Ukryte na dnie - Danuta Chlupowa

Reflow text when sidebars are open.
Spod przymkniętych powiek spoglądam na jezioro. Skupiam się na tańcu promieni słonecznych na jego tafli. Matka powiedziała mi kiedyś, że jeżeli wystarczająco mocno się skoncentruję i odpowiednio wytężę wzrok, przeniknę nim głębię i dojrzę pod wodą przeszłość. Zawsze wydawało mi się to pozbawione sensu, ale dziś jezioro w jakiś szczególny sposób mnie przyciąga.
Opalamy się z bratem w pobliżu domu, na trawie porastającej brzeg sztucznego rozlewiska. Czuję się trochę jak na prywatnej plaży. Radek zdjął koszulkę. Jego gęsto owłosiona pierś regularnie się unosi i opada. Oddycha powoli, odpoczywa.
Pamiętam, że ojciec również miał gęste owłosienie. Młodszy brat jest do niego podobny, nie tylko fizycznie, ale i pod względem usposobienia. Starszy więcej cech odziedziczył po matce. Tak samo jak ona nachylał głowę, kiedy kogoś uważnie słuchał, tak samo się uśmiechał i marszczył czoło. Lecz przede wszystkim miał jej spojrzenie: ciemne i głębokie. Jeszcze rok temu, gdy patrzyłam na mamę, widziałam w niej Romana. Teraz jej oczy są inne, coraz częściej pojawia się w nich pustka. Już nie przypominają oczu Romka. Żal ściska mi gardło, gdy zdaję sobie sprawę, że za kilka dni upłyną dwie dekady od jego odejścia.
Staram się nie myśleć na razie o zmianach w wyglądzie i zachowaniu mamy. Odnoszę wrażenie, że Radek nie dostrzega ich tak wyraźnie jak ja. Pewnie dlatego, że widuje ją codziennie, podczas gdy ja przyjeżdżam w rodzinne strony średnio raz na kwartał. Ale teraz będzie inaczej, spędzę tu całe lato.
- Jarkowi nie przeszkadza, że przez całe wakacje będzie w firmie sam?
Uśmiecham się z rozbawieniem, wciąż nie otwierając oczu.
- Czasy się zmieniły, braciszku. To już nie koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy we dwoje prowadziliśmy firmę i harowaliśmy od świtu do nocy. Dzisiaj mamy trzech pracowników.
- No tak, jesteście teraz bogaci - żartuje Radek.
- Przede wszystkim bardziej sobie cenimy wolny czas. Tak jak dzisiejsze młode pokolenie. Nie zauważyłeś, że pracoholizm wyszedł z mody? Jarek nie będzie harował przez całe lato. Zresztą pomaga mu Katka. A za tydzień oboje tu przyjadą. Na spotkanie rocznicowe.
Nie precyzuję, którą rocznicę mam na myśli. Z moich słów nie wynika nawet, czy chodzi tylko o jedną, czy obie.
- Nie ma go z nami już dwadzieścia lat. Taki szmat czasu. - Radek kręci głową. - Zdajesz sobie sprawę, że oboje wyprzedziliśmy już Romana?
- Tak, właśnie niedawno o tym pomyślałam.
Za każdym razem czuję mieszankę zdziwienia i żalu, gdy dociera do mnie, że mój starszy brat na zawsze pozostanie trzydziestotrzylatkiem, tymczasem ja w kwietniu obchodziłam pięćdziesiąte urodziny. Nawet Radkowi, najmłodszemu z nas trojga, niewiele do nich brakuje.
- Z babcią lepiej nie rozmawiaj o Romku. Wydaje mi się, że ostatnimi czasy zanadto pogrąża się we wspomnieniach. Źle to na nią wpływa - prosi brat.
Dawniej się krzywiłam, gdy matkę nazywał babcią, lecz tym razem go nie poprawiam. Muszę w duchu przyznać, że to określenie bardziej do niej pasuje. Mama jest w moim odczuciu kobietą, która potrafi mi doradzić w każdej sytuacji, zawsze mnie wspiera i ma pod ręką te wszystkie praktyczne drobiazgi, o których ja nawet po pięćdziesiątce zapominam: nawilżane chusteczki, plaster, pojedynczo zapakowane w bibułkę wykałaczki.
Niestety sytuacja się odwróciła - teraz ja mam być wsparciem i opiekunką, ponieważ moja mama się starzeje.
***
Przewracam się z boku na bok, próbuję jeszcze zasnąć, lecz coś mi w tym przeszkadza. Jakiś dziwny, płaczliwy dźwięk. Gwałtownie siadam na łóżku, serce bije mi mocniej niż przed chwilą. Potrzebuję kilku sekund, żeby sobie uświadomić, że nie jestem w Brnie. Tam kiedyś budził mnie płacz córki, gdy miewała senne koszmary. Łatwo mogłam temu zaradzić - brałam ją do naszego łóżka i ona spokojnie zasypiała. Ale to było dawno. Katka ma już osiemnaście lat. Byłam wówczas młoda i przekonana, że kiedy dziecko wyrośnie z płaczu, okresu buntu i lęków, bezsenne noce definitywnie się skończą. No cóż, byłam naiwna.
Po kilku latach wróciły, choć przyczyna była inna. Nasza hurtownia pasmanteryjna dwa razy w ciągu paru lat stanęła na krawędzi bankructwa. Na szczęście za każdym razem udawało nam się uratować firmę i w kolejnych latach odrobić straty. Od tego czasu śpię spokojnie. Teraz kiełkuje we mnie podejrzenie, że moje życie wróci jak bumerang do okresu dziecięcych koszmarów córki. Z tą różnicą, że starzejącej się matki nie wezmę do swojego łóżka.
Płaczliwe dźwięki się powtarzają. Sięgam po komórkę, okazuje się, że jest dopiero czwarta trzydzieści. Niechętnie wstaję. Narzucam szlafrok, ponieważ wydaje mi się, że jest chłodno, lecz chwilę później go zdejmuję, czując uderzenie gorąca. Jakby nie dość było tego, że moja matka się starzeje, ja też już zaczynam. Pocieszam się, że ona wyprzedza mnie o całe pokolenie.
Mama siedzi przy kuchennym stole w flanelowej koszuli nocnej z długim rękawem. Wieczorem starałam się ją przekonać do założenia czegoś lżejszego, lecz ona się uparła. Teraz cała się trzęsie, choć pewnie bardziej ze zdenerwowania niż z zimna. Twarz ma ukrytą w dłoniach. Płacze. Z jej szlochu z trudem wyławiam powtarzające się słowa. Nie jestem pewna, czy dobrze je rozumiem.
- Dlaczego... ja go... utopiłam?
Głos jej się załamuje. Powoli do niej podchodzę, siadam obok na krześle i głaszczę ją po plecach. Co ta mama wygaduje?! Zaczynam panikować. "Zachowaj spokój" - besztam się w duchu, każdemu czasem przyśni się coś strasznego.
- Co się stało, mamo? Dlaczego nie śpisz? - pytam z nadzieją, że mój głos wyrwie ją z jakiejś alternatywnej czasoprzestrzeni, w której się pogrążyła. Udaje mi się to dopiero wtedy, gdy powtarzam pytanie głośniej. Jej słuch także się pogorszył. A może po prostu mój głos z trudem przenika przez ścianę, za którą ona teraz tkwi.
Zsuwa dłonie z twarzy, spogląda na mnie z przestrachem. Po jej policzku powoli spływa łza. Zatrzymuje się w głębszej zmarszczce. Przypomina miniaturową kałużę na wyboistej drodze. Przez moment mam wrażenie, że matka mnie nie poznaje, lecz na szczęście zwraca się do mnie po imieniu:
- A dlaczego ty nie śpisz, Ilonko?
- Obudziłaś mnie, mamo. Co takiego się stało, że płakałaś?
- Nie chciałam, żeby on został na dnie.
A więc chodzi o Romana.
- Nie został, mamusiu. - Ściskam jej rękę. - Znaleźli go przecież, sprowadziliśmy go do Cierlicka i pogrzebaliśmy tutaj. Chodzisz mu przecież zapalać na grób znicze, sadzisz tam bratki.
Matka wygląda na zdezorientowaną.
- Masz na myśli grób Romka? - Brzmi to tak, jakby w grę wchodziła inna opcja.
- Oczywiście. Kogo innego? - pytam poirytowana. Nie potrafię się opanować. Chciałabym teraz spojrzeć matce w oczy, wyczytać w nich jakąś wskazówkę, lecz ona utkwiła wzrok w swoich dłoniach splecionych na podołku.
- Kogo innego? - powtarza po mnie pytanie. - Romka, oczywiście...
Ciężko podnosi się z krzesła i utykając, bo od dłuższego czasu dokucza jej biodro, podchodzi do kuchennych szafek i sięga na półkę po papierowe chusteczki. Osusza kałużę na policzku. Podchodzę do niej, obejmuję ją ramieniem.
- Już wszystko w porządku? - pytam z nadzieją.
Tak bardzo bym chciała, żeby jej stan się nie pogarszał. Ma dopiero siedemdziesiąt trzy lata. Czy to nie za wcześnie na demencję? Chciałabym się nią jeszcze nacieszyć. Staram się nie myśleć o tym, jak mało wspólnego czasu nam zostaje. A przynajmniej tego świadomego.
- Chyba tak - odpowiada bez przekonania. A potem zaskakująco rzeczowo proponuje: - Skoro wstałyśmy, to może zróbmy sobie śniadanie. Co ty na to?
Napięcie opada. Czuję, jak rozluźniają mi się szyja i barki. Już mi nie przeszkadza, że musiałam budzić się o tak nieludzkiej porze. Jest przecież lato, dzień wcześnie wstaje. Słońce wschodzi koło czwartej. Choć dziś nie jestem pewna, czy w ogóle się go doczekamy. Przez szparę w żaluzjach wyglądam do ogrodu. Niebo pokrywają stalowe chmury, mży. Droga biegnąca obok domu i urywająca się na brzegu jeziora jest mokra.
Uruchamiam ekspres do kawy i po chwili w kuchni unosi się aromatyczny zapach. Z przyjemnością wciągam go nosem, nastrój automatycznie mi się poprawia.
- Radek jeszcze śpi? - pyta matka.
- Nie ma go. Jest niedziela. Wczoraj pojechał do dzieci, chciał je zabrać na weekend w góry. Jest jego tydzień - wyjaśniam i czekam z napięciem, czy matka zrozumie, o czym mówię. - Oby mieli lepszą pogodę niż my tutaj.
Mama mruczy coś pod nosem. Dopiero podczas śniadania, kładąc na kanapce plaster szynki, mówi zawiedzionym głosem:
- Tęsknię do Sabinki i Deniska. Od jego rozwodu rzadko wnuki widuję. Mógłby je tu kiedyś przywieźć.
- Na pewno przywiezie - uspokajam ją.
Nim zdążę się ucieszyć, że pamięta imiona wnuków, słyszę:
- Do której klasy pójdzie Denisek po wakacjach? Do czwartej czy do piątej?
- Do siódmej, to już duży chłopak - odpowiadam. Staram się nie upaść na duchu. Mama nie musi przecież pamiętać szczegółów, faktycznie rzadko widuje chłopaka.
Pocieszam się, że będzie dobrze.
Jeszcze przez jakiś czas będzie dobrze.
***