Układanka - Henrik Fexeus

-
Proszę czekać

Dwunasty grudnia

To, co wpra­wia Hannę Tap­per w stan prze­ra­że­nia, to nie złu­dze­nie, że świat roz­padł się nagle na dwie czę­ści. Nie, krew tężeje w jej żyłach z powodu nara­sta­ją­cego w niej powoli trud­nego do opi­sa­nia uczu­cia, że coś jest nie tak. Jak gdyby ktoś prze­me­blo­wał rze­czy­wi­stość, gdy na krótką chwilę spoj­rzała w bok. Patrzy na stół w kuchni i pró­buje sobie przy­po­mnieć tam­ten dzień, kiedy Ber­nard, jej mąż, przy­niósł go do domu pierw­szego wspól­nego lata. Poma­lo­wała go na jasno­nie­bie­ski kolor jesz­cze tego samego wie­czoru. Ber­nard uznał, że Hanna wygląda sek­sow­nie w ciu­chach robo­czych i... ochrzcili ten stół. Póź­niej farba schła znacz­nie wol­niej, niż się spo­dzie­wali, a bluza Hanny popla­miła się na ple­cach na nie­bie­sko.

Dla odmiany aku­rat wtedy jej nie bolało.

Powinna się uśmiech­nąć na to wspo­mnie­nie. Albo wręcz pomy­śleć, że było pod­nie­ca­jące. Jed­nak z jakiejś przy­czyny wydaje jej się nie­rze­czy­wi­ste, jakby to ni­gdy się nie wyda­rzyło. Jak zacho­wać nie­wzru­szoną minę, gdy świat pró­buje nas wytrą­cić z rów­no­wagi? Hanna tłu­ma­czy sobie, że obecna sekunda niczym się nie różni od tej, w któ­rej otwie­rała list. Ale mimo to wszystko wokół niej zamarło, jakby czas sta­nął w miej­scu. A może jest wręcz odwrot­nie? Może czas pędzi na zła­ma­nie karku? Za oknem, po dru­giej stro­nie nie­bie­skiego stołu, pada lekki śnieg. Pokrył ich malutki traw­nik cie­niutką war­stewką bia­łego pudru. Płatki zdają się zawie­szone w powie­trzu. Podob­nie jak puls Hanny.

-?Co tam masz? -?pyta Ber­nard. -?Ktoś nam przy­słał życze­nia na święta?

Hanna się wzdryga. Choć nie, tak jej się tylko wydaje. Na zewnątrz wygląda spo­koj­nie. Jedy­nie w jej wnę­trzu coś wibruje. I nie chce, żeby Ber­nard to dostrzegł. Mąż stoi obok niej i ści­ska w ręce resztę kore­spon­den­cji przy­nie­sio­nej ze skrzynki. Hanna kręci głową. Ma nadzieję, że ma obo­jętną minę.

-?Ktoś musiał się pomy­lić -?odpo­wiada, bez­tro­sko wyma­chu­jąc kartką w powie­trzu.

Ale ciało ją zdra­dza. Jak zawsze. Błysz­cząca pocz­tówka zgnio­tła się w kur­czo­wym uści­sku jej dłoni. Trzy lata temu naresz­cie udało się jej zajść w ciążę, mimo pro­te­stów leka­rzy. I to tu, na tym stole. Potem opra­wiła w ramki bluzę popla­mioną farbą i zamie­rzała ją wrę­czyć Ber­nar­dowi, gdy będzie mu prze­ka­zy­wała wia­do­mość, że został tatą. Ale poro­niła, zanim obraz zdą­żył zawi­snąć na ścia­nie.

Ber­nard kła­dzie na stole pocztę, zło­żoną głów­nie z ulo­tek rekla­mo­wych, po czym wyj­muje kartkę z dłoni Hanny. Przy­gląda się ilu­stra­cji przed­sta­wia­ją­cej męż­czy­znę w stroju żeglar­skim, który mówi coś, co wydru­ko­wano w chmurce nad jego głową. Marsz­czy czoło.

-?Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin -?odczy­tuje.

Następ­nie otwiera kartkę.

Hanna wie, że jej mąż nie ma szans tego zro­zu­mieć.

Trzęsą jej się nogi, ale nie chce upaść przy Ber­nar­dzie. Opiera dłoń na stole i wbija wzrok w pół­mi­sek z wędli­nami, który został tam po lun­chu.

-?Dziwne -?stwier­dza Ber­nard, obra­ca­jąc kartką, jakby szu­kał w niej ukry­tej tre­ści. -?Uro­dziny obcho­dzisz dopiero w maju. W dodatku w środku jest pusto.

Hanna wzru­sza ramio­nami.

-?Może to kolejna reklama? -?rzuca Ber­nard. -?Cho­ciaż... pew­nie masz rację. Ktoś musiał się pomy­lić.

Hanna przy­ta­kuje, choć tak naprawdę nie słu­cha jego słów. Ber­nard wresz­cie kła­dzie kartkę na stole, a Hanna uświa­da­mia sobie, że długo wstrzy­my­wała oddech.

-?Ja dosta­łem furę pism z urzędu skar­bo­wego -?oznaj­mia jej mąż. -?Lepiej od razu się nimi zajmę. Pew­nie cho­dzi o reje­stra­cję mojej nowej firmy.

Ber­nard zgar­nia swoje listy i wycho­dzi. Hanna opada na krze­sło. Tylko sekundy dzie­liły ją od osu­nię­cia się na zie­mię. Wyj­muje z kie­szeni inha­la­tor i bie­rze trzy głę­bo­kie wde­chy, nie odry­wa­jąc wzroku od kartki leżą­cej na stole. Potem odkłada lek na astmę i wsuwa sobie dło­nie pod kolana. Jakby się bała, że kartka ją popa­rzy, jeśli jej dotknie.

Ber­nard w jed­nym się nie pomy­lił. Kartka nie jest zaadre­so­wana do niej. Ale Hanna wie, do czy­ich rąk powinna tra­fić. Czyje uro­dziny wypa­dają tego dnia. Opatrz­ność zadbała nie tylko o to, by nie mogła zało­żyć wła­snej rodziny -?nie dane było jej nawet zacho­wać pierw­szej.

Życze­nia są dla Cath­rin.

Jej sio­stry, która nie żyje od dwu­dzie­stu lat.

David zerka na Flo­rence roz­ma­wia­jącą przez tele­fon. Wyszli na spa­cer z Kre­ski­nem i David żałuje, że nie wło­żył cie­plej­szej kurtki. Za to bul­dog fran­cu­ski wydaje się nie­po­ru­szony chło­dem i szczeka rado­śnie, pró­bu­jąc kłap­nąć wiru­jące w powie­trzu płatki śniegu. I za każ­dym razem, kiedy mu się to udaje, robi zdzi­wioną minę, że pła­tek się roz­pusz­cza. Nie napa­dało zbyt wiele bia­łego puchu, ale cienka war­stewka pokry­wa­jąca zie­mię iskrzy się w słońcu. Ścieżka mean­druje mię­dzy drze­wami w zagaj­niku rosną­cym za osie­dlem dom­ków sze­re­go­wych, z któ­rych jeden należy do Davida. Kre­skin biega luzem. Zna drogę na pamięć.

David się cie­szy, że Flo­rence jest sku­piona na roz­mo­wie i nie patrzy w jego stronę, bo jest pewien, że ma na twa­rzy idio­tyczny uśmiech. Wciąż nie może uwie­rzyć, że Flo­rence Tap­per, dla któ­rej rzu­ciłby się na łeb, na szyję w oko cyklonu albo wdra­pał na wul­kan i któ­rej widok spra­wia, że zapiera mu dech, jest jego. Choć ma zara­zem pra­wie cał­ko­witą pew­ność, że lada chwila zrobi coś, co ją do niego znie­chęci.

Flo­rence się roz­łą­cza i posyła mu uśmiech.

-?Prze­stań się na mnie gapić -?mówi. -?Nie widzisz, że pró­buję pra­co­wać?

-?Komar ci tu sie­dział -?odpo­wiada David, muska­jąc dło­nią jej szyję tuż nad czer­wo­nym sza­li­kiem.

Nie ma ręka­wi­czek i dotyk jej skóry powo­duje, że prze­cho­dzi go dreszcz pod­nie­ce­nia. Wciąż nie potrafi dotknąć Flo­rence, nie czu­jąc natych­mia­sto­wej chęci rzu­ce­nia się na nią i zdar­cia z niej ubra­nia. I nie­ważne, że tem­pe­ra­tura sięga trzech stopni poni­żej zera, bo jego ciało pło­nie takim ogniem, że mogłoby sto­pić cały śnieg w pro­mie­niu kilku metrów. David zdaje sobie sprawę, że to reak­cja w stylu macho, pry­mi­tywny zwie­rzęcy instynkt, a on prze­cież skoń­czył już trzy­dzie­ści pięć lat, ale jest, jak jest. I Flo­rence chyba dobrze odczy­tuje jego sygnały, bo odsuwa jego dłoń od swo­jej szyi.

-?Serio? -?pyta, uno­sząc jedną dłoń. -?Komar? W grud­niu?

Minęły dopiero dwa mie­siące, odkąd ofi­cjal­nie zostali parą. Choć czy naprawdę ofi­cjal­nie? Flo­rence wciąż się tro­chę krzywi, kiedy David nazywa ją swoją dziew­czyną.

-?Może jed­nak poje­dziesz ze mną jutro do Norrköpingu? -?pyta ją. -?Tylko pomyśl, dwie noce w hotelu. Tylko ty i ja. Byłoby super­ro­man­tycz­nie.

Flo­rence spo­gląda na niego i marsz­czy czoło.

-?Niech no się zasta­no­wię... -?mówi. -?Pro­po­nu­jesz mi wspólny wypad na Next­Tech, targi przy­cią­ga­jące publicz­ność zło­żoną w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach z mania­ków kom­pu­te­ro­wych płci męskiej...

-?Wyjąt­kowo inte­li­gent­nych ludzi -?wtrąca David.

-?...któ­rzy przy­jeż­dżają tam po to, żeby posłu­chać innych mania­ków...

-?Przed­się­bior­ców.

-?...a wie­czo­rami chleją piwo i grają w lase­rowy paint­ball?

-?To... nie jest obo­wiąz­kowe.

Flo­rence gła­dzi się po bro­dzie, uda­jąc zamy­śle­nie.

-?Pod­czas gdy alter­na­tywą dla tego wyjazdu jest pozo­sta­nie w domu, w ciszy wła­snego miesz­ka­nia, z kie­lisz­kiem wina i zacho­wy­wa­nie się jak doro­sły czło­wiek? -?dodaje, bio­rąc Davida pod łokieć. -?Łatwy wybór -?kwi­tuje.

Wyj­muje z kie­szeni zgry­zioną piłkę, na któ­rej widok Kre­skin zaczyna wyma­chi­wać kró­ciut­kim ogon­kiem.

-?Poza tym ktoś musi się zająć tym potwo­rem -?dorzuca, po czym posyła piłkę łukiem w powie­trze, wzdłuż ścieżki.

Kre­skin star­tuje za zabawką z takim zapa­łem, jakby pierw­szy raz prze­ży­wał taką frajdę.

-?A mówiąc cał­kiem poważ­nie, mam już plany -?oznaj­mia Flo­rence. - Umó­wi­łam się z moim daw­nym pro­mo­to­rem. Zapro­sił mnie do Restau­ra­cji Gon­do­len.

-?Ha! Gdy nie ma kota, myszy har­cują! -?wykrzy­kuje David. -? To zna­czy... yyy... Cho­dziło mi o to, że... Niech to szlag. Źle się wyra­zi­łem.

-?On ma sie­dem­dzie­siąt lat -?odpo­wiada Flo­rence, opusz­cza­jąc pięść, którą przed momen­tem lekko zdzie­liła Davida w pierś.

David wzdy­cha. Potrafi poznać, kiedy prze­grał. Ale chwyta rękę Flo­rence i przy­ci­ska ją z powro­tem do swo­jej klatki pier­sio­wej. Pła­tek śniegu wylą­do­wał na jej rzę­sach. Serce Davida bije mocno, jakby pró­bo­wało wysko­czyć i spo­cząć na dłoni Flo­rence. Chciałby jej wyja­śnić, że dni spę­dzane bez niej są naj­nud­niej­szym cza­sem w jego życiu. Ale nic nie mówi.

Wyda­rze­nia z minio­nej jesieni zbli­żyły ich do sie­bie. Zawdzię­cza to wszyst­kiemu, co David wtedy odkrył, począw­szy od faktu, że jest jed­nym z trojga braci -?w dodatku tro­jacz­ków -?aż do tra­gicz­nej śmierci Johana Arvids­sona i Klausa Nordströma. Johan był jego tera­peutą i poma­gał Davi­dowi radzić sobie z przy­pa­dło­ścią pole­ga­jącą na tym, że nie pamię­tał pierw­szych dwu­na­stu lat swo­jego życia. Klaus Nordström był komen­dan­tem sztok­holm­skiej poli­cji i człon­kiem taj­nego klubu zwa­nego Towa­rzy­stwem. To wła­śnie ono zle­ciło Joha­nowi opiekę nad Davi­dem oraz zadba­nie o to, by ni­gdy sobie nie przy­po­mniał wyda­rzeń z dzie­ciń­stwa w Sm?landii. I jesie­nią David i Flo­rence musieli się zmie­rzyć z zagro­że­niem ze strony człon­ków tej orga­ni­za­cji.

Czyż można przejść razem taką próbę ognia i się do sie­bie nie zbli­żyć? Pierw­szy lep­szy psy­cho­log po week­en­do­wym kur­sie doszedłby do wnio­sku, że wła­śnie dla­tego David jest prze­ko­nany, że kocha Flo­rence. Ale prawda jest taka, że zapa­łał do niej uczu­ciem na długo przed wyda­rze­niami z jesieni. I po pro­stu potrze­bo­wał tro­chę czasu, by to zro­zu­mieć.

Ale mimo to nic nie mówi. Flo­rence już kilka razy nazwała go "straszną przy­lepą". David ni­gdy wcze­śniej o tym nie myślał, ale zapewne fakt, że dora­stał w towa­rzy­stwie dwóch braci bliź­nia­ków, wytwo­rzyła w nim potrzebę bycia bli­sko dru­giej osoby. I pew­nie z tej samej przy­czyny - para­dok­sal­nie -?pod­świa­do­mie sabo­to­wał wszyst­kie swoje dotych­cza­sowe związki. Spra­wiał, że jego part­nerki zaczy­nały tra­cić oddech. Tłam­sił je i przy­śpie­szał pro­ces zbli­ża­nia się do sie­bie. Ale tym razem nie chce popeł­nić tego błędu.

Kre­skin wraca z piłką. Pod­biega do Davida i kła­dzie się na boku w śniegu, jakby doznał nagłego para­liżu. Ale za moment prze­wraca się na grzbiet, z łap­kami w powie­trzu i piłką w zębach. David wie, o co mu cho­dzi.

-?Kto jest dooobrym pie­skiem? -?mówi i schyla się nad zwie­rza­kiem, żeby podra­pać go po brzu­chu. -?Poka­za­łeś piłce, kto tu rzą­dzi? Poka­za­łeś?

Kre­skin mru­czy z zachwytu.

-?Masz jakieś wie­ści od Samira? -?Ku roz­cza­ro­wa­niu bul­doga David się pro­stuje i prze­nosi wzrok na Flo­rence. -?Poli­cja coś usta­liła?

Media długo roz­pi­sy­wały się o podwój­nym zabój­stwie Arvids­sona i Nordströma. A w pierw­szych dniach prze­ści­gały się w wymy­śla­niu teo­rii na temat zaan­ga­żo­wa­nia komen­danta w tę tajem­ni­czą sprawę. Poli­cja kon­se­kwent­nie odma­wiała komen­ta­rzy, więc po jakimś cza­sie zain­te­re­so­wa­nie dzien­ni­ka­rzy osła­bło. Ale David i Flo­rence wie­dzą, że śled­czy mogą natra­fić na trop pro­wa­dzący pro­sto do Davida i jego matki. I dzięki Sami­rowi -?ich uszom i oczom w komen­dzie -?są na bie­żąco z usta­le­niami w śledz­twie.

Kre­skin naj­wy­raź­niej znu­dził się cze­ka­niem, bo wstaje i kła­dzie piłkę u stóp Flo­rence. Ta ją pod­nosi i rzuca w kępę drzew przy ścieżce. Psiak przez krótką chwilę młóci śnieg łap­kami, po czym wresz­cie star­tuje z miej­sca, nabiera pręd­ko­ści, z głu­chym pac­nię­ciem prze­bija niską zaspę i wpada w zaro­śla.

-?Wciąż szu­kają powią­zań mię­dzy Klau­sem a Joha­nem -?odpo­wiada Flo­rence. -?Są prze­ko­nani, że poza­bi­jali się nawza­jem.

To w poło­wie prawda, bo Johan zabił Klausa. A odci­ski pal­ców Klausa zna­la­zły się na ręko­je­ści noża, któ­rym pozba­wiono życia Johana. Śled­czy nie mają jed­nak poję­cia, że Johana zamor­do­wał San­dro, nie są świa­domi rów­nież tego, że San­dro polo­wał na Davida.

-?San­dro wyko­nał nie­złą robotę, zni­ka­jąc po wszyst­kim bez naj­mniej­szego śladu -?dodaje Flo­rence. -?Poza tym poli­cja nie wie, że ty i ja tam byli­śmy i wszystko widzie­li­śmy.

Nie­stety nie mogą być pewni, że tak pozo­sta­nie. Wystar­czy, że któ­ryś ze śled­czych albo co bar­dziej zago­rza­łych repor­te­rów ruszy głową i powiąże Davida z tymi tra­gicz­nymi wyda­rze­niami. Bo to wła­śnie on jest wspól­nym mia­now­ni­kiem łączą­cym Johana i Klausa.

Spo­śród drzew dobiega szcze­ka­nie Kre­skina.

-?Może już czas, żeby­śmy się ode­zwali do Urbana? -?pro­po­nuje David. - Wiem, że musimy być ostrożni, ale żaden trop nie wska­zuje na niego, a ja chciał­bym go o coś zapy­tać i bar­dzo mi zależy na uzy­ska­niu odpo­wie­dzi.

-?Znik­nął jeden z two­ich braci -?odpo­wiada Flo­rence. -?Naprawdę uwa­żasz, że Urban wie, co się z nim stało?

David dora­stał z dwoma braćmi. Kiedy jeden z nich zmarł, David i drugi brat pró­bo­wali uciec z domu. David ude­rzył się w głowę i stra­cił przy­tom­ność oraz pamięć, ale bratu się udało. I od tam­tego dnia minęły dwa­dzie­ścia trzy lata.

Urban Jacobs­son to nie tylko naj­więk­szy w kraju pro­du­cent śru­bek i wła­ści­ciel nie­ru­cho­mo­ści, ale w dodatku jedyna osoba -?znana Davi­dowi i Flo­rence -?która w swoim cza­sie nale­żała do Towa­rzy­stwa. I w odróż­nie­niu od Klausa jesie­nią pró­bo­wał im pomóc. Bez Urbana David do dziś błą­dziłby w ciem­no­ści. Albo byłby mar­twy.

-?Pomy­śla­łam o tym samym -?dodaje Flo­rence i ponow­nie wyj­muje tele­fon. - Może rze­czy­wi­ście już pora się do niego ode­zwać.

-?Na pewno się ucie­szy... -?komen­tuje David z krzy­wym uśmiesz­kiem.

Pod­czas gdy Flo­rence szuka w kon­tak­tach nazwi­ska Urbana, David wcho­dzi do zagaj­nika. Gdzie, u dia­bła, podziewa się ten pies? W końcu dostrzega Kre­skina. Bul­dog ma całą mordkę w śniegu i wła­śnie zako­puje coś z zapa­łem w świeżo wygrze­ba­nym dołku. Spod war­stewki ziemi wystaje coś łudząco podob­nego do czer­wo­nej piłki.

-?Kre­skin, gdzie masz piłkę? -?pyta go David.

Psiak odwraca głowę w jego stronę, sta­wia uszy i ziaje, pod­czas gdy jego tylne łapki zako­pują skarb.

-?Zgu­biła się? -?zaga­duje go dalej David. -?Co za szkoda! Musimy wra­cać do domu.

Kre­skin wydaje trium­falne szczek­nię­cie i prze­biega obok swo­jego pana. Wraca na ścieżkę, nie oglą­da­jąc się w tył. David kręci głową.

Pod­cho­dzi do Flo­rence, gdy ta wła­śnie koń­czy roz­mowę.

-?Mia­łeś rację, mój tele­fon nie spra­wił mu przy­jem­no­ści -?stwier­dza Flo­rence. -?Ale zgo­dził się z nami spo­tkać dziś po połu­dniu.

David odpo­wiada jej kiw­nię­ciem głowy.

-?Ale nie rób sobie zbyt wiel­kich nadziei -?dodaje Flo­rence na widok jego miny. -?Twój brat znik­nął dawno temu. Moim zda­niem szanse na to, że wciąż żyje i że Urban wie, gdzie go zna­leźć, są bar­dzo nie­wiel­kie.

-?Wiem -?przy­znaje David i ponow­nie przy­ta­kuje.

Mimo to nie porzuca nadziei. Przez całe świa­dome życie czuł się nie­kom­pletny. Jakby gdzieś po dro­dze zgu­bił kawa­łek sie­bie. I gdyby się jed­nak oka­zało, że jego brat żyje i w dodatku Urban wie, gdzie jest... poczułby się tak, jakby odna­lazł tę bra­ku­jącą część.

Przy­staje, obej­muje Flo­rence i mocno ją przy­tula. Wciąga do płuc jej zapach. Flo­rence pach­nie zimo­wym słoń­cem, let­nimi kąpie­lami, przy­godą i obiet­nicą. David znów karci się w myślach za swoje sza­blo­nowe myśle­nie. Jej cie­pło prze­nika jego ubra­nie i dociera do jego ciała. Flo­rence nie pró­buje się wyswo­bo­dzić.

-?Kiedy wró­cimy, będziesz moja -?szep­cze, wtu­lony ustami w jej włosy. - Zdą­żymy przed spo­tka­niem z twoją sio­strą.

-?Nie sądzi­łam, że po wczo­raj­szym tak szybko odzy­skasz siły -?odpo­wiada Flo­rence, przy­wie­ra­jąc do niego jesz­cze moc­niej.

Jego ciało reaguje natych­miast. Flo­rence unosi kącik ust, naj­wy­raź­niej zado­wo­lona z efektu, jaki na nim wywarła.

-?Lepiej dotrzy­maj obiet­nicy -?szep­cze mu do ucha. -?Bo jeśli nie dotrzy­masz, przez cały tydzień zmy­wasz gary.

Hanna spo­gląda na pier­niczki przez szybkę pie­kar­nika.

-?Niech to jasny szlag! -?wykrzy­kuje i otwiera drzwiczki.

Cia­steczka są czarne jak węgielki. Dosłow­nie przed chwilą wyglą­dały na wciąż nie­upie­czone, więc zosta­wiła je jesz­cze na moment, ale led­wie zdą­żyła się odwró­cić, a już się spa­liły.

-?Co się dzieje? -?pyta Ber­nard, zaglą­da­jąc do kuchni.

Odka­słuje, gdy swąd spa­le­ni­zny dociera do jego noz­drzy. Hanna czuje, że zaraz się roz­pła­cze. Pró­buje powstrzy­mać łzy. To nie­nor­malne, ryczeć z powodu spa­lo­nych cia­stek. Ale kura­cja hor­mo­nalna wytrą­ciła ją z rów­no­wagi. Hanna wie, że to jedyny powód jej zmien­nych nastro­jów, jed­nak ta wie­dza w niczym jej nie pomaga. Świat sprzy­siągł się prze­ciwko niej, a ona czuje się jak stara baba. W dodatku tak bez­na­dziejna, że nie potrafi nawet upiec dur­nych pier­nicz­ków.

-?Spo­koj­nie, no już... Prze­cież to nic takiego -?uspo­kaja ją Ber­nard.

Wyj­muje bla­chę z pieca i kła­dzie ją na pod­stawce. Potem przy­tula Hannę.

-?To tylko kilka cia­stek -?mówi.

-?Myślisz, że o tym nie wiem? -?Hanna pociąga nosem. -?Założę się, że twoje ide­alne sio­stru­nie ni­gdy nie spa­liły pier­nicz­ków. Zwłasz­cza Flo­rence...

-?Moż­liwe, że masz rację. Ale w przy­padku Flo­rence tylko dla­tego, że ni­gdy w życiu nie posu­nęła się do tego, żeby spró­bo­wać je upiec.

-?Ale gdyby się posu­nęła, na pewno wyszłyby jej świetne! Ona i David będą mieli śliczne dzieci...

Ber­nard odsuwa żonę na odle­głość wycią­gnię­tych rąk i zagląda jej w oczy.

-?Nie wybie­gajmy tak daleko w przy­szłość -?mówi.

-?Wiesz, o co mi cho­dzi -?mam­ro­cze Hanna, spusz­cza­jąc wzrok.

To z jej winy nie mogą się docze­kać dziecka. Nie­ważne, co mówi o tym Ber­nard. Zaczęło się, kiedy była nasto­latką. Pod­czas mie­siączki strasz­nie bolał ją brzuch. To wła­ści­wie nie był ból, tylko uczu­cie, jakby ktoś kroił jej ciało nożem. Mie­siąc w mie­siąc. W końcu leka­rze posta­wili dia­gnozę: endo­me­trioza. Hanna była wtedy za młoda, żeby zro­zu­mieć wszyst­kie szcze­góły, ale dotarło do niej tyle, że będzie cier­piała ból do końca życia i zapewne nie zaj­dzie w ciążę drogą natu­ralną.

W dodatku jedyny lek przy­no­szący ulgę w cier­pie­niu obni­żał poziom estro­genu, przez co prze­stała mieć owu­la­cję. Ow­szem, zła­go­dziło to ból, ale mogła zapo­mnieć o zało­że­niu rodziny. Nie wspo­mi­na­jąc o ocho­cie na seks. W zamian przy­szło jej się pogo­dzić z dodat­ko­wymi pięt­na­stoma kilo­gra­mami na wadze i kiep­ską cerą. Lata mię­dzy pięt­na­stymi a dwu­dzie­stymi pią­tymi uro­dzi­nami nie były naj­lep­szym okre­sem w jej życiu.

Ale potem poznała Ber­narda i pierw­szy raz ujrzała świa­tełko w tunelu. Bar­nard zapro­po­no­wał, żeby spró­bo­wali metody in vitro. Ale Han­nie nie wycho­dziło nawet to. I wła­śnie zaczęli piątą próbę. Być może ostat­nią. Ber­nard nie poru­sza tego tematu, ale już raz wspo­mniał o adop­cji. Hanna byłaby na jego miej­scu strasz­nie roz­cza­ro­wana, więc jest pewna, że wła­śnie tak czuje się jej mąż. Mimo że on mówi coś innego.

Jej rodzice, Sören i Anita, też ucie­szy­liby się z wnu­ków. Wpraw­dzie mają już Adama, bra­tanka Hanny, i twier­dzą, że są tym usa­tys­fak­cjo­no­wani, ale Hanna wie, jaka jest prawda.

Zwłasz­cza że sio­stry jej męża mnożą się na potęgę. Pomi­ja­jąc Flo­rence, która jest na tyle bez­czelna, że nawet nie pró­buje. Ale na pewno, jak więk­szość kobiet, uważa macie­rzyń­stwo za oczy­wi­stość. Ma wybór. I jeśli tylko zapra­gnie mieć dziecko, na pewno zaj­dzie w ciążę bez zdej­mo­wa­nia ubrań.

Hanna zerka w lustro i zamiera na swój widok. Kim­kol­wiek jest osoba patrząca na nią z dru­giej strony, nie życzy sobie nią być. Pie­przone hor­mony. Wie, że nie ma powodu zło­ścić się na Flo­rence. Ale dobrze jest troszkę sobie ulżyć.

-?Muszę jesz­cze chwilkę popra­co­wać nad arty­ku­łem o tacie -?mówi, osu­sza­jąc łzy skraw­kiem papieru do pie­cze­nia. -?Zna­la­złam jesz­cze parę osób, z któ­rymi warto prze­pro­wa­dzić wywiad. Mam nadzieję, że powie­dzą mi wię­cej, niż zdo­ła­łam usta­lić do tej pory. Szcze­rze mówiąc, nie spo­dzie­wa­łam się, że tak trudno będzie skło­nić ludzi do mówie­nia o nim. Przy­po­mnisz mi, o któ­rej mamy być u two­jej sio­stry?

-?Phi­lo­mene pro­siła, żeby­śmy wpa­dli koło siód­mej -?odpo­wiada Ber­nard. Zerka na zega­rek. -?Przy­po­mi­nam przy oka­zji, że idziemy do mojej sio­stry i two­jego brata. Na wypa­dek gdy­byś zapo­mniała, że są mał­żeń­stwem.

-?Świet­nie. Zdążę upiec nową por­cję pier­nicz­ków.

Flo­rence nie zdą­żyła nawet otwo­rzyć drzwi w win­dzie, bo Marco, kie­rowca i "czło­wiek od wszyst­kiego" Urbana Jacobs­sona, robi to za nią. Uśmie­cha się przy tym od ucha do ucha.

-?Flo­rence! -?wykrzy­kuje. Ujmuje jej twarz obiema dłońmi i cmoka ją w policzki. -?Me alle­gro de verte!

Jego bujne wąsy łasko­czą ją w brodę.

-?Ja też się cie­szę, że cię widzę, Marco -?odpo­wiada.

-?Urban czeka na was w salo­nie. -?Pro­wa­dzi ich kory­ta­rzem do miesz­ka­nia. -?Nie­stety se?ora Kic­kan wła­śnie wyszła.

Drzwi do "skrom­nego" apar­ta­mentu Jacobs­sona w kamie­nicy przy Narvavägen są otwarte na oścież. Nie­wy­klu­czone, że cena najmu tego lokum byłaby naj­wyż­sza w całym mie­ście, gdyby nie fakt, że Urban jest wła­ści­cie­lem całego budynku.

Hol wyło­żony mar­mu­rem wydaje się Flo­rence więk­szy, niż zapa­mię­tała. Ma wra­że­nie, że zmie­ści­łoby się w nim jej całe miesz­ka­nie. Przy­po­mina sobie, co Marco wła­śnie powie­dział o Kic­kan, i zerka na Davida. On chyba myśli o tym samym. Byłoby lepiej, gdyby żona Jacobs­sona wzięła udział w tej roz­mo­wie. Wła­dza, jaką spra­wuje nad mężem, pomo­gła im już nie raz.

Marco odchrzą­kuje i podaje im dwie pary folio­wych ochra­nia­czy na buty.

-?La se?ora kazała poło­żyć białą wykła­dzinę w salo­nie -? wyja­śnia.

"No jasne" -?myśli Flo­rence. "Biała wykła­dzina. W środku zimy". Zakłada worki z gumką na obu­wie. David robi to samo. Potem wcho­dzą scho­dami na pię­tro. Echo roz­nosi sze­lest ochra­nia­czy na par­kie­cie, ale gdy wkra­czają do salonu, wszyst­kie dźwięki cichną. Wykła­dzina wygląda jak koł­dra puszy­stego śniegu.

Flo­rence spo­dzie­wała się, że gigan­tyczny tele­wi­zor na ścia­nie będzie włą­czony i zoba­czy frag­ment któ­re­goś z ulu­bio­nych pro­gra­mów Jacobs­sona. Ten rekin biz­nesu ma bowiem sła­bość do reality show dla gospo­dyń domo­wych w dowol­nym ame­ry­kań­skim mie­ście. Ale ekran jest czarny, a Urban czeka na nich na środku salonu. To zły znak.

-?Flo­rence! Davi­dzie! -?wypo­wiada ich imiona i wita się z nimi kiw­nię­ciami głowy. -?Domy­ślam się, Flo­rence, że popro­si­łaś o spo­tka­nie, żeby­śmy mogli for­mal­nie zakoń­czyć współ­pracę? Zatrud­ni­łem cię do repre­zen­to­wa­nia Davida, a to już nie­po­trzebne. Mam pod­pi­sać jakiś papier?

-?Yyy... Oczy­wi­ście, przy­go­tuję roz­li­cze­nie -?odpo­wiada Flo­rence. -?Nie trzeba nic pod­pi­sy­wać, jutro prze­ślę ci mailem fak­turę. Ale nie w tej spra­wie dzwo­ni­łam. Mamy do cie­bie jesz­cze jedno pyta­nie.

Urban demon­stra­cyj­nie wzdy­cha i siada w fotelu. Zakłada nogę na nogę i łączy dło­nie w pira­midkę. "Okej" -?myśli Flo­rence. "Znowu gramy w tę grę. Niech ci będzie". Ona też jest w tym dobra.

-?Wy dwoje zawsze wymy­śla­cie coś nowego -?komen­tuje Jacobs­son.

Popeł­nił błąd, sia­da­jąc. Flo­rence robi dwa kroki w jego stronę i teraz, chcąc z nią roz­ma­wiać, Urban musi patrzeć w górę.

-?Brat Davida -?zaczyna praw­niczka. -?Ten, któ­remu udało się uciec.

Jacobs­son ma nie­wzru­szoną minę.

-?Rozu­miem, dla­czego o nim wcze­śniej nie wspo­mnia­łeś -?włą­cza się David. -?Do któ­re­goś momentu wciąż była szansa na to, że nic sobie nie przy­po­mnę. Ale teraz już wiem, że ktoś mu wtedy pomógł. Że całą tę naszą ucieczkę zor­ga­ni­zo­wał ktoś z Towa­rzy­stwa. I nawet jeśli cie­bie tam nie było, musia­łeś coś wie­dzieć. To wszystko, o co pro­szę. Powiedz mi, jak mogę odna­leźć brata.

Flo­rence wie, że David bar­dzo się stara nie budzić w sobie wiel­kich nadziei. Jego brat mógł prze­cież uto­nąć w jezio­rze tam­tej pamięt­nej nocy. Mimo to sły­szy w jego gło­sie nutkę despe­ra­cji. Bo jego brat rów­nie dobrze może być pilo­tem samo­lo­tów pasa­żer­skich, wykła­dać na uni­wer­sy­te­cie, pra­co­wać jako prze­wod­nik gór­ski w Andach albo zawo­dowo grać w pokera. A może jest bez­domny? Wszystko jest moż­liwe.

Urban kręci głową.

-?Nie powi­nie­neś tu przy­cho­dzić -?mówi do Davida. -?Gdyby Towa­rzy­stwo się dowie­działo, że tu jesteś... -?Milk­nie w poło­wie zda­nia.

Zapada cisza nazna­czona nie­wy­po­wie­dzianą groźbą.

-?Ale się nie dowie -?odpo­wiada Flo­rence. -?Bo nikomu nie powiesz o naszej wizy­cie, prawda?

Urban roz­gląda się po pokoju. Zawie­sza wzrok za ple­cami Davida i Flo­rence i robi taką minę, jakby się nad czymś zasta­na­wiał.

-?Chyba nie sądzi­cie, że już po wszyst­kim? -?odzywa się po chwili.

Flo­rence zerka na Davida. Jacobs­son ni­gdy wcze­śniej nie był skłonny do takich wyznań.

-?Nie sły­sze­li­śmy o Towa­rzy­stwie, odkąd napu­ściło na nas San­dra i Esbena -?odpo­wiada Flo­rence. -?Wygląda na to, że się wyco­fali, kiedy wkro­czyła poli­cja.

Jacobs­son kręci głową.

-?To nie Towa­rzy­stwo zatrud­niło San­dra -?wyja­śnia. -?On to zro­bił. I szcze­rze wąt­pię, żeby się wyco­fał. Pew­nie tylko czeka na odpo­wied­nią oka­zję. Ale co ja tam wiem? Już od dawna nie zwie­rza nam się ze swo­ich pla­nów.

-?O kim ty mówisz? -?pyta David.

-?Sądzę, że wiesz. W swoim cza­sie spo­ty­ka­łeś go czę­ściej niż nas.

David chwyta Flo­rence za przed­ra­mię, a ona zagląda mu w oczy. I przez sekundę widzi w nich prze­ra­żo­nego dzie­się­cio­latka.

-?Ale nie po to tutaj przy­szli­ście -?kon­ty­nu­uje Urban, choć prze­ma­wia tonem nie­do­pusz­cza­ją­cym żad­nych pytań. -?W kwe­stii two­jego brata wie­cie wła­ści­wie wszystko. To było dawno temu. Muszę się pofa­ty­go­wać do mojej skrytki ban­ko­wej i zaj­rzeć do sta­rych papie­rów. Spo­tkajmy się ponow­nie pod koniec tygo­dnia. Dam wam wszyst­kie mate­riały, jakie posia­dam. W zamian za obiet­nicę, że póź­niej zosta­wi­cie mnie w spo­koju. Nie chcę mieć z tym wię­cej do czy­nie­nia. -?Robi pauzę, ale po chwili znów się odzywa, tym razem o wiele przy­jaź­niej­szym tonem: -?Nic chcę cię roz­cza­ro­wy­wać, Davi­dzie, ale od dłu­giego czasu nie mam żad­nych wie­ści.

-?Ale on żyje? -?rzuca David.

W jego oczach pło­nie tak wiel­kie pod­eks­cy­to­wa­nie, że Flo­rence boi się eks­plo­zji.

-?Nie mam poję­cia -?odpo­wiada Urban. -?Ale mam nadzieję, że tak. Po tym, ile dla niego prze­szli­śmy...

-?My? -?pyta David z naci­skiem. -?Czyli kto?

-?To... Nie mogę tego zdra­dzić -?stwier­dza Jacobs­son i odchrzą­kuje. -?Nie gadaj za dużo na ten temat.

Urban milk­nie i marsz­czy czoło. Flo­rence daje Davi­dowi dys­kretny znak dło­nią, by odpu­ścił. Nie chce, by Jacobs­son poczuł się posta­wiony pod ścianą i wyco­fał się ze zło­żo­nej przed chwilą obiet­nicy. Zwłasz­cza w sytu­acji, gdy nie ma przy nim Kic­kan, która jako jedyna jest w sta­nie wepchnąć go na wła­ściwy tor.

-?Bar­dzo dzię­ku­jemy -?mówi z sze­ro­kim uśmie­chem. -?Prze­ślę mailem doku­menty doty­czące naszej współ­pracy i będę cze­kać na wia­do­mość w spra­wie tych papie­rów. Obie­cuję, że potem nie będziesz musiał nas wię­cej oglą­dać.

Wysi­liła się na rze­czowy, pro­fe­sjo­nalny ton, żeby roze­gnać emo­cje obu­dzone wcze­śniej­szą roz­mową. Bo pod ich wpły­wem Urban mógłby się wyco­fać.

-?Prze­każ, pro­szę, nasze ser­deczne pozdro­wie­nia swo­jej wspa­nia­łej żonie -?dodaje. -?I Pau­li­nie.

Wszy­scy troje żegnają się uści­skami dłoni, po czym Flo­rence i David wra­cają do holu. Marco czeka tam na nich, by ode­brać ochra­nia­cze na obu­wie. Flo­rence świa­do­mie zakoń­czyła spo­tka­nie wspo­mnie­niem Pau­liny - doro­słej córki Jacobs­sona, z którą odzy­skał kon­takt dzięki Davi­dowi i Flo­rence. Nie może tego powie­dzieć wprost, ale Urban jest im winien przy­sługę.

Napo­leon stoi na pomo­ście i patrzy na zamar­z­niętą zatokę. Już pra­wie noc. Choć to nie ma zna­cze­nia, bo słońce i tak zaszło już około trze­ciej po połu­dniu. Chłody przy­szły w tym roku wcze­śniej niż zwy­kle i traw­nik za ple­cami Napo­leona wygląda jak gładka biała koł­dra. Jedyne ślady, jakie na niej widać, to odci­ski jego butów pro­wa­dzące nad brzeg. Lubi tu przy­cho­dzić wie­czo­rami. Uważa, że pomo­sty mają w sobie coś wyjąt­ko­wego. Kuszą ilu­zją sta­łego lądu, ale w rze­czy­wi­sto­ści są tylko kru­chymi języ­kami wysta­wio­nymi w chaos i mrok. I sto­jąc na pomo­ście, stoi się nad otchła­nią.

Napo­leon kręci głową. Nie ma czasu na filo­zo­fo­wa­nie, nie­ważne, czy Nie­tz­sche miał rację, czy nie. Spo­gląda na tele­fon w swo­jej dłoni. Już naj­wyż­sza pora na następny krok, bo poli­cja zdą­żyła tro­chę ochło­nąć. Potem nagle sobie uzmy­sła­wia, że skoro San­dro nie żyje, już nikt nie nazywa go "Napo­leonem". Bo to San­dro wymy­ślił to prze­zwi­sko. Mimo to podoba mu się taka ksywka, cho­ciaż cesarz Napo­leon Bona­parte, jak na jego gust, za bar­dzo rzu­cał się w oczy. Ale było w nim zara­zem coś, co spra­wia, że Napo­leon posta­na­wia zostać przy tym pseu­do­ni­mie. To prak­tyczne mieć dru­gie imię dla tej czę­ści sie­bie, która musi cza­sem... wziąć sprawy w swoje ręce. Ist­nieje więc on oraz Napo­leon. Nie ozna­cza to, że doznał nagłego roz­sz­cze­pie­nia jaźni. Nie, by­naj­mniej nie osza­lał. Po pro­stu dzięki temu w jego spra­wach będzie pano­wał więk­szy porzą­dek.

Począt­kowy plan nie zakła­dał wyeli­mi­no­wa­nia Davida Lunda, tylko porządne nastra­sze­nie go. Ale, jak to bywa z pla­nami, po dro­dze uległ on pew­nej mody­fi­ka­cji. David Lund oka­zał się o wiele bar­dziej uparty, niż Napo­leon prze­wi­dy­wał, więc osta­tecz­nie musi znik­nąć. To jedyne roz­wią­za­nie. I w zależ­no­ści od tego, jak sprawy się ułożą -?a to, co wyda­rzyło się do tej pory, prze­kro­czyło jego naj­śmiel­sze wyobra­że­nia -?może się oka­zać, że ta część planu zosta­nie zre­ali­zo­wana bez więk­szej zwłoki. Na szczę­ście w Towa­rzy­stwie wciąż są osoby, które zdają sobie sprawę z powagi sytu­acji. I które zapła­ci­łyby zbyt wysoką cenę, gdyby David zaczął mówić.

Napo­leon odblo­ko­wuje tele­fon, wybiera numer i wci­ska zie­loną słu­chawkę. I gdy tylko sły­szy głos po dru­giej stro­nie, zaczyna wyja­śniać, co ma być zro­bione. Nie trwa to długo, bo osoba, z którą roz­ma­wia, jest bystra i nie trzeba jej niczego powta­rzać. Nie to, co ta roz­hi­ste­ry­zo­wana, cia­sto­wata oferma Urban Jacobs­son.

Wiatr hula po Baggensfjärden, zdmu­chu­jąc z zatoki śnieg. Napo­leon obej­muje się rękami, bo prze­nika go chłód. Zaczął wdra­żać nowy plan już kilka tygo­dni temu i do tej pory wszystko układa się po jego myśli.

Szu­ka­jąc w apa­ra­cie kolej­nego numeru, rusza z powro­tem do domu. Chwilę póź­niej dzwoni do Urbana.

Cia­sto­wate ofermy mają jedną zaletę -?da się je for­mo­wać wedle wła­snej woli.

Flo­rence wysiada z tak­sówki pro­sto w zaspę. Wresz­cie dotarli do Phi­lo­mene i Micha­ela. Spóź­nieni, bo David aż nadto wywią­zał się ze zło­żo­nej jej wcze­śniej obiet­nicy. Flo­rence boi się nawet spoj­rzeć na zega­rek. W dodatku w jed­nym bucie ma teraz mnó­stwo śniegu.

Prze­kli­na­jąc pod nosem, wyciąga stopę ze skó­rza­nego trze­wika. Natych­miast wpada do niego jesz­cze wię­cej bia­łego puchu. David wysiada po dru­giej stro­nie, z Kre­ski­nem na rękach. Uśmie­cha się łobu­zer­sko na widok Flo­rence balan­su­ją­cej na jed­nej nodze, z butem w dłoni, pró­bu­ją­cej wytrze­pać z niego śnieg.

-?Jedno słowo i nie żyjesz -?war­czy Flo­rence.

David prze­suwa po ustach pal­cem wska­zu­ją­cym zetknię­tym z kciu­kiem, jakby zapi­nał zamek bły­ska­wiczny. Zaraz potem udaje, że wyrzuca klu­czyk. Ale wciąż się uśmie­cha. Tak bez­czel­nie, że Flo­rence chęt­nie wymie­rzy­łaby mu poli­czek. Ale David jest na to zbyt przy­stojny. Zwłasz­cza kiedy ma taką zado­wo­loną minę. W odróż­nie­niu od niego wcale nie jest taka pewna, czy czeka ich wspólna przy­szłość, nie­mniej jed­nak podoba jej się to, co łączy ich obec­nie. Ale jej były mąż nauczył ją jed­nego -?że wła­sne uczu­cia mogą być złudne. David zdą­żył już nawet zapro­po­no­wać, by razem zamiesz­kali, na co Flo­rence zare­ago­wała ata­kiem paniki. Jej zda­niem dobrze jest tak, jak jest. Przy­naj­mniej zanadto się nie zra­nią, kiedy przyj­dzie im ze sobą zerwać.

Ulica, na któ­rej zosta­wiła ich tak­sówka, jest słabo oświe­tlona. Ciem­ność roz­pra­sza tylko kilka usta­wio­nych z rzadka latarni. Za to miesz­kańcy nie­wiel­kich drew­nia­nych domów dali z sie­bie wszystko, by to nad­ro­bić, deko­ru­jąc ogródki lamp­kami i sta­wia­jąc gwiazdy bożo­na­ro­dze­niowe we wszyst­kich oknach.

-?Czy ci ludzie powa­rio­wali? -?mam­ro­cze Flo­rence, wciąż pod­ska­ku­jąc z butem w ręce. -?Założę się, że ude­ko­ro­wali ogrody na święta już we wrze­śniu i pew­nie nie śpią po nocach z obawy, że sąsiad powiesi w tym roku wię­cej gir­land ledo­wych i postawi wię­cej świe­cą­cych reni­fe­rów.

-?A mnie się podoba -?oznaj­mia David. -?Dzięki temu robi się przy­tul­nie. No i przy­po­mnia­łem sobie, że sam mam na tym polu zale­gło­ści. A ty? Ude­ko­ro­wa­łaś już okna?

-?Gray­son zabiera swoje rze­czy dopiero w przy­szłym tygo­dniu -?odpo­wiada Flo­rence, wcią­ga­jąc trze­wik. -?Nie kiwnę pal­cem, dopóki jego graty nie znikną z mojego miesz­ka­nia.

Ma mokro w pal­cach. Kre­skin pró­buje się wyrwać z objęć Davida i o mało mu się to udaje.

-?Zaraz cię pusz­czę -?mówi do niego David. -?Nie chcę tylko, żebyś zmie­nił się w bał­wana. Dokąd idziemy? -?zwraca się do Flo­rence.

Ta poka­zuje ski­nie­niem głowy na dom po ich pra­wej stro­nie. W odróż­nie­niu od pozo­sta­łych ani na nim, ani w ogródku nie ma kolo­ro­wych lam­pek i dmu­cha­nych miko­ła­jów. I tak się tym odróż­nia, że ów brak ozdób świą­tecz­nych wydaje się coś mani­fe­sto­wać. Lecz prawda jest taka, że Phi­lo­mene jest zain­te­re­so­wana deko­ra­cjami bożo­na­ro­dze­nio­wymi w takim samym stop­niu, jak Flo­rence. Kiedy Phil i Michael docze­kali się dziecka, pod­jęli próbę uczy­nie­nia domu nieco bar­dziej przy­tul­nym, kie­ro­wani tą samą ambi­cją, która napę­dza wszyst­kich świeżo upie­czo­nych rodzi­ców. Ale gdy ich syn Adam zaczął mówić i już jako dwu­la­tek oznaj­mił, że świą­teczne ozdoby są "nie­prak­tyczne", dali sobie spo­kój. Flo­rence jest pewna, że zro­bili to z poczu­ciem ulgi.

Wpraw­dzie kiedy była tu ostatni raz, dom był ude­ko­ro­wany od pod­łóg po sufity, bo Adam obcho­dził wła­śnie dzie­siąte uro­dziny i Phil posta­no­wiła się posta­rać. Ale naj­wy­raź­niej wszystko wró­ciło już do normy, co Flo­rence odno­to­wuje z uzna­niem.

-?Oke­eej... -?wysa­puje David, jakby nagle zaczął się stre­so­wać. -?Mówisz, że zaraz spo­tkam twoje sio­stry... Léontine i Phi­lo­mene. No wła­śnie. Tak. Będą tam. No i twój brat. Ber­nard. On też będzie. Kto jesz­cze?

Prze­mie­rzają nie­wielki ogró­dek przed domem i kie­rują się do drzwi. Śnieg skrzypi pod nogami, a wokół jest tak baj­kowo, że David czuje się jak na pocz­tówce.

-?Hanna, żona Ber­narda -?odpo­wiada Flo­rence. -?Jest sio­strą Micha­ela, męża Phi­lo­mene. Wiem, że to tro­chę dziwny układ, ale tak się poro­biło w mojej rodzi­nie. Na pewno będą też rodzice Hanny, Anita i Sören. No i dwoje nasto­let­nich dzieci Léontine, ale one zaszyją się w jakimś ciem­nym miej­scu.

David spo­gląda na Flo­rence sze­roko otwar­tymi oczami.

-?Jesteś pewna, że o nikim nie zapo­mnia­łaś? -?pyta sar­ka­stycz­nym tonem.

-?Jestem. To zna­czy... oczy­wi­ście będą też mama i tato. Czyli Anders i Svea. Wła­ści­wie na początku uma­wia­li­śmy się u nich w domu, ale wyszło ina­czej.

-?Innymi słowy, będzie caaała twoja rodzina -?stwier­dza David, z tru­dem prze­ły­ka­jąc ślinę. -?No dobrze. Świet­nie. Nie ma się czym stre­so­wać.

-?Ech, masz prze­cież ochro­nia­rza -?rzuca Flo­rence, zer­ka­jąc wymow­nie na Kre­skina. -?A jeśli atmos­fera zrobi się za gęsta, zawsze możesz uciec do pokoju Adama i pograć na Xbok­sie.

-?Już lubię tego chło­paka -?stwier­dza David.

Flo­rence wci­ska dzwo­nek.

Kilka sekund póź­niej otwiera im Phil, ubrana w zie­lony swe­ter upstrzony czer­wo­nymi i bia­łymi kulecz­kami uda­ją­cymi bombki cho­in­kowe, ale jakimś cudem nie spra­wia wra­że­nia, jakby było jej w nim nie­wy­god­nie.

-?Jeste­ście wresz­cie! -?wykrzy­kuje, po czym odsuwa się na bok, by prze­pu­ścić gości w drzwiach. -?Witamy!

David bie­rze głę­boki wdech.

Zosta­wiw­szy okry­cia w przed­po­koju, prze­cho­dzą do salonu. Z ukry­tych gło­śni­ków sączą się świą­teczne prze­boje, a w powie­trzu unosi się zapach grza­nego wina, przez co nawet Flo­rence udziela się atmos­fera przy­ję­cia gwiazd­ko­wego. Michael wycho­dzi z kuchni i wrę­cza im po kubku gorą­cego trunku.

-?Dobrze wam zrobi -?mówi i wyciąga rękę do Davida. -?Michael - przed­sta­wia się. -?Jestem mężem Phi­lo­mene i tatą Adama. W kuchni jest bufet, czę­stuj­cie się. Hanna napie­kła pysz­nych pier­nicz­ków.

David ści­ska dłoń gospo­da­rza, a potem wita się z pozo­sta­łymi człon­kami rodziny. Flo­rence jest cie­kawa, jak się przy tym czuje. Ni­gdy dotąd nie zasta­na­wiała się nad tym, jak dużą ma rodzinę, ale w isto­cie -?kiedy zejdą się wszy­scy, mały dom jej sio­stry wypeł­nia się po brzegi. David ma tylko mamę, z którą w dodatku nie utrzy­muje kon­taktu, więc spę­dzałby święta samot­nie, nie licząc Kre­skina.

Psiak dostaje miskę wody. Kiedy zaspo­kaja pra­gnie­nie, wpada do salonu i o mało nie pod­cina Ber­narda. Biega jak sza­lony, nie dając się nikomu pogła­skać, ale gdy wraca do przed­po­koju, nagle staje jak wryty, siada i wpa­truje się w schody. Kilka stopni wyżej stoi Adam. Trzyma w dłoni żółtą piłeczkę z buźką Smi­ley. Ści­ska ją ryt­micz­nymi ruchami. To piłeczka odstre­so­wu­jąca, którą dostał od Hanny. Flo­rence rzadko widuje sio­strzeńca bez niej.

Chło­piec i pies mie­rzą się przez chwilę wzro­kiem. Potem Adam się schyla i pod­suwa Kre­ski­nowi pod nos naj­pierw rękę, potem piłkę. Flo­rence jesz­cze ni­gdy nie widziała bul­doga sie­dzą­cego w takim sku­pie­niu. A gdy Adam zaczyna go gła­skać, mogłaby przy­siąc, że psiak dosłow­nie się roz­pływa.

-?Ten twój David ma dodat­kowe punkty za futrzaka -?szep­cze jej do ucha Phil. -?Jeśli go rzu­cisz, zadbaj o to, żeby zwie­rzak został z tobą.

-?Ja też życzę ci wszyst­kiego dobrego na nad­cho­dzące święta -?odpo­wiada Flo­rence.

Stu­kają się kub­kami z grza­nym winem.

W salo­nie sie­dzi rów­nież dwoje nasto­let­nich dzieci Léontine. Alvar i Naomi. Rodzeń­stwo zaszyło się w kącie, jak prze­po­wie­działa Flo­rence. Odkąd Alvar dorósł na tyle, by samo­dziel­nie wybie­rać sobie ubra­nia, nosi wyłącz­nie czerń, ale jeśli Flo­rence nie myli wzrok, dostrzega reni­fera na jego swe­trze. A kon­kret­nie szkie­let zwie­rzę­cia. Mało­laty sie­dzą z nosami w tele­fo­nach i robią wszystko, by spra­wiać wra­że­nie, iż nie biorą udziału w czymś tak bez­na­dziej­nym jak przy­ję­cie z oka­zji Dnia Świę­tej Łucji. W dodatku o jeden dzień za wcze­śnie. I w towa­rzy­stwie całej rodziny. Ale oboje pogry­zają tra­dy­cyjne bułeczki sza­fra­nowe pie­czone spe­cjal­nie na tę oka­zję. W śnież­no­bia­łych wło­sach Naomi, co do któ­rych Flo­rence od dawna żywi poważne podej­rze­nie, że są peruką, ale boi się zapy­tać, tkwi maleńka, ale krwi­sto­czer­wona spinka.

Rodzice zdą­żyli już porwać Davida i opo­wia­dają mu z oży­wie­niem o nowym domu we Fran­cji.

-?To wła­ści­wie nie jest dom -?wtrąca Léontine. -?Tylko chatka. W dodatku grozi zawa­le­niem.

-?Ale jaka malow­ni­cza! -?pro­te­stuje tato. -?I stoi tak bli­sko win­nicy, że wycho­dząc na dwór, można się potknąć o krzew wino­ro­śli!

-?W takim razie uwa­żaj­cie, żeby się nie poła­mać -?dorzuca ze śmie­chem Hanna.

David odwraca się w jej stronę.

-?Flo­rence mi powie­działa, że jesteś dzien­ni­karką -?mówi. -?Pra­cu­jesz nad jakimś arty­ku­łem?

Hanna posyła szwa­gierce kar­cące spoj­rze­nie. Flo­rence bie­rze duży łyk wina. Alko­hol spływa jej cie­płą falą do żołądka. Podzi­wia zaan­ga­żo­wa­nie Davida. Poza tym tech­nika skła­nia­jąca innych do mówie­nia o sobie jest bar­dzo sku­teczna. Nie może wie­dzieć, że Hanna to trudny przy­pa­dek.

-?Tak, ale nie sądzę, żeby to tak naprawdę zacie­ka­wiło kogoś oprócz mnie -?odpo­wiada Hanna ze zmarsz­czo­nym czo­łem. -?Pra­cuję nad por­tre­tem mojego bio­lo­gicz­nego ojca. Dla sobot­niego dodatku "Dagens Nyhe­ter".

-?Bio­lo­gicz­nego? -?powta­rza David zasko­czo­nym tonem.

Zerka nie­pew­nie na Flo­rence.

Ta dostrzega zagu­bie­nie w jego spoj­rze­niu. "Cho­lera jasna" -?prze­klina w myślach. Nie opo­wie­działa mu o tym. Ale nie spo­dzie­wała się, że ten temat wyj­dzie już w jego pierw­szej roz­mo­wie ze szwa­gierką.

-?Sören i Anita adop­to­wali mnie po śmierci moich rodzi­ców -?wyja­śnia Hanna. -?Byłam wtedy dziec­kiem i nie­wiele pamię­tam.

-?Oj, prze­pra­szam. Nie wie­dzia­łem -?tłu­ma­czy się David.

Znów patrzy bez­rad­nie na Flo­rence, która sączy resztkę wina. Jest zła na sie­bie, bo Hanna i tak już za nią nie prze­pada, a teraz jesz­cze to. Rado­sne dźwięki świą­tecz­nych prze­bo­jów nie roz­pra­szają krę­pu­ją­cej ciszy. Na szczę­ście kilka sekund póź­niej robi to dobie­ga­jący z kory­ta­rza trium­falny okrzyk Micha­ela.

-?Adam i ja pra­co­wa­li­śmy nad tym cudem całe przed­po­łu­dnie! -?oznaj­mia gospo­darz, sta­jąc w progu salonu.

Ostroż­nie wcho­dzi do środka i sta­wia na stole domek z pier­nika opa­trzony przy­cze­pio­nym do dachu szyl­dem "Hotel Dziadka i Adama".

-?Ale dziadka jesz­cze nie ma! -?pro­te­stuje Adam, nie prze­ry­wa­jąc gła­ska­nia Kre­skina.

Psiak leży na ple­cach i wysta­wia brzuch do dra­pa­nia.

-?Och, kocha­nie... -?wtrąca Anita. -?Sören zła­pał okropne prze­zię­bie­nie i musiał zostać w domu. Nie chciał cię zara­zić. Dla­tego przy­szłam sama.

-?Okej, w takim razie nie możemy go zjeść! -?zarzą­dza Adam. -?Domek jest dla dziadka.

Michael kła­dzie pier­ni­kowe arcy­dzieło na ławie przed kanapą. Nie zabra­kło w nim szcze­gó­łów -?jest nawet Święty Miko­łaj przy­mie­rza­jący się do wej­ścia do komina, szyld ma ramkę z gala­retki mali­no­wej, a pod ścia­nami budynku są kłębki waty uda­jące śnieg.

-?Jasne, że zacze­kamy, aż kie­row­nik hotelu wyzdro­wieje -?zapew­nia Michael, otrze­pu­jąc dło­nie z okrusz­ków. -?Może zadzwo­nisz do dziadka przez Face­Time i poka­żesz mu nasze dzieło?

Adam przy­ta­kuje i wraca do gła­ska­nia Kre­skina.

-?Wra­ca­jąc do tematu, ojciec Hanny był wiel­kim filan­tro­pem. -?Ber­nard obej­muje swoją żonę ramie­niem. -?Wspie­rał wiele orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych i wiele z nich prze­sta­łoby ist­nieć bez jego wspar­cia. A przy tym zawsze trzy­mał się w cie­niu. Naj­wyż­szy czas, żeby ludzie poznali jego zasługi, bo minęło już dwa­dzie­ścia lat.

-?Od czego? -?dopy­tuje ostroż­nie David.

Przy stole zapada cisza. Anita zamarła w poło­wie gestu, z kub­kiem grza­nego wina w dro­dze do ust. Wszy­scy patrzą na Hannę, a ona wpa­truje się we wła­sne kolana.

-?Od jego śmierci -?odpo­wiada po chwili. -?Od wypadku, w któ­rym zgi­nęła cała moja rodzina.

Trzynasty grudnia

Annie żałuje, że zabrała łyżwy. Jak za każ­dym razem, kiedy wybie­rają się na wycieczkę. Sie­dzi na zwa­lo­nym pniu i bez entu­zja­zmu wiąże sznu­ro­wa­dła. Po chwili pod­nosi wzrok i patrzy na swoją rodzinę. Mąż Oskar sie­dzi obok niej w cien­kiej pucho­wej kurtce i mruży oczy w jaskra­wym słońcu. Uśmie­cha się bar­dzo sze­roko i Annie zaczyna się mar­twić, że pęk­nie mu twarz. Jej pomysł na udany dzień spro­wa­dza się do deski serów i dobrego serialu na Net­flik­sie. I doprawdy nie wie, jak to się stało, że ma w rodzi­nie samych entu­zja­stów sportu.

W tym roku lód skuł Baggensfjärden wcze­śniej niż zwy­kle. A skoro tak, to prze­cież oczy­wi­ste, że trzeba jeź­dzić po zatoce na łyż­wach aż do zmierz­chu. W dodatku dziś nie­dziela, więc co stoi na prze­szko­dzie, by zerwać się z łóżka zaraz po wscho­dzie słońca? Przy­naj­mniej tak filo­zo­fuje jej mąż. Ich dwaj syno­wie też kochają aktyw­ność na świe­żym powie­trzu, cho­ciaż wciąż led­wie odróż­niają czubki łyżew od pięt. Oskar zało­żył je chłop­com, zanim zawią­zał swoje, i patrząc na niego, Annie musi przy­znać, że ten jego rado­sny uśmiech jest zaraź­liwy.

Dziś przy­pada Dzień Świę­tej Łucji, więc chłopcy uparli się, by wło­żyć tra­dy­cyjne białe alby, do tego Annie musiała przy­kleić do ich kasków papie­rowe spi­cza­ste cza­peczki ude­ko­ro­wane gwiazd­kami. Poszło jej cał­kiem nie­źle, choć uważa, że efekt wygląda idio­tycz­nie. Sama pry­snęła sobie we włosy lakie­rem z bro­ka­tem i to musi wystar­czyć.

-?Trzy­maj­cie się bli­sko brzegu, dopóki do was nie dołą­czymy! -?woła do synów, po czym wraca do sznu­ro­wa­nia łyżew i robi to jak naj­wol­niej.

Ow­szem, pogoda dopi­sała. Drzewa są opró­szone śnie­giem, który skrzy się milio­nami kolo­ro­wych iskier. Dalej na zatoce widać innych łyż­wia­rzy w gru­bych sza­li­kach i kolo­ro­wych czap­kach. Wielu z nich, w tym doro­słych, ma na sobie białe alby. Nie­któ­rzy trzy­mają się za ręce i Annie mogłaby przy­siąc, że wyczuwa w powie­trzu zapach bułe­czek sza­fra­no­wych i gorą­cej cze­ko­lady. Panuje wręcz nie­przy­zwo­ita sie­lanka.

-?Mamo! -?woła Egil. Star­szy, dwu­na­sto­letni syn odda­lił się od brzegu mimo zakazu rodzi­ców. -?Naje­cha­łem na jakiś dziwny kamień!

-?Świet­nie... -?wzdy­cha Oskar, który zdą­żył nieco spo­chmur­nieć. -?Wła­śnie zaostrzy­łem mu łyżwy...

Annie wstaje i rusza w stronę chłopca. Tym­cza­sem młod­szy syn, czte­ro­letni Eskil, pod­nosi się z czwo­ra­ków i za moment znów ląduje na pupie, by­naj­mniej nie ostatni raz tego dnia. Papie­rowa cza­peczka odcze­pia się od jego kasku.

Kamień, na który naje­chał Egil, ma ten sam kolor, co ota­cza­jąca go pokrywa z lodu, i wydaje się ide­al­nie okrą­gły. Wystaje na nie wię­cej niż dzie­sięć cen­ty­me­trów i ma podob­nej dłu­go­ści śred­nicę. Ale chło­piec ma rację. Jest w tym kamie­niu coś nie­zwy­kłego. Powleka go dziwna powłoka, która przy­wo­dzi na myśl... skórę. W pierw­szej chwili Annie wpada na pomysł, że to główka kapu­sty, bo warzywo robi się podob­nie szkli­ste, gdy się je usmaży. Ale łyżwa Egila prze­cięła powłokę i obna­żyła biały kamień ukryty pod spodem. Annie nie wie dla­czego, ale nagle robi jej się nie­swojo.

-?Pod­jedź do swo­jego brata -?naka­zuje chłopcu nie­pew­nym gło­sem. -?Pomóż mu przy­cze­pić cza­peczkę do kasku.

-?A tato nie może tego zro­bić? -?pyta Egil.

-?Jedź do niego. Już! -?powta­rza Annie.

Chło­piec wzdy­cha i rusza w stronę zwa­lo­nego pnia, do bra­ciszka i taty. Annie trąca czub­kiem łyżwy dziwny kamień. Zdziera skra­wek powłoczki i sły­szy cichy zgrzyt. Znów robi jej się nie­do­brze. Jest coraz bar­dziej prze­ko­nana, że to, na co patrzy, by­naj­mniej nie jest kamie­niem. Prze­cze­suje dło­nią włosy spry­skane bro­ka­tem i scho­dzi na klęczki, by się lepiej przyj­rzeć zna­le­zi­sku. Odgar­nia ręka­wiczką war­stwę zmro­żo­nego śniegu i dostrzega, że w isto­cie to, co wzięła za kamień, jest czub­kiem cze­goś więk­szego. Usuwa jesz­cze tro­chę bia­łego puchu i nagle wydaje krzyk prze­ra­że­nia.

-?Co się dzieje, kocha­nie?! -?woła Oskar.

Annie kręci głową. Sły­szy nie­po­kój w gło­sie męża, lecz nie ma odwagi mu odpo­wie­dzieć. Daje mu ręką znak, żeby nie pod­cho­dził. "Oddy­chaj" -?upo­mina się w myślach. "Spo­koj­nie oddy­chaj".

Pomy­liła się. Jasny kamień nie jest kamie­niem. A powłoka na nim nie tylko przy­wo­dzi na myśl skórę. To jest skóra.

Czternasty grudnia

David patrzy, jak Pär znika w tłu­mie, sla­lo­mu­jąc mię­dzy ludźmi w kie­runku oble­ga­nego baru. Kon­fe­ren­cja odbywa się w cen­trum kon­cer­to­wym i kon­fe­ren­cyj­nym Louis De Geer w Norrköpingu. Przy­je­chało na nią pra­wie pół­tora tysiąca pro­gra­mi­stów z całej Szwe­cji. Firma Davida odde­le­go­wała jego, Bjar­nego i Pära. I teraz, po dzie­się­ciu godzi­nach wykła­dów, uczest­nicy marzą tylko o tym, by zwil­żyć gar­dła i posłu­chać naj­go­ręt­szych bran­żo­wych plo­tek.

Po dra­ma­tycz­nych wyda­rze­niach w daw­nym domu Davida i jego mamy, które roze­grały się dwa mie­siące temu, był prze­ko­nany, że trudno mu będzie wró­cić do pracy. Oka­zało się jed­nak, że wła­śnie ona oka­zała się naj­lep­szą tera­pią. Bo kiedy David pisze kod, wszystko staje się czarno-białe. Coś albo działa, albo nie. Trzeba na bie­żąco wyszu­ki­wać błędy i wszystko widać gołym okiem. I nawet jeśli pro­gra­mo­wa­nie pro­wa­dzi cza­sem do nie­ocze­ki­wa­nego rezul­tatu, to i tak nic w porów­na­niu z cha­osem, jaki panuje w jego gło­wie. David zaczął odzy­ski­wać wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Choć więk­szość z nich to tylko frag­menty. I wciąż nie potrafi roz­strzy­gnąć, któ­rym z nich może zaufać, a któ­rym nie. W dodatku dalej nie umie opi­sać swo­jej rela­cji z matką. Do nie­dawna zakła­dał, że cierpi ona na zabu­rze­nia zdol­no­ści do odczu­wa­nia empa­tii i z tego powodu ni­gdy nie oka­zy­wała mu cie­płych uczuć. Ale tam, w ich daw­nym domu, nie­ocze­ki­wa­nie ujaw­niła inną twarz. A potem znowu znik­nęła.

Kiedy David pro­gra­muje, w jego gło­wie nie ma miej­sca na te wszyst­kie myśli. Bo jak­kol­wiek skom­pli­ko­wany czy zaplą­tany byłby kod, i tak zawsze będzie tylko tym, czym jest. Flo­rence żar­to­wała sobie z tej kon­fe­ren­cji, ale David naprawdę się cie­szy, że tu przy­je­chał.

Nie­ofi­cjalna część prze­nio­sła się do Pubu Bishops Arms -?szwedz­kiego odpo­wied­nika McDo­nalda, bo więk­szość uczest­ni­ków mieszka w Grand Hôtelu sąsia­du­ją­cym z cen­trum kon­fe­ren­cyj­nym. Kiedy David wszedł do baru, od razu pomy­ślał, że rzadko wystrój jakie­goś miej­sca -?w tym wypadku pseu­do­bry­tyj­ski, z wykoń­cze­niem z ciem­nego drewna -?tak bar­dzo gry­zie się z klien­telą. Wszy­scy tu mają na sobie pod­ko­szulki z hasłami i żar­tami zro­zu­mia­łymi wyłącz­nie dla tych, któ­rzy znają dany język pro­gra­mo­wa­nia albo ubrali się w jasne pasia­ste koszule z sie­ciówki MQ, a do tego wło­żyli obo­wiąz­kowe oku­lary w dru­cia­nych opraw­kach. Wygląda na to, że owa klien­tela dzieli się rów­nież na dwa wyraźne pod­typy -?ten, który, jak David, spę­dza sporo czasu na siłowni, oraz ten, który inwe­stuje czas w pie­lę­gno­wa­nie piw­nego brzu­cha. I nawet gdyby więk­szość tych ludzi nie miała na szyi smy­czy z kon­fe­ren­cyj­nym iden­ty­fi­ka­to­rem, każdy by się zorien­to­wał, że lokal został prze­jęty przez ner­dów.

Dla Davida to sami swoi. I jest z tego dumny.

Zerka na zega­rek, a potem roz­pro­sto­wuje plecy. Kręgi pro­te­stują w reak­cji na ten nie­czuły ruch. Jezu, naprawdę już kwa­drans po ósmej? Ostat­nia pre­lek­cja miała się skoń­czyć o wpół do szó­stej. Kto powie­dział, że ludzie z branży IT to mało­mówni intro­wer­tycy nie­na­wi­dzący wystę­po­wać na sce­nie?

-?No i co myśli­cie o Manu­elu Riddersjö? -?pyta Pär, który wła­śnie wró­cił z baru z trzema butel­kami piwa i miseczką cze­goś, co przy ogrom­nej dawce dobrej woli można by nazwać mini­ka­ba­no­sami. Sta­wia piwo na sto­liku przed Davi­dem i Bjar­nem, po czym sięga do naczy­nia i wkłada sobie kieł­ba­skę do ust. Bjarne ma na sobie pod­ko­szu­lek z logo zespołu Run DMC prze­ro­bio­nym na RUN CMD. David uśmie­cha się i kręci głową.

-?Osią­gnął nie­zły suk­ces, co nie? -?mówi dalej Pär. -?Wie­dzia­łem, że zaczął jako bar­dzo młody chło­pak, ale jego histo­ria i tak zwala z nóg.

Manuel Riddersjö to praw­dziwa legenda -?nie tylko wielki biz­nes­men, ale rów­nież wizjo­ner w branży IT. Był nasto­lat­kiem, kiedy stwo­rzył swoją pierw­szą grę, a działo się to aku­rat w cza­sach, kiedy na rynek wcho­dziła gra­fika 3D, i pod­czas gdy jego kon­ku­renci sku­piali się na mode­lo­wa­niu poli­go­nal­nym i two­rze­niu trój­wy­mia­ro­wych świa­tów, Manuel poszedł w prze­ciwną stronę. Nadał swo­jej grze nazwę Dom i opie­rała się ona przede wszyst­kim na przy­go­dzie tek­sto­wej. Innymi słowy, nikomu nie­znany Szwed stwo­rzył coś na pod­sta­wie prze­sta­rza­łej tech­no­lo­gii. To nie miało prawa się udać. Ale gra została prze­tłu­ma­czona na wszyst­kie wiel­kie języki i sprze­dała się w milio­nach egzem­pla­rzy. A ponie­waż Manuel stwo­rzył Dom w poje­dynkę, nie­mal z dnia na dzień został milio­ne­rem. I to wszystko przed dwu­dziestką. David mógłby się zało­żyć, że wielu uczest­ni­ków tego­rocz­nej kon­fe­ren­cji Next­Tech wybrało sobie ten zawód wła­śnie dzięki Manu­elowi.

Pod­czas pre­lek­cji Riddersjö wyja­śnił, że jego wizja zwią­zana z Domem spro­wa­dzała się do tego, by móc "kon­tro­lo­wać dys­try­bu­cję pew­nej nar­ra­cji". Cokol­wiek to miało zna­czyć. I jak zwy­kle, Manuel miał na sobie rzu­ca­jący się w oczy strój -?białą mary­narkę ozdo­bioną set­kami migo­czą­cych krysz­tał­ków, naszy­tych tak, jakby wylano je z wia­derka na ramiona, a one ście­kły na pierś.

Kiedy go słu­chali, Pär poka­zał w któ­rejś chwili na łysego męż­czy­znę sto­ją­cego w pół­cie­niu z boku sceny. Ubrany w ciem­no­szary gar­ni­tur, czarny kra­wat i oku­lary prze­ciw­sło­neczne, sta­no­wił istne prze­ci­wień­stwo barw­nego Manu­ela. Pär wyja­śnił kole­gom, że to Pas­cal, mąż Riddersjö. Są parą, odkąd Manuel zaczął pisać swoją grę, ale tak naprawdę Pas­cal wciąż pozo­staje jedną wielką zagadką.

-?Zgoda, zdolny z niego czło­wiek -?przy­znaje Bjarne, się­ga­jąc po butelkę piwa. -?Ale nie jestem pewien, czy świat potrze­bo­wał cze­goś takiego jak Sho­utOut.

-?Gdyby nie on go stwo­rzył, prę­dzej czy póź­niej zro­biłby to ktoś inny - odpo­wiada Pär i pakuje do ust następną kieł­ba­skę. -?On po pro­stu zawsze jest kilka kro­ków przed innymi.

Sho­utOut był dru­gim dziec­kiem Riddersjö. Świeżo upie­czony milio­ner wyko­rzy­stał część pie­nię­dzy na zało­że­nie forum inter­ne­to­wego. Miał wtedy dwa­dzie­ścia dwa lata.

Naj­waż­niej­sza zasada forum spro­wa­dzała się do tego, że ci, któ­rzy z niego korzy­stają, pono­szą pełną odpo­wie­dzial­ność za zamiesz­czane przez sie­bie tre­ści. I tak to dzia­łało przez jakiś czas -?forum prędko zaro­iło się od teo­rii spi­sko­wych, plo­tek i hejtu. Póź­niej poja­wił się Fla­sh­back, sko­pio­wał pomysł i osta­tecz­nie to on zyskał więk­szą popu­lar­ność. Mimo to Sho­utOut wciąż cie­szy się dużym zain­te­re­so­wa­niem i w pew­nym sen­sie panuje na nim więk­sza swo­boda wypo­wie­dzi niż na Fla­sh­backu.

-?Bo naj­ge­nial­niej­szym posu­nię­ciem Manu­ela nie było wcale samo forum -?cią­gnie Pär -?tylko fakt, że komen­to­wa­nie jest płatne, a samo czy­ta­nie już nie.

David też słu­chał pre­lek­cji Riddersjö, ale nie był aż tak zachwy­cony jak kolega.

-?Czyli wszy­scy mogą patrzeć, jak ktoś cię ata­kuje, ale jeśli chcesz odpo­wie­dzieć, musisz wysko­czyć z kasy -?pod­su­mo­wuje. -?To demo­kra­cja w naj­cy­nicz­niej­szym wyda­niu.

-?Myślałby kto, że taki z cie­bie ide­ali­sta! -?Pär się śmieje. -? Po pro­stu mu zazdro­ścisz, bo nie stać cię na takie dro­gie ciu­chy.

Kiedy Manuel Riddersjö doro­bił się wiel­kich pie­nię­dzy, stwo­rzył wła­sne impe­rium medialne. Obec­nie ogra­ni­czało się ono do współ­fi­nan­so­wa­nia dwóch komer­cyj­nych sta­cji tele­wi­zyj­nych oraz pro­wa­dze­nia wydaw­nic­twa publi­ku­ją­cego kilka cza­so­pism. Sam przy­znał pod­czas wykładu, że słowo dru­ko­wane nie jest dziś naj­lep­szą formą zarobku, ale nie można pozwo­lić, by co ambit­niej­sza kul­tura i poli­tyka uto­nęły w komer­cyj­nym wrza­sku.

-?O wilku mowa... -?wtrąca Bjarne, poka­zu­jąc ski­nie­niem głowy na drzwi.

W progu stoi Manuel Riddersjö we wła­snej oso­bie. Wciąż ma na sobie tę samą krzy­kliwą mary­narkę, a na twa­rzy ten sam uśmiech wyra­ża­jący pyta­nie: Gdzie się podziały kamery? Pas­cal stoi za nim, jak zwy­kle w cie­niu. W lokalu zapada cisza. Wszyst­kie spoj­rze­nia spo­czy­wają na zna­nym przed­się­biorcy. Davi­dowi prze­myka przez myśl, że wcale by się nie zdzi­wił, gdyby pia­ni­sta w kącie też nagle prze­stał grać. Bo to tego typu wej­ście.

Manuel omiata wzro­kiem tłum i ma przy tym taką minę, jakby nie zauwa­żył wra­że­nia, jakie robi na zebra­nych. Kiedy dociera spoj­rze­niem do sto­lika Davida, ten mógłby przy­siąc, że Riddersjö leciutko drgnął i zatrzy­mał na nim wzrok odro­binę dłu­żej. Ale wcale go to nie dziwi, bo pod­czas pre­lek­cji zadał Manu­elowi pyta­nie, czy zde­cy­do­wał się na wej­ście do biz­nesu medial­nego po to, by móc "kon­tro­lo­wać dys­try­bu­cję pew­nej nar­ra­cji". Riddersjö udzie­lił mu wyuczo­nej odpo­wie­dzi.

Moment prze­mija. Manuel toczy wzro­kiem dalej, a jego twarz przez cały czas wyraża tę samą pew­ność sie­bie. I za chwilę, jakby za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, tłum w barze wraca do prze­rwa­nych roz­mów.

-?Nie patrz­cie w tamtą stronę, ale on idzie pro­sto do nas -?mam­ro­cze Bjarne.

Pas­cal prze­suwa dło­nią po łysej gło­wie i rusza do baru, ale Manuel rze­czy­wi­ście kie­ruje się do ich sto­lika.

-?Cześć! -?rzuca, wycią­ga­jąc rękę do Davida.

Pär krztusi się kieł­ba­ską.

-?Dzięki za pyta­nie, które zada­łeś pod­czas mojego wystą­pie­nia -?mówi Riddersjö, pre­zen­tu­jąc gar­ni­tur śnież­no­bia­łych zębów. -?Nie każdy ma odwagę o to pytać. Ale cie­szę się, że to zro­bi­łeś, bo mia­łem szansę się do tego usto­sun­ko­wać.

-?Prze­pra­szam, jeśli moje pyta­nie zabrzmiało jak próba posta­wie­nia cię pod ścianą -?odpo­wiada David. -?Ale nasu­nęło mi się jako coś oczy­wi­stego.

Pär ma taką minę, jakby miał ochotę zapaść się pod zie­mię.

-?No wła­śnie! -?wykrzy­kuje Manuel i uśmie­cha się jesz­cze sze­rzej. -?Masz na imię David, dobrze zapa­mię­ta­łem?

David zerka w dół na swój iden­ty­fi­ka­tor. Riddersjö przy­mruża powieki, jakby cze­kał na reak­cję. Pod­szedł do nich nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia sekund temu i wypo­wie­dział same miłe słowa pod adre­sem Davida, lecz mimo to David nie może oprzeć się wra­że­niu, że ten młody rekin biz­nesu pró­buje go wyba­dać. Manuel mil­czy jesz­cze przez kilka sekund, po czym wyj­muje z kie­szeni wizy­tówkę i podaje ją Davi­dowi. Zerka w stronę baru, ale Pas­cal dla odmiany stoi zwró­cony ple­cami do niego.

-?Dzwoń do mnie śmiało, jeśli będziesz miał jakąś sprawę -?rzuca pół­gło­sem do Davida.

Davi­dowi na moment odbiera mowę, więc tylko przy­ta­kuje.

-?Was też miło było poznać -?dodaje Manuel, spo­glą­da­jąc na Pära i Bjar­nego.

Pär ujmuje dłoń przed­się­biorcy z takim wyra­zem twa­rzy, jakby zaraz miał się roz­paść na atomy.

W końcu Manuel się odwraca i odcho­dzi, żeby dołą­czyć do Pas­cala.

-?Mogę zoba­czyć? -?pyta Pär i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyciąga wizy­tówkę z ręki Davida.

Stu­diuje ją przez chwilę i waży na pal­cach.

-?Nie sądzi­łem, że w dzi­siej­szych cza­sach wciąż używa się wizy­tó­wek - mówi. -?Ale może tak trzeba, kiedy się wej­dzie na odpo­wied­nio wysoki poziom. Na tej jest przy­naj­mniej kod QR.

-?Fan­boy prze­mó­wił... -?rzuca David.

Odbiera kar­to­nik i chowa go do kie­szeni mary­narki wiszą­cej na opar­ciu krze­sła.

-?Czy mi się wyda­wało, czy wielki Manuel Riddersjö wła­śnie pró­bo­wał cię pode­rwać? -?pyta Bjarne, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha.

-?Nie mam poję­cia -?odpo­wiada David.

Marsz­czy czoło.

Wciąż mu się wydaje, że Manuel chciał mu coś powie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał, uznaw­szy, że nie jest to prze­zna­czone dla postron­nych uszu. Choć to nie­do­rzeczny pomysł, bo David spo­tkał go dziś pierw­szy raz. Ale mimo wszystko... Zerka kątem oka za plecy Pära. Manuel stoi przy barze oto­czony wia­nusz­kiem pro­gra­mi­stów i na nowo odpa­lił swój uśmiech za milion dola­rów. Za to Pas­cal patrzy w inną stronę. I choć wciąż ma na nosie oku­lary prze­ciw­sło­neczne, David mógłby przy­siąc, że świ­druje wzro­kiem wła­śnie jego.

Flo­rence bie­rze głę­boki wdech i otwiera drzwi do Restau­ra­cji Gon­do­len. Przy­szła dwie minuty przed cza­sem usta­lo­nym z Mar­ku­sem Str?hlem. Ale jeśli się nie zmie­nił, sie­dzi przy sto­liku co naj­mniej od dzie­się­ciu minut. "Wylu­zo­wany" -?to słowo, któ­rego ni­gdy by nie użyła, opi­su­jąc swo­jego daw­nego men­tora. Ale był jed­nym z naj­lep­szych praw­ni­ków w kraju. I wła­ści­wie cią­gle nim jest, choć obec­nie nie pra­cuje już tyle co daw­niej.

Flo­rence odby­wała prak­tyki w jego kan­ce­la­rii, kiedy miała dwa­dzie­ścia jeden lat, i Str?hle, uwa­żany za postrach wszyst­kich mło­dych adep­tów prawa, nie­mal od razu wziął ją pod swoje skrzy­dła. Nie tylko został jej men­to­rem, ale też zro­dziła się mię­dzy nimi przy­jaźń. Ponie­waż jed­nak branża, którą sobie wybrali, nie pozo­sta­wia wiele czasu na życie pry­watne, w ostat­nich latach pra­wie się nie widy­wali. Ale utrzy­my­wali kon­takt. Kiedy więc Mar­kus nagle zadzwo­nił i popro­sił ją o spo­tka­nie, Flo­rence uznała to za ważne wyda­rze­nie. I teraz, scho­dząc po schod­kach do sali restau­ra­cyj­nej, czuje, jakby znów była dwu­dzie­sto­latką.

-?Weź się w garść! -?upo­mina samą sie­bie w dro­dze do szatni. -? Jesteś już doro­sła!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki