Zamiast wstępu
Ugryzł mnie skorpion i zdechł.
Znajomi mówili, że to dlatego, iż się nie przedstawiłam. Byłam wtedy nad
jeziorem Turkana w północnej Kenii, w hotelu zawieszonym na drzewach -
tym samym, w którym Angelina Jolie kręciła Tomb Raider: Kolebkę życia.
Tak, dokładnie tam, gdzie bohaterki filmu kopią wrogów z półobrotu, a życie toczy się w trybie przygody.
Skorpiona nie zauważyłam. On mnie - owszem. Broniąc się, użądlił, a ja,
równie impulsywnie i niegrzecznie, zdeptałam go klapkiem. I tyle go
widziano. Palec spuchł, zrobił się czarny, dłoń piekła jak diabli.
Wezwano lekki samolot z pilotem, który był też sanitariuszem (takie
rzeczy w Afryce są całkiem normalne), a ponieważ uznał, że sprawa jest
pilna, wróciliśmy do Nairobi. Lądowanie odbyło się na lotnisku dla tzw.
latających lekarzy.
Czy nie brzmi to jak początek powieści sensacyjno-przygodowej z elementami medycyny katastroficznej? A jednak każde zdanie to prawda.
Albo prawie. Bo to, co przeczytasz w tej książce, rzeczywiście się
wydarzyło. Albo tak mi się wydaje, albo tak to zapamiętałam. A może
tylko tak to sobie opowiadam.
Nie chodzi tu o zmyślanie. Chodzi o sposób widzenia. O to, że historia
to nie tylko fakty - to także ich interpretacja, ton, pierwsze wrażenie.
Czasem przesadzone, czasem skrócone, czasem tylko delikatnie podkręcone.
Jak z tym skorpionem. On rzeczywiście mnie użądlił. Ja naprawdę nie
żartuję z bólu ani z samolotu. Ale tytuł - przyznaj - działa.
Ta książka to zbiór takich właśnie historii. Czasem zabawnych, czasem
dramatycznych, czasem absurdalnych. Wszystkie mają wspólny mianownik:
patrzę na nie z własnego punktu widzenia. Nie obiecuję obiektywizmu.
Obiecuję autentyczność. Taką, jaką tylko pamięć i wyobraźnia potrafią
wspólnie wyprodukować.
Czyli prawdę, która przetrwała użądlenie.
A wszystko to działo się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku - w czasach przełomu, które niektórzy nazywali "polską konkwistą", a inni po
prostu "Dzikim Wschodem". Bo z jednej strony to my z paszportem w zębach
ruszyliśmy zdobywać Zachód, głodni świata i szans. Z drugiej - to świat
ruszył do nas. Ekspaci, doradcy, ambasadorzy nowego stylu życia.
Przyjeżdżali z kredytami zaufania i kartami kredytowymi, trochę jak
dawni konkwistadorzy, tylko w lnianych garniturach.
Nie było krwi - wszystko za obopólną zgodą. Ale żądła pozostały. A jad -
jak to jad - czasem zabijał, czasem leczył.
* * *
Jak opisać atmosferę lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku?
Najprościej: nieustający melanż entuzjazmu i lęku, wolności i niepewności, euforii podszytej gorączkowym niepokojem.
Po dekadach reglamentacji, szarzyzny i wiecznego "nie ma" świat nagle
eksplodował kolorami. Reklamy, dżinsy, fast foody, plastikowe gadżety i cała zachodnia tandeta - błyszcząca, jaskrawa, absolutnie nie do
odparcia - wsunęły się do naszej rzeczywistości jak katalog wysłany
przez pomyłkę na koniec świata. Koniec świata, który właśnie wrócił z przymusowych robót i postanowił się urządzić. Z rozmachem. Ludzie
zachowywali się jak dzieci wypuszczone na podwórko po tygodniu ulewnego
deszczu. Każdy chciał wszystkiego, naraz, natychmiast. Granice przestały
istnieć, zakazy się rozmyły, a możliwości mnożyły jak grzyby po deszczu
- nikt tylko nie sprawdzał, które są trujące.
Odreagowanie PRL-u przypominało wesele u nowobogackiego wujka: złote
krany, wypasione skórzane sofy, cegłofony przyklejone do ucha, pierwsze
Mercedesy "na firmę" i hurtowe zakupy w supermarketach, które
przypominały raj - o ile raj oferuje promocje keczupu i lokówek.
Garnitury były dwa rozmiary za duże, skarpetki białe i dumnie
wyeksponowane, a kobiece kreacje błyszczały, jakby ktoś wysypał brokat
na disco polo. Sukces pachniał wodą kolońską z kiosku i stresem
pourazowym po kontakcie z urzędem celnym.
Kapitalizm był nową religią. Przedsiębiorczość - sakramentem.
A każdy, kto miał komputer Amiga, modem 56k i kontakt w hurtowni z AGD,
czuł się lokalnym Rockefellerem. Turbo Rockefellerem. Wszyscy mieli
zostać milionerami, najlepiej przed sylwestrem. W wyobraźni każdy
siedział już przy basenie przyklejonym do willi z katalogu OBI, a na
podjeździe parkowała karawana aut "sprowadzonych, niebitych".
Problem w tym, że pojęcia "biznes" i "ryzyko" rozumieliśmy wtedy tak jak
angielski po kursie z kasety Hello, my name is success.
Wydawało się, że wystarczy mieć pomysł, entuzjazm i kogoś znajomego, kto
zna kogoś, kto zna kogoś z banku. Czasem mam przed oczami tamte lata i nas samych. To trochę jak plaża pełna małych żółwików biegnących do
oceanu w przekonaniu, że każdy zostanie rekinem.
A przecież pierwsza lepsza mewa (czytaj: konkurencja z Zachodu) tylko
czekała. Ale my się nie baliśmy.
Liczyła się fala. Złapać ją. Płynąć. Bez mapy, bez boi, bez kapoka, za
to z wiarą większą niż zdrowy rozsądek i energią nie do zdarcia. Bo
wiedzieliśmy jedno: Jak nie teraz, to kiedy? Jak nie my, to kto?
Ktoś kiedyś powiedział, że majątki zdobywa się w dwóch momentach
historii - gdy kraj się odbudowuje albo gdy idzie na wojnę. Nam trafiło
się to pierwsze. I choć nikt nie rozdawał instrukcji, czuliśmy, że
jesteśmy we właściwym miejscu, w najdziwniejszym, ale naszym czasie.
Wcześniej ktoś próbował nam wmówić, że jesteśmy pokoleniem straconym.
Bzdura.
Wejście w dorosłość w 1990 roku to było jak wygrana w totka, tyle że
zamiast pieniędzy dostawało się deadline, telefon stacjonarny i niezachwiane przekonanie, że wszystko się da.
Pamiętaliśmy smak pustych półek, ale byliśmy wystarczająco młodzi, żeby
nie ugrzęznąć w PRL-owym myśleniu. Plastyczni, głodni, naiwni. Gotowi do
pracy po trzynaście godzin dziennie - i o ironio, dumni z każdej
dodatkowej godziny. Bo wtedy nikt nie mówił o wypaleniu. Jak ktoś płakał
w pracy, to w łazience - i szybko wracał do komputera. Work-life
balance?
To był czas: work fast or get out. Albo jeszcze szybciej. Na Dzikim
Wschodzie wszystko było możliwe.
A my - młodzi, niedoszkoleni i lekko szaleni - lecieliśmy na złamanie
karku.
CV pisaliśmy w Wordzie 2.0, a garnitur kupowaliśmy "na okazji" i tak z dumą paradowaliśmy na spotkaniach, podczas których nikt nie pytał o doświadczenie, tylko o to: "czy umiesz to zrobić do piątku?". Firmy
zachodnie nie szukały profesorów. Szukały ludzi, którzy nie zadawali
zbyt wielu pytań, nie liczyli nadgodzin i nie mieli złych nawyków.
Świeżych, elastycznych i... tanich. Trzydziestolatkowie na dyrektorskich
stołkach? Oczywiste. A czasem i młodsi.
Starsze pokolenia kiwały z politowaniem głowami, że dzieci dorwały się
do steru, a my - w garniturach z kredytu i z błyskiem w oku - byliśmy
pewni, że świat sam się podłoży, żebyśmy mogli po nim przejść.
Warszawa? To był kocioł. Miasto obietnic i ambicji. Przyjeżdżało się tu
z walizką, w której były pożyczony garnitur, buty z bazaru i dezodorant
z kiosku.
Wynajmowało się pokoje w dziesięcioosobowych mieszkaniach i każdego
ranka ruszało do walki o zlecenie, o kontakt, o "swoje pięć minut".
Energia w stolicy była jak wrzątek w garnku - coś się cały czas
gotowało, kipiało, wybuchało i przelewało.
To były powojenne lata bez wojny. Nie decydowało pochodzenie ani
znajomość z "towarzyszem ministrem". Liczyły się szybkość, talent,
wyczucie i siła przebicia.
W tym rozpalonym mieście pojawiali się ekspaci - wysłannicy zachodnich
koncernów. Nie wujkowie z Chicago w dresach Adidasa. To byli panowie z Londynu, Paryża, Nowego Jorku.
Białe zęby, głos z CNN, perfumy jak z lotniska w Zurychu. Mówili "asap",
"deadline", "brief", "kejpiaje". A my kiwaliśmy głowami i gorączkowo
sprawdzaliśmy po powrocie, co to znaczy. Wierzyliśmy, że oni wiedzą
więcej. Że mają dostęp do wiedzy, której jeszcze nie posiedliśmy. Że
przynieśli ze sobą przyszłość: pachnącą, uśmiechniętą, pewną siebie. I chcieliśmy do niej wejść. Bez pukania. Wydawało się nam, że do Polski
przyjeżdżają najlepsi. Profesorowie ekonomii, wyjadacze marketingu,
mistrzowie sprzedaży. Ludzie, którzy wcześniej tworzyli kampanie dla
największych marek świata, a teraz, z jakichś tajemniczych powodów,
postanowili dzielić się swoją mądrością w Warszawie, Łodzi czy
Bydgoszczy. Wpatrywaliśmy się w nich jak w półbogów. Zachłannie
notowaliśmy każde słowo, każde "benchmark", każde "brand awareness"
wypowiedziane z miękkim akcentem. Uznawaliśmy ich za posłańców
zachodniego sukcesu, takich, co mają w kieszeni przepis na prosperity, a w laptopie - slajdy ze złotym kluczem do przyszłości.
Dopiero z czasem okazało się, że to nie byli żadni wielcy stratedzy ani
rekiny branży. To byli technicy. Średnia kadra. Niedoszli konsultanci,
którym w centrali uprzejmie zaproponowano "rozwój w regionie". Eksperci
od przestawiania przecinków i koordynowania projektów w krajach, których
nazw nie umieli poprawnie wymówić. Zostali wypchnięci na emerging
market. Na nas. I choć początkowo nosili tytuły dyrektorów, brand
managerów i regionalnych advisorów, po latach zostali po prostu ludźmi.
Zwykłymi. Pisanymi przez małe "l". Z czasem zaczęliśmy patrzeć inaczej.
Z dystansem. Z ironią. A niekiedy - z pobłażliwym uśmiechem.
Bo choć przywieźli świat, to i my - nie wiedzieć kiedy - zaczęliśmy go
współtworzyć. Po swojemu. Z błędami, z improwizacją, z charakterystycznym "jakoś to będzie", ale jednak.
Zrobiliśmy swoje.
I co więcej, okazało się, że to my jesteśmy lepiej wykształceni. Że choć
PRL był szary, absurdalny i pełen propagandowej waty, to szkoły,
szczególnie licea i uniwersytety, naprawdę uczyły myślenia. Nie "testów
kompetencyjnych" ani "zarządzania sobą w czasie", tylko logicznego
wnioskowania, czytania między wierszami i błyskawicznego kojarzenia
faktów. Uczyły też, trochę mimochodem, kreatywności. A może raczej
kombinowania. Bo jak nie było podręcznika, to się samemu pisało ściągę.
Jak nie było sprzętu, to się go montowało z trzech popsutych. Jak nie
było budżetu, to się znajdowało "inny sposób". Nie czekaliśmy na brief
ani na zatwierdzenie przez komitet sterujący. Działało się. Szybko,
czasem chaotycznie, ale skutecznie.
To my potrafiliśmy zorganizować konferencję z niczego, załatwić pięć
drukarek "na jutro", wymyślić kampanię w weekend i zrobić event w pustej
hali, która dzień wcześniej była magazynem. Nie mieliśmy prezentacji na
dziesięć slajdów. Mieliśmy pomysł, determinację i znajomego, który znał
faceta z telewizji.
I w tym wszystkim ja.
Albert
Jako świeżo upieczony doradca ministra przekształceń własnościowych do
spraw komunikacji i promocji w styczniu 1993 roku pojechałam - o ile
dobrze pamiętam - na pierwszy w Polsce festiwal reklamy. Do Krakowa.
Reklama? Wtedy brzmiało to jeszcze jak science fiction. Owszem, w latach
osiemdziesiątych czegoś już próbowano - wprowadzano slogany, jakieś
grafiki, Prusakolep miał swoje pięć minut - ale nikt przy zdrowych
zmysłach nie mówił o "branży reklamowej".
Dopiero wchodziły pierwsze agencje. Pojawiali się pierwsi zachodni
eksperci - z prezentacjami na przezroczystych foliach i słownikiem
pojęć, których nikt tu jeszcze nie rozumiał.
A na ekranach telewizorów zadebiutowała pierwsza reklama podpasek Always
ze słynną do dziś frazą "z pewną taką nieśmiałością", która natychmiast
weszła do języka potocznego jako ironiczny komentarz do wszystkiego, co
nowe, niezręczne i importowane z Zachodu.
Ministerstwo, w którym pracowałam, powstało właściwie z niczego.
Dosłownie. Zespół tworzyli młodzi ludzie, czasem bardzo młodzi. Średnia
wieku nie przekraczała trzydziestu dwóch lat. Byliśmy trochę jak
harcerze w nowym świecie: pełni zapału, z sercem po właściwej stronie,
ale i z mapą, na której co drugi kontynent był jeszcze nieodkryty. Nie
wstydzę się tego - byliśmy pretorianami transformacji. Bardziej
wierzącymi niż wiedzącymi, że to, co robimy, ma sens. Wiedzieliśmy, że
epoka propagandy się skończyła. No i czym ją zastąpić?
Jak mówić o wielkiej przemianie bez patosu i fałszywej emfazy? Jak
wytłumaczyć ludziom, czym właściwie są prywatyzacja, deregulacja czy
wolny rynek - w kraju, gdzie jeszcze niedawno wszystko było "nasze
wspólne", a zarazem niczyje?
A media? Cóż, dziennikarze nie pomagali. Dla nich tylko zły news był
dobrym newsem, a edukację czy tłumaczenie czegokolwiek uznawali za nudną
dekorację. Hasło "pozytywny przekaz" brzmiało dla nich jak oksymoron. A przecież naszym zadaniem było właśnie to: tłumaczyć, wyjaśniać,
uspokajać. Budować język zaufania, zanim jeszcze ktoś wymyślił content
marketing i storytelling.
To było wyzwanie.
Nie tylko dla mnie - choć to ja dostałam zadanie stworzenia czegoś w rodzaju strategii komunikacyjnej, zanim jeszcze wiedzieliśmy, co to
właściwie znaczy - ale dla całego zespołu, który uczył się na żywo, na
własnych błędach i sukcesach.
Robiliśmy pierwsze konferencje prasowe z flipchartami i trzeszczącym
mikrofonem. Pisaliśmy ulotki, które miały tłumaczyć zawiłości procesów
prywatyzacyjnych, ale często bardziej przypominały komunikaty z innego
wymiaru.
Nie mieliśmy jeszcze języka, który byłby zrozumiały i jednocześnie
profesjonalny.
Nie było "brand booków", "key visuali" ani "tone of voice". Było:
"napisz coś, co nie brzmi jak komunikat PZPR i nie rozwścieczy ludzi".
A jednak coś się rodziło. Zamieszanie było ogromne, ale też ekscytujące.
Uczyliśmy się wszyscy - my, urzędnicy z przypadku, dziennikarze z przekonania i ci pierwsi reklamowi prorocy z Zachodu, którzy chcieli z Polski zrobić drugą Japonię. Tyle że bez morza ze wszystkich stron i z nieco większym chaosem. To nie była jeszcze komunikacja strategiczna.
Raczej intuicyjne działania podszyte wiarą, że "jakoś to ogarniemy". I w gruncie rzeczy ogarnialiśmy. Po swojemu. Pioniersko. Bez gotowych
wzorców, bez podręczników, często też bez pełnej świadomości, co
właściwie robimy. Jak te małe żółwie biegnące do morza - z determinacją,
entuzjazmem i całkowitym brakiem planu B.
Festiwal reklamowy w Krakowie, na który pojechałam na początku 1993
roku, był próbą nauki - bardziej poszukiwaniem formy niż przeglądem
gotowych standardów.
Organizacyjnie daleko mu było do profesjonalizmu, ale nikt się tym
specjalnie nie przejmował. Atmosfera była pełna ciekawości, zachwytu i przekonania, że uczestniczymy w czymś ważnym - nawet jeśli nie do końca
wiedzieliśmy jeszcze w czym.
Jednym z najbardziej pamiętnych wydarzeń była wtedy Noc Reklamożerców -
cała noc w kinie, pokaz najlepszych reklam z całego świata. Dla wielu z nas to było jak uchylenie okna do zupełnie innej rzeczywistości.
Zachwyt, śmiech, westchnienia i marzenia, że może kiedyś i u nas
powstaną kampanie równie błyskotliwe. Nikt nie miał wątpliwości, że
właśnie bierzemy udział w czymś większym - budujemy nową rzeczywistość.
Z nowym językiem, nowym obrazem, nowym stylem.
Już wcześniej obserwowałam, jak pierwsze spółki giełdowe próbowały
komunikować się z rynkiem.
TONSIL, KABLE, EXBUD - nazwy, które dziś brzmią jak hasła z krzyżówki
historyczno-gospodarczej. Może pamiętają je jeszcze archiwiści... Albo ci,
którym mama nie wyrzuciła teczki ze starymi numerami "Rzeczpospolitej".
Notowania giełdowe pojawiały się wtedy w prasie raz w tygodniu, a sama
Giełda Papierów Wartościowych przypominała raczej giełdę rolną - tylko
zamiast jajek i marchewki handlowano przyszłością polskiej gospodarki.
Jako dziennikarka patrzyłam na to początkowo z dystansu. Trochę jak
spacerowiczka w zoo, który podziwia lwy przez szybę. Teraz jednak miałam
wejść do środka.
Zrozumieć, jak to się naprawdę robi: jak mówić o akcjach i obligacjach w sposób zrozumiały, atrakcyjny i zgodny z prawem.
A to ostatnie bywało wyzwaniem, bo wówczas reklama dotycząca sektora
finansowego miała wyraźnie określone granice. Obowiązywało jeszcze coś
takiego jak "odpowiedzialność przekazu". Wyobrażacie sobie?
Równolegle musiałam też oswoić świat FMCG - dynamiczny, kolorowy,
bezwzględny. Tu nie było czasu na refleksję.
Kiedy robić badania? Jakie badania? I czym właściwie różni się PR od
rozdawania ulotek w przebraniu marchewki w centrum handlowym? Na własny
użytek stworzyłam prostą definicję: PR to komunikacja z mózgiem, reklama
- z portfelem. Ale wtedy wszystko trzeba było wymyślać na nowo. Uczyć
się w biegu. Czasem bez mapy, czasem pod prąd, czasem w złym obuwiu.
Za to z ogromną energią i przekonaniem, że uczestniczymy w czymś
naprawdę istotnym.
* * *
Kraków z festiwalem reklamy wpisywał się w konieczność nawiązania
współpracy zarówno z biurem reklamy TVP, kierowanym już wtedy przez
nowego szefa Piotra Gawła, jak i w konieczność poznania jak największej
liczby firm reklamowych, promocyjnych i badawczych. Wśród nich były
m.in. SMG/KRC - zespół młodych badaczy z Uniwersytetu Warszawskiego,
pracujących pod kierunkiem legendarnego weterana amerykańskich kampanii
gubernatorskich Neda Kenana - oraz jedna z pierwszych polskich agencji
reklamowych Image Art, prowadzona przez Roberta Boczkowskiego. W świecie, który dopiero uczył się, czym właściwie jest reklama, Image Art
Roberta Boczkowskiego była jak objawienie. Jedna z pierwszych
prawdziwych, autorskich agencji reklamowych, która nie próbowała
kopiować Zachodu, tylko od razu grała swoją melodię. To właśnie z tej
agencji wyszła kampania, która dziś ma status kultowej - reklama Polleny
2000 z hasłem: "Ociec, prać?". Jeśli ktokolwiek w Polsce lat
dziewięćdziesiątych miał telewizor, to znał ten spot. A jeśli nie znał,
to i tak znał hasło - funkcjonowało jako żart, bon mot i dowód, że
reklama może wejść do języka codziennego. Kampania odwoływała się do
Potopu Sienkiewicza, a dokładnie - do braci Kiemliczów, postaci
znanych z sarmackiej brawury i wiecznie gotowych do akcji. W spocie
bracia, w kontuszach i z szablami, patrzą na ojca i pytają: "Ociec,
prać?". Ale nie chodziło, rzecz jasna, o Szwedów, tylko o pranie.
Zimowy Kraków miał wtedy w sobie coś z magicznego snu. Ulice wokół Rynku
były przysypane świeżym śniegiem, a na tej białej nawierzchni słychać
było chrzęst butów i szybkie kroki spieszących na seanse uczestników. Na
Sukiennicach wisiały długie sople lodu, a zza firanek kawiarni sączyło
się miękkie, ciepłe światło przyciągające zmarzniętych przechodniów. Nad
wszystkim unosił się lekki zapach grzanego wina, mokrego drewna, a w powietrzu mieszały się języki - polski, angielski, francuski - bo
festiwal przyciągał także zagranicznych gości.
I właśnie wtedy, pośród śniegu, zaparowanych szyb i rozmów o wielkich
planach, wydarzyło się coś, co miało zostawić ślad nie tylko w notesie,
ale i w sercu.
* * *
W jednej z sal kinowych, tuż przed słynną "Nocą Reklamożerców", panowie
Boczkowski i Gaweł przedstawili mi Holendra, ich najważniejszego klienta
i właściciela marki proszków do prania, która zbierała wszystkie nagrody
za reklamę. Nie był zbyt wysoki - jasne blond włosy, chłodne,
przenikliwe niebieskie oczy i świetnie skrojona marynarka od razu
zdradzały jego zawodowe wyczucie stylu. Wśród rozgadanych widzów i szmeru oczekiwania wyróżniał się intensywnością swojego bycia oraz
swobodnymi uwagami na każdy temat. Jego elegancja miała w sobie coś z profesjonalizmu ludzi, dla których każdy detal ma znaczenie - choćby
krawat w drobny wzór kaczek, który z pozoru wyglądał zabawnie, a jednak
świadczył o przemyślanej nonszalancji.
Granat marynarki, ciemnoszare spodnie i brązowe garniturowe buty - to
nie był styl garniturków z polskich sklepów, zwykle nieco za ciasnych
dla noszących. Nuta eleganckiego zapachu i wilgotne chusteczki, które
pojawiały się znikąd w jego dłoniach... Czułam się trochę niezgrabnie w przydużej marynarce i zimowych, ciepłych butach, żeby chociaż na
szpilkach.
Rozmowa, prawdę mówiąc, kulała. Mój angielski był wówczas na poziomie
nieco niższym niż podstawowy. Radziliśmy sobie jednak za pomocą gestów i prowizorycznych szkiców na kartkach, traktując trudności językowe z pewnym rozbawieniem. Wbrew pozorom ta nieporadna komunikacja stworzyła
atmosferę swobody i dystansu, który okazał się bardziej pomocny niż
oficjalne konwersacje.
Nie łudziłam się jednak co do źródeł jego zainteresowania.
Prawdopodobnie nie poświęcałby mi tyle uwagi, gdyby nie wizytówka
doradcy ministra, którą przekazałam na początku spotkania. Dla ekspata,
pełniącego funkcję zakładającą działania pionierskie na rynkach dopiero
otwartych, kontakt z osobą z kręgów rządowych miał znaczenie
strategiczne. Ja z kolei cieszyłam się, że koncern Holendra zakupił
firmę produkującą detergenty, zanim się poznaliśmy - i nie zachodzi
konflikt interesów. A z drugiej strony - oczywiście - imponowało mi
zainteresowanie mężczyzny z, nie ma co się łudzić, lepszego świata.
Późną nocą, po emisjach wszystkich nagrodzonych reklam, postanowił
odprowadzić mnie do hotelu, nie zważając na warunki. Jego lekkie buciki,
zupełnie nieprzystosowane do polskiej zimy, ślizgały się na każdej
przyprószonej śniegiem zamarzniętej kałuży. Nasza droga bardziej
przypominała tor Wielkiej Pardubickiej niż zwykły nocny spacer po
Krakowie. Co kilka kroków tracił równowagę, próbując utrzymać się na
nogach z niejaką godnością, choć częściej lądował na śniegu, niż udawało
mu się wyjść z poślizgu obronną ręką.
Tak wyglądało pierwsze spotkanie z Albertem S. Osobliwa mieszanina prób
utrzymania profesjonalnego kontaktu i złośliwości losu, który postanowił
wystawić na próbę zarówno nasze zdolności językowe, jak i przydatność
jego eleganckiego obuwia.
W tamtym czasie różnica między życiem prywatnym a zawodowym była mniej
więcej taka, jak między poruszaniem się na lodzie a prowadzeniem
gospodarki rynkowej: w obu przypadkach chodziło o to, żeby utrzymać
równowagę i nie wylądować na tyłku.
* * *
Ministerstwo Przekształceń Własnościowych mieściło się przy Kruczej 36 -
w wielkim gmachu odziedziczonym po byłej administracji państwowej.
Budynek miał w sobie coś z zapomnianego świata: od dziesięcioleci nikt
go nie remontował, a każdy korytarz przesiąknięty był zatęchłą
mieszaniną zapachów tanich papierosów, starego lakieru do podłogi i obowiązkowej w tamtych czasach boazerii.
Na pierwszym piętrze mieściły się gabinet ministra oraz biura
podsekretarzy stanu, którzy urzędowali w kolejnych pokojach -
ustawionych według ważności ścieżki prywatyzacyjnej - niemal drzwi w drzwi. Po drugiej stronie długiego, ciemnego korytarza, w dawnych
gabinetach dyrektorów departamentów, ulokowano zespół rzecznika
prasowego oraz doradców - świeżo upieczonych, pełnych zapału, często
jeszcze bez większego doświadczenia, za to z poczuciem, że uczestniczą w czymś naprawdę przełomowym. Krążyło się tam po skrzypiących parkietach,
przemykając między rzędami wysłużonych biurek, starych metalowych szaf i prowizorycznie skleconych stołów konferencyjnych. To był świat, który
próbował nadążyć za zmianami, choć wciąż tkwił jedną nogą w epoce, którą
właśnie miał definitywnie zamknąć.
Pojawiły się już pierwsze komputery, kopiarki i drukarki, ale wszystko
to wciąż było wymieszane z nowymi meblami postawionymi na zdartych,
wyblakłych dywanach - jakby ktoś próbował na szybko przykryć ślady
przeszłości świeżym lakierem nadziei.
Nie pracowaliśmy od ósmej do piętnastej. Właściwie zdarzało się, że nie
wychodziliśmy z budynku przez kilka dni przekonani, że właśnie dzieje
się historia i nie wolno odpuszczać. A ciśnienie polityczne i społeczne
było niemałe.
Zmiana zawsze budzi lęk: co dalej? jak dalej? czy damy radę? czy to, co
robimy, ma w ogóle sens? Tym bardziej że nikt wtedy nie wiedział, jak
właściwie przeprowadzać proces prywatyzacji. W zasadzie uczyliśmy się
wszystkiego w biegu, z przekonaniem, że skoro jeszcze nie wybuchło, to
znaczy, że idziemy w dobrą stronę. Ale przecież nikt wcześniej nie robił
tego w taki sposób.
To była być może pierwsza w historii zmiana ustrojowa, która nie była
okupiona krwią. Nie było barykad, czołgów ani ucieczek nocą przez
granicę. Było za to coś znacznie trudniejszego do opisania - masowe
poczucie niepewności. Bo jak zmienić wszystko, nie zmieniając niczego
gwałtownie? Jak wprowadzić wolny rynek w kraju, gdzie jeszcze wczoraj
"wolność" była słowem podejrzanym? Jak powiedzieć ludziom, że ich
umiejętności, całe życie zawodowe, będą teraz "do przeszkolenia"? Że
bezpieczeństwo, które znali - choćby iluzoryczne - nie wróci?
Najbardziej bali się ci, którzy już raz coś stracili - pokolenie naszych
rodziców i dziadków. Ludzie, którzy przeżyli wojnę, przesiedlenia,
nacjonalizację, kolektywizację, czasy, gdy jedna decyzja urzędnika mogła
zniszczyć rodzinę. Oni wiedzieli, że każda zmiana systemu ma swoją cenę,
nawet jeśli na początku wydaje się darmowa. Z kolei młodsi - ci, którzy
w dorosłość wchodzili razem z transformacją - byli pełni euforii, ale i złudzeń. Wierzyli, że wystarczy chcieć. Że Zachód już czeka z otwartymi
ramionami i że paszport w kieszeni to bilet do raju. Nie rozumieli
jeszcze, że kapitalizm to też system i też ma swoich wykluczonych, swoją
brutalność i swoje gry.
W Warszawie mówiło się o "szansie", o "nowym początku". Ale na prowincji
częściej słyszało się słowa: "kombinują", "nasi już nie mają szans", "to
wszystko dla nich, nie dla nas".
Zmiana przychodziła nierówno - społecznie, geograficznie, pokoleniowo.
Dla jednych była wybawieniem, dla innych końcem świata, który - choć
ułomny - był znany. I to było widać niemal wszędzie. W Warszawie -
szczególnie tej nowej, posttransformacyjnej - dominował język sukcesu:
start-upy, leasing, opcje menedżerskie, ekspansja, PR, benefit. Ludzie
przestali mówić o "zarobkach", a zaczęli mówić o "projektach". Nie było
już pensji, były faktury. Nie było pracy, tylko współpraca B2B. Nie było
życiorysu, tylko CV.
Ale wystarczyło pojechać dwie godziny za miasto, żeby zrozumieć, że ten
język nie tłumaczy się na lokalne dialekty rzeczywistości. Tam
transformacja oznaczała zamkniętą fabrykę, bezrobocie, kredyt na lodówkę
i syna w Anglii, który "na zmywaku, ale legalnie". W miastach
wojewódzkich powstawały nowe biurowce, a w miasteczkach powiatowych -
lombardy i sklepy z używaną odzieżą z Holandii.
Rozpędziła się klasa średnia, ale też rozpękła się społeczna tkanka.
Ludzie, którzy kiedyś stali w tych samych kolejkach, teraz przestali się
rozumieć. Jedni zaczęli jadać sushi, drudzy kupowali pasztet w promocji
i sprawdzali ceny przy kasie. Jedni rozważali opcję funduszu
inwestycyjnego, drudzy - czy starczy na rachunek za prąd. Zaczęły się
pojawiać podziały, które nie były jeszcze do końca nazwane, ale już
bardzo wyraźnie odczuwane. Nie chodziło tylko o pieniądze, chodziło o poczucie przynależności do przyszłości albo do przeszłości. O to, czy
świat robi się coraz bardziej "nasz", czy coraz bardziej "nie nasz".
* * *
Pewnego dnia do mojego gabinetu zawitał światowy koncern komunikacyjny
Burson-Marsteller z propozycją współpracy w obszarze public relations.
- To bardzo interesujące - powiedziałam z całym należnym entuzjazmem. -
A co to właściwie jest?
Po krótkiej dyskusji umówiliśmy się, że jeżeli mnie nauczą, jak i z czym
to się je, to będziemy mogli współpracować. Bo na razie, uprzedziłam ich
uczciwie, jestem wobec ich oferty absolutnie bezradna, jak kura wobec
urządzenia do łapania jajek na taśmie produkcyjnej.
Byliśmy na progu jednego z najważniejszych programów
ekonomiczno-politycznych tamtej dekady - powszechnej prywatyzacji. Świat
wchodził drzwiami i oknami, a my uczyliśmy się go w locie, najlepiej,
jak umieliśmy. Pierwsze spotkania przypominały raczej lekcje
intensywnego kursu językowo-kulturowego niż rozmowy biznesowe. Pamiętam,
jak podczas jednej z dyskusji o strategii komunikacyjnej padło pytanie:
- Czy jesteśmy gotowi na crisis management?
Przytaknęłam odruchowo przekonana, że chodzi o jakieś nowe metody
zarządzania czasem kryzysu wieku średniego. Dopiero po kilku dniach, gdy
ktoś przyniósł mi fragmenty przetłumaczonego podręcznika public
relations, zrozumiałam, że crisis management to nie terapia grupowa,
tylko plan awaryjny na wypadek katastrofy medialnej.
Wtedy nauczyłam się podstawowej zasady: jeśli nie wiesz, o czym mowa,
lepiej zadawać pytania - zanim podpiszesz coś, co później wybuchnie ci w rękach.
* * *
Ale prawdziwe lekcje dopiero miały nadejść. I jak to bywa w życiu, nikt
nie rozdawał fiszek ani nie robił próby generalnej. Wszystko szło na
żywca.
Dla Ministerstwa Przekształceń Własnościowych promocja i informacja były
kluczowe. Chodziło o to, żeby jakoś sensownie wytłumaczyć ludziom, że
zmiany są konieczne, a nie że "ktoś chce nam coś zabrać". Przekonanie,
że jesteśmy potęgą ekonomiczną, wykreowane przez poprzedników miało się
nijak do codzienności, w której na prawie wszystko, co produkowano, nie
było zbytu. Jednocześnie chodziło też o to, jak dać tym samym ludziom
szansę.
Trwały gorączkowe przygotowania do wielkiego programu - wymyślonego
przez szefa resortu i naszego czołowego ekonomistę. Nie poszliśmy śladem
Czechów, gdzie prywatyzacja polegała na szybkim rozdaniu kuponów
każdemu, kto się schylił. Polska wersja miała być bardziej ambitna:
fundusze zarządzające, inwestorzy instytucjonalni, transfer wiedzy,
merytokracja. Miało być pięknie. Czy miało to sens, czy nie - nie mnie
oceniać. Może i zakładano słusznie, że uda się wciągnąć do Polski
nowoczesne standardy zarządzania. Może liczono na transfer wiedzy jak na
gwiazdkę z nieba. Ale nie uwzględniono jednej rzeczy: polskiego sprytu.
Zorganizowany skup świadectw udziałowych ruszył szybciej niż bazarki.
Świadectwa, które miały być paszportem dla wszystkich do nowego
kapitalizmu, stały się zbiorem dla tych, którzy potrafili szybciej
liczyć i mniej się wzruszać.
No cóż - wszyscy dopiero się uczyliśmy. Czasem na cudzych błędach, a częściej - na własnych.
Ale nawet w największym chaosie trafiają się momenty, które zmieniają
zasady gry. I czasem wystarczy jedno słowo.
* * *
Jednym z przełomowych momentów były badania socjologiczne, które
przeprowadziłam wspólnie z SMG/KRC.
Z pozoru nic wielkiego, zwykłe fokusy, parę wywiadów pogłębionych,
tabele, wykresy, słupki zaufania. A jednak ich wynik był dla mnie jak
kubeł zimnej wody. Pokazały coś absolutnie fundamentalnego: nie możemy
ludziom mówić, że "sprzedajemy firmy", musimy mówić, że "szukamy dla
nich inwestorów". Że szukamy nie właścicieli, ale "opiekunów". Tylko
tyle. Jedno zdanie. Mała zmiana słów, a gigantyczny skok zaufania
społecznego.
Jeden zwrot i nagle, zamiast złodziei, stawaliśmy się ratownikami
przemysłu. To był pierwszy raz, kiedy zrozumiałam na własnej skórze, jak
głęboko język kształtuje nie tylko emocje, ale także legitymizację
działania. Że komunikat ekonomiczny nie może być oderwany od społecznego
kodu odbiorcy. I że jeśli chcesz coś naprawdę zmienić, musisz najpierw
zmienić język, jakim o tym mówisz. Bo przecież społeczeństwo po 1989
roku było zbudowane na głodzie nadziei i potężnym strachu. Strachu przed
tym, że zostanie oszukane jeszcze raz. Że "oni" znowu coś załatwią za
plecami "nas". Że ktoś zabierze, zamiast dać.
Dla wielu ludzi słowo "prywatyzacja" brzmiało jak wyrok. Wcześniej
należeliśmy wszyscy do PGR-u, do zakładu, do państwa. A teraz mieliśmy
"być właścicielami"? Tylko że nikt nie mówił, co to znaczy. A jak już
mówił, to niezrozumiale, w języku, którego nikt nie tłumaczył. W rzeczywistości ludzie nie bali się prywatyzacji. Bali się opuszczenia.
Drugim sposobem na obniżenie lęków było więc przybliżenie całego tematu,
a najlepiej jego obśmianie.
Z pomocą przyszło coś, co znałam od środka: kultura popularna.
Moje stare doświadczenia ze szkoły filmowej, teatralne znajomości,
zaplecze z Filmówki - wszystko to okazało się nie tylko przydatne, ale
także strategiczne.
Od zaprzyjaźnionych producentów dowiedziałam się, że powstaje druga
część kultowego serialu Czterdziestolatek. Dwadzieścia lat później.
Reżyserował Jerzy Gruza, a producentem był Kajtek Kowalski, stary
wyjadacz, który wiedział, jak rozśmieszyć Polskę tak, żeby nikt nie
poczuł się upokorzony.
Podchwytuję temat i namawiam ministra, żeby zasponsorować odcinki
poświęcone prywatyzacji. Nie jako agitkę, nie jako reklamę, ale jako
oswojenie. Bo kiedy się śmiejemy, przestajemy się bać. Udało się. Firma
Quater Latiné dostaje zlecenie. Ja zaś zostaję mianowana osobą
odpowiedzialną za końcowy efekt. Z pełną świadomością, że robimy nie
tyle telewizję, ile inżynierię społeczną. I może zabrzmi to zbyt
górnolotnie, ale wtedy naprawdę wierzyłam - i nadal wierzę - że kultura
popularna jest językiem zmiany. Nie broszurą, nie konferencją, nie
przemówieniem. Tylko opowieścią, w której ludzie mogą się zobaczyć.
I - co ważniejsze - poczuć się nie gorsi, tylko zrozumiani.
* * *
Wilczym prawem opozycja (dla jasności: nie lewica, która straciła władzę
w 1989, ale nowy polityczny narybek - partie i partyjki powstałe po
Okrągłym Stole) oskarżała nas o wszystko, co możliwe: o złodziejstwo,
bałagan, brak kompetencji i dobrej woli. Przekonanie, że w Ministerstwie
Przekształceń Własnościowych panuje chaos, powtarzano tak długo, że
nawet my sami zaczynaliśmy w to wierzyć. Powielaliśmy tę narrację niemal
bezrefleksyjnie, jakby był to fakt przyrodniczy, a nie hipoteza do
weryfikacji. No bo przecież tyle dokumentów, tylu ludzi, tylu doradców,
tyle "papierów w obiegu", a do tego jeszcze naciski polityczne,
społeczne, międzynarodowe.
Z góry zakładaliśmy, że to musi być bałagan. I w pewnym sensie był. Ale
w znacznie mniejszym stopniu, niż sami chcieliśmy to sobie wmówić.
* * *
Kilka miesięcy wcześniej przenieśliśmy się z budynku przy ulicy Mysiej -
tak, tej Mysiej, dawnej siedziby Urzędu Cenzury - do biur przy Kruczej.
Symboliczny gest, jasne. Ale każda przeprowadzka to też zagubione
segregatory, niedokończone kartoteki, skrzynki bez właściciela i zamieszanie, które z czasem obrasta w legendę. Zamiast uporządkować
chaos, zaakceptowaliśmy go jako element krajobrazu. I tu właśnie
złapaliśmy się na czymś, co do dziś mnie fascynuje: pułapkę tzw. wiedzy
powszechnej.
To, że coś jest szeroko powtarzane - w prasie, w korytarzowych plotkach,
w języku ekspertów - nie oznacza jeszcze, że jest prawdziwe. Ale kiedy
słyszysz to wystarczająco długo, zaczynasz się dostosowywać.
Uczestniczysz w tym, nie zauważając, że właśnie rezygnujesz z własnej
zdolności krytycznego myślenia.
W tym klimacie wybuchła sprawa z Lechem Kaczyńskim, ówczesnym szefem
NIK-u. Publicznie zarzucił nam działanie na szkodę państwa, konkretnie
przy prywatyzacji Zakładów Mechanicznych "Róża Luksemburg". Argumentował
emocjonalnie i doktrynersko, obiecywał dowody, których jednak "na razie"
nie zamierzał przedstawić. Nie dał nam wyjścia. Musieliśmy walczyć.
Takich procesów wcześniej nie było, więc sądy reagowały szybko - do dnia
rozprawy mieliśmy zaledwie kilka dni.
Minister zdecydował się wytoczyć Kaczyńskiemu proces o naruszenie
dobrego imienia. Wiedzieliśmy, że w sądzie nie chodzi wyłącznie o sprawiedliwość, chodzi o wyrok. Taki, który przywróci wiarygodność,
oczyści atmosferę, postawi nas z powrotem na nogi w oczach opinii
publicznej. Przygotowania musiały być perfekcyjne. A skoro wszyscy
byliśmy przekonani, że mamy w dokumentacji klasyczny bałagan, a część
papierów zapewne "zniknęła" w stylu lat dziewięćdziesiątych, trzeba było
zacząć od podstaw.
Z pomocą mecenasa Krzysztofa Zakrzewskiego i kilku oddanych sprawie osób
ruszyliśmy do boju. Odtwarzaliśmy cały proces prywatyzacyjny - dokument
po dokumencie, kartka po kartce. Tam, gdzie brakowało dokumentów,
sięgaliśmy po świadków. Policja w sobotnie popołudnie wyciągnęła jednego
z dyrektorów z pokazu psów rasowych - jego czempionka miała właśnie
wejść na ring. Innego dosłownie ściągnęliśmy z romantycznej kolacji,
podczas której zamierzał się oświadczyć. Trzeba przyznać, że miał pecha:
oświadczenia udzielił, ale zupełnie innego, niż planował.
Siedziałam w ministerstwie godzinami. Nie pamiętam już ile. Dopóki
materiał nie był kompletny, nie mogłam nawet zacząć przygotowywać
oświadczeń dla prasy.
Mecenas Jacek Dubois, który miał nas reprezentować w sądzie, również
czekał - z anielską cierpliwością i czarną kawą. Jacek - blondyn o niebieskich oczkach i spojrzeniu niewiniątka, które potrafiło zmylić
nawet najbardziej czujnych. Wyraz jego twarzy sugerował, że ma się do
czynienia z człowiekiem, który nigdy nikogo nie skrzywdził - i właśnie
dlatego należało na niego szczególnie uważać. Pod tą anielską
powierzchnią krył się umysł precyzyjny jak szwajcarski zegarek albo
dobrze skalibrowany komputer, choć z technologią nigdy nie żył w zgodzie. Nie był zimny. Przeciwnie, miał w sobie specyficzne ciepło i poczucie humoru, które było jak szyfr: nie wszyscy je rozumieli, ale ci,
którym udało się go rozszyfrować, przepadali za nim bez reszty. I nie
tylko oni. Jacek miał w sobie coś, co działało jak magnes na ludzi,
zwłaszcza na kobiety. Nie był klasycznie przystojny, ale miał ten
wdzięk, który trudno opisać, a jeszcze trudniej się przed nim obronić.
Był jak postać z innego porządku: łączył dziecięcą naiwność z błyskotliwością, która potrafiła rozbroić każdego przeciwnika - i to bez
podnoszenia głosu. Żeby zabić czas, zaproponowałam mu partyjkę golfa.
Tak, golfa - korytarzowego, z prawdziwą piłką i bardziej wyimaginowanymi
dołkami. Przesuwaliśmy się wzdłuż ministerialnych korytarzy: ja
opowiadałam o tym, jak zachowają się media, on snuł możliwe scenariusze
obrony. Plotkowaliśmy też o tym, co u znajomych i kiedy warto wpaść do
Marynek, czyli do zamiejskiej posiadłości rodziny jego wspólnika
Aleksandra Pocieja.
I wtedy - zupełnie przypadkiem - natknęliśmy się na drzwi z tabliczką
ARCHIWUM. Zatrzymaliśmy się jak w kreskówce. Nikt wcześniej nie wpadł na
to, że coś takiego może tu jeszcze istnieć. Pobiegłam po klucze do
strażników. Drzwi otworzyły się z teatralnym skrzypnięciem i... nagle
stanęliśmy w obliczu cudu. Wszystko tam było. Absolutnie wszystko. Akta
uporządkowane według dat i kolorów, zszyte, podpięte, opisane. Pełna
dokumentacja wszystkich transakcji, łącznie z "Różą Luksemburg".
Oryginalne oferty, korespondencja, decyzje, wersje robocze, nawet
notatki z marginesami. Zatargaliśmy te kartony do gabinetu, gdzie od
kilku dni trwała gorączkowa reanimacja pamięci zbiorowej.
Miny ministra i całego zespołu, który przez ostatnie 72 godziny kleił
dokumentację z fragmentów wspomnień, bezcenne. Z jednej strony ulga, z drugiej - coś na granicy załamania nerwowego. Ale efekt był: od tej
chwili mogliśmy mówić o sprawie z zupełnie innej pozycji. W poniedziałek
w sądzie graliśmy już w innej lidze.
Sala była pełna. Tłum dziennikarzy. Atmosfera jak na premierze głośnego
filmu. To była pierwsza taka sprawa transmitowana na żywo przez świeżo
powstałe Radio Zet. Publiczność miała popcorn.
Kaczyński oczywiście nie przedstawił żadnych dowodów. Zaczął się
niezgrabnie tłumaczyć, że jego oskarżenia to była... "retoryka
polityczna". Brzmiało to trochę jak próba usprawiedliwienia bójki w szkole hasłem: "to była tylko interpretacja ruchowa".
I wtedy mecenas Dubois popisał się cudownym wyczuciem:
- Czy zdaje pan sobie sprawę, że takie publiczne pomówienie narusza
artykuł dwieście dwanaście paragraf dwa Kodeksu karnego oraz dobre imię
oskarżonych?
- Nie - odpowiedział Lech Kaczyński.
- A czy może pan przypomnieć sądowi, kim jest pan z wykształcenia?
- Prawnikiem.
- W jakim stopniu?
- Doktora... Ale to było dawno temu.
Sala zatrzęsła się od śmiechu.
Niestety do dalszego ciągu procesu sędzia nie zgodził się już dopuścić
dziennikarzy.
* * *
Po całych dniach przepychanek w sądach, walki o dobre imię ministerstwa
i desperackiego kompletowania dokumentów życie prywatne wydawało się
czymś równie abstrakcyjnym jak weekend czy spokojna kolacja. A jednak,
zupełnie nieproszone, wślizgiwało się między kartki akt i teczki pełne
"Róży Luksemburg", przypominając, że poza walką o kapitalizm walczyłam
też - zupełnie nieporadnie, ale z rosnącym zaangażowaniem - o własną
komunikację z Albertem S. Jeśli prawdą jest, że największe motywacje
rodzą się w kryzysie, to mój angielski rozwijał się wtedy szybciej niż
inflacja na początku lat dziewięćdziesiątych.
Albert nie dał mi długo czekać po spotkaniu w Krakowie. Już w tym samym
tygodniu pojawił się z zaproszeniem na kolację i... przyniósł
misia-zabawkę, stworzonego dla płynu zmiękczającego do prania. Uznałam
to za czarujące.
Dla nas - ludzi wychowanych na Reksiach z kiosku "Ruchu" i zabawkach z Celulozy w Częstochowie - maskotki powiązane z produktami były czymś
zupełnie nowym. Nie infantylnym, nie ironicznym, tylko po prostu
zachodnim. Ten pluszak był dobrze wykonany, miękki, pachniał lekko
perfumowanym proszkiem i miał ten rodzaj uroku, który natychmiast
rozbraja. To właśnie wtedy zaczęłam wyraźniej dostrzegać kontrast,
którego wcześniej nie dopuszczałam do świadomości.
Między światem Alberta - pachnącym nowością, delikatnym uśmiechem i reklamową narracją o przyszłości - a naszym urzędowym tu i teraz, które
nawet nie próbowało udawać, że nadąża. Albert wchodził do budynku
ministerstwa jak do innego wymiaru. Garnitur w odcieniu szarej stalówki,
koszula bez zagnieceń, zapach czegoś, co na pewno nie było Brutalem.
Dla Alberta ta prowizorka była folklorem. Czymś między urokiem egzotyki
a żywym skansenem, z którego można coś wyciągnąć, ale nie trzeba się
angażować. Dla nas to była codzienność. Nie wstydliwa, tylko...
niefotogeniczna. I może właśnie dlatego ten miś zrobił na mnie takie
wrażenie. Nie dlatego, że był wyjątkowy, tylko dlatego, że stanowił
zapowiedź świata, w którym wszystko mogło być miękkie, przyjazne i przewidywalne. Nie budżetem wieloletnim i analizą kosztów społecznych,
tylko prostym gestem, który pachniał praniem i bezpieczeństwem.
W tamtym świecie to był aromat przyszłości.
Napisałam wcześniej, że ćwiczyliśmy z Jackiem Dubois grę w golfa na
korytarzach ministerstwa. Prawda jest jednak taka, że zarówno golf, jak
i intensywny trening języka angielskiego pojawiły się w moim życiu z powodu Alberta S. Potrzeba komunikacji, napędzana wzajemnym
zainteresowaniem, sprawiła, że słówka i całe frazy zaczęły wchodzić mi
do głowy z prędkością światła. W zasadzie w trzy miesiące przeszłam
drogę od "Kali jeść, Kali spać" do całkiem przyzwoitego, podstawowego
poziomu, który pozwalał mi już prowadzić rozmowę.
* * *
To był ten moment, kiedy kierowca po przekroczeniu pierwszych dziesięciu
tysięcy kilometrów wydaje sobie samemu certyfikat mistrzostwa. I wtedy
zwykle następuje pierwsze zderzenie. Moje przyszło w najmniej
oczekiwanym momencie - przy spotkaniu z BBC. Prywatyzacja, realizowana
na taką skalę i tyloma różnymi ścieżkami, budziła naturalne
zainteresowanie prasy zagranicznej, nawet większe i poważniejsze niż
polskiej.
Zwykle w takich sytuacjach korzystałam z pomocy tłumacza, bo mój
angielski był raczej w stanie uśpienia niż czujnej gotowości. Ale tym
razem tłumacz się spóźniał, a ja - pełna nowo zdobytej pewności siebie -
pomyślałam, że dam radę sama. Wywiad miał być dla BBC. Przyjechało dwóch
miłych panów, atmosfera była uprzejma. Początek poszedł zaskakująco
płynnie, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jestem już prawie
dwujęzyczna.
- What's the biggest difference between Polish and German
privatization? - padło pytanie.
Postanowiłam zabłysnąć dowcipem:
- Well, the first biggest difference are that first minister of German
privatization was shit.
Twarze obu panów momentalnie się wydłużyły. Zorientowałam się, że coś
poszło nie tak, ale moje umiejętności językowe nie pozwoliły mi jeszcze
wyłapać subtelnej różnicy między "shit" a "shot". A prawda była taka, że
pierwszy niemiecki minister prywatyzacji został zastrzelony już w kwietniu 1991 roku. Sama bym się wtedy najchętniej zastrzeliła, gdyby
nie to, że w ostatniej chwili do sali wpadł spóźniony tłumacz i zgrabnie
naprawił całą żenującą sytuację.
Później, kiedy opowiedziałam tę historię Albertowi, spodziewałam się
śmiechu albo przynajmniej rozbawienia. Tymczasem on zareagował wyraźnym
zażenowaniem. W jego oczach takie faux pas było czymś niemal
dyskwalifikującym - świadectwem braku kontroli, nieprzystającego do
funkcji, jaką pełniłam. To był dla mnie ważny moment. Nam się wtedy
wydawało, że jesteśmy już częścią jednej Europy, ale wystarczyło takie
zdarzenie, by zobaczyć, jak głęboko różnimy się jeszcze w poczuciu
humoru, estetyki i sposobie oceniania sytuacji. To, co dla mnie było
tylko zabawną pomyłką i pretekstem do anegdoty, dla niego było
naruszeniem pewnego niewidzialnego kodu - kodu powagi, precyzji i wizerunku.
Wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, że komunikacja to coś
znacznie więcej niż tylko język. To także zbiór niewidzialnych reguł,
które każdy z nas nosi w sobie - i które tak łatwo złamać, nawet nie
zdając sobie z tego sprawy.
* * *
W tym czasie Albert mieszkał w hotelu Marriott w narożnym pokoju z panoramicznym widokiem na Warszawę. W kontrakcie z centralą miał
zagwarantowane pełne utrzymanie w "dzikim kraju", więc wybierał to, co
wówczas było najlepsze. A Marriott był wtedy bezdyskusyjnym luksusem:
miał własne ujęcie głębinowej wody, własną oczyszczalnię, chemię
sprowadzaną prosto ze Stanów i włoską pościel. Hotelowy basen jako
pierwszy w Polsce miał wtedy wodę ozonowaną - standardy były zachodnie,
i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Marriott miał też obsługę
rekrutowaną nie z dawnych hotelowych etatów, lecz z ludzi zupełnie
świeżych, nowych, szkolonych od podstaw. Intensywnie rekrutowano wówczas
do niego na uniwersyteckich korytarzach. Zwykle sięgano po studentów z kierunków bardziej obleganych, uznawanych za elitarne - takich, gdzie o jedno miejsce biło się więcej niż pięciu kandydatów: dziennikarstwa,
psychologii czy prawa. Młodzi ludzie, zanim jeszcze zdążyli zachłysnąć
się studenckim życiem, dawali się porwać magii kariery w "światowym
hotelu". To była ich ucieczka z obskurnych akademików i głodowych
stypendiów łatanych groszami z korepetycji. Bez żalu zamieniali studia
dzienne, o które jeszcze przed chwilą tak zaciekle walczyli, na te "dla
pracujących", byle "pracować w Marjocie".
Ponieważ nasza relacja z Albertem zaczynała już przypominać coś więcej
niż tylko kolacje służbowe i poranne maile, coraz częściej po pracy
podjeżdżałam pod jego hotel moim czerwonym maluchem - dumą rodzimej
motoryzacji, czyli Fiatem 126p. Samochodzik był głośny, uparty i raczej
z charakterem niż z osiągami, ale był mój. I działał.
Albert, wychowany w kraju luksusowych limuzyn, klimatyzacji, wspomagania
kierownicy i automatycznych skrzyń biegów, patrzył na mojego Fiacika z mieszaniną ciekawości, pobłażania i niewypowiedzianego lęku. W końcu
jednak zdobył się na odwagę i zaproponował, że pokaże mi, jak "porządnie
się parkuje". Z elegancją człowieka przyzwyczajonego do niemieckiej
precyzji wsiadł za kierownicę, przekręcił kluczyk, dodał gazu - i...
samochód nie tyle ruszył, ile wyskoczył jak spłoszony królik. Albert
zbladł, próbując zahamować. Niestety, jego delikatne muśnięcie hamulca -
skuteczne w każdej zachodniej limuzynie - tu nie zrobiło żadnego
wrażenia. Maluch parł naprzód. Mężczyzna próbował skręcić z gracją
kierownicą i niemal nadwerężył sobie nadgarstek, bo wspomagania, rzecz
jasna, też nie było. Po stu metrach, pełnych paniki i dramatycznych
oddechów, Albert zatrzymał samochód ręcznym (po mojej sugestii) i wysiadł, jakby właśnie przetrwał katastrofę lotniczą.
- To nie samochód, to metalowe pudełko z duszą samobójcy - stwierdził,
rozmasowując dłonie. - Tym się nie jeździ, tym się walczy o przeżycie!
Nazajutrz oznajmił mi z powagą, że nie życzy sobie, bym nadal ryzykowała
życie. I że "do naszej dyspozycji" będzie teraz jego służbowe Audi 100 -
ciemnozielone, eleganckie, cichutkie jak aksamit, pachnące skórą i porządkiem. Poczułam się zaopiekowana.
Mieszkając w hotelu i poruszając się pachnącym samochodem, po raz
pierwszy naprawdę uświadomiłam sobie, jak bardzo nasiąkam zapachem
brudnego powietrza, starych biur i zużytego lakieru w ministerstwie.
Wszystko wokół było lekko przykurzone, wytarte, przesiąknięte kurzem i dymem papierosowym. Powietrze miało woń papieru, potu i nieustającego
niedomycia. Polska tamtych lat była daleka od czystości: szarawa,
niedoszorowana, jakby wciąż czekała na swoją porządną kąpiel.
Albert, z typową dla siebie bezpośredniością, zaproponował, żebym
trzymała w jego pokoju rzeczy na zmianę. Nie było w tym nic
romantycznego ani czułego - raczej chłodna praktyczność.
Zaraz po moim wejściu, kiedy szłam pod prysznic, Albert bez zbędnych
ceremonii wysyłał moje służbowe ubrania do hotelowej pralni. To był
kolejny znak różnic między nami. Dla niego czystość, świeżość i perfekcja były oczywistością, elementem codziennego rytuału. Dla mnie -
wychowanej w realiach przejściowych lat osiemdziesiątych - noszenie
trochę przykurzonego żakietu czy siedzenie cały dzień i wieczór w jednym
stroju było po prostu normalnością. On traktował to jako niedopuszczalne
zaniedbanie, ja - jako drobiazg bez znaczenia.
Takich różnic było więcej - drobnych, ale na dłuższą metę mówiących
wszystko o wychowaniu, o standardach, o potrzebie estetyki i szacunku do
siebie samego. Łykałam jak pelikan jego punkt widzenia, standardy i styl
życia, i robiłam to z zachwytem, bez cienia krytycyzmu.
Albert był z tego wyraźnie dumny. Miał swoją własną Galateę, którą można
było formować według najlepszych zachodnich wzorców. A ja byłam
przekonana, że właśnie tak powinno być. Że tak wygląda prawdziwe życie:
codzienna świeżość, dyscyplina estetyki, wygoda traktowana nie jako
luksus, ale norma.
Z dzisiejszej perspektywy wiem, jak bardzo tamto myślenie było podszyte
naiwnością, ale wtedy chłonęłam wszystko bez pytań, z mieszanką podziwu
i niecierpliwości, żeby nadrobić różnice, których nawet do końca nie
umiałam jeszcze nazwać. Podziwiałam też jego codzienną dyscyplinę.
Albert wstawał o piątej rano, żeby przebiec pięć, czasem osiem
kilometrów. Wracał, kiedy ja dopiero się budziłam, a chwilę później
przynoszono hotelowe śniadanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki