Rozdział II
Kalina
Wiatr wygina gałęzie rachitycznych drzew porastających brzegi torowiska, a ścieżka biegnąca wzdłuż nasypu przypomina rwący strumień.
Przez uchylone okno do zatłoczonego korytarza wagonu drugiej klasy wpada dudnienie kół. Wprawia ciało stojącej w ścisku kobiety w jednostajne kołysanie. Krople deszczu roszą jej twarz, ale nie zwraca na to uwagi. Mechanicznie zaciąga się dymem, po czym wydmuchuje go na zewnątrz.
Co chwila przysuwa się do ściany, ustępując miejsca przechodzącym pasażerom. Ludzie kręcą się bez sensu to w jedną, to w drugą stronę. Wszyscy mają już dosyć wielogodzinnej podróży. Byle wytrzymać do Krakowa. Potem już będzie z górki. A raczej pod górkę.
Kalina pali papierosa za papierosem. Wakacyjna gorączka jej się nie udziela. Nie można przecież tęsknić za obrazami znanymi tylko z pocztówek, a ona nigdy nie była w Tatrach. Nie czuła na twarzy chłodu bijącego od granitowych ścian, nie wędrowała poszarpaną kreską grani. To jej pierwsza w życiu tak daleka podróż. Dotąd jej świat zamykał się pomiędzy monotonią warszawskich ulic i melancholią mazowieckiej wsi. Żyje w bańce, której ściany wytyczają małe mieszkanie na Kredytowej i smutny drewniany dom gdzieś przy zakurzonej drodze.
Może dlatego nie lubi lata? W jej wspomnieniach nie ma ani tego chłodu gór czy jezior, ani związanego z wakacjami poczucia swobody. Dla niej to po prostu czas wszechogarniającej nudy i zniechęcenia, gdy dokuczliwy upał z rzadka przerywają intensywna burza albo lipcowy deszcz. Jest zbyt parno lub zbyt mokro. Zbyt słonecznie albo zanadto pochmurno. Zbyt skrajnie, zbyt intensywnie. To czas lepkiej od potu skóry, nagich ramion, splątanych włosów i piegów. Odkrytych butów na obcasach. I tych wszystkich zbyt kobiecych, wydekoltowanych sukienek z taniego kretonu, w których kiedyś gustowała matka.
Kalina nigdy nie nosi sukienek. Ani zbyt wyzywających, ani żadnych innych. Zazwyczaj chodzi w spodniach. Wąskich, sięgających przed kostkę, w których, jak sądzi, nie ściąga męskich spojrzeń. Taki strój wydaje się jej bezpieczny i zachowawczy. Aczkolwiek nadal uważany jest za kobiecą ekstrawagancję, fanaberię i nowomodny wymysł. Kobieta w spodniach to taki babochłop?
Do tego Kalina wkłada buty na płaskiej podeszwie - najchętniej te niedrogie, białe, z płótna - i wciera w nie pastę z pokruszonej kredy. Nie nosi obcasów, bo uważa, że jest za wysoka, zbyt chuda - strzelista - a przez to zanadto widoczna. Dostrzegalna. Łatwiejsza do wyłuskania z tłumu. Tymczasem wolałaby nie rzucać się w oczy, bezpiecznie zginąć w szarej masie, wejść w symbiozę z nijakością.
I tylko te okropne włosy. Złotomiedziane, niesforne, mocno falujące. Trudno je ujarzmić, więc od wielu lat ścina je na krótko. Kalina nie znosi ich koloru - gdy była mała, dzieci ze wsi wołały za nią: ruda, a wtedy wypłakiwała się w rąbek spódnicy swojej opiekunki. Teraz, gdy jest już dorosła, diabelska barwa loków trochę złagodniała, wypłowiała i nabrała szlachetności. Jednak fryzura nadal pozostała krótka.
W ogóle Kalina nie bardzo lubi siebie. Tak samo jak tych całych wakacji.
Trochę przez ogólny nakaz bycia latem nieco bardziej niż zwykle szczęśliwym, ale przede wszystkim dlatego, że ten czas kojarzy jej się z domem. I z powrotami na wieś - od czasu gdy wyjechała z Kamieńczyka, wracała tam wyłącznie podczas świąt i dwumiesięcznej przerwy w zajęciach szkolnych. Tak było przez cały okres jej nauki w liceum, gdy przebywa u sióstr i później, w trakcie studiów - choć wówczas przyjeżdżała już do domu coraz rzadziej, sporadycznie i na krótko, wymawiając się różnymi obowiązkami. Chociaż ubiegłego lata było inaczej, ale wtedy czuła się tam tylko gościem, z rozmysłem pielęgnując w sobie specyficzne uczucie wakacyjnej tymczasowości. Dom w Kamieńczyku przestał być jej domem. Chociaż w Warszawie też nie czuje się jak u siebie.
Kalina się zamyśla, a jej jasne oczy koncentrują się na dłoni trzymającej niedopałek. A właściwie na przedmiocie połyskującym na palcu serdecznym. Nadal się do tej błyskotki nie przyzwyczaiła.
Bez emocji przygląda się obrączce i nie widzi w niej magicznego symbolu. Metafory miłości, wierności, oddania. Do śmierci? To tylko kawałek metalu przetopionego ze starej carskiej pięciorublówki. Kalinie przypomina się czas, gdy była dzieckiem i mieszkała jeszcze w rodzinnym domu. Uwielbiała wtedy oglądać tę starą monetę. Zaciskała ją w pięści i wyobrażała sobie, co mogłaby za nią kupić. A później przymykała powieki i obracając w palcach, gładziła opuszkami powierzchnię, próbując odgadnąć, którą stronę złotej tarczy ma przed sobą.
To była dawna rosyjska moneta - z widniejącym na awersie profilem cara Mikołaja II i dwugłowym orłem z tyłu - o szlachetnej słomkowej barwie. Stonowanej i chłodnej. Niepodobnej do tych radzieckich - bardziej czerwonych, z domieszką miedzi.
Opiekunka Kaliny, Gabrysia, dostała tę monetę wiele lat temu od rodziców i była ona ostatnią pamiątką, jaka jej po nich została. Przetrwała czas dostatku i tamten późniejszy - okupacji. Nawet w chwilach palącej potrzeby Gabriela nie spieniężyła złota, nie zamieniła na jedzenie, ubrania. I dopiero teraz, w "wolnej" Polsce, wartościowe kruszywo przetopiono na obrączki. Na towar deficytowy, a nagle tak potrzebny.
Kalina dotyka kciukiem połyskującego, trochę za luźnego pierścionka. Jej myśli krążą wokół kolistego kształtu i ulatują ponad mokrym torowiskiem, w stronę otwartej przestrzeni, poza tłoczących się wokół ludzi. Poza zapach ich potu, kwaśny odór podkładów kolejowych i brudu wagonu drugiej klasy. Biegną ponad polami, nitkami rzek, ponad zakurzoną drogą wyłożoną kocimi łbami - Kalina zna jej każdą nierówność, każdy wyślizgany kamień, bo to właśnie nią zawsze wraca. Do Gabrysi. Do domu. Do wspomnień.
Przed oczami staje jej powidok dnia sprzed zaledwie tygodnia.
Było duszno i gorąco, a powietrze przepełniał mdławy zapach mydlin, w których uprano schnące na sznurach pranie, oraz woń starego drewna, z jakiego wybudowano dom przy wiejskiej drodze; stojący samotnie, na skraju sporej miejscowości, która kiedyś, przed wojną, pretendowała do miana miasteczka, tętniła życiem, a teraz wydaje się tylko sennym odbiciem dawnych, lepszych czasów.
Ten dom był niepodobny do pozostałych przy ulicy. Mimo braku oznak szczególnego bogactwa aspirował do względnego dobrobytu. Wstydliwie, a może z wyższością, odsuwał się od sąsiednich, typowo chłopskich chałup. Odgrodzony od nich - niczym murem - szmaragdem zadbanego ogrodu, próbował udowodnić przypadkowym przechodniom i swoim mieszkańcom, że jest czymś więcej niż li tylko zwykłym wiejskim domem. W końcu brakowało tu stodoły, chlewu czy obory. A także porzuconych rolniczych maszyn i szwendających się po podwórku kur - dzięki czemu trawnik nie przypominał klepiska. Wiejski dom bez wiejskiej duszy. Z pańskimi aspiracjami.
Do prostej bryły, jakby na siłę, doczepiono swego czasu niebrzydką werandę. Szybki okolone ażurem rzeźbień jeszcze nie zmatowiały, a dębowe deski konstrukcji wciąż jaśniały na tle znacznie starszej reszty budynku. Pod oknami w marmurowych donicach, które zupełnie nie pasują do tego miejsca, zasadzono kolorowe kwiaty. Zgodnie ze zwyczajami panującymi w innym domu, który już od dawna nie istnieje, a z którego te kamienne starocie pochodzą.
Ukwiecony budynek z pretensjami do bycia czymś lepszym, niż był w istocie, należał do ludzi, którzy znaleźli się tu przypadkiem i być może nie umieli lub nie chcieli wtopić się w rolniczy, przaśny i dosyć ubogi pejzaż.
Pomiędzy czerwienią pelargonii i zazdrosną żółcią nasturcji, na żeliwnej ławce - podobnie jak donice niewpisującej się w tutejszy entourage - siedziała stara kobieta. Mimo upału ubrana była w czarną niemodną sukienkę, spod której wystawały czubki znoszonych butów. Ich brązowa spękana skóra opinała opuchnięte stopy, sprawiając wrażenie, jakby zaraz miała się rozpaść na kawałki.
Kalina przyglądała się posiwiałej głowie kobiety i dawno nieodczuwany smutek chwytał ją za gardło. Zawsze gdy wracała do domu, ogarniało ją przygnębienie. Rozczarowanie? Czuła wewnętrzny sprzeciw wobec ciszy, która tu panowała. W rodzinnym domu wszystko wydawało się deprymująco niezmienne, martwe, zawieszone w bezczasie. Jakby wszystko tu było czekaniem. Na powrót czegoś. Tylko czego? Życia? Lat, które przecież już nie wrócą? Starego ładu, którego ona, Kalina, nawet nie pamięta? Ci, którzy najbardziej za nim tęsknili, dawno odeszli, a mimo to nic tutaj nie uległo zmianie. I to Kalinę niezmiennie złościło. Nawet kolory kwiatów sadzonych przed domem od zawsze były te same. Tak samo smutne. Smutny był ojciec - obecny w swojej introwertycznej nieobecności, zagubiony gdzieś pomiędzy końcem wojny a odejściem matki - i Gabriela.
Chociaż nie. Gabriela chyba wcale nie była smutna. Ona była pogodzona. Ze sobą i ze światem, z przeznaczeniem. Nie żyła przeszłością, bo należała do tej niezwykłej grupy ludzi, którzy potrafią się zaadaptować do każdych warunków, do każdej zmiany. Gabrysia jest pragmatyczna, zasadnicza i jakoś niewspółmiernie do otoczenia współczesna. Bierze z życia tylko to, co zsyła los. Pokornie przyjmuje jego ciężar - bez względu na ustrój, stan posiadania i stan dachu nad głową. Od zawsze żyje tylko codziennością. Teraźniejszością. Skupia się na bliskich i nie ma ambicji, by naprawiać świat poza granicami własnego domu. Wychowała kolejne pokolenia dzieci, zajmowała się domem, żegnała tych, których kochała. Ciągle miała tak wiele obowiązków, że niemal sama stała się obowiązkiem. Pracującym, kochającym, oddychającym i nieskarżącym się na nic i nigdy. Nie miała pretensji do świata. Nie żywiła sentymentów. I chyba już na nic nie liczyła.
Tylko Gabrysine włosy stawały się coraz bielsze, plecy coraz mocniej przygarbione, a jej pełna dotąd figura mizerniała z każdym rokiem.
W tamtej chwili przed domem Gabriela nie widziała wyrazu twarzy młodej kobiety stojącej przed ławką. Była skupiona na dziecku, które trzymała w ramionach. Dziecku Kaliny. Jej córeczce. Mała ma już prawie rok.
Dziewczynka gaworzyła po swojemu i uśmiechała się wciąż bezzębnym uśmiechem do sędziwej opiekunki. Drobne rączki bawiły się szydełkowym białym kołnierzykiem przy pomarszczonej szyi kobiety. Kalina stała obok i obserwowała tę scenę bez słowa.
Wiedziała, że powinna coś czuć do tego miniaturowego człowieka - swojego dziecka. Krwi z krwi. Podobno zaraz po porodzie matka zaczyna kochać noworodka tak, jakby nigdy nie było innej miłości. Jakby w sercu każdej kobiety istniała wielka pusta dziura, która wypełnia się uczuciem natychmiast po przecięciu pępowiny. I Kalina też czekała, że zazna, jeśli nie tego mitycznego oddania, to choćby jakiejś formy fizjologicznej więzi ze swoją córeczką. A tymczasem nadal nie posiadła tego biologicznego daru. Nie potrafiła zbudować poczucia bliskości. Nauczyć się miłości.
Gabriela odpowiadała coś niemowlęciu, głaszcząc rączki pozostające w ciągłym ruchu. Czułym gestem zasłaniała dłonią twarz dziewczynki przed słońcem.
- Zobacz Kalinko, jaka ona się robi podobna do ciebie. Na początku to była skóra zdjęta z pana Jerzego, a teraz...
- Będzie ruda - rzuciła kwaśno Kalina.
Gabriela wciąż z zachwytem wpatrywała się w dziecko.
- Przecież ty wcale nie jesteś ruda - zaprzeczyła cierpliwym tonem, którym powtarzała to zdanie przez ostatnich dwadzieścia parę lat.
- Teraz rzeczywiście już nie, ale...
- A tam, gadanie. Nigdy nie byłaś ruda i malutka też nie jest. Wiem, co mówię. - Odruchowo pogładziła delikatny meszek na główce małej. - Marianna również, jak była mała, miała ciemniejsze włosy, bardziej miedziane. Dopiero później, gdy zaczęła dojrzewać, zjaśniały. Tak samo jak tobie. - Zamyśliła się na wspomnienie matki Kaliny. - Śliczna z niej była dziewczyna, a ty jesteś taka do niej podobna.
Niestety - przebiegło przez głowę Kaliny, ale nie powiedziała tego na głos, by nie urazić opiekunki. Wiedziała, że Gabriela po matczynemu kochała Mariannę i że była to miłość równie głęboka, co ślepa. Gabrysia zawsze starała się tłumaczyć małej Kalince postępowanie matki, bo uważała, że to nie wrodzone złe cechy charakteru tak destrukcyjnie wpłynęły na jej podopieczną, lecz wojna. Zetknięcie z demonami trawiącymi ludzką duszę nie może pozostać bez śladu. I Marianna też się przed tym nie ustrzegła.
Przez chwilę milczały zamyślone nad tą krótką wzmianką o matce Kaliny. Od tylu lat już nieobecna w ich życiu, nadal zdawała się trwać w tym domu i w jakiś niepojęty sposób zatruwać jego tkankę. Zakłócać spokój niepotrzebnym wspomnieniem.
Upał stawał się coraz dotkliwszy. Powietrze zgęstniało. Ptaki umilkły, ukryte wśród cienistych gałęzi i nawet mała Gabi zdawała się być na zmęczona spiekotą.
Gospodyni wyrwała się z odrętwienia. Zerknęła na Kalinę stojącą przy ławce i uśmiechnęła się, zachęcając:
- No, chodź. Nie przyglądaj się tak, tylko usiądź obok mnie. Weź ją na ręce.
Kalina niechętnie przysiadła obok opiekunki i nieporadnie posadziła sobie dziecko na kolanach.
- Nie umiem jej nawet porządnie trzymać - usprawiedliwiła swoje niezgrabne ruchy.
- Do tego nie trzeba twoich fakultetów - uspokoiła stara kobieta. - Z czasem nabierzesz wprawy. Przecież dziecko to nie radziecki Sojuz, nie trzeba do jego obsługi nie wiadomo jakich umiejętności. Wystarczy je kochać.
"Wystarczy je kochać..." - jak echo przebiegło przez głowę Kaliny, gdy niepewnie zerknęła na córkę. Ale jak miała się nauczyć kochać? Czy w ogóle można się tego nauczyć?
- ...a z całą resztą to zobaczysz, dasz sobie radę. Kiedy zabierzecie z panem Jerzym malutką do Warszawy, wszystkiego szybko się nauczysz.
Kalina wbiła wzrok w pyzate, dobrze odkarmione dziecko. Było zadbane, rumiane - widocznie wiejskie powietrze mu służyło.
Małej chyba nie bardzo się podobało, że matka wzięła ją na ręce, bo w niemym sprzeciwie wyciągnęła malutkie dłonie w kierunku Gabrieli.
Kalina tak bardzo bała się tego momentu, gdy będzie musiała zostać sama z tą obcą, dziwną istotą. Ale teraz już nie było wymówki, nie było odwrotu. Studia się skończyły. Jeszcze tylko te ostatnie wakacje - jeśli Gabrysia się zgodzi. Ostatnia chwila wolności, a później czeka ją już tylko kierat rodzicielskich obowiązków. Będzie musiała wreszcie podjąć się roli pełnoetatowej matki i żony.
- Będziesz na pewno wspaniałą matką i żoną - powiedziała Gabriela, jakby czytając w myślach dziewczyny.
Córka w jej ramionach w końcu zrezygnowała z próby powrotu w Gabrysine objęcia. Zaczęła przyglądać się Kalinie ogromnymi, niemal przezroczystymi oczami. Kobieta wiedziała, że tak małe dziecko niczego jeszcze nie pojmuje, ale w bladoniebieskim spojrzeniu dostrzegła odbicie własnych lęków.
A może jednak córka ją rozumiała? Może wiedziało, że mama wcale na nią nie czekała? Że jest jedynie wypadkową niefortunnego splotu zdarzeń - dnia zbyt płodnego i zbyt nieroztropnej namiętności. Że jest owocem obojętności matki i zbyt ślepej miłości ojca.
Jerzy. Kalina odruchowo zaczęła kołysać córkę w ramionach - podobnie jak robił to z nią samą mąż w chwilach, gdy noc wydawała się zbyt ciemna, a życie bardziej niż zazwyczaj nie do zniesienia. Jerzy. On ją kochał. Choć Kalina zupełnie nie była tego warta. Była taka niedoskonała, ale Jurek wydawał się tego nie dostrzegać. Akceptował w niej wszystkie skrajności, lęki i dziwactwa. Kochał jej młode ciało. Na które, jak uważał w głębi duszy: nie zasługiwał. Przecież Kalina mogłaby mieć każdego mężczyznę. Przystojniejszego, młodszego. Choć żona ukrywała się pod męskimi ubraniami, ostentacyjnie unikała wszystkich atrybutów kobiecości - i nosiła te swoje króciutkie włosy - w jego oczach wydawała się doskonała.
- Jak długo planujecie zostać w Zakopanem? - Głos Gabrieli sprowadził Kalinę ją na ziemię.
- Sądzę, że wrócimy w ostatnim tygodniu sierpnia.
- To ponad miesiąc.
Czy Kalinie tylko się wydawało, czy w słowach opiekunki wyczuła pewien chłód? Niezadowolenie? A może Gabrysia jest już po prostu zmęczona?
- Jurek chce ostatecznie zamknąć po wakacjach habilitację. Wiesz, że przez wydarzenia tamtego roku na uczelni zapanował chaos. Wszystko się przeciągnęło w czasie. Ale teraz sytuacja już się uspokoiła i powinien czym prędzej dokończyć pisanie ostatniej publikacji. - Zamyśliła się na moment, poprawiła wiercące się na kolanach dziecko. - Na pewno wrócimy przed początkiem września, bo Jerzy musi być z powrotem na uniwersytecie przed rozpoczęciem egzaminów poprawkowych. No i trzeba się rozejrzeć za większym mieszkaniem. Z Gabi będzie nam za ciasno w jednym pokoju. - Kalina spróbowała się uśmiechnąć do dziecka, ale jej usta wykrzywił tylko dziwny grymas. - Zobaczysz, Gabrysiu, to szybko zleci. Najpóźniej w połowie września postaram się zabrać małą do Warszawy. Na stałe.
Gabriela przytaknęła w zamyśleniu, jednak nie patrząc na Kalinę. Bezwiednie strzepnęła jakiś niewielki pyłek z czarnej spódnicy.
- Mimo wszystko to długo, a ja mam ostatnio coraz mniej siły. Władka ciągle nie ma. No i Zośka nadal jest w szpitalu. Coś kiepsko się podobno goi po tej operacji. Jeszcze nie wiadomo, kiedy ją wypuszczą. Od dwóch tygodni jestem sama. Cały dom na mojej głowie.
Zofia nastała w ich domu na długo przed wojną, gdy rodzina mieszkała jeszcze w starym domu poza Kamieńczykiem, toteż Kalina zna ją od dziecka. Teraz już niemłoda, choć nadal bezdzietna i niezamężna, wciąż pomagała starzejącej się Gabrieli.
Gabrysia milczała, kiwając głową. Wyraźnie nad czymś rozmyślała. Zmarszczyła brwi.
Kalina postanowiła przerwać tę niezręczną ciszę.
- Może na ten okres, do naszego powrotu, poprosić do pomocy jakąś inną kobietę ze wsi? Któraś na pewno by się zgodziła. Za niewielką opłatą. A Gabrysia mogłaby tylko jej przypilnować. Do czasu, aż Zofia wydobrzeje.
Gospodyni podniosła wzrok na Kalinę.
- Przecież nie o to mi chodzi. Ty nic nie rozumiesz - rzuciła z lekką irytacją. - Ta malutka to aniołek. Spokojne dziecko. Radzimy sobie i bez Zośki. Mnie raczej chodzi o to, że znowu przesuwasz w czasie moment zabrania Gabi do Warszawy, do was. Ja bym się mogła nią zajmować do końca moich dni, ale przecież dziecko potrzebuje matki. - Gabriela niecierpliwym gestem wyciągnęła z mankietu chusteczkę, otarła czoło. - A ty tak rzadko przyjeżdżasz. Nie zobaczyłaś pierwszego uśmiechu małej, pierwszego ząbka. Nie usłyszałaś, jak zaczynała gaworzyć. Pewnie już niedługo zacznie chodzić, a ciebie znowu to ominie. No i zaskoczyłaś mnie z tym wyjazdem. Zakopane? Myślałam... - Urwała nagle. Wyglądała, jakby coś nie dawało jej spokoju. - No tak... Przecież ty jeszcze nigdy w życiu nie byłaś na prawdziwych wakacjach. Tyle lat. Tyle lat. Nigdy o to nie zadbaliśmy. Zawsze co innego było na głowie. To może i dobrze się stanie. Tylko gdzie wy się tam zatrzymacie? Na hotel wydacie majątek, kogo na to dzisiaj stać? A w ośrodkach wczasowych to pewnie trzeba by z dużym wyprzedzeniem rezerwować albo mieć przydział z jakiegoś zakładu pracy.
Kalina się rozpogodziła. Już wiedziała, że Gabriela zgodzi się na wyjazd. Może jeszcze przez chwilę pomarudzi, ale na pewno się zgodzi.
- Pamięta Gabrysia Basię, tę moją koleżankę ze studiów? Świadkowała na moim ślubie.
- Pamiętam. Taka uśmiechnięta. Ładna dziewczyna.
- No właśnie. Znajoma jej rodziców prowadzi mały pensjonat w Zakopanem. Przyjmie nas za półdarmo.
Zakopane. Jej wybawienie. Odroczenie wyroku, przesuwające w czasie zabranie dziecka ze wsi.
Pomysł wyjazdu zrodził się wkrótce po tym, jak Kalina obroniła pracę. Jerzy jeszcze w tym roku ma szansę na habilitację. Od sukcesu dzieli go zaledwie jedna publikacja naukowa. Na pisanie potrzeba mu czasu i świętego spokoju, a w klaustrofobicznym mieszkaniu nie ma warunków. No i praca przy małym, bez przerwy plączącym się pod nogami dziecku wydawała się niemożliwa.
Rozwiązanie nadeszło samo. Baśka zaproponowała im wyjazd. Właśnie do Zakopanego. W pensjonacie znajomej rodziców Basi znajdą się wolne miejsca, gdzie Jerzy - patrząc przez okno na szczyty - będzie mógł bez przeszkód wznosić się na wyżyny swojego intelektu i ukończy pisanie.
Basia była zapaloną taterniczką i wraz z bratem bliźniakiem od dawna planowali wypad w góry. Czy nie byłoby cudownie, gdyby Kalina i Jerzy wyjechali razem z nimi? Kalina poznałaby w końcu ukochane miejsce przyjaciółki, odsapnęła po trudach ostatniego roku i przygotowaniach do dyplomu na wydziale matematyki. Należała im się chwila wytchnienia, zanim Barbara rozpocznie pracę w szkole, a przyjaciółka wejdzie w rolę matki.
Jerzy uznał pomysł za wyjątkowo trafiony - widocznie zaczął dostrzegać, że młoda żona po pierwszej fali fascynacji powoli się od niego odsuwała, a codzienność rozrywała wątłą nić, która ich ze sobą połączyła. Dlatego w wyjeździe upatrywał szansy nie tylko na ukończenie pracy, ale także na odbudowanie relacji z Kaliną.
Jeszcze tylko ta niewygodna wizyta na wsi i rozmowa z Gabrielą - "ale przecież Gabrysia na pewno się zgodzi" - i mogli będą jechać.
Kalina przyglądała się drżącym dłoniom starej kobiety spoczywającym na kolanach. Pod cienką jak bibuła skórą wyraźnie rysowały się grube łańcuchy żył. Ów widok w ostatnim czasie niezmiennie Kalinę zaskakiwał. Te ręce - wcześniej takie pulchne, ciepłe, silne, spracowane - nigdy jeszcze nie wyglądały tak staro i krucho.
Zerknęła na dziecko w swoich ramionach - było niezwykle spokojne. W końcu przestało się wiercić i chyba przysnęło, znużone upałem. Gdzieś obok, w wysokiej trawie leniwie brzęczały pszczoły. Ponad ziemią wciąż unosił się zapach mydlin. Drogą wzdłuż płotu przejechał wóz. Chłop na koźle - ubrany za ciepło jak na dzisiejszą pogodę - widząc kobiety siedzące na ławce przed domem, bez słowa uniósł czapkę. Gabrysia schyliła głowę w niemym pozdrowieniu. Odgłos kopyt wybijających podkowami rytm na brukowanym trakcie umilkł w oddali.
Kobiety także milczały. Zastygłe w czasie. Constans. Gabrysia była constans. I jak zawsze, również tamtego dnia nie zamierzała odmawiać Kalinie pomocy. To przecież tylko kilka tygodni. Później będzie już mogła odpocząć. Spokojna o przyszłość wszystkich, których kocha.
Nie odmówi, chociaż podejrzewa, że jednak litościwy Bóg nie pomógł Kalinie pokochać dziecka. Może to się zmieni, kiedy to upalne lato się skończy?
A może wreszcie powinna wyjaśnić Kalinie pewne sprawy? Może nadszedł odpowiedni moment? Może to by się pomogło odnaleźć tej zagubionej dziewczynie? Odmieniłoby jej serce? Tyle niepotrzebnych tajemnic nazbierało się pod tym dachem. Tak trudno jest je wyjawić, stojąc z Kaliną twarzą w twarz. A ciężar prawdy staje się z każdym rokiem coraz trudniejszy do uniesienia. Stara kobieta już nie ma siły go dźwigać, choć nadal nie znajduje odwagi, by wypowiedzieć słowa, które już dawno temu powinny były paść.
- Jedź - powiedziała wreszcie.
- Naprawdę? - Kalina się ożywiła
- Naprawdę. Ale zapisz mi wasz adres. Tak na wszelki wypadek.
- Tak, Gabrysiu, oczywiście. - Kalina przykryła swoją szczupłą dłonią drżące, stare ręce spoczywające na kolanach opiekunki ...
Kalina stoi w wąskim przejściu pociągu. Jej ciało kołysze się w takt wybijany o szyny przez koła. Próbuje wymazać obraz tamtych dłoni sprzed oczu. Obraz Kamieńczyka i Gabrieli. I malutkiej Gabi... To wszytko zostało przecież tak daleko. Jeszce nigdy nie dzielił jej od domu tak duży, fizyczny dystans. Setki kilometrów. Więc dlaczego nawet teraz nie potrafi zapomnieć o tym, co tam zostawiła? Przed nią wakacje, wolność. Trzeba się skoncentrować na tym, co dobre - wyłącznie na upragnionej chwili wolności. Uciec przed własnym życiem. Od tamtych dłoni, od żalu.
W aluminiowej popielniczce gasi papierosa i wtedy czuje ruch za plecami. Oddech kolejnego znudzonego pasażera, który zabijając oczekiwanie na stację docelową, przemierza bez sensu dystans wagonu. Przez ułamek sekundy narasta w niej irytacja. Ale tym razem nie słyszy za plecami rzuconego niecierpliwie: "przepraszam". Czuje za to na sobie obce spojrzenie.
- Czy ma pani może zapałki?
Kalina odwraca się gwałtownie za ciepłem oddechu, za chropowatym tembrem głosu.
Tuż za nią stoi mężczyzna mniej więcej trzydziestoletni. Sporo od niej wyższy, o niemal czarnych oczach i podobnych, równie ciemnych, niesfornych kosmykach opadających na czoło. Gęste owłosienie wystaje spod rozpiętej pod szyją flanelowej koszuli i podciągniętych rękawów. Ma ostry nos i wąskie usta - jak u drapieżnika. I tak ciemną karnację, że przy jej własnym bladym ciele - i smutnym, szarostalowym krajobrazie za oknem - wygląda niemal egzotycznie. Twarz o mocno zarysowanej linii żuchwy, wystających kościach policzkowych i zbyt zuchwałym spojrzeniu. Zarost, mimo że dokładnie zgolony - pewnie dziś rano - wyraźnie przebija spod skóry.
Nieznajomy zagląda bezczelnie w oczy Kaliny - jakby bawiło go jej zaskoczenie.
- Pali pani, więc myślałem, że może...?
Kalinę opuszcza odrętwienie. Próbuje przybrać jak najbardziej obojętny wyraz twarzy. W kieszeni spodni niezdarnie szuka zapałek.
- Oczywiście. Gdzieś je miałam. - Skrępowana, omija jego spojrzenie. - Przepraszam, zamyśliłam się.
Mężczyzna kwituje nieco szerszym uśmiechem jej uwagę. W spokoju przygląda się nerwowym ruchom rąk, błądzącym teraz w poszukiwaniu zguby po naszytych na piersiach kieszeniach koszuli. Podąża za nimi, gdy drobne dłonie powtórnie wracają na biodra. W tym momencie małe pudełko wypada na podłogę. Zawartość rozsypuje się pod ich stopami. Oboje odruchowo przyklękają, niemal uderzając się głowami.
- Przepraszam - bąka cicho Kalina.
Teraz, w ciasnym korytarzu, nachyleni nad ziemią, są jeszcze bliżej siebie. I Kalina czuje wyraźnie zapach mężczyzny. Rumiankowego mydła, wody kolońskiej - takiej samej używa Jerzy - i czegoś jeszcze. Czegoś przywodzącego na myśl... Próbuje wstrzymać oddech. Zdusić w sobie nagłe zażenowanie. Kalina ukradkiem przygląda się jego pochylonej głowie, a wtedy mężczyzna nieoczekiwanie podnosi na nią wzrok. Ich twarze dzieli zaledwie kilkanaście centymetrów, a ona czuje, że dzieje się z nią coś niezrozumiałego, nieadekwatnego do tej, przecież tak prozaicznej, sytuacji. Przez zatrzymaną w czasie chwilę wszystko wokół nich zamiera. Nie słychać kół sunących po szynach, rozmów mężczyzn palących kilka okien dalej, urywanego dziecięcego śmiechu dochodzącego z pobliskiego przedziału. I nawet zapłakane niebo nagle przestaje ostentacyjnie rozbijać łzy o szyby.
Nieznajomy patrzy bez słowa wprost na nią. Zdziwienie przeradza się w trudne do uchwycenia... porozumienie?
- Nic się nie stało. Proszę mi podać pudełko, ja to pozbieram - przerywa ciszę jego głos.
Koła znów zaczynają dudnić, ktoś obok się śmieje, ciężkie krople deszczu uderzają w uchylone okno.
Słowa płyną gdzieś poza Kaliną, która wygląda, jakby była zahipnotyzowana. Pozostaje w miejscu do chwili, aż mężczyzna sam odbiera z jej rąk kilka już zebranych zapałek. Dopiero wtedy się przebudza.
- Proszę wstać, ja to pozbieram - nieznajomy miękkim tonem ponawia prośbę.
Kalina podnosi się, choć nie wie, czy bardziej zawstydzająca była ich bliskosć nad podłogą, czy fakt, że teraz głowa obcego mężczyzny znajduje się kilka centymetrów od jej bioder.
Nieznajomy nadal klęczy przy jej nogach, gdy na odległym końcu korytarza słychać otwierające się drzwi przedziału. Ze środka wychyla się ciemna głowa dziewczyny. Przez chwilę rozgląda się wokół, po czym dostrzegłszy Kalinę, z uśmiechem rusza w jej kierunku.
- Kalina, gdzie ty się podziewasz? Ile można palić?!
Basia szybko przemierza dzielącą je odległość i dopiero teraz zauważa mężczyznę u stóp przyjaciółki.
- Już myśleliśmy, że poszłaś do... Warsu - dodaje ciszej.
Nieznajomy podnosi się z kolan i odwraca w jej stronę. Przez krótki moment trwa cisza, po czym na twarzy Barbary pojawia się zaskoczenie.
- Maciek?! - wybucha radośnie.
- Baśka?! - Trzymając w dłoni zapałki, robi krok w jej stronę.
Wyciągają do siebie ręce. Witają się jak starzy znajomi.
- Co ty tutaj robisz?!
Dziewczyna się śmieje.
- Jak sądzę, to samo, co ty.
- Co za zbieg okoliczności - zauważa on. - Jakbyśmy się umówili. Nie wspominałaś w klubie, że planujecie wyrypę.
- Ty też - odpowiada wymówką na wymówkę.
- U mnie to nagła zmiana planów - tłumaczy, nie przestając się uśmiechać. - Nie wypalił nam wyjazd w Alpy. Mieliśmy w kilka osób jechać do Francji. Jednak wyszły pewne problemy z paszportem. Wiesz, jak jest. - Macha ręką. - Ale dostałem ciekawy projekt do realizacji: dacza w stylu zakopiańskim, dla jednego takiego szyszkownika, więc postanowiłem na miejscu poszukać inspiracji. A przy okazji trochę się powspinam. Przyjemne z pożytecznym. - Robi pauzę. - A ty sama jedziesz czy ze Staszkiem?
Nagle mężczyzna się mityguje i nieco zawstydzony, że zapomniał o obecności jeszcze jednej osoby, odwraca się w stronę Kaliny. Baśka także szybko pojmuje ich nietakt i kiwa głową w stronę przyjaciółki.
- Kalino, pozwól, że ci przedstawię: przyjaciel mój i Staszka z górskich szlaków, Maciej Warecki.
Dziewczyna wyciąga dłoń w jego kierunku, on chwyta ją w zdecydowanym uścisku. Baśka kontynuuje prezentację:
- A ta chłopczyca, której, jak widzę, na dzień dobry padłeś do nóg, to moja serdeczna przyjaciółka, Kalina Długołęcka.
Maciej przygląda się jej, wciąż przytrzymując dłoń w swojej dłoni. Kalina uśmiecha się nieznacznie.
- Kalina Pilecka - poprawia przyjaciółkę.
Baśka łapie się za głowę.
- Oczywiście: Pilecka! Pani doktorowa Pilecka - powtarza z teatralną powagą. - Wciąż nie mogę się przyzwyczaić.
Maciek w końcu zwalnia uścisk i dopiero teraz dostrzega obrączkę na palcu serdecznym Kaliny. Przez moment uśmiech na jego twarzy zastyga. W oczach rysuje się cień zdziwienia.
Wzmianka o mężu nagle wydaje się Kalinie niewygodna, zbyteczna. Mąż?
Jej mąż?
- Jedziemy do Zakopanego we czwórkę - ciągnie Baśka. - Ze Staszkiem i Jerzym. Jurek, to znaczy pan doktor, ma zamiar popracować naukowo, a my ze Stasiem będziemy w tym czasie umilać pobyt pani doktorowej. - Z łobuzerskim wyrazem twarzy puszcza oko do Kaliny. - I oprowadzać ją po górach. Mamy kwaterę w domu Boldów. Pamiętasz, jakiś czas temu wspominaliśmy ci o nich. To taka stara przedwojenna willa przy Kasprusiach. Jeździliśmy tam zawsze z rodzicami. Kojarzysz Adama Bolda, prawda? To ten, co zginął, będzie już z piętnaście lat temu, w lawinie na Przełęczy pod Drągiem. Ja wtedy jeszcze byłam dzieciak, ale pamiętam, że pisali o tym w "Taterniku". Ojciec nam o tym czytał. W każdym razie znana sprawa.
- Owszem, słyszałem o tym - przyznaje Maciek.
- No a jego żona wciąż prowadzi w Zakopanem taki mały, prywatny pensjonat. Nic wielkiego, parę pokoi. Wynajmuje w zasadzie tylko znajomym. Ojciec do niej napisał i okazało się, że ma wolne miejsca, no to jedziemy. Był plan, że pojedzie jeszcze Kaśka, jednak w ostatniej chwili rozchorowała się na anginę i nasza mama postanowiła zostawić ją w domu. Dla nas ze Staszkiem to lepiej, nie będziemy musieli się bawić w niańczenie młodszej siostry.
Maciek z nieobecnym uśmiechem przytakuje Basi, utkwiwszy wzrok w jakimś punkcie tuż nad głową Kaliny.
Z poszczególnych przedziałów wraz z bagażami wysypują się podróżni, dlatego dziewczyna na chwilę milknie. Na korytarzu znowu wzmaga się ruch. Część osób pewnie zamierza wysiąść w Krakowie, robiąc miejsce kolejnym. We trójkę przytulają się do ścian wagonu, ustępując miejsca przechodzącym.
Kiedy pierwsza fala turystów przetacza się w stronę wyjścia, Barbara odwraca się do Maćka.
- A ty gdzie planujesz nocować? Masz już coś obstawionego?
- Pewnie zaczepię się w Domu Turysty na Zaruskiego.
- W szczycie sezonu? Raczej zapomnij.
Kąciki ust Macieja lekko się unoszą.
- Pani Hanka na pewno coś dla mnie znajdzie - mówi z przekorą.
- Tak - Basia robi dwuznaczną minę. - Osławiona pani Hanka nigdy nie odmawia strudzonym wędrowcom. Szczególnie jeśli są nimi młodzi, przystojni inżynierowie.
Mężczyzna uśmiecha się na tę uwagę.
- Gdyby jednak pani Hania miała już komplet atrakcyjnych turystów - ciągnie dziewczyna - to nie szukaj nigdzie kwatery, tylko dawaj do nas. Boldowa na pewno coś dla ciebie znajdzie.
- Dzięki, będę pamiętał.
Przepuszczają kolejne osoby. Kilkoro młodych ludzi, jakąś rodzinę z dwójką dzieciaków, obładowaną walizkami, tobołkami i chlebakami - u kresu podróży na pewno już opróżnionymi z kanapek. Parę staruszków z pięknymi skórzanymi, pewnie jeszcze przedwojennymi torbami. A później kolejne znudzone sobą małżeństwo. Dopiero gdy rozkrzyczana bachoriada wraz z roztargnionym ojcem i popędzającą całą tę gromadę matką giną za drzwiami dzielącymi wagony, znowu na chwilę robi się cicho. Ludzie ciągną nerwowo w stronę wyjścia, robiąc przy tym masę hałasu. Korytarz przestał sprzyjać rozmowom.
- Zaraz Kraków, więc chyba powinniśmy wrócić do przedziałów - mówi Maciej. - Tutaj szykuje się istne pandemonium.
Basia łapie Kalinę za rękę.
- Słuchaj, Maćku, a gdzie ty właściwie siedzisz?
- W wagonie obok, ale dla niepalących, dlatego przyszedłem tutaj.
- To może zajrzysz do nas, jak już miniemy Kraków? U nas co prawda też nie ma szans, żeby spokojnie pogadać. Siedzimy w przedziale z nieco namolnymi starszymi paniami, które bez ustanku trajkoczą, a do tego przez bagaże mamy tam okropny ścisk, ale wpadłbyś się przywitać ze Staszkiem. Na pewno by się ucieszył. No i poznasz Jerzego. - Basia namyśla się przez chwilę. - Zrobimy im niespodziankę? I nie piśniemy z Kaliną słowa, że cię spotkałyśmy, co?
Kalina na pomysł przyjaciółki przytakuje bezgłośnie. Maciek zerka na nią kątem oka, jakby szukał potwierdzenia, że jego obecność będzie mile widziana. I to, co wyczytuje z twarzy Kaliny, chyba rozwiewa jego wątpliwości, bo wycofując się w stronę swojego wagonu, rzuca:
- W takim razie do zobaczenia za Krakowem.
Rozemocjonowana niespodziewanym spotkaniem Basia delikatnie ciągnie przyjaciółkę za rękę. Kierują się do swojego przedziału. Kiedy już dzieli je od Maćka parę metrów, Kalina jeszcze raz słyszy za plecami męski głos. Swoje imię w jego ustach.
- Pani Kalino...
Dziewczyna przystaje, delikatnie wysuwa rękę z dłoni koleżanki.
Głowa Baśki także odwraca się w stronę Maćka. Ale dostrzega w jego spojrzeniu coś nieoczywistego i zaskakującego, co sprawia, że dyskretnie, bez słowa rusza w głąb korytarza, tak, by zostawić tę dwójkę sam na sam.
Mężczyzna wyciąga dłoń w kierunku Kaliny, trzyma w niej zapałki.
- Zapomniałem oddać.
Dziewczyna w pierwszym odruchu wyciąga po nie rękę, jednak w pół gestu ją cofa. Spogląda na Macieja z niezdecydowanym uśmiechem, zupełnie do niej niepasującym.
- Proszę je zachować. Przecież wciąż pan nie zapalił.
Warecki milczy, jakby na coś jeszcze czekał, i Kalinie się wydaje, że chce zrobić krok w jej stronę. Ostatecznie jednak się na to nie decyduje, a ona, choć sama nie rozumie dlaczego, nagle doznaje uczucia rozczarowania.
- Proszę je zachować - mówi. - Do zobaczenia za Krakowem.
Basia czeka już przy przesuwnych drzwiach do przedziału. Przygląda się z daleka pozostawionej za sobą parze. Wie, że między tą dwójką wydarzyło się coś dziwnego. Wie, bo Kalinę zna od lat...
Już w ciągu kilku pierwszych dni studiów zwróciła uwagę na tę milczącą dziewczynę o krótkich włosach, zawsze ubraną w spodnie, szerokie swetry. Kalina była inna niż reszta dziewczyn na wydziale, ale może właśnie dzięki temu tak bardzo intrygująca. Barbara usiadła koło niej na wykładzie z geometrii. Zaczepiła. A im bardziej Kalina starała się zbyć natręta, tym mocniej Basia chciała się przedrzeć przez ścianę obojętności. I stopniowo lody zaczęły pękać, a dziewczyny się do siebie zbliżały. Mimo że są tak bardzo od siebie różne. Jedna zamknięta, introwertyczna, druga pogodna, gadatliwa, niezwykle przez wszystkich lubiana. Dzielą je zresztą nie tylko cechy osobowości, ale przede wszystkim warunki, w jakich dorastały. Baśka pochodzi z dobrego inteligenckiego domu, jest dzieckiem znanego filozofa. Ukochaną córką i siostrą mieszkającą w domu, gdzie mimo ciężkich czasów żyje się w miarę dostatnio. A Kalina? Rodzina Kalina dwie dekady temu zapadła się w niebyt. Pochodzi ze sfer, o których można szeptać, acz nie powinno się mówić zbyt głośno - a najlepiej nie mówić wcale. Ze świata, gdzie żyje się chlubną przeszłością, ale dorośli nie bardzo radzą sobie z teraźniejszością. Dorośli... Ich oparcia też Kalinie brakuje - u progu pełnoletności nie miała przy sobie nikogo bliskiego. Ani matki - o niej nigdy nie wspomina - ani ojca, który chyba niespecjalnie przejmował się losem córki. Nie miała przyjaciółek czy choćby bliskich koleżanek, bo jej świat, nim trafiła na studia - świat zamknięty za bramą zakonnego internatu - nie sprzyjał wchodzeniu w bliskie kontakty z rówieśnikami.
Gdy Baśka pierwszy raz spotkała na swojej drodze Kalinę, ta mieszkała już samotnie, w starej kamienicy na Kredytowej, w niewielkim mieszkaniu odziedziczonym po nieżyjącej krewnej, a poza murami uniwersytetu prowadziła życie pustelnicy.
Dziewczyny się zaprzyjaźniły, przyciągając wzajemnie jak dwa bieguny magnesu i dziś nikt nie zna Kaliny lepiej niż Baśka.
Tylko ona potrafi rozpoznać nastroje przyjaciółki. Przyporządkować im każdą minę, gest, grymas twarzy - przez ostatnich kilka lat nauczyła się w nich czytać jak z otwartej księgi. Zna wszystkie nastroje Kaliny. A może tylko jej się wydaje, że zna...? Przyjaciółka, w przeciwieństwie do Baśki, nigdy nie zwraca uwagi na mężczyzn. Przez cały okres studiów, oprócz historii z Jerzym, nie była związana z żadnym chłopakiem. Wszelkie umizgi kolegów ignorowała. Ostentacyjnie nosiła spodnie, nie malowała się i nigdy nikogo nie kokietowała. Dopiero Jerzemu pozwoliła przeniknąć przez swoją skorupę. Ale i ten związek wydawał się Basi dość dziwny. Dlaczego Kalina - na swój sposób przecież atrakcyjna - wiąże się z człowiekiem starszym od siebie o niemal całe pokolenie? Baśka tego nie rozumiała. Ale z miłością przecież trudno dyskutować.
Tylko czy Kalina naprawdę kocha Jerzego? Czy może coś zupełnie innego popchnęło ją w ramiona pana doktora? Prestiż stanowiska? Kalina nie jest wyrachowana, więc co?
Baśka nie zna odpowiedzi na te pytania i dlatego tak bardzo zaskakuje ją to, co dostrzega w oczach przyjaciółki podczas spotkania z Maćkiem. Kalina patrzyła na niego tak, jak nigdy nie patrzy na Jerzego. A Maciek? Maciek to pies na baby, więc takie spojrzenie Basia widziała u niego nie raz...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki