Utopay. Przyszłość wystawia rachunek - Praca zbiorowa

Kup ebooka

89.99 zł
78.29 zł (51,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Drogocenna/y Czytelniczko/ku

Drogo­cenna/y Czy­tel­niczko/ku1

Piszę do Cie­bie z nie­da­le­kiej przy­szło­ści, co nie zna­czy, że wiem coś wię­cej i lepiej. Mam jed­nak inną per­spek­tywę. Znam już dwa­dzie­ścia sześć opo­wia­dań, które zna­la­zły się w niniej­szej anto­lo­gii. Ty je dopiero prze­czy­tasz. Szcze­rze Ci tego zazdrosz­czę, cze­kają Cię bowiem bez­cenna zabawa i ogromny kapi­tał prze­my­śleń. Zapew­niam też, że zasko­cze­nie będzie nie­jed­no­krotne, co sta­nowi sku­teczną wycenę war­to­ścio­wej sztuki.

Pisarki i pisa­rze tu zgro­ma­dzeni należą do grona zna­nych i nagra­dza­nych arty­stów słowa dru­ko­wa­nego, wyda­wa­nego i roz­po­wszech­nia­nego. Nie star­czy­łoby tu miej­sca na wymie­nia­nie ich osią­gnięć. Dość powie­dzieć, że są wśród nich lau­re­aci wielu pre­sti­żo­wych nagród lite­rac­kich.

Talent jest nie­po­li­czalny, lecz w odnie­sie­niu do tych twór­ców o jego war­to­ści sta­no­wią dzieła, które dotąd napi­sali - róż­no­rodne gatun­kowo, począw­szy od lite­ra­tury oby­cza­jo­wej, przez kry­mi­nał, po sze­roko pojętą lite­ra­turę fan­ta­styczną i dzie­cięcą. Umie­jęt­ność snu­cia opo­wie­ści przez tych ludzi w prze­li­cze­niu na zapi­sane słowa zna­cząco prze­kra­cza śred­nią kra­jową brutto, a w nie­któ­rych przy­pad­kach nawet netto. Zazwy­czaj tematy do zapi­sy­wa­nia wynaj­do­wali sobie sami. Tym razem temat zna­lazł ich. Ci wybrańcy for­tuny dostali zada­nie, by stwo­rzyć opo­wia­da­nia futu­ry­styczne, w któ­rych podejmą wątek przy­szłej waluty. Mieli się zasta­no­wić, jak pie­niądz przy­szło­ści będzie wpły­wał na czło­wieka, jaki będzie i czy w ogóle będzie. Mieli prze­my­śleć zja­wi­sko cze­ka­ją­cych nas płat­no­ści.

Skąd pomysł? Z życia, naj­ta­niej powie­dzieć. Wystar­czy się rozej­rzeć i roz­wa­żyć, jak pła­cono kie­dyś, a jak płaci się dziś. Dawno temu wymie­nia­li­śmy się towa­rami. Za pie­nią­dze słu­żyły różne kamie­nie, kora­liki, pióra, muszle, sól, futra, tka­niny, cukier, orze­chy koko­sowe, zwie­rzęta, miedź, sre­bro, złoto, a nawet par­me­zan. Gdy zaczę­li­śmy bić monety, niczym lokaty o wyso­kim opro­cen­to­wa­niu roz­ro­sły się mia­sta i pań­stwa. Wraz z dru­ko­wa­niem pie­nią­dza papie­ro­wego wzro­sła rola ban­ków. I pew­nie na­dal byśmy wiro­wali wśród monet i bank­no­tów, gdyby nie rewo­lu­cja tech­no­lo­giczna, jaką przy­niósł inter­net. Wraz z roz­wo­jem inter­netu nastą­piła rewo­lu­cja płat­ni­cza. I nie cho­dzi tu tylko o wir­tu­alne konta ban­kowe, pla­sti­kowe karty płat­ni­cze czy pła­ce­nie zbli­że­niowe smart­fo­nem, lecz także o powsta­nie kryp­to­wa­lut i sys­te­mów Block­chain, które - jeśli pomi­nąć wszel­kie detale ich dzia­ła­nia - spra­wiają, że pie­niądz prze­staje być mate­rialny, doty­kalny. Staje się wir­tu­alną kopal­nią, z któ­rej wyko­pu­jesz bogac­two, i pła­cisz klu­czem będą­cym cyfro­wym kodem.

Jakie to ma zna­cze­nie dla naszego życia? Wszak można powie­dzieć, jak już wie­lo­krot­nie mówiono, że pie­niądz rzą­dzi świa­tem - żądza pie­niądza prze­cież się nie zmie­niła. I dodać: pie­niądz rzą­dzi ludźmi, skoro ludźmi han­dlo­wano i na­dal się han­dluje, a wielu jest takich, co za pie­niądze sprze­da­dzą swoją god­ność. Wresz­cie można rzu­cić w twarz nie­do­wiar­kom i tym wie­rzą­cym, że pie­niądz to młody-stary bóg, do któ­rego modlimy się o bogac­twa wcale nie duchowe.

Kto się z tym nie zga­dza, niech pierw­szy rzuci pie­nią­dzem!

No tak, tylko jakim pie­nią­dzem, skoro coraz mniej monet i bank­no­tów, a coraz wię­cej cyfe­rek zapi­sa­nych w wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści? Trudno rzu­cić w kogoś walutą cyfrową. Kto nie wie­rzy, niech spró­buje. Żarty jed­nak na bok.

Bo, Dro­go­cenna/y Czy­tel­niczko/ku, w kon­tek­ście tre­ści, które za chwilę prze­czy­tasz, wszystko, co dotąd było o pie­nią­dzach, jest już histo­rią. Wszak trzy­masz w rękach opo­wie­ści futu­ry­styczne! A to zna­czy, że wizje w nich przed­sta­wione wykro­czą poza Twoje dotych­cza­sowe doświad­cze­nie świata i czło­wieka oraz otwo­rzą nowe wyobra­że­nia o dzia­ła­niu pie­nią­dza. Być może po ich prze­czy­ta­niu zaczniesz zada­wać sobie pyta­nia w rodzaju:

Czy rze­czy­wi­ście będziemy pła­cić krwią, i to dosłow­nie? A może naszymi kar­tami płat­ni­czymi będą zwie­rzęta? Czy ener­gia odzy­skana z duszy to wystar­cza­jący kapi­tał, by otrzy­mać kre­dyt na życie? Jaką war­tość będą miały dobre uczynki? Co się sta­nie, gdy znikną wszyst­kie pie­nią­dze?

Albo:

Jaką walutę należy uzbie­rać, by napi­sać powieść, w dodatku surowo ocen­zu­ro­waną? Dziecko jako prze­licz­nik sta­tusu spo­łecz­nego? Warzywa jako pie­nią­dze? A może będziemy pła­cić fik­cyj­nymi pie­niędzmi stwo­rzo­nymi wyłącz­nie po to, by wzbu­dzały poczu­cie zamoż­no­ści?

Jak będą dzia­łać rdze­nie tele­por­tów, vir­tu­kasa, bithajs, dig­dongi, jed­nostki, glo­bale, kcale, ksy­dany? Kim będą odkle­jeńcy, hiper­sen­so­ryki, ante­chy, Kujon, Cyber­syn, Sanny? Czym będą ZEW, CUDD, GaX, Bank Dotyku, Prawda Emo­cjo­nalna, Sto­wa­rzy­szone Lokal­no­ści, formy, wysy­sa­cze czasu, edu­budki czy gar­ga­mele?

Czy można będzie kupić czas? Czy wytwo­rzona przez nas sztuczna inte­li­gen­cja będzie miała poczu­cie czasu i czy obu­dzi się w niej wola życia? Wresz­cie czy w ogóle będzie ist­niało coś takiego, czego nie będzie można kupić albo sprze­dać?

Podobne wąt­pli­wo­ści i prze­wi­dy­wa­nia spra­wiły, że księga, którą trzy­masz w swo­ich rękach, została obda­rzona tytu­łem UTO­PAY. W swo­bod­nym, nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym prze­kła­dzie słowo to można rozu­mieć jako "uto­pijne płat­no­ści". Wska­zuje na to przed­ro­stek "uto-" i rdzeń "-pay", który, jak pew­nie wiesz, w tłu­ma­cze­niu z angiel­skiego zna­czy "pła­cić". Zresztą wystar­czy zer­k­nąć na UTO­PAY, zoba­czyć kształt liter i prze­czy­tać gło­śno, by usły­szeć "uto­pej" lub "juto­pej" - angli­cyzm wywo­łu­jący wizu­alne i fone­tyczne sko­ja­rze­nia ze sło­wem "uto­pia". Co prawda uto­pia to marze­nie o ide­al­nym ustroju poli­tycz­nym, pań­stwie czy miej­scu, ale można je też odczy­tać ogól­niej - jako gdy­ba­nie o świe­cie, któ­rego jesz­cze nie znamy.

Bo czy nie jest tak, że tylko przy­szłość nas łączy? W obli­czu nie­zna­nego podziały zni­kają. O tym, co ma się zda­rzyć, wszy­scy wiemy tyle co nic. Dane czer­piemy z teraź­niej­szo­ści, która prócz krót­kich, rado­snych epi­zo­dów wspól­noty dzieli nas czę­ściej niż rza­dziej - trudno okre­ślić aktu­alną liczbę kon­flik­tów na świe­cie. Teraź­niej­szość jest zbyt nie­uchwytna, by łączyła. Ledwo się staje, już prze­mija.

Nasze domnie­ma­nia o przy­szło­ści możemy też wywo­dzić z wie­dzy histo­rycz­nej, prze­szło­ści. Ale prze­szłość rów­nież dzieli. Jak bar­dzo odmienne są rela­cje świad­ków wczo­raj­szego zda­rze­nia, a co dopiero powie­dzieć o inter­pre­ta­cjach wyda­rzeń sprzed lat czy wie­ków? Każdy ma inne spoj­rze­nie na histo­rię. Prze­szłość jest nie­spraw­dzalna, łatwo nią mani­pu­lo­wać. Można wykra­jać z niej to, co komu pasuje.

Zdaje się więc, że tylko przy­szłość łączy, nawet jeśli każdy ma odmienne jej wyobra­że­nia. Dla­czego łączy? Bo nie­znana. Każdy z nas myli się w jej prze­wi­dy­wa­niach. Wykra­cza bowiem poza ludzką wyobraź­nię. Ale wciąż pró­bu­jemy ją nazy­wać. Jako nie­spraw­dzalna w rów­nym stop­niu nie­po­koi i wywo­łuje nadzieję. Łączy nas cie­ka­wo­ścią tego, co będzie, i snu­ciem domy­słów, jak może być.

Niniej­szą anto­lo­gię opo­wia­dań futu­ry­stycz­nych spaja jesz­cze jedno. Dwa­dzie­ścia sześć ilu­stra­cji i okładka autor­stwa Woj­cie­cha Ste­fańca, który jest jed­nym z naj­lep­szych współ­cze­snych rysow­ni­ków komik­so­wych. Wizyj­ność jego obra­zów należy osza­co­wać według wła­snej wewnętrz­nej waluty. Zapew­niam jed­nak, że te ilu­stra­cje zarówno sta­no­wią sub­telny komen­tarz, jak i są wizu­al­nym posze­rze­niem futu­ry­stycz­nych docie­kań zawar­tych w tek­stach.

Dwa­dzie­ścia sześć wizji przy­szło­ści powią­za­nej z pie­nią­dzem. Aż dwa­dzie­ścia sześć opo­wie­ści ni­gdy wcze­śniej nie­czy­ta­nych. Do tego dzie­siątki pre­mie­ro­wych ilu­stra­cji! Dro­go­cenna/y Czy­tel­niczko/ku, czy zda­rzyło Ci się kie­dy­kol­wiek trzy­mać w rękach tak obszerne i róż­no­rodne kom­pen­dium wyobra­żeń tego, co być może nas czeka? Prze­licz sobie w myślach. A jeśli nie masz pew­no­ści co do swo­ich rachub, prze­stań się zadrę­czać. Po pro­stu prze­wróć stronę i roz­pocz­nij przy­godę wio­dącą ku prze­bo­ga­tym lądom słowa i obrazu.

Wielu war­to­ścio­wych wra­żeń życzy Ci VIRTUKA5JER.D4NIEL.OD1JA

Pierwocina

Pier­wo­cina

Jacek Dukaj

1.

Usły­szaw­szy, że jej ciąża potrwa ćwierć wieku, prze­ra­ziła się.

- Trzeba było nie zada­wać się z bogami.

Na śnie­żą­cym ekra­nie ener­dow­skiego ultra­so­no­grafu nie­wiele jesz­cze dało się doj­rzeć. Pora­dzili jej wró­cić za osiem lat, gdy wej­dzie w drugi try­mestr. Roz­wią­za­nie miało nastą­pić późną wio­sną lub latem dwa tysiące czter­na­stego roku. Będzie się już zbli­żała do pięć­dzie­siątki, czy naprawdę dobrze wszystko prze­my­ślała?

- Jest taki dok­tor Żyd pod Wie­liczką, z nie­jed­nej wyskro­bał nie­biań­skie nasie­nie.

Anna bar­dzo powoli zapi­nała pasek dżin­sów. Brzuch miała pła­ski, twardy, brzuch pły­waczki albo zapa­śniczki. Przez pierw­szy try­mestr ciąża pozo­sta­nie nie­wi­doczna i pod­czas gdy dziecko nie­śmier­tel­nego będzie wra­stało w jej orga­nizm, mie­sza­jąc krwio­biegi nieba i ziemi, Anna roz­kwit­nie wśród ludzi niczym kwiat mię­dzy chwa­stami.

- Chło­piec czy dziew­czynka?

- Och, za wcze­śnie na płeć, za wcze­śnie na gatu­nek.

Lęk ustę­po­wał nara­sta­ją­cej eks­cy­ta­cji wyzwa­niem, poczu­ciu nie­od­wra­cal­nej życio­wej prze­miany: nic już nie będzie takie samo. Wybór nale­żał do niej. Nie wie­działa, czego się spo­dzie­wać, i ogrom tej tajem­nicy pra­wie odbie­rał jej dech.

Dopiero za trzy lata mieli prze­gło­so­wać ustawę prze­ciwko abor­cji ludzi i bogów. Wkrótce po zaprzy­się­że­niu rządu Mazo­wiec­kiego Anna obro­niła magi­sterkę z teo­rii teatru. PKB wyno­sił 82,2 miliarda USD, prze­ciętne wyna­gro­dze­nie - 206 758 zło­tych, infla­cja - 639 pro­cent, dolar kosz­to­wał 6500 zło­tych, a euro nazy­wało się ECU, nie ist­niało w postaci fizycz­nej i kupo­wano je za 7622 złote.

2.

W 1936 roku Vere Gor­don Childe opu­bli­ko­wał książkę, która miała osta­tecz­nie wyja­śnić, skąd wzięli się bogo­wie. Man Makes Him­self nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści: zaczęło się od rewo­lu­cji neo­li­tycz­nej. Wtedy to ludzie poczęli się zbie­rać w więk­sze grupy, orga­ni­zo­wać się dla uprawy ziemi i hodowli zwie­rząt. Porzu­cali swe oby­czaje noma­dyczne i osie­dlali się w miej­scach słod­kiej wody i żyznej gleby. Tam udo­ma­wiali dzi­kie bestie, lepili garnki, obra­biali drewno. I rodziło się coraz wię­cej dzieci, które trzeba było wyży­wić z coraz inten­syw­niej­szego rol­nic­twa. Rosły pira­midy spo­łeczne, a wraz z nimi - język, kul­tura i jej mate­rialne obrazy. Albo­wiem zaczęli także budo­wać domy, spi­chle­rze i świą­ty­nie, i tam odda­wali bogom cześć.

Wycho­wały się na tym poko­le­nia naukow­ców, wykwi­tły stąd urze­ka­jące ide­olo­gie i poli­tyki. Childe był mark­si­stą, wszę­dzie wokół sie­bie widział rezul­taty rewo­lu­cji indu­strial­nej: pro­duk­cja i tech­no­lo­gia deter­mi­no­wały mu warunki życia, a warunki życia deter­mi­no­wały zacho­wa­nia i prze­ko­na­nia.

Lecz pod koniec dwu­dzie­stego wieku owe oczy­wi­sto­ści antro­po­lo­gii i arche­olo­gii zaczęły się odwra­cać. W Göbekli Tepe, w Wadi Fay­nan, w Nevali Çori i na innych tere­nach wyko­pa­lisk odkry­wano ośrodki kultu pocho­dzące jesz­cze sprzed epoki neo­li­tycz­nej: nie­kiedy bar­dzo roz­wi­nięte archi­tek­tury z sym­bo­liką zdra­dza­jącą bogate sys­temy wie­rzeń, a bez wąt­pie­nia sta­no­wiące twory kul­tur łowiecko-zbie­rac­kich - miej­sca ich spo­tkań, piel­grzy­mek, cele­bra­cji.

I dziś wiemy, że to wokół nich i ich rytu­ałów, że to na sile tam­tych wie­rzeń jęły się orga­ni­zo­wać spo­łecz­no­ści, zapusz­czać fun­da­menty osady, i tam zaczęto upra­wiać rolę.

To nie rol­nic­two, mia­sta, han­del i pie­nią­dze zro­biły bogów - to bogo­wie zro­bili cywi­li­za­cję i pie­nią­dze.

3.

Prze­szedł był przez aka­de­mik jak bart­nik przez pasiekę. Zza cien­kich mem­bran ścian i drzwi dobie­gał szum dziew­czę­cego pod­nie­ce­nia, brzę­cze­nie psz­cze­lich skrzy­de­łek. Anna zapa­mię­tała jego obli­cze lśniące mio­dem, kiedy wyjadł już ją do syta, i wyli­zał do czy­sta, i wychłep­tał słod­ko­ści jej wszyst­kie - jego obli­cze ocio­sane żądzą hura­ga­nową, jak spa­dał na nią raz za razem z wyso­ko­ści unie­sie­nia boskiego. Gwałt czy nie gwałt - bóg posiadł kobietę. Do końca życia będzie Anna tęsk­nić za tym uczu­ciem.

Żądza boga znie­czu­liła ją na afekty męż­czyzn. Cóż ich igiełki tępe wobec ciosu gromu! Zna­la­zła pracę w pod­miej­skiej fir­mie spro­wa­dza­ją­cej z Zachodu uży­waną odzież, tam nie mieli jej za złe dyplomu huma­ni­stycz­nego, mogła sekre­ta­rzyć i buchal­te­rzyć. Klienci i dostawcy ema­blo­wali ją z wąsatą sub­tel­no­ścią. Zako­chała się nam panna Anna, że od rana tak pro­mie­nieje! Nie­kiedy miała wra­że­nie, że wybuch­nie, jeśli naprawdę się nie wypro­mie­niuje.

Zapi­sała się na strzel­nicę. Huk i zapach pro­chu, odkop­nię­cia twar­dego metalu - dopiero to odpo­wia­dało tem­pe­ra­tu­rze jej krwi, ryt­mowi jej tętna podwój­nego.

Nie zda­wała sobie sprawy, ale musiało być coś w spo­so­bie, w jaki zabi­jała tar­cze i kukły. Tutaj gro­mo­władni roz­po­zna­wali się po tech­ni­kach piesz­czoty cyn­gla.

Instruk­tor, oto­czyw­szy Annę musku­lar­nymi ramio­nami, gdy ukła­dał jej ręce i kor­pus do pozy strze­lec­kiej, opo­wia­dał pół­gło­sem mito­gra­fie współ­strzel­ców.

- Ten tam - dyrek­tor na spry­wa­ty­zo­wa­nej fabryce pły­tek cera­micz­nych. Ten - daw­niej major ube, teraz kan­tory i lom­bardy. Tam - sekre­tarz kawu Par­tii, rada nad­zor­cza banku. Tam­ten - syn amba­sa­dora, pośred­nic­two ze Wscho­dem. A ci, o! - siła mia­sta, tuzin dziu­pli i amfa hur­tem.

Był to ich sport, ich szpan i ryt, i komu­nia mocy. Na strzel­nicy nic nie mówili; potem, przy wyj­ściu i na par­kingu, wymie­niali się nume­rami tele­fo­nów i adre­sami knajp. Anna - Daniel, Daniel - Anna. Anna - Bruno, Bruno - Anna. Anna - Arnold, Arnold - Anna. Roz­po­znali się po melo­dii gromu.

Arnold Makler zasy­piał z głową zło­żoną na jej brzu­chu, nasłu­chu­jąc poru­szeń płodu. Śred­nie kro­czące i oscy­la­cje sto­cha­styczne prze­pły­wały jej pod skórą. Języ­kiem cie­płym wiódł od pępka wykresy świe­cowe, for­ma­cja odwró­co­nego trój­kąta wska­zy­wała zawsze trój­kąt Anny.

- Elek­trim - dwa­dzie­ścia sie­dem dwa­dzie­ścia. Jutrzenka - sześć­dzie­siąt sześć. Soko­łów - dwa dzie­więć­dzie­siąt trzy.

Z począt­kiem dru­giego try­me­stru deno­mi­na­cja ścięła bowiem z waluty kraju cztery zera. 1 stycz­nia 1997 roku wyszły z użytku stare zło­tówki.

4.

Myślimy falami. Myśli, wra­że­nia, świat - prze­pły­wają przez nas.

Iskra po iskrze, neu­ron po neu­ronie, tu roz­bły­śnie, tu zaga­śnie, tam roz­bły­śnie trzy­kroć - tak rośnie napię­cie elek­tryczne, aż prze­leje się przez próg poten­cjału i rów­ni­nami, wąwo­zami, kory­tami mózgu popły­nie lawina sygna­łów myślo­wych. Tysiące, miliony takich lawin prze­ta­czają się w każ­dej sekun­dzie w łoży­sku mojej i two­jej świa­do­mo­ści.

Ich prze­bieg różni się czę­sto­tli­wo­ścią. I roz­po­zna­li­śmy te czę­sto­tli­wo­ści, i odtąd mówimy o falach alfa, falach beta, gamma, delta, theta, mu.

Każde wra­że­nie - każda infor­ma­cja ze świata, każde tchnie­nie ducha pod kopułą czaszki - pły­nie na jakiejś fali. Na początku są chaos i przy­pad­kowe wyła­do­wa­nia burzowe w ciem­no­ści. Świat, to zna­czy obraz świata, wyła­nia się dopiero w har­mo­nii.

Raz stwo­rzony może się on wszakże w każ­dej chwili obsu­nąć z powro­tem w pier­wotną otchłań bez­ładu. Pro­wa­dzone za pomocą EEG bada­nia poka­zują, że aktyw­ność fal mózgo­wych wprost wpływa na samo postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści: roz­bły­ski świa­tła emi­to­wane pod­czas mini­mów fal alfa i theta pozo­stają dla bada­nych cał­ko­wi­cie nie­wi­doczne. A gdy roz­przę­gają się fale gamma w poszcze­gól­nych rejo­nach kory, mózg niby widzi wyraz na papie­rze, lecz go nie odczyta. Świa­do­mość wymaga zestro­je­nia wielu fal; świa­do­mość w isto­cie jest tym zestro­je­niem.

Nie powinno więc dzi­wić, że fale mózgowe cho­rych na schi­zo­fre­nię róż­nią się od fal ludzi zdro­wych: albo nie roz­cho­dzą się wystar­cza­jąco sze­roko i głę­boko, albo nie zestro­iły się ze sobą wystar­cza­jąco ści­śle. Wadliwe fale gamma w hipo­kam­pie pro­wa­dzą do "nie­moż­no­ści jasnego odróż­nie­nia myśli for­mo­wa­nych w gło­wie (na przy­kład wspo­mnień i fan­ta­zji) od bodź­ców pocho­dzą­cych ze świata zewnętrz­nego".

Roz­stroić nam pływy sko­ja­rzeń i per­cep­cji, a two­rzymy z przed­mio­tów myśli - byty rze­czy­wi­ste.

Ist­nieją tech­niki celo­wego wpły­wa­nia na taniec fal mózgo­wych. Naj­star­sze i naj­efek­tyw­niej­sze wywo­dzą się z prak­tyk sza­ma­ni­stycz­nych i rytu­ałów przy­wo­ły­wa­nia bogów. Narzę­dziami są tu dźwięk i świa­tło; dźwięk jest lep­szy. Pierw­sze ich naukowe bada­nia prze­pro­wa­dził w latach trzy­dzie­stych XX wieku Wil­liam Grey Wal­ter. W 1961 roku Brion Gysin wyna­lazł Dre­ama­chine, "pierw­sze dzieło sztuki do oglą­da­nia z zamknię­tymi oczyma". W roku 1973 Gerald Oster opu­bli­ko­wał w "Scien­ti­fic Ame­ri­can" pio­nier­ską pracę o tak zwa­nych dźwię­kach róż­ni­co­wych - binau­ral beats. Zaob­ser­wo­wane w 1839 roku przez Hein­ri­cha Wil­helma Dove'a powstają one jako róż­nica w wyso­ko­ści dźwię­ków wle­wa­nych w lewe i w prawe ucho. Roz­stro­je­nie tych czę­sto­tli­wo­ści - sły­szane jako "dźwięk, któ­rego nie ma" - wpływa następ­nie na fale mózgowe, pozwa­la­jąc pro­gra­mo­wać sny, wpro­wa­dzać czło­wieka w trans, wytrą­cać zeń świa­do­mość ciała, kon­tro­lo­wać wra­że­nia bólu.

Nie znamy wszyst­kich metod ani kon­se­kwen­cji desyn­chro­ni­za­cji. Wiemy jed­nak: roz­trza­skaj rze­czy­wi­stość - bogom znacz­nie łatwiej wejść do świata mate­rii.

5.

W dru­gim try­me­strze, za pano­wa­nia Alek­san­dra Różo­wego, pół­bóg nie­na­ro­dzony stał się dla Anny praw­dziwą uciąż­li­wo­ścią i brze­mie­niem.

Nie dało się już ukryć stanu nie­biań­skiego, nasie­nie nie­śmier­telne na dobre zako­rze­niło się w śmier­tel­nym ciele i płód real­niał z nie­ludzką zaja­dło­ścią, brzuch rósł i rósł.

- Rozu­mie pani, ja bar­dzo chęt­nie, ja tu pierw­szy femi­ni­sta, niech pani sama roz­pyta, ale, na litość, z eta­tami obcią­żo­nymi pięt­na­sto­let­nim urlo­pem macie­rzyń­skim pój­dziemy na dno z całą firmą, zanim zdąży pani wysy­la­bi­zo­wać "rów­no­upraw­nie­nie"!

Prze­pły­nęły przez Annę wszyst­kie para­doksy i para­noje Trze­ciej Erpe; doświad­czyła na sobie wszyst­kich zmian ustaw i prze­mian oby­czaju. Zwal­niali ją z powodu ciąży. Zatrud­niali ją z powodu ciąży. Z powodu ciąży przy­słu­gi­wał jej zasi­łek po zwol­nie­niu; kwa­li­fi­ko­wała się do ulg i pre­fe­ren­cji. ZOZ-y, Kasy Cho­rych, ZUS-y i ene­fzety prze­kła­dały ją z kar­to­teki do kar­to­teki.

- Taa, teraz wszyst­kie jeste­ście samotne matki, teraz wam tak wygod­nie. Nagle ojco­wie znik­nęli z powierzchni ziemi. Gdzie ten pani chłop?

- Znik­nął z powierzchni ziemi.

Opusz­czali ją ludzcy kochan­ko­wie, odda­lały się dotyk i czu­łość ludz­kiego ciała, coraz bar­dziej obce, coraz dla niej dziw­niej­sze. Czy to sku­tek tak oczy­wi­stej ciąży, czy obraz ducha cza­sów? Zauwa­żyła to któ­re­goś dnia, gdy współ­pa­sa­żer wzdry­gnął się, poma­ga­jąc jej wysiąść z tram­waju. Dotknię­cie obcego czło­wieka nie jest już odru­chem, odwrot­nie - wymaga prze­zwy­cię­że­nia głę­bo­kiego odru­chu osob­no­ści.

Tym­cza­sem balast nasto­let­niego płodu stał się tak wielki, że Anna zaczęła mówić w licz­bie mno­giej: my idziemy, my jemy, my oglą­damy tele­wi­zję. Był to jesz­cze czas, gdy oglą­dało się tele­wi­zję.

Nadej­ście bogów Europy przy­jęła bez wiel­kich emo­cji, bez gorącz­ko­wych nadziei. Jedne godła i flagi zastę­po­wały inne godła i flagi. Po bul­wa­rach i knaj­pach wałę­sało się teraz wię­cej obco­ję­zycz­nej chu­li­ga­ne­rii. Pociągi sta­wały się mniej obrzy­dliwe; w nie­któ­rych kobieta w ciąży mogła nawet sko­rzy­stać z toa­lety. Odno­wione sta­rówki wylud­niły się pod zim­nymi szyl­dami ban­ków i towa­rzystw ubez­pie­cze­nio­wych. Znik­nęły budki tele­fo­niczne; zastą­piły je ban­ko­maty. Nosiła w torebce trzy karty płat­ni­cze, każda pokryta sobie wła­ści­wymi zaklę­ciami i runami. Pie­niądz wyma­gał już prze­cho­wy­wa­nia w gło­wie cyfro­wych inkan­ta­cji - co czło­wiek, to PIN. Anna zasta­na­wiała się, czy jej pół­bóg wyj­dzie na świat, zanim także nie­na­ro­dzo­nym poza­kła­dają konta i karty. Ustawa z dnia 7 stycz­nia 1993 roku sta­no­wiła, iż nasci­tu­rus ma zdol­ność prawną, może dzie­dzi­czyć i posia­dać pie­nią­dze - pod warun­kiem, iż uro­dzi się żywy. Nawet jeśli zmarłby sekundę po naro­dzi­nach.

Anna Matka Polka - brzu­chata, nie­zgrabna, ocię­żała, spo­wol­niona i wyosob­niona - czuła się, jakby piła z innego źró­dła czasu, jakby żyła na jedy­nej nie­ru­cho­mej wyspie obmy­wa­nej z obu stron przez wzbu­rzony nurt rzeki, która, prze­ła­maw­szy tamę, musi w tym wyle­wie wypu­ścić cały nagro­ma­dzony deka­dami nad­miar wód i szlamu. Poja­wiły się sto­iska i sklepy z ubra­niami dla kobiet w ciąży; poja­wiły się mody cią­żowe i szkoły rodze­nia, i joga dla cię­żar­nych, i tablo­idowa moda na dzie­cio­bój­stwa.

Nie­spo­dzie­wa­nie naszła ją kon­trola z opieki spo­łecz­nej.

- Sorry, mie­li­śmy donos, że han­dluje pani nowo­rod­kami: zawsze w ciąży, a bez dzieci.

Zało­żyła sobie konto na Face­bo­oku, sta­tus związku: eter­nity. Była zwią­zana przy­mie­rzem krwi, przy­mie­rzem nieba z zie­mią. Co by się stało, gdyby tego dziecka nie uro­dziła? Face­bo­okowi zna­jomi przy­sy­łali jej zdję­cia szo­pek i sta­je­nek z całego świata, ze wszyst­kich kul­tur i kon­ty­nen­tów. Bogo­wie przy­cho­dzą na świat co roku, tak obraca się koło dzie­jów.

Tuż przed heka­tombą Wall Street, zanim popły­nęła info­stra­dami świata krew gieł­do­wych byków i bóstw Zachodu, Anna opa­no­wała wresz­cie pod­sta­wową umie­jęt­ność czło­wieka XXI wieku: umie­jęt­ność życia na kre­dyt, życia za pie­niądz, któ­rego nie ma. Jak miliony Pola­ków utrzy­my­wała się z mie­siąca na mie­siąc, pomimo że wyda­wała wię­cej, niż zara­biała, pomimo że nie zara­biała w ogóle. Ni­gdy bez­pieczna w dostatku, i ni­gdy nie­do­tknięta praw­dzi­wym ubó­stwem, zawi­sła w owym prze­dziw­nym limbo per­ma­nent­nej tym­cza­so­wo­ści. "Jakoś prze­żyję". I jakoś prze­ży­wała.

Była to sztuka wiel­ko­miej­skich wiecz­nych mło­dzień­ców i wyra­cho­wa­nych bogów Pół­nocy. W ich kra­jach, koleb­kach bez­oso­bo­wej opie­kuń­czo­ści, piękni blon­dyni o zim­nych ser­cach żyją wygod­nie, wyzbyci ambi­cji i żądz. Bogo­wie Połu­dnia przy­nie­śli zaś ze sobą nowo­żytne kulty znie­wo­leń zmy­sło­wych; ich domeną był inter­net, wielka Świą­ty­nia Porno, które jest jedyną szczerą reli­gią dzieci roz­stro­jo­nego świata. Naj­głę­biej, do kości, w kraj i w ludzi wgryźli się dzięki żer­twie smo­leń­skiej bogo­wie Wschodu, upusz­cza­jąc powolne potoki czar­nej krwi.

Bo był to już trzeci try­mestr, try­mestr walki wewnętrz­nej i bole­snych kopa­nin, kiedy miała wra­że­nie, że dziecko roze­rwie jej brzuch od środka. Z każ­dym dniem i nocą nie­prze­spaną moc­niej czuła, jak młody bóg wyrywa się na świat, i że to jest świat mło­dych bogów, ich bez­li­to­snego wdzięku, smo­czej dosko­na­ło­ści i cyfro­wej mło­do­ści, która nie bie­rze jeń­ców i nie prze­ba­cza, trwa wojna, zapach krwi unosi się w powie­trzu - bądź gotów na walkę od pierw­szego odde­chu, nie cze­kaj ataku wroga, uderz wcze­śniej.

- Syn.

6.

A więc pie­niądz nie jest rze­czą ludzką, pie­niądz jest eido­sem boga.

Sta­ro­żytne monety zdo­bią podo­bi­zny bóstw, są to pie­czę­cie nie­wi­dzial­nego wyci­skane na mate­rii codzien­nego życia: odbi­cia Ateny, Kory, Hera­klesa, Zeusa, Apolla, Hadesa. Przej­ście nastą­piło za sprawą Alek­san­dra Wiel­kiego. Za któ­rego życia jego monety pie­czę­to­wały świat Zeu­sem i Hera­kle­sem. Lecz uszedł­szy z życia, prze­niósł się Alek­san­der w oczach współ­cze­snych do rzędu bogów, toteż rychło poja­wiły się srebrne tetra­drachmy z podo­bi­zną samego Mace­doń­czyka. Następni władcy nie cze­kali już wszakże pośmiert­nej deifi­ka­cji - ubó­stwiali się za życia.

Nikt zdrowy na umy­śle nie oddaje czci pie­nią­dzu. Lecz posłu­gi­wa­nie się pie­nią­dzem - jego wymiany, licze­nie, gro­ma­dze­nie, myśle­nie o nim, pra­gnie­nie, opo­wia­da­nie świata języ­kiem pie­nią­dza - jest prak­tyczną metodą czcze­nia tego, co pie­niądz jedy­nie przed­sta­wia w mate­rii.

Czym różni się prze­mo­dle­nie setki zdro­wa­siek na drew­nia­nym różańcu od prze­li­cze­nia setki bilan­sów han­dlo­wych na drew­nia­nym liczy­dle? Powta­rzane rytu­ały men­talne for­mują mózg i obraz rze­czy­wi­sto­ści kształ­to­wany w mózgu.

Bit­coin i jemu podobne, już cał­ko­wi­cie poza­ma­te­rialne waluty fiat oparte na kodach cyfro­wych i sil­nej kryp­to­gra­fii oby­wają się bez men­nic i port­mo­ne­tek. Nie ma już czego ująć w palce, nie modlimy się na różań­cach. Życie duchowe Zachodu reali­zuje się teraz w prak­ty­kach prze­ni­ka­ją­cych nie­mal wszyst­kie aktyw­no­ści świec­kie, od sportu, przez seks i pracę, do gier kom­pu­te­ro­wych.

Ide­ałem i prak­tycz­nym celem kryp­to­ban­kie­rów jest takie roz­my­cie i zwir­tu­ali­zo­wa­nie pie­nią­dza, że trans­ak­cje i płat­no­ści odby­wać się będą w ułamku sekundy i już bez żad­nych fizycz­nych czyn­no­ści, bez anga­żo­wa­nia mate­rii - myśl równa się pie­nią­dzu, pie­niądz równa się myśli, i cała rze­czy­wi­stość mie­ści się w nich bez straty.

W maju 2014 roku jeden bit­coin kosz­to­wał 1350 zło­tych.

7.

Poród cią­gnął się przez osiem dni; ósmego dnia roz­kro­ili Annę niczym zgniłą kuro­pa­twę. Dziecko krzy­czało od pierw­szego wde­chu, pękały ekrany moni­to­rów i tłoki strzy­ka­wek.

Nie dali jej synka do piersi, bali się, że ją pokąsa. Miał piękne, ostre ząbki i ugryzł pie­lę­gniarkę w dłoń, a potem z zamknię­tymi oczkami ssał jej krew.

W szpi­tal­nej łazience Anna długo nie potra­fiła się zdo­być na spoj­rze­nie w lustro. Fałdy skóry na pustym brzu­chu zwi­sały gadzio, przy­kryte opa­trun­kiem szwy po cesarce upodob­niły ją do fute­rału zasu­wa­nego zam­kiem bły­ska­wicz­nym. To ciało wypeł­niło swą funk­cję i teraz nie ma już żad­nego prak­tycz­nego celu.

Sta­nąw­szy potem nad szpi­tal­nym łóżecz­kiem synka, zała­mała się nie­spo­dzia­nie pod zale­wem uczuć nie do nazwa­nia. Musnęła opusz­kiem palca czer­wony pysz­czek nowo­rodka i zakrztu­siła się histe­rycz­nym śmie­chem-pła­czem. Pie­lę­gniarki odpro­wa­dziły ją do pokoju i dały środki na uspo­ko­je­nie.

Pierw­szy tydzień prze­pły­nęła w mil­czą­cym otę­pie­niu. Potem stop­niowo wydo­by­wała się na powierzch­nię. Nie­mowlę jej potrze­bo­wało - to był wystar­cza­jący powód, żeby wsta­wać z łóżka, ubie­rać się, jeść, pić, żyć. Uczyła się groź­nej cie­le­sno­ści jej synka - był ciężki, gorący, meta­licz­nie suchy.

Beci­kowe wyno­siło tysiąc zło­tych. Miała dla malu­cha przy­go­to­wane łóżeczko i nosi­dełko, i wózek z komisu. Nie stać jej było na opie­kunkę; kupiła baby moni­tor o zasięgu dwóch prze­cznic i nosiła w uchu słu­chawkę odbior­nika.

Gdy tylko ucichł jego oddech, rzu­ciła zakupy i pobie­gła ze sklepu pod blo­kiem do miesz­ka­nia.

Nie dotarła do sypialni, już na scho­dach szu­miało jej w gło­wie - w progu jadalni sta­nęła jak wmu­ro­wana.

Roz­party przy stole, w gar­ni­tu­rze Erme­ne­gildo Zegny, pod kra­wa­tem jedwab­nym i z zegar­kiem Tag Heu­era, jej bóg odbek­nął gło­śno. Jesz­cze mu twarz lśniła od wysiłku gry­zie­nia i prze­żu­wa­nia, jesz­cze stópka i paluszki różowe wysta­wały mu spo­mię­dzy zębów. Gładko ogo­lony i zacze­sany bry­lan­ty­nowo od wyso­kiego czoła, spo­cił się jed­nak i poczer­wie­niał.

Wielką białą chustką otarł wargi.

- Dzię­kuję.

Nara­sta­jący szum pra­wie tam Annę unie­ru­cho­mił; osu­nęła się na odrzwia. Gdy bóg ją mijał, zdo­łała tylko zacze­pić go za rękaw, uchwy­cić mię­dzy dwa palce koka­inowo biały man­kiet jego koszuli ze spinką z logo nie­śmier­tel­nej kor­po­ra­cji.

- Ile nas wzią­łeś? - szep­nęła. - Ilu ci ich trzeba?

Naje­dzony, był w dobrym humo­rze. Pogła­skał Annę po twa­rzy wyma­ni­kiu­ro­waną dło­nią. Odru­chowo wtu­liła się w woń tysiąc­do­la­ro­wej wody koloń­skiej. Uśmiech­nął się do niej wyro­zu­miale. Pomy­ślała o wszyst­kich tych new­sach o nowo­rod­kach znaj­do­wa­nych w becz­kach, na wysy­pi­skach, w lodów­kach, nowo­rod­kach nieznaj­do­wa­nych. Coś za coś - nie da się osią­gnąć rów­no­wagi, nie odej­mu­jąc z jed­nej z szal.

Bóg wycho­dzi, szum gaśnie, zapada cisza, i po raz pierw­szy od ćwierć­wie­cza Anna pozo­staje sama w kraju śmier­tel­ni­ków. Znik­nął ów roz­dź­więk, klin wbity mię­dzy nią i świat; strona prawa równa się stro­nie lewej.

Uprząt­nąw­szy ostat­nie ślady ofiary, może wresz­cie wyjść na mia­sto, nie myśląc o niczym i nikim poza sobą. Powie­dzą, że była w szoku; czuje się, jakby szok wła­śnie dopiero zaczy­nał z niej scho­dzić. Jest maj 2014 roku. Na festyn rocz­ni­cowy ulice i place ude­ko­ro­wano balo­ni­kami biało-czer­wo­nymi i błę­kit­nymi. Pogoda jest sło­neczna, ludzie uśmiech­nięci, samo­chody błysz­czące, psy dobrze odży­wione. Anna ma bli­sko pięć­dzie­siąt lat, już pra­wie nie jest kobietą, już pra­wie nie cie­le­śnieje. Ubiera się nie po to, by do ciała wabić, lecz po to, by oddzie­lać ciało od ciała.

Przy­pa­truje się mat­kom z małymi dziećmi. Te matki także uro­dziły się już w nowym świe­cie. Nie mają do nich przy­stępu bogo­wie czasu roz­stroju; one nie czują, nie sły­szą żad­nego zgrzytu.

PKB wynosi pra­wie 500 miliar­dów USD, prze­ciętne wyna­gro­dze­nie - 3521 zło­tych, dolar jest po trzy złote, a euro - po cztery. Przez gale­rie han­dlowe i hiper­mar­kety prze­pły­wają tłumy, pozo­sta­wia­jąc w kasach elek­tro­nicz­nych zapłatę nie­wi­dzial­nych cyfr, w nie­wi­dzial­nych reje­strach bytów nie­ludz­kich i nie­śmier­tel­nych. Na kar­tach kre­dy­to­wych i ekra­nach tele­fo­nów migo­czą godła ban­ków i bóstw, cała rze­czy­wi­stość się w nich mie­ści.

Zew

Zew

Pau­lina Hen­del

Wszystko zaczęło się od jed­nego teo­re­tycz­nie pro­stego pyta­nia: "Ile waży dusza?".

W całej histo­rii ludz­ko­ści na pewno nie­raz się nad tym zasta­na­wia­li­śmy, ale dopiero sto­sun­kowo nie­dawno zyska­li­śmy środki i moż­li­wo­ści, by na nie odpo­wie­dzieć. Mówią, że grupka stu­den­tów z USA nie miała pomy­słu na pro­jekt na zali­cze­nie roku i po pijaku uznali, że zwa­że­nie ludz­kiej duszy zagwa­ran­tuje im nie tylko naj­wyż­szą ocenę, lecz także dobrą pracę po stu­diach. Na początku wszy­scy pod­cho­dzili do ich poczy­nań z przy­mru­że­niem oka. W końcu nie byli pierw­szymi śmiał­kami, któ­rzy pod­jęli się takiego wyzwa­nia. Jed­nak żaden z poprzed­nich eks­pe­ry­men­tów nie miał nauko­wej war­to­ści, a gdy stu­denci udo­wod­nili, że mogą to zro­bić, a ich metody naukowe będą nie­pod­wa­żalne, w każ­dym kraju, bez względu na wyzna­waną tam reli­gię, zawrzało jak w ulu.

Nie­któ­rzy krzy­czeli, że to nie­etyczne. Inni ze wzru­sze­niem ramion komen­to­wali, że to się nie uda, bo skoro czło­wiek nie ma duszy, to nie można jej zwa­żyć. Ale wszy­scy tak naprawdę wstrzy­my­wali oddech w ocze­ki­wa­niu na wyniki eks­pe­ry­mentu. A te z kolei zatrzę­sły posa­dami całego świata. Stu­den­tów odsu­nięto od dal­szych badań i do pracy zabrały się naj­tęż­sze głowy z każ­dego zaka­marka naszego globu.

Wynik był taki sam: sie­dem­na­ście i pół grama. Zawsze sie­dem­na­ście i pół grama. Nie­ważne, czy ważono duszę sta­ruszki, mło­dej kobiety, oty­łego męż­czy­zny czy dziecka. Nie­ważne, jakie metody badaw­cze sto­so­wano - za każ­dym razem wycho­dziło sie­dem­na­ście i pół grama.

To, co nastą­piło póź­niej, było niczym lawina. Nie, raczej pożar, który ogar­nął cały świat. Ludzie masowo powra­cali do wiary, od któ­rej tak chęt­nie się odwró­cili. Prze­po­wia­dano koniec świata... I w całym tym zamę­cie ktoś inny zadał sobie pyta­nie: "Skoro można zwa­żyć duszę, to może uda się ją pochwy­cić?".

- Do jasnej cho­lery! Patrz, głu­pia sta­ru­cho, co robisz!!!

Drgną­łem, wyrwany z moich roz­my­ślań o prze­szło­ści, i zaczą­łem się roz­glą­dać za źró­dłem wrza­sków.

- Już wycie­ram, pro­szę patrzeć, nie ma nawet śladu - drobna, zgar­biona sta­ruszka pocie­rała brudną szmatą tors wku­rzo­nego, czer­wo­nego na twa­rzy Vin­centa.

- Idź mi stąd! - ode­pchnął ją. - I nie myśl, że zapłacę za tę kawę! Pra­wie wszystko wyla­łaś, tępa dzido! - upił łyk z papie­ro­wego kubka, a ja zało­żył­bym się, że był on wypeł­niony co naj­mniej do połowy.

Sta­ruszka wzru­szyła ramio­nami, chwy­ciła swój wózek za rączki i pchnęła go dalej. Kilka osób sto­ją­cych w kolejce pokrę­ciło gło­wami. Nie mieli czym zapła­cić.

- Dzień dobry, pani Maju - ski­ną­łem jej głową.

- Dzień dobry, panie Kaziku - uśmiech­nęła się cie­pło. - To, co zwy­kle?

- Popro­szę - zer­k­ną­łem jesz­cze na Vin­centa popi­ja­ją­cego kawę.

- Fir­mowa kurtka - maru­dził dalej. - Ta durna baba powinna mi za nią zapła­cić! Prze­cież to się nie doczy­ści!

- Niech pani się nim nie przej­muje - pocie­szy­łem, kiedy sta­ruszka nale­wała kawy. - Daję głowę, że dostał tę kurtkę z darów.

- Róż­nych ludzi spo­ty­kam w kolejce - wes­tchnęła, poda­jąc mi kubek. - Zresztą pan naj­le­piej wie. Tacy jak on są naj­gorsi - pochy­liła się w moją stronę. - Zacią­gnie kre­dyt ener­ge­tyczny, zacznie sza­stać ener­gią i myśli, że zła­pał samego Boga za nogi.

- Myśli pani, że znów stoi po kre­dyt? - zdzi­wi­łem się. Prze­cież widzia­łem go w kolejce naj­da­lej trzy mie­siące temu.

- Na pewno nie po spłatę - mruk­nęła. - Sły­sza­łam - rozej­rzała się, jakby w oba­wie, że ktoś nas pod­słu­chuje - że ma już sto dwa­dzie­ścia sie­dem lat.

- Co?!

- Ciszej! - syk­nęła. - Ostat­nim razem, gdy tu stał, opo­wia­dał o jakimś lukra­tyw­nym biz­ne­sie, który przy­nie­sie mu miliony. No ale jak tak na niego popa­trzeć, to chyba jesz­cze ich nie zaro­bił.

Oboje zer­k­nę­li­śmy na Vin­centa, który wszem wobec chwa­lił się nowym zegar­kiem bio­me­trycz­nym od ZEW-u. Zupeł­nie jakby nie wie­dział, że to zwy­kła smycz, tylko o dale­kim zasięgu.

- Jak­bym miał taki dług, to też bym już się chyba niczym nie przej­mo­wał - wes­tchną­łem. - To ile będzie za kawę? - zaczą­łem kle­pać się po kie­szeni.

- Dwa waty - pani Maja wysu­nęła w moją stronę licz­nik. Przy­ło­ży­łem do niego ener­gon i pocze­ka­łem na sygnał dźwię­kowy.

Sta­ruszka pchnęła wózek z kawą dalej, wzdłuż kolejki cią­gną­cej się na kilo­metr.

Usia­dłem na moim roz­kła­da­nym fotelu i znów spró­bo­wa­łem pogrą­żyć się w roz­wa­ża­niach, jak bada­nia nad ludzką duszą prze­or­ga­ni­zo­wały świat na nowo. Tech­nika ruszyła z kopyta do przodu, ale wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom na­dal nie mamy lata­ją­cych samo­cho­dów, zaś ktoś taki jak ja - facet bez jed­nej ręki - co trzy mie­siące musi odstać swoje w tej prze­klę­tej kolejce. Cza­sem trwa to pół­tora dnia, cza­sem dwa i zawsze mnie zasta­na­wia, dla­czego tak długo. Zupeł­nie jakby ludzie z ZEW-u chcieli udo­wod­nić swoją wyż­szość.

Usły­sza­łem za ple­cami sze­lest. Odwró­ci­łem się do mło­dego chło­paka, który wła­śnie wysta­wił zaspaną twarz spod para­sola.

- Prze­stało padać - wes­tchnął.

- Nie na długo - brodą wska­za­łem ciemne chmury kłę­biące się nad wiel­kim szkla­nym budyn­kiem Zakładu Ener­gii Wyso­kich. - Następ­nym razem weź cie­plej­sze i nie­prze­ma­ka­jące ubra­nia.

- Nie będzie następ­nego razu - zapew­nił z uśmie­chem.

- Oj, zapew­niam cię, że będzie. To jest gor­sze niż uza­leż­nie­nie.

- Ja chcę tylko kre­dyt na miesz­ka­nie. Jestem świeżo po ślu­bie - wyjął z kie­szeni tele­fon i na pęk­nię­tym ekra­nie poka­zał mi zdję­cie swoje i panny mło­dej przed ołta­rzem. - Tra­fiła się oka­zja na piękne małe miesz­kanko, ale wie pan, jak to jest - potarł o sie­bie zmar­z­nięte dło­nie.

- Wiem, wiem - wes­tchną­łem, obra­ca­jąc mój fotel w jego stronę. - Znam takie histo­rie. Stoję tu co trzy mie­siące i poznaję mnó­stwo ludzi.

- Naprawdę? Co trzy? - zdzi­wił się chło­pak. - Ale chyba nie po...? - zawa­hał się.

- Nie, nie po kre­dyt - rzu­ci­łem szcze­rze. - Żeby mi pod­bili zaświad­cze­nie, że na­dal mogę pobie­rać rentę - klep­ną­łem się po kiku­cie lewego ramie­nia. - Jakby mi, kurwa, ta ręka miała odro­snąć! Prze­pra­szam za wyra­że­nie, ale to wszystko cią­gnie się już od tylu lat, że szlag mnie tra­fia. I żadne poda­nia ani pisma nic nie dają.

- A nie chciał pan pro­tezy? - zain­te­re­so­wał się chło­pak. - Prze­cież teraz są takie refun­da­cje... A bio­me­cha­niczne ramię jest chyba nawet lep­sze od praw­dzi­wego.

- A pew­nie, że bym chciał! - prych­ną­łem. - Ale się nie kwa­li­fi­kuję.

- Jak to? - uniósł brwi.

- Wyobraź sobie, że pra­co­wa­łem kie­dyś dla ZEW-u. Mon­to­wa­łem licz­niki w boga­tych dziel­ni­cach.

- Naprawdę? - w oczach chło­paka poja­wił się sza­cu­nek. Jakby sama praca w tam­tym miej­scu czy­niła mnie kimś lep­szym, bo cho­ciaż otar­łem się o luk­sus. I to jest wła­śnie jedna z bolą­czek obec­nych cza­sów - klasa śred­nia zupeł­nie znik­nęła, zaś dystans mię­dzy bied­nymi a boga­tymi znacz­nie się powięk­szył.

- Ale mniej­sza z tym - pod­ją­łem. - To był wypa­dek przy pracy. Ewi­dent­nie zawi­nił prze­sta­rzały sprzęt, bo prze­cież cią­gle szu­kają, na czym mogą przy­ciąć...

- Z wyjąt­kiem swo­jej sie­dziby - wtrą­cił chło­pak.

Obaj zer­k­nę­li­śmy na góru­jący nad nami budy­nek. Dzieło archi­tek­to­niczne, szkło i metal zespo­jone w inspi­ru­jącą całość - tak przed kilku laty pisali o tym two­rze w gaze­tach elek­tro­nicz­nych.

- No i tak mnie pie­prz­nęło, że musieli ampu­to­wać mi całą rękę - cią­gną­łem. - Byłem ubez­pie­czony i wszystko, ale wiesz, jak to jest. Led­wie udało mi się wywal­czyć tę prze­klętą rentę. A o bio­me­cha­nicz­nych ramio­nach mogę zapo­mnieć. Gdy­bym był młody, może by mi takie fund­nęli. Był­bym lep­szym pra­cow­ni­kiem. Ale po co kupo­wać coś tak dro­giego dla kole­sia, który zaraz przej­dzie na eme­ry­turę, co?

- To pech - przy­znał chło­pak. - Współ­czuję panu.

- Kazik jestem - poda­łem mu rękę.

- Mieszko - uści­snął ją.

Prze­sta­wi­łem tro­chę fotel. Po desz­czu wszę­dzie wokół zro­biło się błoto, i to takie paskud­nego typu - kle­jące się do wszyst­kiego, wcią­ga­jące buty i nogi krze­seł.

- Ale wra­ca­jąc do cie­bie - zagad­ną­łem. Roz­mowy były jedną z nie­wielu roz­ry­wek w kolejce. - Nawet jeśli uda ci się nie zacią­gnąć kolej­nego kre­dytu ener­ge­tycz­nego, i tak będziesz musiał jesz­cze swoje tu odstać.

- No tak, wiem, żeby spła­cić pierw­szy kre­dyt, ale to jest chyba coś zupeł­nie innego - stwier­dził Mieszko.

- Tro­chę tak - przy­zna­łem i powio­dłem wzro­kiem po kolejce zakrę­ca­ją­cej przed nami. - O, widzisz tamtą sta­ruszkę na tym wiel­kim roz­kła­da­nym fotelu?

- Tę w nie­bie­skiej pele­ry­nie prze­ciw­desz­czo­wej?

Ski­ną­łem głową.

- Pani Jes­sika spłaca kre­dyt po mężu. Biedna kobie­cina przez całe życie led­wie wią­zała koniec z koń­cem przy mężu hazar­dzi­ście, a po jego śmierci oka­zało się, że facet naza­cią­gał mnó­stwo dłu­gów i zosta­wił ją w, za prze­pro­sze­niem, czar­nej dupie.

- Nie mogli z niego ścią­gnąć tego długu? - chło­pak zmarsz­czył brwi.

- Nie, bo widzisz, facet, pie­przony ego­ista, powie­sił się w lesie.

Mieszko pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. Coś takiego było naprawdę świń­stwem ze strony męża Jes­siki. Pew­nie facet bał się, że ZEW przej­mie jego duszę i będzie ją wypom­po­wy­wał w nie­skoń­czo­ność.

Wła­śnie, bo po tym, jak tylko ludzie zdo­łali pochwy­cić ludzką duszę, przy­szła pora na kolejne pyta­nie: "Jak ją wyko­rzy­stać?".

Szybko się oka­zało, że można uwię­zić duszę w trum­nie ze spe­cjal­nego two­rzywa. A jesz­cze szyb­ciej, że ludzka dusza ma tyle ener­gii, że może zasi­lić cał­kiem spory budy­nek. Było to chyba naj­więk­sze odkry­cie po kry­zy­sie ener­ge­tycz­nym lat dwu­dzie­stych dwu­dzie­stego pierw­szego wieku. Ponoć to dopiero były nie­cie­kawe czasy. Pan­de­mia i liczne wojny nad­wy­rę­żyły świa­tową gospo­darkę, poja­wił się kry­zys zdro­wotny i grzew­czy. Ludzie padali jak muchy, wszystko pogrą­żało się w ruinie. A to był dopiero począ­tek. Paliwa kopalne się po pro­stu wyczer­pały. Nastał wielki głód, zapo­wia­dało się na trze­cią wojnę świa­tową... I, o iro­nio, dopiero czer­pa­nie ener­gii z duszy oca­liło ludz­kość. Wszystko ruszyło w zdwo­jo­nym tem­pie. To było niczym rewo­lu­cja prze­my­słowa. Powstał Zakład Ener­gii Wyso­kich, który w ciągu pięć­dzie­się­ciu lat prze­jął nie­mal cał­ko­witą kon­trolę nad ludźmi. Z chwilą, gdy odrzu­ci­li­śmy papie­rowe i wir­tu­alne pie­nią­dze, a walutą stała się ener­gia, świat się zmie­nił bez­pow­rot­nie. Ener­gią pła­cimy za wszystko. Za kawę i bułki w skle­pie, za ubra­nia. To ona napę­dza nasze samo­chody, ogrzewa i oświe­tla miesz­ka­nia. Ener­gony - okrą­głe urzą­dze­nia, nie więk­sze niż pod­stawka pod szklankę - stały się naszymi port­fe­lami.

ZEW ma wła­dzę nad naszym życiem i, co gor­sza, nad naszą śmier­cią. Ludzie - tacy jak Mieszko czy Vin­cent - z chwilą zacią­gnię­cia kre­dytu otrzy­mują zega­rek bio­me­tryczny, ale taki z naprawdę wyso­kiej półki, który przez cały czas moni­to­ruje ich funk­cje życiowe. Za zdję­cie go z nad­garstka dostaje się karę. I nie cho­dzi o to, że kto­kol­wiek dba o ich zdro­wie. O nie, ZEW-owi nie zależy na tym, żeby żyli długo. Oni mają umrzeć we wła­ści­wym miej­scu. Gdy tylko zega­rek prze­każe do cen­trali infor­ma­cję, że stan zdro­wia kre­dy­to­biorcy jest zagra­ża­jący życiu, deli­kwent od razu ląduje w ZEW-owskim hospi­cjum, aby zszedł z tego świata w odpo­wied­nich warun­kach, a leka­rze zdo­łali pochwy­cić jego duszę. Dusza ta zostaje prze­wie­ziona do elek­trowni, umiesz­czona w spe­cjal­nej kap­sule i pom­puje się z niej ener­gię. Dla­tego ZEW tak chęt­nie przy­znaje kre­dyt ludziom sta­rym lub scho­ro­wa­nym, a samo zacią­gnię­cie go nie jest takie trudne. Trzeba oczy­wi­ście odstać swoje w kolejce, zło­żyć mnó­stwo pod­pi­sów na ster­cie papie­rów, a na ener­go­nie poja­wia się nowa, znacz­nie wyż­sza liczba watów, która wystar­czy na kupno samo­chodu czy remont miesz­ka­nia. Jeśli czło­wiek nie spłaci kre­dytu za życia, ZEW przej­muje jego duszę po śmierci i czer­pie z niej ener­gię przez tyle lat, na ile opiewa umowa kre­dytowa. Z takiego Vin­centa będą wypom­po­wy­wać przez sto dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Dla­tego dostał taki wypa­siony zega­rek bio­me­tryczny, żeby mogli go dobrze dopil­no­wać. Po spła­cie długu jego dusza zosta­nie uwol­niona, a co dalej się z nią sta­nie, nikt nie wie. Wie­rzymy, że pój­dzie do nieba czy gdzie indziej jest jej pisane. Wie­rzymy, że nie zosta­nie ska­zana na wieczne potę­pie­nie za to, że została tak wyko­rzy­stana.

Oczy­wi­ście czer­pa­nie z dusz ma wielu prze­ciw­ni­ków. Reli­gijni fana­tycy prze­ko­nują, że taka dusza ni­gdy nie trafi do zaświa­tów. Inni mówią, że pochwy­cona dusza cierpi katu­sze i to jest jej pie­kło na ziemi. Albo że jeśli jest zużyta, nie może odro­dzić się w innym ciele, a ludzie prze­kre­ślili wła­śnie moż­li­wość swo­jej rein­kar­na­cji. Jest naprawdę mnó­stwo teo­rii na temat tego, co dzieje się z naszymi duszami po śmierci. Do mnie jakoś żadna z nich nie tra­fia. A mimo to ni­gdy nie wzią­łem kre­dytu ener­ge­tycz­nego. Ani ja, ani moja żona. Nawet syna i córkę przed tym prze­strze­gam, choć już są doro­śli. Nie­raz było u nas kru­cho, tem­pe­ra­tura w miesz­ka­niu spa­dała do ośmiu stopni Cel­sju­sza, sie­dzie­li­śmy w ciem­no­ściach przez dłu­gie tygo­dnie i jedli­śmy dosłow­nie ochłapy, ale żadne z nas nie odwa­żyło się wziąć kre­dytu.

- Mogę o coś zapy­tać? - ode­zwał się cicho Mieszko.

- Pytaj, jeśli wiem, to odpo­wiem.

- Skoro pra­co­wał pan dla ZEW-u, widział pan trumnę ener­ge­tyczną? - zagad­nął. - Ale taką praw­dziwą, bo mówią, że te, które nam poka­zują, to ściema...

Uśmiech­ną­łem się pod nosem. To było czę­ste pyta­nie zada­wane przez tych, któ­rzy pierw­szy raz stali po kre­dyt. Chcieli wie­dzieć, w jakich warun­kach będzie prze­trzy­my­wana ich dusza po śmierci, jeśli nie spłacą długu za życia.

- Masz rację, poka­zowa trumna to ściema - odpar­łem. - To chyba ma dzia­łać na ludzką psy­chikę. Wiesz, zoba­czysz taką dużą, wygodną trumnę z prze­źro­czy­stym wie­kiem i spodem obi­tym bia­łym jedwa­biem. Nor­mal­nie można by w niej spać przez całą wiecz­ność.

- Moja żona, jak tylko zoba­czyła tę poduszkę z koron­kami, stwier­dziła, że to prze­gię­cie. Że dusza na pewno nie potrze­buje poduszki i że praw­dziwa trumna ener­ge­tyczna musi wyglą­dać ina­czej - dodał chło­pak.

- Trumny ener­ge­tyczne są dużo mniej­sze. O takie - roz­ło­ży­łem dło­nie na odle­głość około czter­dzie­stu cen­ty­me­trów. - Są sze­ścienne, bo to naj­ła­twiej­szy do uzy­ska­nia kształt ze sfery. Wiesz - stopu irydu, pla­tyny i dia­bli wie­dzą czego jesz­cze. I nie są prze­źro­czy­ste. Dioda na wieku wska­zuje, czy trumna jest pusta, czy w środku znaj­duje się dusza. No i jest pod­łą­czona pod mnó­stwo kabli i rur.

Mieszko w zamy­śle­niu kiwał głową. Pew­nie wyobra­żał sobie sie­bie samego w takiej trum­nie.

- A... a widział pan kie­dyś... praw­dziwą duszę? - zapy­tał. - Ja niby widzia­łem w pro­gra­mach ZEW-u, ale wie pan, na ekra­nie na pewno wygląda zupeł­nie ina­czej niż w rze­czy­wi­sto­ści.

Powoli poki­wa­łem głową, przy­wo­łu­jąc wspo­mnie­nia.

- Raz, zupeł­nie przy­pad­kiem, tra­fi­łem do ekipy napra­wia­ją­cej trumny ener­ge­tyczne - powie­dzia­łem, zamy­ka­jąc oczy. - To było parę­na­ście lat temu, wtedy, kiedy były te strajki i nie było komu ogar­niać całego sprzętu...

- I pan nie straj­ko­wał? - Mieszko zro­bił wiel­kie oczy, a ja prych­ną­łem pod nosem.

Kie­dyś bar­dzo się tego wsty­dzi­łem, ale teraz, z per­spek­tywy lat, mia­łem to w głę­bo­kim powa­ża­niu.

- Chłop­cze - wes­tchną­łem - nie straj­ku­jesz, kiedy twoje dzieci mają po kilka lat i są głodne. A ty nie czu­jesz głodu, bo pęka ci serce. Idziesz wtedy rado­śnie do pracy i bie­rzesz każdą fuchę, jaką dają, szcze­gól­nie tę, za którą lepiej płacą.

- Rozu­miem - rzu­cił ugo­dowo Mieszko. Ale ja zało­żył­bym się o drugą rękę, że nie rozu­miał. On głowę miał jesz­cze prze­peł­nioną nie­re­al­nymi wizjami rów­no­ści na świe­cie. - To jak ta dusza wyglą­dała? - drą­żył.

- Była piękna - odpar­łem, przy­my­ka­jąc oczy. Już nie sta­łem na zabło­co­nym placu przed ZEW-em. Zna­la­złem się w budynku, w któ­rym pozy­skuje się ener­gię, a przede mną stał prze­no­śny - dla­tego prze­źro­czy­sty - pojem­nik z duszą w środku. - Nie miała kształtu, a mie­niła się wszyst­kimi kolo­rami tęczy. Poru­szała się leni­wie niczym opa­li­zu­jąca mgła. Błysz­czała lekko. I choć nie miała oczu, dał­bym głowę, że mnie widziała. Że mnie sły­szała i dosko­nale wie­działa, gdzie jest i z jakiego powodu. Dla­tego ni­gdy nie wzią­łem kre­dytu. Ta istota nie była już czło­wie­kiem, powinna być wolna, a nie wię­ziona w pudle.

Pokrę­ci­łem głową, wra­ca­jąc do teraź­niej­szo­ści. Zaczy­nało zmierz­chać, a gdy tylko słońce skryło się za hory­zon­tem, zro­biło się chłod­niej. Zarzu­ci­łem na plecy kurtkę i zer­k­ną­łem na mojego nowego kolegę. Minę miał nie­tęgą, a wzrok zamglony.

- Jesteś młody - pocie­szy­łem. - Będziesz miał całe życie na spłatę kre­dytu.

- Uhm - burk­nął Mieszko.

- Ale nie zamie­rzasz brać cza­sem kre­dytu poko­le­nio­wego?

Chło­pak otrzą­snął się z zamy­śle­nia.

- Co? Nie, chyba nie - odparł.

- Patrz tam - wska­za­łem męż­czy­znę w kolejce kil­ka­dzie­siąt metrów za nami. - Ile dał­byś mu lat?

- Nie wiem. Sie­dem­dzie­siąt?

- Antoni ma dopiero pięć­dzie­siątkę na karku.

- Nie­moż­liwe! - sap­nął Mieszko, obser­wu­jąc go.

- Jego ojciec zacią­gnął kre­dyt poko­le­niowy - wyja­śni­łem. - Wiesz, ten na bar­dzo dobrych warun­kach, znacz­nie bar­dziej opła­calny... Ale jeśli zgi­niesz w jakiś nie­prze­wi­dziany spo­sób i ZEW nie dosta­nie two­jej duszy, to twoje dzieci nie mogą zrzec się ani spadku po tobie, ani two­ich zobo­wią­zań. Ojciec Anto­niego zgi­nął w wypadku samo­cho­do­wym, kiedy chło­pak miał zale­d­wie dzie­sięć lat. Jego matka usi­ło­wała spła­cić kre­dyt, żeby jak naj­mniej długu prze­szło na syna. To ją wykoń­czyło, a teraz on co pół roku stoi w kolejce, żeby oddać to, czego sam nie wziął.

- Para­noja jakaś! - sap­nął Mieszko.

- Kre­dyt poko­le­niowy doty­czy dzieci nie­ślub­nych oraz tych jesz­cze nie­na­ro­dzo­nych, więc... - zawie­si­łem głos.

- Nie, nie, cze­goś takiego nie zro­bię - zarze­kał się chło­pak. - Ale jakim cudem ojciec Anto­niego mógł zgi­nąć w wypadku samo­cho­do­wym? Prze­cież...

- Taaa, samo­chody są teraz takie nie­za­wodne - mruk­ną­łem. - W tam­tych cza­sach jeź­dziły już na ener­gony, ale wtedy można było jesz­cze nimi kie­ro­wać.

- To dopiero bar­ba­rzyń­stwo! Prze­cież ludzie byli tacy nie­roz­ważni. Wsia­dali za kółko po pijaku, jak byli bar­dzo zmę­czeni albo za sta­rzy, żeby wyka­zać się wystar­cza­ją­cym reflek­sem!

- Tak wyglą­dała wol­ność - wzru­szy­łem ramio­nami. - Ale wła­śnie taki kie­rowca zabił ojca Anto­niego. Zasnął za kie­row­nicą i prze­ga­pił czer­wone świa­tło.

Lubi­łem być kie­rowcą i zabie­rać dzie­ciaki na wycieczki. Teraz samo­chody w pew­nym sen­sie stra­ciły dla mnie swój urok. Wsia­dasz, przy­kła­dasz ener­gon do sta­cyjki i na ekra­nie wkle­pu­jesz miej­sce doce­lowe, a auto samo cię tam zawozi i par­kuje. Nie ma wypad­ków, nie ma nawet stłu­czek.

Usły­sza­łem skrzy­pie­nie kół wózka. To pani Maja znów robiła rundkę wzdłuż kolejki.

- Kawę, pano­wie? - zagad­nęła. - Mam też świeże bułki. Dopiero ode­bra­łam z pie­karni.

- A zasza­leję i popro­szę o dwie droż­dżówki - uśmiech­ną­łem się.

- To będą trzy waty - sta­ruszka podała mi pach­nące wypieki i wycią­gnęła w moją stronę licz­nik, a ja przy­ło­ży­łem do niego ener­gon. - A widzie­li­ście, jaka Jes­sika jest dziś szczę­śliwa? - zmie­niła temat.

Zer­k­ną­łem w stronę sta­ruszki sie­dzą­cej w kolejce przed nami.

- Rze­czy­wi­ście zdaje się pro­mie­nieć - przy­zna­łem.

- Mówi, że tym razem spłaci cały kre­dyt. I wresz­cie będzie wolna.

- To dobrze, miło będzie już ni­gdy jej nie spo­tkać w kolejce - stwier­dzi­łem.

Wie­dzia­łem, że Jes­sika jest bar­dzo reli­gijna i przez lata odma­wiała sobie dosłow­nie wszyst­kiego, żeby tylko spła­cić kre­dyt po mężu i uwol­nić wła­sną duszę od zobo­wią­zań.

- Coś jesz­cze, panie Kaziu? To mój ostatni obchód na dziś - sta­ruszka unio­sła wzrok na ciem­nie­jące niebo. - Znów zbiera się na deszcz.

- Nie, dzię­kuję, kochana pani. Do jutra.

Kobieta się poże­gnała i pchnęła wózek dalej. Tak naprawdę mia­łem jesz­cze w ple­caku kanapki zro­bione przez żonę, ale zawsze kupo­wa­łem coś od tej sta­ruszki, bo wie­dzia­łem, że tak jak każdy z nas ma histo­rię do opo­wie­dze­nia i wcale nie jest ona zakoń­czona happy endem.

- Trzy­maj - poda­łem jedną bułkę Miesz­kowi.

- Nie trzeba - zająk­nął się.

- Zawrzemy umowę - powie­dzia­łem z wycią­gniętą w jego stronę ręką. - Ja pomogę ci w tej kolejce, a ty pomo­żesz komuś, jak będziesz stał tu następ­nym razem. Ale jest jeden waru­nek. Sta­niesz tu tylko raz. Żeby spła­cić kre­dyt.

Chło­pak uśmiech­nął się i ski­nął głową.

- Umowa stoi - wgryzł się w droż­dżówkę.

Zro­biło się ciemno. Nad naszymi gło­wami z gło­śnym trza­skiem włą­czyło się oświe­tle­nie wiel­kiego bil­l­bo­ardu. Obraz przed­sta­wiał reklamę hospi­cjum ZEW-u. Była na nim uśmiech­nięta sta­ruszka leżąca na szpi­tal­nym łóżku, w śnież­no­bia­łej pościeli. Tuż przy niej stały jej rado­sne wnuki. Jakby było z czego się cie­szyć, że bab­cia wylą­do­wała w hospi­cjum. Na dole zaś znaj­do­wało się logo hospi­cjum - zie­lona roślinka obej­mo­wana przez dło­nie i jesz­cze ten tekst: Trosz­czymy się o każ­dego. Aku­rat! Zawsze, gdy widzia­łem ten prze­klęty bil­l­bo­ard - taki jasny, czy­sty i przed­sta­wia­jący szczę­śli­wych ludzi - szlag mnie tra­fiał. Nie tak wyglą­dały hospi­cja ZEW-u. To były zwy­kłe umie­ral­nie, w któ­rych pil­no­wano, żeby czło­wiek zszedł w spe­cjal­nej trum­nie i można było pochwy­cić jego duszę. A to zna­czyło, że ktoś znaj­du­jący się na samej kra­wę­dzi życia był przez tygo­dnie, a cza­sem nawet mie­siące zamknięty w tym prze­klętym pudle. Miał pod­łą­czony cew­nik i był kar­miony przez sondę, a wszy­scy wokół tylko cze­kali, aż umrze.

Przed­sio­nek pie­kła - tak to kie­dyś okre­śliła moja żona, kiedy zamknęli tam jej daleką ciotkę. Kobie­cina wzięła bar­dzo duży kre­dyt na stu­dia dzieci. Oczy­wi­ście dzie­ciaki skoń­czyły szkoły, wyszły na ludzi i cał­kiem nie­źle zara­biały, ale zawsze zna­la­zły jakąś wymówkę, żeby nie pomóc matce w spła­cie - a to miesz­ka­nie trzeba kupić, a to wnuki się uro­dziły, a to pry­watne przed­szkole dużo kosz­tuje. No i kiedy kobie­cina pod­upa­dła na zdro­wiu, wylą­do­wała w hospi­cjum. Dwa­dzie­ścia osób w pokoju, smród spo­co­nych ciał i ludz­kich wydzie­lin, duszący zapach środ­ków czy­sto­ści, ludzie przy­kuci do łóżek, wciąż fasze­ro­wani lekami. To był kosz­mar. Ale co tydzień odwie­dza­li­śmy ciotkę, bo jej wła­sne dzieci o niej zapo­mniały. A gdy ode­szła... cóż, poczu­łem wielką ulgę, że już ni­gdy nie będę musiał tam cho­dzić.

Pod­nio­słem się z fotela, kilka razy zgią­łem nogi w kola­nach, roz­pro­sto­wa­łem ramię. Z każ­dym rokiem coraz trud­niej było mi cze­kać w tej kolejce. Pęcherz też już nie ten.

- Popil­nuj mojego miej­sca - rzu­ci­łem do Mieszka, rusza­jąc w stronę rządka obskur­nych toa­let.

W dro­dze powrot­nej zaś prze­sze­dłem się wzdłuż kolejki, zaga­du­jąc zna­jo­mych.

- Jak tam, pani Jes­siko? - zacze­pi­łem sta­ruszkę. - Sły­sza­łem, że to ostatni raz?

- Wresz­cie! - sap­nęła ura­do­wana kobie­cina. - Tyle lat wyrze­czeń! Tyle lat odej­mo­wa­nia sobie od ust! Oszczę­dza­nia na lekach! Dziś spłacę ostat­nią ratę i wresz­cie będę wolna.

- Gra­tu­la­cje - uści­sną­łem jej lodo­watą dłoń. Naprawdę cie­szy­łem się jej szczę­ściem.

Wtem sta­ruszka zaczęła szyb­ciej oddy­chać. Przy­ło­żyła rękę do klatki pier­sio­wej. Jej oczy się powięk­szyły.

- W porządku? - zanie­po­ko­iłem się. - Co się dzieje?

Kobieta potrze­bo­wała kilku sekund, żeby dojść do sie­bie.

- Wszystko dobrze - zamru­gała. - Chyba obiad mi zaszko­dził.

- Jeśli mogę jakoś pomóc...

- Wszystko w porządku - zapew­niła tro­chę oschle.

Poże­gna­łem się więc i odsze­dłem. Jes­sika zawsze wyda­wała mi się osobą nie do zdar­cia, ale tym razem była blada, miała cie­nie pod oczami... Może źle spała z emo­cji?

Wró­ci­łem na swoje miej­sce i roz­sia­dłem się w fotelu. Wycią­gną­łem ter­mos z her­batą.

- Jak to jest pra­co­wać na Wzgó­rzu? - zagad­nął Mieszko.

- Co? - potrzą­sną­łem głową, upiw­szy łyk cie­płego, słod­kiego napoju.

- No w boga­tych dziel­ni­cach. Byłem tam kilka razy, ale patrzyli na mnie, jak­bym zaraz miał ich okraść albo zara­zić pchłami - chło­pak prych­nął gło­śno. - No i taki jeden ochro­niarz zaczął łazić za mną i łaził tak długo, aż po pro­stu odsze­dłem.

Biedni rzadko bywali na Wzgó­rzu, bo i nie mieli tam czego szu­kać, jeśli tam nie pra­co­wali. Wszystko tam było przed­ro­żone. Za kawę trzeba było zapła­cić ze dwa­dzie­ścia watów. No i co z tego, że była lep­sza niż ta lura od pani Mai? Kto zapłaci dwa­dzie­ścia watów za kawę?! To samo było z jedze­niem i ubra­niami. Cza­sami naprawdę dzi­wiło mnie, jak bar­dzo ludzie ze Wzgó­rza mar­no­tra­wili ener­gię. No ale prze­cież mieli jej pod dostat­kiem.

- Zawsze mnie szo­ko­wało, jak jasno jest tam w nocy - cią­gnął Mieszko.

- Nawet z daleka jasność Wzgó­rza bije po oczach - przy­zna­łem.

Oświe­tle­nie bil­l­bo­ardu nad nami zatrzesz­czało, ale nie zga­sło. Gdyby nie ta prze­klęta reklama, sta­li­by­śmy w zupeł­nych ciem­no­ściach. W ciem­no­ściach i bło­cie. A przed nami w deli­kat­nej poświa­cie góro­wało szklano-meta­lowe mon­strum budynku ZEW-u. Znaj­do­wa­li­śmy się na pery­fe­riach mia­sta, a wła­dze gminy, wciąż szu­ka­jąc oszczęd­no­ści, uznały, że nie ma co mar­no­wać świa­tła na takich jak my.

- Wiesz, że oni mają w domach tylko jeden, góra dwa licz­niki? - zagad­ną­łem. To zawsze było cie­kawą aneg­dotką.

- Bogaci? Ale jak to? - zdzi­wił się Mieszko.

W miesz­ka­niach bie­doty dosłow­nie każdy sprzęt miał licz­nik: tele­wi­zor, piec od cen­tral­nego ogrze­wa­nia, skrzynka oświe­tle­niowa, kuchenka, lodówka, czę­sto nawet czaj­nik. Tak ZEW zabez­pie­cza się przed tymi, któ­rzy żyją dosłow­nie z dnia na dzień. Weźmy na przy­kład takiego robot­nika z fabryki. Dostaje swoją dniówkę, liczba watów na ener­go­nie jest ciut wyż­sza niż rano, więc kupuje za nie coś do jedze­nia, cza­sem flaszkę, a póź­niej wraca do domu i musi wybrać, czy tego dnia będzie oglą­dał tele­wi­zję, czy żona namówi go na uru­cho­mie­nie zmy­warki, a może oszczę­dzą na ogrze­wa­niu lub świe­tle.

Nam nie­raz zda­rzało się odpa­lać ogrze­wa­nie tylko na pół gwizdka, podob­nie jak świa­tło. Gdyby nie zmiany kli­ma­tyczne i to, że teraz Pol­ska znaj­do­wała się w cie­plej­szej stre­fie, mogłoby być kiep­sko. Na szczę­ście zimą tem­pe­ra­tura pra­wie ni­gdy już nie spa­dała poni­żej zera, a latem mogli­śmy hodo­wać nawet cytrusy.

- A więc bogaci mają tylko jeden licz­nik na cały dom - pod­ją­łem. - Raz na tydzień czy dwa przy­kła­dają do niego ener­gon i ładują tyle watów, żeby wystar­czyło dosłow­nie na wszystko, nawet na pod­grza­nie wody w base­nie.

- Wody w base­nie... - powtó­rzył głu­cho Mieszko. - Po co grzać wodę w base­nie?

- Żeby ci dup­sko nie zmar­zło, jak chcesz się wyką­pać zimą.

Chło­pak pokrę­cił głową. Dla takich jak my to wszystko było trudne do wyobra­że­nia.

- A, no i w swo­ich domach mają tem­pe­ra­turę co naj­mniej dwa­dzie­ścia stopni Cel­sju­sza - doda­łem.

- Jaja se pan robi!

Pokrę­ci­łem głową. W bied­nych dziel­ni­cach nawet osiem­na­ście było mar­no­traw­stwem.

Naraz dostrze­głem jakieś poru­sze­nie z przodu. Wsta­łem zacie­ka­wiony.

- Cho­lera! - rzu­ci­łem i pobie­głem w stronę zamie­sza­nia.

Jes­sika leżała na ziemi, ktoś usi­ło­wał ją cucić, kle­piąc ją po policz­kach.

- Wezwę pogo­to­wie! - jakaś kobieta wycią­gnęła z kie­szeni tele­fon.

- Pani Jes­siko! Pani Jes­siko! - wołali ludzie.

Sta­ruszka oddy­chała bar­dzo szybko i płytko. Zda­wała się jesz­cze bled­sza niż pół godziny temu.

- Ma ktoś wodę?! - rzu­ci­łem w stronę gapiów i przy­klęk­ną­łem przed nie­przy­tomną.

Ktoś podał mi butelkę. Spró­bo­wa­łem zwil­żyć usta kobiety. Jej całe ubra­nie było już uwa­lane bło­tem.

Wtem sta­ruszka unio­sła powieki i posłała mi nie­ro­zu­mie­jące spoj­rze­nie.

- Stra­ciła pani przy­tom­ność - powie­dzia­łem. - Pomo­żemy pani usiąść.

Razem z face­tem, który usi­ło­wał ją cucić, posa­dzi­li­śmy ją na fotelu.

- Jak się pani czuje? - zapy­tała kobieta od tele­fonu. - Wezwa­łam karetkę.

- Nie! - wrza­snęła pani Jes­sika. - Nic mi nie jest! Niech pani ją odwoła! Ja tylko przy­snę­łam na chwilę!

- Niech się pani nie mar­twi - pokle­pa­łem ją po dłoni. - Przy­jadą, obej­rzą panią i sobie pojadą.

- Nie trzeba, nic mi nie jest! - zarze­kała się.

Kilka minut póź­niej jed­nak przy­je­chała karetka ZEW-u. Szybko się uwi­nęli, ale w takich przy­pad­kach ni­gdy się nie ocią­gali. Moż­liwe, że zega­rek bio­me­tryczny Jes­siki też wysłał sygnał do cen­trali.

Sani­ta­riu­sze wysko­czyli z pojazdu i spraw­nie zaczęli badać kobie­cinę, która wciąż zapew­niała, że nic jej nie jest.

- Zabie­ramy panią - jeden z nich pokrę­cił głową, a drugi już wycią­gał nosze.

- Nie! - krzy­czała Jes­sika. - Ja muszę spła­cić kre­dyt! To moja ostat­nia rata!

- Ma pani stan przed­za­wa­łowy i to nie pod­lega dys­ku­sji - odparł sani­ta­riusz.

Siłą posa­dzili ją na noszach i przy­pięli pasami.

- Nie może­cie! To wbrew mojej woli!

- Niech pani wyzna­czy kogoś do opieki nad pani rze­czami - rzu­cił oschle sani­ta­riusz.

- Ja to zro­bię - zgło­si­łem się na ochot­nika. - Niech się pani nie mar­twi - zapew­ni­łem, kiedy pako­wali ją do karetki. - Za kilka dni panią wypusz­czą i wtedy pani spłaci ostat­nią ratę.

- A jeśli nie? - jęk­nęła.

Patrzy­łem na nią, gdy zamy­kali drzwi. W jej oczach poja­wiły się łzy i strach.

Ambu­lans odje­chał na sygnale, a w kolejce zapa­no­wała cisza. Każdy współ­czuł kobie­cie i każdy cie­szył się, że nie jest na jej miej­scu. Karetka ZEW-u zabrała ją do hospi­cjum, a stam­tąd mało kto już wycho­dził.

Wró­ci­łem na swoje miej­sce, tasz­cząc ze sobą doby­tek sta­ruszki.

- To miała być jej ostat­nia rata - rzu­ci­łem ze smut­kiem. - A kobie­cina była taka reli­gijna. Tak bar­dzo chciała uwol­nić swoją duszę od zobo­wią­zań...

- Mogli ją zapa­ko­wać do karetki wbrew jej woli? - zapy­tał Mieszko. - Prze­cież może wypi­sać się ze szpi­tala na wła­sne żąda­nie, prawda?

Pokrę­ci­łem głową.

- Z chwilą, gdy zło­żysz pod­pis na papie­rach kre­dy­to­wych, już nie jesteś panem samego sie­bie - wyja­śni­łem. - Sta­jesz się wła­sno­ścią ZEW-u. I jeśli sani­ta­riusz stwier­dzi, że coś zagraża two­jemu zdro­wiu, to nie potrze­bują żad­nego pozwo­le­nia, żeby wsa­dzić cię w kaftan i wywieźć do hospi­cjum.

Mieszko nie sko­men­to­wał. Niby wie­dział o tym wszyst­kim, każdy o tym wie, ale zoba­czyć coś takiego na wła­sne oczy to zupeł­nie inna bajka. Przed nami jesz­cze długa noc. Może chło­pak pój­dzie po rozum do głowy i uzna, że nowe miesz­ka­nie po oka­zyj­nej cenie nie jest warte zacią­gnię­cia kre­dytu ener­ge­tycz­nego, i po pro­stu zostawi całą tę kolejkę w cho­lerę. A jeśli nie, to cóż, dołą­czy do coraz bar­dziej powięk­sza­ją­cego się grona zde­spe­ro­wa­nych idio­tów.

Poczu­łem na twa­rzy pierw­sze kro­ple desz­czu. Oświe­tle­nie bil­l­bo­ardu znów zamru­gało z trza­skiem. Zarzu­ci­łem na głowę kap­tur i odwró­ci­łem się w stronę budynku ZEW-u. Byłem już zmę­czony tym wszyst­kim. Ale co począć, gdy wszy­scy jeste­śmy swo­jego rodzaju nie­wol­ni­kami?

Zwykła kradzież

Zwykła kra­dzież

Woj­ciech Chmie­larz

1.

- Co chcie­li­śmy zgło­sić? To, że ukra­dziono nam dziecko, do cho­lery! - krzyk­nęła kobieta.

- Porwano... - popra­wił sie­dzący obok mąż.

Komi­sarz Sana Mar­czuk prze­no­siła wzrok to na niego, to na nią. On miał praw­do­po­dob­nie koło czter­dziestki. Cho­ciaż z tymi boga­czami to zawsze było trudno powie­dzieć. Przy­zwo­ite metr osiem­dzie­siąt pięć wzro­stu, gęste czarne włosy, z któ­rych pew­nie połowa to były implanty. Sta­ran­nie przy­strzy­żony zarost. I zaczer­wie­nione od nie­daw­nego pła­czu oczy. Facet się roz­kleił ze stra­chu i bez­rad­no­ści. Nawet teraz trzę­sły mu się ręce. Pró­bo­wał to ukryć, raz po raz zaci­ska­jąc pię­ści. Według doku­men­tów nazy­wał się Daniel Wil­czek. Był doradcą inwe­sty­cyj­nym w jed­nym z pry­wat­nych fun­du­szy. Zara­biał tam sporo, co było widać po samym miesz­ka­niu. Duże, znaj­du­jące się na jed­nym z tych zamknię­tych osie­dli bli­sko cen­trum War­szawy, które przez całą dobę było strze­żone przez patrole ochro­nia­rzy, a pod tele­fo­nem na wszelki wypa­dek zawsze cze­kała dru­żyna inter­wen­cyjna zło­żona z byłych koman­do­sów. Codzien­nie odwie­dzała ich sprzą­taczka z Fili­pin lub jakie­goś zapo­mnia­nego gotu­ją­cego się afry­kań­skiego kraju. Sana pomy­ślała, że być może nawet są na tyle bogaci, żeby nie przej­mo­wać się kart­kami na mięso. Po pro­stu idą do jed­nego z tych skle­pów dla boga­czy i kupują kawał woło­winy za cenę ryn­kową.

Ona z kolei miała na imię Greta. Było przez chwilę modne. Jeśli wtedy je dostała, ozna­czało to, że była star­sza od Sany o co naj­mniej dzie­sięć, a może nawet dwa­dzie­ścia lat. Ale oczy­wi­ście nie było tego po niej widać. Poli­cjantka była pewna, że gdyby zbli­żyła się do kobiety wystar­cza­jąco, mogłaby dostrzec wędru­jące pod jej skórą kosme­tyczne nano­boty.

Kobieta miała na sobie czer­woną obci­słą sukienkę. Na pewno drogą, ale więk­szym sym­bo­lem sta­tusu spo­łecz­nego było to, co sukienka opi­nała - szczu­płe, wyspor­to­wane ciało. Ciało, które wyma­gało godzin pracy na siłowni, odpo­wied­niej diety, odży­wek, pomocy tre­nera i kilku ope­ra­cji pla­stycz­nych. Na taki wygląd mogli sobie pozwo­lić tylko bogaci.

Ale Sana nie potrze­bo­wała tych wszyst­kich obser­wa­cji, żeby być pewna, że Wilcz­ko­wie, nawet jeśli nie należą do finan­so­wej elity kraju, są jej bar­dzo bli­sko. Przede wszyst­kim - mieli dziecko. I szybki rzut oka w doku­menty powie­dział poli­cjantce, że nie należą do tych nie­licz­nych szczę­śliw­ców, któ­rzy wygrali prawo do repro­duk­cji na lote­rii. Oni po pro­stu wyku­pili sobie odpo­wied­nie pozwo­le­nie.

- Czy dziecko... - jej part­ner, komi­sarz Taras Szew­czenko, zawie­sił na moment głos - Paweł?

- Pawe­łek, tak... Pawe­łek - potwier­dził Daniel Wil­czek. - Po moim ojcu.

- Pawe­łek - Sana zwró­ciła uwagę, że Taras, podob­nie jak Daniel, zdrob­nił imię chłopca - miał wsz­cze­piony chip?

- Oczy­wi­ście - wark­nęła kobieta.

Się­gnęła po leżący nie­opo­dal tablet i rzu­ciła go poli­cjan­towi. Ten zła­pał nie­zgrab­nie urzą­dze­nie, na któ­rym była już włą­czona odpo­wied­nia apli­ka­cja. Pro­gram infor­mo­wał, że nie jest w sta­nie zna­leźć chipa w sys­te­mie. Taras odru­chowo naci­snął przy­cisk odświe­ża­nia, ale docze­kał się tylko tego, że zoba­czył taki sam komu­ni­kat.

- Czy chip był ser­wi­so­wany? - zapy­tała Sana.

- Tak. Co pół roku przy­cho­dził tutaj przed­sta­wi­ciel pro­du­centa i spraw­dzał, czy wszystko działa. Pła­ci­li­śmy regu­lar­nie abo­na­ment. Mie­siąc w mie­siąc. Poważną kwotę. I co? I nic. Miał dzia­łać i nie działa - kobieta mówiła z wyraźną zło­ścią.

Męż­czy­zna był tak przy­tło­czony całą sytu­acją, że nie wie­dział, co ma powie­dzieć, sie­dział cicho. Wycią­gnął rękę, chcąc poło­żyć ją na dłoni żony. Sana nie była pewna, czy chciał ją tym gestem uspo­koić, czy sam potrze­bo­wał otu­chy od part­nerki. Ona jed­nak go odtrą­ciła.

- I wie­cie, co jesz­cze?! - krzy­czała kobieta. - Pła­cimy ogromne, ogromne podatki! Które idą także na wasze pen­sje! I co?! Zamiast szu­kać naszego syna, sie­dzi­cie tutaj i zada­je­cie idio­tyczne pyta­nia!

- Kocha­nie! - zapro­te­sto­wał mąż.

- Spo­koj­nie - powie­działa Sana, wsta­jąc ze skó­rza­nego fotela (Czy to praw­dziwa skóra? Kogo stać na takie rze­czy?). - Wiemy już wszystko, co mamy wie­dzieć. A w tej chwili naj­lepsi funk­cjo­na­riu­sze szu­kają pań­stwa dziecka.

Poli­cjantka zebrała swoje rze­czy ze szkla­nego blatu stołu i dała Tara­sowi gestem sygnał, że na nich już czas. Daniel Wil­czek odpro­wa­dził ich do drzwi apar­ta­mentu. Pocze­kał, aż się ubiorą, przez cały czas przy­gry­za­jąc dolną wargę. Kiedy już mieli wycho­dzić, nie­spo­dzie­wa­nie chwy­cił Sanę za prze­gub.

- Znaj­dzie­cie go? - zapy­tał gło­sem prze­peł­nio­nym stra­chem i nadzieją.

Poli­cjantka wahała się przez moment, co ma odpo­wie­dzieć. Zagi­nię­cia dzieci zda­rzały się eks­tre­mal­nie rzadko. Naj­czę­ściej doty­czyły potom­stwa rodzin, które wygrały los na lote­rii i nie stać ich było na insta­la­cję chipa śle­dzą­cego. Korzy­stali ze star­szych zabez­pie­czeń zewnętrz­nych. Nadaj­ni­ków przy­cze­pia­nych do ubra­nia i takich tam. Ale cza­sami dziecko ich po pro­stu ze sobą nie zabie­rało i gdzieś zni­kało, nic nie mówiąc rodzi­com. Naj­czę­ściej wra­cało po kilku godzi­nach do domu całe i zdrowe. Ale tutaj wyda­rzyło się coś innego. Dziecko miało chip, i to dobrej firmy. Awa­rie takich urzą­dzeń pra­wie się nie zda­rzały. Sprawa robiła się poważna. A poważne sprawy miały ten­den­cję do tego, żeby się paprać. Ich wynik zawsze był wielką nie­wia­domą. Ale patrząc w oczy męż­czy­zny, Sana zdała sobie sprawę, że Daniel nie jest gotowy na usły­sze­nie prawdy. Jego żona tak. Co prawda skut­ko­wa­łoby to kolej­nym wybu­chem zło­ści i wście­kłym bom­bar­do­wa­niem ich kolej­nymi zarzu­tami, ale ona by to znio­sła. Jej mąż nie. Dla­tego Sana skła­mała:

- Na sto pro­cent. Pro­szę się nie mar­twić.

2.

- I co my z nim teraz zro­bimy? - krzyk­nął wście­kły i prze­stra­szony Alek.

- Chyba musimy go nakar­mić - odpo­wie­działa mu Basia. - A potem możemy się zaba­wić.

Oboje popa­trzyli na sie­dzą­cego na środku pokoju sze­ścio­let­niego chłop­czyka. Ryso­wał coś w pro­stym pro­gra­mie na table­cie. Alek naj­pierw pomy­ślał, że to nie­roz­sądne dawać mu go do ręki. Mógłby skon­tak­to­wać się z rodzi­cami, poli­cją albo, co naj­gor­sze, z firmą ochro­niar­ską. A ludzie stam­tąd nie mieli zaha­mo­wań. Alkowi kie­dyś zła­mali rękę tylko dla­tego, że podej­rze­wali go o skle­pową kra­dzież. Kiedy oka­zało się, że jest nie­winny, dostał jakieś talony i obiet­nicę, że jeśli ośmieli się pójść z tym do sądu, to poła­mią mu jesz­cze nogi. Ale potem przy­po­mniał sobie, że tablet jakiś czas temu się zepsuł i nie łączy się z sie­cią.

- Po co go w ogóle wzię­łaś?

- Bo wyglą­dał, jakby się zgu­bił.

- To trzeba było go gdzieś odpro­wa­dzić, a nie cią­gnąć do nas!

Basia zagry­zła dolną wargę. Jej wzrok prze­śli­zgnął się po blond gło­wie dziecka i zatrzy­mał na Alku.

- Chcia­łam - powie­działa cicho, gło­sem drżą­cym od emo­cji. - Ale jak wzię­łam go za rękę i zaczę­łam z nim iść...

- To co?

- To czu­łam, jak zaczyna mną trząść. Była gdzieś tam jakaś bogata, zepsuta lafi­rynda, która zosta­wiła tego dzie­ciaka. Zupeł­nie się nim nie przej­mo­wała, bo wie­działa, że jakby co, może sobie kupić nowego.

- Skąd wiesz, że jest bogata? - zapy­tał Alek. - Może to jakaś bie­daczka, któ­rej aku­rat tra­fił się szczę­śliwy los.

- Te wszyst­kie loso­wa­nia i tak są usta­wione - prych­nęła Basia. - Wygrywa ten, kto zapłaci.

- Nie zawsze.

- No to spójrz tylko na jego buty!

Chło­piec miał na nogach spor­towe obu­wie mod­nej marki, które musiało kosz­to­wać tyle, ile czynsz w ich miesz­ka­niu. Jasne, wynaj­mo­wali lokal w jed­nym z tych nale­żą­cych do fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych mrów­kow­ców, które budo­wano byle taniej, byle szyb­ciej, byle zdą­żyć przed kolej­nymi unij­nymi nor­mami śro­do­wi­sko­wymi. Ale jed­nak! Kto kupuje dziecku takie buty, skoro wia­domo, że zaraz i tak z nich wyro­śnie!

- To trzeba było mu je zaje­bać, a nie przy­pro­wa­dzać go do nas - wark­nął szep­tem Alek.

Basia spu­ściła wzrok. Alek zro­zu­miał, że wła­śnie docie­rają do sedna sprawy. Tyle że kobieta wyglą­dała tak, jakby sama jesz­cze do końca nie rozu­miała, dla­czego postą­piła tak, jak postą­piła.

- Jak z nim szłam... - ode­zwała się po chwili.

- No.

- Ty wiesz, jak ludzie na mnie patrzyli?

Pod­nio­sła głowę. Jej twarz była blada, oczy błysz­czały z prze­ję­cia.

- Jak? - zapy­tał.

- Jak­bym była kimś.

Poczuł, jak coś go ści­ska za gar­dło.

- Co mia­łaś na myśli, mówiąc, że mogli­by­śmy się potem zaba­wić? - zapy­tał.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Możemy dokądś pójść - powie­działa cicho. - Z tym dzie­cia­kiem. Po pro­stu pocho­dzić po ulicy.

Zer­k­nął na dzie­ciaka, który mazał pal­cem po ekra­nie tabletu, two­rząc na nim jakieś abs­trak­cyjne dzieło. Zasko­czyło go, jak bar­dzo jest spo­kojny. Nie krzy­czał, nie pła­kał, nie wyry­wał się. Nawet nie zapy­tał, gdzie są rodzice. Całą sytu­ację przy­jął jako coś natu­ral­nego i nor­mal­nego.

- A jak nas ktoś zła­pie? - zapy­tał.

- To powiemy prawdę. Że go zna­leź­li­śmy i odpro­wa­dzamy wła­śnie na poli­cję.

Dosko­czyła do niego i ści­snęła go mocno za rękę. Zro­zu­miał, że bar­dzo jej na tym zależy. Ale i jemu ta wizja się spodo­bała. Wyszliby na ulicę. On, ona, dziecko pomię­dzy nimi. Wyglą­da­liby jak z obrazka. I nie­za­leż­nie, co ludzie by sobie pomy­śleli - że wygrali los na lote­rii czy sobie to dziecko kupili - Basia miała rację. Patrzy­liby na nich, jakby byli kimś. A nie jak ktoś, komu można bez­kar­nie poła­mać ręce na zaple­czu sklepu.

- Ale wcze­śniej chyba powin­ni­śmy go jakoś nakar­mić - ode­zwał się. - Co takie dziecko je?

3.

- Wkur­wiają mnie takie typy - rzu­cił Taras, wsia­da­jąc do samo­chodu.

Goto­wało się w nim już w miesz­ka­niu rodzi­ców zagi­nio­nego dzie­ciaka. A kiedy z niego wyszli, poczer­wie­niał na twa­rzy i zaczął mam­ro­tać pod nosem na prze­mian pol­skie i ukra­iń­skie prze­kleń­stwa. Mię­dzy innymi dla­tego Sana pozwo­liła mu teraz pro­wa­dzić. Miała nadzieję, że to go uspo­koi. W końcu fakt, że mieli do dys­po­zy­cji wóz, był jed­nym z naj­więk­szych przy­wi­le­jów, jakimi mogli się cie­szyć w swo­jej pracy. Mar­czuk uwiel­biała nim jeź­dzić. Gdyby mogła, to ni­gdy by z niego nie wysia­dała. Uwiel­biała to poczu­cie mocy, kiedy sie­działa za kół­kiem. Uwiel­biała te pełne zazdro­ści spoj­rze­nia, kiedy z niego wysia­dała. Nawet jeśli były to spoj­rze­nia pod­szyte nie­chę­cią.

Oczy­wi­ście poli­cyjny wóz był elek­tryczny, nie spa­li­nowy. Ale na spa­li­nowe mało kogo było w dzi­siej­szych cza­sach stać. Pew­nie nawet rodzice tego dzie­ciaka nie mogli sobie na niego pozwo­lić. Spa­li­nowe auta pozo­sta­wały zabawką dla eks­tra­wa­ganc­kich boga­czy, sym­bo­licz­nym splu­nię­ciem w twarz bie­do­cie. Rów­nie sym­bo­licz­nym jak jedze­nie steku przed widow­nią zło­żoną z gotu­ją­cych się Afry­kań­czy­ków. Samo­chody elek­tryczne też jed­nak sporo kosz­to­wały. Może i łado­wali je, jeśli się dało, z odna­wial­nych źró­deł ener­gii, swoje dokła­dały elek­trow­nie ato­mowe, ale cią­gle zbyt dużo prądu pro­du­ko­wały zwy­kłe elek­trow­nie na węgiel. No i jed­nak sama pro­duk­cja takiego auta pozo­sta­wiała spory ślad węglowy. Dla­tego od dzie­się­cio­leci znie­chę­cano do posia­da­nia pry­wat­nego samo­chodu i zachę­cano do korzy­sta­nia z komu­ni­ka­cji publicz­nej i rowe­rów. Przy czym rowery, pomimo gęstej sieci ście­żek rowe­ro­wych i nie­mal pustych ulic, jed­nak się nie przy­jęły. Przez pra­wie połowę roku w War­sza­wie było tak gorąco, że jazda na rowe­rze ozna­czała nie­mal pewny udar.

W każ­dym razie Mar­czuk zre­zy­gno­wała z przy­wi­leju pro­wa­dze­nia samo­chodu na rzecz Tarasa. Od mie­sięcy zresztą męczył ją, żeby pozwo­liła mu wię­cej pro­wa­dzić. Miała nadzieję, że w ten spo­sób polep­szy kole­dze humor. Nic takiego jed­nak się nie stało.

- Naj­pierw zaje­bali nam pla­netę - cią­gnął Taras. - Dalej kon­su­mują, jakby był dwu­dzie­sty wiek, a teraz nawet nie potra­fią przy­pil­no­wać wła­snego, kurwa, dzie­ciaka! Gdyby to był mój syn, tobym oka z niego nie spusz­czał. Na smy­czy bym go trzy­mał, żeby się nie zgu­bił!

Mar­czuk już chciała sko­men­to­wać, że raczej nie tak powinno się wycho­wy­wać dzieci, ale ugry­zła się w język. Nie o tym prze­cież była ta roz­mowa. Taras musiał z sie­bie wyrzu­cić złość z innego powodu.

- Znowu nie poszczę­ściło się wam na lote­rii? - zapy­tała.

Poli­cjant zer­k­nął na nią z ukosa. Zaci­snął dło­nie na kie­row­nicy tak mocno, że aż zbie­lały mu knyk­cie.

- Nie star­to­wa­li­śmy - mruk­nął.

- Nie stać was było na wadium?

Wadium było nowo­ścią w lote­rii, wpro­wa­dzoną kilka lat temu. Była to dość spora, ale jed­nak nie nie­osią­galna suma pie­nię­dzy, którą nale­żało wpła­cić przy zgło­sze­niu się do lote­rii repro­duk­cyj­nej. Teo­re­tycz­nie cho­dziło o to, żeby upew­nić się, że poten­cjalni rodzice mają dość środ­ków na utrzy­ma­nie dziecka. W rze­czy­wi­sto­ści był to kolejny mały krok, żeby znie­chę­cać ludzi do bra­nia w niej udziału.

Taras się skrzy­wił.

- Nawet nie pró­bo­wa­li­śmy - wydu­sił z sie­bie przez zaci­śnięte zęby. - Ile razy, kurwa, można? Po pią­tym razie masz po pro­stu dość.

Sana wie­działa, że Taras z żoną brali udział w lote­rii aż dzie­więć razy. Daleko im było do rekor­dzi­stów, ale poli­cjantka wie­działa, że ten cały pro­ces dał im porząd­nie w kość. Zresztą znowu - taki był tego cel.

Glo­balne ocie­ple­nie prze­orało całą pla­netę. Połowa Afryki umie­rała z głodu i pra­gnie­nia. Ban­gla­desz zna­lazł się pod wodą razem ze spo­rym kawał­kiem Azji, a Euro­pej­czycy dziel­nie sta­wiali kolejne zapory, żeby powstrzy­mać oce­any. Cza­sami im się uda­wało, cza­sami nie. Klę­ski głodu doty­kały kolejne kraje bied­nego Połu­dnia, a w ich rytm na bogatą Pół­noc ruszały kolejne fale migran­tów. Tak, w sukurs przy­szła w końcu nauka. Opra­co­wano wresz­cie w miarę sen­sowne metody wychwy­ty­wa­nia CO2 z atmos­fery, zbu­do­wano Zie­lony Mur, ale to cią­gle było mało. I wresz­cie do decy­den­tów dotarło, że jak­by­śmy zie­loni nie pró­bo­wali być, ile byśmy nie posta­wili wia­tra­ków i farm sło­necz­nych, to jedno pozo­staje nie­zmienne - kiedy poja­wia się czło­wiek, to trzeba go nakar­mić, ubrać, dać miej­sce do miesz­ka­nia i pracę, którą mógłby wyko­ny­wać. To wszystko gene­ro­wało ślad węglowy i obcią­żało pla­netę. Jedy­nym wyj­ściem z tego błęd­nego koła było zmniej­sze­nie popu­la­cji. I zro­biono to. Pod­pi­sano ogól­no­świa­tową kon­wen­cję, opra­co­wano tech­no­lo­gię i od kil­ku­dzie­się­ciu lat każ­dej dziew­czynce w wieku lat trzy­na­stu poda­wano spe­cjalną szcze­pionkę z nano­bo­tami. Unie­moż­li­wiała ona zaj­ście w ciążę, ale rów­no­cze­śnie zmie­niała gospo­darkę hor­mo­nalną, osła­bia­jąc w kobie­tach instynkt macie­rzyń­ski i chęć posia­da­nia dziecka. Rów­no­cze­śnie jed­nak pozo­sta­wiono furtkę, dzięki któ­rej gatu­nek ludzki miał prze­trwać: po wyku­pie­niu odpo­wied­niego pozwo­le­nia zdej­mo­wano blo­kadę i umoż­li­wiano kobie­tom zaj­ście w ciążę. Osoby nie­po­sia­da­jące wystar­cza­ją­cych zaso­bów mogły nato­miast wziąć udział w lote­rii repro­duk­cyj­nej.

W ten pro­sty spo­sób w kil­ka­na­ście lat dopro­wa­dzono do sytu­acji, w któ­rej dziecko stało się towa­rem luk­su­so­wym i sym­bo­lem sta­tusu spo­łecz­nego.

Ten sys­tem dzia­łał. Oczy­wi­ście poja­wiały się pro­blemy. Orga­ni­za­cje ter­ro­ry­styczne fun­da­men­ta­li­stycz­nych chrze­ści­jan i muzuł­ma­nów zgod­nie współ­pra­co­wały, orga­ni­zu­jąc kolejne zama­chy, które miały oba­lić ten porzą­dek. Poja­wiło się pod­zie­mie repro­duk­cyjne, han­dlo­wa­nie wygra­nymi losami repro­duk­cyj­nymi. Pory­wa­nie dzieci dla okupu, a także dla celów sek­su­al­nych stało się dużo bar­dziej opła­calne, cho­ciaż rów­no­cze­śnie wzro­sło ryzyko. Oba­wiano się spadku pro­duk­tyw­no­ści i tego, jak będzie funk­cjo­no­wać spo­łe­czeń­stwo o struk­tu­rze wie­ko­wej odwró­co­nej pira­midy. Ale oka­zało się, że dzięki odpo­wied­nio pro­wa­dzo­nej poli­tyce migra­cyj­nej i robo­ty­za­cji wła­ści­wie w każ­dej sfe­rze życia jakoś dawali radę. Przy­naj­mniej na boga­tej Pół­nocy, bo Połu­dniem mało kto się przej­mo­wał. Sym­bo­lem stała się Zambia, kraj nie­mal wyłącz­nie sta­rych ludzi, któ­rzy umie­rali w spie­ko­cie na uli­cach Lusaki. Bo nie­liczni mło­dzi albo już dawno stam­tąd ucie­kli, albo byli potom­kami miej­sco­wej oli­gar­chii, która już dawno spa­ko­wała swoje dolary i wynio­sła się w chłod­niej­sze rejony świata.

- Jak można zgu­bić dziecko? - powtó­rzył Taras.

Sana tym razem mil­czała. Posta­no­wiła dać part­ne­rowi czas, żeby prze­tra­wił swoją złość i żal. Sama nato­miast otwo­rzyła tablet, połą­czyła się z poli­cyjną sie­cią i zabrała się do pracy.

Być może Wilcz­ko­wie fak­tycz­nie nie zasłu­gi­wali na dziecko. Być może fak­tycz­nie nale­żeli do tej nie­licz­nej mniej­szo­ści, która w swo­jej pysze cią­gle mogła sobie pozwo­lić na życie tak, jakby cie­plar­niana kata­strofa nie nade­szła. Być może zasłu­żyli na to, co ich spo­tkało. Ale nic z tego nie było winą zagi­nio­nego dzie­ciaka. I ktoś musiał mu przyjść z pomocą.

4.

- Pomóc ci? - zapy­tał Alek.

Chło­piec, który przed chwilą wywró­cił się na krzy­wej chod­ni­ko­wej pły­cie, teraz spoj­rzał na niego zasko­czony. Był listo­pad. Skoń­czyły się już nie­zno­śne let­nie upały, kiedy męż­czy­zna potra­fił spę­dzić w metrze pół dnia, bo tam była przy­naj­mniej kli­ma­ty­za­cja ratu­jąca go przed wyso­kimi tem­pe­ra­tu­rami. Ich budy­nek miał podobno odpo­wied­nie ate­sty, cer­ty­fi­katy, nie­za­wodne tech­no­lo­gie, które miały poma­gać w wio­senno-let­nie mie­siące, ale oczy­wi­ście nic z tego nie zadzia­łało i bywały dni, kiedy ich małe miesz­ka­nie zmie­niało się w pie­kar­nik.

Chło­piec pokrę­cił prze­cząco głową. Alek jed­nak i tak się nachy­lił i pomógł dziecku wstać. Potem klęk­nął i dotknął deli­kat­nie jego kolana.

- Boli? - zapy­tał.

- Nie - szep­nął chło­piec.

- Na pewno?

Chło­piec przy­tak­nął ener­gicz­nie.

- To idziemy dalej - powie­dział Alek.

Wziął chłopca za rękę i ruszyli. Dziecko jed­nak kulało, krzy­wiąc się przy każ­dym kroku. Męż­czy­zna pod­niósł je więc i przez kilka minut tak wędro­wali. On, Basia i ten chło­piec w jego ramio­nach.

Alek bał się, kiedy wycho­dzili na ten spa­cer. Roz­glą­dał się dookoła pewien, że zaraz zaata­kuje ich cała dru­żyna anty­ter­ro­ry­stów. Że powtó­rzy się ta histo­ria ze sklepu, kiedy oskar­żono go o kra­dzież, tylko że teraz będzie sto razy gorzej. A dla Alka było to jedno z naj­gor­szych wyda­rzeń w życiu. Nawet nie ze względu na tę zła­maną rękę, ale ze względu na to, jak go potrak­to­wano, na to, że ode­brano mu god­ność, potrak­to­wano jak śmie­cia, któ­remu po wszyst­kim można zatkać gębę kil­koma talo­nami. Naj­strasz­niej­sze było to, że mieli rację. Nikomu z nich prze­cież włos z głowy nie spadł za to, co zro­bili. Mogliby go potrak­to­wać gorzej, poła­mać obie ręce, nogi, krę­go­słup i reak­cja pew­nie byłaby taka sama. Nie­na­wi­dził tych ludzi. Nie­na­wi­dził z całego serca. A rów­no­cze­śnie strasz­nie się bał.

Ale wędro­wali uli­cami i nikt ich nie ści­gał. Za to wyła­wiał coraz wię­cej peł­nych podziwu i zazdro­ści spoj­rzeń. I pomy­ślał, że Basia miała rację. Dzięki temu dziecku ludzie patrzyli na nich, jakby byli kimś, a nie ludźmi, któ­rych można bez­kar­nie pobić w super­mar­ke­cie za coś, czego nie zro­bili. Było to strasz­nie przy­jemne uczu­cie.

- Chce mi się pić - powie­dział chło­piec.

- Pójdę mu coś kupić - rzu­ciła Basia i zaraz znik­nęła w pobli­skim skle­pie.

Alek usiadł z chłop­cem na ławce nie­opo­dal. Zasta­na­wiał się, czy z dziec­kiem jest wszystko w porządku. Byli dla niego dwójką zupeł­nie obcych ludzi, a on ani nie pła­kał, ani nie pró­bo­wał ucie­kać. Nie wrzesz­czał, nie krzy­czał, nie pro­sił o pomoc. Ale poza tym zacho­wy­wał się chyba nor­mal­nie. Chyba, bo Alek nie miał do tej pory żad­nej stycz­no­ści z dziećmi, mógł więc tylko snuć przy­pusz­cze­nia. Dzie­ciak cho­dził, śmiał się, odpo­wia­dał, kiedy go o coś pytali.

- Wkrótce odpro­wa­dzimy cię do mamy - powie­dział Alek, żeby prze­rwać prze­dłu­ża­jącą się ciszę.

- Dobrze - mruk­nął chło­piec.

- Nie cie­szysz się? - zapy­tał męż­czy­zna.

Dziecko wzru­szyło ramio­nami.

- Nie tęsk­nisz za mamą? - cią­gnął Alek.

Kolejne wzru­sze­nie ramio­nami.

- A za tatą?

Chło­piec drgnął, a kąciki jego ust unio­sły się lekko w górę, jakby wła­śnie przy­po­mniał sobie coś przy­jem­nego.

- Za tatą tak - powie­dział. - Ale tata jesz­cze nie wró­cił z pracy. On wraca dopiero wie­czo­rem.

- Aha.

W tym momen­cie poja­wiła się przy nich Basia, która bez słowa podała chłopcu otwartą butelkę wody. Dziecko wypiło za jed­nym razem nie­mal połowę.

- O czym roz­ma­wia­li­ście? - zapy­tała.

- W sumie o niczym - odpo­wie­dział Alek. - Chodźmy się gdzieś jesz­cze przejść.

Pomy­ślał, że skoro dzie­ciak nie tęskni za matką, to nie muszą się spie­szyć z jego odda­wa­niem. Do wie­czora było jesz­cze sporo czasu.

5.

- Firma od chipa śle­dzą­cego uważa, że to nie­moż­liwe - powie­dział, wcho­dząc do ich pokoju, Taras.

- Oczy­wi­ście, że tak powie­dzieli - mruk­nęła znad kom­pu­tera Sana. - Prze­cież gdyby się wydało, że ten ich chip jest gówno wart, to mogliby zacząć pako­wać walizki. Już nie wspo­mi­na­jąc o odszko­do­wa­niach, które pew­nie musie­liby wypła­cić.

- Chcesz się cze­goś dowie­dzieć, czy będziesz się mądrzyć przez cały dzień?

Wes­tchnęła ciężko, ale pomy­ślała, że Taras ma rację. Nie­po­trzeb­nie się ziry­to­wała, ale ta cała sprawa była fru­stru­jąca. Nic się w niej nie kle­iło.

- Opo­wia­daj - popro­siła.

- Chip ma mieć zabez­pie­cze­nia przed wyłą­cze­niem, przy­pad­ko­wym lub nie. Gdyby przy­pad­kiem się zepsuł, sys­tem ma sam włą­czyć alarm. Wtedy poja­wia się ser­wi­sant i natych­miast wymie­nia chip.

- Co to dla nas ozna­cza? - zapy­tała Sana.

- Atak haker­ski. Tylko że tutaj poja­wiają się kolejne pro­blemy. Zapew­niają, że ich sys­tem jest tak szczelny, jak to tylko moż­liwe. Pod­nosi alarm, gdy tylko dzieje się coś dziw­nego, odbie­ga­ją­cego od normy.

- Do każ­dego sys­temu da się wła­mać.

- I oni sami to potwier­dzają. Ale twier­dzą, że w ich przy­padku byłoby to bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo...

- Skończ z tym bar­dzo.

- ... bar­dzo trudne i do tego bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo i tak dalej dro­gie - stwier­dził Taras.

Sana podra­pała się po bro­dzie.

- Czyli ktoś musiałby wyło­żyć potężną kasę, żeby porwać tego dzie­ciaka.

- Otóż to.

- A rów­no­cze­śnie nikt nie zgło­sił się z żąda­niem okupu.

- Wła­śnie.

- Może jest jesz­cze za wcze­śnie?

- Może...

Dla­tego ta sprawa wyda­wała się Sanie dziwna. Gdyby dzie­ciak po pro­stu się zgu­bił, ktoś by go już zna­lazł. Gdyby został porwany dla okupu, ktoś powi­nien był się ode­zwać do rodzi­ców.

Żadna z tych rze­czy jed­nak się nie przy­da­rzyła.

- A jeśli został porwany przez pedo­fi­lów? Albo na czę­ści? - zary­zy­ko­wał hipo­tezę Taras.

Sana potrzą­snęła głową.

- Po co masz pory­wać dzie­ciaka pol­skich rodzi­ców, wie­dząc, że takie porwa­nie zwróci na cie­bie uwagę wszyst­kich świę­tych, skoro możesz sobie spro­wa­dzić malu­cha z Azji czy Afryki i nikogo to nie będzie obcho­dzić?

- To też nie jest takie pro­ste - zauwa­żył Taras. - Tam też kobiety dostają szcze­pionkę.

- I też biorą udział w lote­rii repro­duk­cyj­nej. A potem oka­zuje się, że te uro­dzone dzie­ciaki umie­rają po roku czy dwóch. Naprawdę w to wie­rzysz?

Taras nie odpo­wie­dział, bo nie musiał.

Oboje pra­co­wali już dość długo w poli­cji. Oboje znali takie sprawy. Paskudne, obrzy­dliwe i pozo­sta­wia­jące trwałe rany w duszy. Pew­nych rze­czy po pro­stu nie da się zapo­mnieć.

- A czego ty się dowie­dzia­łaś? - zapy­tał. - Dosta­li­śmy już nagra­nia z kamer bez­pie­czeń­stwa?

- Dosta­li­śmy - potwier­dziła Sana. - I nic na nich nie ma.

- Prze­cież to cen­trum han­dlowe jest naszpi­ko­wane kame­rami!

- Z któ­rych trzy czwarte nie działa.

Taras aż stęk­nął.

- Jak to moż­liwe?

- Oszczę­dzają prąd - wyja­śniła spo­koj­nie Sana. - Ich mene­dżer powie­dział mi jasno, że muszą ciąć, gdzie się da, żeby cho­dziła im kli­ma­ty­za­cja. Popro­sił przy tym, żeby­śmy nikomu nie zdra­dzili infor­ma­cji o ich, jak to okre­ślił, nie­wiel­kich kło­po­tach.

- Czyli jedno z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych cen­trów han­dlo­wych w mie­ście nie ma dzia­ła­ją­cego sys­temu moni­to­ringu.

- Lepiej bym tego nie ujęła.

- Cho­lera. A nasz moni­to­ring?

- Szu­kają ich na kame­rach miej­skich. Ale wiesz, jak jest. Mało ludzi.

- Sztuczna inte­li­gen­cja?

- Mało mocy obli­cze­nio­wej... My też oszczę­dzamy prąd.

Poli­cjant pod­szedł do swo­jego biurka i opadł na krze­sło.

- Czyli dzie­ciak poszedł z matką do cen­trum han­dlo­wego. Matka znik­nęła na moment w przy­mie­rzalni. Kiedy wyszła, dzie­ciaka nie było i nikt nie wie, co się z nim stało? - pod­su­mo­wał Taras. - Nikt nie zauwa­żył krzy­czą­cego i pła­czą­cego sze­ścio­latka?

- Dla­czego miałby krzy­czeć i pła­kać?

- No bo wła­śnie ktoś go pory­wał.

Sana zmarsz­czyła brwi. W jej gło­wie wła­śnie poja­wiła się pewna myśl. Dała Tara­sowi znać, żeby się nie odzy­wał. Potrze­bo­wała momentu ciszy i sku­pie­nia, żeby pozwo­lić tej myśli w pełni się ufor­mo­wać.

- A jeśli wcale nie pła­kał... - powie­działa bar­dziej do sie­bie niż do Tarasa.

- Co masz na myśli? - zapy­tał poli­cjant.

- Pocze­kaj. Zaraz ci wszystko wyja­śnię. Ale naj­pierw muszę spraw­dzić kilka rze­czy.

6.

Byli na placu zabaw, cho­ciaż sporo się go musieli naszu­kać. Co było logiczne. Skoro było nie­wiele dzieci, to po co budo­wać dla nich huś­tawki?

Alek cho­dził za chłop­cem. Bawił się z nim. Krę­cił karu­zelą. Razem robili babki z pia­sku i kopali dziurę. Aż sam był zdzi­wiony, jak bar­dzo go to bawi. Po raz pierw­szy w życiu zaczął się zasta­na­wiać, czy nie powinni razem z Basią wziąć udziału w lote­rii repro­duk­cyj­nej. Poszu­kał wzro­kiem kobiety, żeby zoba­czyć, co robi. Sie­działa na ławce ze wzro­kiem zato­pio­nym w ekra­nie tele­fonu komór­ko­wego. Jakiś czas temu stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie chłop­cem. Teraz wyglą­dała na znu­dzoną. Chciał do niej krzyk­nąć, żeby przy­szła do nich, ale wtedy dotarło do niego, że są na placu zabaw sami. Wcze­śniej było tu kilka osób. Przy­po­mi­nał sobie, że widział, jak wycią­gają komórki. Dosta­wali jakieś wia­do­mo­ści i po kolei opusz­czali plac zabaw. Wtedy ledwo zwró­cił na to uwagę, teraz wyda­wało mu się to tak dziwne, że aż mu dreszcz prze­biegł po ple­cach. Może też powinni sobie stąd pójść?

I wtedy zauwa­żył ruch mię­dzy drze­wami. Lekko sku­loną postać w masce na twa­rzy i w jed­no­li­tym czar­nym mun­du­rze.

- Basia! - wrza­snął.

Ode­rwała wzrok od tele­fonu komór­ko­wego. Rzu­ciła mu pyta­jące spoj­rze­nie.

- Uwa­żaj!

Za późno. Czarna postać, inna niż ta pomię­dzy drze­wami, spa­dła na kobietę. Rzu­ciła ją na zie­mię, przy­gnio­tła butem. Napast­nik miał w dłoni para­li­za­tor. Przy­ło­żył go do szyi kobiety i zaraz jej ciało zaczęło drgać w rytm elek­trycz­nych wyła­do­wań.

- Zostaw ją!

Wtedy zauwa­żył kolejne posta­cie. Poli­cjan­tów, wszyst­kich w maskach i w czar­nych mun­du­rach, z pał­kami w dło­niach. Krzy­czeli coś do niego, ale nic nie sły­szał. Krew szu­miała mu w gło­wie. Widział tylko powa­loną Basię i funk­cjo­na­riu­sza, który się nad nią znę­cał. Przed oczyma poja­wiały mu się migawki z super­mar­ketu. Wtedy, kiedy zła­mano mu rękę. Coś się z nim stało. Sam nie wie­dział co. Stra­cił zupeł­nie nad sobą pano­wa­nie. Zanim nawet sam się zorien­to­wał, co robi, zaata­ko­wał naj­bliż­szego poli­cjanta. Wpadł na niego całym cię­ża­rem swo­jego ciała. Powa­lił i wyrwał z dłoni pałkę. Ude­rzył raz, w głowę, żeby go obez­wład­nić, a potem popę­dził na pomoc Basi.

Dopiero po chwili zorien­to­wał się, że ktoś strze­lał. Jesz­cze dłu­żej zajęło mu zro­zu­mie­nie, że strze­lano do niego. A potem przed oczyma zro­biło mu się ciemno. Nogi zro­biły mu się mięk­kie, jakby w ogóle nie było w nich kości. Upadł na zie­mię. I przed śmier­cią usły­szał jesz­cze jedną rzecz - krzyk prze­ra­żo­nego chłopca.

7.

Gdzieś z głębi miesz­ka­nia docho­dziły ich dźwięki włą­czo­nego tele­wi­zora. Leciała jakaś bajka dla dzieci. Sana sie­działa w kuchni. Naprze­ciwko niej Greta Wil­czek, któ­rej twarz raz po raz wykrzy­wiał gry­mas nie­za­do­wo­le­nia.

- Nasz syn się moczy! - wysy­czała wresz­cie. - Całe łóżko było zaszczane! Całe! Trzeba będzie z nim cho­dzić na tera­pię. Pani wie, ile to kosz­tuje? Pozwiemy was o odszko­do­wa­nie! Rozu­mie pani!? O odszko­do­wa­nie!

Sana unio­sła tylko lekko prawą brew. Tro­chę rozu­miała wzbu­rze­nie kobiety. Dzia­łali bar­dzo szybko. Stąd decy­zja o akcji już na placu zabaw. Naj­pierw ziden­ty­fi­ko­wali inne prze­by­wa­jące tam osoby. Wysłali im SMS-y z prośbą o opusz­cze­nie terenu. Kiedy zostali tam tylko podej­rzani z porwa­nym chłop­cem, ruszyli do ataku. Nie wszystko poszło tak, jak powinno. Jeden z poli­cjan­tów wylą­do­wał w szpi­talu z na szczę­ście nie­groź­nym wstrzą­śnie­niem mózgu po tym, jak został ude­rzony w głowę wła­sną pałką. Agre­sywny podej­rzany został zastrze­lony. Ale naj­waż­niej­sze było to, że dziecku nic się nie stało. Przy­naj­mniej tak powta­rzał Daniel Wil­czek. Bo jego żona miała na ten temat naj­wy­raź­niej inne zda­nie.

- Męża nie ma w domu? - zapy­tała Sana.

- Nie. Musiał iść do pracy. A ja wyko­rzy­stam ten czas, żeby napi­sać na was skargę i zna­leźć praw­nika.

Sana pomy­ślała, że na jej miej­scu wola­łaby spę­dzić czas z synem, ale nie powie­działa tego gło­śno. Zamiast tego zapy­tała:

- Nie chce pani wie­dzieć, kim była?

- Kto?

- Kobieta, która porwała pani dziecko.

Greta Wil­czek przez chwilę mil­czała nie­pewna, co powinna odpo­wie­dzieć. Wresz­cie wzru­szyła ramio­nami, dając sygnał, że jest to jej obo­jętne.

- Zaczę­łam się zasta­na­wiać, dla­czego pani syn nie krzy­czał i nie pro­sił o pomoc, kiedy był pory­wany - zaczęła mówić poli­cjantka. - Przy­znam szcze­rze, że tro­chę mnie zdzi­wiło, że nikt nie zwró­cił na to uwagi.

- I co z tego?

- I doszłam do wnio­sku, że wobec tego ta scena musiała być bar­dzo zwy­czajna. Dziecko musiało iść spo­koj­nie. Zupeł­nie się nie bun­to­wać. Pani syn musiał być prze­ko­nany, że to, co się dzieje, jest nor­malne. Co ozna­czało, że albo porwał go ktoś, kogo dobrze znał, albo... - tutaj Sana na chwilę zawie­siła głos - ktoś z ochrony obiektu. Bo dzieci, szcze­gól­nie taki posłuszny syn jak pani, wie­dzą, że ochro­nia­rzy należy słu­chać. Szcze­gól­nie kiedy mówią, że przy­szli im pomóc. Inni ludzie też nie zwrócą na taką scenę uwagi, bo nie ma w niej nic dziw­nego. Kiedy na to wpa­dłam, potem już poszło szybko. Zadzwo­ni­łam do cen­trum han­dlo­wego, usta­li­łam, kto pra­co­wał w godzi­nach, kiedy zagi­nęło pani dziecko. Ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy, a potem zlo­ka­li­zo­wa­li­śmy podej­rzaną. I udało się. W mniej niż dwa­na­ście godzin.

- Brawo - powie­działa sar­ka­stycz­nie Greta. - Musi być pani z sie­bie dumna.

Sana wznio­sła w górę palec.

- Ale to wcale nie był koniec tej sprawy - stwier­dziła. - Bo zaczę­łam w tym grze­bać bar­dziej. Oka­zało się, że to porwa­nie nie było pla­no­wane. To było coś w rodzaju impulsu. Ta ochro­niarka, kiedy zauwa­żyła, jak ludzie patrzą na nią z dziec­kiem... Powie­działa, że to było jak nar­ko­tyk. Jakby jeź­dziła po uli­cach mia­sta spa­li­no­wym samo­cho­dem na ste­ry­dach.

- I dla­czego mia­łoby mnie to obcho­dzić?

- No wła­śnie. Niby nie powinno. Motywy spraw­ców są inte­re­su­jące, ale dla nas, nie­ko­niecz­nie dla pani. Ale jed­nak, skoro to nie było żadne zapla­no­wane porwa­nie, tylko coś, co można nazwać głu­pim wybry­kiem, dla­czego chip nie dzia­łał?

- Nie mam poję­cia. Roz­ma­wia­łam już z przed­sta­wi­cie­lami firmy i mówili, że...

- ...to nie­moż­liwe, żeby się zepsuł, i że to musiał być jakiś atak haker­ski - dokoń­czyła za nią poli­cjantka. - Wiemy. Ale poroz­ma­wia­łam z ich dzia­łem bez­pie­czeń­stwa, poroz­ma­wia­łam z naszymi poli­cyj­nymi infor­ma­ty­kami, któ­rzy wbrew pozo­rom są cał­kiem, cał­kiem, i doszli­śmy do wnio­sku, że atak z zewnątrz byłby pra­wie nie­moż­liwy i kosz­mar­nie kosz­towny, ale taki od wewnątrz...

- Chyba nie rozu­miem.

- Jeśli haker znałby login i hasło użyt­kow­nika do chipa pani dziecka, uniesz­ko­dli­wie­nie go w taki spo­sób, żeby sys­tem się nie zorien­to­wał, byłoby - jak usły­sza­łam - banal­nie pro­ste.

Sana dostrze­gła to lek­kie drże­nie brody u sie­dzą­cej przed nią kobiety, bled­nię­cie skóry, któ­rego nie były w sta­nie ukryć nawet dro­gie kosme­tyki. Greta Wil­czek się bała.

- Co pani suge­ruje? - spy­tała kobieta, siląc się na zacho­wa­nie moc­nego, sta­now­czego tonu.

- Pani mąż nie­dawno pod­jął kilka błęd­nych decy­zji inwe­sty­cyj­nych, prawda? - rzu­ciła Sana, zmie­nia­jąc temat. - Został usu­nięty ze sta­no­wi­ska. Sporo ludzi stra­ciło sporo pie­nię­dzy. Z tego, co wiem, teraz wcale nie jest w pracy, ale na kolej­nej roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej. Ale kto by chciał zatrud­nić czło­wieka, który zali­czył taką wpadkę?

- Takie rze­czy się zda­rzają.

Sana wzru­szyła ramio­nami.

- Być może. Ja się nie znam. Jestem tylko pro­stą poli­cjantką. Ale też zebra­łam zezna­nia świad­ków z dnia porwa­nia. Zosta­wiła pani syna w skle­pie samego i poszła do prze­bie­ralni przy­mie­rzyć rze­czy.

- Tylko na chwilę.

- Sie­działa pani tam pra­wie przez godzinę - stwier­dziła poli­cjantka. - Obsługa zaczęła się mar­twić, czy przy­pad­kiem pani tam nie zemdlała. Pukali do pani, żeby się upew­nić, że wszystko jest w porządku, a pani zapew­niała, że tak.

- Stra­ci­łam poczu­cie czasu - szep­nęła Greta Wil­czek.

- Ale to nie był jedyny sklep, w któ­rym się pani tak zacho­wy­wała. Było ich jesz­cze kilka. Zawsze ten sam sche­mat: brała pani narę­cze ubrań, wcho­dziła do prze­bie­ralni na nie­mal godzinę, zosta­wia­jąc syna samego. Nie raz, nie dwa pod­cho­dzili do niego ochro­nia­rze, żeby upew­nić się, że wszystko jest w porządku. Dla­tego był taki spo­kojny pod­czas porwa­nia. Coś takiego nie zda­rzyło się po pro­stu po raz pierw­szy. Ale pani zacho­wa­nie... Zacho­wy­wała się pani tak, jakby chciała pani stwo­rzyć oka­zję, żeby ktoś go porwał. Jakby chciała pani, żeby on znik­nął.

- Jak pani śmie - zapro­te­sto­wała Greta Wil­czek, ale w jej gło­sie zamiast obu­rze­nia było sły­chać strach.

- Powiem pani, co moim zda­niem się stało - cią­gnęła Sana. - Utrzy­ma­nie dziecka kosz­tuje mają­tek. Te wszyst­kie opłaty, podatki. Są z nich zwol­nieni wygrani na lote­rii repro­duk­cyj­nej, ale pań­stwo prze­cież nie brali w niej udziału. A może brali, ale stra­cili nadzieję na wygraną. Zapła­ci­li­ście za zezwo­le­nie. Wzię­li­ście dobro­wol­nie na sie­bie ten cię­żar. Można powie­dzieć, że na swoje dziecko zapra­co­wa­li­ście... Ale kiedy pani mąż stra­cił pracę, kiedy ryzyko, że stra­ci­cie to wszystko, stało się realne...

Sana uśmiech­nęła się lekko z uda­waną wyro­zu­mia­ło­ścią. Greta nawet nie pró­bo­wała wię­cej zaprze­czać. Prze­łknęła tylko ślinę.

- Potrze­bo­wa­li­śmy tego dziecka - ode­zwała się kobieta cicho. - W tym śro­do­wi­sku, żeby cię sza­no­wali, trzeba umieć poka­zać, że się ma pie­nią­dze, nawet jeśli się ich nie ma. Kie­dyś nosiło się biżu­te­rię, dro­gie zegarki. To były prost­sze czasy. Teraz chwa­limy się dziec­kiem. Wie pani, gdzie się teraz naprawdę robi inte­resy?

- Gdzie?

- Na kin­der­ba­lach. W salach zabaw. Na uro­dzi­nach. Na baby­sho­we­rach. Przy­ję­ciach z oka­zji ujaw­nie­nia płci. Żeby być kimś, trzeba mieć dziecko. I nie, nie bra­li­śmy udziału w lote­rii. Nawet gdy­by­śmy wygrali, a to wyszłoby na jaw, to byłaby kata­strofa. Nikt by nas nie sza­no­wał. Nikt! - w oczach Grety Wil­czek poja­wiły się łzy. - A ja go nawet nie kocham - dokoń­czyła szep­tem. - Pró­bo­wa­łam, ale nie kocham.

Poli­cjantka poczuła, jak coś ją ści­ska w żołądku. Poczuła rów­no­cze­śnie gniew i żal. Przy­szła tutaj ze sprzę­tem nagry­wa­ją­cym. Mikro­sko­pij­nym mikro­fo­nem ukry­tym w koł­nie­rzu jej bia­łej koszuli. Chciała wydo­być od Grety przy­zna­nie się do winy, a potem posłać ją za kratki. Jesz­cze nie wie­działa, z jakiego para­grafu, ale była pewna, że jakiś się znaj­dzie. Przez nią prze­cież zgi­nął czło­wiek. Głupi i nie­roz­sądny, ale jed­nak czło­wiek. Pozo­sta­wia­jący za sobą znacz­nie mniej­szy ślad węglowy niż Greta z mężem. Wil­czek powinna ponieść za to karę. Ale teraz, patrząc na zała­maną kobietę, Sana nie była pewna, czy kie­dy­kol­wiek zmusi się do wyko­rzy­sta­nia tych nagrań. Wstała od stołu.

- Co teraz będzie? - zapy­tała Greta.

- Teraz?

Sana pochy­liła się nad kobietą i spoj­rzała jej pro­sto w oczy.

- Obser­wuję panią - powie­działa poli­cjantka. - Jeśli cokol­wiek przy­da­rzy się pani dziecku... - nie dokoń­czyła groźby. Nie było potrzeby. Kobieta zro­zu­miała. Pocią­gnęła nosem.

- Nie wiem, dla­czego to się stało - wyrzu­ciła z sie­bie roz­pacz­li­wie Greta Wil­czek. - Nie wiem!

Sana się zawa­hała. Znała odpo­wiedź na to pyta­nie. Przy­naj­mniej tak się jej wyda­wało. Nie mówiło się o tym gło­śno, ale po zdję­ciu blo­kady anty­kon­cep­cyj­nej u nie­wiel­kiego pro­centa kobiet nie powra­cał instynkt macie­rzyń­ski. A nawet działo się coś innego, gor­szego. Ich wła­sne dziecko sta­wało się dla nich kimś obcym i nie­chcia­nym. Jakby orga­nizm nagle posta­no­wił dzia­łać wbrew wypra­co­wa­nym przez miliony lat ewo­lu­cyj­nym sche­ma­tom. Pró­bo­wano roz­wią­zać ten pro­blem. Bez rezul­tatu. Wresz­cie uznano, że nie da się w inny spo­sób dopro­wa­dzić do zmniej­sze­nia ziem­skiej popu­la­cji w krót­kim cza­sie i w rów­nie huma­ni­tarny spo­sób i dopusz­czono uży­cie nano­bo­tów. Czy Greta Wil­czek była ofiarą tego samego mecha­ni­zmu? Być może. Ale powie­dze­nie jej tego byłoby dla niej kolej­nym już tego dnia aktem łaski. A jakąś karę, uznała Sana, jed­nak powinna ponieść.

- Pro­szę pamię­tać - rzu­ciła poli­cjantka. - Mam panią na oku. A jeśli chce pani zaosz­czę­dzić tro­chę pie­nię­dzy...

- Tak.

- Pro­szę pomy­śleć o samo­bój­stwie. Samotni rodzice są zwol­nieni z czę­ści opłat za posia­da­nie dziecka.

Sana opu­ściła miesz­ka­nie, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź Grety. Ale wyraz twa­rzy kobiety - wyda­wało się jej - wska­zy­wał, że przy­naj­mniej roz­waży tę suge­stię.