Ukryte między wierszami - Żurnalista Żurnalista, Julia Kohman

Kup ebooka

43.99 zł
32.99 zł (29,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

***

Dzień do­bry, K.,

ładne to o ma­mie. Ża­łuję, że jej nie po­zna­łam; mam wra­że­nie, że dzięki temu mo­gła­bym jesz­cze le­piej po­znać Cie­bie. Za­wsze za tym Twoim cy­ni­zmem i bła­zno­wa­niem wi­dzia­łam - i wi­dzę na­dal - wraż­li­wego, za bar­dzo jak na te czasy, za­gu­bio­nego fa­ceta. Mo­żesz to ukry­wać przed in­nymi, ma­sko­wać zgrab­nymi ri­po­stami, ale znam Cię zbyt do­brze. Ko­cham Twoje po­czu­cie hu­moru, ale chyba za­wsze jesz­cze bar­dziej ko­cha­łam tego go­ścia, któ­rego cho­wasz za dow­ci­pem. Może dla­tego, że to ten pierw­szy pie­przy te wszyst­kie ko­biety.

Ja też umie­ra­łam tam­tego dnia. Ina­czej za­pewne niż Ty, ale wie­dzia­łam, że po­peł­niam naj­więk­szy błąd mo­jego ży­cia. Tylko nie mia­łam po­ję­cia, jak zro­bić krok wstecz. Wma­wia­łam so­bie, że po­stę­puję doj­rzale. Ślub z do­brze za­po­wia­da­ją­cym się le­ka­rzem w teo­rii wy­da­wał się świet­nym po­my­słem. Na­wet na­sze ro­dziny do­sko­nale się znały, na­sze matki same za­pla­no­wały wła­ści­wie całe we­sele... a po­tem na­sze ży­cie. I co, mia­łam na­gle po­wie­dzieć, że nie dam rady? Że to nie jest ży­cie, któ­rego pra­gnę? Wiesz, jaka jest moja mama, trudno jej się sprze­ci­wić. Chyba tylko Ty to umia­łeś, za co Cię ser­decz­nie nie cier­piała.

Pa­mię­tasz, jak mi się oświad­czył? Tan­deta z ko­la­cją na plaży. Po­pły­nęły mi wtedy z oczu łzy. Oczy­wi­ście Szy­mon wziął je za wzru­sze­nie. A mnie bo­lało w środku wszystko, wie­dzia­łam, że to nasz ko­niec, mój z Tobą. Taki na do­bre. Że ta furtka za­trza­śnie się już na za­wsze. Nie by­li­śmy ra­zem od kilku lat, ale lu­bi­łam my­śleć, że to chwi­lowe, że w końcu na sie­bie znowu tra­fimy, tak jak za­wsze. No i oczy­wi­ście tra­fi­łam do Two­jego miesz­ka­nia od razu po po­wro­cie. Szłam do Cie­bie z moc­nym po­sta­no­wie­niem, że po pro­stu po­wiem Ci, że wy­pada za­mknąć to, co nie­do­po­wie­dziane mię­dzy nami, co trwało już tyle lat. Na­prawdę nie pla­no­wa­łam skoń­czyć w Twoim łóżku, ale jak za­wsze na Twój wi­dok zmię­kły mi ko­lana. Nie wiem, co mnie tak w To­bie po­ciąga. Gdy je­stem da­leko, po­tra­fię nad wszyst­kim pa­no­wać, gdy po­ja­wiasz się przy mnie, prze­staję być tą kon­tro­lu­jącą wszystko osobą. Wy­star­czy, że de­li­kat­nie mu­śniesz moją dłoń, a nie je­stem w sta­nie już my­śleć o ni­czym in­nym jak o tym, że­byś mnie ro­ze­brał. Zresztą tam­ten seks z po­czu­ciem winy i tak był lep­szy niż z kim­kol­wiek in­nym. Ko­cha­li­śmy się, za­sy­pia­li­śmy, słu­cha­li­śmy smut­nych płyt i znowu się ko­cha­li­śmy. W za­sa­dzie za­mie­ni­li­śmy może kilka słów, a by­li­śmy tak bli­sko, jak tylko się da być z dru­gim czło­wie­kiem. A jed­no­cze­śnie tak da­leko jak ni­gdy wcze­śniej. Chcia­łam wie­rzyć, że wszystko ro­zu­miesz, że ni­czego nie trzeba tłu­ma­czyć. Wy­szłam nad ra­nem, pa­trzy­łam jesz­cze chwilę, jak śpisz. Chyba li­czy­łam, że się obu­dzisz, że może mnie za­trzy­masz. Po­wiesz coś, co wszystko zmieni. Wy­szłam po ci­chu.

Nie przy­sze­dłeś na ślub. Cho­ciaż to wła­śnie Cie­bie spo­śród dwu­stu pięć­dzie­się­ciu go­ści wy­pa­try­wa­łam naj­bar­dziej. Tylko Cie­bie chcia­łam zo­ba­czyć. Nie wiem, może jako dziew­czynki na­oglą­da­ły­śmy się za dużo Di­sne­jow­skich ba­jek. Gdzieś w środku ma­rzy­łam, że po­jawi się książę, który za­bie­rze mnie do swo­jego zamku. Dla­tego gdy wczo­raj na­pi­sa­łeś, że nie chcia­łeś mie­szać mi wtedy w gło­wie, coś we mnie pę­kło. Otwo­rzy­łam bu­telkę wina i ry­cząc, wy­pi­łam ją do dna. Może wszystko mo­gło wy­glą­dać dzi­siaj ina­czej?

Ude­rza­jące jest to, że na­dal czuję za­zdrość, gdy tylko po­jawi się w Two­jej hi­sto­rii ja­kaś ko­bieta. Wiem, od dawna nie mam do niej prawa. Po pro­stu chcia­ła­bym wie­rzyć, że na ko­niec dnia to za­wsze by­łam i je­stem tylko ja. Ale pisz o nich da­lej, nie chcę, że­byś cen­zu­ro­wał co­kol­wiek. Bądźmy w tych ma­ilach naj­praw­dziw­szymi wer­sjami nas.

Wiesz prze­cież, że Twoja praca jest ważna wła­śnie dla­tego, że nie idziesz na kom­pro­misy, że szu­kasz prawdy na­wet wtedy, gdy jest nie­wy­godna. Po­trzeba nam ta­kich lu­dzi jak ni­gdy wcze­śniej, nie pod­da­waj się. Los bun­tow­nika za­wsze jest trudny, ale prze­cież nie po­tra­fisz ina­czej.

Dzi­siaj mam spo­tka­nie z wy­dawcą, który chce ku­pić prawa do trzech ksią­żek na­szych au­to­rów. Je­śli to wy­pali, czeka mnie tu pew­nie jesz­cze co naj­mniej kilka ty­go­dni pracy.

Trzy­maj za mnie kciuki,

H.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

***

Ha­niu,

za­cznę od końca. Że niby kto kogo po­de­rwał?!

Matka, za­nim ode­szła, po­dzie­liła się czymś ze mną. Mó­wiła, że choć oj­ciec my­ślał, że "tylko" pie­cze cia­sta, to ona trzy­mała stery ich ży­cia. Tyle że tak, by wie­rzył, że de­cy­zje na­leżą do niego. Lu­biła two­rzyć tę ilu­zję spraw­czo­ści. Lu­biła w so­bie to, że po­ciąga za sznurki, nie po­trze­bu­jąc uzna­nia.

Ja też to lu­bię.

Na­pi­sa­łaś o wy­jeź­dzie, żeby uciec i rów­no­cze­śnie się od­na­leźć. Po­słu­cha­łem wtedy utworu pew­nego po­etyc­kiego ra­pera. Re­fren wciąż dudni mi w gło­wie:

Po raz ko­lejny wy­jeż­dżam, bo choć to mia­sto

Ma mi­lion ulic, mi jest wciąż w nim cia­sno

Jadę, żeby nie pa­trzeć już w oczy ni­komu

Kogo znam, bo jest w nich pu­sto jak w moim domu[1].

Iro­nia, prawda? Pustką po­winno być ła­twiej za­rzą­dzać niż ży­ciem z drugą osobą, a ja na­wet z pustką so­bie nie ra­dzę. Za­py­cham ją książ­kami w sa­lo­nie, ro­man­sami w sy­pialni. Kiedy wy­cho­dzi­łaś za Szy­mona, po raz pierw­szy po­czu­łem, że umie­ram. I na­wet umrzeć nie mo­głem do końca. Ni­gdy Ci tego nie mó­wi­łem. Nie chcia­łem mie­szać Ci w gło­wie.

Pa­mię­tam każdą Twoją roz­terkę po ślu­bie. Każde Twoje "ale" trak­to­wa­łem jak na­dzieję. Za­wsze mia­łem prze­czu­cie, że "my" nie za­leży od tego, czy ja się zmie­nię, ale czy Ty zde­cy­du­jesz, że chcesz mnie ta­kim, jaki je­stem. Tro­chę dup­kiem. Tro­chę flir­cia­rzem. I tro­chę kimś, kogo kie­dyś ko­cha­łaś.

A te­raz? Mam kaca po wczo­raj. Dzi­siaj rano ro­bi­li­śmy po­ranne wy­da­nie wia­do­mo­ści. Brzy­dzi mnie ta praca - wy­bie­ramy, co po­wie­dzieć, a co prze­mil­czeć, bo in­te­res wła­ści­ciela jest waż­niej­szy od prawdy. Może dla­tego słu­cham mu­zyki, któ­rej nikt nie chce. Prawdy też nikt nie chce. Mnie chcą wszyst­kie - bo wy­daję się taki nie­praw­dziwy.

Nie wiem, jak pach­nie Nowy Jork. Je­śli To­bie się po­doba, pew­nie i mnie by się spodo­bał. Znam go tylko z ksią­żek i okła­dek płyt. Cza­sami ża­łuję, że całe ży­cie go­ni­łem za czymś więk­szym niż to, co mieli moi ro­dzice. Ko­niec koń­ców mieli wię­cej ży­cia, niż ja mam te­raz. Za­ro­bi­łem tylko pie­nią­dze. Wy­daję je w skle­pie z wi­ny­lami, dla­czego? Bo mi­jam ten sklep po dro­dze do pracy. Obok jest sklep z wi­nami. Cza­sem my­ślę, że po­winni zro­bić dla mnie spe­cjalną pro­mo­cję - do sła­bej płyty dwa wina gra­tis. Może wtedy płyta by­łaby lep­sza. (śmiech)

A skoro mowa o za­pa­chach, to moje miesz­ka­nie śmier­dzi spa­le­ni­zną. Ostat­nio, kiedy roz­bie­ra­łem jedną z ko­biet, jej bie­li­zna wy­lą­do­wała na świeczce. Naj­pierw po­czu­łem smród, po­tem wodę. Po­cząt­kowo my­śla­łem, że to ona try­ska, ale to tylko zra­sza­cze prze­ciw­po­ża­rowe.

Do­brego dnia w No­wym Jorku, Ha­niu.