Ujście - blog trzeci - Jacek Bocheński

Kup ebooka

34.99 zł
31.49 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
5 maja 2018
KATASTROFA

Blog Trzeci miał się zacząć, a nie może. Komputer, na którym został stworzony i powinien przyjmować moje wpisy, nie da się uruchomić. Po uśpieniu na dwie godziny nie obudził się jak zawsze, lecz zażądał, żeby mu włączyć na nowo twardy dysk. Okazało się, że z dysku znikły wszystkie dane razem z Blogiem Trzecim i całą resztą zapisanych w komputerze dokumentów. Nie tracę nadziei na ich odzyskanie, ale tego dokonać może tylko wyspecjalizowana firma. Ja i nawet mój biegły doradca komputerowy, pan Paweł, jesteśmy bezradni.

Właśnie jednak trwa w Polsce "majówka". Świętują dwie firmy rozporządzające odpowiednimi narzędziami i zajmujące się tak zwanym profesjonalnym odzyskiwaniem danych.

Tak więc Blog Trzeci, zanim ruszył, już się poniekąd skończył. Zaginął we własnym gnieździe. Jakby tajemniczej sile nie zależało na jego istnieniu, lecz śmierci. Blog Trzeci rodzi się pod jej znakiem.

Ale się nie poddaje. Czekając na wskrzeszenie danych w profesjonalnej firmie, niezłomny Trzeci powstaje chwilowo poza gniazdem. Z pomocą w nieszczęściu przyszła mu ofiarnie Magda, moja córka, która wypożycza mi za dnia swój komputer, odbiera dopiero przed nocą, aby podglądać w internecie estońskie rysie, jenota i borsuka, a z rana, gdy ja będę jeszcze spał, orła z pisklęciem, głuszce, jeśli się uda, i czarne bociany.

W Blogu Trzecim na początku nie było słowo, jak powinno być. Na początku była katastrofa.

7 maja 2018
GNIAZDO

Wylęgać się w nie swoim gnieździe jest nieswojo. Tak właśnie się czuję. Nieswojo. Mam gniazdo gościnnie wypożyczone w komputerze córki, miłe, bliskie, lecz jednak nieznajome. Pisklę estońskiego orła ma lepiej. Jest u siebie. Właściwie to Blog Trzeci powinien się czuć nieswojo, nie ja, bo on się tu wylęga, i powinno mu być wszystko jedno gdzie. Nic innego przecież nie zna, wszystko mu pierwszyzna i oczywistość, na cokolwiek trafił w XXI wieku, Anno Domini 2018, podczas majówki. Nie obija się co rusz jak ja w pożyczonym komputerze o sprzeczne z moimi odruchami nowości systemu. Kursor nie lata mu na wszystkie strony i nie ucieka z ekranu, a co, gdzie ma być, tam jest; nie zmienia miejsca, nazwy ani zachowania.

Otóż bloga (aha, stał się osobą, bloga więc, nie blogu). Otóż bloga nic to nie obchodzi, on czuje się całkiem dobrze, tylko bloger, który go pisze, nieswojo. I to trzeba zapamiętać. Tak będzie nieraz jeszcze. Bloger sobie, blog sobie. Blogera pętają stare nawyki, blog, zwłaszcza rodzący się w pożyczonym gnieździe Blog Trzeci, żadnych nawyków nie ma, chłonie rzeczywistość, jaka jest, i okiem noworodka, a może jeszcze wcześniejszym, ogromnym okiem embrionu wpatruje się w jedną tylko teraźniejszość. Nie zna czasu. Pozna dopiero dzięki blogerowi, ale raz po raz będzie się z nim o czas kłócił.

19 maja 2018
ZAGADKA

- W czym mogę pomóc? - wita mnie, podnosząc głowę znad klawiatury, profesjonalista w lokalu firmy specjalistycznej, która zajmuje się profesjonalnym odzyskiwaniem danych.

- Pomóc? Już wiem, że w niczym - odpowiadam.

- Aha, ten dysk! - domyśla się on. - Dziwna rzecz. Dysk jest kompletnie wyzerowany.

Ja już to wiem od mojego pana Pawła, który oddał tu dysk do zbadania i był w kontakcie z firmą. Nic nie da się odzyskać. Straciłem wszystko, co było na dysku zapisane: teksty gotowe do publikacji i niegotowe, stare szkice, notatki, fotografie, także wszystkie adresy, numery telefonów i kalendarz. Przyszedłem tylko odebrać pusty dysk.

- Sytuacja przykra dla nas - przyznaje otwarcie profesjonalista. - Nie lubię mówić takich rzeczy. Nie możemy odzyskać danych i nie znamy przyczyny wyzerowania dysku. Mógł to być błąd człowieka, sabotaż albo jakieś niedające się zidentyfikować zachowanie samego urządzenia. Ale dysk technicznie jest sprawny.

Jeśli błąd człowieka, myślę, to tym człowiekiem mogłem być tylko ja, bo nikt inny nie miał dostępu do komputera. Jednak pan Paweł twierdzi, że musiałbym w komputerze mieć zainstalowany specjalny program, żeby tak wyzerować dysk, a przecież nie miałem programu do zerowania dysków.

Zerkam na ściany lokalu, do którego przyszedłem. Od góry do dołu obwieszone dokumentami oprawionymi w ramki. Certyfikat, certyfikat, certyfikat... Podziękowanie, dyplom, podziękowanie, certyfikat... Na mnie najlepsze wrażenie robi skonsternowany profesjonalista. Budzi zaufanie kapitulacją.

- Przypadek niezwykły - konkluduje. - To się nie zdarza.

A jeśli sabotaż, jak mówi? W takim razie wirus. Ale byłby to wirus samobójca, jednorazowy zamachowiec nasłany wyłącznie na mnie, bez możliwości rozpowszechniania się i zarażania następnych komputerów, bo z wyzerowaniem mojego dysku sam musiałby zginąć. Kto by takiego nasyłał i po co? Żeby tylko pozbawić gniazda mnie i Blog Trzeci? Przecież wiadomo, że uwijemy sobie nowe w innym komputerze.

- Ale ten dysk jest technicznie sprawny - powtarza profesjonalista. - Może go pan używać.

- Już wolę nie. Zabiorę go i schowam na wypadek, gdyby za kilka lat wynaleziono sposób, o jakim dziś nie mamy pojęcia, i dałoby się coś odczytać.

- A rzeczywiście, to jest możliwe. Nowe technologie szybko się rozwijają.

- No i cóż to za złośliwiec tak cię urządził, tato? - pyta mnie w domu Magda. - Zawiedziona kochanka czy wściekły polityk?

23 maja 2018
PODUSZKA

Nie mam takiej poduszki. Nie używam. Śpię tylko na jaśku i nie siadam na łóżku z wielką poduszką za plecami. A siedzę. Chyba mnie posadzili. Może jeszcze w dzieciństwie. Kto mi to robi, że tak usiadłem i ta ogromna poduszka wystaje mi po obu stronach zza grzbietu? Ale za głową jej nie ma. Nie czuję oparcia ani żadnego podłoża potrzebnego głowie do snu. Sama się trzyma w górze, podniesiona i lekka. Aha, przyszli do mnie jacyś ludzie. Słyszę gwar za drzwiami. Mam ich przyjąć. Oczywiście, dlatego siedzę grzecznie z rękami na kołdrze, wyprostowany, gotów, nawet piżama na mnie jakby sama się odprasowała i kołnierz wokół szyi się wyłożył, świeżo odprasowany. Były kiedyś piżamy z takimi kołnierzami. A tych ludzi bardzo wielu przyszło. Widzę przez uchylone drzwi, jak się tam tłoczą. Jeden stoi w przejściu, wsunął już głowę i zagląda do mnie. No pewnie, poznaję. Tadeusz Nowakowski z Radia Wolna Europa w Monachium. Zawsze mnie chwalił na antenie. Widać prosto stamtąd przyszedł, od swojego kawiarnianego stolika, bo miał taką stałą audycję, niby przy tym stoliku. A do mikrofonu gadał i gadał, usta mu się nie zamykały. Teraz nic nie mówi. Stoi w drzwiach i patrzy. Ja powinienem się odezwać, proszę, Tadeuszu, chcę powiedzieć, ale jakoś nie mówię.

Ostatni raz widzieliśmy się wiele lat temu. Był już w Polsce. Leżał samotny, opuszczony w szpitalu warszawskim. Powiedział:

- Umieram.

Przecież on nie żyje. Zmarł potem w Bydgoszczy. A przyszedł.

- Tadeuszu!

Nie zawołałem. Starałem się z całych sił i nie mogłem. Aż nagle się obudziłem. Nie było wielkiej poduszki. Nie siedziałem. Leżałem, jak zawsze, na jaśku.

29 maja 2018
GALA

Profesor Walery Pisarek, językoznawca, miał mnie pochwalić w imieniu Rady i swoim, bo chciał. Sam się ofiarował. Wiem. Jeszcze o drugiej nad ranem dopracowywał laudację, jak świadczy zapis w jego komputerze. Wiem to teraz. Wtedy nie wiedziałem nic. Bo to nie dzieje się teraz, gdy piszę w pożyczonym od Magdy laptopie. To jest reminiscencja z poprzedniego roku. Usiłuję odtworzyć tekst już raz napisany i utracony na wyzerowanym zagadkowo dysku. Teraz dzieje się odtwarzanie.

Wtedy zadzwoniłem do przewodniczącego Rady Języka Polskiego profesora Andrzeja Markowskiego i powiedziałem, że mi przykro, ale nie przyjadę na galę, w której główną rolę profesorowie przewidzieli dla mnie. Mam rękę w gipsie, nie mogę wykonywać nią najprostszych ruchów. Zawadziłem w ciemności stopą o krawężnik chodnika między zaparkowanymi częściowo na chodniku samochodami. Upadając, podparłem się dłonią. Nic się nie stało. Rentgen nie wykazał złamania, jednak ortopeda dla pewności unieruchomił mi rękę na dziesięć dni gipsową longetą. Tak tę sztywną obręcz nazywał.

Jako początek Blogu Trzeciego, czy tylko nawet jeden z początków, nie jest to szczególnie finezyjna opowieść. Potknięcie się o krawężnik chodnika bardzo przypomina upadek ze ścieżki do potoku w Dolinie Białego, co należało do opowieści początkowych w Blogu Drugim. Taka powtórka wygląda na dwa grzyby w barszczu, a raczej dwa grzyby w Trylogii Internetowej niezręcznego autora. Czy autor nie ma już innych pomysłów literackich? A może chce powiedzieć, że definitywnie zdziadział i ciągle się potyka?

Otóż nie. Więcej swoich potknięć fizycznych między początkiem Blogu Drugiego i Trzeciego nie przypominam sobie. Ale było, jak było. Jest, jak jest. W blogu decydują fakty. Potknięcie się w ciemności o krawężnik to istotnie mało pomysłowy wstęp do nowej historii. Ale tak było, a ja nie mogę tego faktu przemilczeć ze względu na profesora Pisarka.

Jest jeszcze inna kłopotliwa sprawa w związku z początkiem. Zaczynać od gali, i to na własną cześć? Jakby brakowało w życiu czegoś bardziej naturalnego. Temat wydaje się narcystyczno-operetkowy, w nie najlepszym guście, a pokazanie się na czele z nim w rozpoczynanej właśnie narracji może nasuwać myśl o niepohamowanej wręcz niczym próżności autora. Wielka musi być żądza pochwalenia się, że jest się chwalonym przez kogoś, a jeszcze większa niecierpliwość. Bo odniosło się bądź co bądź sukces. Każdy tak zrozumie. A w obiegu powszechnym jest nauka: za wszelką cenę staraj się o sukces i przeszkadzaj w osiągnięciu go innym. Odniosłeś ten swój? Chwal się swoim, jak tylko możesz, a kwestionuj i wydrwiwaj cudze.

W tym prostym stanie rzeczy, gdzie, zdawałoby się, wszystko łatwo ocenić, zachodzi jednak pewna komplikacja. Powiem otwarcie. Decyzja językoznawców o nagrodzeniu mnie wymyślnym skądinąd tytułem Wielkiego Ambasadora Polszczyzny, a to był główny punkt programu przygotowywanej w Katowicach gali, sprawiała mi rzeczywiście satysfakcję głębszą niż jakiekolwiek honorowe nagrody Radia Wolna Europa za książkę roku, które tak mnie chwaląc, przyznawał kiedyś między innymi Tadeusz Nowakowski jako jeden z jurorów. Jeśli za język, to sprawiedliwie, uważałem, bo rozumiem, za co. Język czuję. Dostrzeżenie właśnie tego czucia przez językoznawców szczerze doceniałem. Trafili w sedno, no pewnie, nagroda od nich słusznie mi się należy, myślałem sobie, i naprawdę cieszy mnie jak żadna. Powiedziałem nawet coś w tym rodzaju profesorowi Markowskiemu. Na galę do Katowic wybierałem się, oczywiście, żeby tam powiedzieć to publiczności, może trochę rozwinąć. I byłbym pojechał, gdyby nie potknięcie się i longeta.

Zamiast wypowiedzi, postanowiłem, napiszę coś jedną ręką na komputerze do odczytania w moim imieniu podczas gali. Skoro sam nie mogę być obecny, poproszę, by zastąpiła mnie Magda. Pojedzie i odczyta tekst. Tak przeważnie ludzie robią w podobnych sytuacjach. To jest naturalne wyjście, a nie ma odpowiedniejszej osoby niż córka do zastąpienia ojca. Tak mniej więcej wyobrażałem sobie galę.

Nie wiedziałem, że profesor Pisarek pisze z tej okazji laudację, w przerwach mierząc sobie ciśnienie. Pisał na pewno, ale czy ciśnienie mierzył w rzeczywistości, czy tylko w mojej wyobraźni, tego nie wiem. W jego komputerze nie ma dowodu.

2 czerwca 2018
SUPER

W mojej wielkiej ojczyźnie Polsce (małą jest osiedle warszawskie Służew nad Dolinką) po czterdziestu dniach domagania się pięciuset złotych miesięcznego zasiłku na rehabilitację, a w istocie na życie swych niepełnosprawnych dzieci, ich matki, nazwane w tym momencie supermatkami, opuściły Sejm. W przeddzień ja przerwałem odtwarzanie tekstu o gali i poszedłem pod Sejm zamanifestować z kilkuset osobami poparcie dla matek.

Nie lubię w polszczyźnie międzynarodowego słowa super. Pochodzi z łaciny, gdzie znaczyło "nad". Byłyby to więc nadmatki. Ale w czasach, gdy po polsku nie mówiono jeszcze super, spotkałem się z nowoczesnym określaniem w taki sposób doskonałości, kupując w Niemczech spodnie.

- Eine Superhose - pochwaliła mój wybór sprzedawczyni. Super wymawiała po niemiecku zuper.

Potem w Ameryce objawił się nie byle kto, bo Jesus Christ Superstar.

Teraz u nas wyszły z Sejmu supermatki. Byłoby lepiej, gdyby zamiast nich wyszli posłowie. Dali dowód, że są tam na nic niepotrzebni. Instytucja parlamentu nie została wymyślona, by miano gdzie demonstracyjnie tępić politycznych przeciwników, do czego ona w zdegenerowanej demokracji parlamentarnej przede wszystkim służy. A chodziło o to, by się z tymi przeciwnikami wzajemnie wysłuchiwać, zamiast zabijać, i w koniecznych sprawach uzgadniać z nimi postępowanie władzy.

Matki nie uzyskały pięciuset złotych, o które przez czterdzieści dni i nocy rozpaczliwie walczyły w sejmowym korytarzu pod okiem i niekiedy silną ręką straży marszałkowskiej, śpiąc razem z niepełnosprawnymi dziećmi, małymi i dorosłymi, na podłodze. Dzięki mediom uzyskały, przynajmniej te najaktywniejsze, tak zwaną rozpoznawalność i może dzięki rozpoznawalności ta i owa sama zarobi coś jeszcze na życie własne i dzieci, ot, powiedzmy, sprzedażą praw do wizerunku i do osobistych opowieści o swej szczególnej przygodzie z parlamentaryzmem. Ponieważ te kobiety nie mają nic innego, niektóre, jeśli okażą się dość pomysłowe, będą mogły sprzedać to, co jednak dla siebie uzyskały: rozpoznawalność, a więc w świecie współczesnym pewną wartość rynkową. Znacznie cenniejszą wartość uzyskały dla Polski.

A co? Zrozumienie człowieczeństwa ludzi niepełnosprawnych przez większą część pełnosprawnych, jak wskazują, zdaje się, najnowsze badania. To w Polsce nie było wcale rzeczą jasną.

Gdy za Polski Ludowej nie mówiono u nas jeszcze super, wypadło mi przypadkowo zostać świadkiem pewnego zdarzenia. U wejścia do podwarszawskiego Lasu Kabackiego, gdzie wybrałem się na spacer, stanął autokar prawdopodobnie z jakiegoś ośrodka opieki i zaczęli wysiadać młodzi ludzie w rozmaity sposób upośledzeni. Rzucał się w oczy "mongolizm", dziś zespół Downa. Obserwował to wzburzony obywatel, niewątpliwie ludowy, jak Polska, ówczesny prototyp dzisiejszego "suwerena".

- Widział pan, jakich to się na wycieczki wozi? - zawołał do mnie. - Hitlera na nich nie ma!

Rząd, który konsekwentnie odmawiał matkom spełnienia ich postulatu, a jednocześnie twierdził, że właśnie go spełnił, prawdopodobnie mógł sobie na to, swoim zdaniem, pozwolić, bo ludowa większość narodu w gruncie rzeczy, jak zapewne sądził, wyznaje nadal poglądy tamtego ludowego obywatela. Ale tak już nie jest. Matki niewątpliwie zmieniły pod tym względem Polskę.

Co do roli Sejmu, znam słowo łacińskie podobne trochę do super, o innym znaczeniu. "Sub", znaczy "pod". Parlament średnio zamożnego państwa europejskiego, który w oczywistej sprawie wsparcia finansowego dla niepełnosprawnych dzieci nie może nic zrobić, bo nie dostał polecenia od osoby naprawdę rządzącej w państwie, jest bezużytecznym przeżytkiem. Dowodzi jedynie własnej podległości. Subsejm? Objaw zmierzchu demokracji parlamentarnej i liberalnej, o którym się coraz więcej mówi i który na pewno dotyczy nie tylko Polski? Nie liczyłbym jednak na to, że demokrację parlamentarną zastąpi spontaniczna demokracja bezpośrednia z cudem internetu.

Jeśli już, to zastąpią ją najprawdopodobniej gotowe do skoku dyktatury.

Na razie matki wyszły z Sejmu jako nadmatki. Zostawiły za sobą podsejm.

10 czerwca 2018
ZASTĘPSTWO

Wróciłem z manifestacji do przerwanego swojego (każdy z każdej manifestacji wraca prędzej czy później do swojego, nawet supermatka) i znów jestem w tamtej chwili: jeśli dobrze liczę, na trzy dni przed galą. Ręka w gipsie. Przewodniczący Rady profesor Markowski zawiadomiony. Niestety, nie przyjadę, będzie tekst. Poproszę, żeby Magda odczytała. Tak to sobie ułożyłem w głowie. Nie do blogu. Do wykonania. Od biedy nawet uszłoby w blogu, ale nie będę w ogóle pisał o gali na własną cześć. Pominę ten temat. Mam ważniejsze w projekcie.

Jednak projektant literacki może snuć swoje dobre pomysły do blogu, a rzeczywistość, która rządzi gatunkiem, staje w poprzek. Bloger uderza nagle głową z dobrymi pomysłami w ścianę, bo fakty toczą się na opak. Tak właśnie się potoczyły.

Przede wszystkim Magda odmówiła.

- Nie myślisz chyba, że zostawię cię samego z ręką w tym stanie i wyjadę?

Tak powiedziała. Ale była to tylko część prawdy. Motywem odmowy, który Magda ukryła, pozostało jeszcze to, że ma w pogardzie splendory, kogokolwiek by dotyczyły, i nudzą ją uroczystości.

Musiałem zatelefonować po raz drugi do profesora Markowskiego, by powiadomić go o swojej dodatkowej trudności z Magdą. Wypowiedź oczekiwaną ode mnie napiszę, ale może ona wystarczy, może odczyta ją na miejscu ktoś z uczestników gali, bo ja nie mam kogo wysłać do Katowic. Córka nie zgadza się pojechać. Wyczułem, że profesor nie dowierza. Naszej rozmowie przysłuchiwała się obecna w pokoju Magda. Poprosiła, żebym jej oddał na chwilę swoją komórkę, wyszła i zamieniła kilka słów z profesorem. Wtedy uwierzył. Powiedział tylko, że nikt z Rady nie może, ale wobec takiej sytuacji mógłby pewnie zamiast mnie wystąpić na gali mój wydawca.

Potem, jak wiem teraz, wtedy nie wiedziałem, wysłał mejl do profesora Pisarka.

"Przed dwiema godzinami zadzwonił do mnie pan Jacek Bocheński z informacją, że nie będzie na gali, bo ma rękę w gipsie - pisał. - Niestety, jego córka nie chce przyjechać, żeby w jego imieniu odebrać nagrodę... No cóż, tak bywa, musimy przemyśleć, jak to najlepiej rozwiązać. W każdym razie Pańska laudacja jest tym bardziej potrzebna i nie wątpię, że godnie zastąpi nieobecnego laureata".

Przez resztę wieczoru i budząc się jeszcze w nocy, łamałem sobie głowę, co robić. Kogo wypada mi poprosić, by zastąpił mnie na gali, i kto zechce.

Rano zadzwoniłem do Iwony Smolki. Koleżanka pisarka, autorka zajmująca się głównie krytyką literacką, przez lata kompetentny głos na ten temat w Polskim Radiu, obecnie wiceprezes Polskiego PEN Clubu. Zwierzyłem się jej ze swojego kłopotu.

- Oczywiście - powiedziała.

Pojedzie tam. Prosi tylko o tekst. Ma co prawda jechać tego dnia we własnych sprawach do Łodzi, ale to nic, załatwi je wcześniej i pojedzie do Katowic.

Iwona Smolka rozstrzygnęła mój dylemat.

Nic pewnego nie wiem o dylemacie profesora Pisarka, jeśli w ogóle był taki, czy mianowicie profesor, który mieszkał w Krakowie, ma osobiście jechać na galę. Nie rozmawiał o żadnych takich wątpliwościach z córką Dorotą i nie ma świadectwa o nich w jego komputerze. Może tylko ja, odtwarzając w nowym swoim laptopie (już jest) relację z poprzedniego roku, utraconą na wyzerowanym twardym dysku, nadrabiam rzeczywistość swoją obsesyjną wyobraźnią. A ona każe mi nie tylko widzieć profesora mierzącego sobie ciśnienie. Profesor nikomu tego nie mówi, ale waha się chwilami, czy zamiast jechać do Katowic, nie poprosić kogoś o zastępstwo i zostać w domu.

14 czerwca 2018
DOROTA

Dorota, córka profesora Pisarka, pomaga mi z Wiednia, gdzie mieszka, odtworzyć tekst utracony na wyzerowanym dysku. Właśnie napisała: "Tata miał problem z jazdą do Katowic, bo kilka dni wcześniej przeziębił się... Prychał i kaszlał, kiedy rozmawialiśmy, ale bagatelizował to".

W utraconej wersji mojego opowiadania o profesorze nie było domysłu, że się przeziębił i dlatego źle poczuł. Ten szczegół dodała córka i współkształtuje już wersję odtwarzaną, nieco inną niż pierwotna. Jak to w blogu, zamierzona postać rzeczy ustępuje faktycznej. W toku odtwarzania relacja się zmienia nie tylko z powodu luk w pamięci autora. To prawda, że autor nie wie dobrze, co przedtem napisał, ale tymczasem objawiają się dowody rzeczowe i narzucają nowe widzenie spraw. Profesor nie ma teraz podwiniętego rękawa, jak miał, ramienia opasanego czarnym mankietem, a w drugiej ręce nie ściska pompki, póki czarny mankiet nie napęcznieje. I wcale nie wpatruje się potem w okrągłą tarczę wyświetlacza, jak się wpatrywał. Bo może to w ogóle nie jest ciśnieniomierz. Może coś znacznie mniejszego i prostszego. W pewnych momentach, gdy profesor przerywa pracę nad laudacją, wydaje mu się, że ma gorączkę. Mierzy sobie temperaturę. Termometr jest dawnego typu, wkładany pod pachę, nie żaden tam elektroniczny, nowoczesny, jest rtęciowy z tradycyjną długą skalą za szkłem i pod nią cienkim jak zapałka srebrnym, obło zakończonym zbiornikiem na rtęć. Taki termometr widzę. Gdyby trzeba było, Doroto, proszę, popraw.

"Kiedy weszłam do Jego mieszkania w dzień po Jego śmierci - napisała dziś Dorota - na stole w kuchni leżały napoczęte opakowania lekarstw: Gripex, Polopiryna, Rutinoscorbin. To nie ciśnienie go niepokoiło".

25 czerwca 2018
ODMIENNOŚCI

Śmierć z odtworzenia nie jest już taka jak ta, która przychodzi, kiedy przychodzi. Jest poprzedzona sobą. Ale tylko taka poprzedzona sobą może być w odtworzeniu prawdziwa, każda inna byłaby fałszem. Chcę w blogu uniknąć falsyfikatu.

Otóż w tamtym czasie autentycznym, nie odtworzonym, profesor Pisarek żył i pisał laudację. Były jeszcze trzy dni, kiedy oddychając, myśląc, kaszląc i nie dosypiając, poświęcał się mnie. Ja tymczasem skupiałem się na pielęgnowaniu siebie, a właściwie na ostrożności w posługiwaniu się zagipsowaną ręką. Bo nie jest tak, żeby dłoni w gipsie nie można było do niczego użyć. Nie można nią zapiąć guzika ani chwycić łyżki czy widelca, ale da się wsunąć taką dłoń do rękawa, wciągnąć z pomocą drugiej koszulę przez głowę i da się nawet zrobić jajecznicę, i ustawić talerz przed sobą jak lis przed bocianem, i jeszcze potem nacisnąć klamkę i pchnąć drzwi. I wyjść z domu. To wszystko można. Częściowo to robiłem.

Profesor wertował wtedy moje stare książki, nie zwracając uwagi na najgorsze, wydobywając za to niektóre pomniejsze publikacje, lecz z jakiegoś powodu jego zdaniem oryginalne. Do ostatniego dnia był zajęty głównie jedną rzeczą: intensywnie szukał w książkach i w internecie wszystkiego, co mogło świadczyć o mnie dobrze i w dodatku "robiło mi dobrze", jak się potocznie mówi. "Zrobić komuś dobrze" mówi się w sensie "przysporzyć przyjemności lub korzyści". Zadaniem laudatora jest zrobić dobrze laureatowi, a profesor podjął się przygotowania laudacji i pracował nad nią do drugiej po północy jeszcze w dzień wyjazdu. "On był bardzo obowiązkowy - napisała Dorota. - Nie podlegało dyskusji, że musi jechać. Ani przez moment nie próbowałam go od tego odwieść".

Może gorączkę mierzył, może nie. Są poszlaki, że jakieś wahania co do swego fizycznego uczestnictwa w gali jednak przeżywał i że one ustały dopiero w  chwili, gdy ja odwołałem własny przyjazd, a profesor Markowski mejlem wysłanym na dzień przed galą poinformował, jak się ułożyła ostatecznie sprawa ze mną: wystąpi Iwona Smolka, i raz jeszcze zapewnił profesora Pisarka o konieczności jego osobistego wystąpienia w Katowicach.

Wyobrażam sobie, co obaj myśleli: nieobecny laureat, wypadek losowy, trudno, zdarza się, ale do tego jeszcze nieobecny laudator? Nie, to już za wiele, do czegoś takiego nie możemy dopuścić, obecność laudatora w tych okolicznościach jest niezbędna.

Profesor Pisarek odpowiedział profesorowi Markowskiemu, że jest już umówiony na podróż do Katowic następnego dnia. Podjadą do niego samochodem i zabiorą prosto z mieszkania. Do tego momentu będzie tylko w domu pracował. Nigdzie nie wyjdzie. Żeby się bardziej nie przeziębić, objaśnia Dorota. Ona tak to rozumie. Ale też laudacja pozostawała wciąż niedokończona i wymagała jeszcze pracy, myślę ja.

Wydaje się, że w poczuciu profesora stworzenie tej laudacji nie było jedynie obowiązkiem. Sprawiało mu także pewną satysfakcję, jaką przeżywa każdy człowiek zwłaszcza pod koniec życia, im bliżej tego końca, tym bardziej, gdy może sobie powiedzieć: o, tę rzecz zrobiłem, udało mi się, doprowadziłem ją do skutku, również takie dzieło stworzyłem, dodałem do innych i tu zostawiam.

Nie wiem, czy to się działo w przeddzień gali, czy któregoś razu wcześniej, gdy rozmawiał przez telefon z córką Dorotą w Wiedniu, bo mieli zwyczaj rozmawiać co wieczór. Profesor się cieszył. Znalazł nieoczekiwaną informację. Odkrył, że to ja, ukryty pod pseudonimem, byłem autorem słów do znanej piosenki o rudym rydzu. To mu się przyda, planował, może tym urozmaicić laudację.

- A pamiętasz, jak z mamą i z tobą chodziliśmy na grzyby i to podśpiewywali?

- Pewnie, tato, rudy, rudy rydz, śpiewaliśmy tak w lesie.

- No to jutro do tych Katowic. Kiedy? Na obiad. To teraz już, kotku, całusek.

I Dorocie zdawało się, że czuje ciepło w słuchawce, bo wiedziała, że ojciec chuchnął do słuchawki w Krakowie. Odpowiedziała mu tym samym z Wiednia. Zawsze tak robili. Żegnali się na dobranoc chuchnięciem.

Profesor posiedział jeszcze nad laudacją do drugiej, aż wreszcie zamknął laptop i prawdopodobnie poszedł spać.

Rano, przypuszczam, nie miał ochoty wstać z łóżka.

Gdy się powoli zwlókł, ubrał i coś przełknął, a do przyjazdu samochodu pozostało trochę czasu, raz jeszcze otworzył laptop. Ale już nie po to, żeby wprowadzać poprawki do laudacji. Zajął się przenoszeniem w jedno miejsce jakichś plików rozproszonych w komputerze. Utworzył dla nich nowy folder i oznaczył nazwą "100 lat mediów".

Nic dziwnego. Przez pół wieku badał język mediów. Pomyślałem, że pliki w komputerze musiały być jego tekstami na ten temat, które w ostatniej chwili przed wyjazdem, jakby czymś tknięty, porządkował i opatrzył tytułem. Tak sobie wyobraziłem i tak opisałem w pierwotnej wersji, utraconej na wyzerowanym dysku. Ale tak nie może być, bo to nieprawda, i w odtworzonej wersji nie będzie.

Dorota przejrzała ten folder. Nie ma tam w ogóle tekstów profesora. "To są archiwalne materiały z powojennej prasy - informuje mnie na moją prośbę. - Wygląda to tak, jakby Tata zbierał materiały do książki pod tytułem "100 lat mediów"".

Nie jest to więc żaden zapis na wypadek śmierci.

Te materiały przygotował sobie raczej, by mieć je pod ręką i po powrocie zabrać się do pracy.

Śmierć jest zawsze nieprzewidywalna.

26 czerwca 2018
FRÄULEIN

Tadeusz Nowakowski opowiedział mi kiedyś w Monachium anegdotkę o sobie, nie wiem czy prawdziwą. Skończyliśmy już zwykłą rozmowę o polityce i literaturze, uprzejma pani domu, której uroda rzucała się w oczy, postawiła przede mną jakiś smakołyk, a Tadeusz zaczął opowiadać.

Jedzie z żoną do domu jakimś ówczesnym środkiem lokomocji miejskiej, zapewne autobusem, bo metra chyba jeszcze w Monachium nie było. Jest po godzinach pracy. Mają miejsca naprzeciw siebie, ale w pewnej odległości. Nie rozmawiają. Jazda trwa dość długo, tymczasem pasażerowie dokoła w większości się zmienili, tylko oni dwoje wciąż tak siedzą. Wyglądają na nieznajomych.

- Fräulein - odzywa się Tadeusz po niemiecku - czy panienka jest dziś wieczorem wolna?

Ściąga na siebie spojrzenia kilku osób. Żona z obojętną twarzą milczy. Nie odpowiada na seksistowskie popisy męża, choć nie zna takiego określenia, które jeszcze nie istnieje. Ale wyczuciem problemu i wzgardą wyprzedzi o pół wieku epokę.

Na razie autobus zatrzymuje się na kolejnym przystanku, Tadeusz mruga do panienki i razem, budząc poruszenie świadków, oboje wychodzą. Koniec anegdotki.

Po iluś latach samotny, porzucony przez żonę Tadeusz będzie w szpitalu warszawskim umierał. Przyjdę tam i zapytam, czy mogę mu jakoś pomóc.

- Pomódl się za mnie - powie.

Ale to już raz napisałem. Nie wiem, dlaczego się powtarzam. Co tu ze mną czas wyprawia?

27 czerwca 2018
SKAJP

Komentuje Dorota na Facebooku, ale nie epizod Tadeusza Nowakowskiego z Fräulein. Komentuje swoją rozmowę z ojcem w moim ujęciu. "Tylko chuchnięcie w słuchawkę się nie zgadza: myśmy rozmawiali przez coś w rodzaju skajpa, a więc nie tylko słysząc, ale i widząc się codziennie. I przesyłaliśmy sobie całuski chuchnięciem w ekran komputera".

Oczywiście, nie trzymali nic przy uchu. Mówiły do nich laptopy. Słuchawka to anachronizm. Jeszcze jedno pomieszanie czasów, które muszę skorygować. A czytelników bardzo proszę o współpracę. Musimy skorygować, chciałem powiedzieć, ja i czytelnicy, opis i pamięć wieczornej rozmowy ojca z córką. Inne wymiary, inna sytuacja obojga w przestrzeni, inna w ogóle obecność. Inne ciepło i przede wszystkim widok. Kto nigdy nie widział profesora, ma teraz okazję zobaczyć, co widzi Dorota na ekranie. Starszy człowiek z brodą. To widzi każdy już na pierwszy rzut oka, ale nawet Dorota, dla której ta broda musi być dobrą znajomą, patrzy na nią przez sekundę jak na niespodziankę. Broda ma związek z oczami profesora. Są inteligentne i figlarne, trochę jak ta broda. Ktoś mi już dawno powiedział: profesor Pisarek to profesor Filutek. Profesora Filutka wymyślił i rysował przez wiele lat humorysta Zbigniew Lengren w "Przekroju".

- Wiesz - mówi na ekranie ojciec do córki - okazuje się, że ten mój pisarz stworzył słowa do "Rudego rydza". Pamiętasz?

I ojciec z córką nucą trzy albo pięć taktów starego szlagieru, a profesor się śmieje.

29 czerwca 2018
KOMUNIKACJA

Komentuje Wojciech Baliszewski na Facebooku. Jeszcze jeden po Tadeuszu Nowakowskim i profesorze Walerym Pisarku, który mnie chwali. Gromadzą się chwalcy w tym Blogu Trzecim, a wcale nie mieli. Jednak blog, jak wiadomo, rządzi wszystkim po swojemu, czy autor chce, czy nie chce.

Komentator Wojciech Baliszewski występuje tym razem w innej sprawie. Chodzi o monachijskie metro, a w domyśle o to, czym kiedyś mógł jechać właśnie Tadeusz Nowakowski z żoną, i o możliwą chronologię moich spotkań z nim. "Dla porządku i informacji: metro w Monachium - napisał komentator - działa od października 1971 r.". Ja sześć lat wcześniej byłem co prawda po raz pierwszy w Monachium i poznałem Tadeusza, jednak nie przyjmował mnie wtedy w domu i na pewno nie opowiedział anegdotki o Fräulein. Takie przyjęcie zdarzyło się w ogóle raz, już po roku 1971, chyba dopiero w latach osiemdziesiątych, a najprawdopodobniej w 1988, gdy przebywałem dłużej w Monachium i miałem codzienny kontakt ze środowiskiem Radia Wolna Europa, bo nagrywałem w studiu rozgłośni całą swoją powieść "Stan po zapaści". Z drugiej strony wydaje się, że wtedy na opowiadaną w domu Tadeusza anegdotkę o Fräulein było trochę za późno. Świetnie pamiętam, gdzie ją opowiadał, nie pamiętam kiedy. Do dziś widzę: siedzi za stołem naprzeciw mnie, po jego prawej stronie żona.

Z informacji Wojciecha Baliszewskiego wynika, że małżeństwo mogło rzeczywiście jechać metrem, niekoniecznie autobusem, i siedzieć naprzeciw siebie, jak ja w ich domu naprzeciw nich. Nie znam rozkładu miejsc w monachijskich wagonach metra i nie wiem, czy można było tak siedzieć. Ale ta przejażdżka z molestowaniem panienki przez Tadeusza musiała się odbyć wcześniej, niż przyjęcie dla mnie, przypuszczam, że raczej w latach sześćdziesiątych, gdyśmy się poznali i nie było jeszcze metra. Albo Tadeusz ją zmyślił i nie odbyła się nigdy.

18 lipca 2018
SZOK

- Czy pan już wie, co się stało? - usłyszałem w telefonie głos profesora Markowskiego. Głos odtwarzam, jest z poprzedniego roku, ale odtwarzał się potem wielokrotnie we mnie i teraz też, gdy chcę go odtworzyć, żeby zapisać, słyszę ten głos gdzieś w środku siebie i robi mi się tam trochę zimno, a może słabo, coś takiego się robi, bo wiem, co on zaraz oznajmi.

- Nie, nic nie wiem - powiedziałem wtedy. - A co się stało?

Cóż mogło się stać? - przeleciało mi przez głowę. Gala miała być tego wieczoru w Katowicach. Leżąc już w łóżku z ręką na utwardzonej gipsem longecie, wyobrażałem sobie chwilami jakiś epizod gali, która tam biegła i dotyczyła mnie. Widoki nieostre. Uroczystość. Estrada. Wchodzenie, schodzenie. Mówcy. Kwiaty. Stamtąd dzwonił profesor Markowski, bo przecież musiał tam być i czuwać nad całością programu. Ach! Iwony Smolki nie ma! Czyżby ona...? Ale ja, ja! Co ze mną? Miała mój tekst, coś przeszkodziło w drodze i nie dojechała? To się stało? To zaraz usłyszę?

- Profesor Pisarek nie żyje - usłyszałem.

Jeszcze nie rozumiałem. Jak to nie żyje? Co to za wiadomość dziś wieczorem? Profesor Pisarek żyje. Umarł? Kiedy umarł?

- Krótko przed rozpoczęciem gali zasłabł, stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Mimo najlepszej pomocy lekarskiej na miejscu. Jesteśmy wstrząśnięci. Miał za chwilę mówić o panu, po to przede wszystkim przyjechał, bo to on podjął się wygłoszenia laudacji i ją przygotował, ale tuż przed wystąpieniem zmarł. W tej sytuacji ograniczyliśmy galę do spełnienia formalności i do treści zgodnych z nastrojem chwili. Laudacji, oczywiście, nie było. Pani Smolka odczytała z pana wypowiedzi tylko jedno zdanie, końcowe. Jesteśmy w szoku z powodu śmierci profesora tu nagle wśród nas, na gali.

20 lipca 2018
ŚMIERĆ

Reanimacja. Zaraz po obiedzie w Katowicach. Bodaj przez godzinę. Wszyscy mi potem to mówili. Na miejscu był lekarz kardiochirurg, profesor Andrzej Bochenek, gość gali. Zajął się reanimacją. Inni stołownicy czekali po deserze przerażeni, cisnąc się w sąsiednim pomieszczeniu, między nimi jeden sparaliżowany częściowo pisarz slawista na wózku inwalidzkim. To była makabra - mówiła Iwona Smolka. Reanimacja się nie udała. Profesor Pisarek skonał. A przy obiedzie jeszcze żartował - mówiła Magda Umer, która na gali miała śpiewać.

Program pośpiesznie zmieniono, ale Magda Umer zaśpiewała. Nie mogło być laudacji, bo ciało martwego laudatora stygło właśnie w momencie przewidzianym na laudację. Przemówił profesor Markowski. Iwona Smolka odebrała statuetkę i przeczytała z mojego tekstu krótkie podziękowanie. Statuetkę przywiozła mi do Warszawy. Mam ją w domu teraz, gdy piszę. Mogę popatrzeć.

I wciąż myślę, czy wszystko nie potoczyłoby się inaczej, gdybym ja pojechał jednak do Katowic, a profesor Pisarek nie był w stresie, że on musi, bo beze mnie i jeszcze bez niego runie cały plan imprezy. I gdyby on ze swojego wyjazdu zrezygnował.

Może taka jego decyzja, inna niż faktyczna, nic by w rzeczywistości nie zmieniła. Może umarłby tego samego dnia w Krakowie, nie w Katowicach. Może. Nie wiemy. Nigdy się nie dowiemy. Może jednak o zgonie profesora przesądziła kumulacja wysiłków. Może po intensywnej pracy przy komputerze i źle przespanej nocy było już dla organizmu właśnie o ten wyjazd za dużo.

A czy ja ze swoją unieruchomioną ręką musiałem rzeczywiście zostać w Warszawie, gdy wszyscy się spodziewali, że kto jak kto, ale ja po odbiór swojej nagrody przyjadę. No i co, że z jedną ręką zagipsowaną! Mało razy widzieliśmy w miejscach publicznych osoby z rękami na temblakach? Co najwyżej nie zjadłbym obiadu ze wszystkimi, bo nie potrafiłbym przy stole użyć sztućców. Ale zagadać z ręką w gipsie na gali, zamiast prosić Iwonę o przeczytanie tekstu, mógłbym przecież.

Może profesor Pisarek, uniknąwszy zgubnego przeciążenia wyjazdem, żyłby nadal, a ja wciąż od nowa nie zadawałbym sobie pytania, czy nie umarł przeze mnie.

27 lipca 2018
PŁACZ

A jakże! Oglądając się wstecz, widzę teraz jeszcze jaśniej kwestię śmierci profesora. Po przepisowych dziesięciu dniach trzymania ręki w gipsie miałem sam go zdjąć, aby stwierdzić, czy normalnie ruszam dłonią i nic w niej nie pobolewa. Ręka okazała się absolutnie sprawna. Żadnych dolegliwości nie czułem.

Zrozumiałem, co zrobił ze mną ortopeda. To nie było leczenie. To była czysta asekuracja, rutynowa zapewne ostrożność lekarza w takich wypadkach. Przecież powiedział, że zakłada mi gips na wszelki wypadek, o czym jakoś potem zapomniałem. Jego asekuranctwu poddałem się bezrefleksyjnie i zasklepiłem w tchórzliwym nieco wygodnictwie, nie reagując już na inne bodźce, które skądkolwiek docierały.

A mogłem śmiało zerwać z siebie ten gips o kilka dni wcześniej. Jak widać, niczym to nie groziło. Ale nie przyszło mi do głowy ani o te kilka dni wcześniej, ani nawet wtedy, gdy już po gali gips był zdjęty.

Z czasem dopiero myśl ta rozświetliła nagle mój mózg jak błyskawica nocą. Może byłbym uchronił profesora od konieczności wyjazdu do Katowic i ocalił od śmierci, gdybym tylko wyrzucił w diabły swój gips przed wyznaczonym czasem, a profesor gdyby się dowiedział, że jednak pojadę na galę. Co prawda, żeby to zrobić, ja też musiałbym znać sytuację profesora i orientować się, że w ogóle ma on coś wspólnego z galą. Niestety, dopiero poniewczasie uprzytomniłem sobie, co kto mógł. Nikt nie zdążył.

Spóźniłem się, a w dodatku mam wrażenie, że wciąż jeszcze się spóźniam. Gdy po dziesięciu dniach zostałem z ręką bez gipsu, przyszło mi jedynie na myśl, że odzyskałem swobodę ruchu i będę mógł pojechać na pogrzeb.

Chowano profesora w Krakowie, gdzie niemal przez całe życie mieszkał, studiował, a potem wykładał na Uniwersytecie Jagiellońskim, pracował naukowo i pisał książki. Nabożeństwo żałobne odprawiono w kościele akademickim Świętej Anny przy Collegium Nobilium. Pogrzeb odbył się w słonecznej pogodzie, z katolicko-krakowską celebrą i serią przemówień na cmentarzu Rakowickim. Stałem bez słowa, obezwładniony do głębi niesamowitością wszystkiego, co się stało, a głównie dysproporcją powagi i błahości towarzyszącą tej śmierci od samego źródła. Śmierć dla gali i laudacji. Powoli uświadamiałem sobie cenę.

Przemówiła córka profesora, nieznana mi pani Dorota, która przyjechała z Wiednia. Była niewątpliwie ukochaną i kochającą jedynaczką profesora w bardzo zażyłym związku z ojcem. Sprawiała wrażenie, jakby po latach przeżytych za granicą, odzwyczajona już nieco od rodzinnego Krakowa, czuła się w Polsce trochę niepewnie. Ale nie w cmentarnym wspomnieniu poświęconym ojcu.

Śmiało powiedziała, że nauczył ją kanonu moralnego i wierności zasadom. Od tego zaczęła, potem wymieniła inne pobrane nauki, wśród nich taką:

- Nauczyłeś mnie miłości. Do partnera, do własnego dziecka, ale też do Idei. Nauczyłeś mnie walczyć - dodała.

Napomknęła, że profesor ze swoim twardym charakterem potrafił także wzruszać się do łez.

- Całkiem niedawno oglądaliśmy wspólnie scenę filmową. Kochający ojciec wybacza córce, która wybrała życie odmienne od tego, jak on wyobrażał sobie jej los. Rozpłakałeś się wtedy - powiedziała do zmarłego.

Wyznała dopiero nad tym grobem, że było coś, czego nigdy mu nie mówiła, a teraz by chciała. Też się spóźniła - przemknęło mi przez głowę. Otóż podziwiała go. Był dla niej wzorem.

Tego nie zdążyła powiedzieć mu za życia.

I sama się rozpłakała.

Z nią się zaprzyjaźnię, jeśli pozwoli, pomyślałem.

9 sierpnia 2018
ŻYCIE

Koniec odtwarzania. Rusza blog na żywo. Co się odtworzyło, to się odtworzyło, co nie, to nie. Latają mi jeszcze w pamięci oderwane zdania zapisane na dysku, który się tajemniczo wyzerował. Lata na przykład takie zdanie o profesorze: gdyby zrezygnował z wyjazdu i chciał powierzyć odczytanie swojej laudacji innej osobie w jego imieniu, nie musiałby nawet prosić córki o zastępstwo. Zupełnie odpowiednim zastępcą mógł być jakiś kolega profesor, który na galę do Katowic jechał.

Ale nie wiadomo, od czego się to zagubione zdanie oderwało, a raczej: w którym miejscu. Skoro do odtwarzanego tekstu samo się nie włączyło, ja go już nie włączę.

Jednak zaczyny pewnych kwestii, spraw i historii, powiedziałbym: utajone cieki płynące od początku w tej opowieści, nie przestają płynąć, tak jak wyciekły z pierwotnych źródełek. Czuję tętno tych strumyczków, chociaż nie wiem, gdzie popłyną.

Zagadka nielogiczności bytu, ogólnie biorąc, nieprzewidzianej śmierci, wyzerowania dysku, może przyjaźni z płaczącą Dorotą - co z tego wyniknie? A jeszcze fatalizm chwalenia, z natury rzeczy kompromitujący chwalonego, bo sam o chwaleniu siebie mówi. A on musi, bo co? Bo wynikło nieszczęście. Wszystko pod znakiem śmierci. Tragiczna metafizyka chwalenia.

13 sierpnia 2018
KWICZOŁ

Dlaczego tak się stało? Wyszedłem na balkon. Był ranek. Na balkonie leżał martwy ptak. Mniejszy od gołębia, większy od szpaka.

Skąd się wziął, po co przyleciał i z jakiego powodu nie żył? Bez ran i jakichkolwiek widocznych uszkodzeń. Nie był ofiarą polowania. Nie chciał go zjeść drapieżnik zabójca, kot ani urodziwa morderczyni - sroka. Nie został odarty z upierzenia i rozszarpany. Wyglądał jak człowiek, który umarł we śnie, leżąc na boku. Może ptaki też tak czasem umierają. Czy ten przyleciał, żeby umrzeć najlepszą śmiercią, spokojnie i niepostrzeżenie na moim balkonie? A jaki to właściwie gatunek ptaka? Słabo znam się na tym. Magda by wiedziała. Ale tu, gdzie w letni poranek znalazłem na swoim wakacyjnym balkonie zwłoki ptaka, Magdy ze mną nie było.

Zadzwoniłem i opowiedziałem jej, co się zdarzyło. W sprawach ptasich autorytetem jest dla mnie córka.

- Jaki to może być ptak? - zapytałem. - Mniejszy od gołębia, większy od szpaka. Trochę kolorowy, z jasnym spodem.

- Dobrze, kolorowy, ale co to za kolor?

- Trudno powiedzieć. Niejednolity. Głównie żółty.

- Żółty?

- Chyba taki nieco szary. Raczej seledynowy.

- O! Seledynowy!

- Bo on jest różny w różnych miejscach. Nawet biały i czarny, i czerwony. I leży na boku, jak człowiek. A ja go nie ruszam. On z boku jest jakby u dołu nakrapiany.

- Co? Nakrapiany?

- No tak, tam upstrzony, wiesz, takimi różnymi...

- To może być kwiczoł.

Aha, pomyślałem, kwiczoł. Odpowiadała mi hipoteza, że tajemniczy kwiczoł przyleciał położyć się u mnie i w duchu Blogu Trzeciego zagadkowo umrzeć.

Jednak trzeba go było pochować. Zadzwoniłem do miejscowego ogrodnika. Poinformowałem, o co chodzi. Przyszedł zaraz.

Spojrzał tylko i zawołał:

- Jaki piękny dzięcioł! Szkoda. A co mu się stało?

- Nie wiem właśnie.

Ogrodnik wciągnął rękawiczki i zabrał się do szczegółowych oględzin ptaka. Obejrzał ze wszystkich stron. Nic nie znalazł. Ptak był cały.

- Może to ta burza dziś w nocy. Bardzo silny wiatr. Mógł wiatr cisnąć nim o ścianę domu i tak zabić. A on nieżywy spadł panu na balkon.

Miałem wątpliwości. Spadłby zabity ze złożonymi skrzydłami i umościł się w takiej wygodnej pozycji jak śpiący człowiek, na boku? Tak leżą zabite ptaki?

I dzięcioł, nie kwiczoł?

Ogrodnik umieścił go na balustradzie balkonu, potem na parapecie okiennym i kilkakrotnie sfotografował telefonem komórkowym.

- Pokazałbym taką fotografię mojej córce, gdy mnie odwiedzi - powiedziałem. - Będzie można?

- Bardzo proszę - zgodził się ogrodnik.

Magda przyjechała w niedzielę, pierwszą po rozmowie o ptaku. Poprosiliśmy ogrodnika, żeby zaszedł z telefonem. Po chwili był. Wyświetlił zdjęcie, pokazał Magdzie.

- Oczywiście, dzięcioł zielony - powiedziała. - Nie, nie kwiczoł.

17 sierpnia 2018
MORZE

Na morzu znam się jeszcze mniej niż na ptakach. A pytanie jest, czy to, co żyje w morzu, wkrótce umrze i czy morze też umrze. Podobno umiera. Nie widać. Na moje oko raczej odpoczywa, spokojne, płaskie i ciche. Takie wakacyjne Morze Bałtyckie trafiło mi się chwilowo. Nie toczy fal z hukiem, jak umie. Sinice miały zarastać brzeg i zabijać życie, pozbawiając je światła i tlenu, choć bakterie to też w końcu życie, tylko już inne, nie nasze i wrogie. Sinic nie ma.

Jeśli więc morze umiera, to tak jak domniemany kwiczoł, który okazał się dzięciołem: we śnie. Nad morzem kołują mewy. Raz po raz krzyczą. Ale w sprawie śmierci morza trzeba by posłuchać głosu ryb. One jednak nie mają głosu, o czym poinformowano mnie już w dzieciństwie, pedagogicznie dodając, że dzieci też nie mają.

Teraz dzieci mają głos. Ho, ho, jak bardzo mają! Słychać je wszędzie nad morzem. Dniem i nocą. Na ulicach, plażach, placach zabaw, w parkach, sklepach, restauracjach, wózkach dziecięcych i gokartach pędzących z małymi kierowcami po kostce Bauma. Głośniej słychać chyba tylko popisy motocyklistów i ryki pijanych band po północy.

- Przyjechało pięćset plus - mówi Barbara, która też przyjechała, a cała składa się z dezaprobaty i wspomnień sprzed kilku dziesięcioleci. Spotkaliśmy się, teraz ona towarzyszy mi przy obiedzie. Śmierć morza jej nie interesuje.

Nikogo nie interesuje. Pięćset plus, które przyjechało, chodzi z dziećmi i żonami albo bez, zadowolone albo nie, bawi się albo przeklina, albo łączy swojsko jedno z drugim. I tak sobie paraduje, nie przejmując się ani trochę klimatem Ziemi. Jest natomiast półnagie z powodu gorąca, rozebrane i pod względem ciała obfite, męsko-brzuchate, żeńsko też, ale rzadziej. Kobiety jak rakiety, pokazowe, strzeliste, przemykają osobno, nie należą do pięćset plus. Są, oczywiście. Pochodzą prawdopodobnie z piosenki, a w ogóle festiwali, wydarzeń rozrywkowych, muzyki i głośnego śmiechu dziewczyn nie brak. Nie jest tak, że panuje tylko pięćset plus.

Ono samo nie jest jednakowe, na przykład bez wyjątku otyłe, wytatuowane, narodowo-suwerenne lub dufnie apolityczne i aspołeczne. Jest różne. Szybko ewoluuje.

Pięćset plus zmienia się w pięćset pluralizm.

Morze spokojne, płaskie i ciche trwa. Mewy krążą.

Słońce pali. Wszyscy jeszcze mają czas, żeby razem z morzem przeżyć, ile się da. A dzieci i dzieci tych dzieci?

Nie wiadomo. Byłem wieszczkiem, jednak i to się zmieniło. Już nie mam odwagi, bo ostatnio w każdej sprawie stało się prawdopodobne wszystko i nic. Na przykład jutro wojna. Jednak nie wiadomo, czy ona to bardziej ona, czy bardziej nie. I czy śmierć morza to bardziej śmierć, czy bardziej nie. A moja śmierć to bardziej śmierć czy bardziej nie? Zagadka.

Wieszczek nie rozwiąże. Jest jak ryba, nie ma głosu. Wieszczek się skończył w Blogu Drugim, tym z Justyną.

 

[...]