Rozdział 2
Samantha
Nie mogę uwierzyć, że jego już nie ma...
Byłam jedyną osobą, która towarzyszyła mu w tych ostatnich chwilach. Tylko ja mogłam się z nim pożegnać. Choć gdyby Archer mógł zdecydować, odszedłby sam, bo za nic nie chciał, byśmy pamiętali go takiego, jak wyglądał na koniec. Mój mąż był cholernie uparty i od samego początku postawił sprawę jasno - chce przeżyć resztę życia szczęśliwie, a nie na eksperymentalnych sposobach leczenia. Przez ostatnie miesiące uśmiechałam się, choć miałam ochotę wyć z bólu i rozpaczy. Każdego dnia, od kiedy poznałam prawdę, udawałam, że wszystko jest w porządku. Udawałam przed Archerem, nie chcąc obarczać go moim smutkiem i wątpliwościami. Udawałam przed Marcy i Jackiem, którym nie chciałam przysparzać trosk. Jedynie Olivia i Miles widzieli mnie w chwilach, w których rozpacz brała górę, wtedy nie potrafiłam udawać. W spojrzeniu Milesa widziałam odbicie moich uczuć. Ja traciłam męża, on brata. Oboje, każdego dnia, traciliśmy to, co najważniejsze.
Jednak Miles miał Olivię, w całym tym bałaganie odnalazł miłość, a ja swoją traciłam.
Ja straciłam swoją drugą połówkę.
Powinnam rozpaczać, ale nie czułam nic.
Miałam ochotę położyć się obok Archera i zasnąć razem z nim. Zamknąć oczy i już nigdy ich nie otworzyć. Jak mogłam żyć, gdy jego już nie było? Jak funkcjonować, brać kolejny oddech, gdy on nie miał już takiej szansy? Jak żyć, gdy straciłam połowę serca, połowę samej siebie?
Nie zdawałam sobie sprawy z upływu czasu, jadłam, gdy ktoś wkładał mi talerz w ręce. Piłam, gdy przede mną pojawiał się kubek.
Wszystko toczyło się jakby obok mnie, jakby świat szedł do przodu, a ja zatrzymałam się w chwili, gdy mój mąż brał ostatnie wdechy. Uczepiłam się tego ostatniego, słabego uśmiechu, który mi podarował. Ostatniego "kocham cię" wyszeptanego tak cicho, że ledwie mogłam usłyszeć. Płakałam wtedy bezgłośnie, bo ból, który rozrywał mi serce na miliony małych kawałków, nie pozwalał na dłuższe udawanie. Ze wszystkich sił próbowałam się uśmiechać, zapewnić Archera, że wszystko będzie ze mną dobrze, bo tylko tym martwił się mój mąż. Nie tym, że walczył o każdy oddech. Nie przejmował się bólem, który odczuwał. Nawet wtedy, gdy żegnał się z życiem, przejmował się tylko mną, nawet wtedy byłam dla niego najważniejsza.
Płakałam, gdy wyszeptał przeprosiny, które wstrząsnęły mną do głębi. Słowa były jak nóż, wbijały się coraz mocniej w serce i zostawiały coraz większe rany. Płakałam, gdy żegnał nasze plany i marzenia. Całowałam jego usta i policzki, gdy szeptał słowa, które chciałam zapamiętać do końca moich dni.
Gdy jego serce przestało bić, wykrzyczałam cały swój ból, bo wiedziałam, że jego już nie ma. Nie mógł już tego usłyszeć. Krzyczałam i płakałam, aż w końcu żaden dźwięk nie chciał przejść przez moje gardło, wtedy zadzwoniłam po pogotowie. Zgodnie z tym, co ustaliłam z Archerem, pięć minut później wybrałam numer Olivii.
Wtedy płakałam po raz ostatni. Wtedy czułam ból tak obezwładniający, że mógł mnie zniszczyć. A teraz? Nie czułam nic. Zupełnie. Odrętwienie, które powitałam z ulgą, towarzyszyło mi w każdej sekundzie ostatnich dwóch dni.
Archer. Mój mąż, miłość mojego życia, najlepszy przyjaciel. W jednej chwili był i rozmawiał ze mną, a raczej próbował mi mówić, jak bardzo mnie kocha, jakim jest szczęściarzem, że zostałam jego żoną. W drugiej jego ciało walczyło o każdy kolejny oddech.
Nie mogłam spać, nie mogłam leżeć na łóżku, bo gdy tylko zamykałam oczy, widziałam nasze ostatnie wspólne chwile. Gdy tylko zamykałam oczy, widziałam bladego Archera, błagającego, bym nie dzwoniła po naszych bliskich. Nie chciał się z nikim żegnać, nie chciał, by widzieli go takiego, jakiego ja go widziałam.
Wiedziałam, że to dziś jest ten dzień. Dzień, w którym miałam ostatecznie pożegnać Archera. Choć zrobiłam to dwa dni temu, gdy leżał w naszym łóżku, to bałam się tego. Bałam się, czy dam radę stać tam i patrzeć, jak wszyscy znajomi, przyjaciele i rodzina żegnają się z Archerem.
Pukanie do drzwi wyrwało mnie z otępienia, spojrzałam na zegarek i byłam pewna, że to nie Olivia, bo ona i Miles mieli przyjechać później.
- Czego chcesz? - wymamrotałam, widząc mężczyznę na progu mojego domu.
- Cześć, Sam, mogę wejść? - zapytał, nie zwracając uwagi na mój ton.
- Jeśli powiem, że nie możesz, odejdziesz?
Nie odpowiedział, przepchnął się obok mnie i ani się obejrzałam, jak stał w kuchni i szykował kawę, jakby był u siebie.
- Zapytam ponownie, czego tu szukasz?
- Przyszedłem dopilnować, żebyś się przygotowała. Znam cię, Sam, wiem, że pewnie w głowie pojawił ci się genialny plan uniknięcia pogrzebu. Wiem, że zastanawiasz się, czy dasz radę tam być. Więc jestem i dopilnuję, żebyś się ubrała, a przedtem wzięła prysznic i umyła włosy.
Pokazałam mu środkowy palec. Wiedziałam, że chciał mnie sprowokować do kłótni, chciał, bym wytknęła mu to, że wcale mnie nie zna. Próbował pomóc mi pozbyć się złości, którą według niego czułam. Jednak się mylił, tak bardzo się mylił. Nie było we mnie żadnej złości ani agresji.
- Zrobię ci śniadanie, idź pod prysznic.
- Nie chcę śniadania. A ty się wynoś.
Nie powiedziałam nic więcej. Zostawiłam go w kuchni. Miałam szczerą nadzieję, że zrobi to, co mu kazałam, i wyjdzie. Co jak co, ale znikanie i zostawianie mnie samej wychodziło mu wprost fantastycznie.
Wzięłam szybki, zimny prysznic, umyłam włosy i otuliłam się ręcznikiem. Gdy moje spojrzenie powędrowało w stronę drzwi, przyjemne otępienie ulotniło się w okamgnieniu. Zauważyłam wiszącą bluzę Archera, którą tak często i chętnie mu podkradałam, że za każdym razem, gdy zrobiłam pranie, pryskał ją swoimi perfumami i wieszał w łazience, by czekała na mnie, gdy będę chciała otulić się nią po kąpieli. Włożyłam ją, choć wszystko we mnie krzyczało, bym tego nie robiła, bym zamknęła oczy i pozwoliła obojętności wrócić na swoje miejsce.
Otulił mnie zapach Archera, zapach, który kojarzył mi się z miłością i domem. To Archer był dla mnie wszystkim. Moją bezpieczną przystanią, moim najlepszym przyjacielem, obrońcą i miłością mojego życia.
Wciągnęłam zapach perfum i zapłakałam cicho, próbując nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Oplotłam ramiona wokół talii, przytulając sama siebie. Pragnęłam z całych sił, by Archer wszedł teraz tymi drzwiami, uśmiechnął się do mnie, wziął w ramiona i zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Jednak on już nigdy tego nie zrobi. Już nigdy nie spryska bluzy swoimi perfumami, wiedząc, jak uwielbiałam to uczucie, gdy otulał mnie miękki materiał i zapach, który zawsze już będzie kojarzył mi się z Archerem. Zapach wywietrzeje i nie zostanie mi już nic, co będzie przypominało mi o przytulającym mnie mężu.
- Sam? Wszystko w porządku?
- Tak, zaraz wychodzę - odpowiedziałam cicho, podnosząc się z podłogi.
Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i zamarłam. Właśnie w tym momencie dotarło do mnie, że to koniec. Koniec życia, jakie znałam. Koniec marzeń i pragnień. Wszystkie plany były nieaktualne.
- Sam, wiem, że nie chcesz mnie widzieć, ale siedzisz tam naprawdę długo. Według tego, co mówiła Marcy, Olivia i Miles zaraz przyjadą.
Otarłam policzki, ścierając ślady łez, poszczypałam je, by były równomiernie zaczerwienione, i dopiero wtedy otworzyłam drzwi. Warknęłam na stojącego przed nimi mężczyznę:
- Mówiłam, że zaraz wychodzę!
Wyminęłam go i zatrzasnęłam drzwi sypialni. Włożyłam ubrania, które przygotowała dla mnie Olivia. Nie robiłam makijażu, nie ufałam sobie, nie po tym wybuchu płaczu w łazience. "Archer lubił mnie bez makijażu", powiedziałam sama do siebie, wychodząc z sypialni.
- Sam, naprawdę bardzo mi przykro...
- Daruj sobie, Connor - przerwałam mu w pół zdania. - Usłyszę to dziś wiele razy, nie potrzebuję twojego współczucia i durnego "bardzo mi przykro".
Gdy na twarzy Connora zobaczyłam ból, poczułam się jak wredna suka, jednak nie mogłam cofnąć swoich słów.
- Słuchaj, nie chciałam. Po prostu... Nie mów tych słów, nie dziś, proszę - wyszeptałam cicho.
- Nie wiem, co innego mógłbym powiedzieć, Sam.
- Nie musisz nic mówić - westchnęłam. Po chwili dodałam: - Mnie też przykro, Connor.
Nie tylko ja straciłam Archera. Nie tylko ja musiałam się z nim pożegnać.
Wypiłam kawę, którą naszykował Connor, ale nie ruszyłam śniadania, które czekało na talerzu. Widziałam, że szykował się na walkę, ale uratował mnie przyjazd Olivii i Milesa.
- Sam, jesteś gotowa? - zapytał Miles.
- Jest gotowa - odpowiedział Connor, nim miałam szansę się odezwać.
Patrzyłam, jak witają się uściskiem. Dwaj bracia. Dwaj z trzech, których było jeszcze parę dni temu.
- Cieszę się, że jesteś - powiedział Miles do Connora.
- Nie wybaczyłbym sobie, gdyby mnie tu nie było. Poza tym Archer wysłał do mnie list, który nie zostawiał mi zbytniego wyboru.
Connor podał bratu kawałek papieru. Gdy rozmawiali, podeszłam i aż ścisnęło mi się serce na widok znajomego charakteru pisma.
Nie słyszałam już rozmowy Milesa i Connora. Wpatrywałam się w kilka słów, w których Archer kazał bratu wrócić do domu.
Po chwili poczułam, jak Olivia mnie obejmuje i delikatnie prowadzi do wyjścia. Miles podszedł do mnie i przytulił mnie lekko. Przez ostatnie tygodnie był moją otuchą. Tylko on, podobnie jak ja, miał problem z pogodzeniem się z planem Archera. Tylko on chciał walczyć i szukać rozwiązania. Leku, którego nie było...
- Damy radę, Sam. Dasz radę. Musimy przetrwać tylko ten jeden dzień. Jeszcze tylko dziś - powiedział Miles.
- A co, jutro będzie lepiej? - syknęłam, wściekła na jego słowa. - Nie będzie. Już nic nie będzie dobrze, Miles. Być może ty musisz przetrwać jeszcze tylko jeden dzień, ja całe życie bez Archera, bez mojego męża.
Wyrwałam się z jego uścisku i wyszłam z domu, zostawiając ich za sobą.
W czasie jazdy do kaplicy nie odezwałam się ani słowem. Ani gdy Olivia zaprowadziła mnie do ławki, w której mieliśmy usiąść. Archer zaplanował wszystko, nawet własny pogrzeb, na którym Miles miał przeczytać list. Zaczęłam słuchać, gdy tylko stanął przy niewielkiej mównicy.
- Nigdy nie pomyślałem, że będę pisał przemowę na własny pogrzeb, ale hej, życie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wszyscy mnie kochacie, więc nie chciałem, by przemawiał ktoś z moich bliskich. Kto lepiej pożegna Archera Jonesa niż on sam? - Miles parsknął śmiechem. - Zacznę od tego, że Willow Creek było moim miejscem na ziemi. W tym miasteczku byłem kochany, odnalazłem miłość swojego życia, miałem pracę, którą lubiłem, sąsiadów, których darzyłem sympatią. W tym mieście poznałem moją przyjaciółkę, która okazała się także najlepszym cukiernikiem pod słońcem, wybacz, Bobby, ale taka jest prawda. Olivio Davis, do Ciebie kieruję te słowa. Jesteś niesamowitą osobą, nie pozwól, by ktokolwiek odebrał Ci choć cząstkę tego, co w Tobie dobre. No i rozważ dodanie do regularnej sprzedaży ciasteczek czekoladowych z nadzieniem orzechowym, jestem pewien, że ludzie je pokochają. A jak nie, to będę ich straszył i nie będą mieli innego wyjścia. Tato, Marcy, dziękuję Wam za szczęśliwe dzieciństwo, za znoszenie moich nastoletnich wybryków i za wsparcie w dorosłym życiu. Miles, braciszku, jeśli na palcu Olivii nie pojawi się w najbliższym czasie obrączka, będę Cię straszył i nawiedzał. Nie żartuję, nie spieprz tego. - Miles skierował spojrzenie na trumnę i powiedział: - Nie spieprzę, obiecuję.
Zrobił przerwę i zaczął się rozglądać po zgromadzonych w kaplicy. Spojrzał na mnie, a ja nie potrafiłam już powstrzymać łez.
- Connor, mam nadzieję, że siedzisz teraz z rodziną. Otwórz drugi list, to ważne. Cieszę się, że mogłem nazywać Cię bratem. - Miles popatrzył prosto na mnie i czytał dalej: - Sam, miłości mojego życia, kocham Cię teraz i zawsze. Pozwalam Ci na chwilę smutku, w końcu byłem fantastycznym mężem, ale chcę, żebyś była szczęśliwa, żebyś żyła, kochała i cieszyła się każdą chwilą. Jeszcze kiedyś się spotkamy.
Nie mogłam już dłużej powstrzymać szlochu, wtuliłam twarz w ramię Connora, który siedział obok, i słuchałam dalej.
- Choć byłem pewien, że doczekam starości, że będę obserwował, jak Willow Creek i jego mieszkańcy przeżywają kolejne wspaniałe chwile, nie czuję żalu. Miałem dobre, szczęśliwe życie. Dziękuję Wam wszystkim, którzy się do tego przyczyniliście. Dbajcie o siebie. Do zobaczenia w innym życiu, Archer.
Nie mam pojęcia, jak przetrwałam ten dzień, ale gdy wieczorem usiedliśmy w salonie rodzinnego domu Archera, byłam wykończona. Jednak nie mogłam nie mówić o Archerze, gdy tylko zaczęli wspominać dobre chwile. Gdy zrobiło się późno, a butelka alkoholu została opróżniona, zapytałam Marcy, czy miałaby coś przeciwko temu, bym zanocowała u nich. Nie chciałam wracać do pustego domu. Udałam się do sypialni Archera, choć nie było w niej już plakatów, które zdobiły ściany, gdy zaczęliśmy się spotykać. Marcy wyremontowała pokój, gdy tylko się wyprowadził, jednak zawsze była to jego sypialnia.
Gdy się położyłam, miałam w głowie tylko dobre wspomnienia. Być może dzięki temu mogłam spokojnie zasnąć.