Rozgrywka bez instrukcji
Czytelniku, właśnie wykonałeś ruch w grze. Nie przesunąłeś pionka. Nie
rzuciłeś kostką. Zacząłeś czytać.
W świecie Philipa K. Dicka to wystarcza, by znaleźć się na planszy. U niego nikt nie dostaje instrukcji obsługi rzeczywistości: najpierw
uczestniczysz, dopiero potem próbujesz zrozumieć reguły. I zwykle jest
już za późno na cofnięcie ruchu.
Wejście do gry
Czytanie uznaje się za czynność niewinną. Otwierasz książkę, zakładasz,
że kontrolujesz tempo, że możesz przerwać, wrócić, zdecydować. A przynajmniej tak się wydaje. Tymczasem struktura została przygotowana
wcześniej; role rozpisano, stawkę określono, mechanizm uruchomiono.
Twoja wolność polega na właściwym lub nie - reagowaniu.
To jądro pomysłu Tytańskich graczy. Konflikt między Ziemią a przybyszami z Tytana nie rozstrzyga się na polu bitwy, lecz przy stole.
Stawką są miasta, wpływy, relacje polityczne, a czasem coś bardziej
kruchego: poczucie sensu i kontroli. To nie tylko fabularny chwyt, lecz
model świata przedstawionego. Rzeczywistość działa tu jak system reguł i konsekwencji. Problem w tym, że nikt nie ma pewności, kto je ustanowił i czy są niezmienne.
Dick lubił takie pęknięcia. Bohater zaczyna od przekonania, że rozumie
świat, po czym pojawia się rysa. W Ubiku rzeczywistość rozpada się
warstwa po warstwie. W Człowieku z Wysokiego Zamku alternatywna
historia podważa oczywistości polityczne i moralne. W Blade runnerze.
Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? chwiejne staje się samo
kryterium człowieczeństwa. W Tytańskich graczach mechanizm jest
bardziej przejrzysty: skoro o losach świata decyduje rozgrywka,
jednostka musi ustalić, czy jest jej podmiotem, czy elementem.
To powieść o blefie i kontroli informacji - o partii, w której
przeciwnik czyta twoje myśli. Jak planować strategię, gdy każda intencja
jest przejrzysta? W takim świecie budzi się bohater. I w takim świecie
budzi się czytelnik.
Najciekawsze nie jest jednak to, że istnieje rozgrywka. Najciekawsze
jest to, że część uczestników może nie wiedzieć, iż bierze w niej
udział. To właśnie tu pojawia się istotne uzupełnienie: obok świadomych
graczy istnieją ci, których życie staje się stawką, mimo że nie
zasiadają przy stole. Ludzie, których miasta wchodzą do puli, chociaż to
nie oni podejmują decyzje - ale ponoszą ich konsekwencje. Życie tych
osób zależy od cudzych posunięć. Dick pokazuje, że w każdym systemie
istnieje różnica między tymi, którzy znają reguły, a tymi, którzy im
podlegają.
Wyluzujmy. To tylko literatura.
Czy aby na pewno?
Człowiek, który nie ufał rzeczywistości
W przypadku Philipa K. Dicka biografia nie jest tłem, jest częścią
układanki.
Urodził się w 1928 roku w Chicago. Miał siostrę bliźniaczkę Jane, która
zmarła kilka tygodni po narodzinach. Echo tej straty powraca w jego
książkach jako motyw podwójności, zastępowalności, drugiego ja, które
mogłoby istnieć równolegle. Jakby całe życie pisał do kogoś, kim sam
mógłby być.
Dorastał po rozwodzie rodziców, chorowity, wycofany, zanurzony w lekturze. Nie był kimś, kto łatwo ufa światu, raczej kimś, kto
podejrzewa, że pod powierzchnią kryje się dodatkowa warstwa. To
podejrzenie stało się paliwem jego pisarstwa.
Pisał dużo, często z konieczności finansowej. Miał za sobą kilka
małżeństw, problemy z pieniędzmi, epizody depresji i paranoi. W latach
siedemdziesiątych przeżył doświadczenia, które interpretował jako
mistyczne objawienia i kontakt z wyższą inteligencją. Można widzieć w tym kryzys psychiczny. Można też dostrzegać konsekwencje życia kogoś,
kto z uporem podważał oczywistość świata.
Co istotne, Dick nie opisywał chwiejnej rzeczywistości z bezpiecznego
dystansu. On tę chwiejność przeżywał. Gdy w jego powieściach struktura
świata odsłania się jako konstrukcja, nie jest to czysta spekulacja,
lecz literacka transpozycja egzystencjalnego doświadczenia niepewności.
W Tytańskich graczach przybiera ona formę gry regulującej politykę.
Pytanie brzmi: czy nasze poczucie kontroli nie jest jedynie efektem
przyjęcia reguł, których nie wybieraliśmy?
Dick obsesyjnie wracał do jednego problemu: co jest naprawdę realne?
Widzisz stół - wydaje się solidny. Fizyka mówi o cząstkach i pustej
przestrzeni, psychologia o interpretowaniu bodźców przez mózg. Dick
dopowiada: a jeśli to tylko warstwa operacyjna systemu, który
funkcjonuje według innych zasad?
Nie był filozofem akademickim, lecz jego powieści orbitują wokół
ontologii i epistemologii. Pytał nie tylko o to, co istnieje, lecz także
o to, kto i na jakiej podstawie definiuje realność.
Stół negocjacyjny
Kiedy w 1963 roku ukazali się Tytańscy gracze, świat nie był spokojnym
miejscem. Powieść wyrosła z konkretnego klimatu epoki - napięcia, lęku i poczucia, że jeden nieostrożny ruch może uruchomić reakcję łańcuchową.
To środek zimnej wojny. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki stoją
naprzeciw siebie jak przeciwnicy w rozciągniętej na dziesiątki lat
partii strategicznej. Rok wcześniej kryzys kubański pokazał, że wojna
nuklearna nie jest abstrakcją. To doświadczenie pokolenia, które
zrozumiało, że decyzje kilku osób mogą przesądzić o losie milionów.
W takim kontekście pomysł, by konflikt rozstrzygać przy stole, a nie na
polu bitwy, nabiera szczególnej wymowy. W powieści Ziemia jest
wyniszczona, a przybysze z Tytana przejmują kontrolę, proponując system
rozgrywek zamiast otwartej wojny. Brzmi to groteskowo, ale jest
precyzyjną metaforą epoki: zamiast totalnej zagłady - starcie regulowane
zasadami.
Gra w tej książce nie jest metaforą wszystkiego; jest konkretnym
narzędziem władzy. Ma ustalone reguły, przewidziane konsekwencje i jasno
określoną stawkę. Wygrana lub przegrana przekłada się na realne zmiany
polityczne. Miasta stają się przedmiotem negocjacji. Decyzje zapadają w wąskim gronie, lecz skutki odczuwają ci, którzy nie siedzą przy stole.
I tu pojawia się istotny aspekt, często pomijany: obok świadomych graczy
funkcjonują nieświadomi uczestnicy systemu. Mieszkańcy miast, których
los zależy od partii, nie wybierają strategii, nie znają pełnego obrazu
sytuacji, a mimo to ponoszą konsekwencje. Dick pokazuje różnicę między
podmiotowością a funkcjonowaniem w strukturze. Nie każdy, kto znajduje
się w obrębie systemu, jest jego równoprawnym uczestnikiem.
Lata sześćdziesiąte były również czasem gwałtownego rozwoju technologii
i narastającego lęku przed automatyzacją. Komputery obiecywały
racjonalność i precyzję, ale rodziły pytanie: czy świat zarządzany
algorytmicznie pozostawia miejsce na ludzką spontaniczność? U Dicka
technologia nie daje poczucia bezpieczeństwa - raczej podkreśla kruchość
ludzkiej kontroli.
Jednocześnie młodsze pokolenie zaczynało kwestionować autorytety i systemowe reguły. Kto ustala zasady? Kto definiuje to, co jest
dopuszczalne? Te pytania rezonują w strukturze powieści. Tytańczycy
proponują cywilizowane rozwiązanie, ale to oni definiują ramy
konfliktu. Symetria jest pozorna.
Dlatego książka jest zakorzeniona w swoim czasie, ale nie ogranicza się
do niego. Mechanizm władzy opartej na regułach (akceptowanych, bo
skutecznych) pozostaje aktualny także poza realiami zimnej wojny.
Padło już stwierdzenie, że rok 1963 był niezbyt spokojnym
miejscem/czasem. A kiedy było inaczej? Lokalność Europy i Stanów pasła
się w dobrobycie dzięki militarnej równowadze między Wschodem i Zachodem. Ale - chcemy czy nie - równowaga to zastój. Tytani z Giełdy
doskonale zdawali sobie sprawę, że komercja lepiej tworzy rząd dusz
niż rdzewiejące czołgi. Było i jest pięknie. Tylko tak się składa, że
nie bardzo wiemy, czy Giełda jest jeszcze w tym samym miejscu świata.
Tytani z Tytana mogliby być spokojnie tytanami z Wall Street, z Doliny
Krzemowej albo z jakiegoś bardziej współczesnego forum. Dick nie
wymyślił prochu - zwyczajnie poszedł właściwym tropem. Przecież o naszym
świecie decyduje Giełda. To też gra - ktoś wygrywa, ktoś musi przegrać.
Bogactwo i nędzę świata można przesuwać z miejsca na miejsce - dzisiaj
Nowy Jork, jutro... to może być gdziekolwiek.
Kiedy wojna przybiera formę procedury
O czym w istocie jest ta powieść?
W największym skrócie - o konflikcie między ludźmi a przybyszami z Tytana. Jednak trudno nazwać ją klasyczną opowieścią o inwazji.
Tytańczycy nie niszczą miast z orbity, nie prowadzą otwartego podboju.
Narzucają system, w którym wynik rozgrywki przesądza o realnym układzie
sił.
W centrum znajduje się zwyczajny, zdezorientowany człowiek - typowy
bohater Dicka. Nie jest herosem ani genialnym strategiem. To jednostka
wciągnięta w mechanizm większy od siebie. Napięcie budują trzy elementy:
Tytańczycy potrafią czytać w myślach, Gra opiera się na blefie, a stawką
jest świat materialny.
Jak blefować wobec telepaty? Czy możliwa jest strategia, gdy przeciwnik
zna twoje intencje? Dick pokazuje, że nawet w tak asymetrycznej sytuacji
istnieje przestrzeń manewru. Wiedza o cudzych zamiarach nie oznacza
pełnej kontroli nad rzeczywistością. Zawsze pozostaje czynnik
nieprzewidywalny - interpretacja, przypadek, ludzka irracjonalność.
Świat w powieści zostaje uprzedmiotowiony: miasta stają się elementami
układu. Dla jednych to dom, dla innych - zasób. Perspektywa decyduje o znaczeniu. Ludzie postrzegają siebie jako podmioty; Tytańczycy mogą
widzieć ich jako elementy struktury.
Tu pojawia się pytanie o status jednostki. Kto jest graczem, a kto
jedynie figurą w rękach silniejszych? Bohaterowie próbują odzyskać
sprawczość poprzez zrozumienie reguł. Nie zawsze skutecznie, ale sam akt
próby ma znaczenie.
Istotne jest też to, że system działa tylko dlatego, iż został
zaakceptowany. Gra nie wymaga stałej przemocy - wystarcza uznanie jej
zasad. To subtelniejsza forma dominacji niż otwarty terror. Władza
polega nie tylko na sile, ale też na definiowaniu ram działania.
Dick nie tworzy czarno-białego obrazu. Tytańczycy nie są demonami; są
racjonalnymi uczestnikami systemu, który dla nich ma sens. Problem
polega na asymetrii: jedna strona ustala warunki, druga musi się do nich
dostosować.
W tym sensie powieść mówi mniej o samej rozgrywce, a więcej o strukturze, która ją umożliwia. O procedurze zastępującej wojnę, ale
nieeliminującej nierówności.
Instrukcja, której nie otrzymaliśmy
Motyw Gry w tej powieści pełni funkcję modelu ontologicznego. Gra ma
zasady, określone cele i ograniczenia. Uczestnik poznaje je w trakcie.
Podobnie człowiek rodzi się w świecie norm, praw i instytucji, których
nie wybierał.
U Dicka rozgrywka reguluje rzeczywistość dosłownie. Wynik zmienia układ
polityczny. Plansza nie jest metaforą! Jest mechanizmem!
To prowadzi do pytania ontologicznego: czy rzeczywistość jest stabilną
substancją czy strukturą zależną od przyjętych reguł? Jeśli świat działa
jak system, to jego realność może być efektem obowiązujących zasad.
Drugie pytanie dotyczy epistemologii: skąd wiemy, że coś jest prawdziwe?
Telepatia podważa prywatność myśli i autonomię decyzji. Jeżeli twoje
intencje są dostępne dla innych, twoja podmiotowość ulega ograniczeniu.
Wolność nie znika całkowicie, ale zostaje zawężona do przestrzeni
dopuszczalnej przez system.
Dick nie twierdzi, że człowiek jest całkowicie bezradny. Przeciwnie -
pokazuje, że nawet w silnie zdeterminowanej strukturze istnieją luki.
Wolność przejawia się w sposobie reagowania, w improwizacji, w umiejętności wykorzystania niejednoznaczności reguł.
To istotne rozróżnienie: świat nie jest chaotyczny, lecz uporządkowany
według zasad. Problem polega na tym, że nie wszyscy mają do nich równy
dostęp. Jedni je interpretują i wykorzystują, inni jedynie im podlegają.
Właśnie ta różnica między świadomością a nieświadomością uczestnictwa
stanie się kluczowa w dalszej refleksji nad tożsamością i możliwością
zastąpienia jednostki.
Jak się śmiać, gdy stawką jest rzeczywistość?
Gdyby jeszcze raz spróbować streścić fabułę - obcy z Tytana kontrolują
Ziemię, konflikty rozstrzyga się telepatyczną Grą, Blefem, stawką są
miasta i ludzie - można by oczekiwać mrocznej dystopii o totalnym
zniewoleniu. Tymczasem Philip K. Dick opowiada tę historię z wyraźną
domieszką ironii.
Nie jest to komedia wprost, lecz groteska. Stawki są ogromne, a bohaterowie reagują jak zwykli ludzie - z irytacją, nerwowością,
poczuciem absurdu. Ten kontrast jest celowy. Im bardziej zwyczajny ton
rozmów, tym silniej wybrzmiewa fakt, że od kolejnej partii zależy los
miasta. Humor nie unieważnia zagrożenia; przeciwnie - uwypukla jego
niedorzeczność.
Gra jako mechanizm regulujący konflikt międzygatunkowy jest zarazem
racjonalna i absurdalna. Z jednej strony zapobiega wojnie totalnej, z drugiej - sprowadza dramat ludzkich wspólnot do wymiaru rozgrywki. Dick
pokazuje, że system może być logiczny, a jednocześnie moralnie
problematyczny.
Śmiech staje się tu formą dystansu. Bohater, który potrafi ironicznie
spojrzeć na sytuację, odzyskuje minimalną autonomię. To ważne: nawet
jeśli nie kontroluje zasad, może kontrolować własną reakcję. W świecie
podporządkowanym procedurze humor jest sposobem na zachowanie
podmiotowości.
Czy można zostać wymienionym?
Jednym z najbardziej niepokojących wątków powieści jest możliwość
zastąpienia jednostki. Czy konkretny człowiek jest niezbędny? Jeśli
system potrzebuje funkcji, a nie osoby, to czy nie wystarczy obsadzić
jej kimś innym?
Motyw podwójności i zastępowalności powracał w twórczości Dicka
wielokrotnie. W Blade runnerze. Czy androidy marzą o elektrycznych
owcach? pytanie brzmi: co sprawia, że jesteś sobą, skoro android może
imitować człowieka? W Ubiku realność jednostki zostaje podważona
przez chwiejność samego świata. W Tytańskich graczach problem jest
mniej technologiczny, lecz równie dotkliwy.
Jeżeli o losach świata decyduje system rozgrywek, człowiek łatwo zostaje
zredukowany do roli wykonawcy ruchów. A rolę można obsadzić ponownie.
Funkcja trwa, osoba jest wymienna.
To prowadzi do pytania o tożsamość. W codziennym życiu pełnimy role:
pracownika, partnera, obywatela. System społeczny nie potrzebuje
konkretnej osoby - potrzebuje kogoś, kto wypełni określone zadania. Dick
przenosi tę obserwację na poziom ontologii: a jeśli nasze ja jest w dużej mierze efektem miejsca, które zajmujemy w strukturze?
W tym sensie lęk przed byciem wymienionym jest lękiem przed utratą
znaczenia. Jeśli można mnie zastąpić, to czy jestem kimś niepowtarzalnym
czy tylko elementem układu?
Dick nie odbiera bohaterom sprawczości całkowicie. Nawet w silnie
zdeterminowanym systemie pozostawia im minimalną przestrzeń wyboru.
Tożsamość nie jest dana raz na zawsze - kształtuje się w odpowiedzi na
kolejne zagrania. Jednostka nie wybiera planszy ani reguł, ale wybiera
sposób, w jaki na nie reaguje.
Kto naprawdę ustala reguły?
W Tytańskich graczach najbardziej niepokojące nie jest to, że
Tytańczycy dysponują przewagą technologiczną czy telepatią. Niepokój
budzi to, że system działa, ponieważ został zaakceptowany.
Gra funkcjonuje tylko wtedy, gdy uczestnicy uznają jej zasady. To
prowadzi do pytania o naturę władzy. Czy władza jest wyłącznie przemocą
czy raczej zdolnością definiowania rzeczywistości? Jeśli jedna strona
określa, jakie procedury obowiązują, kontroluje także możliwe wyniki.
Dick pokazuje skrajną sytuację: obcy narzucają formułę konfliktu, lecz
przedstawiają ją jako racjonalną alternatywę dla wojny. Rozwiązanie
wydaje się cywilizowane. Jednak fakt, że jedna strona ustala warunki,
oznacza strukturalną nierówność.
Prawdziwa kontrola polega więc nie na wygrywaniu pojedynczych partii,
lecz na definiowaniu samego mechanizmu rozstrzygania sporów. Kto
decyduje o zasadach, ten wyznacza horyzont możliwych działań.
To właśnie tutaj powieść wychodzi poza fabułę science fiction. Każdy
system społeczny - państwo, rynek, instytucja - opiera się na przyjętych
regułach. Większość ludzi funkcjonuje w ich obrębie, nie mając wpływu na
kształt tych ciał (podmiotów?). Są uczestnikami, ale nie projektantami.
Dick nie proponuje rewolucji totalnej. Sugeruje raczej, że każda
struktura zawiera luki. Improwizacja, reinterpretacja zasad, drobny bunt
- to formy odzyskiwania podmiotowości. Nawet jeśli nie da się zmienić
całego systemu, można próbować zmienić własną pozycję w jego obrębie.
Manipulacja - brzydkie słowo. A niby dlaczego? Wszystkim zwierzętom Pan
Bóg dał jakieś mózgi, ale tylko człowiek ma parę piekielnie sprawnych
manipulatorów. I manipuluje od tysięcy lat.
Tylko kto kogo kształtował i kto zbudował cywilizację? Na pewno duet.
Prawdą jest, że co pewien czas łapy biorą głowy za gardło. Gdy te
odfruną w idealizm. I wtedy intelektualiści wrzeszczą, że nimi się
manipuluje. Może zleźliby z obłoków i zrobili w życiu coś konkretnego.
Ale nie potrafią, bo w przedszkolu uznali, iż klockami nie powinno się
manipulować.
Bez manipulowania niczego się nie nauczysz. I niczego nie dorobisz. Ale
mózgi są sprytne. Podglądając łapska, stwierdziły, że manipulowanie to
niezły patent. Więc próbują manipulować mózgami innych. Czemu nie? Ale
dlaczego krzyczą przy tym, iż ów najsprytniejszy manipuluje wszystkimi?
Polityka to czysta codzienna manipulacja. A jeżeli nam się nie podoba
nasz własny wódz, z jego chamską polityką, to mamy jak w banku, że ktoś
nam zainstaluje dozorcę nieubabranego manipulacją. On będzie wydawał
proste, jasne rozkazy: padnij, powstań!
Tacy Rosjanie ścieżkę dostępu do władzy przetestowali na własnej skórze
ponad sto lat temu. Też mieli demokrację - bolszewików i mienszewików.
Totalitaryzm pojawił się wtedy, gdy mniejszość skasowała większość. Ale
czy to jedyna droga do totalitaryzmu? W naszych współczesnych
demokracjach po wyborach też mamy bolszewików i mienszewików.
Problem w tym, że ich programy przeważnie niczym się od siebie nie
różnią. Tak demokracja znosi jajo nowego totalitaryzmu.
Między systemami autorytarnymi a totalitaryzmem demokratycznym jest
jedna tylko różnica - w pierwszym przypadku wystarczy rozkaz, w drugim
trzeba manipulować.
Od rozgrywki do egzystencji
Na powierzchni mamy konflikt ludzi z obcymi. Głębiej - analizę władzy i tożsamości. Jeszcze głębiej - metaforę ludzkiej egzystencji.
Rodzimy się w określonym świecie. Nie wybieramy czasu, miejsca ani
obowiązujących norm. Uczymy się ich w trakcie życia jak instrukcji
czytanej już podczas partii. Egzystencjaliści twierdzili, że człowiek
definiuje siebie poprzez wybory. Dick pokazuje coś zbliżonego: nie
jesteśmy wszechmocni, ale nie jesteśmy też całkowicie zdeterminowani.
Plansza istnieje. Reguły obowiązują. Jednak decyzja o tym, jak
zareagować, wciąż należy do jednostki.
To zaskakująco realistyczny wymiar tej powieści. Nie oferuje iluzji
pełnej wolności, ale też nie skazuje człowieka na absolutną bezradność.
Między determinacją a chaosem pozostaje przestrzeń manewru.
Niestety. W tym miejscu ujawnia się nieoczekiwany konflikt. Między
Żelkowskim i Żwikiewiczem. Każdy ma inne zdanie na ten temat, wytacza
własne działa i ani myśli się rozbroić.
Żelkowski pozostaje wierny humanistycznej perspektywie.
Żwikiewicz tylko wzrusza ramionami: Decyzje i tak zapadną gdzie indziej
- w Wersalu albo poza nim. Najwyżej zostanę wersalskim bękartem -
kwituje.
Lekkość, która maskuje ciężar
Dick nie przytłacza czytelnika wykładem filozoficznym. Lekka, momentami
absurdalna forma maskuje poważne pytania: kim jestem w strukturze,
której nie projektowałem? Czy mam realny wpływ na własny los? Czy
rzeczywistość jest stabilna czy raczej zależna od przyjętych reguł?
Te motywy powrócą później w Człowieku z Wysokiego Zamku i w Płyńcie
łzy moje, rzekł policjant, gdzie problem tożsamości i władzy zostanie
rozwinięty jeszcze mocniej. Tytańscy gracze są wcześniejszym, bardziej
przejrzystym wariantem tych powieści.
Na końcu pozostają pytania, które nie dotyczą już tylko bohaterów.
Czy jesteś wyłącznie elementem systemu, który funkcjonuje niezależnie od
ciebie? Czy masz realny wpływ na swoją pozycję? Czy świadomość reguł
zmienia cokolwiek?
Pytania to domena dziecka lub filozofa. Dojrzały człowiek, który wie, że
jednej odpowiedzi nie ma, powinien być zadowolony z dobrej literatury. I tym sposobem Dick zmanipulował czytelników i ma swój rząd dusz.
Bo najważniejsze pytanie nie brzmi już: czy świat przypomina
rozgrywkę?
Brzmi inaczej: czy potrafisz działać sensownie, nawet jeśli nie
ustalałeś zasad?
Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz
1
To był niedobry wieczór, a kiedy chciał pojechać do domu, wdał się w koszmarną sprzeczkę z własnym samochodem.
- Pański stan nie pozwala na prowadzenie wozu, panie Garden. Proszę
włączyć autopilota i spocząć z tyłu.
Pete Garden usiadł za sterownicą i odparł, siląc się na dobitność:
- Słuchaj, wolno mi prowadzić. Jeden drink, a właściwie kilka wyostrza
refleks. Tak więc dość tych głupot. - Wcisnął starter, ale bez
rezultatu. - No, jazda!
- Nie włożył pan kluczyka - odezwało się auto.
- Już dobrze - poddał się upokorzony. Może samochód miał rację. Bez
specjalnej nadziei wsunął kluczyk w stacyjkę. Silnik zawarczał, ale
układ sterowania nie reagował. Pod karoserią działał efekt Rushmore'a; z nim nie można wygrać. - Niech ci będzie, możesz sobie prowadzić, skoro
tak ci na tym zależy - powiedział z jak największą godnością. - I tak
pewnie wszystko ci się pochrzani, jak zawsze, kiedy jestem...
niedysponowany.
Przeczołgał się na tył i zwalił na siedzenie. Samochód oderwał się od
krawężnika i poszybował w noc, mrugając światłami pozycyjnymi. Chryste,
jak nędznie Pete się czuł. Ból rozsadzał mu głowę.
Jego myśli jak zwykle powędrowały ku Grze.
Czemu poszło mu tak źle? Wszystkiemu winien był ten pajac Silvanus
Angst, jego szwagier, a raczej były szwagier. Prawda, rzekł sobie w duchu Pete; muszę o tym pamiętać. Freya już nie jest moją żoną.
Przegraliśmy i nasze małżeństwo zostało rozwiązane. Zaczynamy znów od
zera: Freya jest żoną Clema Gainesa, a ja nie jestem żonaty, bo nie
udało mi się jeszcze wykręcić trójki.
Jutro wykręcę trójkę, obiecał sobie. A wtedy będą musieli mi importować
żonę, bo wykorzystałem już wszystkie w grupie.
Samochód szybował z warkotem nad pustkowiem środkowej Kalifornii, jałową
krainą wokół bezludnych miasteczek.
- Czy wiesz, że w grupie nie ma kobiety, która by nie była już moją
żoną? - zwrócił się do samochodu. - I jak dotąd nie miałem szczęścia,
więc to na pewno przeze mnie. Prawda?
- Prawda - zgodził się samochód.
- Ale nawet gdyby tak było, to i tak nie moja wina, tylko czerwonych
Chińczyków. Nie cierpię ich. - Wyciągnął się na wznak i popatrzył na
gwiazdy przez przezroczysty dach samochodu. - Mimo wszystko kocham cię;
jesteś mój od tylu lat. Nigdy się nie zepsujesz. - Łzy napłynęły mu do
oczu. - Mam rację?
- To zależy, czy będzie pan mnie regularnie oddawał do przeglądu.
- Ciekawe, jaką kobietę dla mnie sprowadzą.
- Ciekawe - zawtórował samochód.
Zaraz, z jaką to grupą jego grupa - Błękitnawy Lis - najczęściej
utrzymywała kontakty? Chyba z Super Chochołem, który spotykał się w Las
Vegas i zrzeszał Posiadaczy z Nevady, Utah i Idaho. Przymknął oczy,
próbując sobie przypomnieć, jak wyglądają kobiety z Super Chochoła.
Gdy tylko wyląduję w moim mieszkaniu w Berkeley, pomyślał Pete, to od
razu... Nagle przypomniał sobie o czymś paskudnym.
Nie miał po co wracać do Berkeley. Bo właśnie stracił Berkeley w Grze.
Zdobył je Walt Remington, kiedy przejrzał jego blef na polu trzydziestym
szóstym. I właśnie z tego powodu to był niedobry wieczór.
- Zmiana kursu - wychrypiał do obwodów auta. Wciąż posiadał znaczną
część okręgu Marin; tam mógł się zatrzymać. - Lecimy do San Rafael -
oznajmił, prostując się na fotelu i trąc czoło.
- Pani Gaines? - odezwał się męski głos.
Podobny do głosu tego koszmarnego Billa Calumine'a, pomyślała niezbyt
przytomnie Freya. Szczotkowała krótkie jasne włosy. Nie odwróciła się od
lustra.
- Odwieźć cię do domu? - zapytał głos i wtedy uświadomiła sobie, że to
jej nowy mąż, Clem Gaines. - Wracasz chyba do domu? - Clem Gaines,
wielki, nalany, z niebieskimi oczami niczym pęknięte i sklejone nierówno
szkła, przetoczył się przez pokój Gry w jej kierunku. Był wyraźnie
zadowolony z tego, że jest jej mężem.
To nie potrwa długo, pocieszyła się Freya. Chyba że będziemy mieli
szczęście, pomyślała nagle.
Dalej szczotkowała włosy, nie zwracając uwagi na Clema. Jak na
stuczterdziestoletnią kobietę wyglądam nieźle, oceniła bezstronnie. Ale
nie miałam wyboru... nikt z nas nie miał wyboru.
Wszyscy bez wyjątku byli zakonserwowani nie czymś, lecz brakiem czegoś.
Wraz z osiągnięciem dojrzałości usuwano im gruczoł Hynesa, a po tym wiek
nie pozostawiał na nich śladów.
- Lubię cię, Freyo - wyznał Clem. - Działasz otrzeźwiająco. To
oczywiste, że mnie nie lubisz. - Nie wydawał się urażony, co było typowe
dla półgłówków jego pokroju. - Chodźmy gdzieś i od razu sprawdźmy, czy
nam się poszczęści, a ja...
Urwał, bo do pokoju wpełzł wug.
- Patrz, jaki próbuje być miły - rzuciła z niesmakiem Jean Blau,
nakładając płaszcz. - Zawsze tak się zachowują. - Cofnęła się.
Jej mąż Jack Blau odszukał wzrokiem wugobij należący do grupy.
- Szturchnę go parę razy, to się zmyje - zaproponował.
- Nie - zaprotestowała Freya. - Jest nieszkodliwy.
- Ma rację - poparł ją Silvanus Angst. Stał przy barku, szykując sobie
strzemiennego. - Wystarczy go posypać solą. - Zachichotał.
Wug ewidentnie upatrzył sobie Clema Gainesa. Lubi go, pomyślała Freya.
Może z nim by gdzieś pojechał zamiast ze mną.
Dla Clema byłoby to jednak nie do przyjęcia, bo nikt nie spoufalał się z dawnym wrogiem. Nie wypadało i już, mimo starań Tytańczyków, by
zabliźnić wyrwę antypatii, spuściznę z czasów wojny. Byli formą życia
opartą na krzemie, nie na węglu. Ich cykl metaboliczny był długi, a katalizatorem nie był tlen, lecz metan. Do tego ten ich biseksualizm...
zachowanie typowe dla P-ujemnych.
- Dziabnij go - poradził Jackowi Blauowi Bill Calumine.
Jack dźgnął wugobijem galaretowatą cytoplazmę wuga.
- Wynoś się - rzucił ostro. Wyszczerzył zęby do Billa Calumine'a. - A gdyby tak z nim się troszkę zabawić? Namówić go na rozmowę? Hej,
wugasie, może gadu-gadu?
Natychmiast dotarły do nich wyraźne myśli Tytańczyka, adresowane do
wszystkich ludzi przebywających w apartamencie kondominium.
- Jakieś doniesienia o ciąży? W takich przypadkach prosimy niezwłocznie
zwrócić się do naszej służby zdrowia...
- Posłuchaj, wugasie - odezwał się Bill Calumine - jeśli przytrafi nam
się szczęście, zachowamy to dla siebie. Powiadomienie cię o tym przynosi
pecha, wszyscy to wiemy. Jak to możliwe, że ty o tym nie wiesz?
- Wie, wie - rzekł Silvanus Angst. - Tylko nie ma ochoty o tym myśleć.
- Cóż, najwyższy czas, żeby wugowie spojrzeli prawdzie w oczy -
oświadczył Jack Blau. - Nie lubimy ich, i tyle. Zbieraj się - rzucił do
żony. - Wracamy do domu. - Niecierpliwym ruchem dłoni przywołał Jean.
Członkowie grupy opuścili pokój i frontowymi schodami udali się do
zaparkowanych przed budynkiem samochodów. Freya została sama z wugiem.
- Nie było żadnej ciąży w naszej grupie - oznajmiła, odpowiadając na
jego pytanie.
- Tragedia - pomyślał wug w odpowiedzi.
- Ale będzie - zapowiedziała Freya. - Wiem, że już wkrótce będziemy
mieli szczęście.
- Dlaczego wasza grupa jest tak wrogo nastawiona do nas? - spytał wug.
- Obwiniamy was o naszą bezpłodność, to chyba jasne - odparła Freya.
Zwłaszcza nasz prowadzący, Bill Calumine, dodała w myślach.
- To była wasza broń - zaprotestował wug.
- Wcale nie nasza. Czerwonych Chińczyków.
Wugowi wydawało się to nie sprawiać różnicy.
- Tak czy owak, robimy wszystko, co w naszej mocy...
- Czy moglibyśmy o tym nie rozmawiać? - przerwała mu Freya. - Proszę.
- Przyjmijcie naszą pomoc - rzekł wug.
- Idź do diabła - odparła i szybkim krokiem zeszła po schodach do
swojego samochodu stojącego na ulicy.
Chłodne powietrze nocy w Carmel w Kalifornii ją ożywiło. Zrobiła głęboki
wdech, chłonąc rześkie, dziewicze zapachy, i spojrzała w gwiazdy.
- Otwórz, chcę wsiąść - zwróciła się do auta.
- Tak jest, pani Garden. - Drzwiczki się rozsunęły.
- Nie jestem już panią Garden, tylko panią Gaines. - Siadła za ręczną
sterownicą. - Spróbuj to zapamiętać.
- Tak jest, pani Gaines.
Silnik zawarczał, ledwie wsunęła kluczyk w stacyjkę.
- Czy Pete Garden odjechał? - Omiotła wzrokiem ponurą uliczkę, ale nie
zobaczyła jego wozu. - Pewnie tak.
Poczuła smutek. Byłoby miło usiąść razem o północy i w blasku gwiazd
uciąć sobie małą pogawędkę, jakby nie przestali być małżeństwem...
Cholerna Gra z tymi swoimi odmianami losu. Cholerne szczęście, pech;
tyle nam tylko pozostało. Jako rasa jesteśmy skończeni.
Przytknęła zegarek do ucha.
- Druga piętnaście, pani Garden - odezwał się słaby głosik.
- Pani Gaines - warknęła.
- Druga piętnaście, pani Gaines.
Ilu ludzi żyje w tej chwili na Ziemi? - pomyślała. Milion? Dwa? Ile grup
bierze udział w Grze? Nie więcej niż kilkaset tysięcy. I gdy dochodzi do
gwałtownej śmierci, liczba ludności nieodwracalnie się zmniejsza.
Machinalnie sięgnęła do schowka w poszukiwaniu schludnie opakowanego
paska tak zwanego króliczka. Znalazła go - jeszcze starego, nie nowego
typu - rozpakowała, włożyła do ust i zagryzła.
W mdłym świetle schowka samochodu obejrzała papierek. Jeden martwy
króliczek, pomyślała, przywołując czasy jeszcze sprzed swoich narodzin,
kiedy to za ustalenie tego faktu oddawał życie królik. Pasek w świetle
schowka miał kolor biały, nie zielony. Nie była w ciąży. Cisnęła
zgnieciony papierek do śmietniczki, gdzie uległ natychmiastowemu
spaleniu. Szlag by to trafił, pomyślała załamana. No cóż, czego niby
mogłam się spodziewać?
Samochód oderwał się od ziemi i poleciał ku jej domowi w Los Angeles.
Jest zbyt wcześnie, by mówić o moim szczęściu z Clemem, uświadomiła
sobie. Ponad wszelką wątpliwość. To ją rozpogodziło. Jeszcze tydzień,
dwa, a potem kto wie.
Biedny Pete, pomyślała. Nawet nie wykręcił trójki, na dobrą sprawę nie
wrócił jeszcze do Gry. Czy powinnam wpaść do jego posiadłości w okręgu
Marin? Sprawdzić, czy tam jest? Z drugiej strony był w nocy zalany i nieznośny. Odpychający. Nie ma jednak przepisu ani prawa, które
zabraniałoby nam się spotykać poza Grą. Tylko po co? Nie mieliśmy z Pete'em szczęścia, mimo że czuliśmy coś do siebie nawzajem.
Nagle włączyło się radio w samochodzie. Usłyszała emitowany w podnieceniu na wszystkich falach biuletyn informacyjny grupy z Ontario w Kanadzie.
- Tu Szopa Gruszoksięgi - oznajmił entuzjastycznie mężczyzna. - Dziś o dziesiątej wieczór czasu lokalnego spotkało nas szczęście! Jedna z naszych kobiet, pani Don Palmer, jak zwykle bez specjalnej nadziei
ugryzła króliczka i wtedy...
Freya wyłączyła radio.
Dotarłszy do ciemnego, opustoszałego mieszkania w San Rafael, Pete
Garden skierował pierwsze kroki do apteczki w łazience, aby sprawdzić,
jakie leki mógłby wziąć. Bez nich nie zaśnie, dobrze to wiedział.
Snoozex? Trzeba by trzech tabletek 25 mg, żeby na niego podziałały; brał
Snoozex zbyt często i zbyt długo. Potrzebował czegoś mocniejszego.
Zawsze może wziąć fenobarbital, ale jutro będzie do niczego.
Bromowodorek skopolaminy; tego mógłby spróbować.
Chyba że, pomyślał, spróbowałbym czegoś zdecydowanie mocniejszego.
Emfytalu.
Trzy naraz - i więcej się nie obudzę. Nie przy dawkach, jakie biorę. Tak
więc... Zastanawiał się, patrząc na kapsułki na otwartej dłoni. Nikt by mi
nie przeszkodził, nie próbował ratować...
- Panie Garden, z powodu pana stanu nawiązuję łączność z doktorem Macym
w Salt Lake City - oznajmiła apteczka.
- Nie jestem w żadnym stanie - żachnął się Pete. Szybko wsypał kapsułki
emfytalu z powrotem do buteleczki. - Kapujesz? - Czekał. - To była
zwykła chwilowa demonstracja. - Co za koszmar - negocjuje z efektem
Rushmore'a własnej apteczki. - Już dobrze? - spytał z nadzieją.
Apteczka się zatrzasnęła.
Pete westchnął z ulgą.
Zabrzęczał dzwonek u drzwi. Co teraz? - zastanawiał się, wędrując przez
mieszkanie, w którym unosiła się lekka woń stęchlizny. Wciąż myślał o tym, co mógłby wziąć na sen, nie alarmując efektu Rushmore'a. Otworzył
drzwi.
Na progu stała jego jasnowłosa eksżona, Freya.
- Cześć - rzuciła chłodno.
Weszła do mieszkania, wymijając go, opanowana, jakby jej wizyta w roli
żony Clema Gainesa była czymś całkowicie naturalnym.
- Co masz w dłoni? - spytała.
- Siedem tabletek Snoozexu - przyznał.
- Dam ci coś lepszego. Na razie w fazie testowania. - Pogrzebała w skórzanej torebce przypominającej torbę listonosza. - Najnowszy środek
wyprodukowany w New Jersey przez autofab farmaceutyczny. - Podała mu
dużą niebieską kaspułkę. - Nerduwel - oznajmiła, a potem się roześmiała.
- Ha, ha - odparł ponuro Pete. To miał być dowcip. Ne'er-do-well.
Bierz coraz więcej. - Dlatego przyszłaś? - Przez ponad trzy miesiące
była jego żoną, partnerką w Blefie, więc oczywiście wiedziała o jego
bezsenności. - Mam kaca - poinformował ją. - Poza tym Walt Remington
wygrał ode mnie Berkeley. O czym dobrze wiesz. Więc nie mam nastroju do
żartów.
- No to zrób mi kawę - powiedziała Freya. Zdjęła kurtkę z futrzaną
podbitką i przerzuciła przez poręcz krzesła. - Albo ja ci zaparzę. -
Dodała ze współczuciem: - Wyglądasz marnie.
- Berkeley - po co w ogóle wystawiałem akt własności? Nawet nie mogę
sobie przypomnieć. Przy tylu innych dzierżawach... musiałem ulec impulsowi
autodestrukcji. - Zamilkł. - Kiedy tu leciałem, złapałem Ontario na
wszystkich zakresach.
- Ja też to słyszałam - powiedziała, kiwając głową.
- Ich ciąża cię raduje czy przygnębia?
- Nie wiem - odparła chmurnie Freya. - Cieszę się, że im się udało. Ale...
- Z założonymi rękami krążyła po mieszkaniu.
- Mnie przygnębia - wyznał Pete. Postawił czajnik z wodą na kuchence.
- Dziękuję - zasyczał czajnik, a raczej jego efekt Rushmore'a.
- Możemy się spotykać poza Grą - zaproponowała Freya. - To się czasami
zdarza.
- To byłoby nieuczciwe wobec Clema. - Solidarność z Clemem Gainesem -
przynajmniej chwilowo - przeważyła u Pete'a nad uczuciem do Frei.
Poza tym był ciekaw swojej przyszłej żony. Prędzej czy później wykręci
trójkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki