Uprowadzone - Natasha Preston

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Dzie­się­cioro ucie­ki­nie­rów. Tak okre­śliła ich poli­cja.

W tym roku w naszym mia­steczku zagi­nęło dzie­się­cioro nasto­lat­ków, a był dopiero lipiec.

Wyglą­da­łam przez okno sta­rego baru. Odpry­sku­jąca, wybla­kła farba w magno­lio­wym odcie­niu nada­wała mu nieco obskurny wygląd, ale jedze­nie było tu smaczne. Było lato, jed­nak pogoda ewi­dent­nie zapo­mniała zaj­rzeć do kalen­da­rza. Ciemne szare chmury kłę­biły się na nie­bie, zwia­stu­jąc kolejne opady desz­czu. Tak było przez cały dzień, jedna mżawka zaczy­nała sią­pić tuż po dru­giej. Deszcz raz po raz zamie­rał nie­mal tak szybko, jak się poja­wiał. My nato­miast mia­ły­śmy przed sobą całe dłu­gie waka­cje, po któ­rych cze­kał nas ostatni rok szkoły. Jeżeli pogoda nie zechce łaska­wie sta­nąć po naszej stro­nie, nie wyglą­dało na to, aby szy­ko­wała się szcze­gól­nie świetna zabawa.

- Piper, patrz, jest kolejna ofiara - powie­działa Hazel, macha­jąc do mnie z dru­giego końca stołu tele­fo­nem, na któ­rym czy­tała wła­śnie arty­kuł z lokal­nej prasy. Odgar­nęła za ucho swoje ciemne, krę­cone włosy się­ga­jące ramion. - Spójrz tylko. - Poka­zała mi ekran.

"Ucieczka jede­na­stego nasto­latka".

Znik­nęło ich już jede­na­ścioro.

- Kto tym razem?

- Lucie Bean, szes­na­sto­latka. Znów nasz rocz­nik. Mieszka o pół godziny drogi stąd. Ostat­nio widziana dwa dni temu przed Huck's Café z przy­ja­ciółmi. Podobno wyszła stam­tąd sama, ale ni­gdy nie dotarła do domu.

Mau­ve­ton liczy pięć tysięcy ośmiu­set trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu miesz­kań­ców. To gęsto zalud­niona, ale mała mie­ścina, w któ­rej nie ma nic do roboty, a więk­sze mia­sto znaj­duje się o ponad godzinę jazdy samo­cho­dem stąd, co spra­wia, że żyjemy w jed­nym z naj­nud­niej­szych miejsc na ziemi.

Ale mimo to jede­na­ścioro ucie­ki­nie­rów na prze­strzeni osiem­na­stu mie­sięcy wyda­wało się nie­ade­kwat­nie dużą liczbą. Wszy­scy znik­nęli kom­plet­nie bez śladu.

- Hazel, do któ­rej szkoły cho­dziła ta Lucie?

- Do Świę­tego Drake'a.

- Wow. Czy to przy­pad­kiem nie jest... cze­kaj, już trze­cia osoba z tej szkoły? - Przy­gry­za­jąc wargę, się­gnę­łam po tele­fon Hazel, żeby prze­czy­tać cały arty­kuł.

- Co masz na myśli? - zapy­tała, a jej oczy zwę­ziły się podejrz­li­wie.

- Myślę, że to tylko kwe­stia czasu, nim znik­nie ktoś, z kim cho­dzimy na lek­cje. - Z tej dziury na końcu świata zawsze ucie­kało mnó­stwo ludzi, ale w ciągu ostat­niego roku trend ten zde­cy­do­wa­nie się nasi­lił. Nie­wia­ry­god­nie się nasi­lił.

Hazel odło­żyła tele­fon, a ręce oparła na stole po obu stro­nach tale­rza z fryt­kami. Tak, zamó­wiła frytki na śnia­da­nie. Ohyda.

- Naprawdę sądzisz, że oni zagi­nęli? To zna­czy, że, no wiesz, ktoś ich porwał, a nie po pro­stu dali nogę?

- Jeśli ktoś zamie­rza się stąd wynieść, na ogół robi to po osiem­na­stce. A teraz rośnie liczba młod­szych ucie­ki­nie­rów. Nie sądzisz, że coś tu nie gra?

Połknęła kolejną prze­żu­waną frytkę.

- Być może. Ale gli­nia­rze naj­wy­raź­niej nie podzie­lają two­ich obaw.

Zby­łam jej komen­tarz wzru­sze­niem ramion.

- No cóż, pew­nie wie­dzą lepiej.

- Hmm, no nie wiem... A co, jeżeli to ty masz rację? Co, jeżeli poli­cja nawet nie bie­rze pod uwagę opcji, że dzieje się coś dziw­nego? - Nagle zaczęła grać rolę adwo­kata dia­bła.

Ale co niby mia­ły­by­śmy zro­bić? To, że uwiel­bia­łam oglą­dać filmy i pro­gramy detek­ty­wi­styczne, nie ozna­czało, że mia­łam kwa­li­fi­ka­cje do odnaj­dy­wa­nia zagi­nio­nych ludzi w praw­dzi­wym świe­cie!

Cóż, poten­cjal­nie zagi­nio­nych.

- Hazel, co zatem mamy twoim zda­niem zro­bić?

- Eee... Możemy na przy­kład spró­bo­wać ich odna­leźć.

Och, no tak po pro­stu. Jasne.

- A w jaki spo­sób?

- Zacho­wu­jąc się jak nor­malne nasto­latki. - Uno­sząc brwi, rzu­ciła mi trium­fu­jące spoj­rze­nie. - Będziemy cho­dzić na imprezy i włó­czyć się z ludźmi... no tam, gdzie włó­czą się nor­malni ludzie w naszym wieku.

- Cze­kaj, chyba za tobą nie nadą­żam.

Prze­wró­ciła swo­imi ciem­no­brą­zo­wymi oczami.

- Żeby odna­leźć nasto­lat­ków, musimy zacho­wy­wać się jak nasto­latki. Takie ste­reo­ty­powe, no wiesz. Nie sądzę, żeby­śmy się do takich zali­czały.

Hazel miała rację. Żad­nej z nas nikt nie nazwałby eks­tra­wer­tyczką. Więk­szość czasu spę­dza­ły­śmy albo w moim pokoju, albo w jej, oglą­da­jąc kome­die roman­tyczne, prze­ra­ża­jące filmy grozy i thril­lery.

- Tak, zde­cy­do­wa­nie się do takich nie zali­czamy - potwier­dzi­łam.

- Musimy to zmie­nić.

- Dla­czego? To zna­czy, dla­czego chcesz spró­bo­wać roz­wi­kłać tę zagadkę, Haze?

Prze­chy­liła lekko głowę.

- A co innego mamy do roboty przez całe waka­cje? - odpo­wie­działa.

Cóż. Nic. Może i nic nie znaj­dziemy, a może aku­rat uda nam się odkryć, co się stało z tymi nasto­lat­kami.

Ale tak czy ina­czej wyglą­dało na to, że możemy zafun­do­wać sobie cał­kiem cie­kawe waka­cje, a nie spę­dzić je, prze­sia­du­jąc przez cały czas w domu.

Zapo­wiedź choćby tej namiastki życia towa­rzy­skiego była zbyt nęcąca, aby ją zigno­ro­wać. Może nawet faj­nie będzie gdzieś wyjść. Może przez to cią­głe sie­dze­nie w domu tylko we dwie coś nas omi­jało.

- No dobra, wcho­dzę w to.

- Jupi! - krzyk­nęła Hazel entu­zja­stycz­nie. - Och, myślisz, że uda nam się zde­ma­sko­wać kry­jówkę jakie­goś pato­lo­gicz­nego seryj­nego mor­dercy?

- Nie, myślę, że niczego się nie dowiemy, ale przy­naj­mniej te waka­cje zakoń­czymy ze świa­do­mo­ścią, że wchło­nę­ły­śmy tro­chę wita­miny D i nie spę­dzi­ły­śmy ich jak dwa totalne prze­grywy. Więc to plus, prawda?

Ramiona Hazel opa­dły lekko.

- Pipes, czy twoja szklanka jest dzi­siaj do połowy pusta?

- Nie. Wie­rzę, że kryje się za tym coś wię­cej niż ucieczka kil­korga nasto­lat­ków z mia­sta, jed­nak nie wydaje mi się, aby­śmy miały się zna­leźć w epi­cen­trum jakie­goś kry­mi­nal­nego dra­matu. Nie mamy poję­cia, co robimy, a skoro poli­cja nie może niczego zna­leźć, nie ma naj­mniej­szego powodu sądzić, że nam się uda.

- Pipes, musisz się w to w pełni zaan­ga­żo­wać. Wcho­dzimy w to tylko i wyłącz­nie z pozy­tyw­nym nasta­wie­niem.

- Niech będzie. Wszystko mi jedno. Polo­wa­nie na mor­dercę czas zacząć! - powie­dzia­łam, żeby ją udo­bru­chać.

- Jupi! - Wzięła do ust kolejną frytkę. Ja zamó­wi­łam dwa ciastka i kawę, Hazel frytki i fili­żankę her­baty.

- To gdzie zaczy­namy?

- Może nad jezio­rem? - pod­su­nę­łam.

Jej oczy roz­sze­rzyły się, jakby nagle zdała sobie sprawę, co całe to "życie towa­rzy­skie" za sobą pocią­gnie.

- Wolno nam tam pójść?

- To nie jest teren pry­watny. Dla­czego mia­ły­by­śmy nie iść?

- Ni­gdy tam nie były­śmy. Nikt nas ni­gdy nie zapra­szał.

- Hazel, jezioro jest dla wszyst­kich. Nie potrze­bu­jesz spe­cjal­nego zapro­sze­nia.

Rozu­mia­łam jed­nak, co miała na myśli. W szkol­nych salach czę­sto pobrzmie­wały echa roz­mów zwią­za­nych z wyjaz­dami nad jezioro. Roz­mów pro­wa­dzo­nych przez tych, któ­rzy spę­dzali tam więk­szość week­en­dów. A w lecie rów­nież więk­szość wie­czo­rów w tygo­dniu.

Lecz nikt ni­gdy nie wyszedł z pro­po­zy­cją, aby­śmy ja i Hazel rów­nież się tam wybrały. Same sobie też ni­gdy tego nie zapro­po­no­wa­ły­śmy. Tak, zde­cy­do­wa­nie powin­ny­śmy tro­chę pożyć.

- Okej - powie­dzia­łam, wyj­mu­jąc z kie­szeni gumkę. Zwią­za­łam dłu­gie, ciemne włosy na czubku głowy. - Do dzieła! Spo­tkajmy się nad jezio­rem dziś wie­czo­rem. I pro­szę, zacho­wuj się nor­mal­nie.

Skrzy­wiła się.

- Nie wiem, co masz na myśli.

- I tego wła­śnie się oba­wiam. Wiesz, że nie jesteś w sta­nie powstrzy­mać się od mówie­nia ludziom dokład­nie tego, co myślisz, a nie wszy­scy to lubią. Nie zawsze będę obok cie­bie, żeby sta­nąć za tobą murem.

- Ale dzi­siaj wie­czo­rem będziesz!

- Zacho­wuj się jak naj­le­piej. - Ostrze­gaw­czo unio­słam brew.

Ostat­nią rze­czą, któ­rej potrze­bo­wa­ły­śmy pod­czas naszego pierw­szego towa­rzy­skiego wypadu, był ostra­cyzm. W sumie i tak nie mia­łam poję­cia, jakiego przy­ję­cia mogły­śmy się tam spo­dzie­wać.

Dzwo­ne­czek u drzwi zadźwię­czał iry­tu­jąco, oznaj­mia­jąc coś, co można było okre­ślić tylko jako wej­ście smoka.

Hazel i ja jed­no­cze­śnie spoj­rza­ły­śmy w tamtą stronę. Do kawiarni weszło dwóch przy­stoj­nych stu­den­tów w ciu­chach, które praw­do­po­dob­nie kosz­to­wały wię­cej niż auto moich rodzi­ców.

Nazy­wali się chyba Caleb i Owen. Koja­rzy­łam gości, ponie­waż ich dziani sta­rzy nale­żeli do orga­ni­za­cji hoj­nie dotu­ją­cej lokalne akcje cha­ry­ta­tywne.

Miesz­kali parę mil za mia­stecz­kiem, w oko­licy, w któ­rej osie­dlali się inni zamożni ludzie. Tutaj przy­jeż­dżali tylko wtedy, kiedy mieli do zała­twie­nia coś w związku z któ­rąś z licz­nych akcji dobro­czyn­nych.

Ale bar i dobro­czyn­ność? Nie żeby temu loka­lowi nie przy­dał się zastrzyk gotówki, ale jed­nak orga­ni­za­cja cha­ry­ta­tywna to raczej nie jest.

Hazel wycią­gnęła szyję, żeby lepiej im się przyj­rzeć. W rze­czy samej, to samo zro­bili wszy­scy obecni w barze. Obej­rza­łam się przez ramię, gdy nowo przy­byli ruszyli w stronę lady. Nie byłam w sta­nie zro­zu­mieć, co mówią, choć w pomiesz­cze­niu pano­wała taka cisza, że można by było usły­szeć piśnię­cie myszy.

Po jakiejś minu­cie wzięli dwie kawy na wynos. Gdy odwró­cili się do wyj­ścia, szybko obró­ci­łam z powro­tem głowę, mocno zaci­ska­jąc wargi.

Cho­lera. Mia­łam nadzieję, że nie zauwa­żyli, jak się gapię.

Twarz mi pło­nęła, a Hazel, spo­glą­da­jąc na mnie, wytrzesz­czyła oczy. Czy pró­bo­wała w ten spo­sób dać mi do zro­zu­mie­nia, że zosta­łam przy­ła­pana na gorą­cym uczynku? Czy też zachwy­cała się ich nie­malże posą­go­wym pięk­nem oraz ide­al­nie dopa­so­wa­nymi, mod­nymi, ele­ganc­kimi fry­zu­rami?

Czego oni w ogóle uży­wają, że ich włosy są aż tak błysz­czące?

Prze­szli obok nas i kątem oka dostrze­głam, jak jeden z nich obró­cił głowę, by na mnie spoj­rzeć. Co mia­łam robić?

Wie­dzia­łam, czego zde­cy­do­wa­nie robić nie powin­nam, ale... mimo to rów­nież spoj­rza­łam. Kry­sta­licz­nie przej­rzy­ste nie­bie­skie oczy wpa­try­wały się we mnie bez cie­nia zaże­no­wa­nia. Byłam wię­cej niż pewna, że moje zdra­dzały coś zgoła innego. Ten, który na mnie patrzył, to chyba Caleb. Obaj mieli krót­kie blond włosy, mod­nie zacze­sane na bok. Obaj nosili świeżo wypra­so­wane gra­na­towe spodnie i koszule na guziki, z ręka­wami pod­wi­nię­tymi do łokci. Ubranko boga­cza, ech.

Caleb ski­nął głową w moim kie­runku, a jego blond kosmyki tylko nie­znacz­nie drgnęły. I w następ­nej chwili już go nie było.

Dzwo­ne­czek ponow­nie zadźwię­czał, gdy drzwi otwo­rzyły się i zamknęły za chło­pa­kami.

Gło­śno wypu­ści­łam powie­trze. Nawet nie zda­wa­łam sobie sprawy z tego, że wstrzy­my­wa­łam oddech, dopiero teraz w gło­wie zaczęło mi się krę­cić z braku tlenu.

- Widzia­łaś to? Spoj­rzał na cie­bie! - Hazel aż kipiała pod­eks­cy­to­wa­niem. - No tak total­nie na cie­bie patrzył! I wiesz, że cię uwiel­biam, słonko, ale twoje włosy w tej chwili są w tra­gicz­nym sta­nie.

- Dzięki - mruk­nę­łam, nie kry­jąc sar­ka­zmu. Odsu­nę­łam od sie­bie resztę ciastka. Po tym, co się stało, jakoś prze­szła mi chęć na jedze­nie. Caleb nie mógł prze­cież na serio na mnie patrzeć, prawda? Nie żeby to miało jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Byłam dla niego zbyt młoda. - Chodźmy po nasze rowery. Muszę wra­cać do domu i pomy­śleć o maki­jażu na wie­czór.

Hazel wstała.

- Nie zapo­mnij zro­bić też cze­goś z wło­sami.

Rozdział 2

2

Przy­pię­łam rower do sto­jaka przed biblio­teką.

Docho­dziła dwu­dzie­sta, lecz słońce nie skryło się jesz­cze w morzu sza­rych chmur. Szkoda tylko, że mżawka wciąż nie ustę­po­wała. Zaczę­łam scho­dzić ścieżką cią­gnącą się stąd aż do jeziora. Na głowę nacią­gnę­łam kap­tur.

Wypro­sto­wa­łam włosy, które teraz się­gały mi do pasa. Trwało to całe wieki, ale efekt zde­cy­do­wa­nie był tego wart. Maki­jaż odpu­ści­łam, bo praw­do­po­dob­nie wyglą­da­ła­bym jak klaun. Uży­łam tylko tuszu do rzęs i błysz­czyka, a to i tak znacz­nie wię­cej niż zazwy­czaj.

Szłam dalej polną dróżką wio­dącą nad jezioro. I wtedy z dru­giego jej końca ruszył bie­giem jakiś chło­pak. Nie­sa­mo­wi­cie przy­stojny chło­pak. Nie patrzył pod nogi, ponie­waż oczy utkwił... we mnie. Chwila. To Caleb. Znowu?

Sta­nął przede mną i uśmiech­nął się. Wow, miał naprawdę fajny, per­ło­wo­biały uśmiech.

- Cześć! - rzu­cił.

- Hej - odpo­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się nie marsz­czyć brwi. - Wszystko w porządku?

Skąd on się tu wziął?

- Tak. Prze­pra­szam, widzia­łem cię stam­tąd. - Podra­pał się po karku, jak gdyby roz­mowa ze mną spra­wiała, że sta­wał się ner­wowy. - No i dzi­siaj rano. Idziesz nad jezioro?

Pamięta mnie z kawiarni!

- Taki był plan. Mogę ci w czymś pomóc? - zapy­ta­łam, pró­bu­jąc nadać gło­sowi chłodne brzmie­nie, jakby na niczym mi nie zale­żało. W środku nato­miast mój żołą­dek fikał koziołki.

- Hmm, tak jakby - odpo­wie­dział z lek­kim uśmie­chem. - Mogła­byś ze mną poga­dać. - Tro­chę dziwna prośba od, było nie było, nie­zna­jo­mego.

- Poga­dać z tobą? - zapy­ta­łam.

- Czemu nie? - odpo­wie­dział, wzru­sza­jąc lekko ramio­nami.

Och, pach­niał też przy­jem­nie, jakby dopiero wyszedł spod prysz­nica. Chcia­łam podejść o krok bli­żej.

- Nie znam cię.

- Wiem. Teraz rozu­miesz mój pro­blem?

Potrzą­snę­łam głową.

- Nie­szcze­gól­nie.

Śmie­jąc się, zbli­żył się o krok.

- Jestem Caleb - przed­sta­wił się.

Wiem, jak ma na imię, lecz prze­cież tak naprawdę go nie znam.

- Piper - odpo­wie­dzia­łam.

- Ładne imię.

- Dzięki. - Dla­czego on w ogóle ze mną roz­ma­wia?

- Stu­diu­jesz tutaj czy...?

Pokrę­ci­łam głową, czu­jąc się jak dziecko.

- Cho­dzę do liceum.

- Ach tak, prze­szło mi to przez myśl.

- Czyli wyglą­dam na lice­alistkę - wymam­ro­ta­łam. Może powin­nam była zary­zy­ko­wać z nieco moc­niej­szym maki­ja­żem. Ech, nie, wyglą­da­ła­bym jak klaun.

- Nie. Wręcz prze­ciw­nie. To tylko moje par­szywe szczę­ście, że nie masz jesz­cze osiem­na­stu lat, więc nie mogę zapro­sić cię na randkę.

Uno­sząc brew, poczu­łam, jak począt­kowy szok zwią­zany z tym, że do mnie pod­szedł, powoli zanika, a budzi się miesz­ka­jąca we mnie uszczy­pliwa laska.

- Dla­czego sądzisz, że chcia­ła­bym się z tobą umó­wić, nawet jeśli była­bym już peł­no­let­nia?

Jego nie­bie­skie oczy zami­go­tały roz­ba­wie­niem.

- Myślę, że był­bym w sta­nie cię prze­ko­nać.

Dobrze myślisz.

- Cóż, Caleb, oba­wiam się, że ni­gdy się tego nie dowiemy. Jesz­cze tro­chę mi do osiem­nastki bra­kuje.

Przy czym "tro­chę" ozna­czało pół­tora roku, ale mniej­sza z tym. Chło­pak przy­gryzł dolną wargę i przez sekundę mi się przy­glą­dał. Wyglą­dało to tro­chę tak, jakby pro­ce­sor mu się prze­grze­wał. Boże, co ja bym dała, żeby móc zaj­rzeć teraz do jego głowy!

Cze­ka­łam, czy będzie mi dane dowie­dzieć się, o czym tak inten­syw­nie myśli.

- Ja mam dwa­dzie­ścia jeden lat.

Pięć lat to nie taka znów ogromna róż­nica. Dobra, kogo ja tu pró­buję nabrać i czemu w ogóle o tym myślę?

Odpy­cha­jąc idio­tyczne myśli prze­my­ka­jące mi w tym momen­cie przez głowę, cof­nę­łam się o krok, jakby ten odro­binę więk­szy dystans miał w jakiś spo­sób spra­wić, że zacznę myśleć bar­dziej trzeźwo.

- Powin­nam poszu­kać przy­ja­ciółki. Czeka na mnie nad jezio­rem.

Spoj­rzał na ścieżkę, prze­cze­su­jąc oto­cze­nie wzro­kiem w poszu­ki­wa­niu cze­goś lub kogoś, po czym znów sku­pił uwagę na mnie.

- Idziesz sama?

- Tak. Zosta­wi­łam rower obok biblio­teki.

Caleb znów spoj­rzał na ścieżkę pro­wa­dzącą nad jezioro.

- Pozwól, że cię odpro­wa­dzę.

- Dzięki, ale byłam tu już mnó­stwo razy.

Cóż, może nie­zu­peł­nie mnó­stwo, zwa­żyw­szy na fakt, że Hazel i ja ni­gdy wcze­śniej się w tym miej­scu nie uma­wia­ły­śmy, ale nie chcia­łam przy nim spra­wiać wra­że­nia total­nego prze­grywa. Z jakie­goś nie­mą­drego powodu - i to pierw­szy raz, kiedy coś takiego mi się przy­tra­fiło - zale­żało mi na tym, co ktoś o mnie pomy­śli. Co pomy­śli o mnie chło­pak.

Och, jak wszystko może zmie­nić się w mgnie­niu oka.

- Jesteś pewna? - Zmarszczka widoczna na jego czole jesz­cze się pogłę­biła. - Wolał­bym, żebyś nie cho­dziła tędy sama.

- Tak, jestem cał­kiem pewna. Dzięki. - Odwró­ci­łam się, by odejść, lecz Caleb chwy­cił mnie za nad­gar­stek.

- Zacze­kaj chwilkę. Masz konto na Face­bo­oku?

- A są jesz­cze ludzie, któ­rzy nie mają? - odpo­wie­dzia­łam, a Caleb zachi­cho­tał.

- Znajdę cię. Piper...?

- Wil­lis.

Ski­nął szybko głową i puściw­szy mnie, odda­lił się powoli.

Znaj­dzie mnie na Face­bo­oku. Jak od teraz będzie wyglą­dało moje życie?

Ruszy­łam dalej ścieżką, by zna­leźć Hazel. Deszcz wresz­cie prze­stał padać. W oko­licy zebrali się ludzie z trzech szkół śred­nich. Wszyst­kich razem była, lekko licząc, setka, więc wyglą­dało na to, że nie będzie mi łatwo odna­leźć przy­ja­ciółkę. Wyszła przede mną i miesz­kała bli­żej, więc powinna już gdzieś się tutaj krę­cić. Wie­czór był naprawdę cie­pły, więc nie mogłam pojąć, dla­czego ktoś wpadł na pomysł roz­nie­ce­nia cho­ler­nego ogni­ska. Cho­ciaż to, że udało im się utrzy­mać ogień przy mżawce, robiło pewne wra­że­nie. Hazel nie zno­siła gorąca, więc było mało praw­do­po­dobne, bym zna­la­zła ją w pobliżu ogni­ska. Ja z kolei mia­łam wprost prze­ciw­nie - wola­łam raczej, żeby było mi za gorąco, niż żebym miała zmar­z­nąć. Jakimś cudem dostrze­głam ją jed­nak nie­mal natych­miast. Gadała z trzema dziew­czy­nami.

Nie roz­po­zna­wa­łam ich. Ramiona miała skrzy­żo­wane, a jedną brew unie­sioną. Wyglą­dała, jakby się z nimi sprze­czała.

Szy­kuje się nie­złe przed­sta­wie­nie...

Pode­szłam do niej szybko. Gdy tylko się zbli­ży­łam, zda­łam sobie sprawę, o co cho­dziło - o Lucie. Zagi­niona osoba numer jede­na­ście.

- Jak może­cie nic nie wie­dzieć? Była waszą przy­ja­ciółką! - powie­działa Hazel. Trzy dziew­czyny popa­trzyły na sie­bie.

- Co się dzieje? - zapy­ta­łam Hazel, zatrzy­mu­jąc się obok niej i uśmie­cha­jąc do dziew­czyn, które wyglą­dały na nieco prze­ra­żone moją przy­ja­ciółką o, mówiąc oględ­nie, raczej nikłych umie­jęt­no­ściach towa­rzy­skich.

Hazel obró­ciła głowę w moim kie­runku.

- Przy­ja­ciółki Lucie nie wie­dzą, dla­czego znik­nęła ani dokąd mogła się udać.

- Wszy­scy chcą dać dra­paka z tego okrop­nego mia­sta - odpa­ro­wała dziew­czyna sto­jąca w środku, obda­rza­jąc nas wyjąt­kowo nie­przy­ja­znym spoj­rze­niem.

Hazel może i była tro­chę nie­okrze­sana, ale to w końcu moja przy­ja­ciółka.

- To mimo wszystko dość dziwne. No wie­cie, w końcu się przy­jaź­ni­ły­ście, a kom­plet­nie nie mia­ły­ście poję­cia, że ma zamiar wyje­chać? - powie­dzia­łam.

Prze­nio­sły uwagę na mnie, a dziew­czyna pośrodku, naj­wy­raź­niej samo­zwań­cza rzecz­niczka grupy, prych­nęła.

- Odwal­cie się, to nie wasza sprawa. Nie zna­cie Lucie, więc zostaw­cie swoje opi­nie dla sie­bie.

- Nie osą­dzam was, ale kto ucieka, nie powie­dziaw­szy ani jed­nej oso­bie, dokąd zamie­rza się udać? Albo nie zosta­wiw­szy przy­naj­mniej jakiejś wska­zówki?

- Cóż, naj­wi­docz­niej są ludzie, któ­rzy nie chcą, aby ich odna­le­ziono. Tak jak Lucie.

Pod­nio­słam dło­nie.

- Okej, w porządku. Po pro­stu były­śmy cie­kawe.

- No to nie bądź­cie. To nie ma z wami nic wspól­nego - prze­rwała mi liderka grupy. Jako pierw­sza ruszyła z miej­sca, a pozo­stałe dwie dziew­czyny poszły potul­nie za nią, niczym mario­netki.

Odwró­ci­łam się do Hazel.

- O co poszło?

Wzru­szyła ramio­nami, pod­no­sząc na mnie wzrok.

- Pod­słu­cha­łam, jak roz­ma­wiały o Lucie. Wspo­mniały, że nie odpi­sy­wała na ich SMS-y.

- A ty nie mogłaś się powstrzy­mać, co?

Zadarła nos.

- To chyba jakaś cho­roba.

Śmie­jąc się, szturch­nę­łam ją, wska­zu­jąc na miej­sce nie­opo­dal, gdzie było nieco chłod­niej.

- Chodź, posta­rajmy się przy­naj­mniej spra­wiać wra­że­nie, że tu pasu­jemy.

- Nie sądzisz, że to dziwne? Naj­lep­sze przy­ja­ciółki Lucie kom­plet­nie nic nie wie­działy o tym, żeby pla­no­wała opu­ścić mia­sto. No wiesz, tak kon­kret­nie. Dokąd Lucie mogłaby się udać? Co chciała robić? Prze­cież przy­ja­ciele wie­dzie­liby takie rze­czy, nie? - zapy­tała Hazel. Ruszy­ły­śmy po puszki... cze­goś.

- Jasne, ale raczej nic nam nie powie­dzą, skoro trudno powie­dzieć, abyś się z nimi zaprzy­jaź­niła.

Prych­nęła.

- Wszystko jedno.

- Myślisz, że kto­kol­wiek z tutaj obec­nych wie coś o ucie­ki­nie­rach?

- Założę się, że tak.

Przy­sta­nę­łam w miej­scu.

- Ooo, może jest tu ktoś zamie­szany w han­del ludźmi? Albo jakieś chore, sek­ciar­skie rytu­ały?

- Piper, przy­ha­muj tro­chę z tymi swo­imi wyobra­że­niami jak z fil­mów grozy.

- Nie wiesz tego - zaopo­no­wa­łam.

Hazel się­gnęła do lodówki po dwie puszki coli.

- Zaczyna mnie to nudzić. To był błąd, nie ma w tym nic zabaw­nego. Kiedy wra­camy?

- Dopiero co przy­szłam!

Znów zadarła nos, a jej krę­cone włosy zatań­czyły na wie­trze.

- To twój pro­blem. Ja jestem tu już od dzie­się­ciu minut. Jedyne osoby, z któ­rymi roz­ma­wia­łam, to te cho­ler­nie wrogo nasta­wione dziew­czyny i jakiś gość, który uznał za sto­sowne mnie poca­ło­wać.

- Ktoś cię poca­ło­wał?

- Pró­bo­wał.

Taaak, nie ma mowy, żeby­śmy zawarły tu nowe zna­jo­mo­ści.

- To wszystko do bani - powie­działa.

- Chyba wspo­mnia­łam coś o tym, że nie damy rady roz­wią­zać żad­nej zagadki kry­mi­nal­nej, jeśli będziemy ste­reo­ty­po­wymi nasto­lat­kami, pamię­tasz?

Jeżeli cho­dziło o mnie, nie wszystko było tak cał­kiem do bani, bo po dro­dze tutaj spo­tka­łam naj­słod­szego faceta na świe­cie. Dla­czego nie powie­dzia­łam o tym Hazel? Udła­wi­łaby się na wieść, że gada­łam z face­tem, nawet jeśli mia­ła­bym go już ni­gdy wię­cej nie zoba­czyć. Byłam zbyt młoda, żeby cho­dzić z Cale­bem, cho­ciaż Hazel i tak pró­bo­wa­łaby mnie do tego prze­ko­nać. Od roku nie mia­łam chło­paka. W zasa­dzie poprzed­niego też nawet nie powin­nam tak okre­ślać, bo byli­śmy razem przez pięć dni i tylko raz musnął mnie w poli­czek. Naj­wy­raź­niej byłam dla niego zbyt wielką nudziarą. Mogła­bym mu oszczę­dzić tych pię­ciu dni, gdyby po pro­stu zapy­tał na początku, czy jestem cie­kawą osobą.

- Powin­ny­śmy tro­chę pośle­dzić zna­jo­mych Lucie na Face­bo­oku - zapro­po­no­wa­łam. I może przy oka­zji spraw­dzić, czy Caleb już mnie tam odna­lazł. O ile w ogóle zadał sobie ten trud. Nie byłby pierw­szym chło­pa­kiem, który coś powie­dział, a póź­niej zmie­nił zda­nie.

- Zna­cie Lucie?

Odwró­ci­łam się w stronę, z któ­rej dobiegł mnie głos zada­jący to pyta­nie. Wpa­try­wał się w nas chło­pak, na oko w naszym wieku. Pochmurne spoj­rze­nie, jakim nas obda­rzył, pozwa­lało zało­żyć, że sły­szał każde słowo, które wła­śnie powie­dzia­łam.

Więc teraz nie tylko oskar­ża­ły­śmy ludzi o to, że są okrop­nymi przy­ja­ciółmi, ale rów­nież gło­śno roz­pra­wia­ły­śmy o tym, że lubimy urzą­dzić sobie od czasu do czasu małe stal­ko­wanko.

Rewelka.

Hazel zro­biła mały krok do tyłu.

- Nie­szcze­gól­nie. Sły­sza­ły­śmy, że znik­nęła, ale nie zna­ły­śmy jej oso­bi­ście.

Gość wpa­try­wał się we mnie przez chwilę, która wyda­wała się wiecz­no­ścią. Takie w każ­dym razie mia­łam wra­że­nie.

- Dla­czego prze­słu­chu­je­cie przy­ja­ciółki Lucie?

Wzru­szy­łam ramio­nami.

- Wpa­dły­śmy na nie przez przy­pa­dek.

- Przy­szły­ście tu poplot­ko­wać? Ona nie jest tylko kolejną ucie­ki­nierką, liczbą w rapor­cie. To moja... przy­ja­ciółka.

Ależ gładko nam szło!

- Nie sądzimy, że to tylko kolejna ucie­ki­nierka. Uwa­żamy, że to dziwne, że ludzie zni­kają. Wydaje się, że nikogo wię­cej to nie mar­twi.

Skrzy­żo­wał ramiona i popa­trzył na mnie takim wzro­kiem, jakim Hazel obda­rzyła tamte dziew­czyny.

No dalej. Nie czu­łam się onie­śmie­lona.

Pro­stu­jąc plecy, zyska­łam jakiś cal wzro­stu, nie­mal dorów­nu­jąc mu pod tym wzglę­dem.

- Uwa­żasz, że Lucie ucie­kła?

Lewa powieka mu zadrgała.

- Nie, nie uwa­żam tak. Ale naj­wy­raź­niej bar­dziej chciała się stąd wyrwać niż być ze mną.

Och, czyli była dla niego kimś wię­cej niż przy­ja­ciółką. Czuł się zra­niony. I ze wszyst­kich osób, które mogły pod­słu­chać naszą roz­mowę o Lucie, musiało tra­fić aku­rat na niego. Moja przy­ja­ciółka-zdraj­czyni naj­wi­docz­niej stra­ciła głos. Jakże wygod­nie.

- Przy­kro mi, że Lucie znik­nęła - powie­dzia­łam. Mówi­łam szcze­rze. Naprawdę było mi przy­kro.

Potrzą­sa­jąc głową, odwró­cił się na pię­cie i odszedł, jakby nie chciał tra­cić na nas ani chwili wię­cej.

- Cóż... - zaczę­łam, obra­ca­jąc się do Hazel. - Czy jest tu jesz­cze ktoś, komu masz ochotę naubli­żać, czy możemy już iść?

- Zde­cy­do­wa­nie możemy wra­cać.

Jed­no­cze­śnie odwró­ci­ły­śmy się i ruszy­ły­śmy ścieżką pod górę.

- Dzięki za wspar­cie - rzu­ci­łam sar­ka­stycz­nie, wyrzu­ca­jąc swoją puszkę po coli do pojem­nika na odpady.

Hazel się roze­śmiała.

- Wyglą­dało na to, że masz wszystko pod kon­trolą. Nie odnio­słam wra­że­nia, że potrze­bu­jesz wspar­cia.

Obej­rza­łam się przez ramię, by ostatni raz rzu­cić okiem na grupkę sku­pioną nad jezio­rem. Po dru­giej stro­nie widać było rzekę prze­ci­na­jącą mia­steczko. Chło­pak Lucie obser­wo­wał nas z zało­żo­nymi rękami, mocno marsz­cząc brwi. Wszystko jedno.

- Jak myślisz, co się wyda­rzy, jeśli ją znaj­dziemy? I wszyst­kich innych też? - zapy­tała Hazel.

- Może nie chcą, aby ich odna­le­ziono.

- Nie wiem. Ale dla osób, które ich kochają, to musi być straszne... Nie­wie­dza, gdzie są, czy nic im się nie stało. Poza tym, jakie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że rze­czy­wi­ście ich odnaj­dziemy? Bo jeżeli cho­dzi o mnie, to jestem prze­ko­nana, że nasze szanse są zerowe.

- Nie pró­bu­jemy roz­wią­zać zagadki kry­mi­nal­nej, przy­glą­damy się tylko dziw­nym uciecz­kom. To i tak lep­sze niż prze­sie­dze­nie całego lata w domu, nie pamię­tasz?

Idąc obok Hazel, bawi­łam się bran­so­letką przy­jaźni, którą nosi­łam na nad­garstku. Zro­bi­ły­śmy takie dla sie­bie nawza­jem, kiedy mia­ły­śmy po dzie­sięć lat. Moja była czarno-fio­le­towa, zwy­kły splot z czar­nymi kora­li­kami na obu koń­cach. Hazel nato­miast miała czarno-różową.

Żadna z nas nie lubiła już fio­letu ani różu, lecz mimo to wciąż je nosi­ły­śmy. Gdy dotar­ły­śmy do końca ścieżki, obok nas zatrzy­mał się samo­chód.

Przy­ciem­niana szyba zje­chała w dół.

- O, Caleb - powie­dzia­łam, a moje serce zro­biło fikołka. Obok sie­dział jego kum­pel Owen. Uniósł dłoń w leni­wym geście powi­ta­nia.

- Wsia­daj, Piper. Pod­wiozę cię.

- Eee - powie­dzia­łam, odwra­ca­jąc się ku Hazel... któ­rej szczęka znaj­do­wała się nie­mal na ziemi.

W sumie chyba powin­nam była wspo­mnieć jej o spo­tka­niu z Cale­bem. Po powro­cie do domu usta jej się nie zamkną.

Caleb się roze­śmiał.

- Pod­wie­ziemy was obie.

- Mamy rowery - zaczę­łam tłu­ma­czyć, oglą­da­jąc się za sie­bie.

- Wiem, ale zapo­wiada się jesz­cze więk­sza ulewa. Po rowery wró­ci­cie jutro.

Hazel zamknęła usta. Szturch­nęła mnie.

- Tak, Piper, możemy po nie wró­cić jutro, żaden pro­blem.

- No dobra - ustą­pi­łam. I tak nie chcia­łam prze­mok­nąć na wylot. Hazel obe­szła auto i zała­do­wała się do środka z dru­giej strony.

Też otwo­rzy­łam drzwi i wsia­dłam.

- Dzięki, Caleb.

Spoj­rzał na mnie w lusterku wstecz­nym i się uśmiech­nął.

- Zawsze do usług.

Hazel trza­snęła drzwiami. Caleb opu­ścił wzrok i włą­czył się do ruchu. Obser­wo­wa­łam go w lusterku. Był skon­cen­tro­wany na dro­dze. Jego oczy stały się puste, a uśmiech zgasł. Naci­snął guzik i wszyst­kie drzwi zostały zablo­ko­wane.

Rozdział 3

3

Tylko. Nie. Pani­kuj.

Jakież byłoby to upo­ka­rza­jące, gdy­bym zaczęła świ­ro­wać, a oka­za­łoby się, że Caleb zablo­ko­wał drzwi dla naszego bez­pie­czeń­stwa. Moja mama zawsze tak robiła. Co prawda nie ist­niało ryzyko, że ktoś nas napad­nie i ukrad­nie auto - sta­rego trupa, w któ­rym w dodatku nie było abso­lut­nie nic cen­nego - ale mimo to mama za każ­dym razem na to nale­gała.

Ale on nie jest twoją mamą.

Hazel albo niczego nie zauwa­żyła, albo jej to nie zanie­po­ko­iło. Jej oczy bie­gały od Caleba do Owena, jakby nie była pewna, w któ­rym z nich bar­dziej chce się zako­chać.

Prze­łknę­łam ślinę. Caleb nie zapy­tał żad­nej z nas, gdzie miesz­kamy.

- Mój dom znaj­duje się przy Park Lane - powie­dzia­łam więc, pod­cią­ga­jąc nieco rękaw koszulki.

Owen obej­rzał się przez ramię.

- Naj­pierw poje­dziemy gdzie indziej.

- Tak? A dokąd? - zain­te­re­so­wała się Hazel. Ton, jakim zadała pyta­nie, był lekki, pobrzmie­wało w nim zain­try­go­wa­nie. Dla­czego się nie nie­po­ko­iła?

- Nie martw się, spodoba ci się. - Owen wyszcze­rzył zęby. - Gdzie moje dobre maniery? Mam na imię Owen. Caleb opo­wie­dział mi o spo­tka­niu z tobą, Piper, ale nie wspo­mniał o two­jej przy­ja­ciółce.

Opo­wie­dział Owe­nowi o spo­tka­niu ze mną? To dobrze czy źle?

- Ja jestem Hazel. Miło cię poznać, Owen. - Uśmiech­nęła się do niego, posy­ła­jąc mu dłu­gie, powłó­czy­ste spoj­rze­nie. Wyglą­dało zatem na to, że woli Owena. Powin­nam poczuć ulgę, jed­nak w tej chwili nie byłam pewna, jakie uczu­cia w zasa­dzie budzi we mnie Caleb. Nie wie­dzia­łam, dokąd nas zabiera, a on nie palił się do wyja­śnień.

- Wyglą­dasz na zanie­po­ko­joną - powie­dział Caleb. Pod­nio­słam wzrok, a serce mi pod­sko­czyło. Znów obser­wo­wał mnie w lusterku. Teraz z jego twa­rzy znik­nął wcze­śniej­szy pochmurny wyraz. Czy przy­pi­sy­wa­łam temu, co widzia­łam, zbyt duże zna­cze­nie?

Może naoglą­da­łam się zbyt wielu hor­ro­rów. Potrzą­snę­łam prze­cząco głową, lecz w środku cała krzy­cza­łam: "Tak!".

- Nie bój się, Piper. Chciał­bym cię lepiej poznać, a trudno o to, jeśli ni­gdy się nie spo­ty­kamy. Cho­dzi o blo­kadę? Ten nawyk prze­ją­łem od mamy. - Ponow­nie naci­snął przy­cisk, a blo­kada się zwol­niła.

Napię­cie zelżało i w końcu nor­mal­nie ode­tchnę­łam. Czu­łam się rów­nież tro­chę głu­pio.

- Prze­pra­szam - wymam­ro­ta­łam. - Moja mama robi to samo.

- Nie musisz prze­pra­szać. Nie pomy­śla­łem, jak to może wyglą­dać z waszej per­spek­tywy.

Owen z cie­ka­wo­ścią przy­słu­chi­wał się naszej wymia­nie zdań. Czyżby Caleb nie roz­ma­wiał zbyt wiele z dziew­czy­nami? To wyda­wało się total­nie nie­praw­do­po­dobne. Bio­rąc pod uwagę jego urok i cha­ry­zmę oraz to, że wyglą­dał jak gwiaz­dor fil­mowy, gotowa byłam iść o zakład, że zawsze kręci się wokół niego wia­nu­szek dziew­czyn chęt­nych spę­dzać z nim czas.

Ja byłam dla niego za młoda, a mój eks z pew­no­ścią zaświad­czyłby, że nie jestem szcze­gól­nie inte­re­su­jąca.

Caleb mógł mieć każdą, więc dla­czego wybrał mnie, skoro w zasa­dzie nie powi­nien się ze mną uma­wiać? Chyba że nie o to cho­dziło. Może podo­bało mu się to, że nic z tego nie będzie. Nie­któ­rzy ludzie pra­gną cze­goś tylko dla­tego, że jest nie­osią­galne.

W porządku, nie­wy­klu­czone, że tro­chę zapę­dzam się z tymi myślami. Unio­słam dło­nie w obron­nym geście.

- Już wię­cej nie będę robić z sie­bie idiotki.

Hazel unio­sła brew, a ja mia­łam ochotę ją rąb­nąć. Obie wie­dzia­ły­śmy, że ja ni­gdy nie prze­stanę robić z sie­bie idiotki. Zbyt czę­sto moje usta zaczy­nały się poru­szać, zanim jesz­cze włą­czył się mózg.

Caleb zachi­cho­tał i potrzą­snął głową, nie odry­wa­jąc jed­nak wzroku od drogi.

- Piper, nie jesteś idiotką.

Hazel prych­nęła i tym razem naprawdę rąb­nę­łam ją w ramię.

- Pipes, no daj już spo­kój! - Moja przy­ja­ciółka z powro­tem prze­nio­sła uwagę na Owena, który wciąż wykrę­cał szyję do tyłu, by na nas patrzeć. - Dokąd się wybie­ramy?

Owen jesz­cze bar­dziej wyszcze­rzył zęby.

- Do miej­sca, które nie jest pełne lice­ali­stów.

- My jeste­śmy lice­alist­kami - powie­dzia­łam, krzy­żu­jąc ramiona.

- Tak, no cóż, wydaje mi się, że Caleb zro­bił dla was wyją­tek, więc ja też nie będę miał nic prze­ciwko.

Niech będzie.

Z głów­nej ulicy skrę­ci­li­śmy teraz w polną drogę. Ni­gdy wcze­śniej tu nie byłam. To teren pry­watny, jak gło­siły nie­przy­ja­zne znaki przy­mo­co­wane do słupka przy wjeź­dzie. Na ile mogłam stwier­dzić, roz­cią­gały się za nimi jedy­nie poła­cie pól i gęstych lasów.

- Wolno nam tutaj wje­chać? - zapy­ta­łam, a budząca się we mnie adre­na­lina zapo­wia­dała, że może oka­zać się to nie­zwy­kle eks­cy­tu­jącą przy­godą. W ciągu nie­spełna dwu­dzie­stu czte­rech godzin prze­szłam od, prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, nie­wy­sta­wia­nia nosa z domu - swo­jego czy Hazel - do wkra­cza­nia na pry­watne wło­ści obcych ludzi.

Owen się roze­śmiał.

- To wła­sność rodziny Caleba, więc raczej nie ma pro­blemu.

Sze­roko roz­warte oczy Hazel napo­tkały moje, a wyraz jej twa­rzy zda­wał się wręcz krzy­czeć: "Haj­taj się z nim!". Nie była w sta­nie ukryć pod­eks­cy­to­wa­nia. Wie­dzia­łam, że Caleb jest bogaty. Jeź­dził dro­gimi autami, nosił super­ele­ganc­kie ciu­chy, jed­nak nie do końca zda­wałam sobie sprawę z tego, że posia­dał znaczne obszary ziemi.

Jasne, był przy­stojny i fakt, że ja też mogłam się jemu podo­bać, spra­wiał, że moje serce ska­kało z pod­eks­cy­to­wa­nia i ner­wów. Ale z całą pew­no­ścią nie myśla­łam o poślu­bie­niu go tylko dla­tego, że był bogaty.

Umo­ści­łam się wygod­nie na sie­dze­niu i zaczę­łam wyglą­dać przez okno. Jecha­li­śmy przez całe hek­tary pól upraw­nych, usia­nych fio­le­to­wymi kwia­tami polnymi, tak znie­na­wi­dzo­nymi przez rol­ni­ków. Rzad­kie z początku drzewa tuż za mia­stem rosły coraz gęściej, a w oddali two­rzyły już regu­larny las.

Spoj­rza­łam na zega­rek znaj­du­jący się na desce roz­dziel­czej. Było jesz­cze mnó­stwo czasu do godziny, o któ­rej musia­łam zamel­do­wać się w domu. Moi rodzice byli szczę­śliwi, kiedy w ogóle gdzieś wycho­dzi­łam. Nie wie­dzia­łam jed­nak, jak daleko jedziemy ani jak długo Caleb zamie­rza tam zostać.

- W takim razie gdzie spę­dza­cie czas? No wie­cie, żeby unik­nąć towa­rzy­stwa lice­ali­stów? - zapy­ta­łam Owena, na co Caleb roze­śmiał się szcze­rze.

- Jest tu takie miej­sce, które tro­chę pod­ra­so­wa­li­śmy. - Obró­cił się do Caleba. - Czuję się tro­chę tak, jak­by­śmy popeł­niali świę­to­kradz­two, przy­wo­żąc je tutaj.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Daj spo­kój, stary, jakoś to prze­ży­jesz - odpo­wie­dział bez­na­mięt­nie Caleb.

Znów się odwró­cił.

- Bez urazy. Po pro­stu mamy pewne zasady.

Okej... w porządku.

- Jakie zasady? - zapy­ta­łam.

- Żad­nych obcych.

- Hazel i ja jeste­śmy obce.

- To Caleb łamie reguły, nie ja.

Caleb utkwił wzrok w wybo­istej dro­dze roz­cią­ga­ją­cej się przed nami i wzru­szył ramio­nami. Owen zachi­cho­tał.

- No pro­szę. Ona na serio ci się podoba.

- Owen, możesz się w końcu zamknąć?! - wark­nął Caleb.

Zaci­snę­łam mocno wargi, bo czu­łam cza­jący się na nich uśmiech.

Przez kilka minut jecha­li­śmy w mil­cze­niu, po czym zatrzy­ma­li­śmy się obok cał­kiem spo­rego par­te­ro­wego domu zbu­do­wa­nego z cegły i bla­chy. Budy­nek może i nie miał pię­tra, ale i tak oka­zał się zde­cy­do­wa­nie więk­szy od mojego domu.

- Ty go zbu­do­wa­łeś? - zapy­ta­łam.

Caleb zga­sił sil­nik.

- Nie, stoi tu już od lat. Jakiś czas temu odno­wi­li­śmy wnę­trze, więc mamy gdzie prze­sia­dy­wać. Gdy­byś nie zauwa­żyła, w oko­licy nie ma zbyt wiele do roboty.

Cóż, zauwa­ży­łam.

Owen wysiadł pierw­szy, więc ruszy­łam za nim. Caleb, uśmie­cha­jąc się do mnie, rów­nież wygra­mo­lił się z auta i je zamknął. Hazel roz­glą­dała się dookoła, ale co chwilę wra­cała wzro­kiem do Owena.

- Przy­wio­złeś mnie do miej­sca, które odno­wi­łeś, żeby się nie nudzić? - zapy­ta­łam.

Caleb zbli­żył się do mnie o krok, wciąż jed­nak zacho­wu­jąc odpo­wiedni dystans.

- Mia­łem wybór mię­dzy tym a wej­ściem na drogę drob­nej prze­stęp­czo­ści.

- A zatem doko­na­łeś dobrego wyboru.

- Chcesz wejść do środka?

Roze­śmia­łam się.

- Nie dałeś mi zbyt wiel­kiego wyboru co do przy­jazdu tutaj, ale pytasz, czy chcę wejść do środka?

Non­sza­lancko opie­ra­jąc się o auto, wycią­gnął ku mnie rękę.

- Piper, w każ­dej chwili mogłaś powie­dzieć, żebym zawiózł cię pro­sto do domu, i zro­bił­bym to.

- Żar­to­wa­łam. I tak, chcę wejść do środka.

Jego hol­ly­wo­odzki uśmiech spra­wił, że w moim żołądku znów zatań­czyły motyle.

- Spodoba ci się tutaj, zoba­czysz.

Rozdział 4

4

Spoj­rza­łam na budy­nek. Z zewnątrz nie wyglą­dał szcze­gól­nie oka­zale, spra­wiał wręcz wra­że­nie nieco zanie­dba­nego. Bla­cha, pełna wgnie­ceń, wyglą­dała tro­chę tak, jakby coś się w nią wbiło.

Sie­kiera? Trudno było to stwier­dzić. Tym­cza­sem słońce scho­wało się za dachem i niebo wokół nas pociem­niało. Powiew chłodu spra­wił, że zadrża­łam.

Caleb nie puścił mojej ręki, więc ja rów­nież jej nie cof­nę­łam. Owen i Hazel lekko nas wyprze­dzili i już wcho­dzili do środka.

- O któ­rej musisz być w domu? - zapy­tał Caleb, gdy wolno podą­ży­li­śmy za nimi.

- O dwu­dzie­stej dru­giej. - Nagle poczu­łam się strasz­nie dzie­cin­nie z godziną powrotu wyzna­czoną przez rodzi­ców. Zasta­na­wia­łam się, czy dałoby się jakoś poroz­ma­wiać z nimi o tym, czy pod­czas waka­cji nie mogła­bym wra­cać do domu póź­niej. Ale gdy­bym to zro­biła, zaczę­łyby się pyta­nia. A gdyby dowie­dzieli się, że gadam z nie­zna­jo­mym chło­pa­kiem, wsia­dam do jego auta i daję się gdzieś wywieźć, już ni­gdy w życiu nie pozwo­li­liby mi wyściu­bić nosa za drzwi. Caleb zatrzy­mał się i ski­nął głową, a w jego nie­bie­skich oczach migo­tało roz­ba­wie­nie.

- Będę zatem pil­no­wał, żebyś każ­dego wie­czoru była w domu przed dwu­dzie­stą drugą.

Każ­dego wie­czoru?

- Wygląda na to, że zabra­kło ci języka w gębie, co? - Obró­cił się tak, że sta­li­śmy teraz twa­rzą w twarz.

- Dobrze powie­dziane.

- Dla­czego uwa­żasz, że nie mogę się o cie­bie trosz­czyć?

- Bo mnie nie znasz. Ponie­waż jestem dla cie­bie za młoda.

Prze­chy­lił głowę.

- Piper, uczu­cia nie da się kon­tro­lo­wać. Na całym świe­cie ludzie pró­bują ukryć, kim naprawdę są i czego pra­gną. Ni­gdy tego nie zro­zu­miem. Jasne, nie zamie­rzam pró­bo­wać wcho­dzić z tobą w zwią­zek, ale to nie zna­czy, że nie chciał­bym tego.

Czyli był super­sz­czery. To pokrze­pia­jące.

- Zga­dzam się z tym. Tylu ludzi pró­buje ukryć to, jak naprawdę się czują, aż w końcu jedyne, co im pozo­staje, to ucieczka.

- Dokład­nie. - Ode­tchnął głę­boko, z wyraź­nym poczu­ciem ulgi, zado­wo­lony, że naresz­cie zna­lazł kogoś, kto podziela jego poglądy. - Gdyby tylko ludzie zechcieli być w sto­sunku do sie­bie odro­binę bar­dziej otwarci...

- Nie wydaje się, żebyś ty miał z tym pro­blem.

- Kie­dyś mia­łem. A póź­niej wsze­dłem w to i... wow.

Ugry­złam się w język, ledwo powstrzy­mu­jąc się od pyta­nia, w co wszedł i tak się zaan­ga­żo­wał, lecz wyda­wało się to nieco wścib­skie. No i jeżeli to coś obrzy­dli­wego, żało­wa­ła­bym, że zapy­ta­łam. Nie­które rze­czy lepiej prze­mil­czeć.

- Dołą­czymy do nich? - zapy­tał, pocią­ga­jąc mnie deli­kat­nie za rękę, dla­tego zbli­ży­łam się o krok.

Pochy­li­łam lekko głowę.

- Jasne.

Prze­szli­śmy przez drzwi i szczęka mi opa­dła. Pomiesz­cze­nie było ogromne. Prze­stronny pokój z sofami, olbrzy­mim tele­wi­zo­rem, grami zręcz­no­ścio­wymi, sto­łem bilar­do­wym i barem.

- To... nie­sa­mo­wite. Nic dziw­nego, że nie spę­dzasz czasu nad jezio­rem.

- Nie prze­pa­dam za tłu­mami ludzi.

Uśmie­cha­jąc się do niego kąci­kiem ust, doda­łam:

- Ani za out­si­de­rami.

- Bar­dzo zabawne. Dobra, tele­fony na sto­lik - poin­stru­ował, wyj­mu­jąc z kie­szeni swoją komórkę i odkła­da­jąc ją na bok, czym dał nam sygnał do zro­bie­nia tego samego.

- Dla­czego? - zapy­tała Hazel.

Owen rów­nież odło­żył swój smart­fon na wska­zane miej­sce.

- Wszy­scy sie­dzą cią­gle przy­kle­jeni do mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Tutaj roz­ma­wiamy ze sobą nor­mal­nie, twa­rzą w twarz. To znacz­nie faj­niej­sze. Takie są zasady tego domu.

Hazel wzru­szyła ramio­nami i poło­żyła tele­fon obok ich. Ja się zawa­ha­łam. Moja komórka zawsze była albo w mojej dłoni, albo w kie­szeni.

- Piper, to nie szkoła - zachi­cho­tał Caleb. - Twój tele­fon nie został skon­fi­sko­wany. Nie musisz go wyłą­czać i zosta­wiać tu do końca lek­cji. Jeśli ktoś zadzwoni, możesz podejść i ode­brać.

Hazel rzu­ciła mi spoj­rze­nie pod tytu­łem: "Tylko nie narób mi znowu wstydu".

- No ruchy, Pipes, to wyzwiemy chło­pa­ków na par­tię bilarda.

Żadna z nas nie potra­fiła grać w bilard. Ale znowu zacho­wy­wa­łam się jak idiotka.

- W porządku. - Wysu­nę­łam tele­fon z kie­szeni i poło­ży­łam obok pozo­sta­łych na sto­liku.

Caleb się uśmiech­nął.

- To co, chcesz zoba­czyć resztę, zanim sko­piemy im tyłki w bilar­dzie?

- Resztę? - zapy­ta­łam.

- Nie zauwa­ży­łaś, że budy­nek jest znacz­nie więk­szy niż ten pokój?

- Cóż, ow­szem, ale zało­ży­łam, że reszty nie wyre­mon­to­wa­li­ście. - Po dru­giej stro­nie pokoju znaj­do­wało się dwoje drzwi z kla­wia­turą do wpro­wa­dza­nia kodu odblo­ko­wu­ją­cego zabez­pie­cze­nie.

- Co tam jest?

- Przez które drzwi chcesz przejść?

- Dokąd pro­wa­dzą te po pra­wej?

- Do kolej­nych poko­jów.

- A te po lewej?

Ści­ska­jąc moją rękę, odpo­wie­dział tajem­ni­czo:

- Gdy­bym ci to zdra­dził, musiał­bym cię zabić.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- A poważ­nie?

- Musisz któ­reś wybrać. Tro­chę jak w Matri­xie. "Piper, wybie­rasz czer­wone drzwi czy nie­bie­skie?"

- Jedne i dru­gie są białe.

Roze­śmiał się i zbli­żył nie­bez­piecz­nie. Teraz nasze klatki pier­siowe nie­mal się sty­kały. Zwa­żyw­szy na to, że mogli­śmy być tylko przy­ja­ciółmi, ta pozy­cja zde­cy­do­wa­nie nie była odpo­wied­nia. Poza tym nie zna­łam go prze­cież na tyle dobrze, aby mógł wkra­czać w moją prze­strzeń oso­bi­stą.

Spoj­rzał mi w oczy i prze­stał się uśmie­chać. Czy ma zamiar mnie poca­ło­wać? Nie mogłam odbyć pierw­szego praw­dzi­wego poca­łunku w życiu z - było nie było - kom­plet­nym nie­zna­jo­mym.

Wziął głę­boki oddech.

- Nie powi­nie­nem tego robić.

W tym samym momen­cie Hazel krzyk­nęła:

- Pipes, no chodź tu!

Cof­nę­łam się o krok, a Caleb pozwo­lił moim pal­com wysu­nąć się z jego dłoni. Powoli pokrę­cił głową.

- To co, Piper, które drzwi?

- Hmm, nie­spe­cjal­nie urzą­dza mnie bycie mar­twą, więc wybie­ram te po pra­wej.

- W porządku - przy­tak­nął z zapie­ra­ją­cym dech w pier­siach uśmie­chem. - Chodź. - Jego postawa była teraz inna; wypro­sto­wał się, wyda­wał się bar­dziej oży­wiony.

- Naprawdę jesteś dumny z tego miej­sca, co? - dro­czy­łam się z nim.

Spoj­rzał na mnie przez ramię.

- Nawet nie masz poję­cia jak bar­dzo. Owen, wy też wcho­dzi­cie?

Owen pod­niósł wzrok znad pin­balla, w któ­rego grał z Hazel.

- Jasne.

Podą­ży­łam za Cale­bem, zain­try­go­wana, co kryje się dalej. Chło­pak wci­snął kod na kla­wia­tu­rze i drzwi się otwo­rzyły.

Caleb prze­pu­ścił Owena i Hazel przo­dem, po czym odwró­cił się do mnie.

- Wszystko okej?

Ski­nę­łam głową, a on znów wycią­gnął do mnie rękę. Praw­do­po­dob­nie nawet tego nie powin­ni­śmy robić, lecz i tak chwy­ci­łam jego dłoń, a on popro­wa­dził mnie do środka. Moim oczom uka­zał się kory­tarz. Bar­dzo długi kory­tarz. Co, u dia­bła?

Wpa­tru­jąc się w Caleba, unio­słam pyta­jąco brew.

- Co to jest?

Po obu stro­nach kory­ta­rza znaj­do­wały się drzwi - co naj­mniej troje po każ­dej stro­nie - a kolejne na samym końcu holu. Oświe­tle­nie było przy­tłu­mione, przez co na pod­ło­dze two­rzył się efekt jasno­sza­rych cieni.

Caleb roze­śmiał się i puścił moją rękę.

- Ten budy­nek słu­żył nie­gdyś jako biuro, tata pro­wa­dził stąd sprawy fir­mowe. Oprócz tego ogrom­nego pomiesz­cze­nia, z któ­rego tu weszli­śmy, jest jesz­cze dru­gie takie na końcu kory­ta­rza. Do tego mnó­stwo mniej­szych poko­jów.

Odwró­ci­łam się z powro­tem w kie­runku kory­ta­rza, któ­rym już prze­cha­dzała się Hazel.

- Zro­bi­łeś już coś z tymi poko­jami? - zapy­ta­łam.

Przy­ci­snął klatkę pier­siową do moich ple­ców. Zamar­łam, czu­jąc na szyi jego oddech.

- Czemu sama się o tym nie prze­ko­nasz?

Aha, nie wydaje mi się.

- Wiesz, chyba wrócę teraz tam, skąd przy­szli­śmy - powie­dzia­łam, gdy odsu­nął się ode mnie. - Hazel, wra­caj. - Zro­bi­łam krok w kie­runku przy­ja­ciółki, która zmie­rzała już w stronę pierw­szych drzwi po lewej.

Poczu­łam, jak atmos­fera za mną w jed­nej chwili ule­gła zmia­nie. Aż mnie zmro­ziło. Na całym ciele wystą­piła mi gęsia skórka. Hazel spoj­rzała gdzieś ponad mną i pobla­dła.

Wciąż sta­łam ple­cami do drzwi, lecz gło­śny szczęk oznaj­mił, że nasi nowi zna­jomi wyszli.

- To nie jest zabawne! - krzyk­nęła Hazel, obra­ca­jąc się na pię­cie.

Widząc jej panikę, odwró­ci­łam się i pod­bie­głam do drzwi.

Po tej stro­nie też była klamka, ale zamek dzia­łał na szyfr, a ja nie spoj­rza­łam na kla­wia­turę, gdy Caleb wystu­ki­wał na niej kod.

- Caleb! - krzyk­nę­łam. - Wypuść nas!

Hazel rzu­ciła się na drzwi, waląc w nie z całych sił zaci­śnię­tymi pię­ściami.

- Otwórz­cie natych­miast te drzwi!

- Caleb! - krzyk­nę­łam gło­śniej. - Już zaba­wi­li­ście się naszym kosz­tem, teraz otwie­raj! - Przy­ło­ży­łam ucho do drzwi, nasłu­chu­jąc. Musieli tam być, więc dla­czego czu­łam się tak, jak­bym krzy­czała do pustego pokoju?

Cof­nę­łam się o krok i chwy­ci­łam Hazel za nad­gar­stek.

- Co jest grane? - wymam­ro­ta­łam.

- Co jest grane? To jest grane, że jak tylko stąd wyjdę, to ich zabiję!

O Boże, nie jest dobrze.

- Caleb, pro­szę! - krzyk­nę­łam ponow­nie.

Gdy świa­tła na górze zami­go­tały, Hazel i ja pod­sko­czy­ły­śmy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki