Prolog. Mój osobisty związek ze sprawą Mengelego, czyli groźby, które dostałam podczas badania "niebezpiecznej" sprawy
Prolog
Mój osobisty związek ze sprawą Mengelego, czyli groźby, które dostałam
podczas badania "niebezpiecznej" sprawy
Jedno z moich pierwszych wspomnień z dzieciństwa dotyczy pewnej nauczycielki. Nie była to byle jaka
nauczycielka, choć może na taką wyglądała. Tante Liselotte miała
europejską urodę, była szczupła i, jak większość kobiet w latach
osiemdziesiątych, nosiła trwałą ondulację. Żadne dziecko nie nazywało
jej ciocią, wszystkie mówiły do niej Tante. To był jeden ze zwyczajów
panujących w tamtejszej szkole, niemieckiej enklawie w sercu dzielnicy
Santo Amaro w S?o Paulo. Nauczycielka zwracała się do mnie w języku
będącym mieszanką portugalskiego i niemieckiego, do której przywykłam w domu i która w związku z tym brzmiała mi znajomo. W zimne poranki mama
posyłała mnie do szkoły w spodniach od piżamy pod ubraniem. W miarę jak
słońce znajdowało się coraz wyżej na niebie, a od zabawy robiło się nam
gorąco, to właśnie Tante Liselotte ściągała ze mnie nadmiar warstw.
Pamiętam, że kiedy nie chciałam się w coś bawić, chowałam się pod jej
stołem. Nasza sala miała wielkie okna wychodzące na ogród. Pamiętam, jak
biegaliśmy swobodnie po trawie i jak lubiłam ściskać czerwone kwiatki -
mówiliśmy, że w środku mają miód. Od pozostałej części szkoły i "dużych"
uczniów oddzielały nas niewysoka drewniana brama i krzewy różowych
azalii. W tym małym świecie czułam się bezpiecznie.
Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło. Ktoś przekazał nam, że Tante
Liselotte już nie przyjdzie. Nie pożegnała się z nikim. To było zupełnie
niespodziewane odejście w samym środku semestru. Zastąpiła ją inna
kobieta - już nie pamiętam, jak się nazywała - i tyle. Miałam wtedy
zaledwie sześć lat i byłam zaskoczona, że z dnia na dzień straciłam moją
nauczycielkę. Dlaczego miała się już nie zjawić? Co się stało? Odnosiłam
wrażenie, że rozmowom dorosłych wokół tego tematu towarzyszy aura
powagi. Nie wiedziałam dokładnie, o co chodziło, ale zrozumiałam, że coś
jest nie tak.
Tante Liselotte, której opiece rodzice powierzali nas każdego ranka,
chroniła najbardziej poszukiwanego wówczas na świecie nazistowskiego
zbrodniarza: Josefa Mengelego. Przez dziesięć lat moja nauczycielka
przyjmowała zbiega u siebie domu, w dzielnicy Brooklin, a więc całkiem
niedaleko od naszej szkoły w południowej części S?o Paulo. W weekendy
jeździła z nim i z rodziną do hacjendy w Itapecerica da Serra, a w wakacje na plażę do Bertiogi. Przyprowadziła go nawet raz do szkoły na
święto czerwcowe. Stary nazista miał wówczas na sobie piękny płaszcz w europejskim stylu oraz filcowy kapelusz i nikt się nie domyślił jego
tożsamości. Liselotte przedstawiła go zresztą dyrektorowi szkoły jako
przyjaciela rodziny. (Nic, co mogłoby wzbudzać podejrzenia w szkole
skupiającej germańską społeczność. Właściwie każdy miał krewnego z Niemiec, Austrii czy Szwajcarii). I to ona pochowała Mengelego pod
fałszywym nazwiskiem na cmentarzu w Embu w 1979 roku, tak aby nikt nie
odkrył jego tożsamości nawet po śmierci. Dzięki temu fortelowi zmyliła
władze, łowców nazistów i ofiary szukające sprawiedliwości.
Przez ponad sześć lat Liselotte żyła w przeświadczeniu, że cała ta
historia została zapomniana, dosłownie pogrzebana. Funkcjonowała dalej
normalnie, ucząc najmłodsze dzieci w niemieckiej szkole. Jednak w czerwcu 1985 roku sekret niespodziewanie wyszedł na jaw, a jej życie
wywróciło się do góry nogami. Nauczycielka nie tylko musiała nagle
odejść ze szkoły, lecz także stała się niemile widziana w społeczności,
zaczęła otrzymywać anonimowe pogróżki przez telefon i wielokrotnie
musiała się stawiać w komendzie Policji Federalnej i składać
wyjaśnienia. Ostatecznie została oskarżona o trzy przestępstwa:
ukrywanie zbiega, podanie fałszywej informacji w akcie urzędowym i używanie fałszywego dokumentu. Przynajmniej osiemnaście lat, z trzydziestu czterech, jakie żył w ukryciu po drugiej wojnie światowej,
Mengele spędził w Brazylii, z czego ostatnich dziesięć lat pod ochroną
Liselotte i jej męża.
Ani razu przez cały ten czas Liselotte nie myślała poważnie o wydaniu go
policji. Oczywiście, gdyby się do tego przyznała, miałaby problemy z prawem. Dlatego wolała przyjąć postawę ofiary i powiedziała, że bała się
powiadomić organy ścigania o obecności Mengelego w Brazylii, ponieważ
dostawała pogróżki. Osoby związane z nazistowskim lekarzem miały jej
powiedzieć, że jeśli chce chronić swoje dzieci, powinna siedzieć cicho.
Ta wersja mogła być nawet prawdziwa, ale nie była kompletna. Prywatnie
Liselotte uważała, że nie robiła nic złego, przyjmując u siebie
nazistowskiego zbrodniarza poszukiwanego na całym świecie. Chciała pomóc
(używając jej własnych słów) "z dobroci serca" człowiekowi "mającemu
kłopoty", przyjacielowi.
Tymczasem Mengele zdecydowanie nie był zwykłym przyjacielem. Był
uciekinierem odpowiedzialnym za niezliczone zbrodnie, jak wynikało z nakazu aresztowania wydanego przez Trybunał Sprawiedliwości we
Frankfurcie nad Menem. To prawda, że Mengele pojawił się w życiu
Liselotte pod fałszywym nazwiskiem, i dlatego na początku nie mogła
wiedzieć, z kim ma do czynienia. Kiedy natomiast poznała jego prawdziwą
tożsamość, było już za późno: zaprzyjaźniła się z nim i cała rodzina
zdążyła się do niego przywiązać. Sensacyjna wiadomość, że ten człowiek w rzeczywistości jest zbrodniarzem, nie nadszarpnęła ich relacji. Wprost
przeciwnie, Liselotte do końca pozostała wierna swojemu przyjacielowi.
Jej mąż, Wolfram, wyznał policji, że Mengele wiedział, iż jest
poszukiwany na całym świecie za zbrodnie popełnione między majem 1943 a styczniem 1945 roku, a więc w okresie, gdy przez blisko rok i osiem
miesięcy był lekarzem w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Wbrew temu, co
wiele osób myśli, Mengele nigdy nie był naczelnym lekarzem tego
ogromnego miejsca zagłady. Funkcję tę pełnił dr Eduard Wirths,
odpowiedzialny za wszelkie działania medyczne w największym nazistowskim
obozie koncentracyjnym. Był to tak wielki kompleks, że podzielono go na
trzy podobozy: Auschwitz I (obóz główny lub Stammlager), Auschwitz II
(Birkenau) oraz Auschwitz III (Monowitz). Początkowo Mengele odpowiadał
za tzw. obóz cygański. Kiedy cały blok Romów został zlikwidowany i prawie trzy tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci wysłano do komór gazowych,
awansował na głównego lekarza Birkenau.
Jednym z najważniejszych zadań Mengelego jako Lagerarzta, lekarza
obozu koncentracyjnego, było wybieranie więźniów, którzy mieli zginąć w komorach gazowych, i tych, którzy mogli się jeszcze przydać do pracy.
Nazywało się to "selekcją" i całkowicie zaprzeczało podstawowemu
założeniu lekarskiej profesji, którym jest ratowanie, a nie odbieranie
życia. Hermann Langbein, austriacki więzień, który pracował jako
sekretarz doktora Wirthsa, zauważył, że to zupełne odwrócenie wartości
powodowało konflikt sumienia u niektórych lekarzy, głównie u tych,
którzy swoje powołanie zawodowe traktowali poważnie i nie podchodzili do
nazizmu ze zbytnim entuzjazmem. Zdecydowanie nie był to przypadek
Mengelego. On pracował nawet w czasie wolnym i nie miał wyrzutów
sumienia, posyłając bezbronnych ludzi do komór gazowych. Jego
najważniejszym celem było wyszukiwanie w transportach bliźniąt, osób
niskorosłych i cierpiących na inne schorzenia, aby wykorzystywać je jako
króliki doświadczalne. Być może ze względu na stały udział w selekcjach
Mengele zyskał przydomek "Anioła Śmierci". Kiedy pojawiał się w barakach
więźniów, wszyscy trzęśli się ze strachu, bo wiedzieli, co oznacza jego
obecność: ktoś miał zostać wysłany na śmierć.
Jednak tym, co zapewniło Mengelemu jeszcze większą rozpoznawalność na
całym świecie niż dokonywane przez niego selekcje i wstrząsający
przydomek, było ujawnienie szokujących eksperymentów, jakie
przeprowadzał na ludziach. Stało się to dopiero w latach
sześćdziesiątych, kiedy jego ofiary publicznie złożyły zeznania podczas
dwóch słynnych procesów: nazisty Adolfa Eichmanna w Jerozolimie i drugiego procesu oświęcimskiego we Frankfurcie nad Menem. Od tej pory
eksperymenty Mengelego stały się szeroko znane, a w powszechnej
wyobraźni utrwalił się obraz pseudonaukowca zdolnego do wszystkiego,
byle tylko ulepszyć "rasę aryjską", która miała zdominować świat. Ów
wizerunek znalazł odzwierciedlenie w różnych formach w amerykańskim
przemyśle związanym z kulturą. Mengele stał się fikcyjnym bohaterem
książki pisarza Iry Levina pod tytułem Chłopcy z Brazylii, która
ukazała się w 1976 roku. Dwa lata później powieść ta została
przeniesiona na duży ekran. Film pod takim samym tytułem otrzymał trzy
nominacje do Oscara i miał gwiazdorską obsadę: Gregory Peck wcielił się
w postać Josefa Mengelego, a Laurence Olivier w łowcę nazistów. Później,
w 1986 roku, amerykański zespół Slayer skomponował trashmetalowy utwór
Angel of Death, a inspiracją do jego napisania stała się postać
nazistowskiego lekarza. Można więc powiedzieć, że dekady po wyzwoleniu
Auschwitz Mengele z kata stał się złowieszczym symbolem kultury
popularnej.
Wbrew fikcji i powszechnemu przekonaniu ten nazista nie był osamotnionym
i szalonym pseudonaukowcem. W rzeczywistości cieszył się poparciem
nowoczesnej instytucji badawczej, niezwykle cenionej w Trzeciej Rzeczy:
Instytutu Cesarza Wilhelma z siedzibą w Berlinie. To właśnie tam wysyłał
próbki krwi i narządy pobrane od więźniów Auschwitz, w tym od dzieci.
Młody lekarz marzył o tym, by za jego sprawą powstało prawdziwe imperium
badawcze, w którym po wojnie zrobiłby błyskotliwą karierę.
Zdeterminowany, aby osiągnąć ten cel, maksymalnie wykorzystywał swobodę,
jaką cieszył się w obozie koncentracyjnym, by popełniać okrucieństwa w imię własnej naukowej ciekawości. Robił tak, ponieważ chroniła go
rasistowska i antysemicka ideologia nazizmu, a jednocześnie był
przekonany, że wszyscy więźniowie wcześniej czy później i tak umrą.
Mengele traktował Auschwitz jak wielki magazyn materiału ludzkiego, z którego mógł korzystać w swoich prywatnych badaniach.
Lista zagadnień, które chciał zgłębić, była naprawdę długa: zaburzenia
wzrostu (jak niskorosłość), metody sterylizacji, przeszczepianie szpiku
kostnego, tyfus, malaria, noma, czyli rak wodny (choroba, która dotyka
głównie niedożywione dzieci), anomalie ciała (jak garb i stopa
końsko-szpotawa) czy heterochromia (różnobarwne tęczówki oczu). Nie
wspominając o badaniach nad bliźniętami, prowadzonych już od lat
dwudziestych. Wydaje się wątpliwe, by jeden naukowiec zdołał zrozumieć
tak różne zagadnienia. Jak napisała niemiecka historyczka Carola Sachse,
było to pozbawione naukowego sensu istne szaleństwo osoby o nadmiernej
arogancji. Jak gdyby nie wystarczyły mu badania prowadzone w tak różnych
kierunkach, Mengele kolekcjonował szkielety Żydów, ludzkie embriony i martwe ciała noworodków.
Historie okrutnych i dziwnych eksperymentów Mengelego zawsze mnie
przerażały. Tym bardziej że miałam świadomość, iż podczas ucieczki przed
wymiarem sprawiedliwości chroniła go moja nauczycielka. Całymi latami
intrygowało mnie to, co zrobił, a przede wszystkim dlaczego. Co stało za
tak wielkim złem? Pamiętam, że w niedzielnych programach telewizyjnych
oglądałam długie reportaże o eksperymentach przeprowadzanych na
ludziach. Były szokujące. Szokowało również to, że taki człowiek
bezkarnie mieszkał i bywał w różnych miejscach tuż obok mojego domu i że
moja nauczycielka utrzymywała z nim tak bliskie relacje. Zawsze się
zastanawiałam, dlaczego Tante Liselotte chroniła Mengelego i co się za
tym kryło.
Istnieje wiele książek na temat Mengelego napisanych w Europie i Stanach
Zjednoczonych, ale żadna wnikliwa praca nie powstała w Brazylii, w kraju, w którym ukrywał się najdłużej. Jako dziennikarka z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem uznałam, że nadszedł czas, by zająć
się tą historią. Życie Mengelego zaczęłam odkrywać dzięki zagranicznym
książkom, później zaś sięgnęłam do dokumentów i podjęłam się
poszukiwania osób, które były z nim związane. Najważniejszą postacią w tym gronie była bez wątpienia Tante Liselotte. Byłaby ona też najlepszą
osobą do opowiedzenia mi o tym, co działo się przez te wszystkie lata,
kiedy Mengele ukrywał się w Brazylii. Tylko gdzie ja mogłam ją znaleźć
po ponad trzydziestu latach od czasu, gdy uczyła w tamtej szkole? W internecie jej nazwisko pojawiało się co prawda w różnych reportażach z 1985 roku, kiedy to po znalezieniu na cmentarzu w Embu szczątków
Mengelego wybuchł ogólnoświatowy skandal, a w prasie zagranicznej pisano
o tej sprawie więcej niż o śmierci brazylijskiego prezydenta elekta
Tancreda Nevesa dwa miesiące wcześniej, nie natrafiłam jednak na żaden
ślad prowadzący do tej kobiety, który pochodził z kolejnych lat.
Liselotte zapadła się pod ziemię.
W tej sytuacji postanowiłam dotrzeć do dawnych pracowników szkoły,
którzy ją znali. Jedna z byłych nauczycielek, zawsze bardzo dla mnie
miła i pomocna, nawet nie odpowiedziała na moją wiadomość,
prawdopodobnie dlatego, że zorientowała się, o co chodzi. Nie mogłam
znaleźć niczego na temat Tante Liselotte i nawet nie wiedziałam, czy
jeszcze żyje. Zdobyłam kontakt do ówczesnego dyrektora niemieckiej
szkoły i umówiliśmy się na rozmowę. "O ile mi wiadomo, nadal żyje.
Widziałem Liselotte może ze trzy, cztery razy w urzędzie miasta S?o
Paulo. Pojawia się zwykle na specjalnej sesji poświęconej
niemieckojęzycznym imigrantom" - powiedział mi. Jedynym sposobem, żeby z nią porozmawiać, było udanie się do jej domu.
Adres, pod którym nauczycielka mieszkała w czasie sprawy Mengelego, był
dostępny w wielu miejscach: czasopismach, gazetach, oficjalnych
dokumentach, a nawet w zagranicznych książkach. Musiałam się tylko
dowiedzieć, czy wciąż jest aktualny. Postanowiłam sprawdzić. Przyszłam
do jej domu pewnej niedzieli, krótko przed jedenastą rano. Przed bramą
stał samochód. Z chodnika było widać, że w salonie ktoś czyta gazetę.
Wcisnęłam przycisk domofonu. Osoba siedząca na sofie nawet nie drgnęła.
Zamierzałam ponownie wcisnąć przycisk, kiedy w oknie na piętrze pojawiła
się kobieta. Mój Boże, to była ona!
Poczułam się tak, jakbym zobaczyła jakąś fikcyjną postać w realnym
świecie. Przedstawiłam się jako była uczennica i dziennikarka. Zapytała,
czego chcę. Odparłam, że powiem, jeśli podejdzie do furtki. Trochę się
opierała, ale ostatecznie ustąpiła. Zapewne zaciekawiła ją moja obecność
albo sprawiło jej przyjemność, że nazwałam ją "Tante Liselotte". Już na
dole uśmiechnęła się i podała mi rękę. Palce miała trochę powykrzywiane,
co zdradzało podeszły wiek. Stałyśmy naprzeciwko siebie odgrodzone
sięgającą do pasa furtką. Wyjaśniłam, że chcę napisać książkę o Mengelem. Powiedziała, że nie rozmawia o tej sprawie z nikim, nawet z własnymi dziećmi.
- Proponowano mi już niemałe kwoty za rozmowę, ale ja nie udzielam
wywiadów - oznajmiła z przekonaniem.
- Dlaczego? - zapytałam.
- Bo to bez sensu. Jedni uważają, że było tak, inni, że inaczej -
odparła.
Zaczęłyśmy prowadzić swobodną, nic nieznaczącą pogawędkę. Nagle
wymsknęło jej się dość niejasne wyznanie:
- Oni często myślą, że z wiekiem wszystko zaczyna wychodzić na jaw. Nie
zaczyna. Wszystko jest w porządku - dokończyła zdanie, nie wyjaśniając,
co miała na myśli. Zaśmiała się i dalej mówiła swoim momentami kulawym
portugalskim z silnym akcentem: - Posłuchaj, uzgodniliśmy, że jeśli będę
milczeć, Żydzi zostawią mnie w spokoju. Więc milczałam. Nie mówiłam o tej sprawie, bo miałam rodzinę.
- Ale którzy Żydzi tak pani powiedzieli? - zapytałam.
Cisza.
- Menachem Russak. On był nazijäger.
Nazijäger to "łowca nazistów". Menachem Russak przebywał w S?o Paulo w czasie ekshumacji szczątków Mengelego. Był szefem izraelskiej jednostki
specjalnej, która zajmowała się ściganiem nazistowskich zbrodniarzy
wojennych.
Po krótkiej pauzie kobieta wymieniła jeszcze jedno niezrozumiałe
nazwisko, dodając, że to konsul. "Co to za konsul?", zastanawiałam się.
- Czy oni pani grozili? - zapytałam.
- Nie, oni nie robią takich rzeczy. Jak możesz tak mówić? Nie masz prawa
- odparła pogardliwym i ironicznym tonem.
Zapytałam, czy nigdy nie żałowała, że pomogła "przyjacielowi". Uważałam
przy tym, by nie wymienić nazwiska Mengelego, bo zauważyłam, że dla niej
to pewien rodzaj tabu.
- To już inna sprawa, bo mam dwoje dzieci, w porządku? - odpowiedziała.
- Ale co żałowanie ma wspólnego z dziećmi? - nie ustępowałam.
- Znasz Gesetze Talmudu?" - zapytała, kolejny raz mieszając
portugalski z niemieckim. - Zgodnie z prawami Talmudu sięgają aż do
siódmego pokolenia. To nie jest strach, ale ja nie mogę - dodała. Nie
wyjaśniła, co miała na myśli.
W Talmudzie, księdze judaizmu zawierającej rabiniczne dyskusje i będącej
głównym źródłem żydowskiego prawa, znajduje się wzmianka o zemście
sięgającej siódmego pokolenia. Odnosi się do interpretacji z biblijnej
Księgi Rodzaju: kara za zbrodnię Kaina nadchodzi w siódmym pokoleniu,
wraz z jego potomkiem Lamechem, który go zabija. Czyżby ona sądziła, że
zostanie ukarana w następnych pokoleniach?
Rozmowa stawała się coraz bardziej tajemnicza, a moja nauczycielka z dzieciństwa zaczęła mnie przerażać. Ulica była pusta. Osoba siedząca na
sofie dalej czytała. Kto to mógł być? Liselotte powiedziała, że nie
będzie mówić o sprawie Mengelego, nie przestawała jednak opowiadać mi
różnych rzeczy. Na wiele pytań reagowała, jedynie kręcąc głową lub
złowrogo się uśmiechając. Rozmowa toczyła się z przerwami. Nagle
zapytała:
- Powiedzieć ci coś?
- Tak - odparłam zlękniona.
- Radzę ci jak przyjaciółka przyjaciółce, zostaw tę sprawę.
Zrobiłam oczy jak spodki. Dlaczego tak mówiła? Czy to była groźba?
Później zrozumiałam, że tak.
- Tak będzie dla ciebie najlepiej - ciągnęła. - Jest jeszcze wiele,
wiele rzeczy, o których nikt nie wie. A ja wiem - dodała i się zaśmiała.
- Więc musi mi pani opowiedzieć - nalegałam.
- Nie - odparła z powagą. - Ani słowa, bo umowa, którą z nimi zawarłam,
jest poważna. Kiedy ktoś ci mówi: "Proszę posłuchać, ma pani dzieci...". -
Dała mi w ten sposób do zrozumienia, że mężczyźni, o których wcześniej
wspomniała, jej grozili i traktowali swoje pogróżki serio.
Kolejny raz zapadła głęboka cisza. Mój strach narastał. Do czego ona
zmierzała? Groziła mi?
- Lepiej milczeć o tej sprawie. Poszło na to dużo pieniędzy. Naprawdę
dużo - powtórzyła enigmatycznie.
Byłam oszołomiona i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Pomimo ciężkiej
atmosfery rozmawiałyśmy dalej. Zapytała, czy mam męża albo dzieci.
Starałam się sprawiać wrażenie, jakby to były zwyczajne pytania starszej
znajomej kobiety, ale natychmiast poczułam się jak na przesłuchaniu.
Byłam coraz bardziej zestresowana. Rzucała zarówno zawoalowane, jak i całkiem bezpośrednie groźby.
- Zajmij się inną sprawą, która nie jest tak niebezpieczna. Bo ta jest
niebezpieczna, możesz mi wierzyć - stwierdziła.
- Ale uważa pani, że grozi mi niebezpieczeństwo? Z czyjej strony? -
dopytywałam, udając głupią.
Znowu cisza.
- Nie powiem nic więcej - odparła w końcu.
Byłam skołowana. Usiłowałam udawać, że wszystko jest w porządku. Zadałam
ostatnie pytanie, lekkie i trywialne, żeby rozładować napięcie:
- Tęskni pani za szkołą?
- Tęsknić nie tęsknię - odpowiedziała - ale jestem zadowolona z tego,
jak wyglądało moje życie. Co poradzę, że wielu ludzi mnie nienawidzi?
Wiem, że nie zrobiłam nic złego, i tyle.
Życzyłam jej dobrej niedzieli i dodałam, że powiadomię ją, kiedy książka
się ukaże. Ruszyłam z powrotem, skręciłam za rogiem i znalazłszy się
poza zasięgiem wzroku tej kobiety, przyspieszyłam kroku.
W tamtym momencie byłam pewna, że już nigdy więcej nie chcę rozmawiać o tej sprawie. Bałam się. Po powrocie do domu opowiedziałam o tych
groźbach moim siostrom. Śmiały się z tego, że strach wzbudziła we mnie
dziewięćdziesięcioletnia staruszka. Usiłowałam zachować spokój i odpowiedziałam tylko: "Dziewięćdziesięcioletnia staruszka, która była w stanie chronić Josefa Mengelego. Z kim ona jest powiązana?". Zadawałam
sobie to pytanie wiele razy i doszłam do wniosku, że nikt nie dałby rady
przeżyć ponad trzydziestu lat, będąc ściganym przez Mosad, izraelski
wywiad, i wielu łowców nazistów, a do tego z nakazem aresztowania
wydanym przez niemiecki rząd, gdyby nie miał bardzo dobrze
zorganizowanej siatki wspierających go osób.
Owa siatka nie miała tak rozbudowanej struktury jak Odessa - mityczna
organizacja mająca chronić oficerów SS po drugiej wojnie światowej. Jej
istnienie zresztą nigdy nie zostało udowodnione i sam Wolfram zapewniał,
że nigdy nie otrzymał wsparcia od żadnej nazistowskiej organizacji.
Mengele znalazł w Brazylii, a zwłaszcza w stanie S?o Paulo, grupę
lojalnych zwolenników, europejskich imigrantów, których życie w taki czy
inny sposób splatało się z jego życiem. Tutaj stworzył swoją "tropikalną
Bawarię", miejsce, w którym mógł rozmawiać po niemiecku, zachowywać
swoje zwyczaje i przekonania oraz przyjaciół i związki z ojczyzną. I co
najlepsze, wszystko to w znacznie przyjemniejszym klimacie niż ten
panujący w Niemczech. Być może czasem czuł, że "ma kłopoty", jak
powiedziała Liselotte, ale nigdy nie był nawet bliski poniesienia kary,
na jaką zasłużył ktoś, kto popełnił zbrodnie wojenne i zbrodnie
przeciwko ludzkości.
Ta książka to nie jest powieść. Powstała na podstawie wieloletnich
badań, analiz oficjalnych dokumentów, w tym pochodzących ze śledztwa
policyjnego w tej sprawie i akt Policji Federalnej. Dotarłam także do
prawie stu listów napisanych przez Mengelego lub do niego przysłanych,
które zabrano z domu Liselotte i Wolframa Bossertów, a później leżały
zapomniane wśród stosów przypadkowych dokumentów Muzeum Państwowej
Akademii Policyjnej w Brasílii. Szukałam informacji w ówczesnych
czasopismach, gazetach i wiadomościach telewizyjnych, żeby wiedzieć, jak
wypowiadali się świadkowie i inne osoby będące częścią tej historii.
Przeprowadziłam niezliczone wywiady z ludźmi, którzy znali Mengelego w Brazylii, z lekarzami z zespołu, który identyfikował jego szczątki, z ocalałymi z Auschwitz, z badaczami ze Stanów Zjednoczonych i z Europy, a nawet z tajnym agentem Mosadu Rafim Eitanem, który w wieku
dziewięćdziesięciu lat udzielił jednego ze swoich ostatnich wywiadów
właśnie na potrzeby tej książki.
W swoim gabinecie w Tel Awiwie, gdzie rozmawialiśmy pewnego słonecznego
popołudnia, Eitan opowiedział, jak blisko był Mengelego w Brazylii i jak
Mosad zaangażował do przeprowadzenia tej misji brazylijskiego agenta.
Zapytałam, dlaczego nikt nigdy o tym nie mówił. Poruszył ramionami w miłym geście i powiedział tylko: That's not my fault. Innymi słowy: to
nie jego wina, że żaden dziennikarz nie zajął się jeszcze tym tematem.
Podobnie jak Rafi Eitan, inni moi rozmówcy również byli już w podeszłym
wieku i zmarli przed publikacją książki. Tak stało się w przypadku Evy
Mozes Kor, jednej z największych aktywistek wśród bliźniąt, które padły
ofiarami Mengelego. Na moje pytania odpowiedziała mailowo z amerykańskiego stanu Indiana, gdzie mieszkała i prowadziła centrum
edukacji o Holokauście. Zmarła niedługo potem, w wieku osiemdziesięciu
pięciu lat, kiedy jako przewodniczka wybrała się z grupą osób do
Auschwitz, co robiła każdego lata.
Efektem tej intensywnej pracy badawczej nie jest biografia Mengelego. Za
granicą istnieje już kilka takowych, a nie chciałam umieszczać w świetle
jupiterów zbrodniarza, podając mało interesujące szczegóły z jego życia
osobistego. Moim celem było wydobycie na światło dzienne zaskakującej
historii, stworzenie opowieści, która miałaby formę thrillera opartego
na prawdziwych wydarzeniach, z użyciem tych samych słów, które zostały
wypowiedziane podczas wywiadów i zapisane w dokumentach.
Większość cytatów została opatrzona przypisami, żeby czytelnik wiedział,
skąd pochodzą poszczególne wypowiedzi. Przypisy pominęłam jednak w prologu. Zrobiłam tak nie dlatego, że nie powstał on na podstawie
faktów, tylko dlatego, że zależało mi na swobodnym przedstawieniu
książki. Jej tematem przewodnim są zbrodnie popełnione przez Mengelego,
a więc pojawiają się także wątki związane z ofiarami Anioła Śmierci,
medycyną w Trzeciej Rzeszy, osobami, które pomagały Mengelemu w ucieczce, oraz karami, na jakie zostali skazani inni nazistowscy
lekarze. Kluczowe pytanie tej książki brzmi: jak to możliwe, że taki
zbrodniarz i jego zwolennicy mogli całkiem bezkarnie mieszkać w Brazylii?
1. Śmierć na plaży, czyli jak pochować ciało pod fałszywym nazwiskiem
1.
Śmierć na plaży, czyli jak pochować ciało pod fałszywym nazwiskiem
Bertioga, luty 1979 roku
Było piękne popołudnie, a on nie wyszedł jeszcze tego dnia z domu. Mimo
dusznego letniego powietrza drzwi i okna niemal przez cały czas były
zamknięte1. Sąsiedzi nie wiedzieli, kto przebywa w środku.
Był bardzo skryty, nie lubił obcych. Poprzedniego dnia przyjechał tu sam
z S?o Paulo. Miał za sobą męczącą podróż autobusem krętymi drogami i długą przeprawę promem. Zaprzyjaźnione małżeństwo, Wolfram i Liselotte
Bossertowie, oraz ich dzieci już na niego czekali. Staruszek uwielbiał
te dzieciaki: Andreas miał dwanaście lat, a Sabine czternaście. Mimo to
nieco się opierał, zanim przyjął zaproszenie, by spędzić z nimi trochę
czasu w Bertiodze. Mówił, że jest zmęczony. Zgodził się przyjechać tylko
dlatego, że uważał, iż jego życie dobiega końca2. Ostatnio był
zdenerwowany i rozdrażniony, a przed wyjazdem pokłócił się jeszcze z Elsą, swoją byłą gosposią. Chodziło o to, że ona mu się podobała, lecz
bez wzajemności. Kolejny powód, żeby zrelaksować się w to upalne
popołudnie. Postanowił wyjść z domu letniskowego, żeby wykąpać się w morzu. Na plażę poszła z nim cała rodzina. Panowała między nimi zażyłość
tak wielka, jakby łączyły ich więzy krwi. Dzieci znał od najmłodszych
lat i wszyscy, nawet dorośli, zwracali się do niego tylko "wujku
Peterze" albo po prostu "wujku".
Cała piątka płynnie mówiła po portugalsku, ale zawsze rozmawiali po
niemiecku, w swoim ojczystym języku. Wujek Peter pochodził z Bawarii, z południa Niemiec, Wolfram i Liselotte - z Austrii. Byli już małżeństwem,
kiedy w 1952 roku postanowili przenieść się do Brazylii zwabieni
zielenią, zwłaszcza ona, która uwielbiała piękno roślin i wyprawy na
łono natury. Wiedzieli też, że w Brazylii mieszka wielka
niemieckojęzyczna społeczność, i liczyli, że dzięki temu łatwiej
zaadaptują się w tym obcym kraju. Wyjechali z Europy podczas zimnej
wojny, ponieważ obawiali się kolejnego konfliktu zbrojnego na
kontynencie. W tamtym okresie w Austrii, wciąż jeszcze okupowanej przez
żołnierzy sił alianckich, panowała atmosfera niepewności. Nie
wspominając o tym, że na granicy kraju znajdowała się żelazna kurtyna,
sztucznie wytyczona linia, która oddzielała świat kapitalistyczny od
komunistycznego. Poza panującym w tamtym czasie w Austrii napięciem na
decyzję Liselotte i Wolframa wpłynęło też to, że kilka lat wcześniej
przeżyli drugą wojnę światową i uważali, że kolejnego tego rodzaju
doświadczenia już nie zniosą.
Nocne alianckie bombardowania Grazu, drugiego największego miasta w Austrii, sprawiły, że Liselotte, która tam mieszkała, zaczęła cierpieć
na zaburzenia rytmu serca, jak sama mówiła. Od tamtej pory aż do końca
życia jej serce ponoć nigdy już nie biło normalnie. Kiedy Adolf Hitler
najechał na Polskę i rozpoczęła się wojna, Liselotte miała jedenaście
lat i chodziła do szkoły. Konflikt wstrząsnął jej światem. Jej wujowie
zginęli, walcząc za Trzecią Rzeszę3. Wolfram również służył w niemieckiej armii, doszedł jednak tylko do stopnia Scharführera,
odpowiednika kaprala w hierarchii wojskowej. Wujek Peter zaszedł
znacznie wyżej i dlatego Wolfram go podziwiał. Uzyskał stopień
Hauptsturmführera, czyli kapitana. I należał do budzącego strach SS
(Schutzstaffel), jednostki specjalnej powstałej, by zapewnić
bezpieczeństwo przywódcom partii nazistowskiej, jednostki, która
ostatecznie stała się elitarną formacją z własnym wojskiem.
Jednak to nie działalność w SS czy walka na froncie uczyniły po latach
wujka Petera sławnym na całym świecie, lecz jego praca jako lekarza w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Naprawdę nazywał się Josef Mengele,
ale w Brazylii nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. Nie rozmawiało się na
ten temat przy innych ludziach, a zwłaszcza przy dzieciach, które nie
miały pojęcia o mrocznej przeszłości wujka Petera. W tej chwili liczyło
się tylko dotarcie nad morze. Plaża znajdowała się około trzystu metrów
od domu, który rodzina Bossertów każdego lata wynajmowała od innej
Austriaczki, Eriki Vicek, mówiącej o sobie, że jest "zdeklarowaną
antynazistką". Nie wiedziała, kim jest gość specjalny, którego jej
najemcy często tu zapraszali.
Pod koniec lat siedemdziesiątych Bertioga była miejscowością odizolowaną
od reszty świata, a dotarcie do niej wymagało cierpliwości. Można się
tam było dostać z miasta Guarujá, leżącego na wyspie Santo Amaro. Aby
przedostać się z Guarui do Bertiogi należało pokonać pewien odcinek
promem. Podróżujący nie mogli się spieszyć, bo mimo krótkiej trasy
dopłynięcie do celu zajmowało do kilku godzin, w zależności od rozkładu
promów. Nie zniechęcało to jednak sporej grupy Europejczyków, którzy
mieszkali w Brazylii i spędzali wakacje na wybrzeżu. Oprócz Austriaków
swoje domy letniskowe mieli tu Szwajcarzy, Włosi, Węgrzy i Francuzi. W zamian za trudy podróży Bertioga oferowała odpoczynek w przyjemnym i spokojnym miejscu. Samochody zostawiało się otwarte, podobnie jak drzwi
i okna domów; nikt się nie obawiał, że cokolwiek złego się wydarzy -
życie w tym miejscu zdecydowanie różniło się od tego w S?o Paulo czy w nieodległej Guarui, gdzie były popularne plaże i znacznie droższe
nieruchomości. Wielu letników, korzystając ze spokoju panującego w Beritodze, łowiło tu barweny, których było mnóstwo w tamtejszych wodach,
o czym ponad czterysta lat wcześniej wspominał Hans Staden. Niemiecki
podróżnik jako pierwszy napisał książkę o urokach i niebezpieczeństwach
tego regionu, zamieszkałego w XVI wieku przez wielu przedstawicieli
rdzennej ludności. (Staden został pojmany przez Tupinambów, którzy byli
kanibalami, i o mało nie skończył w kotle). Inną ulubioną rozrywką
podczas tych długich letnich miesięcy były karty. Co najmniej raz w tygodniu grupa Europejczyków różnych narodowości zbierała się, żeby
grać. Już w owym czasie w trakcie karcianych spotkań krążyły plotki, że
w okolicy ukrywają się naziści4.
Enseada, główna plaża w Bertiodze, bynajmniej nie wyglądała jak Lazurowe
Wybrzeże. Morze miało tu niemal brunatny kolor, co było rezultatem
rozkładu bogatej roślinności Lasu Atlantyckiego porastającego całą
okolicę. Turyści nie przejmowali się barwą wody, która z daleka wydawała
się wręcz brudna. Nie kolor wody decydował jednak o uroku tego miejsca,
lecz to, że morze nadawało się tu do kąpieli, w przeciwieństwie do wielu
innych plaż wzdłuż wybrzeża stanu S?o Paulo. Przy odrobinie szczęścia w niektóre dni tworzył się idealny basen dla dzieci. W inne, kiedy wody
były bardziej wzburzone, ratownicy nierzadko zgłaszali utonięcia. Długa,
dwunastokilometrowa plaża z szerokim pasem piasku idealnie nadawała się
do gry w piłkę i kilku mężczyzn oddawało się tej aktywności w tamto
środowe popołudnie.
Kiedy piłka toczyła się po piasku, Bossertowie i wujek Peter weszli do
wody. Wkrótce fale stały się wyższe, więc Liselotte przeniosła się z dziećmi bliżej brzegu. Wujek pływał bardzo dobrze, ale tamtego dnia
Andreas w pewnym momencie zauważył, że podnosi rękę, wołając o pomoc.
Wyglądało na to, że się topi. Liselotte pomyślała, że przyjaciel dostał
udaru, i Wolfram od razu ruszył z pomocą. Kiedy go chwycił, starzec nie
mógł już złapać tchu po walce z żywiołem. Andreas popędził na plażę po
bojkę, żeby rzucić ją wujkowi. Inne osoby także próbowały pomóc. Dwóch
ratowników, którzy znajdowali się na jedynym w okolicy stanowisku, w odległości około pięciuset metrów od miejsca wypadku, zauważyło
poruszenie i czym prędzej przybiegło. Wolfram zdołał już podholować
wujka w stronę plaży, woda sięgała mu po pas, lecz nie dał rady wyjść z morza. Ratownicy musieli wyciągnąć ich obu. Wykonali wujkowi masaż
serca, próbując go reanimować, było jednak za późno. Już nie żył.
Ktoś zadzwonił na pogotowie. Jego pracownicy przekazali oczywistą
wiadomość: nie da się zrobić nic więcej5. Liselotte ogarnęła
rozpacz. Przytuliła się do ciała i nie chciała go puścić6. Jej
mąż czuł się źle po tym, jak sam o mało nie utonął, próbując ratować
przyjaciela. Karetka zabrała więc Wolframa do szpitala, a Liselotte
została na plaży ze zmarłym. Ratownicy zgłosili zdarzenie i wezwali
żandarmerię wojskową. Tamtego popołudnia dyżur na posterunku w Bertiodze
pełnił kapral Espedito Dias Rom?o, wysoki i silny czarnoskóry mężczyzna
- ironia losu, że to akurat on przyjął informację o śmierci Mengelego,
który mówił, że boi się czarnoskórych, i twierdził, że "niewolnictwo
nigdy nie powinno się było skończyć"7.
Przybywszy na plażę, kapral Dias Rom?o zastał na niej zdenerwowaną
Liselotte. Kobieta powiedziała, że wujek zmarł. Funkcjonariusz poprosił
o dokumenty nieboszczyka, na co odparła, że musi ich poszukać w domu.
Cofnęła się do willi i wzięła dowód osobisty należący do cudzoziemca.
Widniało w nim nazwisko Wolfgang Gerhard, należące do mężczyzny
urodzonego w Leibnitz w Austrii 3 września 1925 roku. Wystarczyło
szybkie obliczenie, by stwierdzić, że dokument należał do
pięćdziesięciotrzylatka. Tymczasem martwy mężczyzna na plaży tak
naprawdę miał sześćdziesiąt siedem lat, czternaście lat więcej, niż
wynikało z dowodu. Tej różnicy młody funkcjonariusz nie zauważył. Po
otrzymaniu dokumentu, niczego nie podejrzewając, sporządził raport.
Jedynym, co zwróciło jego uwagę, była narodowość:
austriacka8. Liselotte podała adres swojego domu w S?o
Paulo, tak jakby wujek z nią mieszkał. Kapral Dias Rom?o, który do
tamtej pory niewiele słyszał o nazizmie czy Holokauście, po prostu
spisał dane, a następnie przekazał je policji cywilnej i strażakom. Dla
niego zgłoszenie zdarzenia, które opisał jako "utonięcie wskutek nagłego
pogorszenia stanu zdrowia", było po prostu biurokratyczną procedurą.
Funkcjonariusz poprosił o przysłanie karawanu, żeby zabrać ciało do
Instytutu Medycyny Sądowej w Guarui. Zmarły, na którego transport
oczekiwano, przez cały czas leżał na plaży, półnagi, w samych szortach
kąpielowych. Pewna kobieta przyniosła świeczkę i zapaliła ją obok ciała.
Matki, które były jeszcze na plaży, zabrały swoje dzieci, żeby nie
oglądały tej sceny. Było już późne popołudnie, a karawan wciąż nie
przyjeżdżał.
Kapral Dias Rom?o dotrzymywał Liselotte towarzystwa. Kobieta prawie
przez cały czas miała spuszczoną głowę i nie odrywała wzroku od
przyjaciela. Rozmawiała z funkcjonariuszem tylko tyle, ile to było
konieczne. Postronny obserwator mógłby to uznać za normalne zachowanie
osoby, która straciła kogoś bliskiego. Jednakże myśli Liselotte
przepełniał nie tylko smutek - w grę wchodziło wiele czysto praktycznych
kwestii. Musiała szybko podjąć decyzję, co robić dalej. Martwiła się, bo
dzieci poszły spać do domu sąsiadki, którą ledwo znała, a mąż przebywał
w szpitalu. Jakby tego było mało, miała do czynienia z jednym z najbardziej poszukiwanych zbrodniarzy wojennych. Czy powinna teraz
ujawnić tożsamość, którą tak długo i skutecznie pomagała ukrywać? Jakie
byłyby tego konsekwencje dla niej samej i jej dzieci? Musiała sama
radzić sobie z tymi wszystkimi pytaniami i wątpliwościami, bez
wzbudzania podejrzeń.
Pierwszą decyzją było utrzymanie wersji, że zmarły mężczyzna to Wolfgang
Gerhard, tak jak widniało w dokumencie. Nawet gdyby postanowiła wyjawić
prawdę, nie miałaby jak udowodnić swoich słów, ponieważ nazwisko i dane
w dowodzie osobistym cudzoziemca były autentyczne. Jedynie fotografia
nie była prawdziwa. Oryginalne zdjęcie Wolfganga zostało ostrożnie
usunięte i w jego miejsce wklejono fotografię 3×4 Mengelego, wówczas
starszego mężczyzny z obfitymi wąsami9. W tamtym czasie jego
nazwisko było zbyt znane, by mogło widnieć w dokumencie tożsamości bez
zwracania uwagi. W brazylijskich papierach nie istnieli ani Josef
Mengele, ani wujek Peter, a jedynie Wolfgang Gerhard, austriacki
przyjaciel, który przedstawił starego nazistę rodzinie Bossertów. Przed
powrotem do Austrii mężczyzna przekazał mu wszystkie dokumenty, jakie
wyrobił sobie w Brazylii. Uznał, że w Europie nie będą mu już potrzebne,
za to bardzo przydadzą się Mengelemu, aby mógł pozostać w cieniu i uniknąć schwytania. Mimo plątaniny myśli i uczuć Liselotte postanowiła
działać pragmatycznie. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą i zdecydowała się "podążać za naturalnym biegiem wydarzeń", jak
powiedziała lata później Policji Federalnej.
Było już późno w nocy, kiedy w Instytucie Medycyny Sądowej (IML)
rozpoczęto oględziny zwłok. Dyżurny lekarz medycyny sądowej Jaime Edson
Andrade de Mendonça stwierdził, że przyczyną zgonu było "uduszenie w wyniku zalania wodą górnych dróg oddechowych", czyli utonięcie. Nie
uznał za konieczne przeprowadzenia sekcji zwłok ani nie zakwestionował
tożsamości czy wieku denata. Dla lekarza sądowego badającego ciało
człowieka w starszym wieku czternaście lat nie robi dużej różnicy. Liczy
się stan ogólny, to, jak zmarły dbał o własne zdrowie za życia. Poza tym
woda sprawia, że skóra się marszczy - kolejny powód, by różnica wieku
pozostała niezauważona. Doktor de Mendonça w ogóle nie zwrócił na nią
uwagi. Po prostu uwierzył w podaną przez Liselotte tożsamość i podpisał
akt zgonu.
Ta wyczerpana kobieta w średnim wieku zadbała o każdy szczegół, tak
jakby umarł ktoś z jej rodziny. Dostarczyła niezbędne części garderoby,
żeby można było ubrać zmarłego: spodnie, koszulę, pasek i skarpety.
Dopilnowała też, żeby przedsiębiorca pogrzebowy położył ręce
nieboszczyka wyciągnięte wzdłuż ciała. Poprosił ją o to kiedyś sam
Mengele. Twierdził, że czuje się żołnierzem i jego ostatnim życzeniem
jest zostać pochowanym w pozycji na baczność. Dziwna to była prośba,
ponieważ zgodnie ze zwyczajem panującym w Brazylii zmarłych grzebie się
z rękami skrzyżowanymi na piersi. Pracownik zachował dyskrecję i zgodził
się spełnić prośbę, nie zadając pytań10.
A jaki miał być ostateczny los ciała? Nie mając z kim się naradzić,
Liselotte pomyślała o kremacji. Takie rozwiązanie byłoby wygodne,
ponieważ pozwoliłoby raz na zawsze zatrzeć ślady, które mogłyby ujawnić
prawdziwą tożsamość zmarłego. Nie było to jednak możliwe, gdyż zgodę na
kremację musiałby wyrazić bliski krewny. Wtedy przypomniała sobie, że
prawdziwy Wolfgang Gerhard przekazał jej i jej mężowi instrukcje, że
jeśli wujek umrze w Brazylii, to ma być pochowany w Embu pod S?o Paulo.
Wolfgang kupił kwaterę dla swojej matki właśnie na tamtejszym cmentarzu
Rosário, gdzie spoczywało wielu Niemców, i było tam jeszcze jedno wolne
miejsce. On sam nie zamierzał korzystać z tego grobu, ponieważ wrócił do
Austrii. Oprócz tego, że zostawił Mengelemu swoje dokumenty, chciał
także zapewnić mu pochówek, ponieważ zawsze czuł się odpowiedzialny za
opiekę nad swoim przyjacielem. Liselotte przypomniała sobie o tym i nie
miała odtąd wątpliwości, że to będzie jego ostateczne miejsce spoczynku
i że tam cała historia dobiegnie końca.
Następnego ranka wydano ciało. Kobieta pracująca w zakładzie pogrzebowym
odebrała trumnę i zawiozła ją na cmentarz, ponad sto kilometrów dalej.
Liselotte pojechała razem z nią i mimo że było lato, miała na sobie
ciemną sztruksową bluzkę. W trakcie podróży narzekała na drogę, bo
niektóre jej odcinki były nieprzejezdne11. Kiedy wreszcie
dotarły na cmentarz Rosário, Liselotte poszukała zarządcy i zapytała o kwaterę kupioną przez Wolfganga Gerharda.
Gino Carita, serdecznie usposobiony włoski imigrant, wskazał miejsce
pochówku i poprosił o pokazanie aktu zgonu. Przeczytawszy, że zmarłym
jest sam Wolfgang, chciał otworzyć trumnę, żeby się pożegnać. Gino
poznał Austriaka kilka lat wcześniej, kiedy został zatrudniony do
wykonania obramowania grobu i zrobienia tablicy z brązu z datami urodzin
i śmierci jego matki Friederiki. Wolfgang wracał tu kilka razy, żeby
odwiedzić grób, a podczas ostatniej wizyty poinformował zarządcę, że
zamierza wyjechać, nie powiedział jednak dokąd. Nigdy więcej go tu już
nie widziano. Przed wyjazdem powiadomił tylko, że "starszy krewny" być
może zostanie pochowany obok jego matki. Gino nie mógł uwierzyć, że
Wolf, jak go nazywał, wraca tu teraz w trumnie. Włoch próbował podnieść
wieko, ale w tej samej chwili Liselotte zaczęła symulować atak histerii.
Rozpłakała się i powiedziała, że Gino nie może tego zrobić, bo mężczyzna
utonął i jest zdeformowany. Ów spektakl był jedynym sposobem, jaki
przyszedł jej do głowy, by uniemożliwić otwarcie trumny. Gdyby do tego
doszło, zarządca natychmiast zauważyłby różnicę w wyglądzie, a ona
miałaby kłopoty.
Po chwili zamętu dwaj grabarze wykopali grób. Jeden z nich zapamiętał z tamtego dnia, że na pogrzebie była obecna tylko Liselotte. Po tej
krótkiej i skromnej ceremonii kobieta wreszcie mogła wrócić do domu i zobaczyć dzieci. Najważniejsze było dla niej to, że sekret, który
skrywała przez dziesięć lat, został pogrzebany razem z wujkiem Peterem.
Liselotte była przekonana, że postępuje słusznie. Jej zdaniem dzieci nie
wytrzymałyby ciężaru, jaki spadłby na barki wszystkich członków rodziny,
gdyby tożsamość wujka Petera wyszła na jaw. "Milczenie jest złotem",
myślała. Jako katoliczka była przekonana, że Bóg jej dopomoże, skoro
jedynie niosła pomoc przyjacielowi. Postrzegała Mengelego jako naukowca,
a nie zwyrodniałego lekarza, który wysłał tysiące ludzi na śmierć w komorach gazowych Auschwitz i swoimi eksperymentami zadawał
niewyobrażalny ból niewinnym kobietom i dzieciom, nie okazując przy tym
wyrzutów sumienia. Nie dostrzegała, że był mordercą, którego nie
osądzono za popełnione zbrodnie i którego życie dobiegło końca pewnego
letniego popołudnia w trakcie odpoczynku nad wodą.
2. Spotkanie bliźniąt Mengelego, czyli jak zwrócić uwagę świata, aby schwytać zbrodniarza
2.
Spotkanie bliźniąt Mengelego, czyli jak zwrócić uwagę świata, aby
schwytać zbrodniarza
Jerozolima, październik 1984 roku
Josef Mengele nie żył już od ponad pięciu lat. Ale nikt o tym nie
wiedział. Czy raczej tylko nieliczne osoby miały tego świadomość:
jedynie przyjaciele w Brazylii i krewni w Niemczech, którzy pomagali mu
się ukrywać po drugiej wojnie światowej. Podczas gdy zmarły stał się już
kupką kości na odległym cmentarzu w Embu, ofiary i łowcy nazistów w dalszym ciągu naiwnie poszukiwali zbrodniarza, jakby nadal żył. Miejsce
pobytu Mengelego owiane było tajemnicą, co podsycało zupełnie absurdalne
teorie spiskowe. Dominowało przypuszczenie, że Mengele mieszka w Portugalii. Niektórzy twierdzili, że widzieli go na Bahamach, w Patagonii i w Urugwaju. Sławny łowca nazistów Szymon Wiesenthal z dziwną
precyzją podawał, że były kapitan SS przebywa najprawdopodobniej w bazie
wojskowej w małej paragwajskiej miejscowości Laureles, gdzie nawet
miejscowa policja nie miała prawa wstępu. Tuwja Friedman, inny tropiciel
nazistów, twierdził, że Mengele jest osobistym lekarzem paragwajskiego
dyktatora Alfreda Stroessnera12. Nie wiadomo, skąd czerpali
taką pewność. Sądząc po zupełnie bezpodstawnych domysłach, jakie
pojawiały się w prasie, było jasne, że nikt nie miał pojęcia o miejscu
pobytu Mengelego, poza bliskim kręgiem jego lojalnych protektorów.
Mimo braku konkretnych tropów pewna kobieta była zdeterminowana, by go
znaleźć. Eva Mozes Kor, licząca pięćdziesiąt jeden lat Rumunka urodzona
w Transylwanii, obecnie mieszkająca w Stanach Zjednoczonych, marzyła o postawieniu przed sądem człowieka, który w dzieciństwie wykorzystał ją
jako królika doświadczalnego. "Musimy zlokalizować Mengelego, zanim
umrze we własnym łóżku" - powiedziała ze swoim silnym akcentem podczas
konferencji prasowej w Jerozolimie w październiku 1984 roku. Właśnie Eva
Mozes Kor założyła też stowarzyszenie Children of Auschwitz Nazi Deadly
Lab Experiments Survivors (CANDLES, Dzieci ocalałe z nazistowskich
zbrodniczych eksperymentów w Auschwitz), reprezentujące bliźnięta, które
przetrwały eksperymenty Mengelego. Była także rzeczniczką nowo powstałej
organizacji. Przekazała dziennikarzom, że 27 stycznia następnego roku
niektórzy z ocalałych przejdą trzykilometrowy odcinek w Auschwitz, aby
uczcić czterdziestą rocznicę wyzwolenia obozu. To było zaledwie jedno z planowanych wydarzeń w ramach zakrojonej na szeroką skalę kampanii,
mającej na celu zwrócenie uwagi świata na poszukiwania Mengelego.
Komunikat, który stowarzyszenie CANDLES przekazało prasie, zawierał
przerażające dane: Mengele wykorzystał do eksperymentów medycznych w Auschwitz trzy tysiące bliźniąt, spośród których przeżyło zaledwie sto
osiemdziesięcioro troje. "Zbrodniarz, który nam to zrobił, wciąż jest na
wolności. Jeśli nie podejmiemy kroków zmierzających do zmiany tej
sytuacji, nic się nie wydarzy" - dodała. Eva Mozes Kor była przekonana,
że im głośniej zrobi się o tej sprawie, tym lepiej. I działała z rozmachem. Wysłała telegramy do prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda
Reagana i przywódcy ZSRR Konstantina Czernienki, zapraszając liderów
dwóch największych ówczesnych potęg do udziału w symbolicznym marszu,
który organizowała13. W głębi duszy bardziej niż
doprowadzić Mengelego przed sąd, Eva Mozes Kor chciała go znaleźć, żeby
się dowiedzieć, jakie substancje wstrzyknął jej i jej siostrze
bliźniaczce Miriam, kiedy były dziećmi. Czterdzieści lat po
eksperymentach nadal miała problemy zdrowotne z powodu tamtych
zastrzyków, ale wolała o tym nie rozmawiać14. Martwiła się
przede wszystkim o siostrę. W następstwie eksperymentów w Auschwitz
Miriam cierpiała na poważne infekcje nerek, na które nie pomagały
antybiotyki. Lekarze stwierdzili, że narządy uległy atrofii i były
wielkości nerek dziesięcioletniej dziewczynki, a właśnie tyle lat miały
siostry, kiedy posłużyły za króliki doświadczalne w laboratorium
nazisty. Niestrudzeni lekarze badający Miriam poprosili o jej akta z obozu koncentracyjnego, żeby podjąć próbę ustalenia, czym zostało to
spowodowane, i być może ją wyleczyć. Siostry jednak nigdy nie znalazły
żadnego dokumentu ani nikogo, kto by wyjaśnił, co zrobiono im w tym
laboratorium.
Miriam mieszkała w Izraelu, a Eva w amerykańskim stanie Indiana, gdzie
wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci i pracowała jako pośredniczka
nieruchomości. Przez długi czas Mozes Kor nie była w stanie z nikim
rozmawiać o straszliwych przeżyciach. Sąsiedzi uważali ją za dziwną, a jej "osobliwość" stała się w okolicy powodem żartów, odkąd przepędziła
grupę dzieci, które odwiedziły ją w Halloween. To, co wydawało się
niewinną zabawą, jej przypomniało nękanie Żydów w Por? w Rumunii przez
grupy młodych nazistów, kiedy była mała15.
Stosunek Evy do przeszłości zaczął się zmieniać dopiero w 1978 roku -
ponad trzydzieści lat po opuszczeniu Auschwitz, kiedy to obejrzała
miniserial telewizyjny zatytułowany Holocaust. Serial ten cieszył się
ogromną popularnością, w Stanach Zjednoczonych przyciągnął sto
dwadzieścia milionów widzów, a w obsadzie znalazła się między innymi
Meryl Streep, stawiająca wówczas pierwsze kroki w świecie filmowym.
Produkcja poruszała temat, o którym niewiele się w tamtym czasie
publicznie mówiło: masowe mordy na Żydach w Europie. Czteroodcinkowy
Holocaust opowiadał historię żydowskiej rodziny Weissów, mieszkającej
w Berlinie, której dawniej nieźle się powodziło i która była szczęśliwa.
Wraz z nastaniem nazizmu Weissowie w wyniku antysemickiej polityki
Trzeciej Rzeczy stopniowo tracili swoje prawa i podlegali coraz większym
prześladowaniom, a ostatecznie zostali zgładzeni. Serial spotkał się z krytyką wielu ocalałych. Jego przeciwnicy uważali, że fabuła nazbyt
upraszcza bardzo złożone kwestie, a forma telenoweli nie pasuje do
poważnego tematu. Serial miał jednak tę zasługę, że dał nazwisko i twarz
cierpieniom Żydów, a także sprawił, że wzrosła świadomość na temat
zagłady nie tylko w Stanach Zjednoczonych, lecz także w Niemczech, gdzie
również odniósł sukces.
Popularność zyskało też samo słowo "holokaust", które do tamtej pory
było używane jedynie w bardzo wąskich kręgach. Pierwsze znane użycie
tego terminu datuje się na XIII wiek. Wywodzi się ono z greckiego
holokauston, które z kolei jest tłumaczeniem hebrajskiego słowa
olah. W czasach biblijnych olah było ofiarą, która miała być
całkowicie strawiona przez ogień. Użycie tego terminu nawiązuje więc do
znaczenia religijnego: mordowani Żydzi, których ciała palono w całości w krematoriach, są uważani za ofiarę składaną Bogu. Z biegiem czasu słowo
to zaczęło się odnosić do mordu na szeroką skalę lub zagłady16.
Nawet dziś toczy się dyskusja na temat używania terminu "holokaust". Nie
osiągnięto powszechnej zgody co do znaczenia tego słowa: na przykład nie
jest jasne, czy odnosi się ono wyłącznie do zagłady Żydów czy może być
też stosowane w odniesieniu do masakry innych narodów17. W Izraelu używa się głównie pojęcia Szoah, po hebrajsku oznaczającego
"zagładę".
Po sukcesie, jaki odniósł miniserial, Eva Mozes Kor zauważyła, że wiele
osób zaczęło rozumieć, dlaczego jest inna. Niektórzy nawet przepraszali
za to, jak traktowali ją wcześniej. Był to punkt zwrotny zarówno w jej
życiu, jak i w życiu innych ocalałych, wpływający na radykalną zmianę
podejścia do kwestii prześladowania Żydów w amerykańskiej kulturze. Od
tamtej pory Holokaust zaczął zajmować istotne miejsce w książkach i popularnych filmach, takich jak Wybór Zofii z 1982 roku, nakręcony na
podstawie bestsellerowej powieści Williama Styrona pod tym samym
tytułem, również z udziałem Meryl Streep, nagrodzonej Oscarem dla
najlepszej aktorki. Równocześnie zaczęto rejestrować relacje ocalałych z obozów koncentracyjnych, co później nazwano "epoką świadków". W celu
zachowania tych relacji w różnych krajach utworzono archiwa publiczne i prywatne18.
Eva Mozes Kor, która do tamtego momentu w ogóle nie mówiła o swoich
przejściach, została prelegentką, a publiczność dopytywała o szczegóły
dotyczące eksperymentów medycznych nazistów. Problem polegał na tym, że
na wiele pytań nie potrafiła odpowiedzieć. Wtedy sobie przypomniała, że
kiedy Auschwitz został wyzwolony przez Armię Czerwoną, ona i jej siostra
nie opuściły tego piekła same - były też inne dzieci. Te pozostałe
uwolnione bliźnięta mogły dostarczyć przydatnych informacji, dlatego Eva
postanowiła odszukać kolegów i koleżanki z dzieciństwa, którzy pojawili
się na zdjęciach i filmach zrobionych przez Sowietów. Zadanie okazało
się niełatwe: byli wszak różnych narodowości, mówili różnymi językami i zostali rozrzuceni po całym świecie. Skontaktowanie się z nimi w czasie,
gdy nie było internetu, a tym bardziej mediów społecznościowych,
wymagało nadludzkiej siły woli. Siłę tę Eva miała jednak od dziecka.
Motywacją do poszukiwań była myśl, że gdyby zebrała historie każdego,
kto przeszedł przez to samo co one, lepiej zrozumiałaby, co przytrafiło
się jej samej i jej siostrze. Dzięki temu mogłaby złożyć elementy tej
niezrozumiałej układanki. Z tą myślą Eva i Miriam w 1984 roku powołały
do życia stowarzyszenie CANDLES. Wspólnymi siłami w dziesięciu różnych
krajach na czterech kontynentach znalazły sto dwadzieścioro dwoje
bliźniąt, które przetrwały eksperymenty Mengelego19.
W styczniu 1985 roku pod szyldem stowarzyszenia zorganizowały pierwsze
międzynarodowe wydarzenie. Jak można było przewidzieć, nie pojawili się
na nim przywódcy amerykański ani sowiecki. Mimo to Eva i Miriam trwały w swoim postanowieniu. Udało im się zabrać jeszcze czworo bliźniąt na
symboliczny marsz w czterdziestą rocznicę wyzwolenia Auschwitz. Marsz
się więc odbył, tak jak ogłosiły kilka miesięcy wcześniej. To był mały
krok w kierunku nagłośnienia sprawy. Z Polski grupa udała się do
Jerozolimy20. Tam zaplanowano największe wydarzenie w ramach
kampanii mającej na celu zwrócenie uwagi świata na sprawę Mengelego.
CANDLES zdołało zgromadzić osiemdziesięcioro bliźniąt, a oprócz tego
osoby niskorosłe i innych świadków, którzy mogli opowiedzieć o zbrodniach nazistowskiego lekarza. Nie miał to być oficjalny proces,
ponieważ do tego czasu żadnemu rządowi nie udało się ująć Mengelego,
choć był on jednym z najbardziej poszukiwanych zbrodniarzy wojennych na
świecie. Nie przeszkodziło to jednak Evie i Miriam w realizacji
przedsięwzięcia. Mengele miał zostać "osądzony" zaocznie w czasie
publicznego przesłuchania. Nawet jeśli to wydarzenie nie miało mocy
prawnej, posłużyło do nagłośnienia popełnionych przez niego zbrodni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Filho pode ter ido a Bertioga (Syn mógł pojechać do Bertiogi), "O Estado de S. Paulo", 8 czerwca 1985. [wróć]
A exumaç?o do enigma (Ekshumacja zagadki), "Veja", 12 czerwca 1985. [wróć]
Wywiad z Liselotte Bossert przeprowadzony w listopadzie 2017 roku. [wróć]
Na podstawie wywiadu z córką Niemców, która spędzała wakacje w Bertiodze i była świadkinią utonięcia Mengelego przy plaży Enseada. Z obawy przed konsekwencjami prosiła o niepodawanie nazwiska. [wróć]
Zeznanie Andreasa Bosserta (źródło: Policja Federalna, PF). [wróć]
Zeznanie Waltera Silvy, ratownika z Bertiogi (PF). [wróć]
Antes da morte, a depress?o (Przed śmiercią, depresja), "O Estado de S. Paulo", 11 czerwca 1985. [wróć]
Wywiad z Espeditem Diasem Rom?o przeprowadzony 27 stycznia 2018 roku. [wróć]
Zeznanie Liselotte Bossert (PF). [wróć]
Ibidem. [wróć]
Zeznanie Marii Heleny Costy Guerry, pracowniczki zakładu pogrzebowego Nova (albo Noa, jak widnieje w dokumencie) (PF). [wróć]
Mistério, mito. Onde está Mengele? (Tajemnica, mit. Gdzie jest Mengele?), "O Estado de S. Paulo", 10 marca 1985. [wróć]
Survivors Appeal for Information on Nazi Fugitive (Apel ocalałych o informacje na temat nazistowskich zbiegów), UPI, 13 października 1984. [wróć]
Wywiad z Evą Mozes Kor przeprowadzony mailowo 2 sierpnia 2017 roku. [wróć]
Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri, Surviving the Angel of Death. The True Story of a Mengele Twin in Auschwitz, Tanglewood, Vancouver 2009 [wyd. polskie: Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri, Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele, przeł. Teresa Komłosz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014]. [wróć]
Holocaust [w:] Merriam-Webster Dictionary, www.merriam-webster.com/dictionary/holocaust [dostęp: 3.06.2020]; What Is the Origin of the Term Holocaust? (Jakie jest pochodzenie terminu Holokaust?) [w:] Encyclop?dia Britannica, www.britannica.com/story/what-is-the-origin-of-the-term-holocaust [dostęp: 3.06.2020]. [wróć]
Laurence Rees, The Holocaust: A New History, Penguin, London 2017 [wyd. polskie: Laurence Rees, Holokaust. Nowa historia, przeł. Łukasz Praski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2018]. [wróć]
Frank McDonough, John Cochrane, The Holocaust, Bloomsbury, London 2008, s. 91; O poder das séries contra a viol?ncia institucionalizada (Siła seriali przeciwko zinstytucjonalizowanej przemocy), "Folha de S.Paulo", 21 lipca 2019. [wróć]
Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri, op. cit., s. 130. [wróć]
Read about Eva's Road to Forgiveness, CANDLES Holocaust Museum and Education Center, candlesholocaustmuseum.org/our-survivors/eva-kor/her-story/her-story.html/title/read-about-eva-s-road-to-forgiveness [dostęp: 8.06.2020]. [wróć]