PROLOG
"Pora dać przeszłości odejść"
Nigdy nie postawił się ojcu. Choć wielokrotnie miał ochotę, w ostatniej chwili zawsze wstrzymywał go strach przed konsekwencjami. Nawet gdy nauczył się boksować i w rozmaitych konfrontacjach górował nad pokonanym, wobec ojca pozostawał bierny, a raczej... zastraszony. Gdy po raz pierwszy był gotowy powiedzieć mu wyraźne i stanowcze "nie", odmówić udziału w wizji przestępczego życia, ojciec zginął, pozostawiając syna z jakimś zawstydzającym poczuciem ucieczki. Sprawy nie zostały zamknięte, niewypowiedziane słowa utkwiły w gardle.
Poranne promienie słońca miękko wlewały się przez okno do niewielkiej sypialni i padały na śniady policzek śpiącego, przyjemnie ogrzewając mu skórę. Jeszcze zanim całkowicie się przebudził, przeczuwał, że dzień za oknem jest piękny, niebo błękitne, a powietrze świeże.
Szymon otworzył oczy i utkwił wzrok w skromnym widoku za szybą. Szczyt sąsiedniego budynku, kawałek nieba, ułamek zielonej korony drzewa. Przez uchylone okno słyszał łagodny szelest liści i zdecydowany śpiew bogatki. Przeciągnął się i zerknął na stojący przy łóżku zegarek. Siódma. Wcześnie jak na dzień wolny od pracy. A jednak szkoda mu było zmarnować choćby minutę z tego dnia. Przez większość swojego życia wstawał wcześnie dla kogoś, na czyjeś życzenie, w związku z czyimś zarządzeniem. Musiał wstawać, by zdążyć do szkoły, potem na studia, aż w końcu do pracy.
Tydzień temu rozpoczął swoją pierwszą poważną pracę jako dziennikarz wkładki lokalnej w ogólnopolskiej gazecie. Nigdy nie planował takiego zawodu, a jednak życie sprawiło mu tak wiele niespodzianek, że nieoczekiwane zwroty losu przestawały go dziwić.
Dziś kończył dwadzieścia pięć lat i zamierzał wstać dla siebie. Zaplanował coś szczególnego. Za godzinę przyjedzie po niego przyjaciel - Robert Baczuk, który parę lat temu rozpoczął pracę w policji. Podobno poznał tam nową dziewczynę - Tośkę. Słuchając wszystkich opowieści przyjaciela, w których Tośka odgrywała mniejszą lub większą rolę, Szymon wydedukował, że dziewczyna całkiem zawróciła mu w głowie! Wspominał o niej przy każdej możliwej okazji, a jego oczy iskrzyły się niecodziennym blaskiem na samo brzmienie jej imienia. Ten dzień, jak i kolejny, mieli spędzić we trójkę. Z dala od miejskiego zgiełku. Pośród mazurskich lasów i jezior.
Robert podjechał pod blok Szymona punktualnie o ósmej.
- Tośka naprawdę z nami jedzie? - zapytał początkujący dziennikarz, kiedy usadowił się już wygodnie w fotelu pasażera.
- Jedzie. To nie jest dla ciebie problem, co? - rzucił Robert, choć pewnie domyślał się odpowiedzi.
- Skąd! - odparł Szymon. - Cieszę się, że w końcu ją poznam. Mam tylko nadzieję, że rzeczywiście jest ładna.
- Tobie nic do tego!
- Jak to?! To w końcu moje urodziny, tak? Zawsze miło jest popatrzeć na ładną dziewczynę.
Robert uśmiechnął się pobłażliwie i odparł:
- Jest ładna. Zobaczysz, a do tego mądra - dodał, odpalając silnik.
Rafalski parsknął.
- Nie trzeba wiele, żeby być mądrzejszym od ciebie.
- Dobrze, że ty jesteś mądrzejszy od wszystkich - odgryzł się Robert i sprzedał koledze niegroźny cios w ramię.
- Masz dla mnie prezent?
- A wycieczka zorganizowana nie wystarczy? - zapytał policjant, lecz nie otrzymał odpowiedzi.
Szymon tylko włączył radio i ustawił je na jedną ze stacji muzycznych.
Przed blokiem Antoniny Felińskiej czekali zaledwie parę minut. Kiedy wyszła z budynku, Szymon otaksował spojrzeniem jej zgrabną sylwetkę.
- Nie daje na siebie długo czekać. Ma u mnie plusa - oznajmił.
- Cieszę się, że zaliczyła twój test punktualności - rzekł sierżant sarkastycznym tonem.
Nim Tośka otworzyła tylne drzwi samochodu, Szymon dodał jeszcze krótkie:
- Ładna.
- Cześć, chłopaki! - przywitała się Antonina, a jej głos zabrzmiał melodyjnie. Pocałowała Roberta w policzek, a Szymonowi podała rękę. - Tośka.
- Szymon.
- Wszystkiego najlepszego - rzuciła i wyciągnąwszy z plecaka butelkę czerwonego wina, wręczyła ją jubilatowi.
- Dziękuję! Ma dziewczyna gest, w przeciwieństwie do ciebie! - powiedział do przyjaciela i dostrzegł, że twarz sierżanta lekko się zarumieniła. Następnie otworzył okno i zapytał: - Znasz drogę, kierowco? Mamy jakiś adres docelowy?
- Ja go pokieruję - odparła Tośka. Nachyliła się lekko do przodu, kładąc dłoń na ramieniu Roberta. - Kiedy byłam mała, często jeździliśmy tam z rodzicami.
- Rodzinna miejscówka? I dzielisz się tym skarbem z takimi pajacami jak my?
Tośka parsknęła śmiechem i odparła:
- Robson nie jest taki zły. I starannie dobiera przyjaciół, więc tylko wyjątkowe osoby znajdują do niego drogę!
- Lubię ją, Robson - ocenił śmiało Szymon. - Naprawdę ją lubię!
Szymon zabawiał Tośkę anegdotami z czasów studiów i opowieściami o pierwszych doświadczeniach w dziennikarskiej codzienności, a Tośka odwdzięczała się historiami z policyjnego podwórka. Robson rzucił uwagę, żeby uważała, co opowiada przyjacielowi, bo ten wiecznie szuka tematu wartego publikacji, jednak Szymon, choć słuchał wszystkiego z zaciekawieniem i niemałym rozbawieniem, wiedział, że nic z tych rzeczy nie spotkałoby się z aprobatą naczelnego.
- Szukamy raczej dramatów i afer, czegoś, co oburzy ludzi, ewentualnie poruszy - powiedział uspokajająco. - Nikogo nie interesuje historia o tym, jak krwawiłeś z nosa przez godzinę, bo dziewięćdziesięciolatek uderzył cię pantoflem!
- Widzisz! - oburzył się Robert, zerkając we wsteczne lusterko, by pouczyć Tośkę. - Nie ufaj prasie, bo wszystko przekręcą! Facet miał siedemdziesiąt lat, był zdrowy i wysportowany, a przede wszystkim podejrzany o zabójstwo kolegi ze związku wędkarskiego! I nie uderzył mnie pantoflem, tylko trepem.
- Tak, to rzeczywiście wiele zmienia - odparł z powagą Szymon, za co otrzymał szturchańca.
Kierujący samochodem Robert co chwilę zerkał w lusterko wsteczne, by zobaczyć w nim roześmianą twarz dziewczyny. Również ona zerkała na niego, a w tych ich spojrzeniach była jakaś niewypowiedziana myśl. Coś głębszego. Coś, co zdawali się rozumieć bez słowa.
Gdy dojechali na miejsce, słońce już mocno przygrzewało, a nad blachą samochodu falowało powietrze.
- Pięknie - ocenił Szymon, rozglądając się po rozzielenionym otoczeniu.
Przed nimi rozciągała się błękitna tafla spokojnego jeziora i odchodzący od brzegu drewniany pomost.
- No, to co robimy? - zapytał Robert, biorąc się pod boki.
Tośka uśmiechnęła się szeroko, po czym odpięła guzik szortów. Rozebrała się, biegnąc w kierunku pomostu. Pokonała go kilkoma długimi susami i z radosnym okrzykiem wskoczyła do wody. Gdy Szymon i Robert dotarli na koniec pomostu, beztrosko unosiła się na wodzie, wystawiając twarz do słońca.
- Nie wchodzicie? - zapytała i zerknęła na nich zza przymkniętych powiek.
- Robson wchodzi! - odparł Szymon i mocno zepchnął przyjaciela z pomostu.
Kolejny głośny plusk spłoszył ptaki na pobliskim drzewie. Tośka roześmiała się głośno, a gdy Robert wypłynął na powierzchnię, zbliżyła się do niego.
- Ale miałeś minę! - rzuciła, odgarniając mu z czoła mokre włosy.
Szymon usiadł na krawędzi pomostu i zanurzył w wodzie stopy.
- Nie popływasz z nami, Szymon? - spytała dziewczyna.
- Może później - odparł, patrząc na parę zza przeciwsłonecznych okularów. Rozpiął kilka górnych guzików białej koszuli i zapytał: - Jest tu jakaś wypożyczalnia łódek?
- Pół kilometra w tamtą stronę - odparła, skinąwszy na zachód. - Mają małe łódki, na które nie potrzeba dokumentów. Do tych większych wymagają zezwoleń, patentów i innych papierków...
- Szymon ma papierki - wtrącił Robson.
- Naprawdę?
- Jego stary był milionerem. Szymon pływał na morzu jachtami.
- Historie z dzieciństwa zostawmy sobie na później - uciął Rafalski i wstał z pomostu. - Przejdę się do tej wypożyczalni. Bądźcie grzeczni.
- Jasne, idź na spacer, cwaniaku. Sami rozłożymy cały majdan! - rzucił mu na odchodne Robert.
Robert nie miał nic przeciwko temu, żeby zostać sam na sam z Tośką. Nie przeszkadzało mu też rozstawianie namiotów i rozpalanie ogniska. Wzajemne docinki były dla niego i Szymona czymś zupełnie naturalnym. Tośka obserwowała tę dynamikę między przyjaciółmi z zaciekawieniem.
- Zaskakujące, jak bardzo się różnicie!
- Kiedyś nie mogliśmy się znieść. Teraz Szymon jest dla mnie jak młodszy brat.
- Przecież jesteście w tym samym wieku!
- Nawet u bliźniaków ktoś musi być starszy. Rozsądniejszy.
- I to jesteś ty? Ten rozsądny?
- To chyba oczywiste!
Tośka odpowiedziała uśmiechem, a po chwili spytała:
- To co robimy?
Robert obrócił się ku niej. Złapał ją w pasie. Dostrzegał, że czekała na jego ruch, a jednak bał się zrobić ten decydujący krok. Spojrzał przelotnie na jej kształtne usta i poczuł strach przed popełnieniem błędu.
- Myślę, że rozstawię te namioty. Później nikomu nie będzie się chciało - odparł pospiesznie.
Dziewczyna nie dała poznać po sobie rozczarowania, jakby rozumiała, że jego wahanie nie było efektem niezdecydowania, ale nieśmiałości. Przynajmniej miał taką nadzieję.
- Pomogę ci - zapewniła i pierwsza popłynęła w kierunku brzegu.
Razem rozstawili dwa namioty w kilkanaście minut. Nie ustalili jeszcze, w jakiej konfiguracji spędzą noc. Mieli na to sporo czasu. Robert dobijał akurat ostatnią ze szpilek namiotu, kiedy dobiegł ich dość głośny warkot silnika.
- No nie wierzę - wycedził sierżant, obserwując, jak jego przyjaciel podpływa do pomostu niewielkim jachtem motorowym.
W tych swoich markowych okularach przeciwsłonecznych, rozwianej białej koszuli i z opalonym torsem, za sterami łodzi zapewne droższej niż roczny przychód młodego sierżanta, wyglądał na zuchwałego bogacza. Robert miał pewność co do zuchwałości Szymona i akceptował tę cechę, jednak o trwonieniu ostatnich resztek spadku już wielokrotnie wyrażał się krytycznie, co przyjaciel wytrwale ignorował.
Rzucił Robertowi linę, a gdy ten przyciągnął jacht do pomostu, Szymon rzucił ochoczo:
- Zapraszam państwa na pokład!
- Droższych łódek nie mieli?
- To nie jest łódka, tylko jacht! - oburzył się dziennikarz.
- Świetnie! Rozbijesz ten jacht, to nawet jak złożymy się we trójkę, nie pokryjemy kosztów naprawy.
- Przestań zrzędzić i wskakuj! - odparł Szymon i pomógł Tośce wejść na pokład.
Zaraz po wypłynięciu na środek jeziora zawołał do siebie dziewczynę i zachęcił, by przejęła ster.
- Robiłaś to kiedyś? - zapytał, przekrzykując głośny warkot silnika.
- Nie taką!
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - odparł, stanąwszy tuż za nią. Na chwilę położył ręce na jej zaciśniętych na sterze dłoniach. Nachylając się do jej ucha, coś tłumaczył, potem obejrzał się przez ramię. Doganiało ich kilka skuterów wodnych. - Poczekaj, niech nas wyprzedzą!
Odczekali moment, a kiedy na wodzie pojawiły się spiętrzone przez skutery fale, dodał:
- A teraz gazu! - Przerzucił bieg i lekko skręcił ster. - Trzymaj się, Robson - rzucił do tyłu, a gdy pędem wpłynęli poprzecznie na fale, łódź wzbiła się parokrotnie i mocno uderzyła w taflę wody. Potem zwolnili. - A teraz płyniemy łagodnie - powiedział, zostawiając ster w rękach Tośki.
Odszedł do tyłu, gdzie stał Robert, który do tej pory obserwował poczynania przyjaciela z lekką zazdrością. Tak, zazdrościł mu pewności siebie i śmiałości wobec kobiet.
- Jak ci się podoba "łódka"? - zapytał Szymon, podkreślając ostatnie słowo.
- Na jeziorze wolę kajak - odparł Robert, przekrzykując hałas.
- Myślałem, że ci się spodoba! Przecież śmigasz motocyklem po mieście!
- Po mieście tak! Ale tutaj taki motor burzy spokój przyrody! Nawet ptaków nie słychać!
- Ty mi tu z ornitologią nie wyjeżdżaj! Wykorzystałeś dobrze moją nieobecność? - zapytał, z wymownym uśmiechem nachylając się do ucha przyjaciela.
- Tak, rozstawiając dwa namioty, a jeśli pytasz, czy przespałem się z Tośką, to nie - odparł Robert, wiedząc, że traci w oczach przyjaciela.
- Ale chyba zamierzasz zrobić coś w tym kierunku, prawda? Przecież ona na ciebie leci, stary!
- Nie chcę zrobić czegoś za szybko.
- Za szybko?! W jakich czasach ty żyjesz? Jak będziesz zwlekał, pomyśli, że jej nie chcesz, i wycofa się.
- Ona nie jest taka.
- Zobaczymy!
Resztę dnia spędzili na okrążaniu jeziora jachtem i przygotowywaniu ogniska. Robert szybko poradził sobie z rozpaleniem. Otworzył każdemu po piwie. Tośka naszykowała kiełbasę i chleb, a Szymon naostrzył patyki scyzorykiem. Przy muzyce puszczanej z telefonu, cykaniu świerszczy oraz rechocie żab pili, jedli i rozmawiali.
Szymon wrzucił do ogniska gałązkę jałowca i ogień trzasnął parokrotnie, uwalniając w powietrze kilka wesołych iskier.
- Prawie zapomniałem - powiedział Robert i wyciągnął z plecaka niewielki pakunek. Przymierzył się, by rzucić go Szymonowi. - Tylko złap.
- Taki drogocenny? Myślałem, że wycieczka to mój prezent.
- Ten przyda ci się w robocie. Najlepszego, panie redaktorze - życzył przyjacielowi i uniósł butelkę z piwem w geście toastu.
Szymon rozerwał papier, po czym otworzył znajdujący się w nim mały futerał. W środku znalazł czarny plastikowy przedmiot.
- A to co? - zapytał. - Minizapalniczka? Pendrive?
- Dyktafon...
- Myślałem, że wystarczy mi dyktafon w telefonie...
- Telefony się rozładowują i lepiej nie zabierać ich na pewne spotkania.
- Aaa... Masz na myśli pełną konspirę, tak? Inwigilację, dziennikarstwo śledcze i te sprawy?
- I te sprawy. Oby dobrze ci służył.
- Dzięki - odparł dziennikarz i obrócił kawałek plastiku między palcami.
Wiedział, że dziennikarstwo to nie tylko pisanie not informacyjnych i sprawozdań z konferencji prasowych polityków. Miał apetyt na dużo więcej i z niecierpliwością czekał na czas, kiedy będzie mógł skorzystać z podarowanego mu sprzętu.
Wypił kilka porządnych łyków piwa. Przez następne dwie godziny wychylił jeszcze trzy butelki, a przed północą oznajmił, że pora spać.
- Biorę dla siebie mniejszy namiot - zwrócił się jeszcze do Roberta. - Nie mam zamiaru słuchać przez całą noc, jak chrapiesz, i znosić, jak się wiercisz. Dobranoc, pchły na noc.
- Dobranoc, Szymon - odpowiedział Robert i otulił ramieniem siedzącą obok Tośkę.
Zrobiło się już chłodno, a ognisko powoli dogasało.
Szymon liczył na to, że tę noc pod gwiazdami prześpi jak niemowlę. Świeże powietrze i melodia nocnych stworzeń rzeczywiście szybko utuliły go do snu, jednak ten sen wcale nie był błogi. Po raz pierwszy od kilku lat przyśnił mu się ojciec. Taki, jakim widywał go najczęściej - zestresowany, rozmawiający przez telefon w swoim domowym biurze, kręcący się od ściany do ściany i przeklinający między zdaniami. We śnie Szymon zajrzał nieśmiało do pomieszczenia. Ponownie usłyszał, że "jebana policja węszy". Myślał, że ojciec go nie zauważył, ale ten chwilę później zawołał go do środka. Szymon znowu miał osiem lat i poczuł łomotanie serca. Wiedział, że tata nie znosi podsłuchiwania. "Nie zachowuj się jak szczur!" - syknął i gestem przywołał syna. Złapał go za rękę, a w dłoń wcisnął mu pistolet. "Jesteś już dorosły" - powiedział, a Szymon poczuł, że znów ma swoje dwadzieścia pięć lat. Ojciec powtórzył: "Jesteś dorosły, więc pora, żebyś zachowywał się jak mężczyzna. Zabij psa. Zabij gliniarza!".
Obudził się gwałtownie, szczęśliwy, że rozmowa z ojcem okazała się snem, jednak jego emocje nadal tkwiły w koszmarze. Było mu zimno, a mimo tego czuł, że nocny miraż wycisnął z niego poty. Zerknął na podświetlany w ciemności zegarek po ojcu. Trzecia zero trzy. Często budził się o tak dziwnych godzinach. Trzecia zero trzy. Pierwsza jedenaście... Rozpiął śpiwór i świecąc telefonem jak latarką, znalazł ciepłą, a przede wszystkim suchą bluzę.
Serce biło mu szybko. Otworzył suwak u wejścia namiotu i wyszedł na zewnątrz. Owiało go chłodne, rześkie powietrze, którym mocno się zaciągnął. Wygrzebał z plecaka paczkę papierosów i powoli ruszył w kierunku wody.
Wszedł na drewniany pomost, zapalając papierosa. Potem wgramolił się na pokład jachtu, a ten zakołysał się nieco pod jego ciężarem.
Księżyc błyszczał pełną tarczą. Rozświetlał polanę, pierwszą linię drzew pobliskiego lasu oraz taflę spokojnej wody.
Dziennikarz usiadł z nogami zwieszonymi za burtę i zapatrzył się w czarną toń. Nagle poczuł ogarniający go ogromny żal. Wszystko potoczyło się tak niespodziewanie. Przez całe życie bał się ojca, jednocześnie go podziwiając i zabiegając o jego akceptację, której nigdy nie doświadczył. Potem dowiedział się, że stary jest gangsterem. Handlarzem prochów, mordercą i oszustem. Został zastrzelony przez jakiegoś seryjnego mordercę psychopatę. Wszystko w życiu Szymona okazało się oszustwem. Matka, która zawsze kochała go najbardziej, podobno miała dziesiątki kochanków. Była materialistką i nimfomanką. Napadnięto ją, kiedy wracała do domu późną nocą. Okradziona, zgwałcona i uduszona. Kto mógł zrobić coś takiego? Szymon nie wiedział. Nie rozumiał i nigdy nie poznał odpowiedzi. I tak został sam. Sierota, której rodzice nie przygotowali do życia w normalnym świecie.
Zostało mu niewiele. Warta kilkanaście tysięcy omega, której nie pozbył się przez sentyment - pamiętał, jak zegarek lśnił na nadgarstku starego. Kilkadziesiąt tysięcy, które wydawał na sprzęt, wynajem mieszkania i życie ponad stan, przypominające przeszłe już czasy.
Wiedział, że niebawem pieniądze się skończą, a jednak nadal je trwonił, zachowując pozory dostatku. Liczył na zawrotną dziennikarską karierę, która miała mu przynieść sławę i pieniądze.
Jako dzieciak zbyt często polegał na ojcu, który interweniował w podbramkowej sytuacji, by wyciągnąć go z kłopotów jednym "magicznym słowem", układem czy plikiem pieniędzy. Nadchodził czas brania odpowiedzialności za siebie i swoje decyzje.
Otarł rękawem wilgotne oczy. Wypity alkohol jeszcze nie zelżał i wciąż lekko kręciło mu się w głowie. Siedział na burcie jachtu wartego kilkaset tysięcy złotych i nagle uderzyła go myśl, że jako dziennikarz nigdy nie dorobi się takich pieniędzy jak jego ojciec. Nigdy nie stanie się tym, kim on chciał, aby się stał.
- Nie możesz spać? - zapytała Tośka delikatnym głosem. Zaszła go od tyłu, tak cicho, że w ogóle jej nie usłyszał. Przykucnęła obok i okryła ramiona bluzą.
Szymon zaprzeczył ruchem głowy i wymusił uśmiech, ale musiała dostrzec błysk w jego oczach.
- Coś nie tak? - dopytała.
- Nieee - odparł przeciągle. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie brzmi to przekonująco. - Można powiedzieć, że obudziły mnie demony przeszłości. Czasami o sobie przypominają.
- Rozumiem. Każdy ma coś takiego. Każdy inne. Każdy swoje. Ale nie ma takich demonów, z którymi nie moglibyśmy sobie poradzić.
Szymon zamyślił się nad jej słowami i po chwili zapytał:
- A ty? Dlaczego nie śpisz?
- Obudziło mnie chrapanie Robsona - odparła wesoło. - A tak na serio, to śpię dosyć płytko, szczególnie w nowym otoczeniu. Zawsze na alercie.
- Jak przystało na dobrą policjantkę.
- Dobra policjantka powinna umieć odpoczywać, kiedy ma okazję. Wyłączyć tryb pracy i po prostu spać snem sprawiedliwego.
- Może to przyjdzie z czasem.
- Mam nadzieję!
Szymon westchnął głęboko. Powietrze pachniało wodą.
- Chyba mogłabym tu zamieszkać - przyznała Tośka.
- Serio? To czemu siedzisz w stolicy?
- Ktoś musi ścigać bandytów i pilnować Robsona.
- A tak! To prawda.
- Bez zewnętrznego hamulca rozniósłby stolicę - odparła przekornie, choć oboje wiedzieli, że w jej słowach było sporo racji.
- Nadal ma problemy z nerwami, co?
- Czasami wybucha, ale pracujemy nad tym.
- Chyba ty pracujesz! Robson przecież nie ma problemu - stwierdził Szymon sarkastycznie.
Tośka przytaknęła ze zrozumieniem. Dobrze się wyczuli. Oboje świetnie znali Roberta i jego słabości.
Szymon zaciągnął się papierosem i spojrzał na Tośkę zza chmurki dymu.
- Dobrze, że cię ma. To dobry chłopak, Tośka. Bez niego bym zginął.
Dziewczyna pokiwała głową.
- Dobry chłopak. Tylko trochę nieśmiały - dodał, puszczając do niej oko.
Wtedy do ich uszu dotarł gwizd. Szymon obejrzał się za siebie. Przed namiotem stał Robert i patrzył w ich kierunku.
- Co tam robicie?! - krzyknął.
- Już wracamy! - odparł Szymon, odrzucając od siebie papierosa.
Oparł bosą stopę o krawędź pokładu. Wystarczył jednak nieodpowiedni kąt i kilka kropel wody pod stopą, by ta ześlizgnęła się gwałtownie.
Po spokojnej tafli jeziora rozniósł się głośny plusk, przerywając nocną ciszę jak nagłe cięcie nożem.
Zacisnął oczy. Otoczyła go gęsta, pochłaniająca ciecz... Machał nogami i rękoma, ale ciało nadal opadało, a dno pozostawało nieosiągalne. Stracił poczucie odległości. Pragnął tylko tlenu. Jednego wdechu. Woda odcinała go od życia, zaciskała pętlę na szyi. Coraz mocniej, coraz szczelniej. Dusiła i ciągnęła w dół. Szum w uszach cięły miarowe uderzenia. To nie woda szumiała, ale krew w żyłach tonącego; nie dudniły uderzenia w wodę, ale jego nadal bijące serce. Walczył z wodą, ale to nie ona była jego przeciwniczką. Była nią panika.
W końcu coś go złapało i wydobyło ponad powierzchnię. Znajomy głos mówił: "Spokojnie". "Daj się prowadzić, daj się prowadzić" - powtarzał w myślach Szymon. Pozwolił, by Robert wyciągnął go na brzeg.
- Co się stało?! - pytała Tośka. Okryła czymś Szymona i gładziła go po plecach, kiedy on odkasływał wodę.
- Nie umiem pływać - wycharczał po dłuższej chwili Rafalski.
Dziewczyna ewidentnie nie dowierzała jego słowom.
Nim zdołał powtórzyć, jego żołądek skurczył się i wyrzucił z siebie całą treść.
- Umiesz pływać, tylko panikujesz! - mruknął w odpowiedzi Robert. Siedział na brzegu, opierając ręce na kolanach. Odgarnął z czoła posklejane wodą włosy. Bez cienia współczucia patrzył na przyjaciela, który dygotał i pokasływał. Po chwili, jakby z pretensją w głosie, wyjaśnił: - Pływał jak ryba jako sześciolatek, aż raz zachłysnął się wodą...
- Ojciec wyrzucił mnie z łódki na środku jeziora! - krzyknął Szymon na swoją obronę. Mówił niewyraźnie, był roztrzęsiony. Czuł jednak, że obrona własnego honoru jest na tyle ważna, by kontynuować: - O mało wtedy nie utonąłem! Od tamtej pory nie pływam! To się nazywa hydrofobia i jest to termin medyczny! - Zerwał się na chwiejne nogi i zatoczył się na Tośkę.
- To zacznij się z tego leczyć! - odparł Robert. - Pora dać przeszłości odejść, Szymon! Wyciągnąć z niej wnioski i zacząć żyć swoim życiem!
Szymon nie odpowiedział. Odsunął od siebie dziewczynę i niepewnym krokiem podążył w kierunku namiotów, jakby uciekał przed własnym wstydem i słabościami. Wiedział już, że nigdy nie zapomni tej nocy.