Rozdział 2
Jak podniebienie stworzone jest do rozpoznawania smaków, a uszy do wsłuchiwania się w bicie własnego serca, tak oczy Belli Walter służyły ostatnio tylko temu, by wpatrywać się w krajobraz rozciągający się za oknem jej ukochanego domu. Rozsunęła długie atłasowe zasłony, otworzyła tarasowe okno i mimo panującego na dworze chłodu wyszła do ogrodu.
Była boso.
Stopy z wymalowanymi na purpurową czerwień paznokciami kontrastowały z puszystym, białym śniegiem, zapadającym się pod jej ciężarem.
Prawa, lewa, kocham cię.
Prawa, lewa, kocham cię.
Prawa, lewa, kocham cię.
Z każdym postawionym krokiem powtarzała wymyślony przez siebie zwrot, starając się nie myśleć o igiełkach usiłujących zawładnąć jej i tak od pewnego czasu bardzo podatnym na wszelakie bodźce umysłem.
A teraz będzie inaczej. Nie lepiej ani nie gorzej, ani nawet tak samo. Po prostu inaczej - pomyślała filozoficznie, dotarłszy wreszcie na miejsce. Chciała krzyczeć na całe gardło, dać ujście uczuciom, jakie w tym właśnie momencie ogarnęły całą jej fizyczną postać. Oczekiwanie, które było jej udziałem przez długie lata, stało się jej drugą naturą.
Jutro będzie lepiej, Bella - powiedziała do siebie w myślach. - O ile śnieg będzie łaskawy i nie stopnieje, zrobisz dwa okrążenia dookoła domu. - Uśmiechnęła się po raz pierwszy od wielu tygodni, czyniąc to naprawdę szczerze. Chociaż często słyszała, że niemożliwe jest przygotowanie się na odejście kogoś bliskiego, dziś nie mogła się z tym stwierdzeniem zgodzić. W myślach pochowała Edwarda setki, jeśli nie tysiące razy. Obmyśliła wiele planów B na wypadek, gdyby te z serii A nie zadziałały, i dwa tygodnie temu, poprawiając po raz ostatni kołnierz mężowi, ku własnemu zdziwieniu odetchnęła, szepcząc do anioła śmierci: "W samą porę przyszedłeś".
Bo przecież nie ma przypadków. Dokładnie tak musiało być, nie inaczej - rozważała, otulając zmarznięte stopy miękkim, pachnącym ręcznikiem. Jak dobrze, że była z nią Franka. Prała, sprzątała, gotowała, podawała posiłki i zabawiała rozmową, robiąc to naturalnie - jakby nic się nie zmieniło i jakby przejście pana domu do innego świata zwyczajnie jej nie obchodziło.
Bella, rozsiadłszy się w fotelu, chwyciła zeszyt leżący na stoliku kawowym. Od lat zapisywała w nim inspirujące cytaty ludzi, których uważała za mądrych, i fragmenty książek, jakie wywarły na niej wrażenie. Zawsze, kiedy to robiła, myślała, że na coś te praktyki się przydadzą, popchną ją do działania, rozbudzą odwagę. Tymczasem nic nie zmieniała w swoim życiu. Do kogo mogłaby mieć teraz pretensje? Przecież nie do Edwarda, który zwykł mawiać z dumą, że odkąd Bella za niego wyszła, przebywa na wiecznym urlopie. Jakaż to była prawda. Bella na swój sposób kochała ten "urlop" i tę swoją strefę komfortu i nigdy nie czuła się do tego stopnia zdeterminowana, aby to wszystko opuścić. Tylko czasem pytała męża: "A co będzie, jak umrzesz, jak odejdziesz przede mną? Jak wówczas sobie poradzę? Przecież dzieci są takie małe. Jak utrzymam dom, jak je wychowam?". Właśnie wtedy obmyślała plany B.
Plany A były projektami męża i w zasadzie przez całe życie świetnie działały.
Dzieci wasze nie są waszymi dziećmi.
To synowie i córki tęsknoty Życia za sobą samym.
Jawią się na tej ziemi przez was, lecz nie od was pochodzą; i choć przebywają z wami, nie do was należą.
Miłość im waszą dawajcie, lecz nie waszą myśl, gdyż one własne posiadają myśli. Schronienie możecie dać ciału ich, ale nie duszy; dusze ich bowiem w przybytku jutra trwają, a tam nawet marzeniem swoim nie zdołacie sięgnąć. Możecie starać się być do nich podobni, lecz nie usiłujcie nigdy upodobnić je sobie.
Bo życie nie cofa się ani nie ogląda za wczorajszym dniem.
Jesteście jako łuk, a dzieci wasze jako strzały żywe, wybiegające z was w dal.
Bella przeczytała słowa Kahlila Gibrana i zamknęła zeszyt. Zacisnęła powieki, nie pozwalając łzom płynąć, i zamyśliła się nad błędami, jakie popełniła, wychowując czworo dzieci.
Karol Walter - pierworodny syn. Świetnie rokował i tak wielkie pokładali w nim nadzieje. Ale poznał Mariannę i zakochał się na zabój. Nim się obejrzeli, na świecie pojawił się Karolek Junior. Gdyby Edward nie zaprotegował syna do pracy w jednym z większych banków w mieście, prawdopodobnie do dziś Karol byłby bezrobotny. Marianna również nie rwała się do pracy. Chcę być jak ty, mamo - mawiała fałszywie do teściowej, szczerząc się przy tym głupkowato.
Gdyby miała być jak ja - przyszło Belli do głowy - musiałaby urodzić jeszcze przynajmniej troje dzieci, a nie wymawiać się brakiem czasu, poprzestając na jednym.
Drugi syn Walterów, niewiele młodszy Marcin, całe życie stał w cieniu starszego brata. Bóg nie był dla niego hojny, przydzielając talenty. Urody mu poskąpił i nawet wzrostu. Nic dziwnego, że kompleksy utrudniły mu utrzymanie jego pierwszego małżeństwa - z Anetą, która dała mu dwie śliczne i mądre córeczki. Rozwiedli się, ku rozpaczy Walterów, a miejsce Anety, synowej będącej marzeniem wszystkich matek, zajęła Letycja, pracująca jako asystentka stomatologiczna. Musiała bardzo pokochać Marcina, skoro dla tej miłości poświęciła kontakt z własnym synem. Tak nie postępuje matka! - Bella burzyła się w sobie, jednak nigdy, przenigdy ani jednym słowem się na ten temat nie odezwała.
Trzeci z kolei syn, Dominik, miał wszystko, czego potrzeba do dobrego, szczęśliwego życia. Mądrość, urodę, wdzięk, talenty. Walterowie nie posiadali się z radości, kiedy bez najmniejszych kłopotów dostał się na prawo, zajmując czołowe miejsce na liście studentów. Równie mocno dwa lata później pogrążyli się w smutku, gdy rzucił paragrafy dla ponoć wymarzonych studiów artystycznych. Niestety na Łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych też nie zagrzał miejsca. Dlaczego? Och, jakże trudno było to z niego wyciągnąć. Chłopak zawsze był nieco zamknięty w sobie i żył we własnym świecie. Może dlatego Belli było do niego najbliżej? Przypominał jej kogoś, kogo znała od zawsze - siebie. Pokochała jego córkę Zuzannę, którą samotnie wychowywał. Biedna dziewczynka nie zaznała matczynej miłości. Ewa, studentka psychologii, najwyraźniej nie zdołała wykorzystać zdobytej wiedzy we własnym życiu. Odeszła, będąc uzależnioną od narkotyków. Nie pomogły nawet odwyki w najlepszych światowych klinikach. Umarła jako ofiara ofiar, czyli uzależnionych od alkoholu rodziców. Zuzanna jedynie wyglądem przypominała swoją matkę, natomiast jej wnętrze było czyste, pełne miłości i radości życia pomimo obfitującego w odcienie szarości dzieciństwa.
Bella i Edward Walterowie przez wiele lat marzyli o potomstwie płci pięknej. Gdy przyszła na świat Edytka, niemal skakali z radości, wyobrażając sobie, kim będzie, co osiągnie i jak bardzo będzie poważana w społeczeństwie. Tymczasem Edytka wyrosła po prostu na... Edytkę - zwyczajną dziewczynę z wrodzonym szczęściem do pechowych mężczyzn. Jak muchy do miodu lgnęli do niej żonaci, rozwiedzeni, maminsynkowie - jednym zdaniem mężczyźni nienadający się do tego, by planować z nimi przyszłość.
Odkąd pierwszy raz Bella zaszła w ciążę, obiecała sobie, że zrobi wszystko, by najlepiej, jak tylko potrafi, wychować potomstwo, jakim Bóg jej pobłogosławił. Chociaż uczyła się języków obcych, czytała wiele książek, śledziła na bieżąco nowości ze świata filmu i sztuki, to... nigdy nie wykorzystywała w pełni swoich umiejętności. Nie błyszczała na salonach, jak to się mówi, na własne konto.
Stawiała siebie jedynie w roli matki i towarzyszki męża, którego darzyła największym szacunkiem. Swoje ambicje odłożyła na "kiedyś". To "kiedyś" nastąpiło w chwili wydania ostatniego tchnienia przez Edwarda.
Właśnie wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Bella poczuła, że nadszedł jej czas. Ktoś powiedziałby, że w życiu kobiety po sześćdziesiątce niewiele można zmienić. A jednak ona - gość honorowy na imprezie Edwarda, zwanej wzniośle ostatnim pożegnaniem - postanowiła raz na zawsze zerwać z prezentowanym dotychczas wizerunkiem siebie. Patrząc na leżącego w trumnie mężczyznę, doznała czegoś w rodzaju młodzieńczego buntu. Była dumna ze swoich karminowych ust, sukienki mini i butów z odkrytymi piętami. Była dumna ze swojej odwagi - odwagi, którą zawsze w sobie tłumiła mimo pragnienia, by stać się kimś zupełnie innym.
- Napije się pani herbaty? - Łagodny głos wyrwał Bellę z rozmyślań.
Podniosła głowę i ujrzała Frankę stojącą nad nią z parującym dzbankiem. Na twarzy gosposi dostrzegła lęk - ten natychmiast się jej udzielił.
- Czy coś się stało, Franko? - spytała, ściągając brwi i jednocześnie wsuwając na stopy frotowe skarpety.
Franka zaprzeczyła, stawiając dzbanek na stoliku.
- Widzę przecież. Jesteś niespokojna. Mogę jakoś pomóc?
Gosposia, niczym mała dziewczynka, miętoliła rąbek fartucha w palcach.
- Widzi pani... - podjęła, prostując się jak struna. - Gdyby tak ktoś patrzył na mnie z boku, mógłby się zdziwić, że w dwudziestym pierwszym wieku mają miejsce podobne rzeczy.
- Usiądź, proszę, skarbie, i... - Bella wskazała France miejsce na kanapie, a sama oparła plecy o oparcie fotela, podwinąwszy pod siebie długie, zgrabne nogi. Uprawianie latami gimnastyki przyniosło efekty w postaci elastycznego ciała, jakim niewiele kobiet w jej wieku mogło się poszczycić. - Chciałabym cię prosić, abyś nie nazywała mnie panią - powiedziała do gosposi, rozciągając usta w uśmiechu.
- Ale... Pani wybaczy, ale...
- Mów mi po prostu Bella, dobrze? - Pracodawczyni wyciągnęła dłoń.
- To... to... pani mnie nie zwalnia? - Gosposia poderwała się z kanapy.
Bella cofnęła podbródek, krzywiąc się z niedowierzaniem.
- Bardzo przepraszam, ale nie rozumiem. - Pokręciła głową. - Niby dlaczego miałabym to zrobić? Jesteś mi potrzebna bardziej niż kiedykolwiek.
- Naprawdę? - Franka odetchnęła, zaczerpnąwszy powietrza. Jej obfity biust powędrował w kierunku brody, a po chwili opadł. - Nawet pani nie wie, to znaczy... - Odchrząknęła, onieśmielona - Nie wiesz, Bello, jak bardzo, bardzo mnie to cieszy. Ja myślałam, że bez pracy zostanę. A toć ja od zawsze z wami i dobrze mi tu. Pani zawsze dobra dla mnie była.
- Bella jestem.
- Tak, tak, Bello. Ciężko się przestawić na pstryk po tylu latach. - Strzeliła w powietrzu palcami.
- A jak twoi synowie, Franko? - Bella zmieniła temat, ten związany z pracą uznawszy za zakończony.
- No właśnie! Synowie mają się dobrze. Za to wnuczęta, och... Najmłodszy, Kazio, idzie na studia. Pomóc mu chciałam. Tyle, ile mogę, ale... pani Karolowa, to znaczy... pani Marianna, żona jego, to znaczy Karola, na pogrzebie, nim jeszcze świętej pamięci pan Edward dobrze ostygł, powiedziała... - Franka zatrzymała się, zakrywając dłonią usta.
- Co powiedziała?
- No... skoro to nieaktualne...
- Nieaktualne, ale dla mnie ważne, Franko.
Gosposia sapnęła.
- Powiedziała, że moje dni tutaj są policzone, bo pani groszem nie śmierdzi i że cały majątek to się im należy. A z panią to trzeba coś zrobić, bo pani ma nierówno pod sufitem. Ja przepraszam, że tak paplam za plecami synowej.
Bella z ledwością stłumiła śmiech.
- Coś jeszcze? - dopytała.
Franka westchnęła, splatając przed sobą pulchne palce.
- Mi tak nie wypada w swoje gniazdo srać przecież. Oj, przepraszam, nie to chciałam powiedzieć. Pani wie, co mam na myśli, prawda? Chodzi mi o to, że przecież pani Marianna to też rodzina i jakby nie było w jakimś sensie i moja pracodawczyni. Bo przecież wasz majątek, wspólny majątek...
Powiedziawszy to, Franka klepnęła się w usta.
- Wspólny majątek? Marianna tak mówiła?
Franka się zaczerwieniła. Była zła na siebie za swoje gadulstwo. Zdążyła bowiem się nauczyć, że między drzwi a futrynę nie należy stawiać buta.
Najdroższa Bello,
nie wiem, jak wyrazić wdzięczność za podarowanie mi całego Twojego życia.
Zdaję sobie sprawę, że mogłaś wybrać inaczej i że miałaś powody ku temu, by być nieszczęśliwą ze mną, a jednak...
Jednak zostałaś i wydałaś na świat czworo dzieci, z których nie zawsze mieliśmy pociechę.
Gdyby nie ty, nie osiągnąłbym nawet marnej cząstki tego, co uzyskałem. Dziś już wiem, że sukces mężczyzny sterowany jest kobiecą ręką. Miałem to szczęście, że Twoja była mądra.
Jakże wielkim głupcem byłem, nie potrafiąc Cię w porę docenić.
Moje oddechy w tym życiu są już policzone i wszyscy o tym dobrze wiemy.
Umawialiśmy się inaczej, wiem. To, co przez lata zgromadzili moi zamożni przodkowie i co przekazali nam, a my to wielokrotnie pomnożyliśmy, rzecz jasna mieliśmy podzielić między nasze dzieci.
Mówiłaś często: "By być szczęśliwą, potrzebuję Ciebie i filiżanki kawy co rano".
A ja? Cóż... tylko tę kawę Ci ofiarowałem.
Wybacz, Najdroższa, te plamy od łez rozmazujące atrament.
Z wyrazami wdzięczności i dozgonnej miłości.
Oddany Tobie na zawsze,
Edward
Bella złożyła list na czworo i wcisnęła go między kartki Przeminęło z wiatrem. Och, ile by dała, by czasami być jak Scarlett i przekładać wszelkie zmartwienia na "jutro". Tymczasem nie potrafiła myśleć w ten sposób. Jej, zdawałoby się, wrodzona nadwrażliwość zdecydowanie na to nie pozwalała. Podeszła do szafy, w której wisiała jeszcze pachnąca praniem, świeżo wyprasowana "na dziś" garsonka w klasycznym, czarnym kolorze. Sznur pereł pasowałby do niej, lecz...
Czy ja naprawdę chcę to na siebie włożyć? - spytała w myślach, mimochodem krzywiąc się przy tym. Kiedyś, w czasach, gdy była posłuszną Bellą robiącą to, czego od niej oczekiwano, włożyłaby ten elegancki, aczkolwiek przewidywalny i nudny uniform. Ale to przecież, jak sama zauważyła, było kiedyś.
Zatrzasnęła z hukiem szafę i otworzyła szufladę.
- Gdzie jesteś? - zapytała głośno, grzebiąc w niej.
Po kilku chwilach znalazła to, na czym jej zależało. Poczuła dreszczyk emocji podobny do tego, jaki przebiegł przez jej ciało wówczas, gdy jako uczennicy najprzystojniejszy młodzieniec w klasie zaproponował jej taniec.
Franka przełknęła ślinę, ujrzawszy Bellę schodzącą po schodach na śniadanie.
- Dobrze się czujesz, Franko? - Bella okręciła się niczym nastolatka, prezentując suknię.
- Ja... ja tak. A pani?
- Miałaś mi mówić po imieniu - przypomniała pracodawczyni, puściwszy do niej oko. - A czuję się tak, jak widać, czyli wyśmienicie. Jak kobieta mająca gdzieś to, jak będzie brzmiał testament.
Franka podsunęła pod nos Belli dwa jajka sadzone, pokrojonego w cienkie plastry pomidora z solą i pieprzem, kromkę żytniego chleba i filiżankę czarnej parującej kawy.
Bella zaczęła jeść, przymykając przy tym oczy z wdzięcznością. Podziękowała w myślach za obfitość i spokój, jakie ostatnio stały się jej codziennym doznaniem.
- Bello? - wystękała Franka, marszcząc się przy tym ze strachem. - Czy mogę cię o coś spytać? To dla mnie ważne. Ale jeśli uznasz, że nie chcesz odpowiadać, to...
- Pytaj śmiało. - Bella przełknęła łyk kawy. - Jest przepyszna, jak zawsze, Franko - powiedziała, wznosząc filiżankę. - Mając przy sobie kogoś takiego jak ty, mogę żyć sto lat. W zasadzie nie spieszy mi się do nieba.
- Skąd pewność, że tam pani miejsce?
Bella się roześmiała.
- Masz rację! - Podniosła palec. - O co chciałaś mnie zapytać? Mów szybko, bo nie mam za wiele czasu. Dziś "ważą" się moje losy - rzekła z przekąsem, nie kryjąc rozbawienia.
- Ja o te losy chciałam zapytać.
- Czyli?
- Myślisz, że dostaniesz co nieco po mężu? Bo... bo jak nie, to...
- Wciąż martwisz się o swoją pracę?
Franka pokiwała głową.
Bella odstawiła filiżankę, wstała od stołu i podeszła do gosposi. Ni stąd, ni zowąd zamknęła ją w uścisku na kilka chwil, a następnie pocałowała w czoło.
- Nawet jak nie dostanę nic, to zostajesz, słyszysz? - rzekła ze spokojem w głosie.
Franka zesztywniała.
- Ale...
- Stać mnie na to, aby płacić ci pensję. Tobie i Maciejowi. Pomyślałam o tym już dawno temu. Nie obawiaj się więc i proszę, pracuj ze spokojem.
Łagodność przebijała z oczu Belli, gdy wróciła na miejsce i zajęła się ponownie konsumpcją jajek.
Franka stała w bezruchu, nie mogąc pojąć tej łagodności. Czyżby Bella postradała zmysły i naprawdę miała gdzieś to, co stanie się ze spadkiem? W jej rozumie taki obrót sprawy zdawał się totalnie niemożliwy.
- Byłabyś tak uprzejma - zwróciła się do niej Bella - i nalała mi trochę tej pysznej kawy do termosu. Nie znoszę tekturowych kubków, w jakich serwuje się ją na mieście. Kobieta powinna traktować picie kawy jak luksusowy rytuał, nie sądzisz?
- Naprawdę? - Franka złapała oddech, kompletnie nie słysząc tego, co mówi Bella. - Naprawdę, nawet jeśli nic nie dostaniesz ze spadku, to... to będzie ci to obojętne? Gdzie wówczas będziesz mieszkać? I na co, na Boga, będzie ci wtedy potrzebny ogrodnik?
Bella skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej, zamyśliwszy się nad słowami Franki.
- Nie martw się na zapas, kochana - powiedziała z pewnością siebie w głosie. - To pierwsza zasada kobiety ufającej życiu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki