Układanka - Henrik Fexeus

Reflow text when sidebars are open.
To, co wprawia Hannę Tapper w stan przerażenia, to nie złudzenie, że świat rozpadł się nagle na dwie części. Nie, krew tężeje w jej żyłach z powodu narastającego w niej powoli trudnego do opisania uczucia, że coś jest nie tak. Jak gdyby ktoś przemeblował rzeczywistość, gdy na krótką chwilę spojrzała w bok. Patrzy na stół w kuchni i próbuje sobie przypomnieć tamten dzień, kiedy Bernard, jej mąż, przyniósł go do domu pierwszego wspólnego lata. Pomalowała go na jasnoniebieski kolor jeszcze tego samego wieczoru. Bernard uznał, że Hanna wygląda seksownie w ciuchach roboczych i... ochrzcili ten stół. Później farba schła znacznie wolniej, niż się spodziewali, a bluza Hanny poplamiła się na plecach na niebiesko.
Dla odmiany akurat wtedy jej nie bolało.
Powinna się uśmiechnąć na to wspomnienie. Albo wręcz pomyśleć, że było podniecające. Jednak z jakiejś przyczyny wydaje jej się nierzeczywiste, jakby to nigdy się nie wydarzyło. Jak zachować niewzruszoną minę, gdy świat próbuje nas wytrącić z równowagi? Hanna tłumaczy sobie, że obecna sekunda niczym się nie różni od tej, w której otwierała list. Ale mimo to wszystko wokół niej zamarło, jakby czas stanął w miejscu. A może jest wręcz odwrotnie? Może czas pędzi na złamanie karku? Za oknem, po drugiej stronie niebieskiego stołu, pada lekki śnieg. Pokrył ich malutki trawnik cieniutką warstewką białego pudru. Płatki zdają się zawieszone w powietrzu. Podobnie jak puls Hanny.
-?Co tam masz? -?pyta Bernard. -?Ktoś nam przysłał życzenia na święta?
Hanna się wzdryga. Choć nie, tak jej się tylko wydaje. Na zewnątrz wygląda spokojnie. Jedynie w jej wnętrzu coś wibruje. I nie chce, żeby Bernard to dostrzegł. Mąż stoi obok niej i ściska w ręce resztę korespondencji przyniesionej ze skrzynki. Hanna kręci głową. Ma nadzieję, że ma obojętną minę.
-?Ktoś musiał się pomylić -?odpowiada, beztrosko wymachując kartką w powietrzu.
Ale ciało ją zdradza. Jak zawsze. Błyszcząca pocztówka zgniotła się w kurczowym uścisku jej dłoni. Trzy lata temu nareszcie udało się jej zajść w ciążę, mimo protestów lekarzy. I to tu, na tym stole. Potem oprawiła w ramki bluzę poplamioną farbą i zamierzała ją wręczyć Bernardowi, gdy będzie mu przekazywała wiadomość, że został tatą. Ale poroniła, zanim obraz zdążył zawisnąć na ścianie.
Bernard kładzie na stole pocztę, złożoną głównie z ulotek reklamowych, po czym wyjmuje kartkę z dłoni Hanny. Przygląda się ilustracji przedstawiającej mężczyznę w stroju żeglarskim, który mówi coś, co wydrukowano w chmurce nad jego głową. Marszczy czoło.
-?Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin -?odczytuje.
Następnie otwiera kartkę.
Hanna wie, że jej mąż nie ma szans tego zrozumieć.
Trzęsą jej się nogi, ale nie chce upaść przy Bernardzie. Opiera dłoń na stole i wbija wzrok w półmisek z wędlinami, który został tam po lunchu.
-?Dziwne -?stwierdza Bernard, obracając kartką, jakby szukał w niej ukrytej treści. -?Urodziny obchodzisz dopiero w maju. W dodatku w środku jest pusto.
Hanna wzrusza ramionami.
-?Może to kolejna reklama? -?rzuca Bernard. -?Chociaż... pewnie masz rację. Ktoś musiał się pomylić.
Hanna przytakuje, choć tak naprawdę nie słucha jego słów. Bernard wreszcie kładzie kartkę na stole, a Hanna uświadamia sobie, że długo wstrzymywała oddech.
-?Ja dostałem furę pism z urzędu skarbowego -?oznajmia jej mąż. -?Lepiej od razu się nimi zajmę. Pewnie chodzi o rejestrację mojej nowej firmy.
Bernard zgarnia swoje listy i wychodzi. Hanna opada na krzesło. Tylko sekundy dzieliły ją od osunięcia się na ziemię. Wyjmuje z kieszeni inhalator i bierze trzy głębokie wdechy, nie odrywając wzroku od kartki leżącej na stole. Potem odkłada lek na astmę i wsuwa sobie dłonie pod kolana. Jakby się bała, że kartka ją poparzy, jeśli jej dotknie.
Bernard w jednym się nie pomylił. Kartka nie jest zaadresowana do niej. Ale Hanna wie, do czyich rąk powinna trafić. Czyje urodziny wypadają tego dnia. Opatrzność zadbała nie tylko o to, by nie mogła założyć własnej rodziny -?nie dane było jej nawet zachować pierwszej.
Życzenia są dla Cathrin.
Jej siostry, która nie żyje od dwudziestu lat.
David zerka na Florence rozmawiającą przez telefon. Wyszli na spacer z Kreskinem i David żałuje, że nie włożył cieplejszej kurtki. Za to buldog francuski wydaje się nieporuszony chłodem i szczeka radośnie, próbując kłapnąć wirujące w powietrzu płatki śniegu. I za każdym razem, kiedy mu się to udaje, robi zdziwioną minę, że płatek się rozpuszcza. Nie napadało zbyt wiele białego puchu, ale cienka warstewka pokrywająca ziemię iskrzy się w słońcu. Ścieżka meandruje między drzewami w zagajniku rosnącym za osiedlem domków szeregowych, z których jeden należy do Davida. Kreskin biega luzem. Zna drogę na pamięć.
David się cieszy, że Florence jest skupiona na rozmowie i nie patrzy w jego stronę, bo jest pewien, że ma na twarzy idiotyczny uśmiech. Wciąż nie może uwierzyć, że Florence Tapper, dla której rzuciłby się na łeb, na szyję w oko cyklonu albo wdrapał na wulkan i której widok sprawia, że zapiera mu dech, jest jego. Choć ma zarazem prawie całkowitą pewność, że lada chwila zrobi coś, co ją do niego zniechęci.
Florence się rozłącza i posyła mu uśmiech.
-?Przestań się na mnie gapić -?mówi. -?Nie widzisz, że próbuję pracować?
-?Komar ci tu siedział -?odpowiada David, muskając dłonią jej szyję tuż nad czerwonym szalikiem.
Nie ma rękawiczek i dotyk jej skóry powoduje, że przechodzi go dreszcz podniecenia. Wciąż nie potrafi dotknąć Florence, nie czując natychmiastowej chęci rzucenia się na nią i zdarcia z niej ubrania. I nieważne, że temperatura sięga trzech stopni poniżej zera, bo jego ciało płonie takim ogniem, że mogłoby stopić cały śnieg w promieniu kilku metrów. David zdaje sobie sprawę, że to reakcja w stylu macho, prymitywny zwierzęcy instynkt, a on przecież skończył już trzydzieści pięć lat, ale jest, jak jest. I Florence chyba dobrze odczytuje jego sygnały, bo odsuwa jego dłoń od swojej szyi.
-?Serio? -?pyta, unosząc jedną dłoń. -?Komar? W grudniu?
Minęły dopiero dwa miesiące, odkąd oficjalnie zostali parą. Choć czy naprawdę oficjalnie? Florence wciąż się trochę krzywi, kiedy David nazywa ją swoją dziewczyną.
-?Może jednak pojedziesz ze mną jutro do Norrköpingu? -?pyta ją. -?Tylko pomyśl, dwie noce w hotelu. Tylko ty i ja. Byłoby superromantycznie.
Florence spogląda na niego i marszczy czoło.
-?Niech no się zastanowię... -?mówi. -?Proponujesz mi wspólny wypad na NextTech, targi przyciągające publiczność złożoną w dziewięćdziesięciu procentach z maniaków komputerowych płci męskiej...
-?Wyjątkowo inteligentnych ludzi -?wtrąca David.
-?...którzy przyjeżdżają tam po to, żeby posłuchać innych maniaków...
-?Przedsiębiorców.
-?...a wieczorami chleją piwo i grają w laserowy paintball?
-?To... nie jest obowiązkowe.
Florence gładzi się po brodzie, udając zamyślenie.
-?Podczas gdy alternatywą dla tego wyjazdu jest pozostanie w domu, w ciszy własnego mieszkania, z kieliszkiem wina i zachowywanie się jak dorosły człowiek? -?dodaje, biorąc Davida pod łokieć. -?Łatwy wybór -?kwituje.
Wyjmuje z kieszeni zgryzioną piłkę, na której widok Kreskin zaczyna wymachiwać króciutkim ogonkiem.
-?Poza tym ktoś musi się zająć tym potworem -?dorzuca, po czym posyła piłkę łukiem w powietrze, wzdłuż ścieżki.
Kreskin startuje za zabawką z takim zapałem, jakby pierwszy raz przeżywał taką frajdę.
-?A mówiąc całkiem poważnie, mam już plany -?oznajmia Florence. - Umówiłam się z moim dawnym promotorem. Zaprosił mnie do Restauracji Gondolen.
-?Ha! Gdy nie ma kota, myszy harcują! -?wykrzykuje David. -? To znaczy... yyy... Chodziło mi o to, że... Niech to szlag. Źle się wyraziłem.
-?On ma siedemdziesiąt lat -?odpowiada Florence, opuszczając pięść, którą przed momentem lekko zdzieliła Davida w pierś.
David wzdycha. Potrafi poznać, kiedy przegrał. Ale chwyta rękę Florence i przyciska ją z powrotem do swojej klatki piersiowej. Płatek śniegu wylądował na jej rzęsach. Serce Davida bije mocno, jakby próbowało wyskoczyć i spocząć na dłoni Florence. Chciałby jej wyjaśnić, że dni spędzane bez niej są najnudniejszym czasem w jego życiu. Ale nic nie mówi.
Wydarzenia z minionej jesieni zbliżyły ich do siebie. Zawdzięcza to wszystkiemu, co David wtedy odkrył, począwszy od faktu, że jest jednym z trojga braci -?w dodatku trojaczków -?aż do tragicznej śmierci Johana Arvidssona i Klausa Nordströma. Johan był jego terapeutą i pomagał Davidowi radzić sobie z przypadłością polegającą na tym, że nie pamiętał pierwszych dwunastu lat swojego życia. Klaus Nordström był komendantem sztokholmskiej policji i członkiem tajnego klubu zwanego Towarzystwem. To właśnie ono zleciło Johanowi opiekę nad Davidem oraz zadbanie o to, by nigdy sobie nie przypomniał wydarzeń z dzieciństwa w Sm?landii. I jesienią David i Florence musieli się zmierzyć z zagrożeniem ze strony członków tej organizacji.
Czyż można przejść razem taką próbę ognia i się do siebie nie zbliżyć? Pierwszy lepszy psycholog po weekendowym kursie doszedłby do wniosku, że właśnie dlatego David jest przekonany, że kocha Florence. Ale prawda jest taka, że zapałał do niej uczuciem na długo przed wydarzeniami z jesieni. I po prostu potrzebował trochę czasu, by to zrozumieć.
Ale mimo to nic nie mówi. Florence już kilka razy nazwała go "straszną przylepą". David nigdy wcześniej o tym nie myślał, ale zapewne fakt, że dorastał w towarzystwie dwóch braci bliźniaków, wytworzyła w nim potrzebę bycia blisko drugiej osoby. I pewnie z tej samej przyczyny - paradoksalnie -?podświadomie sabotował wszystkie swoje dotychczasowe związki. Sprawiał, że jego partnerki zaczynały tracić oddech. Tłamsił je i przyśpieszał proces zbliżania się do siebie. Ale tym razem nie chce popełnić tego błędu.
Kreskin wraca z piłką. Podbiega do Davida i kładzie się na boku w śniegu, jakby doznał nagłego paraliżu. Ale za moment przewraca się na grzbiet, z łapkami w powietrzu i piłką w zębach. David wie, o co mu chodzi.
-?Kto jest dooobrym pieskiem? -?mówi i schyla się nad zwierzakiem, żeby podrapać go po brzuchu. -?Pokazałeś piłce, kto tu rządzi? Pokazałeś?
Kreskin mruczy z zachwytu.
-?Masz jakieś wieści od Samira? -?Ku rozczarowaniu buldoga David się prostuje i przenosi wzrok na Florence. -?Policja coś ustaliła?
Media długo rozpisywały się o podwójnym zabójstwie Arvidssona i Nordströma. A w pierwszych dniach prześcigały się w wymyślaniu teorii na temat zaangażowania komendanta w tę tajemniczą sprawę. Policja konsekwentnie odmawiała komentarzy, więc po jakimś czasie zainteresowanie dziennikarzy osłabło. Ale David i Florence wiedzą, że śledczy mogą natrafić na trop prowadzący prosto do Davida i jego matki. I dzięki Samirowi -?ich uszom i oczom w komendzie -?są na bieżąco z ustaleniami w śledztwie.
Kreskin najwyraźniej znudził się czekaniem, bo wstaje i kładzie piłkę u stóp Florence. Ta ją podnosi i rzuca w kępę drzew przy ścieżce. Psiak przez krótką chwilę młóci śnieg łapkami, po czym wreszcie startuje z miejsca, nabiera prędkości, z głuchym pacnięciem przebija niską zaspę i wpada w zarośla.
-?Wciąż szukają powiązań między Klausem a Johanem -?odpowiada Florence. -?Są przekonani, że pozabijali się nawzajem.
To w połowie prawda, bo Johan zabił Klausa. A odciski palców Klausa znalazły się na rękojeści noża, którym pozbawiono życia Johana. Śledczy nie mają jednak pojęcia, że Johana zamordował Sandro, nie są świadomi również tego, że Sandro polował na Davida.
-?Sandro wykonał niezłą robotę, znikając po wszystkim bez najmniejszego śladu -?dodaje Florence. -?Poza tym policja nie wie, że ty i ja tam byliśmy i wszystko widzieliśmy.
Niestety nie mogą być pewni, że tak pozostanie. Wystarczy, że któryś ze śledczych albo co bardziej zagorzałych reporterów ruszy głową i powiąże Davida z tymi tragicznymi wydarzeniami. Bo to właśnie on jest wspólnym mianownikiem łączącym Johana i Klausa.
Spośród drzew dobiega szczekanie Kreskina.
-?Może już czas, żebyśmy się odezwali do Urbana? -?proponuje David. - Wiem, że musimy być ostrożni, ale żaden trop nie wskazuje na niego, a ja chciałbym go o coś zapytać i bardzo mi zależy na uzyskaniu odpowiedzi.
-?Zniknął jeden z twoich braci -?odpowiada Florence. -?Naprawdę uważasz, że Urban wie, co się z nim stało?
David dorastał z dwoma braćmi. Kiedy jeden z nich zmarł, David i drugi brat próbowali uciec z domu. David uderzył się w głowę i stracił przytomność oraz pamięć, ale bratu się udało. I od tamtego dnia minęły dwadzieścia trzy lata.
Urban Jacobsson to nie tylko największy w kraju producent śrubek i właściciel nieruchomości, ale w dodatku jedyna osoba -?znana Davidowi i Florence -?która w swoim czasie należała do Towarzystwa. I w odróżnieniu od Klausa jesienią próbował im pomóc. Bez Urbana David do dziś błądziłby w ciemności. Albo byłby martwy.
-?Pomyślałam o tym samym -?dodaje Florence i ponownie wyjmuje telefon. - Może rzeczywiście już pora się do niego odezwać.
-?Na pewno się ucieszy... -?komentuje David z krzywym uśmieszkiem.
Podczas gdy Florence szuka w kontaktach nazwiska Urbana, David wchodzi do zagajnika. Gdzie, u diabła, podziewa się ten pies? W końcu dostrzega Kreskina. Buldog ma całą mordkę w śniegu i właśnie zakopuje coś z zapałem w świeżo wygrzebanym dołku. Spod warstewki ziemi wystaje coś łudząco podobnego do czerwonej piłki.
-?Kreskin, gdzie masz piłkę? -?pyta go David.
Psiak odwraca głowę w jego stronę, stawia uszy i ziaje, podczas gdy jego tylne łapki zakopują skarb.
-?Zgubiła się? -?zagaduje go dalej David. -?Co za szkoda! Musimy wracać do domu.
Kreskin wydaje triumfalne szczeknięcie i przebiega obok swojego pana. Wraca na ścieżkę, nie oglądając się w tył. David kręci głową.
Podchodzi do Florence, gdy ta właśnie kończy rozmowę.
-?Miałeś rację, mój telefon nie sprawił mu przyjemności -?stwierdza Florence. -?Ale zgodził się z nami spotkać dziś po południu.
David odpowiada jej kiwnięciem głowy.
-?Ale nie rób sobie zbyt wielkich nadziei -?dodaje Florence na widok jego miny. -?Twój brat zniknął dawno temu. Moim zdaniem szanse na to, że wciąż żyje i że Urban wie, gdzie go znaleźć, są bardzo niewielkie.
-?Wiem -?przyznaje David i ponownie przytakuje.
Mimo to nie porzuca nadziei. Przez całe świadome życie czuł się niekompletny. Jakby gdzieś po drodze zgubił kawałek siebie. I gdyby się jednak okazało, że jego brat żyje i w dodatku Urban wie, gdzie jest... poczułby się tak, jakby odnalazł tę brakującą część.
Przystaje, obejmuje Florence i mocno ją przytula. Wciąga do płuc jej zapach. Florence pachnie zimowym słońcem, letnimi kąpielami, przygodą i obietnicą. David znów karci się w myślach za swoje szablonowe myślenie. Jej ciepło przenika jego ubranie i dociera do jego ciała. Florence nie próbuje się wyswobodzić.
-?Kiedy wrócimy, będziesz moja -?szepcze, wtulony ustami w jej włosy. - Zdążymy przed spotkaniem z twoją siostrą.
-?Nie sądziłam, że po wczorajszym tak szybko odzyskasz siły -?odpowiada Florence, przywierając do niego jeszcze mocniej.
Jego ciało reaguje natychmiast. Florence unosi kącik ust, najwyraźniej zadowolona z efektu, jaki na nim wywarła.
-?Lepiej dotrzymaj obietnicy -?szepcze mu do ucha. -?Bo jeśli nie dotrzymasz, przez cały tydzień zmywasz gary.
Hanna spogląda na pierniczki przez szybkę piekarnika.
-?Niech to jasny szlag! -?wykrzykuje i otwiera drzwiczki.
Ciasteczka są czarne jak węgielki. Dosłownie przed chwilą wyglądały na wciąż nieupieczone, więc zostawiła je jeszcze na moment, ale ledwie zdążyła się odwrócić, a już się spaliły.
-?Co się dzieje? -?pyta Bernard, zaglądając do kuchni.
Odkasłuje, gdy swąd spalenizny dociera do jego nozdrzy. Hanna czuje, że zaraz się rozpłacze. Próbuje powstrzymać łzy. To nienormalne, ryczeć z powodu spalonych ciastek. Ale kuracja hormonalna wytrąciła ją z równowagi. Hanna wie, że to jedyny powód jej zmiennych nastrojów, jednak ta wiedza w niczym jej nie pomaga. Świat sprzysiągł się przeciwko niej, a ona czuje się jak stara baba. W dodatku tak beznadziejna, że nie potrafi nawet upiec durnych pierniczków.
-?Spokojnie, no już... Przecież to nic takiego -?uspokaja ją Bernard.
Wyjmuje blachę z pieca i kładzie ją na podstawce. Potem przytula Hannę.
-?To tylko kilka ciastek -?mówi.
-?Myślisz, że o tym nie wiem? -?Hanna pociąga nosem. -?Założę się, że twoje idealne siostrunie nigdy nie spaliły pierniczków. Zwłaszcza Florence...
-?Możliwe, że masz rację. Ale w przypadku Florence tylko dlatego, że nigdy w życiu nie posunęła się do tego, żeby spróbować je upiec.
-?Ale gdyby się posunęła, na pewno wyszłyby jej świetne! Ona i David będą mieli śliczne dzieci...
Bernard odsuwa żonę na odległość wyciągniętych rąk i zagląda jej w oczy.
-?Nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość -?mówi.
-?Wiesz, o co mi chodzi -?mamrocze Hanna, spuszczając wzrok.
To z jej winy nie mogą się doczekać dziecka. Nieważne, co mówi o tym Bernard. Zaczęło się, kiedy była nastolatką. Podczas miesiączki strasznie bolał ją brzuch. To właściwie nie był ból, tylko uczucie, jakby ktoś kroił jej ciało nożem. Miesiąc w miesiąc. W końcu lekarze postawili diagnozę: endometrioza. Hanna była wtedy za młoda, żeby zrozumieć wszystkie szczegóły, ale dotarło do niej tyle, że będzie cierpiała ból do końca życia i zapewne nie zajdzie w ciążę drogą naturalną.
W dodatku jedyny lek przynoszący ulgę w cierpieniu obniżał poziom estrogenu, przez co przestała mieć owulację. Owszem, złagodziło to ból, ale mogła zapomnieć o założeniu rodziny. Nie wspominając o ochocie na seks. W zamian przyszło jej się pogodzić z dodatkowymi piętnastoma kilogramami na wadze i kiepską cerą. Lata między piętnastymi a dwudziestymi piątymi urodzinami nie były najlepszym okresem w jej życiu.
Ale potem poznała Bernarda i pierwszy raz ujrzała światełko w tunelu. Barnard zaproponował, żeby spróbowali metody in vitro. Ale Hannie nie wychodziło nawet to. I właśnie zaczęli piątą próbę. Być może ostatnią. Bernard nie porusza tego tematu, ale już raz wspomniał o adopcji. Hanna byłaby na jego miejscu strasznie rozczarowana, więc jest pewna, że właśnie tak czuje się jej mąż. Mimo że on mówi coś innego.
Jej rodzice, Sören i Anita, też ucieszyliby się z wnuków. Wprawdzie mają już Adama, bratanka Hanny, i twierdzą, że są tym usatysfakcjonowani, ale Hanna wie, jaka jest prawda.
Zwłaszcza że siostry jej męża mnożą się na potęgę. Pomijając Florence, która jest na tyle bezczelna, że nawet nie próbuje. Ale na pewno, jak większość kobiet, uważa macierzyństwo za oczywistość. Ma wybór. I jeśli tylko zapragnie mieć dziecko, na pewno zajdzie w ciążę bez zdejmowania ubrań.
Hanna zerka w lustro i zamiera na swój widok. Kimkolwiek jest osoba patrząca na nią z drugiej strony, nie życzy sobie nią być. Pieprzone hormony. Wie, że nie ma powodu złościć się na Florence. Ale dobrze jest troszkę sobie ulżyć.
-?Muszę jeszcze chwilkę popracować nad artykułem o tacie -?mówi, osuszając łzy skrawkiem papieru do pieczenia. -?Znalazłam jeszcze parę osób, z którymi warto przeprowadzić wywiad. Mam nadzieję, że powiedzą mi więcej, niż zdołałam ustalić do tej pory. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że tak trudno będzie skłonić ludzi do mówienia o nim. Przypomnisz mi, o której mamy być u twojej siostry?
-?Philomene prosiła, żebyśmy wpadli koło siódmej -?odpowiada Bernard. Zerka na zegarek. -?Przypominam przy okazji, że idziemy do mojej siostry i twojego brata. Na wypadek gdybyś zapomniała, że są małżeństwem.
-?Świetnie. Zdążę upiec nową porcję pierniczków.
Florence nie zdążyła nawet otworzyć drzwi w windzie, bo Marco, kierowca i "człowiek od wszystkiego" Urbana Jacobssona, robi to za nią. Uśmiecha się przy tym od ucha do ucha.
-?Florence! -?wykrzykuje. Ujmuje jej twarz obiema dłońmi i cmoka ją w policzki. -?Me allegro de verte!
Jego bujne wąsy łaskoczą ją w brodę.
-?Ja też się cieszę, że cię widzę, Marco -?odpowiada.
-?Urban czeka na was w salonie. -?Prowadzi ich korytarzem do mieszkania. -?Niestety se?ora Kickan właśnie wyszła.
Drzwi do "skromnego" apartamentu Jacobssona w kamienicy przy Narvavägen są otwarte na oścież. Niewykluczone, że cena najmu tego lokum byłaby najwyższa w całym mieście, gdyby nie fakt, że Urban jest właścicielem całego budynku.
Hol wyłożony marmurem wydaje się Florence większy, niż zapamiętała. Ma wrażenie, że zmieściłoby się w nim jej całe mieszkanie. Przypomina sobie, co Marco właśnie powiedział o Kickan, i zerka na Davida. On chyba myśli o tym samym. Byłoby lepiej, gdyby żona Jacobssona wzięła udział w tej rozmowie. Władza, jaką sprawuje nad mężem, pomogła im już nie raz.
Marco odchrząkuje i podaje im dwie pary foliowych ochraniaczy na buty.
-?La se?ora kazała położyć białą wykładzinę w salonie -? wyjaśnia.
"No jasne" -?myśli Florence. "Biała wykładzina. W środku zimy". Zakłada worki z gumką na obuwie. David robi to samo. Potem wchodzą schodami na piętro. Echo roznosi szelest ochraniaczy na parkiecie, ale gdy wkraczają do salonu, wszystkie dźwięki cichną. Wykładzina wygląda jak kołdra puszystego śniegu.
Florence spodziewała się, że gigantyczny telewizor na ścianie będzie włączony i zobaczy fragment któregoś z ulubionych programów Jacobssona. Ten rekin biznesu ma bowiem słabość do reality show dla gospodyń domowych w dowolnym amerykańskim mieście. Ale ekran jest czarny, a Urban czeka na nich na środku salonu. To zły znak.
-?Florence! Davidzie! -?wypowiada ich imiona i wita się z nimi kiwnięciami głowy. -?Domyślam się, Florence, że poprosiłaś o spotkanie, żebyśmy mogli formalnie zakończyć współpracę? Zatrudniłem cię do reprezentowania Davida, a to już niepotrzebne. Mam podpisać jakiś papier?
-?Yyy... Oczywiście, przygotuję rozliczenie -?odpowiada Florence. -?Nie trzeba nic podpisywać, jutro prześlę ci mailem fakturę. Ale nie w tej sprawie dzwoniłam. Mamy do ciebie jeszcze jedno pytanie.
Urban demonstracyjnie wzdycha i siada w fotelu. Zakłada nogę na nogę i łączy dłonie w piramidkę. "Okej" -?myśli Florence. "Znowu gramy w tę grę. Niech ci będzie". Ona też jest w tym dobra.
-?Wy dwoje zawsze wymyślacie coś nowego -?komentuje Jacobsson.
Popełnił błąd, siadając. Florence robi dwa kroki w jego stronę i teraz, chcąc z nią rozmawiać, Urban musi patrzeć w górę.
-?Brat Davida -?zaczyna prawniczka. -?Ten, któremu udało się uciec.
Jacobsson ma niewzruszoną minę.
-?Rozumiem, dlaczego o nim wcześniej nie wspomniałeś -?włącza się David. -?Do któregoś momentu wciąż była szansa na to, że nic sobie nie przypomnę. Ale teraz już wiem, że ktoś mu wtedy pomógł. Że całą tę naszą ucieczkę zorganizował ktoś z Towarzystwa. I nawet jeśli ciebie tam nie było, musiałeś coś wiedzieć. To wszystko, o co proszę. Powiedz mi, jak mogę odnaleźć brata.
Florence wie, że David bardzo się stara nie budzić w sobie wielkich nadziei. Jego brat mógł przecież utonąć w jeziorze tamtej pamiętnej nocy. Mimo to słyszy w jego głosie nutkę desperacji. Bo jego brat równie dobrze może być pilotem samolotów pasażerskich, wykładać na uniwersytecie, pracować jako przewodnik górski w Andach albo zawodowo grać w pokera. A może jest bezdomny? Wszystko jest możliwe.
Urban kręci głową.
-?Nie powinieneś tu przychodzić -?mówi do Davida. -?Gdyby Towarzystwo się dowiedziało, że tu jesteś... -?Milknie w połowie zdania.
Zapada cisza naznaczona niewypowiedzianą groźbą.
-?Ale się nie dowie -?odpowiada Florence. -?Bo nikomu nie powiesz o naszej wizycie, prawda?
Urban rozgląda się po pokoju. Zawiesza wzrok za plecami Davida i Florence i robi taką minę, jakby się nad czymś zastanawiał.
-?Chyba nie sądzicie, że już po wszystkim? -?odzywa się po chwili.
Florence zerka na Davida. Jacobsson nigdy wcześniej nie był skłonny do takich wyznań.
-?Nie słyszeliśmy o Towarzystwie, odkąd napuściło na nas Sandra i Esbena -?odpowiada Florence. -?Wygląda na to, że się wycofali, kiedy wkroczyła policja.
Jacobsson kręci głową.
-?To nie Towarzystwo zatrudniło Sandra -?wyjaśnia. -?On to zrobił. I szczerze wątpię, żeby się wycofał. Pewnie tylko czeka na odpowiednią okazję. Ale co ja tam wiem? Już od dawna nie zwierza nam się ze swoich planów.
-?O kim ty mówisz? -?pyta David.
-?Sądzę, że wiesz. W swoim czasie spotykałeś go częściej niż nas.
David chwyta Florence za przedramię, a ona zagląda mu w oczy. I przez sekundę widzi w nich przerażonego dziesięciolatka.
-?Ale nie po to tutaj przyszliście -?kontynuuje Urban, choć przemawia tonem niedopuszczającym żadnych pytań. -?W kwestii twojego brata wiecie właściwie wszystko. To było dawno temu. Muszę się pofatygować do mojej skrytki bankowej i zajrzeć do starych papierów. Spotkajmy się ponownie pod koniec tygodnia. Dam wam wszystkie materiały, jakie posiadam. W zamian za obietnicę, że później zostawicie mnie w spokoju. Nie chcę mieć z tym więcej do czynienia. -?Robi pauzę, ale po chwili znów się odzywa, tym razem o wiele przyjaźniejszym tonem: -?Nic chcę cię rozczarowywać, Davidzie, ale od długiego czasu nie mam żadnych wieści.
-?Ale on żyje? -?rzuca David.
W jego oczach płonie tak wielkie podekscytowanie, że Florence boi się eksplozji.
-?Nie mam pojęcia -?odpowiada Urban. -?Ale mam nadzieję, że tak. Po tym, ile dla niego przeszliśmy...
-?My? -?pyta David z naciskiem. -?Czyli kto?
-?To... Nie mogę tego zdradzić -?stwierdza Jacobsson i odchrząkuje. -?Nie gadaj za dużo na ten temat.
Urban milknie i marszczy czoło. Florence daje Davidowi dyskretny znak dłonią, by odpuścił. Nie chce, by Jacobsson poczuł się postawiony pod ścianą i wycofał się ze złożonej przed chwilą obietnicy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy nie ma przy nim Kickan, która jako jedyna jest w stanie wepchnąć go na właściwy tor.
-?Bardzo dziękujemy -?mówi z szerokim uśmiechem. -?Prześlę mailem dokumenty dotyczące naszej współpracy i będę czekać na wiadomość w sprawie tych papierów. Obiecuję, że potem nie będziesz musiał nas więcej oglądać.
Wysiliła się na rzeczowy, profesjonalny ton, żeby rozegnać emocje obudzone wcześniejszą rozmową. Bo pod ich wpływem Urban mógłby się wycofać.
-?Przekaż, proszę, nasze serdeczne pozdrowienia swojej wspaniałej żonie -?dodaje. -?I Paulinie.
Wszyscy troje żegnają się uściskami dłoni, po czym Florence i David wracają do holu. Marco czeka tam na nich, by odebrać ochraniacze na obuwie. Florence świadomie zakończyła spotkanie wspomnieniem Pauliny - dorosłej córki Jacobssona, z którą odzyskał kontakt dzięki Davidowi i Florence. Nie może tego powiedzieć wprost, ale Urban jest im winien przysługę.
Napoleon stoi na pomoście i patrzy na zamarzniętą zatokę. Już prawie noc. Choć to nie ma znaczenia, bo słońce i tak zaszło już około trzeciej po południu. Chłody przyszły w tym roku wcześniej niż zwykle i trawnik za plecami Napoleona wygląda jak gładka biała kołdra. Jedyne ślady, jakie na niej widać, to odciski jego butów prowadzące nad brzeg. Lubi tu przychodzić wieczorami. Uważa, że pomosty mają w sobie coś wyjątkowego. Kuszą iluzją stałego lądu, ale w rzeczywistości są tylko kruchymi językami wystawionymi w chaos i mrok. I stojąc na pomoście, stoi się nad otchłanią.
Napoleon kręci głową. Nie ma czasu na filozofowanie, nieważne, czy Nietzsche miał rację, czy nie. Spogląda na telefon w swojej dłoni. Już najwyższa pora na następny krok, bo policja zdążyła trochę ochłonąć. Potem nagle sobie uzmysławia, że skoro Sandro nie żyje, już nikt nie nazywa go "Napoleonem". Bo to Sandro wymyślił to przezwisko. Mimo to podoba mu się taka ksywka, chociaż cesarz Napoleon Bonaparte, jak na jego gust, za bardzo rzucał się w oczy. Ale było w nim zarazem coś, co sprawia, że Napoleon postanawia zostać przy tym pseudonimie. To praktyczne mieć drugie imię dla tej części siebie, która musi czasem... wziąć sprawy w swoje ręce. Istnieje więc on oraz Napoleon. Nie oznacza to, że doznał nagłego rozszczepienia jaźni. Nie, bynajmniej nie oszalał. Po prostu dzięki temu w jego sprawach będzie panował większy porządek.
Początkowy plan nie zakładał wyeliminowania Davida Lunda, tylko porządne nastraszenie go. Ale, jak to bywa z planami, po drodze uległ on pewnej modyfikacji. David Lund okazał się o wiele bardziej uparty, niż Napoleon przewidywał, więc ostatecznie musi zniknąć. To jedyne rozwiązanie. I w zależności od tego, jak sprawy się ułożą -?a to, co wydarzyło się do tej pory, przekroczyło jego najśmielsze wyobrażenia -?może się okazać, że ta część planu zostanie zrealizowana bez większej zwłoki. Na szczęście w Towarzystwie wciąż są osoby, które zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. I które zapłaciłyby zbyt wysoką cenę, gdyby David zaczął mówić.
Napoleon odblokowuje telefon, wybiera numer i wciska zieloną słuchawkę. I gdy tylko słyszy głos po drugiej stronie, zaczyna wyjaśniać, co ma być zrobione. Nie trwa to długo, bo osoba, z którą rozmawia, jest bystra i nie trzeba jej niczego powtarzać. Nie to, co ta rozhisteryzowana, ciastowata oferma Urban Jacobsson.
Wiatr hula po Baggensfjärden, zdmuchując z zatoki śnieg. Napoleon obejmuje się rękami, bo przenika go chłód. Zaczął wdrażać nowy plan już kilka tygodni temu i do tej pory wszystko układa się po jego myśli.
Szukając w aparacie kolejnego numeru, rusza z powrotem do domu. Chwilę później dzwoni do Urbana.
Ciastowate ofermy mają jedną zaletę -?da się je formować wedle własnej woli.
Florence wysiada z taksówki prosto w zaspę. Wreszcie dotarli do Philomene i Michaela. Spóźnieni, bo David aż nadto wywiązał się ze złożonej jej wcześniej obietnicy. Florence boi się nawet spojrzeć na zegarek. W dodatku w jednym bucie ma teraz mnóstwo śniegu.
Przeklinając pod nosem, wyciąga stopę ze skórzanego trzewika. Natychmiast wpada do niego jeszcze więcej białego puchu. David wysiada po drugiej stronie, z Kreskinem na rękach. Uśmiecha się łobuzersko na widok Florence balansującej na jednej nodze, z butem w dłoni, próbującej wytrzepać z niego śnieg.
-?Jedno słowo i nie żyjesz -?warczy Florence.
David przesuwa po ustach palcem wskazującym zetkniętym z kciukiem, jakby zapinał zamek błyskawiczny. Zaraz potem udaje, że wyrzuca kluczyk. Ale wciąż się uśmiecha. Tak bezczelnie, że Florence chętnie wymierzyłaby mu policzek. Ale David jest na to zbyt przystojny. Zwłaszcza kiedy ma taką zadowoloną minę. W odróżnieniu od niego wcale nie jest taka pewna, czy czeka ich wspólna przyszłość, niemniej jednak podoba jej się to, co łączy ich obecnie. Ale jej były mąż nauczył ją jednego -?że własne uczucia mogą być złudne. David zdążył już nawet zaproponować, by razem zamieszkali, na co Florence zareagowała atakiem paniki. Jej zdaniem dobrze jest tak, jak jest. Przynajmniej zanadto się nie zranią, kiedy przyjdzie im ze sobą zerwać.
Ulica, na której zostawiła ich taksówka, jest słabo oświetlona. Ciemność rozprasza tylko kilka ustawionych z rzadka latarni. Za to mieszkańcy niewielkich drewnianych domów dali z siebie wszystko, by to nadrobić, dekorując ogródki lampkami i stawiając gwiazdy bożonarodzeniowe we wszystkich oknach.
-?Czy ci ludzie powariowali? -?mamrocze Florence, wciąż podskakując z butem w ręce. -?Założę się, że udekorowali ogrody na święta już we wrześniu i pewnie nie śpią po nocach z obawy, że sąsiad powiesi w tym roku więcej girland ledowych i postawi więcej świecących reniferów.
-?A mnie się podoba -?oznajmia David. -?Dzięki temu robi się przytulnie. No i przypomniałem sobie, że sam mam na tym polu zaległości. A ty? Udekorowałaś już okna?
-?Grayson zabiera swoje rzeczy dopiero w przyszłym tygodniu -?odpowiada Florence, wciągając trzewik. -?Nie kiwnę palcem, dopóki jego graty nie znikną z mojego mieszkania.
Ma mokro w palcach. Kreskin próbuje się wyrwać z objęć Davida i o mało mu się to udaje.
-?Zaraz cię puszczę -?mówi do niego David. -?Nie chcę tylko, żebyś zmienił się w bałwana. Dokąd idziemy? -?zwraca się do Florence.
Ta pokazuje skinieniem głowy na dom po ich prawej stronie. W odróżnieniu od pozostałych ani na nim, ani w ogródku nie ma kolorowych lampek i dmuchanych mikołajów. I tak się tym odróżnia, że ów brak ozdób świątecznych wydaje się coś manifestować. Lecz prawda jest taka, że Philomene jest zainteresowana dekoracjami bożonarodzeniowymi w takim samym stopniu, jak Florence. Kiedy Phil i Michael doczekali się dziecka, podjęli próbę uczynienia domu nieco bardziej przytulnym, kierowani tą samą ambicją, która napędza wszystkich świeżo upieczonych rodziców. Ale gdy ich syn Adam zaczął mówić i już jako dwulatek oznajmił, że świąteczne ozdoby są "niepraktyczne", dali sobie spokój. Florence jest pewna, że zrobili to z poczuciem ulgi.
Wprawdzie kiedy była tu ostatni raz, dom był udekorowany od podłóg po sufity, bo Adam obchodził właśnie dziesiąte urodziny i Phil postanowiła się postarać. Ale najwyraźniej wszystko wróciło już do normy, co Florence odnotowuje z uznaniem.
-?Okeeej... -?wysapuje David, jakby nagle zaczął się stresować. -?Mówisz, że zaraz spotkam twoje siostry... Léontine i Philomene. No właśnie. Tak. Będą tam. No i twój brat. Bernard. On też będzie. Kto jeszcze?
Przemierzają niewielki ogródek przed domem i kierują się do drzwi. Śnieg skrzypi pod nogami, a wokół jest tak bajkowo, że David czuje się jak na pocztówce.
-?Hanna, żona Bernarda -?odpowiada Florence. -?Jest siostrą Michaela, męża Philomene. Wiem, że to trochę dziwny układ, ale tak się porobiło w mojej rodzinie. Na pewno będą też rodzice Hanny, Anita i Sören. No i dwoje nastoletnich dzieci Léontine, ale one zaszyją się w jakimś ciemnym miejscu.
David spogląda na Florence szeroko otwartymi oczami.
-?Jesteś pewna, że o nikim nie zapomniałaś? -?pyta sarkastycznym tonem.
-?Jestem. To znaczy... oczywiście będą też mama i tato. Czyli Anders i Svea. Właściwie na początku umawialiśmy się u nich w domu, ale wyszło inaczej.
-?Innymi słowy, będzie caaała twoja rodzina -?stwierdza David, z trudem przełykając ślinę. -?No dobrze. Świetnie. Nie ma się czym stresować.
-?Ech, masz przecież ochroniarza -?rzuca Florence, zerkając wymownie na Kreskina. -?A jeśli atmosfera zrobi się za gęsta, zawsze możesz uciec do pokoju Adama i pograć na Xboksie.
-?Już lubię tego chłopaka -?stwierdza David.
Florence wciska dzwonek.
Kilka sekund później otwiera im Phil, ubrana w zielony sweter upstrzony czerwonymi i białymi kuleczkami udającymi bombki choinkowe, ale jakimś cudem nie sprawia wrażenia, jakby było jej w nim niewygodnie.
-?Jesteście wreszcie! -?wykrzykuje, po czym odsuwa się na bok, by przepuścić gości w drzwiach. -?Witamy!
David bierze głęboki wdech.
Zostawiwszy okrycia w przedpokoju, przechodzą do salonu. Z ukrytych głośników sączą się świąteczne przeboje, a w powietrzu unosi się zapach grzanego wina, przez co nawet Florence udziela się atmosfera przyjęcia gwiazdkowego. Michael wychodzi z kuchni i wręcza im po kubku gorącego trunku.
-?Dobrze wam zrobi -?mówi i wyciąga rękę do Davida. -?Michael - przedstawia się. -?Jestem mężem Philomene i tatą Adama. W kuchni jest bufet, częstujcie się. Hanna napiekła pysznych pierniczków.
David ściska dłoń gospodarza, a potem wita się z pozostałymi członkami rodziny. Florence jest ciekawa, jak się przy tym czuje. Nigdy dotąd nie zastanawiała się nad tym, jak dużą ma rodzinę, ale w istocie -?kiedy zejdą się wszyscy, mały dom jej siostry wypełnia się po brzegi. David ma tylko mamę, z którą w dodatku nie utrzymuje kontaktu, więc spędzałby święta samotnie, nie licząc Kreskina.
Psiak dostaje miskę wody. Kiedy zaspokaja pragnienie, wpada do salonu i o mało nie podcina Bernarda. Biega jak szalony, nie dając się nikomu pogłaskać, ale gdy wraca do przedpokoju, nagle staje jak wryty, siada i wpatruje się w schody. Kilka stopni wyżej stoi Adam. Trzyma w dłoni żółtą piłeczkę z buźką Smiley. Ściska ją rytmicznymi ruchami. To piłeczka odstresowująca, którą dostał od Hanny. Florence rzadko widuje siostrzeńca bez niej.
Chłopiec i pies mierzą się przez chwilę wzrokiem. Potem Adam się schyla i podsuwa Kreskinowi pod nos najpierw rękę, potem piłkę. Florence jeszcze nigdy nie widziała buldoga siedzącego w takim skupieniu. A gdy Adam zaczyna go głaskać, mogłaby przysiąc, że psiak dosłownie się rozpływa.
-?Ten twój David ma dodatkowe punkty za futrzaka -?szepcze jej do ucha Phil. -?Jeśli go rzucisz, zadbaj o to, żeby zwierzak został z tobą.
-?Ja też życzę ci wszystkiego dobrego na nadchodzące święta -?odpowiada Florence.
Stukają się kubkami z grzanym winem.
W salonie siedzi również dwoje nastoletnich dzieci Léontine. Alvar i Naomi. Rodzeństwo zaszyło się w kącie, jak przepowiedziała Florence. Odkąd Alvar dorósł na tyle, by samodzielnie wybierać sobie ubrania, nosi wyłącznie czerń, ale jeśli Florence nie myli wzrok, dostrzega renifera na jego swetrze. A konkretnie szkielet zwierzęcia. Małolaty siedzą z nosami w telefonach i robią wszystko, by sprawiać wrażenie, iż nie biorą udziału w czymś tak beznadziejnym jak przyjęcie z okazji Dnia Świętej Łucji. W dodatku o jeden dzień za wcześnie. I w towarzystwie całej rodziny. Ale oboje pogryzają tradycyjne bułeczki szafranowe pieczone specjalnie na tę okazję. W śnieżnobiałych włosach Naomi, co do których Florence od dawna żywi poważne podejrzenie, że są peruką, ale boi się zapytać, tkwi maleńka, ale krwistoczerwona spinka.
Rodzice zdążyli już porwać Davida i opowiadają mu z ożywieniem o nowym domu we Francji.
-?To właściwie nie jest dom -?wtrąca Léontine. -?Tylko chatka. W dodatku grozi zawaleniem.
-?Ale jaka malownicza! -?protestuje tato. -?I stoi tak blisko winnicy, że wychodząc na dwór, można się potknąć o krzew winorośli!
-?W takim razie uważajcie, żeby się nie połamać -?dorzuca ze śmiechem Hanna.
David odwraca się w jej stronę.
-?Florence mi powiedziała, że jesteś dziennikarką -?mówi. -?Pracujesz nad jakimś artykułem?
Hanna posyła szwagierce karcące spojrzenie. Florence bierze duży łyk wina. Alkohol spływa jej ciepłą falą do żołądka. Podziwia zaangażowanie Davida. Poza tym technika skłaniająca innych do mówienia o sobie jest bardzo skuteczna. Nie może wiedzieć, że Hanna to trudny przypadek.
-?Tak, ale nie sądzę, żeby to tak naprawdę zaciekawiło kogoś oprócz mnie -?odpowiada Hanna ze zmarszczonym czołem. -?Pracuję nad portretem mojego biologicznego ojca. Dla sobotniego dodatku "Dagens Nyheter".
-?Biologicznego? -?powtarza David zaskoczonym tonem.
Zerka niepewnie na Florence.
Ta dostrzega zagubienie w jego spojrzeniu. "Cholera jasna" -?przeklina w myślach. Nie opowiedziała mu o tym. Ale nie spodziewała się, że ten temat wyjdzie już w jego pierwszej rozmowie ze szwagierką.
-?Sören i Anita adoptowali mnie po śmierci moich rodziców -?wyjaśnia Hanna. -?Byłam wtedy dzieckiem i niewiele pamiętam.
-?Oj, przepraszam. Nie wiedziałem -?tłumaczy się David.
Znów patrzy bezradnie na Florence, która sączy resztkę wina. Jest zła na siebie, bo Hanna i tak już za nią nie przepada, a teraz jeszcze to. Radosne dźwięki świątecznych przebojów nie rozpraszają krępującej ciszy. Na szczęście kilka sekund później robi to dobiegający z korytarza triumfalny okrzyk Michaela.
-?Adam i ja pracowaliśmy nad tym cudem całe przedpołudnie! -?oznajmia gospodarz, stając w progu salonu.
Ostrożnie wchodzi do środka i stawia na stole domek z piernika opatrzony przyczepionym do dachu szyldem "Hotel Dziadka i Adama".
-?Ale dziadka jeszcze nie ma! -?protestuje Adam, nie przerywając głaskania Kreskina.
Psiak leży na plecach i wystawia brzuch do drapania.
-?Och, kochanie... -?wtrąca Anita. -?Sören złapał okropne przeziębienie i musiał zostać w domu. Nie chciał cię zarazić. Dlatego przyszłam sama.
-?Okej, w takim razie nie możemy go zjeść! -?zarządza Adam. -?Domek jest dla dziadka.
Michael kładzie piernikowe arcydzieło na ławie przed kanapą. Nie zabrakło w nim szczegółów -?jest nawet Święty Mikołaj przymierzający się do wejścia do komina, szyld ma ramkę z galaretki malinowej, a pod ścianami budynku są kłębki waty udające śnieg.
-?Jasne, że zaczekamy, aż kierownik hotelu wyzdrowieje -?zapewnia Michael, otrzepując dłonie z okruszków. -?Może zadzwonisz do dziadka przez FaceTime i pokażesz mu nasze dzieło?
Adam przytakuje i wraca do głaskania Kreskina.
-?Wracając do tematu, ojciec Hanny był wielkim filantropem. -?Bernard obejmuje swoją żonę ramieniem. -?Wspierał wiele organizacji charytatywnych i wiele z nich przestałoby istnieć bez jego wsparcia. A przy tym zawsze trzymał się w cieniu. Najwyższy czas, żeby ludzie poznali jego zasługi, bo minęło już dwadzieścia lat.
-?Od czego? -?dopytuje ostrożnie David.
Przy stole zapada cisza. Anita zamarła w połowie gestu, z kubkiem grzanego wina w drodze do ust. Wszyscy patrzą na Hannę, a ona wpatruje się we własne kolana.
-?Od jego śmierci -?odpowiada po chwili. -?Od wypadku, w którym zginęła cała moja rodzina.
Annie żałuje, że zabrała łyżwy. Jak za każdym razem, kiedy wybierają się na wycieczkę. Siedzi na zwalonym pniu i bez entuzjazmu wiąże sznurowadła. Po chwili podnosi wzrok i patrzy na swoją rodzinę. Mąż Oskar siedzi obok niej w cienkiej puchowej kurtce i mruży oczy w jaskrawym słońcu. Uśmiecha się bardzo szeroko i Annie zaczyna się martwić, że pęknie mu twarz. Jej pomysł na udany dzień sprowadza się do deski serów i dobrego serialu na Netfliksie. I doprawdy nie wie, jak to się stało, że ma w rodzinie samych entuzjastów sportu.
W tym roku lód skuł Baggensfjärden wcześniej niż zwykle. A skoro tak, to przecież oczywiste, że trzeba jeździć po zatoce na łyżwach aż do zmierzchu. W dodatku dziś niedziela, więc co stoi na przeszkodzie, by zerwać się z łóżka zaraz po wschodzie słońca? Przynajmniej tak filozofuje jej mąż. Ich dwaj synowie też kochają aktywność na świeżym powietrzu, chociaż wciąż ledwie odróżniają czubki łyżew od pięt. Oskar założył je chłopcom, zanim zawiązał swoje, i patrząc na niego, Annie musi przyznać, że ten jego radosny uśmiech jest zaraźliwy.
Dziś przypada Dzień Świętej Łucji, więc chłopcy uparli się, by włożyć tradycyjne białe alby, do tego Annie musiała przykleić do ich kasków papierowe spiczaste czapeczki udekorowane gwiazdkami. Poszło jej całkiem nieźle, choć uważa, że efekt wygląda idiotycznie. Sama prysnęła sobie we włosy lakierem z brokatem i to musi wystarczyć.
-?Trzymajcie się blisko brzegu, dopóki do was nie dołączymy! -?woła do synów, po czym wraca do sznurowania łyżew i robi to jak najwolniej.
Owszem, pogoda dopisała. Drzewa są oprószone śniegiem, który skrzy się milionami kolorowych iskier. Dalej na zatoce widać innych łyżwiarzy w grubych szalikach i kolorowych czapkach. Wielu z nich, w tym dorosłych, ma na sobie białe alby. Niektórzy trzymają się za ręce i Annie mogłaby przysiąc, że wyczuwa w powietrzu zapach bułeczek szafranowych i gorącej czekolady. Panuje wręcz nieprzyzwoita sielanka.
-?Mamo! -?woła Egil. Starszy, dwunastoletni syn oddalił się od brzegu mimo zakazu rodziców. -?Najechałem na jakiś dziwny kamień!
-?Świetnie... -?wzdycha Oskar, który zdążył nieco spochmurnieć. -?Właśnie zaostrzyłem mu łyżwy...
Annie wstaje i rusza w stronę chłopca. Tymczasem młodszy syn, czteroletni Eskil, podnosi się z czworaków i za moment znów ląduje na pupie, bynajmniej nie ostatni raz tego dnia. Papierowa czapeczka odczepia się od jego kasku.
Kamień, na który najechał Egil, ma ten sam kolor, co otaczająca go pokrywa z lodu, i wydaje się idealnie okrągły. Wystaje na nie więcej niż dziesięć centymetrów i ma podobnej długości średnicę. Ale chłopiec ma rację. Jest w tym kamieniu coś niezwykłego. Powleka go dziwna powłoka, która przywodzi na myśl... skórę. W pierwszej chwili Annie wpada na pomysł, że to główka kapusty, bo warzywo robi się podobnie szkliste, gdy się je usmaży. Ale łyżwa Egila przecięła powłokę i obnażyła biały kamień ukryty pod spodem. Annie nie wie dlaczego, ale nagle robi jej się nieswojo.
-?Podjedź do swojego brata -?nakazuje chłopcu niepewnym głosem. -?Pomóż mu przyczepić czapeczkę do kasku.
-?A tato nie może tego zrobić? -?pyta Egil.
-?Jedź do niego. Już! -?powtarza Annie.
Chłopiec wzdycha i rusza w stronę zwalonego pnia, do braciszka i taty. Annie trąca czubkiem łyżwy dziwny kamień. Zdziera skrawek powłoczki i słyszy cichy zgrzyt. Znów robi jej się niedobrze. Jest coraz bardziej przekonana, że to, na co patrzy, bynajmniej nie jest kamieniem. Przeczesuje dłonią włosy spryskane brokatem i schodzi na klęczki, by się lepiej przyjrzeć znalezisku. Odgarnia rękawiczką warstwę zmrożonego śniegu i dostrzega, że w istocie to, co wzięła za kamień, jest czubkiem czegoś większego. Usuwa jeszcze trochę białego puchu i nagle wydaje krzyk przerażenia.
-?Co się dzieje, kochanie?! -?woła Oskar.
Annie kręci głową. Słyszy niepokój w głosie męża, lecz nie ma odwagi mu odpowiedzieć. Daje mu ręką znak, żeby nie podchodził. "Oddychaj" -?upomina się w myślach. "Spokojnie oddychaj".
Pomyliła się. Jasny kamień nie jest kamieniem. A powłoka na nim nie tylko przywodzi na myśl skórę. To jest skóra.
David patrzy, jak Pär znika w tłumie, slalomując między ludźmi w kierunku obleganego baru. Konferencja odbywa się w centrum koncertowym i konferencyjnym Louis De Geer w Norrköpingu. Przyjechało na nią prawie półtora tysiąca programistów z całej Szwecji. Firma Davida oddelegowała jego, Bjarnego i Pära. I teraz, po dziesięciu godzinach wykładów, uczestnicy marzą tylko o tym, by zwilżyć gardła i posłuchać najgorętszych branżowych plotek.
Po dramatycznych wydarzeniach w dawnym domu Davida i jego mamy, które rozegrały się dwa miesiące temu, był przekonany, że trudno mu będzie wrócić do pracy. Okazało się jednak, że właśnie ona okazała się najlepszą terapią. Bo kiedy David pisze kod, wszystko staje się czarno-białe. Coś albo działa, albo nie. Trzeba na bieżąco wyszukiwać błędy i wszystko widać gołym okiem. I nawet jeśli programowanie prowadzi czasem do nieoczekiwanego rezultatu, to i tak nic w porównaniu z chaosem, jaki panuje w jego głowie. David zaczął odzyskiwać wspomnienia z dzieciństwa. Choć większość z nich to tylko fragmenty. I wciąż nie potrafi rozstrzygnąć, którym z nich może zaufać, a którym nie. W dodatku dalej nie umie opisać swojej relacji z matką. Do niedawna zakładał, że cierpi ona na zaburzenia zdolności do odczuwania empatii i z tego powodu nigdy nie okazywała mu ciepłych uczuć. Ale tam, w ich dawnym domu, nieoczekiwanie ujawniła inną twarz. A potem znowu zniknęła.
Kiedy David programuje, w jego głowie nie ma miejsca na te wszystkie myśli. Bo jakkolwiek skomplikowany czy zaplątany byłby kod, i tak zawsze będzie tylko tym, czym jest. Florence żartowała sobie z tej konferencji, ale David naprawdę się cieszy, że tu przyjechał.
Nieoficjalna część przeniosła się do Pubu Bishops Arms -?szwedzkiego odpowiednika McDonalda, bo większość uczestników mieszka w Grand Hôtelu sąsiadującym z centrum konferencyjnym. Kiedy David wszedł do baru, od razu pomyślał, że rzadko wystrój jakiegoś miejsca -?w tym wypadku pseudobrytyjski, z wykończeniem z ciemnego drewna -?tak bardzo gryzie się z klientelą. Wszyscy tu mają na sobie podkoszulki z hasłami i żartami zrozumiałymi wyłącznie dla tych, którzy znają dany język programowania albo ubrali się w jasne pasiaste koszule z sieciówki MQ, a do tego włożyli obowiązkowe okulary w drucianych oprawkach. Wygląda na to, że owa klientela dzieli się również na dwa wyraźne podtypy -?ten, który, jak David, spędza sporo czasu na siłowni, oraz ten, który inwestuje czas w pielęgnowanie piwnego brzucha. I nawet gdyby większość tych ludzi nie miała na szyi smyczy z konferencyjnym identyfikatorem, każdy by się zorientował, że lokal został przejęty przez nerdów.
Dla Davida to sami swoi. I jest z tego dumny.
Zerka na zegarek, a potem rozprostowuje plecy. Kręgi protestują w reakcji na ten nieczuły ruch. Jezu, naprawdę już kwadrans po ósmej? Ostatnia prelekcja miała się skończyć o wpół do szóstej. Kto powiedział, że ludzie z branży IT to małomówni introwertycy nienawidzący występować na scenie?
-?No i co myślicie o Manuelu Riddersjö? -?pyta Pär, który właśnie wrócił z baru z trzema butelkami piwa i miseczką czegoś, co przy ogromnej dawce dobrej woli można by nazwać minikabanosami. Stawia piwo na stoliku przed Davidem i Bjarnem, po czym sięga do naczynia i wkłada sobie kiełbaskę do ust. Bjarne ma na sobie podkoszulek z logo zespołu Run DMC przerobionym na RUN CMD. David uśmiecha się i kręci głową.
-?Osiągnął niezły sukces, co nie? -?mówi dalej Pär. -?Wiedziałem, że zaczął jako bardzo młody chłopak, ale jego historia i tak zwala z nóg.
Manuel Riddersjö to prawdziwa legenda -?nie tylko wielki biznesmen, ale również wizjoner w branży IT. Był nastolatkiem, kiedy stworzył swoją pierwszą grę, a działo się to akurat w czasach, kiedy na rynek wchodziła grafika 3D, i podczas gdy jego konkurenci skupiali się na modelowaniu poligonalnym i tworzeniu trójwymiarowych światów, Manuel poszedł w przeciwną stronę. Nadał swojej grze nazwę Dom i opierała się ona przede wszystkim na przygodzie tekstowej. Innymi słowy, nikomu nieznany Szwed stworzył coś na podstawie przestarzałej technologii. To nie miało prawa się udać. Ale gra została przetłumaczona na wszystkie wielkie języki i sprzedała się w milionach egzemplarzy. A ponieważ Manuel stworzył Dom w pojedynkę, niemal z dnia na dzień został milionerem. I to wszystko przed dwudziestką. David mógłby się założyć, że wielu uczestników tegorocznej konferencji NextTech wybrało sobie ten zawód właśnie dzięki Manuelowi.
Podczas prelekcji Riddersjö wyjaśnił, że jego wizja związana z Domem sprowadzała się do tego, by móc "kontrolować dystrybucję pewnej narracji". Cokolwiek to miało znaczyć. I jak zwykle, Manuel miał na sobie rzucający się w oczy strój -?białą marynarkę ozdobioną setkami migoczących kryształków, naszytych tak, jakby wylano je z wiaderka na ramiona, a one ściekły na pierś.
Kiedy go słuchali, Pär pokazał w którejś chwili na łysego mężczyznę stojącego w półcieniu z boku sceny. Ubrany w ciemnoszary garnitur, czarny krawat i okulary przeciwsłoneczne, stanowił istne przeciwieństwo barwnego Manuela. Pär wyjaśnił kolegom, że to Pascal, mąż Riddersjö. Są parą, odkąd Manuel zaczął pisać swoją grę, ale tak naprawdę Pascal wciąż pozostaje jedną wielką zagadką.
-?Zgoda, zdolny z niego człowiek -?przyznaje Bjarne, sięgając po butelkę piwa. -?Ale nie jestem pewien, czy świat potrzebował czegoś takiego jak ShoutOut.
-?Gdyby nie on go stworzył, prędzej czy później zrobiłby to ktoś inny - odpowiada Pär i pakuje do ust następną kiełbaskę. -?On po prostu zawsze jest kilka kroków przed innymi.
ShoutOut był drugim dzieckiem Riddersjö. Świeżo upieczony milioner wykorzystał część pieniędzy na założenie forum internetowego. Miał wtedy dwadzieścia dwa lata.
Najważniejsza zasada forum sprowadzała się do tego, że ci, którzy z niego korzystają, ponoszą pełną odpowiedzialność za zamieszczane przez siebie treści. I tak to działało przez jakiś czas -?forum prędko zaroiło się od teorii spiskowych, plotek i hejtu. Później pojawił się Flashback, skopiował pomysł i ostatecznie to on zyskał większą popularność. Mimo to ShoutOut wciąż cieszy się dużym zainteresowaniem i w pewnym sensie panuje na nim większa swoboda wypowiedzi niż na Flashbacku.
-?Bo najgenialniejszym posunięciem Manuela nie było wcale samo forum -?ciągnie Pär -?tylko fakt, że komentowanie jest płatne, a samo czytanie już nie.
David też słuchał prelekcji Riddersjö, ale nie był aż tak zachwycony jak kolega.
-?Czyli wszyscy mogą patrzeć, jak ktoś cię atakuje, ale jeśli chcesz odpowiedzieć, musisz wyskoczyć z kasy -?podsumowuje. -?To demokracja w najcyniczniejszym wydaniu.
-?Myślałby kto, że taki z ciebie idealista! -?Pär się śmieje. -? Po prostu mu zazdrościsz, bo nie stać cię na takie drogie ciuchy.
Kiedy Manuel Riddersjö dorobił się wielkich pieniędzy, stworzył własne imperium medialne. Obecnie ograniczało się ono do współfinansowania dwóch komercyjnych stacji telewizyjnych oraz prowadzenia wydawnictwa publikującego kilka czasopism. Sam przyznał podczas wykładu, że słowo drukowane nie jest dziś najlepszą formą zarobku, ale nie można pozwolić, by co ambitniejsza kultura i polityka utonęły w komercyjnym wrzasku.
-?O wilku mowa... -?wtrąca Bjarne, pokazując skinieniem głowy na drzwi.
W progu stoi Manuel Riddersjö we własnej osobie. Wciąż ma na sobie tę samą krzykliwą marynarkę, a na twarzy ten sam uśmiech wyrażający pytanie: Gdzie się podziały kamery? Pascal stoi za nim, jak zwykle w cieniu. W lokalu zapada cisza. Wszystkie spojrzenia spoczywają na znanym przedsiębiorcy. Davidowi przemyka przez myśl, że wcale by się nie zdziwił, gdyby pianista w kącie też nagle przestał grać. Bo to tego typu wejście.
Manuel omiata wzrokiem tłum i ma przy tym taką minę, jakby nie zauważył wrażenia, jakie robi na zebranych. Kiedy dociera spojrzeniem do stolika Davida, ten mógłby przysiąc, że Riddersjö leciutko drgnął i zatrzymał na nim wzrok odrobinę dłużej. Ale wcale go to nie dziwi, bo podczas prelekcji zadał Manuelowi pytanie, czy zdecydował się na wejście do biznesu medialnego po to, by móc "kontrolować dystrybucję pewnej narracji". Riddersjö udzielił mu wyuczonej odpowiedzi.
Moment przemija. Manuel toczy wzrokiem dalej, a jego twarz przez cały czas wyraża tę samą pewność siebie. I za chwilę, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tłum w barze wraca do przerwanych rozmów.
-?Nie patrzcie w tamtą stronę, ale on idzie prosto do nas -?mamrocze Bjarne.
Pascal przesuwa dłonią po łysej głowie i rusza do baru, ale Manuel rzeczywiście kieruje się do ich stolika.
-?Cześć! -?rzuca, wyciągając rękę do Davida.
Pär krztusi się kiełbaską.
-?Dzięki za pytanie, które zadałeś podczas mojego wystąpienia -?mówi Riddersjö, prezentując garnitur śnieżnobiałych zębów. -?Nie każdy ma odwagę o to pytać. Ale cieszę się, że to zrobiłeś, bo miałem szansę się do tego ustosunkować.
-?Przepraszam, jeśli moje pytanie zabrzmiało jak próba postawienia cię pod ścianą -?odpowiada David. -?Ale nasunęło mi się jako coś oczywistego.
Pär ma taką minę, jakby miał ochotę zapaść się pod ziemię.
-?No właśnie! -?wykrzykuje Manuel i uśmiecha się jeszcze szerzej. -?Masz na imię David, dobrze zapamiętałem?
David zerka w dół na swój identyfikator. Riddersjö przymruża powieki, jakby czekał na reakcję. Podszedł do nich nie więcej niż dwadzieścia sekund temu i wypowiedział same miłe słowa pod adresem Davida, lecz mimo to David nie może oprzeć się wrażeniu, że ten młody rekin biznesu próbuje go wybadać. Manuel milczy jeszcze przez kilka sekund, po czym wyjmuje z kieszeni wizytówkę i podaje ją Davidowi. Zerka w stronę baru, ale Pascal dla odmiany stoi zwrócony plecami do niego.
-?Dzwoń do mnie śmiało, jeśli będziesz miał jakąś sprawę -?rzuca półgłosem do Davida.
Davidowi na moment odbiera mowę, więc tylko przytakuje.
-?Was też miło było poznać -?dodaje Manuel, spoglądając na Pära i Bjarnego.
Pär ujmuje dłoń przedsiębiorcy z takim wyrazem twarzy, jakby zaraz miał się rozpaść na atomy.
W końcu Manuel się odwraca i odchodzi, żeby dołączyć do Pascala.
-?Mogę zobaczyć? -?pyta Pär i nie czekając na odpowiedź, wyciąga wizytówkę z ręki Davida.
Studiuje ją przez chwilę i waży na palcach.
-?Nie sądziłem, że w dzisiejszych czasach wciąż używa się wizytówek - mówi. -?Ale może tak trzeba, kiedy się wejdzie na odpowiednio wysoki poziom. Na tej jest przynajmniej kod QR.
-?Fanboy przemówił... -?rzuca David.
Odbiera kartonik i chowa go do kieszeni marynarki wiszącej na oparciu krzesła.
-?Czy mi się wydawało, czy wielki Manuel Riddersjö właśnie próbował cię poderwać? -?pyta Bjarne, uśmiechając się od ucha do ucha.
-?Nie mam pojęcia -?odpowiada David.
Marszczy czoło.
Wciąż mu się wydaje, że Manuel chciał mu coś powiedzieć, ale zrezygnował, uznawszy, że nie jest to przeznaczone dla postronnych uszu. Choć to niedorzeczny pomysł, bo David spotkał go dziś pierwszy raz. Ale mimo wszystko... Zerka kątem oka za plecy Pära. Manuel stoi przy barze otoczony wianuszkiem programistów i na nowo odpalił swój uśmiech za milion dolarów. Za to Pascal patrzy w inną stronę. I choć wciąż ma na nosie okulary przeciwsłoneczne, David mógłby przysiąc, że świdruje wzrokiem właśnie jego.
Florence bierze głęboki wdech i otwiera drzwi do Restauracji Gondolen. Przyszła dwie minuty przed czasem ustalonym z Markusem Str?hlem. Ale jeśli się nie zmienił, siedzi przy stoliku co najmniej od dziesięciu minut. "Wyluzowany" -?to słowo, którego nigdy by nie użyła, opisując swojego dawnego mentora. Ale był jednym z najlepszych prawników w kraju. I właściwie ciągle nim jest, choć obecnie nie pracuje już tyle co dawniej.
Florence odbywała praktyki w jego kancelarii, kiedy miała dwadzieścia jeden lat, i Str?hle, uważany za postrach wszystkich młodych adeptów prawa, niemal od razu wziął ją pod swoje skrzydła. Nie tylko został jej mentorem, ale też zrodziła się między nimi przyjaźń. Ponieważ jednak branża, którą sobie wybrali, nie pozostawia wiele czasu na życie prywatne, w ostatnich latach prawie się nie widywali. Ale utrzymywali kontakt. Kiedy więc Markus nagle zadzwonił i poprosił ją o spotkanie, Florence uznała to za ważne wydarzenie. I teraz, schodząc po schodkach do sali restauracyjnej, czuje, jakby znów była dwudziestolatką.
-?Weź się w garść! -?upomina samą siebie w drodze do szatni. -? Jesteś już dorosła!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki