DŻUNGLA
Św. Brygida to w 1970 roku ruiny, bo pod koniec wojny kościół spaliły
wojska radzieckie.
- W środku była dżungla - opowiada Jerzy Hall, opozycjonista, brat
Aleksandra. - Dosłownie dżungla amazońska, bo dachu nie było. Między
murami były wysokie temperatury i roślinność tam buszowała. Puszcza w środku miasta.
- Sklepienie było całkiem zburzone, z nawy głównej widać było gwiazdy -
potwierdza Jerzy Górski.
Chłopcy z okolicznych domów szukają tam złota i pewnego dnia podczas
prac odkrywkowych odkrywają tajemnicze schody. W 2011 roku proboszcz
Ludwik Kowalski odkopie je do końca i dotrze do pochodzącej z czasów
krzyżackich kaplicy Pokutnic wypełnionej szczątkami co najmniej
kilkudziesięciu osób.
Gdy chłopcom nudzą się prace naziemne, forsują drzwiczki prowadzące do
wieży i wspinają się na mury, biegają po gzymsach. Kiedyś jeden z nich
spada z górnego sklepienia na dół, ale szczęśliwie ląduje na krzakach.
Obok kościoła jest duże boisko, na którym grają w gałę
. Turnieje dzikich drużyn oglądają tłumy.
- No i któregoś razu ksiądz Jankowski, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że
on się tak nazywa, przychodzi do nas i mówi, że tutaj będzie parafia -
opowiada Jerzy Hall. - Czy ktoś by nie chciał pomóc w odgruzowywaniu.
Jurek ma wtedy czternaście lat, zgłasza się na ochotnika. Ksiądz
powierza mu tajną misję znalezienia innych pomocników.
- Nasz tata trzymał samochód, skodę 1000 MB, w tych gruzach i jak się
dowiedział, że będzie tam kościół, to był tym faktem bardzo zniesmaczony
- wspomina.
Jankowski ściąga też kilkunastu ministrantów z parafii św. Barbary. Mają
przeszkolić do posługi w kościele chłopców z Brygidy.
- To nie było w formie rozkazu, tylko takiej przyjacielskiej prośby -
wspomina jeden z nich, Jerzy Górski. - Było hasło: "Słuchajcie,
chłopaki, mam tam tyle roboty, nie ma pieniędzy, nie ma mi kto pomóc,
byście przyszyli tam na godzinkę, dwie...". I przychodziliśmy.
Akcja się rozkręca. Każdego dnia na budowę przychodzi kilkudziesięciu
chłopców. Ksiądz zatrudnia brygadzistę, który nimi zawiaduje.
- Część tych podwórkowych zawadiaków liczyło na jakąś gratyfikację, a ksiądz Jankowski miał taki zwyczaj, że po każdym dniu pracy rozdawał
obrazki święte - opowiada Hall. - I ci koledzy mówią: "Słuchaj, Jurek,
idź do księdza, bo my chcemy forsę".
Jurek idzie do księdza, a ten: "To jest praca dla wolontariuszy".
- Po raz pierwszy wtedy usłyszałem taki wyraz, musiałem sprawdzić w słowniku wyrazów obcych, co oznacza - wspomina Hall. - Reakcja moich
kolegów była niezbyt elegancka, jak się dowiedzieli.
Część chłopców rezygnuje, ale kilkunastu zamiast kopać piłkę przychodzi
i czyści cegły albo sprząta zaplecze kościoła. Czasem od Józefa
Pellowskiego, który ma piekarnię w pobliżu, wpadnie im coś na ząb.
- Jak kończyliśmy, to ksiądz kupował u starego Pellowskiego takie bułki amerykanki po złotówce, z dużą ilością
lukru - wspomina Górski. - Kupił dziesięć takich bułek, zapłacił,
wszyscy szczęśliwi wracali do domu. Brudni, ale zadowoleni.
Ministranci pamiętają pierwszą mszę, którą ksiądz odprawia w ruinach
zakrystii w wigilię 1970 roku. Jest tylu wiernych, że się szpilki nie da
wcisnąć. Wszyscy stoją pod parasolami: "Pod rusztowaniami woda się lała,
a ja odprawiałem"15 - wspomni ksiądz po latach.
Wspierana przez młodych wolontariuszy budowa kościoła rusza z kopyta.
Kaplica rośnie z dnia na dzień, mimo że materiały budowlane są
praktycznie niedostępne, a w sklepach stoi tylko ocet. Cegły, cement i stal na konstrukcję dachu ksiądz zdobywa po wizycie u premiera Piotra
Jaroszewicza w przeddzień sylwestra 1970 roku.
"I stało się tak, jak chciałem, bo w ciągu następnych
czternastu dni roku 1971 (to było w styczniu)
zaczęły napływać transporty materiałów budowlanych z różnych stron. Tak
że premier przychylił się do tej decyzji" - wspominał
proboszcz16.
Kilka zdań niżej w cytowanej książce Jankowski twierdzi, jakby kłócąc
się z samym sobą, że kościół był odbudowany bez pomocy państwa,
wyłącznie z ofiar wiernych i pracy rąk ludzi.
Opozycyjny adwokat dodaje:
- Jankowski chodził po kolędzie z pustymi kopertami i rozdawał. Potem
zbierał pełne.
Proboszcz szybko pozyskuje wszystkie zgody, ma świetne kontakty z komitetem wojewódzkim PZPR.
Pierwszym sekretarzem partii w Gdańsku jest wtedy Tadeusz Bejm.
- Ksiądz mówił: "Jurek, jadę do Bejma, muszę cegły i cement załatwić.
Chodź, załadujesz mi wędzone węgorze do bagażnika" - opowiada Jerzy
Hall.
Pomoc finansowa płynie też z zagranicy, z niemieckiego Caritasu. Niemcy
przyjeżdżają całymi grupami, nie tylko katolicy, również protestanci.
Pomagają biskupi z Magdeburga i innych niemieckich miast, w których żyją
i działają tzw. wypędzeni gdańszczanie.
W sierpniu 1973 roku ppłk Aleksander Świerczyński, naczelnik Wydziału IV
Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku notuje, że
Jankowski często wyjeżdża do NRD, gdzie prawdopodobnie spotyka się z Niemcami z RFN, a niemieccy księża i katolicy świeccy przyjeżdżają do
parafii św. Brygidy.
Dwa razy w miesiącu marki na odbudowę kościoła przemyca przez granicę
Marek Mężyk.
- Zdejmowałem z kierownicy emblemat mercedesa i wkładałem tam zwitki
marek - wspominał mężczyzna. - Resztę chowałem w bezpiecznych miejscach.
Nigdy mnie nie złapano17.
W maju 1971 roku ksiądz zatrudnia Mężyka, wtedy już absolwenta technikum
budowlanego, jako murarza przy odbudowie. Już wkrótce były uczeń księdza
staje się głównym wykonawcą remontu świątyni św. Brygidy. Odtwarza
niezwykle skomplikowane sklepienie kryształowe nad ołtarzem, buduje
ceglane ściany, na których prałat będzie zawieszał żelazne okucia i kraty, mosiężne tablice, a potem nowoczesne rzeźby i instalacje
przestrzenne.
Potem Mężyk zostanie konserwatorem św. Brygidy, osobistym kierowcą, a nawet kucharzem Jankowskiego.
Ministrantami Jankowskiego są wówczas pięcioletni Paweł Adamowicz i jego
straszy brat Piotr, którzy mieszkają w pobliżu.
- To był rodzaj wspólnoty, wszyscy wszystko o sobie wiedzieli: czyj
ojciec pije, kogo tłucze - opowiada Jerzy Hall. - Mieliśmy po
czternaście, piętnaście lat, ale nie byliśmy aż tak naiwni, jak by się
mogło wydawać. Wiedzieliśmy, że po sąsiedzku pokój wynajmuje pan Stasiu,
który zaprasza młodych chłopców na alkohol i nie tylko. Nie potrafiliśmy
tego nazwać, ale że coś takiego istnieje, wiedzieliśmy.
- Ksiądz nikogo nie obłapywał, do nikogo się nie przytulał, z nikim się
nie umawiał na prywatne spotkania. Nie całował chłopaków w usta - dodaje
Jerzy Górski. - Czasami gdzieś kogoś złapał za ucho, jak chciał mu burę
dać, i mówił: "Ty łobuzie jeden!". I tak to się kończyło.
- Absolutnie nie zaobserwowałem żadnego niepokojącego stosunku księdza
do tych chłopców - mówi Jerzy Hall. - A każdego dnia w trakcie tego
odgruzowywania, a potem na budowie kilka godzin dziennie spędzałem.
Ministrantami księdza są wtedy też rówieśnik Pawła Adamowicza Andrzej
Sagan i jego brat Krzysztof.
- Ja mogę z całą świadomością powiedzieć, że nie było żadnych
niepokojących sygnałów - stwierdza Andrzej. - Często jako młody człowiek
towarzyszyłem prałatowi w różnych wyjazdach w Polsce, a potem jak byłem
trochę straszy, to i za granicą, przebywałem z nim w jednym pokoju i mogę powiedzieć, że nigdy nie spotkałem się z żadnym sygnałem, który by
potwierdził tezę o jakichkolwiek ciągotach. Ja żadnych oznak
jakichkolwiek ciągot nie zaobserwowałem.
Krzysztof zostanie potem księdzem, a Andrzej
ożeni się z córką siostry Henryka - Urszuli.
NIŻEJ NIE UPADNIE
Późniejsze losy Basi Boroch, po mężu Borowieckiej, poznajemy z relacji
opowiedzianej innej dziennikarce, Joannie Podsadeckiej18.
Są pasmem traum.
W klasie maturalnej Barbara postanawia wyjść za mąż, ale na ślub nie
zgadza się jej matka. Kobieta zmienia zdanie, gdy dowiaduje się, że
córka jest w czwartym miesiącu ciąży. Matka proponuje jej wizytę u swojego ginekologa. Szczęśliwa Basia jedzie na wizytę.
W gabinecie żona lekarza przypina Barbarze nogi i ręce klamrami do
fotela. Basia słyszy słowa matki, żeby ginekolog zrobił zabieg bez
znieczulenia.
- Wtedy ten człowiek zaczął na żywo usuwać mi ciążę! Pokazywał fragmenty
płodu i powtarzał: "Zobacz, matki należy słuchać" - opowiada
Borowiecka19.
Basia mdleje z bólu. Gdy lekarz i jego żona biorą ją pod ręce, matka
mówi:
- Puśćcie ją, nie upadnie niżej niż podłoga.
Nie chce podać córce tabletki przeciwbólowej. Basia na czworakach
wczołguje się do mieszkania.
Potem zachodzi w kolejną ciążę, z Wojtkiem. Gdy matka się o tym
dowiaduje, mówi chłopakowi, że to nie on jest ojcem dziecka. Podaje mu
numer faceta, który, jej zdaniem, nim jest. Wojtek bezkrytycznie wierzy
podstawionemu przez matkę mężczyźnie i odchodzi od Barbary. Sześć
miesięcy później Basia traci ciążę na szpitalnym korytarzu.
Jest bliska popełnienia samobójstwa.
Ale kilka lat później w Sopocie poznaje Australijczyka, z którym
wyjeżdża do Melbourne. Rodzi się jej córka Amanda. Mąż, nieświadomy
cierpień, jakich Baśka doznała od matki, ściąga ją z Polski do
Australii. W dodatku wkrótce zdradza Barbarę. Rozstają się.
Potem Borowiecka poznaje Greka. Gdy rodzi się ich córka Eleonora, Grek
staje się potwornie zazdrosny. Pewnego dnia rzuca się na Basię i zaczyna
ją dusić. Kobiecie cudem udaje się wezwać policję.
Kolejny partner Barbary umawia się na randki przez internet z kobietami
i mężczyznami. W dodatku wysyła pod różne numery zdjęcia swoich
genitaliów i fotografie, na których jest z innym mężczyzną. Gdy
Borowiecka wykleja powiększonymi zdjęciami szafki w kuchni, partner
proponuje, żeby współżyli z innymi ludźmi. Basia każe mu się
wyprowadzić.
Pod koniec lat osiemdziesiątych Barbara Borowiecka przyjeżdża z córkami
do Polski. Idą do parku oliwskiego, w którym spotykała się z Wojciechem,
swoją pierwszą miłością. I oto, na ich ulubionej ławce, widzi Wojtka!
Mężczyzna w dodatku w tym samym momencie myśli o Basi.
Zakochują się w sobie na nowo, ale okazuje się, że Wojtek jest
alkoholikiem. Idzie na odwyk, pobierają się i wyjeżdżają do Australii.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych wracają do Polski, otwierają sklep z obrazami Barbary. Dodatkowo Borowiecka uczy angielskiego w trójmiejskich
szkołach.
W 2000 roku okazuje się, że kobieta ma czerniaka i około trzydziestu
procent szans na przeżycie. Wycinają jej siedem węzłów chłonnych. Z biletem kupionym dzięki pomocy znajomego wyjeżdża do Australii, gdzie
uczy w szkole dla Aborygenów. Jej córki zostają w Polsce z Wojtkiem,
który w międzyczasie wraca do nałogu.
Barbara tęskni za rodziną, ale nie ma pieniędzy, żeby sprowadzić ją do
Australii. Poza tym pojawiają się przerzuty, kobieta przechodzi kolejne
operacje. Na życie zarabia, malując drewniane naczynka. Na targu musi
być o trzeciej rano, żeby zająć sobie miejsce. Ponieważ nie ma
samochodu, z domu wychodzi o dziewiątej wieczorem poprzedniego dnia i idzie 28 kilometrów pieszo.
Tymczasem w Polsce Wojtek pije coraz bardziej. Łyka wszystko, co zawiera
alkohol, nawet perfumy. Wkrótce okazuje się, że ma guza trzustki i umiera.
Jakiś czas później Barbara poznaje w Australii Marka Kuligowskiego,
który po śmierci żony organizuje pobyt w tym kraju księdza Jana
Kaczkowskiego. Basia sprzedaje pączki, które Marek zamawia na spotkania
z księdzem. Przy okazji kobieta opowiada duchownemu o swoich
traumatycznych przeżyciach.
Poznaje się też bliżej z Markiem.
We wrześniu 2015 roku Kuligowski kupuje Barbarze bilet do Polski. Kilka
miesięcy później oprowadzają po starówce w Gdańsku znajomych z Australii. Podchodzą do kościoła św. Brygidy, Barbara widzi pomnik
księdza Jankowskiego. Nagle blednie i zaczyna się trząść. W domu po raz
pierwszy opowiada swojemu partnerowi, co przeżyła w dzieciństwie.
Potem opowiada wszystko reporterce "Gazety Wyborczej", Bożenie Aksamit.
PAW
Ale wróćmy do wczesnych lat siedemdziesiątych.
Na plebanii św. Brygidy, z której komuniści zrobili blok mieszkalny,
mieszka wtedy kilka rodzin - Szymikowscy z czwórką dzieci, dwie emerytki
i Edmund Benter, pracownik, a później wicedyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie. Ksiądz zajmuje ledwie jeden pokoik - dziś znajdują się tam
łazienki. Po plebanii biegają wielkie szczury.
W styczniu 1972 roku ksiądz Jankowski składa pismo do wydziału do spraw
wyznań o pilne usunięcie z budynku parafii wszystkich lokatorów.
Twierdzi, że znajduje się w kłopotliwej sytuacji mieszkaniowej, zajmując
tylko jeden pokój z kuchnią przerobioną na kancelarię. Na Edmunda
Bentera donosi, że ten mieszka w hotelu robotniczym, więc lokal na
plebanii mu się nie należy. Pisze też do urzędów w sprawie remontu
plebanii, gdyż "jej stan sanitarny jest niewłaściwy" z powodu szczurów i robactwa. Po tej interwencji na plebanii przeprowadzona zostaje
deratyzacja.
W końcu Szymikowskich i emerytki udaje się wykwaterować, w budynku
zostaje tylko Benter.
Ksiądz zajmuje parter plebanii. Urządza go na bogato.
- Można powiedzieć, że był człowiekiem zamożnym, choć nie wiem, skąd się
ten majątek wziął - opowiada Jerzy Hall. - W 1971 roku marzeniem
człowieka było posiadać meblościankę, a u księdza meble gdańskie: szafa,
fotele, stolik i barek. Wszystko było eleganckie, gustowne. Ten jego
salon był niezwykle wysmakowany.
Pewnego dnia ksiądz oprowadza Jurka po plebanii. Mówi:
- Słuchaj, to jest autentyczny fotel z XVII wieku.
- Kazimierczak robił ten fotel - prostuje Ryszard Kokoszka, właściciel
restauracji Bristol w Gdańsku. - Prałat się chwalił, że to antyki, bo on
się wszystkim chwalił. Mówiliśmy: "E, prałacie, prałat znowu ściemnia".
Meble gdańskie robi księdzu stolarz i rzeźbiarz Piotr Kazimierczak.
Potem Jankowski pomaga stolarzowi w eksporcie stylizowanych na
historyczne mebli do Niemiec. Kazimierczak bierze na kredyt maszyny,
stawia fabrykę i staje się jednym z najbogatszych ludzi w Gdańsku. W 1984 roku zaczyna budować w Łapalicach, 40 kilometrów od Gdańska, pałac
z dwunastoma wieżami, a każda wieża nosi imię jednego z apostołów.
Oprócz wież w zamku są krużganki, ponad pięćdziesiąt komnat, trzysta
sześćdziesiąt pięć okien, fontanna i basen - łącznie sześć tysięcy
metrów kwadratowych. Jest to samowola budowlana, bo Kazimierczak ma
pozwolenie na budowę domu jednorodzinnego z pracownią o powierzchni
jedynie tysiąca metrów kwadratowych.
Działkę otacza wysokim, kilkumetrowym ogrodzeniem, fundamenty pałacu
podobno idą dwa piętra w głąb ziemi.
"Wagony zbrojenia na budowę jechały. Cementu i piachu poszło tyle, że
można by ze 20 domów postawić" - opowiada prasie sąsiad Zenon Socha z Łapalic20.
Szybko powstają plotki, że jest to pałac dla partyjnych bonzów lub
funkcjonariuszy SB, a Kazimierczak ma być tylko podstawionym słupem. I,
jakby na potwierdzenie, wraz z upadkiem komuny inwestycja staje, a banki
żądają spłaty długów. Niezwykła budowla stoi do dziś w stanie surowym.
W latach dziewięćdziesiątych prasa podaje, że pieniądze na budowę zamku
wyłożył ksiądz Henryk Jankowski. Prałat dementuje: "Ja nawet nie wiem,
gdzie są te Łapalice. Nie sponsoruję żadnych zamków"21.
Własny Neverland ksiądz Jankowski tworzy w plebanii przy kościele św.
Brygidy, tylko o nieco mniejszym metrażu.
Zajeżdża do niego swoim białym mercedesem.
PAKTY, SPISKI I KNOWANIA
Jest rok 1979. W pewnym sensie koniec starego PRL-u, tego gomułkowskiego
i gierkowskiego. Za rok wszystko się wywróci do góry nogami. Andrzej
Kołodziej przyjechał do Gdańska z daleka, bo aż z Bieszczad. Jako młody
robotnik wynajmuje pokój w starej kamienicy, tuż przy bramie Stoczni, u starszej hrabiny, wdowy po oficerze Armii Krajowej.
Z pobliskiej parafii do hrabiny przychodzi też ksiądz Jankowski, głównie
na niedzielne obiady. Ma tu namiastkę dobrego domu i wpatrzoną w niego
kobietę.
W saloniku z klimatem przedwojennego ziemiaństwa co niedziela zasiadają
więc starsza kobieta, proboszcz i młody stoczniowiec. Dziwna trójka
rzucona przez powojenne losy do Gdańska.
Andrzej Kołodziej tak pamięta swoje pierwsze spotkanie z księdzem:
- Miałem wrażenie, że to jest człowiek, któremu imponują takie
znajomości. On chodził po takich ludziach dla dowartościowania się.
Pewnej niedzieli, między drugim daniem a deserem, gospodyni przynosi do
stołu otrzymane od Kołodzieja antykomunistyczne ulotki, które robotnik
rozprowadza w stoczni. Z porozumiewawczym uśmiechem pokazuje księdzu.
- On odskoczył jak oparzony: "Niech pani to weźmie ode mnie!" - opowiada
Kołodziej.
Jerzy Borowczak wówczas właśnie wrócił z wojska i zatrudnił się w Stoczni. Chodzi na zebrania Wolnych Związków Zawodowych i Ruchu Młodej
Polski. Później zostanie jednym z najbliższych przyjaciół księdza
Jankowskiego. Jako jeden z nielicznych pozostanie przy nim aż do
śmierci.
- W końcu lat siedemdziesiątych w Trójmieście było zaledwie kilku księży
angażujących się w kontakty z opozycją - opowiada. - W Gdyni proboszcz
parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, ksiądz Hilary Jastak. Z nami,
Ruchem Młodej Polski, współpracował ojciec Ludwik Wiśniewski, który
głosił kazania w duszpasterstwie akademickim. No i oczywiście w Gdańsku
ksiądz Stanisław Bogdanowicz, proboszcz bazyliki Mariackiej.
- A ksiądz Jankowski? - pytamy.
- Jego pierwszy raz zobaczyłem na mszy podczas strajku.
- Przyszedł do was na strajk?
- Nie. Dopiero na mszę, 17 sierpnia 1980 roku.
- Nie angażował się wcześniej w opozycję, nie mieliście żadnych
kontaktów?
- Nie. Nie znałem go.
Jednak w analizie sprawy wytoczonej Jankowskiemu kilka lat później
prokurator napisze, że ksiądz podjął szkodliwą politycznie działalność
już w latach siedemdziesiątych. W kwietniu 1971 roku zorganizował
pielgrzymkę "rzekomych stoczniowców" do Warszawy i Częstochowy, w czasie
której wygłosił przemówienie zawierające "fałszywą interpretację"
wydarzeń grudniowych. Kilka miesięcy później Wydział ds. Wyznań
Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku musiał przeprowadzić rozmowę z księdzem, w której ostrzegł go przed nadużywaniem swego stanowiska dla
"uprawiania szkodliwej działalności o charakterze politycznym" oraz
przed "odprawianiem nabożeństw w związku ze zbliżającą się rocznicą
wydarzeń grudniowych".
Natomiast w grudniu 1975 roku jako jedyny w diecezji gdańskiej proboszcz
Jankowski zorganizował nabożeństwo w intencji ofiar zajść grudniowych i od tego czasu msze te odprawiane są co roku w kościele św. Brygidy.
Prawdopodobnie więc Jankowski jest za strajkami, a nawet przeciw.
Czternastego sierpnia 1980 roku wybucha protest w Stoczni Gdańskiej.
Roztrzęsiony Jankowski spaceruje od plebanii do wejścia do stoczni i z powrotem.
"Coś się działo we mnie - wejdź, wejdź, wejdź, wejdź do środka... Ale
jeszcze nie widziałem tej potrzeby. Czekałem do soboty, co będzie. I rzeczywiście, sobota stała się tą okazją do wejścia do stoczni, ale w bardzo trudnej sytuacji, gdyż władze wojewódzkie powiadomiły biskupa o tym, że stoczniowcy zażądali mszy świętej"22.
Wreszcie nadchodzi ta sobota, na którą czeka Jankowski, 16 sierpnia 1980
roku. Przełomowy dzień strajku.
Władze widzą, że w Trójmieście staje coraz więcej zakładów pracy.
Przekazują dyrekcji stoczni, że ta ma się zgodzić na ustępstwa. Byleby
zakończyć strajk w zakładzie - symbolu. Po południu Lech Wałęsa
podpisuje porozumienie z dyrekcją Stoczni Gdańskiej. Gwarantuje ono
przywrócenie do pracy jego i Anny Walentynowicz oraz podwyżki dla
załogi. I paradoksalnie od tego momentu rozpoczynają się, zamiast
zakończyć, szalone emocje. Z jednej strony ulga stoczniowców z Lenina -
tym razem strajk okazał się bezkrwawy. Z drugiej - na Wybrzeżu stanęły
dziesiątki zakładów, a do stoczni napływają ich delegaci z nowymi,
bardziej radykalnymi postulatami.
Lech Wałęsa wraca z budynku dyrekcji do sali BHP. Oznajmia zebranym
zwycięstwo. Wychodząc z sali, mija stojących w oparach tytoniowego dymu
rozgorączkowanych delegatów. Wśród nich jest Zdzisław Złotkowski z Gdańskiej Stoczni "Remontowej". Wraz z kolegą krzyczy:
- No i co żeś, chuju, zrobił?! Podpisałeś dla Gdańskiej i zakończyłeś
strajk, a co z innymi zakładami?!
- Lechu złapał za głowę i mówi "Ojej!". - Złotkowski odgrywa tę scenę
przed nami. - I krzyczy: "Co ja zrobiłem?!".
Większość stoczniowców już zdążyła wyjść.
- Borsuk [Bogdan Borusewicz], Alinka Pienkowska, Gwiazda,
Walentynowicz krzyczą: "Zatrzymać ludzi!" - dalej wspomina Złotkowski. -
Pienkowska na beczce stoi, krzyczy do ludzi. Do bram biegną
Walentynowicz i Ewa Ossowska, próbują zatrzymać stoczniowców, ale oni
nie rozumieją, przecież jest porozumienie, strajk skończony, wychodzą. Z szesnastu tysięcy zostało może tysiąc.
Zostają najbardziej zdeterminowani, wracają do sali BHP i zawiązują
Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Zaczyna się najtrudniejsza noc
strajku. Pełna obaw o życie. Samochodowe szczekaczki nawołują, że strajk
skończony, anonimowe telefony do Gdańskiej Stoczni "Remontowej" i Stoczni Północnej ostrzegają: "Dziś w nocy zniszczymy was!".
Jankowski wspomina:
"Organizowałem pomoc pod względem materialnym i żywnościowym - tu, na
plebanijnym podwórzu zabijaliśmy świnie. Tu przygotowywaliśmy mięso,
żeby etapami wprowadzić do strajkujących, do kotłowni"23. Ale
to nie znajduje potwierdzenia w innych relacjach. Strajkujący, jeśli już
pamiętają jakąś pomoc, to głównie bochenki chleba przywożone przez
piekarnie. Z tego chleba kobiety, jak Anna Walentynowicz czy Joanna
Wojciechowicz, robią kanapki na stołach w rogu sali BHP.
Pomaga też Ryszard Kokoszka.
- Jak zaczął się strajk, to żeśmy podjęli z załogą decyzję, że zrobimy
ciasto dla stoczniowców - opowiada restaurator. - Państwowym żukiem
przyjechałem pod stocznię. Strajk, bramy zamknięte, nie chcieli mnie
wpuścić. W tym czasie podjechał Jankowski. Mówi: "Otwórzcie bramę, bo to
jest dobrodziej, przyjechał z ciastem". Takim sposobem wjechałem i od
tego wszystko się zaczęło.
Wtedy pojawia się propozycja, żeby to ksiądz Jankowski odprawił mszę. W zarejestrowanym w 1981 roku wywiadzie z Anną Walentynowicz
opozycjonistka mówi tak:
"Potem trzeba było dużej kłótni z księdzem Jankowskim, bo wojewoda
zakazał, a biskup nie będzie się narażał. To musieliśmy pojechać, bo
chociaż już inny ksiądz był uzgodniony, że jak ksiądz Jankowski nie
będzie chciał, to odprawi on. Ile trzeba było tej walki!"24.
Można się domyślać, że chodziło o księdza Hilarego Jastaka z parafii
Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni. To ksiądz znany z radykalnego
antykomunizmu. Kapelan AK, więziony w 1950 roku.
Inni rozmówcy wskazują z kolei, że tym innym księdzem miał być Stanisław
Bogdanowicz, proboszcz Bazyliki Mariackiej. Jeszcze przed 1980 rokiem
pozwalał na patriotyczne nabożeństwa i modlitwy za więźniów
politycznych. Wtedy ma dobre kontakty z Ruchem Młodej Polski, którego
działacze bardzo aktywnie wspierają strajk.
Stocznia Gdańska leży jednak na terenie parafii św. Brygidy, więc
stoczniowcy jadą do księdza Jankowskiego. Jak przebiegała ich wizyta,
wiemy z dokumentów SB, a konkretnie z ESEZO, czyli Elektronicznego
Systemu Ewidencji Zadań Operacyjnych. To nowoczesny jak na tamte czasy
system gromadzenia informacji wyciąganych z morza meldunków, notatek i donosów oraz układania ich w czytelny sposób.
I tak w meldunku z 19 sierpnia 1980 roku opisana jest sytuacja z najważniejszego dnia strajku: "Źródła 3 i I/A poinformowały, że dnia
16.08.80 w godzinach przedpołudniowych do proboszcza parafii św. Brygidy
w Gdańsku księdza Henryka Jankowskiego zgłosili się przedstawiciele
komitetu z żądaniem, aby dnia 17.08 odprawił na terenie stoczni
nabożeństwo dla strajkujących"25.
Co na to ksiądz? Według dalszej części meldunku ksiądz Jankowski, jak w piosence Czerwonych Gitar, nie mówi tak, nie mówi nie. Stwierdza, że
potrzebna jest zgoda biskupa. Jeszcze przy delegacji robotników dzwoni
do niego. Biskup Lech Kaczmarek mówi mu wyraźnie: ma wsiąść w samochód i przyjechać do kurii. Do Oliwy.
Ksiądz bierze kierowcę Marka Mężyka, wsiada w samochód. Jedzie do
biskupa Kaczmarka.
Z kolejnego meldunku wiemy, że w tym samym czasie podobne konsultacje
trwają w gmachu władzy. Wojewoda gdański Jerzy Kołodziejski wzywa do
siebie dyrektora wydziału do spraw wyznań Edwarda Pobłockiego. Poleca
mu, aby też pojechał do kurii. Ma przeprowadzić rozmowę z biskupami.
Pobłocki jest tam przed księdzem Jankowskim.
Biskupi, według meldunku, obiecali "że nie wyrażą zgody na mszę, bo
strajkujący mają możliwość opuszczenia zakładów, aby pójść do kościoła,
i późniejszego powrotu do zakładu"26. Ale władza zna nastroje w zakładach. Obawia się, że robotnicy nie odpuszczą. Dlatego trzeba
wytypować księży, którzy taką mszę odprawią.
Pobłocki mówi biskupom, że: "(...) jeżeli powstałaby sytuacja, w której
trzeba było by msze odprawić, to biskupi powinni skierować do ich
odprawienia księży świeckich, poważnych i odpowiedzialnych"27. Ostatnie słowa są odręcznie
podkreślone na tekście dokumentu.
Biskupi spoglądają na siebie i kiwają głowami. Chyba mają takiego
kandydata. Ksiądz Jankowski już jedzie do kurii.
Edward Pobłocki żegna się z biskupami. Wie, że został dobrze zrozumiany.
Wychodząc z pałacu biskupiego, widzi zajeżdżającego na podjazd mercedesa
księdza Jankowskiego. Przygląda się mu dyskretnie. Co o nim wie, oprócz
tego, że jest to proboszcz parafii św. Brygidy i został zaproponowany
jako ewentualny celebrans mszy, o którą idzie teraz walka?
Wcześniej widok proboszcza w mercedesie z kierowcą kłuł w oczy i biskupa. Ale nie tym razem. Tym razem ksiądz Jankowski jest potrzebny do
wykonania delikatnej misji. Z jednej strony ma zadowolić zdesperowanych
robotników. Z drugiej, co nawet ważniejsze, nie zdenerwować władzy.
Ksiądz Henryk wyrasta na najważniejszą, przynajmniej pozornie, postać
dramatu, choć trochę wbrew swojej woli. Kierowca zostaje w aucie.
Jankowski idzie ciężkim krokiem na górę, do gabinetu biskupa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
P. Głuchowski, "Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego", zapowiedź książki, 13.08.2019, wydawnictwoagora.pl. [wróć]
P. Raina, Ks. Henryk Jankowski proboszcz parafii Św. Brygidy, Olsztyn 1991, s. 12. [wróć]
Księża bez cenzury. Rozmowy pod koloratką, red. W. Szponar, J. Wojewódka, Wydawnictwo AA, Kraków 2018, s. 30. [wróć]
Tamże, s. 31. [wróć]
Prof. zw. dr hab. Kazimierz Łatak CRL, "Recenzja rozprawy doktorskiej ks. mgr. Sławomira Skoblik "Ks. Henryk Jankowski (1936-2010) jako duszpasterz ludzi pracy w Kościele Gdańskim", 4.03.2019, www.uwm.edu.pl. Przewód doktorski ks. mgr. Sławomira Skoblika otwarty na Wydziale Teologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie nie został zakończony i praca nie jest przez uczelnię udostępniana. [wróć]
D. Abramowicz, Mężykowie o 40-letniej znajomości z ks. Jankowskim, "Dziennik Bałtycki", 17.07.2010. [wróć]
J. Podsadecka, Sztuka czułości. Ks. Jan Kaczkowski o tym, co najważniejsze, Wydawnictwo WAM, Kraków 2017, s. 118. [wróć]
Reportaż M. Raczkowskiej-Kazek, Wyzwolę się z tych demonów, "Czarno na białym" - magazyn reporterów TVN24, 30.04.2019, www.tvn24.pl/polska/barbara-borowiecka-byla-ofiara-ksiedza-jankowskiego-opowiada-o-molestowaniu-ra931641-2304546, dostęp 20.05.2020. [wróć]
B. Aksamit, Sekret Świętej Brygidy. Dlaczego Kościół przez lata pozwalał księdzu Jankowskiemu wykorzystywać dzieci?, "Gazeta Wyborcza", "Duży Format", 3.12.2018, www.wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,24228640,sekret-swietej-brygidy-dlaczego-kosciol-pozwalal-ksiedzu-jankowskiemu.html?disableRedirects=true, dostęp 17.06.2020. [wróć]
J. Podsadecka, Sztuka czułości, dz. cyt., s. 83. [wróć]
B. Aksamit, Sekret Świętej Brygidy, dz. cyt. [wróć]
Rekonstrukcja na podstawie B. Aksamit, Sekret Świętej Brygidy, dz. cyt. [wróć]
P. Raina, Ks. Henryk Jankowski proboszcz parafii Św. Brygidy, dz. cyt., s. 16. [wróć]
Tamże, s. 19. [wróć]
Tamże, s. 19. [wróć]
Tamże, s. 20. [wróć]
D. Abramowicz, Mężykowie o 40-letniej znajomości z ks. Jankowskim, "Dziennik Bałtycki", 17.07.2010. [wróć]
J. Podsadecka, Sztuka czułości, dz. cyt. [wróć]
Rekonstrukcja na podstawie: J. Podsadecka, Sztuka czułości, dz. cyt. [wróć]
D. Karaś, Niesamowite miejsce. Czy na Kaszubach powstanie zamek Harry'ego Pottera?, "Gazeta Wyborcza", 22.03.2015. [wróć]
Tamże. [wróć]
P. Raina, Ks. Henryk Jankowski proboszcz parafii Św. Brygidy, dz. cyt., s. 34. [wróć]
P. Raina, Ks. Henryk Jankowski proboszcz parafii Św. Brygidy, dz. cyt., s. 34. [wróć]
Akta IPN Gd 75/106, nagranie z sierpnia 1981, wypowiedź A. Walentynowicz, czas: 8 min 30 sek. [wróć]
Raporty z meldunków za okres 1.07.1980 - 31.12.1980, sygn. akt IPN Gd 468/3, k. 48. [wróć]
Meldunki operacyjne w bazie ESEZO za okres 1.07.1980-31.12.1980, meldunek z 18.08.1980, akta IPN GD 468/6. [wróć]
Tamże. [wróć]
UPADEK
Jest zimna noc, trzecia w nocy. Jakiś mężczyzna przystawia do pomnika
metalową drabinę. Na szyję posągu prałata zakłada pętlę z grubego
sznura. Inny mężczyzna wiąże sznur z długą liną. Obaj stają obok
pomnika. Ciągną za linę z całych sił, zapierając się nogami. Pomnik
lekko się przychyla, ale nie upada. Kamera robi zbliżenie pomnikowej
twarzy prałata Jankowskiego. Ksiądz przychyla głowę, jakby był lekko
zdziwiony.
Mężczyźni podważają cokół. Męczą się, sapią. Jankowski łatwo się nie
poddaje. Podchodzi do nich trzeci mężczyzna, razem zapierają się i ciągną z całych sił. W końcu pomnik z hukiem spada na przygotowane
wcześniej opony samochodowe. Rozpada się na dwie części. Mężczyźni
ocierają pot.
Na obalonym pomniku układają komżę - strój ministranta - i dziecięcą
bieliznę, symbolizujące cierpienia molestowanych przez prałata dzieci.
Mężczyźni zadowoleni poklepują się po plecach. Udało się. Objęci
odchodzą na bok, przytulają się czule. Spokojnie czekają na przyjazd
policji. Pozwalają się zatrzymać i zawieźć na komisariat.
Okazuje się, że na akcji jest ich aż sześciu, są w wieku między 39 a 41
lat i przyjechali przewrócić Jankowskiego aż z Warszawy. Wszystko
nagrywa kamera Tomasza Sekielskiego, dziennikarza, który w tym samym
czasie kręci film o pedofilach w sutannach.
Gdy wschodzi słońce, aktywiści przesyłają do mediów manifest, w którym
piszą:
"Podejmujemy działanie, którego celem jest symboliczne strącenie ze
wspólnotowego piedestału fałszywej pamięci i czci osoby Henryka
Jankowskiego". Nagranie z akcji pojawia się na facebookowym profilu
Sekielskiego.
Urząd miasta wysyła ciężarówkę, żeby zabrać pomnik do magazynu. Na placu
samochód zostaje zablokowany przez przedstawicieli komitetu budowy
monumentu, którzy podstawili własny pojazd. Urzędnicy ustępują.
- Jedna ręka była urwana, ale stoczniowcy raz-dwa zespawali - mówi pan
Stanisław, były pracownik stoczni jachtowej.
W sobotę rano kilkudziesięciu stoczniowców stawia pomnik z powrotem na
cokół. Okazuje się, że w nocy na postumencie ktoś wypisał czerwoną farbą
"zło" i "pedofil".
Pod pomnikiem pojawiają się dziecięce buciki i cytat z Biblii:
"Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych,
Mnieście uczynili".
Wolontariusze mają pilnować Jankowskiego przez całą dobę, obserwując
monument ze specjalnie wynajętego w tym celu mieszkania.
W niedzielę w kościele św. Brygidy odbywa się msza w intencji księdza
prałata "o zwycięstwo prawdy".
Na początku marca 2019 roku radni Gdańska odbierają Jankowskiemu tytuł
honorowego obywatela miasta. Decydują, że pomnik prałata ma zniknąć z placu obok kościoła św. Brygidy. Następnego dnia monument zostaje
zabrany przez fundatorów. Imię księdza traci także skwer przy kościele
św. Brygidy.
Kilka tygodni później przyjeżdżamy do Trójmiasta, chcemy zobaczyć to
miejsce. Pytamy przechodniów, jak dojść do ulicy Stolarskiej, ale nikt
nie wie. Reagują dopiero na hasło "pomnik Jankowskiego". Pani z psem
wskazuje nam drogę.
- Ale tego pomnika tam już nie ma. Na szczęście - dodaje.
HENIO PYCHA
Henio ma sześć lat. Nosi spodnie na szelkach, których nie cierpi. Razem
z matką i trzema siostrami, w tym z siostrą bliźniaczką, mieszkają na
parterze starej, budowanej jeszcze w czasach pruskich starogardzkiej
kamienicy z czerwonej cegły. Mieszkanie jest czynszowe, ciemne, z przechodnimi, ślepymi pokojami. Okna są tylko w pokojach od strony ulicy
i od podwórza. Wąski korytarz.
Byłaby ich ósemka, ale cztery dziewczynki umarły jako małe dzieci.
- Zostały Ike, Ule, Renate i Heindrich. W domu tak na nich wołano -
opowiada Bogdan Kruszona, młodszy o dziesięć lat sąsiad Henia ze
Starogardu Gdańskiego.
Ike, czyli Irena, jest bliźniaczką Henryka, urodziła się sześć godzin
przed bratem, 18 grudnia 1935 roku.
W domu używa się języka niemieckiego. Matka, z domu Jeschwitz, jest
rodowitą gdańszczanką.
- To starsze pokolenie mówiło wyłącznie po niemiecku - opowiada Ryszard
Szwoch, nauczyciel miejscowego liceum. - Na ulicy, w towarzyskich
relacjach. To nie była sytuacja rażąca. To społeczeństwo było zawsze
dwujęzyczne.
Ojciec jest Polakiem, handlowcem.
- Na pewno nie mieli własnego sklepu, ponieważ w spisie instytucji na
terenie miasta nigdzie nie występuje właściciel o tym nazwisku - dodaje
Szwoch. - Podejrzewam, że mógł pracować w jakiejś firmie handlowej jako
sprzedawca.
Wybucha wojna. Trzeciego września do Starogardu Gdańskiego wkraczają
Niemcy. Ojciec Henia zostaje aresztowany i uwięziony w hitlerowskim
obozie w Stutthofie, dzisiejszym Sztutowie. Wypuszczają go na początku
1940 roku, zapewne dzięki poręczeniu żony.
- Że został wypisany, to nic nadzwyczajnego, bo takie wypadki się
zdarzały. Osoby aresztowane mogły korzystać z poręczenia obywateli
narodowości niemieckiej - mówi Ryszard Szwoch.
Antoni Jankowski wraca do domu. Musi gdzieś pracować, bo inaczej rodzina
nie dostanie kartek żywnościowych. Wiele lat później Piotr Głuchowski
napisze w zapowiedzi książki Uzurpator. Podwójne życie prałata
Jankowskiego, że Antoni prowadził lokal "Nur für Deutsche" - "Tylko
dla Niemców"1.
- W mieście było kilka takich lokali, mógł w takim pracować. To nie było
niczym zdrożnym - wyjaśnia Szwoch. - Jeżeli ktoś był mieszkańcem tego
miasta, to musiał mieć zatrudnienie. Brak zatrudnienia to był wyrok.
Antoni nie cieszy się długo wolnością. W 1942 roku następuje masowy
pobór do niemieckiego wojska. Ojciec Henryka jest żonaty z Niemką, ma
więc trzecią grupę narodowościową w ramach Deutsche Volksliste, jest
tzw. eingedeutschem. Zostaje wcielony do Wehrmachtu.
Wychodzi z domu, gdy Henio ma sześć lat, i już nigdy nie wraca. Trafia
do Francji, a stamtąd do Rosji.
W czerwcu 1944 roku niemieckie władze pukają do drzwi mieszkania
Jadwigi. Wręczają kobiecie dokument. Jej mąż, starszy szeregowiec,
kupiec Antoni Czesław Jankowski poległ 20 lipca 1943 roku w walce na
froncie wschodnim w okolicy miejscowości Pierwomajsk.
Od tego momentu Jadwiga musi sobie sama radzić z czwórką dzieci. Nie
jest łatwo.
- W domu Jankowskich była nędza. Niewyobrażalna bida - wspomina Bogdan
Kruszona. - Kartoflankę pięć razy w tygodniu jedli. Deptane ziemniaki
jajecznicą oblane.
Po wojnie Jadwiga dostaje rentę wdowią z RFN, nędzne pieniądze,
miesięcznie siedemdziesiąt marek zachodnioniemieckich.
- W przeliczeniu na dzisiaj to było z trzysta złotych - dodaje Kruszona.
- Wszystkie wdowy z naszego podwórka dostawały renty niemieckie, bo ich
mężowie zginęli w czasie wojny.
Po śmierci ojca Henio jest jedynym mężczyzną w rodzinie. O tacie będzie
potem opowiadał, że był wielkim patriotą i walczył z armią Hallera. Jest
to mało prawdopodobne, bo w 1919 roku Antoni miał zaledwie 10 lat.
Jadwiga musi sprzedawać biżuterię, żeby mieć na chleb. Ale czasem i to
nie starcza. Aby wyżywić rodzinę, w jednym z pokoi ich mieszkania
świadczy usługi fryzjerskie. Specjalizuje się w ondulowaniu, które jest
wtedy powszechne u pań. Kruszona opowiada:
- Taka toaletka z lustrem i siedzenie na pół fryzjerskie, to był cały
gabinet. W zwykłym małym pokoju przyjmowała klientki. Tam nie było
żadnego zakładu fryzjerskiego ani kosmetycznego. Jak czytałem wypowiedź
Jankowskiego, że jego mama nie była fryzjerką, tylko kosmetyczką, to się
uśmiałem po pachy. Myślę: "No, bidaku, ale sobie dodałeś".
Wszystkie kobiety z ulicy chodzą układać fryzury do Jankowskiej. Chcą
pomóc samotnej kobiecie. Również, jak wyzna potem sam Henryk, żony
gestapowców2.
Córki Ula, Irena i Renata pomagają nawijać włosy klientek na lokówkę.
Matka Bogdana też układa włosy po każdym myciu, dwa razy w tygodniu.
Zabiera ze sobą sześcioletniego syna, sadza go obok fotela. Suszarkę
marki Fem Bogdan zapamięta do końca życia.
- Taka duża, błyszcząca, chromowana. Niemiecka.
Pomiędzy głośnymi podmuchami Jankowska edukuje chłopaka.
- Na pół po polsku, na pół po niemiecku mówiła: "Taki duży chłopak, a nie umie liczyć?". I zaczynała: "eins, zwei, drei", i tak dalej,
najpierw do dziesięciu, potem do stu. Ona mnie nauczyła.
- Myśmy później na niego tutaj mówili: "ksiądz pycha, Henio pycha" -
dodaje Kruszona. - Ale trzeba wiedzieć, z jakiej nędzy on pochodził. To
mogło spowodować u niego tą nadmierną estymę do przepychu, do pokazania
się. To było związane z dzieciństwem, ja tak to odbieram.
PIC
Kiedy drzwi od salonu są otwarte, Kruszona widzi położony vis-a-vis
pokój Henryka.
- Henio miał dwie koszule, obie białe. Codziennie je prał, na okrągło.
Koszule nie schły tak szybko, więc musiał je prasować. Ilekroć żeśmy tam
przyszli, to on prasował.
Krochmal robił z mączki kartoflanej.
- I jak wychodził na spacer, zawsze miał koszulę śnieżnobiałą,
wykrochmaloną, stójkę, mankiety sztywne - wspomina Kruszona. - Zima czy
lato, zawsze elegancko ubrany, garniturek. To był pedant. Dla nas,
łobuzów z ulicy, na pół lumpów, to było jakieś dziwne.
Henryk nie ma kolegów. Gdy chłopcy z podwórka kopią piłkę, nigdy z nimi
nie gra. Zawsze jest sam.
- Myśmy się na tych podwórzach tłukli po zębach, aż gwizdało, jak to
chłopacy - ciągnie Kruszona. - Tam byli też starsi, z rocznika
Jankowskiego. Henio nigdy w żadne bójki się nie wdawał. Był nad wyraz
grzeczny, "proszę, dziękuję", był takim chłopakiem układnym.
Sąsiadka z góry, matka trójki dzieci, bardzo go chwaliła.
- Jak przywieźli węgiel, a mąż był w pracy, to nie pozwolił jej tego
węgla nosić - opowiada Róża Janca, koleżanka Henryka z podstawówki. -
Jak spotkał ją, że idzie ze śmieciami, to też brał wiaderko, wyrzucał
śmieci i przynosił jej puste. Mówiła, że Henio to będzie ksiądz. I to
bardzo dobry ksiądz.
Henryk nie chodzi po kawiarniach ani knajpach.
- Wtedy były dyskoteki w strzelnicy - opowiada Kruszona. - Ani razu go
nie spotkałem.
- Kolega z piętra wyżej, co go lepiej znał, mówił, że kiedyś chciał go
zabrać na jakąś zabawę. Zachęcał, że będą dziewczyny, ale on, że nie,
nie pójdzie. Miał wtedy piętnaście lat - dodaje Róża Janca.
W ósmej klasie podstawówki Róża zakłada razem z koleżankami zespół
taneczny. Henio i Rysiek Jabłonka, jego późniejszy szwagier, walczą,
żeby chłopcy też mogli do niego należeć, ale się nie udaje. Postanawiają
więc pokazać, co potrafią. Na lekcji fizyki dają show.
- Rysiek jako dziewczyna trzymał się za spodnie i obracał wokół Henia -
opowiada Róża. - Cała klasa im śpiewała do tańca, wszyscy się śmiali.
Heniek jako chłopak był prowadzącym, bo był wyższy. Zatańczyli
krakowiaka.
Henio nie ma dziewczyny, mimo że jest, jak mówi Bogdan Kruszona,
"cholernie przystojnym mężczyzną":
- Gdybym był kobietą, tobym powiedział, że był pięknym facetem. Czarne,
samoistnie lokowate włosy, wysoki. Wszystkie dziewuchy z Gdańskiej za
nim piszczały, tak jak moja siostra. Och, ach, opowiadały między sobą,
jaki on przystojny! Ale on nie miał zainteresowania ani chłopcami, ani
dziewczynami. Ta sfera go w ogóle nie interesowała.
- Pamiętam go z tego okresu; wysoki, smukły, urodziwy chłopak -
potwierdza Róża Janca.
Henio lubi za to spacery. Kruszona wspomina, że w niedzielę po mszy,
przez okno, które wychodziło na ulicę Gdańską, widział Henia chodzącego
najpierw w jedną stronę, hen, aż po tory, i z powrotem. Henryk żył jakby
w innym świecie.
Skłonności homoseksualnych nikt wtedy nie widzi.
- Nie ma takiej możliwości, żeby miał jakieś inklinacje do chłopców, bo
myśmy byli młodsi, gdyby się do nas dobierał, coś by było słychać - mówi
Bogdan Kruszona.
NIEUK
Pewnego dnia nauczyciele zapowiadają uczniom, że mają zostać po
lekcjach, bo przyjdzie przewodniczący szkoły, żeby założyć koło Związku
Młodzieży Polskiej.
- Kilka osób chciało się zapisać, ale presja większości im nie pozwalała
- opowiada Róża Janca.
Gdy lekcje się kończą, uczniowie wstają, odmawiają pacierz i za
nauczycielem wychodzą z sali. Na korytarzu defilują przewodniczącemu
koło nosa. Następnego dnia przewodniczący przed dzwonkiem wchodzi do
klasy, ale sytuacja się powtarza:
- Na koniec lekcji wstaliśmy, odmówiliśmy pacierz i wyszliśmy do domu, a on został w klasie sam - wspomina Janca.
Trzeciego dnia przewodniczący szkoły przychodzi z dyrektorem.
- I dyrektor mówi tak: "Jankowski, zastanów się i powiedz nam o ZMP".
Jankowski wstaje i mówi, że ZMP jest czołową organizacją młodzieżową i zaszczytem jest do niej należeć. Dyrektor pyta więc:
- A ty się zapiszesz?
Henryk nie wie, co odpowiedzieć, ale mówi, że tak.
- Wtedy zapisało się też te parę osób, które chciały, ale się wcześniej
nie odważyły - dodaje Janca.
- Jak pani myśli, dlaczego dyrektor wywołał akurat Henryka? - pytamy.
- Myślę, że wiedział, że Henio coś palnie i nie będzie wiedział, jak z tego wybrnąć.
Henryk nie daje sobie rady z nauką. W dziewiątej klasie podchodzi do
tzw. małej matury, po której można iść do pracy, ale jej nie zdaje.
Wychowawca Tadeusz Kubiszewski pamięta, że nie potrafił napisać kilku
zdań na temat Przedwiośnia.
- Trzy tematy na pierwszej stronie, praca zaczęta, a na drugiej połowie
strony już się kończyła - wspomina nauczyciel języka polskiego. - Nic
się nie dało zrobić.
Matka pana Kubiszewskiego jest fryzjerką, tak jak mama Henryka, więc
Jankowska podejmuje interwencję. Przychodzi do koleżanki po fachu i prosi, żeby dać jej synowi szansę, bo Henio chce iść do seminarium.
Jednak polonisty to nie przekonuje i Henryk w dziewiątej klasie przenosi
się do liceum dla pracujących. Poziom tam jest żenująco niski.
- Mimo to miał kłopoty z podstawowymi przedmiotami. - Ryszard Szwoch
sprawdził to w dokumentach szkoły. - Pierwszy rok był fatalny, miał same
oceny niedostateczne. Powtarzał tę klasę. Drugi raz jakoś mu się udało.
W drugiej klasie liceum Henryk ma dwie końcowe oceny niedostateczne: z polskiego i z matematyki. Dzięki egzaminowi poprawkowemu jakoś
przechodzi do klasy trzeciej. Ale w trzeciej klasie znowu ma na koniec
roku pały z polskiego i matematyki i nie jest dopuszczony do matury.
Musi powtarzać całą klasę.
Na trzy lata liceum dwa razy powtarza rok.
- Jego mama płakała do mojej mamy: "On ciągle klepie, że chce iść na
księdza, dlatego w tym ogólniaku mu robią trudności" - wspomina
Kruszona. - To była szkoła dla esbeków, milicjantów, prokuratorów i dyrektorów bez szkół. Ta cała swołocz komunistyczna robiła maturę
przyśpieszoną w półtora roku i potem już mieli dokument szkoły średniej.
Henio Jankowski zobaczył, że wdepnął w środowisko os.
W protokole wychowawca stwierdza brak wiedzy, trudności z wysławianiem
się i logicznym myśleniem. I dodaje, że niepowodzenia w nauce
spowodowane są przeciążeniem pracą zawodową.
Bo Henryk, żeby ulżyć matce, przez kilka miesięcy biega jako goniec w Państwowym Zakładzie Dezynfekcji i Deratyzacji w Starogardzie Gdańskim.
Ma wtedy siedemnaście lat. Potem, od kwietnia 1954 do lipca 1958 roku w wydziale finansowym Powiatowej Rady Narodowej zajmuje się egzekucją
podatków.
Henryk nie lubi tej pracy, ale widzi, że na coś się może przydać.
Ostrzega znajome rodziny o planowanej kontroli urzędu.
Bogdan Kruszona pamięta taką sytuację: późny wieczór, prawie noc, dobrze
po dziesiątej, Henio puka do mieszkania jego rodziców i mówi: "Panie
Kruszona, jutro o godzinie szóstej rano będzie pan miał kontrolę
wydziału skarbowego, SB i milicji. Będą u pana szukać broni i złota".
- Moja mama, co tam miała, zaniosła na piętro, do pani Pałkowskiej -
wspomina Kruszona.
I rzeczywiście, następnego dnia o szóstej rano do jego mieszkania
przyszło pięciu funkcjonariuszy, między innymi ze skarbówki. - Była
rewizja, wszystko przewrócili. Nic nie znaleźli i poszli.
Ale po dwóch godzinach wrócili.
- Myśmy mieszkali na parterze, jeden z nich otworzył okno i mówi: "O,
pistolet leży" - opowiada Kruszona. - I mojego ojca zaaresztowali,
został pobity przez ubeków, dostał półtora roku więzienia.
Bogdan Kruszona zna jeszcze cztery inne rodziny, które Henryk ostrzegł o rewizji.
To prawdopodobnie podczas pracy w urzędzie skarbowym w Henryku dojrzewa
przekonanie, że kontakty należy utrzymywać z każdym. W ten sposób nawet
wróg może zrobić to, na czym nam zależy.
- Uchodził za człowieka, który umie wszystko załatwić w mieście - dodaje
Tadeusz Kubiszewski. - Był osobą uprzywilejowaną, bo jak trzeba było coś
załatwić, to dyrektor go wysyłał albo mówił nam: "Wyślijcie
Jankowskiego". Różne sprawy, czy w sklepie, czy produkty trudno
dostępne, zawsze załatwiał.
W 1957 roku Jankowski zaczyna ostatnią klasę liceum, za drugim razem
udaje mu się ją skończyć. Maturę zdaje dwa lata później niż rówieśnicy.
Ma już wtedy dwadzieścia dwa lata.
GEJ?
Decyduje się na studia w seminarium duchownym.
- Pani Jankowska ubolewała, że mógłby iść na inne studia, ale nie, on
tylko na księdza - wspomina Kruszona.
- Seminarium w Pelplinie cieszyło się zawsze bardzo wysoką renomą
naukową - opowiada Ryszard Szwoch. - Dostać się tam było dużo trudniej
niż do Oliwy, gdzie seminarium powstało dopiero co.
Ale Henio do Pelplina się nie dostaje.
- Pani Jankowska skarżyła się mojej mamie, że proboszcz w parafii, gdzie
Jankowski był ministrantem, nie dał mu należytej rekomendacji i dlatego
nie został przyjęty. - Słyszał Kruszona.
We wrześniu 1958 roku Henryk postanawia więc wstąpić do seminarium
duchownego w Gdańsku-Oliwie. Ma tu kolegę ze Starogardu - Mariana
Łukaszewskiego. Jednak Marian po pierwszym roku rezygnuje z seminarium i żeni się. Wiele lat później odnajdujemy go w mieszkaniu w starogardzkim
bloku, ale o Henryku Jankowskim nie chce mówić.
- O wszystkim możemy rozmawiać, tylko nie o nim - stwierdza bardzo
stanowczo i nie dopuszcza w tej sprawie żadnych negocjacji.
Nie chce nawet powiedzieć dlaczego. Może kwestię tę wyjaśni późniejsza
rozmowa księdza Witolda Bocka, wikarego Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, z siostrą bliźniaczką Henryka, Ireną? Kobieta poprosiła księdza Witolda o rozmowę przy okazji przygotowań jej syna do ślubu:
- Jankowski się wściekł, że to nie on ma błogosławić to małżeństwo -
opowiada Bock. - Ja byłem zwykłym wikarym i się do tego nie rwałem, ale
skoro parafianie przyszli spisać protokół przedmałżeński, to
przystąpiłem do procedury jak gdyby nigdy nic. Sprawy wyglądały na
głęboki konflikt w rodzinie, usłyszałem wiele rzeczy, o których nie chcę
opowiadać, ale... W kontekście jej opowieści to ja zadałem pytanie: "Czy
przed jego pójściem do seminarium wasza matka wiedziała, że Henryk jest
homoseksualny?". Odpowiedziała bez wahania: "Tak".
Tłumaczenia z łaciny i przedmioty teoretyczne sprawiają mu spore
problemy. Za to organizacja spotkań i wyjazdów - to jego żywioł. Gdy
potrzebne są bilety na prom czy do opery - idzie się do kleryka
Jankowskiego i kleryk przynosi.
- Wszyscy się zastanawiali, skąd miał kasę, a on jeszcze w seminarium
oprowadzał po Gdańsku turystów - opowiada Mariusz Olchowik, późniejszy
podopieczny księdza. - Głównie niemieckich.
Rektor Antoni Baciński go uwielbia, bo Henryk z wyprzedzeniem odczytuje
jego potrzeby.
Ksiądz Bernard Zieliński, kolega z seminarium:
- Henio był bardzo otwarty, miał łatwy kontakt z ludźmi. Ze wszystkimi
potrafił się dogadać.
Z kolei ksiądz profesor Antoni Misiaszek opowiada, że z setki kleryków
przebywających za jego czasów w seminarium Jankowski był najbarwniejszą
postacią:
"Był wytwornym klerykiem i seminaryjnym elegancikiem. Włosy elegancko
zaczesane, wykrochmalona koszula, wypastowane buty i zawsze chodził w koronkowej komży, którą otrzymał od swojej kuzynki, notabene hafciarki.
(...) Był człowiekiem, z którym można było porozmawiać i nie obrażał się
o byle co. Zawsze wiedział, gdzie i kiedy być. Zaliczał się do ludzi
sympatycznych i zabawnych"3.
Na dowód ksiądz przytacza opowieść, jak to kleryk Jankowski na pierwszym
roku postanowił poprowadzić uroczystość upamiętniającą zmarłego papieża
Piusa XII. Henryk sam zrobił dekoracje i podczas akademii zabrał się do
czytania listów kondolencyjnych ze świata. "I od razu chwycił list od
prezydenta Francji - Charles'a de Gaulle'a. Ale nie przeczytał po
francusku "de Gola", ale po polsku "de Gaulea". Wszyscy w śmiech" -
opowiada ksiądz Misiaszek4.
W czerwcu 1964 roku zbliża się pora święceń, a Jankowski wciąż nie ma
zdanych egzaminów z kilku najważniejszych przedmiotów. Biskup gdański
Edmund Nowicki się waha, czy Henryk w ogóle ma predyspozycje do bycia
kapłanem. Wtedy interweniuje rektor Antoni Baciński. Przekonuje biskupa,
żeby wyświęcił jego ulubionego kleryka. Jankowski zostaje księdzem, ale
bez tytułu magistra.
Wiele lat później ksiądz Witold Bock spyta biskupa Gocłowskiego:
- Czy kiedy go wyświęcaliście, wiedzieliście, że on jest
homoseksualistą?
- To były inne czasy - odpowiada wymijająco arcybiskup.
ULUBIENI KLERYCY
Po ukończeniu seminarium Henryk zostaje
skierowany do Bazyliki Mariackiej w Gdańsku. Proboszczem jest tu ksiądz
Józef Zator-Przytocki, podpułkownik Armii Krajowej, po wojnie
prześladowany i skazany przez władze komunistyczne na siedem lat
więzienia. Jak twierdzi w swojej pracy doktorskiej ksiądz Sławomir Skoblik, opinia proboszcza na temat
młodego księdza nie jest pochlebna5.
Po trzech latach posługi w bazylice Jankowski trafia do parafii pod
wezwaniem Matki Bożej Bolesnej. Spędza tu tylko rok, bo już w 1967 roku
zaczyna pomagać w parafii św. Barbary - w zaniedbanej wówczas,
robotniczej dzielnicy Gdańska. W kwietniu 1968 roku zostaje tam
wikariuszem.
- Kościół św. Barbary był bardzo zniszczony, tam nie było nic - mówi
Halina Choroszewska, wtedy nastolatka. - W przedsionku był dach, a dalej
były tylko mury.
- W środku był dziedziniec i na nim stały zrobione z dykty i drewna
salki katechetyczne - dodaje Jerzy Górski, ministrant księdza. - I my w tych salkach żeśmy się uczyli religii.
Proboszcz parafii Edward Masewicz biega w roboczym ubraniu i gumiakach
po dzielnicy i zwołuje ludzi do pomocy przy odbudowie świątyni.
Mieszkańcy pobliskich ulic, w tym pan Cichy z Łąkowej, który pojawi się
jeszcze parokrotnie w naszej opowieści, po pracy chodzą do kościoła i pomagają go odgruzowywać.
Ponieważ władza komunistyczna nie zamierza finansować inwestycji, ksiądz
Jankowski szuka pomocy w Niemczech. Nawiązuje współpracę z Akcją Znaku
Pokuty (Aktion Sühnezeichen Friedensdienste), której członkowie chcą
zadośćuczynić krzywdom wyrządzonym podczas wojny przez hitlerowców. Na
prośbę księdza diecezja magdeburska przysyła w prezencie trzy spiżowe
dzwony do wieży kościoła. Do parafii przyjeżdża też niemiecka młodzież i pomaga w odbudowie.
Przy kościele nie ma plebanii, dlatego ksiądz Jankowski mieszka u parafian; między innymi u Stanisława Kowalskiego, kowala w stoczni.
Kowalski ma żonę, trójkę dzieci i tylko dwa pokoje, ale przygarnia
młodego księdza.
- Korzystał tam z łazienki, kąpał się - opowiada były ministrant
księdza. - Spał w jednym pokoju z nimi.
W 1970 roku udaje się wyremontować plebanię i ksiądz się wyprowadza, ale
dalej odwiedza Kowalskich.
- Przychodził na kolację, na śniadanie. Oni go traktowali jak domownika
- dodaje.
Syn Kowalskiego, Jan, też służy do mszy u księdza Henryka. Po ukończeniu
liceum idzie do seminarium, ale szybko zostaje z niego wyrzucony.
Kowalscy jadą do biskupa Lecha Kaczmarka dowiedzieć się dlaczego.
- Biskup im powiedział, że alumn Kowalski nie może być księdzem, bo nosi
złote okulary - wspomina ówczesny ministrant ze św. Brygidy. - Bo
rzeczywiście dostał od księdza złote oprawki.
Jan wraca do domu, ale już po roku Jankowski pomaga mu się dostać do
seminarium w Olsztynie. Chłopak kończy uczelnię i po święceniach zostaje
wikarym w Lidzbarku Warmińskim. Jednak nie na długo.
- To jest typ naukowca. Mądrą książkę przeczytać, podyskutować. A tam go
wsadzili w baranicę i kazali jechać po pijanych chłopach z kolędą. To
było nie dla niego - tłumaczy nam
ministrant.
Aby ratować powołanie swojego wychowanka, ksiądz Henryk załatwia Janowi
przeniesienie do Niemiec, do diecezji Hildesheim, w której przebywa do
dziś.
Drugim ulubionym ministrantem Jankowskiego w tamtych czasach jest
Andrzej, kolega Jana ze szkolnej ławy. Ksiądz Henryk jest zapraszany do
chłopca na urodziny i imieniny.
- Przystojny chłopak, miał taką trochę urodę włoską; śniadą cerę, czarne
włosy - dodaje Jerzy Górski. - Był oczkiem w głowie mamy, zabiegała o jego wychowanie w wierze, mimo że ojciec był towarzyszem z krwi i kości.
Ojciec Andrzeja, wysokiej rangi oficer milicji, umiera młodo.
- Wtedy ksiądz prałat ich wspierał finansowo - przypomina sobie Marek
Kurowski, kolega z dzielnicy, a przy tym brat Wojciecha Kurowskiego ps.
Kura, o którym jeszcze będzie mowa.
Kilka lat później Andrzej też wstępuje do seminarium. Po święceniach
zostaje wikarym w kościele św. Barbary, a potem przechodzi do księdza
Jankowskiego do św. Brygidy. I tu, po latach posługi, postanawia
całkowicie odmienić swoje życie:
- Zarwał sobie dziewczynę, młodą blondynkę, swoją uczennicę z lekcji
religii ze szkoły średniej - słyszał Jerzy Górski.
Andrzej rzuca kapłaństwo i wyjeżdża do Herford w Niemczech. Gdy
odnajdujemy go na Naszej Klasie, początkowo chętnie rozmawia, ale gdy
dowiaduje się, że piszemy książkę o księdzu Jankowskim, milknie.
Były ksiądz mieszka tylko półtorej godziny jazdy samochodem od
Hildesheim, miejscowości, w której posługuje Jan.
- Był takim bardziej starszym kolegą niż księdzem - opowiada o Jankowskim Jerzy Górski, który służył w kościele św. Barbary do mszy. -
Był człowiekiem, do którego można było z każdym problemem przyjść i on
nigdy nie odpowiadał, że nie ma czasu czy że to nie jego sprawa.
Halina Choroszewska, która chodziła do Jankowskiego na religię,
zapamiętała, że ksiądz chciał, żeby msza trwała tyle co lekcja,
czterdzieści pięć minut, bo potem wszyscy się nudzą. Dzieciom się to
podobało.
- Ja mam wspomnienia sympatyczne - mówi dziś. - Chodziło się chętnie na
tą religię.
Wikary Jankowski uwielbia młodych ludzi. Zabiera ich na wycieczki do
Sopotu, organizuje zabawy sylwestrowe. Na jego lekcje religii chodzi też
Marta, do dziś mieszkająca w Gdańsku przy ulicy Angielska Grobla. Aż tak
lubi kapłana, że zaprasza go na swoje osiemnaste urodziny. Niestety,
chory wikary nie pojawia się na imprezie, ale wysyła dwóch ministrantów,
żeby przekazali od niego życzenia. Jednym z nich jest Marek Mężyk.
Chłopak przychodzi na urodziny Marty, składa jej życzenia i... się
zakochuje.
I tak dzięki Jankowskiemu Marta poznaje swego przyszłego męża. Potem
ksiądz Jankowski udzieli im ślubu, ochrzci ich dzieci i wnuki.
- Nie opuścił żadnej osiemnastki, na wszystkich weselach zawsze był
pierwszy do tańca z panną młodą - opowie później Marek Mężyk6.
Innej parze ksiądz kupi obrączki, żeby mogli się pobrać.
Dbałość o wygląd jest u niego niezmienna.
- Zawsze miał elegancko odprasowaną koszulę, odprasowany garnitur,
spodnie na kancik. Buty wyczyszczone, wypastowane, aż się świeciły -
wspomina Jerzy Górski. - Nawet jak żeśmy coś tutaj w kościele sprzątali,
to on wszystko w rękawiczkach robił i delikatnie, żeby broń Boże się nie
ubrudził.
JAK BESTIA
W pobliżu kościoła św. Barbary, w starej kamienicy przy ulicy Łąkowej 62 mieszka koleżanka Andrzeja i Jana
Kowalskiego z klasy, Basia Boroch.
- Ulica Łąkowa nigdy nie cieszyła się dobrą opinią, tam zawsze było
sporo tak zwanego menelstwa - opowiada Jerzy
Górski. - Mieszkali tam chłopcy, którzy kradli, trudna młodzież. Nieraz
człowiek dostał bęcki od kolegów, którzy się tam bandami prowadzali.
Mama Basi jest sekretarką, a ojciec pracuje w stoczni. Dziewczyna ma
dwójkę młodszego rodzeństwa - siostrę i brata Bogdana. Nie chodzi na
religię, bo, jak sama potem wyzna, rodzice jej nie zapisali.
"Byłam ochrzczona, ale do pierwszej komunii nie przystąpiłam. Moja mama
przechodziła z wiary katolickiej do świadków Jehowy, jak wiatr zawiał. W pewnym momencie nie wolno nam było chodzić do kościoła. Mimo to czasami
chodziłam do św. Mikołaja, bo mi to dawało wewnętrzny spokój. Nie
uczęszczałam na msze, nie cierpiałam księży"7.
Wiele lat później jej partner, Marek Kuligowski, doda: "Powiedziała, że
nie była u pierwszej komunii świętej, bo miała takie doświadczenie z księdzem, że jako małe dziecko była molestowana"8.
- Jak myśmy szły do pierwszej komunii, to księdza Jankowskiego jeszcze w naszej parafii nie było - komentuje pani Teresa, jej koleżanka z podstawówki. - Więc jak mogła już być do niego zrażona?
Faktycznie, gdy rówieśnicy Barbary przystępują do pierwszej komunii w trzeciej klasie podstawówki, jest rok 1966. Księdza Jankowskiego jeszcze
w św. Barbarze nie ma.
- Basia była naprawdę fajną dziewczyną, żywą, później nagle zagasła -
przypomina sobie Marek Kurowski.
- Kiedy pan zauważył tę zmianę? - pytamy.
- Było takie zdziwienie dla mnie, że wszyscy przystępowaliśmy do
pierwszej komunii, rozmawialiśmy o tym, kto co dostał w prezencie, a okazało się, że ona nie przystąpiła. Chyba wtedy.
W 1966 roku Basia ma dziesięć lat, jej ojciec pije.
"Był alkoholikiem, pracował w stoczni i tygodniami nie pokazywał się w domu. Widywałam go najczęściej pierwszego, gdy matka wysyłała mnie po
pieniądze. Szukałam go pod bramą stoczni, po kochankach, knajpach,
spelunach"9.
U matki dziewczyna też nie ma oparcia.
"Uważam, że pochodzę z patologicznej rodziny wcale nie z uwagi na ten
jego alkoholizm. Przede wszystkim z powodu okrucieństwa mamy. Odkąd
pamiętam, biła mnie za wszystko, co zrobiłam i czego nie zrobiłam.
Naczynia nie były pomyte na czas, siostra i brat nie odrobili lekcji...
Zawsze ja byłam winna". "Kazała mi kłaść się na tapczanie i biła pasem,
dopóki się nie zsikałam. A jak się zsikałam, to dostawałam za to, że to
zrobiłam"10.
W grudniu 2018 roku w "Dużym Formacie", dodatku do "Gazety Wyborczej",
ukazuje się tekst Bożeny Aksamit, który wywołuje lawinę11.
Barbara przywołuje w nim wydarzenia, które, według jej relacji, miały
miejsce w latach 1968-1970, gdy Jankowski był wikarym w kościele, nomen
omen, św. Barbary.
Z jej opowieści wynurza się kompletnie inny obraz księdza Henryka. Można
wręcz odnieść wrażenie, że kobieta opowiada o innym kapłanie.
W reportażu dziennikarka barwnie opisuje świat małej Basi:
Dzieci z okolicznych domów bawią się na podwórku za kamienicą przy
Łąkowej. Na trzepaku fikają koziołki. Dobrze widzą stamtąd drzwi
kościoła znajdującego się po drugiej stronie ulicy, wtedy Elbląskiej,
dzisiaj Długie Ogrody. Gdy tylko pokazuje się w nich wikary Henryk,
dzieciaki krzyczą: "Uwaga! Jankowski idzie". I rozpierzchają się na
wszystkie strony.
Ale nie zawsze udaje im się uciec. Basię ksiądz molestuje z dziesięć
albo i dwadzieścia razy. Jest jak bestia.
Pewnego dnia dziewczynka, uciekając, wbiega na strych. Chce wybiec
drugim wejściem, ale drzwi są zamknięte. Ksiądz ją dopada, gdy szarpie
się z klamką. Dotyka jej piersi, wkłada ręce w majtki. Mówi, że jej
pokaże, co to znaczy od tyłu. Pokaże, co oznacza się spuścić. Jest
obleśny. Ale Basia gumkę od majtek naciąga tak mocno, że aż trzyma ją w zębach. Nie udaje mu się jej nic zrobić.
Innym razem znowu ją dopada i próbuje dziewczynce otworzyć usta. Basia
myśli, że jak jej wsadzi, to go ugryzie. Ale płoszy go zaniepokojona
sąsiadka z pierwszego piętra, która krzyczy:
- Kto tutaj tak tarabani?!12
Ksiądz odpowiada, że sprawdza tylko, dlaczego dzieci nie chodzą na
religię. Basia jest uratowana.
Jeszcze innym razem, gdy ksiądz zbliża się do kamienicy, młodsze dzieci
uciekają do piwnicy. Chowa się tam też mały braciszek Basi, Boguś.
Dziewczynka biegnie za nim. Jankowski wpada do wąskiego korytarza,
rozdziela rodzeństwo i zaczyna się onanizować. Popycha Basię na ścianę i spuszcza się jej na sukienkę. Boguś wtedy mówi:
- Jak dorosnę, to go zabiję.
Brat Basi opowiada też siostrze, że ksiądz próbował wsadzić innemu
chłopczykowi z sąsiedztwa - Jankowi.
Dziś Boguś już nie żyje, więc nie zapytamy go, czy to prawda.
Zgodnie z relacją Barbary ksiądz Jankowski wciąż nie ma dość.
Dziewczynka ma problemy z grasicą, lekarze znajdują u niej guz między
sercem a kręgosłupem. Po operacji zostaje jej 140 szwów i igła
chirurgiczna w opłucnej. Mimo to, gdy wraca ze szpitala, ksiądz kolejny
raz ją dopada. Basia nie może uciekać, bo igła przebiłaby opłucną. Ze
strachu mdleje.
Potem Jankowski zaczepia ją, prosi, żeby się spotkali gdzieś "na
zewnątrz". Basia się nie zgadza. Po kolejnej odmowie ksiądz przyczaja
się na klatce. Gdy dziewczynka rano wychodzi z domu i zamyka drzwi,
wikary łapie ją od tyłu i wpycha do mieszkania. Ona jednak zaczyna tak
głośno płakać, że w końcu ksiądz jej nie gwałci, tylko znowu brudzi
spermą jej ubranie.
Jej płacz słyszy sąsiadka z naprzeciwka. Basia wpuszcza ją do
mieszkania.
- Kto to zrobił? - pyta sąsiadka.
- Jankowski - mówi Basia.
- Ale przecież on już dawno nie pracuje w kościele obok.
- Ale przed chwilą tu był, niech pani zobaczy, jak ja z tyłu wyglądam.
Być może sąsiadka idzie wtedy na skargę do kościoła, bo od tego czasu
Basia Jankowskiego na ulicy Łąkowej nie widuje.
Ale to nie wszystko. Barbara opowiada też Bożenie Aksamit, że dwie
dziewczynki, jej koleżanki, były z księdzem Jankowskim w ciąży. Jedna z nich, szesnastoletnia Ewa, mieszkała w domu z czerwonej cegły stojącym
obok jej kamienicy.
Te zdarzenia wciąż stoją przed oczami Barbary jak żywe.
Pewnego dnia Ewa powiedziała ojcu, że jest w ciąży z księdzem, ale ten
tylko ją zbił. Wtedy dziewczynka wyskoczyła z okna. Basia widziała ją,
jak leżała na trawniku nakryta kocem w kwiaty.
Ewa zostawiła list: "Nie będę miała dziecka Jankowskiego. Może teraz
uwierzycie, że zostałam zgwałcona".
Inna koleżanka Barbary miała zajść w ciążę z Jankowskim jako
piętnastolatka. Jej matka nie uwierzyła, że dziewczynka została
zgwałcona przez księdza, i nie pozwoliła jej usunąć ciąży. Gdy Barbara
spotkała ją w latach osiemdziesiątych, dawna koleżanka szła z chłopcem,
który wyglądał jak klon Henryka. Basię przeszły ciarki.
Niedługo po emisji reportażu Bożeny Aksamit pomnik księdza Henryka spada
na gumowe opony. Nikt nie sprawdza, czy Barbara Borowiecka mówi prawdę.
My postanawiamy to zrobić.
DOBRO PRL
Jest lato 2019 roku. Siedzimy w kawiarni na tyłach kamienicy przy ulicy
Marszałkowskiej w Warszawie z Mariuszem Olchowikiem, późniejszym
współpracownikiem księdza.
Olchowik opowiada, jak pewnego dnia oglądali z księdzem album o PRL-u. W części poświęconej studenckiej rewolcie z marca 1968 roku Jankowski
pokazał swoje zdjęcie. Stał na dachu jakiegoś pojazdu, w tle warszawska
ulica.
- W 1968 roku ksiądz był wysyłany do Warszawy w celu uspokojenia
nastrojów młodzieży - opowiada Olchowik. - Jechał na platformie
ustawionej na dachu autobusu, z mikrofonem.
Olchowik twierdzi, że ksiądz Jankowski miał zatrzymać marsz studentów,
który chciał iść pod KC PZPR w Warszawie, aby go podpalić.
- Jak byłem młody, zawsze mnie zastanawiało, dlaczego władze poprosiły,
żeby do Warszawy przyjechał jakiś prowincjonalny ksiądz - dodaje
współpracownik księdza. - Ale on mi wiele razy to opisywał. Mówił,
jakimi ulicami jechał, i opowiadał, że chodziło o to, żeby studenci nie
poszli pod gmach KC.
Kilkanaście dni później, 1 kwietnia 1968 roku Jankowski zostaje wikarym
w kościele św. Barbary, a już w maju tego roku gdańska kuria informuje
lokalne władze państwowe, że zamierza mianować go proboszczem parafii
św. Brygidy.
Urząd ds. Wyznań jest początkowo niechętny. W notatce ze stycznia 1970
roku czytamy: "Biorąc pod uwagę całokształt postawy i działalności ks.
Jankowskiego Henryka, a szczególnie jego aktywność oraz swoisty sposób
bycia, zachodzi obawa, że mianowanie go na parafię miejską, będącą w trakcie organizacji, może wpłynąć ujemnie na jego pracę"13.
Jednak miesiąc później urząd już nie zgłasza zastrzeżeń i w marcu ksiądz
zostaje proboszczem parafii św. Brygidy. Ogłasza:
"Ślubuję uroczyście dochować wierności PRL, przestrzegać jej porządku
prawnego i nie przedsiębrać niczego, co mogłoby zagrażać dobru PRL".
Barbara Borowiecka twierdzi, że został do kościoła św. Brygidy
przeniesiony za karę, gdy jego zwierzchnicy dowiedzieli się, że
molestuje dzieci.
- Co to za przeniesienie, tam jest przecież tylko kilometr pomiędzy tymi
kościołami - obrusza się Mariusz Olchowik, późniejszy współpracownik
księdza. - Był w tym samym miejscu, mijał tych samych ludzi. To jest
absurd!
Zresztą powierzenie funkcji proboszcza trzydziestoczteroletniemu
wikaremu trudno uznać za karę.
- Ksiądz dostał tę parafię w nagrodę, bo służby i Kościół traktowały go
jako pewną osobę - twierdzi Olchowik.
Podczas strajków z grudnia 1970 roku na Wybrzeżu, które pochłonęły 45
ofiar śmiertelnych, a tysiące osób było rannych i aresztowanych,
Jankowski dobija kolejnego targu.
"Rok siedemdziesiąty sprawił, że po dramacie tego dnia, jakim był dla
Gdańska 16 grudnia, w następnym dniu władza poprosiła mnie, żebym -
mając ogromny wpływ na młodzież - sprawił, by nastał spokój.
Powiedzieli, że oni też mogą coś dobrego zrobić dla mnie"14.
W zamian za tonowanie nastrojów młodych ludzi proboszcz prosi władze o wydanie decyzji o odbudowie kościoła św. Brygidy. I tego samego dnia ją
otrzymuje.
Andrzej Kołodziej, przywódca strajku w Gdyni, wspomina:
- Miał takie kazanie w kościele garnizonowym w Sopocie, na Monciaku.
Mówił, że strajki 1970 roku to była działalność antypaństwowa. Za to
władze przychylnie na niego patrzyły.
W piątą rocznicę masakry na Wybrzeżu Aleksander Hall na murze widzi
ulotkę. Ma kształt tradycyjnej klepsydry, ale informuje o mszy w rocznicę Grudnia w kościele św. Brygidy. Dzięki pomysłowej formie dłużej
powisi na murach.
Hall idzie na mszę. W ciemny grudniowy wieczór kościół jest pełen
wiernych. Są stoczniowcy, jest sztandar.
- Oczywiście oczekiwałem, że ksiądz powie coś mocnego, poruszającego.
Ale kazanie księdza było absolutnie wymijające. Nic, co by stanowiło
jakiś impuls. Ksiądz Jankowski robił wtedy wrażenie człowieka, który
jest bardzo daleki od tych spraw politycznych i opozycyjnych.