Rozdział II
Leokadia
Marianna czeka na niedzielną mszę. Z zapartym tchem - bez tchu. Nie, nie tęskni za Bogiem. Wcale nie ma pewności, że on tam, w górze, jest naprawdę, że czuwa nad wszystkim. Nad nią. I nie wierzy, by do zbawienia potrzebne jej było monotonne i śmiertelnie nużące kazanie księdza Piotrowskiego. On mówi w kółko o bojaźni bożej, śmierci, karze, a ona nie chce się bać - to słabość - i bardzo mocno pragnie żyć. Bezkarnie.
Lecz tym razem nie może się doczekać chwili, kiedy zobaczy czerwone mury, ołtarz, ławy. Przede wszystkim ławy. Wypełnione po brzegi. Tymi co zawsze i... Marianna jest pewna, że w kościele nie zabraknie siostrzeńca księdza. A Tadek przecież nie przyjdzie sam.
Od czwartkowej wieczornej wizyty Krystyny nie może się na niczym skupić. Gabriela się cieszy - bez przerwy ponaglana przez panienkę o obrąbienie najnowszej sukienki przed niedzielną wyprawą do Kamieńczyka. Może na to nieboskie stworzenie w końcu spłynie łaska Pana? Może Marianna zawróci na jego ścieżkę? Gabrysia od dawna się domyśla, że Marianna odrzuca wiarę. Ale może właśnie dojrzała? Może zrozumiała, że bez Boga nie da się żyć? Bo w co innego wierzyć? A wierzyć w coś trzeba.
Gospodyni, jak zawsze latem, ma wiele obowiązków, ale sukienkę przed niedzielną wizytą w kościele na pewno dokończy - niech się panienka wystroi dla Niego.
I stroi się. Dla niego.
Długie godziny. Piątek i wciąż brak jakiejkolwiek wiadomości od Krysi. Zapomniała o przyjaciółce? Marianna bez zaproszenia teraz do niej nie pójdzie. Nic po sobie nie pokaże. A tamta pewnie już z Tadziem, nad Liwcem. Pikniki, zabawy. Bez Marianny?
W sobotę około południa pan Aleksander wraca z Kamieńczyka. Z pełnymi rękami sprawunków. Marianna rzuca z pozoru błahe pytanie:
- Co tam, papo, słychać we wsi, nie widział papa Krystyny?
I spada kamień z niezrozumiale zazdrosnego serca, bo Krysia z rodzicami i bratem w piątek rano wyjechała do ciotki, gdzieś pod Łochów. Na rodzinną uroczystość. Wracają dziś wieczorem.
- A pod domem doktora kolejka coraz dłuższa, będzie miał Adam pełne ręce roboty, jak wróci - martwi się pan Aleksander. - Ale ty bądź spokojna, córeczko. Jutro Krysię zobaczysz. Co ty na to, żeby doktorostwo zaprosić na niedzielny obiad?
A zatem Krysia wyjechała. Nie widziała Tadzia. Nie widziała tamtego. Byle jakoś dotrwać do niedzieli. Czemu ten czas tak się ciągnie?
Całą sobotę, już spokojniejsza, Marianna spędza nad coraz bardziej zajmującymi kartami Niebezpiecznych związków, co ojciec obserwuje z marsową miną. Oczywiście nie ma śmiałości, by wyperswadować córce czytanie perwersyjnej w jego mniemaniu literatury. Bo w jakie słowa ubrać niestosowność tej książki? To wyuzdanie, erotyzm kipiący między pozornie gładkimi zdaniami. Jak córkę odwieść od chęci poznania tabu? Niech sobie czyta. Byleby o nic nie pytała. Byleby mieć święty spokój.
I Marianna czyta. Czyta i rozmyśla. A nieuczesane myśli kłębią się jej w głowie.
Markiza de Merteuil, pani de Tourvel. Zło i dobro. Woda i ogień. Krysia i Tadek. Ona i ten Jasieński. Jak dwa bieguny.
Marianna czyta i naiwnie roi sobie, aby w niedzielę ujrzeć w oczach mężczyzny chociaż odrobinę hrabiowskiej żądzy. Och gdyby dobrotliwy papa wiedział, jakie jego córka ma czasami nieczyste myśli.
Ale ojciec nie przeczuwa...
W niedzielny poranek sukienka jest gotowa, brzeg obrąbiony i zaprasowany, a Marianna - co stanowi dość niezwykły obrazek - wyszykowana do wyjazdu przed wszystkimi pozostałymi mieszkańcami dworu. Po śniadaniu, podczas którego Michaś bez przerwy trajkocze siostrze do ucha, wyprowadzając ją tym z równowagi, dziewczyna idzie odwiedzić babkę - pani Leokadia nadal nie wstaje z łóżka. Podczas wizyty wnuczki wyraźnie nie ma siły ani ochoty na dłuższe rozmowy, więc spotkanie nie trwa długo. I dobrze. Mariannę interesują dzisiaj zgoła inne sprawy. Z trudem znosi ciągłe narzekania starszej pani. Że głowa, że zawroty, łupanie w kościach, duszności. A jeszcze gorzej, gdy dyskusja schodzi na temat jej wyjazdu do Warszawy, babka nie popiera studenckich planów Marianny. Uważa, że wnuczka i bez rozrywek, jakie ją czekają w mieście, jest zbyt rozpieszczona i swobodna. Jak to teraz mówią - wyzwolona. Pobyt poza domem na pewno jeszcze bardziej wypaczy kształtującą się i podatną na wpływy osobowość, a środowisko uniwersyteckie niechybnie zwiedzie dziewczynę na manowce.
Leokadia ma duszę jeszcze starszą niż ciało - Marianna nigdy równie leciwa nie będzie. To niemożliwe. Jak można tak egzystować: w czterech ścianach i wąskim konserwatywnym światopoglądzie? I nie oczekiwać od życia niczego więcej? Jak można myśleć, że wykształcenie szkodzi i tylko rodzinne wartości są drogą do szczęścia? Leokadia chciałaby, żeby Marianna czym prędzej się ustatkowała i została matką. Ale wnuczka nie ma takich planów. Chce mieć świat u swoich stóp. Świat, a nie dziecko uwieszone u spódnicy, u nogi. Jak ołowiana kula.
Ale babka dalej swoje - zakłada najgorsze scenariusze. Marianna na pewno w stolicy zada się z niewłaściwym towarzystwem, być może nawet, o tempora, o mores!, zszarga nazwisko. A chyba to nazwisko do czegoś zobowiązuje? Noblesse oblige...
Dziś taka umoralniająca pogadanka odbywa się w skróconej formie. Dziś starsza pani nie ma na nią siły. Marianna zaś nie ma ochoty.
Powóz zostaje podstawiony pod frontowe drzwi dworu. Ojciec, jak zwykle elegancki i szarmancki, pomaga wejść po schodkach przysadzistej Gabrieli, która mimo upału jak zawsze ubrana jest w czarną niedzielną suknię - ascetyczną w kroju. Ta niedzielna tym się tylko różni od pozostałych, że uszyta jest z ładnego jedwabiu. Pod stójką ma przypiętą niewielką złotą kameę. Niedużą, nierzucającą się w oczy, ale kunsztownie wykonaną. Skąd ją ma? Nigdy nie opowiadała Mariannie, jak weszła w posiadanie eleganckiego klejnotu, który jakoś do niej nie pasuje. Kolejna tajemnica?
Michał, jak co niedzielę, zostaje ubrany - nie bez protestów - w marynarską bluzę i krótkie białe spodenki. Żeglarz bez jachtu. Na nogi wkłada podkolanówki i niewygodne, acz wytworne czarne lakierki zapinane na sprzączkę. Trudno w nich biegać, ale bez przeszkód można klęczeć.
I Marianna - w nowej sukience. Zielonej w drobne białe groszki. W zielonym jej do twarzy. Złotomiedziane włosy płoną ogniem. W takie dni jak ten kapelusz jest nieodłącznym elementem stroju - słońce zbyt szybko obsypuje jej twarz piegami. Niezbyt głęboki dekolt odsłania alabastrową, niemal przejrzystą skórę. Młodą i gładką. Na nogach - mimo upału - ma cieniutkie pończochy, do tego czółenka na niewielkim obcasie. Gabrysi się nie podobają: Nie wypada do kościoła chodzić na obcasach. Do tego odrobina różu na policzkach. Gospodyni widzi tylko to, co chce zobaczyć, więc dobrodusznie chwali podopieczną:
- Tak zdrowo dziś wyglądasz, Marianno.
Są gotowi. Odświętni. Jadą. Gabriela - na spotkanie z Bogiem. Pan Aleksander - na spotkanie z sąsiadami. Marianna - na spotkanie z pragnieniami.
Do kościoła leżącego zaledwie półtora kilometra od dworu Boruckich najkrótsza droga wiedzie przez obsadzoną drzewami aleję wśród pól, później wzdłuż niskiego, sosnowego zagajnika. Na końcu zaś przez rozległe łąki, które niczym zielony dywan ciągną się wzdłuż meandrującej rzeki. Rozgrzane powietrze niesie charakterystyczny zapach sitowia i wilgotnych bagnistych łęgów, które ciągną się kilometrami wzdłuż wód Liwca. Gdzieś nad głowami jadących słychać konkurencyjne trele dwóch słowików, które skarżą się na upał.
Dojeżdżają szybko i zatrzymują się przed otynkowanym na biało klasycystycznym budynkiem plebanii. Stąd, już na piechotę, ruszają do głównych drzwi kościoła.
Gdy przekraczają próg świątyni, ławy są już pełne parafian. Najmniejszy szelest roznosi się przepraszającym echem. Marianna nie ma w zwyczaju się rozglądać, gdy wchodzi do środka. Nie ma tu nic ciekawego, nic nowego, nic, co choćby odrobinę tchnęłoby świeżością. Ściany są zwieńczone tymi samymi obrazami, słońce niezmiennie pada przez witrażowe okienka przedstawiające mękę Pańską, ukrzyżowaniem, zmartwychwstaniem. W kolorowym świetle szkiełek widzi te same od lat znużone twarze, które - jak to bywa w małych, hermetycznych środowiskach - zna na pamięć.
Ci lepsi, którym udało się wyjść z łona dobrze urodzonych matek, i ci, którzy zapłacili, by poczuć się lepszymi, siedzą w ławach. Gorsi, którym ani fortuna, ani biologia nie sprzyjają, muszą stać. Zarówno wśród jednych, jak i drugich część jest zatopiona w głębokiej modlitwie, a część wspaniale udaje - pewnie nawet przed sobą - żarliwą wiarę. Marianna nie potrafi ich rozróżnić, jest na to jeszcze za młoda, ale już na tyle dojrzała, że wie, iż część tych uduchowionych twarzy tylko maski. I ona swoją maskę przywdziewa. Bo tak należy. Bo ktoś dawno temu, gdy jeszcze nie miała prawa głosu, polał jej główkę wodą święconą nad chrzcielnicą i rozpisał rolę, którą należy dobrze odgrywać, żeby nie zostać wyrzuconym z teatru. Teatru, który jest wiekową instytucją, który wystawia spektakle od niemal dwóch tysięcy lat.
Marianna macza palce w kropielnicy. Ostrożnie klęka - byle nie podrzeć pończoch - i robi znak krzyża. Podnosi się i rusza do przodu, po drodze łapie jedno porozumiewawcze spojrzenie: wzrok Krystyny. Ona wie, co czuje Marianna. Akceptuje jej niewiarę, chociaż jej nie rozumie. Piękna chrześcijańska postawa. Bo Krysia nie gra. Ona wierzy prawdziwie.
Na twarzy Marianny rysuje się wyraz skupienia i zadumy - ojciec i Gabriela będą usatysfakcjonowani. Co z tego, że ona w głębi serca nic sobie z tych rytuałów nie robi, ot, tradycja. Tego od niej wymagają. Niech wierzą, że wierzy. Chociaż jej nie obchodzi kazanie. To tylko coniedzielny, nic w jej duchowość niewnoszący obowiązek. Jałowa godzina spędzona na błądzeniu myślami daleko od chłodnych neogotyckich murów.
Krystyna siedzi z matką, ojcem oraz starszym bratem w ławie blisko ołtarza. Gdy Marianna ja mija, zauważa, że przyjaciółka dyskretnie spogląda na lewo od głównej nawy. Marianna podąża za jej wzrokiem i z morza znajomych głów wyłuskuje te dwie nowe, które powinny się tam dziś znaleźć. Jedną tak jasną, że niemal białą - jakże Tadek wydoroślał przez ostatnie dwa lata, gdy tu nie był, jest chyba jeszcze przystojniejszy niż dawniej - i tę drugą, czarną, dziś bez studenckiej czapki.
To on!
W kościele panuje przyjemny chłód, ale Mariannie robi się gorąco. Zygmunt Jasieński. Zygmunt. To oczywiste: nie mógłby się nazywać inaczej. Jest w nim coś równie dostojnego co w brzmieniu jego imienia. Królewskie imię.
Marianna nieznacznie przechyla głowę w stronę mężczyzn. Niepostrzeżenie, tak, by nikt nie zauważył. Jej spojrzenie krzyżuje się ze spojrzeniem Tadzia.
Na twarz znajomego wypływa uśmiech. W oczach ma dawny, łobuzerski błysk. On chyba także dostrzega zmiany, jakie zaszły w Mariannie przez ostatnie lata, dostrzega w niej kobietę, bo, jakby jej nie poznawał, z niedowierzaniem mruży oczy. Schyla głowę w pozdrowieniu.
Mimo zażenowania Marianna odwzajemnia ukłon. A wtedy towarzysz Tadzia odwraca głowę w jej stronę. Patrzy na dziewczynę, jakby szukał w pamięci odpowiedzi na pytanie, gdzie już ją spotkał. A potem jej się kłania. Ona szybko zwraca twarz ku ołtarzowi. I jest pewna, że Zygmunt ją poznał.
Czuje, jak palą ją policzki - zupełnie jak wtedy na ulicy.
Dzwonek niesiony przez małego chłopca w komży zaczyna śpiewać - dźwięk przypomina uderzenia drobnego deszczu o szybę - odrywając Mariannę od zakazanych myśli. Ksiądz Piotrowski wychodzi z zakrystii. Wszyscy wstają - szmer setki stóp przerywa ciszę, łączy się pod półkolistym zwieńczeniem sufitu z pierwszymi dźwiękami organów. Marianna też podnosi się z miejsca. Bezwiednie, walcząc ze sobą, by znowu nie spojrzeć w stronę mężczyzny. Musi zachować spokój. Nie może okazać emocji. Czuje ramię ojca przy swoim ramieniu - będzie grzecznie udawać, że jest skupiona na kazaniu. Usiąść, wstać, uklęknąć, przeżegnać się, usiąść, wstać, uklęknąć, przeżegnać się - amen.
On chyba na nią zerka. Marianna widzi to kątem oka. Ruch głowy. Jest pewna. Czuje.
Ksiądz monotonnie czyta słowa Ewangelii, a potem wygłasza kazanie po łacinie. Dopiero później, już po polsku, mówi o patriotyzmie, zjednoczeniu, o obronie, bo wojna blisko, Polskę znowu czeka wielka próba, bo wróg u bram.
Wróg Marianny także czeka u bram, siedzi w ławie kilka metrów dalej. Ale ona nie zamierza się przed nim bronić.
- ...I gdy ojczyzna wzywa, należy jej bronić. Jak cnoty, jak wiary ojców, jak nadziei na wolność, której Polska zaznaje od niedawna...
Czemu ta msza musi tak długo trwać? Niczym boska wieczność? Ktoś szepcze do niej z prawej strony. To Gabrysia.
- Marianno, idziesz?
Kobieta wychodzi z ławki i pytająco zerka w kierunku dziewczyny.
Marianna kręci głową. Po co miałaby się spowiadać? Czy to grzech, że nie wierzy w to, co inni, w to, co Gabrysia? Kobieta odchodzi na bok sama, czekając spokojnie na swoją kolej, by zostawić winy w konfesjonale.
Młody kleryk za kratami, które mają dać złudzenie anonimowości, wysłucha jej grzechów z wypiekami na twarzy, z nieczystymi myślami, mokrymi dłońmi wygładzi stułę. A później zabierze jej grzechy, jej myśli kosmate i niecne uczynki. Zaniesie je do Boga albo odda w niepowołane ręce. I cyk, i odpuszczone. Poproś tylko, służebnico, by Pan ci przebaczył, a On wszystko odpuści. A potem znowu zgrzesz, uklęknij, opowiedz mi o tym, przyznaj się, posyp głowę popiołem i jeszcze raz, i jeszcze. Ja ci zawsze wszystko!
Msza trwa i trwa. Marianna skupia się na kolejnych czynnościach. Jak przy gimnastyce - byle tylko nie myśleć o tamtych oczach.
Powietrze aż pod sam wysoki strop przepełniają usypiający głos księdza Piotrowskiego i zapach spoconych ciał oraz naftaliny z odświętnych ubrań.
- Mysterium fidei....
Oto wielka tajemnica wiary. Jak to długo dzisiaj trwa. Bez końca.
- Libera nos, quaesumus, Domine...
Wybaw nas, Panie, od zła wszelkiego... Jaki on przystojny.
- Accipite et manducate ex hoc omnes: hoc est enim Corpus Meum...
Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem Ciało Moje... Jak smakują jego usta?
- Offerte vobis pacem.
Przekażcie sobie znak pokoju... Tak, by poczuć jego dotyk na skórze.
Głosy z chóru i metaliczny dźwięk organów wyrywają Mariannę z zamyślenia. Zbawienie nadeszło - koniec mszy.
Wszyscy powoli wychodzą ze swoich ławek i suną w stronę snopu światła wlewającego się do kościoła przez wysokie drzwi. Zapach murów, świec i ten charakterystyczny, dębowych ław... Woń starości przeplata się z zapachem spoconych ciał, brud ze świętobliwą czystością. Ustępują miejsca równie drażniącym oparom rozgrzanej ziemi, suchej trawy i kwaśnego drewna, z którego zbudowano większe i mniejsze, bogate i ubogie chałupy stojące przy drodze do kościoła.
W tłumie gdzieś giną jasna i ciemna głowa, a Mariannę łapie za rękę Krystyna. Dopiero gdy są na zewnątrz i znowu przygniata je pierzyna upału, Marianna uśmiecha się do przyjaciółki. Stają z boku, by dopełnić niedzielnego rytuału - po mszy należy odbyć krótką pogawędkę z sąsiadami, chłopami, księdzem. A czasem także z jakąś licho ubraną starą kobietą, której przedwcześnie zmarł syn pracujący u jaśnie pana, a która nie ma teraz za co żyć.
Te rozmowy zawsze są krótkie i wyglądają podobnie.
- Pan się ulituje i wspomoże samotną matkę - mówi ona.
A pan oczywiście się lituje, albowiem, po pierwsze, znajduje się pod kościołem, a tu nie wypada w swej wielkoduszności i bogobojności odmawiać pomocy bliźniemu. A po wtóre, czeka na niego wspaniały niedzielny obiad, którego na pewno nie da się przejeść.
- Przyjdź, dobra kobieto, dziś po południu do dworu, to dostaniecie trochę jedzenia - odpowiada więc dobrotliwie pan.
- Bóg zapłać, jaśnie wielmożny panie. Bóg zapłać.
Dzieci biegają pomiędzy rozmawiającymi grupkami dorosłych. Dookoła śmiechy. Krystyna nachyla się do ucha przyjaciółki.
- Ładna sukienka. Nowa? - Mruga porozumiewawczo.
- Daj spokój.
Krystyna jednak nie odpuszcza.
- Specjalna okazja, co?
- Nie wiem, o czym mówisz. - Mariannę irytuje jej zachowanie. Mogłaby już porzucić pensjonarskie zwyczaje.
- Pan Tadeusz bardzo się zmienił. Taki jest poważny. Nie uważasz?
- Od kiedy mówisz o nim "pan Tadeusz"? - Marianna wreszcie się rozchmurza. Uśmiecha się nieznacznie.
- No wiesz? Dwa lata temu byliśmy jeszcze dziećmi. Ale teraz... nie miałabym chyba śmiałości mówić mu na "ty".
Marianna zamyśla się nad słowami przyjaciółki - czy rzeczywiście wszystko się zmieniło przez te dwa lata? Czy już są dorośli?
- I co sądzisz o jego przyjacielu? - ciągnie Krystyna. - Według mnie to bez dwóch zdań tamten z Nowego Światu.
Oczywiście, że to on. Jak w ogóle można mieć wątpliwości? Czy tylko Marianna tak głęboko zajrzała wówczas w jasne oczy, że nie mogłaby ich pomylić z żadnymi innymi?
- Sama nie wiem. Może masz rację - rzuca najbardziej obojętnym tonem, na jaki ją stać, chociaż wszystkie nerwy w ciele ma napięte do granic. W głowie jej się kreci z emocji. Zaraz na pewno znowu go zobaczy. - Chociaż wydaje mi się jednak, że...
Wyraz twarzy Krystyny się zmienia. Odsuwa się od przyjaciółki i lekko dyga. Marianna odwraca się za jej wzrokiem.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - mówi swoim monotonnym głosem ksiądz Piotrowski, po czym odsuwa się na bok. Tuż za nim stoi dwóch młodych mężczyzn. Ksiądz wskazuje gładką, nienawykłą do pracy dłonią w ich kierunku. - Panowie koniecznie chcieli się z panienkami przywitać. Tadeusza, mojego nieznośnego siostrzeńca, już panny znają...
- Wuju. - Tadek nazwany dobrotliwie "nieznośnym" przerywa proboszczowi i z udawanym oburzeniem uśmiecha się szeroko. Kłania się Mariannie i Krystynie. - Witam szanowne panie.
Panie dygają, jak je nauczono w ich dobrych domach.
- Widzicie go! Jaki z niego galant! - Ksiądz z pobłażliwym uśmiechem kręci głową, po czym odwraca oczy od błazeńsko uśmiechniętego siostrzeńca w stronę jego towarzysza. - Poznajcie, dziewczęta, przyjaciela Tadeusza i mojego gościa, pana Zygmunta Jasieńskiego.
Wywołany do tablicy nieznacznie schyla głowę, nie spuszczając jednak wzroku z nowo poznanych kobiet. A właściwie z Marianny. Tylko z niej. Czy inni też to widzą? Czy tylko jej się wydaje, że połączyła ich jakaś niewidzialna nić? Cały świat wokół na chwile zamiera. Marianna nie dostrzega już nikogo innego: Krysi, Tadeusza, księdza Piotrowskiego, tłumu ludzi pod kościołem, biegających wokół dzieciaków. Jest tylko on.
Głos księdza przecina ciszę jak nożem:
- Pozwól, mój drogi, że ci przedstawię... Panna Krystyna Wieruszewska.
- Już poznałem pannę Krystynę. - Głos Jasieńskiego jest niski, chropowaty. Mężczyzna uśmiecha się do dziewczyny. - Opatrywała mnie. - Na potwierdzenie wyciąga dłoń, wciąż owiniętą bandażem.
- Ach tak. - Ksiądz dotyka dłonią czoła. - Przecież wy już się poznaliście, chociaż w okolicznościach niezbyt sprzyjających. - Przenosi wzrok na Mariannę. - A to panna Marianna Borucka.
Zygmunt ponownie pochyla głowę.
Może zaraz powie, że ją też wcześniej poznał, że wtedy na Nowym Świecie, w progu kawiarni Bliklego, że zielony sweter...
- Miło mi panią poznać - mówi tylko.
Chociaż jego spojrzenie - a może Mariannie tylko się wydaje - wyraża o wiele więcej.
Ksiądz Piotrowski, jakby z ulgą, że wzajemną prezentację młodych ludzi ma już za sobą, zadanie wykonane, grzecznie przeprasza towarzystwo i kieruje się ku ojcu Marianny, który z uśmiechem deliberuje o czymś z doktorostwem kilkanaście metrów dalej.
Tadziowi usta się nie zamykają. Może jednak nie zmienił się aż tak bardzo, jak się Mariannie i Krysi wydaje. Opowiada o studiach i że tęsknił za wsią: poprzednie wakacje spędzał na stażu w jednym ze stołecznych szpitali - praca okropna, sprzątanie sal, opróżnianie kaczek - ale każdy przyszły lekarz od tego zaczyna. Za to w tym roku prawdziwe kanikuły. I jak to miło, że mógł ponownie spotkać miłe "panie".
Krysia chyba się czerwieni. Ale Tadeusz także jest rozemocjonowany bardziej, niż wypada. A może oni naprawdę mają się ku sobie?
Na tę myśl Mariannie robi się dziwnie miękko. Jej kochana, dobra Krysia straciła głowę. Głowę, którą wolałaby pewnie położyć pod topór, niż żeby świat się dowiedział, co czuje do tego wesołego młodego człowieka. A Tadeusz? Niby uśmiecha się do nich obu, ale czy ten uśmiech nie jest skierowany wyłącznie do przyjaciółki Marianny? A gdyby tak los rzeczywiście ich połączył? Czy nie byłaby to piękna historia? Dwoje młodych lekarzy, dwa serca, jedno marzenie.
Rozmowa płynnie przechodzi na kolejne tematy. Dyskutują o banałach, a rzeczy ważne ubierają w słowa tak, by nie stały się zbyt zasadnicze. Trwają wakacje, upalne lato. Nie należy być zbyt serio. Wszystko powinno być lekkie, powierzchowne, słodkie i ulotne. Studia, egzaminy maturalne, miesiące spędzone nad łaciną, francuskim, historią, praca - dziś to wszystko bez znaczenia. Może urządzą jakąś wspólną przejażdżkę konną, gdy tylko Zygmuntowi zagoi się ręka? A może piknik nad Liwcem albo wycieczkę łódką w górę rzeki - ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal. Wypad do miasta, do kina? Jakiś wieczór rozmarzony przy muzyce z gramofonu? Plany, słońce, zabawa...
Marianna słucha w skupieniu. Uśmiecha się. Zygmunt też, chociaż dziewczynie się wydaje, jakby trochę z góry patrzył na wesołą tyradę przyjaciela. Jest odrobinę zdystansowany, ale próbuje to ukryć. Jego entuzjazm jest tylko odbiciem porywów Tadeusza. Jednak całkiem nieźle gra. Wiejskie powietrze, wiejskie panny z dobrych domów - nawet tu można przyjemnie spędzić czas - łono przyrody, brak obowiązków.
Jasieński się uśmiecha, wtrąca jakieś żartobliwe uwagi do wypowiedzi przyjaciela. Może jest trochę cyniczny, lecz starannie ukrywa, że czuje wyższość nad zebranymi. Jest wyniosły, ale w akceptowalny sposób, to normalne, gdy ludzie rozmawiają ze sobą po raz pierwszy. Chłód można zrzucić na karb zawstydzenia.
Dyskusja schodzi na niefortunny wypadek konny - nic poważnego.
- Zygi jest świetnym jeźdźcem, mogą mi panie wierzyć, ale ten koń wuja, Mefisto, to naprawdę jakiś szatański pierwiastek w jego uświęconym gospodarstwie. Piękny, ale nie do okiełznania.
- Nie ma rzeczy nie do okiełznania, mój drogi - wtrąca kwaśno przyjaciel, choć nie patrzy przy tym na Tadzia. Patrzy na Mariannę. - I następnym razem na pewno poradzę sobie z tym koniem lepiej. Po prostu zaskoczyło mnie, jak bardzo jest narowisty. A na pierwszy rzut oka nie wyglądał. Ot, wiejska chabeta.
Marianna zastanawia się nad dwuznacznością słów Jasieńskiego, ale mówi tylko:
- Dobrze, że nic się panu nie stało.
On ignoruje jej uwagę, przenosi wzrok na Krystynę.
- I dobrze, że trafiłem na tak miłą sanitariuszkę. Pewnie gdyby nie pani, wykrwawiłbym się na śmierć.
- Proszę nie żartować - obrusza się Krysia, chociaż wcale nie wygląda na zagniewaną.
Komplement sprawia jej przyjemność. Jasieński trafia w czuły punkt. Doktor Krystyna Wieruszewska. Jeszcze tylko kilka lat.
- Rana ani trochę nie była groźna i każdy by sobie poradził z jej opatrzeniem - dodaje skromnie dziewczyna.
- Ale pani ma w sobie powołanie i taki rodzaj empatii, który pacjent od razu wyczuwa. Dobrze, że wybrała pani medycynę.
- O, ja też czuję, że będę miał podejście do pacjentów - wtrąca Tadek, niezadowolony, że zszedł na dalszy plan.
- Ty, mój drogi, będziesz prawdopodobnie wybitnym rzemieślnikiem w tym zawodzie. - Śmieje się Zygmunt, widząc minę przyjaciela. - A pani Krystyna ma po prostu dar.
- A ty, Zygmuncie - pyta z przekąsem Tadeusz - będziesz wirtuozem czy tylko drugimi skrzypcami w palestrze?
- Nie mnie to oceniać - odpowiada jego przyjaciel zupełnie już poważnie.
Marianna ciężko przełyka ślinę. A więc Krystyna miała rację. Ta czapka z emblematem... Zygmunt Jasieński rzeczywiście studiuje prawo.
- Pan jest prawnikiem? - pyta nieco rozdrażnionym tonem.
Mężczyzna spogląda na nią. Mruży oczy.
- Jeszcze nie do końca. Właśnie skończyłem studia, ale zamierzam się jeszcze doktoryzować. Najbliższe lata pewnie spędzę na uczelni.
Marianna blednie. Czy to możliwe?
Tadeusz chyba dostrzega jej reakcję, bo jego usta rozciągają się w szerokim uśmiechu:
- No właśnie! Ależ zbieg okoliczności. Poznaj, drogi Zygmuncie, swoją pierwszą studentkę. - Wskazuje na Mariannę. - Wuj mi mówił, że dostała się pani na ten zacny kierunek. Przy okazji gratuluję. No i serdecznie współczuję takiego wykładowcy jak Zygi. Jest doprawdy okropnie wymagający.
Krysia w przeciwieństwie do przyjaciółki nie wygląda na zmartwioną niezwykłą informacją.
- Och, czy to nie wspaniale?! - cieszy się. - W te wakacje nie zabraknie nam tematów do rozmów. Prawo i medycyna. Cudownie się składa, prawda, Marie?
Marianna nie widzi nic cudownego w tym zbiegu okoliczności. Uśmiecha się, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo zmartwiła ją ta wiadomość. On jej wykładowcą? Wymagającym? Być może pod warstwą kurtuazyjnej serdeczności kryje się despota? Piękny despota. Jakże to się wszystko komplikuje.
Jasieński posyła jej uśmiech, w którym nie ma grama wesołości.
Jest coraz cieplej. Sukienka - taka ładna, usiana infantylnymi groszkami - coraz mocniej lepi się do ciała Marianny. Niech ta rozmowa już się skończy. Usta dziewczyny także rozciągają się w grymasie uśmiechu. Nie chce, by ktokolwiek dostrzegł, że w jej sercu szaleje burza. Ma już dość emocji na dziś. Niech wszyscy pójdą do domu albo jeszcze lepiej - do diabła.
Do młodych ludzi podchodzi kobieta w jasnej sukience i kapeluszu z dużym rondem, który rzuca cień na oczy - takie same jak Krystyny - i te same co u córki usta; tyle że u pani doktorowej uśmiech nie sprawia, że wygląda na szczęśliwą, jest w nim coś sztucznego, gorzkiego. Wieruszewska z pozoru jest miła. Bardzo miła i sympatyczna. A zarazem bardzo zdystansowana i chłodna. Skupiona na sobie. I na dzieciach - a właściwie na jednym z nich.
- Mamo, poznałaś już pewnie panów Tadeusza Muszyńskiego i Zygmunta Jasieńskiego.
Mężczyźni się kłaniają.
- Pani doktorowo...
Kobieta uprzejmie kiwa głową.
- Dzień dobry. Słyszałam, że spędzą panowie wakacje u księdza dobrodzieja. Zapraszam któregoś dnia do nas na obiad. - Znowu grymas uśmiechu. - Muszę tymczasem porwać panom towarzyszki.
Ponownie ukłony.
- Do widzenia, do zobaczenia.
Tłum pod kościołem powoli rzednie. Grupki się rozchodzą, dzieci - zmęczone wreszcie upałem - przestają biegać jak szalone, powozy podjeżdżają przed bramę kościoła.
- Dziewczynki, będziecie mogły porozmawiać przy obiedzie - mówi pan Aleksander, widząc zbliżającą się doktorową wraz z Krystyną i Marianną. - Państwo doktorostwo przyjęli moje zaproszenie na obiad.
Marianna lubi niedzielne wizyty gości w ich domu. Lubi gwar. Dziś jednak wolałaby zaszyć się w swoim pokoju i pomyśleć o Jasieńskim.
***
Poniedziałek. Upał i nuda. Marianna co chwilę wchodzi do kuchni po kolejną porcję lemoniady, a Zosia wytrwale przynosi panience lodu z piwnicy, która kryje się pod kuchenną podłogą. Przy dźwiganiu ciężkiego drewnianego włazu służąca za każdym razem wymownie stęka, poci się. Ostatnio nieco przybrała na wadze, a jej młoda, ładna dotąd twarz pod wpływem upału wydaje się chorobliwie opuchnięta. Cienkie, mysie włosy przyklejają się do bezkształtnych policzków.
Mariannę irytuje widok zmęczenia bijący od dziewczyny. Coś ją drażni jej w ociężałych ruchach. W sposobie, w jaki niezgrabie człapie na dół po kolejną i kolejną porcję kawałków lodu wybitych dżaganem z zimnej bryły. Ale bez litości prosi o jeszcze i jeszcze... A potem łapczywie gasi pragnienie, chociaż dziś lód wcale nie przynosi ukojenia, gdyż żar wcale nie ma źródła na zewnątrz. Tkwi w niej. Trawi ją od środka. Wywołuje niepokój i trudne do zniesienia zniecierpliwienie - młodość nie znosi spokoju, stagnacji. Marianna ma wrażenie, jakby żyła w ciągłym oczekiwaniu. Na miłość. Na dorosłość, by skończyły się wakacje i by się nie kończyły. Bezustannie czeka.
Po południu ojciec zabiera Michała do stajni, Gabriela, korzystając ze słonecznej pogody, zarządza pranie. Nadzoruje je - żeby tylko praczki nie powyciągały szydełkowych firanek, żeby dobrze je wybieliły. Więc na tyłach domu misternie przypina biały ażur szpilkami do dużych płaszczyzn papieru rozłożonego na trawie. Wygląda to tak, jakby spadł śnieg. Ale w duszy Marianny nie ma śladu zimy.
Czeka na wiadomość. Na znak. Przecież on też z pewnością chce ją zobaczyć. Na pewno. Widziała to w jego oczach.
Z utęsknieniem patrzy przez otwarte okno w kierunku drogi. Ciągłe brzęczenie owadów nie pozwala jej na niczym się skupić. Jest tylko ta droga. Kurz unoszący się nad nią. I oczekiwanie na informację, która przecież musi wkrótce nadejść.
Chodź do mnie - to jedno zdanie przepływa jej przez głowę jak mantra. Wypowiada je bezgłośnie, chociaż ma wrażenie, że słowa niosą się nad polami, porwane przez rozgrzane powietrze. Płyną ponad traktem i docierają przez przymknięte okiennice wprost do pokoju gościnnego w budynku plebanii. Marianna widzi pod wpółprzymkniętymi powiekami, widzi, jak Jasieński leży na otomanie, powoli odkłada książkę, podchodzi do okna, rozchyla na oścież skrzydła okiennic. I słucha. Słucha jej nawoływania.
Marianna dalej czeka, ale wie, że nie na marne.
Kłęby kurzu wzbijają się nad drogą. Przez drzewa rosnące wzdłuż alei nie widać, kto dosiada konia. Jednak Marianna wie, że to nie będzie on. Nie wypada mu tak bez zapowiedzi odwiedzać obcego domu. Kto zatem przyniesie wiadomość?
To koń ze stajni doktora Wieruszewskiego. Srokaty. Ma tak charakterystyczne umaszczenie, że dziewczyna rozpoznaje go pomimo odległości. Jeździec się zbliża. Wysoki blondyn. Szczupły. Twarz równie anielska jak u Krysi.
Marianna podrywa się z miejsca. Chce pierwsza przywitać Stefana. Wybiega przed dom, w momencie gdy młody człowiek zeskakuje z siodła.
- Witaj, Marianno. - Ma ten sam ciepły ton głosu co młodsza siostra. I tę samą łagodność ruchów, łagodność usposobienia.
Brat Krystyny zawsze wydawał się Mariannie miły, ale nijaki. Dobry, ale nudny. Interesuje się rolnictwem, uprawami, plonami, nowoczesną techniką agrarną. Rodzice powinni być raczej dumni z planów naukowych córki, a jednak to Stefan zajmuje pierwsze miejsce w ich sercu. Krysia to tylko dziewczynka. Mądra dziewczynka, ale płeć stawia ją w uczuciowej hierarchii rodziców na drugim miejscu.
Marianna wita gościa, tak jak ją nauczono. Kulturalnie, z uśmiechem. Zaprasza do środka.
- Ojciec z Michałem są w stajni - zagaja rozmowę.
Wie, że Stefanowi bardziej zależy na spotkaniu z panem Boruckim niż z nią. Zawsze mają sobie tyle do powiedzenia. Pan Aleksander bardzo lubi syna swoich przyjaciół. Widzi w nim bratnią duszę. Zawsze o nużących rolniczych sprawach rozprawiają, jakby to były zagadnienia co najmniej filozoficzne. Mariannę niespecjalnie te kwestie obchodzą, więc niewiele ma ze Stefciem tematów do rozmów. Jest młodsza od niego o osiem lat. On już nie jest chłopcem. Jest mężczyzną. Ona dopiero ma się stać kobietą. O czym mieliby rozmawiać? Ale ich relacje są poprawne. Nie wylewne, ale serdeczne.
Prowadzi gościa do saloniku. Woła Zosię. Dziewczyna przynosi dodatkową szklankę, dodatkowy lód.
Młody człowiek upija łyk lemoniady. Uśmiecha się do Marianny.
- Mam sprawę do pana Aleksandra, ale gdy się Krysia dowiedziała, że się do was wybieram, poprosiła, żebym przekazał ci list.
Wręcza Mariannie niewielką kopertę. Opróżnia szklankę i wstaje. Jego rola posłańca dziecięcych ploteczek dobiegła końca. Koniec głupot. Czas na poważne rozmowy o poważnych sprawach.
Marianna podaje mu dłoń. Dziękuje za przesyłkę i odprowadza do drzwi. Mężczyzna łapie konia za uzdę i odchodzi w stronę zabudowań gospodarskich, oddzielonych od domu wysokim murem dawno przekwitłych bzów.
List pali ją w rękę, ale Marianna z uśmiechem odprowadza wzrokiem gościa, póki ten nie zniknie jej z pola widzenia.
Nie wchodzi nawet do domu, na ganku niecierpliwie rozrywa kopertę. W środku znajduje krótka wiadomość skreślona drobnym pismem Krystyny.
Czy miałabyś ochotę na piknik nad rzeką? Na pewno! Jutro po śniadaniu przyjedziemy po Ciebie.
My?
Pan Tadeusz ze swoim przyjacielem wezmą bryczkę od księdza Piotrowskiego. Poproś koniecznie ojca o zgodę. Chyba nie będzie miał nic przeciwko? Bądź gotowa o dziesiątej. Twoja Krysia.
Szeroki uśmiech wypływa na twarz Marianny. Wiedziała! Wiedziała, że to lato będzie inne. Wyjątkowe.
Prawie nie dotykając nogami ziemi, biegnie na tyły domu. Dwie dziewczyny najęte do prania, niewiele starsze od niej, schylone nad baliami pełnymi mydlin, z kropelkami potu na czole, energicznie trą na tarze białe prześcieradła. Zośka donosi z domu kolejne porcje bielizny. Gabriela, schylona nad firanką, walczy z każdą niteczką, by koronkowe sploty zachowały kształt.
Na widok rozpromienionej Marianny z wyraźnym trudem podnosi się znad rozpostartych na ziemi firanek. Rozciera obolałe kolana.
- A co panna Marianna taka wesoła? - pyta i również się uśmiecha. Kocha tę dziewczynę jak własną córkę.
- Gabrysiu! Jutro wybieram się na piknik z Krystyną.
- Sama? Z panną Krysią? - Gospodyni z powątpiewaniem przygląda się zarumienionej twarzy wychowanki. Wie, że wraz z wakacyjną wizytą Tadeusza u wuja także w ich domu zagości więcej letnich rozrywek.
- Ależ naturalnie, że nie tylko z Krysią. Pan Tadzio nas zaprasza. - Marianna nie wymieni imienia tamtego, bo po co. Jego jutrzejsza obecność rozumie się sama przez się.
Gabriela ciszy się szczęściem Marianny. Niech się młodzi bawią. Pan Tadzio to porządny chłopak. Siostrzeniec księdza. Nie może być inaczej.
- Przygotuję wam coś na tę wyprawę - mówi. - Możesz być spokojna. A ojciec już wie?
- Och, tatko na pewno nie będzie miał nic przeciwko - rzuca ze zniecierpliwieniem Marianna, bo czy kiedykolwiek ojciec czegoś jej odmówił?
Nie odmawia i tym razem.
Kiedy podczas podwieczorku Marianna prosi go o zgodę na jutrzejszą wycieczkę, pan Aleksander bez sprzeciwu się zgadza.
- To wspaniały pomysł - przyznaje. - Pogoda doskonała. Ale... Mam w takim razie prośbę do ciebie, córciu. Spędziłabyś dziś resztę dnia z babcią Leokadią? Ona ciągle sama siedzi. Gabrysia ma teraz inne zajęcia.
***
Okna pokoju babki Leokadii wychodzą na wschód. Promienie po południu już tu nie docierają. Upał wydaje się bardziej znośny. Panuje nawet delikatny chłód - chociaż Marianna ma wrażenie, że nie wywołuje go wcale brak słońca.
Starsza pani ma kredowobiałą twarz, a jej dłonie pokrywa siateczka grubych żył. Długie, rzadkie, zupełnie siwe włosy upięte ma według mody, która dawno przeminęła. Ciemna suknia obleka nazbyt chude ciało. Babka, kiedyś naprawdę piękna kobieta, zawsze była przesadnie szczupła - całe życie o to bardzo dbała - jednak teraz, kiedy starość odebrała ciału sprężystość, jej figura przywodzi Mariannie na myśl pusty worek po mące.
Pokój wypełnia wiele pamiątek. Stare zdjęcia. Obrazy tych, którzy dawno temu odeszli. Bibeloty, wiekowe dywany - smutne świadectwo przemijania. W powietrzu czuć chorobę i starość. Jej charakterystycznego zapachu nie da się zmyć z ciała, wnika w ściany, wżera się w tapety, zasłony, przesyca powietrze. Nie są go w stanie zabić nawet konwaliowe perfumy.
Marianna wchodzi z tacą, na której Gabriela ustawiła talerzyki z podwieczorkiem, filiżanki, dzbanek z herbatą, ale dziewczyna wie, że mimo jej namowy babka nie tknie ciasta. Tak jakby jego słodycz mogła za bardzo wypełnić wysuszone ciało. Jakby mogła przesadnie nasycić je życiem, a starsza pani już chyba nie ma ochoty go sobie wydłużać. Nie ma już ochoty na nic. Na tę wizytę wnuczki również nie. Wie, że Marianna za nią nie przepada, i sama również nie pała do niej sympatią. Krnąbrna dziewczyna, której się wydaje, że dzięki studiom może się równać z mężczyznami. A do tego przecież nigdy nie dojdzie. I na co jej ta nauka, ta wiedza? Kto chciałby się radzić kobiety prawnika? Niedorzeczne. Poza tym wiedza otwiera oczy, pozwala zbyt wiele zrozumieć. Lepiej być ptaszkiem urodzonym w klatce i pozostać w niej przez całe życie. Tak jak Leokadia - ona wiedziała, gdzie jest jej miejsce, i nigdy nie rozpaczała za tym, co nieosiągalne. Lubiła swoje więzienie, w którym sama wstawiła niewidzialne kraty. Czuła się w nim bezpieczna. Znała swój los i powołanie: być matką i poświęcić się rodzinie.
Świat od zawsze należy do mężczyzn, więc jej serce należy tylko do Aleksandra i Michała. Szczególnie do wnuka. To on zaniesie jej nazwisko dalej. Cóż może dziewczynka? Cóż one, kobiety, znaczą? Marianna też nie znaczy wiele, chociaż na razie próbuje z tym walczyć. Dla prawdziwej Polki istnieją tylko Bóg, Rodzina i Ojczyzna. Dla kobiety nie ma ucieczki, nie ma alternatywy. Im wcześniej wnuczka to pojmie, tym mniej zaboli ją rozczarowanie.
Marianna siada vis-a-vis szezlongu, na którym poleguje babka. Nalewa herbaty, podaje ciasto. Starsza pani trzyma talerzyk w rachitycznej dłoni usianej ciemnymi plamami. Nawet lata noszenia rękawiczek nie ochroniły ich przed nieubłagalnym upływem czasu, przed biologią.
Kobieta dziobie srebrnym widelczykiem świeżo upieczone owocowe ciasto, aż ze środka wypływa strużka czerwonego syropu. Rozdarte ciasto krwawi.
- Lepiej się dziś babcia czuje? - pyta kurtuazyjnie Marianna, bo cisza w pokoju ja męczy.
- Czuję się okropnie. I jeszcze ten upał.
Na talerzu rośnie góra krwawych okruszków, z których żaden nie trafia do zaciśniętych, przywiędłych ust.
- Nigdy nic dobrego z takiej pogody się nie rodzi - ciągnie Leokadia.
- Mówi babcia o plonach?
- Mówię o wojnie.
Marianna unosi wzrok znad swojego, niemal pustego już, talerzyka i studiuje z zaciekawieniem grubą zmarszczkę przecinające pożółkłe czoło babki.
- Co też babcia opowiada? Żadnej wojny nie będzie. Mamy wojsko, sejm, umowy międzynarodowe.
- Będzie, będzie. - Kobieta kładzie chudą dłoń na stosie gazet leżących na stoliku. - Ty jesteś młoda, a młodym zawsze się wydaje, że w życiu nic złego ich nie spotka. Do tego nabijasz sobie głowę tymi wszystkimi nowomodnymi bzdurami: pacyfizmem, liberalizmem, feminizmem. Świat się nie zmieni tylko dlatego, że kilku literatów napisze jakiś obrazoburczy tekst. Żadnego przewrotu moralnego nie będzie. To utopia. W naszym kraju jedyne trzęsienia ziemi wywołują wojna i przelew krwi...
Marianna unosi brwi. Co Leokadia może wiedzieć o emancypacji, równości płci, wyzwoleniu obyczajowym? Przecież intelektualnie wciąż tkwi w czasach przed wielką wojną, w czasach swojej dawno utraconej młodości. Skostnienie umysłowe miesza się u niej z zapachem naftaliny... Mąci myśli. Babka nie ma racji. Wojny nie będzie. Dzisiaj świat wygląda inaczej niż dwadzieścia lat temu.
- Jesteś za młoda. Zbyt naiwna. I nic nie rozumiesz. - Babka upiera się przy swoim. - Wiele już było przed tobą i wiele będzie po tobie, takich głupiutkich kobietek, które chciały zmiany. A i tak wszystko zostanie po staremu. Jedyna siła w tym kraju to wiara. Katolicka, nie żadna protestancka czy, nie daj Boże! mojżeszowa. - Leokadia wykrzywia usta w niesmaku. - Nie czytasz tego, co ważne. Tylko te swoje tygodniki. Literackie banialuki. Myślisz, że nie wiem, że jestem stara i nie widzę. Społeczne rewolucje, też coś! Spieszy ci się do przewrotu. Do zmian, których ani ja, ani ty nie doczekamy. Skupiasz się na jakichś wywrotowych konceptach. A ja ci powtarzam: tylko dom i rodzina, to jedyna droga dla kobiety. Spalisz się w swoim młodzieńczym ogniu. Ale zobaczysz, dziecko, ja się nie mylę. Siedzę w tym pokoju, ale wiem, co się dzieje na świecie. Czytam gazety. - Stuka widelczykiem o porcelanę. Wysoki, irytujący dźwięk wypełnia pokój.
Czego ona szuka w tym cieście? Sensu swojego gasnącego życia? - Mariannę wyprowadza z równowagi to marnotrawstwo. Gabrysia robi takie wspaniałe wypieki.
- Oczywiście tu nic nie piszą. Uspokajają. Że Hitler to nacjonalistyczny głupiec, że nasze wojsko to siła. I nie będzie nam jakiś zakompleksiony, rozkrzyczany konus odbierał tego, co się Polakom słusznie należy. Że się nie odważy. Dopiero co jednego łupnia dostali. Jeszcze się nie pozbierali po osiemnastym roku. Ale ja wiem swoje. To mydlenie oczu. Ja wiem.
- Nic się, babciu, złego nie wydarzy. Przecież...
- A tam, Marie - wchodzi jej w słowo. Macha ze zniecierpliwieniem ręką. - Co ty możesz wiedzieć? Takie anomalie pogodowe, choćby te upały, zawsze zwiastowały w naszym kraju jakieś nieszczęścia.
Marianna odstawia pusty talerz na stolik i bierze pierwszą leżącą na sporym stosie gazetę. Zaczyna bezmyślnie przerzucać strony, ale jej uwagę bardziej przyciągają krzyczące reklamy kremów, usług szewskich i proszku do zębów niż doniesienia o wojnie, którym w tym domu daje wiarę tylko Leokadia.
- Babcia mówi, jakby wierzyła w takie zabobony: upały, komety, a to katoliczce nie przystoi. - Patrzy na babkę spod spuszczonych rzęs. Czy babka wyczuje drwinę?
Ale staruszka nie reaguje na impertynencje dziewczyny. Od dawna słyszy tylko to, co chce usłyszeć, i widzi, co chce zobaczyć. A wszystko już widziała i wszystko wie. W gasnącym życiu osobiste sądy wydają się jej jedynymi słusznymi. Ostatecznymi. I cóż jej przeczucia mają do głębokiej, bogobojnej wiary? To nie zabobony, to doświadczenie podpowiada Leokadii, że wkrótce znowu ukochany kraj dotknie coś strasznego. Tyle już lat bez wojny minęło, a Polska tylko ciemiężona potrafi wyzwolić w sobie siłę. Tylko w momentach zagrożenia zapomniana o wewnętrznych waśniach. Jednoczy się. Zatrzymuje w biegu, by powrócić do chrześcijańskich wartości. A teraz co? - przygląda się młodej, głupiutkiej dziewczynie, swojej wnuczce, której po głowie błąka się jakaś idée fixe. Irracjonalna myśl o emancypacji. Do czego ten świat zmierza? W gazetach piszą o aborcji, o świadomym macierzyństwie. Cywilne rozwody - nie do pomyślenia! Albo te konwersje. Żeby zmieniać odwieczne prawo i pozwolić na łamanie słowa danego Panu! Co Bóg złączył... A tu co drugi wiary się wyrzeka. Lawina protestantów: Wieniawa-Długoszowski, Starzyński, Sławoj-Składkowski, a nawet sam marszałek. A to wszystko tylko po to, by kochankę zrobić żoną. Wstyd! A na domiar złego wszystko jawnie, bez żenady, na oczach opinii publicznej. Jakby nie można wszystkiego zostawić po staremu. Jeśli mężczyzna chce mieć na boku inną kobietę, to niech ma - jak świat światem, zawsze tak było, Leokadia też w małżeństwie wiele przeszła i nie raz musiała na różne sprawy oko przymykać - ale żeby od razu brać rozwód? Z nałożnicy robić żonę?! W majestacie prawa, w imię Boga?! Źle się dzieje w tym kraju. Więc musi być wojna. Żeby wszystkim oczy otworzyć. Żeby do Boga powrócili.
Marianna doskonale wie, o czym myśli Leokadia. Ale już nie zamierza polemizować. Jaka wojna? Trzeba ruszyć tę skamieniałą bryłę, jaką stała się ich ojczyzna. Trzeba tyle zmienić. Niech no tylko Marianna zacznie studia. Będzie wyzwolona jak Skamandryci, liberalna w swoich sądach jak Boy, Krzywicka czy Nałkowska, których czyta w ukryciu przed czujnym spojrzeniem dorosłych. Marianna chce być wolna. Bez pruderii, kłamstw o świcie, o człowieku. Wojna już trwa. Wojna moralna, o prawa słabszej płci, o jej równouprawnienie, o nowy wymiar etyczny skostniałego świata. To walka - na razie - podziemna, o której takie dziewczęta jak Marianna mogą czytać w zakazanych książkach, w nieodpowiednich dla ich pozycji gazetach. Batalia, o której się dopiero szepcze na warszawskich salonach. Ale nie tu, w Kamieńczyku. Tu jedyny szept to ten, który roznosi się w niedzielę w murach kościoła. Szept modlitwy o utrzymanie starego ładu. Ale ten ład wkrótce zostanie zakłócony. Teraz niepotrzebna jest żadna inna wojna...
Babka powoli sączy herbatę. Rozsmakowuje się w niej. Mariannie wydaje się, że Leokadia żyje już tylko dzięki herbacie. Gorzkiej jak ona sama. Jej organizm prawie nic innego nie przyjmuje. Żyje bez słodyczy ciasta. Bez ukrytych w domowych potrawach aromatów lata, wiosny, jesieni...
Mają sobie tyle do powiedzenia, a milczą. Starsza kobieta dlatego, że nie potrafi zaakceptować, iż wnuczka ma już poglądy - do tego tak różne od jej własnych. A młodsza, bo chciałaby wykrzyczeć babce swój bunt, ale wie, że jej argumenty napotkają mur. A mur, wiadomo: twardszy jest od głowy. Po co więc w ogóle się odzywać?
Leokadia podaje dziewczynie trzymane na kolanach pismo - piątkowy "Kurier Warszawski". Na tę zapomnianą wieś nawet gazety przychodzą z opóźnieniem - myśli z przekąsem Marianna.
- Poczytaj mi. Ostatnio znowu gorzej widzę.
Ze wzrokiem babki jest wszystko w porządku, ale może słowa, które musiałaby wypowiedzieć, Marianna lepiej przyswoi, czytając je sama.
Przez następną godzinę w pokoju słychać tylko cichutkie stuknięcia filiżanki o spodek i jednostajny głos dziewczyny. Jest spokojna, chociaż jej głos wewnętrzny zupełnie się nie zgadza z konserwatywnym obrazem świata, jaki kreuje się w podetkniętym przez babkę periodyku. Marianna wie, że ta rzeczywistość istnieje równolegle do tej jedynej słusznej, w którą ona sama wierzy. Obraz, jakim karmi ją Leokadia, jest tylko martwym wierzchołkiem nadal uśpionego wulkanu. Chociaż w jego środku lawa już wrze. I wkrótce się wyleje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki