Umysł zamknięty. Jak wyższa edukacja zawiodła demokrację i zubożyła dusze dzisiejszych studentów - Allan Bloom

-
Proszę czekać

Przedmowa

Profesor Bloom ma swój własny sposób działania. Pisząc o wyższej edukacji w Ameryce, nie ogląda się na formy, zwyczaje i maniery przyjęte przez środowisko, nazywane, głównie przez jego członków, wspólnotą akademicką. Jednak jego referencje są niepodważalne. Jest autorem doskonałej książki o polityce w dziełach Szekspira, przetłumaczył Państwo Platona i Emila Rousseau. Jego kolegom z branży trudno będzie zbyć go wzruszeniem ramion, choć wielu by tego chciało, gdyż jest równie bystry i odważny jak wykształcony, a na dodatek dobrze się przyjrzał temu, co miał na myśli Mencken, mówiąc o "wyższym wykształceniu".

Profesor Bloom nie jest jednak demaskatorem ani prześmiewcą. Traktuje temat poważnie, co prowadzi go daleko poza granice świata akademickiego. Nie odwołuje się przede wszystkim do profesorów. Wprawdzie zaprasza ich do słuchania - a oni będę go słuchać, bo są pod ciężkim ostrzałem - ale lokuje się w znacznie szerszej perspektywie, przywołując częściej Sokratesa, Platona, Machiavellego, Rousseau i Kanta niż swoich współczesnych:

Rzeczywista wspólnota ludzka, wśród tych wszystkich wewnętrznie sprzecznych imitacji wspólnoty, jest wspólnotą tych, którzy szukają prawdy, potencjalnych jej znawców, to znaczy - w zasadzie - wszystkich ludzi w takim zakresie, w jakim pragną wiedzieć. W praktyce jednak obejmuje tylko paru prawdziwych przyjaciół, takich, jakim był Platon dla Arystotelesa właśnie w tym momencie, gdy spierali się o naturę dobra. Ich wspólne zatroskanie o dobro ich łączyło; a niezgoda co do kwestii dobra potwierdzała, że potrzebują się wzajemnie, by je zrozumieć. Gdy przyglądali się temu problemowi, stanowili absolutnie jedną duszę. To właśnie jest, według Platona, jedyna prawdziwa przyjaźń, jedyne rzeczywiste dobro wspólne. Tylko w tym znaleźć można ten kontakt, którego ludzie tak desperacko szukają. Inne rodzaje związków są tylko niedoskonałym tego odbiciem; próbują zyskać samoistność, czerpiąc jedyne usprawiedliwienie ze swojej relacji do tego związku prawdziwego. Taki jest sens zagadki nieprawdopodobnych królów-filozofów. Jest między nimi prawdziwa wspólnota, będąca przykładem dla innych wspólnot.

Współcześni czytelnicy mogą odbierać taki styl jako trącący niedzisiejszą sztywnością - "prawda", "dobro", "człowiek" - ale nie możemy zaprzeczyć, że za naszą rezerwą wobec takiego języka kryje się wstydliwa świadomość wątłości, a nierzadko tandetności naszego obecnego dyskursu o "wartościach".

Zdania wyżej przytoczone pochodzą z zakończenia książki Blooma. Rozstając się z czytelnikami, uderza w najpoważniejsze tony. W nieco innym duchu omawia wpływ ekonomistów, oderwanie współczesnej nauki od "filozofii natury", która ją poprzedziła, zjawisko "kulturowego relatywizmu" i znaczenie przyznawania dyplomów MBA. Często zdarza mu się wystrzelić jakąś prowokacyjną i figlarną racę. Mówiąc o miejscu nauk humanistycznych na uczelniach, nazywa je "starą Atlantydą", do której zwracamy się znów, by "odnaleźć siebie, gdy wszystko inne już zawiodło". "Humanistyka jest jak wielki stary paryski pchli targ, gdzie wśród masy śmieci ludzie wprawnym okiem wypatrują rozproszonych skarbów". Albo inaczej: jest "jak obóz uchodźców, gdzie wszyscy geniusze, oderwani od swoich zajęć i domów, tkwią w bezczynności albo wykonują podrzędne prace. Dwie pozostałe części uniwersytetu nie mają żadnego pożytku z przeszłości". Gdy nie zajmuje się naturą Dobra, potrafi uderzyć z całą siłą, i to bardzo celnie. Jako uczony chce nas oświecać, ale jako pisarz nauczył się od Arystofanesa i innych wielkich, że oświecanie powinno być atrakcyjne. To nie jest książka profesora, ale myśliciela, który podjął ryzyko bycia pisarzem. W książce o ideach ryzykownie jest mówić własnym głosem, choć przypomina nam to, że źródła najprawdziwszych prawd są, z konieczności, nade wszystko osobiste. Bloom mówi nam: "W wielu miejscach tej książki odnosiłem się do Państwa Platona. Jest to dla mnie książka o edukacji, ponieważ wyjaśnia mi to, czego doświadczyłem jako człowiek i nauczyciel". Nauczyciele akademiccy, nawet ci określający się jako egzystencjaliści, bardzo rzadko pokazują się publicznie i otwarcie jako jednostki, jako osoby. Tak więc profesor Bloom walczy na pierwszej linii tej mentalnej wojny naszych czasów, i jest mi przez to szczególnie bliski (jeśli on może mówić tak osobiście, to nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym pozostawać anonimowym komentatorem).

Na końcowych stronach Bloom opowiada o studencie, który po lekturze Uczty stwierdził, że trudno sobie wyobrazić tę magiczną ateńską atmosferę, w której "zaprzyjaźnieni mężczyźni, wykształceni, pełni życia, cywilizowani, lecz naturalni, schodzą się, by na równej stopie opowiadać wspaniałe historie o treści swoich pragnień". "Jednak takie doświadczenia są dostępne zawsze" - dodaje Bloom:

Pamiętajmy, że ta pogodna dyskusja toczyła się w czasie strasznej wojny, którą Ateny miały przegrać i przynajmniej Arystofanes oraz Sokrates potrafili już przewidzieć, że będzie to oznaczało zmierzch cywilizacji greckiej. Jednakże nie poddawali się rozpaczy i w tych przygnębiających warunkach politycznych ich umiejętność cieszenia się urokami natury dowodziła żywotności tego, co w człowieku najlepsze, niezależnie od sytuacji i biegu wypadków. My czujemy się zbyt zależni od historii i kultury. (...) Istotę tego dialogu, lub każdego innego Platońskiego dialogu, można odtworzyć w niemal wszystkich czasach i miejscach. (...) A trzeba dużo myśleć, by zrozumieć, że to wszystko służy właśnie myśleniu. W tym miejscu zaczynamy zawodzić, ale mamy to w zasięgu ręki - nieprawdopodobne, ale zawsze obecne.

Potraktowałem to stwierdzenie bardzo poważnie i poruszyło mnie mocno, bo odnalazłem w nim ziarno, z którego wykiełkowało moje życie. Jako człowiek ze Środkowego Zachodu, syn imigrantów, wcześnie zorientowałem się, że zostałem powołany do samodzielnego decydowania o swoim losie, na ile tylko pozwolą mi moje żydowskie pochodzenie, otoczenie (perypetie życiowe w Chicago) i wykształcenie. Nie miałem zamiaru podporządkować się bez reszty zrządzeniom historii i kultury i robić tego, co mi było pisane. W naszych czasach najpowszechniejszym przekonaniem w cywilizowanym świecie jest "Powiedz mi, skąd jesteś, a powiem ci, kim jesteś". Ale w tamtym chicagowskim świecie, przy zrozumieniu ze strony szybko amerykanizującej się rodziny nie było mowy o tym, żebym się wpisał w ten wzorzec. Zanim nabrałem zdolności jasnego myślenia, moja niechęć do tego przerodziła się w silny upór. Nie potrafiłem powiedzieć, dlaczego tak bardzo nie chcę stać się produktem mojego środowiska. Nie miałem jednak najmniejszej ochoty skupiać się na zarabianiu pieniędzy, byciu użytecznym ani roztropnym. Moja matka chciała, żebym został skrzypkiem albo rabinem. Miałem do wyboru: grać do kotleta w Palmer House albo przewodniczyć modłom w synagodze. W tradycyjnych ortodoksyjnych rodzinach małych chłopców uczyło się tłumaczenia Księgi Rodzaju i Księgi Wyjścia, więc bez trudu mógłbym zostać rabinem, gdyby wielki świat tuż za progiem nie był tak pociągający. Zresztą pobożne życie to nie dla mnie. W każdym razie zacząłem w młodym wieku dużo czytać, co szybko odciągnęło mnie od tej starożytnej religii. Gdy miałem siedemnaście lat, ojciec pozwolił mi, mimo że niechętnie, wstąpić na uniwersytet, gdzie zostałem zapalonym (a właściwie mocno podekscytowanym), choć chaotycznym i krnąbrnym studentem. Gdybym poszedł na ekonomię, to na pewno i tak czytałbym cały czas Ibsena i Shawa. Zapisałem się więc na zajęcia z poezji, ale szybko znudziłem się stopami i stancami, przenosząc uwagę na Wspomnienia rewolucjonisty Kropotkina i Co robić? Lenina. Moje gusta i nawyki były typowe dla pisarza. Wolałem czytać poezję na własną rękę, zamiast korzystać z dobrodziejstw wykładów. Aby dać wytchnienie zmęczonym książkami oczom, grałem w bilard i ping-ponga w męskim klubie.

Wkrótce zdałem sobie sprawę, że w świetle tego, co pisali postępowi myśliciele europejscy, kulturalne oczekiwania młodego człowieka z Chicago, tego centrum brutalnego materializmu, skazane są na porażkę. Wielkie rzeźnie, stalownie, place przeładunkowe, prymitywne rudery przemysłowych przedmieść, przygnębiający nastrój dzielnicy finansowej, boiska do baseballu i hale bokserskie, machina policyjna i wojny gangów z epoki prohibicji razem wzięte tworzyły solidną skorupę mrocznego darwinizmu społecznego, nieprzeniknioną dla promieni kultury. W ocenie wyrafinowanych Anglików, Francuzów, Niemców czy Włochów, rzeczników najbardziej awangardowej sztuki, sprawa była beznadziejna. Zdaniem wielu z tych zagranicznych obserwatorów Ameryka miała pod wieloma względami przewagę nad Europą - była bardziej wydajna w zakresie produkcji, miała więcej energii, więcej swobody, była, ogólnie rzecz biorąc, wolna od niszczycielskich wojen i zepsutych polityków. Jeśli jednak ktoś chciał zostać malarzem, lepiej byłoby dla niego urodzić się Eskimosem niż prezbiterianinem z Minnesoty, jak ujął to Wyndham Lewis. Cywilizowani Europejczycy, często wyjątkowo wolni od uprzedzeń klasowych w swoich krajach, mogli swobodnie dawać upust swojej niechęci w luzackiej Ameryce. Nikt jednak nie przewidział, że wszystkie cywilizowane kraje pogrążą się w powszechnym kosmopolityzmie i że to godne ubolewania osłabienie starszych gałęzi cywilizacji otworzy nowe możliwości i uwolni nas od dyktatu historii i kultury - co można uznać za jakąś przewrotną korzyść z upadku. Oczywiście przejawiałoby się to w nieco barbarzyński sposób, ale otwierało nowe obszary niezależności.

Jestem między młotem a kowadłem. Europejscy krytycy traktują mnie czasem jak ciekawą hybrydę - ani Amerykanin z krwi i kości, ani prawdziwy Europejczyk, faszerujący swoje teksty odniesieniami do filozofów, historyków i poetów, których pochłaniałem zachłannie i jak popadnie jeszcze na Środkowym Zachodzie. Faktycznie, jestem samoukiem, jak wszyscy współcześni pisarze. Jak ten natchniony przybysz z prowincji, dziewiętnastowieczny powieściopisarz, dociekliwy, zapuszczający się głęboko i śmiało wyciągający wnioski. Istotą jest niezależna inteligencja. Jak powiedział Balzac, "świat należy do mnie, gdyż go rozumiem". Książka profesora Blooma napawa mnie obawą, że ta księga świata, tak żarliwie i owocnie studiowana przez autodydaktów, zamykana jest przez "uczonych", wznoszących mury swych opinii, by odciąć do niej dostęp.

Z drugiej strony, amerykańscy czytelnicy wyczuwają czasem w moich książkach jakąś obcość. Wspominam przecież pisarzy ze "starego świata", wydaję się przemądrzały, a nawet napuszony. Chętnie przyznam, że miejscami pewnie rzeczywiście trochę trudno się mnie czyta, a stanie się to jeszcze trudniejsze wraz z postępującym upadkiem czytelnictwa. Nigdy nie jest łatwo sprostać upodobaniom czytelników. O pewnych rzeczach jednak ludzie powinni wiedzieć, żeby w ogóle mogli czytać książki. Toteż traktując ich z szacunkiem, należy założyć, że ich znajomość historii XX wieku jest nieco większa od przeciętnej. Poza tym pisarze przyjmują zawsze za oczywiste istnienie psychicznej jedności z czytelnikiem, przynajmniej do pewnego stopnia. "Inni są zasadniczo podobni do mnie, a ja jestem w zasadzie podobny do nich, pomijając parę pomniejszych różnic". Dzieło literackie jest czymś w rodzaju ofiary. Zanosisz ją na ołtarz i masz nadzieję, że zostanie przyjęta. Modlisz się, by jej ewentualne odrzucenie nie wprawiło cię w gniew, zmieniając w Kaina. Pewnie to przejaw naiwności, ale dobywasz z siebie swoje najcenniejsze skarby i składasz je na wielki stos. Ci, którzy nie docenią ich wartości od razu, mają szansę zrobić to później. Nie zawsze zresztą masz poczucie, że piszesz dla swoich współczesnych. Równie dobrze twoich przyszłych czytelników może tu jeszcze nie być i dopiero twoje książki sprawią, że pojawią się na świecie.

Czasami stroję sobie żarty z wykształconych Amerykanów. Na przykład Herzog był pomyślany jako powieść satyryczna. Doktor z prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu załamuje się, gdy żona zostawia go dla innego mężczyzny. Wpada w epistolarny amok i w przypływie żalu pisze pełne jadu i ironii listy, nie tylko do swych przyjaciół i znajomych, ale też do znanych ludzi z przeszłości, wielkich myślicieli, którzy go ukształtowali. Ten zdołowany człowiek w kryzysowym momencie zdejmuje z półki tomy Arystotelesa albo Spinozy i wertuje je gorączkowo, poszukując pociechy i rady. Chce się pozbierać, interpretując swoje doświadczenie i szukając sensu życia. Zaczyna sobie wtedy uświadamiać absurdalność tych wysiłków. "Wszystko, czego ten kraj potrzebuje - pisze wreszcie, uznając niedorzeczność stanu, w jakim się znalazł - to dobra pięciocentowa synteza". To echo słów Thomasa Marshalla, wiceprezydenta za kadencji Woodrowa Wilsona, który w przededniu pierwszej wojny światowej powiedział: "Ten kraj potrzebuje dobrego pięciocentowego cygara". Część czytelników Herzoga narzekała, że książka jest trudna. Żywili sympatię do tego nieszczęsnego i komicznego profesora historii, ale zniechęcały ich jego przydługie erudycyjne listy. Niektórzy poczuli się wywołani do trudnego egzaminu z historii idei i uważali, że niefortunnie mieszam współczucie i dowcip z aluzjami i myślowymi zaułkami.

Takie było jednak moje zamierzenie.

Odpowiedź brzmi: "Jeśli to było twoim celem, to chybiłeś. Niektórzy z twoich czytelników uznali to za coś w rodzaju toru przeszkód albo łamigłówki dla jajogłowych z Mensy". Nielicznym mogło to pochlebić, ale inni nie mieli ochoty na taki sprawdzian. Ludzie kierują swoje siły intelektualne na sprawy zawodowe, a w drugim rzędzie na poważne kwestie, nieobojętne odpowiedzialnym obywatelom - ekonomię, politykę, składowanie odpadów nuklearnych itp. A na zakończenie dnia pragną rozrywki. Nie widzą powodu, dla którego nie miałaby ona być czystą rozrywką. I do pewnego stopnia się z nimi zgadzam. Ja też, gdy zdarza mi się czytać Montaigne'a, mam pokusę, by opuszczać długie cytaty z tekstów klasycznych, nazbyt trudnych dla mojej łaciny nabytej w liceum. Poza tym wspomnienie czasów szkolnych wcale nie jest przyjemne.

Żeby zamknąć już wątek Herzoga... napisałem tę powieść, by pokazać, jak niewiele daje "wyższe wykształcenie" człowiekowi, który się znajdzie w opałach. W końcu zdaje on sobie sprawę, że nie ma żadnego wykształcenia związanego z układaniem sobie życia (bo kto na uniwersytecie miałby go nauczyć, jak sobie radzić z potrzebami seksualnymi, kobietami czy ze sprawami rodzinnymi?). Dlatego potrzebuje nowego rozdania i wraca, jak sobie wymyśliłem, pisząc tę książkę, do jakiegoś pierwotnego punktu równowagi. Ten chaos Herzoga jest barbarzyński. Jest jednak jeden punkt, którego - dzięki poczuciu humoru - może się uchwycić. W największej nawet konfuzji dusza ma przed sobą jedną otwartą drogę. Może być ona trudna do znalezienia, ponieważ w średnim wieku bywa zarośnięta, a najgęstsze zarośla, które ją przysłaniają, wyrosły z tego, co nazywamy naszą edukacją. Jednakże ona zawsze istnieje i naszym zadaniem jest dbanie o nią, by dawała dostęp do najgłębszej głębi nas samych - do świadomości istnienia jakiejś wyższej świadomości, za pomocą której dokonujemy ostatecznych ocen i scalamy nasze życie. Niezależność tej świadomości, na tyle silnej, by nie ulegała zgiełkowi historii i naszego otoczenia, to istota życiowej walki. Dusza musi znaleźć i utrzymać swój fundament w obliczu wrogich sił, kryjących się czasem w ideach kwestionujących samo jej istnienie.

Romantyczni poeci i inni dziewiętnastowieczni wieszczowie się mylili - poeci i powieściopisarze nigdy nie będą prawodawcami ani nauczycielami ludzkości. Ambitnym zadaniem dla nich niech będzie nowe spojrzenie na istotę ludzką, skłonienie jej, by inaczej postrzegała świat, odciąganie jej od utartych sposobów doświadczania. To, co czyni ten projekt szczególnie trudnym, jest przygnębiająca ekspansja wyuczonej ignorancji i lichego myślenia. W istocie rzeczy, żyjemy w świecie myśli, a myślenie ma się dziś marnie. Zatem artysta, niezależnie od tego, czy uważa się za intelektualistę, czy nie, jest zajęty biciem się z myślami. Samo myślenie nigdy nie uleczy jego utrapień, a każdy artysta powinien być wdzięczny za łaskę uwolnienia od skomplikowanych przemyśleń. Dla mnie uniwersytet był miejscem, w którym się uwolniłem od tego brzemienia i otrzymałem wsparcie w mozolnym pozbywaniu się złych myśli. To na uniwersytecie zacząłem się przekopywać przez współczesne ideologie - zarówno kapitalistyczne, jak i marksistowskie - teorie społeczne i historyczne, a także filozofie (pozytywizm logiczny, naturalizm, egzystencjalizm itd.). Zrzuciwszy ten ciężar, mój umysł odzyskał zdolność oddychania. Broniąc poznanej u źródła jedności bytu, nigdy nie widziałem w uniwersytecie sanktuarium ani schronienia przed "światem zewnętrznym". Życie w akademickim miasteczku, w izolacji od wielkiego, tętniącego życiem miasta, byłoby dla mnie męką. Tak więc nie byłem nigdy - jak nazwał mnie pewien "radykalny" środkowoeuropejski powieściopisarz - "pisarzem kampusowym". Ćwiczyłem się raczej w nieskończonych wariacjach na radykalne lewicowe i prawicowe tematy, tak że potrafiłem (nie jest to godna pozazdroszczenia umiejętność) wykrywać smrodki rewolucyjnej retoryki wieku czy też, z drugiej strony, rozpoznawać w niedawnych objawieniach "oryginalnej" geopolityki Gore'a Vidala temat "żółtego zagrożenia" z "Hearst Sunday Supplement" - zalatujący równie przykro jak w latach trzydziestych. Nie ma niczego nowego w żarliwej pozie tych agitacyjnych, "aktywistycznych" pisarzy. Gdyby potrafili wyjść z czymś własnym, uniwersytety nie utrzymałyby monopolu w życiu intelektualnym.

Sednem wywodu profesora Blooma jest twierdzenie, że uniwersytet miał być w społeczeństwie rządzonym przez opinię publiczną wyspą intelektualnej wolności, gdzie wszelkie poglądy byłyby poddawane krytycznemu badaniu, bez żadnych ograniczeń. Liberalna demokracja wspaniałomyślnie to umożliwiła, ale uniwersytet, godząc się na odgrywanie aktywnej i "pozytywnej", partycypującej roli w społeczeństwie, został zalany i przesycony echami "problemów" społecznych. Zajęcie się przez naukowców problemami zdrowia, seksu, rasy i wojny sprawiło, że uniwersytety stały się rezerwuarami społecznych ideologii, pełnymi szkodliwych wpływów. Wszelkie proponowane reformy liberalnej edukacji, które mogłyby skonfliktować uniwersytet z państwem, stały się nie do pomyślenia. Ludzie "ze środka" uniwersytetu są coraz bardziej podobni do ludzi "z zewnątrz" pod względem swoich apetytów i motywów. To dlatego opowiadam się za Bloomem - a jeśli nawet wygłasza on jakieś mocno polemiczne tezy, to można nad nimi łatwo przejść do porządku dziennego. To, co czyni jego wywód niezwykle poważnym, jest solidny fundament historyczny, na którym buduje swoją argumentację. Z godną podziwu znajomością teorii polityki wyjaśnia, jak do tego wszystkiego doszło, skąd się wzięła nowoczesna demokracja, do czego zmierzali Machiavelli, Hobbes, Locke, Rousseau i inni filozofowie oświecenia - i jak ich intencje się spełniały lub kończyły porażką.

W ostatniej dekadzie temperatura sporu pomiędzy lewicą i prawicą tak się podniosła, że zaprzepaszczono zwyczaje cywilizowanego dyskursu. Wydaje się, że antagoniści już nie słuchają się nawzajem. Szkoda byłoby, gdyby adwersarze nie przeczytali książki profesora Blooma z uwagą i bez uprzedzeń. To ważny głos i zasługuje na dogłębne przemyślenie. Niezależnie od tego, czy ktoś się zgadza z wnioskami, czy nie, praca ta wnosi coś więcej niż przegląd tradycji: gruntowne, historycznie podbudowane podsumowanie, godne zaufania résumé rozwoju akademickiego życia intelektualnego w demokratycznych Stanach Zjednoczonych.

Saul Bellow

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki