w trzy dekady przyroda
nie pożarła jeszcze szesnastopiętrowych wieżowców, szkół, sklepów,
przedszkoli, magazynów, domów kultury i komitetów partii.
Basen w szkole jest pusty, za to stołówka pełna masek przeciwgazowych,
których używali ratownicy.
Hotel Polesie już nigdy nie będzie przyjmował legalnych gości.
W mieszkaniach wieżowców niewiele pozostało mebli i wyposażenia,
działali tu przecież całe lata nielegalni szabrownicy. Ciekawe, swoją
drogą, w ilu zakątkach Związku Radzieckiego ktoś, kto kupił "okazyjnie"
pralkę czy telewizor, po paru tygodniach zaczynał się źle czuć i po roku
umierał na chorobę popromienną...
Po mieście wolałem chodzić z grupą rosyjskojęzyczną.
Dlaczego?
Grupa anglojęzyczna składała się z Anglików, Amerykanów, Hiszpanów,
Niemców, Francuzów, Nowozelandczyków, nawet Włochów i Polaków. I wciąż
słyszeli: "Tam nie wolno! To miejsce jest zakazane! To oglądamy tylko z zewnątrz!".
Tymczasem w grupie rosyjskojęzycznej byli Rosjanie, Ukraińcy,
Białorusini, Tadżykowie, Uzbek, Kazach, Litwin i kilku Polaków. Sami
swoi!
Kiedy pytałem Saszę, czy można wejść na antenę "Oko Moskwy" (sto
pięćdziesiąt metrów wysokości), słyszałem: "Nie wolno, ale teraz jest
chwila przerwy, wrócę tu za piętnaście minut".
Gdy zapytałem, czy można wejść na dach dziesięciopiętrowego bloku w Prypeci, odrzekł: "Nie wolno, ale ja mam teraz przerwę na śniadanie. Jak
zjem bułkę, będę gwizdał".
Zdążyliśmy.
Czarnobylska zona to popularny punkt na mapie turystycznej Ukrainy, fot. Clay Gilliland / Wikipedia.
Wrażenie robił stadion. Gdybym nie wiedział, że chodzę po płycie boiska,
do głowy by mi to nie przyszło! Boisko zarosły drzewa wysokie na kilka
pięter, a ścieżka wiła się przez ten gąszcz. Nikt tam już nie rozegra
meczu, nikt nie będzie kibicował, siedząc na zmurszałej i omszałej
ławce.
W zdewastowanej bibliotece znalazłem książkę i stała się ona namacalnym
memento, po które tam właściwie pojechałem. Nowyj mir - głosił tytuł.
"Nowy świat". A wydano ją w roku 1984. Dwa lata później świat tych ludzi
się skończył. Musieli porzucić wszystko i z jednym pakunkiem pożegnać
Prypeć.
Jeśli cieszyły ich nowe mieszkania, świeżo zdobyta pralka automatyczna,
zakupiony na raty lub za talon zaporożec, nowe stanowisko pracy albo
premia za wniosek racjonalizatorski - wszystko to zapadło się w jednym
atomowym stosie.
Zabierałem do zony co roku, w rocznicę katastrofy, nowych ludzi, aby
zrozumieli to wielkie memento.
W drodze powrotnej Serhyj zaproponował nocleg w ośrodku wypoczynkowym
dla literatów w Irpieniu. Zaniedbane nieco, ale w swoim czasie wykwintne
drewniane domki ugościły nas, dając wytchnienie i przypominając lata,
gdy nawet kemping dla literatów miał swoją salę kominkową i Dom Pracy
Twórczej.
A potem przez kolorową Buczę pojechaliśmy w stronę polskiej granicy.
Nie zobaczymy już tych miejsc.
W Dom Pracy Twórczej trafiła pierwsza spadająca na Irpień rakieta.
Bucza została zdewastowana.
Pozostanie pamięć.
Jestem absolutnie zdecydowany wznowić te wyprawy. Po wojennej zawierusze
znów skieruję samochody terenowe do domu Serhyja, Olega, Niny i innych
Ukraińców. Ale to będzie inny kraj. Inni ludzie. Zranieni na kilka
pokoleń. Stwardniali, doświadczeni.
Będziemy pomagać w odbudowie, uwieczniać tę tragedię. Bo żadna
dotychczas wojna w Europie nie pozwalała zebrać na bieżąco tak wielu
materiałów świadczących o ludobójstwie, dramatach, zwykłym draństwie.
Ale to będzie czas przyszły.
To będzie inny kraj.
To, co było, pozostanie już tylko w naszej pamięci.
Bo to było wczoraj.
A jutro - była wojna.
Centrum Irpienia, fot. AlisaRoz.
Dzień wcześniej, czyli w oczekiwaniu na nieuchronne
Dzień wcześniej, czyli w oczekiwaniu na nieuchronne
Serhyj Syniuk
Z Olesią, moim spóźnionym i niezasłużonym szczęściem, uciekliśmy z miasta obwodowego na wieś jeszcze dwa lata przed wojną, po wyborach
prezydenckich w 2019 roku.
Już kilka dni po tym, jak nasz mądry naród, a dokładniej trzy czwarte
tych wyborców, którzy przyszli do lokali wyborczych i zagłosowali... no,
tak, jak zagłosowali, inwestorzy zagraniczni zaczęli wycofywać się ze
swoich projektów w Ukrainie. Czasami bez żadnego wyjaśnienia. Czasem
tłumacząc enigmatycznie: "Przecież sami wszystko rozumiecie". Odpływ
funduszy inwestycyjnych natychmiast spowodował zmniejszenie liczby
miejsc pracy.
W efekcie któregoś dnia ja również przestałem być redaktorem pracującym
dla miłej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i pożegnałem się z przyzwoitą pensją. Cóż było robić?
Odkurzyłem dyplom rówieńskiego Państwowego Instytutu Kultury i poszedłem
do pracy w Bibliotece Publicznej im. Juliusza Słowackiego w Krzemieńcu.
Dodam tylko, że redaktorowi w bibliotece płacono tylko o hrywnę więcej
niż pani sprzątającej...
Później, powołując się na trudności związane z koronawirusem, obniżano
lub opóźniano wypłatę i tego mikrego wynagrodzenia. Czasami wydawało
się, że ludzie, którzy uparcie trzymali się swoich miejsc pracy w humanistycznej sferze budżetowej - nauczyciele, lekarze, pracownicy
kultury - byli celowo wpędzani nie tylko w biedę, ale w to, co Polacy
wymownie i pięknie nazywają nędzą2.
Komuś z nowo powstałej ukraińskiej elity naprawdę zależało, by
doprowadzić ukraińską inteligencję do takiej rozpaczy, jaką wywołuje
tylko beznadziejna bieda. Zwłaszcza jeśli do biedy dodać demonstracyjne
prześladowanie opozycji, zaniedbywanie narodowej przestrzeni kulturalnej
i informacyjnej oraz jawny nepotyzm. A w drugiej połowie 2019 roku było
tego naprawdę dużo. I nie napawało to optymizmem.
Krótko mówiąc, obliczyliśmy dochody oraz wydatki i okazało się, że
pensji bibliotekarza, nawet łącznie z zasiłkami wypłacanymi matce małego
dziecka i sporadycznymi honorariami za własne książki i redagowanie
cudzych, nie wystarcza na opłacenie mieszkania i mediów oraz na to, by
mieć co jeść przynajmniej dwa razy w tygodniu.
Dlatego przenieśliśmy się do wiejskiej chaty.
Zbudował ją czotowy (starszy sierżant) Armii Czynnej Ukraińskiej
Republiki Ludowej, Metodij Staszyba, który w 1920 roku walczył po
stronie polskiej "za naszą i waszą wolność". W okresie międzywojennym
prowadził aktywną proukraińską pracę oświatową. Za to Rosjanie
aresztowali go wkrótce po "złotym wrześniu" w 1939 roku. Dokładnie 26
czerwca 1941 roku, przed ucieczką Rosjan z Krzemieńca, strażnicy z miejscowego więzienia wypędzili osadzonych na dziedziniec i rozstrzelali
ich. Wśród nich był Metodij Staszyba.
Opowiadają, że w kilka dni po rozstrzelaniu przyszedł do swojej
rodzinnej wsi. Napił się wody ze studni. Wykopał za chlewem coś
podłużnego i ciężkiego. I poszedł do lasu.
Od tamtej pory nikt go nie widział.
A w tym stosunkowo dużym i gustownym domu po drugiej wojnie światowej
mieściła się jakiś czas szkoła, potem ośrodek medyczny. Później zaś w budynku zamieszkała felczerka Raisa Mińkowska wraz z mężem, rekordzistą
Związku Radzieckiego w podnoszeniu ciężarów, Pawłem Łapsiukiem.
Ich wnuczką i spadkobierczynią jest Olesia, matka naszego syna Danyła,
który codziennie zachwycał nas nowymi figlami i niezmiennie dobrym
apetytem. Napisaliśmy tam wspólnie scenariusz pod tytułem Plaga, o Ukraińcach i Polakach walczących z epidemią dyfterytu na Wołyniu późną
jesienią 1920 roku. Dzieło wkrótce przyniosło nam radość - zdobyło
nagrodę specjalną za najlepszą pracę historyczną na najbardziej
prestiżowym ukraińskim konkursie literackim Koronacja Słowa.
W przerwach między obowiązkami rodzicielskimi i pracą literacką
porządkowaliśmy naszą chatę i całe gospodarstwo. Połataliśmy dach,
oczyściliśmy i obsadziliśmy zaniedbany ogródek warzywny, wzmocniliśmy
krokwie zniszczone przez pleśń, wyposażyliśmy łazienkę, wyrzuciliśmy
spaloną kuchenkę i zbudowaliśmy elegancki, wygodny piec.
Śledząc media społecznościowe, dostrzegliśmy, że staliśmy się częścią
licznej grupy ludzi, których dopadły równie przyjemne zmartwienia.
Dziesiątki rodzin w latach 2019-2021 przeniosły się z bogatszych, ale
tchnących niepewnością miast na wieś, gdzie brak centralnego ogrzewania
i gazu nie stanowi problemu krytycznego, gdzie w niektórych miesiącach
można zbierać owoce z gałęzi, a warzywa z grządki, jeśli oczywiście nie
jest się leniwym i wcześniej się je zasadzi. A pieniądze? Oczywiście są
potrzebne, ale znacznie rzadziej.
Z pasją pisała na Facebooku o swoim chutorze poleskim powieściopisarka
Olena Zacharczenko, zadomawiał się we wsi pod Charkowem znany poeta i krytyk literacki Rostislav Melnykiv, przeniósł się z Tarnopola do
Łanowców poeta i tłumacz prozy z języka polskiego Jurij Matewoszczuk.
Dla wielu inteligentów ukraińskich ten przedwojenny kryzys był swoistą
szczepionką, próbą generalną sytuacji, w której trzeba wziąć
odpowiedzialność za siebie i najbliższych, przetrwać dzięki własnym
wysiłkom i łasce Bożej - i dalej robić swoje.
Może właśnie dlatego wojna na pełną skalę była dla wielu z nas,
ukraińskich literatów, długo oczekiwaną "niespodzianką" - agresję
rosyjską przepowiadano już przecież od lat dziewięćdziesiątych. I nie
chodzi tu tylko o wróżby politologów i emerytowanych generałów.
Doskonale znaną i chyba najbardziej niezwykłą książką o przyszłej
inwazji rosyjskiej i jej konsekwencjach jest powieść Ołeksandra Irwaneća
Riwne/Rowno. Nawiasem mówiąc, powieść została wydana także po polsku.
Ja również zastosowałem pewne środki ostrożności.
Na przykład w ubiegłym roku obsiałem dużą część naszego ogrodu nie
pietruszką, kabaczkiem i marchewką, lecz pszenicą jarą, aby mieć mąkę na
własny chleb na zimę, bo kto wie, co się stanie z tym kupowanym w sklepie. A po zebraniu, wysuszeniu i zmieleniu pszenicy jarej zasiałem
cały ogród pszenicą ozimą. Bo kto wie, kiedy to "kto wie" się skończy. A następnej zimy też będziemy potrzebować chleba.
W powietrzu czuliśmy zapach niepewności.
Nie bez powodu niemal wszystkie wieczorne rozmowy na ławkach i przy
kuchennym stole przy kieliszku prędzej czy później zamieniały się w dyskusje o nadchodzącym starciu rosyjsko-ukraińskim. Dyskutowali nie
tylko pisarze i nauczyciele historii, ale także lekarze, sportowcy i traktorzyści. Niektórzy uważali, że bezpośrednia inwazja zbrojna Rosji
jest nieunikniona, że na pewno do niej dojdzie, ale jeszcze nie teraz.
Po olimpiadzie, po uruchomieniu Nord Stream 2, po przyjęciu na
uzbrojenie w Rosji czołgu "Armata"... Inni twierdzili, że to niemożliwe, i wierzyli, że Putin nie zaatakuje, ponieważ po wyborach w 2019 roku znowu
ma w Kijowie posłuszny rząd, który sam zniszczy Ukrainę, a co z niej
zostanie - zawinie i z kokardką przygotuje jako prezent dla Rosjan.
O tym wszystkim rozprawiali głównie mężczyźni. Kobiety słuchały i wyciągały bardziej pragmatyczne wnioski.
Jesienią 2020 roku powróciła moda na domowe konserwy w szklanych
słoikach, która, jak się mogło wydawać, z powodu masowego
upowszechnienia zamrażarek już dawno temu odeszła w niepamięć. Pełną
parą zaczęły pracować autoklawy, przetwarzając wieprzowinę i fasolę na
domowe gulasze, a kabaczki, patisony, marchew i cebulę na gęste i pożywne sałatki z masłem i ryżem.
W listopadzie w kilku sklepach na terenie gminy nagle wykupiono sól.
Całą. Następnego dnia była z powrotem na półkach - ale dzwonek już
zadzwonił. Potem młode panienki i kobiety zaczęły kupować zapałki. W ciągu trzech miesięcy cena zapałek wzrosła dwukrotnie - z pięćdziesięciu
kopiejek do hrywny za paczkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki