Część pierwsza
Inne imię dla każdej rzeczy
rozdział pierwszy
Chrystus to nie jest nazwisko Jezusa
Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. A ziemia była bezładną pustką. Ciemność zalegała nad bezmiarem wód, a duch Boży unosił się nad wodami. Bóg rzekł: "Niech się stanie światłość". I stała się światłość.
- Księga Rodzaju 1,1-3
We wszystkich ponad trzydziestu tysiącach wyznań chrześcijańskich wierni kochają Jezusa i (przynajmniej w teorii) jak się wydaje, nie mają żadnego problemu z zaakceptowaniem Jego prawdziwego człowieczeństwa i pełni bóstwa. Wielu przyznaje się do osobistej relacji z Jezusem - może jest to przebłysk natchnienia o Jego intymnej obecności w ich życiu, może lęk przed Jego sądem lub gniewem. Inni ufają Jego współczuciu i często nim się posługują dla usprawiedliwienia swoich poglądów czy polityki. Zatem jak pojęcie Chrystusa mogłoby zmienić obecną sytuację? Czy Chrystus to po prostu nazwisko Jezusa? A może jest to objawiony tytuł, który wymaga całej naszej uwagi? Czym różni się działanie czy rola Chrystusa od Jezusa? Co znaczą słowa Pisma Świętego, kiedy Piotr w swoim pierwszym wystąpieniu po zesłaniu Ducha Świętego mówi do tłumów, że "Jezusa, którego ukrzyżowaliście, Bóg uczynił Panem i Chrystusem!" (Dz 2,36)? Czy nie znaczyły one zawsze tego samego od narodzin Jezusa?
By odpowiedzieć na te pytania, musimy wrócić do początków i zapytać: jaki był zamiar Boga w tych pierwszych momentach stworzenia? Czy Bóg był całkowicie niewidzialny przed początkiem wszechświata? Czy w ogóle istnieje jakieś "przed"? Dlaczego Bóg dokonał stworzenia? Jaki był cel Boga w akcie stworzenia? Czy wszechświat sam w sobie jest wieczny? Czy może jest stworzony w czasie, tak jak go pojmujemy, podobnie jak sam Jezus?
Przyznajmy, że prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się ani "jak", ani "kiedy" dokonało się stworzenie, ale pytanie, na które religia stara się odpowiedzieć, to przede wszystkim "dlaczego". Czy da się znaleźć jakieś dowody na to, dlaczego Bóg stworzył niebo i ziemię? Czy była w tym jakaś intencja czy zamiar? Czy w ogóle potrzebujemy "Boga Stworzyciela", by wyjaśnić tajemnicę wszechświata?
Większość starożytnych tradycji proponuje swoje wyjaśnienie, które brzmi mniej więcej tak: wszystko, co istnieje w formie materialnej, pochodzi z jakiegoś Pierwotnego Źródła, które najpierw istniało jedynie w formie duchowej. To Nieskończone Pierwotne Źródło w pewien sposób wlało się w skończone formy, stwarzając wszystko, od skał po wodę, rośliny, organizmy, zwierzęta i ludzi - wszystko, co widzą nasze oczy. To samoobjawienie się Boga, kogokolwiek tak nazwiemy, w materialnej postaci było pierwszym wcieleniem (ogólne określenie dla każdego rodzaju ucieleśnienia ducha) i miało miejsce na długo przed drugim osobowym wcieleniem, które jak wierzą chrześcijanie, dokonało się w Jezusie. Oddając tę myśl w języku franciszkańskim - stworzenie jest pierwszą Biblią, która istniała od 13,7 miliarda lat, zanim powstała druga spisana Biblia4.
Kiedy chrześcijanie słyszą słowo "wcielenie", większość myśli o narodzeniu Jezusa, w którym Bóg uwidocznił swoje radykalne zjednoczenie z ludzkością. W tej książce jednak chciałbym zasugerować, że pierwsze wcielenie to moment opisany w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju, gdy Bóg wszedł w jedność ze światem materialnym i stał się światłem wewnątrz wszystkiego. (To, jak wierzę, wyjaśnia, dlaczego światło jest tematem pierwszego dnia stworzenia, a prędkość światła naukowcy uznają dzisiaj za jedną z niezmiennych wartości). A zatem wcielenie to nie tylko "Bóg staje się Jezusem". To o wiele większe wydarzenie i pewnie dlatego Jan, kiedy po raz pierwszy je opisuje, używa ogólnego zwrotu "ciało" (J 1,14). Jan mówi o wszechobecnym Chrystusie, którego tak wyraźnie doświadczyła Caryll Houselander, o Chrystusie, którego każdy z nas wciąż spotyka w drugim człowieku, w górach, w źdźble trawy czy w szpaku.
Wszystko, co widzialne, bez wyjątku jest przejawem Boga. Czymże innym mogłoby być? Chrystus jest słowem oznaczającym Pierwotną Świątynię ("Logos") "wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało" (J 1,3). Taki sposób widzenia wpłynął na rozszerzenie mojej osobistej wiary, zmieniając punkty odniesienia i dodając siły. Jak wierzę, może to być unikalny wkład chrześcijaństwa w dziedzictwo religijne ludzkości5.
Kiedy pominiemy męską formę gramatyczną, której używa Jan dla opisania czegoś, co wykracza poza podziały płciowe, wtedy wyłania się nam z Prologu boska kosmologia, a nie tylko teologia. Na długo przed wcieleniem dokonanym w Jezusie Chrystus był głęboko zanurzony w każdej rzeczy - jako każda rzecz! W pierwszych wersetach Biblia mówi, że "Duch Boży unosił się nad wodami" lub nad "bezkształtną pustką" i w jednej chwili cały materialny wszechświat stał się widzialny w swojej głębi i znaczeniu (Rdz 1,1nn). W tym momencie czas nie ma oczywiście jeszcze żadnego znaczenia. Tajemnica Chrystusa jest sposobem, w jaki Nowy Testament stara się opisać tę "widzialność" lub możliwość bycia widzialnym, która się dokonała w dzień pierwszy.
Pamiętajmy, że światło to nie jest coś, co można wprost zobaczyć, ale dzięki czemu widzenie czegokolwiek jest możliwe. To dlatego w Ewangelii Jana Jezus Chrystus niemal chełpi się, mówiąc "Ja jestem światłością świata" (J 8,12). Jezus Chrystus to amalgamat materii i ducha złączony w jednym miejscu po to, byśmy mogli tak samo złączyć je w każdym innym miejscu i cieszyć się rzeczami w ich pełni. Może nas to nawet uzdolnić do widzenia tak, jak widzi Bóg, jeśli to nie zbyt wielkie oczekiwanie.
Naukowcy odkryli, że to, co dla ludzkiego oka wydaje się całkowitą ciemnością, jest w istocie wypełnione malutkimi cząsteczkami nazwanymi neutrina, które jak "okruchy światła" wypełniają cały kosmos. Wynika z tego, że coś takiego jak całkowita ciemność nie istnieje nigdzie, choćby ludzkie oko mówiło coś innego. Ewangelia Jana była dokładniejsza, niż sądziliśmy, opisując Chrystusa jako światłość, która "w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła" (J 1,5). Świadomość tego, że wewnętrzne światło każdej rzeczy nie może być wyeliminowane ani zniszczone, niesie wielką nadzieję. Jakby tego było mało, Jan (1,9) używa czasownika niedokonanego w stronie czynnej ("Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi"), pokazując nam, że nie było to jednorazowe wydarzenie, ale proces, który dokonuje się w każdym czasie ze stałością światła wypełniającego wszechświat. "Bóg widział, że światłość jest dobra..." (Rdz 1,3). Trzymaj się tego!
Symbolika się pogłębia i zacieśnia. Chrześcijanie wierzą, że ta uniwersalna obecność została również "zrodzona z niewiasty, zrodzona pod Prawem" (Ga 4,4) w konkretnym momencie chronologicznego czasu. Jest to wielki chrześcijański skok wiary, który nie każdy chce zrobić. Zuchwale wierzymy, że Boża obecność została wlana w pojedynczą ludzką osobę, tak by człowieczeństwo i bóstwo mogły być w niej rozpoznane jako zjednoczone w działaniu, rozpoznane w Nim - i dlatego też w nas! A może lepiej zamiast mówić, że Bóg przyszedł na świat w Jezusie, powiedzieć, że Jezus wyłonił się z już przesiąkniętego Chrystusem świata. Drugie wcielenie wypływa z pierwszego, z Bożego miłosnego zjednoczenia ze stworzonym światem. Jeśli wciąż czujesz się z tym nieswojo, to zaufaj jeszcze trochę. Obiecuję ci, że zmierza to do pogłębienia i poszerzenia twojej wiary zarówno w Jezusa, jak i w Chrystusa. Jest to ważne przewartościowanie tego, kim Bóg mógłby być i co taki Bóg może uczynić; to taki Bóg, którego możemy potrzebować, jeśli chcemy znaleźć trafniejsze odpowiedzi na pytania postawione na początku tego rozdziału.
Chodzi mi o to, że kiedy wiemy, że świat wokół nas jest zarówno miejscem ukrycia się, jak i objawienia się Boga, to już nie możemy czynić istotnych rozróżnień między naturalnym i nadprzyrodzonym, między świętym i nieświętym. Głos z nieba czyni to oczywistym dla wciąż upartego Piotra w Dziejach Apostolskich (Dz 10). Wszystko, co widzę i wiem, tworzy rzeczywiście jeden "universe", który posiada jedno spójne centrum. Ta Boża obecność poszukuje kontaktu i komunii, a nie podziałów i separacji - może z wyjątkiem sytuacji, które prowadzą do późniejszego jeszcze głębszego zjednoczenia.
Jakże wielka robi się różnica w sposobie mojego chodzenia po tym świecie, traktowania każdej z osób spotkanych w ciągu dnia. To tak, jakby wszystko, co do tej pory było rozczarowaniem i porażką, wszystkie wielkie zakręty historii można było zobaczyć jako jeden wspólny nurt, wciąż fascynujący i użyteczny dla Bożej miłości. To wszystko musi wciąż nadawać się do użytku i zawierać w sobie potencjał, nawet jeśli przypomina zdrady i ukrzyżowania. Jakże inaczej mielibyśmy kochać ten świat? Nic i nikt nie musi być wykluczony.
Obraz jedności, który opisuję, nie podoba się już naszemu postmodernistycznemu światu, a nawet mu stanowczo zaprzecza. Zastanawiam się, jak można po zwycięstwie racjonalizmu w dobie Oświecenia opowiadać się po stronie takiej niespójności. Byłem przekonany, że zaakceptowaliśmy spójność, zasady i jakąś formę ostatecznego sensu wszystkiego jako coś dobrego. Tymczasem intelektualiści w ostatnim stuleciu sprzeciwili się istnieniu i sile idei tak powszechnej jedności - w chrześcijaństwie zaś popełniliśmy błąd, ograniczając obecność Stworzyciela jedynie do pojedynczego objawienia, Jezusa. Następstwa takiego wybiórczego widzenia świata działają niszczycielsko na bieg historii i na stan ludzkości. Stworzenie zostało uznane za pozbawione świętości, za dzieło przypadku, za jakiś dodatek do faktycznego centrum Bożego zainteresowania, którym tylko jesteśmy my (albo jeszcze bardziej kłopotliwie, on!). To prawie niemożliwe, żeby indywidualne osoby mogły czuć się szczęśliwe w nieświętym, pustym i przypadkowym świecie. Taki obraz świata sprawia, że czujemy się wyobcowani, musimy rywalizować w walce o pozycję, zamiast przeżywać głęboką jedność i budować coraz większe kręgi jedności.
Bóg kocha rzeczy, stając się nimi.
Bóg kocha rzeczy, jednocząc się z nimi, a nie przez ich wykluczenie.
Przez akt stworzenia Bóg objawił odwiecznie udzielającą się boską obecność w fizycznym i materialnym świecie6. Zwykła materia jest miejscem, gdzie ukrywa się duch, a przez to samym Ciałem Boga. Szczerze, czymże innym mogłaby być, skoro - jak wierzą chrześcijanie, żydzi i muzułmanie - "jeden Bóg stworzył wszystkie rzeczy". Od samego początku czasu Duch Boży objawia swoją chwałę w materialnym świecie. Tak wiele psalmów to potwierdza, kiedy to "rzeki klaszczą w dłonie", a "góry śpiewają z radości". Kiedy Paweł pisze: "lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus" (Kol 3,11), to okazuje się naiwnym panteistą czy tym, który rzeczywiście zrozumiał wszystkie następstwa Ewangelii wcielenia?
Wydaje się, że Bóg zdecydował się objawić to, co niewidzialne, przez to, co nazywamy "widzialnym", tak by wszystkie rzeczy widzialne stały się objawieniem bez końca rozprzestrzeniającej się duchowej energii Bożej. Komu choć raz uda się to rozpoznać, już nigdy nie będzie czuł się samotny w tym świecie.
Bóg osobowy i wszechobecny
Wiele fragmentów Pisma Świętego bardzo wyraźnie potwierdza, że Chrystus istniał "od początku" (J 1,1-18; Kol 1,15-20; Ef 1,3-14) jako podstawowe źródło, a zatem Chrystus nie może być tym samym co Jezus. Kiedy dołączymy słowo "Chrystus" do Jezusa tak, jakby to było Jego nazwisko, a nie sposób, w jaki Boża obecność przenika wszelką materię w ciągu całej historii, chrześcijanie okazują się dość niechlujni w swoim myśleniu. Nasza wiara stała się jedną z teologii pomiędzy innymi konkurującymi ze sobą kościelnymi teoriami zbawienia, zamiast być powszechną kosmologią, wewnątrz której każdy może żyć z właściwą mu godnością.
Właśnie teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, potrzebujemy Boga tak wielkiego jak wciąż rozszerzający się wszechświat, w przeciwnym razie wykształceni ludzie będą widzieć Boga jako niekonieczny dodatek do znanego nam świata, który przecież sam w sobie jest zachwycający, piękny i godny uwielbienia. Jeśli nie będziemy ukazywali Jezusa również jako Chrystusa, to przypuszczam, że coraz więcej ludzi będzie nie tyle aktywnie występować przeciw chrześcijaństwu, co po prostu straci z czasem zainteresowanie nim. Wielu prowadzących badania naukowców, biologów, pracowników społecznych szanuje Tajemnicę Chrystusa, chociaż nie używają w tym celu żadnego opowiadania o Jezusie. Wydaje się, że Bogu nie zależy specjalnie na tym, żebyśmy poprawnie używali Jego imienia (zob. Wj 3,14). Sam Jezus powiedział: "Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie!", wejdzie do królestwa niebieskiego" (Mt 7,21; Łk 6,46; dodałem kursywę dla lepszego zrozumienia). Mówi, że liczą się ci, którzy "robią to poprawnie", a nie ci, którzy "nazywają to poprawnie". Tymczasem werbalna ortodoksja absorbowała nas przez wieki tak bardzo, że nawet skazywaliśmy ludzi na stos za to, że "nie używali właściwych słów".
Oto do czego może doprowadzić skupianie się jedynie i wyłącznie na Jezusie, na szczególnej "osobistej relacji" z Nim oraz na tym, co może On dla nas uczynić, żeby nas uchronić od jakichś wiecznych, ognistych cierpień. Przez dwa pierwsze tysiąclecia chrześcijaństwa kształtowaliśmy naszą wiarę w kategoriach problemu i jego rozwiązania. Jeśli wierzymy, że Jezus ma na celu przede wszystkim zapewnienie nam środków do osobistego, indywidualnego zbawienia, to zbyt łatwo pojawia się myśl, że nie ma On nic wspólnego z ludzką historią - z wojnami, niesprawiedliwością, niszczeniem przyrody lub czymkolwiek, co sprzeciwia się pragnieniom naszego ego czy naszym uprzedzeniom kulturowym. Skończyło się tym, że głosimy nasze narodowe wartości i kulturę w imię Jezusa, zamiast uniwersalnego przesłania wolności w imię Chrystusa.
Jeśli nie odkryjemy wrodzonej świętości świata - każdej, nawet najmniejszej cząstki, tego, co żyje i umiera - to będziemy się zmagać z rozpoznaniem Boga w naszej własnej rzeczywistości, nie mówiąc już o szacunku wobec wszystkiego, co nas otacza, czy miłości ku temu. Skutki takiej ślepoty możemy zobaczyć wszędzie wokół nas, w tym, jak traktujemy i wykorzystujemy naszych bliźnich, jak traktujemy ukochane zwierzaki oraz inne istoty żyjące, a także rolę uprawną, wody czy powietrze. Papieżowi udało się jasno powiedzieć to dopiero w XXI wieku. Myślę o proroczym dokumencie Franciszka Laudato si'. Oby nie było za późno, aby niepotrzebna przepaść między widzeniem praktycznym (nauka) a widzeniem holistycznym (religia) została w pełni pokonana. One nadal wzajemnie się potrzebują.
To, co nazywam w tej książce światopoglądem wcielenia (inkarnacyjnym), to głębokie rozpoznanie obecności Bożej dosłownie w "każdej rzeczy" i w "każdym". Jest to klucz do zdrowia psychicznego i duchowego, a także do pewnego rodzaju podstawowego zadowolenia i szczęścia. Światopogląd wcielenia jest jedynym sposobem, w jaki możemy pogodzić nasz wewnętrzny świat ze światem zewnętrznym, jedność z różnorodnością, fizyczność z duchowością, indywidualność ze wspólnotowością i boskość z człowieczeństwem.
Na początku II wieku Kościół zaczął nazywać siebie "katolickim", czyli powszechnym, ponieważ rozpoznał swój uniwersalny charakter i przekaz. Dopiero później "katolicki" został ograniczony słowem "rzymski", ponieważ Kościół stracił swój niepodzielny i włączający wszystko przekaz. Następnie, po całkowicie koniecznej reformacji w 1517 roku, po prostu zaczęliśmy się dzielić się na coraz mniejsze i konkurujące ze sobą frakcje. Paweł uprzedzał o tym Koryntian, zadając im pytanie, które wciąż powinno nas zastanawiać: "Czyż Chrystus jest podzielony?" (1 Kor 1,13). Od czasu, kiedy te słowa zostały napisane, zrobiliśmy wiele podziałów.
Chrześcijaństwo, delikatnie mówiąc, stało się plemienne, ale nie musi takie pozostać. W pełni chrześcijański akt wiary polega na ufności, że Jezus jako Chrystus dał nam ludzkie, ale całkowicie wystarczające wejście do Odwiecznego Teraz, które nazywamy Bogiem (J 8,58; Kol 1,15; Hbr 1,3; 2 P 3,8). Wielu wierzy, że taki skok wiary uczynili, gdy wyznali, że: "Jezus jest Bogiem!", ale ściśle mówiąc, słowa te nie są poprawne teologicznie.
To Chrystus jest Bogiem, a Jezus jest Jego historyczną manifestacją w czasie.
Jezus jest kimś Trzecim, nie tylko Bogiem i nie tylko człowiekiem,
ale Bogiem i człowiekiem jednocześnie.
To jest wyjątkowe i centralne przesłanie chrześcijaństwa i ma ono ogromne teologiczne, psychologiczne i polityczne implikacje - i to bardzo korzystne. Jeśli nie umiemy połączyć tych dwóch pozornych przeciwieństw Boga i człowieka w Jezusie Chrystusie, to również nie połączymy ich w sobie ani w całym fizycznym wszechświecie. Jak do tej pory jest to nasz największy martwy punkt. Jezus miał być kluczem do wyjścia z impasu, ale bez zjednoczenia Go z Chrystusem straciliśmy istotę tego, czym chrześcijaństwo mogło się stać.
Gdy Bóg jest jedynie osobisty, staje się plemienny i sentymentalny, a gdy jest uniwersalny, to nigdy nie wychodzi poza abstrakcyjne teorie i filozoficzne zasady. Kiedy nauczymy się łączyć Jezusa i Chrystusa, to odkryjemy Boga, który jest zarówno osobisty, jak i uniwersalny. Tajemnica Chrystusa namaszcza całą materię fizyczną od samego początku. Nie powinniśmy się dziwić, że słowo, które tłumaczymy z greki jako Chrystus, pochodzi od hebrajskiego słowa mesach, co znaczy "namaszczony", czyli Mesjasz. On objawia, że wszystko jest namaszczone! Wielu wciąż modli się i czeka na coś, co już zostało nam dane trzy razy: najpierw w stworzeniu; po drugie w Jezusie, abyśmy poznali, "co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce" (1 J 1-2); i po trzecie, w trwającej ukochanej wspólnocie (którą chrześcijanie nazywają Ciałem Chrystusa), a która powoli ewoluuje w całej historii ludzkości (Rz 8,18nn). Wciąż jesteśmy w przepływie.
Biorąc pod uwagę naszą obecną ewolucję świadomości, a zwłaszcza historyczny i technologiczny dostęp do "całego obrazu", który teraz mamy, zastanawiam się, czy szczera osoba może mieć jakiś zdrowy i święty "osobisty" związek z Bogiem, jeśli tenże Bóg nie łączy jej także z tym, co uniwersalne. Mój Bóg nie może oznaczać mniejszego Boga, ani też Bóg nie może ciebie uczynić w żaden sposób mniejszym - bo taki Bóg nie zasługiwałby na miano Boga.
Jak na ironię, miliony bardzo pobożnych ludzi, którzy czekają na "drugie przyjście Chrystusa", w dużej mierze przegapiły pierwsze i trzecie! Powiem to jeszcze raz: Bóg kocha rzeczy, stając się nimi. Tak jak przed chwilą widzieliśmy, Bóg uczynił to w stworzeniu wszechświata i Jezusa i nadal czyni to w żyjącym ludzkim Ciele Chrystusa (1 Kor 12,12), a nawet w prostych postaciach, takich jak chleb i wino. Niestety, mamy dużą część chrześcijaństwa, która szuka, a nawet modli się o to, by znaleźć ucieczkę od tego wciąż toczącego się Bożego stworzenia do jakiegoś Armagedonu lub nagłego porwania ku niebu. Dostrzegasz to, jak można się mylić?! Najskuteczniejsze kłamstwa to często te naprawdę duże.
Rozlewająca się na cały wszechświat Tajemnica Chrystusa, w której wszyscy bierzemy udział, jest tematem tej książki. Jezus jest mapą dla ograniczonego w czasie i osobistego poziomu życia, a Chrystus jest wzorem dla całego czasu i przestrzeni oraz dla życia jako takiego. Oba ujawniają uniwersalny wzór samouniżenia i nowego napełnienia (Chrystus) oraz śmierci i zmartwychwstania (Jezus), który w różnych momentach historii nazywaliśmy "świętością", "zbawieniem" lub po prostu "wzrostem". Dla chrześcijan ten uniwersalny wzorzec przekazywany w nauczaniu teologii chrześcijańskiej doskonale oddaje wewnętrzne życie Trójcy Świętej, które jest dla nas obrazem tego, jak rozwija się rzeczywistość, ponieważ wszystkie rzeczy są stworzone "na obraz i podobieństwo" Boga (Rdz 1,26- 27).
Dla mnie prawdziwe i pełne zrozumienie Tajemnicy Chrystusa jest kluczem do fundamentalnej reformy religii chrześcijańskiej, która sama przeniesie nas poza wszelkie próby zagarnięcia lub ograniczenia Boga do naszej własnej grupy. Jak to wyraźnie i dramatycznie opisuje Nowy Testament: "w Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata... w Nim dostąpiliśmy udziału również my" (Ef 1,3.11), "aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie" (Ef 1,10). Jeśli to wszystko jest prawdą, to mamy teologiczną podstawę dla bardzo naturalnej religii, która obejmuje wszystkich. Problem został rozwiązany od samego początku. Zdejmij teraz swoją chrześcijańską głowę, potrząśnij nią energicznie i nałóż z powrotem!
Jezus Chrystus i umiłowana wspólnota
Franciszkański filozof i teolog Jan Duns Szkot (1266-1308), którego studiowałem przez cztery lata, starał się wyrazić to pierwotne i kosmiczne pojęcie, gdy napisał, że "Bóg chce Chrystusa przede wszystkim jako summum opus dei, czyli najdoskonalsze Boże dzieło"7. Innymi słowy, "pierwszą ideą" Boga i Jego priorytetem było uczynienie z siebie samego Boga widzialnego i dostępnego. Słowo użyte w Biblii dla wyrażenia tej idei to Logos. Termin został zaczerpnięty z filozofii greckiej, a przetłumaczyłbym go jako "Plan" lub "Pierwotny wzór dla rzeczywistości". Całe stworzenie - a nie tylko Jezus - jest umiłowaną wspólnotą, partnerem w boskim tańcu. Wszystko jest "dzieckiem Boga". Bez wyjątków. Zastanów się, czymże innym to wszystko mogłoby być? Wszystkie stworzenia muszą w jakiś sposób nosić boskie DNA swojego Stwórcy. Niestety, pojęcie wiary, które pojawiło się na Zachodzie, było bardziej wyrazem zgody na zbiór prawd i przekonań umysłowych niż spokojną i pełną nadziei ufnością, że Bóg jest na swój sposób obecny we wszystkich rzeczach i że wszystko zmierza we właściwym kierunku. Jak to było do przewidzenia, wkrótce oddzieliliśmy wiarę intelektualną (która ma tendencję do rozróżniania i ograniczania) od miłości i nadziei (która jednoczy, a tym samym trwa wiecznie). Jak mówi Paweł w swoim wielkim hymnie o miłości: "Są tylko trzy rzeczy, które trwają: wiara, nadzieja i miłość" (1 Kor 13,13). Wszystko inne przemija.
Wiara, nadzieja i miłość są naturą samego Boga,
a tym samym naturą wszelkiego bytu.
Taka dobroć nie może umrzeć.
(To właśnie mamy na myśli, gdy mówimy "niebo").
Każda z tych trzech wielkich cnót, aby mogła być autentyczna, musi zawsze zawierać dwie pozostałe: miłość jest zawsze pełna nadziei i wiary, nadzieja jest zawsze kochająca i pełna wiary, a wiara jest zawsze przepełniona miłością i nadzieją. Są one samą naturą Boga, a więc i wszystkich istnień. Taka jedność jest uosobiona w kosmosie jako Chrystus, a w ludzkiej historii jako Jezus. Tak więc Bóg jest nie tylko miłością (1 J 4,16), ale także pełnią wiary i nadziei. Energia tejże wiary i nadziei wypływa ze Stwórcy ku wszystkim stworzeniom, które dzięki temu wzrastają, odzyskują zdrowie i budzą każdą kolejną wiosnę.
Żadna religia nigdy nie wyrazi głębi takiej wiary.
Żadna ludzka rasa nie ma monopolu na taką nadzieję.
Żaden naród nie może kontrolować ani ograniczać tego strumienia
uniwersalnej miłości.
Są to wszechobecne dary Tajemnicy Chrystusa, ukryte we wszystkim, co kiedykolwiek żyło, umarło i znów będzie powołane do życia.
Mam nadzieję, że ta wizja staje się coraz bardziej zrozumiała. Jest to w pewien sposób tak proste i zdroworozsądkowe, że aż trudno jest tego uczyć. Jest to głównie kwestia porzucenia zdobytej wiedzy i uczenia się zaufania do swojego chrześcijańskiego zdrowego rozsądku, jeśli mogę tak to wyrazić. Chrystus jest dobrą i prostą metaforą absolutnej jedności, doskonałego wcielenia i integralności stworzenia. Jezus jest archetypem człowieka, podobnym do każdego z nas (Hbr 4,15), który pokazał nam, jak mogłaby wyglądać pełnia człowieczeństwa, jeśli moglibyśmy ją osiągnąć (Ef 4,12-16). Szczerze mówiąc, Jezus przyszedł bardziej po to, aby nam pokazać, jak być ludzkim niż jak być duchowym, i jak się wydaje, ten proces jest wciąż na bardzo wczesnym etapie.
Bez Jezusa sama skala i znaczenie naszego człowieczeństwa są po prostu zbyt wielkie i zbyt dobre, aby nasze umysły mogły to sobie wyobrazić. Kiedy ponownie połączymy Jezusa z Chrystusem, możemy rozpocząć Wielki Zamysł i Wielkie Dzieło.