.
Dla każdej kobiety,która nie przestajeszukać siebie
.
Mucha spacerowała po lampie od godziny szóstej czternaście.
Anna obudziła się o szóstej piętnaście. Jak zwykle. Tyle że dziś bez budzika. W końcu była sobota.
Wszyscy pozostali domownicy jeszcze spali. Jej mąż Marek pochrapywał jak zwykle i co jakiś czas coś tam mamrotał. Przyzwyczaiła się do tego po latach, chociaż ciągle jeszcze zdarzały się noce, kiedy wsłuchiwała się w to, co mówił przez sen, i próbowała zrozumieć sens. Z tego powodu potem sama nie mogła zasnąć i przez cały dzień czuła się zmęczona. Tej nocy jednak spała dość dobrze, pewnie dlatego obudziła się wypoczęta. Nie chciało jej się jednak wstawać.
Jej wzrok przykuła mucha. Anna próbowała zgadnąć, jaki będzie jej kolejny ruch. Czy poleci w stronę okna, czy przespaceruje się w prawo, a może w lewo? Mogła jeszcze zatrzymać się w miejscu i jak to zwykle robią muchy, pocierać tylne nóżki. Anna pomyślała też, że taka mucha ma całkowitą swobodę decyzji. Może zrobić wszystko, nie przejmując się nikim ani niczym. No, trochę ogranicza ją zamknięte okno, ale poza tym całe mieszkanie jest do jej dyspozycji. Wolno jej polecieć do kuchni, usiąść na jabłkach lub winogronach, przespacerować się po blacie i zlizać resztki rozlanego soku albo polecieć do dużego pokoju i tam wybrać któryś z mebli.
Anna zamknęła na moment oczy. Zastanowiła się, co ją w ogóle skłoniło do myślenia o musze. Przecież to głupie - analizować, co zrobi jakiś owad, którego zresztą nie lubiła. Nabrała powietrza, potem powoli je wypuściła, jak zalecano w technikach oddychania, po czym wstała z łóżka.
Ceniła sobie te momenty, kiedy w domu panowała względna cisza. Wyobrażała sobie wtedy, że siada przy kuchennym stole i jest sama ze sobą. Że delektuje się kawą, w tle tyka zegar, a ona może się zanurzyć w ten przyjemny stan, kiedy jeszcze nic nie musi i cały dzień wydaje się wielką niewiadomą. Marzyła o takich chwilach, kiedy nic nie musiała. Ale Anna była przede wszystkim matką i żoną. Bez przyjaciółek, bez zainteresowań, bez hobby. Jej życie kręciło się wokół rodziny - zbuntowanej dorastającej córki i zapracowanego męża. Nic dziwnego, że pragnęła czasu wyłącznie dla siebie. Takiego z kawą przy stole i leniwym przeglądaniem porannej prasy.
A jednak to wszystko rozgrywało się tylko w jej wyobraźni - i ulatniało z niej dość szybko, gdy wstawali pozostali domownicy i zaczynali swoje codzienne rytuały. Szesnastoletnia Martyna była wyjątkowo głośna, namiętnie trzaskała drzwiami, wszystko odstawiała z hałasem, nawet szczoteczkę do zębów wkładała do kubka z takim impetem, że Anna odruchowo zamykała oczy. Zresztą mąż zachowywał się podobnie jak córka. Anna nie znosiła, kiedy otwierał szafki i wyciągał z nich garnki - nawet ich suczka Aniela podwijała wtedy ogon i czmychała do korytarza. Anna wielokrotnie zwracała im uwagę, że mogliby to wszystko robić choćby o pół tonu ciszej, ale jakoś nigdy nie spotkała się ze zrozumieniem.
Była sobota, istniało zatem pewne prawdopodobieństwo, że zarówno mąż, jak i córka pośpią trochę dłużej. Ale Annę gnały już zakupy, przygotowanie trzech posiłków i trzy spacery z psem, pranie, sprzątanie, zmywanie - wszystko to, co wiązało się ze słowem "weekend", minus wyjście do pracy.
Anna zerknęła przez okno i z nieśmiałym uśmiechem stwierdziła, że zapowiada się ładny dzień.
- Aniela! - przywołała cicho suczkę, która imię otrzymała po prababci Anny. Początkowo nikt z rodziny nie chciał się na nie zgodzić, a jednak to był jeden z tych nielicznych momentów, kiedy Anna postawiła na swoim. Sunię przyniosła do domu Martyna, która po prostu poinformowała rodziców, że znalazła ją na ulicy i nie mogła pozwolić, żeby psina błąkała się sama. Anna nigdy nie myślała o tym, żeby mieć psa, ale suczka dość szybko skradła jej serce.
- Jak zwykle stawiasz mnie przed faktem - powiedziała Anna, patrząc na córkę, która oczywiście wzruszyła ramionami. - W takim razie ja wymyślę dla niej imię.
W pierwszym momencie Martyna uznała, że imię Aniela kompromituje psa, Marek tylko się skrzywił. Ostatecznie jednak Anna zdołała przekonać i córkę, i męża. I było to naprawdę miłe uczucie.
Zresztą Markowi było w zasadzie wszystko jedno. Sam miał w dzieciństwie dwa psy, dlatego uznał, że zwierzę w domu to żaden problem. Pewnie już wtedy wiedział, że i tak obowiązki związane z Anielą spadną na żonę, bo on przecież pracował. Anna wprawdzie też, ale na trzy czwarte etatu, miała zatem więcej - z pozoru - wolnego czasu.
- Tak sobie myślę, że może wyjdziemy dzisiaj trochę wcześniej na spacer? - Anna zmrużyła oczy. - Zrobię od razu zakupy, wtedy będę mogła zaraz po śniadaniu przygotować wstępnie obiad i zająć się prasowaniem.
Anna otworzyła lodówkę i zrobiła szybki przegląd. Ustaliła, czego brakuje, co się kończy, a co już jest przeterminowane. Zapisała w telefonie rzeczy, które powinna kupić, po czym sięgnęła po smycz, gwizdnęła na psa i chwilę później obie wyszły z mieszkania. Aniela z przyjemnością biegała po parku, w którym oprócz niej przebywał tylko jeden pies, na dodatek dość przyjacielski. Zwierzaki goniły się wśród drzew, trochę przekomarzały, obszczekiwały się nawzajem i obsikiwały okoliczne krzewy, a potem, zmęczone, wróciły do swoich właścicieli.
Anna postanowiła zabrać Anielę do pobliskiego spożywczaka, znała bowiem właścicielkę i wiedziała, że w drodze wyjątku może tam wprowadzić psa. To był niewielki sklepik, który także Aniela dobrze znała i wiedziała, że trzeba tam usiąść w kącie, nie szczekać, nie oddychać zbyt głośno i w ogóle zachowywać się tak, jakby jej nie było.
- My tylko na momencik - zaznaczyła od razu Anna, wchodząc z Anielą do środka. - Kupię kilka najpotrzebniejszych rzeczy i zaraz znikamy.
Kwadrans później Anna była już gotowa i trochę niechętnie ruszyła w kierunku domu. Pomyślała o tym, że chętnie wstąpiłaby jeszcze do kawiarni i zamówiła ogromne cappuccino z czekoladową posypką, ale doskonale wiedziała, że tego nie zrobi. Nigdy, przenigdy nie wejdzie sama do kawiarni i nie usiądzie przy stoliku, choćby nawet zaserwowali jej najlepszą kawę pod słońcem. Jak by to wyglądało? Samotna kobieta popijająca cappuccino to przecież desperatka, rozpaczliwie wołająca o pomoc! Brrr... Tylko więc machnęła ręką, żeby przegnać te myśli, zerknęła na Anielę i poprosiła ją, żeby grzecznie szła przy nodze - a potem nagle wydarzyło się coś, czego zupełnie nie ogarnęła. W ułamku sekundy straciła równowagę, a kiedy rozpaczliwie próbowała utrzymać się na nogach, puściła smycz i siatkę z zakupami, zamachała w powietrzu rękami, potem nogami i runęła jak długa, podcinając przy tym jakąś kobietę. Przez pierwszych kilka chwil nie miała zielonego pojęcia, co się właściwie stało, gdzie jest, czy niczego sobie nie złamała i czy nie zrobiła krzywdy temu komuś, kto chyba leżał pod nią.
- Najmocniej panią przepraszam! Już wstaję, już pani pomagam, proszę się nie ruszać, może wezwać karetkę? - Anna wyrzuciła z siebie potok słów, próbując jednocześnie wstać, podnieść kobietę, zebrać rozsypane zakupy i zorientować się, gdzie jest Aniela.
- Wszystko w porządku, najważniejsze, że żyję i nie czuję większego bólu - odezwał się dość niski, przyjemny głos. Należał do trochę starszej od niej na oko pięćdziesięcioletniej,, z krótką zadziorną fryzurą i oryginalnym makijażem (jedna powieka pomalowana na zielono, a druga na niebiesko), ubranej w błękitny dres i wściekle pomarańczowe buty.
- Ale to może być szok - szybko powiedziała Anna. - Może jeszcze ból nie dotarł do pani mózgu, czasami tak się dzieje, to chyba adrenalina albo coś w tym rodzaju?
Anna wzięła kilka głębokich oddechów, kucnęła i nachyliła się nad kobietą. Ale ta właśnie usiadła, otrzepała spodnie, a potem puściła oko do Anny.
- Spokojnie, żyję.
- Naprawdę bardzo, bardzo panią przepraszam! - Anna musiała wyglądać wyjątkowo bezradnie, bo nieznajoma przyjrzała jej się uważnie, a potem próbowała ją pocieszyć:
- Spokojnie - powtórzyła. - Nic takiego się nie stało. A jeżeli się stało, to nie bez przyczyny. Wychodzę z założenia, że wszystko jest po coś, więc być może nasze zderzenie również ma jakiś sens.
- Nie sądzę - odpowiedziała Anna. - Obie mamy podarte siatki i rozsypane zakupy, nie wiem, gdzie jest mój pies, na pewno jesteśmy posiniaczone i kto wie, może skutki tego upadku okażą się jeszcze tragiczniejsze, niż nam się teraz wydaje. Może obie mamy wstrząśnienie mózgu?
- Proponuję, żeby pani na chwilę usiadła, bo odnoszę wrażenie, że nie najlepiej się pani czuje. - Kobieta dotknęła ramienia Anny.
- Mam usiąść na ziemi? - upewniła się Anna.
- Tak, kto nam zabroni? Poza tym to rodzaj skweru, więc nikomu nie przeszkadzamy. A tak przy okazji, jestem Krystyna. - Kobieta wyciągnęła rękę.
- Anna - odpowiedziała zdumiona, a potem rzeczywiście usiadła na ziemi.
- O, widzę, że lubi pani salami z pieprzem? - Krystyna wychyliła się i zerknęła na to, co leżało za plecami Anny.
- Nie, nie znoszę. Ale mój mąż lubi.
- A serek topiony? Ja, szczerze mówiąc, za nim nie przepadam, ale jako dziecko nawet chętnie jadałam - oznajmiła Krystyna.
- Też nie znoszę - powtórzyła Anna. - Ale córka uwielbia.
- Czy potrzebują panie pomocy? - dobiegł je nagle zatroskany głos. Odwróciły głowy i zobaczyły starszego mężczyznę, który zerkał z niepokojem to na jedną, to na drugą.
- Nie, nie, wszystko w porządku. - Krystyna machnęła ręką. - Chwilę jeszcze posiedzimy, a potem zbieramy się do domu.
- Ale siedzą panie na ziemi - zauważył mężczyzna.
- Owszem - potwierdziła Krystyna. - Jest ciepło, a my nikomu nie blokujemy przejścia.
- To fakt - zgodził się mężczyzna. - Niemniej to dziwne.
- Niech będzie, że dziwne. Ale ponieważ nie jest to ani sprzeczne z prawem, ani szkodliwe, to chyba nam wolno, prawda?
Starszy mężczyzna już nic nie powiedział, tylko kręcąc z niedowierzaniem głową, ruszył w swoją stronę. W tym samym momencie Anna zerwała się z ziemi i mocno zaczerwieniła.
- Proszę jednak wstać. To strasznie głupie tak siedzieć, kiedy wkoło spacerują ludzie. Co sobie o nas pomyślą?