Układ - Igor Brejdygant

-
Proszę czekać

Układ

Monika odgar­nęła liście, posta­wiła znicz i donicę z chry­zan­te­mami, za któ­rych wonią ni­gdy nie prze­pa­dała, i popa­trzyła na płytę nagrobną. Obok stał już jakiś palący się znicz. Pew­nie jedna z roz­licz­nych kocha­nek zapa­liła ojcu, pomy­ślała. Ona nie przy­szła tu jed­nak do ojca. Obok napisu "Boh­dan Brzo­zow­ski" był jesz­cze drugi, który wyróż­niał się świe­żo­ścią farby.

Tak naprawdę nie było nawet wia­domo, gdzie go pocho­wać. Piotr nie był Pio­trem. Nazwi­sko i imię, pod któ­rymi funk­cjo­no­wał przez ostat­nie lata, nale­żały do czło­wieka, który nie żył, albo jesz­cze do kogoś innego. Nie spo­sób do tego już teraz dojść. Piotr nie był też Bory­sem. Tamte dane sprzed szes­na­stu lat zostały tak samo zmy­ślone jak te ostat­nie, a może nawet jesz­cze bar­dziej, bo wtedy łatwiej było się pod­szyć. Sło­wem: nie wia­domo, kim był, nie udało się odna­leźć jego korzeni, rodziny ani też, co za tym szło, grobu rodzin­nego. W związku z tym Miej­skie Przed­się­bior­stwo Usług Komu­nal­nych miało obo­wią­zek przy­dzie­lić mu ano­ni­mową kwa­terę na jed­nym z dwóch cmen­ta­rzy: na połu­dnio­wych bądź na pół­noc­nych rubie­żach mia­sta. Monika biła się jakiś czas z myślami. W końcu po roz­mo­wie z matką Bar­barą, która wpraw­dzie spra­wiała znów wra­że­nie, jakby nie znała tła sprawy, ale nawet jeśli je znała, to nie­wiele zmie­niało, usta­liły, że Piotr vel Borys zosta­nie zło­żony na Bród­nie w ich gro­bie rodzin­nym, pod nazwi­skiem, które przy­brał jako ostat­nie.

Sprawa jego śmierci w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach byłaby roz­trzą­sana w dłu­go­trwa­łym docho­dze­niu, ale oko­licz­no­ści nie były nor­malne i wszyst­kim zale­żało raczej na tym, żeby śledz­two szybko umo­rzyć, a Monikę ode­słać przy­naj­mniej na tym­cza­sowy urlop. Oczy­wi­ście dzia­łała w obro­nie koniecz­nej. Wska­zy­wały na to oko­licz­no­ści sprawy, a przede wszyst­kim fakt, że denat, czyli Piotr, był wie­lo­krot­nym zabójcą. Tego, jak wie­lo­krot­nym, nikt na razie nie chciał nawet usta­lać. Mimo wszystko sprawa była bar­dzo nie­jed­no­znaczna, a takich nikt w poli­cji nie lubił.

Wszystko poukła­dało się w każ­dym razie tak, że Monika od mie­sięcy nie miała wła­ści­wie nic do roboty. Przez chwilę spo­ty­kała się z psy­cho­lo­giem przy­dzie­lo­nym jej przez komendę sto­łeczną, ale robiła to raczej po to, by usa­tys­fak­cjo­no­wać zwierzch­ni­ków, niż po to, by rze­czy­wi­ście otrzy­mać pomoc. Z tyłu głowy wisiała nie­do­koń­czona sprawa, ale na razie nie miała ani siły, ani ochoty jej podej­mo­wać. Z infor­ma­cji, które przy­no­sił jej zaprzy­jaź­niony asy­stent, aspi­rant Adam Wój­cik, wie­działa, że poli­cyjny zdrajca komi­sarz Sta­siak znik­nął i że był wpraw­dzie poszu­ki­wany, ale z umiar­ko­waną inten­syw­no­ścią. Ujaw­nie­nie takiego skan­dalu w poli­cji nikomu nie było na rękę. Dużo inten­syw­niej, jako współ­po­dej­rza­nych o zabój­stwa, poli­cja poszu­ki­wała psy­cho­loga hip­no­ty­zera Zimec­kiego oraz tajem­ni­czej kobiety, któ­rej zna­leźć organy nie miały szans, gdyż oprócz numeru buta nie wie­działy o niej kom­plet­nie nic.

Buty. Te zna­le­zione w sza­fie w miesz­ka­niu Pio­tra-Borysa, zabi­tego przez Monikę, kry­mi­na­li­styka zba­dała tak, jak nie badała żad­nego dowodu rze­czo­wego w histo­rii komendy sto­łecz­nej. Kształt stopy odci­śnięty na wkładce, dro­binki skóry i wło­ski, nawet ślady zapa­chowe. Wszystko zostało zgro­ma­dzone i prze­ba­dane w tę i z powro­tem. Szczę­śli­wie nic nie paso­wało do Moniki. Do Moniki nie paso­wały też ślady na bagne­cie zna­le­zio­nym w tor­bie. Odci­ski w kar­to­te­kach przy­na­le­żały do Borysa, który nie ist­niał, prze­ba­dane w kie­runku DNA ślady skórne wska­zy­wały na kogoś jesz­cze, ale znów... szczę­śli­wie nie była to Monika.

Wiało. Monika przy­glą­dała się chwilę, jak pło­mień w dwóch już teraz zni­czach z mozo­łem wal­czył o prze­trwa­nie. W oddali zgar­biona sta­ruszka z nie mniej­szym mozo­łem pró­bo­wała za pomocą zmiotki wycią­gnię­tej zza grobu ścią­gnąć liście poprzy­kle­jane do lastry­ko­wej płyty. Monika spoj­rzała znów na płytę przed sobą: jej była gra­ni­towa i pole­ro­wana, z takiej liście usu­wało się łatwiej, a poza tym nie pozo­sta­wiały brą­zo­wych śla­dów. Piotr Zawil­ski zmarł 18 listo­pada 2017. A kiedy się uro­dził? Monika uśmiech­nęła się do wspo­mnień. Czło­wiek bez wieku, pomy­ślała. Wcze­śniej, jesz­cze przed pogrze­bem, w kan­ce­la­rii cmen­tar­nej życz­liwy pro­boszcz suge­ro­wał, żeby może podała jakąś datę uro­dze­nia, tak na wyczu­cie, ale Monika nie chciała robić nic na wyczu­cie. Miała dosyć kłam­stwa zwią­za­nego z osobą Pio­tra. Wszystko, co o nim wie­działa, oka­zało się fik­cją. Nie miała poję­cia, kim był ani skąd pocho­dził, więc próba zmy­śle­nia, ile miał lat, nie miała sensu. Całą jej wie­dzę o nim, którą mogła uznać za praw­dziwą, sta­no­wiły te momenty, w któ­rych byli razem. Jedyne, czego mogła być pewna, to tego -?że zaist­niał w jej życiu. Naj­pierw dawno, przed wie­loma laty jako Borys, a potem, chwilę jesz­cze temu jako Piotr, któ­rego zabiła. Gdzieś w głębi trzewi czuła, że zarówno wtedy, jak i teraz, przed chwilą zale­d­wie, ten czło­wiek był dla niej kimś waż­nym, a ona była ważna dla niego. Pamięć uczu­cia, jak pamięć zapa­chu, była bar­dzo ulotna, ale też bole­śnie inten­sywna. Monika wie­działa, że ten męż­czy­zna darzył ją uczu­ciem. Jak bar­dzo było silne, przy­naj­mniej na razie nie mogła mieć poję­cia.

-?Ma pani może zapałki? -?Dam­ski głos za ple­cami wyrwał ją z zamy­śle­nia.

Za nią stała kobieta cała odziana w czerń, któ­rej wcze­śniej nie dostrze­gła. Jej twarz zakry­wała czarna sia­teczka żałob­nej woalki. Bar­dzo sta­ro­świec­kie, pomy­ślała Monika.

-?Oczy­wi­ście, pro­szę. -?Podała tam­tej zapałki.

-?Mogę poży­czyć na dwie minuty? Zapalę tam na gro­bie -?kobieta wska­zała na grób w cało­ści pokryty pod­wię­dłymi już lekko kwia­tami i wień­cami -?i zaraz odniosę.

-?Jasne. -?Monika uśmiech­nęła się do niej i nagle naszła ją reflek­sja, że może lepiej się stało tak, jak się stało. Gdyby spę­dziła z Pio­trem czy Bory­sem ostat­nie kil­ka­na­ście lat, to teraz byłoby jej jesz­cze o wiele trud­niej.

Kobieta w czerni odda­lała się powoli.

Adam wszedł do sekre­ta­riatu gabi­netu komen­danta sto­łecz­nego równo za minutę dzie­siąta. W życiu radził sobie z punk­tu­al­no­ścią raczej słabo, w sytu­acjach takich jak ta jed­nak musiał tro­chę ogra­ni­czyć bycie sobą. Arty­stow­ska dusza nie paso­wała do sza­ra­wej lam­pe­rii ani do brą­zo­wej wykła­dziny. Ogól­nie wszystko to było jakby nie z jego bajki, a jed­nak lubił to i cał­kiem dobrze uda­wało mu się tu funk­cjo­no­wać.

-?No co tam u pana, aspi­ran­cie Wój­cik? -?Komen­dant inspek­tor Matecki nauczył się nazwi­ska Adama sto­sun­kowo nie­dawno, ale teraz wciąż przy­by­wało powo­dów, by go nie zapo­mi­nać.

-?Dzię­kuję panie inspek­to­rze, jakoś leci. -?Adam miał ochotę rozej­rzeć się po wnę­trzu gabi­netu, w któ­rym ni­gdy jesz­cze nie był, ale czuł, że mogłoby to zostać potrak­to­wane jako nad­miar aser­tyw­no­ści.

-?Co u kole­żanki Brzo­zow­skiej, jak ona się miewa? -?Komen­dant się­gnął po papie­rosa do paczki leżą­cej na biurku, po czym skie­ro­wał ją w stronę Adama.

Adam lekko się zdzi­wił, nie był pewien, czy to nie jakiś rodzaj pod­pu­chy, ale z dru­giej strony byłoby to zgoła bez sensu.

-?Nie wolno, ale można. -?Matecki uśmie­chem roz­wiał jego wąt­pli­wo­ści.

Zapa­lili.

-?No więc co z tą Brzo­zow­ską? -?wró­cił do sprawy.

-?Dobrze, w porządku raczej. -?Adam zacią­gnął się deli­kat­nie, żeby nie prze­sa­dzić z nad­mia­rem swo­body. Inspek­tor, choć mia­no­wany na to sta­no­wi­sko został głów­nie dzięki zna­jo­mo­ściom oraz wcze­śniej­szej lojal­no­ści wobec ludzi będą­cych obec­nie u wła­dzy, nie był pozba­wiony inte­li­gen­cji ani przede wszyst­kim spo­strze­gaw­czo­ści, dla­tego doce­nił umiar Wój­cika w korzy­sta­niu z sytu­acji.

-?Panu jakoś leci, kole­żanka raczej w porządku. -?Uśmiech­nął się. -?A coś wię­cej, bli­żej, jakieś szcze­góły? Chciał­bym wie­dzieć, co się dzieje z moimi pra­cow­ni­kami.

Ostat­nie słowa inspek­tora zabrzmiały mini­mal­nie mniej przy­jem­nie, choć Matecki nie prze­sta­wał się uśmie­chać.

-?Komi­sarz Brzo­zow­ska jest na urlo­pie, o ile wiem, spę­dza go w domu, odpo­czy­wa­jąc, a ja... -?Wój­cik namy­ślił się tro­chę ner­wowo -?ja mam kilka spraw, nic wiel­kiego.

-?Rozu­miem, oczy­wi­ście, a co z tamtą sprawą? -?Matecki zga­sił papie­rosa, wci­ska­jąc go gołym kciu­kiem w szkło popiel­niczki.

-?Z tamtą? -?zawie­sił się aspi­rant.

Matecki przy­glą­dał mu się teraz bar­dzo czuj­nie.

-?Tak, kurwa, co z tamtą?! -?uniósł się nagle wyraź­nie. -?Pan myśli, że z kim roz­ma­wia, panie aspi­ran­cie? Z debi­lem?!

-?Nie -?Adam prze­łknął ślinę -?panie inspek­to­rze.

-?No więc co z tamtą sprawą, do cho­lery?! -?Ostat­nie słowo, choć groź­nie brzmiące w kon­tek­ście sytu­acji, Matecki wypo­wie­dział już znów miękko i się uśmiech­nął, a Adam pomy­ślał, że oprócz tego, że lojalny, wierny, inte­li­gentny i spo­strze­gaw­czy, to inspek­tor jest też lek­kim wykrę­tem.

-?Tamta sprawa jest badana, ale zgod­nie z zale­ce­niem nie wyko­nu­jemy żad­nych gwał­tow­nych ruchów, zresztą pro­wa­dzi ją komi­sarz Sie­radzki, o ile wiem, roze­słane zostały listy goń­cze za psy­cho­lo­giem Zimec­kim, labo­ra­to­rium bada ślady, ale to wiem tylko z kory­ta­rzy, panie komen­dan­cie. -?Adam wyre­cy­to­wał dłu­gie zda­nie, pró­bu­jąc cały czas głów­ko­wać jed­no­cze­śnie, do czego pije Matecki.

Inspek­tor zapa­lił kolej­nego papie­rosa, ale tym razem nie poczę­sto­wał już Adama. Można by było przy­pusz­czać, że zapo­mniał, gdyby nie to, że Matecki nie był czło­wie­kiem, który o czym­kol­wiek zapo­mi­nał.

-?Nie chce mi pan powie­dzieć -?stwier­dził nagle sta­now­czo.

-?Czego, panie inspek­to­rze? Może gdy­bym... -?zaczął Adam.

-?Dobrze, dzię­kuję. Pro­szę przyjść, jak się pan namy­śli. -?Matecki spoj­rzał nagle na Adama prze­ni­kli­wie.

Wój­cik wstał i ruszył w kie­runku drzwi.

-?No i pro­szę pamię­tać, że komi­sarz Brzo­zow­ska nie została jesz­cze w pełni oczysz­czona z podej­rzeń o udział w tam­tych mor­der­stwach. -?Matecki posta­no­wił naj­wy­raź­niej zagrać tą kartą.

Teraz Adam się zde­ner­wo­wał. Rozu­miał cie­ka­wość swo­jego prze­ło­żo­nego odno­śnie do usta­leń, które udało mu się poczy­nić, ale były pewne gra­nice.

-?Oczy­wi­ście pamię­tam, panie inspek­to­rze. -?Uśmiech­nął się i nabrał powie­trza. -?Acz­kol­wiek, jeśli wobec, jak obaj wiemy, nie­win­nej Moniki zostaną wycią­gnięte jakieś dodat­kowe kon­se­kwen­cje, to oba­wiam się, że wtedy do prasy mogą tra­fić mate­riały, które nie powinny. Sło­wem, ogól­nie może się zro­bić bała­gan.

-?Wypier­da­laj. -?Matecki naj­wy­raź­niej alu­zję pojął w całej jej roz­cią­gło­ści.

Adam wyszedł do sekre­ta­riatu i uśmiech­nął się na poże­gna­nie do pani Eli. Z nią nale­żało żyć w dobrych ukła­dach, bo po pierw­sze była fajną babką, a po dru­gie prze­sie­działa już w tym sekre­ta­ria­cie trzech poprzed­ni­ków Matec­kiego, więc z dużym praw­do­po­do­bień­stwem prze­sie­dzi i jego. Kiedy jed­nak wyszedł za duże i cięż­kie drew­niane drzwi, które mogły swoim wyglą­dem przy­po­mi­nać ory­gi­nalne wrota z cza­sów, gdy Pałac Mostow­skich nale­żał do rodziny Mostow­skich, sta­nął przy ścia­nie i chwilę ciężko oddy­chał.

Czy wła­śnie stra­cił pracę w orga­nach ści­ga­nia? -?To pyta­nie fra­po­wało go w tej chwili naj­bar­dziej.

Prawda w tej spra­wie była taka, że Adam rze­czy­wi­ście wie­dział znacz­nie wię­cej, ponie­waż od dwóch mie­sięcy razem już teraz nie z porucz­ni­kiem, ale od nie­dawna kapi­ta­nem Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego Cze­sła­wem Warec­kim pro­wa­dzili swoje wła­sne, przez nikogo nie­zle­cone i przede wszyst­kim przez nikogo nie­po­chwa­lane docho­dze­nie w spra­wie, która kosz­to­wała dotąd życie co naj­mniej sze­ściu osób i która swo­imi korze­niami się­gała naj­praw­do­po­dob­niej do połowy lat dzie­więć­dzie­sią­tych poprzed­niego stu­le­cia. Do tej pory udało im się zebrać zezna­nia od dwójki męż­czyzn, któ­rzy byli wyko­rzy­sty­wani przez gang pedo­fil­ski we wcze­snych latach dwu­ty­sięcz­nych. Ową dwójkę sta­no­wili Wacek, któ­rego kilka mie­sięcy wcze­śniej namie­rzyła Monika, i jego kolega Nor­bert, do któ­rego kon­takt pozy­skali wła­śnie przez Wacka. Dodat­kowo wraz z Warec­kim namie­rzyli miej­sce, w któ­rym zamie­szany praw­do­po­dob­nie w sprawę mini­ster Moraw­ski widy­wał się z zamie­szanym w nią z całą pew­no­ścią bisku­pem Kurzebą i z wła­ści­cie­lem kas pożycz­ko­wych Borec­kim. Póź­niej spo­tkali się jesz­cze z trzema świad­kami wyko­rzy­sty­wa­nymi przez gang pedo­fil­ski, któ­rych pomógł im namie­rzyć Wacek. Dalej jed­nak posu­nąć się z docho­dze­niem nie mogli bez pre­ro­ga­tyw, które mogłaby wydać poli­cja w oso­bie Matec­kiego albo komen­danta głów­nego Wal­czaka lub macie­rzy­sta firma Warec­kiego, czyli ABW. Nie­stety nic nie wska­zy­wało na to, by któ­raś z tych insty­tu­cji kwa­piła się z nada­niem ofi­cjal­nego biegu spra­wom. Wszystko wska­zy­wało na to, że tak naprawdę nikt w orga­nach powo­ła­nych do tego, by strzec prawa i ści­gać jego łama­nie, nie miał zamiaru spra­wić, by śledz­two ofi­cjal­nie ruszyło z miej­sca. Z dru­giej strony zarówno Wój­cik, jak i Warecki mieli wra­że­nie, że ich poczy­na­nia, które z całą pew­no­ścią nie umy­kały orga­nom, były trak­to­wane ze spo­rym mar­gi­ne­sem pobła­ża­nia. Innymi słowy: nikt nie miał odwagi wydać roz­kazu, ale wielu chciało się dowie­dzieć, o co w tym wszyst­kim tak naprawdę cho­dziło.

Monika, jak co wie­czór od kilku tygo­dni, weszła do jed­nego z klu­bów miesz­czą­cych się w maga­zy­nach na tyłach ulicy Kole­jo­wej, a wła­ści­wie pomię­dzy Kole­jową a torami łączą­cymi Dwo­rzec Zachodni z Cen­tral­nym. Przez jakiś czas cha­dzała na Moko­tow­ską, ale w końcu uznała, że po pierw­sze, jest tam za drogo, a po dru­gie, zbyt mało ano­ni­mowo. Może zresztą szło o jesz­cze coś innego. Kluby na Moko­tow­skiej były ele­ganc­kie i sno­bi­styczne, przy­cho­dziła tam elita war­szaw­skiego cele­bryc­twa i próż­niac­twa. Znaj­do­wali tam to, czego szu­kała także ona, ale im bar­dziej cho­dziło o lans, a jej o zapo­mnie­nie. Znacz­nie lepiej i w grun­cie rze­czy przy­jem­niej zapo­mi­nało się w klu­bie Soczi na Kole­jo­wej, gdzie przy oka­zji zresztą można też było spo­tkać cie­kaw­szych ludzi.

-?To, co zwy­kle? -?zapy­tał sym­pa­tyczny chu­dzie­lec o kocim spoj­rze­niu.

-?Tak, ale daj od razu trzy por­cje, nie chce mi się w kółko przy­ła­zić. - Uśmiech­nęła się Monika.

-?Jak prze­sta­niesz przy­ła­zić, to już zacznie się lot w dół - odpo­wie­dział tam­ten i się­gnął do kie­szeni. -?W zaci­szu domo­wych pie­le­szy zapad­niesz się trzy razy szyb­ciej niż tu.

-?Zapa­dam się i tak, a poza tym nie mam żad­nych pie­le­szy. -?Monika wycią­gnęła z torebki zwi­tek przy­go­to­wa­nych zawczasu bank­no­tów i doko­nali wymiany han­dlo­wej.

-?Tym gorzej -?skon­sta­to­wał.

-?Nie będzie ich dzi­siaj? -?zapy­tała, wpa­tru­jąc się w jego brą­zowe zęby.

-?Raczej nie. -?Pokrę­cił głową chu­dzie­lec. -?Nalot ma być za dwa dni.

-?To idę zapa­lić. -?Uśmiech­nęła się do niego.

-?Idź, tylko potem nie leź w pie­le­sze czy co tam masz albo nie masz, tylko chodź potań­czyć, może gacha sobie przy­gru­chasz, razem zawsze raź­niej -?dora­dził.

Zaśmiała się krótko. Lubiła tego chło­paka. Sprze­da­wał wpraw­dzie śmierć, ale robił to głów­nie po to, żeby móc samemu sobie ją apli­ko­wać. Tacy han­dla­rze z jakie­goś powodu zawsze wyda­wali jej się bar­dziej moral­nie uspra­wie­dli­wieni do robie­nia tego, co robili, niż ich zle­ce­nio­dawcy, któ­rzy czę­sto ni­gdy nawet nie mieli w płu­cach, ustach ani w krwio­biegu tego, na czym doro­bili się for­tun.

Zapa­liła tam, gdzie palili wszy­scy, czyli na tyłach tanc­budy zwa­nej klu­bem. Pod sto­pami chrzę­ściły stłu­czone szklane lulki, w kawał­kach sre­be­rek odbi­jały się świa­tła mia­sta, a zużyte kon­domy przy­pra­wiały o mdło­ści. Po głę­bo­kim buchu świat wśród smrodu, sre­be­rek, szkła i kon­do­mów, jak co wie­czór, stał się nie­wy­obra­żal­nie piękny na chwilę. Ktoś jej kie­dyś powie­dział, że jeśli się to zapa­liło, to nic już ni­gdy nie mogło czło­wieka ocza­ro­wać swoim pięk­nem. Na szczę­ście nie była to do końca prawda, ale coś w tym było z całą pew­no­ścią.

-?Monika? -?Zna­jomy głos przy­szedł z oddali. -?Co ty odpier­da­lasz?

Otwo­rzyła oczy. Sto­jący przed nią rasta Robert też wydał jej się piękny jak ni­gdy.

-?A co? -?zapy­tała idio­tycz­nie i uśmiech­nęła się kom­plet­nie nie­ade­kwat­nie do sytu­acji.

-?Jajco! -?Robert był zły, ale ona tego nie widziała. -?Oddaj mi to. - Wycią­gnął rękę.

Ona pokrę­ciła głową. Nie wie­działa nawet wpraw­dzie, co mia­no­wi­cie mia­łaby mu oddać, ale w sta­nie, w jakim była, nie miała zamiaru odda­wać mu niczego, bo odda­nie cze­go­kol­wiek mogło zbu­rzyć tę nie­wy­obra­żalną har­mo­nię, w któ­rej się zna­la­zła.

Robert zła­pał ją za ramię, wycią­gnął zza baraku i prze­pro­wa­dził parę kro­ków w kie­runku poła­ma­nej ławki, która praw­do­po­dob­nie stała tu, zanim jesz­cze wyna­le­ziono to, co przed chwilą paliła Monika. Usie­dli. Robert chwilę jej się przy­glą­dał. Mimo że blada i z pod­krą­żo­nymi oczami, wciąż była dia­bel­nie ładna. Kosmyki krót­kich wło­sów opa­dały jej na czoło i przy­sła­niały deli­kat­nie obry­so­wane brwiami oczy, w które można było wpa­try­wać się godzi­nami, i to nawet wtedy, gdy jej wzrok był błędny. Monika, choć wciąż sko­ło­wana, to zaczy­nała powoli koja­rzyć to, za czym nie prze­pa­dała ostat­nio prze­sad­nie, czyli rze­czy­wi­stość. Robert, tro­chę ze zde­ner­wo­wa­nia, a tro­chę z przy­zwy­cza­je­nia, się­gnął po fajkę i też zapa­lił. Przy czym to, co palił on, było znacz­nie mniej szko­dliwe, bo nie zabie­rało tak daleko od rze­czy­wi­sto­ści. Monika wycią­gnęła rękę, ale on nie podał jej fajki. Zamiast tego patrzył na nią mało przy­jaź­nie, w końcu zapy­tał:

-?Od jak dawna?

-?Co od jak dawna? -?Monika była wciąż mocno sko­ło­wana. W innym wypadku nie zada­wa­łaby tak głu­pich pytań.

-?Od jak dawna palisz to gówno? -?Robert wska­zał na kie­szeń, w któ­rej Monika kur­czowo ści­skała cie­płą jesz­cze szklaną fajkę.

-?Nie pamię­tam. -?Nie pamię­tała, bo na razie w ogóle nie­wiele pamię­tała.

-?Koniec z tym -?powie­dział gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu, który nie zro­bił na niej żad­nego wra­że­nia. -?Dostar­czę ci dowolną ilość ziel­ska, za darmo, tak długo jak będzie trzeba, ale z tym masz skoń­czyć.

-?Bo? -?Popa­trzyła na niego ze zdzi­wie­niem. -?Zgło­sisz mnie na poli­cję?

-?Nie. Bo się zeszma­cisz i będziesz cier­pieć -?powie­dział pro­sto. -?Nie pamię­tasz?

-?Pamię­tam mało, jak wiesz. -?Uśmiech­nęła się, świat powoli prze­sta­wał być piękny, Robert w nim zresztą też.

-?Nie graj ze mną w słówka. -?Jego oczy, czer­wone jak słońce o zacho­dzie, świ­dro­wały ją na wylot. -?Możesz nic nie pamię­tać, ale to cier­pie­nie pamię­tasz dosko­nale.

-?Teraz mam inne. -?Nie wytrzy­mała jego spoj­rze­nia.

-?Nie uża­laj się nad sobą. Przez dwa mie­siące myśla­łaś, że zabi­łaś ludzi, teraz już wiesz, że nikogo nie zabi­łaś, więc chyba jest lepiej. - Robert nie dawał się zepchnąć w reto­rykę.

-?Teraz wiem, że zabi­łam swo­jego męża. -?Uśmiech­nęła się ze smut­kiem.

-?Który chciał zabić cie­bie, a wcze­śniej cię wro­bił i cho­lera wie, co jesz­cze -?nie odpusz­czał Robert.

Przez chwilę mil­czeli, z baraku docho­dziły odgłosy ryt­micz­nych basów. Współ­cze­sna muzyka mogłaby się wła­ści­wie skła­dać wyłącz­nie z tego, bo tylko to two­rzy, rytm, a cała reszta i tak jest bez zna­cze­nia, pomy­ślała Monika.

-?No więc... Od kiedy? -?Robert wró­cił do pyta­nia z początku roz­mowy.

-?Od mie­siąca -?skła­mała Monika, bo tak naprawdę zaczęła zaraz po pogrze­bie Pio­tra, a od niego upły­nęło już coś koło trzech mie­sięcy.

-?To jesz­cze możesz wyjść z tego sama. -?Robert się­gnął do kie­szeni i wycią­gnął z niej pokaźną torbę o bar­dzo inten­syw­nym zapa­chu jakby igli­wia, a jed­nak nie igli­wia. -?Masz, to ci pomoże. Jesteś za fajna, za inte­li­gentna i, kurwa, za ładna, żeby się wykoń­czyć.

-?Jaki szar­mancki młody czło­wiek. -?Uśmiech­nęła się Monika, po czym wzięła torbę bar­dziej po to, żeby skoń­czyć już tę nużącą dla niej roz­mowę, niż żeby naprawdę wyko­rzy­stać jej zawar­tość do wycho­dze­nia z cze­go­kol­wiek.

Adam patrzył na Roberta i nie wie­rzył wła­snym oczom. Minutę wcze­śniej dyżurny zadzwo­nił do niego z dołu, żeby powie­dzieć mu, że przy­szedł do niego jakiś dziwny typ. Wój­cik, jako że pra­co­wał w poli­cji, widział w życiu bar­dzo wielu dziw­nych typów, ale ta wizyta prze­ro­sła jego naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Rasta Robert, czło­wiek wyjęty spod prawa, wiecz­nie upa­lony dealer gan­dzi, któ­rego poznał kilka mie­sięcy wcze­śniej za pośred­nic­twem Moniki w dziw­nych oko­licz­no­ściach w hotelu Meta­low­ców na Dłu­giej, był ostat­nią osobą, któ­rej spo­dzie­wałby się na dyżurce komendy sto­łecz­nej poli­cji.

-?Możemy poga­dać? -?Robert odciął sekwen­cję powi­tań i prze­szedł od razu do rze­czy.

-?A dzień dobry, co u cie­bie i takie tam? -?chłodno zażar­to­wał Adam.

-?Nie mam czasu. -?Robert wyglą­dał na czło­wieka, który rze­czy­wi­ście nie miał czasu, a Adam zasta­na­wiał się, dla­czego zawsze naj­bar­dziej zala­tani są ludzie, któ­rzy tak naprawdę nie mają nic do roboty. -?To zna­czy, chuj, że ja nie mam, ale gene­ral­nie nie ma, nie ma czasu -?dokoń­czył tro­chę ner­wowo Robert.

Ogól­nie sytu­acja nie była łatwa, a teren mało sprzy­ja­jący. Adam słusz­nie zdzi­wił się, widząc tu Roberta. Tak naprawdę ten ni­gdy w życiu by się tu nie zja­wił, gdyby nie sprawa, z którą przy­szedł.

-?Wyra­żaj się, na poli­cji jesteś. -?Adam zer­k­nął w stronę dyżur­nego za szybą, który całej sytu­acji przy­glą­dał się ze spo­rym zain­te­re­so­wa­niem.

-?A co ty myślisz, że ja nie wiem, co tu jest, myślisz, że bym się tu pchał, gdy­bym nie musiał? -?Robert zaczy­nał się nakrę­cać.

-?Dobra, chodź, prze­stań się pul­tać. -?Adam zła­pał go lekko za ramię i pchnął w stronę drzwi pro­wa­dzą­cych na wyło­żony kostką pla­cyk.

Wyszli. Robert się­gnął po fifkę.

-?Ty, pro­szę cię... -?Adam szyb­kim ruchem prze­jął fifkę i razem z jego dło­nią scho­wał ją z powro­tem do kie­szeni kurtki Roberta. -?O co cho­dzi?

-?O Monikę. -?Robert, który przed momen­tem był gotów wywa­lić bucha przed wej­ściem do naj­waż­niej­szej war­szaw­skiej komendy poli­cji, teraz nagle ści­szył głos nie­omal do szeptu.

Adam popa­trzył na kamery i ruszył wol­nym kro­kiem w stronę ławe­czek przed wej­ściem do kina Mura­nów.

Usie­dli i zapa­lili. Wój­cik papie­rosa, Robert ziel­sko.

-?No więc? -?zaczął Adam, który odniósł wra­że­nie, że po zapa­le­niu Robert zapo­mniał, dla­czego tu w ogóle sie­dzieli.

-?Chuj, dupa i kamieni kupa -?Robert nieco męt­nie powró­cił do porzu­co­nego tematu.

-?Nie filo­zuj, bo nie ma czasu. Co z Moniką? -?Adam popa­trzył na niego mniej przy­jem­nie.

-?Monika wali. -?Robert w końcu wyrzu­cił z sie­bie to, z czym przy­szedł.

-?Tak jak ty? -?Adam spró­bo­wał zde­za­wu­ować infor­ma­cję.

-?Nie, bo ja nie walę, tylko palę, tak jak ty, kurwa, a ona wali. - Robert wyraź­nie się wner­wił.

-?Co wali?

-?Wali cracka! Dasz wiarę?! -?Teraz Robert patrzył prze­ni­kli­wie w oczy Adama.

-?Skąd wiesz? -?Adam nie dał wiary.

-?Bo ją widzia­łem. -?Robert lekko spu­ścił z tonu. -?Przez przy­pa­dek. Byłem w klu­bie Soczi przy Kole­jo­wej, cza­sem robię taki obchód po klu­bach, no i się wybra­łem, to jest tam od Towa­ro­wej...

-?Wiem, gdzie jest Soczi -?prze­rwał Adam, bo Robert zaczy­nał roz­wi­jać dłuż­szą frazę. -?I co?

-?No i wcho­dzę na teren, tam takie maga­zyny są, hale, wokół chasz­cze, ławeczka i patrzę, i mi się wydaje... No i jak pod­sze­dłem, to nogi się pode mną ugięły. Ona tam sama ze szkłem i grzeje, cią­gnie to gówno.

-?Może hasz? -?Adam spró­bo­wał wpro­wa­dzić alter­na­tywę.

Robert nawet nie sko­men­to­wał, popa­trzył tylko na niego chwilę, w końcu Wój­cik poki­wał głową. Przy czym jak przy czym, ale aku­rat przy odróż­nia­niu haszu od cracku Robert nie mógł się pomy­lić.

-?Powie­działa, że od mie­siąca -?po chwili ode­zwał się rasta. -?Nie wygląda jesz­cze na za bar­dzo star­ganą, więc może nie kła­mała, ale nawet mie­siąc na tym to, bra­cie, słaba opcja jest.

-?Wiem. -?Adam ni­gdy nie miał aku­rat do czy­nie­nia z nar­ko­ty­kami, sam nie brał, bo tata nie odblo­ko­wał mu po pro­stu nawet takiej opcji w gło­wie, a z wydzia­łem do spraw nar­ko­ty­ków też do tej pory nie było mu po dro­dze. Miał jed­nak kole­gów, z któ­rych jeden od czte­rech lat już nie żył, a zabrało go nic innego, jak wła­śnie crack. -?Czemu crack aku­rat?

-?Bo jest naj­bar­dziej baj­kowy i przy oka­zji naj­szyb­ciej wykur­wia cię na tam­ten świat -?reflek­syj­nie zauwa­żył Robert. -?Nie jestem pewien, na czym jej bar­dziej zależy.

W dro­dze powrot­nej do naczel­nika Adam czuł się dziw­nie. Nie był pewien, czy bar­dziej mu się to koja­rzy ze sko­kiem na bun­gee bez liny przy­wią­za­nej do nóg, czy może z wej­ściem do reak­tora ato­mo­wego, w któ­rym przed chwilą sto­pił się rdzeń. Róż­nica była zasad­ni­cza. W pierw­szym przy­padku śmierć nastę­po­wała gwał­tow­nie: albo ze stra­chu w trak­cie samego lotu, albo tuż po jego bole­snym zakoń­cze­niu. W przy­padku dru­gim naj­pierw było cho­ler­nie gorąco, a póź­niej umie­rało się wolno i w męczar­niach. Kiedy Matecki zoba­czył go w drzwiach od gabi­netu, uśmiech­nął się sze­roko, a Adam pomy­ślał, że bar­dziej wygląda to na reak­tor.

-?Jed­nak się pan namy­ślił? -?zapy­tał naczel­nik, po czym zna­cząco nie wska­zał fotela naprze­ciwko sie­bie.

-?W pew­nym sen­sie -?zaczął Adam, a przed sobą oczami wyobraźni zoba­czył zbli­ża­jące się z ogromną pręd­ko­ścią beto­nowe pod­łoże. Czyli bun­gee, pomy­ślał.

-?Co pan ma na myśli, panie aspi­ran­cie? -?Naczel­nik na­dal się uśmie­chał, a Adam po sto­kroć wolał, żeby już tego nie robił.

-?Chciał­bym, żeby przy­wró­cił pan Brzo­zow­ską do pracy -?zaczął.

-?Coś jesz­cze by pan chciał? -?Uśmiech znikł z twa­rzy naczel­nika, ale zastą­piło go coś jesz­cze gor­szego.

-?W zamian prze­każę panu nasze dotych­cza­sowe usta­le­nia. -?Wój­cik wycią­gnął swój jedyny atut, nie­stety naczel­nik zare­ago­wał tak, jakby na stół rzu­cił parę blo­tek.

Przez chwilę mil­czeli, Matecki ważył coś w sobie, ale chyba nie była to para blo­tek wyjęta z rękawa przez Adama. Wój­ci­kowi przy­szło do głowy, że może cho­dzić bar­dziej o to, czego nie wycią­gnął, i o to wła­śnie, żeby tego nie wycią­gał. Per­spek­tywa upu­blicz­nie­nia usta­leń i faktu zamie­sza­nia w sprawę wysoko posta­wio­nego ofi­cera komendy sto­łecz­nej, inspek­tora Leona Sta­siaka, praw­do­po­dob­nie była wciąż więk­szym stra­sza­kiem, niż ujaw­nie­nie usta­leń byłoby zachętą.

-?Niech pan ją przy­pro­wa­dzi -?rzu­cił nagle Matecki, jakby od nie­chce­nia. -?A tam­tego panu i tak nie zapo­mnę. Odmel­do­wać się.

Czyli jed­nak sto­piony rdzeń, pomy­ślał Adam i wyszedł.

Monika sie­działa na bal­ko­nie i paliła jed­nego papie­rosa za dru­gim. Tak naprawdę nic kon­kret­nego jej nie dole­gało, symp­tomy nar­ko­ty­ko­wej intok­sy­ka­cji minęły kilka godzin temu, już nad ranem czuła się w miarę dobrze i udało jej się nawet w końcu zasnąć. Tak miała teraz wła­ści­wie codzien­nie. Rytuał wyglą­dał w ten spo­sób, że wsta­wała około połu­dnia, bo zasnąć uda­wało jej się naj­czę­ściej dopiero około pią­tej nad ranem. Przez dwie godziny snuła się po miesz­ka­niu, paląc papie­rosy i pijąc kolejne kawy. Nic jej nie dole­gało, ale w gło­wie pano­wał chaos wymie­szany z wyrzu­tami sumie­nia jak groch z kapu­stą. Około czter­na­stej robiła się w końcu głodna, ale nie miała ani siły, ani inwen­cji na to, żeby cokol­wiek sama sobie przy­go­to­wać. Ni­gdy zresztą nie była w tym prze­sad­nie mocna, bo też ni­gdy tak naprawdę nie musiała budo­wać domu, zarzą­dzać gospo­dar­stwem ani goto­wać. Miesz­ka­nie od zawsze było dla niej raczej poko­jem hote­lo­wym niż domem, w któ­rym budo­wały się rela­cje i pano­wała nor­mal­ność. Nawet gdy żył jesz­cze Piotr, czyli Borys, jadali prze­waż­nie na mie­ście, potem przy­cho­dzili do niej jak do pokoju wynaj­mo­wa­nego na godziny. W obec­nym try­bie około czter­na­stej wycho­dziła coś zjeść do jed­nej z knaj­pek w pobliżu, a co trzy dni jechała do mamy na Bie­lany. Miała bli­żej, bo po śmierci Pio­tra znów poja­wił się dobry powód, by się prze­pro­wa­dzić, i miesz­kała teraz przy Alei Woj­ska Pol­skiego na Żoli­bo­rzu. Po jedze­niu bądź po powro­cie od mamy zaczy­nała się szy­ko­wać na wie­czór, który co dzień sta­no­wił kul­mi­na­cję wyda­rzeń. To zna­czy: nie­stety nie cho­dziło o sam wie­czór ani o żadne wyda­rze­nia, cho­dziło tak naprawdę wyłącz­nie o ów krótki moment, który nastę­po­wał po wcią­gnię­ciu do płuc tru­ją­cych opa­rów z palo­nych koka­ino­wych śmieci, czyli z cracku. Tego jed­nak Monika nie wie­działa, ponie­waż jej mózg tak spryt­nie zdo­łał już zwieść sam sie­bie, że wyda­wało mu się, iż cho­dzi o atrak­cyj­ność wie­czoru: może o spo­tka­nie inte­re­su­ją­cych ludzi, pro­wa­dze­nie ożyw­czych dys­ku­sji albo cokol­wiek jesz­cze innego, rów­nie nie­do­rzecz­nego w kon­tek­ście ławki za bara­kiem przy Kole­jo­wej. Kiedy zadzwo­nił dzwo­nek domo­fonu, było wpół do pierw­szej, czyli począt­kowa faza, w któ­rej trzeźwa już Monika pró­bo­wała osią­gnąć sta­dium psy­chicz­nej rów­no­wagi, potrzebne jej choćby do tego, by znów móc wie­czo­rem się z niej wypro­wa­dzić.

-?Halo? -?ode­zwała się do słu­chawki raczej pro forma, bo i tak, odkąd się tu wpro­wa­dziła, nic nie było w niej sły­chać. Następ­nie wci­snęła przy­cisk otwie­ra­nia.

Potem, gdy już poszedł, zasta­na­wiała się, czy gdyby usły­szała jego głos w słu­chawce, w któ­rej nie było nic sły­chać, otwo­rzy­łaby wej­ście na klatkę. Nie udało jej się opo­wie­dzieć sobie nawet na to sto­sun­kowo pro­ste pyta­nie.

-?Cześć. -?Wój­cik, jak zawsze nie­na­gan­nie ubrany i nie­na­gan­nie opa­lony, stał przed nią i się uśmie­chał.

-?Cześć. Co jest? -?zapy­tała zde­cy­do­wa­nie za szybko, nie poprze­dziła tego nawet choćby uda­waną próbą zdzi­wie­nia albo w ogóle cze­go­kol­wiek bądź.

-?Ja jestem. -?Już samo to zacho­wa­nie nawet w wyda­niu Moniki, prze­waż­nie nie nazbyt wylew­nej, ale jed­nak speł­nia­ją­cej choćby ramowe wymogi savoir-vivre'u, wzbu­dziło w Ada­mie nie­po­kój, który zda­wał się potwier­dzać to, w co tak bar­dzo nie chciał uwie­rzyć Rober­towi. -?Mogę wejść?

-?Pewno. -?Monika zre­flek­to­wała się tro­chę, co zaowo­co­wało nawet uśmie­chem, ale na­dal w jej zacho­wa­niu było całe mnó­stwo nie­ty­po­wego dla niej fał­szu.

Weszli, Adam usiadł w salo­nie na sofie. Monika przy­nio­sła kawę, choć nie zapy­tała go nawet, czy ma na nią ochotę.

-?Co tam w fabryce, w życiu, opo­wia­daj. -?Zapa­liła papie­rosa.

-?Dobrze, raczej dobrze. -?Adam sta­rał się jej nie przy­glą­dać zbyt natar­czy­wie, choć mocno go kor­ciło. -?Z Matec­kim tro­chę pro­blemy, ale poza tym git.

-?A jak... -?Przez moment Monika, która zorien­to­wała się już, że jest na cen­zu­ro­wa­nym, prze­ra­ziła się, że nie przy­po­mni sobie teraz imie­nia chło­paka Adama, ale na szczę­ście w końcu się udało. -?...Witek?

-?Super. -?Uśmiech­nął się Adam. -?Wpro­wa­dził się do mnie, latem pla­nu­jemy wziąć ślub w Holan­dii.

-?No co ty! -?Monika po raz pierw­szy, odkąd przy­szedł, zacho­wała się spon­ta­nicz­nie. -?To genial­nie. Latem, czyli... -?No wła­śnie, jaka teraz jest pora roku, jaki mie­siąc, kiedy będzie lato, Monika kątem oka zer­k­nęła w stronę bal­konu. -?Już nie­długo? -?Wolała nie ryzy­ko­wać.

-?Za cztery mie­siące kon­kret­nie. -?Adam spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wie, bo jej wykręt nie umknął jego uwa­dze. -?Lato zaczyna się za cztery mie­siące, Monika.

Przez chwilę mil­czeli, ona zaczy­nała być wście­kła. Z jed­nej strony nie do końca potra­fiła zlo­ka­li­zo­wać źró­dło zło­ści, z dru­giej nie bar­dzo też pró­bo­wała. Była wście­kła i już.

-?Co za róż­nica, kiedy się zaczyna? -?wypa­liła po chwili na tyle dłu­giej, że pyta­nie było już tro­chę odkle­jone od kon­tek­stu.

-?W sumie bez róż­nicy -?skon­sta­to­wał polu­bow­nie Adam, żeby przy­go­to­wać grunt pod sprawę znacz­nie trud­niej­szą. -?A co u cie­bie?

-?Dobrze, odpo­czy­wam, czy­tam. -?Monika wska­zała głową na książkę leżącą na sto­liku obok i od razu zdała sobie sprawę, że książka jest przy­ku­rzona, co w spo­sób oczy­wi­sty zdra­dza, że od dawna nie była czy­tana. Na szczę­ście Adam nie pocią­gnął spoj­rze­niem za jej wska­za­niem, gdyż cały czas patrzył na nią. -?Cho­dzę na spa­cery, do matki, na fit­ness. -?Uśmiech­nęła się tro­chę kokie­te­ryj­nie.

-?Na fit­ness? -?Adam powtó­rzył za nią jak echo. -?Matecki chciałby, żebyś już wró­ciła -?wypa­lił po chwili.

-?Ale ja nie chcę wra­cać -?odpo­wie­działa Monika tak szybko, jakby zawczasu miała tę odpo­wiedź przy­go­to­waną. -?Przy­naj­mniej na razie - dodała po chwili dla roz­luź­nie­nia.

Adam poki­wał głową i zebrał się w sobie.

-?Jak nie wró­cisz, to się wykoń­czysz. -?Nie patrzył teraz na nią, wzrok pod­niósł dopiero na ostat­nie zda­nie. -?Wiesz o tym?

-?Czym się wykoń­czę, odpo­czy­wa­niem? -?Monika zaśmiała się krótko i nie­szcze­rze.

-?Tym też, ale przede wszyst­kim wykoń­czysz się crac­kiem. -?Adam prze­łknął ślinę. Było mu gorąco, czuł się zmę­czony, a przede wszyst­kim bał się tego, co teraz nastąpi.

Nie nastą­piło nic. Monika zasta­na­wiała się przez moment, czy pod­jąć próbę obrony przez atak, ale doszła do wnio­sku, że byłaby to strata czasu. W sta­nie, w któ­rym się znaj­do­wała, nie inte­re­so­wało jej kom­plet­nie to, czy wykoń­czy się crac­kiem, czy też czym­kol­wiek innym. Z dru­giej strony była na tyle inte­li­gentna i na tyle nie­gdyś przy­uczona do trud­nej sztuki odkła­my­wa­nia prawdy na wła­sny temat, że wie­działa przy­naj­mniej tyle, iż wda­wa­nie się w wymianę zdań, któ­rej nie ma szans wygrać, pozbawi ją resz­tek psy­chicz­nego kom­fortu bra­nia. A na takie ryzyko nie mogła sobie pozwo­lić.

-?Nie chcę wra­cać -?powie­działa tylko po dłu­gim namy­śle, który trwał dwie i pół sekundy.

-?Nikt cię nie zmusi, ale im dalej w las, tym bar­dziej potem będzie bolało. -?Adam uśmiech­nął się naprawdę przy­jaź­nie. -?Zresztą, komu ja to mówię.

Kiedy wyszedł, Monika szybko zabrała się do jakichś przy­pad­ko­wych domo­wych czyn­no­ści, przede wszyst­kim odku­rzyła książkę, żeby na przy­szłość nie mieć już tak ner­wo­wych sytu­acji, potem umyła pod­łogę w kuchni i kibel w łazience, i włosy pod prysz­ni­cem, w końcu wsta­wiła pra­nie i się roz­pła­kała.

Z Warec­kim spo­ty­kali się dwa razy w tygo­dniu nad Wisłą w pobliżu Cen­trum Olim­pij­skiego i Spójni. Miej­sce, które jako pro­po­zy­cję pod­dał Adam, było ide­alne z tego względu, że krę­ciło się tu mnó­stwo męż­czyzn chcą­cych wyglą­dać na przy­pad­ko­wych, któ­rzy tak naprawdę scho­dzili się tu w celu upra­wia­nia mię­dzy sobą przy­god­nego seksu w warun­kach lek­kiego psy­chicz­nego wzmo­że­nia. Owo wzmo­że­nie wyni­kało z faktu, że po pierw­sze w każ­dej chwili ktoś mógł ich tu nakryć, a po dru­gie było tu całe mnó­stwo dzi­kich zwie­rząt, a to doda­wało spra­wie dodat­ko­wego kolo­rytu. "Przy­pad­kowi" męż­czyźni krę­cili się w tę i z powro­tem po leśnych ścież­kach i duk­tach. Część jeź­dziła na rowe­rach, inni poko­ny­wali chasz­cze per pedes, a wszy­scy byli bez względu na porę roku opa­leni i bez względu na wiek dobrze zbu­do­wani. W tych dwóch aspek­tach fizycz­no­ści pano­wie zresztą ide­al­nie się uzu­peł­niali, bo Adam był nie­na­gan­nie opa­lony, a Warecki za to świet­nie zbu­do­wany. Pomię­dzy spo­tka­niami nie kon­tak­to­wali się w żaden spo­sób. Kon­takt odra­dził Warecki, który jako spec od inwi­gi­la­cji wie­dział dosko­nale, że wła­ści­wie nie ist­niała już bez­pieczna forma łącz­no­ści, bo wszyst­kie kanały poten­cjal­nie mogły być zin­fil­tro­wane.

Ich zna­jo­mość znacz­nie się zacie­śniła po tym, jak kilka mie­sięcy wcze­śniej wspól­nie zde­mon­to­wali sprawę podej­rzeń skie­ro­wa­nych na Monikę. Adam uznał wtedy, że sytu­acja jest bez wyj­ścia, i kie­ro­wany instynk­tem, zawia­do­mił Warec­kiego o jej znik­nię­ciu, a potem też o tym, że w sprawę, nie­stety po stro­nie złych mocy, wplą­tany był inspek­tor Sta­siak. Wtedy to wspól­nie odszu­kali Monikę i zja­wili się w miesz­ka­niu na Hożej chwilę po tym, jak Brzo­zow­ska zabiła Pio­tra vel Borysa. Póź­niej pro­ku­ra­tor przez moment zasta­na­wiał się wpraw­dzie, czy jej czyn można zakwa­li­fi­ko­wać jako obronę konieczną, ale w końcu po zapo­zna­niu się z cało­ścią mate­ria­łów zde­cy­do­wał, że tak. Ina­czej nie­stety naj­wy­raź­niej zde­cy­do­wała Monika, która teraz posta­no­wiła wymie­rzyć sobie karę dodat­kową i zaczęła walić crack.

-?Czyli co robimy? -?zapy­tał Warecki, kiedy sta­nęli na nie­wiel­kiej piasz­czy­stej skar­pie nad brze­giem Wisły.

Gdzieś daleko w górze rzeki topił się cały uzbie­rany z mozo­łem przez przy­rodę zimowy śnieg i stan wody był wyjąt­kowo wysoki jak na tę porę roku. Wisła bul­go­tała im tuż pod sto­pami.

-?Przede wszyst­kim musimy... -?Adam spoj­rzał na Warec­kiego -?w każ­dym razie ja muszę ją z tego jakoś wycią­gnąć.

-?Musisz? -?Kapi­tan popa­trzył na Adama z cie­ka­wo­ścią.

-?Chcę -?odpo­wie­dział tam­ten. -?Powiedzmy, że wiele jej zawdzię­czam, a poza tym to jest super­babka.

-?Dobra, nie musisz mi się tłu­ma­czyć. -?Warecki spo­glą­dał w prawo, tam, gdzie w oddali na pły­ciź­nie widać było, jak rwący jest w tym momen­cie nurt rzeki. Wisła przy­po­mi­nała mu tro­chę Biały Duna­jec, nad który cho­dził się kąpać w dzie­ciń­stwie. Na samo wspo­mnie­nie chłodu tam­tej wody lekko się wzdry­gnął. -?Tylko jak zamie­rzasz to zro­bić?

-?Pojadę do Wacka -?zaczął, a widząc, że Warecki nie bar­dzo wie, o kim mówi, wyja­śnił: -?Do tego naszego świadka na Zaci­sze, któ­rego odna­la­zła Monika. Poga­dam z nim, o ile wiem, on też się kie­dyś prze­tur­lał przez nar­ko­tyki, ona go lubi, ufają sobie. Może on jakoś na nią wpły­nie.

Monika wyszy­ko­wała się wpraw­dzie jak co wie­czór, ale dziś nie czuła już tej samej bez­tro­skiej eks­cy­ta­cji, która towa­rzy­szyła jej przez ostat­nie tygo­dnie. Nie­stety stało się to, czego oba­wiała się naj­bar­dziej, i już sama wizyta Adama ode­brała jej w jakimś przy­naj­mniej stop­niu kom­fort bra­nia, czyli zabawy, czyli bez­tro­skiej ulgi. Przez trzy mie­siące z okła­dem, odkąd wró­ciła do nie­cnej prak­tyki, uda­wało jej się utrzy­my­wać w sta­nie per­ma­nent­nej pomrocz­no­ści. Nie myślała o kon­se­kwen­cjach, nie pamię­tała prze­szło­ści i tego, jak już kie­dyś przed laty pra­wie zwa­rio­wała, gdy wycho­dziła z wie­lo­let­niej bez­tro­ski podob­nej do tej obec­nej. Sto­jąc przed lustrem i zama­lo­wu­jąc coraz głęb­sze cie­nie pod oczami, za cho­lerę nie mogła sobie przy­po­mnieć, jak to w ogóle było moż­liwe, że przez tych kil­ka­dzie­siąt ostat­nich dni uda­wało jej się nie pamię­tać, że będzie cier­pieć, że to droga doni­kąd, która skoń­czy się w naj­lep­szym razie męczar­nią odwyku. Może moment, kiedy zaczy­nała, smu­tek i wyrzuty sumie­nia po zabi­ciu Pio­tra, ode­sła­nie jej na przy­mu­sowy urlop z poli­cji -?może cały ten łań­cuch trud­nych oko­licz­no­ści wpro­wa­dził ją w stan takiego emo­cjo­nal­nego pogu­bie­nia, że ucieczka w nar­ko­tyki wyda­wała się opty­mal­nym wyj­ściem z sytu­acji, sta­no­wiła pro­po­zy­cję jedyną z moż­li­wych. Tak, cho­dziło chyba o tę nie­uchron­ność i o to, że po raz pierw­szy od kil­ku­na­stu lat dopro­wa­dziła się do miej­sca, w któ­rym jej mózg zdo­łał w końcu znów sam sobie wmó­wić, że nar­ko­tyki sta­no­wiły ostat­nią deskę ratunku. Wła­ści­wie na­dal tak uwa­żała, tyle że teraz dotarło do niej to, o czym uda­wało jej się nie pamię­tać do tej pory, czyli że deska nie była tak naprawdę deską, tylko sta­lową szyną, która cią­gnęła ją w otchłań z pręd­ko­ścią więk­szą niż wcze­śniej. Tak to wła­sna głowa zdo­łała zasta­wić na Monikę tę naj­gor­szą z moż­li­wych puła­pek. Sprawa była zatem zasad­ni­czo pro­sta. Pomyłka została popeł­niona i teraz wystar­czyło puścić sta­lową szynę i wró­cić do punktu wyj­ścia, a wła­ści­wie -?wej­ścia. Był tylko jeden szko­puł. Po trzech mie­sią­cach trzy­ma­nia się sta­lo­wej szyny pusz­cze­nie jej tak po pro­stu z rąk nie było już za bar­dzo moż­liwe.

-?Ile? -?Mło­do­ciany chu­dzie­lec patrzył na nią z uśmie­chem.

-?Dwie -?odpo­wie­działa, nie patrząc na niego.

-?Roz­są­dek jed­nak zwy­cię­żył? -?spy­tał zasko­czony.

-?Muszę ogra­ni­czać -?odpo­wie­działa krótko i wycią­gnęła dłoń z bank­no­tami wple­cio­nymi pomię­dzy palce.

-?Tego się nie da ogra­ni­czyć. -?Młody się­gnął do kie­szeni.

-?Wiem.

Męż­czyźni jej nie inte­re­so­wali. W tej spra­wie było wyjąt­kowo dziw­nie. Nie cho­dziła wpraw­dzie w czerni, ale odkąd jesie­nią pocho­wała Pio­tra, czuła się pogrą­żona w żało­bie. Wciąż tylko nie mogła do końca usta­lić sama ze sobą, po kim mia­no­wi­cie nosiła tę żałobę. Czy po Pio­trze, z któ­rym spę­dziła wcze­śniej rok życia i któ­rego zabiła nożycz­kami do paznokci, czy może po swoim mężu Bory­sie, któ­rego nie pamię­tała, czy wresz­cie po nich obu naraz, skoro byli prze­cież jedną osobą. Sprawa nie była pro­sta, wła­ści­wie oka­zy­wała się tak zagma­twana, że praw­do­po­dob­nie wszel­kie nadzieje na jej roz­wią­za­nie kie­dy­kol­wiek sta­wały się płonne, ale nie zmie­niało to faktu, że męż­czyźni jej nie inte­re­so­wali, gdyż była w żało­bie.

-?Może byśmy wyszli na chwilę? -?zacze­pił ją nagle wysoki facet, który nie wie­dzieć skąd zapo­dział się tu w ele­ganc­kim obci­słym kor­po­gar­ni­tu­rze typu wło­skiego.

Monika wybu­dziła się z transu i nagle zdała sobie sprawę, że tań­czy, choć nie wie nawet od jak dawna.

-?Po co? -?Spoj­rzała na niego.

-?Czy ja wiem? -?Uśmiech­nął się, wyraź­nie zasko­czony pyta­niem. - Prze­wie­trzyć się?

-?Możemy -?powie­działa, prze­ry­wa­jąc tym samym w końcu taneczny trans.

Pode­szli do baru. Efekt zacza­dze­nia crac­kiem wypa­lo­nym w chasz­czach za budyn­kiem powoli mijał. W takich momen­tach zawsze dla rato­wa­nia się przed zbyt sil­nym zde­rze­niem z rze­czy­wi­sto­ścią apli­ko­wała sobie kilka drin­ków. Facet upie­rał się, żeby zapła­cić. Ona się nie zgo­dziła.

Na zewnątrz świ­tało. Męż­czy­zna wydał jej się atrak­cyjny, ponie­waż nic nie mówił. Po godzi­nie byli u niej w miesz­ka­niu, po pół­to­rej było po wszyst­kim. To, co się stało, dało jej sporo przy­jem­no­ści, ale nie przy­nio­sło żad­nej ulgi.

-?Czym się zaj­mu­jesz? -?zapy­tał, kiedy sie­dzieli już przy kuchen­nym stole, a ona robiła kawę.

-?Jestem na zwol­nie­niu -?odpo­wie­działa zdaw­kowo.

-?Na zwol­nie­niu z... -?Męż­czy­zna był cie­kaw, ale jakby pro forma.

-?Jak masz na imię? -?Monika ucie­kła w zupeł­nie inną stronę, suge­ru­jąc przy oka­zji, że wie­dzieli o sobie zde­cy­do­wa­nie zbyt mało, i to nawet o tych naj­bar­dziej ele­men­tar­nych rze­czach, żeby pytać o rze­czy mniej oczy­wi­ste. Nie prze­szli przez A, więc mówie­nie o D nie miało sensu.

-?Marek -?odpo­wie­dział z uśmie­chem. -?A ty?

-?Ewa -?skła­mała Monika, bo przy­szło jej do głowy, że skła­mał także Marek. -?Pra­cuję w agen­cji rekla­mo­wej.

-?W któ­rej? -?ucie­szył się Marek.

-?A ty gdzie pra­cu­jesz? -?odpo­wie­działa pyta­niem na pyta­nie, przy oka­zji narzu­ciła reguły gry w tej roz­mo­wie.

-?Ja... na gieł­dzie. -?Marek uśmie­chem potwier­dził, że przyj­muje zasady wyzna­czone przez Monikę. Ta gra, do czego komi­sarz była prze­ko­nana coraz bar­dziej, oka­zy­wała się raczej rodza­jem pan­to­mimy. -?Nie na warzyw­nej - dodał po chwili.

-?Makler? -?dopy­tała.

Nie była już teraz prze­sad­nie cie­kawa, co odpo­wie domnie­many Marek, bar­dziej inte­re­so­wało ją, dla­czego, albo raczej po co, kła­mie. Czy robi to podob­nie jak ona, czyli na wszelki wypa­dek, bo po co ujaw­niać swoje dane oso­bowe i zaję­cie komuś, z kim jed­no­ra­zowo poszło się do łóżka, czy może cho­dzi o coś bar­dziej zło­żo­nego.

-?Makler. -?Marek poki­wał głową i wypił pierw­szy łyk kawy. -?Pra­cuję w domu makler­skim Pekao -?dodał po chwili i zaska­ku­jąco posze­rzył zakres infor­ma­cji.

-?Ja pra­cuję, a wła­ści­wie pra­co­wa­łam, bo chyba już im się znu­dzi­łam, w takiej lokal­nej małej agen­cji, Media­pol się nazywa. -?Monika podała nazwę agen­cji, któ­rej sze­fem był Piotr. Na szybko nie­stety tylko tyle była w sta­nie wymy­ślić, ale po chwili zro­biło jej się głu­pio. W pew­nym sen­sie użyła Pio­tra w roz­mo­wie z face­tem, z któ­rym go zdra­dziła. Miała takie poczu­cie, pomimo że Piotr nie żył. Może poczu­cie wyni­kało z tego, że to ona go zabiła.

-?Czemu bie­rzesz? -?zapy­tał nagle Marek, który nie wia­domo jak miał na imię.

-?Co to za pyta­nie w ogóle? -?Monika wstała od sto­lika, uda­jąc wzbu­rze­nie. -?Skąd ci przy­szło do głowy, że biorę?

-?Bo sam biorę. -?Marek uśmiech­nął się deli­kat­nie, a Monika pomy­ślała, że coś jest w tym face­cie, i to nawet mimo że na pewno nie jest tym, za kogo się podaje. A może wła­śnie dla­tego.

-?To sam sobie odpo­wiedz. -?Monika się nie uśmie­chała. -?No dobra, chyba musisz lecieć, robić te swoje nie­ist­nie­jące pie­nią­dze.

-?Nie muszę, ale alu­zju poniał. -?Marek miał na tyle dużo lat, że cho­wał się jesz­cze w świe­cie peł­nym radziec­kich ele­men­tów.

No wła­śnie, ile ten facet może mieć lat, czter­dzie­ści pięć, może sie­dem, pomy­ślała Monika. Mogła zapy­tać, ale nie miała ochoty, bo to uru­cho­mi­łoby lawinę dal­szych zacie­śnień, a ona nie chciała się zacie­śniać, bo chciała już tylko iść spać.

Kiedy Adam pod­je­chał pod dom Wacka, było już dobrze po dzie­sią­tej wie­czo­rem. Wcze­śniej miał sporo roboty w fir­mie, potem był jesz­cze ze swoją nową naj­więk­szą miło­ścią w życiu, czyli z Wit­kiem, w kinie. Kino mogło się wła­ści­wie nie odbyć, bo i tak wciąż myślał o Monice i o tym, że musi coś zro­bić, żeby wyszarp­nąć ją ze szpo­nów nałogu, ale po pierw­sze, był Witek, któ­rego za nic nie nale­żało zanie­dby­wać, a po dru­gie, miał wra­że­nie, że w ciągu dnia nie do końca był sam. Ktoś, a może wielu kto­siów, towa­rzy­szył mu do póź­nych godzin popo­łu­dnio­wych. Był poli­cjan­tem, więc czuł ich obec­ność przez skórę, choć na razie nikogo kon­kret­nie nie przy­uwa­żył. Tak było od jakie­goś czasu, mówił o tym na razie tylko Warec­kiemu, bo tylko jemu ufał. Z reguły pod wie­czór natę­że­nie tego odczu­cia malało, praw­do­po­dob­nie śle­dzący go odpusz­czali, może dzia­łali w sys­te­mie zmia­no­wym, może na razie miał tylko ogon na pół etatu, może wie­czo­rem tamci nie spo­dzie­wali się już z jego strony żad­nych nie­prze­wi­dzia­nych ruchów.

Dobrze jest mieć instynkt i dar obser­wa­cji, bo dzięki temu aspi­rant stał teraz przed furtką i nikt mu się już nie przy­glą­dał.

W oknach paliło się świa­tło, ale drzwi otwo­rzyły się dopiero po trze­cim dzwonku, może zresztą przy­cisk przy furtce nie kon­tak­to­wał. Po minu­cie stał przed nim chło­pak piękny jak Ado­nis, a Adam pomy­ślał, że gdyby nie Witek, to zro­biłby wiele, żeby się z nim bli­żej zaprzy­jaź­nić.

-?O co cho­dzi? -?ode­zwał się mało ufnie i mało sym­pa­tycz­nie Ado­nis, więc wyglą­dało na to, że Adam nie miał u niego i tak prze­sad­nych szans.

-?Nazy­wam się Adam Wój­cik, jestem współ­pra­cow­ni­kiem Moniki Brzo­zow­skiej z komendy sto­łecz­nej -?mówił, a wyraz twa­rzy tam­tego kom­plet­nie się nie zmie­niał, więc w końcu wycią­gnął swoją legi­ty­ma­cję służ­bową. -?Aspi­rant Adam Wój­cik. Mogę wejść?

Ado­nis nie odpo­wie­dział, ale otwo­rzył furtkę i ruszył w stronę wej­ścia do domu.

-?Czy jest Wacek? -?zapy­tał Adam, kiedy już stali w obszer­nym salo­nie, obwie­szo­nym czarno-bia­łymi zdję­ciami chło­pa­ków pra­wie tak przy­stoj­nych jak jego roz­mówca.

-?Nie ma, zresztą powi­nien pan chyba wie­dzieć. -?Tam­ten ruszył w stronę barku sto­ją­cego na środku pokoju.

Teraz Wój­cik się zorien­to­wał, że oczy Ado­nisa były deli­kat­nie prze­krwione, a chód nie do końca sta­bilny.

-?Wie­dzieć co? -?zapy­tał.

-?Wie­dzieć, że nie ma, bo zgło­si­łem jego znik­nię­cie. -?Narze­czony Wacka nalał sobie dość dużo i zer­k­nął pyta­jąco na Adama.

Wój­cik, choć kusiło go ogrom­nie, żeby wypić kilka drin­ków z tym męż­czy­zną, pokrę­cił głową odmow­nie. Poczu­cie obo­wiązku i wier­ność zasa­dom znów prze­wa­żyły w nim pokusę.

-?Kiedy? -?zapy­tał i odru­chowo rozej­rzał się po wnę­trzu.

Przy­czyna zagi­nię­cia osób, wedle sta­ty­styk, w sześć­dzie­się­ciu pro­cen­tach była zwią­zana z oso­bami zgła­sza­ją­cymi.

-?Dwa dni temu -?odpo­wie­dział piękny i pocią­gnął ze szklanki tak dużego łyka, że aż lekko siorb­nął, co defi­ni­tyw­nie ode­brało Ada­mowi chęć do flirtu.

-?Gdzie pan zgło­sił? -?Adam prze­stał roz­glą­dać się po wnę­trzu i patrzył teraz pro­sto w oczy męż­czy­zny.

-?Na komendę na Tar­gó­wek, na Cho­decką czy Cho­tecką, a co? -?Chło­pak chyba poczuł, że Adam pró­buje być podejrz­liwy, i wyraź­nie go to wner­wiło. -?Myśli pan, że go stuk­ną­łem i zako­pa­łem w ogródku?

-?Nic nie myślę. -?Wój­cik nie dawał się spro­wo­ko­wać. -?Spraw­dzę tę Cho­decką, może jesz­cze nie ruszyli z poszu­ki­wa­niami, mają sie­dem­dzie­siąt dwie godziny przy oso­bie doro­słej.

Przez chwilę stali i żaden nie miał pomy­słu na to, co ma się wyda­rzyć dalej.

-?W jakich oko­licz­no­ściach znik­nął? -?zapy­tał Adam, który jako poli­cjant miał w zana­drzu sekwen­cję pytań nie­omal auto­ma­tycz­nych.

-?Nie wró­cił z pracy, dwa dni temu -?zaczął tam­ten, jego oczy sta­wały się tym­cza­sem coraz bar­dziej czer­wone, a mowa powoli się roz­luź­niała. Adam nie był pewien, czy dla­tego, że męż­czy­zna zaczy­nał mu ufać, czy może raczej dla­tego, że robił się coraz bar­dziej wlany. -?Naj­pierw dzwo­ni­łem na komórkę, potem poje­cha­łem do kli­niki...

-?Do kli­niki? -?wtrą­cił się Adam.

-?Wacek pro­wa­dzi kli­nikę dla zwie­rząt, jest wete­ry­na­rzem, Brzo­zow­ska nie mówiła? -?zdzi­wił się przy­stojny.

-?Nie pyta­łem. -?Adam pokrę­cił głową. -?Co było dalej?

-?Dalej? -?Męż­czy­zna nagle się roz­kleił. -?Dalej nic nie było, nie ma go tam, nie odbiera, jego matka nic nie wie, po pro­stu znik­nął, a za chwilę zniknę ja.

-?Czemu? -?zdzi­wił się Wój­cik.

-?Bo jestem zależny. -?Męż­czy­zna spoj­rzał na Adama z wyrzu­tem, jakby nie rozu­miał, dla­czego ma tak mało empa­tii albo może brak mu zwy­kłej rezo­lut­no­ści. -?Bo nic nie zara­biam, nic nie mam, nie mamy zale­ga­li­zo­wa­nego związku, więc zaraz będę musiał stąd iść, i co dalej? Z powro­tem na dwo­rzec?

Męż­czy­zna zaczął pła­kać.

-?Na dwo­rzec już na pewno nie... -?Adam zbli­żył się i oto­czył go ramie­niem. Wresz­cie cho­ciaż w ten spo­sób mógł dać upust swemu uwiel­bie­niu dla piękna.

Na komen­dzie przy Cho­dec­kiej, zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Adama, nie roz­po­częto jesz­cze nawet pro­ce­dury poszu­ki­wań osoby zagi­nio­nej. Taka pro­ce­dura spro­wa­dzała się zresztą głów­nie do tego, że osoba zgło­szona była wrzu­cana na tak zwany bęben, czyli do sys­temu infor­ma­tycz­nego dostęp­nego dla każ­dego poli­cjanta w każ­dym dowol­nym miej­scu w kraju. Póź­niej, po kilku dniach, per­so­na­lia z auto­matu tra­fiały jesz­cze do Kra­jo­wego Sys­temu Infor­ma­cji Poli­cji. Wię­cej z reguły komenda, do któ­rej zgło­szono zagi­nię­cie, nie robiła, chyba że sprawa doty­czyła zagi­nię­cia dziecka: wtedy pro­ce­dury były znacz­nie ostrzej­sze i bar­dziej wyma­ga­jące. Wacek jed­nak dziec­kiem od dość dawna już nie był. Wój­cik, nauczony przy­pad­kiem Moniki, która w swoim cza­sie wyko­rzy­stała do poszu­ki­wa­nia swo­jego wła­snego tele­fonu nakaz pro­ku­ra­tor­ski i źle się to dla niej póź­niej skoń­czyło, zro­bił ina­czej. Od razu poszedł drogą nie­for­malną i o pomoc popro­sił zako­chaną w nim wciąż i nie­zmien­nie Elwirę pra­cu­jącą w sieci Orange. Tele­fon Wacka nie był wpraw­dzie zare­je­stro­wany w tej sieci, ale to na szczę­ście Elwi­rze nie utrud­niało za wiele, ponie­waż ope­ra­to­rzy czę­sto współ­pra­co­wali i poma­gali sobie, świad­cząc wza­jem­nie takie nie­ofi­cjalne usługi.

Tele­fon Wacka w momen­cie kiedy namie­rzała go Elwira, już nie dzia­łał, co nie było naj­lep­szym zwia­stu­nem, ale o niczym jesz­cze nie prze­są­dzało. Przy­kła­dowo: mogło być tak, że Wacek, uza­leż­niony od hero­iny, wró­cił do zabój­czego nałogu i wpadł w ciąg, a wtedy praw­do­po­dob­nie łado­wa­nie tele­fonu prze­sta­łoby z auto­matu nale­żeć do jego prio­ry­te­tów. Gorzej, że ostat­nie logo­wa­nie tele­fonu umiej­sco­wiono w oko­li­cach Jeziorka Czer­nia­kow­skiego, i to na jego pół­noc­nym krańcu, czyli w rejo­nie, gdzie nie było żad­nych zabu­do­wań. Naj­gor­sze jed­nak oka­zało się to, że tele­fon nad brze­giem jeziorka po raz ostatni zalo­go­wał się do BTS-ów o godzi­nie dru­giej nad ranem.

-?Chyba nie zro­bimy tego po cichu? -?Adam zaczął roz­mowę z Warec­kim zaraz po tym, jak ten poja­wił się w pubie Tola na Polu Moko­tow­skim.

Pub Tola był miej­scem, gdzie zawsze, a w każ­dym razie -?prze­waż­nie, Adam widy­wał się z Moniką na spo­tka­niach nie do końca ofi­cjal­nych, gdy była ona jesz­cze aktywna zawo­dowo i życiowo. Dla­tego w sytu­acji awa­ryj­nej pano­wie, zgod­nie ze sce­na­riu­szem uzgod­nio­nym wcze­śniej, spo­tkali się wyjąt­kowo nie nad Wisłą, ale wła­śnie tutaj.

-?Potrze­bu­jemy nur­ków. Nawet gdy weź­miemy z jakie­goś klubu, to i tak jeśli coś znajdą, będzie trzeba zgło­sić, a wtedy wyj­dzie, że bez powia­da­mia­nia szu­ka­li­śmy zwłok -?dokoń­czył Wój­cik.

-?Pyta­nie, czy zawia­da­miamy two­ich, czy moich? -?zasta­no­wił się kapi­tan Warecki.

-?Jeden pies, i tak jak dowie­dzą się jedni, to zaraz będą wie­dzieli dru­dzy. -?Adam wzru­szył ramio­nami i przy­wo­łał kel­nerkę cho­dzącą wśród sto­li­ków.

-?Tak będzie, ale... można coś ugrać, roze­grać, czy ja wiem. -?Kapi­tan wypił łyk zamó­wio­nego wcze­śniej piwa.

-?W takim razie dam to sze­fowi, może w ten spo­sób przy­naj­mniej nie stracę roboty do końca mie­siąca. -?Uśmiech­nął się Wój­cik.

-?Widzisz, wszystko można jakoś roze­grać. -?Warecki chciał coś jesz­cze dodać, ale poja­wiła się kel­nerka.

Pół godziny póź­niej Adam poje­chał pro­sto z pubu do fabryki, gdzie od razu po przy­by­ciu, z pomi­nię­ciem drogi for­mal­nej, wtar­gnął do gabi­netu Matec­kiego. Oczy­wi­ście pomi­nię­cie pro­ce­dur nie mogło ozna­czać pomi­nię­cia sekre­tarki pani Eli, któ­rej zamel­do­wał, że sprawa jest naj­wyż­szej wagi, i popro­sił ją grzecz­nie o wpro­wa­dze­nie do Matec­kiego, pomimo że był on zajęty przy­go­to­wa­niami do narady z innymi komen­dan­tami z woje­wódz­twa.

-?Myślę, że to, co chcę powie­dzieć, jest na tyle ważne, że wzbo­gaci też naradę, do któ­rej pan się szy­kuje -?zaczął Wój­cik, po tym jak Matecki pomimo pro­tek­cji i wspar­cia pani Eli popro­sił go w pro­stych żoł­nier­skich sło­wach o natych­mia­stowe opusz­cze­nie gabi­netu.

-?Czyli? -?Matecki zawi­bro­wał gło­sem w naj­niż­szej dlań osią­gal­nej tona­cji. Jako że nie był zbyt wysoki ani prze­sad­nie dobrze zbu­do­wany, niski głos sta­no­wił tak naprawdę jedyne wła­ści­wie uze­wnętrz­nie­nie jego auto­ry­tetu.

-?Czyli znik­nął naj­waż­niej­szy świa­dek w spra­wie pedo­fil­skiej, którą odkryła Brzo­zow­ska. -?Adam wyre­cy­to­wał jed­nym tchem, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się swój głos deli­kat­nie pod­nieść, żeby pozo­stać w odpo­wied­nim gło­so­wym sto­sunku służ­bo­wym. Szczę­śli­wie Bozia nie wypo­sa­żyła go w bas, z uro­dze­nia czy raczej z muta­cji był teno­rem, ale teraz spró­bo­wał wspiąć się jesz­cze odro­binę wyżej.

-?Jak znik­nął? -?zain­te­re­so­wał się Matecki.

-?Po pro­stu jego chło­pak, to zna­czy part­ner... -?Adam przy­po­mniał sobie, że Matecki men­tal­nie był zako­rze­niony głę­boko w cza­sach, gdy męż­czyźni nie mieli chłopa-ków -?...zgło­sił dwa dni temu do miej­skiej na Cho­dec­kiej zagi­nię­cie: Wacław Stel­ma­szyk nie wró­cił z pracy.

-?No i co z tego? Może go rzu­cił -?przy­tom­nie zauwa­żył inspek­tor.

-?Może i rzu­cił, ale nie rzu­ciłby wła­snego domu, dobytku, matki i firmy. Od tam­tej pory nie poja­wił się ni­gdzie i nikt z nim nie miał kon­taktu. - Adam wie­dział oczy­wi­ście znacz­nie wię­cej, choćby to, że komórka Stel­ma­szyka poja­wiała się po raz ostatni w nocy nad jezior­kiem, ale tego Matec­kiemu ujaw­nić nie mógł, bo te infor­ma­cje pocho­dziły z nie­le­gal­nego źró­dła.

-?Sprawdź­cie po logo­wa­niach tele­fonu. Wypisz raport i zapo­trze­bo­wa­nie, ja ci pod­biję, potem się zawie­zie do sędziego -?roz­sąd­nie zapro­po­no­wał Matecki. -?Ale rewe­la­cji mi tu żad­nej nie przy­nio­słeś na wzbo­ga­ce­nie narady.

-?Ale narada jest dopiero jutro. -?Uśmiech­nął się nieco tajem­ni­czo Adam.

-?Znowu wiesz coś, czego mi nie mówisz. Ja nie mogę z wami pra­co­wać. To jest jakiś tajny klub, kurwa, jakaś sekta, a nie komenda sto­łeczna. Tu wszy­scy coś wie­dzą, coś knują, cho­dzą pod ścia­nami, co to za załoga jest? -?Matecki, który komen­dan­tem sto­łecz­nym był od nie­dawna, rze­czy­wi­ście nie cie­szył się, przy­naj­mniej na razie, wśród kole­gów Adama prze­sad­nym zaufa­niem, więc wra­że­nie, które odno­sił i które teraz z wście­kło­ścią mu refe­ro­wał, było praw­do­po­dob­nie uza­sad­nione.

-?Czy mogę się odmel­do­wać? -?zapy­tał Adam dopiero kilka sekund po tym, jak szef, czer­wony na twa­rzy, lekko się uspo­koił.

-?Spier­da­laj. -?Inspek­tor Remi­giusz Matecki żegnał się w ten spo­sób ze wszyst­kimi pod­wład­nymi, oprócz oczy­wi­ście pani Eli, która w tym momen­cie sta­nęła wła­śnie w drzwiach.

-?Panie komen­dan­cie -?powie­działa z wyrzu­tem -?jak tak można?

-?Oczy­wi­ście, pani Elu, nie można, prze­pra­szam, ale nerwy tu mam straszne -?uspra­wie­dli­wił się Matecki, a Adam zauwa­żył przy oka­zji, że do pani Eli nie zwra­cał się też wcale basem.

Po chwili komen­dant raz jesz­cze zer­k­nął na Adama, a jego wzrok mówił dokład­nie to samo, co przed chwilą, i to basem.

W cza­sie gdy Adam bie­gał po kory­ta­rzach i zbie­rał pod­pisy, żeby sieć komór­kowa ofi­cjal­nie potwier­dziła to, co już i tak wie­dzieli od Elwiry, kapi­tan Warecki dojeż­dżał wła­śnie pod adres w pod­war­szaw­skiej Wil­dze. To tutaj miesz­kał drugi z trójki świad­ków, któ­rych Monice udało się zwer­bo­wać za pośred­nic­twem Wacka. W jego przy­padku sprawa była jed­nak nieco bar­dziej skom­pli­ko­wana niż ze Stel­ma­szy­kiem, bo oprócz adresu nie mieli do niego żad­nego kon­taktu. Wie­dzieli jedy­nie, że ma na imię Józek i że mieszka w Wil­dze przy skrę­cie do Rodzin­nego Parku Roz­rywki "Wodna Kra­ina". Namiar był tro­chę mało pre­cy­zyjny, na szczę­ście Warecki miał ze sobą zdję­cie Józka, które Monika zro­biła, gdy była w Wil­dze przed dwoma mie­sią­cami, czyli zanim Matecki wysłał ją na przy­mu­sowy urlop.

Monika obu­dziła się dzie­sięć po dru­giej po połu­dniu, bo po nocy z przy­god­nym Mar­kiem potrze­bo­wała tro­chę wię­cej odpo­czynku. Do kom­pu­tera nie usia­dła od razu. Naj­pierw wzięła prysz­nic, pod­czas któ­rego przy­glą­dała się swo­jej figu­rze tro­chę bar­dziej niż zwy­kle. Doszła do wnio­sku, że może nie była już tak jędrna jak dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, ale za to udało jej się ostat­nio uzy­skać abso­lutne opti­mum, jeśli cho­dzi o pro­por­cje wszyst­kiego do wszyst­kiego, a jej skóra wciąż była świeża i spra­gniona dotyku. Nie zaj­rzała do kom­pu­tera także w trak­cie śnia­da­nia, ale myśl o tym, żeby to zro­bić, cały czas krę­ciła jej się gdzieś z tyłu głowy. "Marek Arasz­kie­wicz Bank Pekao" -?gdy te cztery słowa wpi­sy­wała w okienko wyszu­ki­warki, była prze­ko­nana, że albo nie dosta­nie żad­nego rezul­tatu, albo co naj­wy­żej coś, co nijak nie będzie łączyło tego czło­wieka z tą insty­tu­cją. Jakież było jej zasko­cze­nie, gdy oka­zało się, że jest jed­nak ina­czej. Marek Arasz­kie­wicz, pod­pi­sany i ze zdję­ciem, wid­niał przed nią jako żywo na stro­nie domu makler­skiego Pekao, wraz z adre­sem poczty elek­tro­nicz­nej i nume­rem tele­fonu kon­tak­to­wego.

-?To mnie pan zasko­czył, panie Marku. -?Monika uśmiech­nęła się do sie­bie, popi­ja­jąc suchą już nieco, bo wczo­raj­szą kaj­zerkę łykiem roz­pusz­czal­nej kawy, po czym popa­dła w zamy­śle­nie.

Jaki to wszystko ma sens wła­ści­wie? Dla­czego tak bar­dzo prze­stała się inte­re­so­wać całą tą sprawą? Odsu­nęli ją, to fakt, ale wcze­śniej nie dość, że ją odsu­nęli, to do tego jesz­cze ją ści­gali, a ona miała siłę i chęć cią­gnąć sprawę, żeby dojść do prawdy. No wła­śnie, "prawda" -?może to o nią cho­dziło w tym wszyst­kim? Wcze­śniej chciała dojść do prawdy na temat tego, czy sama zabija, czy ktoś ją wra­bia, a jeśli tak, to dla­czego. Doszła. Oka­zało się, że zabi­jał jej narze­czony, który na domiar złego kie­dyś, pod innym wpraw­dzie imie­niem, był nawet jej mężem, czego ona nie pamię­tała. Mąż zabi­jał, narze­czony ją wro­bił, zabiła ich obu w jed­nej oso­bie, prawda została odkryta i od razu w tej samej nie­mal chwili zli­kwi­do­wana. Co wię­cej mogło ją zainte­re­so­wać po czymś takim? Kto wynaj­mo­wał narze­czo­nego, kto wyko­rzy­sty­wał go jako cyn­gla, dla­czego tak długo on sam pozo­sta­wał na usłu­gach tego kogoś, skoro z dru­giej strony pró­bo­wał ją chro­nić? Wszystko to cie­kawe, ale nie dość moty­wu­jące, żeby pod­nieść się po tym, co prze­żyła. Poza tym sprawa zda­wała się już teraz toczyć wła­ści­wym torem. Może wpraw­dzie na­dal różne osoby w poli­cji i pewno też wyżej pró­bo­wały coś tuszo­wać, ale -?o czym była prze­ko­nana w stu pro­cen­tach -?Wój­cik i Warecki, który oka­zał się nawet dosyć przy­zwo­itym gościem, na pewno wyja­śnią sprawę i posa­dzą za kraty win­nych. Oskar­że­nie miało bar­dzo silne pod­stawy w postaci zeznań świad­ków, a nade wszystko nikt już nie był zagro­żony śmier­cią. Tak, to też było ważne. Monika lubiła funk­cjo­no­wać w sytu­acjach zagro­żeń, miała taki swo­isty syn­drom pola walki, który wynio­sła jesz­cze praw­do­po­dob­nie z cza­sów, gdy każdy dzień na nar­ko­ty­ko­wym baj­zlu mógł być jej życia dniem ostat­nim. Papierki, zbie­ra­nie dowo­dów, zeznań, mozolne skła­da­nie puz­zli: nie, to wszystko nie było dla niej.

Warecki poka­zy­wał zdję­cia świadka tak długo, aż usta­lił w końcu, gdzie dokład­nie miesz­kał, a nawet i to, że nazy­wał się Józef Waluś. Nie­stety - na miej­scu oka­zało się, że Józek, syn obec­nego gospo­da­rza, wyje­chał do pracy do Nie­miec i odwie­dzał dom rodzinny dwa, góra trzy razy do roku. Ojciec, tro­chę nie­chęt­nie, ale w końcu prze­ka­zał numer do syna. Kiedy Warecki zadzwo­nił, po dru­giej stro­nie zgło­siła się nie­miecka sekre­tarka auto­ma­tyczna. Nagrał się więc, i to nawet dwu­krot­nie: popro­sił o kon­takt pod nume­rem, który podał. Jed­nak do wie­czora nikt nie oddzwo­nił.

Kiedy Warecki szu­kał Józka, Adam w kilka godzin zor­ga­ni­zo­wał nakaz sądowy na numer Wacława. Prze­śle­dze­nie logo­wań trwało moment i dało oczy­wi­ście te same wyniki, które znali już wcze­śniej. Tym razem jed­nak Wój­cik mógł je już przed­ło­żyć Matec­kiemu. Pre­wen­cja z psami i nur­ko­wie doje­chali nad Jeziorko Czer­nia­kow­skie kolej­nego ranka. Poszu­ki­wa­nia trwały osiem godzin. Naj­pierw zna­le­ziono but, który jako nale­żący do Wacława roz­po­znał jego narze­czony, piękny Ado­nis, ścią­gnięty na miej­sce spe­cjal­nie przez Adama. Póź­niej w kępie drzew po zachod­niej stro­nie akwenu psy natra­fiły na ślady krwi, i to w dużej ilo­ści. W końcu pod wie­czór nur­ko­wie prze­cze­su­jący dno odna­leźli ciało. Po wydo­by­ciu go na brzeg było widać już na pierw­szy rzut oka, że oprócz śla­dów kil­ku­na­stu cio­sów zada­nych nożem lub innym dłu­gim i ostrym narzę­dziem na ciele było też mnó­stwo krwa­wych wybro­czyn, przy­pa­leń papie­ro­sami i innych ran świad­czą­cych o tym, że ofiara przed zamor­do­wa­niem była naj­praw­do­po­dob­niej także tor­tu­ro­wana. Po zakoń­cze­niu wstęp­nych oglę­dzin zwłok Adam przy­siadł na brzegu jeziora. Czuł się okrop­nie, bo wyda­wało mu się, że w jakimś sen­sie był odpo­wie­dzialny za śmierć tego czło­wieka. Nie on wpraw­dzie bez­po­śred­nio nakło­nił go do tego, by zło­żył zezna­nia, ale wie­dział o tym, kon­tak­to­wał się z Wac­kiem wie­lo­krot­nie, przy­wo­ził go na komendę, spo­ty­kał się w róż­nych miej­scach, sło­wem: uczest­ni­czył w pro­ce­sie pozy­ski­wa­nia od niego zeznań, któ­rych -?nawia­sem mówiąc -?"na papier", czyli ofi­cjal­nie, uzy­skać się nie udało. Umó­wieni byli, na prośbę Wacka, który być może miał już jakieś złe prze­czu­cia, że spo­tkają się raz jesz­cze u niego w domu i Adam nagra przy­naj­mniej jego zezna­nia na dyk­ta­fon. Kiedy zja­wił się u niego tam­tego wie­czora, oprócz roz­mowy o pro­ble­mach z Moniką chciał też wła­śnie mieć to nagra­nie. Nie­stety już go nie zastał. Wyrzuty sumie­nia? Podobno w miarę upływu lat kole­gom śled­czym wyrzuty sumie­nia już aż tak nie doskwie­rają. Być może instynkt samo­za­cho­waw­czy w ten spo­sób ratuje ich przed obłę­dem. Adam patrzył w wodę pod sto­pami, na swoje odbi­cie, myślał o czło­wieku, któ­rego pokie­re­szo­wane ciało leżało kilka metrów za jego ple­cami. W końcu wstał, wycią­gnął z kie­szeni tele­fon, pod­szedł do ciała i ku zasko­cze­niu kry­mi­na­li­styka i foto­grafa pra­cu­ją­cych już na miej­scu zro­bił tele­fonem kilka zdjęć. Potem odszedł kawa­łek, zdję­cia wysłał pod znany sobie numer, a następ­nie wyrzu­cił je z tele­fonu i ruszył w stronę samo­chodu, w któ­rym cze­kał już na niego Warecki.

Monika sły­szała dźwięk przy­cho­dzą­cego SMS-a, ale nie ode­brała go od razu, bo w świe­cie, w któ­rym się znaj­do­wała, SMS-y nie miały prawa bytu. Patrzyła teraz w czerń nie­bo­skłonu roz­świe­tloną lam­pami mia­sta i bar­dzo jej się to podo­bało. Makler gieł­dowy Marek miał przyjść za godzinę albo za pół, albo... to też nie miało w tej chwili żad­nego zna­cze­nia. Po dzie­się­ciu minu­tach, kiedy niebo prze­stało być taką rewe­la­cją, to zna­czy na­dal nie było złe, ale już bez porów­na­nia, Monika wyjęła w końcu apa­rat z kie­szeni. Przede wszyst­kim chciała spraw­dzić, która jest godzina, jak długo jej nie było i za ile przyj­dzie Marek. Przy oka­zji zoba­czyła powia­do­mie­nia o SMS-ach i przy­po­mniała sobie, jak wcze­śniej brzdą­kały tym prze­mi­łym, nie­biań­skim wręcz dźwię­kiem. Komi­sarz pomy­ślała nawet wtedy o trą­bach jery­choń­skich, choć za nic nie mogła sobie przy­po­mnieć, o co z nimi cho­dziło. Otwo­rzyła naj­pierw jed­nego SMS-a, który oka­zał się MMS-em, potem kolejne cztery. Na ostatni patrzyła dłu­żej, a potem przy­po­mniała sobie, co to były trąby jery­choń­skie, i zaczęła wymio­to­wać.

Zwłoki Wacka jesz­cze tego samego dnia tra­fiły na stół w zakła­dzie medy­cyny sądo­wej na Oczki. O ile do tej pory cią­gnię­cie sprawy nie było nikomu na rękę, o tyle teraz, w momen­cie gdy główny świa­dek zgi­nął, i to w oko­licz­no­ściach nie­po­zo­sta­wia­ją­cych wąt­pli­wo­ści co do udziału osób trze­cich, dal­sze próby zamia­ta­nia sprawy pod dywan ozna­cza­łyby praw­do­po­dob­nie sze­reg szyb­kich dymi­sji wśród zna­czą­cych poli­cjan­tów, w tym zwol­nie­nie samego Matec­kiego. Inspek­tor może nie był naj­lep­szym poli­cjan­tem, ale odzna­czał się genialną zdol­no­ścią wyczu­wa­nia wszel­kich fluk­tu­acji, a naj­czę­ściej uda­wało mu się je wyczu­wać wcze­śniej niż innym. Na tym pole­gał tak naprawdę jego geniusz. Fakt, że wcze­śniej nie naci­skał w spra­wie śledz­twa prze­ciw gru­pie pedo­fil­skiej, że nie powo­łał spe­cjal­nej grupy i nie zmu­sił swo­ich pod­wład­nych do dzia­ła­nia, nie wyni­kał z tego, że sam miał w tym jakiś inte­res. Cho­dziło raczej o coś innego: inspek­tor Matecki wyczu­wał, że mają w tym swój inte­res ludzie, od któ­rych zale­żała jego przy­szłość. Tak naprawdę nie potra­fiłby ich wska­zać nawet z nazwi­ska, bo to, iż komen­dant główny nie naci­skał, też prze­cież wcale nie ozna­czało, że miał w tym inte­res oso­bi­sty. Jego sytu­acja mogła być ana­lo­giczna do sytu­acji Matec­kiego, tyle że pod­nie­siona o jedno oczko wyżej na dra­bi­nie zawo­do­wej hie­rar­chii, po któ­rej z mozo­łem pięli się obaj. Po zna­le­zie­niu zma­sa­kro­wa­nych zwłok Wacława Stel­ma­szyka w Jezio­rze Czer­nia­kow­skim do sprawy włą­czyły się nie­stety media, a kiedy tak się działo, inte­resy grup zmie­niały się dia­me­tral­nie. Teraz przede wszyst­kim trzeba było się wyka­zać dyna­mi­zmem i ini­cja­tywą. Poli­cja musiała dzia­łać ze zdwo­joną mocą. Efek­tem tej mocy było jak na razie to, że Adam, Warecki i jesz­cze kilku funk­cjo­na­riu­szy z wydziału zabójstw i ter­roru kry­mi­nal­nego stali teraz wokół kamien­nego stołu, na któ­rym leżało ciało nie­przy­po­mi­na­jące w naj­mniej­szym stop­niu czło­wieka, do któ­rego nale­żało jesz­cze kil­ka­dzie­siąt godzin wcze­śniej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki