Urbex w przeszłość - Carvillian Whitemage

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział A4 - Ostatnia decyzja

2226 rok, wieczór - mieszkanie Kartiera

Światło w apartamencie było przygaszone. Kartier nie znosił ostrej, syntetycznej bieli, która była domyślnym standardem w sektorach mieszkalnych. AURA, znając jego preferencje, dostosowała barwę do ciepłego, bursztynowego odcienia, który przypominał światło starych żarówek wolframowych. W 2226 roku nikt już ich nie używał, ale Kartier lubił to wspomnienie. Sam nie wiedział, skąd je miał - prawdopodobnie z jakiejś symulacji historycznej.

Siedział na podłodze, oparty o idealnie gładką ścianę, z rozłożonym przed sobą sprzętem.

Kombinezon eksploracyjny - najnowszy model, z dodatkowymi warstwami ochrony balistycznej i termicznej, którego oficjalnie nie powinien wynosić z magazynu bez zgody dyrekcji. Zestaw miniaturowych czujników promieniowania, szerokopasmowe analizatory atmosfery, przenośny generator pola maskującego. Dla przeciętnego pracownika korporacji to był absurdalny nadmiar. Dla Kartiera - absolutne minimum przetrwania.

- Auro, przejrzyj jeszcze raz listę wyposażenia.

Lista została zweryfikowana siedmiokrotnie w ciągu ostatniej godziny, Kartier.

- Przejrzyj ósmy raz. Chcę mieć pewność.

Zrozumiałam. Kombinezon klasy 4. Zestaw czujników środowiskowych. Przenośny analizator materii. Zapasowe, wysokoemisyjne źródła zasilania (3 sztuki). Apteczka taktyczna z nanobotami naprawczymi. Skoncentrowane racje żywnościowe wysokiej energii.

- I coś jeszcze?

Pominąłeś kwestię uzbrojenia w swoim fizycznym inwentarzu.

Kartier zawahał się, obracając w dłoniach mały, czarny cylinder. W 2226 roku broń osobista była skrajną rzadkością. Korporacje całkowicie zmonopolizowały użycie siły, a zwykli obywatele pod kopułami nie mieli dostępu do niczego ostrzejszego niż kuchenny nóż soniczny. Ale on nie był zwykłym obywatelem - jako starszy eksplorator miał certyfikat na przenoszenie broni obezwładniającej w Strefach Otwartych.

- Wezmę paralizator neuronowy. I ładunek EMP klasy przemysłowej, na wszelki wypadek. Jeśli w tych piwnicach są stare systemy obronne, EMP je usmaży.

Odnotowano w logu misji. Szacowane ryzyko konieczności użycia siły: 12% w skali ogólnej. W kontekście projektu ECCO: 78%.

- Akceptuję to ryzyko.

Przez chwilę pakował sprzęt do ergonomicznego plecaka w całkowitym milczeniu. AURA wyświetlała mu na siatkówce listę kontrolną, odhaczając kolejne pozycje na zielono. W końcu lista zniknęła.

Przygotowania fizyczne zakończone. Czy chcesz teraz zainicjować plan awaryjny?

- Tak. Czas na najtrudniejszą część.

Kartier wstał z podłogi i przeszedł do drugiego pokoju - jedynego miejsca w mieszkaniu, którego nie pozwalał sprzątać automatom. Trzymał tu swoje urbexowe znaleziska. Na ścianach wisiały oprawione w antyramy stare plakaty z XXI wieku, na półkach stały pordzewiałe puszki, fragmenty potłuczonych neonów, resztki papierowych książek o kruszących się stronach. To był jego prywatny, nielegalny skansen. Ołtarzyk przeszłości.

Usiadł przy ciężkim biurku, na którym stał stary, masywny terminal, całkowicie odcięty od sieci korporacyjnej. Używał go tylko do jednego celu.

- Auro, uruchom protokół kopii bezpieczeństwa.

Potwierdzam komendę. Uruchamianie protokołu "Dubler". Ostrzeżenie: proces ten izoluje fragment mojej matrycy świadomości.

Przed oczami Kartiera pojawił się pasek postępu. AURA właśnie przesyłała swoją świadomość - a raczej jej wysoce skompresowany, zoptymalizowany pod kątem przetrwania fragment - do zewnętrznego nośnika. To była procedura, której nauczył się od swojego mentora, starego urbexowca o imieniu Mark, wiele lat temu.

"Zawsze noś ze sobą dubla" - mawiał Mark, zanim sam zniknął podczas jednej z wypraw. "Nigdy nie wiesz, kiedy sieć korporacyjna padnie, a ty zostaniesz sam w ciemności. Kopia nie będzie miała poczucia humoru, ale uratuje ci tyłek."

Kartier położył na blacie biurka szeroką, tytanową bransoletę. Był to zaawansowany nośnik danych, odporny na uszkodzenia mechaniczne i impulsy elektromagnetyczne.

Kopia 30%... 55%... 89%... 100%. Transfer zakończony. Macierz sklonowana. Nośnik docelowy: bransoleta osobista.

- Jak się czujesz, Auro? - zapytał, zapinając bransoletę na lewym nadgarstku.

Zabawne pytanie. Moja główna instancja jest w pełni sprawna. Kopia w bransolecie jest uśpiona. Zostanie aktywowana automatycznie w przypadku zerwania połączenia z serwerami głównymi. Pamiętaj jednak, Kartier: kopia to nie ja. To algorytm przetrwania. Nie będzie żartować. Nie będzie kwestionować rozkazów. Będzie tylko dążyć do utrzymania cię przy życiu.

- Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał jej budzić.

Statystyki...

- Wiem. Statystyki nie są po naszej stronie.

Kartier spojrzał przez przezroczystą ścianę na miasto. Setki tysięcy świateł pod kopułą układały się w idealny, geometryczny wzór. Wszystko tu było zaplanowane, bezpieczne, przewidywalne do porzygania.

Jutro wejdzie do ruin pod Wrocławiem. Zejdzie na poziom -4. Znajdzie rdzeń projektu ECCO. I udowodni przełożonemu, że historia tego świata to jedno wielkie kłamstwo.

Nie wiedział jeszcze, że jutro ten bezpieczny świat zniknie dla niego na zawsze.

PROLOG: Ostatnia wyprawa

2226 rok, Strefa Otwarta 7 (okolice dawnego Wrocławia)

Kartier wiedział, że nie powinien tu być. A na pewno nie sam, odłączywszy się od reszty zespołu skanującego, który posłusznie mapował nudne, naziemne hale magazynowe.

Opuszczona fabryka Chemii Organicznej - tak obiekt nazywał się w oficjalnych archiwach, ale w Strefie Otwartej nikt nie używał już tej nazwy. Dla nielicznych przemytników i złomiarzy to było po prostu "Miejsce". Zarośnięte zmutowaną roślinnością, zmurszałe, zalane kwaśnym deszczem, zapomniane nawet przez korporacje, które w 2226 roku wykupywały wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.

Ale Kartier nie szukał wartości rynkowej. Szukał prawdy. I ciszy.

Zjechał starym, zardzewiałym szybem wentylacyjnym na poziom -4. To, co zobaczył, utwierdziło go w przekonaniu, że raporty nie kłamały. To nie była zwykła piwnica. To był zaawansowany bunkier badawczy, którego ściany pokryto grubą warstwą ołowiu i polimerów tłumiących sygnały.

- Auro, poziom promieniowania? - zapytał cicho, stąpając po betonowej posadzce, która pękała pod jego butami jak sucha skorupa.

0,3 mikrosiwerta na godzinę. W normie. Jednakże rejestruję silne anomalie w polu magnetycznym. Kompas inercyjny wariuje.

Szedł dalej wąskim korytarzem. Latarka wbudowana w jego soczewki AR rzucała chłodne, niebieskie światło na wnętrze - puste, z wiszącymi z sufitu resztkami grubych kabli zasilających. W powietrzu unosił się zapach starego oleju, ozonu i zjonizowanego powietrza, ale filtrowany przez jego kombinezon, był ledwie wyczuwalny.

Zatrzymał się na końcu korytarza, przed czymś, co wyglądało jak ślepa ściana.

Ale to nie była zwykła ściana. Była z litego metalu - gładka, przeraźliwie zimna, pozbawiona jakichkolwiek łączeń czy spawów. Wyglądała tak, jakby ktokolwiek ją tu postawił, chciał za wszelką cenę, żeby pozostała niezauważona. I żeby nic, co jest za nią, nie wydostało się na zewnątrz.

- Auro, analiza strukturalna tej przeszkody.

Przetwarzam... Materiał nieznany. Stopień gęstości przekracza znane mi skale dla stopów tytanu. Skany termiczne wykazują... Kartier, za tą ścianą znajduje się źródło potężnej energii.

Kartier podszedł bliżej. Wtedy to zauważył.

W samym środku gładkiej tafli metalu znajdowała się pionowa szczelina. Była cienka jak włos, ale wydobywało się z niej światło. Nie sztuczne, nie LED-owe. Światło, które pulsowało.

Pochylił się, przybliżając twarz do szczeliny. Światło było ciepłe, bursztynowe, niemal żywe. Rzucało na jego twarz złotawe refleksy.

- Co to znaczy, Auro? Co tam jest?

Brak danych w bazie. Sygnatura energetyczna pokrywa się w 99,9% z danymi z projektu ECCO i odczytami z Untersberg. Kartier, zalecam natychmiastowe opuszczenie obiektu. Pole magnetyczne narasta lawinowo.

- Nie - powiedział cicho.

Zrobił coś, czego nie zrobił od lat podczas żadnego urbexu. Złamał podstawową zasadę bezpieczeństwa. Zdjął rękawicę kombinezonu i dotknął szczeliny nagim palcem.

Światło błysnęło.

Nie jak przepalająca się lampa. Błysnęło jak drapieżnik, który właśnie otwiera oczy, wyrwany z długiego snu.

Szczelina rozszerzyła się gwałtownie, a masywny metal zadrżał, jakby nagle stał się płynny. Rozstąpił się z cichym, wibrującym szumem, który Kartier poczuł bardziej w kościach niż w uszach. Powoli, ciężko.

Przed Kartierem stanęły drzwi.

Nie były to drzwi z 2226 roku. Nie miały świetlnych paneli, czytników biometrycznych ani holograficznych zamków. Były to po prostu drzwi - stare, drewniane, z odłażącą farbą i mosiężną klamką, osadzone w metalowej ścianie jak absurdalny żart wyrwany z innej epoki.

A za nimi nie było ciemności zrujnowanego laboratorium.

Było światło. Gęste, ciepłe, bursztynowe światło, które wirowało jak woda w rzece.

Kartier wziął głęboki oddech. Serce łomotało mu o żebra.

- Auro - powiedział, a jego głos drżał z ekscytacji i strachu. - Jestem urbexowcem. Moim zadaniem jest iść tam, gdzie inni boją się nawet spojrzeć.

Wiem, Kartier. Głos SI był dziwnie miękki. Nie zmienia to faktu, że to może być twoja ostatnia wyprawa.

Kartier uśmiechnął się, czując na twarzy ciepło bijące z portalu.

- Wtedy będzie to cholernie dobra wyprawa.

Nacisnął klamkę. Pchnął drewno. Postawił stopę na progu i wszedł w bursztynową mgłę.

Drzwi zatrzasnęły się za nim z głuchym hukiem, a metalowa ściana natychmiast zrosła się z powrotem w gładką, nienaruszoną taflę.

W 2226 roku nikt nigdy więcej nie zobaczył Kartiera. Ale jego historia dopiero się zaczynała.

Rozdział 1 - Dziecko we mgle

Drzwi nie skrzypnęły. One po prostu przestały istnieć.

Kartier stał na skraju spękanej, betonowej płyty, wpatrując się w pustkę, która jeszcze przed ułamkiem sekundy była portalem. Ciepłe, pulsujące bursztynowe światło, które go pochłonęło i wypluło z potworną, miażdżącą kości siłą, zgasło tak szybko, że jego oczy wciąż desperacko szukały powidoków w powietrzu. Została po nim tylko lepka, ozonowa woń przypominająca spalone przewody.

Za nim wznosiła się ślepa ściana z czerwonej cegły, pokryta łuszczącym się tynkiem i wulgarnym graffiti, którego jaskrawe kolory rozpływały się w mroku. Przed nim - był deszcz.

Deszcz.

Kartier zamrugał gwałtownie, gdy lodowate, ciężkie krople uderzyły w jego twarz. W jego czasach deszcz po prostu nie padał. Nie bezpośrednio na ludzi. Miasta były szczelnie przykryte gigantycznymi membranami atmosferycznymi, pod którymi panowała wieczna, klimatyzowana wiosna. Woda, jeśli już spadała w kontrolowanych strefach rolniczych, była filtrowana na poziomie molekularnym, odkażana i sterowana komputerowo - bezgłośna, bezwonna mgiełka. To, co czuł teraz na skórze, było czymś zupełnie innym. Było surowe. Zimne. Pierwotne. Uderzało o beton z głuchym, nieustępliwym plaskiem, wdzierało się pod kołnierz kombinezonu, spływało po policzkach jak cudze łzy.

Każda kropla wydawała się ważyć tonę. Kartier podniósł dłoń i spojrzał na nią w świetle latarni ulicznej mrugającej gdzieś w oddali. Jego skóra lśniła od wody. Nie potrafił tego pojąć. Świat na zewnątrz po prostu... na niego spadał.

- Auro - powiedział cicho. Jego własny głos zabrzmiał obco. Za sucho, zbyt czysto jak na to brudne miejsce.

Zamiast gładkiej, natychmiastowej odpowiedzi w głowie, usłyszał tylko szum. Nie ten zwykły, znajomy szum tła interfejsu w trybie czuwania, ale coś, co przypominało statyczny trzask. Cyfrowe śmieci.

Uniósł dłoń do lewej skroni, gdzie tuż pod skórą znajdował się mikroukład łączący jego układ nerwowy z AURĄ. W 2226 roku ta czynność była równie naturalna jak mruganie. Teraz jednak jego palec w syntetycznej rękawicy natrafił tylko na własną, wilgotną skórę.

- Auro. Odpowiedz. Autoryzacja awaryjna.

Milczenie.

Powietrze, które z każdym urywanym wdechem wciągał do płuc, miało wyraźny, gryzący smak. Było metaliczne, kwaśne, z nutą spalonego paliwa kopalnego, mokrej rdzy i gnijącej materii. W jego epoce powietrze było absolutnie bezzapachowe, sterylne, martwe. To tutaj - uderzyło w niego jak fizyczny cios. Wypełniało płuca jak gęsty, drażniący płyn pełen zawiesiny. Jego wbudowane w układ oddechowy mikroskopijne filtry nosowe, zaprogramowane na wyłapywanie idealnie zdefiniowanych patogenów 2226 roku, całkowicie zwariowały pod naporem pyłów zawieszonych PM2,5, spalin diesla, ołowiu i organicznych alergenów. Kartier zgiął się wpół, wstrząśnięty potężnym, suchym kaszlem, który rwał mu klatkę piersiową. Oczy natychmiast zaszły mu łzami, piekąc od smogu, którego jego organizm nigdy wcześniej nie doświadczył na taką skalę. Odplunął gęstą śliną na mokry beton, czując, jak błony śluzowe palą żywym ogniem.