Umowy śmieciowe - Andrzej Tucholski

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Odcinek pierwszy

Po­czą­tek sierp­nia

Hanna od sa­mego świtu czuła, że czeka ją wy­jąt­kowy dzień. Wspo­mi­na­jąc go po ja­kimś cza­sie, stwier­dziła jed­nak, że gdy czło­wieka mają spo­tkać "ta­kie" wy­jąt­ko­wo­ści, to już chyba wo­lałby nudę.

Usia­dła na pię­tach na­prze­ciwko brzyd­kiej ściany no­szą­cej ślady ze­rwa­nej ta­pety. Uło­żyła przy niej wszyst­kie puszki z far­bami. Od naj­ciem­niej­szej, gra­na­to­wej, po trzy śnież­no­białe. Po­prze­su­wała je kil­ku­krot­nie, by na pewno stały w rów­nym rzę­dzie.

Po chwili wy­sy­pała na par­kiet za­war­tość dru­giej torby. Tym ra­zem były to przy­bory ma­lar­skie. Fo­lie ochronne, pa­pie­rowe ta­śmy, ku­wety, wałki, gąbki, pędzle róż­nej sze­ro­ko­ści i dłu­go­ści, bu­telki wody de­mi­ne­ra­li­zo­wa­nej, roz­pusz­czal­nik oraz kilka przed­wczo­raj­szych ga­zet, wy­pro­szo­nych od pani w osie­dlo­wym kio­sku. Wszystko uło­żyła na pla­nie nie­wi­dzial­nej siatki.

Dziew­czyna za­cho­wała równe od­le­gło­ści po­mię­dzy przed­mio­tami i za­dbała, by fo­lia ma­lar­ska, te­raz zło­żona w trój­kąt, do­brze kom­po­no­wała się z trzema, usze­re­go­wa­nymi we­dług dłu­go­ści, ­pędz­lami.

"Po­dobno bę­dzie le­piej" - gło­sił zaj­mu­jący pół strony na­głó­wek ga­zety po­ło­żo­nej na sto­sie pa­pie­rów.

Jedna gąbka nie pa­so­wała do ca­ło­ści, więc Hanna od­rzu­ciła ją za sie­bie, da­leko od do­sko­na­łego sche­matu. Wstała, przy­su­nęła dra­binę bli­żej swo­jego dzieła i wspięła się na naj­wyż­szy sto­pień. Po­ło­żyła się na nim na brzu­chu i trzy­ma­jąc w wy­cią­gnię­tych rę­kach te­le­fon ko­mór­kowy, zro­biła zdję­cie go­to­wej kom­po­zy­cji. Farby i przy­bory pre­zen­to­wały się te­raz wy­jąt­kowo es­te­tycz­nie, ni­czym z ka­ta­logu sklepu. Tro­chę tak, jak pew­nie wy­glą­dały obozy daw­nych ar­mii szy­ku­ją­cych się do wiel­kich bi­tew, z na­mio­tami, wo­zami z za­opa­trze­niem i oko­pa­nymi pla­cami na apele.

Wszystko było na swoim miej­scu i cze­kało tylko na sy­gnał do pracy. Mi­sja "po­kój do wy­na­ję­cia nie do po­zna­nia" miała ru­szyć już za mo­ment.

Fo­to­gra­fia szybko zo­stała ska­dro­wana do kwa­dratu, ob­ło­żona obo­wiąz­ko­wymi fil­trami i wgrana na konto na In­sta­gra­mie.

"Już pra­wie. #No­wy­Dom #Te­ra­zWar­szawa #grid­photo" - ­gło­sił jej sta­tus.

"Hej, Ha­nieczka, nie daj się tam!" - po chwili po­ja­wił się pierw­szy ko­men­tarz. Młod­sza sio­stra, do­piero koń­cząca gim­na­zjum. Chyba je­dyna osoba na świe­cie szcze­rze cie­sząca się z za­wo­do­wych wy­bo­rów Hanny.

"Lu­blin tę­skni #weź­cza­semw­pad­nij" - ode­zwał się dawny ko­lega Hani. Sie­dzieli ra­zem na mat­mie w lu­bel­skim Sta­szicu.

Hanna prze­czy­tała jesz­cze dwa ko­men­ta­rze i spraw­dziła liczbę ser­du­szek. Było ich 19, więc mniej wię­cej tyle co zwy­kle, może tylko odro­binę mniej niż przy zdję­ciach z ro­dzin­nego domu.

Już miała wy­łą­czyć apli­ka­cję, gdy te­le­fon za­wi­bro­wał jej w dłoni. Na ekra­nie bły­snęły cy­fry nie­zna­nego nu­meru. Dziew­czyna od­wró­ciła się i sia­dła na schodku dra­biny, pod­su­wa­jąc ko­lana pod brodę. Lewą ręką trzy­mała się ste­laża, więc ode­brała po­łą­cze­nie, prze­su­wa­jąc no­sem po ekra­nie.

- Tak? - spy­tała.

- Dzień do­bry, z tej strony Ro­und­ta­ble So­lu­tions, in­for­muję, że dla pani wy­gody roz­mowa jest na­gry­wana w celu po­pra­wie­nia ja­ko­ści świad­cze­nia usług, mam na­dzieję, że nie prze­szka­dzam, czy za­sta­łam pa­nią Hannę Wró­bel, która miała za­cząć u nas pracę od po­nie­działku? - za­traj­ko­tał na jed­nym wde­chu ko­biecy głos.

Hanna otwo­rzyła usta, by od­po­wie­dzieć, i na­tych­miast je za­mknęła.

Wzięła długi wdech przez usta.

Spoj­rzała przez okno na ko­rony drzew, zda­jące się drżeć od go­rą­cego po­wie­trza.

Wy­dech no­sem.

- Tak. Co to zna­czy: "miała za­cząć"? - spy­tała wresz­cie.

- Ojej - wy­msknęło się pani z działu kadr.

- Ojej?

- Prze­pra­szam naj­moc­niej.

- Za co?

- No bo li­czy­łam, że uda mi się ja­koś ła­god­niej prze­ka­zać.

Wdech.

Zza okna do­bie­gało gło­śne ćwier­ka­nie pta­ków. Były młode i głodne.

Wy­dech.

- Co ła­god­niej prze­ka­zać?

- Pani Hanna Wró­bel?

- Nie­zmien­nie.

- Z naj­więk­szą przy­kro­ścią in­for­muję, że w związku z re­struk­tu­ry­za­cją firmy zwią­zaną z wy­cho­dze­niem z pan­de­micz­nych ob­ostrzeń za­rząd zde­cy­do­wał się zmie­nić stra­te­gię otwie­ra­nia no­wych fi­lii. W efek­cie wstrzy­mane zo­stają także nowe za­trud­nie­nia.

- Prze­cież przez wyj­ście Wiel­kiej Bry­ta­nii z Unii mie­li­ście prze­nieść biura tu­taj.

- Ow­szem, przy czym wie­lo­mie­sięczny fur­lo­ugh oraz udane eks­pe­ry­menty zwią­zane z pracą zdalną de­le­go­waną aż do emer­ging mar­kets spra­wiły, jak już wspo­mnia­łam, że za­rząd zde­cy­do­wał się zmie­nić stra­te­gię otwie­ra­nia no­wych fi­lii, czego ab­so­lut­nie nie dało się prze­wi­dzieć. - Pani z działu kadr ewi­dent­nie lu­biła dłu­gie zda­nia.

Wdech.

Z od­dali do­bie­gały stłu­mione dźwięki młota pneu­ma­tycz­nego. Re­mont przy skrzy­żo­wa­niu nie­po­ko­jąco się prze­dłu­żał.

I wy­dech.

- Nie mam tej pracy - po­wie­działa głu­cho Hanna. Bar­dziej do sie­bie niż do te­le­fonu.

- To nie tak, że pani jej nie ma, tylko na czas bli­żej nie­okre­ślony zo­stało prze­ło­żone spo­tka­nie z pa­nią, na któ­rym miałby się od­być ostatni ele­ment pro­cesu re­kru­ta­cyj­nego, czyli mię­dzy in­nymi pod­pi­sa­nie umowy.

- Czyli jej nie mam - pod­su­mo­wała Hanna. La­wi­nowe tempo roz­mów­czyni za­czy­nało ją nu­żyć.

- I tak, i nie, pani Wró­bel, pro­szę nie prze­krę­cać mo­ich słów. - Głos pani z działu kadr ro­bił się co­raz wyż­szy. - Praw­nie rzecz uj­mu­jąc, nie na­stą­piło ze­rwa­nie kon­taktu z pa­nią, bo to by­łoby zła­ma­nie po­sta­no­wień na­szego li­stu in­ten­cyj­nego, co jest za­cho­wa­niem trud­nym z praw­nego punktu wi­dze­nia, a przede wszyst­kim nie­etycz­nym. Firma Ro­und­ta­ble So­lu­tions szczyci się wy­so­kim po­zio­mem trak­to­wa­nia za­równo ak­tu­al­nych pra­cow­ni­ków, jak i po­ten­cjal­nych no­wych, dla­tego dzwo­nimy.

Wdech.

Po­wie­trze w po­miesz­cze­niu pach­niało roz­pusz­czal­ni­kiem.

I wy­dech.

- Pro­szę pani - za­częła Hanna. - Gdyby to było ab­so­lut­nie nie­szko­dliwe prze­su­nię­cie ter­minu, nie uży­łaby pani słów "ła­god­niej­sze prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści". Pani do­brze wie, że dzwoni pani z in­for­ma­cją, która mi zu­peł­nie ruj­nuje plany. Prze­cież przy­je­cha­łam do War­szawy spe­cjal­nie dla was.

- Pro­szę mnie nie ła­pać za słówka - rzu­ciła pani z działu kadr, te­raz już wy­raź­nie ob­ra­żona. - Nie można tak uprasz­czać, mó­wimy o zło­żo­nych pro­ce­sach, poza tym to nie była moja de­cy­zja, tylko osób z za­rządu, i tak mię­dzy nami, to sam dział re­kru­ta­cji wcale nie miał w tym proce...

- Czy to wszystko? - Hanna wcięła się w śro­dek sło­wo­toku.

- Wy­daje mi się, że wy­star­cza...

- Dzię­kuję.

Hanna roz­łą­czyła się. Nie lu­biła prze­ry­wać lu­dziom. Nie lu­biła nie móc się do­ga­dać. W tej chwili nie lu­biła też dra­biny wży­na­ją­cej jej się w ty­łek. Ani War­szawy, do któ­rej być może prze­pro­wa­dziła się po nic. Czuła się ni­czym łódź ze­rwana z cumy, wcho­dząca wła­śnie w groźny i bez­ce­lowy dryf.

Nie lu­biła tych rze­czy.

Ale je­śli miała cze­goś szcze­rze nie­na­wi­dzić, nie­na­wi­dziła cięż­kiej, lep­kiej bez­rad­no­ści, która brzydko skrzy­wiła jej twarz i wy­peł­niła gar­dło gorz­kim przed­sma­kiem pła­czu.

Płacz jed­nak nie nad­szedł.

Dziew­czyna ze­szła z dra­biny. Za­mru­gała kilka razy.

Spoj­rzała na za­blo­ko­wany ekran te­le­fonu. Po­ja­wiały się na nim ko­lejne ko­mu­ni­katy o lu­dziach lu­bią­cych jej naj­now­sze zdję­cie.

Po­pa­trzyła na uło­żone ide­al­nie przy­bory ma­lar­skie. "Po­dobno bę­dzie le­piej" - na­dal mó­wił do niej na­głó­wek ga­zety.

Hanna pod­nio­sła brwi, by le­piej znieść iro­nię, w którą sama się we­pchnęła.

Po­de­szła do drzwi, zsu­nęła ze stóp stare, gó­ral­skie kap­cie i już w sa­mych skar­pet­kach zro­biła długi krok na czy­sty par­kiet miesz­ka­nia. Kap­cie zo­stały na brud­nych tek­tu­rach wy­ło­żo­nych na pod­ło­dze na czas re­montu.

Zdjęła też upać­kany dzięki-bogu-za­po­mniała-czym t-shirt. Uło­żyła go równo koło zdję­tego obu­wia.

Roz­pu­ściła zła­pane gumką dłu­gie, kasz­ta­nowe włosy i zwią­zała je z po­wro­tem, tym ra­zem cia­śniej.

Prze­szła się po za­ska­ku­jąco za­gra­co­nym miesz­ka­niu. Jak na tak skromny wy­strój i nie­wiele me­bli jej współ­lo­ka­torka, wła­ści­cielka lo­kalu, na­prawdę prze­cho­dziła samą sie­bie w ge­ne­ro­wa­niu cha­osu. Drzwi do jej po­koju były otwarte na oścież, jak zwy­kle.

Wnę­trze wy­glą­dało, jakby ktoś tam wcze­śniej wy­trzą­snął całą za­war­tość szafy i wrzu­cił w śro­dek tego ba­ła­ganu od­bez­pie­czony gra­nat. Czyli też jak zwy­kle.

Z le­żą­cych w przed­po­koju wa­liz Hanka wy­szar­pała po­gnie­ciony, biały t-shirt. Po­wą­chała jego rę­kaw. Pach­niał świeżo, wio­sen­nym pły­nem do płu­ka­nia. Nada­wał się. W za­sa­dzie mo­gła wy­cho­dzić.

Wsu­nęła na stopy per­ma­nent­nie za­sznu­ro­wane adi­dasy, zgar­nęła z ta­bo­retu w kuchni swój lap­top ra­zem z ła­do­warką. Po­kle­pała wolną ręką po kie­sze­niach na udach, spraw­dza­jąc, czy ma ko­mórkę i klu­cze.

Miała wszystko.

Wy­szła więc z miesz­ka­nia i po kilku prze­bie­gnię­tych po­dwór­kach we­szła do na­roż­nej ka­wiarni przy wiel­kim skrzy­żo­wa­niu.

Ze zde­ner­wo­wa­nia zu­peł­nie nie za­re­je­stro­wała drogi po­mię­dzy.

W środku było chłodno i gło­śno. Kli­ma­ty­za­tory pra­co­wały z pełną mocą, kon­ku­ru­jąc z dwiema ru­chli­wymi uli­cami po dru­giej stro­nie pa­no­ra­micz­nych okien. Za dłu­gim ba­rem z ciem­nego drewna stała dziew­czyna, któ­rej imie­nia Hanna jesz­cze nie zdą­żyła za­pa­mię­tać. Po­ma­chała więc do niej.

- Cześć. Jest Kot? - spy­tała.

Ba­ristka prze­stała po­le­ro­wać eks­pres i za­rzu­ciła szmatkę na ra­mię. Miała mi­ster­nie upięte kru­czo­czarne włosy i bar­dzo wą­ską twarz.

- Cześć, Ha­nia. Nie, nie ma. Za­ła­twia coś.

- Aku­rat jak mu­szę z nią po­ga­dać.

- Za­wsze mu­sisz z nią po­ga­dać, gdy tu wpa­dasz.

- Mo­głaby się na­uczyć, że jak idę, to ma tu być.

- Na­pi­szę jej no­tatkę służ­bową.

- I po­in­for­muj prze­ło­żoną.

Uśmiech­nęły się do sie­bie.

- Słu­chaj - po­wie­działa ze skrzy­wioną miną Hanna - bar­dzo cię prze­pra­szam, ale chyba umknęło mi twoje imię. Przy­po­mnisz mi, pro­szę?

- Nie.

- Aha.

Ba­ristka cmok­nęła z dez­apro­batą.

- Nie chciało się słu­chać, to te­raz za­pra­cu­jesz na tę cenną in­for­ma­cję.

- A więc do­brze, Bez­i­mienna Ko­le­żanko. Nie dam się za­szan­ta­żo­wać. Za­miast tego kawkę ład­nie po­pro­szę.

- Ja­kąś szcze­gólną?

- Czarną.

- Wi­dzę, że panna sza­leje, droga panno Hanno. - Ba­ristka dy­gnęła dys­tyn­go­wa­nie. - No weź, za­mów coś faj­niej­szego, a nie ­tylko tę czarną i czarną.

- Do­brze. W ta­kim ra­zie po­pro­szę kawę taką, jak moja przy­szłość, aspi­ra­cje za­wo­dowe oraz chęci do ży­cia. A także ­per­spek­tywy ma­try­mo­nialne.

- Czyli ma­li­nową z bitą śmie­taną?

- Nie. Na­dal czarną.

Po­pa­trzyły na sie­bie w mil­cze­niu

- Śmie­szek dziś z cie­bie - mruk­nęła ba­ristka.

- Od­wo­łali mi pracę.

- Żar­tu­jesz.

- Nie, wła­śnie do­sta­łam te­le­fon.

- To bar­dzo słabo.

- Nie ukry­wam.

- Do­bra, to już cię nie za­ga­duję. Mo­głaś od razu po­wie­dzieć, że nie masz na­stroju, a nie, o, sto­isz tu i wy­ci­skasz z sie­bie marne żarty.

Hanna spoj­rzała na nią spode łba.

- Okej, prze­pra­szam - po­pra­wiła się ba­ristka i mru­gnęła po­ro­zu­mie­waw­czo. - Do­sko­nałe żarty. Przy­niosę ci kawę do sto­lika.

- Dzięki.

Uprzy­wi­le­jo­wana zniż­kami pra­cow­ni­czymi swo­jej współ­lo­ka­torki Hanna zo­sta­wiła bank­not dzie­się­cio­zło­towy na la­dzie i po­szła do sto­lika w rogu. To było jej ulu­bione miej­sce, cen­tral­nie pod du­żym kli­ma­ty­za­to­rem. Jego ło­patki usta­wiono pod ką­tem, więc za­pew­niał przy­jemną kur­tynę chłodu, która spa­dała do­piero na lu­dzi sie­dzą­cych kilka sto­li­ków da­lej. W efek­cie Han­nie na ra­zie uda­wało się nie zła­pać wa­ka­cyj­nego za­pa­le­nia płuc.

W drew­nia­nej pod­sta­wie sie­dzi­ska ulo­ko­wano kilka gniaz­dek, więc dziew­czyna pod­pięła lap­topa i roz­sta­wiła go przed sobą. Po­cze­kała, aż sys­tem się za­ła­duje i wpi­sała ha­sło. Gdy wy­świe­tlił się pul­pit, otwo­rzyła prze­glą­darkę.

"Brak po­łą­cze­nia z in­ter­ne­tem" - prze­czy­tała.

Hanna klik­nęła w ikonkę sieci bez­prze­wo­do­wej w rogu ekranu i za­uwa­żyła, że fak­tycz­nie li­sta do­stęp­nych sieci była pu­sta.

- Hej, coś się stało z Wi-Fi? - rzu­ciła py­ta­nie w stronę baru, pod­no­sząc rękę.

Nie­stety kli­ma­ty­za­tory, mu­zyka i ulica sku­tecz­nie ją za­głu­szyły. Ba­ristka znowu pu­co­wała eks­pres, sto­jąc ty­łem do sali, więc ma­cha­nie nie po­mo­gło.

Hanna prze­wró­ciła oczami i za­częła pod­no­sić się z sie­dze­nia. Krzy­cze­nie nie wcho­dziło w grę przy jej dzi­siej­szym na­stroju.

- Nie wsta­waj. In­ter­net nie działa - ode­zwał się z wy­raź­nym, choć mięk­kim ak­cen­tem męż­czy­zna sie­dzący kilka sto­li­ków da­lej.

Dziew­czy­nie przy­szło do głowy, że chyba jest Fran­cu­zem. Był po­stawny, po czter­dzie­stce. Miał na­po­ma­do­wane włosy, za­cze­sane w duży lok nad prawą brwią, wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, dro­gie ubra­nia, drogi ze­ga­rek i drogi kom­pu­ter. Wy­glą­dał na ko­goś waż­nego. Wra­że­nia do­peł­niały dło­nie osoby, która ni­gdy nie wy­ko­ny­wała fi­zycz­nej pracy.

- Aha - od­po­wie­działa, nie wie­dząc, co od­po­wie­dzieć.

Od po­czątku pan­de­mii rzadko z kim­kol­wiek roz­ma­wiała, a od prze­pro­wadzki do War­szawy to już w ogóle. To zna­czy - poza Ko­tem, oczy­wi­ście, ale skoro Hanna albo u niej miesz­kała, albo prze­sia­dy­wała w jej miej­scu pracy, było to cał­kiem zro­zu­miałe.

Tro­chę zdzi­czała.

- Zgło­si­łem to dru­giej kel­nerce. Kwa­drans temu. Po­wie­działa, że jest ja­kiś re­mont i in­ter­net cza­sem znika. Po­szła się do­py­tać, kiedy wróci. C'est cu­rieux.

Jak na za­wo­ła­nie, gdzieś za oknami ka­wiarni, znowu ode­zwał się młot pneu­ma­tyczny. Hanna sia­dła głę­biej w fo­telu, za­mknęła lap­topa, wsu­nęła twarz w dło­nie i zgar­biła się od na­głego ude­rze­nia zmę­cze­nia. Zma­lała tak, jakby uszło z niej całe po­wie­trze. Nie za­uwa­żyła, że w mię­dzy­cza­sie po­de­szła do niej czar­no­włosa ba­ristka i po­sta­wiła na sto­liku ku­bek.

- Wi­dzę, że się po­zna­li­ście! - do­biegł ją ko­biecy głos.

Fran­cuz i Hanna spoj­rzeli ku drzwiom ka­wiarni. Stała w nich Kot. Była ni­ska i po­mimo zbli­ża­ją­cej się trzy­dziestki wy­glą­dała na pięt­na­ście lat. Tym ra­zem oczy przy­sła­niała jej ja­sno­nie­bie­ska grzywka. W ze­szłym ty­go­dniu była ró­żowa z bia­łymi pa­sem­kami.

Drobne kształty dziew­czyny skry­wał za­wią­zany krzywo czarny far­tuch z na­zwą ka­wiarni. Ski­nęła głową do dru­giej ba­ristki i do­sia­dła się do sto­lika Hanny.

- Czy in­ter­net bę­dzie? - spy­tał Fran­cuz.

- Nie. - Kot prze­wró­ciła oczami. - Ga­da­łam z pa­nami typ­kami, na­wet na mo­ment ich na­mó­wi­łam, by prze­stali fe­dro­wać tym zło­mem, ale nic wię­cej nie zdzia­ła­łam. Wę­zeł me­diowy bę­dzie roz­ko­pany jesz­cze dwa dni. Mu­simy więc sie­dzieć tu bez in­ter­netu, jak w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych.

- Ale ja mia­łem in­ter­net w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych - po­wie­dział z uśmie­chem Fran­cuz.

- Lo­uis. Nie de­ner­wuj mnie. - Kot pac­nęła go ręką w ra­mię. Spoj­rzała na ko­le­żankę. - Hanna, po­znaj Lo­uisa. Od roku prze­sia­duje w na­szej ka­wiarni, bo bar­dzo nie chce mu się pra­co­wać, i czę­sto na­rzeka, że ma ja­kąś trudną ana­lizę. Jest w po­rządku. Mi­nę­li­ście się, bo ty ile je­steś już w mie­ście, dzie­sięć dni? No. To jego z ko­lei gdzieś ostat­nio wy­wiało.

- Nie gdzieś, tylko do domu, do Pa­ryża. Od­wie­dzi­łem ­cen­tralę. I mamę!

- Pew­nie żeby się spo­wia­dać, czemu masz tak słabe wy­niki. Albo na­jeść się ba­gie­tek.

- Ca­mille, nie mów tak. Moje wy­niki są przy­naj­mniej tak do­bre jak twoje je­dze­nie.

- Cza­ruś. Lo­uis, po­znaj Hannę. Miesz­kamy ra­zem. Bę­dzie pra­co­wać jako ana­li­tyk w ja­kiejś kor­po­ra­cji i pew­nie skoń­czy tak jak ty.

Lo­uis ski­nął głową.

- Jak ja, to zna­czy bo­gata, ze szczę­śliwą ro­dziną i w faj­nym kraju? Hanna - Lo­uis nie wy­mó­wił li­tery "h" - ewi­dent­nie po­trafi się usta­wić. Dzień do­bry.

- Miło mi. - Hanna uśmiech­nęła się i od­wró­ciła do Kota. - Mo­żemy przez mo­ment po­ga­dać? To pilne.

- To ja was, dro­gie pa­nie, zo­sta­wię. Na dzi­siaj, oczy­wi­ście, bo ju­tro też tu wrócę. - Lo­uis wstał, od­su­nął pal­cem pu­stą fi­li­żankę w stronę baru i wziął pod pa­chę kom­pu­ter.

Skło­nił się nie­znacz­nie i le­ni­wym kro­kiem wy­szedł z ka­wiarni. Nie mi­nął na­wet progu, a już przy­ło­żył do ucha te­le­fon ko­mór­kowy.

- Dziwny ty­pek, ale go lu­bię - po­wie­działa Kot, pa­trząc jak od­cho­dzi.

- Kot.

- Bio­rąc pod uwagę to, jak on się cią­gle opie­prza, to chyba w jego fir­mie też go po pro­stu lu­bią. Ina­czej na pewno dawno by go wy­wa­lili.

- Kot.

- A że jego sze­fowa to straszny po­twór, to sam Lo­uis tym bar­dziej wy­daje się mil­szy. Może on za­ła­twia za nią sprawy z ludźmi? Bo jej nikt nie po­trafi zdzier­żyć i dla­tego go trzy­mają? W ogóle to to cho­ler­stwo, ta jego prze­ło­żona, ona tu była raz. Ga­dasz z nią pięć mi­nut, a ta ma taką ener­gię, że na­gle za­czy­nasz się wsty­dzić, że w ogóle śmia­łaś do niej za­ga­dać, no co za gówno warta...

- Kot!

Kot spoj­rzała na Hannę. Sia­dła pro­sto.

- No co?

- Nie mam pracy.

Kot za­mru­gała i cof­nęła głowę tak głę­boko, że pod nor­mal­nie ostrym pod­bród­kiem wy­ro­sły jej trzy do­dat­kowe.

- Jak to nie masz pracy?

- Nie ma etatu, nie pod­pi­szą ze mną umowy. Nie mam pracy. Je­stem tu po nic.

Hanna znowu po­czuła ucisk w gar­dle i za­pie­kły ją oczy. Za­ci­snęła usta.

- No to ki­jowo - po­wie­działa Kot i skrzy­żo­wała ręce.

- Za chwilę mi­nie rok, od­kąd skoń­czy­łam stu­dia. W mię­dzy­cza­sie stra­ci­łam dwa lata mło­do­ści przez tę pan­de­mię. Prze­cież u cie­bie też nie będę wiecz­nie miesz­kać. Mu­szę zna­leźć nową pracę albo wra­cać. - Han­nie udało się do­koń­czyć myśl bez za­ła­ma­nia głosu. W na­grodę wzięła głę­boki od­dech.

- Miesz­ka­niem się nie przej­muj. Mo­żesz u mnie spo­koj­nie sie­dzieć do li­sto­pada, bo po­tem sama nie wiem, czy nie wy­jeż­dżam. Ale do końca paź­dzier­nika masz spo­kój.

Kot od­po­wie­działa kie­dyś na in­ter­ne­tową ofertę Hanny, a ta na­pi­sała jej pracę ma­gi­ster­ską w za­sa­dzie za darmo, za samą obiet­nicę udo­stęp­nie­nia po­koju w swoim miesz­ka­niu, gdy zaj­dzie taka po­trzeba.

W toku co­dzien­nego wy­mie­nia­nia e-ma­ili dziew­czyny po­znały się i po­lu­biły. Po kilku mie­sią­cach Hanna fak­tycz­nie za­dzwo­niła do drzwi in­ter­ne­to­wej ko­le­żanki. Kot wy­śmiała spa­ko­wany przez nią śpi­wór i prze­nio­sła jej ple­cak na łóżko w wol­nym po­koju, i już tak zo­stało.

- Trzy mie­siące? Je­śli nie je­stem w sta­nie po­ra­dzić so­bie w no­wym mie­ście w trzy mie­siące, no to nie po­ra­dzę so­bie ni­gdy.

Kot skrzy­wiła się.

- Cie­kawe, co ja mam po­wie­dzieć, je­śli na­dal nie wiem, co chcę ro­bić z ży­ciem, a żyję głów­nie dzięki miesz­ka­niu, które do­sta­łam w spadku.

- Wiesz, że nie o to mi cho­dziło.

- Wiem.

Ale Kot nie wy­glą­dała, jakby wie­działa. Hanna wes­tchnęła. Sama chciała jesz­cze tro­chę po­na­rze­kać, ale wtedy współ­lo­ka­torka na pewno skra­dłaby te­mat pod sie­bie. Ze­brała się więc w so­bie i wy­pro­sto­wała plecy.

- Może po­cho­dzę na ko­lejne roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyjne?

- Mo­żesz. - Kot od­chy­liła się do tyłu i scho­wała ręce w kie­sze­niach far­tu­cha. Zmiana te­matu roz­mowy była jej nie po dro­dze.

- Ale od roz­mowy do roz­po­czę­cia pracy mija cza­sem wiele mie­sięcy. - Hanna po­stu­kała pal­cem w ku­bek.

- To może szu­kaj pracy w tle, a w wol­nym cza­sie spró­buj do­ro­bić ina­czej?

- Nie dam rady pra­co­wać na pełną zmianę i cho­dzić na roz­mowy. Te ich as­si­gn­menty cza­sem są usta­lane z jed­no­dnio­wym wy­prze­dze­niem na je­de­na­stą trzy­dzie­ści. Albo czter­na­stą pięt­na­ście.

- To nie idź na pełną zmianę.

- To skąd we­zmę pie­nią­dze?

- A jak za­ra­bia­łaś do tej pory?

- Czyli co? Za dnia cho­dzę na roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyjne i wszę­dzie wy­sy­łam CV, a no­cami pi­szę lu­dziom ma­gi­sterki?

- Za­da­jemy so­bie bar­dzo dużo py­tań.

- Ty za­czę­łaś. - Hanna wzru­szyła ra­mio­nami.

- Ci­cho. Tak, za dnia szu­kaj pracy, a no­cami pra­cuj. - Kot pstryk­nęła pal­cami. - Jak bez­ro­botny Bat­man.

- Nie wiem, czy chcę być jak Bat­man. A już tym bar­dziej bez­ro­botny. Cho­ciaż może nie jest to głu­pie, bo i tak pi­szę lu­dziom jesz­cze ze trzy prace te­raz. Dzięki nim mam za co żyć, na­wet bio­rąc pod uwagę twój do­sko­nały czynsz.

- Prze­cież ty nie pła­cisz czyn­szu.

- Wiem.

- Wi­dzę, że hu­mor ci się po­pra­wia.

- Moż­liwe.

Sie­działy przez chwilę w mil­cze­niu. W ka­wiarni było pu­sto. W wa­ka­cje bra­ko­wało li­ce­ali­stów z oko­licz­nych szkół. Stu­denci też się nie po­ja­wiali. Prze­rwa obia­dowa w oko­licz­nych biu­row­cach miała za­cząć się do­piero za dwie go­dziny. Na­wet po­le­ru­jąca eks­pres ba­ristka od­pu­ściła i oglą­dała te­raz se­rial na te­le­fo­nie.

- Mam po­mysł - ogło­siła na­gle Kot. Wy­glą­dała na pod­nie­coną. Stu­kała szybko pal­cami o stół.

- Da­waj.

- Lo­uis.

- Lo­uis - po­wtó­rzyła Hanna ci­cho.

- Ten, co tu był.

- Wiem prze­cież, prze­drzeź­niam cię.

- To prze­stań.

- Co z nim?

- On, i nie tylko on, jest wielu ta­kich jak on. Jaką ty mia­łaś mieć fu­chę w tym korpo?

- Ana­li­tyk ryn­kowy.

- A po ludzku?

Hanna prych­nęła.

- Pa­trzę na cy­ferki w nie­skoń­czo­nych ta­bel­kach i spraw­dzam, co tam się dzieje. Co za­ra­bia, co traci, ja­kie są prze­pływy. I inne ta­kie.

Kot po­pra­wiła się na krze­śle. Te­raz pro­mie­niała w pełni. Od­gar­nęła grzywkę z czoła.

- Mó­wią ci coś ta­kie rze­czy jak "spra­woz­da­nie fi­nan­sowe" albo "struk­tura kosz­tów"? - spy­tała.

- No pew­nie.

- Co­dzien­nie sie­dzi tu­taj przy­naj­mniej je­den biz­nes­men, który ma pro­blem ze swo­imi licz­bami, i żali mi się, że nie chce mu się ich ogar­niać. I cza­sem używa ta­kich słów. Cza­sem na­wet mi te ta­bele po­każe. Straszna nuda. Ale ty to lu­bisz.

- Lu­bię.

- A za­tem po­mysł brzmi: prze­sia­duj tu­taj co­dzien­nie, po­pi­jaj ta­nią kawę i cze­kaj. - Kot do­bit­nie przed­sta­wiła swój plan i roz­sia­dła się na krze­śle.

Hanna prze­krzy­wiła głowę.

- Na co niby? Nie mam czasu na cze­ka­nie.

Kot pod­nio­sła obie ręce do góry.

- A masz coś in­nego do ro­boty? Wra­caj na chatę i re­mon­tuj to, co chcia­łaś re­mon­to­wać. Po od­ma­lo­wa­niu po­koju za­czniesz sie­dzieć tu z lap­to­pem, szu­kać pracy, pi­sać ma­gi­sterki in­nym lu­dziom. A ja będę słu­chać.

- I?

- I jak usły­szę, że któ­ryś kra­wa­cik ma pro­blem ze swo­imi licz­bami, w toku roz­mowy, sub­tel­nie i z wielką gra­cją, po­wiem mu, że pro­szę pana, tam sie­dzi taka jedna la­ska, która ta­kie ta­belki to roz­wią­zuje so­bie z nu­dów, jak jej się rano jajka go­tują.

- Ale wcale tak nie jest.

- Od dzi­siaj jest.

Hanna sia­dła na dło­niach. Spoj­rzała na na­klejki na lap­to­pie. Bar­dzo chciała mieć "praw­dziwą" pracę, taką zdo­bytą dzięki do­ce­nio­nemu przez re­kru­tera do­świad­cze­niu i prze­czy­ta­nemu li­stowi mo­ty­wa­cyj­nemu. Wy­słu­gi­wa­nie się zna­jo­mo­ściami i po­pra­wia­nie le­ni­wym biz­nes­me­nom ich ta­bel w ogóle nie brzmiało jak coś, z czego mo­głaby być dumna.

- Nie po­doba mi się ten po­mysł - po­wie­działa.

- A wo­lisz być bez­ro­botna?

Hanna mil­czała przez mi­nutę.

- Okej. Z tym ar­gu­men­tem nie mogę się kłó­cić. Twoim zda­niem to wy­pali?

- Nie wiem. Ale na pewno prze­bija dra­ma­ty­zo­wa­nie.

- I kto to mówi. - Hanna uśmiech­nęła się mi­mo­wol­nie.

- Ja to mó­wię - prych­nęła Kot.

- Czyli co, twoim zda­niem taka fu­cha na czarno może z cza­sem ewo­lu­ować w umowę o pracę?

Drzwi ka­wiarni stuk­nęły ci­cho. Kot wstała i bez od­po­wie­dzi, bez słowa, bez ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji wró­ciła za bar. Hanna wes­tchnęła. Ka­mila chyba nie była świa­doma, jak pseu­do­nim "Kot" nie­po­ko­jąco do niej pa­so­wał.

Na po­bli­ską sta­cję mu­siało przy­je­chać me­tro, bo do lo­kalu we­szły w krót­kim od­stę­pie czasu cztery osoby. Za­pa­trzona w sie­bie para, star­sza pani w bia­łych, ko­ron­ko­wych rę­ka­wicz­kach oraz młody chło­pak, wy­glą­da­jący na sta­ży­stę lub mło­dego me­ne­dżera. Tego ostat­niego Hanna nie­dawno za­częła roz­po­zna­wać, wpa­dał pra­wie co­dzien­nie. Uśmiech­nęła się do niego. On od­wza­jem­nił uśmiech i od­wró­cił się ple­cami.

Hanna sie­działa jak za­klęta. Tra­wiła jesz­cze pro­po­zy­cję Kota. Cza­sem tak miała, że jej umysł wska­ki­wał w tryb pod­wyż­szo­nej ana­lizy in­for­ma­cji, więc ciało zo­sta­wało bez opieki. Nie chciało jej się wtedy jeść, nie od­czu­wała chłodu. Sie­działa i wo­dziła oczami bez celu po ca­łej ka­wiarni. Jej mózg pra­co­wał tak in­ten­syw­nie, że gdyby wy­da­wał dźwięki, za­głu­szyłby na­wet hu­czący nad nią kli­ma­ty­za­tor. Dziew­czynę z transu wy­rwało do­piero to, że chło­pak się do niej do­siadł.

- Hanna? - spy­tał. Nie miał w ręku kubka.

- Tak - od­po­wie­działa. Nie lu­biła roz­ma­wiać z ob­cymi. Nie miała po­ję­cia, jak go po­trak­to­wać. Prze­szło jej tylko przez myśl, by za­cho­wy­wać się uprzej­mie.

- Ka­mila mi po­wie­działa, że cza­sem po­ma­gasz w ogar­nia­niu trud­nych baz da­nych. Ro­bisz to tu­taj na miej­scu?

Hanna chciała za­mor­do­wać ko­le­żankę wzro­kiem.

Kot po­ma­chała do niej we­soło.

- Tak, cza­sem mi się zda­rza - wy­krztu­siła.

- Ja­kie masz do­świad­cze­nie?

- Skoń­czona eko­no­mia, staż w banku w dziale ana­lizy ry­zyka, pry­watne spi­na­nie da­nych dla kilku ma­łych firm zna­jo­mych, ob­li­czone kilka prac ma­gi­ster­skich.

- Ile bie­rzesz?

- To za­leży od bazy da­nych - po­wie­działa i prze­łknęła ner­wowo ślinę. Mo­dliła się, by tego nie usły­szał.

- Słu­chaj, ju­tro z czymś wpadnę. - Chło­pak wy­ce­lo­wał w nią pal­cem. - Ale mu­sisz kli­kać na moim kom­pu­te­rze, bo nie mogę na­ru­szyć bez­pie­czeń­stwa pliku. Czy tak może być?

- Eee. Tak. Spró­buję się do­sto­so­wać.

Chło­pak cały się roz­pro­mie­nił. Miał krótko ścięte, brą­zowe włosy, po­godne oczy, trzy­dniowy za­rost i odro­binę za małą ma­ry­narkę.

- Tak przy oka­zji, je­stem Adam.

- Hanna.

- Wiem.

- Fak­tycz­nie.

Po­dali so­bie ręce nad sto­li­kiem.

- Po­dasz mi swój nu­mer te­le­fonu?

Dziew­czynę za­mu­ro­wało.

- To zna­czy?

- Że­by­śmy się mo­gli ju­tro zła­pać. Chyba, że wo­lisz się zła­pać na Fa­ce­bo­oku?

- A. Aha. Ja­sne, oczy­wi­ście. Może być te­le­fon. Mam Whats­Appa.

Po­dyk­to­wała mu cy­fry. Chło­pak wy­słu­chał ich i kiw­nął głową.

- Mam pa­mięć do liczb i nie­chęć do ana­lizy, głu­pie nie? - za­śmiał się.

- Każdy ma ja­kieś mocne strony - wy­brnęła ko­ślawo Hanna.

Adam wstał od sto­lika.

- To co, do ju­tra?

- Je­śli nie będę aku­rat za­jęta. - Hanna nie bar­dzo wie­działa, czemu od­po­wie­działa w taki spo­sób. - Do usły­sze­nia - do­dała i też wstała. Zdjęła ze sto­lika lap­topa i ła­do­warkę.

Adam uśmiech­nął się jesz­cze raz, wró­cił po swoją kawę na wy­nos i opu­ścił ka­wiar­nię. Hanna od­cze­kała chwilę, sto­jąc bez ru­chu. Te­raz z ko­lei nie bar­dzo wie­działa, czemu w ogóle stoi. Żach­nęła się w my­ślach i po­de­szła do ko­le­żanki.

- Chcesz mi to wy­ja­śnić?

- No co? Po­ma­gam ci.

- Ale tak bez uprze­dze­nia?

- Mia­łam za­dzwo­nić do two­jej se­kre­tarki? - Kot roz­ło­żyła sze­roko ręce. - Wy­lu­zuj. Adam to swój zio­mek. Straszna cia­majda, ale kto wie, może ma w biu­rze ko­goś faj­nego, komu o to­bie po­wie. Cią­gle tu wpada ze zna­jo­mymi, czę­sto na coś na­rze­kają. Może tylko da­dzą ci za­ro­bić, a może się od nich do­wiesz, że przy­pad­kiem jest ja­kieś otwar­cie w fir­mie?

- Otwar­cie?

- No wiesz, re­kru­ta­cja. Nie­dawno czy­ta­łam, że osiem na dzie­sięć miejsc pracy jest zaj­mo­wane przez tak zwany nie­for­malny ry­nek pracy, czyli dzięki zna­jo­mym lub po­le­ce­niom.

- Wiem, sama po­de­sła­łam ci ten ar­ty­kuł.

- Więc czemu się dzi­wisz?

- Bo ja nie mam w War­sza­wie ta­kich zna­jo­mych.

- A Adam? - Kot mru­gnęła po­ro­zu­mie­waw­czo.

Hanna wes­tchnęła te­atral­nie.

- Nie roz­ma­wiam z tobą - ogło­siła i po­szła do domu.

Od­ma­lo­wała cały po­kój za jed­nym za­ma­chem, pra­co­wała aż do zmierz­chu.

Do­piero gdy niebo za­pa­liło się go­rącą czer­wie­nią sierp­nio­wego wie­czoru, do miesz­ka­nia we­szła sty­rana Kot. Po po­ran­nej zmia­nie w ka­wiarni od­bęb­niła jesz­cze do­ra­bia­nie jako kel­nerka w oko­licz­nym ba­rze i te­raz - bez słowa - rzu­ciła się spać w ubra­niu, tak jak stała.

Hanna po­pa­trzyła na za­mknięte drzwi do sy­pialni ko­le­żanki, po­tem na za­mknięte drzwi jej wła­snego, wie­trzą­cego się po ma­lo­wa­niu po­koju. Spo­śród do­stęp­nych po­miesz­czeń zo­stały jej tylko kuch­nia i ła­zienka. Dziew­czy­nie po­woli koń­czyły się rze­czy, które mo­gła ro­bić, i miej­sca, w któ­rych mo­gła być, byle tylko nie my­śleć o so­bie.

Nor­mal­nie spa­li­łaby tro­chę czasu długą ką­pielą, ale dzi­siaj nie miała na nią ochoty. Łu­dziła się, że może szybko za­śnie i ko­lejny dzień przy­nie­sie ja­kie­kol­wiek roz­wią­za­nia.

Po wej­ściu do wanny stuk­nęła głową w ni­sko za­wie­szoną słu­chawkę prysz­nica. Była wy­soka. Ja­kimś cu­dem, po­mimo cią­głego sie­dze­nia przed kom­pu­te­rem, jej syl­wetka trzy­mała względny pion. Co prawda od paru lat nie miała czasu re­gu­lar­nie tre­no­wać, więc nie wy­glą­dała już tak smu­kle jak na po­czątku stu­diów, ale na­dal nie mo­gła so­bie za wiele za­rzu­cić. Co naj­wy­żej wku­rzały ją tro­chę uda.

Zgar­biła się lekko i od­krę­ciła ku­rek.

Tak jak chłodna woda spły­wała jej po karku, tak ra­zem z nią spły­wały z jej serca wszyst­kie wy­da­rze­nia z dnia. Nie chciała się jesz­cze na żad­nym sku­piać, więc po pro­stu po­zwa­lała im się po­ja­wiać i zni­kać. Nie­świa­do­mie, ci­cho. Swo­bod­nie.

Po dłuż­szej chwili po­ło­żyła się na ma­te­racu wci­śnię­tym po­mię­dzy pie­kar­nik a ku­chenny stół. Słu­chała bzy­cze­nia owa­dów za oknem. Igno­ro­wała od­le­głe, mia­rowe chra­pa­nie ko­le­żanki i pa­trzyła się w po­dra­pany, biały su­fit pe­łen tłu­stych plam.

Czas mi­jał, a sen nie nad­cho­dził.

Po­pra­wiła kilka razy zro­lo­wany ręcz­nik pod głową. Kot nie miała dru­giej po­duszki.

W ręku dziew­czyny co ja­kiś czas wi­bro­wał te­le­fon. Ko­lejne ko­men­ta­rze i ser­duszka po­ja­wiały się pod zdję­ciem sprzed kil­ku­na­stu go­dzin.

Tro­chę się tym zdję­ciem wko­pa­łam.

Jak ja te­raz po­wiem lu­dziom, że jed­nak nie mam tej pracy? Będą ze mnie żar­to­wać. Że nie da­łam rady. Że War­szawka mnie sko­pała. Że pora wra­cać. Wła­śnie od­ma­lo­wa­łam swój po­kój. Mam swój pokój. Mam tu ko­le­żankę. Mam za co żyć przy­naj­mniej do li­sto­pada. Nie chcę pod­dać się przed li­sto­pa­dem. By­łoby głu­pie, wró­cić przed li­sto­pa­dem.

Te­le­fon za­wi­bro­wał znowu.

Tylko czy znowu nie bę­dzie tak, jak z udzie­la­niem ko­re­pe­ty­cji w domu? Że pie­nią­dze na­wet nie ta­kie złe, ale ogrom za­ję­tych go­dzin? I zero pre­stiżu. Zero ka­riery. Stu­dia po nic.

Te­le­fon za­wi­bro­wał jesz­cze trzy razy. Od­blo­ko­wała go, lekko zdzi­wiona. Nie była aż tak po­pu­larna, żeby do­stać tyle po­lu­bień na­raz.

Cze­kały na nią cztery nie­ode­brane SMS-y.

"Do­bra, do­piero je­stem przy pry­wat­nym te­le­fo­nie. Co po­wiesz na randkę ju­tro, przy kawce w Porto o 8:30? Po­znasz mnie po kom­pu­te­rze".

"Okej, żar­tuję, tak na­prawdę bez Two­jej po­mocy mnie zwol­nią, bła­gam, bądź".

"Aha, bo nie pod­pi­sa­łem się, to ja, Adam, po­zna­li­śmy się ­dzi­siaj".

"Jakby coś, to jest mój pry­watny nu­mer, mo­żesz go so­bie za­pi­sać".

Gdy Hanna koń­czyła czy­tać, te­le­fon za­wi­bro­wał po raz piąty. Na dole kon­wer­sa­cji po­ja­wiły się ko­lejne zda­nia.

"Obie­cuję, że pi­szę ostatni raz - prze­pra­szam w ogóle, że tak późno - wpadnę ju­tro. Je­śli do­brze zro­bisz te­mat, mo­żemy mieć tego wię­cej. Może być?".

Szó­sta wia­do­mość nie na­de­szła przez kilka mi­nut. Hanna wstu­kała więc od­po­wiedź.

"Randka umó­wiona. Też mnie po­znasz po kom­pu­te­rze, bo mam faj­niej­szy od two­jego".

Od­cze­kała chwilę. Prze­czy­tała swoją wia­do­mość, wark­nęła głu­cho i ją ska­so­wała. Na­pi­sała nową.

"No pew­nie, wi­dzimy się :)".

Wa­hała się długo, a kciuk wi­siał tuż nad kla­wi­szem "wy­ślij".

Hanno Wró­bel, czy aby na pewno in­te­re­suje cię praca i sza­cu­nek na rynku pracy, czy też może jed­nak zdą­ży­łaś już so­bie wy­obra­zić zwią­zek z pierw­szym fa­ce­tem, którego tu po­zna­łaś?

Zro­biła kwa­śną minę i tę od­po­wiedź też ska­so­wała. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wała się tylko na dwie li­tery.

"OK".

Adam od­pi­sał po se­kun­dzie.

"Ale su­per!".

Hanna za­blo­ko­wała ko­mórkę i wsu­nęła ją pod ma­te­rac.

Po­ło­żyła się na brzu­chu i pa­trzyła długo na obite skórą drzwi wej­ściowe do miesz­ka­nia na końcu ko­ry­ta­rza. A po­tem znowu się­gnęła po te­le­fon i pierw­szy raz od dzie­się­ciu dni na­sta­wiła bu­dzik.