W serii także:
- Dorothy Adams, Amerykańska Polka. Z miłości do mężczyzny i jego kraju
- Tadeusz Bukowy, Trochę szczęścia. Dziesięć lat łagru i zesłania 1945-1955
- Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu
- Václav Havel, Siła bezsilnego. Reportaż z pierwszego uwięzienia
- Heinz Heger, Mężczyźni z różowym trójkątem
- Edward Herzbaum, Między światami. Dziennik andersowca 1939-1945
- Friedrich Kellner, Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939-1942
- Stefan Kisielewski, Reakcjonista. Autobiografia intelektualna
- Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918-1959
- Janina Konarska, Dwór na wulkanie. Dziennik ziemianki z przełomu epok 1895-1920
- Hans von Lehndorff, Dziennik z Prus Wschodnich. Zapiski lekarza z lat 1945-1947
- Wolfgang Leonhard, Dzieci rewolucji
- Zbigniew Lubieniecki, Odwet. Polski chłopak przeciwko Sowietom 1939-1946
- Anja Lundholm, Wrota piekieł. Ravensbrück
- Łacińska wyspa. Antologia rumuńskiej literatury faktu
- Jerzy Konrad Maciejewski, Zawadiaka. Dzienniki frontowe 1914-1920
- Anatolij Marczenko, Moje zeznania
- Hans-Jürgen Massaquoi, Neger, Neger... Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech
- Aleksander Podrabinek, Dysydenci. Nieuleczalnie nieposłuszni
- Michał Römer, Dzienniki, t. 1: 1911-1913, t. 2: 1914-1915, t. 3: 1916-1919, t. 4: 1920-1930, t. 5: 1931-1938, t. 6: 1939-1945
- Virgilia Sapieha, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk
- Michał Sokolnicki, Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896-1919
- Stanisława Sowińska, Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia
- Zigmas Stankus, Jak się zostaje albinosem. Wojna w Afganistanie oczami sowieckiego żołnierza 1979-1981
- Sigrid Undset, Odzyskać przyszłość. Wspomnienia z ucieczki przed totalitaryzmami
- Hanna Świda-Ziemba, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930-1989
- Michael Wieck, Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina
- Wiktor Woroszylski, Dzienniki, t. 1: 1953-1982, t. 2: 1983-1987, t. 3: 1988-1996
? Fundacja Ośrodka KARTA, 2022
? Jan Tomasz Lipski, Agnieszka Lipska-Onyszkiewicz, 2022
WYBÓR FRAGMENTÓW DO DRUKU dr hab. Bartosz Kaliski
REDAKCJA Małgorzata Sopyło
WSPÓŁPRACA Maria Krawczyk
OPRACOWANIE PRZYPISÓW dr Łukasz Garbal, dr hab. Bartosz Kaliski
KOREKTA I INDEKS NAZWISK Anna Richter
KWERENDA IKONOGRAFICZNA Ewa Kwiecińska
REDAKTOR SERII Agnieszka Knyt
OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII
SKŁAD KOMPUTEROWY TANDEM STUDIO
ZDJĘCIE NA OKŁADCE Jan Józef Lipski w swoim mieszkaniu, 1976/77.Fot. Bartosz Pietrzak / zbiory Ośrodka KARTA
PRACA NAUKOWA FINANSOWANA W RAMACH PROGRAMU MINISTRA NAUKI I SZKOLNICTWA WYŻSZEGO POD NAZWĄ "NARODOWY PROGRAM ROZWOJU HUMANISTYKI" W LATACH 2017-2022 NR PROJEKTU 11H 16 0302 84
KIEROWNIK NAUKOWY PROJEKTU prof. dr hab. Andrzej Chojnowski
RECENZENT dr Konrad Rokicki
PARTNER PROJEKTU
Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk
Wydawca oświadcza, że dołożył wszelkich starań, aby ustalić wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich. Osoby, do których nie udało nam się dotrzeć, prosimy o kontakt z wydawnictwem.
Wydanie I
Warszawa 2022
ISBN 978-83-66707-56-6
Ośrodek KARTA
ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa
tel. (48) 22 848-07-12
kontakt do wydawnictwa: [email protected]: [email protected]ęgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.pl
karta.org.pl
WPROWADZENIE
Jako badacz opozycji demokratycznej w Peerelu byłem świadomy wielkiej roli Jana Józefa Lipskiego. Klub Krzywego Koła, List 34, Komitet Obrony Robotników... Za tymi krótkimi hasłami kryją się zawsze wytrwałe, czasem niewdzięczne, niekiedy dyskrecjonalne starania człowieka chcącego żyć osobiście w prawdzie, ale i zatroskanego o to, by "zniewolony umysł" nie stał się normą społeczną. Postać zacnego i prawego Lipskiego onieśmielała, ale nie oczekiwałem zaskoczeń, decydując się na udział w zespole wydawniczym. Znałem przecież życiorys bohatera. Jakże się myliłem! Dopiero komponowanie opowieści z fragmentów zapisków, diariusza, artykułów i listów samego Lipskiego, nieznanych niekiedy nawet rodzinie Autora, pokazało nam wszystkim, że była to osobowość zaiste niezależna, a przy tym w swej intelektualnej autonomii - niezwykle czynna i odważna.
Lipski dążył nieugięcie, mimo zagrożeń, do celu - niepodległej Rzeczpospolitej, realizującej hasła wolności, równości, zapewniającej Polakom bezwarunkową niepodległość. I to przez lata - od 1943 (gdy składał przysięgę żołnierza Armii Krajowej) do 1989 roku (gdy kandydował w pierwszych po wojnie wolnych wyborach - do Senatu). Z niestrudzoną konsekwencją wykorzystywał wszelkie okazje, by w tej peerelowskiej rzeczywistości, naznaczanej przez lata myślową stagnacją, społecznym zniechęceniem, strachem przed przemocą i utratą chwiejnej stabilizacji - rozsiewać ziarna przyszłych zmian. Opozycja polityczna przyciągała postacie czasem śmiałe i ekscentryczne, zarówno ludzi czynu, jak i ludzi myśli - wszystkich łączyła niechęć do władzy. Lipski, moralista mimo woli, stawiał się jeszcze dodatkowo w opozycji wobec społeczeństwa polskiego, któremu, jak oceniał, kłamstwo ustroju niekiedy powszedniało.
Niniejsza książka odsłania epokowy wymiar Jana Józefa Lipskiego, jedyny zresztą, w jakim się mieści. To jeden z tych najważniejszych, którzy dopominali się, by odrodzona w 1989 roku Rzeczpospolita była ufundowana na takich wartościach jak tolerancja, pluralizm w życiu politycznym, współczucie dla najsłabszych, nieporadnych, zagubionych w transformacji ustrojowej. I na... prawdzie historycznej o nas samych, o narodzie polskim i jego relacjach z sąsiadami, narodzie tak łatwo wpadającym w pułapkę zgubnej megalomanii. Bo Lipski chciał mówić tę prawdę Polakom zawsze - krytykował wady, również te najcięższe, jak antysemityzm czy lekkomyślność wobec dziejowych zagrożeń (której jako powstaniec warszawski bezpośrednio na swym poranionym odłamkami ciele doświadczył).
Nasza opowieść autobiograficzna przywołuje wiele tekstów Lipskiego dotąd nieznanych, choć oczywiście nie pomija tych najgłośniejszych, za które był krytykowany przez media komunistycznej władzy. Pokazuje bohatera na tle epoki. Sportretował go wcześniej Łukasz Garbal (Jan Józef Lipski. Biografia źródłowa, t. 1 i 2, Warszawa 2018), lecz my idziemy inną drogą: wydobywamy przekaz bohatera na plan pierwszy, unikając komentarza i interpretacji (acz dajemy niezbędne przypisy). Refleksje, myśli i wspomnienia Lipskiego rozrzucone w licznych jego tekstach - odczytaliśmy na nowo i ułożyliśmy na osi czasu.
Książką chcemy dać wyraz wspólnej wierze w ponadczasowość myśli Lipskiego i przekonaniu o niewystarczalności formułek, którymi się bohatera dotąd opatrywało. Jan Józef miał od wczesnej młodości wewnętrzną busolę, która pozwalała mu trzymać właściwy kurs - na dobra symboliczne. Nie wystarczało mu "być przyzwoitym" - on chciał, jak wymagający pedagog, by i inni przyzwoitymi się stali. Wierzył, że mogą się takimi stać, że dobra z drugiego człowieka nie da się wyrwać, choć można je złymi warunkami (decyzjami władzy) stłumić. Tę stałą orientację Lipskiego widać w tekstach wyraźnie, jak szlak na mapie, który latami prowadził go do celu - do Polski wolnej, równej, niepodległej.
Stała była jego taktyka - polegająca na znajdowaniu naśladowców własnej postawy, pomocników, przyjaciół, sojuszników wreszcie. Bez donkiszoterii: w pojedynkę przeciw całemu systemowi komunizmu. Już od późnych lat 40. budował sieć kontaktów między środowiskami podobnymi, a zwykle odizolowanymi, którym niepodległość myślowa była - jak powietrze - niezbędna do życia.
Tak rodziła się opozycja, a on, literaturoznawca z powołania, miłośnik poezji i przyjaciel poetów, był jej akuszerem. Gdziekolwiek się znalazł - w redakcji wydawnictwa, czasopisma, Klubie Krzywego Koła - walczył o niezależność kultury polskiej od peerelowskich dyrektyw. Autobiografia odczytana, sądzimy, to pokazuje. Lipski przyczyniał się do przebudowania polskiej kultury narodowej tak, by patriotyzm nie degenerował się w nacjonalizm, rozumiany jako nieustanne spory z innymi narodami; by rytualny, płytki katolicyzm nie przysłaniał zasad chrześcijaństwa; by pojednanie mogło zaistnieć. Jak mało kto, Lipski wykazywał gotowość do prowadzenia dialogu z partyjnymi i byłymi partyjnymi, komunistami i ekskomunistami, katolikami wierzącymi i wątpiącymi, ateistami wojującymi i agnostykami, Niemcami, Rosjanami, Żydami... Nie miał ambicji przywódczych, nie chciał być liderem opozycji, a dokonał wiele - zawdzięczamy mu tę nieuchwytną, ale czasem uobecniającą się w jakiś cudowny sposób atmosferę współpracy i nastawienia na cel.
Jan Józef Lipski wiedział, że jedynie mówienie niepopularnych i niewygodnych prawd swojemu społeczeństwu ma sens. Tylko to może nas zbliżać do dobra.
Bartosz Kaliski
KORZENIE (1926-1939)
We wspomnieniach
Pierwsze imię noszę po ojcu mojego ojca. Taka była tradycja. [...] Rodzina ojca należała do drobnej szlachty herbu Grabie. Mój dziadek, jak się wtedy mówiło, chodził dzierżawami, a więc bywał administratorem czy rządcą. Mój ojciec urodził się w Janczewicach koło Warszawy w majątku Potulickich. [...]
Drugie imię, Józef, jest po moim drugim dziadku. Należał on do zamożnych chłopów z tak zwanych królewszczyzn, pochodził spod Wyszogrodu i miał nazwisko Kobla.
[160]
Moja babka, Marianna Kobla z domu Kobylińska, urodzona w Wyszogrodzie w listopadzie 1880 [...] była na pewno bardzo zdecydowaną indywidualnością. Bez wykształcenia, z przeciętną chyba inteligencją, ale z pewnymi zainteresowaniami intelektualnymi, które objawiały się zamiłowaniem do lektur, na co zresztą miała czas tylko w zimie - była nie tylko uparta w drobiazgach, ale i bardzo nieprzejednana i uparta, jeśli chodzi o poglądy. Z przekonań politycznych - typowa konserwatystka, ze światopoglądowych - katoliczka w bardzo tradycyjnym, ludowym wydaniu. Przy swoim uporze i nawet fanatyzmie - odznaczała się jednak dużą trzeźwością, co pozwalało jej na przykład w 1939 roku nie mieć wątpliwości co do wyników wojny niemiecko-polskiej, choć przecież rozporządzała bardzo cząstkową orientacją w tych sprawach. Pamiętam jej zażarte dyskusje na ten temat, powiedziałbym nawet - kłótnie z moim ojcem. Poza tym fanatyczna antykomunistka. Charakter miała ciężki, nie tylko z powodu swego uporu - ale było w niej też sporo mizantropii, przekory itd. Miała pewne skłonności do pracy społecznej, co wyraziło się przed wojną udziałem w Akcji Katolickiej1. Babcia, przy dużej pobożności, nie miała w sobie nic z dewotki i nie było u niej mowy o jakimś tercjarstwie2, do Akcji ciągnęło ją coś innego. Zabawne skrzyżowanie jakiegoś antyklerykalizmu, częstego u chłopów - z ogromnym szacunkiem do instytucji Kościoła. W rezultacie toczyła wojnę... z proboszczem, księdzem Serafinem3 [...], którego postępowanie często się jej nie podobało (chodziło o gospodynie). Babcia była nawet nazywana przez księdza... bolszewiczką (!). [...]
U babci występowało dziwne pomieszanie pewnych wyraźnych ambicji kulturalnych, będących kontynuacją rodzinnych tradycji - z jakimś programowym lekceważeniem wymogów kulturalnych, nieprzyswajaniem sobie literackich form językowych itd.
Tradycja rodzinna, o której wspominam - to sprawy sprzed 1863 roku. Dziadek babci był urzędnikiem sądowym czy coś w tym rodzaju. Odegrał podobno jakąś wybitną rolę w płockiej organizacji powstańczej, nie wiem, czy tylko cywilnej, czy też brał udział w partyzantce. W każdym razie został w rezultacie zesłany na Syberię do tobolskiej guberni. Jego żona, zresztą osoba o legendarnie wstrętnym charakterze, nie tylko, że nie pojechała z nim, co mogło być zrozumiałe, ale zerwała wszelkie z mężem stosunki. Umarł po kilku latach, nie wiadomo dokładnie kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach. Jego żona, która została z synem, nie potrafiła zapobiec deklasacji rodziny, w czym zresztą odegrały podobno rolę nie tylko normalne okoliczności, lecz i jej charakter o cechach, sądząc z opowiadań, trochę patologicznych (zresztą pewne ujemne cechy charakteru odziedziczyła chyba moja babka po swojej babce). W każdym razie syn jej, Ignacy, nie skończył szkoły, do czego zresztą nie zdradzał podobno chęci, i został rybakiem, osiedliwszy się w Wyszogrodzie.
[86]
Mój ojciec był z wykształcenia inżynierem, lecz prawie całe życie zajmował się nauczaniem. Z biegiem czasu został dyrektorem szkoły zawodowej [...]. Matka była kreślarką, osobą inteligentną, lecz niewykształconą. Rodzice nie mieli specjalnych zainteresowań artystycznych czy intelektualnych. Mieszkaliśmy przy ulicy Filtrowej w ogromnym, bardzo ładnie urządzonym mieszkaniu4. [...]
Chodziłem do szkoły [...] powszechnej, przy ulicy Raszyńskiej. Jej kierownik, pan Dobraniecki5, stworzył wspaniałą atmosferę wychowawczą. Kładł duży nacisk na inicjatywę młodzieży, na uczniowski samorząd. Poprzez autorytet tego człowieka oddziaływała na nas atmosfera społecznej pracy. Poza tym zawsze mogliśmy być pewni, że jeśli powstanie jakikolwiek konflikt, pan Dobraniecki rozsądzi rzecz sprawiedliwie. Był on socjalistą i działaczem Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Warszawa
[160]
W szkole, do której chodziłem, była przeważnie, chociaż nie wyłącznie, ale przeważnie młodzież inteligencka, trochę getto [...]. A łatwiej znajdowało się z nią wspólny język, więc człowiek sam się do takiego getta trochę wpychał.
Ojciec był człowiekiem zupełnie apolitycznym, matka jeszcze bardziej, więc raczej w domu edukacji politycznej bym nie odbierał, gdyby nie kilka lat ode mnie starsza siostra6, która chodząc do szkoły średniej, komunizowała. [...] Mnie się to bardzo nie podobało, ale do edukacji i pewnej orientacji to się przyczyniało. [...]
Wiele z edukacji swoich zawdzięczam siostrze. Wróciła kiedyś z rozbitą głową. ONR-owcy7 wprowadzali getto ławkowe8, a moja siostra była już wtedy studentką i nie chciała siedzieć po prawej stronie, aryjskiej, tylko stała wraz z protestującymi. No, to jej po prostu rozbili łeb. [...] ONR-owców już wtedy nienawidziłem. Nie tylko dlatego, że siostrze łeb rozbili, ale trochę rozumiałem, co się dzieje. [...]
Obóz Narodowo-Radykalny, czyli bardzo skrajna faszystowska prawica. Chłopcy biegali z kastetami i pałami, uganiali się za Żydami, mieli program polityczny taki, żeby Żydów wyrzucić z Polski, a najlepiej będzie to zrobić, bijąc ich i uniemożliwiając im życie. Między innymi mieli program wyrzucenia ich z uczelni, stąd getto ławkowe [...]. Z tym że nie wszyscy Aryjczycy godzili się na to, żeby siedzieć z prawej strony, w związku z tym było stanie w czasie wykładów. Wielu profesorów też tak robiło. Jednym słowem, na wyższych uczelniach kotłowało się bardzo nieprzyjemnie.
Warszawa
[143]
Na parę miesięcy przed wybuchem wojny zdałem do gimnazjum imienia Staszica9.
Warszawa
[160]
Przyjaciel mojego ojca, legionista, zaprosił nas wszystkich do Krakowa na rocznicę wymarszu "Kadrówki"10. Ojciec lekko sympatyzował z obozem piłsudczykowskim. [...] I widziałem te wszystkie uroczystości, defilady. Atmosfera wielkiego podniecenia w Krakowie, a jednocześnie już dawno było po mowie Becka11 i było wiadomo, że szykuje się wojna. Ja w swojej głupocie oczekiwałem z przyjemnością na to, co ma nadejść. To też był element edukacji politycznej.
Kraków, 6 sierpnia 1939
[143]
SABOTAŻ (1939-1944)
We wspomnieniach
Kiedy wybuchła wojna, miałem trzynaście lat i byłem bardzo dobrze zorientowany w życiu społecznym i politycznym. Bardzo to mnie interesowało, dużo czytałem i w związku z tym wszedłem w okres wojenny nie taki zupełnie zielony. [143]
W czasie okupacji uczęszczałem na tajne komplety. [...] Miało to wpływ na całe moje życie. Nigdzie człowiek nie uczy się tak dobrze i tak przyjemnie, jak na takich kompletach. Nauczyciele mieli do czynienia z kilkuosobowym, zżytym ze sobą zespołem, co stwarzało znakomite możliwości dydaktyczne i pedagogiczne. Pan Berezecki1, nauczyciel języka polskiego, umiał przy tym stworzyć atmosferę samodzielnej pracy. Choć wykazywałem uzdolnienia matematyczne, już wtedy postanowiłem, że będę polonistą.
Warszawa
[160]
Mając szesnaście lat, trafiłem do konspiracji, do Szarych Szeregów. I zaczęła się robota konspiracyjna. Szkolenia różnego rodzaju oraz mały sabotaż, malowanie farbami, rysowanie kredą na murach znaków Polski Podziemnej czy inne rysunki. Na przykład szubienica, na której wisi głowa Hitlera, czy tego rodzaju zabawy, ryzykowne, ale chłopaka w tym wieku nie jest tak łatwo złapać, jeżeli nie jest frajer i jeżeli trochę uważa. [...] I tak zabawialiśmy się tym małym sabotażem. Z natury rzeczy jest w tym element powagi wynikający zarówno z ryzyka, jak i z tego, że to się robi dla Polski, ale jednocześnie jeszcze więcej w tym było jakiegoś ducha zabawy.
Warszawa
[143]
W roku 1941, jesienią2, zacząłem należeć do PZP3, za pośrednictwem Szarych Szeregów. [...] O należeniu do konspiracji marzyłem oczywiście wcześniej; w warunkach, w których każdy prawie konspirował, o kontakt nie było może trudno, ale do starszych nie zwracałem się, bo rodzina w tym okresie, od czasu, gdy Zosia zerwała z konspiracją, nie miała z tym nic wspólnego i niechętnie by na to patrzyła. Ojciec mój miał do czynienia raczej z konspiracją cywilną (szkolnictwo), choć i z AK miał później kontakty, w związku z planami szkolenia wojsk technicznych, dla których byłyby potrzebne podręczniki. W konspiracji ojciec działał pod pseudonimem "Książkiewicz" [...].
Jeśli chodzi o rówieśników - wiedziałem, że do konspiracji należy paczka składająca się z Rysia Drabarka, Olka Glińskiego, Andrzeja Krzaka. Potem przyłączył się do nich mój kolega ze szkoły powszechnej Wiesio Kolenda [...]. Do nich nie zwróciłem się, bo nie pozwalała mi ambicja.
Zupełnie nieoczekiwanie zaczepił mnie kiedyś bardzo mało mi znany kolega z "trzynastki" (szkoła powszechna), ale z innej klasy, Piotr Borowicz. Był chłopcem z proletariackiej rodziny. Nie uczył się poza szkołą powszechną. Był sympatyczny, wesół, średnio inteligentny, ale raczej niegłupi. [...] Wygłosił mówkę - i zaproponował mi przyjście na spotkanie z kim innym. Zgodziłem się bez namysłu.
Niewątpliwie to beztroskie dekonspirowanie się z jednej strony, to zaufanie do propozycji wyrażonej przez kogoś prawie nieznanego - z drugiej, było charakterystyczne i dla atmosfery tamtych lat (gdy Gestapo rozporządzało tak oderwanym od społeczeństwa aparatem, że była mała szansa trafienia na agenta), i dla smarkaczowskiego charakteru konspiracji. [...]
Na wyznaczone spotkanie przyszedłem. Nieznajomy, który ze mną mówił, był niższy ode mnie i nie wyglądał na wiele starszego. Przedstawił się pseudonimem "Mały Jędrek"4 [...]. Studiował wtedy historię, jak mi mówił. Nie wiem, czy rzeczywiście tak było. Wkrótce po tym odbyliśmy pierwszą zbiórkę zastępu - na zwałach kamieni, leżących za [ulicą] Wawelską. Prowadził ją "Mały Jędrek", obecni byli: przyprowadzony przeze mnie Piotruś Garczyński5 (przybrał sobie pseudonim "Biały" [...]); "Struś", "Chaziaj" - przyjaciel "Strusia", też z proletariackiej rodziny, pochodzącej z Polesia - i ja. "Mały Jędrek" zapoznał nas z zasadami akcji małego sabotażu - i już po paru dniach włączyliśmy się do niej.
Warszawa
[73]
Piotrusia Garczyńskiego poznałem pewnie wiosną 1942. Tak zwany park Wielkopolski, ciągnący się od Krzyckiego do Suchej6 prawie - był ośrodkiem życia towarzyskiego młodzieży: tam zawierano coraz to nowe znajomości, tworzyły się wielkie paczki towarzyskie, przeważnie kilkunastoosobowe. Piotrusia poznałem na tle takiej właśnie grupki towarzyskiej.
Ojciec Piotra był urzędnikiem w Urzędzie Miar i Wag, ale kulturalnie ton domowi nadawała matka, okropna drobnomieszczanka, zupełnie bez manier ani jakichkolwiek walorów intelektualnych, a jak się zdaje - i bez moralnych. Piotruś oczywiście nie mógł odbiegać za daleko od atmosfery domowej, ale łagodziło złe wrażenie jego awanturnicze usposobienie, pasujące do wojennej atmosfery, jego bardzo ludowy i niewybredny, ale żywiołowy dowcip - wreszcie niewątpliwa koleżeńskość, która mogłaby się posunąć w razie potrzeby, jak mi się zdaje, poza granice dyktowane przez własne poczucie bezpieczeństwa. [...]
Przez Szare Szeregi przeszliśmy razem, razem byliśmy potem w "Baszcie". Przyjaźń nasza zacieśniała się i w związku z tym, że, częstym w tego typu przyjaźniach trybem, pisywałem listy do jego sympatii.
Warszawa
[74]
Z robót wykonywanych pod kierownictwem "Małego Jędrka" - a właściwie podczas pobytu w jego zastępie, bo osobiste kierownictwo było tu, prawdę mówiąc, żadne (z wyjątkiem akcji kinowej) - pamiętam: ulotki kolportowane wśród żołnierzy niemieckich, akcję w kinie "Apollo". [...]
Akcja ulotkowa wśród żołnierzy polegała na wrzucaniu do samochodów itp. pisemek satyrycznych w języku niemieckim, antyhitlerowskich, mających robić wrażenie roboty niemieckiej, nie polskiej. Formy kolportażu godziły jednak często w to założenie. Przykładem tego może być na przykład opowiadana nam przez "Małego Jędrka" historyjka, jak to pewien jego kolega jechał na rowerze, przystawał przy żołnierzu, wręczał mu pisemko - i jak najszybciej znikał. Oczywiście - był to zupełny nonsens z punktu widzenia moralnej dywersji, ale "Mały Jędrek" wyrażał aprobatę dla pomysłowości bohatera tej opowieści.
Pisemko satyryczne miało tytuł "Kladderadatsch"7 i odznaczało się potworną, ordynarną formą graficzną. Jak tam było z niemczyzną - nie wiem. Pamiętam też kolportowaną przez nas ulotkę Offener Brief eines Frontsoldates an Feldmarschall von Bock8. Mówiła ona, że żołnierze niemieccy dość mają jednej zimy na froncie, że mają zaufanie do marszałka [Fedora] von B[ocka], który nie dopuści do tego, by znów marzli pod Moskwą.
Z rozrzucaniem tej ulotki miałem przygodę, która na szczęście nie skończyła się źle: koszary dla żołnierzy niemieckich, jadących na urlopy z frontu lub wracających na front, mieściły się na Suchej [...] w blokach wojskowych między Koszykową i Filtrową. Szedłem wzdłuż muru i rzucałem ulotki wszędzie tam, gdzie było pusto (okna parteru są tam bardzo niskie). Widział to mały chłopaczyna żydowski, żebrzący o chleb [...] - i zaczął wrzeszczeć, chcąc w ten sposób zaskarbić sobie łaskę żołnierzy. Oczywiście od razu się ulotniłem, bojąc się zresztą biec. Na szczęście przejeżdżał tramwaj, w który wskoczyłem na rogu Filtrowej i Suchej.
W okresie po "ucieczce" Hessa9 kolportowałem też ulotkę dość idiotyczną, powołującą się "na prawdziwe ideały SS" i kończącą się słowami: "Heil Hess!". Większość tego spuściłem z wodą do Gdańska, bo nie miałem jak tego rozprowadzić, a wstydziłem się oddać. W ogóle duży procent nakładów był, jak się zdaje, niszczony w ten i podobny sposób.
Poza tym pamiętam z tego okresu naklejki o małym formacie [...], przedstawiające orła hitlerowskiego z głową Hitlera, przekłutego bagnetem. Napis głosił - "Hitler kaputt!". Oblepiliśmy tym z Piotrem całą Filtrową, chociaż to nie był nasz rejon (należeliśmy do Mokotowa Górnego przez cały czas Szarych Szeregów; akcję robiło się na całym Mokotowie - aż do rejonu Politechniki i placu Zbawiciela, na placu Trzech Krzyży oraz na Górnośląskiej na dole).
Akcja kinowa w "Apollu" na placu Trzech Krzyży10 [...] polegała na rozbiciu butli z czymś dymiącym. Popłoch był niezły. Ja byłem tylko widzem. Wiązało się to z napisami "tylko świnie siedzą w kinie", które mazaliśmy kredą na murach, i z rzekomym obwieszczeniem szefa propagandy niemieckiej, informującym, że dochód z kin idzie na niemiecką propagandę (rozlepialiśmy to w formie plakatów, o ile dobrze pamiętam, dwujęzycznych).
W tym też chyba okresie chodziłem z Piotrem G. na akcje polewania niemieckich spodni kwasem. Dostawaliśmy kwas od "Małego Jędrka" (a może od Popoffa11?). Rozcieńczyliśmy go wodą, powodując reakcję egzotermiczną, co o mało źle się dla nas nie skończyło. Napełniliśmy kwasem gruszę do lewatyw i na placu Trzech Krzyży polewaliśmy dyskretnie Niemców. Zrobiliśmy tak ich kilkunastu. Przy okazji zniszczyłem i swoje spodnie.
Z wyszkoleniem wojskowym było kiepsko. Wykłady były dorywcze, nie wyszły poza terenoznawstwo, broni w ręku nie mieliśmy. Za to raz u nas na Filtrowej z udziałem drużynowego odbyły się gry harcerskie o treści czerpanej z Kima Kiplinga.
W okresie pozostawania pod komendą "Małego Jędrka" (październik?) brałem udział w ćwiczeniach całego hufca w Lasach Chojnowskich. Było to idiotyczne. Koncentracja koło setki chłopaków w wieku 15-18 lat, przeważnie bezbronnych, mogła się źle skończyć. Połączone to było z ćwiczeniami w rodzaju spuszczania się z drzewa na pasie strażackim itp. Pokazano nam z daleka parabellum12. Odczytano rozkaz "Kotwickiego" (to znaczy harcmistrza Tadeusza Zawadzkiego). To wszystko nie usprawiedliwia ryzyka. W dodatku powrót odbył się gromadą kilkunastoosobową, z maskami itp. - a okazało się, że we wsi, przez którą przechodziliśmy, byli tego dnia "czarni"13. Nieduża obława mogła wtedy kosztować Szare Szeregi sto z czymś żyć. Notabene szafowano nimi bez żenady i potrzeby.
Po pewnym czasie przeniesiono mnie i Piotra Garczyńskiego do drużyny im. Bolesława Chrobrego [...]. Zastępowym naszym był Stefan Popoff, syn adwokata [...]. W zastępie byli poza tym: Zbyszek Madey14, Edek Kłopotowski i my dwaj. Nadal były akcje małego sabotażu: ulotki, naklejki, [...] które rozsypaliśmy na klatkach schodowych przynajmniej kilkudziesięciu domów w rejonie Rakowieckiej, dalej: kotwice [symbol Polski Walczącej] na murach, jakieś "Hitler kaputt" itp. Wyszkolenie nadal żadne. To spowodowało, że zaczęliśmy szukać innego kontaktu. Byliśmy zdecydowani nawet na NSZ (nazywaliśmy to ONR15, bo nie byliśmy jeszcze oblatani). Na szczęście Edek Kłopotowski przez swego kuzyna Jerzego Ukleję [...] złapał kontakt z "Basztą". Postanowiliśmy tam się przenieść. Gdy wiadomość o tym doszła do Stefana Popoffa - zaczęła się rozróbka, grożono nam sądem polowym za samowolę, zjawił się ówczesny hufcowy16 [...]. Ten nawrzeszczał się, między innymi powiedział, że dlatego mnie i Piotra przeniesiono do tej drużyny, w której jesteśmy, bo poprzednia, działająca w środowisku proletariackim, miała charakter wychowawczy - gdy nasza, inteligencka, traktowana będzie jako kadrowa. Tak chyba było: "inteligenckość" cechowała na pewno personalną politykę dowództwa Szarych Szeregów.
Ostatecznie Zbyszek M., Piotruś G. i ja znaleźliśmy się w "Baszcie". [...]
Z imprez szaroszeregowych powinienem wspomnieć jeszcze dwie: wybijanie szyb folksdojczom na ulicy Oleandrów (byłem rzucającym w szyby - inni kapowali17) oraz niezrealizowaną w czasie mego pobytu w Szarych Szeregach akcję wydania i kolportowania dodatku nadzwyczajnego "Nowego Kuriera Warszawskiego"18.
Warszawa
[73]
Poznałem pana Antoniego [Słonimskiego] w roku bodaj 1942, co nie znaczy, że przebywałem wtedy w Wielkiej Brytanii. Nie, odbyło się to w Warszawie. W mojej rodzinie - choć inteligenckiej - nie było tego rodzaju zainteresowań literackich, które by wyrażały się na przykład prenumeratą czasopism (choć biblioteka była dość zasobna). Na "Wiadomości Literackie" trafiłem w domu mego przyjaciela z tajnych kompletów Gimnazjum im. Staszica (a potem z AK), Stasia Lewińskiego19. Zachłysnąłem się pospiesznymi lekturami. Jakąś niemałą część swego literackiego wykształcenia zawdzięczam tym pożyczanym mi kolejno numerom. I szybko znalazłem się pod wpływem "Kronik tygodniowych" Słonimskiego. Odpowiadało mi bardzo to połączenie liberalizmu z tendencją socjalizującą, wyraźny antytotalitaryzm z ostrzem w obie strony: i przeciw hitleryzmowi, i stalinizmowi, obrona demokracji, humanitarna postawa, zdroworozsądkowy racjonalizm - no i świetny, błyskotliwy talent polemiczny.
Warszawa
[96]
Gdy w lutym 1943 przyszedłem do "Baszty" ze Zbyszkiem Madeyem, Michałem Janikiem20 [...] - "Baszta" była dopiero batalionem i zawdzięczała swą nazwę podobno [...] temu, że była formowana jako batalion ochrony sztabu AK21. [...] Utraciła tę swoją funkcję po aresztowaniu "Grota" Roweckiego22. Również nazwa AK nie była jeszcze wtedy w użyciu - mówiło się raczej o PZP lub ZWZ.
Jurek Ukleja, kuzyn Edka Kłopotowskiego, pełnił wtedy funkcję dowódcy drużyny. Nosił rzadki w AK pseudonim "Lenin"23 i był [...] rzadko spotykanym w tej skali gówniarzem, chociaż może i sympatycznym. Jego dom [był] na Brzozowej (schodziło się w dół do suteryny, by z balkonu patrzeć na Wisłę: efekty spotykane w Warszawie tylko na staromiejskiej skarpie wiślanej). Jego siostra [...] była sympatyczna, rodzina drobnomieszczańska, ale gościnna. Dom "Lenina" był ośrodkiem życia towarzyskiego kompanii. [...]
Gdy przyszedłem do "Baszty", dowódcą plutonu był, bodajże, "Bewuel"24. [...]
Po "Bewuelu" dowódcą plutonu został jego zastępca, "Spad" - Jan Strzelczyk25. Wiem o nim niewiele, poza tym, że ojciec był kolejarzem - a on sam, z wyglądu bandzior, był sympatyczny, lubiany przez podwładnych i bardzo koleżeński. [...]
Dowódcą kompanii był "Michał", używający też pseudonimu "Hardy" - bardzo młody, bodajże podchorąży26. Zginął, uciekając przed łapanką, jesienią 1943. Z jego śmiercią skończył się styl bliskiego współżycia dowódców na takim szczeblu jak dowódca kompanii z żołnierzami. Potem robiło się coraz bardziej "wojskowo".
[74]
W czasie okupacji zetknąłem się z Kadenem-Bandrowskim27. [...] Był to chyba rok 1943 (być może jesień). Pani Wanda Twardowa zaproponowała mi cykl odczytów Kadena o literaturze, płatnych [...]. Pierwszy raz poszedłem ze Stasiem Iwanickim28, potem chodziłem już sam. Odczyty odbywały się najpierw u kogoś na Mochnackiego (po tej stronie ulicy Uniwersyteckiej, gdzie znajduje się tył Domu Akademickiego; dom był bodajże tuż za rogiem, naprzeciwko Domu Akademickiego), potem - na Grójeckiej (w domu narożnym z Wawelską).
Był to najpierw [...] cykl "portretów literackich", chyba [...] banalnych, ale świetnie wygłoszonych. Mowa była o Rabelais'm, Reju, Dantem [...]. Kaden kładł nacisk na ich jakąś biologiczną bujność, bogactwo ujmowane w kategorii jakiegoś duchowego i intelektualnego obżartuchostwa.
Bardziej interesujące było to, że dwa razy czytał swe aktualne nowele. Obydwie sięgały tematyki legionowej i - byłem tym rozczarowany - nie miały żadnego kontaktu ze współczesnością okupacyjną. [...]
Do tematyki odczytów można jeszcze dodać Wyspiańskiego. Był utrzymany w duchu jakiegoś piłsudczykowskiego mesjanizmu. (Wyspiański wieścił przyjście Wodza!29).
[84]
Dowódcą naszej sekcji był najpierw "Jagoda"30, potem "Świt"31. Tryb prac - nudniejszy niż w harcerstwie: szkolenia, które na nic się potem nie przydały, z wyjątkiem paru wykładów z bronią (jeden przez półtora roku; poznaliśmy wtedy karabin Mausera i pistolet ViS32; szczególnie ten pierwszy - dokładnie). Wykład ten odbył się jesienią 1943 lub zimą 1944, prowadził go "Szpinak"33 [...]. Do tego parę wyjazdów "w teren" (parę razy do Józefowa, parę razy nocą do Zielonki) na ćwiczenia polowe, prawdę mówiąc - jałowe.
Do wiosny 1944 drużyną naszą dowodził Jan Wieruch - "Mirosław"34, zastępcą dowódcy drużyny był Edek Sanecki (najpierw pseudonim "Zagłoba", potem "Mirski")35. [...]
W maju 1943 (dokładnie: 1 maja) cała kompania wyjechała na ćwiczenia do Puszczy Kampinoskiej. Był to idiotyzm, jeden z wielu częstych w tamtym czasie: koło trzystu ludzi z uzbrojeniem wystarczającym na drużynę - i to w warunkach walki ulicznej, nie polowej - ugania się po puszczy, w której nietrudno byłoby zrobić obławę. W dodatku Niemcy byli zaalarmowani tą koncentracją: jacyś dwaj podchorążacy postanowili, że pojadą... samochodem. Po drodze zatrzymał ich patrol żandarmerii, stoczyli walkę, z której wyszli cało, ale spalili samochód. To był sygnał. W dodatku nazajutrz po koncentracji, w czasie ćwiczeń i ćwiczebnego natarcia, urządzono strzelaninę na wiwat (była to zwykła niesubordynacja). Na szczęście skończyło się to dobrze. [...]
Koło Wielkanocy 1944 [9-10 kwietnia] zaczął się formować nowy pluton - którym miał dowodzić "Lenin". Nie nadawał się do tego ani trochę - lecz na szczęście okazało się, że wyzyskano tylko jego zapał i ruchliwość przy formowaniu plutonu, którego dowództwo dostał wkrótce potem podchorąży "Starter"36 [...]. Przy tej okazji Piotruś Garczyński został dowódcą drużyny, ja - przejściowo - zastępcą. Koło Wielkanocy drużyna urządziła "jajko drużyny". Był to właściwie ordynarny ochlaj połączony z kompletną dekonspiracją (na przykład przychodziła dozorczyni, której meldowali się pijani uczestnicy imprezy). [...] Piotruś rozpijał się w tym czasie coraz bardziej - i chyba w związku z tym aresztowano go wkrótce. Umarł w dzień Zielonych Świątek w celi na Szucha po trzecim przesłuchaniu...
W tym okresie straciłem już trochę kontakt z kompanią: na pewien czas ulotniłem się z Warszawy po aresztowaniu Piotrusia. Wróciłem tuż przed powstaniem. [...]
Już w 1943 roku Piotruś zaczął pić - i pił coraz więcej w coraz gorszym towarzystwie. Kiedyś, jesienią, spotkałem go w stanie euforii, tańczącego na ulicy itp. - czego nie pamiętał nazajutrz. W pogoni za forsą szukał różnych sposobów, ocierających się często o zwykłe złodziejstwo. Po pierwsze więc kradł oficerskie walizki Niemców czekających w gmachu poczty na Nowogrodzkiej na połączenia telefoniczne. Robił to pod pozorem starania się o broń: rzeczywiście, w walizkach tych, przynajmniej w co trzeciej, znaleźć można było zapasowy pistolet - ale Piotruś spieniężał go na czarnym rynku tak samo jak kalesony tam znalezione i nie troszczył się o to, czy broń trafi w ręce AK-owców, AL-owców, NSZ-owców - czy bandytów.
W pewnym momencie Piotruś zajął się szmuglem: woził do Ostlandu37 szmaty, ubrania itp. - przywoził mięso, nawet żywe prosięta. Złapany przy tej okazji - dostał w skórę w Gestapo łomżyńskim, które przekazało go warszawskiemu. Tu trafił tuż po radzieckim bombardowaniu38. Gestapowcy pytają o szklarzy. Piotruś zgłasza się. "Wstawia" szyby w którymś z pokoi i, korzystając z nieobecności urzędnika-Niemca, telefonuje bezpośrednio do biura, gdzie pracowała jego siostra. W domu jeszcze nie wiedziano, że jest złapany. Gdy w alei Szucha zjawiła się siostra, by wszcząć starania, słyszy, że ktoś ją woła: to Piotruś z dachu wrzeszczy do niej (już w charakterze dekarza).
Ostatecznie odesłali go do obozu na Gęsią39. Stąd drapnął po paru dniach. Rodzice umieścili go u znajomych i zabrali mu czapkę, by nie wychodził na miasto. Piotruś wyszedł: w listopadzie (może październiku, ale było zimno) z gołą i ostrzyżoną głową!
Odtąd Piotruś przeszedł na zupełnie nielegalny żywot. Za pośrednictwem "Lenina" dostał lipną kenkartę na nazwisko Stanisława Tarczowskiego. Odtąd rozpuścił się zupełnie.
Razu pewnego zgodziłem się pójść z nim i paru jego kompanami na dwuznaczną moralnie wyprawę: chodziło o sterroryzowanie i obrabowanie oficerów niemieckich, mieszkających w domu na Asnyka, naprzeciw wielkiego bloku ZUS zajmującego całą przeciwną stronę ulicy. Uzbrojeni w pistolety dostaliśmy się przez sąsiednie dachy na strych domu, o który chodziło, lecz nic więcej nie zdziałaliśmy: był zaryglowany.
Piotruś zajął się w tym okresie kradzieżą samochodów. Prawdę mówiąc, robił to bardziej dla sportu niż dla zarobku. Chodzili w tym celu we trzech: Piotruś, widząc wóz z szoferem, otwierał bez ceremonii drzwiczki i siadał obok. Z tyłu ładowali się dwaj pozostali. Kierowca widząc, co się święci - jechał, gdzie mu kazali, potem gdzie kazali - wysiadał. Piotruś jeździł tym samochodem dwa-trzy dni, potem albo go sprzedawał za paręset złotych, albo podpalał. Notabene sam Piotruś nie umiał prowadzić samochodu: od tego miał szofera. W tym okresie przyjeżdżał do mnie zawsze samochodem i trąbił pod oknami - z czego bynajmniej nie byłem zadowolony. Kiedyś znowu widziałem czekający na niego samochód z dwiema filipinkami40 na siedzeniu, niezakrytymi nawet gazetą.
Raz wybrałem się z Piotrem na taką wyprawę. Uzbrojeni byliśmy w waltery41 szturmówki i granaty. Wszystko poszło gładko - ale gdy już pozbyliśmy się szofera i prowadził nasz szofer, próbowała nas zatrzymać żandarmeria drogowa. Uciekaliśmy, klucząc po całym mieście, z gotowymi do strzału pistoletami i granatami pod ręką. Zakręty, lawirowanie wśród tramwajów i wozów - wszystko to jest bez precedensu w moim życiu. Udało się wreszcie ich zgubić.
Piotruś rozpijał się coraz bardziej. Musiał się gdzieś komuś wygadać - i w nocy przyszło po niego Gestapo. Nocował wtedy w biurze ojca. Nie wiedziała o tym nawet dozorczyni. Wzięto go prosto ze snu - z dwoma naładowanymi pistoletami pod poduszką.
Piotruś, okaz zdrowia pod każdym względem, serce, płuca, wszystko jak dzwon - umarł w celi po trzecim przesłuchaniu. Nikogo z jego kolegów nie aresztowano.
[74]
I tak między kompletami (najpierw gimnazjum, a potem liceum) a konspiracją udało mi się dożyć do powstania bez większych kłopotów, bez takich epizodów jak na przykład to, żeby mnie złapano w czasie łapanki, żeby potem rodzice musieli myśleć, za co mnie wykupić. Głodno, bo pensja nawet dyrektora szkoły była tak nieproporcjonalna do tego, ile wtedy wszystko kosztowało, że w domu po prostu było głodno. Ale i przyjemnie wesoło, bo wierzyliśmy, że to się zmieni, że wygramy, że zwyciężymy. Żyło się w środowiskach ludzi wyłącznie tak samo myślących. [...] Raz mi się nawet zdarzyło, że chciano mnie zwerbować do Gwardii Ludowej. Moja siostra znała Hankę Szapirównę42, działaczkę komunistyczną [...]. I powiedziała mi:
- Jasiu, przecież ty jesteś lewicowych poglądów - a ja rzeczywiście dosyć wcześnie dorobiłem się takich poglądów, rzeczywiście lewicowych i socjaldemokratycznych. Byłem zwolennikiem PPS-u jeszcze przed wojną. - Jesteś lewicowych przekonań, powinieneś być z nami.
- Z jakimi wami? - ja mówię.
- Z komunistami.
- Co, z komunistami? Z tymi, którzy okupują Lwów i Wilno? Chyba na głowę upadłaś!
W rezultacie nic z tego nie wyszło. Ale trzeba powiedzieć, że byłem świadkiem tego, jak w tych dolnych ogniwach niejednokrotnie rzeczywiście bardzo przykładnie się współpracowało.
[143]
RZEŹ (1944)
We wspomnieniach
Byłem przekonany, że idziemy do powstania przegranego. To było bardzo rzadkie. Ale po pierwsze, miałem od małego takie nastawienie [...], żeby krytycznie myśleć. Po drugie, mój przyjaciel był w ekipie przygotowującej broń w magazynach przed wydaniem jej w godzinie "W". I wiedziałem na kilka dni przed powstaniem, wiedziałem dokładnie, z czym pójdziemy do powstania. Byłem pewny, że przegramy w ciągu jednego-dwóch dni, że to się skończy po prostu rzezią. No, ale nie ma rady, przecież nie zostawię kolegów, żeby ich wyrżnęli, a sam się nie będę nigdzie chować. Jednak było to bardzo nieprzyjemne.
[143]
"Dołowe" nastroje przedpowstaniowe były świetne. Nastrój zbliżającej się klęski niemieckiej, udzielający się wszystkim na skutek widocznej pospiesznej ewakuacji niektórych urzędów i masowej ucieczki Niemców - był dominujący. W dodatku na parę dni przed powstaniem zaczął się przemarsz cofających się oddziałów niemieckich i węgierskich, zupełnie zdemoralizowanych (przynajmniej robiły takie wrażenie). Tłumy publiczności obserwowały wlokące się Alejami Jerozolimskimi wojsko i przeładowane pociągi, jadące przekopem linii średnicowej.
Wyobrażam sobie, że powstanie zaczęte kilka dni wcześniej miałoby szanse bez porównania większe: po paru dniach wróciły niektóre urzędy, między innymi Gestapo, znikły z ulic cofające się oddziały, których uzbrojenie przeszłoby w ręce powstańców - a za to zaczął się przemarsz wypoczętych wojsk w kierunku wschodnim.
Wiadomość o alarmie przyniósł mi mój szkolny i konspiracyjny kolega, Bogdan Wciorka (w owym czasie był to jeden z najbliższych moich przyjaciół), pseudonim "Boracz". Na zbiórkę wymknąłem się przez okno, by nie zwrócić uwagi mojej mamy, która pierwszy alarm przeżyła bardzo mocno, tracąc na parę dni mowę. To, że musiałem się wymykać, o mało nie skończyło się tragicznie: mama, nieuprzedzona, że coś się szykuje, wyszła na Grójecką - i wracała do domu nazajutrz, przez dzielnicę, która wówczas była jeszcze klasycznym no man's landem1, narażając się na bardzo prawdopodobną śmierć lub zranienie.
Zbiórkę mieliśmy w jakiejś willi na ulicy Madalińskiego, koło alei Niepodległości. Że Mokotów będzie naszym terenem działania - wiedzieliśmy przynajmniej od roku, choć raczej wyglądało na to, że będziemy atakować rejon Rakowieckiej. Ciekawy przyczynek do wyszkolenia oddziałów powstańczych: żołnierze nie znali przeważnie terenu działania, który mógł być przecież wystudiowany do ostatniego szczególiku; dowódcy mniejszych jednostek nic nie wiedzieli, zdaje się, o celach i planie działania, a ponieważ łączność niewyszkolonych dostatecznie oddziałów od początku szwankowała - więc szybko wytworzył się chaos. Były to wszystko sprawy, które mogły być przygotowane ze szczegółami.
Na teren naszej zbiórki przybył łącznik, każąc nam przerzucić się (parami) do parku Orlicz-Dreszera (między Ursynowską i Odyńca) i tam zaszyć się w krzaki. W parku ruch był ogromny: nie trzeba było wprawnego oka, by dostrzec, co się święci. Szybka, zorganizowana interwencja wojska mogła łatwo ten nieuzbrojony tłum rozbić.
Dowództwo (przynajmniej na szczeblu kompanii) mieściło się [...] w mieszkaniu jednego z żołnierzy oddziału, pseudonim "Jasieńczyk"2, na ulicy Odyńca, koło rogu ulicy Krasickiego3. Tam też była, jak się zdaje, złożona broń kompanii.
Na mniej więcej pół godziny przed 17.00 kazano nam wejść do willi, pierwszej z lewej strony na Krasickiego za rogiem Odyńca (w kierunku południowym). [...] W willi dano nam broń i opaski. "Broń": w drużynie był jeden pistolet z przydziału, jeden prywatny, z pięć granatów produkcji konspiracyjnej i czternaście butelek zapalających - na czternastu ludzi.
Dla wszystkich prawie było zaskoczeniem tak ubogie uzbrojenie. Notabene na skalę plutonu dochodził jeszcze do tego jeden karabin i jeden pistolet maszynowy konspiracyjnej produkcji (tak zwana błyskawica4, z lufą zrzutową od stena). Zdaje się, że tylko Zbyszek Madey [...] zdawał sobie sprawę, co jest w magazynach (mówię tu oczywiście o szeregowych) - on też już parę dni przed powstaniem wątpił w możliwość wybuchu powstania, powiadając: "Z czym? Z łomami? Przecież w naszych magazynach nic nie ma!". Uważał, że powstanie, jeśli się zacznie, skończy się rzeźnią oddziałów powstańczych i całej Warszawy. Taka postawa była jednak wyjątkowa.
Jeśli chodzi o mój nastrój - to zrozumiałem słuszność słów Zbyszka już w pierwszych minutach powstania. Słysząc pierwsze strzały (na rogu Odyńca i alei Niepodległości ostrzelały się patrole) - i widząc, co nam dano do ręki, powiedziałem na ucho Robertowi Gadomskiemu (pseudonim "Bob")5: "Zaczyna się rzeź niewiniątek". "Bob" na to: "Nie szerz defetyzmu!". Jak mi się potem przyznał - powiedział to raczej z poczucia obowiązku...
Zbyszek, tak się jakoś złożyło, dostał wtedy do ręki tę jedyną w plutonie "błyskawicę". Jako zastępca dowódcy jednej z drużyn naszego plutonu biegł ze swoimi chłopcami, potrząsając nią - pełen nieoczekiwanego optymizmu.
Pierwszy rzut nieco lepiej uzbrojony, niż wynikało z przeciętnej - zajął od razu szkołę na Różanej, bardzo słabo bronioną (paru tylko wartowników), i zaczął szturm na szkołę róg Wiśniowej i Narbutta6, zajętą przez Niemców. Nie było tu już mowy o zaskoczeniu. Drużyna, w której był Zbyszek, załamała się pod ogniem. [...] Zbyszek, ciężko ranny - skonał, nieściągnięty spod obstrzału, po mniej więcej półtorej godziny. Dopiero w nocy zabrano go i pochowano na rogu Różanej i Wiśniowej. [...]
Naszej drużynie kazano budować barykadę przez Puławską, tuż za rogiem Ursynowskiej. To, co wybudowaliśmy, było parodią barykady: nawet ten punkt nie był przygotowany, nie wiedziano, w którym miejscu będą stały barykady, nie przygotowano materiałów do ich budowy, nie wyznaczono specjalnych jednostek saperskich, rozporządzających specjalnym sprzętem. Dlatego w ciągu pierwszego popołudnia nie wykorzystano okazji zatrzymania paru samochodów, a jeszcze przez cały prawie tydzień po Puławskiej buszowały niemieckie ferdynandy7, dezorganizując skutecznie życie dzielnicy. [...]
Potem - ni stąd, ni zowąd - zabrano nas od barykady ledwie ledwie odstającej nad ziemią8 i przerzucono na Wiśniową. Tam przestaliśmy do wieczora, przed rogiem Różanej, ostrzeliwani przez granatniki. Gdy przebiegaliśmy przez Szustra9 - była już pewnie 18.30 lub 18.00 - zobaczyłem pierwszego trupa. Był to powstaniec, który zginął przy zajmowaniu mokotowskiej centrali telefonicznej10.
O zmroku zaczął płonąć strych jednego z zajmowanych przez nas domów. Wtedy, przy gaszeniu pożaru, wydarzył się wypadek [...]: Adam Stanowski (pseudonim "Saski")11 pobiegł gasić pożar z butelką zapalającą, która mu eksplodowała w kieszeni. Ledwie go ugaszono materacami. Szalenie poparzony, sam udał się na punkt opatrunkowy. Tam, ponieważ dopominał się o zajęcie się nim - powiedziano mu, by "nie histeryzował". Ten ton, "wojskowy", pełen lekceważenia dla wszystkiego, co odbiega od stylu propagandowej historyjki o wojsku, był dosyć charakterystyczny. A jak Adam histeryzował - o tym świadczy to, że do końca powstania nie było pewności, że przeżyje, a w stalagu do końca prawie przeleżał w szpitalu. Ostatecznie - takimi właśnie butelkami palono czołgi!
Nadeszła noc. Płonęła szkoła na Różanej. Chociaż leżała wewnątrz naszych linii, nikt nie myślał teraz ani przez parę jeszcze dni o jej gaszeniu. Pojawił się wśród nas major "Burza"12, dowódca batalionów. Chciał mieć wieści z rejonu radiostacji Raszyn13: jedna z naszych kompanii pod dowództwem porucznika (a może kapitana?) "Harnasia"14 atakowała tamte zabudowania - i nic nie było wiadomo o przebiegu akcji. Na ochotnika zgłosiliśmy się do patrolu: "Artur"15 - jako dowódca, Michał Janik (pseudonim "Czaruś") i ja.
Dotarliśmy prawie do samego Raszyna16. Natknęliśmy się na ukrytego w kartoflach kaprala z rozbitej kompanii: jego pluton wdarł się między wille i został prawie wyniszczony. On wyskoczył przez okno z płonącej willi - i z peemem ukrył się w kartoflisku. Wróciliśmy na Mokotów...
Po drodze znaleźliśmy chłopca rannego w nogę - miał może jedenaście lat. Przenieśliśmy go kawał drogi - ale nie do końca. "Przenieśliśmy" - to znaczy niosłem ja. W okresie tym byłem źle z sercem, toteż po przejściu jakiego kilometra nie mogłem dalej nieść. Nie dziwię się, że nie zluzował mnie "Czaruś" - ten w ogóle nie powinien iść do powstania: z zaawansowaną gruźlicą, z odmą, z gorączką, która już w nocy mu podskoczyła powyżej 38 stopni - wykończył się zupełnie. [...] Kapral "Jastrząb"17, spotkany przez nas w kartoflisku, również nie wchodził w rachubę: tylko on umiał obchodzić się ze swym peemem, który był naszym głównym uzbrojeniem. Ale uważam, że "Artur" powinien wziąć chłopca po mnie. Nasz dowódca z patrolu był nieprzeciętnym tchórzem i sobkiem... Dość, że nie donieśliśmy chłopca do końca, zostawiliśmy go na trawie przy drodze - i posłaliśmy tam po kwadransie patrol sanitarny. Miałbym spokojniejsze sumienie, gdybym wiedział, że go odnaleźli.
Z pierwszego dnia powstania mam ogólne wrażenie kolosalnego chaosu, w którym było prawie nie do wiary, by ktoś się połapał. Tak zresztą i było: kompanie jednego batalionu walczyły na krańcach odległych od siebie, jeden z plutonów naszej kompanii, działającej w centrum Mokotowa - atakował Służewiec (był to pluton, w którego organizowaniu odegrał dużą rolę "Lenin", pierwszy jego dowódca). W tych warunkach utopią było dowodzenie czymś więcej niż przypadkowo znajdującą się pod ręką jednostką.
Ale jednocześnie w ciągu tej nocy dała z siebie maksimum łączność, oplatając Mokotów siecią polowych telefonów, nawiązując kontakty, pozrywane w pierwszej godzinie powstania. Gdy więc natknęliśmy się na pierwszy nasz patrol, zaprowadzono nas do telefonu i major "Burza" miał meldunek już po paru minutach. Nam polecił przyłączyć się do najbliższego oddziału - i odszukać własną jednostkę dopiero rano.
Przyłączyliśmy się więc do oddziału oblegającego szkołę na Woronicza. Całą noc spędziliśmy to w okolicznych domach, to w kartofliskach. Prawdę mówiąc - trudno tu mówić o jakimś naprawdę planowym oblężeniu. Była to raczej seria nieskoordynowanych akcji małych patroli. Toteż gdy rano Niemcy wyskoczyli ze szkoły i zaczęli ewakuować się w stronę Królikarni, nie ponieśli nawet dużych strat, chociaż powinni stracić przynajmniej trzecią część załogi.
O świcie nasze oddziały weszły do opuszczonego gmachu. Znaleźliśmy tam masę amunicji karabinowej, dzięki której Mokotów nie znał problemu oszczędzania strzałów, i suchary. [...]
Rano odszukaliśmy naszą kompanię. Zajmowała bloki wzdłuż Odyńca, frontem na park. Posterunki w oknach gapiły się na park, reszta kompanii spała. Tyniecką przesuwały się na południe oddziały idące na Służewiec. Niemcy pozwalali się wypierać - i oddziały nasze jeszcze tego przedpołudnia zajęły Dworzec Południowy.
Gdyby tego dnia, po nocnym opanowaniu sytuacji, Niemcy zaczęli natarcie - 3 lub 4 sierpnia Mokotów byłby z całą pewnością w ich ręku.
Tak przedstawiała się sytuacja 2 sierpnia rano.
[...] Myślę, że akcja, puszczona w ruch, toczyła się bardzo spontanicznie. Że mieliśmy przed sobą jeszcze dwa miesiące walk - to raczej zasługa Niemców niż nasza.
Warszawa, początek sierpnia 1944
[75]
4 sierpnia po Puławskiej grasowały niemieckie czołgi - słabo zwalczane [...]. Był to dzień mego największego załamania; w pewnym momencie byłem gotów do ucieczki, gdy wydawało się, że za czołgami rozpoczyna się natarcie piechoty. Psychologicznie sprawa była prosta: uzbrojony byłem w 1 (jeden!) granat. Wciąż wyobrażałem sobie, co może nastąpić, gdy go już wyrzucę. Lepszą sytuacją psychologiczną jest czekać na rozstrzelanie, gdy jest się jeńcem - niż w czasie walki stać bezbronnie naprzeciw uzbrojonego przeciwnika. Na szczęście Staś Lewiński okazał zimniejszą krew i powstrzymał mnie, godząc się, że ewentualnie możemy wiać, ale w ostatniej chwili.
Stosunek ludności w tych blokach był dla nas bardzo przychylny.
W nocy z 4 na 5 sierpnia kompania w szyku bojowym, w pełnym pogotowiu do walki, przesunęła się na linię południowej strony ulicy Szustra. Patroli niemieckich po drodze nie spotkaliśmy. Natychmiast przystąpiliśmy do umacniania linii.
6 sierpnia drużyna nasza starła się z Niemcami, próbującymi palić domy na Różanej. Uciekając w popłochu, gubili nawet broń. Od tego dnia linia frontu ustaliła się na tym odcinku do końca powstania: Madalińskiego - Różana (szkoła) - i dalej wzdłuż Różanej. Niemcy zajmowali gmach poczty na Dworkowej, Wedla18 i szkołę róg Narbutta i Wiśniowej.
Odtąd, z paroma momentami ożywienia, dni powstania wlekły się monotonnie i bez poważniejszych wydarzeń. Niemcy nie kwapili się do akcji - my nie mieliśmy do niej siły. Staliśmy więc bezczynnie naprzeciwko. Starszyzna akowska wykorzystywała to dla wzmacniania drylu wojskowego i rozbudowywania agend biurokratyczno-wojskowych. Uczono więc nas salutować i maszerować - ale do końca powstania nie nauczyłem się obsługiwać karabinu maszynowego. To prawda, że było ich niewiele, ale przecież były.
Uzbrojenie z wolna się polepszało: było trochę broni zdobytej, trochę znalezionej (dosłownie: Zbyszek19 na przykład znalazł w mieszkaniu jakiegoś Ukraińca pistolet), trochę zrzutowej. [...]
Gorzej, że powiększały bałagan uzbrojeniowy kradzieże broni. Sam wziąłem w tym udział, sprowadzając do oddziału karabin ukradziony na Dolnym Mokotowie. Był to oczywiście idiotyzm, którego dziś żałuję: ktoś ponosił tego konsekwencje wobec przełożonych i był pozbawiony broni, którą zdobył być może osobiście w warunkach wymagających przeważnie odwagi i ryzyka. Karabin ten zginął na godzinę przed natarciem - oddział, który stracił go z mojego powodu, poszedł do akcji słabszy o ten jeden karabin. Każdy, kto zna warunki powstania, wie, jak to dużo.
Wśród nudów, opalania się, musztry, wygłupów korpusu oficerskiego itd. - niewiele się działo.
Warszawa
[76]
"Marek II"20 przyszedł do nas koło 10 sierpnia, nie wcześniej. Może nawet później. Wiedzieliśmy tylko tyle, że jest Żydem - i że ukrywał się na Sandomierskiej, skąd po wysiedleniu mieszkańców wygnał go głód. Szedł w kierunku strzałów, przeszedł przez niemieckie linie, potem nasze, niezauważony przez nikogo - aż natknął się w jakimś domu na żołnierzy, którzy odprowadzili go do porucznika "Jacka"21. [...]
Leski jako "Marek II" przyszedł najpierw do naszej drużyny, a potem do drużyny 7 (dowodzonej przez kaprala podchorążego "Wiktora"). U nas nie miał lekkiego żywota: młodzież z organizacji katolickich lub z NOW-owską przeszłością była zdecydowanie antysemicka. Ordynarnie dokuczano mu - co zresztą nigdy nie miało charakteru prześladowania z góry: nasz dowódca "Marek"22 - sam były NOW-owiec i członek organizacji katolickiej, trochę chyba antysemita, zachowywał się z zupełną poprawnością. Natomiast prześladował go Zbyszek23. Dochodziło nieraz do ostrych słownych utarczek, podczas których "Marek II" nazywał swych prześladowców (nie bez racji) faszystami. Ja pozostawałem z nim w jak najlepszych stosunkach i nawet raz zarobiłem sobie na komplement: ""Grabie"24 jest prawdziwym demokratą!".
Warszawa
[79]
Odcięcie naszego plutonu na Narbutta miało miejsce w nocy z 12 na 13 sierpnia.
Koło północy zaczęło się natarcie na odcinku [...] nie węższym niż między Puławską a Wiśniową. Plutony naszej kompanii i kompanii podciągniętych z głębi Mokotowa, dozbrojone specjalnie ściągniętą z innych jednostek bronią, wyszły na linię Madalińskiego. Był to no man's land, ogrody, trochę spalonych domów. W momencie, gdy przekroczyliśmy Madalińskiego, poszły w górę niemieckie rakiety, oświetlając teren.
Nie wiem, kto nacierał na prawo od nas, na garaże miejskie przy Madalińskiego, stojące obok domów Wedla; być może był to inny pluton naszej kompanii25. Nie wiem też, kto nacierał na lewo, na główny obiekt natarcia, szkołę na rogu Wiśniowej i Narbutta26. W każdym razie obydwa skrzydła zostały powstrzymane zaraz po rozpoczęciu natarcia. Umocnione gniazda cekaemów w garażach i domach Wedla były nie do zdobycia za pomocą... ręcznych granatów i wisów. Szkoła była chyba jeszcze silniejszą twierdzą: dojście do niej było trudne, gdyż trzeba było przebiec więcej niż 100 metrów po gołym polu pod ogniem cekaemów, erkaemów, granatników...
Nasz pluton, atakując między tymi silnie umocnionymi pozycjami - wlazł w dziurę. Do Narbutta doszliśmy dosłownie w pięć-dziesięć minut. Jakaś czujka czy placówka niemiecka została zniszczona na Narbutta bez śladu. Ale przejście na drugą stronę ulicy było niemożliwe: płaska zapora ogniowa cekaemów, a w dodatku widać było już, że jesteśmy wysforowani i w tych warunkach łatwiej będzie forsować ulicę z dużymi choćby stratami - niż wrócić.
Do rana staraliśmy się dawać z boku wsparcie ogniowe atakującym szkołę jednostkom. Ich natarcie, parę razy podrywane, nie posuwało się jednak naprzód; gdy po jakichś dwóch godzinach, jeszcze przed świtem, weszły do akcji czołgi, sprawa była przesądzona. Pod silnym ogniem granatników oddziały atakujące cofały się do linii zajmowanych zwykle. Był to może moment, w którym mogliśmy jeszcze i my się cofnąć. Po chwili zaczął się świt. Ogień granatników i cekaemów skoncentrował się na naszej linii odwrotu. Za wiele kosztowałoby nas przedzierać się teraz.
W bloku było nas pewnie ze czterdziestu, pod dowództwem podporucznika "Czernego"27. Zajmowaliśmy prowizorycznie umocniony parter, czekając na natarcie. Niemcy ustawili koło szkoły czołg, który walił bez przerwy w ścianę szczytową naszego bloku28. [...] Po takim przygotowaniu chwila ciszy - i nagle, pod naszymi oknami słychać: "Vorwärts!29 Hurra!". "Piotruś"30 i "Cygan"31 wyskoczyli w tym momencie na balkon - "Piotruś" walił z peemu, "Cygan" rzucał granaty. Zanim reszta plutonu włączyła się do obrony, usłyszeliśmy komendę: "Zurück"32. Zapłacili sześcioma trupami, zostawionymi pod domem. Przeszatkowali je potem własnymi granatnikami - tak, że nie mogliśmy nawet zabrać broni...
Następne dwa natarcia były ostrożne i kurtuazyjne, bez strat z obu stron. Tylko obstrzał wzmagał się. Dom zaczął się palić - "Zbyszek" z sekcją33 pobiegli rąbać strych.
Gdy "Moloch"34 zabrał się do gotowania zupy - granat, który wpadł do kuchni, rozbił głowę "Sławkowi"35 tak, że mózg wpadł do garnka. Na obiad poczekaliśmy więc do rana.
Po zmroku zaczęło się nowe natarcie - rozpoczęte po to, byśmy mogli wydobyć się z saka.
15 sierpnia wieczorem w domku na ulicy Bałuckiego (drugi za rogiem Szustra, patrząc w kierunku południowym na prawo)36 odbył się wieczorek kompanijny - z piernikami, śpiewami itp. Byliśmy już wyspani. Poza dwoma kolegami, zakopanymi na podwórzu domu na ulicy Narbutta [...], i jednym rannym37 - większych strat nie mieliśmy. Jak na taką opresję - wyszliśmy obronną ręką.
Warszawa, połowa sierpnia 1944
[77]
Pluton nasz wziął jednego jeńca38 (jeśli nie liczyć dwóch czy trzech własowców39, którzy poddali się w piwnicy jakiegoś domu, gdzie się bronili przez parę godzin 1 sierpnia): był nim oficer SS, który w biały dzień podjechał na Szustra, do środka naszych pozycji, jakoś niezatrzymany przez placówki. Naraz, w biały dzień, tuż pod oknami na Szustra zawarczał samochód. Ponieważ nasze samochody jeździły w "centrum" Mokotowa, za parkiem, i nigdy nie podjeżdżały w kierunku północnego frontu - więc wszyscy poderwaliśmy się do broni. Z bramy wyskoczył "Ryszard" ze swoją drużyną40.
Niemiec, zdezorientowany, trochę się stawiał, ale szybko zorientował się, w czyje wpadł ręce. Zabrano mu peem, pistolet. Za sobą, na wandererze41, którym podjechał, wiózł koce.
Żandarmeria odprowadziła go na komendę placu. Jak słyszałem od Wciorki - rozstrzelano go po kilku dniach.
Tak zwane krowy lub szafy, to znaczy niemieckie "katiusze", dużo gorsze od sowieckich, ale też nieprzyjemne - zaczęły ostrzeliwać Mokotów dopiero w drugiej połowie sierpnia. Po kilku dniach chaotycznego obstrzału ogień ich skoncentrował się na szpitalu elżbietanek i okolicy. Podobno powodem bombardowania było wywieszenie na szpitalu [flagi] Czerwonego Krzyża.
Warszawa, druga połowa sierpnia 1944
[78]
Spośród wszystkich akcji, w których brałem udział, [...] najbardziej sobie cenię jednak akcję nie bojową, tylko ewakuację szpitala elżbietanek. Wynika to być może z mojego charakteru - bardziej mi odpowiada ratowanie ludzi niż strzelanie czy rzucanie granatami. [...]
Mój pluton został skierowany do akcji ratunkowej. Była to jedna z cięższych akcji, które przeżyłem w powstaniu, gdyż trzeba było z noszami najpierw wskakiwać w ten dosłownie gotujący się teren, gdzie bez przerwy prawie wybuchały w jakimś miejscu pociski, a grupy ewakuacyjne były z broni pokładowej ostrzeliwane przez samoloty. Wskakiwało się z noszami do piwnic, gdzie znoszono rannych. Ładowało się rannego na nosze i trzeba było jakoś wyczekać tę chwilę, kiedy było po salwie i kiedy pociski już wybuchły, wyskoczyć z noszami jak najszybciej i przebiec w rejon bezpieczniejszy. Niestety było dużo rannych i dużo zabitych, a w dodatku chcieliśmy jeszcze zachować takie reguły, po prostu ludzkie, wobec rannych. Nosze zawsze nad jezdnię wystają, mają nóżki; w momencie gdy słychać było nadlatujący pocisk, nie kładliśmy się, żeby nie być niżej niż ranny, raczej osłanialiśmy, klęcząc przy noszach, by ranny nie czuł się gorzej w tej sytuacji niż my - i tak ruszać się nie mógł. Tak się złożyło, że przy noszach, z którymi ja biegałem, żaden z kolegów nie oberwał. Mieliśmy rannych w plutonie [...]. A to, co widziałem, były to rzeczy czasami okropne, szczególnie ludzie palący się przy wybuchu pocisków wypełnionych płynem samozapalającym. Widok takich płonących pochodni zawsze jest najbardziej deprymujący ze wszystkiego, co można sobie wyobrazić.
Warszawa, 29 sierpnia 1944
[26]
Tymczasem górne piętra szpitala, stale bombardowane - płonęły. Okazało się w pewnym momencie, że komendant szpitala gdzieś się schował - i saperzy, próbujący ugasić pożar, nie mogli znaleźć jakichś potrzebnych im kluczy, tracili więc czas na rozbijanie jakichś żelaznych drzwi itp. Spisywali się w tej akcji bardzo odważnie.
Warszawa, 29 sierpnia 1944
[78]
Tak jak wszyscy powstańcy, czekaliśmy na Armię Czerwoną. [...] Powiadaliśmy: "Przyjdą, to nam uratują życie". Tylko pytanie, co z tym życiem będzie dalej. I byliśmy przekonani, że pojedziemy na białe niedźwiedzie, że nas rozbroją. Wiedzieliśmy, co się działo z oddziałami partyzanckimi i powstańczymi, które próbowały zdobyć Wilno. Byliśmy przekonani, że nasz los będzie taki sam.
Warszawa
[143]
Z sercami rozdzieranymi sprzecznymi uczuciami patrzyliśmy z dachów najwyższych domów na wiślanej skarpie na drugi brzeg, w połowie września zajęty przez tamtych [żołnierzy sowieckich]. Wiedzieliśmy, że jeśli nie przyjdą - Niemcy nas zaduszą. I tak trwaliśmy aż do końca, modląc się o nadejście Armii Czerwonej zza Wisły - i bojąc się tego, co nastąpi, gdy już tu będzie, przynosząc nam inny sposób życia, niż sobie życzyliśmy, a nawet gotowy rząd, którego nigdyśmy nie wybrali - około 40 tysięcy żołnierzy AK, z uzbrojeniem i dla 2 tysięcy niedostatecznym, między dwiema najpotężniejszymi armiami świata, Hitlera i Stalina, czekając w walce na swój los.
Warszawa, połowa września 1944[122]
Specjalnym rozdziałem historii powstania warszawskiego są stosunki z cywilną ludnością. Chociaż w Warszawie bardziej niż gdzie indziej namacalny był ogólnik, że żołnierze to dzieci i rodzeństwo "cywilów" - mimo to stosunek ów nie zawsze był jednakowo przychylny, w dużej mierze z winy powstańców.
Pierwsze dni były okresem bezwzględnego entuzjazmu. Karmiono żołnierzy (aprowizacja wojskowa nie była jeszcze zorganizowana), obdarowywano etc. Już po paru dniach zaobserwowałem jednak pierwsze nieporozumienia. Wynikały one z pewnych konieczności, których do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego!) można było uniknąć: przy fortyfikowaniu domów niszczono często sprzęt.
Gdy nasza kompania zajęła linię Szustra, dostaliśmy rozkaz natychmiastowego przygotowania się do obrony. Rzeczywiście trudno było przewidzieć, w którym momencie nastąpi atak niemiecki. W pierwszych momentach fortyfikowanie polegało na zmniejszaniu otworów okiennych na parterze - na parapetach kładło się worki z ziemią i zasłaniano je tak, by jak najtrudniej było wrzucić granat. W pośpiechu, gdy zbrakło worków - zaczęliśmy używać poszewek, co wywołało niezadowolenie. Pewien krawiec protestował też, że użyto jego tapczanu do barykadowania okna.
[...]
Gdy sytuacja wyklarowała się, los ludności cywilnej stał się dużo cięższy niż oddziałów wojskowych42. Aprowizacja cywilna była, jak się zdaje, w znikomym stopniu zorganizowana. Wojsko zaś, opanowawszy wszystkie magazyny żywnościowe w dzielnicy, miało zapewnione wyżywienie. Co więcej, ogródki działkowe wewnątrz Mokotowa43, podstawa wyżywienia, dzięki której nie było takiego głodu jak w Śródmieściu - zostały wyeksploatowane. Natomiast na południe i wschód od Mokotowa ciągnęły się duże, zagospodarowane pola i działki, eksploatowane głównie przez wojsko, bo ludności cywilnej nie przepuszczano ze względów zrozumiałych przez linie placówek.
Uprzywilejowanie oddziałów wojskowych w aprowizacji szybko stało się jasne. Ściągnęło to wkrótce "ochotników", najgorszy element lumpowski, który pierwsze dni walki przebył w domu. O ile ochotnicy z pierwszego dnia byli często najlepszymi żołnierzami, o tyle ochotnicy późniejsi, pchający się do "służb" - to były męty w całym tego słowa znaczeniu.
[...]
Uprzywilejowanie aprowizacyjne wojska szło w parze z przywilejami innego typu. Wytworzył się nieuzasadniony obyczaj, że żołnierze korzystali poza kolejką ze studni. I nie chodziło tu bynajmniej o służbowych z drużyn gospodarczych, przygotowujących jedzenie dla całej kompanii: pierwszeństwo mieli po prostu umundurowani. Nie trzeba zaś zapominać, że stanie po wodę było nie tylko stratą czasu (tego w warunkach mokotowskich wojsku nie brakło) - ale i niebezpieczeństwem.
Gdy zresztą organizowano pranie na skalę kompanii, do noszenia wody zapędzano cywilów. W ogóle z biegiem czasu przyjmował się obyczaj, że wszelkie prace wykonywali cywile: kopanie rowów, konserwacje barykad, noszenie wody itd. itd. Gdy brakowało ochotników do tych akcji, urządzano... łapanki. Ciekawe, jak dalece styl okupacyjno-hitlerowski oddziałał destrukcyjnie: znam przypadki, że wielu 18-20-letnich podchorążych uważało za swój cel i punkt honoru upodobnić te łapanki do niemieckich.
Ponieważ brakło ludzi do owego noszenia wody do prania, wysłano trzyosobowy oddział do przetrząśnięcia mieszkań w blokach zajmowanych przez naszą kompanię. Znalazłem się tam - z rozkazu. Dowodził nami kapral "Dzwonek"44 [...]. Weszliśmy do jakiegoś mieszkania w suterynie. Mężczyzna, któregośmy tam znaleźli, wyciągnął zaświadczenie naszych władz wojskowych, że przy czymś pracuje (bodajże przy wyrobie granatów). W tych warunkach nie było podstaw do ciągania go. "Dzwonek" jednak, według najlepszych hitlerowskich wzorów, zaczął wrzeszczeć, po czym... zarepetował karabin. Wtedy żona owego mężczyzny dostała jakiegoś napadu histerii. Na wrzask przybiegł "Czerny". W rezultacie "Dzwonek" miał awanturę. Awantura awanturą - a epizod był charakterystyczny. [...]
Stosunki z ludnością cywilną psuły się w miarę przedłużania się powstania. Ludność cywilna, dotknięta coraz większymi trudnościami aprowizacyjnymi, była narażona na te same niebezpieczeństwa, co wojsko. Wojsko, poza służbą wartowniczą i nocnymi patrolami - było poza tym rozpróżniaczone. Wszystko to było widoczne dla "cywilów" i jak najgorzej wpływało na obopólne stosunki.
Warszawa
[81]
Niemcy przystąpili do likwidacji Mokotowa 24 września. [...]
Owej niedzieli pluton nasz poszedł na mszę do kaplicy w domu Spółdzielni Spożywców "Społem" na ulicy Grażyny. Ja, jako niewierzący, zostałem przy telefonie. Ponieważ przypuszczałem, że nic nie będzie się działo - poszedłem na ulicę Bałuckiego, do domu, w którym mieściło się dowództwo batalionu, by odwiedzić pełniącego tam służbę mego kolegę, Jurka Krzemińskiego (pseudonim "Wiewiór")45. Gdy wracaliśmy do mnie (Jurek nie miał służby, uważaliśmy więc, że pogawędkę należy uciąć przy służbowym telefonie) - nadleciały niemieckie nurkowce. W pierwszej fali było ich koło dziewięć-dwanaście. Nurkując, rzucały bomby na centrum. Pochmurna pogoda, która panowała tego dnia po raz pierwszy od dawna, ułatwiała im akcję - od czasu zdobycia Pragi przez wojska sowieckie samoloty niemieckie nie panowały już w powietrzu. W dniach likwidacji Mokotowa buszowały jednak bezkarnie. Nie sądzę, by można to było tłumaczyć tylko pogodą...
Gdy pierwsza fala zrzuciła bomby (przeczekaliśmy to w rowie przeciwlotniczym) - ja pobiegłem do siebie, Jurek do siebie. Już dzwonił telefon: natychmiastowy alarm. Nie było w tym nic dziwnego: zwykle po nalocie znów panowała cisza, teraz zaczął się od razu silny ogień artyleryjski. Pobiegłem po pluton, ale chłopcy wracali już biegiem.
Do wieczora spędziliśmy czas na naszej kwaterze na Szustra. Ogień był silny. Między innymi pocisk uderzył w nasz dom. Pocisk artylerii kolejowej rozwalił do fundamentów dom na Bałuckiego, sąsiadujący z naszym.
Wieczorem, gdy już się ściemniło, dostaliśmy rozkaz przygotowania się do wymarszu. Myśleliśmy, że zmieniamy kwaterę - zaczęliśmy więc rolować koce itp. - ale powiedziano nam, że zostawiamy wszystko, z wyjątkiem uzbrojenia. Było jasne, że w nocy lub nad ranem wejdziemy do akcji. Wiedzieliśmy już, że cały dzień trwały ciężkie walki na południowym odcinku (Wierzbno). W nocy panowała cisza. Nie znam na Mokotowie wypadku, by w nocy Niemcy atakowali.
Przed północą wyszliśmy z Szustra. Staliśmy między blokami mieszkalnymi a szkołą na Woronicza. Domy przeważnie płonęły. Dowiedzieliśmy się, że w ciągu dziennego natarcia Niemcy opanowali cały teren od Służewca do Woronicza. Prawdę mówiąc, teren ten, o bardzo luźnej willowej zabudowie, nie nadawał się do obrony w warunkach powstańczych - i nie był, zdaje się, przewidziany do obrony. Rozrzucone były po nim tylko luźne placówki i czujki.
Do ciężkich walk doszło natomiast w rejonie szkoły. Po zdobyciu Królikarni Niemcy zaczęli szturm, wdzierali się parokrotnie do wnętrza, ale zostali wyparci. Ostatecznie w rejonie tym utrzymano pozycję - Królikarnia została jednak w rękach Niemców.
Zadaniem naszego natarcia było odbicie Królikarni. W zasadzie gros natarcia stanowić miały siły batalionu "K" ("Karpaty", dowódca mjr "Majster"46), ale ponieważ batalion był wykrwawiony, zmęczony i - prawdę mówiąc - załamany moralnie, więc nasz pluton miał poderwać natarcie.
Plan natarcia był taki: jedna kompania batalionu "K" miała zacząć natarcie od ogrodów ciągnących się wzdłuż Puławskiej naprzeciw Królikarni; nasz pluton, z ostatniej bramy przed ulicą Woronicza, miał forsować bramę Królikarni. Mieliśmy rozkaz nie zatrzymywać się ani [nie] padać - natarcie mogło mieć powodzenie tylko w wyniku [szybkiego] tempa i zaskoczenia. Oczywiście - o zaskoczeniu nie było mowy, a tempo przy sile ogniowej Niemców było utopią. Gdyby wszystko poszło prawidłowo - natarcie powinno się załamać przy 75-80 procentach strat. W dodatku, mimo prawie półtora [miesiąca] sjesty47 na Mokotowie - dowództwo nie pomyślało o przygotowaniu nas do walki wręcz. W natarciu, w którym jedyną możliwością sukcesu była właśnie taka walka, większość żołnierzy, uzbrojonych tylko w granaty, nie miała żadnych szpadli, łomów itp. Ostatecznie tego rodzaju sprzętu używano jeszcze w czasie I wojny światowej!
Natarcie nie powiodło się jednak nie z powodu strat, lecz po części na skutek dezorientacji części oddziału (drużyna Janka Wierucha - "Mirosława" - pobiegła wzdłuż muru prostopadłego do Puławskiej), po części w efekcie braku inicjatywy dowódców jednostek. I chyba dobrze, że nie doszło do tego natarcia.
Wróciliśmy do pozycji wyjściowej.
Warszawa, 24 września 1944
[80]
Wtedy nasz pluton przeżył jedno z najbardziej dla nas wstrząsających wrażeń. Mianowicie nasz zastępca dowódcy plutonu, a przez pewien czas dowódca naszego plutonu, podchorąży "Piotruś", [...] był bardzo ciężko ranny w tym szturmie, miał poszarpaną rękę. Jak się okazało, trzeba było ją natychmiast amputować. Byliśmy już otrzaskanymi żołnierzami i bardzo wiele strasznych rzeczy widzieliśmy - i wtedy właśnie, kiedy się chłopcy dowiedzieli, że "Piotruś" będzie miał amputowaną rękę, cały pluton płakał. Świadczy to o tym, jak bardzo był to kochany dowódca.
Warszawa, 24 września 1944
[26]
Po godzinie byliśmy już na Szustra.
Nazajutrz, to znaczy w poniedziałek [25 września], dowództwo plutonu objął podchorąży "Jacek IV"48. Koło południa pluton nasz został rzucony w rejon ulicy Czeczota, by zatrzymać natarcie niemieckie.
Park Orlicz-Dreszera był pod dość silnym obstrzałem artyleryjskim. Przeszliśmy go jednak bez strat. Niemcy mieli blisko do ulicy Odyńca: broniła się już tylko jedna warstewka will. Natarcie naszego plutonu wyparło Niemców z dwóch-trzech will. W tej, do której wskoczyłem ja z chłopcami "Mirosława", doszło do walki w pokojach. Zostałem ranny granatem trzonkowym, odrzuconym mi przez Niemca. Wycofałem się. Jak się potem okazało, miałem złamaną w pięciu miejscach kość promieniową lewego przedramienia, jedną dużą dziurę i kilkanaście drobnych odłamków.
Pluton nasz bronił się w tym rejonie do zmierzchu - po czym wycofał się. W naszej drużynie było tego dnia pięciu zabitych i siedmiu rannych na czternastu. Straty w plutonie były procentowo takie same.
Następny dzień przewałęsałem się - z ręką na desce. Budowano nowe barykady, ale wiadomo było już, że sytuacja jest tragiczna. O zmroku dowiedziałem się, że w nocy będzie przeprowadzona ewakuacja kanałami. Ranni mieli zostać - z wyjątkiem tych, którzy mogą chodzić o własnych siłach.
Do kanału wszedłem z jednym z plutonów naszej kompanii. Trudno mi było zejść, gdyż miałem do rozporządzenia tylko jedną rękę. Szliśmy gęsiego kanałem pod Puławską. Kazano nam iść na czworakach - miało to podobno uchronić od zderzenia z zawieszonymi przez Niemców granatami. Nie uszliśmy daleko: wkrótce zaczęła się piekielna kanonada. To Niemcy rzucali do kanału granaty. Wszczął się nieopisany popłoch. [...] Oddziały przestały istnieć, był już tylko tłum ogarnięty paniką. Pół biedy, jeśli było się w swoim oddziale - paroosobowe grupki przyjaciół stanowiły jakieś paroosobowe oddziałki, co podtrzymywało moralnie. Ja byłem sam. Miałem w ręku granat trzonkowy, z którego odkręciłem nakrętkę, będąc gotowy - w razie topienia się lub czegoś w tym typie - wyciągnąć zębami sznurek i popełnić samobójstwo.
Na szczęście trafiłem na pochyły korytarz, wiodący do jakiegoś otworu, zbyt małego, by można było wyjść. Tam przeczekałem największą panikę wraz z gromadą nieznanych mi żołnierzy [...]. W pewnym momencie Niemcy zaczęli wołać przez włazy, żeby wychodzić, bo zatapiają kanały. Rzeczywiście zaczęła płynąć jakaś woda, poziom podniósł się do kolan (na dole podobno znacznie wyżej) - co wzmogło panikę. Myślałem wtedy, że wszyscy, którzy są w kanale, zostaną zmyci. Nie stało się tak jednak. Spotkałem wtedy Jurka Ukleję "Lenina", który z dwoma swymi kolegami próbował jeszcze dojść mimo wszystko do Śródmieścia. [...] Zdecydowaliśmy wreszcie, że wyjdziemy. Wydostaliśmy się pierwszym włazem - prosto w ręce esesów. Okazało się, że po osiemnastu godzinach kanałów byliśmy właściwie niedaleko punktu wejścia...
Gorzej było z tymi, którzy wychodzili z kanałów na Dworkowej: jedna z grup po wyjściu rzuciła się na Niemców, więc Niemcy, którzy stracili w starciu kilku ludzi, rozstrzeliwali później tam wychodzących.
Warszawa, 27 września 1944
[80]
Doba w kanałach to najpotworniejsza rzecz, jaka mi się w życiu wydarzyła. Zszedłem, gorączkując, z pewnymi trudnościami poruszania się w kanale ze względu na rękę. Tam - zatruty49. Większość kolegów, którzy się znaleźli w kanałach, była zatruta. To objawiało się halucynacjami. Zupełnie regularnymi, prawdziwymi halucynacjami.
Warszawa
[143]
Po niemal dobie spędzonej w kanałach, którymi usiłowała przejść do Śródmieścia załoga Mokotowa, z ręką pogruchotaną dwa dni wcześniej w walkach koło szpitala elżbietanek, przywiązaną do deski [...] - jakoś wygrzebałem się z kanału prosto w ręce dwóch chłopców z SS50 (na oko moi rówieśnicy, około osiemnastu lat). Nie rozstrzelali. Jeden delikatnie przytrzymywał deskę, drugi odwijał bandaże, potem zmywał rękę wodą z manierki, by w końcu znów przywiązać ją do deski swym opatrunkiem osobistym. Potem odprowadzili mnie na punkt zborny - ale jeszcze wrócili po kwadransie, niosąc ubranie, bym mógł się przebrać. Dopiero wtedy poszli. Dlaczego tak właśnie - a nie tak, jak przy włazie na Dworkowej?
Koszmarne: by człowiek człowieka tak właśnie chwalił i za to żywił wdzięczność na całe życie - za życie.
Warszawa, 27 września 1944
[139]
28 września koło południa byłem na Służewcu. W nocy przywieziono nas do Pruszkowa. 29 rano jako cywil znalazłem się w transporcie odwożonym do Tworek. Nie wiedziałem, że nie warto wiać: eskorta przekazywała tam chorych władzom szpitalnym polskim - i uciekłem. Przygarnięty przez pruszkowian zjadłem (29 września po południu!) pierwszy posiłek od 26 września, równo trzy doby bez jedzenia. Przespałem się - i zacząłem myśleć, co dalej. Tak skończyły się moje powstańcze dzieje.
Pruszków, 29 września 1944
[80]
Nie poszedłem do obozu jeńców dlatego, że zacząłem podawać się za ludność cywilną, a Niemcy rannymi mało się interesowali. Przeleżałem potem w szpitalu w Łowiczu aż do ofensywy, która ogarnęła te ziemie i Łowicz również, a ręka mi się zrosła gdzieś dopiero w maju.
[143]
Powstanie było nieprzygotowane z każdego punktu widzenia. Dowództwo nigdy nie stało na wysokości zadania. Żołnierze - owszem, o tyle, o ile w tych warunkach można było stać na tej wysokości. Trudno i darmo, ale żołnierz nieuzbrojony i niewyszkolony nie jest dobrym żołnierzem. Dlatego też punkt "bohaterstwo" bardzo często odbiegał daleko od obowiązującej legendy. Myślę mimo to, że daliśmy z siebie aż nadto wiele...
[80]
W liście51
Wczoraj przybyłem ze Stasią52 do Łaguszewa. Tydzień temu byłem jeszcze w Warszawie. Po wyjściu z Warszawy poszedłem do Ostrówka (w sąsiedztwie Pilaszkowa) i tam znalazła mnie Stasia. Odtransportowała mnie najpierw do państwa Andrzejewskich, gdzie nocowałem, a potem do Tatusia. Była wielka radość, zeszło się pół wsi. Wszyscy żałowaliśmy, że Mamusi nie było. Rad jestem, że nie byłem w powstaniu.
Łaguszew Mały, 7 września 194453
[38]
SCEPTYCYZM (1945-1948)
We wspomnieniach
Wróciłem do Warszawy z odnalezionymi rodzicami i doszedłem do wniosku, że trzeba się trochę pouczyć. Koledzy się poodnajdywali [...] i doszliśmy w wyniku wspólnych narad do przekonania, że nie stać już ani nas, ani kraju na to, żeby próbować jeszcze raz, tylko teraz przeciwko nowemu okupantowi. Wszyscy byliśmy zgodni, że mamy do czynienia z nowym okupantem, że nic dobrego nas nie czeka, ale że już nie da rady przygotowywać nowego powstania, którego byśmy i tak nie wygrali... Kto ma zawód, niech już pracuje, kto dopiero zdobywa zawód, niech się uczy. I trzeba kraj odbudować. Jednym słowem, taki zupełnie rzetelny pozytywizm.
Znam te wszystkie propagandowe plakaty, artykuły w prasie i tak dalej, które nas, żołnierzy AK, doprowadzały do zupełnego szału i wściekłości. Byłem krytyczny w stosunku do dowództwa Armii Krajowej, ale widziałem, że to są tacy sami Polacy jak ja, którzy działali w jak najlepszej wierze i z najlepszymi chęciami. Nie zawsze byłem przekonany, że postępowali bardzo mądrze - ani przed powstaniem, ani w czasie powstania, ani po powstaniu nie byłem tego taki zupełnie pewny. Natomiast jak się czytało o nich, że mieli coś wspólnego z Niemcami, że to był rodzaj kolaboracji - to człowieka szlag trafiał, bo to niezwykle krzywdząca bzdura, której choć nikt z nas nie przyjmował do wiadomości, to powodowała, że czuliśmy wrogi stosunek do tego, co się dokoła dzieje. I jeżeli się z kimś sympatyzowało, to raczej z tymi, którzy próbowali konspirować. [...]
Myśmy - to znaczy ludzie mojego pokolenia, AK-owcy - nie mieli wątpliwości, że zostaliśmy przez Zachód zdradzeni, sprzedani. Tylko [...] jeżeli się kogoś sprzedaje, to trzeba za to coś mieć. A mnie najbardziej zdumiewa, że nas sprzedali, a sami właściwie nic na tym nie zarobili.
[...] Jałta jest hasłem [...], które bardzo upraszcza sprawę. [...] Wtedy Teheran wydawał się równie ważny jak Jałta. Właściwie to Teheran zaczął tę sytuację1. Jałta jest to [...] symbol głupawego handlu [...], na którym jedna ze stron nic nie zarobiła.
Wrzesień 1945
[143]
Blizny po kulach, odłamkach i poparzeniach skrywamy przeważnie pod ubraniami - chyba że to twarz albo dłoń. Kto ma pusty rękaw albo protezę zamiast nogi - sam sobą jest przypomnieniem. Ale gruzy stopniowo [...] znikały. Początkowo były to ulice wypalonych domów i bezładne sterty cegieł, szyn żelaznych i drewna, gdzie w wąwozach ulic chodziło się niekiedy po nasypach sięgających pierwszego piętra; rozłupane na pół kościoły, podziurawione raz koło razu wielkimi wyrwami po pociskach artyleryjskich domy o żelbetonowych konstrukcjach. Któżby zwracał wówczas uwagę na ospę po seriach z karabinów maszynowych na nielicznych murach ocalałych czy mniej więcej ocalałych domów. Hałdy gruzu usuwano, wywożono, martwe fasady wypalonych nie do odbudowania domów - rozwalono, by to, co z nich pozostało, też wywieźć.
[...]
Zaczęła się odbudowa zniszczonego miasta, ten niezwykły, pełen paradoksów epos, którego pamięć też jest ważna i zawiera wspomnienia niezwykłe; gołymi rękami i prymitywnymi narzędziami pełen zapału i uporu tłum wznoszący z gruzów swe miasto, od początku i z upływem czasu podporządkowany komunistycznej władzy, która dla większości tych ludzi była obca, nawet wroga; ale oni chcieli odbudowywać, choćby z diabłem.
[122]
W pewnym momencie [8 września 1945] "Radosław"2 przyjął koncepcję ujawnienia się - w sytuacji, kiedy nikt nie chciał dać żadnych gwarancji bezpieczeństwa dla ludzi, którzy będą się ujawniać. [...] Nikt nawet nie próbował tej sprawy ułożyć tak, żeby to miało jakąkolwiek wiarygodność. On tę decyzję podjął w więzieniu, czyli w warunkach psychicznych, w których się tego rodzaju decyzji podejmować nie powinno, kiedy nie był w stanie porozumieć się z tymi, którzy się mają ujawniać. [...] Z początku to wyglądało jak koniec pewnego etapu - ludzie mają możność wyjścia z podziemia, z lasu. Nawet jeżeli jest się najbardziej sceptycznym, tego rodzaju sytuację wiąże się z nadziejami, że może to właśnie jest zwrot ku lepszemu.
[...]
Byłem jeszcze przed maturą. Zasady ujawniania się były sformułowane tak niejasno, że przez własną głupotę poszedłem i zarejestrowałem swój udział w Armii Krajowej w czasie wojny [...]. Po co się było rejestrować, jeżeli się po wojnie już nie konspirowało? Po co mi to było?
[...]
Bardzo ważnym wydarzeniem w życiu kraju było referendum3. Bardzo szybko zresztą, dzięki różnym przeciekom i informacjom, było wiadomo, że wcale tak wspaniale nie zostało wygrane przez komunistów, jak to głosili. Ale najważniejszy dla referendum był nie sam koniec. Dla ludzi takich jak ja fałszerstwo było zupełnie oczywiste. [...] Do wielkiej akcji wciągnięto bardzo wielu ludzi - niektórzy bali się odmówić, inni szli wówczas do tego z całym przekonaniem. [...] Ja nie brałem udziału w tym głosowaniu ani później w wyborach, nie miałem jeszcze ukończonych 21 lat. Zestaw pytań był taki, że [...] bardzo wielu ludzi mogło odpowiedzieć "tak". Pytanie o podstawowe reformy - nie każdy był ich zwolennikiem, ale reformę rolną czy upaństwowienie wielkiego przemysłu bardzo wielu ludzi mogło uczciwie zaakceptować. Czy mają być dwie izby parlamentu, czy jedna - z tego [Stanisław] Mikołajczyk chciał zrobić papierek lakmusowy: kto będzie głosował za dwiema izbami, ten głosuje za PSL-em. Pytanie o akceptację nowych granic - to znowu ogromna liczba ludzi w Polsce mogła akceptować, bo było tak sformułowane, że właściwie pytano tylko o granice zachodnie. [...] Moi rodzice głosowali tak, jak sobie życzyło PSL. Natomiast moja babcia ze strony matki - chłopka z takim chłopskim radykalizmem - głosowała trzy razy "nie". Ale to już była trochę sprawa charakteru mojej babci.
Co prawda na małym odcinku, ale za to dokładnie mogłem przyjrzeć się, co się działo w okolicach, skąd pochodziła moja matka - pod Wyszogrodem w powiecie płockim. Tamtejsze wsie popierały PSL i Mikołajczyka. Ile tam mogło w tych paru wsiach mieszkać osób? Powiedzmy, w sumie 2 tysiące. Przed samym referendum trzysta-czterysta osób zostało załadowanych na samochody ciężarowe i wywiezionych do więzienia w Płocku. Tam ich przetrzymali w jakimś straszliwym tłoku przez kilka dni i zwolnili, ale już po głosowaniu. Metod było dużo, zależy od temperamentu tego, kto w danym powiecie zarządzał. [...]
Zupełnie nie wiedziałem, jak interpretować pogrom4. To, co się stało, było dla mnie trochę niewiarygodne. [...] Miałem zawsze tę świadomość, że w Polsce antysemityzm jest rzeczą ciągle żywą, autentyczną i że w związku z tym różne rzeczy mogą się zdarzać. Natomiast [...] nie bardzo mogłem zrozumieć, że stało się coś aż tak strasznego. U mnie w domu na sprawy związane z antysemityzmem reagowaliśmy bardzo gwałtownie. [...] Wielu przyjaciół rodziny było pochodzenia żydowskiego. [...] U mnie w domu się uważało, że Żyd to jest taki sam człowiek jak my [...]. I w rezultacie dosyć nerwowo reagowało się na wszelkie sytuacje związane z antysemityzmem, [...] o czym świadczy głowa mojej siostry rozwalona przez bojówkarzy z Obozu Narodowo-Radykalnego przed wojną. Żydzi ukrywali się zresztą u nas w domu - przyjaciele rodziców czy przyjaciółka mojej siostry. [...]
Maturę po wojnie zrobiłem zaraz [15 czerwca 1946] i znalazłem się na studiach polonistycznych. [...] Trzeba było zacząć jakoś żyć, a na uniwersytecie można było wtedy żyć sympatyczniej i przyjemniej niż w wielu innych miejscach [...]; był to uniwersytet liberalny, z szeroką możliwością nie tylko uczenia się, ale i dyskutowania na seminariach, z prawdziwymi sporami - i ideologicznymi, i naukowymi, i metodologicznymi.
To był okres bardzo dużego zainteresowania metodologią, gdyż marksiści - którzy podejmowali wtedy próby opanowania głów młodzieży jeszcze nie administracyjne i nie policyjne, tylko naprawdę intelektualne - kładli szczególny nacisk na metodologię marksistowską. Wynikały z tego niezwykle ciekawe dyskusje i przez parę lat tak to się toczyło - w atmosferze dużej swobody, właściwie wolności słowa na seminariach uniwersyteckich.
Naszymi nauczycielami byli w dużej części profesorowie przedwojennego uniwersytetu. Natomiast ci marksiści, którzy przyszli, byli w tym okresie zjawiskiem bardzo pozytywnym. Oni wprowadzali pewien ferment, inny sposób widzenia wielu rzeczy, nową problematykę. I dopóki nie zostali wzmocnieni przez bezpiekę i administrację, to było nawet korzystne dla samego procesu kształcenia się ludzi młodych, dla meblowania ich głów. [...]
Sytuacja polityczna, która się wytworzyła w tych pierwszych latach po wojnie, była z początku bardzo skomplikowana i niejednoznaczna. Z jednej strony cały naród był ogarnięty wielkim entuzjazmem w wypełnianiu tego zadania, którym jest odbudowa kraju. I to było rzeczywiście autentyczne, ogarniające prawie wszystkich, niezwykłe. Ja sam się tylko uczyłem, ale miałem pewien wgląd w to, że na przykład mój ojciec odbudowywał z gruzów szkołę, której był dyrektorem5. I widziałem tę jego strasznie ciężką pracę, wielki entuzjazm i poczucie, że odbudowuje się szkołę, w której chłopcy będą się uczyli zawodu ślusarza, tokarza i tak dalej, [...] że to jest dla Polski potrzebne, niezbędne. Ojciec nie był w żadnym razie sympatykiem komunistów, ale komuniści komunistami, a to dla Polski jest konieczne. I głównie przez ojca to widziałem, ale dokoła też się czuło tę atmosferę. Z drugiej strony, wszyscy wiedzieliśmy, że więzienia, różnego rodzaju lokale bezpieki, komendy są zapełnione więźniami politycznymi, którzy są straszliwie traktowani, torturowani [...]. Panowało przeświadczenie, które z początku było niedokładne, że w warunkach przypominających trochę wojnę domową, ci, którzy padają ofiarą, to są ci, którzy podjęli decyzję walki. Współczuło się im i było się pełnym oburzenia na metody, jakimi są traktowani. Ale jednocześnie była nadzieja, że ten okres szybko się skończy i że być może wtedy będzie inaczej.
Ja co prawda ze swoim sceptycyzmem bałem się, że będzie się raczej pogarszać niż polepszać, bo robiło to na mnie takie wrażenie, że władza w miarę umacniania się opanowuje coraz bardziej zdecydowanie różne przestrzenie życia społecznego, politycznego. [...] W pewnym momencie można było zauważyć represjonowanie ludzi związanych z podziemiem londyńskim, z Armią Krajową, z różnymi cywilnymi agendami podziemia londyńskiego. [Było widać], że represje idą już nie tylko w kierunku tępienia tego ruchu, który się czynnie przeciwstawia, ale że to w ogóle jest skierowane przeciwko tym, którzy są czynni. I to oczywiście bardzo zmieniało nastawienie do władzy.
[143]
W liście do "Tygodnika Powszechnego"
Uprzejmie proszę o umożliwienie mi za pośrednictwem "Tygodnika Powszechnego" zadania publicznie paru pytań niejakiemu panu Promińskiemu Marianowi6, autorowi recenzji z filmu Zwycięstwo w Tunisie7 w "Odrodzeniu" z 1 września. W recenzji tej czytamy: "Widzom, którzy pamiętają Dieppe8 w robocie niemieckiej, też zresztą dobrej pod względem technicznym, ten film daje satysfakcję za uczucie niemocy, które się wtedy przeżywało, śledząc krótkometrażowe triumfy Wehrmachtu". Otóż chciałbym zapytać, kiedy i w jakiej sytuacji ów pan oglądał Dieppe? Ponieważ w owym czasie obowiązywał nakaz bojkotu kina, dostatecznie propagowany przez czynniki Polski Podziemnej wszystkich odcieni i kierunków - więc czytelnicy mogli być niemile zdziwieni. Co prawda niektórzy Polacy chodzili w owym okresie do kin, na przykład dla wypełnienia rozkazów dotyczących akcji tak zwanego małego sabotażu przeciw obcej, wrogiej propagandzie. Akcję tę poruczono organizacji "Wawer", której trzon stanowili chłopcy z tak zwanych Szarych Szeregów (harcerstwo). Może pan Promiński jest naszym kolegą z tamtych dni? I w ten sposób właśnie przypadkowo widział Dieppe? A jeżeli nie, to przypomnę wypisywany wówczas kredą na murach slogan: "Tylko świnie siedzą w kinie", który przez ogół społeczeństwa był przyjęty jako obowiązująca zasada9.
Warszawa, 20 września 1946
[150]
We wspomnieniach
Wybory do sejmu10, gwarantowane umowami jałtańskimi, musiały być sfałszowane, bo referendum pokazało, [...] że kroki, które przy nim zastosowano, mogą się okazać niewystarczające i że jednym ze sposobów załatwienia tej sprawy jest powiedzenie ludziom na Zachodzie, że w tym dzikim, zhitleryzowanym kraju nie ma innej rady, tylko komuniści muszą twardą ręką zaprowadzić porządek. I nie interesujcie się tak za bardzo, czy w tych wyborach trochę więcej ludzi głosowało na "tak", trochę mniej na "tak". [...] Było postanowienie, że jeżeli na kogoś wpłynęło do komisji wyborczej doniesienie [...] o współpracy z okupantem, [zostawał skreślony z listy wyborców]. Takie doniesienie zresztą nie musiało potem powodować jakichkolwiek następstw [...]. To był doraźny pomysł, żeby zmniejszyć liczbę ludzi, którzy będą głosowali nie tak, jak trzeba. Okazało się, że mój ojciec został skreślony z listy wyborczej na skutek takiego doniesienia, a ja dobrze wiedziałem, jak w czasie okupacji się narażał, jak walczył na odcinku tajnego szkolnictwa. Ponieważ szkoła zawodowa była instytucją jawną, oficjalny styk z Niemcami stwarzał dodatkowe zagrożenia i niebezpieczeństwa. Ojciec odbywał coś w rodzaju nieustannego "tańca na linie". Każda wpadka w szkole, jakieś aresztowanie ucznia - a to się przecież zdarzało niejednokrotnie - mogła się skończyć obozem koncentracyjnym. I ojciec za to wszystko zostaje przez jakiegoś anonima oskarżony o współpracę z okupantem... [...] Okoliczności były dla mnie wstrząsające i bardzo wpłynęły na mój stosunek do tych wszystkich spraw.
Warszawa, styczeń 1947
[143]
W zapiskach z okresu studiów
Byliśmy w Teatrze Polskim na Wilkach i owcach Ostrowskiego11. Była również Marysia T.12 [...] Sztuka - bardzo dobra. Ma się rozumieć - dla bliższego jej rozpatrzenia konieczna by była szczegółowa analiza (syntezy bez analizy są zawsze dyletanckim i dowolnym, nieuzasadnionym ględzeniem). [...]
Przed pójściem do teatru miałem ciężką przeprawę z Marysią. Poruszyła znów sprawę zwrotu pieniędzy za bilety. I dopięła swego. Powiedziała, że nie pójdzie, jeżeli nie wezmę zwrotu kosztu biletu. Musiałem... zdenerwowała mnie.
Warszawa, 26 maja 1947
Moje notatki - czym są? Nie chcę użyć nazwy "pamiętnik" - i to nawet nie ze względu na skojarzenie z pensjonarskim, sentymentalnym dzienniczkiem. Może raczej dlatego, że zbyt wiele zawiera elementu fikcji. Jest tym prawdziwszy, bo pół mego życia to konstrukcja z fikcji - i jednocześnie mało prawdziwy, bo zbyt wiele przemilcza. Pomaga mi przede wszystkim w pracy literackiej - ten, i wszystkie poprzednie - spalone na Filtrowej13, i nowe napisane już po powstaniu. [...] O czym teraz myślę? O egzaminach i Marysi.
Wiele warta jest prawda. Szczególnie, gdy do niczego nie zobowiązuje. Kto to jest Marysia? Trudna odpowiedź. Przede wszystkim dlatego, że człowiek chętnie chciałby wyprzeć się wszelkiej wypowiedzi swych przeżyć. Uważa je za nowe i niepowtarzalne. Są nimi, zapewne, częściowo. Ale do jakiego stopnia?
Marysia jest zeszłoroczną koleżanką moją ze szkoły Słowackiego. [...] Pierwsze wrażenie: oryginalny wykrój ust. Z profilu jakby akurat teraz, gdy się patrzy, całowała. Stąd zaciekawienie. Potem - wrażenie przeciwne: naiwność, naiwność intonacji, gdy mówiła coś w sensie współczucia dla zwierząt. Zresztą może to głupi zwyczaj nazywać prostolinijną szczerość - naiwnością? Jeszcze potem (nie lubię co prawda słów, które chodzą na koturnach): poczucie szacunku. Potrafi wzbudzać zaufanie i przekonanie o swej wewnętrznej rzetelności. Mimo pasji analizowania - nie potrafiłem dociec, czym to jest spowodowane. Może spokojnym, naturalnym zachowaniem się, które stwarza atmosferę bezpieczeństwa, pewności?
Dziwna jest droga uczucia. Od ciekawości, koleżeńskiej sympatii, od radości ze spokoju, który zawsze z sobą przynosiła, aż do - no nie wiem, czy mogę nazwać miłością moje uczucia, ale jeśli kiedykolwiek znalazłem stan równowagi między moimi pasjami intelektualnymi, moim stylem życia a uczuciem, to właśnie teraz.
Książką mądrą, ważną i piękną jest Sprzysiężenie Kisielewskiego. Cóż za trafność analiz psychologicznych! Gdy przedstawia rozwój życia seksualnego u bohatera powieści - intelektualisty Zygmunta - wciąż odnajduje czytelnik kompleksy własnych przeżyć - tyle, że przemyślane do końca i rozwinięte do ostatnich, karykaturalnych aż w swych jednostronnościach konsekwencji. Właściwie do niedawna żyłem w kręgu tych koncepcji. Może zresztą nigdy się z nich nie wyzwolę. Pasja teoretyzowania i estetyzowania jest zbyt silna, bym ją złamał. Czy zresztą pragnę tego? Ale teraz wiem, że stanąłem wobec nowego zjawiska. Nie wystarcza mi powiedzieć sobie "jest piękna" (jej piękno to zresztą cały problemat: tak zindywidualizowane i wysubtelnione, że trudno dostrzegalne dla powierzchownego obserwatora, który jak sztubak, szukający uśmiechu w oczach kobiet spacerujących ulicą, chciałby choć "skrócony kurs odnajdywania zachwytu") i szukać mozolnie zdań równoważących cichą symbolikę linii jej czoła. Wiem, że to mi nie wystarczy. I zaczynam rozumieć pretensjonalne zdanie o "pocałunku jak sakramencie". Stąd narastający we mnie niepokój (jeszcze jesienią nie uwierzyłbym, że ona uciszająca swą prostą, jasną obecnością nerwy - może być powodem takiego lęku): jej strata to może być dla mnie więcej niż zawód. Znam swój temperament: nie lubię walki - raczej grę w rodzaju szachów. Czy zdobyłbym się na walkę (posiadając notabene tyle samokrytycyzmu, choćby ukrywanego, ile go posiadam) w obronie mojej jedynej szansy unormowania swojego bliskiego Tworek14 życia wewnętrznego?
Warszawa, 27 maja 1947
Życie domaga się nowego typu organizacji młodzieżowej. Organizacje w rodzaju ZWM, OMTUR, "Wici", ZMD, ZNMS - skupiają członków o określonym światopoglądzie (lub przynajmniej przekonaniach politycznych, lub słuszniej: tendencjach)15. Tak samo zresztą z mało głośną, lecz silną organizacyjnie "Sodalicją"16. ZHP - nie zadowala starszych. Co mają oni do roboty w harcerstwie? Jeżeli nie mają zacięcia pedagogicznego, harcerstwo jest im niepotrzebne.
Duży procent młodzieży, która jest albo za mało inteligentna (czy też aktywna), albo zbyt inteligentna na to, by w wieku lat 18-20 już mieć gotowy światopogląd - jest pozbawiona życia organizacyjnego, co przynosi szkodę jej rozwojowi społecznemu (po części intelektualnemu nawet) i wytwarza psychicznie szkodliwy kompleks przymusowego samotnictwa, oderwania od nurtu szerokiej pracy społecznej.
Potrzebna jest organizacja dla młodzieży w wieku, powiedzmy, 16 do dwudziestu kilku [lat] (starsi zaczną się automatycznie wykruszać w miarę włączania się w nurt społeczeństwa poprzez pracę zawodową). Cele: samokształcenie, zespołowa praca intelektualna, dyskusja. Obowiązki nakładane na członka: pewne minimum referatów, opracowań itd. Organizacja tego rodzaju miałaby stać się kuźnią intelektu. Młodzież jest tego spragniona. Typ organizacyjny: klub, z często zmienianymi władzami, o demokratycznym statucie. Statut określałby tylko technikę pracy, dawał podstawowe wskazania, jak na przykład określałby szeroką tolerancję wypowiedzi etc. - i nie pozwalałby przeistoczyć się w jeszcze jedną organizację typu istniejącego.
Organizacja taka mogłaby być miejscem spotkań, "intelektualnym ringiem" dla, powiedzmy, sodalisów z marksistami. [...] ZWM-owiec mógłby oddziaływać na młodzież, która nigdy by nie przyszła do jego świetlicy, do której w inny sposób by nie dotarł - ale jednocześnie stworzyłoby [to] wartościowe utrudnienie: oddziaływanie odbywałoby się pod kontrolą ideologicznych przeciwników, byłoby następnie utrwalone lub niwelowane w dyskusji. Warunki te musiałyby automatycznie podwyższać poziom wystąpień.
Warszawa, 12 czerwca 1947
Parę dni temu widziałem się z Marysią. Byłem wytrącony z równowagi. Przede wszystkim znane w psychologii zjawisko ambiwalentności uczuć. Towarzystwo jej sprawia mi dużą przyjemność: zresztą dotyczy to nie tylko mnie. Wszyscy, którzy ją znają, bardzo ją lubią. Ale jednocześnie - chciałbym jak najszybciej znów być sam. Chciałbym jej okazać, czym jest dla mnie, a jednocześnie chciałbym, żeby tego się nie domyśliła. Bliższa analiza wykazałaby może skomplikowany mechanizm motywów, tworzących te stany - ale czy to nie wszystko jedno?
Przypominają mi się słowa Otella: "Jeśli przestanę, znów przyjdzie chaos"17. Jeśli przestanę, znów przyjdzie chaos... [...]
Prowizoryczny plan na rok następny:
Studia: polonistyka i filozofia. Wymiar godzin: niedaleki minimum. Chodzić będę tylko na niektóre wykłady. Uczyć się według programu: systematycznie, lecz tylko do opanowania minimum.
Praca własna: realizacja planu samokształcenia (po zapoznaniu się z podstawami nauk filozoficznych - podstawy matematyki i nauk przyrodniczych). Zapoznanie się z nauką o literaturze połączone z intensywnym poznawaniem literatury pięknej. Praca zarobkowa. Języki (w domu, sam - pogłębianie niemieckiego. Angielski u metodystów18. Lektorat łaciński). Wystawy, koncerty, teatr, filmy. Stosunki towarzyskie: ograniczyć ich czas do minimum. U większości znajomych nie bywać częściej niż dwa razy w roku. Za to bliższy kontakt z kołami naukowymi (polonistyczne i filozoficzne).
Praca literacka.
Wyniosłoby to: wykłady +/- 15 godzin. Samokształcenie: +/- 5 godzin. Poznawanie literatury: +/- 10 godzin. Praca zarobkowa: +/- 10 godzin. Języki: +/- 10 godzin. Wykłady, koncerty etc.: +/- 6 godzin. [Łącznie] = 56 godzin. 56 : 7 = 8 godzin. Można 10 godzin na pracę literacką.
Muszę prowadzić: a) dziennik lektury (traktować to mogę jako ćwiczenia recenzyjne), b) dziennik filmów, c) dokładne notatki wykładów, d) kartotekę korespondencji.
Warszawa, 22 czerwca 1947
Po tegorocznych egzaminach. Wynik - nieszczególny. Zamiast trzech piątek - dwie czwórki i jedna trójka. Ta ze starocerkiewnosłowiańskiego. Za późno zacząłem się uczyć - to raz. Poza tym materiał raczej pamięciowy niż rozumowany, więc brak mi było jakiejkolwiek podniety intelektualnej. [...]
Muszę stwierdzić, że w Marysi nie zauważyłem ani cienia nienaturalności (a co ważniejsze: ani cienia sentymentalizmu [...]), co sprawia, że jej towarzystwo jest nad wyraz miłe: gdy się śmieje - to dlatego, że coś jej się wydaje zabawne, a gdy mówi "tak" lub "nie" - to na pewno nie inaczej myśli. Jest umiarkowana w zachowaniu się: nie piszczy jak na przykład Zośka, rzadko zadaje głupie pytania jak na przykład Janeczka, nie śmieje się histerycznie jak na przykład Ala, nie stara się mówić tak, by intonacja głosu była pełna znaczenia i wyrazu, jak na przykład Danusia, nie udaje małego dziecka, jak na przykład czasami Henia, nie... No, co prawda, nie ma ludzi bez wad: podobały jej się Zakazane piosenki, organki Duszyńskiego, brzozowy krzyż19 etc. No cóż!
Warszawa, 26 czerwca 1947
[70]
We wspomnieniach
Zaczęły zachodzić pewne przemiany w środowiskach młodzieżowych [...]. Coraz częściej spotykało się tych, którzy nagle doznają jakiegoś olśnienia, zaczynają w to wierzyć, mówić to o konieczności historycznej, to o jedynie postępowym kierunku i tym podobne rzeczy. Bardzo dziwiło, jak można tak lekkomyślnie przechodzić do porządku nad tym, co się dzieje dokoła. Formowanie się postaw ideologicznych odbywało się jakby w oderwaniu od życia. Tego nigdy nie rozumiałem i nie mogłem zrozumieć.
Ja sam byłem bardzo wewnętrznie rozdarty ze względu na to, że z przekonań byłem właściwie socjalistą, w sensie PPS-owskim oczywiście [...]. Natomiast nie miałem potrzeby i chęci związania się z Polską Partią Socjalistyczną, bo z miesiąca na miesiąc coraz mniej wierzyłem w to, że ta partia odegra samodzielną rolę i że będzie sobą - Polską Partią Socjalistyczną. Dosłownie z miesiąca na miesiąc czułem, że to jest mało prawdopodobne. W związku z tym wiele swoich nadziei i sympatii umieszczałem w PSL-u, chociaż PSL też niejednokrotnie nie spełniał moich oczekiwań ze względu na różne niejasności taktyczne, różne meandry, które przechodził. [...]
Co się działo z PSL-em? Po prostu został załatwiony paroma pociągnięciami, z których najważniejsza była seria mikrorozłamów [...] - znajdowano ludzi, którzy byli zdania, że trzeba raczej współpracować z PPR-em i dążyć do zjednoczenia z tym Stronnictwem Ludowym, które szło razem z PPR-em. To bardzo osłabiło PSL. Ale w pewnym momencie zastosowano ostrzejsze środki, było dużo aresztowań [...], mordów skrytobójczych. [...]
Mikołajczyk w pewnym momencie podjął decyzję, że jednak nic tutaj nie zdziała. Nastąpiła ucieczka Mikołajczyka [20 października 1947] i po niej się posypało wszystko. Oficjalnie to się nazywało, że nastąpiło zjednoczenie tych resztek PSL-u ze Stronnictwem Ludowym w Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, ale po ucieczce Mikołajczyka to już właściwie nie było nawet czego z czym jednoczyć, bo PSL-owcy, którzy pozostali - każdy z nich marzył tylko o tym, żeby go nie zauważyli i żeby o nim zapomnieli.
[143]
W statucie studenckiego Klubu Neopickwickistów, którego Jan Józef Lipski był współtwórcą i przewodniczącym
Cel: stworzenie atmosfery, sprzyjającej twórczej pracy intelektualnej wśród młodzieży.
Środkami, przy pomocy których Klub Neopickwickistów chce realizować swoje cele, są:
Zobowiązanie członków do indywidualnej pracy intelektualnej. Organizowanie dyskusji na interesujące młodzież tematy. Organizowanie życia towarzyskiego Neopickwickistów. [...]
1. Członkom i kandydatom na członków stawia się następujące wymagania:
a) Posiadanie określonego zainteresowania i chęć realizowania tych zainteresowań.
b) Członek stara się myśleć.*)
2. Rasa ani światopogląd kandydata w żadnym razie nie mogą mieć wpływu na fakt przyjęcia go do Klubu lub nie. [...]
*) Dla umożliwienia życia towarzyskiego i stworzenia atmosfery prawdziwej współpracy wymaga się również od członka poczucia humoru i uznania, że obok jego zdecydowanych przekonań istnieją inne, a więc, by członek, daleki od indyferentyzmu, nie był fanatykiem.
Warszawa, 26 października 194720
[17]
We wspomnieniach
Zygmunta Lichniaka21 poznałem na moim pierwszym roku studiów [1946/1947] - a jego drugim. Był wtedy w bliskich stosunkach towarzyskich z Zosią Lewinówną22, co ułatwiło zbliżenie. Mniej więcej na drugim roku poznałem go nieco bliżej, gdy razem chodziliśmy na zebrania Koła Polonistów, przygotowujące do zjazdu łódzkiego (temat: liryka dwudziestolecia)23. [...] Polemizowałem z nim wtedy, ponieważ referował Tuwima, dopatrując się jako dominanty jego poezji - witalizmu, rozpędu życiowego itp. Ja na to wyłowiłem wszystkie wiersze z "motywem śmierci". Szczenięce czasy! Ale prawdziwe zbliżenie nastąpiło, gdy na trzecim roku (1948/1949) chodziliśmy razem na dwa seminaria Borowego24: o liryce młodopolskiej [...] i o powieści pozytywistycznej. [...] Najaktywniejszymi uczestnikami byli niewątpliwie: Zygmunt i my dwaj, Marcin25 i ja, z tym że Wilhelmi był aktywniejszy. Jakby przygrywką do tego roku był zjazd łódzki, który zbliżył nas wszystkich towarzysko, pozawiązywały się wtedy przyjaźnie [...]. Nasza grupka była wtedy pod kolosalnym urokiem pozytywizmu - ja znałem wtedy kierunek tylko z artykułów w "Myśli Współczesnej"26, Marcin dobierał się głębiej, czytając po angielsku "klasyków" kierunku. Zygmunt stał na gruncie katolickim, do którego dołączał program "odrębności" humanistyki (przeciwko naszemu hasłu jedności nauki i formalizacji języka humanistyki) i jej ideowych funkcji. [...] Dyskusje bywały ciekawe. Po seminariach chodziliśmy gromadnie na kawę do "Hadesu"27, by kontynuować dyskusję. [...]
Gdy skończyły się wspólne seminaria, przyjaźń - bo to zaczynało być już bliskie tego - rozwiała się. Wkładałem trochę wysiłku, by to podtrzymywać - ale bezskutecznie. Parę razy spotkałem się potem z Zygmuntem, parę razy zachodziłem do "Dziś i Jutro"28. Raz nawet byliśmy tam z Marcinem. Atakowaliśmy linię "D. i J." - Zygmunt odpowiadał, że nie wiemy wszystkiego i tym podobne dyrdymałki.
[72]
Jak doszło w swoim czasie do mego debiutu w "Nowinach Literackich"29 i jak układała się moja współpraca z nimi? Już od pewnego czasu miałem zamiar pójść do jakiejś redakcji z jakąś swoją recenzją. Gdy więc wróciłem razu pewnego do domu po generalnej próbie Pan inspektor przyszedł [Johna Boyntona] Priestleya w Teatrze Polskim (członkowie Koła Polonistów30 mieli wtedy wstęp na próby generalne), napisałem w nocy recenzję [...] i pojechałem z nią nazajutrz do Kazia Koźniewskiego, jako jedynego znanego mi literata - do jego mieszkania na Grottgera, w którym częściej bywałem w roku 1946, gdy byłem jeszcze w harcerstwie. Kazio poradził mi pójść z recenzją do "Nurtu", którego pierwszy i przedostatni zarazem numer pojawił się niedawno31. Nie udało mi się wtedy poznać Bratnego32, sekretarza redakcji, któremu zostawiłem recenzję. Zwrócono mi ją wkrótce - gdyż trzeci numer miał już nie wyjść. Kazio powiedział wtedy, że jeśli napiszę recenzję z książki - co łatwiej umieścić w prasie niż recenzję teatralną - to postara mi się pomóc. Właśnie wyszło Piórkiem flaminga Żukrowskiego33. Recenzję napisałem i zaniosłem ją Kaziowi. [...] Kazio zaniósł to do "Nowin" i polecił mi porozumieć się z Bartelskim34. Poszedłem. Bartelski przedstawił mnie Iwaszkiewiczowi. Ten miał zamiar sam recenzować książkę - ale gotów był na dwugłos (wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak by taki debiut był przyjęty i jakie komentarze by wywołał35). Nie doszło do tego, bo Iwaszkiewicz pojechał do Kopenhagi36, potem do Paryża i recenzji nie napisał. W ten sposób i moja stawała się nieaktualna. Znajomość z Iwaszkiewiczem na tym się skończyła. [...]
W "Nowinach" komunikowałem się głównie z Bartelskim. [...] Nie doznałem od niego żadnych przykrości, zawsze był uprzejmy i życzliwy. Z nim omawiałem recenzje, które były tam drukowane (z Zająca i Godów życia Dygasińskiego, z Jermoły Kraszewskiego37). [...] Gdy "Nowiny" umarksistawiano - złożyłem wtedy zamówioną w redakcji recenzję z Dafnisa i Chloe Longosa-Parandowskiego38. Tytuł - bojowy: O prawo do wczasów i ośmiogodzinny dzień pracy. Sens recenzji - antyprodukcyjniakowy. Csató39 i Bartelski tłumaczyli, że może by i drukowali - ale miesiąc wcześniej. Teraz, gdy na pierwszej kolumnie idzie wstępniak Heleny Usijewicz40 Estetyka leninowska czy coś w tym guście - nie mogą na piątej stronie drukować czegoś takiego. Zaczęła się właściwie akcja likwidacji "Nowin". Szczególnie ciężko przeszedł ją Csató. Bity za linię redakcyjną "Nowin" (za którą większą ponosił odpowiedzialność niż Iwaszkiewicz) i za linię wydawniczą "Wiedzy" - o mało nie wyleciał z PPS-u, oczyszczającego szeregi przed zjednoczeniem. Odczuwał to, co się dzieje, jako klęskę nie tylko osobistą. Między innymi powiedział do mnie i do Bartelskiego (mnie przecież nie znał Bogiem a prawdą! - tyle, co z kilku spotkań w redakcji): "Finis Poloniae!" - a propos linii, na którą wkraczaliśmy.
Wkrótce potem, po okresie, gdy przez pewien czas nie zachodziłem do redakcji, Jurek Ficowski41 powiedział mi, bodajże w "Hadesie": "Wiesz, to ostatni numer "Nowin"".
Szkoda, bo pismo, eklektyczne i letnie - było mimo wszystko pozytywnym czynnikiem kulturalnym. Ale dlatego właśnie je zamknięto. [...]
Poszedłem wtedy do "Odrodzenia".
[72]
Jeśli chodzi o organizacje młodzieżowe, które istniały na uniwersytecie - trzymałem się z daleka od ZWM-u. W tym okresie ZWM-owców na uniwersytecie było zresztą w ogóle niewielu i nic mnie tam nie ciągnęło. Z daleka się trzymałem też od organizacji ludowych, od jakichś "Wici" i tym podobnych. Czułem pewną sympatię do nich, ale to nie było nic angażującego ze względu na moje poglądy, przekonania. [...] Byłem dosyć blisko Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, ale gdy koledzy proponowali mi wstąpienie, zdecydowanie odmówiłem, tłumacząc: "Wydaje mi się, że wy już niedługo tutaj będziecie działać jako coś niezależnego od ruchu komunistycznego, a to mi nie odpowiada". Ale ciągle miałem nadzieję, że może będzie inaczej. [...] Wreszcie przyszło zjednoczenie organizacji młodzieżowych42. Co jeden człowiek jest w stanie zrobić w rozmowach z kolegami z ZNMS-u czy z TUR-u, powiadając im: "Przeciwstawiajcie się zjednoczeniu, to już jest koniec całej wielkiej tradycji, całego nastawienia niepodległościowego i prawdziwie socjalistycznego"? A przez prawdziwie socjalistyczny mam na myśli to, że zawsze wiedziałem, że socjalizmu od demokracji nie da się oddzielić [...]. Powstaje wtedy coś, co socjalizmem nie jest. Kiedy doszło już do zjednoczenia, te procesy zaczęły wśród młodzieży niestety bardzo gwałtownie przyspieszać. I coraz trudniej mi było znaleźć takich, z którymi miałem wspólny język.
[143]
WIRUS (1948-1954)
We wspomnieniach
Kiedy zaczynają się czasy stalinowskie? [...] W życiu kulturalnym [...] - po Zjeździe Szczecińskim1 [...]. Oczywiście, to działo się na różnych płaszczyznach - był cykl, który zapoczątkowało zjednoczenie partii2. [...] Terror, donosicielstwo, różne typy inwigilacji ludzi, którzy się chociażby przez chwilę wydali podejrzani, wielka aktywność służb bezpieczeństwa, coraz bardziej ponury obraz w kulturze. A z punktu widzenia, który ja miałem, to znaczy uniwersytetu, na którym ciągle byłem przecież studentem - galopujące przemiany, które zachodziły wśród bardzo wielu ludzi mojego pokolenia. Rzecz była zawiła i skomplikowana. Bo tych czerwonych krawatów było bardzo wiele, ale nie było tak, żeby były wyłącznie one. Duży procent ludzi o postawach aktywnych, i to aktywnych w różny sposób - między innymi można mówić o aktywności intelektualnej - nagle został ogarnięty nową wiarą i to z jakimś niezwykłym natężeniem emocjonalnym.
W tej sytuacji, kiedy tym ludziom patrzył obłęd z oczu, [...] miało się świadomość, że w tym obłędzie gotowi są zrobić coś, czego dwa lata wcześniej by nie zrobili, [...] gotowi są na najgorsze rzeczy, mogą na człowieka donieść. Pytanie: prawdziwie czy kłamliwie? Oni może nawet uczciwie wyobrażali sobie, że nie kłamią, tylko mając już to paranoiczne widzenie rzeczywistości, w ten sposób mogli donieść, że człowiek przez wiele lat nie wyszedłby z mamra, a w najlepszym razie wyleciałby z uniwersytetu. Ta świadomość była paraliżująca.
[...] Ludzie, którzy tym amokiem nie zostali ogarnięci [...] - to na ogół wcale nie była elita intelektualna ówczesnego uniwersytetu. Co jeszcze pogarszało sytuację - człowiek ma naturalną skłonność, żeby wymieniać poglądy z ludźmi o jakiejś szczególnej aktywności intelektualnej, a wśród tych, którzy wyglądali najniebezpieczniej i mieli największy żar w oczach, było dużo ludzi o zupełnie dobrym poziomie umysłowym [...]. A jednocześnie była obawa przed nimi, w jakim stopniu można mówić to, co się myśli. Jednym słowem, sytuacja z każdego punktu widzenia - między innymi moralnego - bardzo trudna do zniesienia.
To obejmowało coraz więcej ludzi i coraz głębiej ich przeżerało. Byli wśród nich tacy, o których była opinia: on nie donosi. I to było niezwykle cenione wśród ludzi, którzy się w to nie zaangażowali. To słaby komplement - powiedzieć o kimś, że nie donosi - ale była to rzecz wystarczająca, by kogoś bardzo wysoko ocenić. Też pytanie, co to znaczy: nie donosi - jeżeli wchodzi na trybunę i publicznie, nie anonimowo, nie kryjąc się po kątach, nie pisząc donosów do bezpieki, mówi, co myśli o którymś ze swoich kolegów - co może się skończyć w lepszym razie usunięciem z uniwersytetu - to czy można go na pewno ocenić jako tego, który nie donosi? [...]
Towarzyszył temu terror. [...] Jak zwykle, człowiek lepiej poinformowany nie wierzy gorzej poinformowanym i uważa, że oni po prostu kłamią, mówiąc, że nie wiedzą. Ale ja należę do tych, którzy zawsze powiadają: "Na miły Bóg, dlaczego ja wszystko wiedziałem?". Nie to, że akurat Iksińskiego 23 marca skatowali tak, że mu nerkę odbili. To nie o to chodzi. Ale wiedziałem, że Iksińskim w różne dni marca, kwietnia, maja odbijają nerki. I dlaczego ja to mogłem wiedzieć, a inni tego nie wiedzieli? Próbowali, może bardzo nad tym pracowali, żeby nie wiedzieć. W takim wewnętrznym odczuciu [...] jest to poczucie jakiejś ciemnej nocy. Takiej, w której trochę widać cienie przechodzących ludzi i w każdym momencie można zostać schwyconym przez wariata za gardło i uduszonym, uderzonym czymś ciężkim. I to wcale nie dlatego, że chce mi zabrać portfel, tylko dlatego, że jest szalony.
[143]
Nagle zaczyna się szerzyć coś, co ja odbierałem wówczas [...] jako amok czy zbiorową chorobę psychiczną. Jakby jakiś wirus zaczął się rozszerzać. Ogromnie emocjonalne zaangażowanie, połączone z objawami bardzo dużego przekonania. Postawa fideistyczna, która głęboko ogarniała środowisko i poszczególnych ludzi.
[...] Mam takiego przyjaciela [...]. Jest to człowiek spoza naszego środowiska, o dużym kalibrze intelektualnym, dużej jednocześnie intuicji moralnej, co do której zawsze byłem przekonany głęboko: że jest to ktoś, na którego nie tylko postawie, ale i intuicji można w tej dziedzinie polegać. Niejednokrotnie radziłem się go w różnych sprawach życiowych. Otóż on, ze Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, po zjednoczeniu znalazł się w Związku Młodzieży Polskiej. I po bardzo krótkim czasie zauważyłem, że coś się z nim dzieje niedobrego, że ta choroba, którą zacząłem obserwować, ten tajemniczy wirus, który powoduje u ludzi amok ideowo-moralny, jego też zaczyna ogarniać, na co patrzyłem z przerażeniem i zresztą zdziwieniem. Pewnego razu doszło między nami do dziwnej rozmowy. Mianowicie próbowałem argumentować, polemizować z nim, hamować go w tym jego ruchu ku nowej postawie. W czasie takiej rozmowy, w sposób całkiem naturalny, powiedziałem między innymi słowo "Katyń" i usłyszałem rzecz, która mnie zaszokowała. Jurek nie powiedział, że Katyń zrobili Niemcy, co byłoby najprostsze. Powiedział: "Przecież ja nie mam wątpliwości, kto zrobił Katyń. Oczywiście, że nie żadni hitlerowcy. Ale słuchaj, powiedz mi, co można było zrobić z tymi kilkunastoma tysiącami ludzi, z których ogromna większość była i byłaby nadal w przyszłości wroga wobec tego ustroju, tej idei, tego, co trzeba było kiedyś i w Polsce budować, co z nimi można było więcej zrobić? To była przeszkoda, którą trzeba było usunąć". Tego się nie spodziewałem. [...] Niemalże mnie sparaliżowało i nastąpił moment, w którym mógłbym uwierzyć w istnienie Ducha Świętego, bo poczułem, że jedyny sposób, w jaki mogę zareagować, to powiedzieć z jak największym napięciem emocjonalnym, na które mnie będzie stać, właściwie tylko to jedno: "Jurku, to tak można, ludziom związanym drutem kolczastym, po kolei strzelać w tył głowy, bezbronnym ludziom - to tak można?!". Jurek wtedy zbladł i powiedział: "Nie, nie można". Ja sobie wtedy pomyślałem: jeszcze z nim nie jest tak źle. [...] Był to dla mnie skrajny przypadek, przykład tego, co się dzieje z ludźmi, których ten amok ogarnia. A to, że on powiedział, że nie można, wcale nie powodowało, że ja byłem pewny, że mi za miesiąc nie powie, że jednak można. To było dla mnie coś niezrozumiałego i przerażającego.
[...] Literatura mi trochę pomogła. W moim życiu duchowym w tym okresie kolosalną rolę odegrał Traktat moralny3 Miłosza. Był wydrukowany w "Twórczości" dosyć wcześnie, w 1948 roku4. To był akurat moment, w którym taka rzecz powinna być napisana i wydrukowana. W chwilę później już nie można by było z tym się zapoznać. Traktat moralny zrobił na mnie duże wrażenie, nauczyłem się go na pamięć, a ja się łatwo wierszy nie uczę, mam właśnie taki typ pamięci. Muszę powiedzieć, że mi to służyło, pomagało i stanowiło punkt, wokół którego można było dużo dobudowywać, w sensie barykady obronnej wobec tego, co zewsząd naciera. [...]
Kiedy jeszcze toczył się spór na uniwersytetach, na seminariach, zarówno polonistycznych, jak i filozoficznych, kiedy jeszcze nie były to monologi, lecz spory i dialogi - znalazłem się w grupie ludzi, z którymi jakoś wspólnie rozwijaliśmy się intelektualnie. I to był okres naszego wielkiego zafascynowania Wiener Kreisem5, Carnapem, a jeszcze bardziej Popperem, ze względu na to, że Popper to nie tylko logika i semantyka, ale jeszcze i pewna myśl społeczna6. Tak się złożyło, że o ile na wszystkich uniwersytetach Polski, a nawet przeważnie na Uniwersytecie Warszawskim, spór i kłótnia toczyły się wówczas między katolikami a marksistami, to wobec naszej grupy dochodził trzeci czynnik, a nawet powiedziałbym, że umieliśmy niejednokrotnie do tego stopnia zdominować sytuację, że był to spór między neopozytywistami w typie Wiener Kreisu a marksistami. [...] Ten minimalizm poznawczy neopozytywizmu powodował, że człowiek jako na wariactwo i szaleństwo patrzył na te różne niezwykłe wygibasy dialektyki marksistowskiej, na te paranoiczne czy schizofreniczne koncepcje [...]. Neopozytywizm był bardzo dobrą odtrutką na ten bałagan w głowie, który tak bardzo ułatwiał ludziom przyjmowanie także innych wariactw i szaleństw, już nie tylko logicznych.
[169]
Likwidacja PPS-u pod nazwą zjednoczenia [z PPR] - tego się trochę nie spodziewałem. Bałem się tego, podejrzewałem, że w tym kierunku to zmierza, że oni są coraz bardziej zdominowani, ale wyobrażałem sobie, że przynajmniej znaczna większość członków Polskiej Partii Socjalistycznej nie znajdzie się w tej partii, która powstanie. Tymczasem to wszystko okazało się nieprawdą, chociaż jeszcze w tym momencie stan sterroryzowania społeczeństwa nie był taki, jaki był już po bardzo niewielu latach. Nie można powiedzieć, że wcale tego terroru nie odczuwano, przeciwnie; ale jednak to jeszcze nie było to jądro ciemności [...].
Ze Zjazdu Zjednoczeniowego zapamiętałem tylko jedną rzecz - ogromną ilość koloru czerwonego, wszędzie. Ze względu na swoje poglądy miałem do czerwonego sztandaru pewną sympatię, tego czerwonego sztandaru, który "płynie ponad trony, niesie on zemsty grom, ludu gniew"7. Ale wtedy byłem zupełnie chory, uczulony na tę czerwień. Dosłownie fizycznie źle się czułem. To były bardzo emocjonalne, prawie fizjologiczne reakcje, ale jednocześnie za daleko byłem od wszelkich miejsc, w których się cokolwiek działo, bym to przeżywał jeszcze w jakichś innych wymiarach. Miałem to poczucie, które ułatwia i utrudnia zarazem - mianowicie, że nie mam nic do zrobienia i nic tutaj ode mnie nie zależy. [...]
Przyszło mocne uderzenie w środowiska akowskie. AK-owców było za dużo, żeby ich wszystkich zaaresztować, ja byłem zaledwie szeregowym, byłem gdzieś tam w tej kartotece [...], ale jako kto? Człowiek bez znaczenia.
[...] Po tym, jak postanowiłem z przyjaciółmi, że do konspiracji już nie wejdziemy i nie będziemy robili żadnych przygotowań do przyszłej walki zbrojnej ani nawet nie podejmiemy konspiracji politycznej i że będziemy robić coś innego, był moment zawahania, czy dobrze zdecydowaliśmy - i poważnie rozważaliśmy, chociaż było już za późno, żeby po prostu znaleźć się jeszcze w oddziałach leśnych. [...]
Nastąpiły aresztowania między innymi w kręgu żołnierzy Kedywu oraz różnych komórek wywiadu operacyjnego Armii Krajowej. Aresztowano tych, którzy na przykład rozpoznawali tryb życia gestapowca, którego się za tydzień miało zastrzelić. [...] Kiedy nastąpiła duża fala aresztowań, dochodziły wieści o okropnych rzeczach, które się w związku z tym dzieją. Nagle się okazało, że Janek Rodowicz8 nie żyje. Rodzina otrzymała informację, że popełnił samobójstwo, wyskakując przez okno na Koszykowej9. [...] Janek Rodowicz, człowiek niezwykle gorąco wierzący, ale w sposób zupełnie nieostentacyjny. To ten rodzaj wiary, który jest u człowieka spojony tak nierozerwalnie z jego osobowością. Prawdopodobnie tacy ludzie nie mają potrzeby pokazywania tego, ale wszyscy przyjaciele wiedzieli, że Janek taki właśnie jest. Jankowi mogły się zdarzyć różne rzeczy z wyjątkiem tego, by wbrew swojej wierze popełnił samobójstwo, chyba że już nie wiedział, co robi, chyba że był doprowadzony do takiego stanu, w którym człowiek [...] jest już zupełnie nieodpowiedzialny za to, co czyni. Nawet przy takim założeniu samobójstwo było mało prawdopodobne.
Nie chciano wydać ciała rodzinie. Ojciec Janka, profesor politechniki, znalazł jakieś dojścia do [I sekretarza KC PZPR Bolesława] Bieruta, w rezultacie ciało wydano. Potem była sprawa potajemnego otwarcia trumny za pomocą jakiegoś wykołowania ubeków, którzy tej sprawy pilnowali. Z dosyć pobieżnych oględzin co prawda, ale nie ulegało wątpliwości, że Janek umarł nie na skutek tego, że wyskoczył przez okno, ani tego, że go wyrzucono przez okno. Miał po prostu takie obrażenia jamy brzusznej, że żyć już nie mógł. I myśmy wtedy sobie myśleli, że właściwie lepiej zginąć gdzieś w lesie niż w ten sposób jak Janek.
[...] Do niczego nie doszło. Przyczyn było bardzo wiele. [...] Był to już czas, w którym nawet kontakt z oddziałami leśnymi to była rzecz więcej niż trudna. [...] W gruncie rzeczy nikt z nas się nie palił do tego, mimo że był przekonany, że taka śmierć to jest w gruncie rzeczy lepsza droga. [...] To oznaczało, że to już zupełnie nowy czas, że nie ma żadnych nadziei i że tutaj mogą się dziać tylko rzeczy okropne. [...]
Sytuacja polityczna [...] była niezwykle skomplikowana i bardzo niejednoznaczna. Z jednej strony wszyscy wiedzieliśmy, że w więzieniach bezpieki, w aresztach śledczych trzyma się ogromną liczbę ludzi, męczy się ich, torturuje, często zabija; to była dosyć powszechna świadomość. Ale z drugiej strony zapał, z jakim ludzie przystępowali do odbudowy kraju, był tak niezwykły i rzeczywiście zupełnie autentyczny - nie było w tym nic udawanego. I te dwie rzeczy ze sobą współżyły - ta świadomość sytuacji i ten entuzjazm. [...]
Pamiętam tę nędzę, która wbrew naszym oczekiwaniom powiększała się, a nie zmniejszała. Przypominam sobie moich kolegów na studiach, którzy niejednokrotnie po prostu głodowali. Pamiętam te przeraźliwe "ogonki". Pamiętam taki "ogonek" po mydło, który się ciągnął dokładnie przez dwa narożniki ulic. [...] To było deprymujące - przestawało się wierzyć, że będzie kiedyś inaczej. [...]
Mimo że gołym okiem każdy człowiek z ulicy widział, że jest coraz gorzej, [...] ten mechanizm wciągał coraz więcej ludzi. Oni zaczynali jakoś wierzyć, częściowo wierzyć. Z jednej strony było dla nich oczywiste: Polska się buduje, powstają nowe fabryki i te kłopoty, ta nędza, którą mamy dookoła siebie - to są wszystko przejściowe trudności i tym możemy się specjalnie nie przejmować. A jednocześnie, szczególnie w środowiskach inteligenckich, przed młodzieżą otwierały się dwie perspektywy - albo perspektywa kariery, albo perspektywa wyrzucenia na śmietnik. [...]
Warstwą najbardziej wówczas uciskaną byli z całą pewnością chłopi. Liczba [nałożonych] świadczeń na rzecz państwa [...] przekraczała możliwość ich gospodarstw: przymusowe dostawy, wygórowane podatki, a jednocześnie pokazywano im [...], że utracą ziemię i zostaną kołchoźnikami. Chłop tego nienawidzi i broni się przed tym, jak tylko może. Jednocześnie wieś wyludniała się, gdyż rozbudowujący się przemysł nie tylko wciągał młodzież, ale równocześnie w prasie, w radiu tworzono taką atmosferę, że zostać na wsi to głupota. I chłopi nienawidzili tego ustroju ponad wszelkie wyobrażenie. Miałem możność to obserwować, gdyż część mojej rodziny jest chłopska.
Właściwie całe społeczeństwo miało poczucie pełnej, zupełnej zależności od Związku Radzieckiego. Tylko część partyjna czy ludzie podobnych poglądów to akceptowali. [...] Zależność ta była widoczna na każdym kroku. Strukturę wszelkich jednostek administracyjnych, wszelkich organizacji społecznych upodabniano do tego, co jest w Związku Sowieckim. Że nie mamy własnej polityki zagranicznej, to oczywiście każdy wiedział. Ale jednocześnie propaganda w pewnym momencie ogarnęła całą prasę i nawet transparenty na co trzeciej ulicy, co doprowadzało niektórych po prostu do szału. [...] Prawie do każdego zdania trzeba było dodać "ze Związkiem Radzieckim na czele". To jest psychicznie nie do wytrzymania. Bardziej odporni wpadali w szał wściekłości. Mniej odporni przyjmowali to jako naturalną część języka.
Wszystkie niemal struktury władzy zaczęły się upodabniać i były upodabniane na siłę do struktur Związku Sowieckiego; nie tylko struktury władzy - wszelkie instytucje życia publicznego. Głównym tego symbolem był marszałek Rokossowski10, który z dnia na dzień z marszałka Związku Sowieckiego stał się marszałkiem Polski. [...] W Ministerstwie Bezpieczeństwa każde istotne stanowisko było dublowane przez tak zwanego doradcę ze Związku Sowieckiego, który miał więcej do powiedzenia niż urzędnik, którego on dublował. Tyczyło się to zresztą również właściwie każdego ministerstwa, tylko na odpowiednio wysokich szczeblach zarządzania.
[143]
Stroniłem od marksistowskiej awangardy i świadomie, i instynktownie. To zresztą nie chodziło dokładnie o marksizm, lecz w ogóle o propozycję przyjęcia za swój całego świata pojęć, wartości, instytucji, stylu życia i myślenia, ba, czucia, a i praktyk politycznych - do których czułem obcość. Owszem, do marksizmu pociągała ciekawość, potrzeba intelektualnej przygody. Pamiętam nawet, że próbowałem w kategoriach dialektyki tłumaczyć zjawisko transcentracji wersyfikacyjnej (głoska jest akcentowana i jednocześnie nie jest, zgodnie z regułą zaprzeczenia zasadzie wyłączonego środka). Dość szybko jednak zaczęło mnie i moich ówczesnych przyjaciół to śmieszyć. "To" - w sensie szerszym, fundamentalnym, światopoglądowym.
[148]
Zjazd warszawski [polonistów 8 grudnia 1949], na którym wystąpiliśmy (Wilhelmi, Stradecki11, Zarzecki12 i ja) z referatem Psychologizm w prozie dwudziestolecia13 [...] - poprzedzony był całoroczną pracą naszego zespołu. W późniejszej fazie współpracowała dość luźno z nami Mirka14, wcześniej Jurek Kądziela15. [...] Ponieważ chcieliśmy dotrzeć do materiałów statystycznych bibliotekarskich i wydawniczych, przeprowadzić analizę głosów krytyki na podstawie socjologicznej analizy pism, w których były drukowane itd. - więc zamierzaliśmy stworzyć coś w rodzaju instytutu badawczego i uważaliśmy w związku z tym, że nie szkodzi rozszerzanie zespołu.
Wkrótce jednak, zapewne nie bez wpływu Janusza Stradeckiego, zupełnie niezorientowanego w problematyce socjologii, a wówczas fanatycznego wielbiciela formalizmu wileńskiego czy raczej wileńsko-warszawskiego (do czeskich i rosyjskich źródeł nie docierał), zdecydowaliśmy się na analizę immanentną (trudno ją nazwać formalną), z tą myślą, że może ona być punktem wyjścia dla późniejszych badań socjologicznych [...].
Jeśli wolno mi być szczerym - na zjeździe były trzy referaty na poziomie: Markiewicza16, A. Wasilewskiego17 [...] - i nasz. Referat Markiewicza podobał nam się: to była, prawdę mówiąc, pierwsza (i jedna z niewielu w ogóle) praca marksistowska, z którą trzeba się było liczyć. Sami marksiści przyjęli ją z entuzjazmem. Kott18 wycałował Markiewicza z dubeltówki etc. Nasz referat szedł w punkcie newralgicznym programu: drugiego dnia przed południem: ludzie niezmęczeni [...]. Jeśli chodzi o liczące się gremium - dopisało. Marksiści i nie tylko marksiści - atakowali. Pamiętam, że mówił Drewnowski19 "z tych pozycji". Dużo mówił Wyka20 (między innymi zarzucając nieuwzględnienie Adama Grywałda [Tadeusza] Brezy), bardzo dowcipnie atakował nas Borowy (który z werwą i humorem wyliczył "izmy", których można się dopatrzeć w naszej pracy, ujął to parodystycznie), wreszcie Leszek Budrecki21 (za niekonsekwencję w stosunku do założeń, to była najciekawsza wypowiedź). Wtedy dopiero poznaliśmy Leszka Budreckiego - a przez niego Witka Jedlickiego22. Leszek odegrał notabene dużą rolę w scynizowaniu23 nas w tym okresie24, w "przejściu" naszym na pozycje marksistowskie, co wyraziło się między innymi drukiem artykułu w "Twórczości"... z odwołaniem jego treści, jednocześnie!, w przypisie25. [...] Wilhelmi, który przeżywał wtedy swój najlepszy okres, był [...] duszą zespołu, wykonywał największą pracę koncepcyjną i dawał wszystkiemu kierunek. [...] Był główną siłą polemiczną naszej grupy, ja na drugim planie - i tak występowaliśmy najpierw na zjeździe, potem na seminariach Żółkiewskiego26 [...]. Do ciekawszych imprez należał też trzyczęściowy referat o polskim surrealizmie (Schulz - Flaszen27; Witkacy - Puzyna28; Gombrowicz - Błoński29). Było to poniżej możliwości intelektualnych tych trzech zdolnych i inteligentnych krytyków. Powodem tego było między innymi, że już wtedy zdecydowali się na marksizm, który tu w swej ówczesnej postaci nic nie miał do powiedzenia. [...] Nasz referat odczytał - świetnie! - Oskar Chomicki30. Sam Borowy, tak wymagający, winszował mu świetnego odczytania.
Warszawa, 8 grudnia 1949
[85]
Znalazłem się w pewnym kręgu towarzyskim, który był oporny na to, co szalało dookoła. A takie oparcie w trudnych momentach jest rzeczą niezwykle ważną, żeby się jakoś nie załamać, nie poddać procesom samoobronnego konformizmu. To nie znaczy, że my byliśmy tak absolutnie czyści, że nie było najmniejszego objawu konformizowania, ale byłoby zupełnie inaczej, gdyby nie to, że znaleźliśmy się w jakiejś grupce, a ta grupka, to poza Wilhelmim: Witold Jedlicki, Lech Budrecki, Janusz Szpotański31; było też parę osób z kręgu polonistycznego, jak Janusz Stradecki, Krzysztof Zarzecki, Mirka Puchalska, był też taki biolog, ale bardzo wykształcony filozoficznie i wówczas zdecydowany neopozytywista, Bohdan Matuszewski. W tym kręgu wzajemnie się wspieraliśmy, urządzając od czasu do czasu przy alkoholu coś w rodzaju czarnych mszy antystalinowskich, głęboko przekonani, że my jedni jedyni w całym kraju ogarniętym szaleństwem i głupotą jesteśmy mądrzy i rozumni. [...] Przede wszystkim był strach z wychodzeniem poza tę wąską grupę, bo to mogło się po prostu źle skończyć. Nawet te spotkania od czasu do czasu - właściwie był to typ konspiracji. Konspiracji, która nie próbowała żadnej roboty politycznej, była wyłącznie konspiracją towarzysko-intelektualną, ale musiała być konspiracją w owych warunkach. To była wielka rzecz, że udało mi się znaleźć takie środowisko.
[169]
Bardzo często sam lęk przed zostaniem samemu wykolejał w owym czasie ludzi. I to była w moim życiu niezwykle ważna rzecz, że miałem taką "wyspę", niewidoczną dla cudzych oczu, na której można się było schronić.
[143]
Jak przebiegały moje stosunki z "Odrodzeniem"? Do redakcji poszedłem, gdy dział recenzji (czy też raczej cały dział literacki?) prowadził Sandauer32. Był to rok 1949 - chyba jesień. Wziąłem ze sobą recenzję z Żukrowskiego Piórkiem flaminga (wyszło akurat drugie wydanie), niedrukowaną w "Nowinach Literackich". [...] Sandauer jej nie puścił - nie bardzo rozumiem dlaczego. Poznał zresztą od razu, że pisane to było w duchu Spitzera33 (znanego mi zresztą z drugiej ręki), w zgodzie z tezą: "Styl zdradza autora". Ostatecznie sam posługiwał się tą metodą... Może dlatego nie puścił? Pisałem potem dla "Odrodzenia" różne drobiazgi (na przykład recenzję z Brühla Kraszewskiego [...], dalej recenzję z Godziny policyjnej Waldorffa - tu naraziłem się Sandauerowi pointą, skreśloną ostatecznie: "Temat okupacyjny wciąż jeszcze czeka na swego autora". Było to zdanie idiotyczne: Adolf Rudnicki już dawno napisał na ten temat, co miał do napisania34! Ale Sandauer poczuł się dotknięty raczej jako autor Śmierci liberała35).
Warszawa, 1949
[82]
W tygodniku "Odrodzenie"
Dopóki istnieją ludzie pragnący wskrzesić okropności wojny, dopóty nie mamy prawa zapomnieć lekcji udzielonej nam przez historię w latach 1939-45. Zanotowanie i wytłumaczenie najważniejszych i typowych wydarzeń ówczesnych jest wciąż jednym z naczelnych obowiązków pisarzy. Nieraz jeszcze będziemy musieli czytać o obozach, konspiracji i gettach. Literatura powojenna, bogata na tym odcinku w poważne osiągnięcia artystyczne, tematu nie wyczerpała. Rudnicki, Borowski i inni utrwalili niektóre tylko problemy: pozostałe czekają na autorów.
Warszawa, 11 grudnia 1949
[132]
We wspomnieniach
Sandauer dużo kreślił, poprawiał, męczył. Był przesadnie purystyczny. Być może jest to dobra szkoła - ale lepiej mi robiło "puszczanie na wodę" przez wyrozumiałego Bratnego.
Bratny przyszedł po Sandauerze i siedział w redakcji do końca "Odrodzenia". Żałuję, że tak mało wtedy pisałem: Bratny chętnie drukował wszystko prawie, co mu przynosiłem, prawie nie interweniując w teksty recenzji. Ostatnią moją recenzją w "Odrodzeniu" był duży artykuł o Troi mieście otwartym Brandysa pod tytułem Wędrówki Eneasza. Recenzji tej winszował mi Sandauer, gdy spotkałem go kiedyś w filharmonii. Chyba nie była bardzo dobra. Sandauerowi podobała się zapewne konkretność analizy sztampy w pamiętniku Szarleja - i tytuły. Tymczasem tytuł recenzji należał do Wilhelmiego, nie do mnie: trzeba przyznać, że efektowny!
[82]
W recenzji książki Troja miasto otwarte Kazimierza Brandysa o postaci jej bohatera Juliana Szarleja
Julian Szarlej ma już kilkanaście powieściowych, nowelistycznych i poetyckich monografii, gdyż dziwnym trafem nasza powojenna literatura wyspecjalizowała się głównie w opisywaniu, werbalizowaniu, ba, nawet demaskowaniu rodzimych hamletów, zostawiając na uboczu inne, mniej, jak widać, interesujące problemy. Krytyka stworzyła nawet termin do nazwania tego bujnie się rozwijającego rodzaju tematycznego: "rozrachunki inteligenckie". [...]
Centralnym węzłem ideologicznym powieści jest konfrontacja dramatów Juliana Szarleja i Marcina Wawrzeckiego. Wawrzecki tworzy sztukę o rewolucji społecznej, ukrytą przed czujnym okiem sanacyjnej cenzury pod kryptonimem klasycznego dramatu. W oblężonej Troi szerzy się bunt niewolników. Niewiele więcej wiadomo zresztą o tym utworze.
Tej Troi przeciwstawia Szarlej własną Troję, miasto otwarte [...]. Szarlej buduje w ten sposób artystyczne uzasadnienie swojej postawy, postawy integralnej apolityczności. [...]
Szarlej spóźnił się z tą ideologią pesymistycznego pacyfizmu przynajmniej o dwadzieścia lat. Ekspresjonistyczny protest przeciwko wojnie, chociaż błędny od podstaw, wyrosły z przesiąkniętych mistycyzmem koncepcji zawsze takiego samego, we wszystkich epokach, krajach i klasach człowieka, chociaż niedający żadnych nadziei, bo oparty na fatalistycznej wierze w wieczność i niezmienność natury ludzkiej - mógł jednak odgrywać w okresie I wojny światowej jakąś pozytywną, choć bardzo ograniczoną rolę. W okresie II wojny światowej był tylko anachronizmem, śmiesznym w uzasadnieniach, groźnym w skutkach. W epoce, w której linie frontów są coraz widoczniej liniami nieurojonych podziałów ideologicznych - konfrontacja takiego pacyfizmu z życiem musiała mieć tragiczny wynik. Juliana Szarleja spotkała klęska.
Warszawa, 26 marca 1950
[157]
We wspomnieniach
W 1950 roku różne przemiany posunęły się tak daleko, że od tego czasu mieliśmy do czynienia z pełnym, prawdziwym stalinizmem. [...] Miałem coraz silniejsze poczucie, że dla mnie tutaj właściwie miejsca nie ma. Tym bardziej że i na uniwersytecie atmosfera się zmieniała. W pewnym momencie skończyły się dyskusje. Zaczęto represjonować naszych starych profesorów.
Na polonistyce był profesor Borowy, z którym się bardzo nie zgadzałem metodologicznie w poglądach na to, czym jest historia literatury. Kłóciliśmy się z profesorem na seminariach, bo należał do ludzi, z którymi można się było pokłócić zupełnie prawdziwie, autentycznie - nie uważał, że student nie może z nim podyskutować, jeżeli ma w ogóle cokolwiek do powiedzenia. I nagle się okazało, że profesor Borowy przestaje być profesorem uniwersytetu i to w warunkach niezwykle drastycznych, jakiejś obrzydliwej nagonki, a był to człowiek o cienkiej skórze, o zbyt wysokim ciśnieniu, schorowany. Nie przeżył tego - to był za duży wstrząs36. Widziałem, że uniwersytet też przestaje być ostoją niezależnego życia umysłowego. [...]
Przedmiotem prześladowań byli nie tylko opozycjoniści sensu stricto, antykomuniści, nie tylko ludzie związani z działalnością społeczną, z Kościołem, ale również i ludzie w partii. Aresztowanie [Władysława] Gomułki [2 sierpnia 1951] było rzeczywiście takim momentem, w którym wszyscy sobie uświadomili, że przynależność do partii, nawet na tak wysokim stopniu hierarchii, nie jest żadną ochroną [...]. Mnie to o tyle nie dziwiło, że [...] dobrze wiedziałem, co to były procesy moskiewskie37 i czystki okresu stalinowskiego, starałem się czytać coś na ten temat, grzebałem po przedwojennej prasie i różnych publikacjach przedwojennych i w związku z tym nie byłem tym zaskoczony; ale przeważnie reakcją na takie aresztowania było zdumienie, że jak to - aresztują swoich? Pod tak poważnymi zarzutami? Że czy to możliwie, żeby oni działali w jakimś obcym interesie na przykład? [...] [Zwracało uwagę] traktowanie tych ludzi z partii, działaczy partyjnych czasami z dużym stażem, z długą przeszłością polityczną i to taką ładną - czy się lubi komunizm, czy nie, to trzeba powiedzieć, że ich przeszłość była ładna: polegała nie na tym, że odbijali innym nery, tylko że walczyli z okupantem hitlerowskim; a zresztą w Polsce międzywojennej bycie komunistą to znaczyło decydować się na to, żeby większość swego życia spędzać w więzieniach. I to musi budzić szacunek, nawet jeżeli się uważa, że koncepcja polityczna, która temu towarzyszy, jest niesłuszna, zwariowana [...].
Trzeba przyznać, że bezpieka umiała ludzi masakrować. [...] Komuniści, którzy znaleźli się wówczas w więzieniach i o których wiem coś bardziej osobistego lub ich znałem, należeli do tych szczególnie bitych, masakrowanych, torturowanych; prawdopodobnie dlatego, że swoich się bardziej nienawidzi, jeżeli nagle - słusznie czy niesłusznie - stawia się ich po drugiej stronie barykady. Ustawia się ich sobie, bo to tylko to znaczyło: że się ustawia. A po drugie byli to ludzie, którzy mieli być używani do szczególnie ważnych procesów politycznych; jeżeli byli niechętni, jeżeli się opierali, to trzeba było ich złamać. Nie sądzę, żeby którykolwiek z procesów akowskich był pod tym względem tak przygotowywany i by tak władzy na tym zależało, jak przygotowywany był proces Gomułki i Spychalskiego38, toteż ludzie z tym procesem związani byli traktowani szczególnie nieludzko. Wiem o człowieku, który był tak zmasakrowany, że właściwie został - i to straszliwie - okaleczony; kiedy wyszedł z więzienia i po jakiejś serii operacji jakoś już zaczął zdrowieć, to właściwie była ruina człowieka. Ich los był szczególnie ponury. Wyobrażam sobie, że AK-owiec, który się znalazł [w więzieniu] i został storturowany, zmaltretowany, nawet jeżeli się już załamywał, jeżeli już miał tego dosyć, to sobie przynajmniej powiadał, że to robią ci czerwoni, o których zawsze myślał, że są w stanie tak zrobić. Natomiast ci ludzie - w ogóle nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co sobie myśleli. Przecież oni byli "za", przecież to nie byli żadni wrogowie, agenci - chociaż im to wmawiano.
[143]
W recenzji Opowieści sportowych Mariana Promińskiego opublikowanej w tygodniku "Wieś"
Gatunek opowieści sportowej, bujnie krzewiący się w Związku Radzieckim, a spośród państw demokracji ludowej - w Czechosłowacji, nie zdobył sobie dotychczas szczerego uznania w oczach współczesnych pisarzy polskich. [...]
Taka nowela sportowa ma swego klasyka w Jacku Londonie, ma swoich przedstawicieli w radzieckiej literaturze sportowej, spośród których mógłbym wymienić znanych mi [Wiktora] Utkowa i [Josifa] Likstanowa. Dobrze byłoby nie zaniedbywać tego gatunku w naszej literaturze, ma on bowiem, jak wiele innych reaktywowanych przez literaturę realizmu socjalistycznego, wielką szansę rozkwitu w nowych, sprzyjających mu warunkach, może nasycić się postępowymi treściami i stać się ważnym czynnikiem w walce o nowego człowieka i nowy socjalistyczny styl życia.
[...] Bierz rękawice! to opowiadanie; autor bardzo zręcznie splótł konflikty, w które uwikłali się jego bohaterowie - z ich dziejami na ringu, by zakończyć optymistyczną i przekonywającą pochwałą prawdziwej miłości, przyjaźni - i wychowującego, uzdrawiającego sportu, takiego, jakiego nie znają kapitalistyczne kraje, w których człowiek człowiekowi stał się wilkiem, pieniądz zastąpił inne wartości, a zasada catch as catch can39 zapanowała w całym życiu, w sporcie i poza sportem. Dziesięć kilometrów - to historia biegacza, który nie zgodził się sprzedać sławy swych międzynarodowych sukcesów, odniesionych w reprezentacyjnej koszulce z białym orłem - za dolary amerykańskiej wytwórni filmowej. Grzeszy może ta nowela schematyczną miejscami naiwnością w przedstawieniu hollywoodzkich agentów, ich przerysowaniem w kierunku groteski, ale zasadnicza linia ideologiczna, polegająca na kontrastowym pokazaniu niemożliwości dogadania się wierzących tylko w dolary Yankesów z ideowym sportowcem Polski Ludowej - jest dostatecznie jasno zarysowana.
Drugą - proszę! wreszcie - to optymistyczna opowieść o... przegranej starego asa tenisowego Wańczury. Nasycenie jej spokojną radością życia uzyskał autor dzięki umiejętnemu wysunięciu na plan pierwszy momentów ideologicznych. Zrozumienie przez Wańczurę, że pomimo przegranej nie jest człowiekiem zbędnym, że Polska Ludowa ceni jego zasługi i potrzebuje jego pracy, że przeciwnik jego, młody Czech Miłosz - to przecież nie wróg, że po uczciwej walce można mu szczerze pogratulować zwycięstwa, jak synowi lub uczniowi - wszystko to ratuje go przed załamaniem. [...]
I Drugą - proszę!, i Bierz rękawice! szczęśliwie na ogół spełniają jedno z najzaszczytniejszych zadań naszej literatury sportowej: zadanie ukazywania wielkiej humanistycznej roli sportu w społeczeństwie zdążającym do socjalizmu40.
Warszawa, 13 lipca 1952
[138]
We wspomnieniach
W tym okresie ożeniłem się z koleżanką polonistką; nazywała się wtedy Maria Stabrowska41. [...] Zrobiłem magisterium na temat ekspresjonizmu w twórczości [Tadeusza] Micińskiego42. [1 sierpnia 1952] Zacząłem pracować w PIW-ie jako redaktor.
[160]
W recenzji powieści Czarna kura Heleny Boguszewskiej w tygodniku "Wieś"
Na nową książkę Boguszewskiej czekaliśmy bardzo długo. [...] Międzywojenna przeszłość pisarska Boguszewskiej, katalog jej obciążeń, wyniesionych z burżuazyjnych poetyk epoki imperializmu - ale też jej dawne osiągnięcia i sukcesy - są znane.
Badacz literatury międzywojennego dwudziestolecia, nie mogąc pominąć roli Boguszewskiej w nurcie realizmu tamtej literatury - będzie musiał pomimo wszystko zanotować jej obecność i wśród kontynuatorów zamierającego, rozkładającego się w deformacjach i przerostach psychologistycznych analiz naturalizmu. Złudzenie, że obserwacja peryferiów rozkładanej przez imperializm cywilizacji dostarczy istotnej wiedzy o człowieku i epoce, gubienie się w szczegółach i szczególikach drobnomieszczańskiej wegetacji, bierne poddawanie się autentycznym zresztą mechanizmom drobnomieszczańskiego widzenia świata, szeregującego zdarzenia "po sukniach", "po służących", "po mieszkaniach" - to były najcharakterystyczniejsze cechy tej twórczości. Czarna kura jest ich konsekwencją i związek jej z metodami artystycznymi minionego okresu literackiego jest żywszy, niż należałoby tego życzyć pisarce, poszukującej dróg realistycznego zobrazowania nowego życia.
[...]
Jako rejestratorka faktów, poszczególnych realiów społecznego losu swoich bohaterów - Boguszewska jest bezkonkurencyjna. [...]
Impresjonistyczny brak ekonomii pisarskiej nie przysłużył się komunikatywności artystycznego obrazu całości - a bardzo mocno zaciążył na ideologicznej wymowie utworu. [...] Czytelnik wierzy w wielu przypadkach pisarce nieco na kredyt, że rozumie ona cały skomplikowany układ współczesnej walki klasowej na wsi. [...]
Postulaty takie, jak "uwzględnić rolę partii", "ukazać spójnię między miastem i wsią" itd. - okazują się w pisarskiej praktyce postulatami sensu stricto artystycznymi, co może za mało podkreśla krytyka: wprowadzają bowiem i uzasadniają [...] nową metodę szeregowania artystycznych elementów w całości, obdarzone pełnią walorów poznawczych. Tymczasem poczucie zagubienia w natłoku spraw, dla których rozeznania nie widać kryteriów, wynika tu, jak się łatwo dostrzega, z przejścia mimo tego typu na pozór pozaartystycznych dyrektyw. [...] Autorka powołała do życia zbiorowiska niepapierowych postaci, których działania i troski mają swe wyczuwalne przedłużenia poza stronami książki i nie pozwalają w nich widzieć marionetek, uruchomionych dla potrzeb jednej powieści i po tym bezpowrotnie umierających. Boguszewska zna życie, umie patrzeć i czerpać z niego pełnymi wiadrami artystyczny surowiec, który chociaż niezhierarchizowany, nie zawsze szczęśliwie ułożony - ale nie pozostaje jednak na kartach powieści surowcem nieobrobionym. Autorka wprowadza tu konstruktywną twórczą kompozycję, która pozwala żyć jej postaciom życiem pełniejszym niż w surowym reportażu. Miejscami ukazuje nawet drogę artystycznego przezwyciężenia dotychczasowych błędów. [...] Pozwala [to] oczekiwać od Boguszewskiej dzieł naprawdę współczesnych, nienaznaczonych stygmatem niepowrotnej umarłej przeszłości.
Warszawa, 31 sierpnia 1952
[154]
We wspomnieniach
Jedną z ciekawszych imprez, w jakich kiedykolwiek brałem udział - był zjazd poznański młodych polonistów w roku 195243. Pojechałem tam służbowo, delegowany przez PIW. [...] Oczywiście - ciekawe było nie to, co działo się na sali (w auli uniwersytetu). Był to okres zupełnego upadku myśli. Na zjeździe było może gorzej niż gdzie indziej. Prawdę mówiąc, był tylko jeden referat na jakim takim poziomie: Andrzeja Lama44 o Brandysie. Winszowałem mu go po wygłoszeniu. Była tam jakaś ambicja analiz stylistyczno-konstrukcyjnych, jakaś iskra koncepcji. [...] Wszystkie Murasy, Rurawscy45 itp. - to było dno. Helena Zaworska (Trznadlowa)46 błysnęła względnym talentem publicystycznym, wyzyskanym jak najgorzej: do wykańczania A. Rudnickiego. Byliśmy po referacie razem na kolacji (czy obiedzie). [...] Mówiłem jej o swym niezadowoleniu z jej tez: Rudnicki - to był dla mnie wstrząs artystyczny i moralny, pogłębiający się z latami mego dojrzewania. I taki był Rudnicki dla całego pokolenia ludzi, którzy czynnie i świadomie przeszli przez lata wojny... Zjazd był terenem starcia bojówki "pryszczatych" (wiedli szeregi do boju: Grzegorz Lasota47 i Andrzej Wasilewski) z "burżuazyjnym estetyzmem" grupy "Życia Literackiego" (reprezentowanym na zjeździe przez Flaszena i Kijowskiego48). Wyglądało na to, że będzie to śmierć "życiowców"49. [...] Na szczęście stało się to w znikomym tylko procencie [...]. Apokaliptyczną wymowę miały dla mnie wystąpienia Lasoty: pierwszy raz go wtedy słyszałem. Zdolny i inteligentny demagog - demagog - demagog. Z przerażeniem stwierdziłem, że jest on jedyną osobą, którą zetempowska młodzież polonistyczna, przeważająca na sali, witała huraganem oklaskiem. Była to dla mnie jakby wizja losów naszej kultury. [...]
Ale najciekawsze rzeczy działy się na wódce. Żałuję, że nie byłem na pierwszej wódce (przyjechałem nazajutrz) zorganizowanej przez Treugutta50 [...]. Następnej nocy przykładnie nocowałem w hotelu. I dopiero następnej poszliśmy do Moulin Rouge, zwanego już wówczas "Syreną". Był to jeden z dwóch czy trzech nocnych lokali poznańskich. Przyłączyłem się do "lamków", jak ich nazywano, to znaczy Andrzeja Lama i Danki Kępczyńskiej51 w towarzystwie przyjaciela Lama, Berezy52. Dołączyli do nas najpierw Andrzej Kijowski (poznałem go dopiero wówczas) i Ludwik Flaszen (tego znałem ze zjazdu warszawskiego), potem Grzegorz Lasota, Tadzio Drewnowski, Witold Dąbrowski53 i Krystyna Walicka54. Umieściliśmy się na piętrze Moulin Rouge'u i piliśmy czystą... Szybko dogadałem się z Flaszenem i Kijowskim: dwóch kabotynów o nieprzeciętnych inteligencjach, którzy stylem pasowaliby do naszej paczki55, z tym że oni mają zainteresowania w kierunku artystycznym, nasza grupa miała za punkt wyjścia oczarowanie Kołem Wiedeńskim i Ajdukiewiczem56... Ale to nie utrudnia porozumienia. [...] Przy okazji zadrażniłem się z Witoldem Dąbrowskim, mimowolnie. Skądś wziął się numer "Dziś i Jutro" czy "Słowa Powszechnego" z portretem Stanisława Kostki. Powiadam: "Powieśmy to nad nami! Czy to nie właściwy patron naszego zjazdu - szczególnie tu, na wódce!". Wtedy W.D. chwyta gazetę, mnie ją i wyrzuca. Zmieszałem się: czyżby kryptokatolik, który pod wpływem wódki demaskuje się? Mówię mu więc szeptem: "Przepraszam, ale nie wiedziałem, że mogę tu kogokolwiek urazić...". W.D.: "Nie uraziliście mnie!". Ja: "To może macie na myśli pięć lat za obrazę57 etc. i lękacie się tego?". W.D.: "Nie, nie to!" i odchodzi. Okazało się, że koledzy przezywają go "Święty Stanisław Kostka". Coś w tym jest, co nieodparcie rozśmiesza. Nie kłaniał mi się (ani nie odkłaniał) przez pół roku.
Poznań, 15-18 listopada 1952
[83]
1 Akcja Katolicka - promowany przez papiestwo ruch apostolstwa świeckich, który osiągnął szczyt rozwoju w l. 30. XX w. Dzieliła się na filary (stowarzyszenia katolickie mężczyzn, kobiet, młodzieży żeńskiej i męskiej), skupiając także pomniejsze organizacje religijne. Po II wojnie światowej nie odrodziła się w poprzedniej postaci, a pod koniec 1949 r. stowarzyszenia religijne w Polsce uległy likwidacji.
2 Tercjarstwo, tj. III zakon świecki św. Franciszka - bractwo religijne, skupiające laikat płci obojga, nastawione na formację religijną swych członków w duchu franciszkańskim i dawanie świadectwa wierze w życiu codziennym.
3 Zapewne ks. Michał Serafin (1888-1942) - w l. 1931-42 proboszcz w Wyszogrodzie, publicznie powieszony przez Niemców w Płocku razem z dwunastoma innymi więźniami.
4 Ul. Filtrowa 69 m. 2.
5 Stanisław Dobraniecki (1897/1898-1963) - nauczyciel, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej i Związku Nauczycielstwa Polskiego, w czasie wojny pracował w strukturach warszawskich władz cywilnych Polski Podziemnej, walczył w powstaniu warszawskim.
6 Zofia Celińska, z domu Lipska (1919-2016) - ekonomistka, w czasie II wojny w AK, w 2001 r. przyznano jej tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Po wojnie pracowała w Biurze Projektów i Studiów Budownictwa Specjalnego.
7 Obóz Narodowo-Radykalny, skrajnie prawicowe ugrupowanie pokrewne faszyzmowi, w 1935 r. rozpadło się na ONR "ABC" i Ruch Narodowo-Radykalny "Falanga" (potocznie nadal nazywany ONR), którego liderem był Bolesław Piasecki.
8 Getto ławkowe - powszechne od połowy l. 30. wydzielanie osobnej przestrzeni dla Żydów w szkołach i na uczelniach, wprowadzone na większości uczelni za zgodą ministra w 1937 r. Zajścia związane z wprowadzaniem gett ławkowych kosztowały zdrowie i życie wielu osób protestujących (bojówkarze bili osoby protestujące przeciw zarządzeniom, w tym wykładowców).
9 Przy ul. Noakowskiego 6; szkoła zlikwidowana w 1950 r., w wyniku jej przekształcenia pod adresem Nowowiejska 37a zaczęło działać Liceum im. Klementa Gottwalda. Do starej nazwy powrócono w 1990 r.
10 Zjazd Związku Legionistów (w 25. rocznicę wymarszu I Brygady Legionów z Krakowa na ziemie zaboru rosyjskiego), podczas którego Edward Rydz "Śmigły" powiedział, że Polska siłą odeprze agresję Niemiec.
11 Transmitowane przez radio przemówienie ministra spraw zagranicznych Józefa Becka w Sejmie 5 maja 1939 z odmową ustępstw terytorialnych, będące odpowiedzią na żądania III Rzeszy.
1 Witold Berezecki - polonista w Gimnazjum i Liceum im. Stanisława Staszica, po wojnie uczył m.in. Ryszarda Kapuścińskiego.
2 Trudno jednoznacznie określić, kiedy Jan Józef Lipski trafił do konspiracji, zapewne między jesienią 1941 a lutym 1942.
3 Skrót myślowy, oznaczający zaangażowanie w konspirację popierającą oficjalny rząd polski na uchodźstwie; Polski Związek Powstańczy był kryptonimem Związku Walki Zbrojnej (14 lutego 1942 przemianowanego na Armię Krajową). Lipski formalnie członkiem AK został później, po przynależności do Szarych Szeregów (tj. Związku Harcerstwa Polskiego w konspiracji).
4 Andrzej Makólski (1924-1944) - as akcji "Wawer", jeden z bardziej cenionych instruktorów harcerskich, wspominany w Kamieniach na szaniec Aleksandra Kamińskiego, w powstaniu dowódca jednego z plutonów "Parasola", porucznik AK, poległy na Starówce.
5 Piotr Garczyński (1922-1944), "Kruk" - w lutym 1943 przeszedł z Szarych Szeregów do "Baszty", aresztowany (nie w związku z działalnością konspiracyjną), zamordowany w śledztwie.
6 Obecnie ul. Krzywickiego.
7 "Kladderadatsch" - niemieckie pismo satyryczne ukazujące się w l. 1848-1944; nie udało się odnaleźć "dywersyjnej" podróbki tego pisma przygotowanej w ramach akcji małego sabotażu.
8 List otwarty żołnierza z frontu do marszałka polnego von Bocka mający sugerować istnienie antyhitlerowskiej opozycji w ramach armii.
9 Rudolf Hess, zastępca Hitlera, licząc na zawarcie przez Niemcy pokoju z Wielką Brytanią przed rozpoczęciem ataku na ZSRS, 10 maja 1941 wyskoczył ze spadochronem w rejonie posiadłości księcia Hamiltona w Szkocji. Najprawdopodobniej działał na własną rękę. Po wojnie więziony w zachodnioberlińskim więzieniu Spandau, gdzie w 1987 r. popełnił samobójstwo.
10 O udziale w tej akcji wspominał też Jan Sosnowski "Stefan" (później "Oskar") - być może chodzi o akcję z 6 września 1942. Apollo było kinem "nur für Deutsche".
11 Stefan Popoff (1926-1974), "Staw", po wojnie m.in. konferansjer i spiker Polskiego Radia.
12 Parabellumpistole, od nazwiska konstruktora zwany też lugerem, symbol P08, podstawowy pistolet armii niemieckiej w l. 1908-38.
13 Czarne mundury nosiły oddziały SS.
14 Zbigniew Madey (1926-1944), "Borucki".
15 Narodowa Organizacja Wojskowa (NOW) lub powstałe z niej pod koniec 1942 r. Narodowe Siły Zbrojne, organizacja wojskowa Stronnictwa Narodowego, która nie podporządkowała się Armii Krajowej; nietożsama z Uderzeniowymi Batalionami Kadrowymi, wojskową organizacją Falangi, ale bliska jej programowo.
16 Zapewne Zygmunt Kaczyński (1919-1984) m.in. "Nosowicz IV", "Wesoły", zwany też "Wesołym Kaczorem" - do listopada 1942 komendant Hufca "Ochota" w Organizacji Małego Sabotażu "Wawer", przedstawiciel firmy E. Wedel, wywiadowca m.in. w siedzibie Gestapo w al. Szucha, wspomniany w Kamieniach na szaniec Aleksandra Kamińskiego.
17 Tu w znaczeniu: stali na czatach.
18 Zapewne chodzi o akcję z 21 marca 1943 - kolportaż fałszywego dodatku nadzwyczajnego do "Nowego Kuriera Warszawskiego", polskojęzycznej propagandowej gazety nazistowskiej, nawiązującego do tytułu zasłużonego dziennika, z nieprawdziwą informacją o przystąpieniu Hiszpanii do wojny.
19 Stanisław Lewiński (1926-2020), "Grey", przed wojną mieszkał przy ul. Oczki 1.
20 Michał Janik (1926-1952), "Czaruś", walczący w powstaniu w II plutonie kompanii B-1 pułku "Baszta".
21 "Baszta" powstawała w środowisku absolwentów i uczniów V Gimnazjum i Liceum im. Ks. Józefa Poniatowskiego oraz 14 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Karola Chodkiewicza już od jesieni 1939, podporządkowując się Związkowi Walki Zbrojnej, przekształconemu później w Armię Krajową, jako jedna z pierwszych organizacji; wiosną 1941 utworzono z niej batalion ochrony sztabu "Baszta" (nazwa od początkowych liter słów "batalion sztabu"), bezpośrednio podległy Komendzie Głównej ZWZ.
22 30 czerwca 1943; trudno określić wiarygodność informacji - sądząc z pierwotnie przewidzianego miejsca postoju KG AK na ul. Pilickiej na Mokotowie, gdzie działać miała też "Baszta", można sądzić, że pułk w jakiejś formie nadal miał chronić dowództwo (te funkcje, z uwagi na dyslokację KG AK na Wolę, przejmie Kedyw w ramach zgrupowania "Radosław").
23 Jerzy Ukleja nosił pseudonim nie na cześć Włodzimierza Lenina, ale swojej dziewczyny Leny.
24 Właśc. "BWL", zwany też "Bewuelem" - Wojciech Broszkiewicz; zginął w maju 1943.
25 Właśc. Jerzy Strzelczyk (Autor popełnił pomyłkę w imieniu) - przedwojenny podchorąży, poległ w samotnej obronie magazynu broni na Bielanach przy ul. Podczaszyńskiego w nocy 26/27 maja 1944.
26 Ludwik Berger (1911-1943), "Michał", "Hardy", "Goliat" - instruktor harcerski, bliski Polskiej Partii Socjalistycznej, związany z teatrem "Reduta" Juliusza Osterwy. Faktyczny twórca "Baszty", której dowódcą został Henryk Mittak. Dopiero w 1942 r. mianowany sierżantem podchorążym, a później podporucznikiem.
27 Juliusz Kaden-Bandrowski (1885-1944) - pisarz, publicysta, dziennikarz, działacz społeczny i polityczny. Związany z ruchem socjalistycznym, walczył w Legionach, kronikarz I Brygady. Pisał powieści polityczne, m.in. Generał Barcz (z alegorycznym portretem Piłsudskiego), Mateusz Bigda. Działacz Związku Zawodowego Literatów Polskich (m.in. prezes) oraz sekretarz Polskiej Akademii Literatury. Zginął jako cywil w powstaniu warszawskim.
28 Stanisław Iwanicki, "Irys" - bliski szkolny kolega Lipskiego, w konspiracji w Oddziale Dywersji Bojowej "DB-3" i w batalionie "Kiliński" AK, prawdopodobnie zginął 3/4 sierpnia 1944 w czasie ataku na gmach PAST-y ; ciała nie odnaleziono.
29 Być może chodzi o dialog Rycerza z Poetą w Weselu.
30 Zapewne Wojciech Jagodziński, który zginął 30 czerwca 1944.
31 Zbigniew Wajdziński (1924-1965).
32 WiS, później Vis, polski pistolet produkowany od 1936 r.
33 Zbigniew Klimowicz, "Piotr I", "Szpinak" - ciężko ranny 26 sierpnia 1944 na Chełmskiej, zmarł w szpitalu elżbietanek.
34 Jan Marian Wieruch (1924-2011) - po wojnie pilot oraz m.in. dyrektor Ośrodka Badań i Rozwoju Silników Wysokoprężnych Zakładów Mechanicznych PZL Wola.
35 Edward Sanecki (1924-2009), "Mirski", "Morski" - po wojnie prawnik, m.in. prokurator w Warszawie.
36 Ignacy Karol Niewiarowski (1921-1944) - m.in. przyjmował przysięgi od nowo wstępujących do kompanii B-1. 2 sierpnia 1944 organizował natarcie na niemieckie reflektory przeciwlotnicze na Służewie w rejonie Dworca Południowego, gdzie zginął.
37 Ostland, Reichskommissariat Ostland - okupacyjna cywilna administracja niemiecka na terenach zajętych w toku wojny z ZSRS z wyjątkiem ziem ukraińskich (Reichskommissariat Ukraine). Przypuszczalnie autor ma na myśli kresy wschodnie Polski, Wileńszczyznę, Nowogródczyznę.
38 Zapewne po jednym z nalotów jesienią 1943.
39 Obóz na terenie ruin warszawskiego getta wzdłuż ul. Gęsiej, potocznie nazywany "Gęsiówką"; pierwszych więźniów wprowadzono do niego 19 lipca 1943.
40 Granat ręczny Filipinka (ET-40), konspiracyjnie produkowany przez AK m.in. w kamienicy Granzowa przy ul. Królewskiej 16.
41 Pistolet Walther P38, będący na uzbrojeniu armii niemieckiej, z charakterystyczną wydłużoną lufą.
42 Hanna Krystyna Szapiro, powszechnie znana jako Hanka Sawicka. Zmarła 18/19 marca 1943 wskutek ran postrzałowych odniesionych w zasadzce Gestapo.
1 Tj. ziemią niczyją, między oddziałami przeciwników.
2 Zbigniew Żebrowski (1924-prawdopodobnie 1944), zaginął podczas ewakuacji w kanałach.
3 Odyńca 23a, naprzeciwko parku Dreszera.
4 Pistolet maszynowy produkcji Armii Krajowej, łącznie wykonano ok. 700 sztuk.
5 Robert Gadomski (1924-1986) - w powstaniu miał strzaskane kolano, po wojnie m.in. adiunkt w Przemysłowym Instytucie Motoryzacji.
6 Chodzi o "Basy", szkołę rękodzielniczą między Kazimierzowską, Narbutta i Wiśniową.
7 "Ferdinand", później "Elefant", Panzerjäger Tiger(P) - ciężkie działo pancerne i niszczyciel czołgów skonstruowany na podwoziu Ferdinanda Porsche niewykorzystanym do produkcji czołgu "Tygrys".
8 Tj. niskiej, zapewne niezbudowanej do końca.
9 Od 1951 r. ul. Jarosława Dąbrowskiego.
10 Na rogu Szustra i Wiśniowej.
11 Adam Stanowski (1927-1990) - represjonowany i więziony po wojnie, później m.in. wykładowca KUL, w 1989 r. wybrany na senatora I kadencji.
12 Eugeniusz Ladenberger (1908-1979) - w kampanii 1939 r. dowódca 14 samodzielnej kompanii karabinów maszynowych w składzie 39 Dywizji Piechoty Rezerwowej, walczył m.in. pod Tomaszowem Lubelskim, uciekł z obozu jenieckiego. Od września 1943 dowódca I batalionu "Bałtyk" pułku "Baszta". Później zastępca dowódcy batalionu w II Korpusie Polskim we Włoszech, po demobilizacji w 1947 r. powrócił do kraju.
13 Chodziło nie o radiostację w Raszynie, ale radiostację Warszawa II w Forcie Mokotów.
14 Najprawdopodobniej omyłka Autora; chodziło o dowódcę kompanii O-1 w pułku "Baszta", porucznika Zdzisława Feliksa Hecolda "Zbójnika" (1913-1944), który był jednym z poległych podczas tej akcji, kosztującej kompanię ok. 80% strat.
15 Bohdan Ruwiński (1926-1987) - w 1946 r. powrócił z niewoli do kraju, był lekarzem.
16 Właśc. Fortu Mokotów.
17 Nie udało się ustalić, o kogo chodziło.
18 Chodzi o kamienicę przy Puławskiej 28 należącą do Jana Wedla, z charakterystyczną kratownicą na dachu, przypominającą tabliczkę czekolady, i neonem reklamowym firmy E. Wedel.
19 Zapewne chodzi o Henryka Wąsika ps. "Zbyszek" z drużyny Lipskiego; Zbigniew Madey poległ wcześniej.
20 Zygmunt Leski, pierwotnie Ziegelstein (1918-1989) - pod pseudonimem "Zygmunt" pomagał wcześniej w pracy wydawniczej PPR. Wrócił z niewoli do kraju, pracował jako jeden z dyrektorów Najwyższej Izby Kontroli. W okresie Marca '68 pozbawiony pracy i mieszkania, wyemigrował do Szwecji.
21 Stanisław Antoni Szymczyk (1910-1977) - nauczyciel, oficer rezerwy, walczył w 1939 r., uciekł z niewoli, oficer oświatowy w kompanii "Howerla", wiosną 1944 mianowany dowódcą kompanii; po wojnie pracował jako nauczyciel.
22 Janusz Bielski (1924-1996), "Marek", "Marek I" - dowódca drużyny, został później profesorem medycyny.
23 Mowa zapewne o Henryku Wąsiku, który był szwagrem dowódcy drużyny, "Marka".
24 "Grabie" to AK-owski pseudonim Jana Józefa Lipskiego (od rodowego herbu).
25 Prawdopodobnie był to jeden z plutonów kompanii B-2, ale mógł to być III pluton kompanii B-1, w którym walczył wówczas Mieczysław Chorąży "Grom".
26 Szkołę atakowali wtedy powstańcy z kompanii K-2.
27 Zygmunt Kalinowski (1915-1944), nazwisko okupacyjne Kalina - absolwent podchorążówki saperów w Modlinie, podporucznik rezerwy. Zginął w powstaniu.
28 Narbutta 27a, zwany później "Alkazarem" (jeden z dwóch obiektów tak określanych na Mokotowie; drugi znajdował się na rogu Odyńca i al. Niepodległości).
29 Niem.: Naprzód!
30 Jerzy Kłoczowski (1924-2017), "Piotruś" - dowódca plutonu, w którym służył Lipski; od 1950 r. wykładowca KUL, profesor historii, związany z "Solidarnością", senator I kadencji.
31 Stanisław Pfeferblum-Falkowski (1920-1988) - dowódca III plutonu, nawet w niewoli używał swojego żydowskiego nazwiska.
32 Niem.: Do tyłu.
33 Sekcja - połowa drużyny, pięć-sześć osób.
34 Jerzy Kramkowski (1920-?) - w konspiracji w obwodzie AK na Pradze, zaskoczony przez wybuch powstania dołączył do "Baszty".
35 Stefan Bogusławski (1926-1944) - przed wojną mieszkał w Toruniu, syn płk. Stefana Bogusławskiego, lekarza neurologa.
36 Mogło chodzić o "świetlicę u Synopowej przy ul. Bałuckiego", jak wspominała Helena Załęska "Monika".
37 Zabici: Stefan Bogusławski "Sławek" i Stefan Pilitowski "Żak" (pochowani w pobliżu kamienicy Narbutta 27a); Stanisław Wydżga wspominał o większej liczbie rannych (por. Stanisław Wydżga, Walczyliśmy o Polskę, w: Kompania B1 Pułku AK "Baszta" (1939-1944), t. 1, Lublin 2008, s. 241-292).
38 Prawdopodobnie 27 sierpnia.
39 Nie tyle własowców z Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej gen. Własowa, co określanych tak potocznie członków oddziałów z terenu ZSRS wspierających Niemców.
40 Zapewne chodzi o Mariana Kołodzińskiego, dowódcę 8 drużyny w II plutonie.
41 Wanderer - niemiecka marka samochodów, charakteryzująca się wysoką jakością.
42 Opinia powtarzająca się w wielu relacjach.
43 M.in. przy ul. Madalińskiego w rejonie ul. Grażyny.
44 Franciszek Julian Dembowski (1924-2015), przed wojną w Korpusie Kadetów nr 2 im. Rydza-Śmigłego w Rawiczu. Według niektórych danych w czasie powstania plutonowy (przydział: II pluton kompanii B-1). Przebywał w niemieckich obozach jenieckich, do kraju wrócił w grudniu 1948.
45 Jerzy Eligiusz Krzemiński (1927-2014), "Wiewiór" (vel "Wiewiórka") - wówczas służbowy u dowódcy pułku "Baszta", po wojnie profesor, pracownik naukowy Instytutu Podstawowych Problemów Techniki PAN.
46 Józef Maria Hoffman (1906-1948) - dowódca batalionu "Karpaty", zmarł w Niemczech.
47 Ironiczne określenie walk pozycyjnych z rzadka przerywanych wypadami w kontraście z intensywnymi walkami w innych dzielnicach Warszawy.
48 Stefan Sakowicz (1921-1944), poległ właśnie 25 września.
49 Wyziewami z kanałów; w relacjach pojawiają się także informacje o wrzucaniu do kanałów m.in. karbidu, który łącząc się z wodą, wydzielał acetylen, wywołujący m.in. halucynacje.
50 Nie jest pewne, że byli to Niemcy, w tym rejonie były także pomocnicze formacje innych narodowości, m.in. w 17 pułku policyjnym SS.
51 List był skierowany zapewne do Antona Tietza, męża ciotecznej babki Lipskiego, niemieckiego pochodzenia właściciela berlinki wiślanej; jego syn Antoni Tyc walczył wówczas w Marynarce RP, m.in. jako oficer nawigacyjny na ORP "Błyskawica".
52 Prawdopodobnie ciocią Stasią - siostrą ojca Jana Józefa Lipskiego.
53 Data niewątpliwie błędna; ostatnie zdanie w liście napisane zapewne dla zmylenia Niemców (por. relacja powyżej: "zacząłem podawać się za ludność cywilną").
1 Konferencje przywódców USA, Wielkiej Brytanii i ZSRS (Franklina Delano Roosevelta, Winstona Churchilla, Józefa Stalina) w Teheranie (28 listopada - 1 grudnia 1943) i Jałcie (4-11 lutego 1945), na których decydowali oni m.in. o przyszłych granicach Polski.
2 Jan Mazurkiewicz (1896-1988) - od 1 lutego 1944 dowódca Kedywu KG AK, w powstaniu warszawskim szef zgrupowania "Radosław" (Wola - Stare Miasto - Górny Czerniaków - Mokotów), później m.in. dowódca Okręgu Centralnego Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj. Aresztowany przez UB, po zwolnieniu stanął na czele Centralnej Komisji Likwidacyjnej AK i 8 września 1945 wydał apel do byłych żołnierzy AK o ujawnienie się. Był w stałym kontakcie ze swoimi dawnymi żołnierzami, aresztowany w 1949 r., w 1953 r. skazany na karę dożywotniego więzienia, w 1956 r. zwolniony. Później ściśle związany z PRL-owskim ruchem kombatanckim.
3 W tzw. głosowaniu ludowym 30 czerwca 1946 Polacy odpowiadali na następujące pytania: "1. Czy jesteś za zniesieniem Senatu? 2. Czy chcesz utrwalenia w przyszłej Konstytucji ustroju gospodarczego, zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki krajowej, z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej? 3. Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic Państwa Polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?". O wschodnie granice i utracone kresy obywateli nie pytano. PSL namawiał do głosowania na "nie" na pierwsze pytanie, PPR do głosowania "tak" na wszystkie trzy pytania, ugrupowania skrajnie antykomunistyczne nawet trzy razy "nie". Ogłoszone oficjalnie dopiero 12 lipca wyniki świadczyć miały o poparciu społeczeństwa dla władzy (głosów aprobujących odpowiednio: pyt. 1. - 68%; pyt. 2. - 77%; pyt. 3. - 91%). Były to jednak dane fałszywe. Wyniki głosowania z Krakowa, ujawnione wbrew woli PPR, pokazywały o wiele słabsze poparcie dla komunistów i ich sojuszników (głosów na "tak": pyt. 1. - 14%; pyt. 2. - 41%; pyt. 3. - 70%).
4 4 lipca 1946 w Kielcach w wyniku pogłoski o mordzie rytualnym dokonanym przez Żydów na zaginionym chłopcu, który w rzeczywistości bez wiedzy rodziców przebywał u rodziny na wsi, Polacy zamordowali co najmniej czterdziestu Żydów i dwóch broniących ich Polaków. W wyniku paniki, którą wzbudził pogrom, wyemigrowało kilkadziesiąt tysięcy polskich Żydów.
5 Roman Lipski założył średnią szkołę mechaniczną (później im. Starzyńskiego) przy ul. Konopczyńskiego.
6 Marian Promiński (1908-1971) - pisarz, krytyk filmowy i literacki, przed wojną współzałożyciel lwowskiego lewicowego miesięcznika społeczno-kulturalnego "Sygnały".
7 Zwycięstwo w Tunisie (Why We Fight! - Tunisian Victory) - amerykański film propagandowy w reżyserii Franka Capry, z 1944 r.
8 Dieppe - właśc. Dieppe 19 August 1942 (Degeto Weltspiegel Nr 41) - kilkuminutowy niemiecki film propagandowy przedstawiający próbę lądowania aliantów w mieście Dieppe we Francji 19 sierpnia 1942.
9 Marian Promiński odpowiedział Janowi Józefowi Lipskiemu na łamach "Tygodnika Powszechnego" (nr 42 z 20 października 1946). Napisał, że oglądał film w 1943 r. we Lwowie: "Jak sobie przypominam - tłumy wcale dobrych Polaków zalegały wówczas salę kinową i w ponurym milczeniu śledziły klęskę lub rzekomą klęskę armii sojuszniczej. Czy panu Lipskiemu nie wiadomo o tym, że na przykład w Krakowie wyświetlano takie filmy na rynku? Sądzę, że widzami kierowała chęć ujrzenia autentyku z teatru wojny, co jest normalnym odruchem społeczeństwa zainteresowanego w jej przebiegu".
10 Wybory do Sejmu Ustawodawczego 19 stycznia 1947 były późną realizacją punktu umowy jałtańskiej, mówiącego o konieczności przeprowadzenia wolnych, demokratycznych wyborów w możliwie rychłym terminie. Komuniści zagarniali władzę w partiach o przedwojennych nazwach (takich jak PPS czy SD), tworząc tzw. Blok Demokratyczny; jedyną partią opozycyjną biorącą udział w wyborach było PSL, jednak w wyborach uczestniczyły jeszcze inne partie, kontrolowane przez komunistów (SP, PSL "Nowe Wyzwolenie"). Wobec kandydatów PSL władza stosowała przemoc. Wybory zostały sfałszowane.
11 Aleksandr Ostrowski (1823-1886) - rosyjski dramatopisarz, autor komedii, dramatów historycznych i sztuk obyczajowych; Wilki i owce to komedia z 1875 r. o intrygach w prowincjonalnym rosyjskim miasteczku. W spektaklu w reżyserii Karola Borowskiego grali wówczas m.in. Seweryna Broniszówna, Zofia Lindorfówna i Saturnin Butkiewicz.
12 Nie udało się ustalić, o kogo chodziło.
13 W mieszkaniu rodziny Lipskich, zniszczonym w powstaniu i później (zostało zdewastowane, a wyposażenie rozkradzione w nieustalonym dokładnie czasie); właściciele go nie odzyskali.
14 W Tworkach (obecnie dzielnica Pruszkowa) pod Warszawą od 1891 r. znajduje się szpital dla nerwowo chorych.
15 Organizacje te były związane z różnymi nurtami i partiami politycznymi: Związek Walki Młodych - z Polską Partią Robotniczą, Organizacja Młodzieżowa Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego i Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej - z ruchem socjalistycznym, Związek Młodzieży Wiejskiej RP "Wici" - z ruchem ludowym, Związek Młodzieży Demokratycznej - ze Stronnictwem Demokratycznym.
16 Sodalicje mariańskie działały w kręgach młodzieży szkół średnich i studentów, nakierowane były na formowanie religijne w duchu katolickim.
17 Słowa z Otella Szekspira: "Niech zginę, jeżeli nie kocham ciebie; gdy przestanę kochać, świat w chaos wróci!" (tłum. Leon Ulrich).
18 Szkoła metodystów przy ul. Mokotowskiej 12 (bezpośrednio przy pl. Zbawiciela), działająca od 1921 r. jako szkoła Episkopalnego Kościoła Metodystycznego Południa (The Methodist Church Episcopal South), między 1946 a 1949 r. miała status szkoły publicznej i jako placówka ucząca języka angielskiego cieszyła się wielką renomą.
19 Motywy z bardzo popularnego wówczas filmu muzycznego Zakazane piosenki z 1947/8 r. (kilkanaście miesięcy po premierze ukazała się wersja o bardziej dramatycznym wydźwięku) z głównymi rolami Jerzego Duszyńskiego i Danuty Szaflarskiej.
20 Jan Józef Lipski pod tą właśnie datą umieścił siebie na miejscu pierwszym listy członków Klubu.
21 Zygmunt Lichniak (1925-2015) - krytyk literacki ściśle związany ze środowiskiem "Dziś i Jutro", a później Stowarzyszenia "Pax".
22 Zofia Lewinówna (1921-1994) - szkolna koleżanka starszej siostry Autora, Zofii (później Celińskiej), podczas wojny ukrywana m.in. w mieszkaniu Lipskich na Filtrowej, później redaktorka PIW-u. Razem z Władysławem Bartoszewskim opracowała książkę o pomocy Żydom Ten jest z Ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945.
23 III Zjazd Naukowy Związku Kół Polonistycznych 30 października - 3 listopada 1948 poświęcony poezji dwudziestolecia i dydaktyce poezji w nauczaniu w szkole.
24 Wacław Borowy (1890-1950) - historyk literatury polskiej, eseista, krytyk literacki, rozbudował Bibliotekę Uniwersytecką.
25 Tak bywał nazywany Janusz Wilhelmi (1928-1978) - redaktor w Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik", asystent w IBL, krytyk literacki, publicysta, od 1958 r. ściśle związany z władzą jako publicysta "Trybuny Ludu", od 1963 r. redaktor naczelny warszawskiej "Kultury", dyrektor ds. artystycznych Komitetu ds. Radia i Telewizji, kierownik Ministerstwa Kultury i Sztuki. Zginął w katastrofie lotniczej.
26 Miesięcznik poświęcony filozofii i tematom społecznym wydawany w l. 1946-51 w Łodzi, redagowany m.in. przez Józefa Chałasińskiego i Adama Schaffa.
27 "Hades" - kultowy dla kultury studenckiej klub w gmachu SGH (późniejszej SGPiS).
28 Tygodnik "Dziś i Jutro" założony w 1945 r. przez grupę katolików świeckich, skupioną wokół Bolesława Piaseckiego. W grudniu 1948 zespół tygodnika wyraził poparcie dla przemian gospodarczych i społecznych w kierunku socjalizmu. W 1952 r. "Dziś i Jutro" stało się oficjalnym czasopismem Stowarzyszenia "Pax".
29 Lipski jako krytyk literacki debiutował na łamach 16. nr. "Nowin Literackich" (18 kwietnia 1948). Był to tygodnik kulturalny (red. nacz. Jarosław Iwaszkiewicz), prezentujący linię umiarkowaną, otwarty także na pisarzy przebywających na emigracji. Istniał do grudnia 1948.
30 Koło Polonistów - chodzi tu o samokształceniowe koło naukowe na polonistyce UW (koła polonistów istniały też na innych uczelniach), w 1948 r. liczące ok. 300 członków (później było znacznie mniejsze).
31 "Nurt" - pismo z podtytułem "Literatura, nauka, życie", redagowane przez Tadeusza Borowskiego. Wydawcą była Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza "Prasa"; jak wspomina Lipski, ukazały się jedynie dwa numery (w październiku i listopadzie 1947). Wśród autorów byli Roman Bratny, Tadeusz Gajcy (post mortem), Tadeusz Konwicki, Tadeusz Różewicz.
32 Roman Bratny (1921-2017), właśc. Mularczyk (jako nazwiska używał pseudonimu literackiego z czasu wojny) - pisarz, znany przede wszystkim jako autor powieści Kolumbowie. Rocznik 20; redaktor, który kształtował linię polityczną pism - w l. 1946-47 dwutygodnika "Pokolenie", później warszawskiej "Kultury".
33 Wojciech Żukrowski (1916-2000) - prozaik, scenarzysta, reportażysta. Uczestnik wojny obronnej 1939 r., żołnierz AK; w l. 1945-47 oficer LWP. W l. 1953-54 korespondent wojenny na Dalekim Wschodzie, następnie (w l. 1956-59) w służbie dyplomatycznej PRL (w Indiach); sygnatariusz Listu 34; w l. 60. bliski frakcji partyzanckiej gen. Moczara; wieloletni poseł na sejm (1972-89), działacz ZBoWiD. W l. 1986-89 prezes Związku Literatów Polskich. Piórkiem flaminga jest zbiorem groteskowo-awangardowych opowiadań.
34 Lesław Bartelski (1920-2006) - prozaik, eseista, dziennikarz; w czasie wojny żołnierz AK, związany z grupą "Sztuka i Naród"; uczestnik powstania warszawskiego (na Mokotowie); dokumentował powstanie w swej twórczości. Był sekretarzem redakcji "Nowin Literackich". Później wieloletni działacz ZLP, m.in. prezes oddziału warszawskiego.
35 Chodziło o homoseksualizm Iwaszkiewicza i ewentualne patrzenie na Lipskiego przez pryzmat tego nieznanego mu wówczas faktu.
36 Na kongres PEN Clubu.
37 Por. Książka o ludziach, "Nowiny Literackie" nr 16/1948 (18 kwietnia); Pożegnanie z "Godami życia", "Nowiny Literackie" nr 37/1948 (12 września); "Jermoła" Kraszewskiego, "Nowiny Literackie" nr 42/1948 (17 października).
38 Sielanka grecka w tłum. Jana Parandowskiego.
39 Edward Csató (1920-1968) - krytyk teatralny, eseista, teatrolog.
40 Helena Usijewicz, Filozoficzne podstawy estetyki leninowskiej, "Nowiny Literackie" nr 41/1948 i 42/1948.
41 Jerzy Ficowski (1924-2006) - poeta, tłumacz, znawca i popularyzator kultury polskich Romów. W czasie powstania warszawskiego walczył w tym samym pułku co Lipski ("Baszta").
42 22 lipca 1948, w wyniku odgórnej decyzji władz, podczas I Założycielskiego Zjazdu Związku Młodzieży Polskiej we Wrocławiu.
1 Tak określano IV Zjazd Związku Zawodowego Literatów Polskich, nazywany też "Zjazdem Literatów" 20-22 stycznia 1949 w Szczecinie; na tym zjeździe zmieniono też nazwę Związku - na "Związek Literatów Polskich".
2 Tzw. zjednoczenie Polskiej Partii Robotniczej z Polską Partią Socjalistyczną, w wyniku którego 15 grudnia 1948 powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, było jednym z mitów założycielskich późniejszej PRL. W rzeczywistości było to przejęcie nazwy, tradycji i historii PPS.
3 Traktat moralny nie wywołał dyskusji w prasie literackiej, był więc dziełem w pełnym znaczeniu tego słowa kultowym, tj. utworem, który w wielu środowiskach zyskał trwałe znaczenie bez towarzyszącego mu rozgłosu - jako stały punkt odniesienia i drogowskaz podejmowanych działań (m.in. słowa "Nie jesteś jednak tak bezwolny, / A choćbyś był jak kamień polny, / Lawina bieg od tego zmienia, / Po jakich toczy się kamieniach. / I, jak zwykł mawiać już ktoś inny, / Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny"). Poemat był diagnozą kierunku rozwoju kultury europejskiej po pokonanym nazizmie w obliczu rosnącego w siłę komunizmu.
4 W numerze kwietniowym.
5 Koło Wiedeńskie - grupa filozoficzna powstała w l. 20. XX w. m.in. pod wpływem poglądów Ludwiga Wittgensteina, skoncentrowana na neopozytywizmie logicznym i empirii jako antidotum na ideologie, z kluczową rolą precyzji językowej, m.in. z Rudolfem Carnapem. W Polsce pokrewne poglądy mieli filozofowie ze szkoły lwowsko-warszawskiej (m.in. Kazimierz Ajdukiewicz).
6 Karl Popper (1902-1994) - austriacki filozof nauki i społeczeństwa, który stworzył m.in. koncepcję falsyfikowalności i społeczeństwa otwartego; bliski, ale i w niektórych poglądach opozycyjny wobec neopozytywistów.
7 Fragment pieśni rewolucyjnej Czerwony sztandar, słowa Bolesława Czerwieńskiego.
8 Jan Rodowicz, "Anoda" został aresztowany 24 grudnia 1948, zmarł podczas brutalnego śledztwa 7 stycznia 1949; rodzinę powiadomiono o śmierci dopiero 1 marca 1949.
9 Przy ul. Koszykowej (róg Alei Ujazdowskich) mieściła się siedziba Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a także Areszt Wewnętrzny MBP - do tego aresztu trafiali ludzie przed przekazaniem ich w ręce Departamentu Śledczego (obecny gmach Ministerstwa Sprawiedliwości).
10 Konstanty Rokossowski (1896-1968) - urodzony w Warszawie, po I wojnie światowej związał się z bolszewikami, 1937-40 więziony, później jeden z najlepszych sowieckich dowódców wojskowych, od 1944 r. marszałek ZSRS. Po wojnie dowódca wojsk sowieckich stacjonujących w Polsce. W listopadzie 1949 powołany przez rząd polski na ministra obrony narodowej, mianowany marszałkiem Polski, sprawował wysokie funkcje państwowe. Został symbolem podporządkowania Polski ZSRS. Odwołany jesienią 1956, wyjechał do ZSRS.
11 Janusz Stradecki (1920-1988) - historyk literatury, dokumentalista, bibliograf, edytor, znawca twórczości Juliana Tuwima, od 1952 r. pracownik IBL.
12 Krzysztof Zarzecki (1926-2019) - tłumacz. Początkowo redaktor w "Czytelniku", później kierownik redakcji przekładowej w "Iskrach" i kierownik redakcji literatury anglosaskiej w PIW-ie.
13 Jan Józef Lipski, Janusz Stradecki, Janusz Wilhelmi, Krzysztof Zarzecki, Psychologizm w prozie dwudziestolecia (1918-1939), "Twórczość" nr 2/1950.
14 Mirosława Puchalska (1928-2002) - historyczka literatury, bibliografka.
15 Jerzy Kądziela (1927-1984) - historyk literatury, edytor.
16 Henryk Markiewicz (1922-2013) - polonista, teoretyk literatury, związany z IBL, a później z UJ.
17 Andrzej Wasilewski (1928-2009) - krytyk literacki, wydawca, działacz kulturalny, m.in. zastępca redaktora naczelnego "Nowej Kultury" (1956-60), dyrektor PIW-u (1967-86).
18 Jan Kott (1914-2001) - badacz literatury, krytyk literacki, teatrolog, związany wówczas z władzą, kodyfikujący zasady literatury (lansujący m.in. hasło "wielkiego realizmu") i nauki o literaturze, wobec zaostrzania się kursu zepchnięty na margines. Od 1966 r. w USA, zasłynął jako szekspirolog.
19 Tadeusz Drewnowski (1926-2018) - badacz literatury, dziennikarz (m.in. kierował działem krytyki literackiej "Nowej Kultury", a w l. 1960-82 działem krytyki "Polityki"), edytor (Borowski, Dąbrowska).
20 Kazimierz Wyka (1910-1975) - historyk literatury, krytyk literacki, w l. 1946-50 redaktor naczelny "Twórczości", współtwórca IBL (dyrektor w l. 1953-70).
21 Lech Budrecki (1930-2004) - krytyk literacki, eseista, tłumacz, znawca literatury amerykańskiej. M.in. kierownik literacki teatrów (na początku w Łodzi), członek redakcji "Kultury" i "Literatury na Świecie".
22 Witold Jedlicki (1929-1995) - socjolog, dziennikarz, od 1961 r. na emigracji, m.in. autor książki Chamy i Żydy, wydanej przez paryską "Kulturę".
23 Była to postawa cynizmu, o której mówią wspomnienia z tych lat - chroniąca przez ulegnięciem narzucanej ideologii. Chodziło o używanie obowiązującej oficjalnej stylistyki do prezentowania wobec niej faktycznego dystansu czy wręcz do jej kompromitowania.
24 Tu Autor umieścił później przypis: "Trafnie określiła to moja żona: "Ten cynizm był sarkazmem"".
25 Tekst opatrzono komentarzem mającym zabezpieczać redaktorów i autorów przed krytyką, ale Krzysztof Zarzecki wspominał, że "naturalnie nie mieliśmy zamiaru dokonywać żadnych przeróbek, referat pisaliśmy świadomie i programowo przeciwko narzuconej metodologii, a aktem odwagi ze strony Kazimierza Wyki było, że nasz tekst w ogóle wydrukował".
26 Stefan Żółkiewski (1911-1991) - krytyk literacki, publicysta, od 1942 r. członek PPR, potem PZPR. Teoretyk i propagator metodologii marksistowskiej w badaniach literackich. Piastował wysokie stanowiska w KC PPR/PZPR, PAN, rządzie; do czasu swego odsunięcia na boczny tor w 1968 r. był współtwórcą polityki partii wobec środowisk twórczych.
27 Ludwik Flaszen (1930-2020) - krytyk literacki i teatralny, współpracownik Jerzego Grotowskiego, w 1958 r. współzałożyciel Teatru 13 Rzędów (później Teatru Laboratorium).
28 Konstanty Puzyna (1929-1989) - krytyk teatralny, eseista, teatrolog, kierownik literacki teatrów.
29 Jan Błoński (1931-2009) - historyk literatury, krytyk literacki, eseista, profesor UJ.
30 Oskar Adolf Chomicki (1931-2018) - fizyk. Pracownik Instytutu Fizyki Doświadczalnej UW (1952-57). Założyciel Pracowni Radioizotopów oraz wykładowca Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Szpitalu Bielańskim w Warszawie (1958-92). Z uwagi na swój mocny głos był często lektorem reprezentującym środowisko bliskie Lipskiemu, zgłaszając np. różne postulaty.
31 Janusz Szpotański (1929-2001) - satyryk, tłumacz, krytyk, szachista, w 1967 r. jako autor satyrycznej sztuki teatralnej ("Szopki") Cisi i gęgacze, czyli bal u Prezydenta skazany na więzienie "za rozpowszechnianie informacji szkodliwych dla interesów państwa". Tytułowym "Prezydentem" był Lipski.
32 Artur Sandauer (1913-1989) - krytyk literacki, eseista. W l. 1947-49 występował aktywnie przeciwko socrealizmowi (w efekcie otrzymał zakaz publikowania obowiązujący do końca stalinizmu). W l. 50. i 60. bronił twórczości Witolda Gombrowicza. Cykl publikacji Sandauera z 1957 r., a potem książka Bez taryfy ulgowej przypieczętowały krytykę twórczości socrealistycznej.
33 Leo Spitzer (1887-1960) - austriacki romanista, wpływowy krytyk literacki, m.in. próbujący znaleźć związki między stylem a psychologią autora.
34 M.in. cykl Epoka pieców, tomy opowiadań Szekspir i Ucieczka z Jasnej Polany.
35 Opowiadanie Sandauera dedykowane pamięci ojca, m.in. z wątkiem wydania jednej Żydówki, by uratować innych.
36 Wacław Borowy był atakowany na "naradzie produkcyjnej" 20 kwietnia 1950 (m.in. za "nadmiar materiału z literatur obcych", "brak powiązań społecznych", "brak wyjaśniania "praw rządzących literaturą""). Zm. 16 października 1950.
37 Procesy moskiewskie - pokazowe procesy polityczne, w których po wielomiesięcznym bezwzględnym śledztwie (pod zarzutami współpracy z wygnanym z ZSRS Lwem Trockim, wywiadami zachodnimi itp.) sądzono elity partii bolszewickiej, b. współpracowników Lenina, a potencjalnych konkurentów Stalina. Pierwszy proces miał miejsce w sierpniu 1936 (16 podsądnych, wszystkich skazano na śmierć), kolejny w styczniu 1937 (17 podsądnych; 13 skazano na śmierć); trzeci w marcu 1938 (18 skazanych na karę śmierci). Procesy moskiewskie stały się symbolem Wielkiej Czystki.
38 Mimo aresztowania Gomułki, a ponad rok wcześniej, w maju 1950, Mariana Spychalskiego, do ich procesu nie doszło. Obaj wrócili do życia publicznego w 1956 r.
39 Ang.: wszystkie chwyty dozwolone.
40 W recenzji widać zastosowanie metody cynizmu, będącego sarkazmem, podkreślającej obowiązującą stylistykę aż do absurdu.
41 Maria Helena Stabrowska (1928-2016). Ślub kościelny zawarty 13 stycznia 1952 (cywilny prawdopodobnie 3 września 1951). Syn Jan Tomasz ur. 1 stycznia 1953, córka Agnieszka ur. 10 listopada 1955.
42 Dyplom ukończenia studiów datowany na 30 października 1952.
43 VI Zjazd Naukowy Młodzieży Polonistycznej (15-18 listopada).
44 Andrzej Lam (ur. 1929) - historyk i teoretyk literatury, związany z UW (m.in. dyrektor polonistyki w l. 1976-82), redaktor naczelny "Współczesności" (1962-66) i "Rocznika Literackiego" (1980-84).
45 Józef Zygmunt Rurawski (ur. 1930) wygłosił wówczas podpisany razem z Witoldem Billipem referat Bohater pozytywny powojennej powieści. Rurawski był wcześniej w Szarych Szeregach, później pracował m.in. jako asystent na polonistyce UW, od 1980 r. w Kielcach. Tadeusz Muras (1925-1991) z Łodzi nie przedstawił wówczas referatu, Lipski zapewne wspomina jego referat z 1950 r. pt. Katolicka powieść współczesna (wg innego źródła: obyczajowa), w której "odsłonił [...] sojusz reakcji z katolicyzmem" ("Odra" nr 1/1950). Muras pracował później jako nauczyciel języka polskiego.
46 Helena Zaworska (1930-2014) - historyczka i krytyczka literatury, związana wówczas z IBL, żona Jacka Trznadla - oboje wówczas popierali twórczość socrealistyczną.
47 Grzegorz Lasota (1929-2014) - początkowo dziennikarz prasy młodzieżowej, krytyk literacki, później pracownik Telewizji Polskiej, filmowiec, m.in. twórca magazynu "Pegaz".
48 Andrzej Kijowski (1928-1985) - krytyk literacki i teatralny, prozaik, scenarzysta, redaktor Wydawnictwa Literackiego, a później PIW-u, od początków lat 70. związany z "Tygodnikiem Powszechnym".
49 Tj. krytyków związanych z krakowskim tygodnikiem "Życie Literackie".
50 Stefan Treugutt (1925-1991) - historyk literatury, związany z IBL, w l. 1968-82 zastępca dyrektora IBL, krytyk teatralny wygłaszający wprowadzenia do spektakli "Teatru Telewizji".
51 Danuta Kępczyńska (ur. 1929) - wówczas asystentka na UW, później scenarzystka i reżyserka.
52 Henryk Bereza (1926-2012) - krytyk literacki, eseista, wieloletni redaktor "Twórczości".
53 Witold Dąbrowski (1933-1978) - poeta, tłumacz z rosyjskiego (m.in. Sołżenicyna i Bułhakowa), współzałożyciel Studenckiego Teatru Satyryków.
54 Krystyna Walicka (Mazur-Wróblewska-Walicka, później Dąbrowska) - polonistka.
55 Tj. grupy "neopozytywistów", która dwa lata wcześniej przygotowała referat Psychologizm w prozie dwudziestolecia (1918-1939).
56 Kazimierz Ajdukiewicz (1890-1963) - filozof, przedstawiciel szkoły lwowsko-warszawskiej.
57 Nawiązanie do art. 23 mkk, penalizującego wypowiedzi krytyczne pod adresem władz, szeroko stosowanego w sądownictwie stalinizmu.