Tytańscy gracze - Philip K. Dick

Kup ebooka

49.99 zł
38.99 zł (34,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozgrywka bez instrukcji

Czy­tel­niku, wła­śnie wyko­na­łeś ruch w grze. Nie prze­su­ną­łeś pionka. Nie rzu­ci­łeś kostką. Zaczą­łeś czy­tać.

W świe­cie Phi­lipa K. Dicka to wystar­cza, by zna­leźć się na plan­szy. U niego nikt nie dostaje instruk­cji obsługi rze­czy­wi­sto­ści: naj­pierw uczest­ni­czysz, dopiero potem pró­bu­jesz zro­zu­mieć reguły. I zwy­kle jest już za późno na cof­nię­cie ruchu.

Wejście do gry

Czy­ta­nie uznaje się za czyn­ność nie­winną. Otwie­rasz książkę, zakła­dasz, że kon­tro­lu­jesz tempo, że możesz prze­rwać, wró­cić, zde­cy­do­wać. A przy­naj­mniej tak się wydaje. Tym­cza­sem struk­tura została przy­go­to­wana wcze­śniej; role roz­pi­sano, stawkę okre­ślono, mecha­nizm uru­cho­miono. Twoja wol­ność polega na wła­ści­wym lub nie - reago­wa­niu.

To jądro pomy­słu Tytań­skich gra­czy. Kon­flikt mię­dzy Zie­mią a przy­by­szami z Tytana nie roz­strzyga się na polu bitwy, lecz przy stole. Stawką są mia­sta, wpływy, rela­cje poli­tyczne, a cza­sem coś bar­dziej kru­chego: poczu­cie sensu i kon­troli. To nie tylko fabu­larny chwyt, lecz model świata przed­sta­wio­nego. Rze­czy­wi­stość działa tu jak sys­tem reguł i kon­se­kwen­cji. Pro­blem w tym, że nikt nie ma pew­no­ści, kto je usta­no­wił i czy są nie­zmienne.

Dick lubił takie pęk­nię­cia. Boha­ter zaczyna od prze­ko­na­nia, że rozu­mie świat, po czym poja­wia się rysa. W Ubiku rze­czy­wi­stość roz­pada się war­stwa po war­stwie. W Czło­wieku z Wyso­kiego Zamku alter­na­tywna histo­ria pod­waża oczy­wi­sto­ści poli­tyczne i moralne. W Blade run­ne­rze. Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach? chwiejne staje się samo kry­te­rium czło­wie­czeń­stwa. W Tytań­skich gra­czach mecha­nizm jest bar­dziej przej­rzy­sty: skoro o losach świata decy­duje roz­grywka, jed­nostka musi usta­lić, czy jest jej pod­mio­tem, czy ele­men­tem.

To powieść o ble­fie i kon­troli infor­ma­cji - o par­tii, w któ­rej prze­ciw­nik czyta twoje myśli. Jak pla­no­wać stra­te­gię, gdy każda inten­cja jest przej­rzy­sta? W takim świe­cie budzi się boha­ter. I w takim świe­cie budzi się czy­tel­nik.

Naj­cie­kaw­sze nie jest jed­nak to, że ist­nieje roz­grywka. Naj­cie­kaw­sze jest to, że część uczest­ni­ków może nie wie­dzieć, iż bie­rze w niej udział. To wła­śnie tu poja­wia się istotne uzu­peł­nie­nie: obok świa­do­mych gra­czy ist­nieją ci, któ­rych życie staje się stawką, mimo że nie zasia­dają przy stole. Ludzie, któ­rych mia­sta wcho­dzą do puli, cho­ciaż to nie oni podej­mują decy­zje - ale pono­szą ich kon­se­kwen­cje. Życie tych osób zależy od cudzych posu­nięć. Dick poka­zuje, że w każ­dym sys­te­mie ist­nieje róż­nica mię­dzy tymi, któ­rzy znają reguły, a tymi, któ­rzy im pod­le­gają.

Wylu­zujmy. To tylko lite­ra­tura.

Czy aby na pewno?

Człowiek, który nie ufał rzeczywistości

W przy­padku Phi­lipa K. Dicka bio­gra­fia nie jest tłem, jest czę­ścią ukła­danki.

Uro­dził się w 1928 roku w Chi­cago. Miał sio­strę bliź­niaczkę Jane, która zmarła kilka tygo­dni po naro­dzi­nach. Echo tej straty powraca w jego książ­kach jako motyw podwój­no­ści, zastę­po­wal­no­ści, dru­giego ja, które mogłoby ist­nieć rów­no­le­gle. Jakby całe życie pisał do kogoś, kim sam mógłby być.

Dora­stał po roz­wo­dzie rodzi­ców, cho­ro­wity, wyco­fany, zanu­rzony w lek­tu­rze. Nie był kimś, kto łatwo ufa światu, raczej kimś, kto podej­rzewa, że pod powierzch­nią kryje się dodat­kowa war­stwa. To podej­rze­nie stało się pali­wem jego pisar­stwa.

Pisał dużo, czę­sto z koniecz­no­ści finan­so­wej. Miał za sobą kilka mał­żeństw, pro­blemy z pie­niędzmi, epi­zody depre­sji i para­noi. W latach sie­dem­dzie­sią­tych prze­żył doświad­cze­nia, które inter­pre­to­wał jako mistyczne obja­wie­nia i kon­takt z wyż­szą inte­li­gen­cją. Można widzieć w tym kry­zys psy­chiczny. Można też dostrze­gać kon­se­kwen­cje życia kogoś, kto z upo­rem pod­wa­żał oczy­wi­stość świata.

Co istotne, Dick nie opi­sy­wał chwiej­nej rze­czy­wi­sto­ści z bez­piecz­nego dystansu. On tę chwiej­ność prze­ży­wał. Gdy w jego powie­ściach struk­tura świata odsła­nia się jako kon­struk­cja, nie jest to czy­sta spe­ku­la­cja, lecz lite­racka trans­po­zy­cja egzy­sten­cjal­nego doświad­cze­nia nie­pew­no­ści.

W Tytań­skich gra­czach przy­biera ona formę gry regu­lu­ją­cej poli­tykę. Pyta­nie brzmi: czy nasze poczu­cie kon­troli nie jest jedy­nie efek­tem przy­ję­cia reguł, któ­rych nie wybie­ra­li­śmy?

Dick obse­syj­nie wra­cał do jed­nego pro­blemu: co jest naprawdę realne? Widzisz stół - wydaje się solidny. Fizyka mówi o cząst­kach i pustej prze­strzeni, psy­cho­lo­gia o inter­pre­to­wa­niu bodź­ców przez mózg. Dick dopo­wiada: a jeśli to tylko war­stwa ope­ra­cyjna sys­temu, który funk­cjo­nuje według innych zasad?

Nie był filo­zo­fem aka­de­mic­kim, lecz jego powie­ści orbi­tują wokół onto­lo­gii i epi­ste­mo­lo­gii. Pytał nie tylko o to, co ist­nieje, lecz także o to, kto i na jakiej pod­sta­wie defi­niuje real­ność.

Stół negocjacyjny

Kiedy w 1963 roku uka­zali się Tytań­scy gra­cze, świat nie był spo­koj­nym miej­scem. Powieść wyro­sła z kon­kret­nego kli­matu epoki - napię­cia, lęku i poczu­cia, że jeden nie­ostrożny ruch może uru­cho­mić reak­cję łań­cu­chową.

To śro­dek zim­nej wojny. Stany Zjed­no­czone i Zwią­zek Radziecki stoją naprze­ciw sie­bie jak prze­ciw­nicy w roz­cią­gnię­tej na dzie­siątki lat par­tii stra­te­gicz­nej. Rok wcze­śniej kry­zys kubań­ski poka­zał, że wojna nukle­arna nie jest abs­trak­cją. To doświad­cze­nie poko­le­nia, które zro­zu­miało, że decy­zje kilku osób mogą prze­są­dzić o losie milio­nów.

W takim kon­tek­ście pomysł, by kon­flikt roz­strzy­gać przy stole, a nie na polu bitwy, nabiera szcze­gól­nej wymowy. W powie­ści Zie­mia jest wynisz­czona, a przy­by­sze z Tytana przej­mują kon­trolę, pro­po­nu­jąc sys­tem roz­gry­wek zamiast otwar­tej wojny. Brzmi to gro­te­skowo, ale jest pre­cy­zyjną meta­forą epoki: zamiast total­nej zagłady - star­cie regu­lo­wane zasa­dami.

Gra w tej książce nie jest meta­forą wszyst­kiego; jest kon­kret­nym narzę­dziem wła­dzy. Ma usta­lone reguły, prze­wi­dziane kon­se­kwen­cje i jasno okre­śloną stawkę. Wygrana lub prze­grana prze­kłada się na realne zmiany poli­tyczne. Mia­sta stają się przed­mio­tem nego­cja­cji. Decy­zje zapa­dają w wąskim gro­nie, lecz skutki odczu­wają ci, któ­rzy nie sie­dzą przy stole.

I tu poja­wia się istotny aspekt, czę­sto pomi­jany: obok świa­do­mych gra­czy funk­cjo­nują nie­świa­domi uczest­nicy sys­temu. Miesz­kańcy miast, któ­rych los zależy od par­tii, nie wybie­rają stra­te­gii, nie znają peł­nego obrazu sytu­acji, a mimo to pono­szą kon­se­kwen­cje. Dick poka­zuje róż­nicę mię­dzy pod­mio­to­wo­ścią a funk­cjo­no­wa­niem w struk­tu­rze. Nie każdy, kto znaj­duje się w obrę­bie sys­temu, jest jego rów­no­praw­nym uczest­ni­kiem.

Lata sześć­dzie­siąte były rów­nież cza­sem gwał­tow­nego roz­woju tech­no­lo­gii i nara­sta­ją­cego lęku przed auto­ma­ty­za­cją. Kom­pu­tery obie­cy­wały racjo­nal­ność i pre­cy­zję, ale rodziły pyta­nie: czy świat zarzą­dzany algo­ryt­micz­nie pozo­sta­wia miej­sce na ludzką spon­ta­nicz­ność? U Dicka tech­no­lo­gia nie daje poczu­cia bez­pie­czeń­stwa - raczej pod­kre­śla kru­chość ludz­kiej kon­troli.

Jed­no­cze­śnie młod­sze poko­le­nie zaczy­nało kwe­stio­no­wać auto­ry­tety i sys­te­mowe reguły. Kto ustala zasady? Kto defi­niuje to, co jest dopusz­czalne? Te pyta­nia rezo­nują w struk­tu­rze powie­ści. Tytań­czycy pro­po­nują cywi­li­zo­wane roz­wią­za­nie, ale to oni defi­niują ramy kon­fliktu. Syme­tria jest pozorna.

Dla­tego książka jest zako­rze­niona w swoim cza­sie, ale nie ogra­ni­cza się do niego. Mecha­nizm wła­dzy opar­tej na regu­łach (akcep­to­wa­nych, bo sku­tecz­nych) pozo­staje aktu­alny także poza realiami zim­nej wojny.

Padło już stwier­dze­nie, że rok 1963 był nie­zbyt spo­koj­nym miej­scem/cza­sem. A kiedy było ina­czej? Lokal­ność Europy i Sta­nów pasła się w dobro­by­cie dzięki mili­tar­nej rów­no­wa­dze mię­dzy Wscho­dem i Zacho­dem. Ale - chcemy czy nie - rów­no­waga to zastój. Tytani z Giełdy dosko­nale zda­wali sobie sprawę, że komer­cja lepiej two­rzy rząd dusz niż rdze­wie­jące czołgi. Było i jest pięk­nie. Tylko tak się składa, że nie bar­dzo wiemy, czy Giełda jest jesz­cze w tym samym miej­scu świata.

Tytani z Tytana mogliby być spo­koj­nie tyta­nami z Wall Street, z Doliny Krze­mo­wej albo z jakie­goś bar­dziej współ­cze­snego forum. Dick nie wymy­ślił pro­chu - zwy­czaj­nie poszedł wła­ści­wym tro­pem. Prze­cież o naszym świe­cie decy­duje Giełda. To też gra - ktoś wygrywa, ktoś musi prze­grać. Bogac­two i nędzę świata można prze­su­wać z miej­sca na miej­sce - dzi­siaj Nowy Jork, jutro... to może być gdzie­kol­wiek.

Kiedy wojna przybiera formę procedury

O czym w isto­cie jest ta powieść?

W naj­więk­szym skró­cie - o kon­flik­cie mię­dzy ludźmi a przy­by­szami z Tytana. Jed­nak trudno nazwać ją kla­syczną opo­wie­ścią o inwa­zji. Tytań­czycy nie nisz­czą miast z orbity, nie pro­wa­dzą otwar­tego pod­boju. Narzu­cają sys­tem, w któ­rym wynik roz­grywki prze­są­dza o real­nym ukła­dzie sił.

W cen­trum znaj­duje się zwy­czajny, zdez­o­rien­to­wany czło­wiek - typowy boha­ter Dicka. Nie jest hero­sem ani genial­nym stra­te­giem. To jed­nostka wcią­gnięta w mecha­nizm więk­szy od sie­bie. Napię­cie budują trzy ele­menty: Tytań­czycy potra­fią czy­tać w myślach, Gra opiera się na ble­fie, a stawką jest świat mate­rialny.

Jak ble­fo­wać wobec tele­paty? Czy moż­liwa jest stra­te­gia, gdy prze­ciw­nik zna twoje inten­cje? Dick poka­zuje, że nawet w tak asy­me­trycz­nej sytu­acji ist­nieje prze­strzeń manewru. Wie­dza o cudzych zamia­rach nie ozna­cza peł­nej kon­troli nad rze­czy­wi­sto­ścią. Zawsze pozo­staje czyn­nik nie­prze­wi­dy­walny - inter­pre­ta­cja, przy­pa­dek, ludzka irra­cjo­nal­ność.

Świat w powie­ści zostaje uprzed­mio­to­wiony: mia­sta stają się ele­men­tami układu. Dla jed­nych to dom, dla innych - zasób. Per­spek­tywa decy­duje o zna­cze­niu. Ludzie postrze­gają sie­bie jako pod­mioty; Tytań­czycy mogą widzieć ich jako ele­menty struk­tury.

Tu poja­wia się pyta­nie o sta­tus jed­nostki. Kto jest gra­czem, a kto jedy­nie figurą w rękach sil­niej­szych? Boha­te­ro­wie pró­bują odzy­skać spraw­czość poprzez zro­zu­mie­nie reguł. Nie zawsze sku­tecz­nie, ale sam akt próby ma zna­cze­nie.

Istotne jest też to, że sys­tem działa tylko dla­tego, iż został zaak­cep­to­wany. Gra nie wymaga sta­łej prze­mocy - wystar­cza uzna­nie jej zasad. To sub­tel­niej­sza forma domi­na­cji niż otwarty ter­ror. Wła­dza polega nie tylko na sile, ale też na defi­nio­wa­niu ram dzia­ła­nia.

Dick nie two­rzy czarno-bia­łego obrazu. Tytań­czycy nie są demo­nami; są racjo­nal­nymi uczest­ni­kami sys­temu, który dla nich ma sens. Pro­blem polega na asy­me­trii: jedna strona ustala warunki, druga musi się do nich dosto­so­wać.

W tym sen­sie powieść mówi mniej o samej roz­grywce, a wię­cej o struk­tu­rze, która ją umoż­li­wia. O pro­ce­du­rze zastę­pu­ją­cej wojnę, ale nie­eli­mi­nu­ją­cej nie­rów­no­ści.

Instrukcja, której nie otrzymaliśmy

Motyw Gry w tej powie­ści pełni funk­cję modelu onto­lo­gicz­nego. Gra ma zasady, okre­ślone cele i ogra­ni­cze­nia. Uczest­nik poznaje je w trak­cie. Podob­nie czło­wiek rodzi się w świe­cie norm, praw i insty­tu­cji, któ­rych nie wybie­rał.

U Dicka roz­grywka regu­luje rze­czy­wi­stość dosłow­nie. Wynik zmie­nia układ poli­tyczny. Plan­sza nie jest meta­forą! Jest mecha­ni­zmem!

To pro­wa­dzi do pyta­nia onto­lo­gicz­nego: czy rze­czy­wi­stość jest sta­bilną sub­stan­cją czy struk­turą zależną od przy­ję­tych reguł? Jeśli świat działa jak sys­tem, to jego real­ność może być efek­tem obo­wią­zu­ją­cych zasad.

Dru­gie pyta­nie doty­czy epi­ste­mo­lo­gii: skąd wiemy, że coś jest praw­dziwe? Tele­pa­tia pod­waża pry­wat­ność myśli i auto­no­mię decy­zji. Jeżeli twoje inten­cje są dostępne dla innych, twoja pod­mio­to­wość ulega ogra­ni­cze­niu. Wol­ność nie znika cał­ko­wi­cie, ale zostaje zawę­żona do prze­strzeni dopusz­czal­nej przez sys­tem.

Dick nie twier­dzi, że czło­wiek jest cał­ko­wi­cie bez­radny. Prze­ciw­nie - poka­zuje, że nawet w sil­nie zde­ter­mi­no­wa­nej struk­tu­rze ist­nieją luki. Wol­ność prze­ja­wia się w spo­so­bie reago­wa­nia, w impro­wi­za­cji, w umie­jęt­no­ści wyko­rzy­sta­nia nie­jed­no­znacz­no­ści reguł.

To istotne roz­róż­nie­nie: świat nie jest cha­otyczny, lecz upo­rząd­ko­wany według zasad. Pro­blem polega na tym, że nie wszy­scy mają do nich równy dostęp. Jedni je inter­pre­tują i wyko­rzy­stują, inni jedy­nie im pod­le­gają.

Wła­śnie ta róż­nica mię­dzy świa­do­mo­ścią a nieświa­do­mo­ścią uczest­nic­twa sta­nie się klu­czowa w dal­szej reflek­sji nad toż­sa­mo­ścią i moż­li­wo­ścią zastą­pie­nia jed­nostki.

Jak się śmiać, gdy stawką jest rzeczywistość?

Gdyby jesz­cze raz spró­bo­wać stre­ścić fabułę - obcy z Tytana kon­tro­lują Zie­mię, kon­flikty roz­strzyga się tele­pa­tyczną Grą, Ble­fem, stawką są mia­sta i ludzie - można by ocze­ki­wać mrocz­nej dys­to­pii o total­nym znie­wo­le­niu. Tym­cza­sem Phi­lip K. Dick opo­wiada tę histo­rię z wyraźną domieszką iro­nii.

Nie jest to kome­dia wprost, lecz gro­te­ska. Stawki są ogromne, a boha­te­ro­wie reagują jak zwy­kli ludzie - z iry­ta­cją, ner­wo­wo­ścią, poczu­ciem absurdu. Ten kon­trast jest celowy. Im bar­dziej zwy­czajny ton roz­mów, tym sil­niej wybrzmiewa fakt, że od kolej­nej par­tii zależy los mia­sta. Humor nie unie­waż­nia zagro­że­nia; prze­ciw­nie - uwy­pu­kla jego nie­do­rzecz­ność.

Gra jako mecha­nizm regu­lu­jący kon­flikt mię­dzy­ga­tun­kowy jest zara­zem racjo­nalna i absur­dalna. Z jed­nej strony zapo­biega woj­nie total­nej, z dru­giej - spro­wa­dza dra­mat ludz­kich wspól­not do wymiaru roz­grywki. Dick poka­zuje, że sys­tem może być logiczny, a jed­no­cze­śnie moral­nie pro­ble­ma­tyczny.

Śmiech staje się tu formą dystansu. Boha­ter, który potrafi iro­nicz­nie spoj­rzeć na sytu­ację, odzy­skuje mini­malną auto­no­mię. To ważne: nawet jeśli nie kon­tro­luje zasad, może kon­tro­lo­wać wła­sną reak­cję. W świe­cie pod­po­rząd­ko­wa­nym pro­ce­du­rze humor jest spo­so­bem na zacho­wa­nie pod­mio­to­wo­ści.

Czy można zostać wymienionym?

Jed­nym z naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cych wąt­ków powie­ści jest moż­li­wość zastą­pie­nia jed­nostki. Czy kon­kretny czło­wiek jest nie­zbędny? Jeśli sys­tem potrze­buje funk­cji, a nie osoby, to czy nie wystar­czy obsa­dzić jej kimś innym?

Motyw podwój­no­ści i zastę­po­wal­no­ści powra­cał w twór­czo­ści Dicka wie­lo­krot­nie. W Blade run­ne­rze. Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach? pyta­nie brzmi: co spra­wia, że jesteś sobą, skoro android może imi­to­wać czło­wieka? W Ubiku real­ność jed­nostki zostaje pod­wa­żona przez chwiej­ność samego świata. W Tytań­skich gra­czach pro­blem jest mniej tech­no­lo­giczny, lecz rów­nie dotkliwy.

Jeżeli o losach świata decy­duje sys­tem roz­gry­wek, czło­wiek łatwo zostaje zre­du­ko­wany do roli wyko­nawcy ruchów. A rolę można obsa­dzić ponow­nie. Funk­cja trwa, osoba jest wymienna.

To pro­wa­dzi do pyta­nia o toż­sa­mość. W codzien­nym życiu peł­nimy role: pra­cow­nika, part­nera, oby­wa­tela. Sys­tem spo­łeczny nie potrze­buje kon­kret­nej osoby - potrze­buje kogoś, kto wypełni okre­ślone zada­nia. Dick prze­nosi tę obser­wa­cję na poziom onto­lo­gii: a jeśli nasze ja jest w dużej mie­rze efek­tem miej­sca, które zaj­mu­jemy w struk­tu­rze?

W tym sen­sie lęk przed byciem wymie­nio­nym jest lękiem przed utratą zna­cze­nia. Jeśli można mnie zastą­pić, to czy jestem kimś nie­po­wta­rzal­nym czy tylko ele­men­tem układu?

Dick nie odbiera boha­te­rom spraw­czo­ści cał­ko­wi­cie. Nawet w sil­nie zde­ter­mi­no­wa­nym sys­te­mie pozo­sta­wia im mini­malną prze­strzeń wyboru. Toż­sa­mość nie jest dana raz na zawsze - kształ­tuje się w odpo­wie­dzi na kolejne zagra­nia. Jed­nostka nie wybiera plan­szy ani reguł, ale wybiera spo­sób, w jaki na nie reaguje.

Kto naprawdę ustala reguły?

W Tytań­skich gra­czach naj­bar­dziej nie­po­ko­jące nie jest to, że Tytań­czycy dys­po­nują prze­wagą tech­no­lo­giczną czy tele­pa­tią. Nie­po­kój budzi to, że sys­tem działa, ponie­waż został zaak­cep­to­wany.

Gra funk­cjo­nuje tylko wtedy, gdy uczest­nicy uznają jej zasady. To pro­wa­dzi do pyta­nia o naturę wła­dzy. Czy wła­dza jest wyłącz­nie prze­mocą czy raczej zdol­no­ścią defi­nio­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści? Jeśli jedna strona okre­śla, jakie pro­ce­dury obo­wią­zują, kon­tro­luje także moż­liwe wyniki.

Dick poka­zuje skrajną sytu­ację: obcy narzu­cają for­mułę kon­fliktu, lecz przed­sta­wiają ją jako racjo­nalną alter­na­tywę dla wojny. Roz­wią­za­nie wydaje się cywi­li­zo­wane. Jed­nak fakt, że jedna strona ustala warunki, ozna­cza struk­tu­ralną nie­rów­ność.

Praw­dziwa kon­trola polega więc nie na wygry­wa­niu poje­dyn­czych par­tii, lecz na defi­nio­wa­niu samego mecha­ni­zmu roz­strzy­ga­nia spo­rów. Kto decy­duje o zasa­dach, ten wyzna­cza hory­zont moż­li­wych dzia­łań.

To wła­śnie tutaj powieść wycho­dzi poza fabułę science fic­tion. Każdy sys­tem spo­łeczny - pań­stwo, rynek, insty­tu­cja - opiera się na przy­ję­tych regu­łach. Więk­szość ludzi funk­cjo­nuje w ich obrę­bie, nie mając wpływu na kształt tych ciał (pod­mio­tów?). Są uczest­ni­kami, ale nie pro­jek­tan­tami.

Dick nie pro­po­nuje rewo­lu­cji total­nej. Suge­ruje raczej, że każda struk­tura zawiera luki. Impro­wi­za­cja, rein­ter­pre­ta­cja zasad, drobny bunt - to formy odzy­ski­wa­nia pod­mio­to­wo­ści. Nawet jeśli nie da się zmie­nić całego sys­temu, można pró­bo­wać zmie­nić wła­sną pozy­cję w jego obrę­bie.

Mani­pu­la­cja - brzyd­kie słowo. A niby dla­czego? Wszyst­kim zwie­rzę­tom Pan Bóg dał jakieś mózgi, ale tylko czło­wiek ma parę pie­kiel­nie spraw­nych mani­pu­la­to­rów. I mani­pu­luje od tysięcy lat.

Tylko kto kogo kształ­to­wał i kto zbu­do­wał cywi­li­za­cję? Na pewno duet. Prawdą jest, że co pewien czas łapy biorą głowy za gar­dło. Gdy te odfruną w ide­alizm. I wtedy inte­lek­tu­ali­ści wrzesz­czą, że nimi się mani­pu­luje. Może zleź­liby z obło­ków i zro­bili w życiu coś kon­kret­nego. Ale nie potra­fią, bo w przed­szkolu uznali, iż kloc­kami nie powinno się mani­pu­lo­wać.

Bez mani­pu­lo­wa­nia niczego się nie nauczysz. I niczego nie doro­bisz. Ale mózgi są sprytne. Pod­glą­da­jąc łap­ska, stwier­dziły, że mani­pu­lo­wa­nie to nie­zły patent. Więc pró­bują mani­pu­lo­wać mózgami innych. Czemu nie? Ale dla­czego krzy­czą przy tym, iż ów naj­spryt­niej­szy mani­pu­luje wszyst­kimi? Poli­tyka to czy­sta codzienna mani­pu­la­cja. A jeżeli nam się nie podoba nasz wła­sny wódz, z jego cham­ską poli­tyką, to mamy jak w banku, że ktoś nam zain­sta­luje dozorcę nie­uba­bra­nego mani­pu­la­cją. On będzie wyda­wał pro­ste, jasne roz­kazy: pad­nij, powstań!

Tacy Rosja­nie ścieżkę dostępu do wła­dzy prze­te­sto­wali na wła­snej skó­rze ponad sto lat temu. Też mieli demo­kra­cję - bol­sze­wi­ków i mien­sze­wi­ków. Tota­li­ta­ryzm poja­wił się wtedy, gdy mniej­szość ska­so­wała więk­szość. Ale czy to jedyna droga do tota­li­ta­ry­zmu? W naszych współ­cze­snych demo­kra­cjach po wybo­rach też mamy bol­sze­wi­ków i mien­sze­wi­ków. Pro­blem w tym, że ich pro­gramy prze­waż­nie niczym się od sie­bie nie róż­nią. Tak demo­kra­cja znosi jajo nowego tota­li­ta­ry­zmu.

Mię­dzy sys­te­mami auto­ry­tar­nymi a tota­li­ta­ry­zmem demo­kra­tycz­nym jest jedna tylko róż­nica - w pierw­szym przy­padku wystar­czy roz­kaz, w dru­gim trzeba mani­pu­lo­wać.

Od rozgrywki do egzystencji

Na powierzchni mamy kon­flikt ludzi z obcymi. Głę­biej - ana­lizę wła­dzy i toż­sa­mo­ści. Jesz­cze głę­biej - meta­forę ludz­kiej egzy­sten­cji.

Rodzimy się w okre­ślo­nym świe­cie. Nie wybie­ramy czasu, miej­sca ani obo­wią­zu­ją­cych norm. Uczymy się ich w trak­cie życia jak instruk­cji czy­ta­nej już pod­czas par­tii. Egzy­sten­cja­li­ści twier­dzili, że czło­wiek defi­niuje sie­bie poprzez wybory. Dick poka­zuje coś zbli­żo­nego: nie jeste­śmy wszech­mocni, ale nie jeste­śmy też cał­ko­wi­cie zde­ter­mi­no­wani.

Plan­sza ist­nieje. Reguły obo­wią­zują. Jed­nak decy­zja o tym, jak zare­ago­wać, wciąż należy do jed­nostki.

To zaska­ku­jąco reali­styczny wymiar tej powie­ści. Nie ofe­ruje ilu­zji peł­nej wol­no­ści, ale też nie ska­zuje czło­wieka na abso­lutną bez­rad­ność. Mię­dzy deter­mi­na­cją a cha­osem pozo­staje prze­strzeń manewru.

Nie­stety. W tym miej­scu ujaw­nia się nie­ocze­ki­wany kon­flikt. Mię­dzy Żel­kow­skim i Żwi­kie­wi­czem. Każdy ma inne zda­nie na ten temat, wyta­cza wła­sne działa i ani myśli się roz­broić.

Żel­kow­ski pozo­staje wierny huma­ni­stycz­nej per­spek­ty­wie.

Żwi­kie­wicz tylko wzru­sza ramio­nami: Decy­zje i tak zapadną gdzie indziej - w Wer­salu albo poza nim. Naj­wy­żej zostanę wer­sal­skim bękar­tem - kwi­tuje.

Lekkość, która maskuje ciężar

Dick nie przy­tła­cza czy­tel­nika wykła­dem filo­zo­ficz­nym. Lekka, momen­tami absur­dalna forma maskuje poważne pyta­nia: kim jestem w struk­tu­rze, któ­rej nie pro­jek­to­wa­łem? Czy mam realny wpływ na wła­sny los? Czy rze­czy­wi­stość jest sta­bilna czy raczej zależna od przy­ję­tych reguł?

Te motywy powrócą póź­niej w Czło­wieku z Wyso­kiego Zamku i w Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant, gdzie pro­blem toż­sa­mo­ści i wła­dzy zosta­nie roz­wi­nięty jesz­cze moc­niej. Tytań­scy gra­cze są wcze­śniej­szym, bar­dziej przej­rzy­stym warian­tem tych powie­ści.

Na końcu pozo­stają pyta­nia, które nie doty­czą już tylko boha­te­rów.

Czy jesteś wyłącz­nie ele­men­tem sys­temu, który funk­cjo­nuje nie­za­leż­nie od cie­bie? Czy masz realny wpływ na swoją pozy­cję? Czy świa­do­mość reguł zmie­nia cokol­wiek?

Pyta­nia to domena dziecka lub filo­zofa. Doj­rzały czło­wiek, który wie, że jed­nej odpo­wie­dzi nie ma, powi­nien być zado­wo­lony z dobrej lite­ra­tury. I tym spo­so­bem Dick zma­ni­pu­lo­wał czy­tel­ni­ków i ma swój rząd dusz.

Bo naj­waż­niej­sze pyta­nie nie brzmi już: czy świat przy­po­mina roz­grywkę?

Brzmi ina­czej: czy potra­fisz dzia­łać sen­sow­nie, nawet jeśli nie usta­la­łeś zasad?

Marek Żel­kow­ski i Wik­tor Żwi­kie­wicz

1

To był nie­do­bry wie­czór, a kiedy chciał poje­chać do domu, wdał się w kosz­marną sprzeczkę z wła­snym samo­cho­dem.

- Pań­ski stan nie pozwala na pro­wa­dze­nie wozu, panie Gar­den. Pro­szę włą­czyć auto­pi­lota i spo­cząć z tyłu.

Pete Gar­den usiadł za ste­row­nicą i odparł, siląc się na dobit­ność:

- Słu­chaj, wolno mi pro­wa­dzić. Jeden drink, a wła­ści­wie kilka wyostrza refleks. Tak więc dość tych głu­pot. - Wci­snął star­ter, ale bez rezul­tatu. - No, jazda!

- Nie wło­żył pan klu­czyka - ode­zwało się auto.

- Już dobrze - pod­dał się upo­ko­rzony. Może samo­chód miał rację. Bez spe­cjal­nej nadziei wsu­nął klu­czyk w sta­cyjkę. Sil­nik zawar­czał, ale układ ste­ro­wa­nia nie reago­wał. Pod karo­se­rią dzia­łał efekt Rush­more'a; z nim nie można wygrać. - Niech ci będzie, możesz sobie pro­wa­dzić, skoro tak ci na tym zależy - powie­dział z jak naj­więk­szą god­no­ścią. - I tak pew­nie wszystko ci się pochrzani, jak zawsze, kiedy jestem... nie­dy­spo­no­wany.

Prze­czoł­gał się na tył i zwa­lił na sie­dze­nie. Samo­chód ode­rwał się od kra­węż­nika i poszy­bo­wał w noc, mru­ga­jąc świa­tłami pozy­cyj­nymi. Chry­ste, jak nędz­nie Pete się czuł. Ból roz­sa­dzał mu głowę.

Jego myśli jak zwy­kle powę­dro­wały ku Grze.

Czemu poszło mu tak źle? Wszyst­kiemu winien był ten pajac Silva­nus Angst, jego szwa­gier, a raczej były szwa­gier. Prawda, rzekł sobie w duchu Pete; muszę o tym pamię­tać. Freya już nie jest moją żoną. Prze­gra­li­śmy i nasze mał­żeń­stwo zostało roz­wią­zane. Zaczy­namy znów od zera: Freya jest żoną Clema Gainesa, a ja nie jestem żonaty, bo nie udało mi się jesz­cze wykrę­cić trójki.

Jutro wykręcę trójkę, obie­cał sobie. A wtedy będą musieli mi impor­to­wać żonę, bo wyko­rzy­sta­łem już wszyst­kie w gru­pie.

Samo­chód szy­bo­wał z war­ko­tem nad pust­ko­wiem środ­ko­wej Kali­for­nii, jałową kra­iną wokół bez­lud­nych mia­ste­czek.

- Czy wiesz, że w gru­pie nie ma kobiety, która by nie była już moją żoną? - zwró­cił się do samo­chodu. - I jak dotąd nie mia­łem szczę­ścia, więc to na pewno przeze mnie. Prawda?

- Prawda - zgo­dził się samo­chód.

- Ale nawet gdyby tak było, to i tak nie moja wina, tylko czer­wo­nych Chiń­czy­ków. Nie cier­pię ich. - Wycią­gnął się na wznak i popa­trzył na gwiazdy przez prze­zro­czy­sty dach samo­chodu. - Mimo wszystko kocham cię; jesteś mój od tylu lat. Ni­gdy się nie zepsu­jesz. - Łzy napły­nęły mu do oczu. - Mam rację?

- To zależy, czy będzie pan mnie regu­lar­nie odda­wał do prze­glądu.

- Cie­kawe, jaką kobietę dla mnie spro­wa­dzą.

- Cie­kawe - zawtó­ro­wał samo­chód.

Zaraz, z jaką to grupą jego grupa - Błę­kit­nawy Lis - naj­czę­ściej utrzy­my­wała kon­takty? Chyba z Super Cho­cho­łem, który spo­ty­kał się w Las Vegas i zrze­szał Posia­da­czy z Nevady, Utah i Idaho. Przy­mknął oczy, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, jak wyglą­dają kobiety z Super Cho­choła.

Gdy tylko wylą­duję w moim miesz­ka­niu w Ber­ke­ley, pomy­ślał Pete, to od razu... Nagle przy­po­mniał sobie o czymś paskud­nym.

Nie miał po co wra­cać do Ber­ke­ley. Bo wła­śnie stra­cił Ber­ke­ley w Grze. Zdo­był je Walt Reming­ton, kiedy przej­rzał jego blef na polu trzy­dzie­stym szó­stym. I wła­śnie z tego powodu to był nie­do­bry wie­czór.

- Zmiana kursu - wychry­piał do obwo­dów auta. Wciąż posia­dał znaczną część okręgu Marin; tam mógł się zatrzy­mać. - Lecimy do San Rafael - oznaj­mił, pro­stu­jąc się na fotelu i trąc czoło.

- Pani Gaines? - ode­zwał się męski głos.

Podobny do głosu tego kosz­mar­nego Billa Calu­mine'a, pomy­ślała nie­zbyt przy­tom­nie Freya. Szczot­ko­wała krót­kie jasne włosy. Nie odwró­ciła się od lustra.

- Odwieźć cię do domu? - zapy­tał głos i wtedy uświa­do­miła sobie, że to jej nowy mąż, Clem Gaines. - Wra­casz chyba do domu? - Clem Gaines, wielki, nalany, z nie­bie­skimi oczami niczym pęk­nięte i skle­jone nie­równo szkła, prze­to­czył się przez pokój Gry w jej kie­runku. Był wyraź­nie zado­wo­lony z tego, że jest jej mężem.

To nie potrwa długo, pocie­szyła się Freya. Chyba że będziemy mieli szczę­ście, pomy­ślała nagle.

Dalej szczot­ko­wała włosy, nie zwra­ca­jąc uwagi na Clema. Jak na stucz­ter­dzie­sto­let­nią kobietę wyglą­dam nie­źle, oce­niła bez­stron­nie. Ale nie mia­łam wyboru... nikt z nas nie miał wyboru.

Wszy­scy bez wyjątku byli zakon­ser­wo­wani nie czymś, lecz bra­kiem cze­goś. Wraz z osią­gnię­ciem doj­rza­ło­ści usu­wano im gru­czoł Hynesa, a po tym wiek nie pozo­sta­wiał na nich śla­dów.

- Lubię cię, Freyo - wyznał Clem. - Dzia­łasz otrzeź­wia­jąco. To oczy­wi­ste, że mnie nie lubisz. - Nie wyda­wał się ura­żony, co było typowe dla pół­głów­ków jego pokroju. - Chodźmy gdzieś i od razu sprawdźmy, czy nam się poszczę­ści, a ja...

Urwał, bo do pokoju wpełzł wug.

- Patrz, jaki pró­buje być miły - rzu­ciła z nie­sma­kiem Jean Blau, nakła­da­jąc płaszcz. - Zawsze tak się zacho­wują. - Cof­nęła się.

Jej mąż Jack Blau odszu­kał wzro­kiem wugo­bij nale­żący do grupy.

- Szturchnę go parę razy, to się zmyje - zapro­po­no­wał.

- Nie - zapro­te­sto­wała Freya. - Jest nie­szko­dliwy.

- Ma rację - poparł ją Silva­nus Angst. Stał przy barku, szy­ku­jąc sobie strze­mien­nego. - Wystar­czy go posy­pać solą. - Zachi­cho­tał.

Wug ewi­dent­nie upa­trzył sobie Clema Gainesa. Lubi go, pomy­ślała Freya. Może z nim by gdzieś poje­chał zamiast ze mną.

Dla Clema byłoby to jed­nak nie do przy­ję­cia, bo nikt nie spo­ufa­lał się z daw­nym wro­giem. Nie wypa­dało i już, mimo sta­rań Tytań­czy­ków, by zabliź­nić wyrwę anty­pa­tii, spu­ści­znę z cza­sów wojny. Byli formą życia opartą na krze­mie, nie na węglu. Ich cykl meta­bo­liczny był długi, a kata­li­za­to­rem nie był tlen, lecz metan. Do tego ten ich bisek­su­alizm... zacho­wa­nie typowe dla P-ujem­nych.

- Dziab­nij go - pora­dził Jac­kowi Blau­owi Bill Calu­mine.

Jack dźgnął wugo­bi­jem gala­re­to­watą cyto­pla­zmę wuga.

- Wynoś się - rzu­cił ostro. Wyszcze­rzył zęby do Billa Calu­mine'a. - A gdyby tak z nim się troszkę zaba­wić? Namó­wić go na roz­mowę? Hej, wuga­sie, może gadu-gadu?

Natych­miast dotarły do nich wyraźne myśli Tytań­czyka, adre­so­wane do wszyst­kich ludzi prze­by­wa­ją­cych w apar­ta­men­cie kon­do­mi­nium.

- Jakieś donie­sie­nia o ciąży? W takich przy­pad­kach pro­simy nie­zwłocz­nie zwró­cić się do naszej służby zdro­wia...

- Posłu­chaj, wuga­sie - ode­zwał się Bill Calu­mine - jeśli przy­trafi nam się szczę­ście, zacho­wamy to dla sie­bie. Powia­do­mie­nie cię o tym przy­nosi pecha, wszy­scy to wiemy. Jak to moż­liwe, że ty o tym nie wiesz?

- Wie, wie - rzekł Silva­nus Angst. - Tylko nie ma ochoty o tym myśleć.

- Cóż, naj­wyż­szy czas, żeby wugo­wie spoj­rzeli praw­dzie w oczy - oświad­czył Jack Blau. - Nie lubimy ich, i tyle. Zbie­raj się - rzu­cił do żony. - Wra­camy do domu. - Nie­cier­pli­wym ruchem dłoni przy­wo­łał Jean.

Człon­ko­wie grupy opu­ścili pokój i fron­to­wymi scho­dami udali się do zapar­ko­wa­nych przed budyn­kiem samo­cho­dów. Freya została sama z wugiem.

- Nie było żad­nej ciąży w naszej gru­pie - oznaj­miła, odpo­wia­da­jąc na jego pyta­nie.

- Tra­ge­dia - pomy­ślał wug w odpo­wie­dzi.

- Ale będzie - zapo­wie­działa Freya. - Wiem, że już wkrótce będziemy mieli szczę­ście.

- Dla­czego wasza grupa jest tak wrogo nasta­wiona do nas? - spy­tał wug.

- Obwi­niamy was o naszą bez­płod­ność, to chyba jasne - odparła Freya. Zwłasz­cza nasz pro­wa­dzący, Bill Calu­mine, dodała w myślach.

- To była wasza broń - zapro­te­sto­wał wug.

- Wcale nie nasza. Czer­wo­nych Chiń­czy­ków.

Wugowi wyda­wało się to nie spra­wiać róż­nicy.

- Tak czy owak, robimy wszystko, co w naszej mocy...

- Czy mogli­by­śmy o tym nie roz­ma­wiać? - prze­rwała mu Freya. - Pro­szę.

- Przyj­mij­cie naszą pomoc - rzekł wug.

- Idź do dia­bła - odparła i szyb­kim kro­kiem zeszła po scho­dach do swo­jego samo­chodu sto­ją­cego na ulicy.

Chłodne powie­trze nocy w Car­mel w Kali­for­nii ją oży­wiło. Zro­biła głę­boki wdech, chło­nąc rześ­kie, dzie­wi­cze zapa­chy, i spoj­rzała w gwiazdy.

- Otwórz, chcę wsiąść - zwró­ciła się do auta.

- Tak jest, pani Gar­den. - Drzwiczki się roz­su­nęły.

- Nie jestem już panią Gar­den, tylko panią Gaines. - Sia­dła za ręczną ste­row­nicą. - Spró­buj to zapa­mię­tać.

- Tak jest, pani Gaines.

Sil­nik zawar­czał, led­wie wsu­nęła klu­czyk w sta­cyjkę.

- Czy Pete Gar­den odje­chał? - Omio­tła wzro­kiem ponurą uliczkę, ale nie zoba­czyła jego wozu. - Pew­nie tak.

Poczuła smu­tek. Byłoby miło usiąść razem o pół­nocy i w bla­sku gwiazd uciąć sobie małą poga­wędkę, jakby nie prze­stali być mał­żeń­stwem... Cho­lerna Gra z tymi swo­imi odmia­nami losu. Cho­lerne szczę­ście, pech; tyle nam tylko pozo­stało. Jako rasa jeste­śmy skoń­czeni.

Przy­tknęła zega­rek do ucha.

- Druga pięt­na­ście, pani Gar­den - ode­zwał się słaby gło­sik.

- Pani Gaines - wark­nęła.

- Druga pięt­na­ście, pani Gaines.

Ilu ludzi żyje w tej chwili na Ziemi? - pomy­ślała. Milion? Dwa? Ile grup bie­rze udział w Grze? Nie wię­cej niż kil­ka­set tysięcy. I gdy docho­dzi do gwał­tow­nej śmierci, liczba lud­no­ści nie­od­wra­cal­nie się zmniej­sza.

Machi­nal­nie się­gnęła do schowka w poszu­ki­wa­niu schlud­nie opa­ko­wa­nego paska tak zwa­nego kró­liczka. Zna­la­zła go - jesz­cze sta­rego, nie nowego typu - roz­pa­ko­wała, wło­żyła do ust i zagry­zła.

W mdłym świe­tle schowka samo­chodu obej­rzała papie­rek. Jeden mar­twy kró­li­czek, pomy­ślała, przy­wo­łu­jąc czasy jesz­cze sprzed swo­ich naro­dzin, kiedy to za usta­le­nie tego faktu odda­wał życie kró­lik. Pasek w świe­tle schowka miał kolor biały, nie zie­lony. Nie była w ciąży. Cisnęła zgnie­ciony papie­rek do śmiet­niczki, gdzie uległ natych­mia­sto­wemu spa­le­niu. Szlag by to tra­fił, pomy­ślała zała­mana. No cóż, czego niby mogłam się spo­dzie­wać?

Samo­chód ode­rwał się od ziemi i pole­ciał ku jej domowi w Los Ange­les.

Jest zbyt wcze­śnie, by mówić o moim szczę­ściu z Cle­mem, uświa­do­miła sobie. Ponad wszelką wąt­pli­wość. To ją roz­po­go­dziło. Jesz­cze tydzień, dwa, a potem kto wie.

Biedny Pete, pomy­ślała. Nawet nie wykrę­cił trójki, na dobrą sprawę nie wró­cił jesz­cze do Gry. Czy powin­nam wpaść do jego posia­dło­ści w okręgu Marin? Spraw­dzić, czy tam jest? Z dru­giej strony był w nocy zalany i nie­zno­śny. Odpy­cha­jący. Nie ma jed­nak prze­pisu ani prawa, które zabra­nia­łoby nam się spo­ty­kać poza Grą. Tylko po co? Nie mie­li­śmy z Pete'em szczę­ścia, mimo że czu­li­śmy coś do sie­bie nawza­jem.

Nagle włą­czyło się radio w samo­cho­dzie. Usły­szała emi­to­wany w pod­nie­ce­niu na wszyst­kich falach biu­le­tyn infor­ma­cyjny grupy z Onta­rio w Kana­dzie.

- Tu Szopa Gru­szok­sięgi - oznaj­mił entu­zja­stycz­nie męż­czy­zna. - Dziś o dzie­sią­tej wie­czór czasu lokal­nego spo­tkało nas szczę­ście! Jedna z naszych kobiet, pani Don Pal­mer, jak zwy­kle bez spe­cjal­nej nadziei ugry­zła kró­liczka i wtedy...

Freya wyłą­czyła radio.

Dotarł­szy do ciem­nego, opu­sto­sza­łego miesz­ka­nia w San Rafael, Pete Gar­den skie­ro­wał pierw­sze kroki do apteczki w łazience, aby spraw­dzić, jakie leki mógłby wziąć. Bez nich nie zaśnie, dobrze to wie­dział. Sno­ozex? Trzeba by trzech table­tek 25 mg, żeby na niego podzia­łały; brał Sno­ozex zbyt czę­sto i zbyt długo. Potrze­bo­wał cze­goś moc­niej­szego. Zawsze może wziąć feno­bar­bi­tal, ale jutro będzie do niczego. Bro­mo­wo­do­rek sko­po­la­miny; tego mógłby spró­bo­wać.

Chyba że, pomy­ślał, spró­bo­wał­bym cze­goś zde­cy­do­wa­nie moc­niej­szego. Emfy­talu.

Trzy naraz - i wię­cej się nie obu­dzę. Nie przy daw­kach, jakie biorę. Tak więc... Zasta­na­wiał się, patrząc na kap­sułki na otwar­tej dłoni. Nikt by mi nie prze­szko­dził, nie pró­bo­wał rato­wać...

- Panie Gar­den, z powodu pana stanu nawią­zuję łącz­ność z dok­to­rem Macym w Salt Lake City - oznaj­miła apteczka.

- Nie jestem w żad­nym sta­nie - żach­nął się Pete. Szybko wsy­pał kap­sułki emfy­talu z powro­tem do bute­leczki. - Kapu­jesz? - Cze­kał. - To była zwy­kła chwi­lowa demon­stra­cja. - Co za kosz­mar - nego­cjuje z efek­tem Rush­more'a wła­snej apteczki. - Już dobrze? - spy­tał z nadzieją.

Apteczka się zatrza­snęła.

Pete wes­tchnął z ulgą.

Zabrzę­czał dzwo­nek u drzwi. Co teraz? - zasta­na­wiał się, wędru­jąc przez miesz­ka­nie, w któ­rym uno­siła się lekka woń stę­chli­zny. Wciąż myślał o tym, co mógłby wziąć na sen, nie alar­mu­jąc efektu Rush­more'a. Otwo­rzył drzwi.

Na progu stała jego jasno­włosa eks­żona, Freya.

- Cześć - rzu­ciła chłodno.

Weszła do miesz­ka­nia, wymi­ja­jąc go, opa­no­wana, jakby jej wizyta w roli żony Clema Gainesa była czymś cał­ko­wi­cie natu­ral­nym.

- Co masz w dłoni? - spy­tała.

- Sie­dem table­tek Sno­ozexu - przy­znał.

- Dam ci coś lep­szego. Na razie w fazie testo­wa­nia. - Pogrze­bała w skó­rza­nej torebce przy­po­mi­na­ją­cej torbę listo­no­sza. - Naj­now­szy śro­dek wypro­du­ko­wany w New Jer­sey przez auto­fab far­ma­ceu­tyczny. - Podała mu dużą nie­bie­ską kaspułkę. - Ner­du­wel - oznaj­miła, a potem się roze­śmiała.

- Ha, ha - odparł ponuro Pete. To miał być dow­cip. Ne'er-do-well. Bierz coraz wię­cej. - Dla­tego przy­szłaś? - Przez ponad trzy mie­siące była jego żoną, part­nerką w Ble­fie, więc oczy­wi­ście wie­działa o jego bez­sen­no­ści. - Mam kaca - poin­for­mo­wał ją. - Poza tym Walt Reming­ton wygrał ode mnie Ber­ke­ley. O czym dobrze wiesz. Więc nie mam nastroju do żar­tów.

- No to zrób mi kawę - powie­działa Freya. Zdjęła kurtkę z futrzaną pod­bitką i prze­rzu­ciła przez poręcz krze­sła. - Albo ja ci zapa­rzę. - Dodała ze współ­czu­ciem: - Wyglą­dasz mar­nie.

- Ber­ke­ley - po co w ogóle wysta­wia­łem akt wła­sno­ści? Nawet nie mogę sobie przy­po­mnieć. Przy tylu innych dzier­ża­wach... musia­łem ulec impul­sowi auto­de­struk­cji. - Zamilkł. - Kiedy tu lecia­łem, zła­pa­łem Onta­rio na wszyst­kich zakre­sach.

- Ja też to sły­sza­łam - powie­działa, kiwa­jąc głową.

- Ich ciąża cię raduje czy przy­gnę­bia?

- Nie wiem - odparła chmur­nie Freya. - Cie­szę się, że im się udało. Ale... - Z zało­żo­nymi rękami krą­żyła po miesz­ka­niu.

- Mnie przy­gnę­bia - wyznał Pete. Posta­wił czaj­nik z wodą na kuchence.

- Dzię­kuję - zasy­czał czaj­nik, a raczej jego efekt Rush­more'a.

- Możemy się spo­ty­kać poza Grą - zapro­po­no­wała Freya. - To się cza­sami zda­rza.

- To byłoby nie­uczciwe wobec Clema. - Soli­dar­ność z Cle­mem Gaine­sem - przy­naj­mniej chwi­lowo - prze­wa­żyła u Pete'a nad uczu­ciem do Frei.

Poza tym był cie­kaw swo­jej przy­szłej żony. Prę­dzej czy póź­niej wykręci trójkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki