Rozdział 4
Wolne miejsce znalazłam w kącie wagonu, na górnej pół-ce, przy okienku bez szyby. Wdrapałam się tam, po-wciągałam część moich rzeczy, usiadłam na brzegu ławki i odebrałam z czyichś rąk mego syna. Wagon zapełniony był ludźmi do granic możliwości. Większość stanowiły ko-biety z dziećmi. Mówiono, że w wagonie jest nas pół setki.
Nie mogłam tego sprawdzić, bo całą jazdę przesiedziałam za drewnianą przegrodą. Tylko tam znajdowały się cztery ławki przeznaczone prawdopodobnie dla konwojentów.
W dalszej części bydlęcego wagonu podłoga nachylona była lekko ku środkowi, gdzie znajdowała się dziura słu-żąca w czasie jazdy za toaletę. Wzdłuż ścian zamocowane były kółka do przywiązywania zwierząt. Pod nimi, a także na całej podłodze wagonu, pośród spiętrzonych tobołów, siedzieli ciasno stłoczeni ludzie. Głównie chłopi z okolicz-nych wsi.
Pierwszy dzień pobytu w wagonie był najcięższy. Może z powodu zamkniętych tutaj dzieci, które buntowały się, krzyczały i płakały, co powiększało panujące i bez nich za-mieszanie i hałas. Nieprzespana noc, zmęczone twarze ma-tek, obce otoczenie, ścisk i zaduch. To było zbyt wiele dla wrażliwych nerwów dzieci. One jeszcze nie umiały cierpieć.
Cierpienia musiały się dopiero nauczyć.
28
Jerzyk na początku był cichy. Siedział spokojnie na moich rękach i przyglądał się babom w kożuchach. Ich spo-cone zaczerwienione twarze znajdowały się tuż przy jego twarzyczce. Baby głośno użalały się nad moim synem. Że takie maleństwo, że niechybnie zemrze w podróży. Ludzie wymieniali uwagi na nasz temat. Kilkakrotnie usłyszałam swoje nazwisko. Ktoś komuś opowiadał o moim mężu, ktoś inny znał go osobiście. Współczuli mnie, mojemu dziecku i mojej rodzinie. Współczuli sobie i swoim dzieciom. Rozża-lali się coraz bardziej. Śmierdziało rozparzonymi kożuchami i moczem. Było okropnie duszno. Serce waliło mi jak młot.
Spociłam się. Oczyma wyobraźni widziałam śmierć mojego dziecka. Wszystko to było nie do zniesienia.
U góry, na ławce, poczułam się nieco lepiej, mimo iż Jerzyk darł się teraz straszliwie. Wrzasnął dziko, gdy oddałam go komuś na ręce na czas zrobienia dla nas legowiska. Próbowałam przez moment ułożyć porządnie nasze rzeczy, ale wrzask mojego syna był taki przeraźliwy, że trzęsły mi się ręce i wszystko z nich wypadało. Spiętrzyłam więc byle jak pakunki i sięgnęłam po mojego malca. Byle prędzej skoń-czyć z tym krzykiem.
Niespodziewanie Jerzyk zamilkł. Siedział teraz spocony i czerwony i przysłuchiwał się wrzaskom innych dzieci.
Ocierałam jego twarzyczkę i czekałam, kiedy zacznie znowu.
Ale nie, nie zaczynał. Rozglądał się dłuższą chwilę, w końcu wstał, przeszedł dwa kroki w kierunku okienka, po czym skrzywił się i złapał za główkę. Po chwili zawrócił, znowu złapał się za główkę, skrzywił się jak do płaczu i usiadł. Co 29
mu jest, zaniepokoiłam się. Obejrzałam sufit. Z góry, ostrym końcem w dół, sterczały dwa gwoździe. Jerzyk nie próbował
już więcej spacerów.
Trzeba było małemu dać coś do zjedzenia. Przytrzymu-jąc go jedną ręką, drugą przeszukiwałam stos naszych rzeczy. Znalazłam w końcu maszynkę spirytusową, blaszany garnuszek, zapałki, butelkę mleka i bułkę babci wypieku.
Próbowałam wlać mleko do garnuszka i zagrzać je, ale Jerzyk koniecznie chciał mi pomóc. Oboje mało nie spadliśmy z ławki. Zrezygnowałam w końcu i napoiłam mego syna mle-kiem wprost z butelki. Pił chciwie z zamkniętymi oczami.
W rączce ściskał bułeczkę. Gdy skończył pić, siusiał. Trochę za okno, trochę na moje kolana. Potem znów pił. Wreszcie zrobił się ociężały, przestał wyślizgiwać się z moich rąk, nie próbował spacerować ani pełzać. Znalazł sobie inne zajęcie.
Wyrzucał wszystko, co znalazło się w zasięgu jego rączek.
Próbowałam zabawić go jakoś inaczej. Rozgniewał się i za-czął kopać nóżkami. Za cel obrał sobie maszynkę spirytusową, którą usiłował wykopać w kierunku drzemiącego na podłodze starca. Złapałam w porę maszynkę i zdecydowa-łam, że najwyższy czas pozbyć się jej, bo i tak nie będę w sta-nie z niej korzystać. Upraszczanie sobie życia i poprzestawa-nie na minimum ułatwia je znakomicie.
Jerzyk wrzasnął. Był oburzony, że to ja, a nie on wyrzu-cił maszynkę. Potem na przemian płakał, kręcił się, siusiał, wymiotował, schodził z moich rąk, wracał, aż w końcu zasnął. Odłożyłam go na bok i z koca oraz dziecinnej podu-szeczki zrobiłam mu gniazdko, w którym mógłby się bawić 30
i spać. Byłam wyczerpana zachowaniem mojego malca. A to był dopiero pierwszy dzień naszej podróży. Jak wytrzymam dalej? Jerzyk był najmłodszym dzieckiem w wagonie. Miał
trzynaście miesięcy i szesnaście dni. Syn siedzącej naprze-ciwko Ewy miał czternaście miesięcy. Ale z Ewą był jej mąż.
Inne matki miały starsze dzieci i zwykle kogoś z rodziny do pomocy.
Pociąg stał i stał. Minęło dziesięć godzin i nie zanosiło się, aby miał zamiar kiedykolwiek ruszyć. Obie lokomotywy sta-ły martwe. A może je odczepiono, a nas na zawsze, aż do udu-szenia, pozostawiono w wagonach?! Tuż przed zmierzchem przez wybite okno naszego wagonu usłyszałam wołanie:
- Maryniu! Maryniu!
Potem chwila ciszy i znowu wołanie. Potem ktoś wołał
już bez przerwy. Marynia, to było moje imię. Tak nazywali mnie rodzice i rodzeństwo. Ale nikt przecież nie mógł nazy-wać mnie tak tutaj! Wołanie dochodziło z zewnątrz, a tam stała przecież tylko sowiecka straż. Byliśmy dobrze pilno-wani. Do wołania Maryni dołączyło po chwili wykrzykiwa-ne mocnym męskim głosem wołanie jakiejś Urszuli. Usłyszałam tupot nóg. Gwar za okienkiem narastał. Trzeba było poruszyć się i wyjrzeć na zewnątrz. Ludzie pozwolili. Przed-tem męczył ich brak tlenu i dlatego trzymali mnie z dala od rozbitej szyby. Teraz nagle im przeszło. Zrozumieli wi-docznie, że tam, za oknem, coś się dzieje i trzeba koniecznie sprawdzić, co.
Przy moim wagonie stała mamusia. Wzdłuż wagonów szli ludzie z koszami w rekach, z podniesionymi ku okien-31
kom głowami. Przed rampą stali sowieccy żołnierze, za rampą kilkanaście chłopskich furmanek. Mamusia widziana z góry wydała mi się mała. Twarz miała bladą, oczy podkrą-żone. W obu rękach trzymała wyładowane koszyki, przez rękę przewiesiła sweter, który wczoraj zostawiłam w domu rodziców. Patrzyłyśmy na siebie długą chwilę i nie potrafi-łyśmy wymówić ani słowa. Ja, oglądana z dołu, przypomi-nałam pewnie pojmaną i zamkniętą w klatce małpę. Ludzką małpę. Byłam przerażona widokiem mamusi. Byłam pewna, że i ją zgarnięto na zesłanie. Byłam pewna, że za chwilę także ją wcisną do tego piekielnego pociągu i powiozą tam, gdzie i nas planują wywieźć. Moja mamusia nigdzie jednak nie dojedzie. Jest chora na anginę pectoris.
- A tatuś? Gdzie jest tatuś? Czy i jego złapali? - odzyska-łam nagle głos.
- Tatuś jest w domu! Nie martw się, mnie nie złapali, sama przyjechałam! - prędko odkrzyknęła mamusia. - Pani Matylda dała nam znać, że wasz pociąg stoi przy rampie w polu i że ludzie jadą, żeby zobaczyć się ze swoimi bliski-mi. Ja też wynajęłam furmankę i jak widzisz, dopuścili nas do pociągu! - dodała.
- A dlaczego tatuś nie przyjechał?
- Nie pozwoliłam mu. Gdyby Sowietom przyszło do głowy mnie aresztować, to przynajmniej tatuś zostałby w domu. Pisałby do nas listy - mamusia uśmiechnęła się blado.
Ja też się uśmiechnęłam. Bo nikt w naszym domu nie wy-obrażał sobie tatusia piszącego jakiekolwiek listy. A mamu-32
sia znalazła nas, bo chciała nam dostarczyć to, co uznała za niezbędne w podróży na Sybir. Było trudno, ale udało się.
Nie wiedziałam tylko, gdzie zmieścić przywiezione przez mamusię rzeczy.
- Miejsce musi się znaleźć. Jeden koszyk podaj na dół, a na drugi znajdź jakiś gwóźdź lub hak w ścianie wagonu -
powiedziała mamusia.
- Nie widziałam tutaj żadnego haka. Są za to sterczące z sufitu gwoździe. Jerzyk próbował wstać i skaleczył sobie główkę. Płakał. Mamusiu, jak dzieci tutaj strasznie płaczą...
Trudno znieść. Ludzie w wagonie mówią, że wszystkie dzieci w drodze poumierają! - mówiłam przerywanym głosem, z trudem powstrzymując łzy.
- Pokaż mi zaraz twoje dziecko! - zażądała mamusia.
Cofnęłam się. Wyciągnęłam z gniazdka śpiącego Jerzyka i wychyliłam go przez okno. Malec obudził się i próbował
dostać się do babci. A w mojej udręczonej głowie powstała myśl, aby oddać mamusi dziecko. Rzucić na jej ręce Jerzyka, może się uda, może strażnicy nie zauważą. Będzie mu znacznie lepiej przy dziadkach niż przy mnie. Powiedziałam o tym mamusi.
- Nie - przyszła z dołu stanowcza odpowiedź. - Dyskuto-waliśmy o tym z twoim ojcem i zdecydowaliśmy, że nie za-proponujemy ci tego. Nas też mogą lada dzień wywieźć i los dziecka, ze względu na nasz wiek, byłby wówczas znacznie gorszy. A ty, gdy będziesz musiała chronić dziecko, dasz sobie radę. Przetrzymasz. Łatwiej ci będzie przetrzymać z dzieckiem niż gdybyś była sama - dodała.
33
- A jeżeli on zachoruje? Jak go leczyć? - zawołałam rozpaczliwie.
- Zachorować można wszędzie. Nie zapominaj, że Bóg czuwa nad wami i trzeba go prosić o opiekę. W tym więk-szym koszyku zapakowałam trochę lekarstw i płynów dla dziecka - powiedziała smutno mamusia i zapytała mnie, czy mamy ze sobą wodę.
- Nie. Nie zauważyłam wody w wagonie. Ani toalety -
odpowiedziałam.
- W tych wagonach na pewno nie ma toalety, a płynami gospodaruj oszczędnie, bo nie wiadomo, kiedy wam dostar-czą - przykazała mamusia.
Nasza rozmowa została nagle przerwana. Chłop w kożu-chu i ubłoconych oficerkach dopytywał o Urszulę. Pod pa-chą trzymał barani kożuszek. W młodej twarzy mężczyzny widać było rozpacz.
- Zapytam, niech pan określi, jak wygląda! - powiedziałam.
- Młodziutka, jasne włosy, niebieskie oczy, szary sweter!
- mówił.
Z mojego wagonu ktoś wołał, że widział Urszulę, gdy ła-dowano ją do sąsiedniego wagonu. Miała jasne warkocze, szary sweter i malutkie dziecko na rękach.
- Nie, to nie ona. Ona nie miała jeszcze dziecka. Pobrali-śmy się tydzień temu! - odkrzyknął rozpaczliwie.
Ludzie nawoływali się nadal. Przy niektórych wagonach drzwi były nieco odryglowane i przez powstałą w ten spo-sób szparę, pod czujnym okiem sowieckich strażników, po-dawano zesłańcom odzież i żywność.
34
- A skąd mamusia wiedziała, że jesteśmy w tym wagonie? - zapytałam.
Na to pytanie nie otrzymałam już odpowiedzi. Żołnierze zaczęli odpędzać ludzi od wagonów. Mamusia odsunęła się, przeszła posłusznie kilka kroków i zatrzymała się.
- Ja wiem, że zobaczę was znowu! Ciebie, Jerzyka i Jerze-go! My oboje z twoim ojcem wierzymy, że Jerzy żyje, że spo-tkacie się i wrócicie do domu! - zdążyła krzyknąć.
Nie odpowiedziałam. Widziałam jeszcze, jak mamusia odchodzi. Jak siada na chłopski wózek. Nie zdążyłam jej po-machać, bo gwałtownie odwołano mnie od okienka. W wagonie było duszno. Ludzie nie mogli znieść braku powietrza.
35