Up in Smoke - T.M. Frazier

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 9
Frankie
NAJPIERW DOCIERA DO MNIE SMRÓD.
Śmierdzi jak pranie, które zbyt długo pozostawiono w pralce.
Butwieniem. Pleśnią. I czymś jeszcze. Czymś, co aż szczypie mnie w nos. Być może uryną.
Z wysiłkiem staram się otworzyć oczy. Po kilku próbach unoszę powieki.
Jest dzień. Wiem o tym, ponieważ kurz niczym cyklon unosi się w promieniach światła, które sączy się zza starej zasłony.
Gdzie ja, do diabła, jestem?
Odpowiedź jednak nie nadchodzi.
Wiem tylko, że jestem sama w pomieszczeniu, które wygląda na przydrożny motel. Stary telewizor z pękniętym ekranem stoi na drewnianej komodzie, w której brakuje dwóch z czterech szuflad. Okropna tapeta w kwiaty jest bardziej podarta niż cała. Ktoś nawet posunął się do tego, że różowym markerem pomalował dziury, jakby nie można było odróżnić tapety od śladu zakreślacza.
Ogromny ból rozlewa się po mojej klatce piersiowej tak gwałtownie, że gdy próbuję przewrócić się na bok, obraz rozmywa mi się przed oczami. Zamieram i mocno zaciskam powieki, jakby to mogło zdusić ogień, który poczułam w żebrach. Odzywa się też każdy mięsień w moim ciele, protestując przeciwko odzyskaniu przytomności. Moja prawa ręka pulsuje bólem i mrowi. Myśli mam splątane, a serce głośno bije mi w głowie, jakbym całą poprzednią noc chlała tequilę.
Ból staje się nieco lżejszy. Kiedy mogę już ponownie oddychać, próbuję potrzeć skronie, by złagodzić pulsowanie w głowie, powstrzymuje mnie jednak metal na nadgarstku. Od dłoni aż po łokieć rozchodzi się ból, który wyciska mi łzy z oczu. Podnoszę wzrok. Mój sweter jest porwany na pasma, odsłania wielkie, wściekle fioletowe i żółte sińce, które zajmują większość skóry na przedramieniu. Mam nadgarstki przykute kajdankami do wezgłowia.
Nieruchomieję, czując zimne kły strachu zagłębiające się w moim ciele. Zaciskam oczy i próbuję dostrzec coś przez mgłę bólu i paniki.
Myśl, Frankie. Myśl. Co pamiętasz?
Wspomnienie jest w zasięgu, lecz pozostaje na skraju pamięci, nie wystawiając nawet palca poza granicę przypomnienia. Warczę z frustracji, lecz ruch sprawia, że zalewa mnie nowa fala bólu, gdy sprężyny wysłużonego materaca niczym ostrza noży wbijają mi się w plecy.
Szczękanie metalu o metal rozbrzmiewa mi w uszach, gdy bezskutecznie próbuję uwolnić ręce z kajdanek. Chcę przełknąć ślinę, ale moje usta są suche. Przesuwam językiem i czuję na nim metaliczny smak krwi.
Zza zamkniętych drzwi dobiega mnie znajomy głos.
Jest wściekły i głęboki.
- Nie przywiozę jej do ciebie. Jeszcze, kurwa, nie. Nie dopóki z nią nie skończę. - Chwila milczenia. - Daj mi trochę czasu, a przywiozę ci albo dziewczynę, albo jej ciało.
- Cholera - klnę, próbując usiąść. Zapominam na moment, że jestem przykuta do łóżka. Ostry ból rozrywa mi mięśnie niczym ząbkowany nóż. Kiedy ucisza się na tyle, bym mogła znów oddychać, biorę głęboki oddech. Z mgły zaczyna wyłaniać się jakieś wspomnienie. Błysk czerwieni i niebieskiego. Mężczyzna o czarnych oczach i włosach. Gabinet dyrektorki w szkole.
Czy to był sen? Nie. Koszmar.
Tyle że wcale nie śpię. Ból jest prawdziwy. Kajdanki są prawdziwe.
Wszystko jest prawdziwe.
Wszystko wraca do mnie w chwili, gdy dostrzegam zawieszony na krześle mundur. Szkoła. Droga do gabinetu dyrektorki. Policjant. Mężczyzna z warsztatu. Duke krzyczący moje imię.
Skok z samochodu na środku autostrady.
- Biznes to biznes, dupku - słyszę jego wściekły głos, a za oknem dostrzegam przesuwający się cień. - Oszczędź tę gadkę dla swoich ludzi - cedzi przez zęby. - Pracuję sam. Jeśli wyślesz kogoś, by mnie sprawdził, dopilnuję, żeby już nie wrócił.
Kończy rozmowę, a jego ciężkie kroki zatrzymują się przed drzwiami.
Ponownie ciągnę za kajdanki, ignorując ból, jaki wywołuje ten ruch. Rozglądam się po pokoju, szukając drugiego wyjścia, innej drogi ucieczki, ale nawet gdybym dała radę się uwolnić, nie mam dokąd pójść. Jeszcze raz obrzucam wzrokiem cały pokój, jakby wyjście miało nagle się pojawić, ale poza łazienką bez okna i okropną tapetą nic tutaj nie ma. Drzwi się otwierają, a ciężkie kroki mężczyzny zbliżają się do łóżka. Zamykam oczy i udaję, że śpię, chociaż serce wali mi w piersi jak u biegacza ścigającego się w wyścigu, którego i tak nie wygra. Staram się nie reagować, gdy dużą dłonią chwyta moje przedramię, ale czuję, jak szaleje we mnie panika. Rozpina kajdanki i pozwala, by moje ręce opadły na łóżko. Potem słyszę, jak chodzi po pokoju. Uchylam powiekę i rozglądam się ukradkiem. Nieznajomy kuca przy dużej czarnej torbie po mojej prawej.
Drzwi są po lewej.
Nie ma czasu na zastanowienie.
Próbuję się podnieść, lecz materac skrzypi przy tym ruchu. Mężczyzna gwałtownie odwraca głowę w moim kierunku, na co zamykam oczy z nadzieją, że pomyśli, że tylko poruszam się we śnie. Po kilku chwilach znów ośmielam się spojrzeć. Ponownie widzę jego plecy.
Tym razem powoli nie zda egzaminu.
Nie myślę nad tym, bo to luksus, którego teraz nie mam.
Wyskakuję z łóżka i rzucam się przez pokój. Moje nogi aż krzyczą z bólu. Mam wrażenie, że coś wrzyna się w nie od środka, rozrywając moje mięśnie niczym wyszczerbiony nóż rozcinający mi skórę. Biegnę tak szybko, jak tylko mogę, ale wiem, że to i tak zbyt wolno, bo kuleję, a moje stopy są jak kotwice, które muszę za sobą wlec.
Obcy nagle podnosi mnie i z łatwością rzuca na łóżko, jakbym była gazetą niedbale rzuconą na werandę w niedzielny poranek. Uderzam w materac z taką siłą, że aż mnie z niego zrzuca i ląduję na brzuchu na brudnym dywanie po drugiej stronie łóżka. Powietrze uchodzi mi z płuc, a policzek piecze, jakbym przeciągnęła nim po betonie, a nie po zwyczajnej wykładzinie.
Porywacz podchodzi do mnie, gdy z trudem chwytam powietrze. Warczy z wściekłością i czuję jego gniew. Słyszę go, gdy strzela kłykciami. Widzę w sposobie, w jaki przechyla głowę w jedną, a potem drugą stronę, a jego nozdrza się poruszają. Czuję ten gniew w zapachu, który emanuje z niego niczym najnowsze perfumy Calvina Kleina. Zapach Nienawiść, dla mężczyzn.
Ubrany jest w to samo, co miał na sobie, gdy zobaczyłam go przy warsztacie. Czarna obcisła koszulka ujawniająca przeplatające się kolorowe tatuaże, które wiją się na jego rękach. Czarna skórzana kamizelka. Nisko wiszące jeansy. Czarne, lekko zdarte buty. Każdy jego nadgarstek zdobią dwie grube, srebrne bransolety, a każdą parę łączy łańcuszek.
Podchodzi bliżej. To nie bransolety.
To kajdanki.
Para na każdej ręce.
Na jego opalonej twarzy pojawiają się odraza i nienawiść, wykrzywiając jego pełne usta.
Jak mogłam kiedykolwiek myśleć, że ten facet jest piękny?
- Proszę, nie krzywdź mnie. Dam ci, cokolwiek zechcesz - błagam, nienawidząc tego, że nie poznaję własnego głosu.
- Owszem, dasz - mówi, kucając nade mną i przysuwając usta do mojej twarzy. Nie dotyka mnie, ale czuję go wszędzie. Dookoła mnie. Przy skórze i w otchłani, jaka zaczyna tworzyć się w moim brzuchu. W przypływie adrenaliny, która zalewa moje serce. - Gdzie, do kurwy, jest twój pierdolony staruch?
Mój staruch. Mój ojciec.
Moje płuca się rozluźniają i chwytam haust powietrza, dając myślom nowe życie.
Chce mojego ojca, nie mnie. Nie zna prawdy.
Czuję lekką ulgę, bo to znaczy, że moja praca jest bezpieczna, chociaż ja sama nie. Przynajmniej nie teraz.
- Odpowiedz mi!
- Ja... ja nie wiem - kłamię, oddychając z wysiłkiem. Odwracam głowę do podłogi, a zasłona włosów, za którymi zazwyczaj się ukrywam, opada między nami. Ale on nie jest dzieciakiem w szkole. Włosy mnie teraz nie ochronią.
- Gówno prawda - warczy, chwyta mnie za kosmyki i okręca je sobie na ręce, tak że nie mam wyboru i muszę na niego spojrzeć.
Skóra mojej głowy płonie.
- Spróbujmy jeszcze raz - mówi. Przewraca mnie na plecy i unieruchamia, siadając na mnie okrakiem. Podnosi mi ręce nad głowę i przytrzymuje za nadgarstki. - Gdzie jest twój... - Nagle milknie. Pochyla się niżej. Ponownie ściąga brwi, tym razem w zdumieniu. Nie rusza się. Nie oddycha.
Robię to samo z obawy, że najmniejsze mrugnięcie okiem wyzwoli w nim ten gniew i wprowadzi nas na ścieżkę, z której nie będzie już ucieczki.
Mijają eony, nim się z tego otrząsa, cokolwiek przeszedł. Przewraca mnie na plecy, mocno zaciska palce na moich włosach i zaczyna nawijać je sobie na rękę, aż w pewnej chwili słyszę, jak zaczynają wyrywać się z mojej płonącej z bólu skóry.
- Prawda. Teraz - żąda.
Od ciśnienia rosnącego mi w głowie ledwie mogę myśleć. Jestem zdana na łaskę tego człowieka. O ile w ogóle mi jakąkolwiek okaże.
- Od lat nie rozmawiałam z ojcem - mówię w końcu. Do oczu napływają mi łzy.
Szarpie mnie za włosy tak mocno, że nie mam wyboru i muszę na niego spojrzeć. Łzy spływają mi po policzkach i znikają w uszach i włosach.
Ponownie przygląda się mojej twarzy, już jednak nie oszołomiony, lecz jak ludzki wykrywacz kłamstw podczas skanowania. Podnosi wolną dłoń do mojej twarzy. Próbuję się odsunąć, lecz tylko wywołuję napływ jeszcze większego bólu na głowie. Wtedy zaskakuje mnie, delikatnie dotykając palcami moich ust i powoli przesuwając nimi najpierw po górnej, a potem po dolnej wardze. Żołądek zaciska mi się w węzeł, a ciało przeszywa dreszcz strachu.
- Cholerna szkoda, że nie mogę cię zatrzymać. Byłabyś ładniusim zwierzątkiem. - Jego mroczne słowa są naznaczone jeszcze mroczniejszym znaczeniem. - Powiedz mi, diablico - mówi - dlaczego nie zapytałaś mnie, czemu cię porwałem? Albo dlaczego tutaj jesteś?
- Ja... ja... - zaczynam się jąkać.
Cholera.
- Myślę, że wiesz dlaczego.
Puszcza moje włosy, a ja opadam bezwładnie na podłogę u jego stóp. Moją głowę ogarnia fala ulgi i bólu.
- Nie wiem, o czym ty...
- Nie zgrywaj głupiej. To gówno nie działa. Nie na mnie. Twój stary okradł niewłaściwych ludzi. - Z boku szyi ma dopracowany tatuaż kieszonkowego zegarka, pod którego wskazówką pulsuje gruba żyła. - Ludzi, którzy nie są tak cierpliwi jak ja.
- Mówię prawdę. Nie rozmawiałam z nim od lat - upieram się.
- Pytanie brzmi: gdzie on jest, a nie czy ostatnio ucinaliście sobie pogawędki! - Pochyla się nade mną tak nisko, że niemal dotyka nosem mojej twarzy. Jego nozdrza drgają. Zaczyna tracić cierpliwość, a ja samokontrolę.
- Nie mam żadnych pieniędzy - mówię. - Aale mogę je zdobyć. Potrzebuję tylko laptopa, a wtedy mogę...
- Nawet gdybym ci wierzył, to się, kurwa, nie stanie. Pieniądze to nie wszystko, co ukradł twój stary. - Wstaje i góruje nade mną niczym bóg: patrzy z góry, zaglądając do piekła.
Jest żywym dowodem na to, że wygląd nie zawsze pasuje do tego, co kryje się wewnątrz. Jego atrakcyjność została zmarnowana. Jest jak parodia. Szaleństwo. Nie bardziej efektywna niż zakreślacz wypełniający dziury w tapecie.
- Jeśli nie powiesz mi, gdzie on jest, to będziemy musieli go skłonić, by do nas przyszedł. A wiesz, jak to zrobimy?
- To bez znaczenia. Nie przyjdzie po mnie. - To była prawda. Czuję się nieco silniejsza, mając świadomość, że to ja rozdaję karty, pomimo że są na nich tylko figury, a właściwie jedna figura: śmierć. Biorę głęboki oddech. Jeden, potem drugi. Każdy bolesny wdech dodaje mi siły. Determinacji. Woli do walki.
- Jesteś strasznie sprytna jak na tak głupią dziewczynę - mówi, kręcąc głową.
- Nie jestem głupia - odpowiadam przez zaciśnięte zęby. - Ojciec kiedyś mi mówił, że jestem głupia. On również się mylił.
- Och tak? Wyskoczyłaś z jadącego samochodu - wypomina mi. Jego głos jest tak głęboki, że aż dudni, niczym silnik jego motocykla. Nie tylko słyszę jego słowa, ale i czuję je na swojej skórze.
- To była odwaga - spieram się.
Patrzy na mnie z zainteresowaniem, ale nic nie mówi.
- Jeśli zamierzasz mnie zabić, zrób to - rzucam mu wyzwanie.
Jego śmiech jest cichy i złowieszczy.
- Nie robisz zbyt wiele, by mi udowodnić, że nie jesteś głupia, diablico.
Patrzę mu w oczy.
- Śmierć na moich warunkach? Mnie wydaje się to raczej mądre. - Wzruszam ramionami. - Nie mogę dać ci tego, czego chcesz, więc i tak już jestem martwa, prawda?
- I właśnie tutaj się mylisz.
Ponownie przy mnie kuca. Wyciąga rękę, by chwycić mnie za twarz, lecz kiedy robię unik, łapie mnie za brodę i siłą odwraca do siebie, a jego palce brutalnie wbijają się w moją skórę.
Jego oddech owiewa mi usta.
- Nic nie będzie się działo na twoich warunkach. NIC.
Nie wie, że nic w moim życiu nigdy nie odbywało się na moich warunkach.
Może to i pierwszy raz, kiedy zostałam porwana. Ale więźniem byłam od lat.
ROZDZIAŁ 10
Frankie
- CHCESZ WIEDZIEĆ, co się z tobą stanie, jeśli nie powiesz mi, gdzie jest twój ojciec? - pyta mężczyzna, przyglądając mi się hardo zimnym spojrzeniem.
Kręcę głową. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
I tak mi to mówi.
- Zamierzam zrobić o wiele więcej, niż tylko cię zabić. - Podnosi moją dłoń i ciągnie za palec wskazujący tak bardzo, że aż strzela mi kłykieć. - Zacznę od wyrywania ci paznokci.
Próbuję wyszarpnąć rękę, ale przytrzymuje ją mocniej i naciska na kciuk z taką siłą, że ledwie oddycham przez palący ból. Puszcza mnie, aja natychmiast kryję bolący palec w dłoni.
- Potem obetnę ci palce, jeden po drugim. - Chwyta mnie za nadgarstek. - A potem dłonie.
Przesuwa palcami po moim przedramieniu i zatrzymuje rękę pod łokciem, boleśnie naciskając na staw. Otwieram usta w niemym krzyku.
- To niezwykłe, że można zachować przytomność i czujność, mając odrąbywane ręce i nogi. Widziałem ludzi, którzy przyglądali się, jak jedną po drugiej odcina im się kończyny, dopóki więcej fragmentów ich ciał walało się po pokoju, niż nadal mieli przy swoim ciele. Organizm człowieka potrafi znieść naprawdę wiele, zanim się podda. Ale nie będę zanudzał cię szczegółami. Wkrótce sama się przekonasz.
Zaciska palce na najgroźniej wyglądającym fioletowym sińcu na moim ramieniu. Syczę z bólu i patrzę na niego z nienawiścią.
- Poczujesz, kurwa, wszystko. Każde złamanie kości. Każdy zerwany mięsień. Każde pęknięcie żyły. - Jeszcze raz naciska na siniec i mnie puszcza.
Pocieram bolące ramię, a on stoi nade mną i się we mnie wpatruje. Obserwuje każdą moją reakcję, jakby mnie badał. Przenosi spojrzenie z miejsca, które pocieram dłonią, na moją twarz, a potem znów patrzy na moją rękę. Wygląda, jakby nad czymś rozmyślał, cokolwiek to jednak jest, nie chcę tego wiedzieć.
Przez długą chwilę po prostu oddychamy tym samym powietrzem, przyglądając się sobie z nienawiścią. Czeka, aż się załamię i powiem mu, gdzie jest mój ojciec, ale nie mogę tego zrobić, nawet gdybym chciała.
Przeklinam ojca w myślach.
- Słuchaj. Proszę. Frank nie był zbyt dobrym ojcem, a później dowiedziałam się, że nie był też dobrym człowiekiem. Szczerze, gdybym tylko mogła, wydałabym ci go. Zasługuje na wszystko, cokolwiek go czeka, ale nie mogę tego zrobić. To niemożliwe.
Mężczyzna nic nie mówi, tylko wpatruje się we mnie przez kolejną długą chwilę.
- Wstawaj - nakazuje mi w końcu.
Ogarnia mnie strach. Słyszę, jak krąży w moich żyłach. Jest głośniejszy od bicia mojego serca, które wali tak mocno, jakby ktoś nadgarstkiem w zmiennym tempie uderzał w duży bęben. Zamieram w bezruchu.
- Wstań i zdejmij to pieprzone ubranie.
Żołądek wywraca mi się do góry nogami. Otwieram szeroko oczy. Mój puls przyspiesza, a palce zaczynają się trząść.
- Proszę - błagam go. - Nie. Nie rób tego. Przepraszam.
- Wstawaj - powtarza, tym razem przez zaciśnięte zęby.
Podnosi mnie z podłogi. Dużymi, szorstkimi dłońmi trzyma mnie za ramiona. Zaczynam go kopać, ale z łatwością mnie pokonuje, odwraca mnie i przyciska moje plecy do swojej piersi.
Cała drżę, kiedy wsuwa dłoń w dziurę w moim swetrze i mocno szarpie.
- Nie! - krzyczę, kiedy zrywa ze mnie resztki szkolnego uniformu, a dźwięk dartego materiału grzebie resztki mojej nadziei. Szybciej pozwolę mu odciąć mi kończyny, niż wziąć mnie siłą. Płaczę, po raz pierwszy w całym moim życiu.
Wtedy mężczyzna chwyta za moją spódniczkę. Wystarczy kilka jego pociągnięć, by i ona była w strzępach. Stoję teraz przed nim w samych figach i sportowym staniku.
Jestem przerażona, ale opieram się potrzebie, by zakryć się rękami. Powtarzam sobie, że jeśli do czegoś dojdzie, będę walczyć z nim z całych sił, ale jeśli to nie pomoże - co, zważywszy na różnicę w naszym wzroście i wadze, jest bardzo prawdopodobne - spróbuję myśleć o lepszym miejscu i szczęśliwszych czasach. Szybko jednak zdaję sobie sprawę, że to również nie zadziała. Nie miałam szczęśliwszych czasów od... cóż, nigdy.
Przesuwa palcami po szerokim pasku mojego stanika. Gwałtownie wciągam powietrze do płuc, a ramiona pokrywają mi się gęsią skórką. Mężczyzna śmieje się cicho, obchodząc mnie dookoła.
- Tak jak powiedziałem - szepcze. - Tak sprytna, a tak głupia.
- Co... co ze mną zrobisz? - udaje mi się wykrztusić. Żar jego torsu ogrzewa moje plecy, gdy ponownie za mną staje. - Będę z tobą walczyć. Nie pozwolę ci. Proszę, nie rób tego...
- Mam nie robić czego? - pyta, po czym staje przede mną i zakłada ramiona na muskularnej piersi. Patrzy na mnie z góry, jakby sama moja obecność była dla niego obrazą.
- Proszę. Tylko... nie rób tego. - Nie potrafię znaleźć właściwych słów, ale mam nadzieję, że tyle wystarczy. Zamykam oczy i opuszczam głowę. Nagle pcha mnie do tyłu. Ląduję bezładnie na drewnianym krześle o nogach równie rozchwianych, co moje. Moja kość ogonowa aż krzyczy z bólu, lecz to nic w porównaniu z cierpieniem z powodu tego, że nie mogę nic zrobić, by się obronić. - Potnij mnie albo nawet zabij, jeśli musisz, ale nie rób... tego. Proszę.
Przygląda mi się niczym pająk oceniający muchę, która wpadła w jego sieć. Panika wzbiera we mnie i zatyka mi gardło. Staram się, ale nie mogę jej przełknąć. Jestem przygotowana na wiele, ale nie na to. Nikt nie może być na to gotowy.
Podchodzi do mnie bliżej, a jego kolana uderzają o moje. Otwieram usta do krzyku, ale szybko zatyka mi je dłonią.
- Niech będzie po twojemu, diablico.
Nagle czuję przyciśniętą do czoła broń.
***
Ogarnia mnie pustka. Nie rejestruję nic prócz bieli, a po chwili także stojącego nade mną mężczyzny, przyciskającego mi pistolet do czoła. Obraz się porusza i rozmazuje mi przed oczami.
- Nie będę mogła nagle szybciej dostarczyć ci ojca tylko dlatego, że przystawiasz mi do głowy broń - mówi silniejsza wersja mnie.
Moje serce drży ze strachu, lecz dusza pragnie walczyć niczym gladiator o samobójczych zapędach. Chcę żyć, bo muszę żyć. Kilka lat spędziłam, walcząc o życie innych. Jeśli ja umrę, to oni również.
Zamykam oczy, szykując się na koniec. W milczeniu przepraszam wszystkich, których nigdy nie poznałam i którzy nawet nie wiedzą, że na mnie polegają.
Tak bardzo przepraszam, zawiodłam was.
Zastanawiam się, jakie to będzie uczucie - jeżeli w ogóle coś poczuję - kiedy kula sprawi, że mój mózg rozpryśnie się na ścianie za moimi plecami.
- Mam nadzieję, że narobię cholernego bałaganu, a ty sam będziesz musiał go posprzątać - mówię, wracając do własnego ciała i patrząc w jego ciemne, pełne gniewu oczy. Kąciki jego oczu marszczą się lekko, jakby w uśmiechu, który nie sięga ust.
Serce bije mi mocno w piersi, kiedy nagle dzwoni jego komórka. Nie odrywając ode mnie wzroku, odbiera i przełącza rozmowę na głośnik.
- Smoke - mówi mężczyzna po drugiej stronie linii.
- Griff - odpowiada szorstko Smoke.
Smoke. Mój porywacz nazywa się Smoke. A Griff? Gdzie ja wcześniej słyszałam to imię?
- Suka już mówi?
- Jeszcze nie - odpowiada Smoke, odbezpieczając broń. Wciska lufę głębiej w moją skórę, a ja tak daleko, jak tylko mogę, wciskam głowę w oparcie krzesła. - Pracuję nad tym.
Niewystarczająco daleko.
- Wyślij zdjęcia - żąda Griff, brzmiąc, jakby miał zatkany nos.
Smoke podnosi telefon i robi kilka zdjęć z bronią przy mojej głowie. Następnie stuka parę razy w ekran.
- Wysłane.
- Dopilnuję, żeby dostał je każdy, kto kiedykolwiek miał jakiś kontakt z Frankiem Helburnem. Prędzej czy później facet je otrzyma, a co ważniejsze, dotrze do niego wiadomość: pokaż się albo suka umrze - mówi Griff z zadowoleniem.
Może być z siebie zadowolony ile wlezie. To i tak nie zadziała.
- Dostałeś zdjęcie. Wywab skurwiela z ukrycia - mówi Smoke.
- Poczekamy tydzień. Jeśli to nie zadziała, zrzucimy ją ze Skyway Bridge i wymyślimy jakiś inny plan - stwierdza Griff. - Albo jeszcze lepiej: przetrzymaj ją przez tydzień. Weź, co ci się należy, w jakiejkolwiek formie zechcesz, a potem przyślij ją do mnie.
- Sam mogę wszystko zakończyć.
- Jesteś mi to winien, Smoke. Jeśli facet się pokaże, jest twój. Jeśli się nie pokaże, masz tydzień. Potem dziewczyna jest moja.
Smoke pomrukuje na zgodę i się rozłącza. Odsuwa broń od mojej głowy, po czym rzuca telefonem w ścianę. Powstaje w niej dziura wielkości pizzy.
Wypuszczam z płuc najdłużej wstrzymywany oddech świata i opuszczam głowę. Cała drżę ze strachu i od nadmiaru adrenaliny.
Nadal próbuję złapać oddech, gdy coś miękkiego ląduje mi na głowie. Kolejna rzecz upada przy moich bosych stopach. Ze zdumieniem rozpoznaję czarną koszulkę i parę jeansów.
- Załóż to - nakazuje Smoke, wrzucając pozostałe rzeczy do swojej torby.
Kiedy nie ruszam się natychmiast, powoli przesuwa spojrzeniem po moim ciele. Przez sekundę mam wrażenie, że dostrzegam w jego oczach żar, i cała tężeję na wspomnienie niedawnego strachu.
- Masz dwie sekundy, by to na siebie włożyć, albo zabiorę ubrania i spędzisz kolejny tydzień naga.
Tak szybko, jak tylko mogę, naciągam na nogi spodnie i wkładam koszulkę przez głowę. Materiał obu jest miękki i elastyczny, lecz na moich sińcach i zadrapaniach i tak wydaje się szorstki niczym papier ścierny. Mimo to czuję ulgę, że znów coś na sobie mam.
Tydzień.
Ot tak, mój wyrok śmierci został tymczasowo odsunięty. Mam siedem dni, by wymyślić jakiś plan. By uciec.
Zrobię to albo dzięki łapówce, albo domyślając się, do którego boga mam się modlić. Na szczęście wciąż mam w zanadrzu kilka sztuczek i jeśli będę musiała, wykorzystam je wszystkie.
Jestem już w pełni ubrana, lecz nie wiem, co robić dalej. Smoke podchodzi do mnie i popycha mnie z powrotem na krzesło, po czym ciągnie za moje ramię i przykuwa mnie do jednej z nóg.
- Widzę ten wyraz w twoich oczach - mówi. - Najlepiej będzie, jak od razu z tym skończysz.
- Niby jaki wyraz? - pytam.
- Nadzieję. Nie przyniesie ci niczego dobrego. Nie ze mną. Najlepiej będzie, jeśli będziesz się trzymała strachu. Nadzieja może sprawiać wrażenie początku, ale na końcu doszczętnie cię zniszczy. - Muska ustami moje ucho. - Uwierz mi.
ROZDZIAŁ 11
Frankie
CZUJĘ SILNY ODÓR oleju motocyklowego i paliwa i wraca mi świadomość.
Jestem otumaniona. Mam w ustach kwaśny posmak, a ich wnętrze jest tak suche, jakbym żuła watę. Na pewno mnie odurzył, choć nie mam pojęcia czym. Najgorsze jest to, że pewna część mnie - ta, która nadal skręca się z bólu - jest mu za to wdzięczna, podczas gdy inna, ta porwana i zagrożona, nadal czuje wściekłość i przerażenie.
Leżę na tylnym siedzeniu. Tym razem nie będzie żadnej ucieczki. Żadnego wyskakiwania na autostradzie. Już się o to zatroszczył.
Mam oczy zasłonięte opaską. Związane nadgarstki i kostki. Gruba taśma zakleja mi usta. Przytrzymują mnie dwa pasy bezpieczeństwa.
Nie wiem, jaki dziś dzień ani jak dużo czasu minęło, odkąd Smoke porwał mnie ze szkoły. To nie ma znaczenia. Liczy się tylko ucieczka.
Chwilę trwa, nim mój mózg całkowicie przytomnieje.
Nie będę panikować. To pierwsza reguła.
Biorę głęboki oddech i staram się przypomnieć sobie resztę zasad.
Wszystkie pochodzą z książki doktor Idy Kurshner. To na wpół autobiografia, na wpół poradnik. W książce ze szczegółami opisano porwanie i następującą po nim ucieczkę, które autorka przeżyła jako młoda kobieta. Hydraulik, który pewnego dnia przyszedł do jej domu coś naprawić, nagle postanowił, że wychodząc, zabierze ją ze sobą. Na końcu książki umieściła listę porad, co robić, gdyby którykolwiek z jej czytelników był kiedykolwiek przetrzymywany wbrew swojej woli.
Przypominam sobie listę doktor Idy.
1. Uniknij porwania, głośno krzycząc i walcząc.
Ten statek już odpłynął, paniusiu.
2. Zachowaj opanowanie i godność. Nie błagaj ani nie zachowuj się histerycznie. Jeśli to możliwe, nie płacz. Uśmiechaj się i komplementuj, nie stwarzając wrażenia manipulacji.
Wydaje mi się, że szanowna pani doktor była również autorką poradników dla gospodyń domowych z lat pięćdziesiątych. Zakręć loki i pomaluj usta szminką, zanim mąż wróci do domu. Nie martw go, mówiąc, jak krnąbrne były dzieci w ciągu dnia. Często się uśmiechaj i upewnij się, że jego obiad jest gorący i gotowy do podania. Jeśli mąż uzna, że świetnie sobie radzisz, może dostaniesz ten nowy odkurzacz, który wpadł ci w oko.
Nie.
3. Nie rzucaj porywaczowi wyzwania. Okaż mu szacunek.
Po moim pieprzonym trupie, doktor Ido.
4. Nie angażuj go w rozmowę, która mogłaby go zdenerwować.
Hej, panie porywaczu! Jak tam rodzinka? Oglądaliście mecz w niedzielę? Ale okropna dziś pogoda! A może mnie pan puści, a w przyszłym tygodniu spotkalibyśmy się na partyjkę jakiejś gry? Brzmi nieźle? W porządku, do zobaczenia na miejscu!
5. Porozumiej się z porywaczem na poziomie osobistym. Podziel się prywatnymi opowieściami. Spraw, by poczuł, że coś was ze sobą łączy. A jeszcze lepiej, by przez ten fakt zaczęło mu na tobie zależeć.
Hej, lubi pan zabijać i porywać? O mój Boże, ja też!
6. Uwiedź porywacza.
To właśnie dzięki ostatniemu punktowi doktor Ida w końcu uciekła. Przekonała swojego porywacza, że pragnie go równie mocno jak on jej. Uwiodła go i zaangażowali się w związek, który lekarka nazywała "konsensualno niekonsensualnym związkiem erotycznym". W ciągu kilku miesięcy zaskarbiła sobie zaufanie porywacza na tyle, że okazjonalnie pozwalał jej wyjść samej na podwórze za domem, gdzie w końcu pokonała ogrodzenie i pobiegła do sąsiedniego domu po pomoc. Problem w tym, że podczas gdy doktor Ida miała do czynienia z mężczyzną, który przeżywał załamanie psychiczne, mój porywacz był stuprocentowym psychopatą.
Będę musiała improwizować z tą listą, ale ją wypróbuję. Muszę spróbować. Zrobię wszystko, by wynagrodzić grzechy mojego ojca. Będę się modlić do każdego boga. Stoczę się na samo dno, ale ukończę swoją pracę, nawet jeśli miałabym to zrobić z lufą przy skroni i skończyć z kulką w głowie.
Tak czy inaczej, będę wolna.
ROZDZIAŁ 12
Frankie
TO CHOLERNIE WYCZERPUJĄCE MYŚLEĆ, że zginiesz w następnej minucie, a potem żyć kolejną. Kiedy słyszę, że drzwi się otwierają, jestem emocjonalnie i psychicznie wyczerpana. Zostaję wyciągnięta z samochodu, a opaska nagle znika z moich oczu. Jasne światło sprawia, że widzę wszystko otoczone poświatą. Kiedy już mogę skupić wzrok, dostrzegam, że samochód, którym jechaliśmy, to nieoznakowany czarny van. Nie taki w typie mamy małych piłkarzy, ale raczej przemysłowy, używany przez hydraulików i elektryków. Zostaję postawiona na nogi, lecz te drżą pode mną, a moje stopy są nadal związane w kostkach. Chwieję się, lecz nie przewracam, podtrzymywana dużymi dłońmi mojego porywacza.
Smoke jedną ręką trzyma mnie za ramię i pochyla się, by drugą przeciąć moje więzy.
- Jesteś taki brutalny dla każdego, kogo porywasz? - pytam. Zaraz jednak przypomina mi się, że według doktor Idy to niezbyt mądre go obrażać. Doktor Ida w mojej wyobraźni bije mnie po rękach linijką.
- Wybacz, wyszedłem z wprawy, jeśli chodzi o kontakt z żywymi. Większość ludzi, których spotykam, po kilku sekundach przestaje oddychać. Następnym razem postaram się być delikatniejszy - mówi.
Jest sarkastyczny, lecz prawda w jego słowach uderza mnie prosto w twarz. Zazwyczaj nie porywa ludzi. On ich zabija.
A zabijanie nie oferuje opieki w czasie rekonwalescencji.
Jesteśmy na samym środku pola, przed budynkiem w kształcie podkowy, który ze swoimi powybijanymi oknami wygląda jak jakaś opuszczona szkoła. Większość obdrapanej elewacji pokrywa bluszcz, zielsko i graffiti. W zniszczonym metalowym ogrodzeniu brakuje wielu fragmentów, które pewnie leżą na ziemi, zarośnięte trawą i chwastami. Wzdłuż tych jego części, które jeszcze stoją, pociągnięty jest jakiś dziwny drut. Drut kolczasty. To wcale nie jest szkoła.
To więzienie.
A przynajmniej byłe więzienie.
Nie ma tu ani śladu życia. Żadnego dźwięku prócz odgłosu żwiru pod naszymi stopami, gdy Smoke prowadzi mnie przez gęste zarośla. Kilka razy się w nich zaplątuję.
Moja stopa zapada się w splątanej winorośli, która trzyma mnie, dopóki Smoke nie przecina jej wyjętym zza paska długim ząbkowanym nożem. Potem pospiesza, bym weszła do budynku.
Wspinając się po gruzach, wchodzimy do środka przez wielką dziurę w bocznej ścianie.
Potykam się, a stopa kilka razy ślizga mi się na cegłach, aż w końcu Smoke z łatwością bierze mnie na ręce i stawia z powrotem na ziemi dopiero po drugiej stronie sterty.
Trąca mnie w ramię, na co powoli ruszam w głąb więzienia. Jego ciężkie kroki rozbrzmiewają tuż za mną, odbijając się echem od ścian, przez co mam wrażenie, że jest nas tutaj więcej niż tylko dwoje.
Wchodzimy. Budynek ma dwa piętra. Jeden rząd celi nad drugim. W samym środku pomieszczenia znajduje się skorodowana klatka schodowa. Puchaty brązowy nalot i pleśń ciągną się po przewodach wentylacyjnych przy suficie. Rdza wygląda spod warstw łuszczącej się ze ścian zielonej więziennej farby. Wszędzie jest graffiti, nawet wysoko nad celami, i zaczynam się zastanawiać, jakim cudem artysta dostał się tak wysoko.
Przez powybijane okna od czasu do czasu wpada podmuch wiatru, którego nie czuć w nieruchomym powietrzu na zewnątrz. Kawałek papieru fruwa po podłodze przed nami niczym kłąb oderwanych od podłoża więziennych roślin. Czuję na skórze ciepły powiew, drżę jednak, a ciepło nie robi nic, by powstrzymać dreszcz, który niczym sopel przebija moją skórę i dociera do samych kości. Broda zaczyna mi się trząść, a zęby szczękać tak głośno, że ich dźwięk odbija się echem w mojej głowie.
Żeby go powstrzymać, zaciskam zęby tak mocno, że mam wrażenie, że zaraz mi pękną.
Śmierdzi tutaj śmiercią. Przewraca mi się w żołądku.
Rozkład gęstą chmurą unosi się w powietrzu i sprawia, że trudno mi oddychać. To coś więcej niż tylko zapach. To przeczucie. Strach, którego już nigdy nie pozbędę się z nosa i pamięci. Przylega do mnie, pokrywa mnie i zamyka w klatce, jakbym potrzebowała przypomnienia, że - podobnie jak przebywający tutaj wcześniej mężczyźni - jestem więźniem.
Kawałki papieru i ubrań spoczywają rozrzucone na betonowej podłodze. Cienkie, brudne materace leżą wszędzie, tylko nie na żelaznych ramach łóżek, których spawy na łączeniach są widocznie grube po wielokrotnych naprawach. Niektóre materace stoją oparte o podnóże schodów. Inne leżą na stercie na środku pomieszczenia, a jeszcze inne bezładnie pod różnymi kątami, z rozdarciami pokazującymi sprężyny. Przywodzą na myśl zwłoki pozostawione dokładnie w tym miejscu, w którym nastąpiła śmierć.
Jest tutaj więcej graffiti niż na zewnątrz budynku. Na podłodze czerwoną farbą namalowano pentagram. Zaciskam powieki i przechodzę po nim. Kiedy jestem pewna, że już go minęłam, otwieram oczy i podnoszę wzrok na wejście do celi, które wydaje się całe skąpane we krwi. Duży rozbryzg znaczy całą prawą jego stronę, a coraz cieńsze strugi spływają po ścianie. W końcu dostrzegam pod nimi dużą ciemną plamę.
Czuję, jak zaciska mi się gardło.
Widzę wokół siebie brutalność przeszłości. Unosi się w powietrzu wokół mnie jak duchy, które chcą ujawnić swoją obecność. Szepczą mi do ucha, przenikając moją wrażliwą skórę.
Wiatr staje się zimny, gdy słońce zachodzi, a kiedy na niebie pojawia się księżyc, więzienie zalewa błękitny blask.
Słyszę wrzaski z przeszłości. Dudnienie w kraty. Ostatni krzyk tego, kto zginął w tamtej pokrytej krwią celi.
- Nie boję się - mówię na głos. Nie wiem, czy mówię do siebie, czy do Smoke'a. Ale nawet ja nie wierzę w swoje słowa.
Smoke śmieje się cicho, kierując mnie do celi, po czym z głośnym trzaskiem zasuwa za mną ciężkie metalowe drzwi, budząc nieskończone echo. Wyciąga z kieszeni staroświecki klucz i przekręca go w zamku, na co moje serce wali jak młotem.
Zapadł już zmierzch, a zza okna ledwie dochodzi stłumione światło.
- Żadnej lampy? - pytam, lecz kiedy tylko te słowa spływają z moich ust, uświadamiam sobie, że to głupie pytanie. W tym miejscu ściany ledwie stoją. Oczywiście, że nie ma tu elektryczności.
- Nie mów mi, że boisz się ciemności - mówi Smoke, wsuwając klucz do tylnej kieszeni spodni.
- Nie - kłamię. - Niczego się nie boję. Nawet kogoś takiego jak ty.
Unosi kącik ust w przepełnionym złem półuśmiechu, pochyla się i opiera rękami o kraty tuż nad swoją głową. Przesuwa po mnie wzrokiem od góry do dołu, a jego oczy się rozszerzają. Wygląda na wygłodniałego. Wściekłego. Zabójczego.
- Och, diablico, naprawdę w to wątpię.
Chociaż dzielą nas kraty, robię krok w tył, by zwiększyć dystans między nami.
- Widziałem strach milion razy i na tysiąc różnych sposobów - mówi. Wyciąga klucz i przekręca go w zamku. Wchodzi do celi.
Cofam się, aż w końcu zatrzymuje mnie ściana.
Smoke podchodzi do mnie i pochyla się nade mną. Jest tak blisko, że nosem niemal dotyka szyi tuż pod moim uchem.
- Nie mów mi, że się nie boisz. Poznaję strach, kiedy go widzę.
Cała drżę, gdy zamyka oczy i głęboko wdycha mój zapach, przesuwając nosem po mojej skórze.
- Kurwa, nawet go na tobie czuję, dzieciaku.
- Nie nazywaj mnie tak - mówię z nienawiścią.
Jego oczy ciemnieją z wściekłości.
- Będę cię nazywał, jak tylko, kurwa, zechcę.
- Na imię mam Frankie - rzucam w nagłym przypływie pewności siebie.
Jest już tak blisko mnie, że przywiera do mnie torsem.
- Wiem, jak się nazywasz. Po prostu mnie to, kurwa, nie obchodzi.
Stoimy nieruchomo, żadne z nas nie chce wykonać pierwszego ruchu. Smoke pierwszy się łamie.
- Twoje oczy naprawdę mają taki kolor - szepcze.
To mnie zaskakuje.
- Co się ze mną stanie? - pytam drżącym szeptem.
Smoke opiera dłonie o ścianę po obu stronach mojej głowy, zamykając mnie w swoistej klatce. Stoję oko w obojętne oko z duchem świątecznych porwań.
- Cokolwiek, kurwa, zechcę - odpowiada z warknięciem.
- Pieprz się - rzucam.
Wybucha cichym śmiechem, który czuję w swojej piersi. Przesuwa ustami po krawędzi mojej twarzy.
- Tylko jeśli poprosisz.
ROZDZIAŁ 1
Smoke
Rok wcześniej
WIĘKSZOŚĆ LUDZI GASI ŚWIATŁA przed pójściem spać, ale nie Morgan. Odkąd ją znam, ma ten swój niezmienny nawyk, by pozostawiać lampy włączone, nawet jeśli nie ma jej w domu. Zasypia w domu rozświetlonym tak, jakby jej zadaniem było sprowadzanie przeklętych samolotów na lotnisko.
I dlatego wiem, że coś się stało.
W jej domu jest ciemno.
O wiele za ciemno.
Kurwa mać.
Wyciągam broń i w ciszy podchodzę do drzwi.
Są otwarte. Opieram się o nie ramieniem i powoli wchodzę do środka.
Noga ślizga mi się na czymś, a w nozdrza uderza mnie znajoma woń.
Zapach śmierci znam tak dobrze, że potrafię określić poziom rozkładu, bazując wyłącznie na unoszącym się w powietrzu smrodzie. Wciągam powietrze i wiem, że śmierć, która się tu kryje, nastąpiła niedawno.
Panują egipskie ciemności. Przesuwam dłonią po ścianie, aż w końcu natrafiam palcami na panel kuchenny i zapalam światło. Dom zalewa jasne, chłodne światło. Chwilę trwa, nim moje oczy się do niego przyzwyczajają. Wtedy biel zmienia się w czerwień.
Tyle. Pieprzonej. Czerwieni.
- Kurwa. - Chowam broń do kabury.
Widziałem w życiu naprawdę dużo gówna. Część z niego była też moim dziełem. Ale nigdy czegoś takiego. W kuchni nie było nawet centymetra powierzchni, której nie pokrywałaby świeża czerwień. Była rozmazana na białej podłodze, jakby ktoś się po niej czołgał lub jakby ciągnięto go z jednej strony na drugą. Na każdej ścianie widniały rozbryzgi krwi. Na każdej szafce.
To nie była zwyczajna śmierć. To nie było po prostu zabójstwo czy morderstwo na zlecenie.
To było, kurwa, czyste zło.
Okrążam kuchenną wyspę i zatrzymuję się, gdy trafiam butem na smukłą, bosą stopę. Nie ma potrzeby, bym się spieszył - przecież i tak jej nie uratuję - ale podbiegam do niej od drugiej strony. Kucam przy Morgan, a raczej przy tym, co z niej zostało. Każdy centymetr jej nagiego ciała jest okaleczony i wykręcony. Jej niegdyś nieskazitelna skóra została pocięta i otwarta pod każdym możliwym kątem, odsłaniając zęby i czaszkę, a ciemne włosy przesiąknięte są jej własną krwią.
Przesuwam wzrokiem po jej zmaltretowanym ciele.
- Nie - szepczę z niedowierzaniem. - Nie!
To, co pozostało z jej zaokrąglonego brzucha, wygląda jak coś, co przepuszczono przez maszynkę do mięsa u rzeźnika.
- Ja pierdolę!
Wstaję, ale nie docieram na czas do zlewu i opróżniam żołądek na kuchenny blat i podłogę.
Sam często niosłem śmierć, ale nawet moja brutalność ma granice. Nigdy nie zrobiłem czegoś takiego. A przynajmniej nie kobiecie. Komuś niewinnemu, kto na to, kurwa, nie zasługiwał. Po raz pierwszy w całym moim życiu na widok śmierci robi mi się niedobrze.
Opieram dłonie po obu stronach zlewu.
- Morgan - szepczę. - Kurwa.
Kucam przy niej i próbuję wziąć ją w ramiona, ale jej ciało jest tak pocięte i zakrwawione, że nie mogę jej utrzymać. Fragmenty tkanki odrywają się od kości i padają na podłogę.
- Tak bardzo cię przepraszam, mała. Tak bardzo cię, kurwa, przepraszam.
Kładę się obok niej, tak blisko, jak tylko mogę, by jej nie dotykać, i przyciskam policzek do podłogi. Jej ciągle ciepła krew przywiera do mojego ucha, przesiąka mi przez koszulę i skórę. Otacza mnie wszystko, co z niej zostało. Pragnę, by krew wniknęła w moje kości i została ze mną na zawsze.
Morgan była martwa. Nasze nienarodzone dziecko też.
I to wszystko przeze mnie.
ROZDZIAŁ 2
Frankie
Teraz
W CIĄGU ROKU ZGINĘ.
Może i szybciej.
Staram się o tym nie myśleć, bo doprowadza mnie to do szału. Przez większość czasu jestem o włos od załamania i ogłoszenia, że lampa na biurku jest moim najlepszym przyjacielem czy tam królową Anglii. Zmęczenie wcale nie pomaga. Ostatnio mam wrażenie, jakby grawitacja z każdym dniem przyciągała mnie coraz mocniej. Jeśli wkrótce porządnie się nie wyśpię, zacznę słyszeć kolory.
Wszyscy kiedyś umrzemy. Moja śmierć nastąpi jednak wcześniej niż u większości ludzi. Zanim dopadną mnie zmarszczki, a starczy wiek sprawi, że w kółko będę powtarzała te same opowieści.
Powieki mi opadają, toczę jednak kolejną bitwę w niekończącej się wojnie z samą sobą, by nie zasnąć. Podpieram brodę na dłoni, lecz łokieć osuwa mi się na biurku coraz dalej i dalej.
Gwałtownie budzi mnie odgłos drapania w okno. W jednej chwili prostuję kręgosłup. Na moment przed tym, jak uderzam głową w klawiaturę, jestem w pełni przytomna. Sięgam pod biurko i zaciskam dłoń na przyklejonym pod blatem nożu.
Za oknem przesuwa się cień. Powoli wypuszczam powietrze z płuc i puszczam nóż.
To tylko Izzy - tłusty biały kot, który regularnie mnie odwiedza. Siada po drugiej stronie wysokiego okna od piwnicy i zaczyna czyścić sobie futro. To jego obroża cicho stuka w okno. Nie wiem, do kogo należy. Wiem tylko, że wabi się Izzy, ponieważ tak jest napisane dużymi literami na różowym, brokatowym identyfikatorze doczepionym do równie różowej i równie brokatowej obroży.
To tylko pieprzony kot, Frankie.
Nadgarstkami pocieram oczy. Mam wrażenie, jakby ktoś zawiesił mi na powiekach kłódkę. Otrząsam się ze zmęczenia i nagłej paniki i wracam do pracy.
Brak snu nie jest idealnym rozwiązaniem, ale jak dotąd mi się opłaca. Mój ostatni projekt jest wart każdej chwili bezsenności, a nawet i więcej.
Gdybym lubiła się chwalić, ściągnęłabym tu całą rodzinę i opowiedziała, jak w pojedynkę... cóż, to chyba nie ma znaczenia, bo i tak nie mogę o tym nikomu powiedzieć.
Poza tym jest jeszcze ta drobna kwestia, że nie mam nikogo, komu mogłabym o tym powiedzieć.
- Izzy - wołam do kota. - Robię coś dobrego. Naprawdę dobrego. - Kot skacze przesadnie daleko i ucieka. Najprawdopodobniej przestraszył się jakiejś jaszczurki. - Kutas.
Świetnie. Nie dość, że gadam do kota, który nawet do mnie nie należy, to jeszcze ta kulka futra mnie obraża.
Zbyt dużo czasu spędzam sama.
Wczoraj i dzisiaj się ze sobą zlały. Nie wiem, kiedy skończył się jeden dzień, a rozpoczął drugi. W piwnicy czasami jest tak mało światła, że trudno określić, czy jest dzień, czy noc.
Telefon na moim kolanie zaczyna dzwonić, na co podskakuję, jakby ktoś kopnął mnie w kręgosłup, i zrzucam na podłogę stertę papierowych kubków po kawie.
- Kurwa - klnę, patrząc na telefon, który leży na podłodze z wielką rysą na wyświetlaczu. To tylko alarm.
Z każdym dniem robię się coraz bardziej nerwowa, ale nie bez powodu.
Moja praca wiąże się z pewnego rodzaju poświęceniem. Wkurzyłam wielu ludzi. Takich, których większość rozsądnych osób nie śmiałaby wkurzyć. Podjęłam pewne kroki, żeby się zabezpieczyć, ale może nadejść taki dzień, kiedy te zabezpieczenia nie wystarczą.
Być może pewnego dnia skończę z tą pracą. Skończę się oglądać przez ramię. A może, jeśli będę miała szczęście, zapobiegnę temu atakowi serca, który grozi mi przy każdym przestraszonym drgnięciu, nim stuknie mi ćwierćwiecze.
Pewnie tak się nie stanie.
Podnoszę telefon z podłogi i przesuwam palcem po ekranie, by wyłączyć alarm. To nie może być ta pora. Czy naprawdę siedzę na tym krześle już osiem godzin?
Odsuwam się od biurka i wstaję, wykonuję krążenia ramionami i głową. Coś kilka razy trzaska mi w plecach, ale po tym czuję się o wiele lepiej, niż mógłby sugerować odgłos. Mój kręgosłup protestuje przy zmianie pozycji, ale dalej się rozciągam. Wiem, że im dłużej będę się ruszała, tym lepiej się poczuję. Schylam się, zwieszam swobodnie ręce i naprężonymi palcami sięgam do podłogi. Powoli się prostuję i unoszę ramiona, celując palcami w sufit. Pozostaję tak, dopóki nie czuję, że moje kości wróciły do swojej normalnej pozycji i nie są już zmiażdżone gdzieś u dołu moich pleców. Ulga rozchodzi się po moich obolałych mięśniach.
W nogach czuję tysiące igieł. Wchodząc po schodach, trzymam się mocno poręczy - nie czuję stóp, a nie chcę spaść. Dzięki Bogu to okropne uczucie znika, nim docieram do drzwi. Przechodzę przez salon i idę w stronę kuchni. Po drodze zatrzymuję się w hallu. Całuję opuszki palców i przykładam je do jedynego wiszącego w tym domu zdjęcia. Zdjęcia mojej matki.
- Cześć, mamo - mówię i uśmiecham się do niej. Miała takie same długie brązowe włosy jak ja i identyczne bursztynowe oczy. Zdjęcie zrobiono niedługo przed jej śmiercią, gdy dopiero uczyłam się chodzić. - Mam nadzieję, że napawam cię dumą, gdziekolwiek teraz jesteś.
Burczy mi w brzuchu, co przypomina mi, dokąd szłam, i ruszam do kuchni. Kiedy ostatni raz coś jadłam? Śniadanie? Kolację wczoraj wieczorem? Nie, zdecydowanie to było śniadanie. Wczorajsze śniadanie. Ponownie burczy mi w brzuchu, tym razem głośniej.
- Tak, tak, słyszę - mruczę pod nosem.
Zawartość lodówki jest... cóż, żadna. Chyba że Google podpowie mi, jak przyrządzić posiłek z marynowanych ogórków, dwóch plasterków sera i sześciopaku piwa.
Opieram się o blat i otwieram aplikację do robienia zakupów z dostawą GrubTrain. Zamawiam kilka niezbędnych rzeczy i wydaję ostatnie czterdzieści dolarów, jakie miałam na koncie. Trzydzieści minut, jakie mam, zanim dostarczą spożywkę, wykorzystuję, by pójść na górę, wziąć bardzo mi potrzebny prysznic i przebrać się w luźną, opadającą z jednego ramienia koszulkę z logo mojej ulubionej kapeli, Veruca Salt, na przodzie. Szare spodenki, które wkładam, kiedyś były spodniami od dresu, lecz gdy wytarły się od przydeptywania zbyt długich nogawek, potraktowałam je nożyczkami - i bum.
Dresoszorty.
Kończę, wracam na dół i przeglądam pocztę. Nazywam się Helburn, ale cała korespondencja przychodzi na nazwisko Jackson. Mój ojciec zmienił je już lata temu. Upierał się, że to ze względu na jego pracę dla rządu.
Minęły lata, nim dowiedziałam się, że to wszystko było kłamstwem.
ON był kłamstwem.
Duszę w sobie rosnącą falę znajomego gniewu. Nie mam czasu ani energii, by przywoływać wspomnienia o czynach mojego ojca lub o bajzlu, jakiego narobił w moim życiu i w życiu niezliczonych innych ludzi.
Wyrzucam wszelkie reklamy do śmieci i zaczynam pierwszą z rund rutynowego sprawdzania zamków, wszystkich okien i drzwi. Otwieram panel systemu zabezpieczeń, wpisuję kod i upewniam się, że wszystko działa, jak należy.
Dwa razy.
W głównej sypialni przechodzę nad rozrzuconymi po podłodze ubraniami ojca i podchodzę do okna. Sprawdzam zamek. Nienaruszony. Wychodzę z pokoju, szybko zamykam za sobą drzwi i wypuszczam z płuc oddech - nawet nie zdawałam sobie sprawy, że go wstrzymywałam.
Pokonując dwa stopnie naraz, wracam do salonu na dole trójkondygnacyjnego, dwusypialnianego i rozpadającego się domu.
Wszystko tutaj wygląda tak samo jak wtedy, gdy wprowadzaliśmy się tu cztery lata temu. Gwoździe, na których poprzedni lokatorzy wieszali dekoracje i zdjęcia, w różnych miejscach wystają ze ściany. Jedynymi meblami są tutaj trzyosobowa kanapa w kolorze szczurzego brązu - żadnego telewizora - i kilka wysokich taboretów nie do kompletu schowanych pod blatem, który oddziela niewielki salon od równie małej kuchni.
Ktoś dzwoni do drzwi i chociaż się tego spodziewałam, nadal jestem ostrożna.
Zawsze jestem ostrożna.
Staję na palcach i wyglądam przez wizjer. Po drugiej stronie stoi Duke, poruszając brwiami i wykrzywiając usta. Uśmiecham się, bo nie sposób się nie uśmiechnąć. Facet trzyma w rękach duże torby z zakupami. Wyciąga je w stronę wizjera, rozpromieniony i dumny niczym myśliwy, który chwali się zdobyczą.
Otwarcie wszystkich zamków trwa chwilę, ponieważ jest ich aż osiem. Kiedy w końcu uchylam drzwi, widzę jego promienny uśmiech.
- Hej - wita mnie swobodnie Duke. - Zobaczyłem, że złożyłaś zamówienie, i chciałem je dostarczyć osobiście.
Jego uśmiech staje się jeszcze szerszy i jest tak cholernie promienny, że mam wrażenie, jakbym patrzyła prosto w słońce. Jego kręcone blond włosy brutalnie gniecie jaskrawozielona czapeczka z logo GrubTrain.
Duke ponownie podnosi torby, napinając bicepsy pod pasującą do czapki firmową koszulką. Gdy dostrzega, że wpatruję się w widoczne pod materiałem mięśnie jego brzucha, puszcza do mnie oko. Moje policzki oblewają się gorącem. Pochyla się i przytula się do mnie w dziwny sposób - przez torby, które wciąż trzyma. Pachnie ładnie, jak irlandzkie mydło.
- Cześć, Duke - mówię powoli, tak że nie ma wyjścia i skupia się na moich ustach, po czym trzepoczę rzęsami i patrzę w jego orzechowe oczy. - Dzięki, że tak szybko je przywiozłeś.
- Dla pani wszystko - odpowiada, przeciągając słowa w fałszywym, westernowskim stylu.
- Pani? Hmm... Podoba mi się, jak to brzmi - mówię i przygryzam dolną wargę.
Duke przestępuje z nogi na nogę, na co uświadamiam sobie, że przesuwa torby, żeby zakryć wybrzuszenie rosnące mu w spodniach.
- Twój tata jest dzisiaj w domu? - pyta Duke, po czym wsuwa głowę przez drzwi i rozgląda się po wnętrzu.
- Pracuje w piwnicy, jak zwykle - odpowiadam. - I jak zwykle mnie ignoruje. - Odsuwam się i wpuszczam go do środka.
- Ja nie będę cię ignorował - rzuca sugestywnie Duke i poruszywszy brwiami, kieruje się do kuchni.
Śmieję się cicho i żartobliwie klepię go po tyłku. Właśnie mam zamknąć drzwi, kiedy dopada mnie dziwne wrażenie. Gorącą falą rozchodzi się po mojej piersi i spływa do kończyn. Moje tętno przyspiesza. Powoli z powrotem otwieram drzwi, jakby spodziewając się kogoś za nimi zobaczyć.
Nikogo tam nie ma.
Duke mówi coś do mnie z kuchni, ale nie słucham.
Ostrożnie wychodzę na niewielki skrawek betonu, który robi za werandę, i rozglądam się we wszystkich kierunkach.
Nic.
Kilkoro klientów wchodzi i wychodzi ze stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy. Jakieś dzieciaki grają w piłkę na pustym placu, który oddziela stację od spożywczaka.
Dławiące uczucie w moim gardle znika i znów mogę przełykać.
Tak. Po prostu wariuję.
- Sarah? Gdzie poszłaś? - woła z kuchni Duke.
Wchodzę z powrotem do domu i zamykam drzwi, z przyzwyczajenia przekręcając wszystkie zamki.
- Ty i te twoje zamki. Twój ojciec naprawdę ma paranoję, co? - mówi Duke, podchodząc do mnie od tyłu i biorąc mnie na ręce. Kopię nogami w powietrzu i wybucham śmiechem. Zanosi mnie do kuchni i sadza na środku kuchennego blatu. Wtedy przekręca czapkę tyłem do przodu i wyciąga z kieszeni skręta, po czym zapala go i głęboko się zaciąga.
- Twój stary może i ma paranoję i cały czas cię ignoruje, ale uważam, że to zajebiście, że pozwala ci palić w domu trawkę - mówi i wypuszcza dym.
Wzruszam ramionami i wyjmuję jointa z jego palców. Zaciągam się mocno i przez chwilę przytrzymuję dym w płucach. Zioło zaczyna działać i zaraz czuję, jak napięcie ustępuje, a moje ramiona się rozluźniają.
- Nawet gdyby miał coś przeciwko, wątpię, by cokolwiek zauważył - mówię z pewnym zgorzknieniem.
- Wszystko w porządku, damo? - pyta Duke, patrząc mi w oczy w poszukiwaniu jakichś wskazówek.
- Tak. Po prostu nie spałam zbyt dobrze - przyznaję. To najkrótsze wytłumaczenie o wiele większej kwestii, ale Duke'a i mnie nie łączy związek, w którym porusza się większe kwestie. Nasz polega na tym, że palimy w kuchni skręta i całujemy się, dopóki nie odeślę go do domu.
- Trzymaj - mówi, wyciągając z tylnej kieszeni spodni wypełniony skrętami plastikowy pojemnik na kanapki. GrubTrain jest jedną z kilku jego profesji. O wiele mniej płatną niż intratna posada handlarza trawką. Wyciąga dwa jointy i kładzie je na wieczku pustego pojemnika na kawę. - Te są na później. Pomogą ci zasnąć.
- Co jestem ci za nie winna? - pytam. Oparta na jednej ręce, ponownie się zaciągam.
- Przychodzi mi do głowy kilka rzeczy. Nawet wiele, wiele rzeczy. - Przeciąga wzrokiem po moim ciele. Podnosi dłoń do ust i z cichym warknięciem żartobliwie przygryza kostki. Słysząc to, nie mogę powstrzymać śmiechu. Duke mruga do mnie, po czym podchodzi do toreb, zaczyna wykładać z nich produkty i chować je na miejsce. Dostarcza mi zakupy od wielu miesięcy i porusza się po mojej kuchni równie sprawnie jak ja. - Zioło jest na koszt firmy, oczywiście.
- Dzięki - mówię szczerze.
Duke zawsze jest dla mnie miły. To znaczy... jest miły dla wielu dziewczyn, ale przy tym pozostaje prawdziwy i dlatego złamałam swoje zasady i wpuściłam go do swojego życia.
Jest najpopularniejszym chłopakiem w szkole i absolutnym dziwkarzem. Wsadzał kutasa w większość cheerleaderek z reprezentacji oraz z reprezentacji młodszych klas, ale nie kłamie na ten temat i nigdy nie składa im żadnych obietnic. Według mnie szczerość jest najważniejszą zaletą, jaką osoba może posiadać. Cenię ją sobie ponad wszystko inne. Być może dlatego, że przez większość życia byłam zmuszona do egzystencji w nieuczciwości. Być może dlatego, że całe życie mojego ojca było kłamstwem. Duke musiał chyba czytać w moich myślach, bo posłał mi hollywoodzki uśmiech.
- Słyszałaś to? - Składa papierowe torby i wrzuca je do kosza na śmieci do recyklingu, po czym zaczyna opowiadać "najśmieszniejszy" (to jego zdanie, nie moje) żart o kutasie i pierdzeniu, jaki usłyszał na siłowni od jakiegoś kretyna z drużyny futbolowej.
Zaciągam się jeszcze raz i opuszczam ramiona. Po chwili odchylam głowę do tyłu i wypuszczam dym w stronę sufitu. Mam wrażenie, że przednią część mojego mózgu spowija mgła. Cichy szum rozprzestrzenia się po moim ciele, łagodząc ostre krawędzie wokół mnie.
- Wiesz... tutaj, kiedy jesteśmy sami, nie zachowujesz się tak jak w szkole - rzuca niespodziewanie Duke. Zaczynam mrugać gwałtownie, starając się zrozumieć, co do mnie mówi. - Dlaczego? Chodzisz z włosami zakrywającymi ci twarz i przez cały dzień wpatrujesz się w podłogę. Z nikim nie rozmawiasz. Na nikogo nie patrzysz. Założę się, że większość dzieciaków w szkole nie potrafiłaby wywołać cię z szeregu po imieniu.
Bingo.
- Mnie też ignorujesz - ciągnie. - Jakbyś w ogóle mnie nie znała. Ale jesteśmy... przyjaciółmi, prawda? Bo tutaj, kiedy jesteś ze mną, jesteś...
- Normalna? - podsuwam. - Albo chociaż tak jakby normalna?
Duke kręci głową.
- Nie chciałem tego powiedzieć.
Być może nie zamierzał użyć dokładnie tego słowa, ale czułam, jak szuka w słowniku w swojej głowie jakiegoś synonimu, którym mógłby je zastąpić.
- Dlaczego? Dlaczego tutaj jesteś zupełnie inna niż tam? - pyta, a w jego głosie brzmi ledwo zauważalna, ale jakby szczera troska.
Przywołuję go do siebie palcem, jakbym chciała wyjawić mu wszystkie swoje tajemnice.
Duke pochyla się, a ja przysuwam usta do jego ucha.
- Jestem Batmanem - szepczę.
Przewraca oczami, słysząc mój okropny żart.
- Poważnie, Sarah. Nigdy nie przychodzisz na mecze. Poza szkołą nie spotykasz się z nikim oprócz mnie... A przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo.
- Może daję ci trochę przestrzeni - sugeruję. To oczywiście kłamstwo. Jedno z miliona, które wmówiłam mu przez ostatnie kilka miesięcy. - Nie sądzę, żeby Missy, Misty czy... Maci? - wykrzywiam twarz w grymasie - ...spodobało się, gdyby zobaczyła nas razem.
- Cóż, tak się składa, że gówno mnie obchodzi, co myśli Melanie albo ktokolwiek inny. Lubię cię, Sarah. - Duke rozsuwa mi kolana i staje między nimi. - Bardzo cię lubię.
- Melanie. - Kiwam głową i pstrykam palcami. - No właśnie. Melanie. Muszę zapamiętać.
Podaję mu jointa. Zaciąga się głęboko, po czym dłonią, w której trzyma skręta, chwyta mnie za włosy, a drugą ściska moje policzki, bym otworzyła usta. Z wargami zaledwie o włos od moich wdmuchuje w nie dym, który wciągam głęboko w płuca.
Duke odsuwa się, gdy po chwili wypuszczam obłok z ust. Palcami ściska końcówkę skręta i gasi go, a pozostałą część wsuwa sobie za ucho.
- Sądzę, że ty również mnie lubisz - mówi cicho. Delikatnie ściska palcami moje uda, z każdym ruchem swoich wprawnych palców posuwając się wyżej, centymetr po centymetrze.
- Bo lubię - odpowiadam. W innym życiu... nie, gdybym była inną osobą, mogłabym dać mu prawdziwą szansę.
Ale nie w tym życiu.
- To dlaczego udajesz, że mnie nie znasz? - drąży, zaciskając usta.
Żeby nikt nas ze sobą nie widział. Żebyś nie został przypadkowo ofiarą, gdyby wszystko się popieprzyło.
- Chyba po prostu aż tak bardzo nie przepadam za szkołą. Poza tym lubię trzymać się na uboczu. To wszystko - zapewniam go.
Duke patrzy na mnie znacząco. Nie kupuje tego, nawet przez chwilę.
Próbuję znowu.
- A może... - wzdycham i zwieszam ramiona - nie chcę być postrzegana jako jedna z wielu dziewczyn w haremie Duke'a Weathersby'ego.
- W czym? - pyta ze śmiechem.
- W haremie. Grupie piękności, które za tobą podążają, zostawiając za sobą istne kałuże śliny. Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię, Duke'u Weathersby. Słyszałam to określenie z milion razy, więc jestem pewna, że ty też.
- Może i słyszałem je raz czy dwa - przyznaje Duke z chytrym uśmieszkiem. Obejmuje mnie w talii i przesuwa na brzeg blatu. - To chyba jednak dobrze, że nie rozmawiasz z nikim innym. W ten sposób mogę cię mieć tylko dla siebie.
Pochyla się i przyciska usta do moich ust. Nasze wargi łączą się i zaczynają harmonijnie poruszać. To przyjemny pocałunek, jak zawsze. Przyrównuję je do zakończenia dobrej książki. Do miłego gorącego prysznica. Albo znalezienia zabójczej pary jeansów na wieszaku z artykułami przecenionymi o połowę.
Są fajerwerki, ale nie takie w typie eksplodujących kolorami i robiących wielkie bum, jak na czwartego lipca. Nie, w naszym przypadku jest to jak machanie zimnymi ogniami i bieganie po trawniku przed domem. Lubię zimne ognie.
Zimne ognie są przyjemne.
Poza tym szanse na zranienie lub oparzenie są małe.
Tak jak sam Duke - zimne ognie są bezpieczne.
Odwzajemniam pocałunek i otwieram usta, gdy językiem rozsuwa moje wargi. Moje sutki twardnieją, gdy przysuwa się jeszcze bliżej, i przez materiał naszych koszulek czuję żar jego skóry. Rozluźniam się i przywieram do niego, potrzebując poczuć przy sobie jego twarde ciało. Potrzebując przypomnienia, że jestem tylko człowiekiem, że żyję i że jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto również o tym wie.
Duke Weathersby jest najbliższy miana mojego chłopaka, chociaż nim nie jest i nigdy nie będzie. Nasz pseudozwiązek składa się z luźnych rozmów, palenia trawki i całowania się. W gruncie rzeczy to mnóstwo pieszczot i stymulacji przez ubranie, po których wysyłam go do domu z porządnie bolącymi jajami.
Duke odsuwa się nieco i muska palcem moją szyję, po czym przesuwa nim po odsłoniętej skórze mojego ramienia. Przyciska czoło do mojego czoła.
- Myślę, że powinniśmy pójść na górę, do twojego pokoju. Te wszystkie ubrania tylko przeszkadzają - szepcze, ciągnąc za postrzępiony brzeg moich szortów. Kołysze biodrami, ocierając się erekcją między moimi nogami.
Uśmiecham się przy jego ustach i unoszę pośladki z blatu, bezwstydnie na niego napierając.
Duke jęczy prosto w moje wargi i chwyta mnie za biodra, poruszając nimi i przyciskając do twardego wybrzuszenia w swoich spodniach.
Jestem podniecona. Naprawdę. W końcu jestem dziewczyną, a Duke jest niezwykle atrakcyjny. Jak wiem, nie różnię się od innych dziewczyn w szkole - nie jestem odporna na urok, uśmiech czy mięśnie Duke'a Weathersby'ego. Winię o to naturę i feromony. Ptaszki i pszczółki. Słowem: naukowe wywody i inne takie.
Z jednej strony chciałabym, żeby zaciągnął mnie na górę i tam zrobił ze mną wszystkie te zboczone rzeczy.
Przeważająca część mnie jednak po prostu nie może tego zrobić.
Cholernie się z nim drażnię. Wiem o tym. Duke również musi o tym wiedzieć. Ale ciągle wraca, a prawda jest taka, że właśnie tego chcę. Jego powrotów. Towarzystwa. Kontaktu z drugim człowiekiem.
Przyjaźń z nim już i tak łamała jedną z moich zasad. Seks zaprzeczyłby im wszystkim, a nie chcę, żeby to zaszło tak daleko. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie wobec takiego zagrożenia.
Odsuwam się od niego.
- Ja... nie mogę. Mój ojciec - szepczę, przeciągając zębami po jego szyi, tuż pod uchem, odmawiając mu, a jednocześnie obiecując to, co może przynieść przyszłość.
- On nigdy nie wychodzi z piwnicy - przypomina mi Duke, pocałunkami znacząc ścieżkę na mojej szyi i starając się przekonać mnie ustami. Przesuwa się do obojczyka i oprócz pocałunków lekko mnie przygryza. Czuję, jak moje mięśnie się napinają. Jak rośnie we mnie pożądanie. Moja determinacja, by utrzymać ten związek na poziomie dozwolonym w filmach dla trzynastolatków, wali się w gruzy, gdy on chwyta moją dolną wargę w swoje usta i wprawnie przeciąga po niej językiem.
Muszę przyznać, że chłopak jest dooooobry. Nie ma tego haremu bez powodu. W pełni sobie na niego zasłużył.
- Pozwól mi dać ci rozkosz - szepcze Duke, ściskając górę moich ud, na co moje podbrzusze przeszywa rozkoszny dreszcz.
Jestem zdesperowana.
Podniecona.
Na haju. Samotna.
Tak piekielnie samotna.
Nie chcę taka być. Chcę po prostu poczuć... coś innego. Cokolwiek. Coś, co nie wiąże się ze zmartwieniem, paniką czy krzywdą.
- Zgoda - słyszę własny głos.
Z jego gardła dobywa się niski dźwięk. Pół warkot, pół jęk. Zwinnie wsuwa palce w moje szorty, a sam emanujący z nich żar sprawia, że niemal szczytuję. Nigdy wcześniej nie pozwoliłam mu się tam dotknąć. Nigdy wcześniej nie pozwoliłam, by KTOKOLWIEK mnie tam dotknął. Czuję się jednocześnie podniecona, zdenerwowana i do cna zuchwała, gdy otaczam go nogami w pasie, ponaglając, by przysunął się bliżej.
Duke opuszkami palców muska moje nabrzmiałe i tak boleśnie lekceważone ciało, gdy w pomieszczeniu rozbrzmiewa głośny huk.
- Skąd to? - szepcze Duke.
Z piwnicy.
Odgłos doszedł z piwnicy.
ROZDZIAŁ 3
Frankie
- CHOLERA! TWÓJ OJCIEC! - Duke odskakuje ode mnie, jakby użądliła go osa.
Zeskakuję z blatu i pospiesznie kieruję go do wyjścia, podczas gdy w mojej piersi płonie strach.
- Przykro mi, może innym razem. Pójdę sprawdzić, co z moim tatą.
- To... chyba zobaczymy się jutro... w szkole - mówi, a w jego głosie rozbrzmiewa wyraźne rozczarowanie.
- Tak. Jutro. W szkole - mamroczę, otwierając serię zamków.
W rekordowym czasie otwieram drzwi. Duke wychodzi na betonowy ganek i zaczyna pisać coś na telefonie. Jestem pewna, że już wysyła wiadomość do kolejnej - być może bardziej chętnej - dziewczyny na swojej trasie dostarczania zakupów. Szczerze chciałabym, żeby mnie to obeszło, lecz albo tak bardzo stłumiłam tę część siebie, że teraz nie potrafię jej już odnaleźć, albo w ogóle nigdy jej w sobie nie miałam.
Uśmiecham się i pamiętam, by wyglądać na rozczarowaną, podczas gdy jedyne, czego tak naprawdę pragnę, to krzyczeć, by uciekał i ratował życie.
Ale tego nie robię. Czekam. Muszę czekać.
I to mnie zabija.
Duke wciska telefon do kieszeni. Posyła mi jeszcze jeden zabójczy uśmiech, po czym lekko całuje mnie w usta i wyciąga rękę, by klepnąć mnie w tyłek. Na kilka sekund zatrzymuje wzrok na moim ciele.
Wsiadaj już do tego pieprzonego wozu.
Cierpliwie czekam z czymś, co - mam nadzieję - wygląda jak uśmiech na mojej twarzy, aż tyłem zejdzie ze schodków i nie odrywając ode mnie wzroku, ruszy do krawężnika, przy którym stoi jego prius. Na samochodzie widnieje to samo logo GrubTrain, co na jego czapce i koszulce. Przekręca czapkę, po czym wsiada do środka i włącza silnik. Wtedy opuszcza szybę.
- Do widzenia, Sarah - mówi, machając do mnie ręką. Sposób, w jaki "Sarah" leniwie spływa z jego idealnie wykrojonych ust, sprawia, że niemal chciałabym, by było to moje prawdziwe imię.
Nim jego samochód znika za zakrętem, włączam na telefonie aplikację monitoringu i oglądam czarnobiałe nagranie z piwnicy. Natychmiast dostrzegam, że jeden z monitorów mojego komputera leży na podłodze. Krzesło spoczywa przewrócone na boku.
Próbuję zdecydować, czy powinnam chwycić spakowaną wcześniej torbę, którą zakopałam na placu po przeciwnej stronie ulicy, czy może zostawić ją i po prostu wsiąść w następny autobus do Banyan Cay. Wtedy widzę na wyświetlaczu Izzy. Gruby kot w całej swojej czarnobiałej glorii leniwie przechadza się po mojej klawiaturze.
Jakimś sposobem musiała dostać się do środka przez okienko w piwnicy. Przypominam sobie, żeby sprawdzić tam zamek i okablowanie ochrony.
Pochylam się i kładę dłonie na kolanach, czując, że jestem bliżej ataku serca niż kiedykolwiek przez te wszystkie lata.
Opadam tyłkiem na beton i opieram na kolanach głowę.
Jak długo jeszcze dam radę tak żyć?
Prawdopodobnie niezbyt długo.
Kilka minut trwa, nim w końcu dochodzę do siebie na tyle, żeby wstać. Podnoszę się i nagle ogarnia mnie to samo palące uczucie co wcześniej. Gwałtownie podnoszę głowę i tym razem dostrzegam kogoś, kto zdaje się tu nie pasować.
Po drugiej stronie ulicy dostrzegam mężczyznę, częściowo ukrytego za swoim dużym, czarnym motocyklem. Jego wyrzeźbione i wytatuowane bicepsy się napinają, gdy robi coś przy szerokiej czarnej oponie.
Jakby wiedział, że na niego patrzę, nieznajomy wygląda zza opony. Przyłapał mnie. Nie uciekam, ale też nie mogę odwrócić wzroku.
Wszystko w nim jest ciemne - od długich do ramion włosów po czarne ubranie. Zarost na jego twarzy jest czymś pomiędzy szczeciną a brodą, dłuższy, chociaż krótki po bokach.
Z gniewem ściąga brwi i dociera do mnie, że to nie na mnie patrzy, a na swój motor.
To po prostu facet, który naprawia motor. Nie przyszedł tu po ciebie. Idź spać, Frankie. Potrzebujesz pieprzonego snu.
Nieznajomy rzuca na ziemię klucz, który głośno odbija się od betonu. Nawet po drugiej stronie ulicy dobiega mnie jego pełne frustracji warknięcie. Wtedy podnosi się z kolan i wstaje.
Wow.
Jest duży. Nie chodzi tylko o jego ciało, ale i o osobowość. Przywodzi na myśl strzelisty wieżowiec, który rzuca niekończący się cień. Długim i zdecydowanym krokiem zmierza na stację benzynową, a z każdym stąpnięciem butów zdaje się zagarniać wszystkie pęknięcia w asfalcie. Czarna, obcisła koszulka opina jego naprężone mięśnie klatki piersiowej i ramion. Jeansy wiszą mu nisko na biodrach, ukazując doskonałą krągłość jego pośladków. W wargach niedbale tkwi niezapalony papieros.
Nigdy wcześniej nie widziałam kogoś takiego jak on. Surowego. Silnego. Nie mogę przestać mu się przyglądać. Może dlatego, że wciąż jestem na haju, a może dlatego, że jeszcze przed chwilą całowałam się z Dukiem i dalej przepełnia mnie pożądanie. Albo dlatego, że dzisiaj spanikowałam już po raz trzeci. Tak czy inaczej, ten mężczyzna jest chodzącym bilbordem z reklamą przerażenia i żądzy. Niczym burza z piorunami w ludzkim wydaniu.
Jest piękny.
W uszach rozbrzmiewają mi słowa ojca sprzed wielu lat.
"Przed mężczyznami należy się ukrywać, Frankie. Trzeba się ich bać. W najlepszym wypadku są stworzeni do manipulowania. Bądź manipulatorką, Frankie, a nie manipulowaną. Uciekaj, zanim zapytasz samą siebie, czy powinnaś. Poznaj, czego chcą, po wyrazie ich oczu, a nie po słowach, jakie wychodzą z ich ust".
Mężczyzna wychodzi z warsztatu. Podnosi jedną nogę i z łatwością okrakiem siada na motorze. Maszyna z hukiem budzi się do życia. Stoję po drugiej stronie ulicy, lecz wibracje pokonują asfalt i docierają do moich stóp. Czuję dudnienie w piersi. Pył unosi się nad chodnikiem na dobre kilka centymetrów, a ziemia pod nim drży.
Mężczyzna wyprowadza motor z parkingu i ledwie rzucając jedno spojrzenie w moją stronę, odjeżdża w przeciwną.
Jestem rozczarowana.
Czego niby oczekiwałam po tej chwili jednostronnego zauroczenia?
Pocieram oczy i uznaję, że zaledwie jedna nieprzespana noc dzieli mnie od wymyślania sobie związków z celebrytami. Już słyszę doniesienia w wiadomościach.
Młoda kobieta została dzisiaj aresztowana w domu Sama Hunta pod zarzutem włamania. Miała przywidzenia i upierała się, że jest jego żoną. Bezustannie krzyczała: "A co z dziećmi?", aż do chwili, kiedy w końcu pojmała ją policja. Pan Hunt, nieposiadający dzieci, oświadczył, że nie zna kobiety, chociaż żywi nadzieję, że ta znajdzie i otrzyma pomoc, której wyraźnie potrzebuje.
Ryk motocykla niknął w oddali. Weszłam do domu, zamknęłam wszystkie zamki i dopiero kiedy wiedziałam, że jest bezpiecznie, ruszyłam do kuchni po baton proteinowy. Kiedy już się posiliłam, zeszłam do piwnicy, by oszacować straty. Na szczęście poobijany monitor nadal działał. Sprzątam resztę bałaganu, po czym patrzę na Izzy, która czmychnęła z powrotem za okno. Próbuję je zamknąć, ale haczyk nie chce trzymać. Szkło jest roztrzaskane.
A mimo to nie rozległ się alarm?
Sprawdzam okablowanie wokół okna i widzę, że zostało przegryzione. Cholerny kot. Rozcinam kabel i skręcam ze sobą wewnętrzne przewody, po czym przybijam go do kawałka drewna nad oknem.
Zapalam jeden z jointów od Duke'a, siadam przy komputerze, a moje palce zaczynają fruwać nad klawiaturą. Przez jakiś czas nie będę mogła zasnąć, więc równie dobrze mogę popracować.
Po kilku godzinach telefon zaczyna wibrować mi na nogach. Alarm. Jestem z siebie dumna, że tym razem nie podskoczyłam ze strachu. Wyłączam wszystko i idę na górę. Najwyższy czas, żeby chociaż spróbować się wyspać. Jak by nie patrzeć, rano idę do szkoły.
Wzdycham.
Może i jestem kłamczuchą, ale dzisiaj powiedziałam Duke'owi prawdę.
Wcale aż tak bardzo nie lubię szkoły.
Nie lubiłam jej też, kiedy ukończyłam ją po raz pierwszy.
Cztery lata temu.
ROZDZIAŁ 4
Smoke
KAŻDEGO RANKA, popołudnia czy kiedykolwiek się tam, kurwa, budzę, pierwsze, o czym myślę, to noc, kiedy w moim życiu przestała się liczyć tylko praca, a zaczęła się liczyć wyłącznie zemsta. Nie mam żadnych wątpliwości, że kiedy przyjdzie mój czas i trafię do piekła, to właśnie wspomnienie chwili, kiedy znalazłem Morgan martwą na podłodze, będę przeżywał ciągle od nowa w niekończącej się pętli.
Z drugiej strony może już jestem w piekle.
Tamta noc mnie zmieniła. Sprawiła, że stałem się twardszy. Bardziej okrutny. Bardziej nieczuły niż kiedykolwiek.
Poza gniewem. Gniew odczuwam bez żadnego problemu.
Ryk klaksonu przywraca mnie do rzeczywistości. Jestem wdzięczny za odwrócenie uwagi, dopóki nie dostrzegam we wstecznym lusterku jakiegoś gnojka, który wyrzuca ręce w powietrze, jakbym go blokował, podczas gdy parkuję przy krawężniku, a na drodze nie ma nawet jednego pieprzonego samochodu.
Wystawiam za okno vana ulubiony palec. Nigdzie się nie ruszam.
Gnojek potrząsa głową i manewruje swoją mazdą, kręcąc kierownicą jedną ręką nad drugą, jakby prowadził jakąś wielką ciężarówkę.
Zatrzymuje się obok mnie, blokując mi widok na dom, który obserwuję od tygodni, i otwiera okno po stronie pasażera. Krzyczy coś do mnie, ale nie wiem co, bo go, kurwa, nie słucham.
Skurwiel musi zniknąć.
Podnoszę rękę, jakbym chciał go przeprosić, lecz chwytam broń z konsoli i przykładam ją do otwartego okna.
Uśmiecham się.
To załatwia sprawę. Jedno spojrzenie wystarcza, by gnojek wcisnął pedał gazu i zahaczywszy o chodnik, odjechał swoją małą deskorolką.
Odkładam broń, po czym się pochylam i otwieram schowek na rękawiczki. Macam, aż w końcu znajduję to, czego szukam. Prostuję się, otwieram buteleczkę i wysypuję dwie tabletki, które zaraz połykam, popijając whiskey z butelki.
Adderall.
Potrzebuję go, szczególnie dzisiaj. Wielotygodniowa obserwacja domu wcale nie jest dobra dla umysłu, który ma skłonność do dryfowania w przeszłości, gdy nie koncentruje się na tym, co się obecnie dzieje. Adderall pomaga mi się skupić, kiedy myślę o zbyt wielu rzeczach naraz. Poza tym daje lepszy i w chuj dłuższy haj niż koka.
Jedyna rzecz, która trzyma mnie tutaj, w tym vanie na bezimiennej ulicy w Banyan Cay - oprócz zrównoważonej diety na bazie whiskey i pochodnych amfetaminy - to zemsta.
Frank Helburn zginie z mojej ręki.
Kiedy tylko go, kurwa, znajdę.
Nigdy nie szukałem kogoś przez bity rok. Odnajdywanie ludzi, ściganie ich to praca, za którą dostaję w cholerę kasy. Zazwyczaj potrafię wytropić człowieka w kilka godzin, najdłużej w kilka dni.
Nigdy jednak w rok.
Może i nie znalazłem Franka, ale odnalazłem kogoś równie dobrego.
Jego córkę.
Frances Helburn, nazwana po swoim żałosnym ojcu skurwielu, Franku, używa teraz nazwiska Sarah Jackson.
Ma nędzne życie. Poważnie, suka niemal nie wychodzi z domu. Jak zauważyłem, nie ma żadnych przyjaciół, oczywiście poza tym skurwysynem o kręconych włosach, który wygląda, jakby dopiero zaczął się golić. Chociaż Frances mogłaby sama ukrywać brodę pod tymi włosami, wiecznie wiszącymi jej na twarzy. Dziwi mnie, że udaje jej się codziennie dotrzeć do szkoły, nie wpadając pod żaden samochód.
Zauważyła mnie dzisiaj po drugiej stronie ulicy. Poczułem, jak na mnie patrzy. Udawałem, że naprawiam coś przy motorze, podczas gdy w rzeczywistości dopiero co wybiegłem z jej domu po tym, jak włamałem się do piwnicy. Nie zdążyłem wsunąć nawet jednej nogi przez okno, gdy jakiś tłusty kot wyskoczył z ciemności obok mnie, przewracając po drodze jakieś graty.
Niech szlag trafi tego kota.
Nie miałem czasu poszukać jakichkolwiek wskazówek co do tego, gdzie może się ukrywać Frank. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Poszukiwanie Franka Helburna testuje moje granice. Znów stawałem się niespokojny. Przypominam sobie swój cel i to, jak słodki będzie widok jego rozlewającej się krwi.
Na chwilę czy dwie się rozluźniam.
Cóż, rozluźniam się na tyle, ile mogę.
Strzelam kostkami, a potem karkiem. Wyciągam telefon i otwieram plik, który Griff wysłał mi kilka tygodni temu. Są w nim tylko dwa zdjęcia, a na jednym z nich jest Frank i jego córka. Samo zdjęcie pochodzi sprzed kilku lat i jest rozmazane jak diabli. Nie widzę u Frances żadnych znaków szczególnych, ale z drugiej strony zdjęcie jest tak zniekształcone, że nie wiem nawet, czy się na nim uśmiecha, czy nie. Dostrzegam tylko ciemne włosy i dziwnie bursztynowe oczy, co również świadczy o jakości fotografii.
Może i nigdy nie widziałem jej twarzy, lecz kiedy byłem po drugiej stronie ulicy, poczułem, jak przygląda mi się z zainteresowaniem. Kiedy zaś kątem oka dostrzegłem, jak rozluźnia ramiona, wiedziałem, że zdjęła mnie z listy możliwego zagrożenia. Uśmiecham się do siebie.
Zły ruch, mała.
Drugie zdjęcie jest ziarnistym kadrem z nagrania z monitoringu przedstawiającym Franka Helburna opuszczającego krwawą łaźnię w domu Morgan. Czuję narastający we mnie gniew, który dosięga gardła - pozostaje w nim, dławiąc mnie nieprzerwanie od tamtej pieprzonej nocy.
Mój telefon zaczyna dzwonić i krzywię się, widząc nazwisko na wyświetlaczu. Odbieram bez pozdrowienia, ale Griff to Griff - on nie potrzebuje powitań. Facet gada za nas dwóch.
- Żadnego śladu naszego Franka? - pyta, mówiąc tak szybko, jakby ktoś wcisnął mu na ustach guzik przewijania. Jego głos jest nosowy. Wysoki. I jękliwy. Każde jego słowo brzmi, jakby narzekał, chociaż wcale tak nie jest. Już nie mogę się doczekać, aż skończę tę robotę, żebym nie musiał go słyszeć, kurwa, codziennie.
- Żadnego - potwierdzam. - Tylko dziewczyna i okazjonalnie jakiś pizduś z dostawą.
Griff na wpół wzdycha, na wpół warczy.
- Cóż, Frank nie jest tak dobry w zacieraniu za sobą śladów, za jakiego się uważa. Zeszłej nocy mój siostrzeniec, Leo, wyłapał kilka z nich w odmętach sieci, do których tylko nieliczni wiedzą, jak dotrzeć. Nadal hakuje. Nadal wykonuje zadania. Leo go teraz tropi. Może i nie ma go tam razem z córką, ale go znajdziemy. I to wkrótce.
- Będę dalej obserwował dom. Jeśli się tu zjawi, dowiem się o tym - odpowiadam. Zgodnie z prawdą: nikomu nigdy nie udało się przemknąć obok mnie i nigdy tak się nie stanie. - Ale myślę, że najwyższy czas sprawdzić, jak bardzo Frank Helburn kocha swoją córkę.
- Myślę, że możesz mieć rację - zgadza się Griff.
Patrzę za okno na pogrążony w ciemności dom. Włączam głośnik w telefonie.
- Porwij ją - mówi Griff. Jego głos obniża się wraz z intensywnością, jakiej nabierają jego słowa, a podekscytowanie jest teraz bardziej kontrolowane. Mroczniejsze. - Porwij córkę Franka. Chcę wywabić tego skurwiela z ukrycia. Odebrał ci Morgan i wasze dziecko, a mnie ukradł miliony. Zasługuje na wszystko, co go czeka. - Powoli wypuszcza z płuc powietrze, prosto do słuchawki, co wywołuje szum. - Musi za to zapłacić. - Ponownie oddycha głęboko. - A potem musi ZAPŁACIĆ.
Nie odpowiadam, ale Griff wie, że się z nim zgadzam.
- Ciężko wydobyć z ciebie więcej niż jedno słowo - mówi, w jednej chwili zmieniając ton z gorzkiego na rozbawiony. - Lubię to w tobie.
A ja nie lubię w tobie niczego.
- Słyszałem, że wróciłeś do pracy w pojedynkę - ciągnie, nagle zmieniając temat.
Zaciskam zęby. Ten skurwiel z pewnością wie, jak mnie wkurwić.
- Nie twój pieprzony interes, Griff - rzucam.
Po raz tysięczny wyglądam przez okno. W domu nadal jest ciemno.
- Ja tylko mówię, że musiałeś być wściekły, kiedy Rage odszedł z twojego zespołu - mówi Griff, ignorując moje ostrzeżenie.
Na dźwięk tego imienia mam ochotę odwołać całą robotę.
- Najwyraźniej facet nie był tak lojalny, jak myślałeś.
Griff powiedział "facet". Mój gniew mija. Gość najwyraźniej nie wie, kim jest Rage, nie mówiąc już o tym, do czego ONA jest zdolna.
Rozluźniam uchwyt na kierownicy.
- Griff, może i mamy tego samego wroga, ale nie myśl, że dzięki temu jesteśmy przyjaciółmi.
- I dobrze, bo z pierwszej ręki wiem, co się przytrafia twoim przyjaciołom - odpowiada przeciągle.
Rozłączam się i odrzucam telefon na siedzenie pasażera, po czym zaciśniętą pięścią uderzam w kierownicę.
Gdyby Griff stał przede mną, udusiłbym go tu i teraz.
Skurwiel uważa, że jest nietykalny - i do pewnego stopnia tak jest. Przez ostatnie kilka lat jego organizacja znacznie się rozrosła, ale facet dalej jest frajerem, który uwielbia rozprawiać o swoich osiągnięciach, przez co jego rządy mają datę ważności. Nawet najlepsza organizacja na świecie nie ochroni lidera, który bez końca miele ozorem.
W moim świecie długi jęzor może zafundować ci wieczną drzemkę.
Długie życie idzie w parze z umiejętnością milczenia. Daję Griffowi rok, zanim ktoś mi zapłaci, bym posłał go do grobu. Ze wszystkich ludzi na świecie to właśnie on musiał być tym, który odkrył, że to Frank odpowiadał za rzeźnię, jaka miała miejsce w domu Morgan.
W sypialni dziewczyny zapala się światło i patrzę, jak za oknem przesuwa się jej cień.
Nie wiem, czy to przez potrzebę zemsty, czy przez rozmowę z Griffem, ale moja cierpliwość się kończy. Podobnie jak wolność tej dziewczyny.
Dłużej nie czekam.
Frances Helburn jest moja.
***
Zmieniłem samochód i ubranie. Teraz siedzę przed szkołą i patrzę na schodzących się uczniów.
Frances wchodzi do budynku jako jedna z ostatnich.
Ma na sobie ten sam mundurek, który nosi każdego dnia. Prosta spódnica w szkocką kratę, koszula i sweter. Jeśli głównym powodem noszenia mundurków jest zapobieganie nadmiernej ekspozycji ciała, to ta szkoła odniosła niewątpliwy sukces, gdyż jej strój jest dobre trzy rozmiary na nią za duży i wisi na niej niczym bezkształtny wór. Nawet jej skarpety są niedorzeczne. Mają kolor głębokiej zieleni i sięgają jej wysoko, niemal do samych kolan, chociaż kiedy idzie, jedna nieustannie opada jej do kostki. Pod swetrem dziewczyna ma czarną koszulę z kołnierzykiem. Idzie zgarbiona, ukrywając nie tylko twarz, ale też jakiekolwiek oznaki tego, że ma cycki.
Nie ukryjesz się przede mną, Frances. Nawet pod tymi wszystkimi workowatymi ubraniami. Widzę cię. Widzę cię i idę po ciebie.
Frances potyka się na chodniku i upuszcza książkę. Pochyla się, by ją podnieść, a ja przez moment dostrzegam zarys doskonale krągłych pośladków ledwie okrytych czerwonymi figami.
Czerwone, tak? A to niespodzianka.
Przez chwilę wyobrażam sobie, co mógłbym zrobić z tymi pośladkami, kiedy przypominam sobie, do kogo należą. Frances jest dziwna i jak widzę, koścista.
Bezkształtna.
Gówno mnie obchodzi, jakiego koloru są kobiece oczy lub włosy, lecz kobiety, które lubię pieprzyć, wyglądają jak... cóż, kobiety. Cycki. Biodra. Usta.
Dzisiaj Frances wydaje się cięższa od pozostałych dziewczyn tłoczących się przy wejściu do szkoły. Nie chodzi o ciało - nie może ważyć więcej niż pięćdziesiąt pięć kilo - lecz cięższa w sensie... zmartwiona.
Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie.
Nie mój cholerny problem.
Mam zamiar narobić zamieszania i po raz pierwszy od dawna jestem podekscytowany. Nabuzowany.
Gotowy.
Frances się zatrzymuje. Patrzy przez ramię i rozgląda się po parkingu, aż jej wzrok pada na mnie. Nieruchomieje, po czym odwraca głowę w bok. Nagle rozbrzmiewa dzwonek, na co otwiera drzwi i znika we wnętrzu budynku. Muszę jej to przyznać: jest mądra. Niewystarczająco, by mnie zgubić, ale wszyscy, których z Griffem zatrudniliśmy, by odnaleźli jej ojca, nie znaleźli też jej.
Teraz wiem dlaczego.
Wszyscy szukali Frances Helburn. Kobiety w wieku około dwudziestu lat. Zamiast niej znaleźli osiemnastoletnią uczennicę szkoły katolickiej o nazwisku Sarah Jackson.
Ukrywała się na pieprzonym widoku. Ze wszystkich możliwych miejsc wybrała szkołę. Sprytne.
Ale niedostatecznie.
Otwieram drzwi i wysiadam naprzeciwko szkoły, prosto w oślepiające słońce.
Jej plan był przyzwoity, póki trwał, teraz jednak z nim koniec.
Frances Helburn zaraz się dowie, że nie jest wcale taka sprytna, jak się jej wydawało.
ROZDZIAŁ 6
Frankie
DYREKTOR GREGORY wsuwa głowę do klasy podczas moich zajęć z matmy i chrząka cicho.
Pan Timball przerywa lekcję geometrii, zamierając przy tablicy z markerem w ręce, i unosi brew w milczącym: Czego pani chce?
- Muszę porozmawiać z Sarah Jackson - odpowiada dyrektorka, rozglądając się po ławkach, aż w końcu dostrzega mnie na końcu klasy. Patrzy mi prosto w oczy. - Teraz.
Czuję, jak spojrzenia wszystkich dookoła wwiercają się we mnie, gdy wstaję i ruszam na przód pomieszczenia. Trzydzieści głów obraca się zgodnie, a oczy poruszają się synchronicznie, niczym w klipie z lat osiemdziesiątych.
- Weź swoje rzeczy - mówi Gregory, widząc moje puste ręce.
Krótko kiwam głową. Nakaz zabrania rzeczy oznacza, że cokolwiek czeka na mnie w jej gabinecie, zajmie trochę czasu, i że nie wrócę dzisiaj na zajęcia... przynajmniej nie na te.
Ogarnia mnie złe przeczucie, mrowi mnie skóra na karku, chociaż nie przez te wszystkie oczy, które wpatrują się w każdy mój ruch. To strach, który gromadzi się we mnie wraz z uczuciem, że wkrótce wszystko się zmieni.
Znów.
Chwytam plecak i książki, starając się domyślić, o co związanego ze szkołą może chodzić, ale nic nie przychodzi mi do głowy.
Po raz drugi idę na przód klasy, w której oprócz dźwięku moich czarnych bezkształtnych butów sunących po podłodze rozlega się jedynie odgłos stukania ołówkiem o ławkę i pękania balonów z gumy.
Dyrektor Gregory przytrzymuje dla mnie otwarte drzwi, po czym ruszam za nią z opuszczoną głową i długimi włosami zakrywającymi moją twarz niczym tarcza.
Pozwala mi pierwszej wejść do swojego gabinetu i dopiero kiedy nogami dotykam jednego z dwóch krzeseł przed jej biurkiem, podnoszę wzrok i dostrzegam stojącego przy oknie, odwróconego do mnie plecami policjanta. Kolorowe tatuaże pokrywają każdy centymetr jego rąk, a długie włosy ma związane w kucyk na karku, tuż pod krawędzią czapki. Mam wrażenie, że skądś go znam, ale może to tylko déja vu.
Mimo to zaczynam się rozluźniać. Nie mam żadnych problemów z policją. A przynajmniej nie takich, o których policja mogłaby wiedzieć. W jakiejkolwiek sprawie zjawił się tutaj ten funkcjonariusz, to z pewnością jakieś nieporozumienie.
Może chodzi o któregoś z moich sąsiadów. Po jednej stronie mojego domu mieści się melina narkomanów, a po drugiej stronie mieszka para, która kłóci się ze sobą dzień i noc - krzyczą więcej, niż ze sobą rozmawiają.
Prawdopodobnie jedno zabiło drugie i teraz służby szukają świadków. I nie mam żadnych kłopotów.
A przynajmniej taką mam nadzieję.
- Zostawię was, byście mogli omówić tę sprawę - oświadcza dyrektorka, przypominając mi o swojej obecności. - Będę tutaj, żeby was odprowadzić. - Posyła mi uśmiech zza zaciśniętych ust. Przeprosiny.
Policjant czeka, aż Gregory zamknie za sobą drzwi, i dopiero wtedy się do mnie odwraca. W jednej chwili rozpoznaję w nim mężczyznę z warsztatu. Tyle że teraz wyraźniej widzę jego twarz. Jego lśniące ciemne oczy. Bliznę nad prawym okiem. Intryguje mnie w ten sam sposób co za pierwszym razem, kiedy go dostrzegłam.
Policjant wsuwa kciuki za pasek i uśmiecha się drwiąco. Odpowiadam uśmiechem, który jednak znika, gdy mężczyzna odzywa się chrapliwym głosem:
- Witaj, Frankie.
Moje serce zamiera. Moja krew zmienia się w lód. Nie mogę przełknąć. Nie mogę oddychać.
Użył mojego prawdziwego imienia. Użył mojego prawdziwego pieprzonego imienia.
Upuszczam książki na podłogę i rzucam się w stronę drzwi. Otwieram usta do krzyku, lecz zanim dobywa się z nich jakikolwiek dźwięk, obcy doskakuje do mnie i zatyka mi usta dłonią tak dużą, że zakrywa pół mojej twarzy. Odciąga mnie od drzwi, podczas gdy nadal wyciągam rękę w stronę klamki, oddalającej się ode mnie z każdym jego krokiem w tył. Łzy napływają mi do oczu, zarówno ze strachu, jak i z powodu za małej ilości wdychanego tlenu.
Myśli mieszają mi się w głowie i obijają o czaszkę, gdy mój puls gwałtownie rośnie, i coraz bardziej kręci mi się w głowie.
- Krzyknij, a umrzesz - ostrzega mnie, a jego głęboki głos przenika moje kości. - Wydaj z siebie jakikolwiek dźwięk, a umrzesz. Wkurz mnie, a, kurwa, umrzesz.
Coś twardego wbija mi się w dolną część pleców. Wystarczy jedno spojrzenie w gablotę z flagą Stanów Zjednoczonych nad biurkiem dyrektor Gregory, bym wiedziała, że to broń.
To nie może się dziać. Nie teraz. Jeszcze nie. Muszę dotrzymać obietnic. Muszę dokończyć pewne sprawy.
Zaczynam się wyrywać, lecz tylko mocniej przyciska mnie do swojej szerokiej, twardej piersi. Ciągnie moje ramię i jedną ręką skuwa mi je za plecami, podczas gdy drugą cały czas mocno zaciska na moich ustach. Odsuwam od niego nadgarstek, lecz szybko ciągnie za drugie ramię i zakuwa moje wykręcone na plecy ręce w kajdanki.
Przysuwa usta do mojego ucha. Nigdy wcześniej nie słyszałam szeptu, który niósłby takie ostrzeżenie.
- Możesz wyjść stąd ze mną PO CICHU i bez żadnych incydentów albo możesz zacząć krzyczeć i wzywać pomocy. Tak czy inaczej, wyjdziesz ze mną z tej szkoły. Pierwszy sposób jest szybki i łatwy. Nikomu nie dzieje się krzywda. Drugi sprawi, że będę strzelał po drodze. Wielu ucierpi. Twój wybór, diablico. Rozumiesz? - pyta.
Kiedy nie odpowiadam, szarpie za kajdanki, odsuwając mnie od ściany.
- Rozumiesz?
Kiwam głową, zbyt przestraszona, by cokolwiek powiedzieć. Groźba tego faceta jest równie prawdziwa jak to, że niebo jest dzisiaj błękitne.
- Idziemy - mówi, ciągnąc mnie w stronę drzwi.
Kolana się pode mną uginają i czuję, że zaczynam się osuwać na ziemię. Mężczyzna nie zamierza na to pozwolić i nim uderzam o podłogę, szarpie mną do góry.
- Idź - nakazuje, popychając mnie przed sobą.
Ma mnie. Ma mnie w garści i nie mam innego wyboru, niż mu się podporządkować. Wykluczone, żebym pozwoliła mu skrzywdzić niewinnych ludzi, kiedy najwyraźniej przyszedł tutaj tylko po mnie. Drzwi się otwierają i nagle jego dłoń znika z moich ust. Łapczywie chwytam haust powietrza, dostarczając do płuc upragniony tlen.
Za drzwiami stoi dyrektor Gregory. Patrzy najpierw na moją pokrytą łzami twarz, a potem na krępujące mnie za plecami kajdanki.
- Panno Jackson, czy mam do kogoś zadzwonić? - pyta. - Może do ojca?
Mężczyzna ostrzegawczo zaciska dłoń na moim ramieniu.
- To nie będzie konieczne - odpowiada za mnie. - Jej ojciec już czeka na nas w komisariacie.
Dyrektor Gregory kiwa głową ze zrozumieniem, z łatwością wierząc w to kłamstwo. Rzuca mi współczujące spojrzenie, po czym prowadzi nas przez hall. Uczniowie rozstępują się przed nami niczym Morze Czerwone, by pozwolić nam przejść. Nie wiem, co według niej musiałam zrobić, by zasłużyć na aresztowanie, ale to ostatnie z moich zmartwień.
Wbijam wzrok w podłogę. Gdzieś za mną rozlegają się szepty i cichy śmiech. Wychodzimy przez szklane główne drzwi, a dyrektor Gregory idzie za nami do zaparkowanego przy krawężniku samochodu.
- Niech twój ojciec do mnie zadzwoni - mówi z takim smutkiem w głosie, że czuję, jakbym to ja powinna ją pocieszać.
Fałszywy glina wpycha mnie na siedzenie radiowozu i zatrzaskuje drzwi. Dalej milczę.
- Hej! Dokąd ją pan zabiera? Co się stało? Co się tutaj, do cholery, dzieje? - rozbrzmiewa czyjś krzyk.
Zamieram, rozpoznając głos Duke'a.
Nie, nie, nie, powtarzam w myślach.
Kątem oka patrzę przez zasłonę włosów. Dyrektor Gregory kładzie dłoń na piersi Duke'a, powstrzymując go, żeby nie podszedł bliżej, po czym kręci głową i kieruje go z powrotem do szkoły.
- Sarah! - woła Duke przez ramię. - Sarah!
Nie odzywam się, gdy samochód odjeżdża spod szkoły.
Z mojego życia.
Nie jest to prawdziwe życie, ale to wszystko, co mam.
MIAŁAM.
Nie tylko moje życie się skończyło.
Milczeniem mogłam uratować życie ludzi w szkole, ale jeśli nie dokończę pracy, zginą inni.
Pozostaje tylko pytanie: jak wielu?
ROZDZIAŁ 7
Frankie
UDAJĘ, ŻE PŁACZĘ, bucząc głośno, jęcząc i pociągając nosem, by brutal na przednim siedzeniu nie słyszał, co tak naprawdę robię - otwieram zamek kajdanek spinaczem, który zawsze trzymam wpięty w rękaw swetra.
Wiedziałam, że mój koniec się zbliża, lecz to nie znaczy, że się do niego nie przygotowywałam.
Mój porywacz nie wydaje się rozdrażniony hałasem, jaki robię. W ogóle nie reaguje. Po wysłaniu SMSa wbija wzrok w drogę, nie rzucając mi nawet jednego spojrzenia we wstecznym lusterku.
Kiedy już odblokowałam zamek, wydałam z siebie wyjątkowo głośny ryk, by zagłuszyć odgłos otwieranych kajdanek. Moje nadgarstki w końcu są wolne, ale nadal trzymam je za plecami. Radiowóz, którym mnie wiezie, ma kratę oddzielającą tylną część samochodu od przedniej. Nie ma tu żadnej klamki, gdyż, jak w większości policyjnych wozów, drzwi można otworzyć tylko z zewnątrz. Na szczęście to nowszy model i dostrzegam przy stopie wystającą spod dywanika dźwignię bezpieczeństwa. Zdejmuję z nogi but, manewruję stopą i odsuwam dywanik. Chwilę to trwa, szczególnie że nie mogę ruszyć przy tym żadną inną częścią ciała, ale w końcu udaje mi się wsunąć duży palec w pętlę dźwigni.
Większość ludzi, kierując się logiką, zdecydowałaby się uciec, gdy samochód zatrzymałby się na światłach czy znaku stopu. Ale ten mężczyzna jest ogromny. Ma długie i silne nogi i nie wątpię, że gdybym uciekła, złapałby mnie, nim zdołałabym pokonać ledwie kilka metrów.
Kiedy samochód jest w ruchu, to zupełnie inna rozgrywka. Mogę pchnąć drzwi i wyskoczyć. Jeśli nie uderzę głową o chodnik lub nie połamię sobie przy tym kości, mogę spróbować ucieczki, kiedy będzie zwalniał.
To najlepsza szansa, jaką mam.
To jedyna szansa, jaką mam.
Wjeżdżamy na autostradę. Siadam prosto i patrzę, jak podnosi się strzałka prędkościomierza. Sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Osiemdziesiąt. Sto.
Teraz albo nigdy.
Biorę głęboki oddech i stopą pociągam za dźwignię. Zamek klika, otwierając drzwi, a wtedy napieram na nie całym swoim ciężarem.
- Kurwa - klnie mężczyzna, kiedy wyskakuję. Żółte linie namalowane na drodze rozmazują się pode mną, gdy celuję w pas trawy rosnący wzdłuż autostrady.
To ostatnie, co pamiętam.