Upadek - Katarzyna Żwirełło

Kup ebooka

44.00 zł
35.84 zł (35,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

"Mie­szać się w ta­kie nar­ko­ty­kowe sprawy to nie­bez­pieczna rzecz"

Sześć lat póź­niej

Naj­pierw mu­siała przyjść noc. Za­wsze od nocy się za­czyna. Za­nim wsta­nie słońce, jest ciem­ność. Za­nim po­wsta­niemy, do­świad­czamy upadku. Nim od­naj­dziemy swój wła­sny głos, długo błą­dzimy po­śród szumu cu­dzych słów.

Dzwo­nek te­le­fonu w środku nocy zwia­sto­wał je­dy­nie pro­blemy i za­wsze ozna­czał to samo - noc ze­brała żniwo.

- Ba­czuk... - jęk­nął aspi­rant do te­le­fonu ko­mór­ko­wego. Jed­nak na­dal sły­szał dzwo­nie­nie. Oczami jak szparki zer­k­nął na wy­świe­tlacz. Jesz­cze nie ode­brał. Na­pra­wił błąd i opa­da­jąc na po­duszkę, po­now­nie wy­sa­pał swoje na­zwi­sko.

- Mamy za­bój­stwo w Śród­mie­ściu - padł ko­mu­ni­kat nie­zwy­kle oży­wio­nym gło­sem. Zbyt oży­wio­nym jak na tak późną go­dzinę. Dzwo­nią­cym był star­szy sier­żant Miszko, który w po­dob­nych oko­licz­no­ściach czę­sto jako pierw­szy po­ja­wiał się w te­re­nie. To do niego na­le­żała ocena, kogo na­leży we­zwać do kon­kret­nego zda­rze­nia. Za­dzwo­nił do Ba­czuka. Wi­docz­nie sprawa była po­ważna.

- Mam za­dzwo­nić też do Meca, czy ty przy­je­dziesz? - do­py­tał rześko.

- Przy­jadę - za­pew­nił aspi­rant sen­nym gło­sem. Czuł, że po­now­nie od­pływa gdzieś w kra­inę snów, więc zmu­sił się, by usiąść na skraju łóżka i po­wstrzy­mać nad­cią­ga­jącą falę znu­że­nia. Za­pi­sał so­bie ad­res w no­te­sie le­żą­cym na noc­nym sto­liku i roz­łą­czył się.

Obok niego unio­sła się koł­dra. Za­spany głos za­py­tał:

- We­zwa­nie?

- Tak. Dzwo­nił Miszko.

- Je­dziemy?

- Nie, Tośka, śpij. Przy­naj­mniej jedno z nas bę­dzie przy­tomne rano.

Młod­sza aspi­rant ob­ró­ciła się na drugi bok i szczel­nie okryła koł­drą.

Ro­bert Ba­czuk był na miej­scu kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej. Gdy przy­je­chał, do­strzegł dwa ra­dio­wozy, van oraz błę­kitny pa­ra­wan, który agre­syw­nie ło­po­tał na sil­nym tej nocy wie­trze.

Po­li­cjant za­piął bluzę pod samą szyję, a mimo tego prze­szył go dreszcz. Za­tę­sk­nił za cie­płym łóż­kiem. Po­wiew wia­tru bru­tal­nie sma­gnął go po twa­rzy, przy­po­mi­na­jąc, że świat nie jest mi­łym ani cie­płym miej­scem. Jest lo­do­waty i śmier­dzi tru­pem, na­wet la­tem.

"Ide­alna lip­cowa noc" - po­my­ślał z iro­nią. A mo­gli wy­je­chać z Tośką na urlop. Jak nor­malni lu­dzie wy­brać się w góry albo nad mo­rze. Opa­li­liby się nieco, od­stre­so­wali. Jed­nak po­czą­tek lata tego roku był upo­rczy­wie pa­skudny. Su­chy i zbyt chłodny na ką­piele w Bał­tyku. Zgod­nie po­sta­no­wili po­cze­kać z urlo­pem do wrze­śnia, a lato spę­dzić w mie­ście, za­lani nie pro­mie­niami słońca, lecz falą sa­mo­bójstw, mor­derstw i nie­szczę­śli­wych wy­pad­ków.

Sier­żant Miszko uści­snął Ro­ber­towi dłoń, ale aspi­rant na­wet nie spoj­rzał na po­li­cjanta. Jego wzrok mo­men­tal­nie po­wę­dro­wał na le­żącą na ziemi czarną fo­lię.

- Czemu już go za­kry­li­ście?

- Lu­dzie wy­sta­wali w oknach i ro­bili zdję­cia - wy­ja­śnił Miszko.

Głowa aspi­ranta po­wę­dro­wała ku gó­rze. Rze­czy­wi­ście, paru cie­kaw­skich ster­czało na bal­ko­nach.

- Roz­ma­wia­li­ście już z kimś?

- Nie. Cze­ka­li­śmy na cie­bie.

Ro­bert przy­kuc­nął obok ciała i dys­kret­nie uniósł fo­lię, by obej­rzeć zwłoki. Pa­trzył na mło­dego męż­czy­znę, około dwu­dzie­sto­pię­cio­let­niego. Pod­cią­gnął skra­wek za­krwa­wio­nej ko­szulki de­nata, by od­kryć kilka ran kłu­tych w oko­licy brzu­cha.

Wes­tchnął ciężko i po­now­nie spoj­rzał w górę. Wo­dząc wzro­kiem po otwar­tych oknach, za­wo­łał:

- Ktoś wi­dział, co się stało?

- Ja coś wi­dzia­łem - od­krzyk­nął si­wo­brody męż­czy­zna z dru­giego pię­tra.

- Za­raz do pana wejdę!

Nie­całą mi­nutę póź­niej Ro­bert za­pu­kał do drzwi miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze i lo­ka­tor wpu­ścił po­li­cjanta do środka. Prze­pro­wa­dził go przez nie­wiel­kie miesz­ka­nie do drzwi bal­ko­no­wych i wy­ja­śnił:

- Pa­li­łem pa­pie­rosa i wtedy ich zo­ba­czy­łem.

- Ofiarę i mor­dercę?

- No. To nie był pierw­szy raz, kiedy ten dzie­ciak tu wy­sta­wał.

- Ten za­mor­do­wany?

- A jak! - od­parł bro­dacz, gła­dząc swój za­rost, a Ro­bert ro­zej­rzał się dys­kret­nie po po­miesz­cze­niu. Fa­cet naj­wy­raź­niej miesz­kał sam. Za­ra­biał nie­wiele i nie­wiele ocze­ki­wał od ży­cia. Na stole w po­koju dzien­nym stało kilka bu­te­lek po pi­wie, nie­opróż­niona po­piel­niczka i kilka ga­zet co­dzien­nych, a pod sto­łem znaj­do­wało się parę skar­pe­tek.

- Wi­dział pan, co się stało i kto go za­mor­do­wał?

- Wi­dzia­łem. To ja po was za­dzwo­ni­łem, nie?

- Jak się pan na­zywa?

- Gro­tek. Jan Gro­tek.

Aspi­rant za­no­to­wał na­zwi­sko w no­te­sie służ­bo­wym.

- Więc, pa­nie Ja­nie, jak to wy­glą­dało?

- Chło­pak wy­sta­wał na rogu, jak za­wsze. Kilka mi­nut póź­niej przy­szedł drugi. Chudy, kap­tur na łbie. Szedł jak pi­jany. Wpadł na chło­paka i za­czął coś beł­ko­tać. Chło­pak od­ga­niał się od niego, ale tam­ten nie od­pusz­czał. Pro­sił o to­war. Bła­gał na­wet!

- O to­war? Za­mor­do­wany han­dlo­wał nar­ko­ty­kami?

- Ja tam się na tym nie znam, nie? Ale na to wy­glą­dało. Stał taki na rogu co kilka nocy. Przy­bi­jał piątkę z prze­chod­niami, cza­sami za­ga­dał na chwilę i ko­niec. Roz­cho­dzili się. Tak to "di­lo­wa­nie" wy­gląda na fil­mach. Wi­dzia­łem kie­dyś taki je­den se­rial, Prawo ulicy, zna pan?

- Znam. Do­bry.

- Mnie też się po­do­bał.

- Co się stało, kiedy ofiara od­mó­wiła? - za­py­tał aspi­rant, wra­ca­jąc do te­matu.

- Ko­leś się wściekł - od­parł lo­ka­tor, ob­ser­wu­jąc nie­znaczne ru­chy na ulicy pod ka­mie­nicą.

Po­li­cjanci prze­cho­dzili po parę kro­ków to tu, to tam, coś za­pi­sy­wali, ro­bili zdję­cia.

Pan Jan po­dra­pał się po bro­dzie i kon­ty­nu­ował:

- Ćpu­nek za­czął krzy­czeć i prze­kli­nać, w końcu wy­cią­gnął nóż i kilka razy dźgnął chło­paka w brzuch.

- Jak pan za­re­ago­wał?

Męż­czy­zna spoj­rzał na po­li­cjanta. Mil­czał przez chwilę. Się­gnął po le­żące na pa­ra­pe­cie pa­pie­rosy i za­pa­lił.

- Krzyk­ną­łem do niego, nie? "Zo­staw go!", czy ja­koś tak... Nie wiem. By­łem w szoku - wy­ja­śnił.

Coś w jego ner­wo­wym za­cho­wa­niu zdra­dzało Ro­ber­towi, że może nie był do końca szczery. Ob­sta­wiałby ra­czej, że pan Jan cof­nął się nieco w swoim oknie, żeby nie zo­stać za­uwa­żo­nym przez na­past­nika. Nikt nie chce się na­ra­żać, a wia­domo, że by­cie jaw­nym świad­kiem mor­der­stwa to ry­zy­kowna sprawa.

- Wtedy na­past­nik uciekł?

- Co?

- Kiedy pan do niego krzyk­nął. Wtedy prze­stra­szył się i uciekł?

- Nie... Prze­szu­kał bie­daka i okradł go. Po­tem uciekł.

- A pan zszedł, żeby udzie­lić po­mocy...

- No zsze­dłem, nie? W końcu trzeba być ludz­kim. Za­dzwo­ni­łem po ka­retkę i zsze­dłem. Ale jak zsze­dłem, to chło­pak już nie żył.

- Skąd pan wie?

- Jak to skąd wiem?! Chyba każdy by wie­dział! Nie od­dy­chał po pro­stu!

- Pro­szę się nie de­ner­wo­wać. Pró­buję do­kład­nie zro­zu­mieć, jak to wy­glą­dało.

- No, to opo­wia­dam prze­cież, nie?

Aspi­rant wyj­rzał przez okno, ro­zej­rzał się po ulicy i wró­cił do za­da­wa­nia py­tań.

- Z któ­rej strony przy­szedł na­past­nik?

- Z pra­wej. Od sta­rówki.

- A pan za­wsze cho­dzi spać tak późno?

- Mam pro­blemy ze snem.

- Do­sko­nale to ro­zu­miem - przy­znał Ro­bert z pół­u­śmie­chem. - Nie bie­rze pan nic na sen?

- Bra­łem. Ale po tym gów­nie rano czu­łem się za­mu­lony. W ro­bo­cie mu­szę być przy­tomny. Pra­cuję na żu­ra­wiu na bu­do­wie, więc uwaga musi być sto pro­cent sku­piona, nie? Czło­wiek po­pełni błąd, to inny może stra­cić ży­cie.

- Po­wie pan le­ka­rzowi, żeby prze­pi­sał panu inny lek.

- Inny może nie przy­mu­lać?

- Mój działa jak ma­rze­nie. Śpię po nim jak nie­mowlę.

- Będę mu­siał mu po­wie­dzieć - od­parł lo­ka­tor, uważ­nie przy­glą­da­jąc się po­li­cjan­towi. Ten scho­wał no­tat­nik do kie­szeni i do­py­tał:

- Mó­wił pan, że ofiara czę­sto stała w tym miej­scu. Za­wsze o tej sa­mej po­rze, w te same dni?

- Chyba tak.

- Skoro po­dej­rze­wał pan, że to han­dlarz, dla­czego nie po­wia­do­mił pan po­li­cji?

- No wie pan?! Dla­czego... Nie mia­łem pew­no­ści, nie? Zresztą mie­szać się w ta­kie nar­ko­ty­kowe sprawy to nie­bez­pieczna rzecz. Co jakby taki di­ler do­wie­dział się, kto na niego do­niósł? Szkoda, że chło­pak nie żyje, ale chyba wie­dział, że to ry­zy­kowny biz­nes. W końcu za­ła­twił go ja­kiś ćpun... To przy­kre i w ogóle, ale można było się spo­dzie­wać.

Aspi­rant Ro­bert Ba­czuk za­my­ślił się nad sło­wami lo­ka­tora i po chwili przy­tak­nął. Można było się tego spo­dzie­wać...

- Roz­po­znałby pan tego, który za­bił?

- Ćpunka? Ra­czej nie. Wi­dzia­łem go z góry i miał kap­tur na łbie. Twa­rzy nie wi­dzia­łem. Tylko tyle wiem, że był chudy i wy­soki jak chło­pak, któ­rego za­ła­twił.

- I grze­bał przy ciele, tak? Okradł go?

- Tak po­wie­dzia­łem.

- Dzię­kuję panu za po­moc. Może jesz­cze się do pana ode­zwiemy.

- A po co? Po­wie­dzia­łem już wszystko.

- Tylko żeby po­twier­dzić kilka rze­czy. Na ra­zie dzię­kuję za po­moc... I niech pan pa­mięta: trzeba zna­leźć lek do­pa­so­wany do ciała. To che­mia.

- Tak, tak po­wiem le­ka­rzowi!

Ro­bert wró­cił na ze­wnątrz. Wci­snął dło­nie do kie­szeni bluzy i pod­szedł do sier­żanta Miszki.

- Trzeba po­ga­dać z resztą lo­ka­to­rów. Może ktoś inny też wi­dział całe zaj­ście.

- Ja­sne. - Sier­żant po­ki­wał głową jak sa­mo­cho­dowy pie­sek. - Za­wsze lep­sze dwa ze­zna­nia niż jedno.

- Fa­cet mó­wił, że mor­derca wy­glą­dał na ćpuna, za­ta­czał się. Ofiara miała być han­dla­rzem. Stał tu parę razy w ty­go­dniu.

- Deal nie po­szedł za do­brze, co?

- Na to wy­gląda. Po­dobno po za­bój­stwie mor­derca grze­bał przy ciele. Pew­nie skroił go z to­waru i nie był na tyle przy­tomny, żeby wy­czy­ścić od­ci­ski pal­ców. Przy­szedł od strony sta­rówki i uciekł w kie­runku rzeki. Trzeba się przejść przy­naj­mniej kilka prze­cznic. Prze­szu­kać naj­bliż­sze ko­sze na śmieci. Te­raz! Za­nim rano je opróż­nią. Może znaj­dziemy na­rzę­dzie zbrodni.

- Za­raz to zor­ga­ni­zuję. Nie dzwo­nisz do Meca?

Ro­bert za­my­ślił się nad po­sta­wio­nym mu py­ta­niem. Jego prze­ło­żony, Ce­zary Mec, an­ga­żo­wał się pra­wie we wszyst­kie pro­wa­dzone przez nich sprawy, ale ta wy­da­wała się na tyle oczy­wi­sta, że Ro­bert mógł sam ogar­nąć po­czą­tek po­stę­po­wa­nia. Han­dlarz nar­ko­ty­kami, nie­for­tunny klient na gło­dzie i zbrod­nia go­towa.

Jesz­cze jedno spoj­rze­nie na ciało za­mor­do­wa­nego spra­wiło, że po­my­ślał, jak szybko za­ży­wa­nie do­raź­nych da­wek, to dla re­laksu, to dla do­da­nia so­bie od­wagi, może za­mie­nić się w uza­leż­nie­nie spy­cha­jące po­rząd­nego czło­wieka na mar­gi­nes spo­łe­czeń­stwa. Na mar­gi­nes ży­cia. To wła­śnie noc skrywa naj­ciem­niej­sze strony ludz­kiej na­tury. Przy­nosi senne kosz­mary, otula płasz­czem, szep­cząc do ucha: "Te­raz. Te­raz, kiedy nikt nie pa­trzy". Jest za­do­wo­lona z na­szych złych wy­bo­rów. Po­dob­nie jak ci, któ­rzy jej służą. Ło­wią za­gu­bione du­sze. Nie­szczę­śliwe, słabe, po­trze­bu­jące po­cie­sze­nia. Im czło­wiek moc­niej po­grą­żony w smutku, tym bar­dziej po­doba się nocy. Tym lep­szy można ubić na nim in­te­res. Efek­tem bywa upa­dek, długa droga w dół. Kiedy już za­cznie się spa­dać, pa­ra­dok­sal­nie je­dy­nym ra­tun­kiem bywa do­tar­cie do sa­mego dna, od któ­rego można się od­bić.

2

"Re­dak­tor Ra­fal­ski znowu na­ro­bił nam kło­po­tów"

Nie­prze­spana noc nie zwol­niła aspi­ranta Ba­czuka z ko­niecz­no­ści sta­wie­nia się w pracy z sa­mego rana. W biu­rze ko­mendy za­pa­rzył so­bie ku­bek moc­nej kawy, ale zdą­żył upić za­le­d­wie łyk, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon. Dłoń trzy­ma­jąca ku­bek drgnęła mi­mo­wol­nie i nieco brą­zo­wego płynu wy­lało się na białą ko­szulkę. Aspi­rant prze­klął pod no­sem i ode­brał.

- Ba­czuk.

- Wiemy, gdzie on jest - za­brzmiał pewny sie­bie głos po dru­giej stro­nie słu­chawki.

Ro­bert nie miał pro­blemu, żeby go roz­po­znać. Na­le­żał do pod­ko­mi­sa­rza Ju­liana Si­kor­skiego z Cen­tral­nego Biura Śled­czego, z któ­rym aspi­rant współ­pra­co­wał od kilku ty­go­dni.

- Zgar­niamy go ju­tro rano, Rob­son - kon­ty­nu­ował pod­ko­mi­sarz. - Przy­jedź do mnie za dwie go­dziny, wszystko ob­ga­damy.

- Nie wiem, czy będę mógł. W nocy mie­li­śmy mor­der­stwo i chwi­lowo tylko ja nad nim sie­dzę.

Si­kor­ski za­milkł na chwilę, ale szybko się zre­flek­to­wał.

- Żar­tu­jesz so­bie? Po­wiedz Me­cowi, że wszystko ogar­niesz! Uma­wia­li­śmy się prze­cież. Wszystko jest usta­lone. Ju­tro zgar­niemy Darka Gło­gow­skiego, prze­słu­chamy go ra­zem. Może sprawa pój­dzie da­lej, może nie. Oso­bi­ście wo­lał­bym, żeby za­koń­czyć to wszystko jak naj­szyb­ciej. Ty nie? Nie za­leży ci?

- Ja­sne, że tak. Na­dal mamy otwarte sprawy dwóch mor­derstw...

- A Da­rek może do­star­czyć wam od­po­wie­dzi na kilka py­tań. Uprzedź więc Meca, że dzia­łamy, i wi­dzimy się za dwie go­dziny.

- Do zoba...

Pod­ko­mi­sarz Si­kor­ski roz­łą­czył się, nim Ro­bert do­koń­czył słowo. Nie­na­wi­dził mar­no­tra­wie­nia czasu na kur­tu­azję i biu­ro­kra­cję. Umowy czy­tał po­bież­nie, ra­porty spi­sy­wał rze­czowo. Ina­czej niż Ro­bert. Od kilku mie­sięcy po­szu­ki­wali by­łego funk­cjo­na­riu­sza po­li­cji Da­riu­sza Gło­gow­skiego, który sku­szony szyb­kim zy­skiem, prze­szedł na ciemną stronę mocy. Gło­gow­ski mógł od­po­wia­dać za dwa za­bój­stwa lub przy­naj­mniej wie­dzieć, kto za nimi stał. Mimo tego prze­ko­na­nie szefa, że Ro­bert Ba­czuk jest w sta­nie współ­pra­co­wać z CBŚ, jed­no­cze­śnie nie za­nie­dbu­jąc swo­ich pod­sta­wo­wych obo­wiąz­ków w wy­dziale kry­mi­nal­nym, nie na­le­żało do naj­ła­twiej­szych za­dań.

- Nie po­doba mi się to - mruk­nął nad­in­spek­tor Mec, świ­dru­jąc pod­wład­nego spoj­rze­niem.

- I tak czę­sto na­cho­dzimy się z Biu­rem. Je­żeli bę­dziemy z nimi w do­brych sto­sun­kach, to może przy­nieść wy­łącz­nie ko­rzy­ści.

- My­ślę, że tamta sprawa tylko cię roz­pra­sza, Ba­czuk. Biuro po­ra­dzi­łoby so­bie bez cie­bie. Za­jął­byś się tym wczo­raj­szym tru­pem...

- Zaj­muję się nim. Wiemy, kim był, zna­leź­li­śmy jego port­fel z pra­wem jazdy w ko­szu na śmieci. Za­bójca wy­rzu­cił go ra­zem z na­rzę­dziem zbrodni. W la­bo­ra­to­rium ba­dają nóż, pa­to­log zrobi sek­cję zwłok... Jak tylko będą wy­niki, po­chylę się nad nimi. Tośka po­winna być wła­śnie w la­bo­ra­to­rium. Wy­ko­rzy­stuje swój urok oso­bi­sty, by nasz de­nat do­stał prio­ry­tet. Wszystko jest pod kon­trolą, sze­fie. A jak zgar­niemy z CBŚ tego Darka Gło­gow­skiego, bę­dzie szansa, że za­mkniemy sprawę mor­derstw z po­przed­niego roku. Zgi­nęło dwóch po­li­cjan­tów...

Mec od­burk­nął ci­che "wiem" i za­my­ślił się. Jego wzrok po­wę­dro­wał gdzieś za okno, a uwagę naj­wy­raź­niej po­chło­nęło wspo­mnie­nie za­mor­do­wa­nych w ubie­głym roku ko­le­gów. Jed­nego z nich, Kac­pra Cha­ber­skiego, znał oso­bi­ście.

- Masz za­miar po­in­for­mo­wać swo­jego ko­legę dzien­ni­ka­rza o za­trzy­ma­niu Darka Gło­gow­skiego?

- Je­stem mu to wi­nien, sze­fie. Kac­per Cha­ber­ski był jego przy­ja­cie­lem, a Gło­gow­ski może wie­dzieć, co się wtedy wy­da­rzyło. Kto trzy­mał nóż.

Mec po­ki­wał głową.

- Na­dal nie wie­dzą, gdzie prze­bywa Smok?

- Si­kor­ski o nim nie wspo­mi­nał. Po­wie­dział tylko, że na­mie­rzyli Gło­gow­skiego.

- Zdrajcę i mor­dercę - syk­nął przez zęby Mec, a Ro­bert już wie­dział, że otrzyma jego zgodę. - Po­my­śleć, że tacy byli w na­szych sze­re­gach! Jak prze­ło­żeni się nie zo­rien­to­wali...?

- Ufali Gło­gow­skiemu. Miał do­świad­cze­nie w ope­ra­cjach pod przy­krywką.

- I pew­nie nie­raz czer­pał z nich różne ko­rzy­ści... - Nad­ko­mi­sarz bez­rad­nie wes­tchnął. - Nie chcę, żeby re­dak­tor Ra­fal­ski znowu na­ro­bił nam kło­po­tów.

- Nie bę­dzie żad­nych. Rę­czę za niego.

- Czy­sty jest?

- Tak. Nie bie­rze już od kilku mie­sięcy. Jemu za­leży na roz­wią­za­niu tej sprawy bar­dziej niż ko­mu­kol­wiek in­nemu.

- Pa­mię­taj tylko, że jest świad­kiem. I dzien­ni­ka­rzem! Krótka smycz. Szcze­gólna ostroż­ność.

- Tak jest!

- In­for­muj mnie o wszyst­kim. I prze­każ po­zdro­wie­nia Si­kor­skiemu.

Ro­bert przy­tak­nął. Bło­go­sła­wień­stwo udzie­lone mu przez Meca przy­nio­sło ulgę, ale rów­nież po­czu­cie nie­po­koju. Zo­bo­wią­zał się do wielu spraw, a naj­trud­niej­szą z nich wy­da­wała się bez­błędna współ­praca z naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem, dzien­ni­ka­rzem Szy­mo­nem Ra­fal­skim.

3

"Sze­fie, pań­ski syn..."

Na ze­wnątrz szu­miało. Po szy­bie ście­kały strugi wody, a dzie­się­cio­la­tek miał wra­że­nie, jakby na dwo­rze znaj­do­wało się coś, co nie­ustan­nie go wzy­wało. Noc już doj­rzała. Ciemna, desz­czowa noc. Nie był to ten ro­dzaj po­gody, który po­wi­nien wzy­wać do sie­bie dziecko, a jed­nak chło­piec nie po­tra­fił oprzeć się po­ku­sie. To, co ka­zało mu opu­ścić dom, nie było ani pra­gnie­niem przy­gody, ani sza­leń­czym bun­tem roz­go­ry­czo­nego dziecka. To była tę­sk­nota. Tę­sk­nota syna za oj­cem.

Pa­trzył przez okno w sa­lo­nie na po­bli­ski ga­raż. Drzwi były lekko uchy­lone i na mo­kry pod­jazd wy­le­wała się żółta łuna świa­tła.

Nie za­ło­żył bu­tów ani płasz­cza. Deszcz wsią­kał mu we włosy i pi­żamę, ale dzie­się­cio­la­tek nie zwra­cał na to uwagi. Po­woli skra­dał się po ko­stce bru­ko­wej. Nie mo­gła za­skrzy­pieć, a jed­nak chło­piec wo­lał za­cho­wać szcze­gólną ostroż­ność. Wie­dział, że to, co robi, jest za­ka­zane. Wie­dział, że roz­zło­ści ojca, ale pra­gnie­nie bli­sko­ści wy­da­wało się moc­niej­sze niż strach.

Do­tarł do drzwi ga­ra­żo­wych i zer­k­nął do środka. Serce za­biło szyb­ciej, gdy we wnę­trzu ga­rażu do­strzegł swo­jego tatę, Ta­de­usza Ra­fal­skiego.

Męż­czy­zna był do­brze zbu­do­wany, silny i dumny. Miał na so­bie spodnie od gar­ni­turu, ele­ganc­kie buty, wy­pa­sto­wane na wy­soki po­łysk, i śnież­no­białą ko­szulę. Ma­ry­narka, którą każ­dego dnia za­kła­dał do pracy, zwi­sała te­raz z przed­ra­mie­nia sto­ją­cego obok męż­czy­zny - Sta­ni­sława Po­go­rzel­skiego - pra­wej ręki ojca. W po­miesz­cze­niu było jesz­cze paru mię­śnia­ków, któ­rzy na pierw­szy rzut oka w ogóle nie pa­so­wali do przy­stoj­nego, ele­gancko pre­zen­tu­ją­cego się ojca. Wy­da­nie o nich szyb­kiego sądu wy­da­wało się pro­ste, ale oj­ciec był dużo bar­dziej skom­pli­ko­wa­nym czło­wie­kiem. Nie­ła­twym do przej­rze­nia. Stał po­środku, mó­wiąc coś szep­tem, no­szą­cym zna­miona gniewu i agre­sji. Słowa kie­ro­wał do sie­dzą­cego na krze­śle czło­wieka o spuch­nię­tej, czer­wo­nej od krwi twa­rzy. Miał on ręce przy­wią­zane do pod­ło­kiet­ni­ków i wy­da­wał się nie­przy­tomny. Jed­nak co ja­kiś czas uno­sił słabo po­wieki, by zer­k­nąć na oprawcę w śnież­no­bia­łej ko­szuli.

Oj­ciec pod­szedł bli­żej do po­bi­tego. Do­piero te­raz chło­piec do­strzegł, że trzy­mał mło­tek, któ­rym do­tknął dłoni męż­czy­zny. Wtem po­czuł na so­bie spoj­rze­nie Sta­ni­sława Po­go­rzel­skiego.

- Sze­fie, pań­ski syn... - szep­nął Po­go­rzel­ski.

Ta­de­usz Ra­fal­ski ode­rwał wzrok od tor­tu­ro­wa­nego i rów­nież od­wró­cił się w kie­runku drzwi. Chło­pak gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze do płuc. Znał to spoj­rze­nie. Ozna­czało błąd i kon­se­kwen­cje. Bie­giem rzu­cił się przez mo­kry traw­nik w stronę domu. Po­śli­zgnął się jed­nak w po­ło­wie drogi i ru­nął na zie­lony dy­wan jak długi. Oczy za­szły mu mgłą i po­czuł się bar­dzo senny. Do­strze­gał jesz­cze nie­wy­raźną po­sturę ojca. Biała ko­szula wy­szła z ga­rażu i po­woli się do niego zbli­żała. Biała ko­szula, która nie była już nie­ska­zi­tel­nie czy­sta. Te­raz, kiedy wi­dział ją od przodu, za­uwa­żył na niej kilka czer­wo­nych plam. Gdzieś w po­bliżu za­brzmiał je­den po­je­dyn­czy huk. Jakby ru­nęło na zie­mię coś cięż­kiego albo ktoś od­pa­liłby pe­tardę. Deszcz bom­bar­do­wał jego po­li­czek wiel­kimi kro­plami. Chło­pak uło­żył głowę na zie­lo­nej po­duszce. Zie­mia była tak mo­kra, że po­czuł, jakby za­pa­dał się w bło­cie. Oj­ciec pod­cho­dził co­raz bli­żej.

- Szy­mon?! - za­wo­łał.

Szy­mon nie miał siły od­po­wie­dzieć. Za­mknął oczy i po­zwo­lił, by po­ko­nał go sen.

Szum wody nie usta­wał. Le­żący na ła­zien­ko­wych ka­fel­kach dzien­ni­karz po­czuł, że wpływa mu ona do nosa. Od­kaszl­nął, gwał­tow­nie uno­sząc głowę. Usiadł na łyd­kach i otarł mo­krą twarz. Jego serce wa­liło jak osza­lałe, a umysł pró­bo­wał ogar­nąć, co było snem, a co rze­czy­wi­sto­ścią.

- Jezu! - jęk­nął i rzu­cił się, by za­krę­cić kran.

Ze­brana w wan­nie woda chlup­nęła i kilka ko­lej­nych li­trów wy­lało się na pod­łogę.

Szy­mon wy­cią­gnął ko­rek i słu­cha­jąc bul­go­ta­nia w ru­rach, ciężko usiadł obok wanny. Oparł się o ścianę. Przez chwilę igno­ro­wał fakt, że sie­dzi w gi­gan­tycz­nej ka­łuży. Nie mógł zmo­czyć się już bar­dziej. Przy­wo­łał ob­razy z nie­po­ko­ją­cego snu i zdał so­bie sprawę, że był on nie tyle mi­ra­żem, co wspo­mnie­niem. Wspo­mnie­niem, które dzie­się­cio­letni chło­piec za­cho­wał w sercu, choć od­dałby wiele, by wy­rzu­cić je z pa­mięci.

Do­piero gdy jego cia­łem wstrzą­snęły dresz­cze, po­sta­no­wił wstać. Ro­ze­brał się do naga. Rzu­cił ubra­nia na mo­krą pod­łogę, zła­pał wi­szący przy wan­nie ręcz­nik i okrył nim drżące ciało. Gdy wy­szedł z ła­zienki, za­uwa­żył, że woda zdo­łała wy­lać się rów­nież do przed­po­koju. Cze­kało go sporo sprzą­ta­nia.

W kuchni pa­liło się słabe świa­tło z okapu. Dzien­ni­karz wszedł do po­miesz­cze­nia. Drżą­cymi rę­kami ob­ma­cał wi­szącą na krze­śle ma­ry­narkę. Z kie­szeni wy­cią­gnął di­lerkę wy­peł­nioną bia­łym prosz­kiem oraz srebrną ły­żeczkę do ta­baki. Na­brał odro­binę proszku i wcią­gnął go do le­wej dziurki w no­sie. To samo po­wtó­rzył z prawą. Po­trzą­snął głową i wsparty o ku­chenny stół, sku­piał uwagę na zmia­nie ogar­nia­ją­cej całe jego ciało i umysł. Po chwili zer­k­nął w kąt po­miesz­cze­nia, gdzie stało wia­dro oraz mop. Do­piero te­raz był go­towy po­sprzą­tać. Te­raz czuł, że wszystko wraca do normy.

4

"Po­wiesz nam, co chcemy wie­dzieć"

Po ko­lej­nej nie­uda­nej pró­bie po­łą­cze­nia te­le­fo­nicz­nego aspi­rant Ro­bert Ba­czuk scho­wał ko­mórkę do kie­szeni.

- Na­dal nie od­biera? - za­py­tał pod­ko­mi­sarz Ju­lian Si­kor­ski. Stał w progu po­miesz­cze­nia w ka­mi­zelce ku­lo­od­por­nej, z bro­nią krótką przy pa­sie i ka­ra­bin­kiem prze­wie­szo­nym przez ra­mię. W dłoni ści­skał czarną ba­la­klawę.

- Nie od­biera - po­twier­dził aspi­rant to­nem znie­chę­ce­nia.

- Za­dzwo­nisz póź­niej.

Ba­czuk przy­tak­nął i po­dą­żył ko­ry­ta­rzem ra­zem z funk­cjo­na­riu­szem. Ten ob­rzu­cił go szyb­kim spoj­rze­niem.

- Le­piej, że Szy­mon jesz­cze o ni­czym nie wie. Kiedy ostat­nim ra­zem za­an­ga­żo­wał się w ak­cję, był na­ćpany w klu­czo­wym mo­men­cie. Cud, że wy­szedł z tego cało. Po­wiemy mu, że mamy Darka, kiedy bę­dzie już po wszyst­kim.

- Masz ra­cję - za­pew­nił aspi­rant i zde­cy­do­wa­nie przy­tak­nął głową, by pod­kre­ślić swoje sta­no­wi­sko.

Obaj wie­dzieli, że męż­czy­zna, po któ­rego jadą, jest nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem. Z pew­no­ścią uzbro­jo­nym i zde­ter­mi­no­wa­nym do obrony i ucieczki. Da­riusz Gło­gow­ski, były po­li­cjant po­szu­ki­wany od kilku mie­sięcy, był po­dej­rzany o han­del ży­wym to­wa­rem, przyj­mo­wa­nie ła­pó­wek, za­bój­stwo. Po­li­cja miała je­dy­nie po­szlaki oraz ze­zna­nia świad­ków, kiedy jed­nak wy­ko­nali pierw­szą próbę za­trzy­ma­nia Gło­gow­skiego, ten zdą­żył uciec.

Cen­tralne Biuro Śled­cze na­mie­rzyło go kilka dni temu. Po­twier­dzili miej­sce jego po­bytu i te­raz mieli do­ko­nać za­trzy­ma­nia.

Aspi­rant Ba­czuk wy­dzwa­niał w tej spra­wie do Szy­mona nie tylko z po­czu­cia przy­ja­ciel­skiej so­li­dar­no­ści. Przez kilka ostat­nich ty­go­dni obaj po­ma­gali ko­le­gom z CBŚ-u od­na­leźć dwóch zbie­głych po­li­cjan­tów, Darka Gło­gow­skiego i Smoka, któ­rzy współ­pra­co­wali z grupą prze­stęp­czą han­dlu­jącą ko­bie­tami. Ci wy­jąt­kowo nie­bez­pieczni męż­czyźni od­po­wia­dali za śmierć dwóch po­li­cjan­tów - przy­naj­mniej tyle do­tąd wy­szło na jaw.

- Trzy­maj się z tyłu - rzu­cił pod­ko­mi­sarz do aspi­ranta, kiedy wy­sia­dali z vana.

Kilku uzbro­jo­nych funk­cjo­na­riu­szy wkro­czyło do jed­nego z blo­ków miesz­czą­cych się na spo­koj­nym osie­dlu w Oża­ro­wie Ma­zo­wiec­kim.

Była szó­sta rano, kiedy sta­nęli pod drzwiami. Pod­ko­mi­sarz dał sy­gnał oszczęd­nym ski­nie­niem, a sto­jący obok po­li­cjant o słusz­nym wzro­ście i roz­bu­do­wa­nych bar­kach, na­zy­wany przez ko­le­gów Pa­nem Mło­tem, za­mach­nął się ta­ra­nem. Drzwi ustą­piły w oka­mgnie­niu. Do miesz­ka­nia wle­ciał gra­nat hu­kowy, a za­raz za nim wpa­dła grupa sztur­mowa.

Nie­spo­dzie­wany huk wy­rwał Da­riu­sza Gło­gow­skiego ze snu, po­wo­du­jąc cał­ko­witą dez­orien­ta­cję i uciąż­liwe pisz­cze­nie w uszach. Ubrany w same bok­serki męż­czy­zna spadł z łóżka, a nim zdą­żył się pod­nieść, przy­gniótł go do pod­łogi ciężki po­li­cyjny but.

- Leż albo jesz­cze bar­dziej po­gor­szę ci dzień - wark­nął funk­cjo­na­riusz, mie­rząc do le­żą­cego z ka­ra­binka.

Pod­ko­mi­sarz Si­kor­ski roz­ka­zał prze­szu­kać miesz­ka­nie, a sam za­ci­snął kaj­danki na nad­garst­kach po­dej­rza­nego.

- Mogę cho­ciaż wie­dzieć, o co cho­dzi, pa­no­wie? - za­py­tał aro­ganc­kim to­nem le­żący.

- Cho­dzi o kilka rze­czy, pa­nie Gło­gow­ski - po­spie­szył z wy­ja­śnie­niem aspi­rant Ba­czuk, prze­kra­cza­jąc próg po­koju. - Na ra­zie niech panu wy­star­czą dwa na­zwi­ska: Nie­wia­dom­ski i Cha­ber­ski.

- To nie ja ich za­bi­łem.

- W ta­kim ra­zie po­może nam pan zna­leźć tego, który to zro­bił. Gdzie jest Sta­ni­sław Re­wus, znany jako Smok?

Pod­ko­mi­sarz pod­niósł Darka z pod­łogi, by Ro­bert mógł spoj­rzeć mu w oczy. Za­trzy­many jed­nak mil­czał z po­sęp­nym wy­ra­zem twa­rzy i but­nym spoj­rze­niem. Si­kor­ski szarp­nął jego za­kute ręce i za­pew­nił:

- Po­wiesz nam, co chcemy wie­dzieć. Prę­dzej czy póź­niej.

Kiedy wy­pro­wa­dzał sko­rum­po­wa­nego funk­cjo­na­riu­sza z miesz­ka­nia, Ro­bert po­my­ślał, że nad­cią­ga­jące prze­słu­cha­nie bę­dzie ście­ra­niem się dwóch rów­no­waż­nych sił. Pod­ko­mi­sarz Si­kor­ski miał w so­bie tyle samo upar­to­ści i aro­gan­cji, co Da­riusz Gło­gow­ski. Obaj po­tra­fili być twar­dzi. Obaj pre­zen­to­wali siłę oraz zde­cy­do­wa­nie, które spra­wiały, że inni po­dą­żali za nimi z prze­ko­na­niem.

Ro­bert po­now­nie zer­k­nął na wy­świe­tlacz te­le­fonu. Nie miał żad­nych nie­ode­bra­nych po­łą­czeń. Szy­mon Ra­fal­ski wciąż się nie od­zy­wał.

PRO­LOG

"Pora dać prze­szło­ści odejść"

Ni­gdy nie po­sta­wił się ojcu. Choć wie­lo­krot­nie miał ochotę, w ostat­niej chwili za­wsze wstrzy­my­wał go strach przed kon­se­kwen­cjami. Na­wet gdy na­uczył się bok­so­wać i w roz­ma­itych kon­fron­ta­cjach gó­ro­wał nad po­ko­na­nym, wo­bec ojca po­zo­sta­wał bierny, a ra­czej... za­stra­szony. Gdy po raz pierw­szy był go­towy po­wie­dzieć mu wy­raźne i sta­now­cze "nie", od­mó­wić udziału w wi­zji prze­stęp­czego ży­cia, oj­ciec zgi­nął, po­zo­sta­wia­jąc syna z ja­kimś za­wsty­dza­ją­cym po­czu­ciem ucieczki. Sprawy nie zo­stały za­mknięte, nie­wy­po­wie­dziane słowa utkwiły w gar­dle.

Po­ranne pro­mie­nie słońca miękko wle­wały się przez okno do nie­wiel­kiej sy­pialni i pa­dały na śniady po­li­czek śpią­cego, przy­jem­nie ogrze­wa­jąc mu skórę. Jesz­cze za­nim cał­ko­wi­cie się prze­bu­dził, prze­czu­wał, że dzień za oknem jest piękny, niebo błę­kitne, a po­wie­trze świeże.

Szy­mon otwo­rzył oczy i utkwił wzrok w skrom­nym wi­doku za szybą. Szczyt są­sied­niego bu­dynku, ka­wa­łek nieba, uła­mek zie­lo­nej ko­rony drzewa. Przez uchy­lone okno sły­szał ła­godny sze­lest li­ści i zde­cy­do­wany śpiew bo­gatki. Prze­cią­gnął się i zer­k­nął na sto­jący przy łóżku ze­ga­rek. Siódma. Wcze­śnie jak na dzień wolny od pracy. A jed­nak szkoda mu było zmar­no­wać choćby mi­nutę z tego dnia. Przez więk­szość swo­jego ży­cia wsta­wał wcze­śnie dla ko­goś, na czy­jeś ży­cze­nie, w związku z czy­imś za­rzą­dze­niem. Mu­siał wsta­wać, by zdą­żyć do szkoły, po­tem na stu­dia, aż w końcu do pracy.

Ty­dzień temu roz­po­czął swoją pierw­szą po­ważną pracę jako dzien­ni­karz wkładki lo­kal­nej w ogól­no­pol­skiej ga­ze­cie. Ni­gdy nie pla­no­wał ta­kiego za­wodu, a jed­nak ży­cie spra­wiło mu tak wiele nie­spo­dzia­nek, że nie­ocze­ki­wane zwroty losu prze­sta­wały go dzi­wić.

Dziś koń­czył dwa­dzie­ścia pięć lat i za­mie­rzał wstać dla sie­bie. Za­pla­no­wał coś szcze­gól­nego. Za go­dzinę przy­je­dzie po niego przy­ja­ciel - Ro­bert Ba­czuk, który parę lat temu roz­po­czął pracę w po­li­cji. Po­dobno po­znał tam nową dziew­czynę - Tośkę. Słu­cha­jąc wszyst­kich opo­wie­ści przy­ja­ciela, w któ­rych Tośka od­gry­wała mniej­szą lub więk­szą rolę, Szy­mon wy­de­du­ko­wał, że dziew­czyna cał­kiem za­wró­ciła mu w gło­wie! Wspo­mi­nał o niej przy każ­dej moż­li­wej oka­zji, a jego oczy iskrzyły się nie­co­dzien­nym bla­skiem na samo brzmie­nie jej imie­nia. Ten dzień, jak i ko­lejny, mieli spę­dzić we trójkę. Z dala od miej­skiego zgiełku. Po­śród ma­zur­skich la­sów i je­zior.

Ro­bert pod­je­chał pod blok Szy­mona punk­tu­al­nie o ósmej.

- Tośka na­prawdę z nami je­dzie? - za­py­tał po­cząt­ku­jący dzien­ni­karz, kiedy usa­do­wił się już wy­god­nie w fo­telu pa­sa­żera.

- Je­dzie. To nie jest dla cie­bie pro­blem, co? - rzu­cił Ro­bert, choć pew­nie do­my­ślał się od­po­wie­dzi.

- Skąd! - od­parł Szy­mon. - Cie­szę się, że w końcu ją po­znam. Mam tylko na­dzieję, że rze­czy­wi­ście jest ładna.

- To­bie nic do tego!

- Jak to?! To w końcu moje uro­dziny, tak? Za­wsze miło jest po­pa­trzeć na ładną dziew­czynę.

Ro­bert uśmiech­nął się po­błaż­li­wie i od­parł:

- Jest ładna. Zo­ba­czysz, a do tego mą­dra - do­dał, od­pa­la­jąc sil­nik.

Ra­fal­ski par­sk­nął.

- Nie trzeba wiele, żeby być mą­drzej­szym od cie­bie.

- Do­brze, że ty je­steś mą­drzej­szy od wszyst­kich - od­gryzł się Ro­bert i sprze­dał ko­le­dze nie­groźny cios w ra­mię.

- Masz dla mnie pre­zent?

- A wy­cieczka zor­ga­ni­zo­wana nie wy­star­czy? - za­py­tał po­li­cjant, lecz nie otrzy­mał od­po­wie­dzi.

Szy­mon tylko włą­czył ra­dio i usta­wił je na jedną ze sta­cji mu­zycz­nych.

Przed blo­kiem An­to­niny Fe­liń­skiej cze­kali za­le­d­wie parę mi­nut. Kiedy wy­szła z bu­dynku, Szy­mon otak­so­wał spoj­rze­niem jej zgrabną syl­wetkę.

- Nie daje na sie­bie długo cze­kać. Ma u mnie plusa - oznaj­mił.

- Cie­szę się, że za­li­czyła twój test punk­tu­al­no­ści - rzekł sier­żant sar­ka­stycz­nym to­nem.

Nim Tośka otwo­rzyła tylne drzwi sa­mo­chodu, Szy­mon do­dał jesz­cze krót­kie:

- Ładna.

- Cześć, chło­paki! - przy­wi­tała się An­to­nina, a jej głos za­brzmiał me­lo­dyj­nie. Po­ca­ło­wała Ro­berta w po­li­czek, a Szy­mo­nowi po­dała rękę. - Tośka.

- Szy­mon.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego - rzu­ciła i wy­cią­gnąw­szy z ple­caka bu­telkę czer­wo­nego wina, wrę­czyła ją ju­bi­la­towi.

- Dzię­kuję! Ma dziew­czyna gest, w prze­ci­wień­stwie do cie­bie! - po­wie­dział do przy­ja­ciela i do­strzegł, że twarz sier­żanta lekko się za­ru­mie­niła. Na­stęp­nie otwo­rzył okno i za­py­tał: - Znasz drogę, kie­rowco? Mamy ja­kiś ad­res do­ce­lowy?

- Ja go po­kie­ruję - od­parła Tośka. Na­chy­liła się lekko do przodu, kła­dąc dłoń na ra­mie­niu Ro­berta. - Kiedy by­łam mała, czę­sto jeź­dzi­li­śmy tam z ro­dzi­cami.

- Ro­dzinna miej­scówka? I dzie­lisz się tym skar­bem z ta­kimi pa­ja­cami jak my?

Tośka par­sk­nęła śmie­chem i od­parła:

- Rob­son nie jest taki zły. I sta­ran­nie do­biera przy­ja­ciół, więc tylko wy­jąt­kowe osoby znaj­dują do niego drogę!

- Lu­bię ją, Rob­son - oce­nił śmiało Szy­mon. - Na­prawdę ją lu­bię!

Szy­mon za­ba­wiał Tośkę aneg­do­tami z cza­sów stu­diów i opo­wie­ściami o pierw­szych do­świad­cze­niach w dzien­ni­kar­skiej co­dzien­no­ści, a Tośka od­wdzię­czała się hi­sto­riami z po­li­cyj­nego po­dwórka. Rob­son rzu­cił uwagę, żeby uwa­żała, co opo­wiada przy­ja­cie­lowi, bo ten wiecz­nie szuka te­matu war­tego pu­bli­ka­cji, jed­nak Szy­mon, choć słu­chał wszyst­kiego z za­cie­ka­wie­niem i nie­ma­łym roz­ba­wie­niem, wie­dział, że nic z tych rze­czy nie spo­tka­łoby się z apro­batą na­czel­nego.

- Szu­kamy ra­czej dra­ma­tów i afer, cze­goś, co obu­rzy lu­dzi, ewen­tu­al­nie po­ru­szy - po­wie­dział uspo­ka­ja­jąco. - Ni­kogo nie in­te­re­suje hi­sto­ria o tym, jak krwa­wi­łeś z nosa przez go­dzinę, bo dzie­więć­dzie­się­cio­la­tek ude­rzył cię pan­to­flem!

- Wi­dzisz! - obu­rzył się Ro­bert, zer­ka­jąc we wsteczne lu­sterko, by po­uczyć Tośkę. - Nie ufaj pra­sie, bo wszystko prze­kręcą! Fa­cet miał sie­dem­dzie­siąt lat, był zdrowy i wy­spor­to­wany, a przede wszyst­kim po­dej­rzany o za­bój­stwo ko­legi ze związku węd­kar­skiego! I nie ude­rzył mnie pan­to­flem, tylko tre­pem.

- Tak, to rze­czy­wi­ście wiele zmie­nia - od­parł z po­wagą Szy­mon, za co otrzy­mał sztur­chańca.

Kie­ru­jący sa­mo­cho­dem Ro­bert co chwilę zer­kał w lu­sterko wsteczne, by zo­ba­czyć w nim ro­ze­śmianą twarz dziew­czyny. Rów­nież ona zer­kała na niego, a w tych ich spoj­rze­niach była ja­kaś nie­wy­po­wie­dziana myśl. Coś głęb­szego. Coś, co zda­wali się ro­zu­mieć bez słowa.

Gdy do­je­chali na miej­sce, słońce już mocno przy­grze­wało, a nad bla­chą sa­mo­chodu fa­lo­wało po­wie­trze.

- Pięk­nie - oce­nił Szy­mon, roz­glą­da­jąc się po roz­zie­le­nio­nym oto­cze­niu.

Przed nimi roz­cią­gała się błę­kitna ta­fla spo­koj­nego je­ziora i od­cho­dzący od brzegu drew­niany po­most.

- No, to co ro­bimy? - za­py­tał Ro­bert, bio­rąc się pod boki.

Tośka uśmiech­nęła się sze­roko, po czym od­pięła gu­zik szor­tów. Ro­ze­brała się, bie­gnąc w kie­runku po­mo­stu. Po­ko­nała go kil­koma dłu­gimi su­sami i z ra­do­snym okrzy­kiem wsko­czyła do wody. Gdy Szy­mon i Ro­bert do­tarli na ko­niec po­mo­stu, bez­tro­sko uno­siła się na wo­dzie, wy­sta­wia­jąc twarz do słońca.

- Nie wcho­dzi­cie? - za­py­tała i zer­k­nęła na nich zza przy­mknię­tych po­wiek.

- Rob­son wcho­dzi! - od­parł Szy­mon i mocno ze­pchnął przy­ja­ciela z po­mo­stu.

Ko­lejny gło­śny plusk spło­szył ptaki na po­bli­skim drze­wie. Tośka ro­ze­śmiała się gło­śno, a gdy Ro­bert wy­pły­nął na po­wierzch­nię, zbli­żyła się do niego.

- Ale mia­łeś minę! - rzu­ciła, od­gar­nia­jąc mu z czoła mo­kre włosy.

Szy­mon usiadł na kra­wę­dzi po­mo­stu i za­nu­rzył w wo­dzie stopy.

- Nie po­pły­wasz z nami, Szy­mon? - spy­tała dziew­czyna.

- Może póź­niej - od­parł, pa­trząc na parę zza prze­ciw­sło­necz­nych oku­la­rów. Roz­piął kilka gór­nych gu­zi­ków bia­łej ko­szuli i za­py­tał: - Jest tu ja­kaś wy­po­ży­czal­nia łó­dek?

- Pół ki­lo­me­tra w tamtą stronę - od­parła, ski­nąw­szy na za­chód. - Mają małe łódki, na które nie po­trzeba do­ku­men­tów. Do tych więk­szych wy­ma­gają ze­zwo­leń, pa­ten­tów i in­nych pa­pier­ków...

- Szy­mon ma pa­pierki - wtrą­cił Rob­son.

- Na­prawdę?

- Jego stary był mi­lio­ne­rem. Szy­mon pły­wał na mo­rzu jach­tami.

- Hi­sto­rie z dzie­ciń­stwa zo­stawmy so­bie na póź­niej - uciął Ra­fal­ski i wstał z po­mo­stu. - Przejdę się do tej wy­po­ży­czalni. Bądź­cie grzeczni.

- Ja­sne, idź na spa­cer, cwa­niaku. Sami roz­ło­żymy cały maj­dan! - rzu­cił mu na od­chodne Ro­bert.

Ro­bert nie miał nic prze­ciwko temu, żeby zo­stać sam na sam z Tośką. Nie prze­szka­dzało mu też roz­sta­wia­nie na­mio­tów i roz­pa­la­nie ogni­ska. Wza­jemne do­cinki były dla niego i Szy­mona czymś zu­peł­nie na­tu­ral­nym. Tośka ob­ser­wo­wała tę dy­na­mikę mię­dzy przy­ja­ciółmi z za­cie­ka­wie­niem.

- Za­ska­ku­jące, jak bar­dzo się róż­ni­cie!

- Kie­dyś nie mo­gli­śmy się znieść. Te­raz Szy­mon jest dla mnie jak młod­szy brat.

- Prze­cież je­ste­ście w tym sa­mym wieku!

- Na­wet u bliź­nia­ków ktoś musi być star­szy. Roz­sąd­niej­szy.

- I to je­steś ty? Ten roz­sądny?

- To chyba oczy­wi­ste!

Tośka od­po­wie­działa uśmie­chem, a po chwili spy­tała:

- To co ro­bimy?

Ro­bert ob­ró­cił się ku niej. Zła­pał ją w pa­sie. Do­strze­gał, że cze­kała na jego ruch, a jed­nak bał się zro­bić ten de­cy­du­jący krok. Spoj­rzał prze­lot­nie na jej kształtne usta i po­czuł strach przed po­peł­nie­niem błędu.

- My­ślę, że roz­sta­wię te na­mioty. Póź­niej ni­komu nie bę­dzie się chciało - od­parł po­spiesz­nie.

Dziew­czyna nie dała po­znać po so­bie roz­cza­ro­wa­nia, jakby ro­zu­miała, że jego wa­ha­nie nie było efek­tem nie­zde­cy­do­wa­nia, ale nie­śmia­ło­ści. Przy­naj­mniej miał taką na­dzieję.

- Po­mogę ci - za­pew­niła i pierw­sza po­pły­nęła w kie­runku brzegu.

Ra­zem roz­sta­wili dwa na­mioty w kil­ka­na­ście mi­nut. Nie usta­lili jesz­cze, w ja­kiej kon­fi­gu­ra­cji spę­dzą noc. Mieli na to sporo czasu. Ro­bert do­bi­jał aku­rat ostat­nią ze szpi­lek na­miotu, kiedy do­biegł ich dość gło­śny war­kot sil­nika.

- No nie wie­rzę - wy­ce­dził sier­żant, ob­ser­wu­jąc, jak jego przy­ja­ciel pod­pływa do po­mo­stu nie­wiel­kim jach­tem mo­to­ro­wym.

W tych swo­ich mar­ko­wych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych, roz­wia­nej bia­łej ko­szuli i z opa­lo­nym tor­sem, za ste­rami ło­dzi za­pewne droż­szej niż roczny przy­chód mło­dego sier­żanta, wy­glą­dał na zu­chwa­łego bo­ga­cza. Ro­bert miał pew­ność co do zu­chwa­ło­ści Szy­mona i ak­cep­to­wał tę ce­chę, jed­nak o trwo­nie­niu ostat­nich resz­tek spadku już wie­lo­krot­nie wy­ra­żał się kry­tycz­nie, co przy­ja­ciel wy­trwale igno­ro­wał.

Rzu­cił Ro­ber­towi linę, a gdy ten przy­cią­gnął jacht do po­mo­stu, Szy­mon rzu­cił ocho­czo:

- Za­pra­szam pań­stwa na po­kład!

- Droż­szych łó­dek nie mieli?

- To nie jest łódka, tylko jacht! - obu­rzył się dzien­ni­karz.

- Świet­nie! Roz­bi­jesz ten jacht, to na­wet jak zło­żymy się we trójkę, nie po­kry­jemy kosz­tów na­prawy.

- Prze­stań zrzę­dzić i wska­kuj! - od­parł Szy­mon i po­mógł To­śce wejść na po­kład.

Za­raz po wy­pły­nię­ciu na śro­dek je­ziora za­wo­łał do sie­bie dziew­czynę i za­chę­cił, by prze­jęła ster.

- Ro­bi­łaś to kie­dyś? - za­py­tał, prze­krzy­ku­jąc gło­śny war­kot sil­nika.

- Nie taką!

- Kie­dyś musi być ten pierw­szy raz - od­parł, sta­nąw­szy tuż za nią. Na chwilę po­ło­żył ręce na jej za­ci­śnię­tych na ste­rze dło­niach. Na­chy­la­jąc się do jej ucha, coś tłu­ma­czył, po­tem obej­rzał się przez ra­mię. Do­ga­niało ich kilka sku­te­rów wod­nych. - Po­cze­kaj, niech nas wy­prze­dzą!

Od­cze­kali mo­ment, a kiedy na wo­dzie po­ja­wiły się spię­trzone przez sku­tery fale, do­dał:

- A te­raz gazu! - Prze­rzu­cił bieg i lekko skrę­cił ster. - Trzy­maj się, Rob­son - rzu­cił do tyłu, a gdy pę­dem wpły­nęli po­przecz­nie na fale, łódź wzbiła się pa­ro­krot­nie i mocno ude­rzyła w ta­flę wody. Po­tem zwol­nili. - A te­raz pły­niemy ła­god­nie - po­wie­dział, zo­sta­wia­jąc ster w rę­kach Tośki.

Od­szedł do tyłu, gdzie stał Ro­bert, który do tej pory ob­ser­wo­wał po­czy­na­nia przy­ja­ciela z lekką za­zdro­ścią. Tak, za­zdro­ścił mu pew­no­ści sie­bie i śmia­ło­ści wo­bec ko­biet.

- Jak ci się po­doba "łódka"? - za­py­tał Szy­mon, pod­kre­śla­jąc ostat­nie słowo.

- Na je­zio­rze wolę ka­jak - od­parł Ro­bert, prze­krzy­ku­jąc ha­łas.

- My­śla­łem, że ci się spodoba! Prze­cież śmi­gasz mo­to­cy­klem po mie­ście!

- Po mie­ście tak! Ale tu­taj taki mo­tor bu­rzy spo­kój przy­rody! Na­wet pta­ków nie sły­chać!

- Ty mi tu z or­ni­to­lo­gią nie wy­jeż­dżaj! Wy­ko­rzy­sta­łeś do­brze moją nie­obec­ność? - za­py­tał, z wy­mow­nym uśmie­chem na­chy­la­jąc się do ucha przy­ja­ciela.

- Tak, roz­sta­wia­jąc dwa na­mioty, a je­śli py­tasz, czy prze­spa­łem się z Tośką, to nie - od­parł Ro­bert, wie­dząc, że traci w oczach przy­ja­ciela.

- Ale chyba za­mie­rzasz zro­bić coś w tym kie­runku, prawda? Prze­cież ona na cie­bie leci, stary!

- Nie chcę zro­bić cze­goś za szybko.

- Za szybko?! W ja­kich cza­sach ty ży­jesz? Jak bę­dziesz zwle­kał, po­my­śli, że jej nie chcesz, i wy­cofa się.

- Ona nie jest taka.

- Zo­ba­czymy!

Resztę dnia spę­dzili na okrą­ża­niu je­ziora jach­tem i przy­go­to­wy­wa­niu ogni­ska. Ro­bert szybko po­ra­dził so­bie z roz­pa­le­niem. Otwo­rzył każ­demu po pi­wie. Tośka na­szy­ko­wała kieł­basę i chleb, a Szy­mon na­ostrzył pa­tyki scy­zo­ry­kiem. Przy mu­zyce pusz­cza­nej z te­le­fonu, cy­ka­niu świersz­czy oraz re­cho­cie żab pili, je­dli i roz­ma­wiali.

Szy­mon wrzu­cił do ogni­ska ga­łązkę ja­łowca i ogień trza­snął pa­ro­krot­nie, uwal­nia­jąc w po­wie­trze kilka we­so­łych iskier.

- Pra­wie za­po­mnia­łem - po­wie­dział Ro­bert i wy­cią­gnął z ple­caka nie­wielki pa­ku­nek. Przy­mie­rzył się, by rzu­cić go Szy­mo­nowi. - Tylko złap.

- Taki dro­go­cenny? My­śla­łem, że wy­cieczka to mój pre­zent.

- Ten przyda ci się w ro­bo­cie. Naj­lep­szego, pa­nie re­dak­to­rze - ży­czył przy­ja­cie­lowi i uniósł bu­telkę z pi­wem w ge­ście to­a­stu.

Szy­mon ro­ze­rwał pa­pier, po czym otwo­rzył znaj­du­jący się w nim mały fu­te­rał. W środku zna­lazł czarny pla­sti­kowy przed­miot.

- A to co? - za­py­tał. - Mi­ni­za­pal­niczka? Pen­drive?

- Dyk­ta­fon...

- My­śla­łem, że wy­star­czy mi dyk­ta­fon w te­le­fo­nie...

- Te­le­fony się roz­ła­do­wują i le­piej nie za­bie­rać ich na pewne spo­tka­nia.

- Aaa... Masz na my­śli pełną kon­spirę, tak? In­wi­gi­la­cję, dzien­ni­kar­stwo śled­cze i te sprawy?

- I te sprawy. Oby do­brze ci słu­żył.

- Dzięki - od­parł dzien­ni­karz i ob­ró­cił ka­wa­łek pla­stiku mię­dzy pal­cami.

Wie­dział, że dzien­ni­kar­stwo to nie tylko pi­sa­nie not in­for­ma­cyj­nych i spra­woz­dań z kon­fe­ren­cji pra­so­wych po­li­ty­ków. Miał ape­tyt na dużo wię­cej i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał na czas, kiedy bę­dzie mógł sko­rzy­stać z po­da­ro­wa­nego mu sprzętu.

Wy­pił kilka po­rząd­nych ły­ków piwa. Przez na­stępne dwie go­dziny wy­chy­lił jesz­cze trzy bu­telki, a przed pół­nocą oznaj­mił, że pora spać.

- Biorę dla sie­bie mniej­szy na­miot - zwró­cił się jesz­cze do Ro­berta. - Nie mam za­miaru słu­chać przez całą noc, jak chra­piesz, i zno­sić, jak się wier­cisz. Do­bra­noc, pchły na noc.

- Do­bra­noc, Szy­mon - od­po­wie­dział Ro­bert i otu­lił ra­mie­niem sie­dzącą obok Tośkę.

Zro­biło się już chłodno, a ogni­sko po­woli do­ga­sało.

Szy­mon li­czył na to, że tę noc pod gwiaz­dami prze­śpi jak nie­mowlę. Świeże po­wie­trze i me­lo­dia noc­nych stwo­rzeń rze­czy­wi­ście szybko utu­liły go do snu, jed­nak ten sen wcale nie był błogi. Po raz pierw­szy od kilku lat przy­śnił mu się oj­ciec. Taki, ja­kim wi­dy­wał go naj­czę­ściej - ze­stre­so­wany, roz­ma­wia­jący przez te­le­fon w swoim do­mo­wym biu­rze, krę­cący się od ściany do ściany i prze­kli­na­jący mię­dzy zda­niami. We śnie Szy­mon zaj­rzał nie­śmiało do po­miesz­cze­nia. Po­now­nie usły­szał, że "je­bana po­li­cja wę­szy". My­ślał, że oj­ciec go nie za­uwa­żył, ale ten chwilę póź­niej za­wo­łał go do środka. Szy­mon znowu miał osiem lat i po­czuł ło­mo­ta­nie serca. Wie­dział, że tata nie znosi pod­słu­chi­wa­nia. "Nie za­cho­wuj się jak szczur!" - syk­nął i ge­stem przy­wo­łał syna. Zła­pał go za rękę, a w dłoń wci­snął mu pi­sto­let. "Je­steś już do­ro­sły" - po­wie­dział, a Szy­mon po­czuł, że znów ma swoje dwa­dzie­ścia pięć lat. Oj­ciec po­wtó­rzył: "Je­steś do­ro­sły, więc pora, że­byś za­cho­wy­wał się jak męż­czy­zna. Za­bij psa. Za­bij gli­nia­rza!".

Obu­dził się gwał­tow­nie, szczę­śliwy, że roz­mowa z oj­cem oka­zała się snem, jed­nak jego emo­cje na­dal tkwiły w kosz­ma­rze. Było mu zimno, a mimo tego czuł, że nocny mi­raż wy­ci­snął z niego poty. Zer­k­nął na pod­świe­tlany w ciem­no­ści ze­ga­rek po ojcu. Trze­cia zero trzy. Czę­sto bu­dził się o tak dziw­nych go­dzi­nach. Trze­cia zero trzy. Pierw­sza je­de­na­ście... Roz­piął śpi­wór i świe­cąc te­le­fo­nem jak la­tarką, zna­lazł cie­płą, a przede wszyst­kim su­chą bluzę.

Serce biło mu szybko. Otwo­rzył su­wak u wej­ścia na­miotu i wy­szedł na ze­wnątrz. Owiało go chłodne, rześ­kie po­wie­trze, któ­rym mocno się za­cią­gnął. Wy­grze­bał z ple­caka paczkę pa­pie­ro­sów i po­woli ru­szył w kie­runku wody.

Wszedł na drew­niany po­most, za­pa­la­jąc pa­pie­rosa. Po­tem wgra­mo­lił się na po­kład jachtu, a ten za­ko­ły­sał się nieco pod jego cię­ża­rem.

Księ­życ błysz­czał pełną tar­czą. Roz­świe­tlał po­lanę, pierw­szą li­nię drzew po­bli­skiego lasu oraz ta­flę spo­koj­nej wody.

Dzien­ni­karz usiadł z no­gami zwie­szo­nymi za burtę i za­pa­trzył się w czarną toń. Na­gle po­czuł ogar­nia­jący go ogromny żal. Wszystko po­to­czyło się tak nie­spo­dzie­wa­nie. Przez całe ży­cie bał się ojca, jed­no­cze­śnie go po­dzi­wia­jąc i za­bie­ga­jąc o jego ak­cep­ta­cję, któ­rej ni­gdy nie do­świad­czył. Po­tem do­wie­dział się, że stary jest gang­ste­rem. Han­dla­rzem pro­chów, mor­dercą i oszu­stem. Zo­stał za­strze­lony przez ja­kie­goś se­ryj­nego mor­dercę psy­cho­patę. Wszystko w ży­ciu Szy­mona oka­zało się oszu­stwem. Matka, która za­wsze ko­chała go naj­bar­dziej, po­dobno miała dzie­siątki ko­chan­ków. Była ma­te­ria­listką i nim­fo­manką. Na­pad­nięto ją, kiedy wra­cała do domu późną nocą. Okra­dziona, zgwał­cona i udu­szona. Kto mógł zro­bić coś ta­kiego? Szy­mon nie wie­dział. Nie ro­zu­miał i ni­gdy nie po­znał od­po­wie­dzi. I tak zo­stał sam. Sie­rota, któ­rej ro­dzice nie przy­go­to­wali do ży­cia w nor­mal­nym świe­cie.

Zo­stało mu nie­wiele. Warta kil­ka­na­ście ty­sięcy omega, któ­rej nie po­zbył się przez sen­ty­ment - pa­mię­tał, jak ze­ga­rek lśnił na nad­garstku sta­rego. Kil­ka­dzie­siąt ty­sięcy, które wy­da­wał na sprzęt, wy­na­jem miesz­ka­nia i ży­cie po­nad stan, przy­po­mi­na­jące prze­szłe już czasy.

Wie­dział, że nie­ba­wem pie­nią­dze się skoń­czą, a jed­nak na­dal je trwo­nił, za­cho­wu­jąc po­zory do­statku. Li­czył na za­wrotną dzien­ni­kar­ską ka­rierę, która miała mu przy­nieść sławę i pie­nią­dze.

Jako dzie­ciak zbyt czę­sto po­le­gał na ojcu, który in­ter­we­nio­wał w pod­bram­ko­wej sy­tu­acji, by wy­cią­gnąć go z kło­po­tów jed­nym "ma­gicz­nym sło­wem", ukła­dem czy pli­kiem pie­nię­dzy. Nad­cho­dził czas bra­nia od­po­wie­dzial­no­ści za sie­bie i swoje de­cy­zje.

Otarł rę­ka­wem wil­gotne oczy. Wy­pity al­ko­hol jesz­cze nie ze­lżał i wciąż lekko krę­ciło mu się w gło­wie. Sie­dział na bur­cie jachtu war­tego kil­ka­set ty­sięcy zło­tych i na­gle ude­rzyła go myśl, że jako dzien­ni­karz ni­gdy nie do­robi się ta­kich pie­nię­dzy jak jego oj­ciec. Ni­gdy nie sta­nie się tym, kim on chciał, aby się stał.

- Nie mo­żesz spać? - za­py­tała Tośka de­li­kat­nym gło­sem. Za­szła go od tyłu, tak ci­cho, że w ogóle jej nie usły­szał. Przy­kuc­nęła obok i okryła ra­miona bluzą.

Szy­mon za­prze­czył ru­chem głowy i wy­mu­sił uśmiech, ale mu­siała do­strzec błysk w jego oczach.

- Coś nie tak? - do­py­tała.

- Nieee - od­parł prze­cią­gle. Zda­wał so­bie sprawę z tego, że nie brzmi to prze­ko­nu­jąco. - Można po­wie­dzieć, że obu­dziły mnie de­mony prze­szło­ści. Cza­sami o so­bie przy­po­mi­nają.

- Ro­zu­miem. Każdy ma coś ta­kiego. Każdy inne. Każdy swoje. Ale nie ma ta­kich de­mo­nów, z któ­rymi nie mo­gli­by­śmy so­bie po­ra­dzić.

Szy­mon za­my­ślił się nad jej sło­wami i po chwili za­py­tał:

- A ty? Dla­czego nie śpisz?

- Obu­dziło mnie chra­pa­nie Rob­sona - od­parła we­soło. - A tak na se­rio, to śpię do­syć płytko, szcze­gól­nie w no­wym oto­cze­niu. Za­wsze na aler­cie.

- Jak przy­stało na do­brą po­li­cjantkę.

- Do­bra po­li­cjantka po­winna umieć od­po­czy­wać, kiedy ma oka­zję. Wy­łą­czyć tryb pracy i po pro­stu spać snem spra­wie­dli­wego.

- Może to przyj­dzie z cza­sem.

- Mam na­dzieję!

Szy­mon wes­tchnął głę­boko. Po­wie­trze pach­niało wodą.

- Chyba mo­gła­bym tu za­miesz­kać - przy­znała Tośka.

- Se­rio? To czemu sie­dzisz w sto­licy?

- Ktoś musi ści­gać ban­dy­tów i pil­no­wać Rob­sona.

- A tak! To prawda.

- Bez ze­wnętrz­nego ha­mulca roz­niósłby sto­licę - od­parła prze­kor­nie, choć oboje wie­dzieli, że w jej sło­wach było sporo ra­cji.

- Na­dal ma pro­blemy z ner­wami, co?

- Cza­sami wy­bu­cha, ale pra­cu­jemy nad tym.

- Chyba ty pra­cu­jesz! Rob­son prze­cież nie ma pro­blemu - stwier­dził Szy­mon sar­ka­stycz­nie.

Tośka przy­tak­nęła ze zro­zu­mie­niem. Do­brze się wy­czuli. Oboje świet­nie znali Ro­berta i jego sła­bo­ści.

Szy­mon za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i spoj­rzał na Tośkę zza chmurki dymu.

- Do­brze, że cię ma. To do­bry chło­pak, Tośka. Bez niego bym zgi­nął.

Dziew­czyna po­ki­wała głową.

- Do­bry chło­pak. Tylko tro­chę nie­śmiały - do­dał, pusz­cza­jąc do niej oko.

Wtedy do ich uszu do­tarł gwizd. Szy­mon obej­rzał się za sie­bie. Przed na­mio­tem stał Ro­bert i pa­trzył w ich kie­runku.

- Co tam ro­bi­cie?! - krzyk­nął.

- Już wra­camy! - od­parł Szy­mon, od­rzu­ca­jąc od sie­bie pa­pie­rosa.

Oparł bosą stopę o kra­wędź po­kładu. Wy­star­czył jed­nak nie­od­po­wiedni kąt i kilka kro­pel wody pod stopą, by ta ze­śli­zgnęła się gwał­tow­nie.

Po spo­koj­nej ta­fli je­ziora roz­niósł się gło­śny plusk, prze­ry­wa­jąc nocną ci­szę jak na­głe cię­cie no­żem.

Za­ci­snął oczy. Oto­czyła go gę­sta, po­chła­nia­jąca ciecz... Ma­chał no­gami i rę­koma, ale ciało na­dal opa­dało, a dno po­zo­sta­wało nie­osią­galne. Stra­cił po­czu­cie od­le­gło­ści. Pra­gnął tylko tlenu. Jed­nego wde­chu. Woda od­ci­nała go od ży­cia, za­ci­skała pę­tlę na szyi. Co­raz moc­niej, co­raz szczel­niej. Du­siła i cią­gnęła w dół. Szum w uszach cięły mia­rowe ude­rze­nia. To nie woda szu­miała, ale krew w ży­łach to­ną­cego; nie dud­niły ude­rze­nia w wodę, ale jego na­dal bi­jące serce. Wal­czył z wodą, ale to nie ona była jego prze­ciw­niczką. Była nią pa­nika.

W końcu coś go zła­pało i wy­do­było po­nad po­wierzch­nię. Zna­jomy głos mó­wił: "Spo­koj­nie". "Daj się pro­wa­dzić, daj się pro­wa­dzić" - po­wta­rzał w my­ślach Szy­mon. Po­zwo­lił, by Ro­bert wy­cią­gnął go na brzeg.

- Co się stało?! - py­tała Tośka. Okryła czymś Szy­mona i gła­dziła go po ple­cach, kiedy on od­ka­sły­wał wodę.

- Nie umiem pły­wać - wy­char­czał po dłuż­szej chwili Ra­fal­ski.

Dziew­czyna ewi­dent­nie nie do­wie­rzała jego sło­wom.

Nim zdo­łał po­wtó­rzyć, jego żo­łą­dek skur­czył się i wy­rzu­cił z sie­bie całą treść.

- Umiesz pły­wać, tylko pa­ni­ku­jesz! - mruk­nął w od­po­wie­dzi Ro­bert. Sie­dział na brzegu, opie­ra­jąc ręce na ko­la­nach. Od­gar­nął z czoła po­skle­jane wodą włosy. Bez cie­nia współ­czu­cia pa­trzył na przy­ja­ciela, który dy­go­tał i po­ka­sły­wał. Po chwili, jakby z pre­ten­sją w gło­sie, wy­ja­śnił: - Pły­wał jak ryba jako sze­ścio­la­tek, aż raz za­chły­snął się wodą...

- Oj­ciec wy­rzu­cił mnie z łódki na środku je­ziora! - krzyk­nął Szy­mon na swoją obronę. Mó­wił nie­wy­raź­nie, był roz­trzę­siony. Czuł jed­nak, że obrona wła­snego ho­noru jest na tyle ważna, by kon­ty­nu­ować: - O mało wtedy nie uto­ną­łem! Od tam­tej pory nie pły­wam! To się na­zywa hy­dro­fo­bia i jest to ter­min me­dyczny! - Ze­rwał się na chwiejne nogi i za­to­czył się na Tośkę.

- To za­cznij się z tego le­czyć! - od­parł Ro­bert. - Pora dać prze­szło­ści odejść, Szy­mon! Wy­cią­gnąć z niej wnio­ski i za­cząć żyć swoim ży­ciem!

Szy­mon nie od­po­wie­dział. Od­su­nął od sie­bie dziew­czynę i nie­pew­nym kro­kiem po­dą­żył w kie­runku na­mio­tów, jakby ucie­kał przed wła­snym wsty­dem i sła­bo­ściami. Wie­dział już, że ni­gdy nie za­po­mni tej nocy.