Upalne lato Kaliny - Katarzyna Zyskowska

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Ma­rianna

Czas zdaje się trwać w miej­scu, nie­wzru­sze­nie, za­wie­szony w du­cho­cie wy­peł­nia­ją­cej po­kój i tylko serce sta­rego ze­gara wi­szą­cego na ścia­nie wciąż po­wol­nie od­mie­rza se­kundy i sen­nie pły­nące mi­nuty. Ci­che ty­ka­nie daje świa­dec­two przej­ścia ich ulot­nego ist­nie­nia z "te­raz" do "kie­dyś". Tik-tak, tik-tak... Me­cha­nizm za­mknięty w ma­ho­nio­wej skrzynce wpra­wia wa­ha­dło w jed­no­stajny ruch - jakby w ocze­ki­wa­niu na wy­bi­cie ko­lej­nej, upra­gnio­nej go­dziny, by raz na za­wsze za­koń­czyć ży­cie tej obec­nej, nud­nej, mo­no­ton­nej i nic nie­zna­czą­cej. Byle tylko prze­trwać tę chwilę - do czasu, gdy słońce cał­ko­wi­cie schowa swoją roz­pa­loną twarz za po­kru­szo­nymi da­chów­kami znisz­czo­nych przez wojnę ka­mie­nic po dru­giej stro­nie ulicy. Tylko w tym świe­tle - cie­płym, nie­mal po­ma­rań­czo­wym - ich po­ra­nione fa­sady wy­dają się piękne. Do­sko­nałe w swo­jej mrocz­nej nie­do­sko­na­ło­ści. Do­stojne, choć na­dal w du­żej czę­ści nie­odre­mon­to­wane. Odarte z daw­nego prze­py­chu przez odłamki z moź­dzie­rzy, które z wi­bru­ją­cym, zło­wro­gim świ­stem pięt­na­ście lat temu wy­ma­lo­wały na nich trwałe bli­zny - odzie­ra­jąc nie tylko z tyn­ków, ale i ze złu­dzeń. Te­raz, w po­świa­cie koń­czą­cego się dnia, w grze pół­cieni, wo­jenne szramy blakną, a bu­dynki znowu przez krótką chwilę wy­glą­dają jak daw­niej - za­nim wszystko się skoń­czyło.

Ale tak na­prawdę do­piero wraz z na­dej­ściem wie­czoru, kiedy mrok i szpe­tota na nowo ogarną War­szawę, wy­da­rzy się to, na co każda cząstka sta­rego miesz­ka­nia jakby tylko cze­kała. I ze­gar, i okrą­gły stół, sto­jący w cen­tral­nym punk­cie po­koju. Wy­tarty per­ski dy­wan przy­kry­wa­jący znisz­czoną mo­za­ikę par­kietu, który przed laty mi­ster­nie uło­żono z róż­nych ga­tun­ków drewna w kształt ro­zety - o jej ist­nie­niu dzi­siaj już nikt nie pa­mięta. I rzeź­biona ko­moda z lekko nad­pa­lo­nym ro­giem jed­nej z szu­flad. Nie­duże, ide­al­nie za­słane łóżko sto­jące w naj­ciem­niej­szym ką­cie. I zie­lony piec ka­flowy z że­liw­nymi drzwicz­kami. A na­wet wy­pło­wiałe ta­pety, brzydko od­sta­jące przy wy­so­kim su­fi­cie, na któ­rym w paru miej­scach łusz­czy się przy­bru­dzona farba.

Każdy ele­ment tej ma­łej prze­strzeni wy­daje się za­wie­szony w nie­mym ocze­ki­wa­niu - po­dob­nie jak scena te­atralna przed roz­po­czę­ciem pierw­szego aktu przed­sta­wie­nia. Każda cząstka tego po­koju czeka. Czeka. Ale przede wszyst­kim czeka ona, główna ak­torka, nie­od­zowny ele­ment tu­tej­szej sce­no­gra­fii - ko­bieta sto­jąca nie­ru­chomo przy oknie.

Cho­ciaż jest znie­cier­pli­wiona, może tro­chę roz­draż­niona, gdy prze­nosi spoj­rze­nie z gry świa­teł za oknem w głąb po­miesz­cze­nia, stara się za­cho­wać obo­jętny wy­raz twa­rzy. W końcu jest przy­zwy­cza­jona do tego stanu. Do bez­u­stan­nego za­wie­sze­nia, do wstrzy­my­wa­nia od­de­chu. Do cze­ka­nia. Za­nim na­dej­dzie wie­czór. Za­nim przyj­dzie noc. Za­nim przyj­dzie on.

Tym­cza­sem jej wzrok pada na ja­sną głowę chło­paka, który w sku­pie­niu no­tuje coś w bru­lio­nie, sie­dząc przy stole przy­kry­tym szy­deł­kową ser­wetą. Ma­rianna nie­znacz­nie się uśmie­cha, ob­ser­wu­jąc jego sku­pie­nie. Dys­kret­nie wo­dzi wzro­kiem po szczu­płych opa­lo­nych przed­ra­mio­nach wy­glą­da­ją­cych spod pod­wi­nię­tych rę­ka­wów ko­szuli. Choć pod gładką skórą za­czy­nają się ry­so­wać mię­śnie, chło­piec na­dal wy­daje się nie­winny, nie­doj­rzały. Chło­piec, bo jesz­cze nie męż­czy­zna - do­piero w przy­szłym roku zda ma­turę. Tak mało ma w gło­wie, gdy tym­cza­sem jego ciało ofe­ruje już tak wiele. Wciąż nie jest do­ro­sły, cho­ciaż prze­stał już być dziec­kiem. O tylu spra­wach do­piero się do­wie. Tylu sma­ków ży­cia jesz­cze za­kosz­tuje. A może już za­kosz­to­wał? - za­sta­na­wia się Ma­rianna. Co ja wie­dzia­łam o świe­cie w jego wieku?

- Fra­nçois, czy już? - pyta po fran­cu­sku.

- Je n'ai pas... en­core fini, Ma­dame - duka chło­pak, uno­sząc głowę znad za­da­nego ćwi­cze­nia, nieco się przy tym czer­wie­niąc. "Jesz­cze nie skoń­czy­łem, pro­szę pani".

Jest za­kło­po­tany swoją opie­sza­ło­ścią, nie­do­sta­teczną zna­jo­mo­ścią ję­zyka, ak­cen­tem? Czy może jej spoj­rze­niem? Spe­szony wy­ra­zem oczu na­uczy­cielki?

Ma­rianna ma trzy­dzie­ści osiem lat, ale na­dal jest nie­zwy­kle atrak­cyjna, choć może nieco zbyt szczu­pła, na­zbyt wiotka, ete­ryczna, jakby miała się roz­paść przy moc­niej­szym uści­sku, roz­sy­pać pod do­tknię­ciem dłoni. Po­do­bna do je­sien­nej róży, któ­rej płatki po­woli za­czy­nają więd­nąć, choć wła­śnie te­raz pach­nie naj­in­ten­syw­niej, odu­rza­jąco.

Złote włosy do ra­mion za­zwy­czaj upina z tyłu głowy - wśród ja­snych fal nie sre­brzy się ani je­den siwy włos, ale czoło prze­cina kilka po­je­dyn­czych zmarsz­czek. Po­do­bne, nie­zbyt głę­bo­kie, cią­gną się od ust w kie­runku brody, na­da­jąc twa­rzy su­rowy wy­raz. Ma­rianna, mimo że tak doj­rzale piękna, przez te bruzdy spra­wia wra­że­nie przed­wcze­śnie po­sta­rza­łej. A może to nie czas, a po pro­stu gry­mas nie­za­do­wo­le­nia albo za­wodu, który zbyt czę­sto go­ścił na jej peł­nych ustach, wy­żło­bił te mi­miczne znaki? Zmarszczki uśmie­chu, które po­wstały z zu­peł­nie in­nego po­wodu.

Po­do­bne wra­że­nie - choć w ja­kiś spo­sób nie­ostre, nie­jed­no­znaczne - wy­wiera wielu lu­dzi jej po­ko­le­nia. Wszy­scy za szybko mu­sieli doj­rzeć, za dużo wi­dzieli, za mocno czuli. Więc może dla­tego te­raz sznu­rują wargi w mil­cze­niu? By nie mó­wić, nie opo­wia­dać o tym, co prze­szli, nie roz­dra­py­wać sło­wami sta­rych ran, nie na­zy­wać prze­szło­ści po imie­niu. Za­my­kają ją w ci­szy nie­wy­krzy­cza­nego cier­pie­nia - po­zor­nie nie­do­po­wie­dze­nie boli mniej niż słowa. Ob­razy wra­cają, do­piero gdy wy­rzuci się je w prze­strzeń, wy­ar­ty­ku­łuje na głos. Dla­tego Ma­rianna i jej ró­wie­śnicy tak nie­wiele mó­wią.

Pod oczami lek­torki ry­sują się ciemne pół­kola. Może to przez rzęsy? - za­sta­na­wia się chło­pak. Za­wsze są tak do­kład­nie wy­tu­szo­wane, dłu­gie i gę­ste. Czy to one rzu­cają cień na po­liczki? A może wra­że­nie zmę­cze­nia po­wo­dują odro­binę opuch­nięte po­wieki, które na­dają spoj­rze­niu Ma­rianny le­niwy, koci cha­rak­ter? Albo to nie­wy­spa­nie? Albo Ma­dame zbyt czę­sto pła­cze? Czy ma ja­kieś pro­blemy? Któż w dzi­siej­szych cza­sach ich nie ma? Może jest sa­motna - nie nosi ob­rączki i chyba nie ma żad­nej ro­dziny - lub nie­szczę­śli­wie za­ko­chana? Tego uczeń może się tylko do­my­ślać, bo w rze­czy­wi­sto­ści nie­wiele wie o swo­jej na­uczy­cielce i jej ży­ciu. O smut­kach, pra­gnie­niach i tę­sk­no­tach tej ko­biety.

Spo­ty­kają się za­wsze w czwartki i piątki, co dwa ty­go­dnie, na­wet pod­czas wa­ka­cji, i spę­dzają w tym nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu go­dzinę wy­peł­nioną kon­wer­sa­cją i pi­sa­niem wy­pra­co­wań. Fran­cu­ski... Po co mu ten cały fran­cu­ski? Te­raz trzeba znać ro­syj­ski, ewen­tu­al­nie nie­miecki. Ale fran­cu­ski? Fra­nek nie wi­dzi w tym sensu - z wy­jąt­kiem ta­kiego, że może za­im­po­no­wać dziew­czy­nom. Nie wie­dzieć czemu, one uwa­żają ję­zyk Vol­ta­ire'a za wy­jąt­kowo ro­man­tyczny. No i ro­dzice uparli się na te lek­cje. Oj­ciec się uparł. Po­do­bno wszy­scy ko­le­dzy z pre­zy­dium po­sy­łają dzieci na lek­cje ję­zy­ków "zgni­łego Za­chodu". Wło­ski, an­giel­ski, fran­cu­ski - obo­wiąz­kowy re­per­tuar przed­wo­jen­nych elit. Ich zna­jo­mość do ni­czego się te­raz nie przyda, jed­nak na­dal no­bi­li­tuje. Dla­tego na­leży zna­leźć lek­tora. I znaj­duje się Ma­rianna. Ja­kiś zna­jomy zna­jo­mego ją po­le­cił, więc chło­pak od dwóch lat uczęsz­cza na pry­watne za­ję­cia. Z mo­zo­łem brnie po­przez me­an­dry gra­ma­tyki - która spra­wia mu trud­no­ści - przez gąszcz słó­wek, od­po­wied­niego sta­wia­nia ak­cen­tów, przez gar­dłowe "r". Ale to wszystko nie­zmier­nie go nuży... Na­uka go nie in­te­re­suje, za to lubi ob­ser­wo­wać swoją ta­jem­ni­czą na­uczy­cielkę.

Mimo że znacz­nie od niego star­sza - chyba w po­dob­nym wieku co jego matka - wy­daje mu się sza­le­nie atrak­cyjna. A naj­bar­dziej po­cią­ga­jąca w chwi­lach za­dumy, gdy są­dzi, że chło­pak od­ra­bia za­daną pracę. Wów­czas emo­cje biorą górę nad wy­stu­dio­wa­nym uśmie­chem, a Ma­rianna wy­daje się bar­dziej praw­dziwa. Cho­ciaż rów­no­cze­śnie w prze­dziwny spo­sób nie­oczy­wi­sta - niby współ­cze­sna, a jed­nak jakby wy­jęta z in­nej epoki, z in­nego świata, do któ­rego już nikt nie zna drogi.

Fran­ci­szek koń­czy wy­pra­co­wa­nie, a tym­cza­sem Ma­rianna opiera się o wy­szczer­biony pa­ra­pet, za­pala pa­pie­rosa, po­woli się za­ciąga i znowu za­ta­pia spoj­rze­nie w wi­doku za oknem. Za­raz skoń­czy lek­cję - to już ostat­nia dzi­siej­szego dnia - za­mknie drzwi za uczniem, a po­tem...

Do środka wpada ko­lejna fala go­rą­cego po­wie­trza wraz z dźwię­kami ulicy. Z dołu do­cho­dzą urywki roz­mów prze­chod­niów, czyjś iry­tu­jąco wy­soki śmiech, stu­kot ob­ca­sów - które ja­kaś dziew­czyna wło­żyła w ten piąt­kowy letni wie­czór, spie­sząc się na spo­tka­nie z męż­czy­zną - a także dud­nie­nie sil­ni­ków nie­licz­nych sa­mo­cho­dów i od­le­gły, me­ta­liczny po­głos tram­wa­jów do­cie­ra­jący tu aż z Mar­szał­kow­skiej.

Gdzieś tam, po­śród ulic ską­pa­nych w cie­płym świe­tle, za­pewne klu­czy on. My­śląc o tym, Ma­rianna od­ru­chowo po­pra­wia apaszkę na szyi. Może ku­puje kwiaty lub jej ulu­bio­nego rie­slinga na wie­czór, może z nie­cier­pli­wo­ścią zerka na ze­ga­rek, ma­rząc, by wy­biła wła­ściwa go­dzina? Prze­cież jego ży­cie - po­dob­nie jak Ma­rianny - jest nie­ustan­nym ocze­ki­wa­niem. Na te wie­czory, na spo­tka­nia. I na noce - ich wspólne noce... Kiedy w za­ci­szu miesz­ka­nia przez chwilę na­leżą tylko do sie­bie.

Jed­nak ten stan za­wie­sze­nia już wkrótce się skoń­czy. Wszystko się zmieni. Ma­rianna to czuje. Wie, że jest już bar­dzo bli­sko upra­gnio­nego mo­mentu, gdy będą mo­gli być ra­zem. Na­prawdę ra­zem.

- Et vo­ila, Ma­dame! - głos Franka wy­rywa ją z roz­my­ślań.

- Bien. Do­brze.

Ma­rianna gasi pa­pie­rosa w krysz­ta­ło­wej po­piel­niczce sto­ją­cej na pa­ra­pe­cie i pod­cho­dzi do ucznia. Przy­staje tuż za jego ple­cami i na­chyla się nad otwar­tym ze­szy­tem. Chło­pak czuje na ple­cach cie­pło bi­jące od jej ciała, wdy­cha ciężki za­pach piż­mo­wych per­fum mie­sza­jący się z wo­nią ty­to­nio­wego dymu. Przy­myka po­wieki. Bez­wied­nie za­ci­ska spo­cone dło­nie. Udaje, że czeka na jej wer­dykt, choć ocena wy­pra­co­wa­nia zu­peł­nie go nie ob­cho­dzi.

Tym­cza­sem ko­bieta zdaje się nie do­strze­gać re­ak­cji ucznia. Jej oczy szybko bie­gną po tek­ście. Czyta za­my­ślona, po czym bez słowa, de­li­kat­nym, zmy­sło­wym ge­stem wyj­muje z jego dłoni pióro, a na­stęp­nie za­ma­szy­ście za­zna­cza błędy. Skon­cen­tro­wana, lekko przy­gryza wargi, na jej czole ry­suje się po­zioma zmarszczka.

Po chwili wy­raz sku­pie­nia znika, bruzda się wy­gła­dza. Ma­rianna cier­pli­wie wy­mie­nia ko­lejne po­tknię­cia chło­paka - bez cie­nia wy­rzutu, jakby i jej nie za­le­żało na po­stę­pach ucznia.

- Tu i tu. Wi­dzisz? Źle od­mie­ni­łeś. Ale reszta... ir­répro­acha­ble, bez za­rzutu. Ro­bisz co­raz mniej błę­dów. - De­li­kat­nie do­tyka jego ra­mie­nia. - Na dziś to już wszystko.

Pro­stuje się. Od­kłada pióro obok ze­szytu i od­suwa się od krze­sła, po­zwa­la­jąc chłopcu wstać. Fran­ci­szek nie­po­rad­nie, w mil­cze­niu, zbiera przy­bory do pi­sa­nia, słow­nik w wy­tar­tych okład­kach, fiszki z no­tat­kami. Gdy się pro­stuje, jest wyż­szy od Ma­rianny o głowę, ma sze­ro­kie ra­miona, bez trudu mógłby ją pod­nieść, a mimo tego pod ja­sno­orze­cho­wym spoj­rze­niem ko­biety wy­daje się mniej­szy. Czuje się za­że­no­wany.

Ma­rianna wi­dzi wy­raz jego oczu i stara się po­krze­pia­jąco uśmiech­nąć. Udaje, że nie do­strzega zmie­sza­nej miny chło­paka, że nie zdaje so­bie sprawy, w jaki spo­sób jej bli­skość działa na młodą wy­ob­raź­nię. Sztu­backa ad­o­ra­cja Franka na­wet nieco ją bawi, ale te­raz chcia­łaby, żeby dzie­ciak so­bie po­szedł, żeby nie pa­trzył w taki spo­sób, bo prze­cież my­śli Ma­rianny krążą już tylko wo­kół męż­czy­zny, który wkrótce się tu zjawi.

Od­pro­wa­dza ucznia do przed­po­koju. Być może te­raz jest ten mo­ment, kiedy na­le­ża­łoby za­mie­nić z nim kilka bar­dziej oso­bi­stych zdań. Czas na kur­tu­azyjne py­ta­nia. Ot, choćby o to, jak Fra­nek spę­dza wa­ka­cje albo czy pod­czas upa­łów cha­dza z ko­le­gami na plażę nad Wi­słą. Jed­nak Ma­rianna o nic nie za­pyta, bo nie chce roz­su­nąć za­słony ano­ni­mo­wo­ści, którą ce­lowo od­gra­dza się od uczniów. Im mniej o nich wie, im mniej oni wie­dzą o niej, tym le­piej. Dla­tego te­raz, w ciem­nym, wą­skim ko­ry­ta­rzu rzuca krótko na po­że­gna­nie:

- Do zo­ba­cze­nia za dwa ty­go­dnie.

I za­myka za nim drzwi.

Ze­gar w po­koju wy­bija ósmą, a wraz z ostat­nim ude­rze­niem miesz­ka­nie znowu wy­peł­nia ci­sza.

Ma­rianna przez chwilę pa­trzy na swoje od­bi­cie w lu­strze, po czym roz­wią­zuje je­dwabną apaszkę pod szyją, zdej­muje buty na nie­wy­so­kim ob­ca­sie i zrzuca su­kienkę - nie­świeżą po ca­łym dniu no­sze­nia. W sa­mej bie­liź­nie, na bo­saka prze­cho­dzi do kuchni, gdzie w ką­cie, za za­słonką po­wie­szoną na sznu­rze, znaj­duje się za­im­pro­wi­zo­wana ła­zienka.

Ko­bieta już dawno przy­wy­kła do spar­tań­skich wa­run­ków. Do cia­snoty miesz­ka­nia, do znisz­czo­nych me­bli i odra­pa­nych ścian - które ja­kimś cu­dem oca­lały z po­wsta­nia. Do kuchni, w któ­rej bra­kuje wielu sprzę­tów, do cią­głych pro­ble­mów z do­sta­wami bie­żą­cej wody i prądu - jest przy­go­to­wana na po­do­bne nie­wy­gody. Dba, by w wia­drze przy drzwiach za­wsze znaj­do­wała się świeża woda, a w ku­chen­nej szafce za­pas świec. Zresztą wszystko, co ją ota­cza - wszech­obecna by­le­ja­kość tego miej­sca - wy­daje się zu­peł­nie po­zba­wione zna­cze­nia.

Prze­cież cze­ka­łaby na niego, na­wet gdyby mu­siała spać na pod­ło­dze i żyć bez żad­nych wy­gód. I nie od­da­łaby ani dnia spę­dzo­nego w miesz­kanku przy Kre­dy­to­wej za tamte - po­zor­nie bar­dziej do­stat­nie - które upły­wają jej w Ka­mień­czyku. Po­nie­waż do­piero tu, w ma­łej służ­bówce wy­dzie­lo­nej z ogrom­nego przed­wo­jen­nego miesz­ka­nia ciotki We­ro­niki, Ma­rianna czuje się speł­niona. Tak szczę­śliwa, jak była w swoim ży­ciu za­le­d­wie kilka razy.

To je­dyne miej­sce na ziemi, gdzie żyje na­prawdę i może być sobą. Ale te­raz, kiedy od­szedł oj­ciec, na­resz­cie bę­dzie mo­gła tak żyć cały czas. We dwoje. Ma­rianna już pod­jęła de­cy­zję, a i on wkrótce ją po­dej­mie. Zro­zu­mie, że tego, co ich po­łą­czyło, nie da się po­wstrzy­mać. Że dla mi­ło­ści na­leży wszystko po­świę­cić. I że on dla Ma­rianny musi po­święć swój spo­kój - tak jak ona uczy­niła to dla niego.

Tyle że wszy­scy męż­czyźni, któ­rych zna - łącz­nie z tym, któ­rego ko­cha - wbrew po­zor­nej sile wy­dają się bar­dziej de­li­katni, za­cho­waw­czy. Nie lu­bią się mie­rzyć z trud­nymi de­cy­zjami. Doj­rze­wają do nich dłu­żej niż ko­biety i być może bar­dziej oba­wiają się zbu­rzyć raz usta­lony po­rzą­dek świata. Ale ona da mu czas, bo wciąż nie stra­ciła na­dziei. Tylko musi być cier­pliwa. Cze­kała tak długo, że może po­cze­kać jesz­cze kilka dni, ty­go­dni, mie­sięcy.

A je­śli lat?

Ile ich upły­nęło od dnia, w któ­rym znowu się spo­tkali? Pięć czy może już sześć? Sześć cu­dow­nych lat, od kiedy Ma­rianna po­dzie­liła swoje ży­cie na "tu" i "tam". Sześć lat udzie­la­nia lek­cji fran­cu­skiego, sześć lat kłamstw i nie­do­mó­wień. Go­rą­cych nocy i zim­nych po­ran­ków. A mimo wszystko nie zmie­ni­łaby ni­czego.

Tak do­sko­nale pa­mięta tam­ten mo­ment, tę chwilę, gdy po wielu la­tach roz­łąki po­now­nie się spo­tkali. W cza­sie kiedy już pra­wie udało jej się za­po­mnieć o prze­szło­ści, gdy nie­mal zdo­łała wy­ma­zać dawne uczu­cie z serca, uwie­rzyć, że jego nie ma wśród ży­wych.

Do­strze­gła go wtedy w tłu­mie, w do­piero co od­bu­do­wa­nym ko­ściele Świę­tego Krzyża - w chłod­nym wnę­trzu na­dal pach­niało za­prawą mu­rar­ską i świeżą farbą.

Ma­rianna sie­działa w jed­nej z ostat­nich ła­wek, wpa­tru­jąc się w fi­gurę przy­ja­ciółki, ca­łej w bieli, klę­czą­cej przed oł­ta­rzem. Kry­styna wy­glą­dała ni­czym anioł w au­re­oli ja­snych wło­sów. Obok ob­lu­bie­niec - speł­nie­nie jej ma­rzeń - który pod nie­na­gan­nym za­cho­wa­niem skru­pu­lat­nie ukry­wał brudne my­śli. Ale Kry­styna ni­gdy nie po­znała ciem­nej strony Ta­de­usza. Choć może cze­goś się do­my­ślała. Jed­nak gdy ksiądz wią­zał ich dło­nie stułą, na pewno miała na­dzieję, że przy­sięga przed ob­li­czem Naj­wyż­szego spły­nie na wy­branka ni­czym lecz­ni­czy bal­sam. Za­sklepi dziury w nie­do­stat­kach cha­rak­teru i mimo wszystko stwo­rzą do­bre i zgodne mał­żeń­stwo.

Ma­rianna rów­nież pra­gnęła szczę­ścia dla daw­nej przy­ja­ciółki - mimo że los Kry­styny już od wielu lat prze­stał się spla­tać z jej wła­snym. Bli­skość się wy­pa­liła, lecz po­zo­stał sen­ty­ment i ta nie­wielka garść tak przy­jem­nych wspól­nych wspo­mnień. Więc niech ży­cie Krysi po­to­czy się le­piej niż ży­cie Ma­rianny. Niech u boku męża schyla kark przed świa­tem, który Ma­rian­nie tak trudno za­ak­cep­to­wać.

Cie­pły so­pran wi­bro­wał po­nad gło­wami ze­bra­nych słod­kim Ave Ma­ria i wznosi się ku wy­so­kiemu skle­pie­niu. I wtedy Ma­rianna po­czuła na so­bie czy­jeś spoj­rze­nie. Po­czuła i na­wet przez uła­mek se­kundy nie miała wąt­pli­wo­ści, kto na nią pa­trzy. A prze­cież nie dała so­bie prawa, by wie­rzyć, że on także prze­żył. Nie chciała już go szu­kać - ze stra­chu, że mo­głaby ni­gdy nie od­na­leźć. Ale on tu jest!

Po­woli od­wró­ciła głowę w tam­tym kie­runku - wy­soki męż­czy­zna w sza­rym gar­ni­tu­rze stał w prze­ciw­le­głym rzę­dzie ła­wek, a jego po­stać od­ci­nała się od pół­mroku ko­ścioła.

Ja­sne źre­nice wbi­jały się in­ten­syw­nie w twarz Ma­rianny i było w nich wszystko, co chcia­łaby uj­rzeć po tych dłu­gich la­tach - czu­łość, ra­dość z nie­zwy­kłego spo­tka­nia, pra­gnie­nie, tę­sk­nota... Mi­łość?

Oczy twoje mnie ca­łują. Oczy twoje mnie mi­łują...

Jakby od tam­tego sierp­nio­wego dnia, gdy że­gnali się w za­sy­pa­nej gru­zami piw­nicy - w krwa­wią­cej War­sza­wie, przy akom­pa­nia­men­cie wy­bu­chów - nie mi­nęło dzie­więć dłu­gich lat, a je­dy­nie krótka, nic nie­zna­cząca go­dzina. Te­raz pa­trzyli na sie­bie i na­gle prze­stał ich dzie­lić czas. Nie wi­dzieli już tłumu ze­bra­nych w ko­ściele go­ści, prze­stali sły­szeć słowa pie­śni do­cho­dzą­cej z chóru, nie czuli dusz­nego za­pa­chu świec i kwia­tów. W jed­nej chwili wy­ma­zali lata roz­łąki, a ich serca znowu za­częły wy­bi­jać wspólny rytm. Roz­ma­wiali bez słów. Za­pa­dali się w so­bie, a świat wo­kół prze­stał ist­nieć. Stali się jedną tę­sk­notą i jed­nym pra­gnie­niem - te­raz już nic nie miało być tak jak wcze­śniej, już nic nie zdoła ich roz­dzie­lić...

Sto­jąca tuż przy męż­czyź­nie zgrabna bru­netka, na którą Ma­rianna nie zwra­cała do­tąd uwagi, wło­żyła po­ufa­łym ge­stem dłoń pod jego ra­mię. A on, jakby zbu­dził się z le­targu, ode­rwał wzrok - te­raz chyba za­wsty­dzony - od Ma­rianny. Chwila in­tym­no­ści roz­pada się jak do­mek z kart za sprawą uśmie­chu tej trze­ciej, która wpa­tru­jąc się w parę no­wo­żeń­ców su­ną­cych po­woli w kie­runku wyj­ścia, od­ru­chowo gła­skała dłoń part­nera. Każdy ruch pal­ców ko­biety prze­su­wa­ją­cych się po skó­rze jego ręki Ma­rianna od­czu­wała jak cios, po­li­czek. Roz­go­ry­cze­nie cen­ty­metr po cen­ty­me­trze roz­le­wało się w jej ciele. Na­iwna, głu­pia Ma­rianno, czego się spo­dzie­wa­łaś?

Prze­cież wie­działa o tam­tej. Prze­cież już raz mu­siała ustą­pić jej pola, od­dać wszystko, co na­le­żało wy­łącz­nie do Ma­rianny. Obec­ność tej ko­biety tu­taj, u boku męża, nie po­winna jej dzi­wić. I nie dzi­wiła, a jed­nak nad­spo­dzie­wa­nie bo­lała. Ma­rianna z ca­łej siły pró­bo­wała sku­pić się tylko na tym, co przed chwilą do­strze­gła w spoj­rze­niu sta­lo­wych oczu, na tym, co wy­czy­tała z uko­cha­nej twa­rzy. Czy ko­bieta przy jego boku może za­trzeć to wra­że­nie? Czy znowu wy­rwie go ze spra­gnio­nych rąk Ma­rianny?

Msza do­bie­gła końca. Lu­dzie za­częli się wy­le­wać na ze­wnątrz, tło­czyć wo­kół mło­dej pary, prze­ci­skać pod drew­nia­nymi rusz­to­wa­niami, które ota­czały re­kon­stru­owaną wła­śnie fa­sadę ko­ścioła. Ma­riannę ude­rzyło w po­liczki roz­grzane po­wie­trze wi­szące mię­dzy ka­mie­ni­cami Kra­kow­skiego Przed­mie­ścia. Prze­peł­nił od­głos bi­ją­cych po­nad głową dzwo­nów - ja­kimś cu­dem oca­la­łych w po­wstań­czej za­wie­ru­sze. Świat zda­wał się wi­bro­wać od tego dźwięku i ona także w środku drżała. Jak w tran­sie po­dą­żała wzro­kiem za czło­wie­kiem w sza­rym gar­ni­tu­rze idą­cym pod ra­mię z ko­bietą w cha­bro­wej su­kience, aż w końcu stra­ciła ich z oczu, gdy wto­pili się w resztę tłumu. Kro­pelki ryżu wzle­ciały w po­wie­trzy, po czym upa­dły bez­gło­śnie na stop­nie scho­dów, na głowy ze­bra­nych, na zmę­czone ciało Chry­stusa ugi­na­ją­cego się pod cię­ża­rem krzyża. Ktoś wi­wa­to­wał, ktoś inny się śmiał. We­sel­nicy cier­pli­wie cze­kali na swoją ko­lej, by zło­żyć ży­cze­nia Kry­sty­nie i Ta­de­uszowi. I Ma­rianna rów­nież chciała im po­wie­dzieć coś wy­jąt­ko­wego, w gło­wie ukła­dała ży­cze­nia - ją mał­żeń­stwo roz­cza­ro­wało, ale może tej dwójce się uda.

W końcu do­tarła do no­wo­żeń­ców. Na­chy­liła się do po­liczka przy­ja­ciółki, po­ca­ło­wała i szep­tała wprost do jej ucha słowa na­dziei - za­kli­nała rze­czy­wi­stość, mó­wiąc o świe­tla­nej przy­szło­ści, o zdro­wych dzie­ciach. Ści­snęła rękę Ta­de­usza, zer­ka­jąc prze­lot­nie w jego zie­lone oczy - tylko one wy­glą­dały jak przed laty, pod­czas gdy reszta ciała pod­dała się upły­wowi czasu i wy­da­wała się Ma­rian­nie zu­peł­nie obca.

Ta­dek już nie był tam­tym szczu­płym chłop­cem, który za­pa­mię­tale ca­ło­wał ją pew­nej sierp­nio­wej nocy. Jego twarz się za­okrą­gliła, a ru­chy stały się ospałe - przy­wo­dziły na myśl nieco ru­basz­nego Sa­tyra, który w swoim na­zbyt wy­god­nym i do­stat­nim ży­ciu za­po­mniał o umiar­ko­wa­niu.

Te­raz, tak jak przez wszyst­kie mi­nione lata, ani jed­nym ge­stem nie zdra­dzili przed świa­tem, że kie­dyś, na krótką chwilę, coś ich po­łą­czyło. Ubie­rali słowa w grzecz­no­ściową formę, a twa­rze za­sło­nili ma­skami ser­decz­nej obo­jęt­no­ści. Dziś i tak już ni­kogo nie in­te­re­so­wały dawne hi­sto­rie. Ni­kogo. Na­wet ich sa­mych. A może tam­tego lata nic szcze­gól­nego nie za­szło? Nie było nieba usia­nego gwiaz­dami nad al­taną, ukry­tych pra­gnień i osta­tecz­nie... roz­cza­ro­wań. Ma­rianna sama już nie wie­działa, co było prawdą, a co tylko wy­two­rem mło­dzień­czej wy­ob­raźni, bo przez długi czas sta­rała się wy­ma­zać tamto wspo­mnie­nie z pa­mięci. Zresztą jej póź­niej­sze ży­cie ob­fi­to­wało w tyle zda­rzeń, że upalne wa­ka­cje sprzed kil­ku­na­stu lat wy­da­wały się te­raz pra­wie nie­re­alne. Nie­ostre i wy­bla­kłe, jak stare fo­to­gra­fie. I pew­nie Ta­dek wi­dział to po­dob­nie, bo wy­mie­nia­jąc grzecz­no­ści z Ma­rianną u boku świeżo po­ślu­bio­nej żony za­pro­po­no­wał:

- A może jed­nak ze­chce pani do nas do­łą­czyć przy obie­dzie? Nie wi­dzie­li­śmy się szmat czasu. Kry­sia na pewno chcia­łaby z pa­nią w spo­koju po­roz­ma­wiać. By­łoby nam bar­dzo miło.

Ma­rianna znie­ru­cho­miała. Gdy Kry­styna za­pra­szała ją na swój ślub kilka ty­go­dni wcze­śniej, Ma­rianna grzecz­nie od­mó­wiła uczest­nic­twa w przy­ję­ciu we­sel­nym. Już swoją obec­ność w ko­ściele uwa­żała za nieco krę­pu­jącą - w końcu od lat nie utrzy­my­wały ze sobą kon­taktu. No i Ta­de­usz... Ale te­raz, po nie­spo­dzie­wa­nym spo­tka­niu w ko­ściele, wszystko na­brało no­wego wy­miaru. Gdzieś w tłu­mie kłę­bią­cym się za jej ple­cami stał męż­czy­zna w sza­rym gar­ni­tu­rze. A je­śli on także zo­stał za­pro­szony? Je­żeli też tam bę­dzie?

Kry­styna po­pa­trzyła na dawną przy­ja­ciółkę.

- Ser­decz­nie cię za­pra­szamy. - Uśmiech­nęła się. - Ma­rianno, nie daj się pro­sić.

Ma­rianna za­ci­snęła drżące z emo­cji dło­nie na be­żo­wej ko­per­tówce. A może ta pro­po­zy­cja to zwy­kła kur­tu­azja ze strony mło­dej pary? Albo co gor­sza - wy­raz dziw­nie po­ję­tej li­to­ści wo­bec osoby, która tak bar­dzo nie współ­grała z ich obec­nym to­wa­rzy­stwem, z ich świa­tem?

- Ale tak w ostat­niej chwili...? - po­wie­działa stłu­mio­nym gło­sem. - Na­ro­bi­ła­bym wam tylko pro­ble­mów z miej­scami przy stole.

- Co ty opo­wia­dasz? Ja­kich pro­ble­mów? - Kry­sia ob­jęła ją po przy­ja­ciel­sku. - Je­steś jak czło­nek ro­dziny. Nie przyjmę od­mowy. Więc jak, zgoda?

Ma­rianna po­czuła do­tyk dłoni ko­biety, z którą po­nad de­kadę temu żyła jak z sio­strą, i miała wra­że­nie, że ra­zem z tym ge­stem spły­nęło na nią nie­zwy­kłe cie­pło. Choć prze­cież wszystko się zmie­niło - one się zmie­niły - wy­da­wało się, że Kry­styna wciąż jest tamtą do­brą, ser­deczną dziew­czyną sprzed lat.

- Dzię­kuję i... z przy­jem­no­ścią wy­piję za wa­sze zdro­wie.

Pół go­dziny póź­niej Ma­rianna sie­działa przy dłu­gim stole - a przed nią roz­ta­czały swe wdzięki nóżki w ga­la­re­cie, pie­czony schab, ta­tar i prze­piór­cze jajka ubrane w po­ły­sku­jące zia­renka ka­wioru. A wszystko to w opa­rach luk­susu do­stęp­nego wy­łącz­nie w "skle­pach za żół­tymi fi­ran­kami", taj­nych przy­byt­kach peł­nych wszel­kiego do­bra, prze­zna­czo­nego tylko dla po­li­tycz­nych elit.

Ma­riannę ota­czali lu­dzie, któ­rych zu­peł­nie nie znała. Uda­wała, że słu­cha roz­mów, które nic jej nie ob­cho­dziły. Wie­działa, że gdzieś w dru­gim końcu sali sie­dzi on, jed­nak sta­rała się nie od­wra­cać głowy w jego stronę. Te­raz, gdy miała go na wy­cią­gnię­cie ręki, kiedy znowu zna­leźli się tak bli­sko, na­gle ogar­nął ją strach. Tak wiele miała do po­wie­dze­nia temu męż­czyź­nie, ale nie wie­działa, jak to wy­ra­zić po tylu la­tach. Czy w obec­no­ści jego żony w ogóle zdoła coś z sie­bie wy­du­sić? Czy ma prawo wy­ko­nać ja­ki­kol­wiek gest? A może to on po­wi­nien go uczy­nić?

Nie, Ma­rianna nie po­winna była przyj­mo­wać za­pro­sze­nia na ten obiad. Nie po­winna była tu przy­cho­dzić. Choć tyle razy wy­obra­żała so­bie, jak by to było, gdyby on prze­żył i gdyby znowu się spo­tkali. Te­raz nie po­tra­fiła się zmie­rzyć z tym, co znowu po­czuła, nie po­tra­fiła za­pa­no­wać nad drże­niem rąk i nie­zno­śnym, zbyt szybko bi­ją­cym ser­cem. Więc może na­le­ża­łoby czym prę­dzej stąd wyjść? Po pro­stu uspra­wie­dli­wić się czym­kol­wiek przed Kry­styną, ład­nie po­dzię­ko­wać za za­pro­sze­nie i po­je­chać pro­sto na dwo­rzec. Uciec z po­wro­tem do świata, który - choć Ma­rianna tak bar­dzo go nie­na­wi­dziła - nie krył w so­bie żad­nej nie­wia­do­mej. Tak. Ma­rianna po­sta­no­wiła, że bez zwłoki opu­ści to miej­sce. Wróci do domu, do ojca. Do męża. Do dziecka.

Jed­nak coś ją trzy­mało przy stole. Ciało nie słu­chało głosu roz­sądku. Wszy­scy pod­nie­śli się z krze­seł do to­a­stu. Wstała i ona. Wraz z in­nymi nie­mal bez­wied­nie unio­sła kie­li­szek.

Zdro­wie mło­dej pary! Zdro­wie pani dok­tor! Zdro­wie pana dok­tora! Za Kry­się! Za Ta­dzia! Gorzko!

To­a­stom i śmie­chom nie było końca, a wresz­cie wszy­scy znowu usie­dli - sala wy­peł­niła się od­gło­sem szu­ra­ją­cych po pod­ło­dze krze­seł. Ma­rianna mu­siała te­raz od­na­leźć siłę, by prze­rwać tę mękę. Nie może wró­cić na miej­sce. Po­winna po­dejść do mło­dej pary. Po­że­gnać się, po­dzię­ko­wać, wyjść. I o wszyst­kim za­po­mnieć. Po­winna...

Męż­czy­zna zaj­mu­jący przy stole tuż obok, wi­dząc, że są­siadka na­dal stoi, uprzej­mie pod­su­nął jej krze­sło, za­chę­cił, by usia­dła. Ma­rianna przez chwilę pa­trzyła na niego ze skon­ster­no­wa­nym uśmie­chem, aż wresz­cie za­jęła miej­sce. Znowu zna­la­zła się w punk­cie wyj­ścia, w oto­cze­niu nó­żek i ka­wioru, fran­cu­skich win i pol­skiej wódki. I roz­mów, w któ­rych uczest­ni­czyła tylko cia­łem.

Przy­tulna sala w nie­wiel­kiej re­stau­ra­cji, któ­rej progi na co dzień mo­gły prze­kro­czyć nie­liczni wy­brańcy, znowu wy­peł­nia się we­so­łymi gło­sami, po­brzę­ki­wa­niem szkła i sztuć­ców. Było duszno i Ma­rian­nie nie­przy­jem­nie krę­ciło się w gło­wie. Ale sta­rała się za­cho­wać wy­raz twa­rzy pa­su­jący do ra­do­snej at­mos­fery wo­kół. Nie po­tra­fiła stąd uciec, nie po­tra­fiła się oprzeć po­ku­sie, i te­raz nie po­zo­stało jej nic in­nego, jak uda­wać, że świet­nie się bawi. Dla­tego uśmie­chała się przez stół do Krysi - po­liczki przy­ja­ciółki pod wpły­wem emo­cji, a może wy­pi­tej wódki, były mocno za­ró­żo­wione. A póź­niej prze­nio­sła wzrok na owdo­wia­łego dok­tora Wie­ru­szew­skiego, który przez ostat­nie lata wy­jąt­kowo się po­sta­rzał. Wy­glą­dał, jakby przy we­sel­nym stole córki roz­my­ślał nie o tej ra­do­snej chwili, a o zmar­łym przed laty synu. Jakby do dziś ubo­le­wał nad stratą, któ­rej nie po­we­tuje mu ni­gdy Kry­styna - bez względu na to, jak wy­soką po­zy­cję w przy­szło­ści osią­gnie jako le­karka. To na­dal tylko ko­bieta i nikt już nie prze­każe jego na­zwi­ska na­stęp­nemu po­ko­le­niu.

Tuż obok te­ścia sie­dział Ta­de­usz, który mó­wił zbyt gło­śno, zbyt in­ten­syw­nie ge­sty­ku­lo­wał i na­zbyt mocno, osten­ta­cyj­nie, obej­mo­wał żonę. Ma­riannę zło­ścił wy­raz sa­mo­za­do­wo­le­nia ry­su­jący się na jego twa­rzy - a może po pro­stu fakt, że Ta­dek tak do­sko­nale wpa­so­wy­wał się w oto­cze­nie i czas, w któ­rym przy­szło im żyć. Pan dok­tor bez pro­blemu od­na­lazł się w po­wo­jen­nych re­aliach, bez uszczerbku prze­trwał za­wi­ro­wa­nia hi­sto­rii i szybko za­ak­cep­to­wał nowy ustrój oraz wła­dzę. Być może na dnie ja­kiejś szu­flady le­kar­skiego biurka już od dawna spo­czy­wała par­tyjna le­gi­ty­ma­cja?

Z roz­mowy z Kry­sią Ma­rianna wie­działa, że swego czasu pod skal­pel Ta­de­usza tra­fiła pewna pro­mi­nentna osoba, a to mło­demu le­ka­rzowi otwo­rzyło furtkę do szyb­kiego awansu w szpi­talu, w któ­rym pra­co­wał. Za­le­d­wie trzy­dzie­sto­kil­ku­letni, ob­jął sta­no­wi­sko or­dy­na­tora na od­dziale or­to­pe­dii. Więc czy miałby po­wody do na­rze­ka­nia? Za­prze­da­nie się apa­ra­towi wła­dzy nie wy­da­wało się wy­gó­ro­waną ceną, wszak dzięki temu za­wo­dowo uzy­skał wszystko, o czym ma­rzył. Żyje we względ­nym do­bro­by­cie, zdo­był uzna­nie jako le­karz, a gdy po­sta­no­wił się wresz­cie ustat­ko­wać, w za­sięgu ręki zna­la­zła się ko­bieta, która przez całe ży­cie cze­kała na jego mi­łość. Wierna, za­śle­piona, bez­kry­tyczna, która na pewno za­ak­cep­tuje ka­wa­ler­skie na­wyki, nie­zbyt hi­gie­niczny tryb ży­cia czy nie­jed­no­znaczne mo­ral­nie wy­bory. A w przy­szło­ści może na­wet ko­chanki? Więc czemu Ta­dek nie miałby być z sie­bie za­do­wo­lony?

Ma­rianna dys­kret­nie zer­k­nęła na jego na­laną twarz i gorzko się uśmiech­nęła. Czy Kry­styna rów­nież do­strzega, jak bar­dzo jej uko­chany się zmie­nił, czy mi­łość ode­brała jej zdol­ność trzeź­wego osądu do tego stop­nia, że wciąż wi­dzi w tym or­dy­nar­nym męż­czyź­nie zgrab­nego, we­so­łego chłopca? A może uczu­cia za­wsze od­bie­rają moż­li­wość uj­rze­nia prawdy? Może przez pry­zmat mi­ło­ści, którą ob­da­rzamy dru­giego czło­wieka, wi­dzimy go wy­łącz­nie ta­kim, ja­kim chcemy go zo­ba­czyć? Znie­kształ­camy wi­ze­ru­nek zgod­nie z wła­snym wy­obra­że­niem? Z wła­snymi pra­gnie­niami? For­mu­jemy rze­czy­wi­stość, by pa­so­wała do wy­ide­ali­zo­wa­nego ob­razu, jaki rzeźbi serce?

Ma­rianna roz­my­ślała nad ży­ciem przy­ja­ciółki - a może i nad wła­snym lo­sem? - a w końcu ze­brała się na od­wagę i zer­k­nęła na parę sie­dzącą w od­le­głej czę­ści stołu.

Bru­netka w cha­bro­wej su­kience za­an­ga­żo­wana w roz­mowę z są­sia­dem od­ru­chowo, w dwóch pal­cach ob­ra­cała nóżkę kie­liszka. Jej mąż, choć wpa­trzony w osobę sie­dzącą na­prze­ciwko - która o czymś pe­ro­ro­wała - wy­da­wał się nie­obecny. Jakby my­ślami był gdzie in­dziej. Z kimś in­nym.

Ką­ciki ust Ma­rianny bez­wied­nie się unio­sły.

Choć tym ra­zem ich wzrok się nie spo­tkał, to Ma­rianna już wie­działa, że nie tylko ona biła się z my­ślami. Tyle wspo­mnień. Tyle wspól­nie spę­dzo­nych nocy - naj­cu­dow­niej­szych nocy. I prze­cież wszystko mo­gło się po­to­czyć ina­czej, gdyby... Mo­gli te lata prze­żyć ra­zem. Szczę­śli­wie. Czy jest już za późno, by znowu o sie­bie za­wal­czyć? Czy te­raz, gdy los po­wtór­nie skrzy­żo­wał ich ścieżki, mogą bez­kar­nie zi­gno­ro­wać ten znak? Czy ko­lejny raz sprze­nie­wie­rzą się prze­zna­cze­niu?

Z każdą mi­nutą at­mos­fera co­raz bar­dziej się roz­luź­niała, a w bu­tel­kach uby­wało wódki. We­sel­nicy roz­ma­wiali ze sobą co­raz gło­śniej i trudno im było po­zo­stać na miej­scach. Cho­ciaż tań­ców nie pla­no­wano, to pod wpły­wem at­mos­fery je­den z go­ści za­pro­po­no­wał, by włą­czyć mu­zykę. W końcu cóż to za we­sele bez tańca?

Panna młoda przez chwilę krę­ciła no­sem, ale Ta­de­usz - już na lek­kim rau­szu - chyba nie po­dzie­lał jej obiek­cji, więc Kry­styna ule­gła proś­bom. Do sali wnie­siono ad­ap­ter, ob­sługa re­stau­ra­cji przy­nio­sła wi­ny­lowe płyty. Przy­wo­łany przez pana mło­dego kel­ner dys­kret­nie szep­tał z nim o czymś na ucho i chwilę póź­niej świa­tła przy­ga­sły, a prze­strzeń wy­peł­niły dźwięki na­stro­jo­wego tanga. Ta­de­usz wy­cią­gnął dłoń do żony. Szli ra­zem wzdłuż sto­łów i za­trzy­mali się na końcu po­miesz­cze­nia, w je­dy­nym wol­nym miej­scu, które od biedy mo­gło po­słu­żyć za par­kiet. Przez chwilę pa­trzyli na sie­bie, po czym ru­szyli do tańca. Głę­boki ba­ry­ton no­stal­gicz­nie wy­śpie­wy­wał mi­ło­sne wy­zna­nie:

Jest jedna je­dyna,

Którą ko­cham naj­wię­cej,

Dla niej wszystko po­święcę,

Wszyst­kie noce i dni.

O ca­łym świe­cie za­po­mi­nam,

Gdy na mnie spoj­rzy ta dziew­czyna

Ta moja jedna i je­dyna.

A tą je­dyną je­steś Ty.

Ma­rianna przy­glą­dała się świeżo upie­czo­nym mał­żon­kom wi­ru­ją­cym w na­stro­jo­wym bla­sku lamp. Kry­sia w ślicz­nej, bar­dzo mod­nej, roz­klo­szo­wa­nej su­kience za ko­lano wy­gląda nie­mal jak na­sto­latka, a w przy­tłu­mio­nym świe­tle Ta­dek był tro­chę bar­dziej po­do­bny do daw­nego sie­bie. Wszystko, na­wet cie­pły głos Fogga, przy­po­mi­nało Ma­rian­nie uro­czy, cie­pły dzień sprzed lat, kiedy przy­ja­ciółka tań­czyła z Ta­de­uszem po raz pierw­szy.

Kry­styna, Ta­de­usz.

Ma­rianna i... odu­rza­jący za­pach sierp­nio­wej nocy, za­pach nie­speł­nio­nych pra­gnień. Czy te­raz nie było pra­wie jak wtedy? Pra­wie. Te­raz serca Ma­rianny nie prze­peł­niała już wi­zja wspa­nia­łej przy­szło­ści. Ide­ały dawno pry­sły, roz­tarte na mia­zgę przez co­dzien­ność tak różną od tej, którą so­bie wy­ma­rzyła. Nic nie zo­stało z mło­dzień­czych mrzo­nek.

Po pierw­szym utwo­rze par­kiet za­peł­nił się ko­lej­nymi pa­rami. Na sali za­pa­no­wał roz­gar­diasz. Jedni pa­lili, inni pili, jesz­cze inni roz­cho­dzili się po ką­tach, by po­roz­ma­wiać to z tym, to z owym. Ja­kiś pod­pity je­go­mość z ga­lan­te­rią pa­jaca po­pro­sił Ma­riannę do tańca, jed­nak ona od­mó­wiła. Za­częła się na­stępna pio­senka i do tań­czą­cych do­łą­cza ko­lejna dwójka - bru­netka z mę­żem. Tań­czyli sztywno, nie pa­trząc na sie­bie, ale ich bli­skość była dla Ma­rianny nie do znie­sie­nia. Po­trze­bo­wała po­wie­trza. Może ni­ko­tyna ukoi nerwy, ostu­dzi emo­cje? Omi­nęła tań­czą­cych, zo­sta­wiła za sobą ha­łas, mu­zykę, śmie­chy i wy­szła z sali.

Sierp­niowe słońce po­woli chy­liło się ku za­cho­dowi i tylko nie­liczni prze­chod­nie spa­ce­ro­wali ulicą. Wśród ka­mie­nic cu­dem nie­na­ru­szo­nych przez bom­bar­do­wa­nia na­dal tkwiły te, któ­rym za­bra­kło szczę­ścia. Nie­które bu­dynki wciąż nie miały da­chów, inne ziały pu­stymi oczo­do­łami wy­bi­tych okien. Cze­kały na swoją ko­lejkę, aż war­sza­wiacy od­bu­dują ka­mień po ka­mie­niu całe mia­sto.

Ma­rianna oparła się o ścianę bramy, w głębi któ­rej znaj­do­wała się re­stau­ra­cja - od mu­rów studni ota­cza­ją­cej po­dwórko od­bi­jały się te­raz dźwięki Pio­senki o Se­kwa­nie. Se­kwana, Pa­ryż... Ma­rianna uśmiech­nęła się sar­ka­stycz­nie, pa­trząc na odartą z daw­nej świet­no­ści ulicę. Choć to­wa­rzysz Sta­lin od nie­mal pół roku spał w ob­ję­ciach nocy czar­nej jak smoła, po­dróż do Pa­ryża można było od­być, wy­łącz­nie wo­dząc pal­cem po ma­pie. Pa­ryż Pół­nocy. Też coś.

Przed jej oczami sta­nęły jesz­cze żywe ob­razy z owego lata, gdy jako łącz­niczka prze­kra­dała się mię­dzy sto­sami gruzu, ba­ry­ka­dami usy­pa­nymi z nad­pa­lo­nych ce­gieł, me­bli wy­rzu­co­nych z miesz­kań, po­tłu­czo­nej ku­chen­nej za­stawy, z dzie­cię­cych za­ba­wek. Całe ulice w za­sie­kach zbu­do­wa­nych z ar­te­fak­tów daw­nego ży­cia. Wszę­dzie trupy i usy­pane na­prędce bez­i­mienne mo­giły. Pa­ryż Pół­nocy w ogniu.

A jed­nak, pa­ra­dok­sal­nie, w tym bez­kre­sie okru­cień­stwa, wśród tylu tra­ge­dii ona sama czuła się szczę­śliwa, bo w końcu, po raz pierw­szy, mo­gli być ra­zem. I tylko dla sie­bie. Śmierć nie wy­da­wała się Ma­rian­nie rze­czą straszną, bo je­śliby zgi­nęła, to u jego boku. Przy nim i w pew­nym sen­sie: dla niego. Prze­cież tylko dla niego zo­stała w War­sza­wie i po­sta­no­wiła przy­łą­czyć się do wal­czą­cych. Tam­tego lata było jej wszystko jedno, czy zgi­nie. I może dla wszyst­kich by­łoby le­piej, gdyby kula, która ra­niła ją w szyję, prze­szła cen­ty­metr da­lej? To, co wy­da­rzyło się póź­niej, zda­wało się Ma­rian­nie nie­prze­rwa­nym pa­smem bólu. Ży­cie bez niego nie miało sensu.

A te­raz, po la­tach, znowu stała na jed­nej z tych ulic, które były świad­kiem roz­kwitu ich mi­ło­ści. Domy, ulice, po­mniki nie prze­trwały, a oni tak i znowu byli bli­sko, na wy­cią­gnię­cie ręki - Ma­rianna wdy­chała wie­czorne po­wie­trze, wy­jęła z to­rebki pa­pie­rosa. Przy­pa­liła go. Przy­mknęła oczy.

Je­śli te­raz do niej wyj­dzie, je­śli się od­waży, wszytko dla niego po­rzuci.

Mocno za­ci­snęła po­wieki - po­li­czy do stu. Je­żeli on się do tego czasu nie po­jawi, ona wróci do domu. Je­den, dwa, trzy... Cze­kała. Z ota­cza­ją­cych ją od­gło­sów wie­czor­nego mia­sta pró­bo­wała wy­łu­skać ten je­den - otwie­ra­ją­cych się drzwi re­stau­ra­cji w głębi po­dwó­rza.

Cztery, pięć, sześć... Jej serce zwol­niło rytm. Czas zwol­nił bieg. Pa­pie­ros za­czął pa­rzyć palce. Sie­dem...

- Wi­taj, Ma­rianno.

Otwo­rzyła oczy. Nie­do­pa­łek wy­padł z ręki.

- Cze­ka­łam na cie­bie ... - po­wie­działa ci­cho.

Pa­trzyli na sie­bie. Wą­ska prze­strzeń bramy od­cięła ich od reszty świata. Oboje wie­dzieli, że ostat­nich dzie­więć lat ich ży­cia wła­śnie ode­szło w nie­byt. Byli na sie­bie ska­zani. Taki to już los ich bę­dzie...

W mied­nicy sto­ją­cej na sto­jaku za pa­ra­wa­nem po­ły­skuje ta­fla wody, którą Ma­rianna wlała tu jesz­cze przed przyj­ściem pierw­szego ucznia. Te­raz jest przy­jem­nie chłodna, cu­dow­nie koi ciało.

Choć twarz Ma­rianny zdra­dza prze­różne nie­po­koje, lęki i fru­stra­cje - ma na niej wy­pi­sany każdy rok ży­cia - jej skóra wciąż jest sprę­ży­sta, fi­gura kształtna, nie­mal mło­dzień­cza. I tylko je­den nie­wielki de­fekt za­kłóca ide­alny ob­raz - brzydka, gruba bli­zna cią­gnąca się w po­przek szyi. Pa­miątka z po­wsta­nia. Styg­mat dnia, o któ­rym chcia­łaby za­po­mnieć.

Ma­rianna czuje jej nie­rów­ność pod pal­cami - ale wie, że kiedy roz­pu­ści włosy, nic nie bę­dzie wi­dać. Z sa­tys­fak­cją do­tyka nie­wiel­kich piersi - on także wkrótce ich do­tknie. Weź­mie je w swoje dło­nie, a póź­niej przy­gar­nie Ma­riannę do sie­bie. I nie wy­pu­ści z ra­mion przez dłu­gie go­dziny.

Koń­czy się wy­cie­rać, prze­cho­dzi do je­dy­nego w tym miesz­ka­niu po­koju i po­woli się ubiera. Wkłada nową let­nią su­kienkę, którą ku­piła za pie­nią­dze z udzie­la­nych lek­cji fran­cu­skiego. Na stopy wsuwa naj­lep­sze buty. Wyj­muje szpilki, które do­tąd przy­trzy­my­wały kok, i do­kład­nie szczot­kuje włosy do mo­mentu, aż za­czy­nają się ukła­dać w fale. Na ko­niec przed lu­strem ma­luje usta, które dzięki temu stają się peł­niej­sze i bar­dziej zmy­słowe.

Te­raz jest już go­towa na przyj­ście Zyg­munta.

Roz­dział II

Ka­lina

Wiatr wy­gina ga­łę­zie ra­chi­tycz­nych drzew po­ra­sta­ją­cych brzegi to­ro­wi­ska, a ścieżka bie­gnąca wzdłuż na­sypu przy­po­mina rwący stru­mień.

Przez uchy­lone okno do za­tło­czo­nego ko­ry­ta­rza wa­gonu dru­giej klasy wpada dud­nie­nie kół. Wpra­wia ciało sto­ją­cej w ści­sku ko­biety w jed­no­stajne ko­ły­sa­nie. Kro­ple desz­czu ro­szą jej twarz, ale nie zwraca na to uwagi. Me­cha­nicz­nie za­ciąga się dy­mem, po czym wy­dmu­chuje go na ze­wnątrz.

Co chwila przy­suwa się do ściany, ustę­pu­jąc miej­sca prze­cho­dzą­cym pa­sa­że­rom. Lu­dzie kręcą się bez sensu to w jedną, to w drugą stronę. Wszy­scy mają już do­syć wie­lo­go­dzin­nej po­dróży. Byle wy­trzy­mać do Kra­kowa. Po­tem już bę­dzie z górki. A ra­czej pod górkę.

Ka­lina pali pa­pie­rosa za pa­pie­ro­sem. Wa­ka­cyjna go­rączka jej się nie udziela. Nie można prze­cież tę­sk­nić za ob­ra­zami zna­nymi tylko z pocz­tó­wek, a ona ni­gdy nie była w Ta­trach. Nie czuła na twa­rzy chłodu bi­ją­cego od gra­ni­to­wych ścian, nie wę­dro­wała po­szar­paną kre­ską grani. To jej pierw­sza w ży­ciu tak da­leka po­dróż. Do­tąd jej świat za­my­kał się po­mię­dzy mo­no­to­nią war­szaw­skich ulic i me­lan­cho­lią ma­zo­wiec­kiej wsi. Żyje w bańce, któ­rej ściany wy­ty­czają małe miesz­ka­nie na Kre­dy­to­wej i smutny drew­niany dom gdzieś przy za­ku­rzo­nej dro­dze.

Może dla­tego nie lubi lata? W jej wspo­mnie­niach nie ma ani tego chłodu gór czy je­zior, ani zwią­za­nego z wa­ka­cjami po­czu­cia swo­body. Dla niej to po pro­stu czas wszech­ogar­nia­ją­cej nudy i znie­chę­ce­nia, gdy do­kucz­liwy upał z rzadka prze­ry­wają in­ten­sywna bu­rza albo lip­cowy deszcz. Jest zbyt parno lub zbyt mo­kro. Zbyt sło­necz­nie albo za­nadto po­chmurno. Zbyt skraj­nie, zbyt in­ten­syw­nie. To czas lep­kiej od potu skóry, na­gich ra­mion, splą­ta­nych wło­sów i pie­gów. Od­kry­tych bu­tów na ob­ca­sach. I tych wszyst­kich zbyt ko­bie­cych, wy­de­kol­to­wa­nych su­kie­nek z ta­niego kre­tonu, w któ­rych kie­dyś gu­sto­wała matka.

Ka­lina ni­gdy nie nosi su­kie­nek. Ani zbyt wy­zy­wa­ją­cych, ani żad­nych in­nych. Za­zwy­czaj cho­dzi w spodniach. Wą­skich, się­ga­ją­cych przed kostkę, w któ­rych, jak są­dzi, nie ściąga mę­skich spoj­rzeń. Taki strój wy­daje się jej bez­pieczny i za­cho­waw­czy. Acz­kol­wiek na­dal uwa­żany jest za ko­biecą eks­tra­wa­gan­cję, fa­na­be­rię i no­wo­modny wy­mysł. Ko­bieta w spodniach to taki ba­bo­chłop?

Do tego Ka­lina wkłada buty na pła­skiej po­de­szwie - naj­chęt­niej te nie­dro­gie, białe, z płótna - i wciera w nie pa­stę z po­kru­szo­nej kredy. Nie nosi ob­ca­sów, bo uważa, że jest za wy­soka, zbyt chuda - strze­li­sta - a przez to za­nadto wi­do­czna. Do­strze­galna. Ła­twiej­sza do wy­łu­ska­nia z tłumu. Tym­cza­sem wo­la­łaby nie rzu­cać się w oczy, bez­piecz­nie zgi­nąć w sza­rej ma­sie, wejść w sym­biozę z ni­ja­ko­ścią.

I tylko te okropne włosy. Zło­to­mie­dziane, nie­sforne, mocno fa­lu­jące. Trudno je ujarz­mić, więc od wielu lat ścina je na krótko. Ka­lina nie znosi ich ko­loru - gdy była mała, dzieci ze wsi wo­łały za nią: ruda, a wtedy wy­pła­ki­wała się w rą­bek spód­nicy swo­jej opie­kunki. Te­raz, gdy jest już do­ro­sła, dia­bel­ska barwa lo­ków tro­chę zła­god­niała, wy­pło­wiała i na­brała szla­chet­no­ści. Jed­nak fry­zura na­dal po­zo­stała krótka.

W ogóle Ka­lina nie bar­dzo lubi sie­bie. Tak samo jak tych ca­łych wa­ka­cji.

Tro­chę przez ogólny na­kaz by­cia la­tem nieco bar­dziej niż zwy­kle szczę­śli­wym, ale przede wszyst­kim dla­tego, że ten czas ko­ja­rzy jej się z do­mem. I z po­wro­tami na wieś - od czasu gdy wy­je­chała z Ka­mień­czyka, wra­cała tam wy­łącz­nie pod­czas świąt i dwu­mie­sięcz­nej prze­rwy w za­ję­ciach szkol­nych. Tak było przez cały okres jej na­uki w li­ceum, gdy prze­bywa u sióstr i póź­niej, w trak­cie stu­diów - choć wów­czas przy­jeż­dżała już do domu co­raz rza­dziej, spo­ra­dycz­nie i na krótko, wy­ma­wia­jąc się róż­nymi obo­wiąz­kami. Cho­ciaż ubie­głego lata było ina­czej, ale wtedy czuła się tam tylko go­ściem, z roz­my­słem pie­lę­gnu­jąc w so­bie spe­cy­ficzne uczu­cie wa­ka­cyj­nej tym­cza­so­wo­ści. Dom w Ka­mień­czyku prze­stał być jej do­mem. Cho­ciaż w War­sza­wie też nie czuje się jak u sie­bie.

Ka­lina się za­my­śla, a jej ja­sne oczy kon­cen­trują się na dłoni trzy­ma­ją­cej nie­do­pa­łek. A wła­ści­wie na przed­mio­cie po­ły­sku­ją­cym na palcu ser­decz­nym. Na­dal się do tej bły­skotki nie przy­zwy­cza­iła.

Bez emo­cji przy­gląda się ob­rączce i nie wi­dzi w niej ma­gicz­nego sym­bolu. Me­ta­fory mi­ło­ści, wier­no­ści, od­da­nia. Do śmierci? To tylko ka­wa­łek me­talu prze­to­pio­nego ze sta­rej car­skiej pię­cio­ru­blówki. Ka­li­nie przy­po­mina się czas, gdy była dziec­kiem i miesz­kała jesz­cze w ro­dzin­nym domu. Uwiel­biała wtedy oglą­dać tę starą mo­netę. Za­ci­skała ją w pię­ści i wy­obra­żała so­bie, co mo­głaby za nią ku­pić. A póź­niej przy­my­kała po­wieki i ob­ra­ca­jąc w pal­cach, gła­dziła opusz­kami po­wierzch­nię, pró­bu­jąc od­gad­nąć, którą stronę zło­tej tar­czy ma przed sobą.

To była dawna ro­syj­ska mo­neta - z wid­nie­ją­cym na awer­sie pro­fi­lem cara Mi­ko­łaja II i dwu­gło­wym or­łem z tyłu - o szla­chet­nej słom­ko­wej bar­wie. Sto­no­wa­nej i chłod­nej. Nie­po­dob­nej do tych ra­dziec­kich - bar­dziej czer­wo­nych, z do­mieszką mie­dzi.

Opie­kunka Ka­liny, Ga­bry­sia, do­stała tę mo­netę wiele lat temu od ro­dzi­ców i była ona ostat­nią pa­miątką, jaka jej po nich zo­stała. Prze­trwała czas do­statku i tam­ten póź­niej­szy - oku­pa­cji. Na­wet w chwi­lach pa­lą­cej po­trzeby Ga­briela nie spie­nię­żyła złota, nie za­mie­niła na je­dze­nie, ubra­nia. I do­piero te­raz, w "wol­nej" Pol­sce, war­to­ściowe kru­szywo prze­to­piono na ob­rączki. Na to­war de­fi­cy­towy, a na­gle tak po­trzebny.

Ka­lina do­tyka kciu­kiem po­ły­sku­ją­cego, tro­chę za luź­nego pier­ścionka. Jej my­śli krążą wo­kół ko­li­stego kształtu i ula­tują po­nad mo­krym to­ro­wi­skiem, w stronę otwar­tej prze­strzeni, poza tło­czą­cych się wo­kół lu­dzi. Poza za­pach ich potu, kwa­śny odór pod­kła­dów ko­le­jo­wych i brudu wa­gonu dru­giej klasy. Bie­gną po­nad po­lami, nit­kami rzek, po­nad za­ku­rzoną drogą wy­ło­żoną ko­cimi łbami - Ka­lina zna jej każdą nie­rów­ność, każdy wy­śli­zgany ka­mień, bo to wła­śnie nią za­wsze wraca. Do Ga­brysi. Do domu. Do wspo­mnień.

Przed oczami staje jej po­wi­dok dnia sprzed za­le­d­wie ty­go­dnia.

Było duszno i go­rąco, a po­wie­trze prze­peł­niał mdławy za­pach my­dlin, w któ­rych uprano schnące na sznu­rach pra­nie, oraz woń sta­rego drewna, z ja­kiego wy­bu­do­wano dom przy wiej­skiej dro­dze; sto­jący sa­mot­nie, na skraju spo­rej miej­sco­wo­ści, która kie­dyś, przed wojną, pre­ten­do­wała do miana mia­steczka, tęt­niła ży­ciem, a te­raz wy­daje się tylko sen­nym od­bi­ciem daw­nych, lep­szych cza­sów.

Ten dom był nie­po­do­bny do po­zo­sta­łych przy ulicy. Mimo braku oznak szcze­gól­nego bo­gac­twa aspi­ro­wał do względ­nego do­bro­bytu. Wsty­dli­wie, a może z wyż­szo­ścią, od­su­wał się od są­sied­nich, ty­powo chłop­skich cha­łup. Od­gro­dzony od nich - ni­czym mu­rem - szma­rag­dem za­dba­nego ogrodu, pró­bo­wał udo­wod­nić przy­pad­ko­wym prze­chod­niom i swoim miesz­kań­com, że jest czymś wię­cej niż li tylko zwy­kłym wiej­skim do­mem. W końcu bra­ko­wało tu sto­doły, chlewu czy obory. A także po­rzu­co­nych rol­ni­czych ma­szyn i szwen­da­ją­cych się po po­dwórku kur - dzięki czemu traw­nik nie przy­po­mi­nał kle­pi­ska. Wiej­ski dom bez wiej­skiej du­szy. Z pań­skimi aspi­ra­cjami.

Do pro­stej bryły, jakby na siłę, do­cze­piono swego czasu nie­brzydką we­randę. Szybki oko­lone ażu­rem rzeź­bień jesz­cze nie zma­to­wiały, a dę­bowe de­ski kon­struk­cji wciąż ja­śniały na tle znacz­nie star­szej reszty bu­dynku. Pod oknami w mar­mu­ro­wych do­ni­cach, które zu­peł­nie nie pa­sują do tego miej­sca, za­sa­dzono ko­lo­rowe kwiaty. Zgod­nie ze zwy­cza­jami pa­nu­ją­cymi w in­nym domu, który już od dawna nie ist­nieje, a z któ­rego te ka­mienne sta­ro­cie po­cho­dzą.

Ukwie­cony bu­dy­nek z pre­ten­sjami do by­cia czymś lep­szym, niż był w isto­cie, na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy zna­leźli się tu przy­pad­kiem i być może nie umieli lub nie chcieli wto­pić się w rol­ni­czy, prza­śny i do­syć ubogi pej­zaż.

Po­mię­dzy czer­wie­nią pe­lar­go­nii i za­zdro­sną żół­cią na­stur­cji, na że­liw­nej ławce - po­dob­nie jak do­nice nie­wpi­su­ją­cej się w tu­tej­szy en­to­urage - sie­działa stara ko­bieta. Mimo upału ubrana była w czarną nie­modną su­kienkę, spod któ­rej wy­sta­wały czubki zno­szo­nych bu­tów. Ich brą­zowa spę­kana skóra opi­nała opuch­nięte stopy, spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby za­raz miała się roz­paść na ka­wałki.

Ka­lina przy­glą­dała się po­si­wia­łej gło­wie ko­biety i dawno nie­od­czu­wany smu­tek chwy­tał ją za gar­dło. Za­wsze gdy wra­cała do domu, ogar­niało ją przy­gnę­bie­nie. Roz­cza­ro­wa­nie? Czuła we­wnętrzny sprze­ciw wo­bec ci­szy, która tu pa­no­wała. W ro­dzin­nym domu wszystko wy­da­wało się de­pry­mu­jąco nie­zmienne, mar­twe, za­wie­szone w bez­cza­sie. Jakby wszystko tu było cze­ka­niem. Na po­wrót cze­goś. Tylko czego? Ży­cia? Lat, które prze­cież już nie wrócą? Sta­rego ładu, któ­rego ona, Ka­lina, na­wet nie pa­mięta? Ci, któ­rzy naj­bar­dziej za nim tę­sk­nili, dawno ode­szli, a mimo to nic tu­taj nie ule­gło zmia­nie. I to Ka­linę nie­zmien­nie zło­ściło. Na­wet ko­lory kwia­tów sa­dzo­nych przed do­mem od za­wsze były te same. Tak samo smutne. Smutny był oj­ciec - obecny w swo­jej in­tro­wer­tycz­nej nie­obec­no­ści, za­gu­biony gdzieś po­mię­dzy koń­cem wojny a odej­ściem matki - i Ga­briela.

Cho­ciaż nie. Ga­briela chyba wcale nie była smutna. Ona była po­go­dzona. Ze sobą i ze świa­tem, z prze­zna­cze­niem. Nie żyła prze­szło­ścią, bo na­le­żała do tej nie­zwy­kłej grupy lu­dzi, któ­rzy po­tra­fią się za­adap­to­wać do każ­dych wa­run­ków, do każ­dej zmiany. Ga­bry­sia jest prag­ma­tyczna, za­sad­ni­cza i ja­koś nie­współ­mier­nie do oto­cze­nia współ­cze­sna. Bie­rze z ży­cia tylko to, co zsyła los. Po­kor­nie przyj­muje jego cię­żar - bez względu na ustrój, stan po­sia­da­nia i stan da­chu nad głową. Od za­wsze żyje tylko co­dzien­no­ścią. Te­raź­niej­szo­ścią. Sku­pia się na bli­skich i nie ma am­bi­cji, by na­pra­wiać świat poza gra­ni­cami wła­snego domu. Wy­cho­wała ko­lejne po­ko­le­nia dzieci, zaj­mo­wała się do­mem, że­gnała tych, któ­rych ko­chała. Cią­gle miała tak wiele obo­wiąz­ków, że nie­mal sama stała się obo­wiąz­kiem. Pra­cu­ją­cym, ko­cha­ją­cym, od­dy­cha­ją­cym i nie­skar­żą­cym się na nic i ni­gdy. Nie miała pre­ten­sji do świata. Nie ży­wiła sen­ty­men­tów. I chyba już na nic nie li­czyła.

Tylko Ga­bry­sine włosy sta­wały się co­raz biel­sze, plecy co­raz moc­niej przy­gar­bione, a jej pełna do­tąd fi­gura mi­zer­niała z każ­dym ro­kiem.

W tam­tej chwili przed do­mem Ga­briela nie wi­działa wy­razu twa­rzy mło­dej ko­biety sto­ją­cej przed ławką. Była sku­piona na dziecku, które trzy­mała w ra­mio­nach. Dziecku Ka­liny. Jej có­reczce. Mała ma już pra­wie rok.

Dziew­czynka ga­wo­rzyła po swo­jemu i uśmie­chała się wciąż bez­zęb­nym uśmie­chem do sę­dzi­wej opie­kunki. Drobne rączki ba­wiły się szy­deł­ko­wym bia­łym koł­nie­rzy­kiem przy po­marsz­czo­nej szyi ko­biety. Ka­lina stała obok i ob­ser­wo­wała tę scenę bez słowa.

Wie­działa, że po­winna coś czuć do tego mi­nia­tu­ro­wego czło­wieka - swo­jego dziecka. Krwi z krwi. Po­do­bno za­raz po po­ro­dzie matka za­czyna ko­chać no­wo­rodka tak, jakby ni­gdy nie było in­nej mi­ło­ści. Jakby w sercu każ­dej ko­biety ist­niała wielka pu­sta dziura, która wy­peł­nia się uczu­ciem na­tych­miast po prze­cię­ciu pę­po­winy. I Ka­lina też cze­kała, że za­zna, je­śli nie tego mi­tycz­nego od­da­nia, to choćby ja­kiejś formy fi­zjo­lo­gicz­nej więzi ze swoją có­reczką. A tym­cza­sem na­dal nie po­sia­dła tego bio­lo­gicz­nego daru. Nie po­tra­fiła zbu­do­wać po­czu­cia bli­sko­ści. Na­uczyć się mi­ło­ści.

Ga­briela od­po­wia­dała coś nie­mow­lę­ciu, głasz­cząc rączki po­zo­sta­jące w cią­głym ru­chu. Czu­łym ge­stem za­sła­niała dło­nią twarz dziew­czynki przed słoń­cem.

- Zo­bacz Ka­linko, jaka ona się robi po­do­bna do cie­bie. Na po­czątku to była skóra zdjęta z pana Je­rzego, a te­raz...

- Bę­dzie ruda - rzu­ciła kwa­śno Ka­lina.

Ga­briela wciąż z za­chwy­tem wpa­try­wała się w dziecko.

- Prze­cież ty wcale nie je­steś ruda - za­prze­czyła cier­pli­wym to­nem, któ­rym po­wta­rzała to zda­nie przez ostat­nich dwa­dzie­ścia parę lat.

- Te­raz rze­czy­wi­ście już nie, ale...

- A tam, ga­da­nie. Ni­gdy nie by­łaś ruda i ma­lutka też nie jest. Wiem, co mó­wię. - Od­ru­chowo po­gła­dziła de­li­katny me­szek na główce ma­łej. - Ma­rianna rów­nież, jak była mała, miała ciem­niej­sze włosy, bar­dziej mie­dziane. Do­piero póź­niej, gdy za­częła doj­rze­wać, zja­śniały. Tak samo jak to­bie. - Za­my­śliła się na wspo­mnie­nie matki Ka­liny. - Śliczna z niej była dziew­czyna, a ty je­steś taka do niej po­do­bna.

Nie­stety - prze­bie­gło przez głowę Ka­liny, ale nie po­wie­działa tego na głos, by nie ura­zić opie­kunki. Wie­działa, że Ga­briela po mat­czy­nemu ko­chała Ma­riannę i że była to mi­łość rów­nie głę­boka, co ślepa. Ga­bry­sia za­wsze sta­rała się tłu­ma­czyć ma­łej Ka­lince po­stę­po­wa­nie matki, bo uwa­żała, że to nie wro­dzone złe ce­chy cha­rak­teru tak de­struk­cyj­nie wpły­nęły na jej pod­opieczną, lecz wojna. Ze­tknię­cie z de­mo­nami tra­wią­cymi ludzką du­szę nie może po­zo­stać bez śladu. I Ma­rianna też się przed tym nie ustrze­gła.

Przez chwilę mil­czały za­my­ślone nad tą krótką wzmianką o matce Ka­liny. Od tylu lat już nie­obecna w ich ży­ciu, na­dal zda­wała się trwać w tym domu i w ja­kiś nie­po­jęty spo­sób za­tru­wać jego tkankę. Za­kłó­cać spo­kój nie­po­trzeb­nym wspo­mnie­niem.

Upał sta­wał się co­raz do­tkliw­szy. Po­wie­trze zgęst­niało. Ptaki umil­kły, ukryte wśród cie­ni­stych ga­łęzi i na­wet mała Gabi zda­wała się być na zmę­czona spie­kotą.

Go­spo­dyni wy­rwała się z odrę­twie­nia. Zer­k­nęła na Ka­linę sto­jącą przy ławce i uśmiech­nęła się, za­chę­ca­jąc:

- No, chodź. Nie przy­glą­daj się tak, tylko usiądź obok mnie. Weź ją na ręce.

Ka­lina nie­chęt­nie przy­sia­dła obok opie­kunki i nie­po­rad­nie po­sa­dziła so­bie dziecko na ko­la­nach.

- Nie umiem jej na­wet po­rząd­nie trzy­mać - uspra­wie­dli­wiła swoje nie­zgrabne ru­chy.

- Do tego nie trzeba two­ich fa­kul­te­tów - uspo­ko­iła stara ko­bieta. - Z cza­sem na­bie­rzesz wprawy. Prze­cież dziecko to nie ra­dziecki So­juz, nie trzeba do jego ob­sługi nie wia­domo ja­kich umie­jęt­no­ści. Wy­star­czy je ko­chać.

"Wy­star­czy je ko­chać..." - jak echo prze­bie­gło przez głowę Ka­liny, gdy nie­pew­nie zer­k­nęła na córkę. Ale jak miała się na­uczyć ko­chać? Czy w ogóle można się tego na­uczyć?

- ...a z całą resztą to zo­ba­czysz, dasz so­bie radę. Kiedy za­bie­rze­cie z pa­nem Je­rzym ma­lutką do War­szawy, wszyst­kiego szybko się na­uczysz.

Ka­lina wbiła wzrok w py­zate, do­brze od­kar­mione dziecko. Było za­dbane, ru­miane - wi­docz­nie wiej­skie po­wie­trze mu słu­żyło.

Ma­łej chyba nie bar­dzo się po­do­bało, że matka wzięła ją na ręce, bo w nie­mym sprze­ci­wie wy­cią­gnęła ma­lut­kie dło­nie w kie­runku Ga­brieli.

Ka­lina tak bar­dzo bała się tego mo­mentu, gdy bę­dzie mu­siała zo­stać sama z tą obcą, dziwną istotą. Ale te­raz już nie było wy­mówki, nie było od­wrotu. Stu­dia się skoń­czyły. Jesz­cze tylko te ostat­nie wa­ka­cje - je­śli Ga­bry­sia się zgo­dzi. Ostat­nia chwila wol­no­ści, a póź­niej czeka ją już tylko kie­rat ro­dzi­ciel­skich obo­wiąz­ków. Bę­dzie mu­siała wresz­cie pod­jąć się roli peł­no­eta­to­wej matki i żony.

- Bę­dziesz na pewno wspa­niałą matką i żoną - po­wie­działa Ga­briela, jakby czy­ta­jąc w my­ślach dziew­czyny.

Córka w jej ra­mio­nach w końcu zre­zy­gno­wała z próby po­wrotu w Ga­bry­sine ob­ję­cia. Za­częła przy­glą­dać się Ka­li­nie ogrom­nymi, nie­mal prze­zro­czy­stymi oczami. Ko­bieta wie­działa, że tak małe dziecko ni­czego jesz­cze nie poj­muje, ale w bla­do­nie­bie­skim spoj­rze­niu do­strze­gła od­bi­cie wła­snych lę­ków.

A może jed­nak córka ją ro­zu­miała? Może wie­działo, że mama wcale na nią nie cze­kała? Że jest je­dy­nie wy­pad­kową nie­for­tun­nego splotu zda­rzeń - dnia zbyt płod­nego i zbyt nie­roz­trop­nej na­mięt­no­ści. Że jest owo­cem obo­jęt­no­ści matki i zbyt śle­pej mi­ło­ści ojca.

Je­rzy. Ka­lina od­ru­chowo za­częła ko­ły­sać córkę w ra­mio­nach - po­dob­nie jak ro­bił to z nią samą mąż w chwi­lach, gdy noc wy­da­wała się zbyt ciemna, a ży­cie bar­dziej niż za­zwy­czaj nie do znie­sie­nia. Je­rzy. On ją ko­chał. Choć Ka­lina zu­peł­nie nie była tego warta. Była taka nie­do­sko­nała, ale Ju­rek wy­da­wał się tego nie do­strze­gać. Ak­cep­to­wał w niej wszyst­kie skraj­no­ści, lęki i dzi­wac­twa. Ko­chał jej młode ciało. Na które, jak uwa­żał w głębi du­szy: nie za­słu­gi­wał. Prze­cież Ka­lina mo­głaby mieć każ­dego męż­czy­znę. Przy­stoj­niej­szego, młod­szego. Choć żona ukry­wała się pod mę­skimi ubra­niami, osten­ta­cyj­nie uni­kała wszyst­kich atry­bu­tów ko­bie­co­ści - i no­siła te swoje kró­ciut­kie włosy - w jego oczach wy­da­wała się do­sko­nała.

- Jak długo pla­nu­je­cie zo­stać w Za­ko­pa­nem? - Głos Ga­brieli spro­wa­dził Ka­linę ją na zie­mię.

- Są­dzę, że wró­cimy w ostat­nim ty­go­dniu sierp­nia.

- To po­nad mie­siąc.

Czy Ka­li­nie tylko się wy­da­wało, czy w sło­wach opie­kunki wy­czuła pe­wien chłód? Nie­za­do­wo­le­nie? A może Ga­bry­sia jest już po pro­stu zmę­czona?

- Ju­rek chce osta­tecz­nie za­mknąć po wa­ka­cjach ha­bi­li­ta­cję. Wiesz, że przez wy­da­rze­nia tam­tego roku na uczelni za­pa­no­wał chaos. Wszystko się prze­cią­gnęło w cza­sie. Ale te­raz sy­tu­acja już się uspo­ko­iła i po­wi­nien czym prę­dzej do­koń­czyć pi­sa­nie ostat­niej pu­bli­ka­cji. - Za­my­śliła się na mo­ment, po­pra­wiła wier­cące się na ko­la­nach dziecko. - Na pewno wró­cimy przed po­cząt­kiem wrze­śnia, bo Je­rzy musi być z po­wro­tem na uni­wer­sy­te­cie przed roz­po­czę­ciem eg­za­mi­nów po­praw­ko­wych. No i trzeba się ro­zej­rzeć za więk­szym miesz­ka­niem. Z Gabi bę­dzie nam za cia­sno w jed­nym po­koju. - Ka­lina spró­bo­wała się uśmiech­nąć do dziecka, ale jej usta wy­krzy­wił tylko dziwny gry­mas. - Zo­ba­czysz, Ga­bry­siu, to szybko zleci. Naj­póź­niej w po­ło­wie wrze­śnia po­sta­ram się za­brać małą do War­szawy. Na stałe.

Ga­briela przy­tak­nęła w za­my­śle­niu, jed­nak nie pa­trząc na Ka­linę. Bez­wied­nie strzep­nęła ja­kiś nie­wielki py­łek z czar­nej spód­nicy.

- Mimo wszystko to długo, a ja mam ostat­nio co­raz mniej siły. Władka cią­gle nie ma. No i Zośka na­dal jest w szpi­talu. Coś kiep­sko się po­do­bno goi po tej ope­ra­cji. Jesz­cze nie wia­domo, kiedy ją wy­pusz­czą. Od dwóch ty­go­dni je­stem sama. Cały dom na mo­jej gło­wie.

Zo­fia na­stała w ich domu na długo przed wojną, gdy ro­dzina miesz­kała jesz­cze w sta­rym domu poza Ka­mień­czy­kiem, to­też Ka­lina zna ją od dziecka. Te­raz już nie­młoda, choć na­dal bez­dzietna i nie­za­mężna, wciąż po­ma­gała sta­rze­ją­cej się Ga­brieli.

Ga­bry­sia mil­czała, ki­wa­jąc głową. Wy­raź­nie nad czymś roz­my­ślała. Zmarsz­czyła brwi.

Ka­lina po­sta­no­wiła prze­rwać tę nie­zręczną ci­szę.

- Może na ten okres, do na­szego po­wrotu, po­pro­sić do po­mocy ja­kąś inną ko­bietę ze wsi? Któ­raś na pewno by się zgo­dziła. Za nie­wielką opłatą. A Ga­bry­sia mo­głaby tylko jej przy­pil­no­wać. Do czasu, aż Zo­fia wy­do­brzeje.

Go­spo­dyni pod­nio­sła wzrok na Ka­linę.

- Prze­cież nie o to mi cho­dzi. Ty nic nie ro­zu­miesz - rzu­ciła z lekką iry­ta­cją. - Ta ma­lutka to anio­łek. Spo­kojne dziecko. Ra­dzimy so­bie i bez Zośki. Mnie ra­czej cho­dzi o to, że znowu prze­su­wasz w cza­sie mo­ment za­bra­nia Gabi do War­szawy, do was. Ja bym się mo­gła nią zaj­mo­wać do końca mo­ich dni, ale prze­cież dziecko po­trze­buje matki. - Ga­briela nie­cier­pli­wym ge­stem wy­cią­gnęła z man­kietu chu­s­teczkę, otarła czoło. - A ty tak rzadko przy­jeż­dżasz. Nie zo­ba­czy­łaś pierw­szego uśmie­chu ma­łej, pierw­szego ząbka. Nie usły­sza­łaś, jak za­czy­nała ga­wo­rzyć. Pew­nie już nie­długo za­cznie cho­dzić, a cie­bie znowu to omi­nie. No i za­sko­czy­łaś mnie z tym wy­jaz­dem. Za­ko­pane? My­śla­łam... - Urwała na­gle. Wy­glą­dała, jakby coś nie da­wało jej spo­koju. - No tak... Prze­cież ty jesz­cze ni­gdy w ży­ciu nie by­łaś na praw­dzi­wych wa­ka­cjach. Tyle lat. Tyle lat. Ni­gdy o to nie za­dba­li­śmy. Za­wsze co in­nego było na gło­wie. To może i do­brze się sta­nie. Tylko gdzie wy się tam za­trzy­ma­cie? Na ho­tel wy­da­cie ma­ją­tek, kogo na to dzi­siaj stać? A w ośrod­kach wcza­so­wych to pew­nie trzeba by z du­żym wy­prze­dze­niem re­zer­wo­wać albo mieć przy­dział z ja­kie­goś za­kładu pracy.

Ka­lina się roz­po­go­dziła. Już wie­działa, że Ga­briela zgo­dzi się na wy­jazd. Może jesz­cze przez chwilę po­ma­ru­dzi, ale na pewno się zgo­dzi.

- Pa­mięta Ga­bry­sia Ba­się, tę moją ko­le­żankę ze stu­diów? Świad­ko­wała na moim ślu­bie.

- Pa­mię­tam. Taka uśmiech­nięta. Ładna dziew­czyna.

- No wła­śnie. Zna­joma jej ro­dzi­ców pro­wa­dzi mały pen­sjo­nat w Za­ko­pa­nem. Przyj­mie nas za pół­darmo.

Za­ko­pane. Jej wy­ba­wie­nie. Od­ro­cze­nie wy­roku, prze­su­wa­jące w cza­sie za­bra­nie dziecka ze wsi.

Po­mysł wy­jazdu zro­dził się wkrótce po tym, jak Ka­lina obro­niła pracę. Je­rzy jesz­cze w tym roku ma szansę na ha­bi­li­ta­cję. Od suk­cesu dzieli go za­le­d­wie jedna pu­bli­ka­cja na­ukowa. Na pi­sa­nie po­trzeba mu czasu i świę­tego spo­koju, a w klau­stro­fo­bicz­nym miesz­ka­niu nie ma wa­run­ków. No i praca przy ma­łym, bez prze­rwy plą­czą­cym się pod no­gami dziecku wy­da­wała się nie­moż­liwa.

Roz­wią­za­nie na­de­szło samo. Baśka za­pro­po­no­wała im wy­jazd. Wła­śnie do Za­ko­pa­nego. W pen­sjo­na­cie zna­jo­mej ro­dzi­ców Basi znajdą się wolne miej­sca, gdzie Je­rzy - pa­trząc przez okno na szczyty - bę­dzie mógł bez prze­szkód wzno­sić się na wy­żyny swo­jego in­te­lektu i ukoń­czy pi­sa­nie.

Ba­sia była za­pa­loną ta­ter­niczką i wraz z bra­tem bliź­nia­kiem od dawna pla­no­wali wy­pad w góry. Czy nie by­łoby cu­dow­nie, gdyby Ka­lina i Je­rzy wy­je­chali ra­zem z nimi? Ka­lina po­zna­łaby w końcu uko­chane miej­sce przy­ja­ciółki, od­sap­nęła po tru­dach ostat­niego roku i przy­go­to­wa­niach do dy­plomu na wy­dziale ma­te­ma­tyki. Na­le­żała im się chwila wy­tchnie­nia, za­nim Bar­bara roz­pocz­nie pracę w szkole, a przy­ja­ciółka wej­dzie w rolę matki.

Je­rzy uznał po­mysł za wy­jąt­kowo tra­fiony - wi­docz­nie za­czął do­strze­gać, że młoda żona po pierw­szej fali fa­scy­na­cji po­woli się od niego od­su­wała, a co­dzien­ność roz­ry­wała wą­tłą nić, która ich ze sobą po­łą­czyła. Dla­tego w wy­jeź­dzie upa­try­wał szansy nie tylko na ukoń­cze­nie pracy, ale także na od­bu­do­wa­nie re­la­cji z Ka­liną.

Jesz­cze tylko ta nie­wy­godna wi­zyta na wsi i roz­mowa z Ga­brielą - "ale prze­cież Ga­bry­sia na pewno się zgo­dzi" - i mo­gli będą je­chać.

Ka­lina przy­glą­dała się drżą­cym dło­niom sta­rej ko­biety spo­czy­wa­ją­cym na ko­la­nach. Pod cienką jak bi­buła skórą wy­raź­nie ry­so­wały się grube łań­cu­chy żył. Ów wi­dok w ostat­nim cza­sie nie­zmien­nie Ka­linę za­ska­ki­wał. Te ręce - wcze­śniej ta­kie pulchne, cie­płe, silne, spra­co­wane - ni­gdy jesz­cze nie wy­glą­dały tak staro i kru­cho.

Zer­k­nęła na dziecko w swo­ich ra­mio­nach - było nie­zwy­kle spo­kojne. W końcu prze­stało się wier­cić i chyba przy­snęło, znu­żone upa­łem. Gdzieś obok, w wy­so­kiej tra­wie le­ni­wie brzę­czały psz­czoły. Po­nad zie­mią wciąż uno­sił się za­pach my­dlin. Drogą wzdłuż płotu prze­je­chał wóz. Chłop na koźle - ubrany za cie­pło jak na dzi­siej­szą po­godę - wi­dząc ko­biety sie­dzące na ławce przed do­mem, bez słowa uniósł czapkę. Ga­bry­sia schy­liła głowę w nie­mym po­zdro­wie­niu. Od­głos ko­pyt wy­bi­ja­ją­cych pod­ko­wami rytm na bru­ko­wa­nym trak­cie umilkł w od­dali.

Ko­biety także mil­czały. Za­sty­głe w cza­sie. Con­stans. Ga­bry­sia była con­stans. I jak za­wsze, rów­nież tam­tego dnia nie za­mie­rzała od­ma­wiać Ka­li­nie po­mocy. To prze­cież tylko kilka ty­go­dni. Póź­niej bę­dzie już mo­gła od­po­cząć. Spo­kojna o przy­szłość wszyst­kich, któ­rych ko­cha.

Nie od­mówi, cho­ciaż po­dej­rzewa, że jed­nak li­to­ściwy Bóg nie po­mógł Ka­li­nie po­ko­chać dziecka. Może to się zmieni, kiedy to upalne lato się skoń­czy?

A może wresz­cie po­winna wy­ja­śnić Ka­li­nie pewne sprawy? Może nad­szedł od­po­wiedni mo­ment? Może to by się po­mo­gło od­na­leźć tej za­gu­bio­nej dziew­czy­nie? Od­mie­ni­łoby jej serce? Tyle nie­po­trzeb­nych ta­jem­nic na­zbie­rało się pod tym da­chem. Tak trudno jest je wy­ja­wić, sto­jąc z Ka­liną twa­rzą w twarz. A cię­żar prawdy staje się z każ­dym ro­kiem co­raz trud­niej­szy do unie­sie­nia. Stara ko­bieta już nie ma siły go dźwi­gać, choć na­dal nie znaj­duje od­wagi, by wy­po­wie­dzieć słowa, które już dawno temu po­winny były paść.

- Jedź - po­wie­działa wresz­cie.

- Na­prawdę? - Ka­lina się oży­wiła

- Na­prawdę. Ale za­pisz mi wasz ad­res. Tak na wszelki wy­pa­dek.

- Tak, Ga­bry­siu, oczy­wi­ście. - Ka­lina przy­kryła swoją szczu­płą dło­nią drżące, stare ręce spo­czy­wa­jące na ko­la­nach opie­kunki ...

Ka­lina stoi w wą­skim przej­ściu po­ciągu. Jej ciało ko­ły­sze się w takt wy­bi­jany o szyny przez koła. Pró­buje wy­ma­zać ob­raz tam­tych dłoni sprzed oczu. Ob­raz Ka­mień­czyka i Ga­brieli. I ma­lut­kiej Gabi... To wszytko zo­stało prze­cież tak da­leko. Jeszce ni­gdy nie dzie­lił jej od domu tak duży, fi­zyczny dy­stans. Setki ki­lo­me­trów. Więc dla­czego na­wet te­raz nie po­trafi za­po­mnieć o tym, co tam zo­sta­wiła? Przed nią wa­ka­cje, wol­ność. Trzeba się skon­cen­tro­wać na tym, co do­bre - wy­łącz­nie na upra­gnio­nej chwili wol­no­ści. Uciec przed wła­snym ży­ciem. Od tam­tych dłoni, od żalu.

W alu­mi­nio­wej po­piel­niczce gasi pa­pie­rosa i wtedy czuje ruch za ple­cami. Od­dech ko­lej­nego znu­dzo­nego pa­sa­żera, który za­bi­ja­jąc ocze­ki­wa­nie na sta­cję do­ce­lową, prze­mie­rza bez sensu dy­stans wa­gonu. Przez uła­mek se­kundy na­ra­sta w niej iry­ta­cja. Ale tym ra­zem nie sły­szy za ple­cami rzu­co­nego nie­cier­pli­wie: "prze­pra­szam". Czuje za to na so­bie obce spoj­rze­nie.

- Czy ma pani może za­pałki?

Ka­lina od­wraca się gwał­tow­nie za cie­płem od­de­chu, za chro­po­wa­tym tem­brem głosu.

Tuż za nią stoi męż­czy­zna mniej wię­cej trzy­dzie­sto­letni. Sporo od niej wyż­szy, o nie­mal czar­nych oczach i po­dob­nych, rów­nie ciem­nych, nie­sfor­nych ko­smy­kach opa­da­ją­cych na czoło. Gę­ste owło­sie­nie wy­staje spod roz­pię­tej pod szyją fla­ne­lo­wej ko­szuli i pod­cią­gnię­tych rę­ka­wów. Ma ostry nos i wą­skie usta - jak u dra­pież­nika. I tak ciemną kar­na­cję, że przy jej wła­snym bla­dym ciele - i smut­nym, sza­ro­sta­lo­wym kra­jo­bra­zie za oknem - wy­gląda nie­mal eg­zo­tycz­nie. Twarz o mocno za­ry­so­wa­nej li­nii żu­chwy, wy­sta­ją­cych ko­ściach po­licz­ko­wych i zbyt zu­chwa­łym spoj­rze­niu. Za­rost, mimo że do­kład­nie zgo­lony - pew­nie dziś rano - wy­raź­nie prze­bija spod skóry.

Nie­zna­jomy za­gląda bez­czel­nie w oczy Ka­liny - jakby ba­wiło go jej za­sko­cze­nie.

- Pali pani, więc my­śla­łem, że może...?

Ka­linę opusz­cza odrę­twie­nie. Pró­buje przy­brać jak naj­bar­dziej obo­jętny wy­raz twa­rzy. W kie­szeni spodni nie­zdar­nie szuka za­pa­łek.

- Oczy­wi­ście. Gdzieś je mia­łam. - Skrę­po­wana, omija jego spoj­rze­nie. - Prze­pra­szam, za­my­śli­łam się.

Męż­czy­zna kwi­tuje nieco szer­szym uśmie­chem jej uwagę. W spo­koju przy­gląda się ner­wo­wym ru­chom rąk, błą­dzą­cym te­raz w po­szu­ki­wa­niu zguby po na­szy­tych na pier­siach kie­sze­niach ko­szuli. Po­dąża za nimi, gdy drobne dło­nie po­wtór­nie wra­cają na bio­dra. W tym mo­men­cie małe pu­dełko wy­pada na pod­łogę. Za­war­tość roz­sy­puje się pod ich sto­pami. Oboje od­ru­chowo przy­klę­kają, nie­mal ude­rza­jąc się gło­wami.

- Prze­pra­szam - bąka ci­cho Ka­lina.

Te­raz, w cia­snym ko­ry­ta­rzu, na­chy­leni nad zie­mią, są jesz­cze bli­żej sie­bie. I Ka­lina czuje wy­raź­nie za­pach męż­czy­zny. Ru­mian­ko­wego my­dła, wody ko­loń­skiej - ta­kiej sa­mej używa Je­rzy - i cze­goś jesz­cze. Cze­goś przy­wo­dzą­cego na myśl... Pró­buje wstrzy­mać od­dech. Zdu­sić w so­bie na­głe za­że­no­wa­nie. Ka­lina ukrad­kiem przy­gląda się jego po­chy­lo­nej gło­wie, a wtedy męż­czy­zna nie­ocze­ki­wa­nie pod­nosi na nią wzrok. Ich twa­rze dzieli za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów, a ona czuje, że dzieje się z nią coś nie­zro­zu­mia­łego, nie­ade­kwat­nego do tej, prze­cież tak pro­za­icz­nej, sy­tu­acji. Przez za­trzy­maną w cza­sie chwilę wszystko wo­kół nich za­miera. Nie sły­chać kół su­ną­cych po szy­nach, roz­mów męż­czyzn pa­lą­cych kilka okien da­lej, ury­wa­nego dzie­cię­cego śmie­chu do­cho­dzą­cego z po­bli­skiego prze­działu. I na­wet za­pła­kane niebo na­gle prze­staje osten­ta­cyj­nie roz­bi­jać łzy o szyby.

Nie­zna­jomy pa­trzy bez słowa wprost na nią. Zdzi­wie­nie prze­ra­dza się w trudne do uchwy­ce­nia... po­ro­zu­mie­nie?

- Nic się nie stało. Pro­szę mi po­dać pu­dełko, ja to po­zbie­ram - prze­rywa ci­szę jego głos.

Koła znów za­czy­nają dud­nić, ktoś obok się śmieje, cięż­kie kro­ple desz­czu ude­rzają w uchy­lone okno.

Słowa płyną gdzieś poza Ka­liną, która wy­gląda, jakby była za­hip­no­ty­zo­wana. Po­zo­staje w miej­scu do chwili, aż męż­czy­zna sam od­biera z jej rąk kilka już ze­bra­nych za­pa­łek. Do­piero wtedy się prze­bu­dza.

- Pro­szę wstać, ja to po­zbie­ram - nie­zna­jomy mięk­kim to­nem po­na­wia prośbę.

Ka­lina pod­nosi się, choć nie wie, czy bar­dziej za­wsty­dza­jąca była ich bli­skosć nad pod­łogą, czy fakt, że te­raz głowa ob­cego męż­czy­zny znaj­duje się kilka cen­ty­me­trów od jej bio­der.

Nie­zna­jomy na­dal klę­czy przy jej no­gach, gdy na od­le­głym końcu ko­ry­ta­rza sły­chać otwie­ra­jące się drzwi prze­działu. Ze środka wy­chyla się ciemna głowa dziew­czyny. Przez chwilę roz­gląda się wo­kół, po czym do­strze­gł­szy Ka­linę, z uśmie­chem ru­sza w jej kie­runku.

- Ka­lina, gdzie ty się po­dzie­wasz? Ile można pa­lić?!

Ba­sia szybko prze­mie­rza dzie­lącą je od­le­głość i do­piero te­raz za­uważa męż­czy­znę u stóp przy­ja­ciółki.

- Już my­śle­li­śmy, że po­szłaś do... Warsu - do­daje ci­szej.

Nie­zna­jomy pod­nosi się z ko­lan i od­wraca w jej stronę. Przez krótki mo­ment trwa ci­sza, po czym na twa­rzy Bar­bary po­ja­wia się za­sko­cze­nie.

- Ma­ciek?! - wy­bu­cha ra­do­śnie.

- Baśka?! - Trzy­ma­jąc w dłoni za­pałki, robi krok w jej stronę.

Wy­cią­gają do sie­bie ręce. Wi­tają się jak sta­rzy zna­jomi.

- Co ty tu­taj ro­bisz?!

Dziew­czyna się śmieje.

- Jak są­dzę, to samo, co ty.

- Co za zbieg oko­licz­no­ści - za­uważa on. - Jak­by­śmy się umó­wili. Nie wspo­mi­na­łaś w klu­bie, że pla­nu­je­cie wy­rypę.

- Ty też - od­po­wiada wy­mówką na wy­mówkę.

- U mnie to na­gła zmiana pla­nów - tłu­ma­czy, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. - Nie wy­pa­lił nam wy­jazd w Alpy. Mie­li­śmy w kilka osób je­chać do Fran­cji. Jed­nak wy­szły pewne pro­blemy z pasz­por­tem. Wiesz, jak jest. - Ma­cha ręką. - Ale do­sta­łem cie­kawy pro­jekt do re­ali­za­cji: da­cza w stylu za­ko­piań­skim, dla jed­nego ta­kiego szysz­kow­nika, więc po­sta­no­wi­łem na miej­scu po­szu­kać in­spi­ra­cji. A przy oka­zji tro­chę się po­wspi­nam. Przy­jemne z po­ży­tecz­nym. - Robi pauzę. - A ty sama je­dziesz czy ze Stasz­kiem?

Na­gle męż­czy­zna się mi­ty­guje i nieco za­wsty­dzony, że za­po­mniał o obec­no­ści jesz­cze jed­nej osoby, od­wraca się w stronę Ka­liny. Baśka także szybko poj­muje ich nie­takt i kiwa głową w stronę przy­ja­ciółki.

- Ka­lino, po­zwól, że ci przed­sta­wię: przy­ja­ciel mój i Staszka z gór­skich szla­ków, Ma­ciej Wa­recki.

Dziew­czyna wy­ciąga dłoń w jego kie­runku, on chwyta ją w zde­cy­do­wa­nym uści­sku. Baśka kon­ty­nu­uje pre­zen­ta­cję:

- A ta chłop­czyca, któ­rej, jak wi­dzę, na dzień do­bry pa­dłeś do nóg, to moja ser­deczna przy­ja­ciółka, Ka­lina Dłu­go­łęcka.

Ma­ciej przy­gląda się jej, wciąż przy­trzy­mu­jąc dłoń w swo­jej dłoni. Ka­lina uśmie­cha się nie­znacz­nie.

- Ka­lina Pi­lecka - po­pra­wia przy­ja­ciółkę.

Baśka ła­pie się za głowę.

- Oczy­wi­ście: Pi­lecka! Pani dok­to­rowa Pi­lecka - po­wta­rza z te­atralną po­wagą. - Wciąż nie mogę się przy­zwy­czaić.

Ma­ciek w końcu zwal­nia uścisk i do­piero te­raz do­strzega ob­rączkę na palcu ser­decz­nym Ka­liny. Przez mo­ment uśmiech na jego twa­rzy za­styga. W oczach ry­suje się cień zdzi­wie­nia.

Wzmianka o mężu na­gle wy­daje się Ka­li­nie nie­wy­godna, zby­teczna. Mąż?

Jej mąż?

- Je­dziemy do Za­ko­pa­nego we czwórkę - cią­gnie Baśka. - Ze Stasz­kiem i Je­rzym. Ju­rek, to zna­czy pan dok­tor, ma za­miar po­pra­co­wać na­ukowo, a my ze Sta­siem bę­dziemy w tym cza­sie umi­lać po­byt pani dok­to­ro­wej. - Z ło­bu­zer­skim wy­ra­zem twa­rzy pusz­cza oko do Ka­liny. - I opro­wa­dzać ją po gó­rach. Mamy kwa­terę w domu Bol­dów. Pa­mię­tasz, ja­kiś czas temu wspo­mi­na­li­śmy ci o nich. To taka stara przed­wo­jenna willa przy Ka­spru­siach. Jeź­dzi­li­śmy tam za­wsze z ro­dzi­cami. Ko­ja­rzysz Adama Bolda, prawda? To ten, co zgi­nął, bę­dzie już z pięt­na­ście lat temu, w la­wi­nie na Prze­łę­czy pod Drą­giem. Ja wtedy jesz­cze by­łam dzie­ciak, ale pa­mię­tam, że pi­sali o tym w "Ta­ter­niku". Oj­ciec nam o tym czy­tał. W każ­dym ra­zie znana sprawa.

- Ow­szem, sły­sza­łem o tym - przy­znaje Ma­ciek.

- No a jego żona wciąż pro­wa­dzi w Za­ko­pa­nem taki mały, pry­watny pen­sjo­nat. Nic wiel­kiego, parę po­koi. Wy­naj­muje w za­sa­dzie tylko zna­jo­mym. Oj­ciec do niej na­pi­sał i oka­zało się, że ma wolne miej­sca, no to je­dziemy. Był plan, że po­je­dzie jesz­cze Kaśka, jed­nak w ostat­niej chwili roz­cho­ro­wała się na an­ginę i na­sza mama po­sta­no­wiła zo­sta­wić ją w domu. Dla nas ze Stasz­kiem to le­piej, nie bę­dziemy mu­sieli się ba­wić w niań­cze­nie młod­szej sio­stry.

Ma­ciek z nie­obec­nym uśmie­chem przy­ta­kuje Basi, utkwiw­szy wzrok w ja­kimś punk­cie tuż nad głową Ka­liny.

Z po­szcze­gól­nych prze­dzia­łów wraz z ba­ga­żami wy­sy­pują się po­dróżni, dla­tego dziew­czyna na chwilę milk­nie. Na ko­ry­ta­rzu znowu wzmaga się ruch. Część osób pew­nie za­mie­rza wy­siąść w Kra­ko­wie, ro­biąc miej­sce ko­lej­nym. We trójkę przy­tu­lają się do ścian wa­gonu, ustę­pu­jąc miej­sca prze­cho­dzą­cym.

Kiedy pierw­sza fala tu­ry­stów prze­ta­cza się w stronę wyj­ścia, Bar­bara od­wraca się do Maćka.

- A ty gdzie pla­nu­jesz no­co­wać? Masz już coś ob­sta­wio­nego?

- Pew­nie za­cze­pię się w Domu Tu­ry­sty na Za­ru­skiego.

- W szczy­cie se­zonu? Ra­czej za­po­mnij.

Ką­ciki ust Ma­cieja lekko się uno­szą.

- Pani Hanka na pewno coś dla mnie znaj­dzie - mówi z prze­korą.

- Tak - Ba­sia robi dwu­znaczną minę. - Osła­wiona pani Hanka ni­gdy nie od­ma­wia stru­dzo­nym wę­drow­com. Szcze­gól­nie je­śli są nimi mło­dzi, przy­stojni in­ży­nie­ro­wie.

Męż­czy­zna uśmie­cha się na tę uwagę.

- Gdyby jed­nak pani Ha­nia miała już kom­plet atrak­cyj­nych tu­ry­stów - cią­gnie dziew­czyna - to nie szu­kaj ni­g­dzie kwa­tery, tylko da­waj do nas. Bol­dowa na pewno coś dla cie­bie znaj­dzie.

- Dzięki, będę pa­mię­tał.

Prze­pusz­czają ko­lejne osoby. Kil­koro mło­dych lu­dzi, ja­kąś ro­dzinę z dwójką dzie­cia­ków, ob­ła­do­waną wa­liz­kami, to­boł­kami i chle­ba­kami - u kresu po­dróży na pewno już opróż­nio­nymi z ka­na­pek. Parę sta­rusz­ków z pięk­nymi skó­rza­nymi, pew­nie jesz­cze przed­wo­jen­nymi tor­bami. A póź­niej ko­lejne znu­dzone sobą mał­żeń­stwo. Do­piero gdy roz­krzy­czana ba­cho­riada wraz z roz­tar­gnio­nym oj­cem i po­pę­dza­jącą całą tę gro­madę matką giną za drzwiami dzie­lą­cymi wa­gony, znowu na chwilę robi się ci­cho. Lu­dzie cią­gną ner­wowo w stronę wyj­ścia, ro­biąc przy tym masę ha­łasu. Ko­ry­tarz prze­stał sprzy­jać roz­mo­wom.

- Za­raz Kra­ków, więc chyba po­win­ni­śmy wró­cić do prze­dzia­łów - mówi Ma­ciej. - Tu­taj szy­kuje się istne pan­de­mo­nium.

Ba­sia ła­pie Ka­linę za rękę.

- Słu­chaj, Maćku, a gdzie ty wła­ści­wie sie­dzisz?

- W wa­go­nie obok, ale dla nie­pa­lą­cych, dla­tego przy­sze­dłem tu­taj.

- To może zaj­rzysz do nas, jak już mi­niemy Kra­ków? U nas co prawda też nie ma szans, żeby spo­koj­nie po­ga­dać. Sie­dzimy w prze­dziale z nieco na­mol­nymi star­szymi pa­niami, które bez ustanku traj­ko­czą, a do tego przez ba­gaże mamy tam okropny ścisk, ale wpadł­byś się przy­wi­tać ze Stasz­kiem. Na pewno by się ucie­szył. No i po­znasz Je­rzego. - Ba­sia na­my­śla się przez chwilę. - Zro­bimy im nie­spo­dziankę? I nie pi­śniemy z Ka­liną słowa, że cię spo­tka­ły­śmy, co?

Ka­lina na po­mysł przy­ja­ciółki przy­ta­kuje bez­gło­śnie. Ma­ciek zerka na nią ką­tem oka, jakby szu­kał po­twier­dze­nia, że jego obec­ność bę­dzie mile wi­dziana. I to, co wy­czy­tuje z twa­rzy Ka­liny, chyba roz­wiewa jego wąt­pli­wo­ści, bo wy­co­fu­jąc się w stronę swo­jego wa­gonu, rzuca:

- W ta­kim ra­zie do zo­ba­cze­nia za Kra­ko­wem.

Roz­e­mo­cjo­no­wana nie­spo­dzie­wa­nym spo­tka­niem Ba­sia de­li­kat­nie cią­gnie przy­ja­ciółkę za rękę. Kie­rują się do swo­jego prze­działu. Kiedy już dzieli je od Maćka parę me­trów, Ka­lina jesz­cze raz sły­szy za ple­cami mę­ski głos. Swoje imię w jego ustach.

- Pani Ka­lino...

Dziew­czyna przy­staje, de­li­kat­nie wy­suwa rękę z dłoni ko­le­żanki.

Głowa Baśki także od­wraca się w stronę Maćka. Ale do­strzega w jego spoj­rze­niu coś nie­oczy­wi­stego i za­ska­ku­ją­cego, co spra­wia, że dys­kret­nie, bez słowa ru­sza w głąb ko­ry­ta­rza, tak, by zo­sta­wić tę dwójkę sam na sam.

Męż­czy­zna wy­ciąga dłoń w kie­runku Ka­liny, trzyma w niej za­pałki.

- Za­po­mnia­łem od­dać.

Dziew­czyna w pierw­szym od­ru­chu wy­ciąga po nie rękę, jed­nak w pół ge­stu ją cofa. Spo­gląda na Ma­cieja z nie­zde­cy­do­wa­nym uśmie­chem, zu­peł­nie do niej nie­pa­su­ją­cym.

- Pro­szę je za­cho­wać. Prze­cież wciąż pan nie za­pa­lił.

Wa­recki mil­czy, jakby na coś jesz­cze cze­kał, i Ka­li­nie się wy­daje, że chce zro­bić krok w jej stronę. Osta­tecz­nie jed­nak się na to nie de­cy­duje, a ona, choć sama nie ro­zu­mie dla­czego, na­gle do­znaje uczu­cia roz­cza­ro­wa­nia.

- Pro­szę je za­cho­wać - mówi. - Do zo­ba­cze­nia za Kra­ko­wem.

Ba­sia czeka już przy prze­suw­nych drzwiach do prze­działu. Przy­gląda się z da­leka po­zo­sta­wio­nej za sobą pa­rze. Wie, że mię­dzy tą dwójką wy­da­rzyło się coś dziw­nego. Wie, bo Ka­linę zna od lat...

Już w ciągu kilku pierw­szych dni stu­diów zwró­ciła uwagę na tę mil­czącą dziew­czynę o krót­kich wło­sach, za­wsze ubraną w spodnie, sze­ro­kie swe­try. Ka­lina była inna niż reszta dziew­czyn na wy­dziale, ale może wła­śnie dzięki temu tak bar­dzo in­try­gu­jąca. Bar­bara usia­dła koło niej na wy­kła­dzie z geo­me­trii. Za­cze­piła. A im bar­dziej Ka­lina sta­rała się zbyć na­tręta, tym moc­niej Ba­sia chciała się prze­drzeć przez ścianę obo­jęt­no­ści. I stop­niowo lody za­częły pę­kać, a dziew­czyny się do sie­bie zbli­żały. Mimo że są tak bar­dzo od sie­bie różne. Jedna za­mknięta, in­tro­wer­tyczna, druga po­godna, ga­da­tliwa, nie­zwy­kle przez wszyst­kich lu­biana. Dzielą je zresztą nie tylko ce­chy oso­bo­wo­ści, ale przede wszyst­kim wa­runki, w ja­kich do­ra­stały. Baśka po­cho­dzi z do­brego in­te­li­genc­kiego domu, jest dziec­kiem zna­nego fi­lo­zofa. Uko­chaną córką i sio­strą miesz­ka­jącą w domu, gdzie mimo cięż­kich cza­sów żyje się w miarę do­stat­nio. A Ka­lina? Ro­dzina Ka­lina dwie de­kady temu za­pa­dła się w nie­byt. Po­cho­dzi ze sfer, o któ­rych można szep­tać, acz nie po­winno się mó­wić zbyt gło­śno - a naj­le­piej nie mó­wić wcale. Ze świata, gdzie żyje się chlubną prze­szło­ścią, ale do­ro­śli nie bar­dzo ra­dzą so­bie z te­raź­niej­szo­ścią. Do­ro­śli... Ich opar­cia też Ka­li­nie bra­kuje - u progu peł­no­let­no­ści nie miała przy so­bie ni­kogo bli­skiego. Ani matki - o niej ni­gdy nie wspo­mina - ani ojca, który chyba nie­spe­cjal­nie przej­mo­wał się lo­sem córki. Nie miała przy­ja­ció­łek czy choćby bli­skich ko­le­ża­nek, bo jej świat, nim tra­fiła na stu­dia - świat za­mknięty za bramą za­kon­nego in­ter­natu - nie sprzy­jał wcho­dze­niu w bli­skie kon­takty z ró­wie­śni­kami.

Gdy Baśka pierw­szy raz spo­tkała na swo­jej dro­dze Ka­linę, ta miesz­kała już sa­mot­nie, w sta­rej ka­mie­nicy na Kre­dy­to­wej, w nie­wiel­kim miesz­ka­niu odzie­dzi­czo­nym po nie­ży­ją­cej krew­nej, a poza mu­rami uni­wer­sy­tetu pro­wa­dziła ży­cie pu­stel­nicy.

Dziew­czyny się za­przy­jaź­niły, przy­cią­ga­jąc wza­jem­nie jak dwa bie­guny ma­gnesu i dziś nikt nie zna Ka­liny le­piej niż Baśka.

Tylko ona po­trafi roz­po­znać na­stroje przy­ja­ciółki. Przy­po­rząd­ko­wać im każdą minę, gest, gry­mas twa­rzy - przez ostat­nich kilka lat na­uczyła się w nich czy­tać jak z otwar­tej księgi. Zna wszyst­kie na­stroje Ka­liny. A może tylko jej się wy­daje, że zna...? Przy­ja­ciółka, w prze­ci­wień­stwie do Baśki, ni­gdy nie zwraca uwagi na męż­czyzn. Przez cały okres stu­diów, oprócz hi­sto­rii z Je­rzym, nie była zwią­zana z żad­nym chło­pa­kiem. Wszel­kie umi­zgi ko­le­gów igno­ro­wała. Osten­ta­cyj­nie no­siła spodnie, nie ma­lo­wała się i ni­gdy ni­kogo nie ko­kie­to­wała. Do­piero Je­rzemu po­zwo­liła prze­nik­nąć przez swoją sko­rupę. Ale i ten zwią­zek wy­da­wał się Basi dość dziwny. Dla­czego Ka­lina - na swój spo­sób prze­cież atrak­cyjna - wiąże się z czło­wie­kiem star­szym od sie­bie o nie­mal całe po­ko­le­nie? Baśka tego nie ro­zu­miała. Ale z mi­ło­ścią prze­cież trudno dys­ku­to­wać.

Tylko czy Ka­lina na­prawdę ko­cha Je­rzego? Czy może coś zu­peł­nie in­nego po­pchnęło ją w ra­miona pana dok­tora? Pre­stiż sta­no­wi­ska? Ka­lina nie jest wy­ra­cho­wana, więc co?

Baśka nie zna od­po­wie­dzi na te py­ta­nia i dla­tego tak bar­dzo za­ska­kuje ją to, co do­strzega w oczach przy­ja­ciółki pod­czas spo­tka­nia z Mać­kiem. Ka­lina pa­trzyła na niego tak, jak ni­gdy nie pa­trzy na Je­rzego. A Ma­ciek? Ma­ciek to pies na baby, więc ta­kie spoj­rze­nie Ba­sia wi­działa u niego nie raz...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki