Układ z milionerem. Niegrzeczna Kolekcja - K.E. December

Reflow text when sidebars are open.
Ruby
Prywatny apartament w Caesars Palace był kilka razy większy niż całe mieszkanie, które wynajmowałam na Brooklynie, i prawdopodobnie droższy niż wszystko, co miałam, wliczając w to profesjonalny sprzęt fotograficzny. W powietrzu unosił się zapach drogich cygar i markowego alkoholu, a wnętrze wypełniała męska energia - stałe elementy zamkniętych imprez ludzi z wyższych sfer. Moim zadaniem było stać się niewidzialną. Miałam być cieniem z aparatem i udokumentować wieczór kawalerski Alexandra Price'a, nie naruszając przy tym prywatności wpływowych gości.
- Panowie, prosiłabym o chwilę uwagi. Zróbmy, proszę, zdjęcie grupowe, zanim światło całkowicie się zmieni - powiedziałam, starając się mówić na tyle głośno, by usłyszano mnie mimo śmiechów i gwaru rozmów.
Willem van Baalen, przyjaciel pana młodego, odwrócił się w moją stronę z szerokim uśmiechem. Był wstawiony, ale wciąż zachowywał ten specyficzny europejski snobizm.
- Oczywiście, panno Lawson! Panowie, ustawiamy się. Nasza pani fotograf twierdzi, że tracimy światło, a nie chcemy przecież wyglądać na zdjęciach jak amatorzy.
Grupa mężczyzn, w większości około trzydziestki, zaczęła leniwie zbierać się przy panoramicznym oknie z widokiem na Las Vegas mieniące się milionami świateł. Wszyscy byli ubrani w koszule uszyte przez najlepszych krawców, ich nadgarstki zdobiły zegarki o wartości luksusowych samochodów, a oni emanowali pewnością siebie, która bierze się tylko z posiadania ogromnych pieniędzy.
Przyszły pan młody nie ruszył się z miejsca. Stał nieco z boku i z wyraźnym znużeniem obserwował całe zamieszanie. Jako jedyny nie miał rozpiętego kołnierzyka, a marynarka wciąż leżała idealnie na szerokich ramionach. Gdybym nie wiedziała, że to jego wieczór kawalerski, uznałabym, że znalazł się tu przez przypadek. Za tydzień miał brać ślub, a wyglądał jak ktoś, kto nie ma ochoty na świętowanie.
- Price, a ty co? Potrzebujesz specjalnego zaproszenia? - zawołał Willem, wskazując szklanką w jego stronę.
Alexander Price... Czytałam o nim kilka artykułów, ale wtedy nie przywiązałam do tego większej wagi. Wiedziałam tylko, że to jeden z najbardziej wpływowych mieszkańców Nowego Jorku i ktoś, kogo lepiej nie denerwować.
Kiedy podszedł do grupy, poczułam na sobie jego wzrok. Było to spojrzenie chłodne, oceniające i całkowicie pozbawione emocji.
- Czy to naprawdę konieczne? - zapytał, nie kryjąc irytacji. - Mieliśmy pić drinki, a nie pozować do katalogu.
- Proszę mi wybaczyć, panie Price, ale takie mam instrukcje od agencji - odparłam spokojnie, podnosząc aparat do oka. - To zajmie tylko chwilę. Proszę stanąć obok i spojrzeć w stronę obiektywu.
Westchnął, ale wykonał polecenie. Stanął tam, gdzie wskazałam, a ja na ułamek sekundy zamarłam, patrząc na niego przez wizjer. Był uderzająco przystojny, ale w sposób surowy, niemal groźny. Miał gęste ciemne włosy i jasne oczy, które w tym oświetleniu wydawały się niemal srebrne. Nie uśmiechał się. Spoglądał prosto w obiektyw z taką intensywnością, że poczułam dreszcz wzdłuż kręgosłupa, zupełnie jakby patrzył wprost na mnie.
Nacisnęłam migawkę. Raz, drugi, trzeci.
- Gotowe. Dziękuję panom - powiedziałam, opuszczając aparat.
Grupa natychmiast się rozeszła, wracając do przerwanych rozmów i żartów. Tylko Price został na miejscu sekundę dłużej. Jego wzrok spoczął na aparacie, a potem na mojej twarzy.
- Jest pani nowa? - zapytał, podchodząc krok bliżej. - Nie widziałem pani na wcześniejszych przyjęciach.
- Pracuję dla agencji od niedawna - odpowiedziałam, starając się zachować profesjonalny ton. - Zazwyczaj zajmuję się sesjami portretowymi, ale dzisiaj poproszono mnie o zastępstwo.
- Sesje portretowe - powtórzył, jakby to było najnudniejsze zajęcie na świecie. - To dlatego tak bardzo zależało pani na świetle.
- Zna się pan na fotografii?
- Wyglądam na takiego? - Uniósł brew. - Z całym szacunkiem dla pani pracy, ale fotografia nie jest zajęciem dla mężczyzny mojego pokroju.
- Mężczyzny pańskiego pokroju? - powtórzyłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Mam na myśli to, że zazwyczaj stoję po drugiej stronie obiektywu.
- Dobre zdjęcie wymaga odpowiednich warunków, niezależnie od tego, kto jest jego tematem - zauważyłam.
Price uniósł brew. Wydawało mi się, że w kąciku jego ust zauważyłam cień uśmiechu, ale zniknął tak szybko, że nie byłam pewna, czy sobie tego nie wyobraziłam.
- Jest pani odważna. Większość osób, które dla nas pracują, boi się odezwać niepytana.
- Nie jestem jak większość osób. Poza tym płacą mi za robienie dobrych zdjęć, a nie za bycie cichą dekoracją - odparłam, czując, jak początkowa trema ustępuje miejsca irytacji. Ten facet był arogancki w sposób, który aż prosił się o ripostę. - Jeśli pan pozwoli, muszę wrócić do pracy.
Skinął głową, pozwalając mi odejść, ale czułam na sobie jego palące spojrzenie, gdy przemieszczałam się po apartamencie.
Impreza nabierała tempa. Kelnerzy roznosili przekąski, a barman nie nadążał z przygotowywaniem drinków. Atmosfera stawała się luźniejsza, a dla fotografa był to sygnał do wzmożonej czujności. Najlepsze zdjęcia powstawały wtedy, gdy ludzie przestawali pozować i byli po prostu sobą.
Starałam się wtapiać w tło, manewrując między gośćmi. Mężczyźni w tym wieku, zwłaszcza tacy z ogromnymi portfelami i jeszcze większym przekonaniem o własnej wyjątkowości, potrafili być uciążliwi po kilku drinkach, ale ta grupa zachowywała klasę. Przynajmniej na razie.
- Pani fotograf! - zawołał jeden z gości, którego imienia nie zapamiętałam. Uniósł rękę, przywołując mnie do stolika. - Proszę tu podejść, tego nie można przegapić. Mark przegrał zakład i musi wygłosić toast po holendersku. A z tego, co wiem, zna tylko trzy słowa w tym języku.
Podeszłam z zawodowym uśmiechem i zrobiłam serię zdjęć Markowi, który uniósł kieliszek z miną człowieka prowadzonego na egzekucję. Właśnie takich zdjęć oczekiwała agencja. Autentycznych, radosnych i odrobinę absurdalnych. Takich, które za kilka lat miały przypominać nie tylko o ostatnim wieczorze Alexandra Price'a przed ślubem, ale też o ludziach, którzy na co dzień byli poważnymi biznesmenami, a tej nocy pozwolili sobie na chwilę porzucić tę rolę.
Kiedy się odwróciłam, niemal wpadłam na Price'a. Stał tuż za mną, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie spodni. Wyglądał na człowieka, który przez pomyłkę trafił na cudzą imprezę i tylko dobre wychowanie powstrzymywało go przed wyjściem.
- Czy to panią bawi? - zapytał cicho.
- Co dokładnie, panie Price?
- To wszystko. Dorośli mężczyźni zachowujący się jak studenci pierwszego roku tylko dlatego, że jeden z nich za tydzień ma stanąć przed ołtarzem. Naprawdę wydaje się pani, że warto to uwieczniać?
Spojrzałam na niego z ukosa, jednocześnie sprawdzając ustawienia aparatu.
- Myślę, że każdy potrzebuje chwili oddechu. Nawet ludzie na pana stanowisku. To nie są zdjęcia do "The Wall Street Journal". To pamiątka.
- Z chwili utraty rozsądku?
- Raczej z wieczoru, podczas którego ktoś próbował się dobrze bawić.
- Próba nie zawsze kończy się sukcesem.
Nie musiał nic dodawać. Wystarczyło spojrzeć na jego twarz.
- Pana to chyba naprawdę nie bawi - zauważyłam.
- Mnie bawi bardzo niewiele rzeczy - odparł z nutą autentycznego zmęczenia w głosie. - Zwłaszcza w Las Vegas. To miasto sprzedaje ludziom iluzję, a oni płacą za nią z uśmiechem na ustach.
- Może po prostu patrzy pan na otoczenie pod złym kątem.
Price popatrzył na mnie uważniej, najwyraźniej nie spodziewał się, że odpowiem mu w ten sposób.
- A jaki byłby właściwy?
- Zależy, czego pan szuka.
- Niczego nie szukam.
- To może dlatego nic pana tu nie cieszy.
Przez chwilę milczał. W jego oczach mignęło coś trudnego do odczytania, coś, co nie pasowało do chłodnego tonu i nienagannie skrojonego garnituru.
W tym momencie Willem van Baalen podszedł do nas chwiejnym, ale wciąż zaskakująco eleganckim krokiem i objął Price'a ramieniem.
- Alexandrze! - krzyknął z przesadnym oburzeniem. - Przestań męczyć panią fotograf rozmowami o kryzysie gospodarczym albo czymkolwiek tam zajmujesz się w wolnym czasie. Chodź, otwieramy kolejną butelkę.
Alexander spojrzał na przyjaciela z pobłażaniem, co sugerowało głęboką zażyłość między nimi.
- Dołączę do was za moment.
- To znaczy za godzinę, kiedy uznasz, że zabawa osiągnęła akceptowalny poziom nudy?
- Willemie...
- Dobra, już dobra! - Van Baalen uniósł ręce w geście kapitulacji, po czym puścił mi porozumiewawcze oczko. - Proszę go nie brać zbyt poważnie, panno Lawson. On tak ma od urodzenia.
Kiedy odszedł, Price znów skupił uwagę na mnie.
- Proszę mi powiedzieć, czy naprawdę lubi pani swoją pracę? Czy to tylko sposób na opłacenie rachunków za życie w Nowym Jorku?
Pytanie było bezpośrednie, niemal wścibskie, ale sposób, w jaki je zadał, sprawił, że nie poczułam się urażona. Sprawiał wrażenie szczerze zaciekawionego, choć ukrywał to tak głęboko, jakby nie chciał się do tego przyznać.
- Fotografia to moja pasja - odpowiedziałam po chwili. - Ale pasja rzadko sama z siebie pozwala opłacić czynsz na Brooklynie. Takie zlecenia pozwalają mi na realizację własnych projektów.
- Jakie to projekty?
- Dokumentuję architekturę starego Nowego Jorku. Miejsca, które znikają pod presją deweloperów budujących nowoczesne wieżowce.
Dopiero kiedy to powiedziałam, ugryzłam się w język. Rodzina Price'ów dorobiła się przecież właśnie na stawianiu takich budynków. Trudno było o bardziej niefortunny temat do rozmowy z człowiekiem, który stał za połową inwestycji w mieście.
Alexander uniósł brwi, a na jego twarzy pojawił się ledwie widoczny ironiczny uśmieszek.
- A więc uważa pani, że moja firma niszczy to, co uważa pani za cenne?
- Nic takiego nie powiedziałam.
- Ale tak pani pomyślała.
- Powiedziałam, że staram się zatrzymać w kadrze to, co odchodzi do przeszłości. To czysta dokumentacja. Nic osobistego.
- Mnie jednak wydaje się to bardzo osobiste.
Nie odpowiedziałam od razu. Nie dlatego, że miał rację, tylko przez to, jak na mnie patrzył. Wzrok miał przenikliwy, jakby nie interesowała go odpowiedź, a jedynie to, czy spróbuję skłamać.
Z drugiego końca sali dobiegł nagły huk. Jeden z gości przypadkowo potrącił wieżę ustawioną z kieliszków do szampana, dzięki czemu mogłam wymigać się od odpowiedzi. Szkło rozsypało się po podłodze, rozległy się wiwaty, a po chwili ktoś podkręcił muzykę.
Spokojny wieczór kawalerski właśnie przeistaczał się w prawdziwą imprezę w stylu Vegas.
- Powinnam tam iść - powiedziałam, wskazując głową w stronę zamieszania.
Alexander odsunął się, robiąc mi przejście.
- Proszę uważać na szkło.
Odwróciłam się, żeby odejść, ale po kilku krokach poczułam na sobie jego wzrok. Miałam dziwne wrażenie, że w całym tym chaosie Alexander Price po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę na coś zwrócił uwagę. I tym czymś byłam ja. Bardzo mnie to zaniepokoiło.
* * *
Mijały kolejne godziny. Alkohol lał się strumieniami, muzyka robiła się coraz głośniejsza, a ja miałam na karcie pamięci już setki zdjęć. Mniej więcej o północy większość gości uznała, że prywatny apartament to za mało i impreza powinna przenieść się do jednego z nocnych klubów na dole budynku.
Dla mnie oznaczało to jedno: mój czas dobiegł końca.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej