Up in Smoke - T.M. Frazier

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 9

Fran­kie

NAJ­PIERW DO­CIERA DO MNIE SMRÓD.

Śmier­dzi jak pra­nie, które zbyt długo po­zo­sta­wiono w pralce.

Bu­twie­niem. Ple­śnią. I czymś jesz­cze. Czymś, co aż szczy­pie mnie w nos. Być może uryną.

Z wy­sił­kiem sta­ram się otwo­rzyć oczy. Po kilku pró­bach uno­szę po­wieki.

Jest dzień. Wiem o tym, po­nie­waż kurz ni­czym cy­klon unosi się w pro­mie­niach świa­tła, które są­czy się zza sta­rej za­słony.

Gdzie ja, do dia­bła, je­stem?

Od­po­wiedź jed­nak nie nad­cho­dzi.

Wiem tylko, że je­stem sama w po­miesz­cze­niu, które wy­gląda na przy­drożny mo­tel. Stary te­le­wi­zor z pęk­nię­tym ekra­nem stoi na drew­nia­nej ko­mo­dzie, w któ­rej bra­kuje dwóch z czte­rech szu­flad. Okropna ta­peta w kwiaty jest bar­dziej po­darta niż cała. Ktoś na­wet po­su­nął się do tego, że ró­żo­wym mar­ke­rem po­ma­lo­wał dziury, jakby nie można było od­róż­nić ta­pety od śladu za­kre­śla­cza.

Ogromny ból roz­lewa się po mo­jej klatce pier­sio­wej tak gwał­tow­nie, że gdy pró­buję prze­wró­cić się na bok, ob­raz roz­mywa mi się przed oczami. Za­mie­ram i mocno za­ci­skam po­wieki, jakby to mo­gło zdu­sić ogień, który po­czu­łam w że­brach. Od­zywa się też każdy mię­sień w moim ciele, pro­te­stu­jąc prze­ciwko od­zy­ska­niu przy­tom­no­ści. Moja prawa ręka pul­suje bó­lem i mrowi. My­śli mam splą­tane, a serce gło­śno bije mi w gło­wie, jak­bym całą po­przed­nią noc chlała te­qu­ilę.

Ból staje się nieco lżej­szy. Kiedy mogę już po­now­nie od­dy­chać, pró­buję po­trzeć skro­nie, by zła­go­dzić pul­so­wa­nie w gło­wie, po­wstrzy­muje mnie jed­nak me­tal na nad­garstku. Od dłoni aż po ło­kieć roz­cho­dzi się ból, który wy­ci­ska mi łzy z oczu. Pod­no­szę wzrok. Mój swe­ter jest po­rwany na pa­sma, od­sła­nia wiel­kie, wście­kle fio­le­towe i żółte sińce, które zaj­mują więk­szość skóry na przed­ra­mie­niu. Mam nad­garstki przy­kute kaj­dan­kami do wez­gło­wia.

Nie­ru­cho­mieję, czu­jąc zimne kły stra­chu za­głę­bia­jące się w moim ciele. Za­ci­skam oczy i pró­buję do­strzec coś przez mgłę bólu i pa­niki.

Myśl, Fran­kie. Myśl. Co pa­mię­tasz?

Wspo­mnie­nie jest w za­sięgu, lecz po­zo­staje na skraju pa­mięci, nie wy­sta­wia­jąc na­wet palca poza gra­nicę przy­po­mnie­nia. War­czę z fru­stra­cji, lecz ruch spra­wia, że za­lewa mnie nowa fala bólu, gdy sprę­żyny wy­słu­żo­nego ma­te­raca ni­czym ostrza noży wbi­jają mi się w plecy.

Szczę­ka­nie me­talu o me­tal roz­brzmiewa mi w uszach, gdy bez­sku­tecz­nie pró­buję uwol­nić ręce z kaj­da­nek. Chcę prze­łknąć ślinę, ale moje usta są su­che. Prze­su­wam ję­zy­kiem i czuję na nim me­ta­liczny smak krwi.

Zza za­mknię­tych drzwi do­biega mnie zna­jomy głos.

Jest wście­kły i głę­boki.

- Nie przy­wiozę jej do cie­bie. Jesz­cze, kurwa, nie. Nie do­póki z nią nie skoń­czę. - Chwila mil­cze­nia. - Daj mi tro­chę czasu, a przy­wiozę ci albo dziew­czynę, albo jej ciało.

- Cho­lera - klnę, pró­bu­jąc usiąść. Za­po­mi­nam na mo­ment, że je­stem przy­kuta do łóżka. Ostry ból roz­rywa mi mię­śnie ni­czym ząb­ko­wany nóż. Kiedy uci­sza się na tyle, bym mo­gła znów od­dy­chać, biorę głę­boki od­dech. Z mgły za­czyna wy­ła­niać się ja­kieś wspo­mnie­nie. Błysk czer­wieni i nie­bie­skiego. Męż­czy­zna o czar­nych oczach i wło­sach. Ga­bi­net dy­rek­torki w szkole.

Czy to był sen? Nie. Kosz­mar.

Tyle że wcale nie śpię. Ból jest praw­dziwy. Kaj­danki są praw­dziwe.

Wszystko jest praw­dziwe.

Wszystko wraca do mnie w chwili, gdy do­strze­gam za­wie­szony na krze­śle mun­dur. Szkoła. Droga do ga­bi­netu dy­rek­torki. Po­li­cjant. Męż­czy­zna z warsz­tatu. Duke krzy­czący moje imię.

Skok z sa­mo­chodu na środku au­to­strady.

- Biz­nes to biz­nes, dupku - sły­szę jego wście­kły głos, a za oknem do­strze­gam prze­su­wa­jący się cień. - Oszczędź tę gadkę dla swo­ich lu­dzi - ce­dzi przez zęby. - Pra­cuję sam. Je­śli wy­ślesz ko­goś, by mnie spraw­dził, do­pil­nuję, żeby już nie wró­cił.

Koń­czy roz­mowę, a jego cięż­kie kroki za­trzy­mują się przed drzwiami.

Po­now­nie cią­gnę za kaj­danki, igno­ru­jąc ból, jaki wy­wo­łuje ten ruch. Roz­glą­dam się po po­koju, szu­ka­jąc dru­giego wyj­ścia, in­nej drogi ucieczki, ale na­wet gdy­bym dała radę się uwol­nić, nie mam do­kąd pójść. Jesz­cze raz ob­rzu­cam wzro­kiem cały po­kój, jakby wyj­ście miało na­gle się po­ja­wić, ale poza ła­zienką bez okna i okropną ta­petą nic tu­taj nie ma. Drzwi się otwie­rają, a cięż­kie kroki męż­czy­zny zbli­żają się do łóżka. Za­my­kam oczy i udaję, że śpię, cho­ciaż serce wali mi w piersi jak u bie­ga­cza ści­ga­ją­cego się w wy­ścigu, któ­rego i tak nie wy­gra. Sta­ram się nie re­ago­wać, gdy dużą dło­nią chwyta moje przed­ra­mię, ale czuję, jak sza­leje we mnie pa­nika. Roz­pina kaj­danki i po­zwala, by moje ręce opa­dły na łóżko. Po­tem sły­szę, jak cho­dzi po po­koju. Uchy­lam po­wiekę i roz­glą­dam się ukrad­kiem. Nie­zna­jomy kuca przy du­żej czar­nej tor­bie po mo­jej pra­wej.

Drzwi są po le­wej.

Nie ma czasu na za­sta­no­wie­nie.

Pró­buję się pod­nieść, lecz ma­te­rac skrzypi przy tym ru­chu. Męż­czy­zna gwał­tow­nie od­wraca głowę w moim kie­runku, na co za­my­kam oczy z na­dzieją, że po­my­śli, że tylko po­ru­szam się we śnie. Po kilku chwi­lach znów ośmie­lam się spoj­rzeć. Po­now­nie wi­dzę jego plecy.

Tym ra­zem po­woli nie zda eg­za­minu.

Nie my­ślę nad tym, bo to luk­sus, któ­rego te­raz nie mam.

Wy­ska­kuję z łóżka i rzu­cam się przez po­kój. Moje nogi aż krzy­czą z bólu. Mam wra­że­nie, że coś wrzyna się w nie od środka, roz­ry­wa­jąc moje mię­śnie ni­czym wy­szczer­biony nóż roz­ci­na­jący mi skórę. Bie­gnę tak szybko, jak tylko mogę, ale wiem, że to i tak zbyt wolno, bo ku­leję, a moje stopy są jak ko­twice, które mu­szę za sobą wlec.

Obcy na­gle pod­nosi mnie i z ła­two­ścią rzuca na łóżko, jak­bym była ga­zetą nie­dbale rzu­coną na we­randę w nie­dzielny po­ra­nek. Ude­rzam w ma­te­rac z taką siłą, że aż mnie z niego zrzuca i lą­duję na brzu­chu na brud­nym dy­wa­nie po dru­giej stro­nie łóżka. Po­wie­trze ucho­dzi mi z płuc, a po­li­czek pie­cze, jak­bym prze­cią­gnęła nim po be­to­nie, a nie po zwy­czaj­nej wy­kła­dzi­nie.

Po­ry­wacz pod­cho­dzi do mnie, gdy z tru­dem chwy­tam po­wie­trze. War­czy z wście­kło­ścią i czuję jego gniew. Sły­szę go, gdy strzela kłyk­ciami. Wi­dzę w spo­so­bie, w jaki prze­chyla głowę w jedną, a po­tem drugą stronę, a jego noz­drza się po­ru­szają. Czuję ten gniew w za­pa­chu, który ema­nuje z niego ni­czym naj­now­sze per­fumy Ca­lvina Kle­ina. Za­pach Nie­na­wiść, dla męż­czyzn.

Ubrany jest w to samo, co miał na so­bie, gdy zo­ba­czy­łam go przy warsz­ta­cie. Czarna ob­ci­sła ko­szulka ujaw­nia­jąca prze­pla­ta­jące się ko­lo­rowe ta­tu­aże, które wiją się na jego rę­kach. Czarna skó­rzana ka­mi­ze­lka. Ni­sko wi­szące je­ansy. Czarne, lekko zdarte buty. Każdy jego nad­gar­stek zdo­bią dwie grube, srebrne bran­so­lety, a każdą parę łą­czy łań­cu­szek.

Pod­cho­dzi bli­żej. To nie bran­so­lety.

To kaj­danki.

Para na każ­dej ręce.

Na jego opa­lo­nej twa­rzy po­ja­wiają się od­raza i nie­na­wiść, wy­krzy­wia­jąc jego pełne usta.

Jak mo­głam kie­dy­kol­wiek my­śleć, że ten fa­cet jest piękny?

- Pro­szę, nie krzywdź mnie. Dam ci, co­kol­wiek ze­chcesz - bła­gam, nie­na­wi­dząc tego, że nie po­znaję wła­snego głosu.

- Ow­szem, dasz - mówi, ku­ca­jąc nade mną i przy­su­wa­jąc usta do mo­jej twa­rzy. Nie do­tyka mnie, ale czuję go wszę­dzie. Do­okoła mnie. Przy skó­rze i w ot­chłani, jaka za­czyna two­rzyć się w moim brzu­chu. W przy­pły­wie ad­re­na­liny, która za­lewa moje serce. - Gdzie, do kurwy, jest twój pier­do­lony sta­ruch?

Mój sta­ruch. Mój oj­ciec.

Moje płuca się roz­luź­niają i chwy­tam haust po­wie­trza, da­jąc my­ślom nowe ży­cie.

Chce mo­jego ojca, nie mnie. Nie zna prawdy.

Czuję lekką ulgę, bo to zna­czy, że moja praca jest bez­pieczna, cho­ciaż ja sama nie. Przy­naj­mniej nie te­raz.

- Od­po­wiedz mi!

- Ja... ja nie wiem - kła­mię, od­dy­cha­jąc z wy­sił­kiem. Od­wra­cam głowę do pod­łogi, a za­słona wło­sów, za któ­rymi za­zwy­czaj się ukry­wam, opada mię­dzy nami. Ale on nie jest dzie­cia­kiem w szkole. Włosy mnie te­raz nie ochro­nią.

- Gówno prawda - war­czy, chwyta mnie za ko­smyki i okręca je so­bie na ręce, tak że nie mam wy­boru i mu­szę na niego spoj­rzeć.

Skóra mo­jej głowy pło­nie.

- Spró­bujmy jesz­cze raz - mówi. Prze­wraca mnie na plecy i unie­ru­cha­mia, sia­da­jąc na mnie okra­kiem. Pod­nosi mi ręce nad głowę i przy­trzy­muje za nad­garstki. - Gdzie jest twój... - Na­gle milk­nie. Po­chyla się ni­żej. Po­now­nie ściąga brwi, tym ra­zem w zdu­mie­niu. Nie ru­sza się. Nie od­dy­cha.

Ro­bię to samo z obawy, że naj­mniej­sze mru­gnię­cie okiem wy­zwoli w nim ten gniew i wpro­wa­dzi nas na ścieżkę, z któ­rej nie bę­dzie już ucieczki.

Mi­jają eony, nim się z tego otrząsa, co­kol­wiek prze­szedł. Prze­wraca mnie na plecy, mocno za­ci­ska palce na mo­ich wło­sach i za­czyna na­wi­jać je so­bie na rękę, aż w pew­nej chwili sły­szę, jak za­czy­nają wy­ry­wać się z mo­jej pło­ną­cej z bólu skóry.

- Prawda. Te­raz - żąda.

Od ci­śnie­nia ro­sną­cego mi w gło­wie le­d­wie mogę my­śleć. Je­stem zdana na ła­skę tego czło­wieka. O ile w ogóle mi ja­ką­kol­wiek okaże.

- Od lat nie roz­ma­wia­łam z oj­cem - mó­wię w końcu. Do oczu na­pły­wają mi łzy.

Szar­pie mnie za włosy tak mocno, że nie mam wy­boru i mu­szę na niego spoj­rzeć. Łzy spły­wają mi po po­licz­kach i zni­kają w uszach i wło­sach.

Po­now­nie przy­gląda się mo­jej twa­rzy, już jed­nak nie oszo­ło­miony, lecz jak ludzki wy­kry­wacz kłamstw pod­czas ska­no­wa­nia. Pod­nosi wolną dłoń do mo­jej twa­rzy. Pró­buję się od­su­nąć, lecz tylko wy­wo­łuję na­pływ jesz­cze więk­szego bólu na gło­wie. Wtedy za­ska­kuje mnie, de­li­kat­nie do­ty­ka­jąc pal­cami mo­ich ust i po­woli prze­su­wa­jąc nimi naj­pierw po gór­nej, a po­tem po dol­nej war­dze. Żo­łą­dek za­ci­ska mi się w wę­zeł, a ciało prze­szywa dreszcz stra­chu.

- Cho­lerna szkoda, że nie mogę cię za­trzy­mać. By­ła­byś ład­niu­sim zwie­rząt­kiem. - Jego mroczne słowa są na­zna­czone jesz­cze mrocz­niej­szym zna­cze­niem. - Po­wiedz mi, dia­blico - mówi - dla­czego nie za­py­ta­łaś mnie, czemu cię po­rwa­łem? Albo dla­czego tu­taj je­steś?

- Ja... ja... - za­czy­nam się ją­kać.

Cho­lera.

- My­ślę, że wiesz dla­czego.

Pusz­cza moje włosy, a ja opa­dam bez­wład­nie na pod­łogę u jego stóp. Moją głowę ogar­nia fala ulgi i bólu.

- Nie wiem, o czym ty...

- Nie zgry­waj głu­piej. To gówno nie działa. Nie na mnie. Twój stary okradł nie­wła­ści­wych lu­dzi. - Z boku szyi ma do­pra­co­wany ta­tuaż kie­szon­ko­wego ze­garka, pod któ­rego wska­zówką pul­suje gruba żyła. - Lu­dzi, któ­rzy nie są tak cier­pliwi jak ja.

- Mó­wię prawdę. Nie roz­ma­wia­łam z nim od lat - upie­ram się.

- Py­ta­nie brzmi: gdzie on jest, a nie czy ostat­nio uci­na­li­ście so­bie po­ga­wędki! - Po­chyla się nade mną tak ni­sko, że nie­mal do­tyka no­sem mo­jej twa­rzy. Jego noz­drza drgają. Za­czyna tra­cić cier­pli­wość, a ja sa­mo­kon­trolę.

- Nie mam żad­nych pie­nię­dzy - mó­wię. - Aale mogę je zdo­być. Po­trze­buję tylko lap­topa, a wtedy mogę...

- Na­wet gdy­bym ci wie­rzył, to się, kurwa, nie sta­nie. Pie­nią­dze to nie wszystko, co ukradł twój stary. - Wstaje i gó­ruje nade mną ni­czym bóg: pa­trzy z góry, za­glą­da­jąc do pie­kła.

Jest ży­wym do­wo­dem na to, że wy­gląd nie za­wsze pa­suje do tego, co kryje się we­wnątrz. Jego atrak­cyj­ność zo­stała zmar­no­wana. Jest jak pa­ro­dia. Sza­leń­stwo. Nie bar­dziej efek­tywna niż za­kre­ślacz wy­peł­nia­jący dziury w ta­pe­cie.

- Je­śli nie po­wiesz mi, gdzie on jest, to bę­dziemy mu­sieli go skło­nić, by do nas przy­szedł. A wiesz, jak to zro­bimy?

- To bez zna­cze­nia. Nie przyj­dzie po mnie. - To była prawda. Czuję się nieco sil­niej­sza, ma­jąc świa­do­mość, że to ja roz­daję karty, po­mimo że są na nich tylko fi­gury, a wła­ści­wie jedna fi­gura: śmierć. Biorę głę­boki od­dech. Je­den, po­tem drugi. Każdy bo­le­sny wdech do­daje mi siły. De­ter­mi­na­cji. Woli do walki.

- Je­steś strasz­nie sprytna jak na tak głu­pią dziew­czynę - mówi, krę­cąc głową.

- Nie je­stem głu­pia - od­po­wia­dam przez za­ci­śnięte zęby. - Oj­ciec kie­dyś mi mó­wił, że je­stem głu­pia. On rów­nież się my­lił.

- Och tak? Wy­sko­czy­łaś z ja­dą­cego sa­mo­chodu - wy­po­mina mi. Jego głos jest tak głę­boki, że aż dudni, ni­czym sil­nik jego mo­to­cy­kla. Nie tylko sły­szę jego słowa, ale i czuję je na swo­jej skó­rze.

- To była od­waga - spie­ram się.

Pa­trzy na mnie z za­in­te­re­so­wa­niem, ale nic nie mówi.

- Je­śli za­mie­rzasz mnie za­bić, zrób to - rzu­cam mu wy­zwa­nie.

Jego śmiech jest ci­chy i zło­wiesz­czy.

- Nie ro­bisz zbyt wiele, by mi udo­wod­nić, że nie je­steś głu­pia, dia­blico.

Pa­trzę mu w oczy.

- Śmierć na mo­ich wa­run­kach? Mnie wy­daje się to ra­czej mą­dre. - Wzru­szam ra­mio­nami. - Nie mogę dać ci tego, czego chcesz, więc i tak już je­stem mar­twa, prawda?

- I wła­śnie tu­taj się my­lisz.

Po­now­nie przy mnie kuca. Wy­ciąga rękę, by chwy­cić mnie za twarz, lecz kiedy ro­bię unik, ła­pie mnie za brodę i siłą od­wraca do sie­bie, a jego palce bru­tal­nie wbi­jają się w moją skórę.

Jego od­dech owiewa mi usta.

- Nic nie bę­dzie się działo na two­ich wa­run­kach. NIC.

Nie wie, że nic w moim ży­ciu ni­gdy nie od­by­wało się na mo­ich wa­run­kach.

Może to i pierw­szy raz, kiedy zo­sta­łam po­rwana. Ale więź­niem by­łam od lat.

ROZ­DZIAŁ 10

Fran­kie

- CHCESZ WIE­DZIEĆ, co się z tobą sta­nie, je­śli nie po­wiesz mi, gdzie jest twój oj­ciec? - pyta męż­czy­zna, przy­glą­da­jąc mi się hardo zim­nym spoj­rze­niem.

Kręcę głową. Czy to ma ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie?

I tak mi to mówi.

- Za­mie­rzam zro­bić o wiele wię­cej, niż tylko cię za­bić. - Pod­nosi moją dłoń i cią­gnie za pa­lec wska­zu­jący tak bar­dzo, że aż strzela mi kły­kieć. - Za­cznę od wy­ry­wa­nia ci pa­znokci.

Pró­buję wy­szarp­nąć rękę, ale przy­trzy­muje ją moc­niej i na­ci­ska na kciuk z taką siłą, że le­d­wie od­dy­cham przez pa­lący ból. Pusz­cza mnie, aja na­tych­miast kryję bo­lący pa­lec w dłoni.

- Po­tem obe­tnę ci palce, je­den po dru­gim. - Chwyta mnie za nad­gar­stek. - A po­tem dło­nie.

Prze­suwa pal­cami po moim przed­ra­mie­niu i za­trzy­muje rękę pod łok­ciem, bo­le­śnie na­ci­ska­jąc na staw. Otwie­ram usta w nie­mym krzyku.

- To nie­zwy­kłe, że można za­cho­wać przy­tom­ność i czuj­ność, ma­jąc od­rą­by­wane ręce i nogi. Wi­dzia­łem lu­dzi, któ­rzy przy­glą­dali się, jak jedną po dru­giej od­cina im się koń­czyny, do­póki wię­cej frag­men­tów ich ciał wa­lało się po po­koju, niż na­dal mieli przy swoim ciele. Or­ga­nizm czło­wieka po­trafi znieść na­prawdę wiele, za­nim się podda. Ale nie będę za­nu­dzał cię szcze­gó­łami. Wkrótce sama się prze­ko­nasz.

Za­ci­ska palce na naj­groź­niej wy­glą­da­ją­cym fio­le­to­wym sińcu na moim ra­mie­niu. Sy­czę z bólu i pa­trzę na niego z nie­na­wi­ścią.

- Po­czu­jesz, kurwa, wszystko. Każde zła­ma­nie ko­ści. Każdy ze­rwany mię­sień. Każde pęk­nię­cie żyły. - Jesz­cze raz na­ci­ska na si­niec i mnie pusz­cza.

Po­cie­ram bo­lące ra­mię, a on stoi nade mną i się we mnie wpa­truje. Ob­ser­wuje każdą moją re­ak­cję, jakby mnie ba­dał. Prze­nosi spoj­rze­nie z miej­sca, które po­cie­ram dło­nią, na moją twarz, a po­tem znów pa­trzy na moją rękę. Wy­gląda, jakby nad czymś roz­my­ślał, co­kol­wiek to jed­nak jest, nie chcę tego wie­dzieć.

Przez długą chwilę po pro­stu od­dy­chamy tym sa­mym po­wie­trzem, przy­glą­da­jąc się so­bie z nie­na­wi­ścią. Czeka, aż się za­ła­mię i po­wiem mu, gdzie jest mój oj­ciec, ale nie mogę tego zro­bić, na­wet gdy­bym chciała.

Prze­kli­nam ojca w my­ślach.

- Słu­chaj. Pro­szę. Frank nie był zbyt do­brym oj­cem, a póź­niej do­wie­dzia­łam się, że nie był też do­brym czło­wie­kiem. Szcze­rze, gdy­bym tylko mo­gła, wy­da­ła­bym ci go. Za­słu­guje na wszystko, co­kol­wiek go czeka, ale nie mogę tego zro­bić. To nie­moż­liwe.

Męż­czy­zna nic nie mówi, tylko wpa­truje się we mnie przez ko­lejną długą chwilę.

- Wsta­waj - na­ka­zuje mi w końcu.

Ogar­nia mnie strach. Sły­szę, jak krąży w mo­ich ży­łach. Jest gło­śniej­szy od bi­cia mo­jego serca, które wali tak mocno, jakby ktoś nad­garst­kiem w zmien­nym tem­pie ude­rzał w duży bę­ben. Za­mie­ram w bez­ru­chu.

- Wstań i zdej­mij to pie­przone ubra­nie.

Żo­łą­dek wy­wraca mi się do góry no­gami. Otwie­ram sze­roko oczy. Mój puls przy­spie­sza, a palce za­czy­nają się trząść.

- Pro­szę - bła­gam go. - Nie. Nie rób tego. Prze­pra­szam.

- Wsta­waj - po­wta­rza, tym ra­zem przez za­ci­śnięte zęby.

Pod­nosi mnie z pod­łogi. Du­żymi, szorst­kimi dłońmi trzyma mnie za ra­miona. Za­czy­nam go ko­pać, ale z ła­two­ścią mnie po­ko­nuje, od­wraca mnie i przy­ci­ska moje plecy do swo­jej piersi.

Cała drżę, kiedy wsuwa dłoń w dziurę w moim swe­trze i mocno szar­pie.

- Nie! - krzy­czę, kiedy zrywa ze mnie resztki szkol­nego uni­formu, a dźwięk dar­tego ma­te­riału grze­bie resztki mo­jej na­dziei. Szyb­ciej po­zwolę mu od­ciąć mi koń­czyny, niż wziąć mnie siłą. Pła­czę, po raz pierw­szy w ca­łym moim ży­ciu.

Wtedy męż­czy­zna chwyta za moją spód­niczkę. Wy­star­czy kilka jego po­cią­gnięć, by i ona była w strzę­pach. Stoję te­raz przed nim w sa­mych fi­gach i spor­to­wym sta­niku.

Je­stem prze­ra­żona, ale opie­ram się po­trze­bie, by za­kryć się rę­kami. Po­wta­rzam so­bie, że je­śli do cze­goś doj­dzie, będę wal­czyć z nim z ca­łych sił, ale je­śli to nie po­może - co, zwa­żyw­szy na róż­nicę w na­szym wzro­ście i wa­dze, jest bar­dzo praw­do­po­do­bne - spró­buję my­śleć o lep­szym miej­scu i szczę­śliw­szych cza­sach. Szybko jed­nak zdaję so­bie sprawę, że to rów­nież nie za­działa. Nie mia­łam szczę­śliw­szych cza­sów od... cóż, ni­gdy.

Prze­suwa pal­cami po sze­ro­kim pa­sku mo­jego sta­nika. Gwał­tow­nie wcią­gam po­wie­trze do płuc, a ra­miona po­kry­wają mi się gę­sią skórką. Męż­czy­zna śmieje się ci­cho, ob­cho­dząc mnie do­okoła.

- Tak jak po­wie­dzia­łem - szep­cze. - Tak sprytna, a tak głu­pia.

- Co... co ze mną zro­bisz? - udaje mi się wy­krztu­sić. Żar jego torsu ogrzewa moje plecy, gdy po­now­nie za mną staje. - Będę z tobą wal­czyć. Nie po­zwolę ci. Pro­szę, nie rób tego...

- Mam nie ro­bić czego? - pyta, po czym staje przede mną i za­kłada ra­miona na mu­sku­lar­nej piersi. Pa­trzy na mnie z góry, jakby sama moja obec­ność była dla niego ob­razą.

- Pro­szę. Tylko... nie rób tego. - Nie po­tra­fię zna­leźć wła­ści­wych słów, ale mam na­dzieję, że tyle wy­star­czy. Za­my­kam oczy i opusz­czam głowę. Na­gle pcha mnie do tyłu. Lą­duję bez­ład­nie na drew­nia­nym krze­śle o no­gach rów­nie roz­chwia­nych, co moje. Moja kość ogo­nowa aż krzy­czy z bólu, lecz to nic w po­rów­na­niu z cier­pie­niem z po­wodu tego, że nie mogę nic zro­bić, by się obro­nić. - Po­tnij mnie albo na­wet za­bij, je­śli mu­sisz, ale nie rób... tego. Pro­szę.

Przy­gląda mi się ni­czym pa­jąk oce­nia­jący mu­chę, która wpa­dła w jego sieć. Pa­nika wzbiera we mnie i za­tyka mi gar­dło. Sta­ram się, ale nie mogę jej prze­łknąć. Je­stem przy­go­to­wana na wiele, ale nie na to. Nikt nie może być na to go­towy.

Pod­cho­dzi do mnie bli­żej, a jego ko­lana ude­rzają o moje. Otwie­ram usta do krzyku, ale szybko za­tyka mi je dło­nią.

- Niech bę­dzie po two­jemu, dia­blico.

Na­gle czuję przy­ci­śniętą do czoła broń.

***

Ogar­nia mnie pustka. Nie re­je­struję nic prócz bieli, a po chwili także sto­ją­cego nade mną męż­czy­zny, przy­ci­ska­ją­cego mi pi­sto­let do czoła. Ob­raz się po­ru­sza i roz­ma­zuje mi przed oczami.

- Nie będę mo­gła na­gle szyb­ciej do­star­czyć ci ojca tylko dla­tego, że przy­sta­wiasz mi do głowy broń - mówi sil­niej­sza wer­sja mnie.

Moje serce drży ze stra­chu, lecz du­sza pra­gnie wal­czyć ni­czym gla­dia­tor o sa­mo­bój­czych za­pę­dach. Chcę żyć, bo mu­szę żyć. Kilka lat spę­dzi­łam, wal­cząc o ży­cie in­nych. Je­śli ja umrę, to oni rów­nież.

Za­my­kam oczy, szy­ku­jąc się na ko­niec. W mil­cze­niu prze­pra­szam wszyst­kich, któ­rych ni­gdy nie po­zna­łam i któ­rzy na­wet nie wie­dzą, że na mnie po­le­gają.

Tak bar­dzo prze­pra­szam, za­wio­dłam was.

Za­sta­na­wiam się, ja­kie to bę­dzie uczu­cie - je­żeli w ogóle coś po­czuję - kiedy kula sprawi, że mój mózg roz­pry­śnie się na ścia­nie za mo­imi ple­cami.

- Mam na­dzieję, że na­ro­bię cho­ler­nego ba­ła­ganu, a ty sam bę­dziesz mu­siał go po­sprzą­tać - mó­wię, wra­ca­jąc do wła­snego ciała i pa­trząc w jego ciemne, pełne gniewu oczy. Ką­ciki jego oczu marsz­czą się lekko, jakby w uśmie­chu, który nie sięga ust.

Serce bije mi mocno w piersi, kiedy na­gle dzwoni jego ko­mórka. Nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzroku, od­biera i prze­łą­cza roz­mowę na gło­śnik.

- Smoke - mówi męż­czy­zna po dru­giej stro­nie li­nii.

- Griff - od­po­wiada szorstko Smoke.

Smoke. Mój po­ry­wacz na­zywa się Smoke. A Griff? Gdzie ja wcze­śniej sły­sza­łam to imię?

- Suka już mówi?

- Jesz­cze nie - od­po­wiada Smoke, od­bez­pie­cza­jąc broń. Wci­ska lufę głę­biej w moją skórę, a ja tak da­leko, jak tylko mogę, wci­skam głowę w opar­cie krze­sła. - Pra­cuję nad tym.

Nie­wy­star­cza­jąco da­leko.

- Wy­ślij zdję­cia - żąda Griff, brzmiąc, jakby miał za­tkany nos.

Smoke pod­nosi te­le­fon i robi kilka zdjęć z bro­nią przy mo­jej gło­wie. Na­stęp­nie stuka parę razy w ekran.

- Wy­słane.

- Do­pil­nuję, żeby do­stał je każdy, kto kie­dy­kol­wiek miał ja­kiś kon­takt z Fran­kiem Hel­bur­nem. Prę­dzej czy póź­niej fa­cet je otrzyma, a co waż­niej­sze, do­trze do niego wia­do­mość: po­każ się albo suka umrze - mówi Griff z za­do­wo­le­niem.

Może być z sie­bie za­do­wo­lony ile wle­zie. To i tak nie za­działa.

- Do­sta­łeś zdję­cie. Wy­wab skur­wiela z ukry­cia - mówi Smoke.

- Po­cze­kamy ty­dzień. Je­śli to nie za­działa, zrzu­cimy ją ze Sky­way Bridge i wy­my­ślimy ja­kiś inny plan - stwier­dza Griff. - Albo jesz­cze le­piej: prze­trzy­maj ją przez ty­dzień. Weź, co ci się na­leży, w ja­kiej­kol­wiek for­mie ze­chcesz, a po­tem przy­ślij ją do mnie.

- Sam mogę wszystko za­koń­czyć.

- Je­steś mi to wi­nien, Smoke. Je­śli fa­cet się po­każe, jest twój. Je­śli się nie po­każe, masz ty­dzień. Po­tem dziew­czyna jest moja.

Smoke po­mru­kuje na zgodę i się roz­łą­cza. Od­suwa broń od mo­jej głowy, po czym rzuca te­le­fo­nem w ścianę. Po­wstaje w niej dziura wiel­ko­ści pizzy.

Wy­pusz­czam z płuc naj­dłu­żej wstrzy­my­wany od­dech świata i opusz­czam głowę. Cała drżę ze stra­chu i od nad­miaru ad­re­na­liny.

Na­dal pró­buję zła­pać od­dech, gdy coś mięk­kiego lą­duje mi na gło­wie. Ko­lejna rzecz upada przy mo­ich bo­sych sto­pach. Ze zdu­mie­niem roz­po­znaję czarną ko­szulkę i parę je­an­sów.

- Za­łóż to - na­ka­zuje Smoke, wrzu­ca­jąc po­zo­stałe rze­czy do swo­jej torby.

Kiedy nie ru­szam się na­tych­miast, po­woli prze­suwa spoj­rze­niem po moim ciele. Przez se­kundę mam wra­że­nie, że do­strze­gam w jego oczach żar, i cała tę­żeję na wspo­mnie­nie nie­daw­nego stra­chu.

- Masz dwie se­kundy, by to na sie­bie wło­żyć, albo za­biorę ubra­nia i spę­dzisz ko­lejny ty­dzień naga.

Tak szybko, jak tylko mogę, na­cią­gam na nogi spodnie i wkła­dam ko­szulkę przez głowę. Ma­te­riał obu jest miękki i ela­styczny, lecz na mo­ich siń­cach i za­dra­pa­niach i tak wy­daje się szorstki ni­czym pa­pier ścierny. Mimo to czuję ulgę, że znów coś na so­bie mam.

Ty­dzień.

Ot tak, mój wy­rok śmierci zo­stał tym­cza­sowo od­su­nięty. Mam sie­dem dni, by wy­my­ślić ja­kiś plan. By uciec.

Zro­bię to albo dzięki ła­pówce, albo do­my­śla­jąc się, do któ­rego boga mam się mo­dlić. Na szczę­ście wciąż mam w za­na­drzu kilka sztu­czek i je­śli będę mu­siała, wy­ko­rzy­stam je wszyst­kie.

Je­stem już w pełni ubrana, lecz nie wiem, co ro­bić da­lej. Smoke pod­cho­dzi do mnie i po­py­cha mnie z po­wro­tem na krze­sło, po czym cią­gnie za moje ra­mię i przy­kuwa mnie do jed­nej z nóg.

- Wi­dzę ten wy­raz w two­ich oczach - mówi. - Naj­le­piej bę­dzie, jak od razu z tym skoń­czysz.

- Niby jaki wy­raz? - py­tam.

- Na­dzieję. Nie przy­nie­sie ci ni­czego do­brego. Nie ze mną. Naj­le­piej bę­dzie, je­śli bę­dziesz się trzy­mała stra­chu. Na­dzieja może spra­wiać wra­że­nie po­czątku, ale na końcu do­szczęt­nie cię znisz­czy. - Mu­ska ustami moje ucho. - Uwierz mi.

ROZ­DZIAŁ 11

Fran­kie

CZUJĘ SILNY ODÓR oleju mo­to­cy­klo­wego i pa­liwa i wraca mi świa­do­mość.

Je­stem otu­ma­niona. Mam w ustach kwa­śny po­smak, a ich wnę­trze jest tak su­che, jak­bym żuła watę. Na pewno mnie odu­rzył, choć nie mam po­ję­cia czym. Naj­gor­sze jest to, że pewna część mnie - ta, która na­dal skręca się z bólu - jest mu za to wdzięczna, pod­czas gdy inna, ta po­rwana i za­gro­żona, na­dal czuje wście­kłość i prze­ra­że­nie.

Leżę na tyl­nym sie­dze­niu. Tym ra­zem nie bę­dzie żad­nej ucieczki. Żad­nego wy­ska­ki­wa­nia na au­to­stra­dzie. Już się o to za­trosz­czył.

Mam oczy za­sło­nięte opa­ską. Zwią­zane nad­garstki i kostki. Gruba ta­śma za­kleja mi usta. Przy­trzy­mują mnie dwa pasy bez­pie­czeń­stwa.

Nie wiem, jaki dziś dzień ani jak dużo czasu mi­nęło, od­kąd Smoke po­rwał mnie ze szkoły. To nie ma zna­cze­nia. Li­czy się tylko ucieczka.

Chwilę trwa, nim mój mózg cał­ko­wi­cie przy­tom­nieje.

Nie będę pa­ni­ko­wać. To pierw­sza re­guła.

Biorę głę­boki od­dech i sta­ram się przy­po­mnieć so­bie resztę za­sad.

Wszyst­kie po­cho­dzą z książki dok­tor Idy Kur­sh­ner. To na wpół au­to­bio­gra­fia, na wpół po­rad­nik. W książce ze szcze­gó­łami opi­sano po­rwa­nie i na­stę­pu­jącą po nim ucieczkę, które au­torka prze­żyła jako młoda ko­bieta. Hy­drau­lik, który pew­nego dnia przy­szedł do jej domu coś na­pra­wić, na­gle po­sta­no­wił, że wy­cho­dząc, za­bie­rze ją ze sobą. Na końcu książki umie­ściła li­stę po­rad, co ro­bić, gdyby któ­ry­kol­wiek z jej czy­tel­ni­ków był kie­dy­kol­wiek prze­trzy­my­wany wbrew swo­jej woli.

Przy­po­mi­nam so­bie li­stę dok­tor Idy.

1. Unik­nij po­rwa­nia, gło­śno krzy­cząc i wal­cząc.

Ten sta­tek już od­pły­nął, pa­niu­siu.

2. Za­cho­waj opa­no­wa­nie i god­ność. Nie bła­gaj ani nie za­cho­wuj się hi­ste­rycz­nie. Je­śli to moż­liwe, nie płacz. Uśmie­chaj się i kom­ple­men­tuj, nie stwa­rza­jąc wra­że­nia ma­ni­pu­la­cji.

Wy­daje mi się, że sza­nowna pani dok­tor była rów­nież au­torką po­rad­ni­ków dla go­spo­dyń do­mo­wych z lat pięć­dzie­sią­tych. Za­kręć loki i po­ma­luj usta szminką, za­nim mąż wróci do domu. Nie martw go, mó­wiąc, jak krnąbrne były dzieci w ciągu dnia. Czę­sto się uśmie­chaj i upew­nij się, że jego obiad jest go­rący i go­towy do po­da­nia. Je­śli mąż uzna, że świet­nie so­bie ra­dzisz, może do­sta­niesz ten nowy od­ku­rzacz, który wpadł ci w oko.

Nie.

3. Nie rzu­caj po­ry­wa­czowi wy­zwa­nia. Okaż mu sza­cu­nek.

Po moim pie­przo­nym tru­pie, dok­tor Ido.

4. Nie an­ga­żuj go w roz­mowę, która mo­głaby go zde­ner­wo­wać.

Hej, pa­nie po­ry­wa­czu! Jak tam ro­dzinka? Oglą­da­li­ście mecz w nie­dzielę? Ale okropna dziś po­goda! A może mnie pan pu­ści, a w przy­szłym ty­go­dniu spo­tka­li­by­śmy się na par­tyjkę ja­kiejś gry? Brzmi nie­źle? W po­rządku, do zo­ba­cze­nia na miej­scu!

5. Po­ro­zu­miej się z po­ry­wa­czem na po­zio­mie oso­bi­stym. Po­dziel się pry­wat­nymi opo­wie­ściami. Spraw, by po­czuł, że coś was ze sobą łą­czy. A jesz­cze le­piej, by przez ten fakt za­częło mu na to­bie za­le­żeć.

Hej, lubi pan za­bi­jać i po­ry­wać? O mój Boże, ja też!

6. Uwiedź po­ry­wa­cza.

To wła­śnie dzięki ostat­niemu punk­towi dok­tor Ida w końcu ucie­kła. Prze­ko­nała swo­jego po­ry­wa­cza, że pra­gnie go rów­nie mocno jak on jej. Uwio­dła go i za­an­ga­żo­wali się w zwią­zek, który le­karka na­zy­wała "kon­sen­su­alno nie­kon­sen­su­al­nym związ­kiem ero­tycz­nym". W ciągu kilku mie­sięcy za­skar­biła so­bie za­ufa­nie po­ry­wa­cza na tyle, że oka­zjo­nal­nie po­zwa­lał jej wyjść sa­mej na po­dwó­rze za do­mem, gdzie w końcu po­ko­nała ogro­dze­nie i po­bie­gła do są­sied­niego domu po po­moc. Pro­blem w tym, że pod­czas gdy dok­tor Ida miała do czy­nie­nia z męż­czy­zną, który prze­ży­wał za­ła­ma­nie psy­chiczne, mój po­ry­wacz był stu­pro­cen­to­wym psy­cho­patą.

Będę mu­siała im­pro­wi­zo­wać z tą li­stą, ale ją wy­pró­buję. Mu­szę spró­bo­wać. Zro­bię wszystko, by wy­na­gro­dzić grze­chy mo­jego ojca. Będę się mo­dlić do każ­dego boga. Sto­czę się na samo dno, ale ukoń­czę swoją pracę, na­wet je­śli mia­ła­bym to zro­bić z lufą przy skroni i skoń­czyć z kulką w gło­wie.

Tak czy ina­czej, będę wolna.

ROZ­DZIAŁ 12

Fran­kie

TO CHO­LER­NIE WY­CZER­PU­JĄCE MY­ŚLEĆ, że zgi­niesz w na­stęp­nej mi­nu­cie, a po­tem żyć ko­lejną. Kiedy sły­szę, że drzwi się otwie­rają, je­stem emo­cjo­nal­nie i psy­chicz­nie wy­czer­pana. Zo­staję wy­cią­gnięta z sa­mo­chodu, a opa­ska na­gle znika z mo­ich oczu. Ja­sne świa­tło spra­wia, że wi­dzę wszystko oto­czone po­światą. Kiedy już mogę sku­pić wzrok, do­strze­gam, że sa­mo­chód, któ­rym je­cha­li­śmy, to nie­ozna­ko­wany czarny van. Nie taki w ty­pie mamy ma­łych pił­ka­rzy, ale ra­czej prze­my­słowy, uży­wany przez hy­drau­li­ków i elek­try­ków. Zo­staję po­sta­wiona na nogi, lecz te drżą pode mną, a moje stopy są na­dal zwią­zane w kost­kach. Chwieję się, lecz nie prze­wra­cam, pod­trzy­my­wana du­żymi dłońmi mo­jego po­ry­wa­cza.

Smoke jedną ręką trzyma mnie za ra­mię i po­chyla się, by drugą prze­ciąć moje więzy.

- Je­steś taki bru­talny dla każ­dego, kogo po­ry­wasz? - py­tam. Za­raz jed­nak przy­po­mina mi się, że we­dług dok­tor Idy to nie­zbyt mą­dre go ob­ra­żać. Dok­tor Ida w mo­jej wy­ob­raźni bije mnie po rę­kach li­nijką.

- Wy­bacz, wy­sze­dłem z wprawy, je­śli cho­dzi o kon­takt z ży­wymi. Więk­szość lu­dzi, któ­rych spo­ty­kam, po kilku se­kun­dach prze­staje od­dy­chać. Na­stęp­nym ra­zem po­sta­ram się być de­li­kat­niej­szy - mówi.

Jest sar­ka­styczny, lecz prawda w jego sło­wach ude­rza mnie pro­sto w twarz. Za­zwy­czaj nie po­rywa lu­dzi. On ich za­bija.

A za­bi­ja­nie nie ofe­ruje opieki w cza­sie re­kon­wa­le­scen­cji.

Je­ste­śmy na sa­mym środku pola, przed bu­dyn­kiem w kształ­cie pod­kowy, który ze swo­imi po­wy­bi­ja­nymi oknami wy­gląda jak ja­kaś opusz­czona szkoła. Więk­szość ob­dra­pa­nej ele­wa­cji po­krywa bluszcz, ziel­sko i graf­fiti. W znisz­czo­nym me­ta­lo­wym ogro­dze­niu bra­kuje wielu frag­men­tów, które pew­nie leżą na ziemi, za­ro­śnięte trawą i chwa­stami. Wzdłuż tych jego czę­ści, które jesz­cze stoją, po­cią­gnięty jest ja­kiś dziwny drut. Drut kol­cza­sty. To wcale nie jest szkoła.

To wię­zie­nie.

A przy­naj­mniej byłe wię­zie­nie.

Nie ma tu ani śladu ży­cia. Żad­nego dźwięku prócz od­głosu żwiru pod na­szymi sto­pami, gdy Smoke pro­wa­dzi mnie przez gę­ste za­ro­śla. Kilka razy się w nich za­plą­tuję.

Moja stopa za­pada się w splą­ta­nej wi­no­ro­śli, która trzyma mnie, do­póki Smoke nie prze­cina jej wy­ję­tym zza pa­ska dłu­gim ząb­ko­wa­nym no­żem. Po­tem po­spie­sza, bym we­szła do bu­dynku.

Wspi­na­jąc się po gru­zach, wcho­dzimy do środka przez wielką dziurę w bocz­nej ścia­nie.

Po­ty­kam się, a stopa kilka razy śli­zga mi się na ce­głach, aż w końcu Smoke z ła­two­ścią bie­rze mnie na ręce i sta­wia z po­wro­tem na ziemi do­piero po dru­giej stro­nie sterty.

Trąca mnie w ra­mię, na co po­woli ru­szam w głąb wię­zie­nia. Jego cięż­kie kroki roz­brzmie­wają tuż za mną, od­bi­ja­jąc się echem od ścian, przez co mam wra­że­nie, że jest nas tu­taj wię­cej niż tylko dwoje.

Wcho­dzimy. Bu­dy­nek ma dwa pię­tra. Je­den rząd celi nad dru­gim. W sa­mym środku po­miesz­cze­nia znaj­duje się sko­ro­do­wana klatka scho­dowa. Pu­chaty brą­zowy na­lot i pleśń cią­gną się po prze­wo­dach wen­ty­la­cyj­nych przy su­fi­cie. Rdza wy­gląda spod warstw łusz­czą­cej się ze ścian zie­lo­nej wię­zien­nej farby. Wszę­dzie jest graf­fiti, na­wet wy­soko nad ce­lami, i za­czy­nam się za­sta­na­wiać, ja­kim cu­dem ar­ty­sta do­stał się tak wy­soko.

Przez po­wy­bi­jane okna od czasu do czasu wpada po­dmuch wia­tru, któ­rego nie czuć w nie­ru­cho­mym po­wie­trzu na ze­wnątrz. Ka­wa­łek pa­pieru fruwa po pod­ło­dze przed nami ni­czym kłąb ode­rwa­nych od pod­łoża wię­zien­nych ro­ślin. Czuję na skó­rze cie­pły po­wiew, drżę jed­nak, a cie­pło nie robi nic, by po­wstrzy­mać dreszcz, który ni­czym so­pel prze­bija moją skórę i do­ciera do sa­mych ko­ści. Broda za­czyna mi się trząść, a zęby szczę­kać tak gło­śno, że ich dźwięk od­bija się echem w mo­jej gło­wie.

Żeby go po­wstrzy­mać, za­ci­skam zęby tak mocno, że mam wra­że­nie, że za­raz mi pękną.

Śmier­dzi tu­taj śmier­cią. Prze­wraca mi się w żo­łądku.

Roz­kład gę­stą chmurą unosi się w po­wie­trzu i spra­wia, że trudno mi od­dy­chać. To coś wię­cej niż tylko za­pach. To prze­czu­cie. Strach, któ­rego już ni­gdy nie po­zbędę się z nosa i pa­mięci. Przy­lega do mnie, po­krywa mnie i za­myka w klatce, jak­bym po­trze­bo­wała przy­po­mnie­nia, że - po­dob­nie jak prze­by­wa­jący tu­taj wcze­śniej męż­czyźni - je­stem więź­niem.

Ka­wałki pa­pieru i ubrań spo­czy­wają roz­rzu­cone na be­to­no­wej pod­ło­dze. Cien­kie, brudne ma­te­race leżą wszę­dzie, tylko nie na że­la­znych ra­mach łó­żek, któ­rych spawy na łą­cze­niach są wi­docz­nie grube po wie­lo­krot­nych na­pra­wach. Nie­które ma­te­race stoją oparte o pod­nóże scho­dów. Inne leżą na ster­cie na środku po­miesz­cze­nia, a jesz­cze inne bez­ład­nie pod róż­nymi ką­tami, z roz­dar­ciami po­ka­zu­ją­cymi sprę­żyny. Przy­wo­dzą na myśl zwłoki po­zo­sta­wione do­kład­nie w tym miej­scu, w któ­rym na­stą­piła śmierć.

Jest tu­taj wię­cej graf­fiti niż na ze­wnątrz bu­dynku. Na pod­ło­dze czer­woną farbą na­ma­lo­wano pen­ta­gram. Za­ci­skam po­wieki i prze­cho­dzę po nim. Kiedy je­stem pewna, że już go mi­nę­łam, otwie­ram oczy i pod­no­szę wzrok na wej­ście do celi, które wy­daje się całe ską­pane we krwi. Duży roz­bryzg zna­czy całą prawą jego stronę, a co­raz cień­sze strugi spły­wają po ścia­nie. W końcu do­strze­gam pod nimi dużą ciemną plamę.

Czuję, jak za­ci­ska mi się gar­dło.

Wi­dzę wo­kół sie­bie bru­tal­ność prze­szło­ści. Unosi się w po­wie­trzu wo­kół mnie jak du­chy, które chcą ujaw­nić swoją obec­ność. Szep­czą mi do ucha, prze­ni­ka­jąc moją wraż­liwą skórę.

Wiatr staje się zimny, gdy słońce za­cho­dzi, a kiedy na nie­bie po­ja­wia się księ­życ, wię­zie­nie za­lewa błę­kitny blask.

Sły­szę wrza­ski z prze­szło­ści. Dud­nie­nie w kraty. Ostatni krzyk tego, kto zgi­nął w tam­tej po­kry­tej krwią celi.

- Nie boję się - mó­wię na głos. Nie wiem, czy mó­wię do sie­bie, czy do Smoke'a. Ale na­wet ja nie wie­rzę w swoje słowa.

Smoke śmieje się ci­cho, kie­ru­jąc mnie do celi, po czym z gło­śnym trza­skiem za­suwa za mną cięż­kie me­ta­lowe drzwi, bu­dząc nie­skoń­czone echo. Wy­ciąga z kie­szeni sta­ro­świecki klucz i prze­kręca go w zamku, na co moje serce wali jak mło­tem.

Za­padł już zmierzch, a zza okna le­d­wie do­cho­dzi stłu­mione świa­tło.

- Żad­nej lampy? - py­tam, lecz kiedy tylko te słowa spły­wają z mo­ich ust, uświa­da­miam so­bie, że to głu­pie py­ta­nie. W tym miej­scu ściany le­d­wie stoją. Oczy­wi­ście, że nie ma tu elek­trycz­no­ści.

- Nie mów mi, że bo­isz się ciem­no­ści - mówi Smoke, wsu­wa­jąc klucz do tyl­nej kie­szeni spodni.

- Nie - kła­mię. - Ni­czego się nie boję. Na­wet ko­goś ta­kiego jak ty.

Unosi ką­cik ust w prze­peł­nio­nym złem pół­u­śmie­chu, po­chyla się i opiera rę­kami o kraty tuż nad swoją głową. Prze­suwa po mnie wzro­kiem od góry do dołu, a jego oczy się roz­sze­rzają. Wy­gląda na wy­głod­nia­łego. Wście­kłego. Za­bój­czego.

- Och, dia­blico, na­prawdę w to wąt­pię.

Cho­ciaż dzielą nas kraty, ro­bię krok w tył, by zwięk­szyć dy­stans mię­dzy nami.

- Wi­dzia­łem strach mi­lion razy i na ty­siąc róż­nych spo­so­bów - mówi. Wy­ciąga klucz i prze­kręca go w zamku. Wcho­dzi do celi.

Co­fam się, aż w końcu za­trzy­muje mnie ściana.

Smoke pod­cho­dzi do mnie i po­chyla się nade mną. Jest tak bli­sko, że no­sem nie­mal do­tyka szyi tuż pod moim uchem.

- Nie mów mi, że się nie bo­isz. Po­znaję strach, kiedy go wi­dzę.

Cała drżę, gdy za­myka oczy i głę­boko wdy­cha mój za­pach, prze­su­wa­jąc no­sem po mo­jej skó­rze.

- Kurwa, na­wet go na to­bie czuję, dzie­ciaku.

- Nie na­zy­waj mnie tak - mó­wię z nie­na­wi­ścią.

Jego oczy ciem­nieją z wście­kło­ści.

- Będę cię na­zy­wał, jak tylko, kurwa, ze­chcę.

- Na imię mam Fran­kie - rzu­cam w na­głym przy­pły­wie pew­no­ści sie­bie.

Jest już tak bli­sko mnie, że przy­wiera do mnie tor­sem.

- Wiem, jak się na­zy­wasz. Po pro­stu mnie to, kurwa, nie ob­cho­dzi.

Sto­imy nie­ru­chomo, żadne z nas nie chce wy­ko­nać pierw­szego ru­chu. Smoke pierw­szy się ła­mie.

- Twoje oczy na­prawdę mają taki ko­lor - szep­cze.

To mnie za­ska­kuje.

- Co się ze mną sta­nie? - py­tam drżą­cym szep­tem.

Smoke opiera dło­nie o ścianę po obu stro­nach mo­jej głowy, za­my­ka­jąc mnie w swo­istej klatce. Stoję oko w obo­jętne oko z du­chem świą­tecz­nych po­rwań.

- Co­kol­wiek, kurwa, ze­chcę - od­po­wiada z wark­nię­ciem.

- Pieprz się - rzu­cam.

Wy­bu­cha ci­chym śmie­chem, który czuję w swo­jej piersi. Prze­suwa ustami po kra­wę­dzi mo­jej twa­rzy.

- Tylko je­śli po­pro­sisz.

ROZ­DZIAŁ 1

Smoke

Rok wcze­śniej

WIĘK­SZOŚĆ LU­DZI GASI ŚWIA­TŁA przed pój­ściem spać, ale nie Mor­gan. Od­kąd ją znam, ma ten swój nie­zmienny na­wyk, by po­zo­sta­wiać lampy włą­czone, na­wet je­śli nie ma jej w domu. Za­sy­pia w domu roz­świe­tlo­nym tak, jakby jej za­da­niem było spro­wa­dza­nie prze­klę­tych sa­mo­lo­tów na lot­ni­sko.

I dla­tego wiem, że coś się stało.

W jej domu jest ciemno.

O wiele za ciemno.

Kurwa mać.

Wy­cią­gam broń i w ci­szy pod­cho­dzę do drzwi.

Są otwarte. Opie­ram się o nie ra­mie­niem i po­woli wcho­dzę do środka.

Noga śli­zga mi się na czymś, a w noz­drza ude­rza mnie zna­joma woń.

Za­pach śmierci znam tak do­brze, że po­tra­fię okre­ślić po­ziom roz­kładu, ba­zu­jąc wy­łącz­nie na uno­szą­cym się w po­wie­trzu smro­dzie. Wcią­gam po­wie­trze i wiem, że śmierć, która się tu kryje, na­stą­piła nie­dawno.

Pa­nują egip­skie ciem­no­ści. Prze­su­wam dło­nią po ścia­nie, aż w końcu na­tra­fiam pal­cami na pa­nel ku­chenny i za­pa­lam świa­tło. Dom za­lewa ja­sne, chłodne świa­tło. Chwilę trwa, nim moje oczy się do niego przy­zwy­cza­jają. Wtedy biel zmie­nia się w czer­wień.

Tyle. Pie­przo­nej. Czer­wieni.

- Kurwa. - Cho­wam broń do ka­bury.

Wi­dzia­łem w ży­ciu na­prawdę dużo gówna. Część z niego była też moim dzie­łem. Ale ni­gdy cze­goś ta­kiego. W kuchni nie było na­wet cen­ty­me­tra po­wierzchni, któ­rej nie po­kry­wa­łaby świeża czer­wień. Była roz­ma­zana na bia­łej pod­ło­dze, jakby ktoś się po niej czoł­gał lub jakby cią­gnięto go z jed­nej strony na drugą. Na każ­dej ścia­nie wid­niały roz­bry­zgi krwi. Na każ­dej szafce.

To nie była zwy­czajna śmierć. To nie było po pro­stu za­bój­stwo czy mor­der­stwo na zle­ce­nie.

To było, kurwa, czy­ste zło.

Okrą­żam ku­chenną wy­spę i za­trzy­muję się, gdy tra­fiam bu­tem na smu­kłą, bosą stopę. Nie ma po­trzeby, bym się spie­szył - prze­cież i tak jej nie ura­tuję - ale pod­bie­gam do niej od dru­giej strony. Ku­cam przy Mor­gan, a ra­czej przy tym, co z niej zo­stało. Każdy cen­ty­metr jej na­giego ciała jest oka­le­czony i wy­krę­cony. Jej nie­gdyś nie­ska­zi­telna skóra zo­stała po­cięta i otwarta pod każ­dym moż­li­wym ką­tem, od­sła­nia­jąc zęby i czaszkę, a ciemne włosy prze­siąk­nięte są jej wła­sną krwią.

Prze­su­wam wzro­kiem po jej zmal­tre­to­wa­nym ciele.

- Nie - szep­czę z nie­do­wie­rza­niem. - Nie!

To, co po­zo­stało z jej za­okrą­glo­nego brzu­cha, wy­gląda jak coś, co prze­pusz­czono przez ma­szynkę do mięsa u rzeź­nika.

- Ja pier­dolę!

Wstaję, ale nie do­cie­ram na czas do zlewu i opróż­niam żo­łą­dek na ku­chenny blat i pod­łogę.

Sam czę­sto nio­słem śmierć, ale na­wet moja bru­tal­ność ma gra­nice. Ni­gdy nie zro­bi­łem cze­goś ta­kiego. A przy­naj­mniej nie ko­bie­cie. Ko­muś nie­win­nemu, kto na to, kurwa, nie za­słu­gi­wał. Po raz pierw­szy w ca­łym moim ży­ciu na wi­dok śmierci robi mi się nie­do­brze.

Opie­ram dło­nie po obu stro­nach zlewu.

- Mor­gan - szep­czę. - Kurwa.

Ku­cam przy niej i pró­buję wziąć ją w ra­miona, ale jej ciało jest tak po­cięte i za­krwa­wione, że nie mogę jej utrzy­mać. Frag­menty tkanki od­ry­wają się od ko­ści i pa­dają na pod­łogę.

- Tak bar­dzo cię prze­pra­szam, mała. Tak bar­dzo cię, kurwa, prze­pra­szam.

Kładę się obok niej, tak bli­sko, jak tylko mogę, by jej nie do­ty­kać, i przy­ci­skam po­li­czek do pod­łogi. Jej cią­gle cie­pła krew przy­wiera do mo­jego ucha, prze­siąka mi przez ko­szulę i skórę. Ota­cza mnie wszystko, co z niej zo­stało. Pra­gnę, by krew wnik­nęła w moje ko­ści i zo­stała ze mną na za­wsze.

Mor­gan była mar­twa. Na­sze nie­na­ro­dzone dziecko też.

I to wszystko przeze mnie.

ROZ­DZIAŁ 2

Fran­kie

Te­raz

W CIĄGU ROKU ZGINĘ.

Może i szyb­ciej.

Sta­ram się o tym nie my­śleć, bo do­pro­wa­dza mnie to do szału. Przez więk­szość czasu je­stem o włos od za­ła­ma­nia i ogło­sze­nia, że lampa na biurku jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem czy tam kró­lową An­glii. Zmę­cze­nie wcale nie po­maga. Ostat­nio mam wra­że­nie, jakby gra­wi­ta­cja z każ­dym dniem przy­cią­gała mnie co­raz moc­niej. Je­śli wkrótce po­rząd­nie się nie wy­śpię, za­cznę sły­szeć ko­lory.

Wszy­scy kie­dyś umrzemy. Moja śmierć na­stąpi jed­nak wcze­śniej niż u więk­szo­ści lu­dzi. Za­nim do­padną mnie zmarszczki, a star­czy wiek sprawi, że w kółko będę po­wta­rzała te same opo­wie­ści.

Po­wieki mi opa­dają, to­czę jed­nak ko­lejną bi­twę w nie­koń­czą­cej się woj­nie z samą sobą, by nie za­snąć. Pod­pie­ram brodę na dłoni, lecz ło­kieć osuwa mi się na biurku co­raz da­lej i da­lej.

Gwał­tow­nie bu­dzi mnie od­głos dra­pa­nia w okno. W jed­nej chwili pro­stuję krę­go­słup. Na mo­ment przed tym, jak ude­rzam głową w kla­wia­turę, je­stem w pełni przy­tomna. Się­gam pod biurko i za­ci­skam dłoń na przy­kle­jo­nym pod bla­tem nożu.

Za oknem prze­suwa się cień. Po­woli wy­pusz­czam po­wie­trze z płuc i pusz­czam nóż.

To tylko Izzy - tłu­sty biały kot, który re­gu­lar­nie mnie od­wie­dza. Siada po dru­giej stro­nie wy­so­kiego okna od piw­nicy i za­czyna czy­ścić so­bie fu­tro. To jego ob­roża ci­cho stuka w okno. Nie wiem, do kogo na­leży. Wiem tylko, że wabi się Izzy, po­nie­waż tak jest na­pi­sane du­żymi li­te­rami na ró­żo­wym, bro­ka­to­wym iden­ty­fi­ka­to­rze do­cze­pio­nym do rów­nie ró­żo­wej i rów­nie bro­ka­to­wej ob­roży.

To tylko pie­przony kot, Fran­kie.

Nad­garst­kami po­cie­ram oczy. Mam wra­że­nie, jakby ktoś za­wie­sił mi na po­wie­kach kłódkę. Otrzą­sam się ze zmę­cze­nia i na­głej pa­niki i wra­cam do pracy.

Brak snu nie jest ide­al­nym roz­wią­za­niem, ale jak do­tąd mi się opłaca. Mój ostatni pro­jekt jest wart każ­dej chwili bez­sen­no­ści, a na­wet i wię­cej.

Gdy­bym lu­biła się chwa­lić, ścią­gnę­ła­bym tu całą ro­dzinę i opo­wie­działa, jak w po­je­dynkę... cóż, to chyba nie ma zna­cze­nia, bo i tak nie mogę o tym ni­komu po­wie­dzieć.

Poza tym jest jesz­cze ta drobna kwe­stia, że nie mam ni­kogo, komu mo­gła­bym o tym po­wie­dzieć.

- Izzy - wo­łam do kota. - Ro­bię coś do­brego. Na­prawdę do­brego. - Kot ska­cze prze­sad­nie da­leko i ucieka. Naj­praw­do­po­dob­niej prze­stra­szył się ja­kiejś jasz­czurki. - Ku­tas.

Świet­nie. Nie dość, że ga­dam do kota, który na­wet do mnie nie na­leży, to jesz­cze ta kulka fu­tra mnie ob­raża.

Zbyt dużo czasu spę­dzam sama.

Wczo­raj i dzi­siaj się ze sobą zlały. Nie wiem, kiedy skoń­czył się je­den dzień, a roz­po­czął drugi. W piw­nicy cza­sami jest tak mało świa­tła, że trudno okre­ślić, czy jest dzień, czy noc.

Te­le­fon na moim ko­la­nie za­czyna dzwo­nić, na co pod­ska­kuję, jakby ktoś kop­nął mnie w krę­go­słup, i zrzu­cam na pod­łogę stertę pa­pie­ro­wych kub­ków po ka­wie.

- Kurwa - klnę, pa­trząc na te­le­fon, który leży na pod­ło­dze z wielką rysą na wy­świe­tla­czu. To tylko alarm.

Z każ­dym dniem ro­bię się co­raz bar­dziej ner­wowa, ale nie bez po­wodu.

Moja praca wiąże się z pew­nego ro­dzaju po­świę­ce­niem. Wku­rzy­łam wielu lu­dzi. Ta­kich, któ­rych więk­szość roz­sąd­nych osób nie śmia­łaby wku­rzyć. Pod­ję­łam pewne kroki, żeby się za­bez­pie­czyć, ale może na­dejść taki dzień, kiedy te za­bez­pie­cze­nia nie wy­star­czą.

Być może pew­nego dnia skoń­czę z tą pracą. Skoń­czę się oglą­dać przez ra­mię. A może, je­śli będę miała szczę­ście, za­po­bie­gnę temu ata­kowi serca, który grozi mi przy każ­dym prze­stra­szo­nym drgnię­ciu, nim stuk­nie mi ćwierć­wie­cze.

Pew­nie tak się nie sta­nie.

Pod­no­szę te­le­fon z pod­łogi i prze­su­wam pal­cem po ekra­nie, by wy­łą­czyć alarm. To nie może być ta pora. Czy na­prawdę sie­dzę na tym krze­śle już osiem go­dzin?

Od­su­wam się od biurka i wstaję, wy­ko­nuję krą­że­nia ra­mio­nami i głową. Coś kilka razy trza­ska mi w ple­cach, ale po tym czuję się o wiele le­piej, niż mógłby su­ge­ro­wać od­głos. Mój krę­go­słup pro­te­stuje przy zmia­nie po­zy­cji, ale da­lej się roz­cią­gam. Wiem, że im dłu­żej będę się ru­szała, tym le­piej się po­czuję. Schy­lam się, zwie­szam swo­bod­nie ręce i na­prę­żo­nymi pal­cami się­gam do pod­łogi. Po­woli się pro­stuję i uno­szę ra­miona, ce­lu­jąc pal­cami w su­fit. Po­zo­staję tak, do­póki nie czuję, że moje ko­ści wró­ciły do swo­jej nor­mal­nej po­zy­cji i nie są już zmiaż­dżone gdzieś u dołu mo­ich ple­ców. Ulga roz­cho­dzi się po mo­ich obo­la­łych mię­śniach.

W no­gach czuję ty­siące igieł. Wcho­dząc po scho­dach, trzy­mam się mocno po­rę­czy - nie czuję stóp, a nie chcę spaść. Dzięki Bogu to okropne uczu­cie znika, nim do­cie­ram do drzwi. Prze­cho­dzę przez sa­lon i idę w stronę kuchni. Po dro­dze za­trzy­muję się w hallu. Ca­łuję opuszki pal­ców i przy­kła­dam je do je­dy­nego wi­szą­cego w tym domu zdję­cia. Zdję­cia mo­jej matki.

- Cześć, mamo - mó­wię i uśmie­cham się do niej. Miała ta­kie same dłu­gie brą­zowe włosy jak ja i iden­tyczne bursz­ty­nowe oczy. Zdję­cie zro­biono nie­długo przed jej śmier­cią, gdy do­piero uczy­łam się cho­dzić. - Mam na­dzieję, że na­pa­wam cię dumą, gdzie­kol­wiek te­raz je­steś.

Bur­czy mi w brzu­chu, co przy­po­mina mi, do­kąd szłam, i ru­szam do kuchni. Kiedy ostatni raz coś ja­dłam? Śnia­da­nie? Ko­la­cję wczo­raj wie­czo­rem? Nie, zde­cy­do­wa­nie to było śnia­da­nie. Wczo­raj­sze śnia­da­nie. Po­now­nie bur­czy mi w brzu­chu, tym ra­zem gło­śniej.

- Tak, tak, sły­szę - mru­czę pod no­sem.

Za­war­tość lo­dówki jest... cóż, żadna. Chyba że Go­ogle pod­po­wie mi, jak przy­rzą­dzić po­si­łek z ma­ry­no­wa­nych ogór­ków, dwóch pla­ster­ków sera i sze­ścio­paku piwa.

Opie­ram się o blat i otwie­ram apli­ka­cję do ro­bie­nia za­ku­pów z do­stawą Grub­Train. Za­ma­wiam kilka nie­zbęd­nych rze­czy i wy­daję ostat­nie czter­dzie­ści do­la­rów, ja­kie mia­łam na kon­cie. Trzy­dzie­ści mi­nut, ja­kie mam, za­nim do­star­czą spo­żywkę, wy­ko­rzy­stuję, by pójść na górę, wziąć bar­dzo mi po­trzebny prysz­nic i prze­brać się w luźną, opa­da­jącą z jed­nego ra­mie­nia ko­szulkę z logo mo­jej ulu­bio­nej ka­peli, Ve­ruca Salt, na przo­dzie. Szare spodenki, które wkła­dam, kie­dyś były spodniami od dresu, lecz gdy wy­tarły się od przy­dep­ty­wa­nia zbyt dłu­gich no­ga­wek, po­trak­to­wa­łam je no­życz­kami - i bum.

Dre­so­szorty.

Koń­czę, wra­cam na dół i prze­glą­dam pocztę. Na­zy­wam się Hel­burn, ale cała ko­re­spon­den­cja przy­cho­dzi na na­zwi­sko Jack­son. Mój oj­ciec zmie­nił je już lata temu. Upie­rał się, że to ze względu na jego pracę dla rządu.

Mi­nęły lata, nim do­wie­dzia­łam się, że to wszystko było kłam­stwem.

ON był kłam­stwem.

Du­szę w so­bie ro­snącą falę zna­jo­mego gniewu. Nie mam czasu ani ener­gii, by przy­wo­ły­wać wspo­mnie­nia o czy­nach mo­jego ojca lub o baj­zlu, ja­kiego na­ro­bił w moim ży­ciu i w ży­ciu nie­zli­czo­nych in­nych lu­dzi.

Wy­rzu­cam wszel­kie re­klamy do śmieci i za­czy­nam pierw­szą z rund ru­ty­no­wego spraw­dza­nia zam­ków, wszyst­kich okien i drzwi. Otwie­ram pa­nel sys­temu za­bez­pie­czeń, wpi­suję kod i upew­niam się, że wszystko działa, jak na­leży.

Dwa razy.

W głów­nej sy­pialni prze­cho­dzę nad roz­rzu­co­nymi po pod­ło­dze ubra­niami ojca i pod­cho­dzę do okna. Spraw­dzam za­mek. Nie­na­ru­szony. Wy­cho­dzę z po­koju, szybko za­my­kam za sobą drzwi i wy­pusz­czam z płuc od­dech - na­wet nie zda­wa­łam so­bie sprawy, że go wstrzy­my­wa­łam.

Po­ko­nu­jąc dwa stop­nie na­raz, wra­cam do sa­lonu na dole trój­kon­dy­gna­cyj­nego, dwu­sy­pial­nia­nego i roz­pa­da­ją­cego się domu.

Wszystko tu­taj wy­gląda tak samo jak wtedy, gdy wpro­wa­dza­li­śmy się tu cztery lata temu. Gwoź­dzie, na któ­rych po­przedni lo­ka­to­rzy wie­szali de­ko­ra­cje i zdję­cia, w róż­nych miej­scach wy­stają ze ściany. Je­dy­nymi me­blami są tu­taj trzy­oso­bowa ka­napa w ko­lo­rze szczu­rzego brązu - żad­nego te­le­wi­zora - i kilka wy­so­kich ta­bo­re­tów nie do kom­pletu scho­wa­nych pod bla­tem, który od­dziela nie­wielki sa­lon od rów­nie ma­łej kuchni.

Ktoś dzwoni do drzwi i cho­ciaż się tego spo­dzie­wa­łam, na­dal je­stem ostrożna.

Za­wsze je­stem ostrożna.

Staję na pal­cach i wy­glą­dam przez wi­zjer. Po dru­giej stro­nie stoi Duke, po­ru­sza­jąc brwiami i wy­krzy­wia­jąc usta. Uśmie­cham się, bo nie spo­sób się nie uśmiech­nąć. Fa­cet trzyma w rę­kach duże torby z za­ku­pami. Wy­ciąga je w stronę wi­zjera, roz­pro­mie­niony i dumny ni­czym my­śliwy, który chwali się zdo­by­czą.

Otwar­cie wszyst­kich zam­ków trwa chwilę, po­nie­waż jest ich aż osiem. Kiedy w końcu uchy­lam drzwi, wi­dzę jego pro­mienny uśmiech.

- Hej - wita mnie swo­bod­nie Duke. - Zo­ba­czy­łem, że zło­ży­łaś za­mó­wie­nie, i chcia­łem je do­star­czyć oso­bi­ście.

Jego uśmiech staje się jesz­cze szer­szy i jest tak cho­ler­nie pro­mienny, że mam wra­że­nie, jak­bym pa­trzyła pro­sto w słońce. Jego krę­cone blond włosy bru­tal­nie gnie­cie ja­skra­wo­zie­lona cza­peczka z logo Grub­Train.

Duke po­now­nie pod­nosi torby, na­pi­na­jąc bi­cepsy pod pa­su­jącą do czapki fir­mową ko­szulką. Gdy do­strzega, że wpa­truję się w wi­do­czne pod ma­te­ria­łem mię­śnie jego brzu­cha, pusz­cza do mnie oko. Moje po­liczki ob­le­wają się go­rą­cem. Po­chyla się i przy­tula się do mnie w dziwny spo­sób - przez torby, które wciąż trzyma. Pach­nie ład­nie, jak ir­landz­kie my­dło.

- Cześć, Duke - mó­wię po­woli, tak że nie ma wyj­ścia i sku­pia się na mo­ich ustach, po czym trze­po­czę rzę­sami i pa­trzę w jego orze­chowe oczy. - Dzięki, że tak szybko je przy­wio­złeś.

- Dla pani wszystko - od­po­wiada, prze­cią­ga­jąc słowa w fał­szy­wym, we­ster­now­skim stylu.

- Pani? Hmm... Po­doba mi się, jak to brzmi - mó­wię i przy­gry­zam dolną wargę.

Duke prze­stę­puje z nogi na nogę, na co uświa­da­miam so­bie, że prze­suwa torby, żeby za­kryć wy­brzu­sze­nie ro­snące mu w spodniach.

- Twój tata jest dzi­siaj w domu? - pyta Duke, po czym wsuwa głowę przez drzwi i roz­gląda się po wnę­trzu.

- Pra­cuje w piw­nicy, jak zwy­kle - od­po­wia­dam. - I jak zwy­kle mnie igno­ruje. - Od­su­wam się i wpusz­czam go do środka.

- Ja nie będę cię igno­ro­wał - rzuca su­ge­styw­nie Duke i po­ru­szyw­szy brwiami, kie­ruje się do kuchni.

Śmieję się ci­cho i żar­to­bli­wie kle­pię go po tyłku. Wła­śnie mam za­mknąć drzwi, kiedy do­pada mnie dziwne wra­że­nie. Go­rącą falą roz­cho­dzi się po mo­jej piersi i spływa do koń­czyn. Moje tętno przy­spie­sza. Po­woli z po­wro­tem otwie­ram drzwi, jakby spo­dzie­wa­jąc się ko­goś za nimi zo­ba­czyć.

Ni­kogo tam nie ma.

Duke mówi coś do mnie z kuchni, ale nie słu­cham.

Ostroż­nie wy­cho­dzę na nie­wielki skra­wek be­tonu, który robi za we­randę, i roz­glą­dam się we wszyst­kich kie­run­kach.

Nic.

Kil­koro klien­tów wcho­dzi i wy­cho­dzi ze sta­cji ben­zy­no­wej po dru­giej stro­nie ulicy. Ja­kieś dzie­ciaki grają w piłkę na pu­stym placu, który od­dziela sta­cję od spo­żyw­czaka.

Dła­wiące uczu­cie w moim gar­dle znika i znów mogę prze­ły­kać.

Tak. Po pro­stu wa­riuję.

- Sa­rah? Gdzie po­szłaś? - woła z kuchni Duke.

Wcho­dzę z po­wro­tem do domu i za­my­kam drzwi, z przy­zwy­cza­je­nia prze­krę­ca­jąc wszyst­kie zamki.

- Ty i te twoje zamki. Twój oj­ciec na­prawdę ma pa­ra­noję, co? - mówi Duke, pod­cho­dząc do mnie od tyłu i bio­rąc mnie na ręce. Ko­pię no­gami w po­wie­trzu i wy­bu­cham śmie­chem. Za­nosi mnie do kuchni i sa­dza na środku ku­chen­nego blatu. Wtedy prze­kręca czapkę ty­łem do przodu i wy­ciąga z kie­szeni skręta, po czym za­pala go i głę­boko się za­ciąga.

- Twój stary może i ma pa­ra­noję i cały czas cię igno­ruje, ale uwa­żam, że to za­je­bi­ście, że po­zwala ci pa­lić w domu trawkę - mówi i wy­pusz­cza dym.

Wzru­szam ra­mio­nami i wyj­muję jo­inta z jego pal­ców. Za­cią­gam się mocno i przez chwilę przy­trzy­muję dym w płu­cach. Zioło za­czyna dzia­łać i za­raz czuję, jak na­pię­cie ustę­puje, a moje ra­miona się roz­luź­niają.

- Na­wet gdyby miał coś prze­ciwko, wąt­pię, by co­kol­wiek za­uwa­żył - mó­wię z pew­nym zgorzk­nie­niem.

- Wszystko w po­rządku, damo? - pyta Duke, pa­trząc mi w oczy w po­szu­ki­wa­niu ja­kichś wska­zó­wek.

- Tak. Po pro­stu nie spa­łam zbyt do­brze - przy­znaję. To naj­krót­sze wy­tłu­ma­cze­nie o wiele więk­szej kwe­stii, ale Duke'a i mnie nie łą­czy zwią­zek, w któ­rym po­ru­sza się więk­sze kwe­stie. Nasz po­lega na tym, że pa­limy w kuchni skręta i ca­łu­jemy się, do­póki nie ode­ślę go do domu.

- Trzy­maj - mówi, wy­cią­ga­jąc z tyl­nej kie­szeni spodni wy­peł­niony skrę­tami pla­sti­kowy po­jem­nik na ka­na­pki. Grub­Train jest jedną z kilku jego pro­fe­sji. O wiele mniej płatną niż in­tratna po­sada han­dla­rza trawką. Wy­ciąga dwa jo­inty i kła­dzie je na wieczku pu­stego po­jem­nika na kawę. - Te są na póź­niej. Po­mogą ci za­snąć.

- Co je­stem ci za nie winna? - py­tam. Oparta na jed­nej ręce, po­now­nie się za­cią­gam.

- Przy­cho­dzi mi do głowy kilka rze­czy. Na­wet wiele, wiele rze­czy. - Prze­ciąga wzro­kiem po moim ciele. Pod­nosi dłoń do ust i z ci­chym wark­nię­ciem żar­to­bli­wie przy­gryza kostki. Sły­sząc to, nie mogę po­wstrzy­mać śmie­chu. Duke mruga do mnie, po czym pod­cho­dzi do to­reb, za­czyna wy­kła­dać z nich pro­dukty i cho­wać je na miej­sce. Do­star­cza mi za­kupy od wielu mie­sięcy i po­ru­sza się po mo­jej kuchni rów­nie spraw­nie jak ja. - Zioło jest na koszt firmy, oczy­wi­ście.

- Dzięki - mó­wię szcze­rze.

Duke za­wsze jest dla mnie miły. To zna­czy... jest miły dla wielu dziew­czyn, ale przy tym po­zo­staje praw­dziwy i dla­tego zła­ma­łam swoje za­sady i wpu­ści­łam go do swo­jego ży­cia.

Jest naj­po­pu­lar­niej­szym chło­pa­kiem w szkole i ab­so­lut­nym dziw­ka­rzem. Wsa­dzał ku­tasa w więk­szość che­er­le­ade­rek z re­pre­zen­ta­cji oraz z re­pre­zen­ta­cji młod­szych klas, ale nie kła­mie na ten te­mat i ni­gdy nie składa im żad­nych obiet­nic. We­dług mnie szcze­rość jest naj­waż­niej­szą za­letą, jaką osoba może po­sia­dać. Ce­nię ją so­bie po­nad wszystko inne. Być może dla­tego, że przez więk­szość ży­cia by­łam zmu­szona do eg­zy­sten­cji w nie­uczci­wo­ści. Być może dla­tego, że całe ży­cie mo­jego ojca było kłam­stwem. Duke mu­siał chyba czy­tać w mo­ich my­ślach, bo po­słał mi hol­ly­wo­od­zki uśmiech.

- Sły­sza­łaś to? - Składa pa­pie­rowe torby i wrzuca je do ko­sza na śmieci do re­cy­klingu, po czym za­czyna opo­wia­dać "naj­śmiesz­niej­szy" (to jego zda­nie, nie moje) żart o ku­ta­sie i pier­dze­niu, jaki usły­szał na si­łowni od ja­kie­goś kre­tyna z dru­żyny fut­bo­lo­wej.

Za­cią­gam się jesz­cze raz i opusz­czam ra­miona. Po chwili od­chy­lam głowę do tyłu i wy­pusz­czam dym w stronę su­fitu. Mam wra­że­nie, że przed­nią część mo­jego mó­zgu spo­wija mgła. Ci­chy szum roz­prze­strze­nia się po moim ciele, ła­go­dząc ostre kra­wę­dzie wo­kół mnie.

- Wiesz... tu­taj, kiedy je­ste­śmy sami, nie za­cho­wu­jesz się tak jak w szkole - rzuca nie­spo­dzie­wa­nie Duke. Za­czy­nam mru­gać gwał­tow­nie, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć, co do mnie mówi. - Dla­czego? Cho­dzisz z wło­sami za­kry­wa­ją­cymi ci twarz i przez cały dzień wpa­tru­jesz się w pod­łogę. Z ni­kim nie roz­ma­wiasz. Na ni­kogo nie pa­trzysz. Za­łożę się, że więk­szość dzie­cia­ków w szkole nie po­tra­fi­łaby wy­wo­łać cię z sze­regu po imie­niu.

Bingo.

- Mnie też igno­ru­jesz - cią­gnie. - Jak­byś w ogóle mnie nie znała. Ale je­ste­śmy... przy­ja­ciółmi, prawda? Bo tu­taj, kiedy je­steś ze mną, je­steś...

- Nor­malna? - pod­su­wam. - Albo cho­ciaż tak jakby nor­malna?

Duke kręci głową.

- Nie chcia­łem tego po­wie­dzieć.

Być może nie za­mie­rzał użyć do­kład­nie tego słowa, ale czu­łam, jak szuka w słow­niku w swo­jej gło­wie ja­kie­goś sy­no­nimu, któ­rym mógłby je za­stą­pić.

- Dla­czego? Dla­czego tu­taj je­steś zu­peł­nie inna niż tam? - pyta, a w jego gło­sie brzmi le­dwo za­uwa­żalna, ale jakby szczera tro­ska.

Przy­wo­łuję go do sie­bie pal­cem, jak­bym chciała wy­ja­wić mu wszyst­kie swoje ta­jem­nice.

Duke po­chyla się, a ja przy­su­wam usta do jego ucha.

- Je­stem Bat­ma­nem - szep­czę.

Prze­wraca oczami, sły­sząc mój okropny żart.

- Po­waż­nie, Sa­rah. Ni­gdy nie przy­cho­dzisz na me­cze. Poza szkołą nie spo­ty­kasz się z ni­kim oprócz mnie... A przy­naj­mniej nic mi na ten te­mat nie wia­domo.

- Może daję ci tro­chę prze­strzeni - su­ge­ruję. To oczy­wi­ście kłam­stwo. Jedno z mi­liona, które wmó­wi­łam mu przez ostat­nie kilka mie­sięcy. - Nie są­dzę, żeby Missy, Mi­sty czy... Maci? - wy­krzy­wiam twarz w gry­ma­sie - ...spodo­bało się, gdyby zo­ba­czyła nas ra­zem.

- Cóż, tak się składa, że gówno mnie ob­cho­dzi, co my­śli Me­la­nie albo kto­kol­wiek inny. Lu­bię cię, Sa­rah. - Duke roz­suwa mi ko­lana i staje mię­dzy nimi. - Bar­dzo cię lu­bię.

- Me­la­nie. - Ki­wam głową i pstry­kam pal­cami. - No wła­śnie. Me­la­nie. Mu­szę za­pa­mię­tać.

Po­daję mu jo­inta. Za­ciąga się głę­boko, po czym dło­nią, w któ­rej trzyma skręta, chwyta mnie za włosy, a drugą ści­ska moje po­liczki, bym otwo­rzyła usta. Z war­gami za­le­d­wie o włos od mo­ich wdmu­chuje w nie dym, który wcią­gam głę­boko w płuca.

Duke od­suwa się, gdy po chwili wy­pusz­czam ob­łok z ust. Pal­cami ści­ska koń­cówkę skręta i gasi go, a po­zo­stałą część wsuwa so­bie za ucho.

- Są­dzę, że ty rów­nież mnie lu­bisz - mówi ci­cho. De­li­kat­nie ści­ska pal­cami moje uda, z każ­dym ru­chem swo­ich wpraw­nych pal­ców po­su­wa­jąc się wy­żej, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze.

- Bo lu­bię - od­po­wia­dam. W in­nym ży­ciu... nie, gdy­bym była inną osobą, mo­gła­bym dać mu praw­dziwą szansę.

Ale nie w tym ży­ciu.

- To dla­czego uda­jesz, że mnie nie znasz? - drąży, za­ci­ska­jąc usta.

Żeby nikt nas ze sobą nie wi­dział. Że­byś nie zo­stał przy­pad­kowo ofiarą, gdyby wszystko się po­pie­przyło.

- Chyba po pro­stu aż tak bar­dzo nie prze­pa­dam za szkołą. Poza tym lu­bię trzy­mać się na ubo­czu. To wszystko - za­pew­niam go.

Duke pa­trzy na mnie zna­cząco. Nie ku­puje tego, na­wet przez chwilę.

Pró­buję znowu.

- A może... - wzdy­cham i zwie­szam ra­miona - nie chcę być po­strze­gana jako jedna z wielu dziew­czyn w ha­re­mie Duke'a We­athersby'ego.

- W czym? - pyta ze śmie­chem.

- W ha­re­mie. Gru­pie pięk­no­ści, które za tobą po­dą­żają, zo­sta­wia­jąc za sobą istne ka­łuże śliny. Nie uda­waj, że nie wiesz, o czym mó­wię, Duke'u We­athersby. Sły­sza­łam to okre­śle­nie z mi­lion razy, więc je­stem pewna, że ty też.

- Może i sły­sza­łem je raz czy dwa - przy­znaje Duke z chy­trym uśmiesz­kiem. Obej­muje mnie w ta­lii i prze­suwa na brzeg blatu. - To chyba jed­nak do­brze, że nie roz­ma­wiasz z ni­kim in­nym. W ten spo­sób mogę cię mieć tylko dla sie­bie.

Po­chyla się i przy­ci­ska usta do mo­ich ust. Na­sze wargi łą­czą się i za­czy­nają har­mo­nij­nie po­ru­szać. To przy­jemny po­ca­łu­nek, jak za­wsze. Przy­rów­nuję je do za­koń­cze­nia do­brej książki. Do mi­łego go­rą­cego prysz­nica. Albo zna­le­zie­nia za­bój­czej pary je­an­sów na wie­szaku z ar­ty­ku­łami prze­ce­nio­nymi o po­łowę.

Są fa­jer­we­rki, ale nie ta­kie w ty­pie eks­plo­du­ją­cych ko­lo­rami i ro­bią­cych wiel­kie bum, jak na czwar­tego lipca. Nie, w na­szym przy­padku jest to jak ma­cha­nie zim­nymi ogniami i bie­ga­nie po traw­niku przed do­mem. Lu­bię zimne ognie.

Zimne ognie są przy­jemne.

Poza tym szanse na zra­nie­nie lub opa­rze­nie są małe.

Tak jak sam Duke - zimne ognie są bez­pieczne.

Od­wza­jem­niam po­ca­łu­nek i otwie­ram usta, gdy ję­zy­kiem roz­suwa moje wargi. Moje sutki tward­nieją, gdy przy­suwa się jesz­cze bli­żej, i przez ma­te­riał na­szych ko­szu­lek czuję żar jego skóry. Roz­luź­niam się i przy­wie­ram do niego, po­trze­bu­jąc po­czuć przy so­bie jego twarde ciało. Po­trze­bu­jąc przy­po­mnie­nia, że je­stem tylko czło­wie­kiem, że żyję i że jest jesz­cze na tym świe­cie ktoś, kto rów­nież o tym wie.

Duke We­athersby jest naj­bliż­szy miana mo­jego chło­paka, cho­ciaż nim nie jest i ni­gdy nie bę­dzie. Nasz pseu­do­zwią­zek składa się z luź­nych roz­mów, pa­le­nia trawki i ca­ło­wa­nia się. W grun­cie rze­czy to mnó­stwo piesz­czot i sty­mu­la­cji przez ubra­nie, po któ­rych wy­sy­łam go do domu z po­rząd­nie bo­lą­cymi ja­jami.

Duke od­suwa się nieco i mu­ska pal­cem moją szyję, po czym prze­suwa nim po od­sło­nię­tej skó­rze mo­jego ra­mie­nia. Przy­ci­ska czoło do mo­jego czoła.

- My­ślę, że po­win­ni­śmy pójść na górę, do two­jego po­koju. Te wszyst­kie ubra­nia tylko prze­szka­dzają - szep­cze, cią­gnąc za po­strzę­piony brzeg mo­ich szor­tów. Ko­ły­sze bio­drami, ocie­ra­jąc się erek­cją mię­dzy mo­imi no­gami.

Uśmie­cham się przy jego ustach i uno­szę po­śladki z blatu, bez­wstyd­nie na niego na­pie­ra­jąc.

Duke ję­czy pro­sto w moje wargi i chwyta mnie za bio­dra, po­ru­sza­jąc nimi i przy­ci­ska­jąc do twar­dego wy­brzu­sze­nia w swo­ich spodniach.

Je­stem pod­nie­cona. Na­prawdę. W końcu je­stem dziew­czyną, a Duke jest nie­zwy­kle atrak­cyjny. Jak wiem, nie róż­nię się od in­nych dziew­czyn w szkole - nie je­stem od­porna na urok, uśmiech czy mię­śnie Duke'a We­athersby'ego. Wi­nię o to na­turę i fe­ro­mony. Ptaszki i psz­czółki. Sło­wem: na­ukowe wy­wody i inne ta­kie.

Z jed­nej strony chcia­ła­bym, żeby za­cią­gnął mnie na górę i tam zro­bił ze mną wszyst­kie te zbo­czone rze­czy.

Prze­wa­ża­jąca część mnie jed­nak po pro­stu nie może tego zro­bić.

Cho­ler­nie się z nim draż­nię. Wiem o tym. Duke rów­nież musi o tym wie­dzieć. Ale cią­gle wraca, a prawda jest taka, że wła­śnie tego chcę. Jego po­wro­tów. To­wa­rzy­stwa. Kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem.

Przy­jaźń z nim już i tak ła­mała jedną z mo­ich za­sad. Seks za­prze­czyłby im wszyst­kim, a nie chcę, żeby to za­szło tak da­leko. Przy­naj­mniej jesz­cze nie te­raz. Nie wo­bec ta­kiego za­gro­że­nia.

Od­su­wam się od niego.

- Ja... nie mogę. Mój oj­ciec - szep­czę, prze­cią­ga­jąc zę­bami po jego szyi, tuż pod uchem, od­ma­wia­jąc mu, a jed­no­cze­śnie obie­cu­jąc to, co może przy­nieść przy­szłość.

- On ni­gdy nie wy­cho­dzi z piw­nicy - przy­po­mina mi Duke, po­ca­łun­kami zna­cząc ścieżkę na mo­jej szyi i sta­ra­jąc się prze­ko­nać mnie ustami. Prze­suwa się do oboj­czyka i oprócz po­ca­łun­ków lekko mnie przy­gryza. Czuję, jak moje mię­śnie się na­pi­nają. Jak ro­śnie we mnie po­żą­da­nie. Moja de­ter­mi­na­cja, by utrzy­mać ten zwią­zek na po­zio­mie do­zwo­lo­nym w fil­mach dla trzy­na­sto­lat­ków, wali się w gruzy, gdy on chwyta moją dolną wargę w swoje usta i wpraw­nie prze­ciąga po niej ję­zy­kiem.

Mu­szę przy­znać, że chło­pak jest do­oooobry. Nie ma tego ha­remu bez po­wodu. W pełni so­bie na niego za­słu­żył.

- Po­zwól mi dać ci roz­kosz - szep­cze Duke, ści­ska­jąc górę mo­ich ud, na co moje pod­brzu­sze prze­szywa roz­koszny dreszcz.

Je­stem zde­spe­ro­wana.

Pod­nie­cona.

Na haju. Sa­motna.

Tak pie­kiel­nie sa­motna.

Nie chcę taka być. Chcę po pro­stu po­czuć... coś in­nego. Co­kol­wiek. Coś, co nie wiąże się ze zmar­twie­niem, pa­niką czy krzywdą.

- Zgoda - sły­szę wła­sny głos.

Z jego gar­dła do­bywa się ni­ski dźwięk. Pół war­kot, pół jęk. Zwin­nie wsuwa palce w moje szorty, a sam ema­nu­jący z nich żar spra­wia, że nie­mal szczy­tuję. Ni­gdy wcze­śniej nie po­zwo­li­łam mu się tam do­tknąć. Ni­gdy wcze­śniej nie po­zwo­li­łam, by KTO­KOL­WIEK mnie tam do­tknął. Czuję się jed­no­cze­śnie pod­nie­cona, zde­ner­wo­wana i do cna zu­chwała, gdy ota­czam go no­gami w pa­sie, po­na­gla­jąc, by przy­su­nął się bli­żej.

Duke opusz­kami pal­ców mu­ska moje na­brzmiałe i tak bo­le­śnie lek­ce­wa­żone ciało, gdy w po­miesz­cze­niu roz­brzmiewa gło­śny huk.

- Skąd to? - szep­cze Duke.

Z piw­nicy.

Od­głos do­szedł z piw­nicy.

ROZ­DZIAŁ 3

Fran­kie

- CHO­LERA! TWÓJ OJ­CIEC! - Duke od­ska­kuje ode mnie, jakby użą­dliła go osa.

Ze­ska­kuję z blatu i po­spiesz­nie kie­ruję go do wyj­ścia, pod­czas gdy w mo­jej piersi pło­nie strach.

- Przy­kro mi, może in­nym ra­zem. Pójdę spraw­dzić, co z moim tatą.

- To... chyba zo­ba­czymy się ju­tro... w szkole - mówi, a w jego gło­sie roz­brzmiewa wy­raźne roz­cza­ro­wa­nie.

- Tak. Ju­tro. W szkole - mam­ro­czę, otwie­ra­jąc se­rię zam­ków.

W re­kor­do­wym cza­sie otwie­ram drzwi. Duke wy­cho­dzi na be­to­nowy ga­nek i za­czyna pi­sać coś na te­le­fo­nie. Je­stem pewna, że już wy­syła wia­do­mość do ko­lej­nej - być może bar­dziej chęt­nej - dziew­czyny na swo­jej tra­sie do­star­cza­nia za­ku­pów. Szcze­rze chcia­ła­bym, żeby mnie to obe­szło, lecz albo tak bar­dzo stłu­mi­łam tę część sie­bie, że te­raz nie po­tra­fię jej już od­na­leźć, albo w ogóle ni­gdy jej w so­bie nie mia­łam.

Uśmie­cham się i pa­mię­tam, by wy­glą­dać na roz­cza­ro­waną, pod­czas gdy je­dyne, czego tak na­prawdę pra­gnę, to krzy­czeć, by ucie­kał i ra­to­wał ży­cie.

Ale tego nie ro­bię. Cze­kam. Mu­szę cze­kać.

I to mnie za­bija.

Duke wci­ska te­le­fon do kie­szeni. Po­syła mi jesz­cze je­den za­bój­czy uśmiech, po czym lekko ca­łuje mnie w usta i wy­ciąga rękę, by klep­nąć mnie w ty­łek. Na kilka se­kund za­trzy­muje wzrok na moim ciele.

Wsia­daj już do tego pie­przo­nego wozu.

Cier­pli­wie cze­kam z czymś, co - mam na­dzieję - wy­gląda jak uśmiech na mo­jej twa­rzy, aż ty­łem zej­dzie ze schod­ków i nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzroku, ru­szy do kra­węż­nika, przy któ­rym stoi jego prius. Na sa­mo­cho­dzie wid­nieje to samo logo Grub­Train, co na jego czapce i ko­szulce. Prze­kręca czapkę, po czym wsiada do środka i włą­cza sil­nik. Wtedy opusz­cza szybę.

- Do wi­dze­nia, Sa­rah - mówi, ma­cha­jąc do mnie ręką. Spo­sób, w jaki "Sa­rah" le­ni­wie spływa z jego ide­al­nie wy­kro­jo­nych ust, spra­wia, że nie­mal chcia­ła­bym, by było to moje praw­dziwe imię.

Nim jego sa­mo­chód znika za za­krę­tem, włą­czam na te­le­fo­nie apli­ka­cję mo­ni­to­ringu i oglą­dam czar­no­białe na­gra­nie z piw­nicy. Na­tych­miast do­strze­gam, że je­den z mo­ni­to­rów mo­jego kom­pu­tera leży na pod­ło­dze. Krze­sło spo­czywa prze­wró­cone na boku.

Pró­buję zde­cy­do­wać, czy po­win­nam chwy­cić spa­ko­waną wcze­śniej torbę, którą za­ko­pa­łam na placu po prze­ciw­nej stro­nie ulicy, czy może zo­sta­wić ją i po pro­stu wsiąść w na­stępny au­to­bus do Ba­nyan Cay. Wtedy wi­dzę na wy­świe­tla­czu Izzy. Gruby kot w ca­łej swo­jej czar­no­bia­łej glo­rii le­ni­wie prze­cha­dza się po mo­jej kla­wia­tu­rze.

Ja­kimś spo­so­bem mu­siała do­stać się do środka przez okienko w piw­nicy. Przy­po­mi­nam so­bie, żeby spraw­dzić tam za­mek i oka­blo­wa­nie ochrony.

Po­chy­lam się i kładę dło­nie na ko­la­nach, czu­jąc, że je­stem bli­żej ataku serca niż kie­dy­kol­wiek przez te wszyst­kie lata.

Opa­dam tył­kiem na be­ton i opie­ram na ko­la­nach głowę.

Jak długo jesz­cze dam radę tak żyć?

Praw­do­po­dob­nie nie­zbyt długo.

Kilka mi­nut trwa, nim w końcu do­cho­dzę do sie­bie na tyle, żeby wstać. Pod­no­szę się i na­gle ogar­nia mnie to samo pa­lące uczu­cie co wcze­śniej. Gwał­tow­nie pod­no­szę głowę i tym ra­zem do­strze­gam ko­goś, kto zdaje się tu nie pa­so­wać.

Po dru­giej stro­nie ulicy do­strze­gam męż­czy­znę, czę­ściowo ukry­tego za swoim du­żym, czar­nym mo­to­cy­klem. Jego wy­rzeź­bione i wy­ta­tu­owane bi­cepsy się na­pi­nają, gdy robi coś przy sze­ro­kiej czar­nej opo­nie.

Jakby wie­dział, że na niego pa­trzę, nie­zna­jomy wy­gląda zza opony. Przy­ła­pał mnie. Nie ucie­kam, ale też nie mogę od­wró­cić wzroku.

Wszystko w nim jest ciemne - od dłu­gich do ra­mion wło­sów po czarne ubra­nie. Za­rost na jego twa­rzy jest czymś po­mię­dzy szcze­ciną a brodą, dłuż­szy, cho­ciaż krótki po bo­kach.

Z gnie­wem ściąga brwi i do­ciera do mnie, że to nie na mnie pa­trzy, a na swój mo­tor.

To po pro­stu fa­cet, który na­pra­wia mo­tor. Nie przy­szedł tu po cie­bie. Idź spać, Fran­kie. Po­trze­bu­jesz pie­przo­nego snu.

Nie­zna­jomy rzuca na zie­mię klucz, który gło­śno od­bija się od be­tonu. Na­wet po dru­giej stro­nie ulicy do­biega mnie jego pełne fru­stra­cji wark­nię­cie. Wtedy pod­nosi się z ko­lan i wstaje.

Wow.

Jest duży. Nie cho­dzi tylko o jego ciało, ale i o oso­bo­wość. Przy­wo­dzi na myśl strze­li­sty wie­żo­wiec, który rzuca nie­koń­czący się cień. Dłu­gim i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zmie­rza na sta­cję ben­zy­nową, a z każ­dym stąp­nię­ciem bu­tów zdaje się za­gar­niać wszyst­kie pęk­nię­cia w as­fal­cie. Czarna, ob­ci­sła ko­szulka opina jego na­prę­żone mię­śnie klatki pier­sio­wej i ra­mion. Je­ansy wi­szą mu ni­sko na bio­drach, uka­zu­jąc do­sko­nałą krą­głość jego po­ślad­ków. W war­gach nie­dbale tkwi nie­za­pa­lony pa­pie­ros.

Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam ko­goś ta­kiego jak on. Su­ro­wego. Sil­nego. Nie mogę prze­stać mu się przy­glą­dać. Może dla­tego, że wciąż je­stem na haju, a może dla­tego, że jesz­cze przed chwilą ca­ło­wa­łam się z Du­kiem i da­lej prze­peł­nia mnie po­żą­da­nie. Albo dla­tego, że dzi­siaj spa­ni­ko­wa­łam już po raz trzeci. Tak czy ina­czej, ten męż­czy­zna jest cho­dzą­cym bil­bor­dem z re­klamą prze­ra­że­nia i żą­dzy. Ni­czym bu­rza z pio­ru­nami w ludz­kim wy­da­niu.

Jest piękny.

W uszach roz­brzmie­wają mi słowa ojca sprzed wielu lat.

"Przed męż­czy­znami na­leży się ukry­wać, Fran­kie. Trzeba się ich bać. W naj­lep­szym wy­padku są stwo­rzeni do ma­ni­pu­lo­wa­nia. Bądź ma­ni­pu­la­torką, Fran­kie, a nie ma­ni­pu­lo­waną. Ucie­kaj, za­nim za­py­tasz samą sie­bie, czy po­win­naś. Po­znaj, czego chcą, po wy­ra­zie ich oczu, a nie po sło­wach, ja­kie wy­cho­dzą z ich ust".

Męż­czy­zna wy­cho­dzi z warsz­tatu. Pod­nosi jedną nogę i z ła­two­ścią okra­kiem siada na mo­to­rze. Ma­szyna z hu­kiem bu­dzi się do ży­cia. Stoję po dru­giej stro­nie ulicy, lecz wi­bra­cje po­ko­nują as­falt i do­cie­rają do mo­ich stóp. Czuję dud­nie­nie w piersi. Pył unosi się nad chod­ni­kiem na do­bre kilka cen­ty­me­trów, a zie­mia pod nim drży.

Męż­czy­zna wy­pro­wa­dza mo­tor z par­kingu i le­d­wie rzu­ca­jąc jedno spoj­rze­nie w moją stronę, od­jeż­dża w prze­ciwną.

Je­stem roz­cza­ro­wana.

Czego niby ocze­ki­wa­łam po tej chwili jed­no­stron­nego za­uro­cze­nia?

Po­cie­ram oczy i uznaję, że za­le­d­wie jedna nie­prze­spana noc dzieli mnie od wy­my­śla­nia so­bie związ­ków z ce­le­bry­tami. Już sły­szę do­nie­sie­nia w wia­do­mo­ściach.

Młoda ko­bieta zo­stała dzi­siaj aresz­to­wana w domu Sama Hunta pod za­rzu­tem wła­ma­nia. Miała przy­wi­dze­nia i upie­rała się, że jest jego żoną. Bez­u­stan­nie krzy­czała: "A co z dziećmi?", aż do chwili, kiedy w końcu poj­mała ją po­li­cja. Pan Hunt, nie­po­sia­da­jący dzieci, oświad­czył, że nie zna ko­biety, cho­ciaż żywi na­dzieję, że ta znaj­dzie i otrzyma po­moc, któ­rej wy­raź­nie po­trze­buje.

Ryk mo­to­cy­kla nik­nął w od­dali. We­szłam do domu, za­mknę­łam wszyst­kie zamki i do­piero kiedy wie­dzia­łam, że jest bez­piecz­nie, ru­szy­łam do kuchni po ba­ton pro­te­inowy. Kiedy już się po­si­li­łam, ze­szłam do piw­nicy, by osza­co­wać straty. Na szczę­ście po­obi­jany mo­ni­tor na­dal dzia­łał. Sprzą­tam resztę ba­ła­ganu, po czym pa­trzę na Izzy, która czmych­nęła z po­wro­tem za okno. Pró­buję je za­mknąć, ale ha­czyk nie chce trzy­mać. Szkło jest roz­trza­skane.

A mimo to nie roz­legł się alarm?

Spraw­dzam oka­blo­wa­nie wo­kół okna i wi­dzę, że zo­stało prze­gry­zione. Cho­lerny kot. Roz­ci­nam ka­bel i skrę­cam ze sobą we­wnętrzne prze­wody, po czym przy­bi­jam go do ka­wałka drewna nad oknem.

Za­pa­lam je­den z jo­in­tów od Duke'a, sia­dam przy kom­pu­te­rze, a moje palce za­czy­nają fru­wać nad kla­wia­turą. Przez ja­kiś czas nie będę mo­gła za­snąć, więc rów­nie do­brze mogę po­pra­co­wać.

Po kilku go­dzi­nach te­le­fon za­czyna wi­bro­wać mi na no­gach. Alarm. Je­stem z sie­bie dumna, że tym ra­zem nie pod­sko­czy­łam ze stra­chu. Wy­łą­czam wszystko i idę na górę. Naj­wyż­szy czas, żeby cho­ciaż spró­bo­wać się wy­spać. Jak by nie pa­trzeć, rano idę do szkoły.

Wzdy­cham.

Może i je­stem kłam­czu­chą, ale dzi­siaj po­wie­dzia­łam Duke'owi prawdę.

Wcale aż tak bar­dzo nie lu­bię szkoły.

Nie lu­bi­łam jej też, kiedy ukoń­czy­łam ją po raz pierw­szy.

Cztery lata temu.

ROZ­DZIAŁ 4

Smoke

KAŻ­DEGO RANKA, po­po­łu­dnia czy kie­dy­kol­wiek się tam, kurwa, bu­dzę, pierw­sze, o czym my­ślę, to noc, kiedy w moim ży­ciu prze­stała się li­czyć tylko praca, a za­częła się li­czyć wy­łącz­nie ze­msta. Nie mam żad­nych wąt­pli­wo­ści, że kiedy przyj­dzie mój czas i tra­fię do pie­kła, to wła­śnie wspo­mnie­nie chwili, kiedy zna­la­złem Mor­gan mar­twą na pod­ło­dze, będę prze­ży­wał cią­gle od nowa w nie­koń­czą­cej się pę­tli.

Z dru­giej strony może już je­stem w pie­kle.

Tamta noc mnie zmie­niła. Spra­wiła, że sta­łem się tward­szy. Bar­dziej okrutny. Bar­dziej nie­czuły niż kie­dy­kol­wiek.

Poza gnie­wem. Gniew od­czu­wam bez żad­nego pro­blemu.

Ryk klak­sonu przy­wraca mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Je­stem wdzięczny za od­wró­ce­nie uwagi, do­póki nie do­strze­gam we wstecz­nym lu­sterku ja­kie­goś gnojka, który wy­rzuca ręce w po­wie­trze, jak­bym go blo­ko­wał, pod­czas gdy par­kuję przy kra­węż­niku, a na dro­dze nie ma na­wet jed­nego pie­przo­nego sa­mo­chodu.

Wy­sta­wiam za okno vana ulu­biony pa­lec. Ni­g­dzie się nie ru­szam.

Gno­jek po­trząsa głową i ma­new­ruje swoją mazdą, krę­cąc kie­row­nicą jedną ręką nad drugą, jakby pro­wa­dził ja­kąś wielką cię­ża­rówkę.

Za­trzy­muje się obok mnie, blo­ku­jąc mi wi­dok na dom, który ob­ser­wuję od ty­go­dni, i otwiera okno po stro­nie pa­sa­żera. Krzy­czy coś do mnie, ale nie wiem co, bo go, kurwa, nie słu­cham.

Skur­wiel musi znik­nąć.

Pod­no­szę rękę, jak­bym chciał go prze­pro­sić, lecz chwy­tam broń z kon­soli i przy­kła­dam ją do otwar­tego okna.

Uśmie­cham się.

To za­ła­twia sprawę. Jedno spoj­rze­nie wy­star­cza, by gno­jek wci­snął pe­dał gazu i za­ha­czyw­szy o chod­nik, od­je­chał swoją małą de­sko­rolką.

Od­kła­dam broń, po czym się po­chy­lam i otwie­ram scho­wek na rę­ka­wiczki. Ma­cam, aż w końcu znaj­duję to, czego szu­kam. Pro­stuję się, otwie­ram bu­te­leczkę i wy­sy­puję dwie ta­bletki, które za­raz po­ły­kam, po­pi­ja­jąc whi­skey z bu­telki.

Ad­de­rall.

Po­trze­buję go, szcze­gól­nie dzi­siaj. Wie­lo­ty­go­dniowa ob­ser­wa­cja domu wcale nie jest do­bra dla umy­słu, który ma skłon­ność do dry­fo­wa­nia w prze­szło­ści, gdy nie kon­cen­truje się na tym, co się obec­nie dzieje. Ad­de­rall po­maga mi się sku­pić, kiedy my­ślę o zbyt wielu rze­czach na­raz. Poza tym daje lep­szy i w chuj dłuż­szy haj niż koka.

Je­dyna rzecz, która trzyma mnie tu­taj, w tym va­nie na bez­i­mien­nej ulicy w Ba­nyan Cay - oprócz zrów­no­wa­żo­nej diety na ba­zie whi­skey i po­chod­nych am­fe­ta­miny - to ze­msta.

Frank Hel­burn zgi­nie z mo­jej ręki.

Kiedy tylko go, kurwa, znajdę.

Ni­gdy nie szu­ka­łem ko­goś przez bity rok. Od­naj­dy­wa­nie lu­dzi, ści­ga­nie ich to praca, za którą do­staję w cho­lerę kasy. Za­zwy­czaj po­tra­fię wy­tro­pić czło­wieka w kilka go­dzin, naj­dłu­żej w kilka dni.

Ni­gdy jed­nak w rok.

Może i nie zna­la­złem Franka, ale od­na­la­złem ko­goś rów­nie do­brego.

Jego córkę.

Fran­ces Hel­burn, na­zwana po swoim ża­ło­snym ojcu skur­wielu, Franku, używa te­raz na­zwi­ska Sa­rah Jack­son.

Ma nędzne ży­cie. Po­waż­nie, suka nie­mal nie wy­cho­dzi z domu. Jak za­uwa­ży­łem, nie ma żad­nych przy­ja­ciół, oczy­wi­ście poza tym skur­wy­sy­nem o krę­co­nych wło­sach, który wy­gląda, jakby do­piero za­czął się go­lić. Cho­ciaż Fran­ces mo­głaby sama ukry­wać brodę pod tymi wło­sami, wiecz­nie wi­szą­cymi jej na twa­rzy. Dziwi mnie, że udaje jej się co­dzien­nie do­trzeć do szkoły, nie wpa­da­jąc pod ża­den sa­mo­chód.

Za­uwa­żyła mnie dzi­siaj po dru­giej stro­nie ulicy. Po­czu­łem, jak na mnie pa­trzy. Uda­wa­łem, że na­pra­wiam coś przy mo­to­rze, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści do­piero co wy­bie­głem z jej domu po tym, jak wła­ma­łem się do piw­nicy. Nie zdą­ży­łem wsu­nąć na­wet jed­nej nogi przez okno, gdy ja­kiś tłu­sty kot wy­sko­czył z ciem­no­ści obok mnie, prze­wra­ca­jąc po dro­dze ja­kieś graty.

Niech szlag trafi tego kota.

Nie mia­łem czasu po­szu­kać ja­kich­kol­wiek wska­zó­wek co do tego, gdzie może się ukry­wać Frank. Cier­pli­wość nie jest moją mocną stroną. Po­szu­ki­wa­nie Franka Hel­burna te­stuje moje gra­nice. Znów sta­wa­łem się nie­spo­kojny. Przy­po­mi­nam so­bie swój cel i to, jak słodki bę­dzie wi­dok jego roz­le­wa­ją­cej się krwi.

Na chwilę czy dwie się roz­luź­niam.

Cóż, roz­luź­niam się na tyle, ile mogę.

Strze­lam kost­kami, a po­tem kar­kiem. Wy­cią­gam te­le­fon i otwie­ram plik, który Griff wy­słał mi kilka ty­go­dni temu. Są w nim tylko dwa zdję­cia, a na jed­nym z nich jest Frank i jego córka. Samo zdję­cie po­cho­dzi sprzed kilku lat i jest roz­ma­zane jak dia­bli. Nie wi­dzę u Fran­ces żad­nych zna­ków szcze­gól­nych, ale z dru­giej strony zdję­cie jest tak znie­kształ­cone, że nie wiem na­wet, czy się na nim uśmie­cha, czy nie. Do­strze­gam tylko ciemne włosy i dziw­nie bursz­ty­nowe oczy, co rów­nież świad­czy o ja­ko­ści fo­to­gra­fii.

Może i ni­gdy nie wi­dzia­łem jej twa­rzy, lecz kiedy by­łem po dru­giej stro­nie ulicy, po­czu­łem, jak przy­gląda mi się z za­in­te­re­so­wa­niem. Kiedy zaś ką­tem oka do­strze­głem, jak roz­luź­nia ra­miona, wie­dzia­łem, że zdjęła mnie z li­sty moż­li­wego za­gro­że­nia. Uśmie­cham się do sie­bie.

Zły ruch, mała.

Dru­gie zdję­cie jest ziar­ni­stym ka­drem z na­gra­nia z mo­ni­to­ringu przed­sta­wia­ją­cym Franka Hel­burna opusz­cza­ją­cego krwawą łaź­nię w domu Mor­gan. Czuję na­ra­sta­jący we mnie gniew, który do­sięga gar­dła - po­zo­staje w nim, dła­wiąc mnie nie­prze­rwa­nie od tam­tej pie­przo­nej nocy.

Mój te­le­fon za­czyna dzwo­nić i krzy­wię się, wi­dząc na­zwi­sko na wy­świe­tla­czu. Od­bie­ram bez po­zdro­wie­nia, ale Griff to Griff - on nie po­trze­buje po­wi­tań. Fa­cet gada za nas dwóch.

- Żad­nego śladu na­szego Franka? - pyta, mó­wiąc tak szybko, jakby ktoś wci­snął mu na ustach gu­zik prze­wi­ja­nia. Jego głos jest no­sowy. Wy­soki. I ję­kliwy. Każde jego słowo brzmi, jakby na­rze­kał, cho­ciaż wcale tak nie jest. Już nie mogę się do­cze­kać, aż skoń­czę tę ro­botę, że­bym nie mu­siał go sły­szeć, kurwa, co­dzien­nie.

- Żad­nego - po­twier­dzam. - Tylko dziew­czyna i oka­zjo­nal­nie ja­kiś piz­duś z do­stawą.

Griff na wpół wzdy­cha, na wpół war­czy.

- Cóż, Frank nie jest tak do­bry w za­cie­ra­niu za sobą śla­dów, za ja­kiego się uważa. Ze­szłej nocy mój sio­strze­niec, Leo, wy­ła­pał kilka z nich w od­mę­tach sieci, do któ­rych tylko nie­liczni wie­dzą, jak do­trzeć. Na­dal ha­kuje. Na­dal wy­ko­nuje za­da­nia. Leo go te­raz tropi. Może i nie ma go tam ra­zem z córką, ale go znaj­dziemy. I to wkrótce.

- Będę da­lej ob­ser­wo­wał dom. Je­śli się tu zjawi, do­wiem się o tym - od­po­wia­dam. Zgod­nie z prawdą: ni­komu ni­gdy nie udało się prze­mknąć obok mnie i ni­gdy tak się nie sta­nie. - Ale my­ślę, że naj­wyż­szy czas spraw­dzić, jak bar­dzo Frank Hel­burn ko­cha swoją córkę.

- My­ślę, że mo­żesz mieć ra­cję - zga­dza się Griff.

Pa­trzę za okno na po­grą­żony w ciem­no­ści dom. Włą­czam gło­śnik w te­le­fo­nie.

- Po­rwij ją - mówi Griff. Jego głos ob­niża się wraz z in­ten­syw­no­ścią, ja­kiej na­bie­rają jego słowa, a pod­eks­cy­to­wa­nie jest te­raz bar­dziej kon­tro­lo­wane. Mrocz­niej­sze. - Po­rwij córkę Franka. Chcę wy­wa­bić tego skur­wiela z ukry­cia. Ode­brał ci Mor­gan i wa­sze dziecko, a mnie ukradł mi­liony. Za­słu­guje na wszystko, co go czeka. - Po­woli wy­pusz­cza z płuc po­wie­trze, pro­sto do słu­chawki, co wy­wo­łuje szum. - Musi za to za­pła­cić. - Po­now­nie od­dy­cha głę­boko. - A po­tem musi ZA­PŁA­CIĆ.

Nie od­po­wia­dam, ale Griff wie, że się z nim zga­dzam.

- Ciężko wy­do­być z cie­bie wię­cej niż jedno słowo - mówi, w jed­nej chwili zmie­nia­jąc ton z gorz­kiego na roz­ba­wiony. - Lu­bię to w to­bie.

A ja nie lu­bię w to­bie ni­czego.

- Sły­sza­łem, że wró­ci­łeś do pracy w po­je­dynkę - cią­gnie, na­gle zmie­nia­jąc te­mat.

Za­ci­skam zęby. Ten skur­wiel z pew­no­ścią wie, jak mnie wkur­wić.

- Nie twój pie­przony in­te­res, Griff - rzu­cam.

Po raz ty­sięczny wy­glą­dam przez okno. W domu na­dal jest ciemno.

- Ja tylko mó­wię, że mu­sia­łeś być wście­kły, kiedy Rage od­szedł z two­jego ze­społu - mówi Griff, igno­ru­jąc moje ostrze­że­nie.

Na dźwięk tego imie­nia mam ochotę od­wo­łać całą ro­botę.

- Naj­wy­raź­niej fa­cet nie był tak lo­jalny, jak my­śla­łeś.

Griff po­wie­dział "fa­cet". Mój gniew mija. Gość naj­wy­raź­niej nie wie, kim jest Rage, nie mó­wiąc już o tym, do czego ONA jest zdolna.

Roz­luź­niam uchwyt na kie­row­nicy.

- Griff, może i mamy tego sa­mego wroga, ale nie myśl, że dzięki temu je­ste­śmy przy­ja­ciółmi.

- I do­brze, bo z pierw­szej ręki wiem, co się przy­tra­fia twoim przy­ja­cio­łom - od­po­wiada prze­cią­gle.

Roz­łą­czam się i od­rzu­cam te­le­fon na sie­dze­nie pa­sa­żera, po czym za­ci­śniętą pię­ścią ude­rzam w kie­row­nicę.

Gdyby Griff stał przede mną, udu­sił­bym go tu i te­raz.

Skur­wiel uważa, że jest nie­ty­kalny - i do pew­nego stop­nia tak jest. Przez ostat­nie kilka lat jego or­ga­ni­za­cja znacz­nie się roz­ro­sła, ale fa­cet da­lej jest fra­je­rem, który uwiel­bia roz­pra­wiać o swo­ich osią­gnię­ciach, przez co jego rządy mają datę waż­no­ści. Na­wet naj­lep­sza or­ga­ni­za­cja na świe­cie nie ochroni li­dera, który bez końca miele ozo­rem.

W moim świe­cie długi ję­zor może za­fun­do­wać ci wieczną drzemkę.

Dłu­gie ży­cie idzie w pa­rze z umie­jęt­no­ścią mil­cze­nia. Daję Grif­fowi rok, za­nim ktoś mi za­płaci, bym po­słał go do grobu. Ze wszyst­kich lu­dzi na świe­cie to wła­śnie on mu­siał być tym, który od­krył, że to Frank od­po­wia­dał za rzeź­nię, jaka miała miej­sce w domu Mor­gan.

W sy­pialni dziew­czyny za­pala się świa­tło i pa­trzę, jak za oknem prze­suwa się jej cień.

Nie wiem, czy to przez po­trzebę ze­msty, czy przez roz­mowę z Grif­fem, ale moja cier­pli­wość się koń­czy. Po­dob­nie jak wol­ność tej dziew­czyny.

Dłu­żej nie cze­kam.

Fran­ces Hel­burn jest moja.

***

Zmie­ni­łem sa­mo­chód i ubra­nie. Te­raz sie­dzę przed szkołą i pa­trzę na scho­dzą­cych się uczniów.

Fran­ces wcho­dzi do bu­dynku jako jedna z ostat­nich.

Ma na so­bie ten sam mun­du­rek, który nosi każ­dego dnia. Pro­sta spód­nica w szkocką kratę, ko­szula i swe­ter. Je­śli głów­nym po­wo­dem no­sze­nia mun­dur­ków jest za­po­bie­ga­nie nad­mier­nej eks­po­zy­cji ciała, to ta szkoła od­nio­sła nie­wąt­pliwy suk­ces, gdyż jej strój jest do­bre trzy roz­miary na nią za duży i wisi na niej ni­czym bez­kształtny wór. Na­wet jej skar­pety są nie­do­rzeczne. Mają ko­lor głę­bo­kiej zie­leni i się­gają jej wy­soko, nie­mal do sa­mych ko­lan, cho­ciaż kiedy idzie, jedna nie­ustan­nie opada jej do kostki. Pod swe­trem dziew­czyna ma czarną ko­szulę z koł­nie­rzy­kiem. Idzie zgar­biona, ukry­wa­jąc nie tylko twarz, ale też ja­kie­kol­wiek oznaki tego, że ma cycki.

Nie ukry­jesz się przede mną, Fran­ces. Na­wet pod tymi wszyst­kimi wor­ko­wa­tymi ubra­niami. Wi­dzę cię. Wi­dzę cię i idę po cie­bie.

Fran­ces po­tyka się na chod­niku i upusz­cza książkę. Po­chyla się, by ją pod­nieść, a ja przez mo­ment do­strze­gam za­rys do­sko­nale krą­głych po­ślad­ków le­d­wie okry­tych czer­wo­nymi fi­gami.

Czer­wone, tak? A to nie­spo­dzianka.

Przez chwilę wy­obra­żam so­bie, co mógł­bym zro­bić z tymi po­ślad­kami, kiedy przy­po­mi­nam so­bie, do kogo na­leżą. Fran­ces jest dziwna i jak wi­dzę, ko­ści­sta.

Bez­kształtna.

Gówno mnie ob­cho­dzi, ja­kiego ko­loru są ko­biece oczy lub włosy, lecz ko­biety, które lu­bię pie­przyć, wy­glą­dają jak... cóż, ko­biety. Cycki. Bio­dra. Usta.

Dzi­siaj Fran­ces wy­daje się cięż­sza od po­zo­sta­łych dziew­czyn tło­czą­cych się przy wej­ściu do szkoły. Nie cho­dzi o ciało - nie może wa­żyć wię­cej niż pięć­dzie­siąt pięć kilo - lecz cięż­sza w sen­sie... zmar­twiona.

Nie żeby to miało ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie.

Nie mój cho­lerny pro­blem.

Mam za­miar na­ro­bić za­mie­sza­nia i po raz pierw­szy od dawna je­stem pod­eks­cy­to­wany. Na­bu­zo­wany.

Go­towy.

Fran­ces się za­trzy­muje. Pa­trzy przez ra­mię i roz­gląda się po par­kingu, aż jej wzrok pada na mnie. Nie­ru­cho­mieje, po czym od­wraca głowę w bok. Na­gle roz­brzmiewa dzwo­nek, na co otwiera drzwi i znika we wnę­trzu bu­dynku. Mu­szę jej to przy­znać: jest mą­dra. Nie­wy­star­cza­jąco, by mnie zgu­bić, ale wszy­scy, któ­rych z Grif­fem za­trud­ni­li­śmy, by od­na­leźli jej ojca, nie zna­leźli też jej.

Te­raz wiem dla­czego.

Wszy­scy szu­kali Fran­ces Hel­burn. Ko­biety w wieku około dwu­dzie­stu lat. Za­miast niej zna­leźli osiem­na­sto­let­nią uczen­nicę szkoły ka­to­lic­kiej o na­zwi­sku Sa­rah Jack­son.

Ukry­wała się na pie­przo­nym wi­doku. Ze wszyst­kich moż­li­wych miejsc wy­brała szkołę. Sprytne.

Ale nie­do­sta­tecz­nie.

Otwie­ram drzwi i wy­sia­dam na­prze­ciwko szkoły, pro­sto w ośle­pia­jące słońce.

Jej plan był przy­zwo­ity, póki trwał, te­raz jed­nak z nim ko­niec.

Fran­ces Hel­burn za­raz się do­wie, że nie jest wcale taka sprytna, jak się jej wy­da­wało.

ROZ­DZIAŁ 6

Fran­kie

DY­REK­TOR GRE­GORY wsuwa głowę do klasy pod­czas mo­ich za­jęć z matmy i chrząka ci­cho.

Pan Tim­ball prze­rywa lek­cję geo­me­trii, za­mie­ra­jąc przy ta­blicy z mar­ke­rem w ręce, i unosi brew w mil­czą­cym: Czego pani chce?

- Mu­szę po­roz­ma­wiać z Sa­rah Jack­son - od­po­wiada dy­rek­torka, roz­glą­da­jąc się po ław­kach, aż w końcu do­strzega mnie na końcu klasy. Pa­trzy mi pro­sto w oczy. - Te­raz.

Czuję, jak spoj­rze­nia wszyst­kich do­okoła wwier­cają się we mnie, gdy wstaję i ru­szam na przód po­miesz­cze­nia. Trzy­dzie­ści głów ob­raca się zgod­nie, a oczy po­ru­szają się syn­chro­nicz­nie, ni­czym w kli­pie z lat osiem­dzie­sią­tych.

- Weź swoje rze­czy - mówi Gre­gory, wi­dząc moje pu­ste ręce.

Krótko ki­wam głową. Na­kaz za­bra­nia rze­czy ozna­cza, że co­kol­wiek czeka na mnie w jej ga­bi­ne­cie, zaj­mie tro­chę czasu, i że nie wrócę dzi­siaj na za­ję­cia... przy­naj­mniej nie na te.

Ogar­nia mnie złe prze­czu­cie, mrowi mnie skóra na karku, cho­ciaż nie przez te wszyst­kie oczy, które wpa­trują się w każdy mój ruch. To strach, który gro­ma­dzi się we mnie wraz z uczu­ciem, że wkrótce wszystko się zmieni.

Znów.

Chwy­tam ple­cak i książki, sta­ra­jąc się do­my­ślić, o co zwią­za­nego ze szkołą może cho­dzić, ale nic nie przy­cho­dzi mi do głowy.

Po raz drugi idę na przód klasy, w któ­rej oprócz dźwięku mo­ich czar­nych bez­kształt­nych bu­tów su­ną­cych po pod­ło­dze roz­lega się je­dy­nie od­głos stu­ka­nia ołów­kiem o ławkę i pę­ka­nia ba­lo­nów z gumy.

Dy­rek­tor Gre­gory przy­trzy­muje dla mnie otwarte drzwi, po czym ru­szam za nią z opusz­czoną głową i dłu­gimi wło­sami za­kry­wa­ją­cymi moją twarz ni­czym tar­cza.

Po­zwala mi pierw­szej wejść do swo­jego ga­bi­netu i do­piero kiedy no­gami do­ty­kam jed­nego z dwóch krze­seł przed jej biur­kiem, pod­no­szę wzrok i do­strze­gam sto­ją­cego przy oknie, od­wró­co­nego do mnie ple­cami po­li­cjanta. Ko­lo­rowe ta­tu­aże po­kry­wają każdy cen­ty­metr jego rąk, a dłu­gie włosy ma zwią­zane w ku­cyk na karku, tuż pod kra­wę­dzią czapki. Mam wra­że­nie, że skądś go znam, ale może to tylko déja vu.

Mimo to za­czy­nam się roz­luź­niać. Nie mam żad­nych pro­ble­mów z po­li­cją. A przy­naj­mniej nie ta­kich, o któ­rych po­li­cja mo­głaby wie­dzieć. W ja­kiej­kol­wiek spra­wie zja­wił się tu­taj ten funk­cjo­na­riusz, to z pew­no­ścią ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie.

Może cho­dzi o któ­re­goś z mo­ich są­sia­dów. Po jed­nej stro­nie mo­jego domu mie­ści się me­lina nar­ko­ma­nów, a po dru­giej stro­nie mieszka para, która kłóci się ze sobą dzień i noc - krzy­czą wię­cej, niż ze sobą roz­ma­wiają.

Praw­do­po­dob­nie jedno za­biło dru­gie i te­raz służby szu­kają świad­ków. I nie mam żad­nych kło­po­tów.

A przy­naj­mniej taką mam na­dzieję.

- Zo­sta­wię was, by­ście mo­gli omó­wić tę sprawę - oświad­cza dy­rek­torka, przy­po­mi­na­jąc mi o swo­jej obec­no­ści. - Będę tu­taj, żeby was od­pro­wa­dzić. - Po­syła mi uśmiech zza za­ci­śnię­tych ust. Prze­pro­siny.

Po­li­cjant czeka, aż Gre­gory za­mknie za sobą drzwi, i do­piero wtedy się do mnie od­wraca. W jed­nej chwili roz­po­znaję w nim męż­czy­znę z warsz­tatu. Tyle że te­raz wy­raź­niej wi­dzę jego twarz. Jego lśniące ciemne oczy. Bli­znę nad pra­wym okiem. In­try­guje mnie w ten sam spo­sób co za pierw­szym ra­zem, kiedy go do­strze­głam.

Po­li­cjant wsuwa kciuki za pa­sek i uśmie­cha się drwiąco. Od­po­wia­dam uśmie­chem, który jed­nak znika, gdy męż­czy­zna od­zywa się chra­pli­wym gło­sem:

- Wi­taj, Fran­kie.

Moje serce za­miera. Moja krew zmie­nia się w lód. Nie mogę prze­łknąć. Nie mogę od­dy­chać.

Użył mo­jego praw­dzi­wego imie­nia. Użył mo­jego praw­dzi­wego pie­przo­nego imie­nia.

Upusz­czam książki na pod­łogę i rzu­cam się w stronę drzwi. Otwie­ram usta do krzyku, lecz za­nim do­bywa się z nich ja­ki­kol­wiek dźwięk, obcy do­ska­kuje do mnie i za­tyka mi usta dło­nią tak dużą, że za­krywa pół mo­jej twa­rzy. Od­ciąga mnie od drzwi, pod­czas gdy na­dal wy­cią­gam rękę w stronę klamki, od­da­la­ją­cej się ode mnie z każ­dym jego kro­kiem w tył. Łzy na­pły­wają mi do oczu, za­równo ze stra­chu, jak i z po­wodu za ma­łej ilo­ści wdy­cha­nego tlenu.

My­śli mie­szają mi się w gło­wie i obi­jają o czaszkę, gdy mój puls gwał­tow­nie ro­śnie, i co­raz bar­dziej kręci mi się w gło­wie.

- Krzyk­nij, a umrzesz - ostrzega mnie, a jego głę­boki głos prze­nika moje ko­ści. - Wy­daj z sie­bie ja­ki­kol­wiek dźwięk, a umrzesz. Wkurz mnie, a, kurwa, umrzesz.

Coś twar­dego wbija mi się w dolną część ple­ców. Wy­star­czy jedno spoj­rze­nie w ga­blotę z flagą Sta­nów Zjed­no­czo­nych nad biur­kiem dy­rek­tor Gre­gory, bym wie­działa, że to broń.

To nie może się dziać. Nie te­raz. Jesz­cze nie. Mu­szę do­trzy­mać obiet­nic. Mu­szę do­koń­czyć pewne sprawy.

Za­czy­nam się wy­ry­wać, lecz tylko moc­niej przy­ci­ska mnie do swo­jej sze­ro­kiej, twar­dej piersi. Cią­gnie moje ra­mię i jedną ręką skuwa mi je za ple­cami, pod­czas gdy drugą cały czas mocno za­ci­ska na mo­ich ustach. Od­su­wam od niego nad­gar­stek, lecz szybko cią­gnie za dru­gie ra­mię i za­kuwa moje wy­krę­cone na plecy ręce w kaj­danki.

Przy­suwa usta do mo­jego ucha. Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam szeptu, który niósłby ta­kie ostrze­że­nie.

- Mo­żesz wyjść stąd ze mną PO CI­CHU i bez żad­nych in­cy­den­tów albo mo­żesz za­cząć krzy­czeć i wzy­wać po­mocy. Tak czy ina­czej, wyj­dziesz ze mną z tej szkoły. Pierw­szy spo­sób jest szybki i ła­twy. Ni­komu nie dzieje się krzywda. Drugi sprawi, że będę strze­lał po dro­dze. Wielu ucierpi. Twój wy­bór, dia­blico. Ro­zu­miesz? - pyta.

Kiedy nie od­po­wia­dam, szar­pie za kaj­danki, od­su­wa­jąc mnie od ściany.

- Ro­zu­miesz?

Ki­wam głową, zbyt prze­stra­szona, by co­kol­wiek po­wie­dzieć. Groźba tego fa­ceta jest rów­nie praw­dziwa jak to, że niebo jest dzi­siaj błę­kitne.

- Idziemy - mówi, cią­gnąc mnie w stronę drzwi.

Ko­lana się pode mną ugi­nają i czuję, że za­czy­nam się osu­wać na zie­mię. Męż­czy­zna nie za­mie­rza na to po­zwo­lić i nim ude­rzam o pod­łogę, szar­pie mną do góry.

- Idź - na­ka­zuje, po­py­cha­jąc mnie przed sobą.

Ma mnie. Ma mnie w gar­ści i nie mam in­nego wy­boru, niż mu się pod­po­rząd­ko­wać. Wy­klu­czone, że­bym po­zwo­liła mu skrzyw­dzić nie­win­nych lu­dzi, kiedy naj­wy­raź­niej przy­szedł tu­taj tylko po mnie. Drzwi się otwie­rają i na­gle jego dłoń znika z mo­ich ust. Łap­czy­wie chwy­tam haust po­wie­trza, do­star­cza­jąc do płuc upra­gniony tlen.

Za drzwiami stoi dy­rek­tor Gre­gory. Pa­trzy naj­pierw na moją po­krytą łzami twarz, a po­tem na krę­pu­jące mnie za ple­cami kaj­danki.

- Panno Jack­son, czy mam do ko­goś za­dzwo­nić? - pyta. - Może do ojca?

Męż­czy­zna ostrze­gaw­czo za­ci­ska dłoń na moim ra­mie­niu.

- To nie bę­dzie ko­nie­czne - od­po­wiada za mnie. - Jej oj­ciec już czeka na nas w ko­mi­sa­ria­cie.

Dy­rek­tor Gre­gory kiwa głową ze zro­zu­mie­niem, z ła­two­ścią wie­rząc w to kłam­stwo. Rzuca mi współ­czu­jące spoj­rze­nie, po czym pro­wa­dzi nas przez hall. Ucznio­wie roz­stę­pują się przed nami ni­czym Mo­rze Czer­wone, by po­zwo­lić nam przejść. Nie wiem, co we­dług niej mu­sia­łam zro­bić, by za­słu­żyć na aresz­to­wa­nie, ale to ostat­nie z mo­ich zmar­twień.

Wbi­jam wzrok w pod­łogę. Gdzieś za mną roz­le­gają się szepty i ci­chy śmiech. Wy­cho­dzimy przez szklane główne drzwi, a dy­rek­tor Gre­gory idzie za nami do za­par­ko­wa­nego przy kra­węż­niku sa­mo­chodu.

- Niech twój oj­ciec do mnie za­dzwoni - mówi z ta­kim smut­kiem w gło­sie, że czuję, jak­bym to ja po­winna ją po­cie­szać.

Fał­szywy glina wpy­cha mnie na sie­dze­nie ra­dio­wozu i za­trza­skuje drzwi. Da­lej mil­czę.

- Hej! Do­kąd ją pan za­biera? Co się stało? Co się tu­taj, do cho­lery, dzieje? - roz­brzmiewa czyjś krzyk.

Za­mie­ram, roz­po­zna­jąc głos Duke'a.

Nie, nie, nie, po­wta­rzam w my­ślach.

Ką­tem oka pa­trzę przez za­słonę wło­sów. Dy­rek­tor Gre­gory kła­dzie dłoń na piersi Duke'a, po­wstrzy­mu­jąc go, żeby nie pod­szedł bli­żej, po czym kręci głową i kie­ruje go z po­wro­tem do szkoły.

- Sa­rah! - woła Duke przez ra­mię. - Sa­rah!

Nie od­zy­wam się, gdy sa­mo­chód od­jeż­dża spod szkoły.

Z mo­jego ży­cia.

Nie jest to praw­dziwe ży­cie, ale to wszystko, co mam.

MIA­ŁAM.

Nie tylko moje ży­cie się skoń­czyło.

Mil­cze­niem mo­głam ura­to­wać ży­cie lu­dzi w szkole, ale je­śli nie do­koń­czę pracy, zginą inni.

Po­zo­staje tylko py­ta­nie: jak wielu?

ROZ­DZIAŁ 7

Fran­kie

UDAJĘ, ŻE PŁA­CZĘ, bu­cząc gło­śno, ję­cząc i po­cią­ga­jąc no­sem, by bru­tal na przed­nim sie­dze­niu nie sły­szał, co tak na­prawdę ro­bię - otwie­ram za­mek kaj­da­nek spi­na­czem, który za­wsze trzy­mam wpięty w rę­kaw swe­tra.

Wie­dzia­łam, że mój ko­niec się zbliża, lecz to nie zna­czy, że się do niego nie przy­go­to­wy­wa­łam.

Mój po­ry­wacz nie wy­daje się roz­draż­niony ha­ła­sem, jaki ro­bię. W ogóle nie re­aguje. Po wy­sła­niu SMSa wbija wzrok w drogę, nie rzu­ca­jąc mi na­wet jed­nego spoj­rze­nia we wstecz­nym lu­sterku.

Kiedy już od­blo­ko­wa­łam za­mek, wy­da­łam z sie­bie wy­jąt­kowo gło­śny ryk, by za­głu­szyć od­głos otwie­ra­nych kaj­da­nek. Moje nad­garstki w końcu są wolne, ale na­dal trzy­mam je za ple­cami. Ra­dio­wóz, któ­rym mnie wie­zie, ma kratę od­dzie­la­jącą tylną część sa­mo­chodu od przed­niej. Nie ma tu żad­nej klamki, gdyż, jak w więk­szo­ści po­li­cyj­nych wo­zów, drzwi można otwo­rzyć tylko z ze­wnątrz. Na szczę­ście to now­szy mo­del i do­strze­gam przy sto­pie wy­sta­jącą spod dy­wa­nika dźwi­gnię bez­pie­czeń­stwa. Zdej­muję z nogi but, ma­new­ruję stopą i od­su­wam dy­wa­nik. Chwilę to trwa, szcze­gól­nie że nie mogę ru­szyć przy tym żadną inną czę­ścią ciała, ale w końcu udaje mi się wsu­nąć duży pa­lec w pę­tlę dźwi­gni.

Więk­szość lu­dzi, kie­ru­jąc się lo­giką, zde­cy­do­wa­łaby się uciec, gdy sa­mo­chód za­trzy­małby się na świa­tłach czy znaku stopu. Ale ten męż­czy­zna jest ogromny. Ma dłu­gie i silne nogi i nie wąt­pię, że gdy­bym ucie­kła, zła­pałby mnie, nim zdo­ła­ła­bym po­ko­nać le­d­wie kilka me­trów.

Kiedy sa­mo­chód jest w ru­chu, to zu­peł­nie inna roz­grywka. Mogę pchnąć drzwi i wy­sko­czyć. Je­śli nie ude­rzę głową o chod­nik lub nie po­ła­mię so­bie przy tym ko­ści, mogę spró­bo­wać ucieczki, kiedy bę­dzie zwal­niał.

To naj­lep­sza szansa, jaką mam.

To je­dyna szansa, jaką mam.

Wjeż­dżamy na au­to­stradę. Sia­dam pro­sto i pa­trzę, jak pod­nosi się strzałka pręd­ko­ścio­mie­rza. Sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzinę. Osiem­dzie­siąt. Sto.

Te­raz albo ni­gdy.

Biorę głę­boki od­dech i stopą po­cią­gam za dźwi­gnię. Za­mek klika, otwie­ra­jąc drzwi, a wtedy na­pie­ram na nie ca­łym swoim cię­ża­rem.

- Kurwa - klnie męż­czy­zna, kiedy wy­ska­kuję. Żółte li­nie na­ma­lo­wane na dro­dze roz­ma­zują się pode mną, gdy ce­luję w pas trawy ro­snący wzdłuż au­to­strady.

To ostat­nie, co pa­mię­tam.