Wstęp
Otwieranie czarnej skrzynki cudów w medycynie
Zwodzić można się na dwa sposoby. Pierwszym jest wierzyć w nieprawdziwe.
Drugim -?odmówić wiary prawdziwemu.
S?ren Kierkegaard
W 2008 roku Claire Haser miała przed sobą
jasną przyszłość. W wieku sześćdziesięciu trzech lat nawykła do rytmu
swoich dni i z łatwością pokonywała zwyczajne życiowe wiraże. Mapa
naszkicowana na ten etap życia sprawdzała się co do joty. Zarówno jej,
jak i mężowi brakowało tylko kilku lat do emerytury. Dzieci były już od
dawna dorosłe i świetnie sobie radziły, a oni mogli się pochwalić
gromadką zdrowych wnucząt. Przez większą część dorosłego życia mieszkali
w Portland, stolicy stanu Oregon, cieszącej mieszkańców orzeźwiającymi
deszczami, soczystą zielenią parków i czerwienią ceglanych fasad. Przez
większą część swojej drogi zawodowej Claire pracowała na stanowisku
administracyjnym w służbie zdrowia. Spędzała całe dnie przy biurku w pomieszczeniu ze sztucznym oświetleniem, tonąc pod stertami papierów.
Oboje z mężem uwielbiali Portland, ale ich marzeniem było przenieść się
na emeryturę na Hawaje. Od dawna to planowali i gromadzili stosowne
oszczędności, teraz zaś moment przeprowadzki coraz bardziej się zbliżał.
Nagle jednak tor, którym miało biec satysfakcjonujące, zwykłe życie
Claire, zaczął skręcać w nieoczekiwaną stronę. Nieokreślone, stresujące
objawy -?coraz częstsze mdłości i kłujący ból, który błąkał się po całej
jamie brzusznej -?skłoniły ją do wizyty w poradni. Zaniepokojony lekarz
dał jej skierowanie na tomografię komputerową (TK). Leżąc w tubie
aparatu radiologicznego, z rękoma pod głową, Claire próbowała oddychać
jak najnormalniej, modląc się, by przenikające ją promienie
rentgenowskie niczego nie wykryły. Skan ujawnił jednak masę patologiczną
na trzustce, mniej więcej dwucentymetrowy guz. Ostatnie nadzieje
odebrała biopsja. Guz był złośliwy. Postawiono diagnozę gruczolakoraka
trzustki -?inwazyjnej i nieuleczalnej postaci nowotworu tego narządu.
"Rak" to słowo dramatycznie nacechowane w naszej kulturze, współczesny
wilkołak. Nowotwory złośliwe powodują większe niż wiele innych chorób
spustoszenie w organizmie i częściej prowadzą do zgonu. Niemniej prawda
jest też taka, że z każdym nowotworem związane są inne szanse na
wyleczenie oraz odmienne możliwości remisji. Niektóre nie są chorobami
śmiertelnymi i w ich przypadku pacjenci nie umierają na nowotwór,
tylko z nowotworem, który może dyskretnie tkwić w organizmie, niewiele
wadząc przez całe lata, aż do śmierci człowieka z innych przyczyn. Część
nowotworów rośnie powoli, ale systematycznie. Inne co pewien czas
rozrastają się, a potem kurczą w wieloletnim rytmie. Wiele odmian raka
skutkuje śmiercią, jeśli choroba zostaje zostawiona sama sobie, lecz
bardzo dobrze reagują na leczenie -?operację, chemioterapię lub
naświetlanie. Ponadto niektóre nowotwory ustępują samoistnie, podczas
gdy inne w ogóle nie poddają się próbom leczenia, a wtedy wszelka
stosowana u pacjenta terapia ma charakter paliatywny; podejmuje się ją
jedynie w nadziei doprowadzenia do tego, że dolegliwości będą wolniej
narastać. Jest też sporo postaci raka, które znajdują się pomiędzy tymi
skrajnościami i wykazują zróżnicowany stopień ciężkości.
Oto co wiadomo o nowotworze Claire, gruczolakoraku trzustki: jest to
najagresywniejsza znana forma raka tego narządu. Szybko się rozrasta i prowadzi do zgonu. Rozpoznaje się go rocznie u około czterdziestu pięciu
tysięcy ludzi w Stanach Zjednoczonych i mniej więcej dwukrotnie tylu w Europie. Większość pacjentów umiera w ciągu jednego roku od diagnozy.
Stanowi on czwartą pod względem częstotliwości przyczynę śmierci zarówno
mężczyzn, jak i kobiet, a zgodnie z przewidywaniami wkrótce będzie
pewnie trzecią.
Rozpoznanie gruczolakoraka trzustki jest wyrokiem śmierci. Pytanie nie
brzmi, czy umrzesz na niego, tylko kiedy. Dlaczego jest tak
zabójczy? We wczesnych stadiach choroba ta nie daje żadnych objawów.
Nowotwór rozwija się skrycie, podstępnie. W chwili pojawienia się
pierwszych oznak -?utraty apetytu i masy ciała, bólów w plecach,
niekiedy lekkiej żółtaczki widocznej na skórze i w białkach oczu -?jest
już za późno. W tym momencie rak z reguły dał już przerzuty w inne
rejony ciała. Terapia może przedłużyć życie, ale nie je uratować.
Przytłaczająca większość (96 procent) pacjentów z rakiem trzustki umiera
na niego w ciągu pięciu lat. Z reguły jednak chorzy poddają się znacznie
wcześniej; typowe szacunki dalszego trwania życia po diagnozie wynoszą
od trzech do sześciu miesięcy pod warunkiem stosowania terapii. W związku z tym można powiedzieć, że Claire miała szczęście: lekarze
dawali jej rok.
Przyszłość, którą szczegółowo dla siebie zaplanowała -?ogródek przed
domem na Hawajach, spokojne życie na emeryturze z mężem -?prysła jak
bańka mydlana. Rak przetoczył się przez nią jak huragan i wszystko
roztrzaskał.
Claire musiała poczekać dwa tygodnie po diagnozie na wizytę u chirurga.
Jej rodzina i przyjaciele byli zbulwersowani -?ma przecież agresywnego
raka trzustki! Czy nie trzeba go jak najszybciej usunąć? Jakże ma żyć
dalej, jak gdyby nic się nie stało, wiedząc, że tkwi w niej nowotwór,
pewnie się powiększa, być może daje kolejne przerzuty? Ale ona była
zadowolona z tej przerwy. Potrzebowała jej, żeby zebrać myśli.
Otrzymanie diagnozy śmiertelnej choroby sprawiło, że świat wokół niej
zmienił się w surrealistyczny sen; jej życie nagle ma punkt końcowy, na
jej oczach pociąg wykoleja się i spada w przepaść. Nie chciało się w to
uwierzyć. Nakładał się na to sposób, w jaki traktowali ją lekarze: jak
punkt do odhaczenia na liście, ciało do wysłania na kolejny zabieg. Jako
pacjent w systemie opieki medycznej Claire miała poczucie, że wpadła w tryby jakiejś wielkiej maszyny, znalazła się na taśmie produkcyjnej, na
której przesuwa się od jednego stanowiska do następnego. Wszystko było z góry ustalone, bezosobowe, rutynowe.
W domu rzuciła się w wir zbierania informacji o swojej chorobie.
Pożerała podręczniki, artykuły, strony internetowe, szukając choćby
iskierki nadziei, którą wykluczyli u niej lekarze. Ale wszystko, co
czytała, utwierdzało ją w tym, co już jej powiedziano: nikt nie przeżył
raka tego typu. Claire przeczesywała sieć w poszukiwaniu jakiejś
opowieści o remisji czy przeżyciu -?przynajmniej jednej. Nie znalazła.
Jedyną szansę przedłużenia życia stwarzała tak zwana operacja Whipple'a.
Ten drastyczny zabieg chirurgiczny polega na częściowym usunięciu
trzustki wraz z pęcherzykiem żółciowym, wycięciu fragmentu jelita
cienkiego (dwunastnicy i jelita czczego) oraz ewentualnie części żołądka
i śledziony. Wiążą się z tym poważne skutki uboczne i powikłania.
Trzustka odgrywa bardzo ważną rolę w organizmie (między innymi reguluje
poziom cukru we krwi oraz trawienie), tymczasem trzeba by się jej
częściowo pozbyć. Enzymy trzustkowe są ogromnie silne, a ich wyciek -?do
którego często dochodzi po "Whipple'u" -?może powodować obezwładniające
bóle. Po operacji Claire prawdopodobnie cierpiałaby z tego powodu, a także doświadczałaby zatrzymania płynów w organizmie, skurczów żołądka,
męczących wzdęć i gazów. W dłuższym czasie ryzykowałaby rozwój cukrzycy,
niedokrwistości i problemów trawiennych, co prowadziłoby do osłabienia,
przewlekłego zmęczenia oraz niedoborów witamin i biopierwiastków.
Nie mogąc usnąć, Claire długo w nocy spisywała listę pytań, z którymi
uda się na konsultację do chirurga:
Czy operacja Whipple'a to moja jedyna szansa? Czy będę miała po niej
cukrzycę albo porażenie żołądka? Czy będę jeszcze mogła kiedykolwiek
normalnie jeść? Czy będę miała bóle? Jeżeli tak, jak długo trwające? Ile
trwa rehabilitacja pooperacyjna? Czy to zmęczenie, o którym czytałam,
kiedykolwiek ustąpi? Ile takich operacji już pan wykonał? Z jakim
wynikiem? Jak często wykonuje się ten zabieg u was w szpitalu? Jakie
uzyskuje się wyniki?
Wyniki -?jak wyjaśniał chirurg podczas konsultacji -?nie są najlepsze.
Lekarz mówił wprost, bez ogródek, za co Claire była mu wdzięczna.
Poprosiła, by rozmawiał z nią otwarcie, i tak robił. Powiedział jej, że
dwucentymetrowy gruczolakorak jest resekcyjny, czyli można go usunąć
metodą Whipple'a. To jej jedyna szansa na wyleczenie. Ale procedura jest
ryzykowna -?długa, niedoskonała i przynosi dwuznaczne efekty. Lekarz
sięgnął po atlas chirurgiczny i otworzył na rozdziale z etapem zamykania
w metodzie Whipple'a -?była to istna encyklopedia różnych technik
złożenia wnętrzności w całość po tym, jak zostały porozcinane.
-?Widzi pani, ile jest różnych sposobów zakończenia tej operacji? Wie
pani, co to znaczy? -?Utkwił w niej wzrok przez dłuższą chwilę. -?To
znaczy, że nie ma ani jednego naprawdę dobrego.
Poinformował ją, że zabieg może potrwać do ośmiu godzin. Powiedział też,
że jeżeli zanosi się u niej na zawał albo udar, to dostanie ich na
stole. Statystyki są najróżniejsze. W niektórych źródłach Claire
wyczytała, że naraża się na tylko dwuprocentowe ryzyko zgonu podczas
operacji, ale w innych, że jest ono piętnastoprocentowe. Chirurg
powiedział jej, że nawet jeżeli podda się zabiegowi, jej szanse
przeżycia dalszych pięciu lat wynoszą około 5 procent. Ogromna większość
pacjentów z tym rodzajem raka umiera na niego w tym przedziale czasu
nawet po przejściu operacji Whipple'a. W tym miejscu wtrącił się
onkolog, mówiąc, że prawdopodobieństwo przeżycia pięciu lat wynosi 20
procent, ale chirurg upierał się przy 5 i zaczęli z sobą dyskutować.
-?Proszę posłuchać -?w końcu powiedział jej chirurg. -?Niektórzy lekarze
mogą panią namawiać do tej operacji. Ale ja nie muszę już sobie niczego
udowadniać. Wykonałem dostatecznie dużo tych zabiegów. I nie potrzebuję
więcej pieniędzy. Mam już jacht.
Claire czuła, że chciałby ją wyleczyć. Był chirurgiem, specem od
naprawiania wszystkiego w organizmie, od dokonywania magicznych wyczynów
precyzyjnymi ruchami palców dzięki zaawansowanej wiedzy naukowej. Ale
jednocześnie przedstawiał jej -?tak jak prosiła -?niekoloryzowaną
prawdę.
W domu Claire obejrzała na YouTube nagrania z wypowiedziami pacjentów
wijących się z bólu po operacji Whipple'a, którzy opisywali drastyczne
skutki uboczne zabiegu. Wyszukiwała dane statystyczne o poziomie
przeżywalności. Płakała. Modliła się. Zadawała sobie trudne pytania:
Ile bólu zdołam znieść? Z jak wielkim bólem jestem gotowa trwać przez
całą resztę życia? Z iloma ograniczeniami jestem gotować dalej żyć? Czy
mogę żyć, nie wychodząc już ani razu więcej w góry?
Ostatecznie nie zdecydowała się na operację. Nie chciała przeznaczyć
całego pozostającego jej czasu na gonitwę za złudnym, mało
prawdopodobnym wyleczeniem, przesiadując w poczekalniach gabinetów
lekarskich.
-?Postanowiłam, że pozwolę, aby wszystko potoczyło się zgodnie z naturalnym biegiem rzeczy -?opowiada. -?Postanowiłam żyć z jak
największym ogniem i radością tak długo, jak będzie mi dane.
W 2013 roku, pięć lat po diagnozie i mrocznych rokowaniach, Claire
znalazła się w szpitalu w związku z chorobą niepowiązaną z tamtym
rakiem, która wymagała tomografii jamy brzusznej. Był to pierwszy raz od
chwili diagnozy, gdy wykonywano u niej badanie obrazowe. Oczekując
rychłej śmierci, Claire skoncentrowała się po prostu na życiu, a czas
płynął. Teraz, po pięciu latach, lekarzy nie interesowała akurat jej
trzustka, ale ta uwidoczniła się na skanach i okazała się czysta. W miejscu, w którym znajdował się kiedyś guz, niczego nie było.
Zdumieni lekarze postanowili zweryfikować poprzednią diagnozę i zamówili
z archiwum slajdy z biopsji, przekonani, że musiało dojść do pomyłki.
Lecz diagnoza sprzed pięciu lat była poprawna. Bez terapii i operacji
gruczolakorak trzustki Claire tajemniczo zniknął.
Jak do tego doszło? Nikt nie miał pojęcia, łącznie z Claire. Jej lekarze
wiedzieli tylko, czego pacjentka nie zrobiła: nie poddała się operacji,
chemioterapii ani naświetlaniom. Gdy z nią rozmawiałem, okazało się, że
po diagnozie podjęła pewne ważne kroki, ale żaden z jej lekarzy nie był
chętny ich poznać. Twierdzili, że jej jednostkowe doświadczenie "nie ma
wartości medycznej". To był po prostu jeden z tych dziwnych przypadków,
szczęśliwy traf jeden na milion, bez znaczenia.
Mnóstwo ludzi określiłoby przypadek Claire jako cud. W żargonie
medycznym nazywamy podobne sytuacje mianem spontanicznej remisji. Ale
bez względu na nazwę takie wyzdrowienia z reguły nie są analizowane,
pozostają czarnymi skrzynkami, nieotwieranymi przez nauki medyczne.
"Spontaniczny" oznacza tu "niemający przyczyny", ale prawdę mówiąc, w ogóle nie szukaliśmy tej przyczyny. W dziejach medycyny prawie wcale nie
stosowano rygorystycznych metod naukowych do badania nadzwyczajnych
wyzdrowień z nieuleczalnych chorób. Rozsądek podpowiadałby, że są to
przypadki, które najbardziej chciałoby się wyjaśnić; być może ci ludzie
trafili szczęśliwym zbiegiem okoliczności na przełomowe ścieżki
prowadzące ku zdrowiu, które warto poznać. Tymczasem spontaniczne
remisje to niemal całkowicie biała plama na mapie badań medycznych.
Przypadki takie jak Claire są klasyfikowane jako fuksy czy outliery
(znaczne odstępstwa od średniej), a my przyjmujemy po prostu do
wiadomości narrację, że są niewytłumaczalne. Ja jednak nie postrzegam
nadzwyczajnych wyzdrowień w kategoriach fuksów ani odstępstw -?podobnie
jak nie traktuję w takich kategoriach ludzi wykazujących się wyjątkową
sprawnością na innych polach. Serena Williams i Michael Jordan są
niewątpliwie odstępstwami od średniej, lecz jednocześnie jaśniejącymi
przykładami możliwości człowieka. Analizując ich działania i metody,
możemy zrozumieć, w jaki sposób doskonalić nasze własne.
Na igrzyskach olimpijskich w Meksyku w 1968 roku amerykański skoczek w dal Bob Beamon podbiegł sprintem do progu i wybił się w powietrze. Na
nagraniu widać, jakby pofrunął niczym ptak, wypinając pierś, po czym
wylądował na piachu stopami do przodu. Lekkoatleta pobił aktualny
wówczas rekord świata o ponad pół metra, szokując publiczność i w praktyce rozstrzygając zawody. Kibice mówili, że to był skok
"przekraczający ludzkie pojęcie". Wykroczył również poza zasięg taśm
pomiarowych. Z czasem wyczyn ten nazwano "skokiem stulecia". Sportowcy i naukowcy natychmiast przystąpili do analiz, jak Beamon tego dokonał i jak można pobić jego wynik, choć na to ostatnie trzeba było czekać
prawie dwadzieścia trzy lata.
Kiedy jednak coś podobnego dzieje się w sferze zdrowia -?kiedy osoba
skazana praktycznie przez system medyczny na śmierć nagle zaczyna
zdrowieć -?można odnieść wrażenie, jakbyśmy się tego wstydzili. Te
nadzwyczajne przypadki są postrzegane bardziej jak zagrożenie dla
systemu niż inspiracja i zbywa się je milczeniem bez dalszej analizy.
Tajemnica, cud, fuks, odstępstwo -?mamy duży wybór etykietek, gorzej z wyjaśnieniami.
Przez całe dzieje ludzkości żywiliśmy najróżniejsze poglądy na temat
pochodzenia chorób i dolegliwości. Aż do stosunkowo niedawnych czasów -
jeszcze kilkaset lat temu -?w większości kultur traktowano chorobę jako
stan wywodzący się ze sfery duchowej; taka była wola boska, być może
kara albo urok rzucony przez złego ducha. W starożytnym Egipcie
prawdopodobnie nosilibyśmy amulet, by chronić się przed chorobami, a na
skaleczenia i otarcia nakładali miód (naturalny antybiotyk). W razie
ciężkiej choroby medyk mógłby zdecydować o wywołaniu u pacjenta wymiotów
-?w myśl teorii, że skoro w ciele jest mnóstwo kanałów, choroba może
wskazywać na ich zablokowanie, któremu należy zaradzić. A gdyby wypadło
nam urodzić się w starożytnej Grecji, uważalibyśmy, że poszczególne
składniki ciała przynależą do różnych żywiołów, które muszą pozostawać w równowadze; choroba świadczy o zachwianiu tej równowagi, a w konsekwencji o konieczności jej przywrócenia. W tej sytuacji udalibyśmy
się zapewne do jednego ze starogreckich asklepiejonów, sakralnych
ośrodków medycznych, w których pacjenci przechodzili katharsis
(oczyszczenie) i zapadali w enkoimesis (rytualny sen), po czym
zostawali objęci opieką medyczną, łączącą zabiegi fizyczne z duchowymi
pod czujnym okiem boga sztuki lekarskiej Asklepiosa.
Choć uprawianie medycyny w wielu starożytnych kulturach opierało się w wielkim stopniu na magii, religii i zabobonach, następował również
znaczny rozwój wiedzy: z jednej strony poznawano anatomię, z drugiej na
podstawie obserwacji oraz metodą prób i błędów kształtowały się teorie
choroby i zdrowia, a także sposoby leczenia urazów i schorzeń, często
ziołami, które były prekursorami dzisiejszych farmaceutyków. Niemniej
samo pochodzenie chorób wciąż się nam wymykało. Skąd bierze się choroba?
Dlaczego wybiera tę, a nie inną osobę? Odwoływaliśmy się do astrologii
oraz takich remediów jak puszczanie krwi, lecz jednocześnie coraz
częściej dostrzegaliśmy, że wiele schorzeń bierze się z brudnej wody i ścieków, toteż duże znaczenie ma dbanie o czystość ciała, miasta i źródeł wody, choć nie do końca było jasne dlaczego.
W 36 roku przed naszą erą rzymski myśliciel Marek Terencjusz Warron
wydał poradnik prowadzenia gospodarstwa wiejskiego De re rustica (O uprawie roli). W rozdziale o inwentarzu żywym przestrzegał przed
hodowaniem zwierząt w pobliżu mokradeł zgodnie z głoszoną przez siebie
teorią, że "lęgną się tam pewne malutkie, niewidoczne dla oka
stworzenia, które unoszą się w powietrzu, wnikają do ciała poprzez usta
i nos i powodują trudne do wyrugowania choroby". Interesująca teoria,
choć niestety niemożliwa do udowodnienia w jego czasach.
W 1546 roku ukazała się rozprawa De contagione et contagiosis morbis
(O zaraźliwości i chorobach zakaźnych) włoskiego lekarza Girolama
Fracastora. Autor przedstawił w niej własną teorię, według której
drobne, szybko namnażające się, chorobotwórcze stworzenia -
mikroorganizmy -?przenoszą się z człowieka na człowieka za pośrednictwem
dotyku lub są rozprowadzane z wiatrem. Koncepcję tę dobrze przyjęto,
lecz znów z powodu braku dowodów na jej poparcie ostatecznie popadła
niemal w całkowite zapomnienie. Dopiero w latach sześćdziesiątych XIX
wieku francuski chemik Louis Pasteur, wynalazca metody eliminacji
patogenów, która do dziś nosi upamiętniającą go nazwę -?pasteryzacja -
definitywnie dowiódł słuszności teorii zarazków. Był to ogromny skok w medycynie, lecz jednocześnie zamknął nas w opartej na tym filozofii,
którą kierujemy się w odniesieniu do zdrowia i chorób: zabić zarazki.
Czy jest możliwe, że dziś jesteśmy tak dalece oddani realizacji tej
misji, iż giną nam z oczu inne ważne drogi prowadzące do zdrowia?
Lekarzy uczy się, by ignorowali "narracyjne dodatki", indywidualne życie
pacjenta, a wyłuskiwali przedmiotowe i podmiotowe objawy schorzenia,
wspólne dla wszystkich cierpiących na określoną jednostkę chorobową.
Ogranicza nas akcent kładziony na patologię, na to, czego brak lub co
źle funkcjonuje, zamiast dostrzegania i pobudzania tego, co korzystne,
wyjątkowe i wspaniałe w życiu danej osoby -?również w twoim życiu. W rezultacie podczas starań, by przywrócić zdrowie, raz po raz popełniamy
dramatyczne błędy. Lecząc chorobę zamiast człowieka, pomijamy szeroki
kontekst jego życia, które obfituje we wskazówki i podpowiedzi, jak
można optymalnie poprowadzić go ku zdrowiu. Skupiamy się na
dolegliwościach zamiast na ich głębokich przyczynach i przepisujemy
leki, które często tylko maskują objawy, zamiast podjąć się
długotrwałego i trudnego wysiłku budowania odporności i witalności
pacjenta. Upieramy się przy dzieleniu schorzeń na wywodzące się z psychiki bądź z ciała, zamiast zrozumieć i docenić ich punkty styczne, w których zakorzeniona jest większość chorób.
Wreszcie -?marginalizujemy relacje o nadzwyczajnych wyzdrowieniach,
które nie pasują do przyjętego paradygmatu "jedna przyczyna -?jedno
rozwiązanie". Na podstawie swojego doświadczenia mogę założyć się, że
większość pracowników służby zdrowia zetknęła się z przykładami
niezwykłych ozdrowień. Nie wiemy, co o nich myśleć, zatem -?skoro nie
mieszczą się w ramach naszego układu odniesienia -?odkładamy je ad
acta i o nich zapominamy; co najwyżej czasem przychodzą nam na myśl
późną nocą przy kawie w dyżurce pielęgniarek albo w ciszy naszych
własnych prywatnych rozmyślań. Nie wiemy, jak wytłumaczyć te zdarzenia.
Z obawy przed wyśmianiem w środowisku wahamy się przed publikowaniem
doniesień o nich. Nie opowiadamy o nich pacjentom cierpiącym na te same
schorzenia. Nie chcemy dawać "fałszywej nadziei".
Pierwszy raz zetknąłem się z tematem nadzwyczajnych wyzdrowień
siedemnaście lat temu, gdy właśnie skończyłem rezydenturę i zaczynałem
praktykę psychiatryczną. Dostałem ofertę podwójnego zatrudnienia w Szpitalu McLeana i w Harvardzkiej Szkole Medycznej, uruchomiłem też
niewielką praktykę prywatną. Czułem na sobie wielką presję, aby wykazać
się jako lekarz i jako wykładowca.
Poznałem wtedy Nikki, pielęgniarkę onkologiczną pracującą w szpitalu
Massachusetts General przy tej samej ulicy co ja, lecz nieco dalej.
Przyszła do mnie na wspólną sesję z dorosłym synem. Zdiagnozowano u niej
raka trzustki i chciała mieć wsparcie podczas przekazywania wiadomości o tym dziecku.
Niedługo potem poinformowała mnie, że idzie na bezterminowe zwolnienie
lekarskie. Jej stan zdrowia pogorszył się tak, że nie mogła dłużej
pracować. Była wycieńczona, miała trudności z jedzeniem, traciła na
wadze. Planowała wybrać się do Brazylii, gdzie w niewielkim
prowincjonalnym miasteczku Abadiânia przyjmował miejscowy uzdrowiciel. W walce z chorobą wypróbowała już wszystko, co oferuje zachodnia medycyna,
uznała więc, że nie ma niczego do stracenia.
Dwa tygodnie po jej wyjeździe odezwał się w moim gabinecie telefon.
Dzwoniła Nikki, wciąż z Brazylii.
-?Musi pan tu przyjechać -?powiedziała. -?Poprawia mi się. I widzę tu
rzeczy, w jakie pan nie uwierzy.
Relacjonowała jedną po drugiej sytuacje poznanych ludzi oraz
uzdrowienia, których była świadkiem, klasyczne historie o tym, jak
chromi zaczynają chodzić, a niewidomi odzyskują wzrok. Pewna kobieta z rakiem piersi poczuła, jak po dotknięciu uzdrowiciela z jej klatki
piersiowej uszła "czarna chmura", potem zaś jej guz zaczął się
zmniejszać. Nikki dzwoniła do mnie i pisała z Brazylii przez kilka
miesięcy -?ale nie pojechałem. W szpitalu był młyn, miałem na głowie
zajęcia uniwersyteckie, a poza tym zachowywałem głęboki sceptycyzm.
Wszystkie te przypadki kwalifikowałem jako zjawiska w pełni
wytłumaczalne: chwilowe poprawy zdrowia, błędne diagnozy, sytuacje, w których kondycja pacjentów i tak by się poprawiła.
Po powrocie Nikki wyglądała tak, jakby wstąpiły w nią nowe siły. Jej
stan był nie do poznania. Cieszyła się życiem, z apetytem pałaszowała
steki (jedno z jej ulubionych dań) i sałatki. Pobyt w Brazylii dodał jej
skrzydeł. Powiedziała mi, że znowu czuje się gotowa kochać i być
kochaną. Zniknęły u niej problemy z tendencją do nadmiernej kontroli,
które wcześniej ją prześladowały. Czuła się pełna energii i radości.
Jakość jej życia stała się nieporównywalna z sytuacją przed wyjazdem.
Niestety, jej historia nie kończy się tak jak w wypadku Claire. Prawdę
mówiąc, podobnie jest z większością ludzi. W końcu przyszedł nawrót
choroby i w ciągu niecałego roku rak pokonał Nikki. Zanim się to jednak
stało, ponownie nakłaniała mnie, żebym zainteresował się tym, co dzieje
się w Brazylii.
Czytałem w pismach naukowych, iż rzeczywiste przypadki spontanicznych
remisji są bardzo rzadkie, występują z częstotliwością jeden na mniej
więcej sto tysięcy. Statystyka ta powtarzała się w jednym artykule po
drugim, zawsze podawana w otoczce prawdy absolutnej. Postanowiłem
wytropić jej źródło, zorientować się, skąd te dane pochodzą. Okazało
się, że zostały wzięte z sufitu, a następnie przyjęte jako faktyczne
były powielane w kolejnych publikacjach.
Gdy nieco bardziej zagłębiłem się w literaturę, poszukując zarówno
obecnych, jak i historycznych przykładów spontanicznych wyzdrowień,
doznałem szoku. W XX wieku informacje o spontanicznych remisjach
pojawiały się w stopniowo coraz pokaźniejszej liczbie i z coraz większą
częstotliwością, zwykle ze zwyżkami po ważnych konferencjach, książkach
czy głośnych relacjach medialnych. Na początku lat dziewięćdziesiątych
Instytut Nauk Noetycznych zaczął zbierać dane o wszystkich przypadkach
spontanicznych remisji, które doczekały się opisów w literaturze
medycznej. W opublikowanej w 1993 roku bazie danych Spontaneous
Remission: An Annotated Bibliography (Spontaniczna remisja: rozszerzona
bibliografia)1 udokumentowano 3500 wzmianek o spontanicznych wyzdrowieniach w ośmiuset pismach naukowych. Przypadki,
które zostały zgłoszone, stanowią jednak czubek góry lodowej. Podczas
pierwszego odczytu, na którym poruszyłem temat spontanicznych remisji
oraz wiedzy, jaką moglibyśmy z nich czerpać jako medycy, zapytałem
zebranych w audytorium lekarzy, jak wielu z nich było świadkami
wyzdrowienia, które nie dawało się wytłumaczyć z perspektywy medycznej.
W sali wystrzelił do góry las rąk. Ale gdy zapytałem, czy ktoś opisał te
przypadki i opublikował obserwacje, wszyscy opuścili ręce.
Chodzi nie o to, że spontaniczne remisje są rzadkością, tylko o to, że
atmosfera strachu przed ośmieszeniem nie pozwala nam dostrzec ich skali.
Ile było przypadków, które nigdy nie trafiły do literatury medycznej z obaw przed narażeniem się na szyderstwo w środowisku? Boleśnie
odczuwałem to jako nowy dyrektor do spraw medycznych w Szpitalu McLeana,
jednej z najstarszych i najszacowniejszych instytucji psychiatrycznych w Stanach Zjednoczonych. Wahałem się przed publikowaniem swoich obserwacji
i szukaniem dla nich poparcia w świecie lekarskim. Jednak każdego dnia
widziałem, jak przypadki spontanicznej remisji zazębiają się z problemami prześladującymi pacjentów czy to na oddziale wewnętrznym,
psychiatrycznym, czy na SOR-ze. Codziennie widziałem osoby z najczęstszymi i najbardziej śmiercionośnymi chorobami: rakiem, cukrzycą,
wieńcówką, chorobami autoimmunologicznymi i niewydolnością płuc -
głównymi zabójcami w krajach zachodnich. Coraz lepiej nam wiadomo, że w rozwoju wielu z nich istotną rolę odgrywa styl życia. Zacząłem
przypuszczać, że gdyby moi pacjenci spróbowali połowy strategii, które
obserwowałem w przypadkach nadzwyczajnych wyzdrowień, nastąpiłaby
zdecydowana poprawa ogólnego stanu zdrowia, i to nie tylko u nich
samych, ale w całym społeczeństwie. Jednak presja, by trzymać się
dogmatycznych ram mojej profesji, była bardzo silna i z największym
trudem się jej pozbywałem.
W dzieciństwie dorastałem na niewielkiej farmie w rolniczym zakątku
Indiany, pośród ciągnących się po horyzont pól kukurydzy i soi, pod
gigantyczną kopułą nieba rozpostartą nad równinami Środkowego Zachodu.
Pochodzę z rodziny amiszów. Rodzice rozstali się ze wspólnotą, gdy
miałem dwa lata, ale dalej żyliśmy zgodnie z jej zasadami. Sami
trzymaliśmy zwierzęta hodowlane i zapewnialiśmy sobie niemal całą
żywność, w tym mięso i mąkę. Matka ręcznie szyła nam ubrania. Telewizja,
radio i większość nowoczesnych udogodnień oraz aktywności były uważane
za wytwory zła, których należy się bać i wystrzegać. Był to dla mnie
duszny, trudny do wytrzymania świat, z którego wyrwałem się, gdy tylko
mogłem. Przez pierwsze lata studiowałem w Wheaton College w Chicago,
potem przyszła kolej na seminarium w Princeton i wydział lekarski w Szkole Medycznej Uniwersytetu Indiany, a wreszcie rezydenturę w Harvardzie. Wciąż pamiętam, jak świat się przede mną otwierał -?za
drzwiami, które dotąd były szczelnie zamknięte, ukazały mi się wielkie
przestrzenie możliwości. Wstąpiłem do seminarium pełen pytań, poszukując
na nie odpowiedzi, próbując pogodzić fundamenty wiary dzieciństwa z nową
wiedzą i doświadczeniami. W Princeton odpowiedzi nie dostałem -?pojawiło
się tylko więcej pytań. Ale nauczyłem się też od mojego opiekuna
naukowego, że pytania są równie ważne. Mówił mi: "Celem niekoniecznie
jest dotarcie do ostatecznej odpowiedzi. Cel stanowi podnoszenie jakości
zadawanych przez siebie pytań. O jakości odpowiedzi decyduje jakość
pytań".
Zadawane przez nas pytania są snopami światła, które pozwalają się nam
posuwać do przodu. Jeżeli formułujemy dobre pytania, mamy dużą szansę
zmierzać w dobrym kierunku.
Gdy po dostaniu się do szkoły medycznej zetknąłem się z panującą tam
zupełnie odmienną filozofią, poczułem się tak, jakby ktoś smagnął mnie
biczem. Wciąż pamiętam dokładnie, gdzie stałem, kiedy uświadomiłem
sobie, że kultura świata lekarskiego jest zupełnie inna, niż się
spodziewałem. Znajdowałem się przy drzwiach auli, z której studenci
wyszli właśnie po zajęciach, i zadawałem profesorowi uszczegółowiające
pytanie do jego wykładu.
-?Wykuj na blachę materiał -?odpowiedział. -?Nie zadawaj pytań.
Była to uwaga, którą miałem jeszcze nieraz usłyszeć na studiach
medycznych: "Nie zadawaj pytań", "Nie zadawaj pytań", "Nie zadawaj
pytań". Oczywiście studenci medycyny muszą opanować materiał;
przyswojenie podstaw wiedzy koniecznej do tego, by być lekarzem, wymaga
ogromnego nakładu czasu i wysiłku. Jednak w moim odczuciu uwaga ta
stanowiła przykre echo filozofii, w której mnie wychowywano: że dogmatu
się nie kwestionuje.
Wkuwanie na pamięć i brak swobody zadawania pytań tresuje lekarzy do
tego, by trzymali wzrok pokornie spuszczony i nie robili szumu. Stajemy
się współwinni działania systemu, który -?mimo owocowania niebywałymi
postępami badawczymi i technicznymi -?dzień po dniu zawodzi pacjentów,
ignorując ważne szanse przywracania im zdrowia. Przez dwie dekady pracy
w systemie opieki medycznej widziałem niemało podobnych zmarnowanych
okazji -?sytuacji, w których mieliśmy możliwość zmiany trajektorii
czyjegoś życia, ale z tego nie skorzystaliśmy. Nadeszła wreszcie pora,
by narobić szumu. Doszedłem w końcu do takiego etapu, że zebrałem się na
odwagę zadania pytań, które powinny być zadane, i pójścia ich tropem tak
daleko, jak może nas zaprowadzić dzisiejsza nauka -?a potem jeszcze
trochę dalej.
Nie wykonuje się klinicznych prób spontanicznych remisji; nie robi się w tym zakresie podwójnie ślepych badań, będących złotym standardem, na
którym opiera się funkcjonowanie świata medycyny. Ich przeprowadzenie
byłoby niemożliwe, gdyż obecnie nie znamy sposobów kontrolowania
warunków, pod jakimi miałyby zachodzić spontaniczne remisje, a testowanie różnych teorii na terminalnie chorych pacjentach jest
nieetyczne. W odniesieniu do spontanicznych remisji musimy postępować
jak antropolodzy, detektywi czy specjaliści medycyny sądowej, analizując
osobiste relacje, dokumentację lekarską oraz dostępne ustalenia naukowe,
by złożyć puzzle w całość. Ta książka jest właśnie taką próbą w moim
wykonaniu.
Od 2003 roku prowadzę szczegółowe wywiady z ludźmi, którzy przeżyli
pomimo doświadczenia nieuleczalnych chorób. Studiuję ich dokumentację
medyczną i dostrzegam na tej podstawie pewien wzorzec stosowanych przez
nich zasad i zachowań. Nie dziwi mnie już nieoczekiwane znikanie chorób.
Pojechałem do Brazylii i do innych ośrodków, do których ciągną tysiące
osób wiedzionych nadzieją na uzdrowienie -?i w których znacznie
częściej, niż jest to zrozumiałe w świetle naszego obecnego paradygmatu
medycyny, rzeczywiście odzyskują oni zdrowie. Podążałem śladami pewnego
uzdrowiciela w Stanach Zjednoczonych i obserwowałem, jak pacjenci będący
pod moją opieką doznają niespodziewanych remisji. Zmagałem się z targającymi mną własnymi wątpliwościami i -?mimo że posuwam się do
przodu -?wciąż się z nimi borykam.
Ta książka nie jest argumentem dla pacjentów, by przestawali zażywać
przepisane leki czy odrzucali zalecane interwencje lekarskie. Opracowane
przez nas farmaceutyki i technika medyczna to nowatorskie, niezbędne
metody, które wielokrotnie ratują życie. Jak zilustrują to historie
przytaczane w tej książce, w wielu przypadkach spontaniczne remisje
zachodzą w trakcie olbrzymich wysiłków podejmowanych przez pracujących z pełnym poświęceniem lekarzy, którzy przestrzegają najlepszych standardów
swoich specjalności. Wyjątkowe wyzdrowienia pokazują po prostu, że same
interwencje medyczne niekiedy nie wystarczają oraz że lekarze nie znają
wszystkich tajemnic powrotu do zdrowia.
W trakcie swoich dociekań dowiedziałem się, że trzeba sięgać głębiej do
źródeł choroby, nie poprzestając na długoterminowym zaleczaniu objawów -
i tak postępuję w opiece nad moimi pacjentami. Na krótką metę łagodzenie
objawów odgrywa ważną rolę i stanowi wyraz empatii, ale w dłuższej
perspektywie należy leczyć przyczyny choroby, które są często bardziej
ukryte. Spontaniczne zdrowienie daje nam rzadki wgląd w te fundamentalne
przyczyny. Mamy obowiązek analizować te przypadki i wyciągać z nich
wszelkie wnioski, na jakie pozwalają. Następnie zaś powinniśmy włączać
tę wiedzę do naszego postępowania terapeutycznego w sytuacji chorób
przewlekłych i nieuleczalnych, tak by stosować zarówno narzędzia
nowoczesnej medycyny, jak i mądrość wyniesioną z nadzwyczajnych
wyzdrowień.
W książce tej przedstawiam prowadzone przez siedemnaście lat śledztwo w sprawie zjawiska spontanicznej remisji. W części I rozpoczniemy opowieść
od miejsca, w którym i ja ją zaczynałem: od przeglądu podstawowych
elementów składających się na zdrowie. W przypadku spontanicznej remisji
coś powoduje zmianę spodziewanego przebiegu choroby -?i to diametralną.
Logicznym punktem wyjścia było przyjrzenie się układowi odpornościowemu
(pierwszej i najważniejszej linii obrony organizmu przed infekcją i chorobą) oraz wpływającym na niego czynnikom: odżywianiu się, stylowi
życia i stresowi. Raz po raz zdarzało mi się widzieć, że ludzie, którzy
przerwali bieg nieuleczalnych chorób, dokonywali rewolucji na tych
obszarach (zwykle niedocenianych w rutynowej opiece medycznej),
wiedziałem więc, że trzeba dotrzeć do szczegółów tego, co się działo i dlaczego. Doprowadziło to mnie nie tylko do pewnych zaskakujących
ustaleń o możliwym wielkim znaczeniu tych interwencji dla zdrowia, lecz
również do poznania niuansów relacji umysł-ciało oraz tajemnic ludzkiego
serca.
Nie zdziwiło mnie odkrycie, że na styku psychiki z ciałem kryje się
ogromny potencjał, gdy idzie o radykalne zdrowienie -?nawet w medycynie
głównego nurtu przyznaje się przecież, że na przykład poziom stresu i wzorce myślenia mogą wpływać na zdrowie fizyczne. Zaskoczyła mnie jednak
skala tego oddziaływania, na którą moje wykształcenie lekarskie
absolutnie mnie nie przygotowało. W części II będziemy wspólnie badać,
jak silne są wzajemne zależności między gruntownym zdrowieniem a naszymi
myślami, przekonaniami czy nawet najbardziej fundamentalnym, często
wcale nieanalizowanym obrazem siebie. W końcu zacząłem zadawać sobie
pytanie, czy to możliwe, by tożsamość w jakiś sposób determinowała
zdolność zdrowienia. Odpowiedź na to jest równie odkrywcza, co
skomplikowana.
W książce przedstawiam obszerne profile osób, które przetrwały
nieuleczalne choroby i zgodziły się otworzyć przede mną zarówno swoją
dokumentację medyczną, jak i swoje życie, gdy poszukiwałem wyjaśnień ich
zdrowienia. Starałem się uchwycić wieloaspektowość i niepowtarzalność
ich historii, sądzę bowiem, że światło na tajemnice spontanicznych
remisji rzucają nie tylko podobieństwa między tymi osobami, lecz również
dzielące je różnice. Jak napisał kiedyś słynny psycholog Carl Rogers,
"najbardziej uniwersalne jest to, co najbardziej osobiste".
Z ich przypadków wynika wniosek, że musimy stworzyć w swoim organizmie i swej psychice środowisko biologiczne, które przygotowuje grunt pod
zdrowienie. Ciało samo chce wyzdrowieć. Ale zapewnienie sprzyjających
temu warunków okazuje się sprawą dużo bardziej złożoną, niż się nas
uczy. Moim celem jest pokazanie tego procesu, zabranie cię, Czytelniku,
na ekspedycję badawczą, w trakcie której będziemy analizować jeden
przypadek po drugim, poznawać nową, przełomową wiedzę naukową dotyczącą
psychiki i ciała oraz tropić ścieżkę ku zdrowiu, rysującą się w tych
opowieściach. Ostatecznie doprowadziła mnie ona do stworzenia nowego
modelu medycyny, opartego na -?jak je nazywam -?"czterech filarach
zdrowia": uzdrowieniu układu odpornościowego, uzdrowieniu sposobu
odżywiania, uzdrowieniu reakcji stresowej i uzdrowieniu tożsamości.
Badania na tym obszarze pozostają wciąż w fazie początkowej i z pewnością nie dysponuję kompletem odpowiedzi. Mam jednak do zaoferowania
pewne wstępne wnioski oraz wiele ważnych pytań. Jedne i drugie
zaprowadziły mnie daleko na drodze do poznania, jakie zjawiska mogą
zachodzić w ramach tych medycznych "cudów". Słowa "cud" często używamy w odniesieniu do czegoś, czego nie umiemy wytłumaczyć. Ale nawet dla cudów
istnieją jakieś wyjaśnienia -?po prostu jeszcze do nich nie dotarliśmy.
Przypuszczam zresztą, że niekiedy mamy opory przed tym, by próbować je
wyjaśnić, uważając, że znalezienie realnego procesu w tle cudu w jakiś
sposób by go umniejszyło, spospolitowało. Jednak moim zdaniem
zrozumienie wewnętrznych mechanizmów takich zadziwiających zdarzeń nie
sprawi, że staną się mniej nadzwyczajne. Unieść wieko, zajrzeć do
wnętrza i dostrzec mechanizm wcześniej niewytłumaczalnego zjawiska,
równie skomplikowany jak trybiki zegara, zdaje mi się kolejnym cudem.
Dawno temu przyrzekłem sobie, że nie będę pisał dopóty, dopóki nie będę
dysponował czymś, co koniecznie musi zostać powiedziane.
Dziewiętnastowieczny filozof S?ren Kierkegaard dobitnie wypowiadał się o tym, jak wygląda życie jednostki w zgiełku i kołowrotku nowoczesnego
świata. W odróżnieniu od innych autorów nie chciał być po prostu
kolejnym głosem na targowisku idei ani nawet najdonośniejszym z takich
głosów -?pragnął raczej uciszyć ten zgiełk, aby czytelnik mógł znaleźć
potrzebną mu prawdę i znowu zacząć żyć.
Mam nadzieję, że moja książka zadziała w taki właśnie sposób. Dodaję
swój głos, bo uważam, że istnieje pilna konieczność mówienia o tych
sprawach. Przedstawione tutaj opowieści uchylają zasłony; pokazują, jak
wiele wiemy o tym, co składa się na zdrowe, witalne, wręcz cudowne
życie, a jednocześnie jak bardzo zapomnieliśmy o tym, co wiemy. Jedynym
sposobem odzyskania tego czegoś jest wyciszenie zgiełku różnych opinii
zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz siebie, tak by wrócić do czegoś
bardziej podstawowego, pierwotnego i prawdziwego -?do tego przyćmionego,
lecz niegasnącego płomienia wiedzy, który tli się w każdym z nas.
Choć prezentowane ustalenia naukowe są nowe, a w nadchodzących dekadach
dowiemy się znacznie więcej, informacje, które już zdobyliśmy, oraz
potencjał, jaki w nich tkwi, gdy idzie o dobro milionów, są zbyt
doniosłe, by nie dzielić się nimi powszechniej. Liczę na to, że ta
książka nakreśli wyraźną ścieżkę ku zdrowiu ludziom borykającym się z przewlekłymi, a nawet nieuleczalnymi schorzeniami, tym, których bliscy
są w takiej sytuacji, oraz wszystkim, którzy chcą po prostu żyć w jak
najlepszym zdrowiu i witalności.
Nowoczesna medycyna zwykle wszechstronnie przedstawia sytuację pacjenta
i problemy, z którymi będzie musiał żyć, ale nie pomaga mu w zrozumieniu, jaki jest zakres potencjalnych scenariuszy, tego, co
mogłoby się stać. Bez względu na to, czy cierpisz na cukrzycę, chorobę
wieńcową, depresję, raka, zaburzenie autoimmunologiczne czy coś jeszcze
innego, niewykluczone, że nie dostajesz ani nadziei, ani narzędzi
zdrowienia, potrzebnych do prawdziwego odzyskania sił. Musimy położyć na
stole operacyjnym ewenementy, zanalizować je i uczyć się na ich
podstawie, tak by potencjał zdarzeń nadzwyczajnych, który tkwi w każdym
z nas, stał się dla wszystkich dostrzegalny.
* * *
Claire osiedliła się na Hawajach, tak jak wymarzyła przed chorobą.
-?Po diagnozie nie sądziłam, że mi się uda -?mówi -?ale wszystko poszło
zgodnie z planem.
Mieszka w O'ahu wraz z mężem oraz córką i zięciem, którzy są muzykami.
Wieczory lubi spędzać na swoim lanai -?otwartej, zadaszonej werandzie,
typowej dla Hawajów -?skąd podziwia widoki. Widzi światła Honolulu i niebo zmieniające się zależnie od pogody. Niedawno nadciągnął tam
huragan, niosąc ryzyko znacznych zniszczeń, ale okazał się mniej groźny,
niż wszyscy się obawiali. Skojarzyło mi się to z tym, jak rak niczym
szalejący huragan zagroził w pewnym momencie zrujnowaniem jej życia.
-?Trochę nas przewiało, ale nie było większych szkód -?opowiada mi o ostatnim sztormie. -?Mieliśmy szczęście. Przeszedł bokiem.
Jak sprawić, by huragan przeszedł bokiem? Odpowiedź na to pytanie nie
jest prosta ani też to nie jest książka dla ludzi szukających prostych
odpowiedzi. To książka o długim procesie odkrywania tajemnic
spontanicznej remisji -?a być może też zawartych w niej sekretów
trwałego zdrowia i witalności. Pracując nad nią, nie trafiałem na łatwe
odpowiedzi. Pod każdym kamieniem, który poruszałem w ich poszukiwaniu,
znajdowałem kolejne pytanie. Musiałem ciągle upominać sam siebie, że nie
wolno mi wyciągać pochopnych wniosków, gdy z pozoru natykam się już na
"rozwiązanie". Celem jest podnoszenie jakości pytań. A pierwsze z nich
brzmiało: co tak naprawdę dzieje się w Brazylii?
Rozdział 1
Wejście w sferę niemożliwego
Moim zdaniem nic bardziej nie zwodzi nas w badaniu natury niż sztywne
przekonanie, że zjawiska pewnego rodzaju są niemożliwe.
William James
Pierwszą operacją chirurgiczną, którą
samodzielnie przeprowadzałem, była amputacja podudzia.
Zbliżała się druga w nocy, a ja od wielu godzin byłem na nogach. Wezwano
mnie pagerem do sali operacyjnej i przedstawiono pacjenta, cukrzyka w starszym wieku, który zgłosił się z ekstremalnym bólem lewej nogi.
Badające go pielęgniarki znalazły liczne rany zgorzelinowe na jego lewej
goleni i stopie. Zaawansowana nieleczona cukrzyca może prowadzić do
dramatycznych problemów z krążeniem, które zmniejszają ukrwienie
kończyn. Do czasu, gdy ten człowiek przyjechał w środku nocy do SOR-u,
miał już rozległe uszkodzenia tkanek i niebezpieczną infekcję. Noga była
nie do uratowania.
Wyszorowałem przez przepisowe pięć minut dłonie między palcami i ręce aż
do łokci. Potem potrzymałem je uniesione, by wyschły w powietrzu, i wszedłem tyłem przez drzwi do przedsionka prowadzącego do sali
operacyjnej. Asystentka nałożyła mi fartuch chirurgiczny, zawiązała
maseczkę i stanęła na palcach, by założyć mi czepek -?ale nie dosięgła.
Jestem dosyć wysoki. Wyciągnęła się, ja trochę przykucnąłem i oboje się
zaśmialiśmy -?a ja zdałem sobie sprawę ze swego zdenerwowania. Jako
rezydent tuż po studiach miałem pierwszy raz być szefem zespołu
operacyjnego.
W chwili, gdy wykonałem pierwsze cięcie, trema natychmiast mnie
opuściła. Kiedy skalpel wszedł czyściutko w nogę, zostawiając za sobą
głęboką, cienką kreskę, zalała mnie fala jakiegoś medytacyjnego spokoju,
uczucie absolutnego, kompletnego skupienia. Czas płynął, a ja
wykonywałem jedno cięcie po drugim, przyżegając co chwila naczynia, by
powstrzymywać krwawienie oraz zachować czystość i widoczność pola
operacyjnego. Nigdy nie zapomnę zapachu przypiekanego ciała ani dźwięku
piły do kości, gdy rozcinałem piszczel. Przypominało mi to trochę pracę
z piłą łańcuchową, którą obsługiwałem czasem jako nastolatek na farmie,
ale tamten dźwięk był ostry i terkoczący, a ten teraz subtelniejszy,
delikatniejszy, choć także bardziej makabryczny. Ta chwila miała dla
mnie w sobie coś surrealistycznego -?nie mogłem uwierzyć, że to ja stoję
tu w fartuchu chirurgicznym i masce. Moje szanse, by wylądować w tym
miejscu, wydawały się bardzo nikłe.
W wieku nastoletnim byłem wypłoszem, jakich mało. Wynikało to pewnie po
części z dorastania w fundamentalistycznej rodzinie i z braku poczucia,
że gdziekolwiek pasuję. W szkole średniej zająłem pierwsze miejsce w głosowaniu na najbardziej nieśmiałego kolegę. W szytych ręcznie
ubraniach czułem się zawsze nieswojo, wysiadając z autobusu szkolnego i wracając do rodzinnego domu z poczuciem, jakbym cofał się w czasie.
Telewizja i radio były zakazane, a cały świat wydawał mi się wtedy mały.
Dorośli, których znałem, pracowali na farmach albo wyjątkowo u kogoś
jako robotnicy fizyczni. Matka dorabiała jako pielęgniarka w szpitalu
luterańskim w Fort Wayne i kiedy skończyłem siedemnaście lat,
zaproponowała, żebym zgłosił się tam na sanitariusza. Byłem rosły i silny -?nawykły do noszenia ciężkich bel siana i wiader wody czy ziarna
-?więc bez trudu mogłem dźwignąć dorosłego mężczyznę na nosze czy
przenieść pacjenta na wózek inwalidzki.
W tej pracy zobaczyłem całe spektrum doświadczeń człowieka.
Wyprowadzałem na skwer przed szpital młode matki z nowo narodzonymi
dziećmi na rękach. Podstawiałem ludziom w łóżku baseny i wynosiłem
nieczystości. Zbierałem brudną pościel. Ścierałem krew z posadzki po
długich zabiegach. Widziałem, jak dzieciakowi choremu na raka wypadały
włosy, a potem jak przyszedł po kilku miesiącach z odrastającą czupryną,
niosąc w zaciśniętej piąstce pęk balonów. Pomagałem pielęgniarkom
obracać pacjentów w łóżku. Trzymałem ich w ramionach, kiedy ich myły i zmieniały im opatrunki. Woziłem do kostnicy ludzi okrytych
prześcieradłem.
Zaznajomiłem się z pielęgniarkami lepiej niż z lekarzami. To one były
zawsze na posterunku, w każdej chwili gotowe stanąć przy łóżku
pacjentów. One mnie szkoliły, nauczyły pobierać krew, podłączać
elektrody i robić EKG.
-?Masz dryg do pacjentów -?mówiły mi. -?Powinieneś zostać lekarzem.
Była to zaskakująca myśl, ale padła na żyzny grunt w moim mózgu.
Zakiełkowała i zaczęła rosnąć. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy,
że taka przyszłość jest dla mnie możliwa.
I oto teraz stoję przy stole i wykonuję operację, taką, po jakich
dawniej odwoziłem pacjentów na wózkach, gdy chirurdzy skończyli już
swoją pracę i pozrzucali na podłogę maski oraz czepki.
W przypadku amputacji należy zachować dostatecznie dużo mięśni poniżej
odciętej kości, by dało się uformować kikut, który będzie mógł łatwo -?a najlepiej też bezboleśnie -?wpasować się kiedyś w protezę. Gdy
zakładałem szwy długą, zakrzywioną igłą, starałem się nadać kończynie
kształt, który na to pozwoli, choć wątpiłem, by ten mężczyzna, nawet
mając protezę, mógł kiedykolwiek wstać z wózka inwalidzkiego. Operacja
przebiegła pomyślnie, ale martwiłem się o niego. Był leciwy i schorowany. Insulina, którą przyjmował przez większą część życia,
przestawała mu wystarczać i jego organizm zaczął się wyłączać, jedna
kończyna po drugiej. Zastanawiałem się, czy wcześniej, dawno temu, można
było zrobić dla niego coś więcej, by nadać inny bieg wypadkom.
Zająłem się medycyną z myślą o tym, żeby pomagać ludziom. Wyobrażałem
sobie, że będę umożliwiał pacjentom prowadzenie zdrowszego życia -
lepszego życia. Tymczasem stwierdziłem, że to, co robimy jako lekarze,
okazuje się w większości niewystarczające i przychodzi za późno.
Widziałem, jak moi koledzy pracują w nadgodzinach, często całą dobę,
biegając od pacjenta do pacjenta. To nie z braku pracowitości czy
niedostatecznego oddania jest nam często tak trudno doprowadzić do
powrotu chorych do sił. Zawsze opieramy się na tak wąskim wycinku
historii pacjenta, że tracimy z oczu całościowy obraz i leczymy przejawy
choroby, a nie jej zasadnicze przyczyny. Każdego dnia widywałem ludzi
cierpiących na naprawdę ciężkie schorzenia, którym były potrzebne
prawdziwe rozwiązania.
Po latach wciąż miałem przed oczami tego mężczyznę -?mojego pierwszego
pacjenta chirurgicznego -?u którego na długo przed tym, zanim trafił pod
mój nóż, rozwinęła się cukrzyca, powodująca stopniowe pogarszanie się
kondycji zdrowotnej aż do etapu wykluczającego możliwość wyzdrowienia.
Jednocześnie nie dawało mi spokoju to, że wskazówki potrzebne do
udzielania w porę pomocy takim osobom jak on mogą się kryć w nieanalizowanych przez nikogo przypadkach spontanicznych remisji. W 2003
roku kupiłem w końcu bilet do Brazylii.
Rozkładanie "cudów" na czynniki pierwsze
Kiedy wysiadłem z samolotu w Brasilii (stolicy Brazylii), powitało mnie
balsamiczne powietrze, ciepłe jak woda w wannie. Był marzec, późne lato
na półkuli południowej. Wydawało się, że słońce przenika wprost do moich
kości, wyganiając resztki ziąbu bostońskiej zimy, którą zostawiłem za
sobą. "Może ta podróż nie jest jednak takim całkiem złym pomysłem" -
stwierdziłem. Ale wątpliwości wciąż mnie nie opuszczały.
Gdy podejmowałem decyzję o zweryfikowaniu doniesień o "cudownych"
zdarzeniach w kilku ośrodkach uzdrowicielskich w Brazylii, nie miałem
pojęcia, na co się piszę. Sądziłem, że wybiorę się tam na tydzień,
porozglądam na miejscu i wrócę z odpowiedziami na uparcie nurtujące mnie
pytanie, czy w tych doniesieniach tkwi jakieś ziarno prawdy. Dziś wstyd
mi się do tego przyznać, ale właściwie byłem w dużym stopniu przekonany,
że nie. Miałem niemal pewność, iż kiedy tylko poskrobię trochę z wierzchu, błyszczący lakier "cudownych uzdrowień" złuszczy się i wyjawi
skryty pod nim przekręt. Krótki wypad, oczyszczenie sumienia, a potem
wrócę do swojego życia i pracy zawodowej, nie kłopocząc się już
spontanicznymi wyzdrowieniami i ich ewentualnym znaczeniem.
W poprzedzającym wyjazd roku poznałem wiele pochodzących z Brazylii oraz
z innych miejsc relacji o nagłych wyzdrowieniach z nieuleczalnych
chorób. Zaczęło się to od Nikki, ale szybko się rozrosło. Z całego kraju
dostawałem telefony od ludzi desperacko pragnących podzielić się
opowieściami o swoim powrocie do zdrowia. Okazało się, że kiedy
odmówiłem Nikki udania się z misją weryfikacyjną, poprosiła osoby
poznane w Brazylii, by się ze mną kontaktowały. W ten sposób rozniosła
się wieść, że prowadzę badania na temat spontanicznych wyzdrowień.
Niektóre ze słyszanych przeze mnie opowieści brzmiały całkiem
nieprawdopodobnie. Ale ludzie ci byli niezwykle otwarci. Spisywali swoje
historie i wysyłali mi mailem. Dołączali prześwietlenia, skany MRI
(rezonansu magnetycznego) i wyniki badań z odręcznymi adnotacjami
lekarzy na marginesach.
W niektórych przypadkach brakowało dostatecznych dowodów, by uzasadnić
twierdzenie o spontanicznym wyzdrowieniu, albo też pierwotna diagnoza
wydawała mi się niepewna. Niektóre wyglądały obiecująco, ale perspektywa
czasowa była zbyt krótka -?mogło chodzić o przejściowe remisje, o chwilową przerwę w przebiegu choroby prowadzącej ostatecznie do zgonu.
Zdarzały się też przypadki ludzi tak rozpaczliwie chcących wyzdrowieć,
że wydawało się im, iż zdrowieją, choć choroba się pogłębiała. Serce
krajało mi się na myśl o nich; rozumiałem ich pragnienie, by odzyskać
siły -?pragnienie tak wielkie, że w końcu wzbudzali w sobie przekonanie,
iż się to dokonało. Ale to nie znaczy, że tak było rzeczywiście.
Kiedy ludzie dzwonili lub przysyłali swoje opowieści mailem, słuchałem
ich i czytałem, co napisali -?ale ograniczałem się do tego. Przygniatało
mnie ciężkie jarzmo obowiązków administracyjnych, klinicznych i akademickich. Nie był to moment, by rzucać się z motyką na słońce,
tropić trudne do zdefiniowania zjawisko, które niemal na pewno rozpłynie
się jak miraż, szukać współczesnego zdroju wiecznej młodości.
"Ma pan odpowiednie przygotowanie, ma pan właściwą perspektywę" -
nalegała Nikki, odnosząc się do mojego wykształcenia medycznego oraz
dyplomu z teologii. W jej odczuciu wydawałem się idealne predysponowany
do tego, żeby z otwartym umysłem podejść do badania zjawiska
spontanicznych wyzdrowień. A relacjonowane historie rzeczywiście robiły
wrażenie: guzy rozpuszczające się jak kostki lodu, paralitycy stający na
nogach i zaczynający chodzić, ludzie z chorobami terminalnymi żywi i pełni sił po latach od czasu, kiedy spodziewano się ich śmierci. Jednak
wszystko to były tylko opowieści -?brakowało dowodów, przynajmniej na
razie -?a ja bałem się, że idąc krok dalej, zaryzykuję miejsce pracy i reputację, a nie znajdę realnych argumentów na poparcie prawdziwości
rzekomych cudów.
Czy jednak mogłem w nieskończoność odwracać się plecami od tego, co może
stanowić nietknięte, rozległe pole przełomowych badań naukowych? Trudno
było zapomnieć o niektórych opisywanych przypadkach. W sytuacji tych
ludzi istniały rzeczywiste dowody diagnozy i remisji. Przeglądając ich
dokumentację medyczną, nie potrafiłem wyjaśnić tych zdarzeń. Może
naprawdę coś się dzieje -?coś, na co nowoczesna medycyna zamyka oczy.
Od kiedy zdałem sobie sprawę, jak niepoprawne były dane o częstotliwości
spontanicznych wyzdrowień, moje dociekania nabrały tempa. Noc po nocy po
zakończeniu wieczornego obchodu siadałem przed komputerem, klikałem na
artykuły medyczne, wprowadzałem do naukowych baz danych hasło
"spontaniczna remisja" i podążałem tropem okruszynek chleba tam, dokąd
mnie wiodły. Zszokowała mnie skala moich znalezisk.
Przykłady spontanicznych remisji nieuleczalnych chorób były wszędzie -
trudno tylko się je dostrzegało. Uważane za "odstępstwa" nie były zwykle
omawiane w podręcznikowych opisach przebiegu choroby i jej opcji
terapeutycznych. Po zebraniu licznych danych i ich agregacji przypadki
nadzwyczajnych wyzdrowień, wyglądające jak fuksy czy przypadkowe błędy
na wykresie, rozmywały się w masie średnich. W naukach medycznych
opieramy się na uśrednianiu, na tym, co dzieje się "normalnie" i jak
funkcjonuje "przeciętna" osoba. Kiedy jednak zacząłem szukać przypadków
spontanicznej remisji, okazało się, że trafiam na nie niemal na każdym
kroku. Przez cały czas kryły się wprost pod latarnią.
Dawno temu, gdy postanowiłem porzucić zamknięte w opłotkach wiejskie
życie i pójść na studia, poprzysiągłem sobie, że będę szedł za głosem
prawdy, dokądkolwiek mnie zaprowadzi. Uprawianie nauki pociąga za sobą
wkraczanie w rejony, do których czasem nie chciałoby się wkraczać, bo
nie jest to politycznie wygodne. Przyszedł czas, by postawić niezadawane
w medycynie pytania, dlaczego zachodzą przypadki spontanicznej remisji.
Nawet gdyby moje dociekania miały poskutkować tylko obaleniem wiary w te
zjawiska, moim obowiązkiem było podążać za pytaniami. Pamiętałem dobrze
mojego opiekuna naukowego z Princeton i jego mantrę: "O jakości
odpowiedzi decyduje jakość pytań". Jakże mieliśmy dojść do jakichkolwiek
odpowiedzi, jeśli w ogóle nie zadawaliśmy pytań?
Taksówką z lotniska do pierwszego z kilku ośrodków uzdrawiania
"duchowego" jechało się półtorej godziny. Gdy zostawiliśmy za sobą
rogatki Brasilii, przed moimi oczami roztoczył się widok na rozległy
pagórkowaty krajobraz, pełen pokrytych zielenią wzgórz. Próbowałem się
zrelaksować podziwianiem okolicy, ale w myślach tłukły mi się wciąż
pytania i wątpliwości. Czy to wszystko nie okaże się jedną wielką
pomyłką? Będę się pilnował, żeby zachowywać otwarty umysł. Będę zadawał
dużo pytań, ale trzeba, żeby mnie one dokądś doprowadziły.
Centra uzdrowicielskie mieściły się w małych miasteczkach na wiejskich
terenach kraju. Zobaczyłem tam, jak głęboką duchowością cechują się
mieszkańcy Brazylii. To kultura zdecydowanie odmienna od mojej. Ludzie
funkcjonują tam w systemie przekonań, zgodnie z którym przyjmuje się, iż
uzdrowiciel może komunikować się z duchami czy energiami obecnymi na
innym planie -?z niewidzialnym światem, który jest rzeczywistszy i istotniejszy niż ten widzialny i dotykalny. W tym ujęciu świat fizyczny
wydaje się tylko bladym cieniem tego głębszego, prawdziwszego świata. W ramach owych wierzeń niewysławialne w swej naturze jakości, takie jak
miłość czy ludzka dusza, uważa się za przepotężne siły, zwłaszcza w kontekście choroby i zdrowienia. Dolegliwości zaczynają się w duszy, a kiedy człowiek doprowadzi do jej uzdrowienia, fizyczne ciało
"dostosowuje się" do nowych realiów.
Ludzie zjeżdżali do tych ośrodków z całego kraju, niekiedy sprzedając
dobytek na pokrycie kosztów podróży. Instytucja, do której zmierzałem,
Casa de dom Inácio Loyola w Abadiânii, różniła się od pozostałych tym,
że przyciągała chorych z całego świata. Ze wspólnoty tej pochodziło
chyba najwięcej doniesień o remisjach, a co najmniej tych kilka, które
wyselekcjonowałem przed przybyciem, wyglądało dostatecznie interesująco,
by zachęcić mnie do wizyty. Poza tym Nikki nalegała, żebym zapoznał się
właśnie z tym miejscem.
Po dotarciu na miejsce najpierw rozejrzałem się po posiadłości. Była to
w dużym stopniu "rezydencja pod chmurką", wtulona między bujną
roślinność zielonych pagórków. Znajdowały się tu przestrzenie do
medytacji i modlitwy oraz ogrody z wijącymi się alejkami i ławeczkami w cieniu drzew różanych. Niewątpliwie pobyt w takim miejscu, które zdawało
się leżeć za siedmioma górami i siedmioma lasami, z dala od normalnego
życia każdego przybysza z jego stresami i zmartwieniami, sprzyjał -?że
tak powiem -?"resetowi" umysłu tudzież ciała i być może znalezieniu
rezerw, pozwalających zwalczyć pewne choroby i dolegliwości psychiczne
oraz fizyczne. Nawet ja odczułem, jak topnieją moje niepokoje. Stresy i lęki, które przywiozłem z sobą z Bostonu, wyparowywały w promieniach
ciepłego słońca, unoszone łagodnymi powiewami zefirka. Ale oczywiście
wypad na wczasy nie ulecza nieuleczalnie chorych. Jeżeli relacje, jakie
mi przekazano, były prawdziwe, musiało się tu dziać coś więcej.
Gdy poznawałem się z Jo?o Teixeirą de Faria, znanym również jako Jo?o de
Deus, Jan Boski, uzdrowicielem, któremu wielu przybyszy przypisywało
odzyskanie sił, siedział on w dużym fotelu w bezpośrednim sąsiedztwie
tłumu pogrążonych w medytacji ludzi. Ubrany cały na biało miał ciemne,
przerzedzające się włosy, a na nosie okulary. Ludzie czekali w długim
rządku na widzenie z nim -?podejście na moment, by w ciągu zaledwie
kilkunastu sekund otrzymać diagnozę i receptę, po czym wrócić do
medytacji. Podając mu rękę, miałem świadomość, że jedni uważają go za
cudotwórcę, inni za naciągacza (a z czasem miały zostać wysunięte
przeciw niemu jeszcze cięższe zarzuty).
Powodów do sceptycyzmu wobec Farii mi nie brakowało. Wiedziałem, iż
twierdził, że zajmuje się "chirurgią duchową", a choć jego sesje
uzdrawiające były całkowicie darmowe, podobnie jak oferowany codziennie
obiad, ośrodek zarabiał między innymi na sprzedaży mieszanek ziołowych
własnej kompozycji. Ilekroć ludzie przypisują "cudowne" uzdrowienia
konkretnej osobie lub miejscu, zapala mi się w głowie czerwona lampka.
Sto pięćdziesiąt lat temu z górą zaczęto opowiadać o uzdrowieniach za
sprawą świętej wody w Lourdes we Francji. Kiedy jednak zebrało się
konsylium, by zweryfikować owe twierdzenia, nie dało się powiązać
wyzdrowień z tą wodą w statystycznie znaczący sposób. Gdybym należał do
konsylium analizującego przed laty zdarzenia w Lourdes, skoncentrowałbym
się na ludziach doznających uzdrowienia, nie na źródełku. Podobnie teraz
w Abadiânii najbardziej interesowała mnie społeczność -?to była
wyjątkowa populacja z dużą częstotliwością doniesień o remisjach.
Milcząco przyjąłem pewien wyznacznik: będę się zajmował tylko tymi
przypadkami, w których występują bezdyskusyjne medyczne dowody zajścia
jakiegoś niewytłumaczalnego zdarzenia2. Jedną z pierwszych
osób, z którymi przeprowadziłem wywiad, był Juan, zażywny mężczyzna po
osiemdziesiątce, który co roku przyjeżdżał z rodziną do Casa de dom
Inácio Loyola. W innej części kraju prowadził gospodarstwo, uprawiając
soję, a jego ogorzałe dłonie, zniszczone i wypolerowane jak drewno,
zaświadczały o wieloletniej pracy na roli. Przed kilkudziesięcioma laty
rozpoznano u niego w biopsji glejaka wielopostaciowego, zabójczy i agresywnie rozrastający się nowotwór złośliwy mózgu. Nie jest to
choroba, która daje szanse na przeżycie -?w ciągu pięciu lat od diagnozy
przy życiu pozostaje tylko od 2 do 5 procent pacjentów, a w następnych
latach ten niewielki odsetek szybko spada do zera. Nie istnieje terapia
glejaka wielopostaciowego; leczenie ma charakter paliatywny z celem
zapewnienia chorym względnego komfortu i w miarę możliwości przedłużenia
odrobinę ich życia. Tymczasem Juan siedział przede mną kilkadziesiąt lat
po diagnozie tryskający, jak na swój wiek, zdrowiem i roztaczał wokół
siebie aurę cichego, medytacyjnego spokoju.
Zapytałem go, czemu jego zdaniem zawdzięcza to niebywałe wyzdrowienie.
Wzruszył ramionami i rozłożył ręce. Któż to może wiedzieć? Powiedział
mi, że po otrzymaniu diagnozy zaczął przyjeżdżać do Casa. Od tamtej pory
pojawia się tu każdego roku, by posiedzieć w sali energetycznej i pomedytować. Traktował to jak doroczne serwisowanie, jak wymianę oleju w aucie.
-?Czy zmienił pan coś w swoim życiu po poznaniu diagnozy? -?zapytałem.
Zastanowił się i potrząsnął głową. Nic takiego nie dostrzegał.
Odpowiedział, że raczej nie.
Siedząca obok Juana żona, która przysłuchiwała się wywiadowi, nagle
wybuchnęła płaczem. Zaskoczeni zwróciliśmy się do niej.
-?Wszystko się zmieniło -?powiedziała.
Zaczęła opowiadać, jak przed diagnozą mąż prawie wcale nie spędzał czasu
z nią ani z dziećmi. Albo był w polu, albo przy butelce, albo Bóg wie
gdzie. Ciągle dochodziło do spięć i awantur. Był jak łódź, która dryfuje
coraz dalej w morze, unoszona prądami na swoim własnym kursie. Kiedy
usłyszał diagnozę i śmierć nagle zajrzała mu w oczy, zmieniły się całe
jego życie i wszystkie priorytety. Niemal z dnia na dzień stał się innym
człowiekiem.
-?Wrócił do nas do domu -?mówiła. -?Jest teraz dużo bardziej z nami
związany.
Raz za razem, w jednym wywiadzie po drugim, słyszałem to samo
sformułowanie: "wszystko się zmieniło". Ludzie przyjeżdżający do
Abadiânii nie pojawiali się tu, oczekując z założonymi rękami na cud.
Dokonywali fundamentalnych zmian w swoim życiu, w swoich relacjach ze
światem, a nawet we własnej tożsamości. Odchodzili z pracy i od
małżonków. Wskrzeszali dawne marzenia i ze wszystkich sił próbowali je
realizować. Kompletnie przestawiali swoje priorytety oraz zmieniali
sposób spędzania czasu. Przyjeżdżali do ośrodka z nadzieją na
znalezienie wskazówek i dotarcie do głębszych pokładów wiary -?do
takiego jej poziomu, który pozwalał im zaufać, że wyzdrowienie wchodzi
w grę. I niekiedy wchodziło. Oglądałem skany MRI z zabójczymi,
nieoperacyjnymi guzami, a potem obrazowe badania kontrolne, na których
guzy kurczyły się i znikały. Próbowałem jakoś zrozumieć to, czego byłem
świadkiem, ale oczywiście okazywało się to znacznie bardziej złożone,
niż wyglądało na pierwszy rzut oka.
Przed przyjazdem do Casa przejrzałem wszystkie materiały dotyczące tego
miejsca, jakie tylko mogłem zdobyć. W kilku doniesieniach autoryzowanych
przez ośrodek twierdzono, że odsetek wyzdrowień wynosi tu od 90 do 95
procent. Dziewięćdziesiąt pięć procent! Wynik taki -?pod warunkiem że
prawdziwy -?byłby zawrotnym sukcesem. W źródłach powoływano się na
wykonane w Brazylii badania przypadków, które miały uzasadniać tę
statystykę. Szukałem tych badań, ale nie udało mi się ich znaleźć, do
czego częściowo przyczyniała się bariera językowa, utrudniająca mi
docieranie do różnych materiałów. Później udało mi się zlokalizować
jedno czy dwa takie badania, lecz w tamtym czasie wciąż były słabo
rozpowszechnione i nieprzetłumaczone z pierwotnej wersji portugalskiej.
Na podstawie informacji zebranych przeze mnie w ciągu tygodnia
intensywnych dociekań -?wywiadów z pacjentami, przeglądania dokumentacji
i penetrowania medycznych baz danych w poszukiwaniu artykułów, które
mogłyby zaświadczyć o tym, co się tu dzieje -?stało się dla mnie jasne,
że odsetek wyzdrowień w żadnym wypadku nie sięga 95 procent, jak
twierdzono w ośrodku. To prawda, że po wizycie w nim wiele osób czuło
się lepiej i na pierwszy rzut oka te sytuacje mogły wyglądać na
prawdziwe remisje. Kiedy jednak zaglądałem pod powłokę "cudownych
zdarzeń", zaczynały wypływać rzeczywiste historie.
Tak jak się początkowo spodziewałem, część ludzi doznawała
spektakularnego cofnięcia się objawów, lecz z czasem dolegliwości
wracały. Niektórzy w trakcie odzyskiwania zdrowia kontynuowali
standardowe terapie medyczne i choć twierdzili, że prawdziwym
katalizatorem ich powrotu do sił była Casa, nie dawało się orzec, czy
ich pobyt tutaj rzeczywiście odegrał zasadniczą rolę. Stan jeszcze
innych poprawiał się umiarkowanie, natomiast niewątpliwie podnosiła się
jakość ich życia. Z radością słuchałem opowieści o tym, o ile lepsze
stało się ono, od kiedy choroba nieco zelżała, ale nie mogłem uznać tych
przypadków za ewidentne spontaniczne wyzdrowienia. W końcu zaś
najbardziej dramatyczna była sytuacja osób, które żarliwie wierzyły, że
wyzdrowiały, podczas gdy wszelkie przesłanki medyczne wskazywały na coś
innego. Ta wiara niosła ich przez pewien czas tak jak samolot szybujący
z zatartymi silnikami. Ale problem się utrzymywał -?choroba dalej
trawiła organizm wbrew pragnieniu pacjenta, by znikła -?i niedługo
później zaczynał zbliżać się moment katastrofy.
Trudno było informować te osoby, że ich przypadków nie będę mógł
uwzględniać. Poznawałem głęboko ludzkie historie, pełne zawirowań i sprzeczności, a pochodziły one od siedzących naprzeciw mnie ludzi,
którzy rozpaczliwie chcieli wierzyć w poprawę swego stanu. Słuchanie,
jak ktoś opisuje odczucia w swoim organizmie -?wrażenie obezwładniającej
choroby uchodzącej z jego ciała jak cofająca się fala odpływu -?było
czymś zupełnie innym niż przeglądanie wydruku z kolumnami cyferek
ukazujących obciążenie nowotworowe pacjenta czy patrzenie pod światło na
skan MRI, bezosobowy, czarno-biały obraz klatki piersiowej, która
mogłaby należeć do dowolnej osoby.
Z początku trudno było odróżniać rzeczywiste zdarzenia od miraży.
Podążałem czasem obiecującymi tropami, które prowadziły donikąd. W innych sytuacjach byłem zmuszony wracać po miesiącach do przypadków,
które początkowo pominąłem, uznając je za zbyt naciągane, tymczasem
otrzymywałem potwierdzającą je dokumentację medyczną. W miarę jednak jak
robiłem notatki w trakcie wywiadów oraz zestawiałem opowieści pacjentów
z tym, co wynikało z dostarczonych materiałów lekarskich, pewne
przypadki zaczynały się wyróżniać. Zdarzały się niepodważalne,
udokumentowane diagnozy u osób monitorowanych potem przez tygodnie,
miesiące, a nawet lata, z twardymi dowodami całkowitej remisji, zwykle
odnotowywanej przez zdumionych, zdezorientowanych lekarzy i radiologów.
Z mroku wyłaniały się rzeczywiste przypadki spontanicznego ozdrowienia,
błyszczące niczym diamenty.
Matthew, u którego zdiagnozowano w biopsji agresywny rodzaj guza mózgu,
pojechał na kilka tygodni do Brazylii, został tam kilka miesięcy i się
zakochał. Guz w jego mózgu zniknął, zostawiwszy po sobie tylko niewielką
bliznę w miejscu, gdzie kiedyś był -?coś nieprawdopodobnego. Jan -?która
przybyła tu w końcowej fazie tocznia rumieniowatego układowego, na
skraju niewydolności wielonarządowej, w asyście lekarza przekonanego, że
pacjentka nie przetrzyma wyprawy -?siedziała teraz naprzeciw mnie zdrowa
i pełna energii, z uśmiechem rozpromieniającym jej oczy. Lynn
opowiadała, jak została uzdrowiona z raka piersi. Sam opisywał
zniknięcie u siebie guza kręgosłupa.
Wychodziły na jaw nieprawdopodobne, wręcz niemożliwe przypadki
wyzdrowienia. Co prawda ich częstotliwość nawet nie ocierała się o 95
procent, lecz jednocześnie okazywała się znacznie wyższa, niż mogła to
wyjaśnić współczesna medycyna. Było ich aż nadto, bym miał nie zauważyć,
że rzeczywiście coś się tu dzieje. Ludzie odzyskiwali w Brazylii zdrowie
na bezprecedensową skalę. Ani moje przygotowanie lekarskie, ani studia
teologiczne nie pozwalały mi na przypisanie tych faktów niewyjaśnialnym
cudom. Cud to w końcu tylko zadziwiające zdarzenie naturalne, którego
nie udało się nam jeszcze wytłumaczyć. Nieustannie pracujemy nad
eksplikacją tego, co niezrozumiałe, nad przemienianiem
"nadprzyrodzonego" w racjonalne i rutynowe. W medycynie cały czas
stosujemy lekarstwa, mimo że nie wiemy, jak albo dlaczego niektóre z nich działają. Wiele rozwiązań technicznych, które przyjmujemy dziś bez
zmrużenia oka -?telefonia komórkowa, radio, telewizja i tak dalej -
uznano by w przeszłości za cuda. Wyobraź sobie, co odczuwałby człowiek z XVII wieku, gdyby spojrzał w niebo i zobaczył, że nad jego głową
przetacza się z hukiem potężny jumbo jet -?pięćsettonowe żelastwo
unoszące się w powietrzu. Niemożliwe. Dziś jednak znamy zasadę
Bernoulliego i potrafimy konstruować bezpiecznie i regularnie latające
odrzutowce. Spoglądając na dzieje ludzkości, można by zapewne rozsądnie
stwierdzić, że dzisiejsze cuda są jutrzejszą "normą".
Tydzień w Brazylii minął mi piorunem; ledwie się zaczął, a już się
skończył. Zarzuciłem torbę z dokumentacją i notatkami na ramię i wsiadając do taksówki, jeszcze raz rozejrzałem się wokół. Po drugiej
stronie drogi zbłąkana kura dziobała ziemię w poszukiwaniu ziarenek.
Osioł z trudem ciągnął wóz, na którym siedział zasuszony woźnica.
Opuszczałem świat, którego nie rozumiałem, wracając do świata, którego -
jak to sobie teraz uświadomiłem -?też nie rozumiałem tak dobrze, jak
wydawało mi się tydzień wcześniej. Odjeżdżałem, zabierając z sobą więcej
pytań i jeszcze mniej niż dotąd odpowiedzi. To była inna kultura,
przyjmująca odmienne założenia o naturze zdrowia i leczenia oraz relacji
między psychiką a ciałem. Stanąłem u progu wielkiej tajemnicy. Czułem,
że jednocześnie przyciąga mnie ona i boję się tego, co mogę odkryć.
W samolocie przeglądałem notatki, próbując uporządkować wszystko, co
widziałem i słyszałem. Naprawdę coś się tu działo, nie miałem co do tego
wątpliwości. Ale wciąż brakowało mi zbyt wielu ważnych elementów, żebym
mógł sensownie złożyć tę układankę.
Nic, na co trafiłem w Brazylii, nie przekonywało mnie, że rzecz tkwi
zasadniczo w uzdrowicielu-cudotwórcy. Prawdę mówiąc, przeciwnie. Po
cichu krążyły plotki, że Jan Boski zapraszał kobiety na prywatne sesje,
które kończyły się stosunkami seksualnymi, a niekiedy przeradzały w napastowanie. Nie byłem w stanie zweryfikować wówczas tych pogłosek, ale
przejąłem się nimi na tyle, by postanowić, że nie będę kierował tam
żadnych osób, które potencjalnie mogłyby paść ofiarą takich zachowań.
Kiedy kontaktowały się ze mną stacje telewizyjne czy redakcje innych
mediów z propozycjami rozmów o Casa de dom Inácio Loyola, odmawiałem
udzielenia wywiadu, nie chcąc mimowolnie zachęcić do podróży do tego
ośrodka. Nie miałem zamiaru nikogo narazić choćby na najmniejsze ryzyko
doznania osobistych szkód czy zawodu.
Zdecydowałem, że na pewno nie puszczę w niepamięć odkrytych przez siebie
intrygujących przypadków -?tych, w których rzeczywiście doszło do
odzyskania zdrowia -?ale w celu zrozumienia głębokich przyczyn
prowadzących do tego efektu bardziej skoncentruję się na zmianach
dokonywanych przez samych pacjentów. Nie wierzyłem, że niespodziewane
wyzdrowienia czy nieprawdopodobne cofnięcia się choroby mają wiele
wspólnego z uzdrowicielem albo lekarzem oprócz roli, jaką mogą oni
potencjalnie odegrać w aktywowaniu czegoś, co już tkwi w nas. Jak zaś
pokazują zarzuty stawiane Janowi Boskiemu, kontynuatorzy tradycji
uzdrowicielskich mogą też potencjalnie wyrządzać krzywdę, co sprawia, że
tym pilniejsze staje się odkrycie rzeczywistych czynników związanych ze
zdrowieniem, tak byśmy mogli sami dostrzegać je i uruchamiać dla
własnego pożytku.
Nie chcę przez to umniejszać wpływu, jaki wywiera na pacjenta świetny
lekarz czy uzdrowiciel. Czasami wytwarza się między nimi głęboka
łączność, która może być ważnym elementem procesu odzyskiwania sił.
Kiedy jednak rozważałem wnioski ze żmudnego wyłuskiwania przeze mnie
rzeczywistych przykładów spontanicznych wyzdrowień z masy plew,
zrozumiałem, że cokolwiek tam zachodziło, nie było powodowane w pierwszym rzędzie jakąś przyczyną zewnętrzną. To nie pastylka, mikstura,
zabieg ani cudowne ręce uzdrowiciela stanowiły klucz do odzyskania sił
przez tych ludzi, choć rzecz jasna kusząca jest wiara w takie proste i pozornie oczywiste rozwiązania zagadki. Coś, co pozwalało im wyzdrowieć,
działo się w ich wnętrzu.
Wskazówka zatarta w mrokach historii
Gdy kilka miesięcy później przeglądałem dawne notatki i podręczniki,
przygotowując się do wygłoszenia prezentacji, natknąłem się na relację,
którą jak przez mgłę przypominałem sobie ze studiów. Miałem z nią wtedy
do czynienia kilka razy, ale były to tylko krótkie dygresje -?jakiś
akapit tu czy tam w podręcznikach patologii, wzmianka zrobiona przez
profesora na wykładzie. Przypadek ten przedstawiano jako pomniejszy
przypis historyczny, który po prostu przebiega się wzrokiem. Tym razem
jednak, gdy moje myśli zaprzątało spontaniczne zdrowienie, ta
anegdotyczna opowieść przykuła moją uwagę. Odłożyłem na bok swój referat
i zasiadłem, by się z nią bliżej zapoznać.
Wszystko zaczęło się w 1890 roku, kiedy młody chirurg z nowojorskiego
Memorial Hospital William Coley spotkał się z pewną pacjentką. Młoda
dziewczyna, Bessie Dashiell, zgłosiła się z trudno gojącym się urazem,
ranką na dłoni, która dokuczała jej od wielu tygodni. W gabinecie
opowiedziała Coleyowi, co zaszło: jadąc pociągiem na wakacje,
przygniotła sobie dłoń, która utknęła między dwoma siedzeniami
rozklekotanego wagonu. Opuchlizna i ból początkowo jej nie niepokoiły,
ale z czasem okazało się, że się utrzymują; pogłębiały się, zamiast
ustępować. Coley wykonał biopsję miejsca urazu, przekonany, że wykryje
oznaki jakiejś infekcji. Odkrył jednak bardzo rzadki i agresywny rodzaju
nowotworu kości -?sarkomę (mięsak).
W tamtych czasach jedyną dostępną terapią w takiej sytuacji była
amputacja. Dziewczynę uśpiono niewielką dawką słodkawo pachnącego
chloroformu, po czym Coley uciął jej przedramię tuż pod łokciem.
Było jednak za późno, nowotwór zdążył się rozsiać. Stan Bessie nie
poprawiał się i kilka tygodni później Coley znalazł bolesny guzek
wielkości migdała w jej prawej piersi. Następnego dnia guzek był już dwa
razy większy, a dwa inne pojawiły się w prawej piersi. Mięsaki
błyskawicznie wyrastały w całym jej ciele, pęczniejąc pod skórą,
najpierw do wielkości piłeczki golfowej, potem grejpfruta. W jamie
brzusznej dziewczyny Coley wymacał guz "wielkości główki
dziecka"3. Bessie zmarła w styczniu 1891 roku w wieku
osiemnastu lat, ledwie kilka miesięcy po diagnozie.
Przypadek Bessie Dashiell, choć wiąże się ze szczególnie rzadkim
nowotworem złośliwym, nie jest nietypowy dla tamtych czasów i w normalnych okolicznościach nie byłby w ogóle wzmiankowany w podręcznikach historii medycyny. Ale Coley, załamany po stracie tak
młodej pacjentki, która umierała w potwornych boleściach, nie był w stanie zostawić tej sprawy. Nie przeszedł nad nią do porządku dziennego,
tylko zaczął dociekać, co można by zrobić inaczej. Przeczesał szpitalne
archiwum i trafił na sytuację niemal identyczną jak u Bessie oprócz
jednego: pacjent przeżył.
Czym różniły się te dwa przypadki? U owego drugiego pacjenta, Niemca
nazwiskiem Stein, po amputacji nogi wywiązała się niebezpiecznie wysoka
gorączka. Powodująca ją infekcja -?prawdopodobnie zakażenie skóry zwane
różą -?niemalże go zabiła. Jednak jego układ odpornościowy zdołał
pokonać bakterie i gorączka spadała. A jednocześnie, o dziwo, zaczęły
się kurczyć mięsaki. Do czasu, gdy mężczyzna odzyskał siły po zakażeniu,
guzy całkowicie zniknęły. Zdumieni lekarze wypisali Steina ze szpitala -
to był cud.
Konfrontując to z innymi przypadkami róży, Coley znalazł więcej
świadectw wskazujących, że pacjenci niespodziewanie zdrowieli z nowotworów złośliwych po wywiązaniu się u nich gorączki i infekcji w powikłaniu chirurgicznego usuwania guza. Zauważył też, że inni pionierzy
medycyny, tacy jak Louis Pasteur, donosili o podobnych obserwacjach w przypadku róży, i zaczął przypuszczać, że zakażenia pooperacyjne w jakiś
sposób pomagają pacjentom pokonać nowotwór. Postawił hipotezę, że
infekcje uruchamiają reakcję odpornościową, która nie tylko uwalnia
organizm od nacierających bakterii (czemu służy między innymi gorączka),
lecz również pobudza układ odpornościowy do atakowania zmutowanych
komórek nowotworowych.
Coley niezwłocznie przetestował tę teorię na pacjencie onkologicznym, u którego zawiodły wszystkie inne terapie, i wstrzyknął mu żywe bakterie
paciorkowcowe. Mężczyzna ten, mający w szyi guz wielkości kurzego jaja,
z trudem mógł mówić i cokolwiek przełykać; dawano mu nie więcej niż
kilka tygodni życia. Po zastrzyku pojawiła się u niego wysoka gorączka i jego stan alarmująco się pogorszył. Potem jednak, w miarę jak pacjent
wychodził z infekcji, razem z Coleyem obserwował, jak rozpuszcza się i znika jego guz. Człowiek ten przeżył i wrócił do domu wolny od
nowotworu.
Implikacje tego wprawiały w osłupienie -?w jakiś sposób naturalnie
obecne w organizmie procesy zwalczania infekcji powodowały również
rozkładanie się złośliwych guzów, upłynniając je i wymywając, tak że nic
po nich nie zostawało.
Gdy ponownie czytałem historię doktora Coleya, uderzyła mnie wizjonerska
natura jego odkryć sprzed tylu lat. Coley, zwany dziś ojcem
immunoterapii, dokonał fundamentalnego odkrycia dotyczącego ludzkiego
układu odpornościowego -?znalazł sposób włączenia go do walki z nieuleczalną chorobą. Z czasem opracował preparat złożony z martwych
bakterii, który zaczął podawać w terapii nowotworów. Było to
bezpieczniejsze, bo taka mikstura stwarzała mniejsze ryzyko, że stan
ciężko chorych może się pogorszyć aż do progu zgonu.
Ludziom trudno było jednak pogodzić się z myślą o celowym wprowadzaniu
do organizmu "szkodliwych" bakterii. Coley był nowatorem wyprzedzającym
swoje czasy. Kiedy dążył do sprowokowania silnej reakcji odpornościowej,
która mobilizowałaby organizm do robienia tego, co powinien -?pozbywania
się mutujących komórek -?głównym trendem tamtych czasów było hamowanie
reakcji odpornościowej. Medycyna znajdowała się wtedy na wczesnym etapie
odkrywania potęgi leków i preferencje szybko przesunęły się w kierunku
immunosupresantów oraz antypiretyków, leków mających na celu tłumienie
działań układu odpornościowego i gorączki, a także zabijanie komórek
rakowych. Składnikiem tego nowego zestawu narzędzi wkrótce stały się też
naświetlania. Skutkiem ubocznym wprowadzonych terapii było jednoczesne
unicestwianie wielu zdrowych komórek. Niemniej terapie te ratowały
życie, toteż w leczeniu chorób zdecydowaliśmy się na praktykę hamowania
układu odpornościowego, a nie stymulowania go. Dokonania Coleya pokryły
się kurzem historii -?jego koncepcje były słuszne, ale próbował je
upowszechnić w niesprzyjającym czasie.
Leczenie immunosupresyjne stanowi bardzo ważne osiągnięcie medycyny i udowodniło swoją wartość jako ratująca życie strategia terapeutyczna.
Nie mogłem jednak oprzeć się pytaniu, w jakim miejscu bylibyśmy dzisiaj,
gdybyśmy jednocześnie nie zapomnieli o przedstawionym przez Coleya
wniosku, że nasz własny układ odpornościowy może się stać tajną bronią w odpieraniu nieuleczalnych chorób.
Odkurzenie lekcji z przeszłości
Pełniąc swoje obowiązki w szpitalu oraz przygotowując kolejne referaty,
patrzyłem na przebieg chorób przez pryzmat spontanicznego zdrowienia -
skąd ono pochodzi i jak można by je odtwarzać. Dawne, pomijane
wiadomości ze studiów medycznych, takie jak te o dokonaniach Coleya, co
raz wypływały w moich myślach, a bieżące komentarze pacjentów, którzy
niespodziewanie wracali do zdrowia, wbijały mi się w pamięć, rezonując
jednocześnie z opowieściami, które słyszałem od ozdrowieńców w Ameryce
Południowej.
Spodziewałem się, że jadąc do Brazylii, rozprawię się z twierdzeniami o cudownych uzdrowieniach, skreślę tę sprawę ze swojej listy i będę mógł
wrócić do normalnego życia. Tymczasem dało to początek mojej nowej
pasji. Widziałem, że naprawdę coś się tutaj dzieje. Wciąż nie rozumiałem
dokładnie jak, ale miałem przeczucie, że przynajmniej do pewnego stopnia
zdarzenia te były zakorzenione w zjawiskach, które, gdy idzie o oddziaływanie różnorakich czynników na układ odpornościowy, nauka
odkrywa od niedawna.
Wszyscy wiemy, że układ ten jest naszym największym atutem w zwalczaniu
przeziębień i innych infekcji wirusowych. "Dopadło mnie" -?mówimy
przyjaciołom i kolegom w pracy, wydmuchując nos czy zasłaniając usta
przy kichaniu. Rozumiemy i akceptujemy to, że w przypadku przeziębienia
jakiś fragment naszego układu odpornościowego przepuścił wirusy, które
normalnie odbiłyby się od jego pancerza -?stało się tak może dlatego, że
nie wysypialiśmy się jak należy albo byliśmy narażeni na stres w pracy
czy domu. Kiedy jednak chodzi o raka, chorobę wieńcową, cukrzycę i inne
przewlekłe czy nieuleczalne choroby, które prześladują tak wielu z nas,
z reguły nie zastanawiamy się, w jaki sposób nasz organizm i układ
odpornościowy mogłyby zadziałać na naszą korzyść -?lub dlaczego tak nie
działają. Od razu kierujemy uwagę na zewnątrz, często korzystając z interwencji, które zaleczają tylko najbardziej doskwierające objawy,
zamiast zwrócić się do wewnątrz i poszukać źródłowej przyczyny
schorzeń. A przyczyną tą może być rozregulowanie układu odpornościowego
przewlekłym stanem zapalnym, przez co układ ten nie tylko przestaje
funkcjonować wystarczająco efektywnie, ale dodatkowo on sam stwarza nam
problemy i choroby. Choć dysponujemy dziś systemem medycznym, który pod
pewnymi względami jest znakomity, często leczymy pacjentów środkami
pozwalającymi chorym w najlepszym razie utrzymywać się na powierzchni
wody. Zwykle natomiast nie zastanawiamy się nad samym zdrowiem oraz -?w stopniu wydającym się przeczyć zdrowemu rozsądkowi -?nie analizujemy
przypadków ludzi, którzy znaleźli ścieżki prowadzące ku zdrowiu.
Eksperyment Coleya pokazał, że gorączka może niekiedy zresetować ludzki
układ odpornościowy, tak że zaczyna on dostrzegać i atakować komórki
nowotworowe, którym uprzednio pozwalał się rozwijać i namnażać -?mniej
więcej tak, jak resetujemy komputer, by wrócić do ustawień początkowych
twardego dysku. Z moich studiów na wydziale lekarskim oraz z lat
praktyki psychiatrycznej wynika, że wszystko, co wprowadzamy do swojego
organizmu -?od żywności i toksyn po myśli i uczucia -?może modyfikować
podstawowy poziom funkcji odpornościowej. To, co zjadamy, wpływa na
efektywność układu odpornościowego w sposób zależny od tego, czy dajemy
narządom i komórkom w swoim ciele mikroskładniki odżywcze konieczne dla
nich do działania na pełnych obrotach. Oddziałuje na nas również
najbliższe otoczenie. W niedawnym badaniu z Uniwersytetu
Stanforda4 stwierdzono, że otaczający nas świat -?od łona
matki przez dom rodzinny do aktualnego miejsca zamieszkania i pracy -
kształtuje i determinuje naszą funkcję odpornościową w większym
stopniu, niż czynią to geny. W rzeczywistości 90 procent chorób
przewlekłych wynika nie z genomu, tylko ze sprzyjających chorobie
czynników środowiskowych5. Istotna jest też umiejętność
radzenia sobie ze stresem. Od dawna wiadomo, że przewlekły stres osłabia
funkcje obronne, a przełomowe prace na polu psychoneuroimmunologii oraz
zdrowia pozytywnego, które sondują zawiłe zależności między mózgiem a układem odpornościowym, dowodzą, że pozytywne emocje i śmiech dosłownie
wzmacniają nasze zdrowie, gdyż naszą odporność stymulują.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki