Utwory wybrane. Tom 2. Opowiadania - Anton Pawłowicz Czechow

Kup ebooka

74.00 zł
61.41 zł (60,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KOŃSKIE NAZWISKO

Obywatela ziemskiego, generała majora w stanie spoczynku Aleksieja Bułdiejewa, rozbolał ząb. Generał płukał usta wódką i koniakiem, przykładał do chorego zęba przyparkę z tytoniu, opium, terpentynę, naftę; jodynował szczękę; w uszach miał watę maczaną w spirytusie... Ale zabiegi te były bezskuteczne lub też wywoływały mdłości. Przyjechał doktor. Podłubał w zębie, przepisał chininę, ale i chinina nie pomogła. Na propozycję wyrwania chorego zęba generał odpowiedział odmownie. Wszyscy domownicy - żona, dzieci, służba, nawet kuchcik Piet'ka - każdy zalecał swój środek. Przyszedł również ekonom Bułdiejewa, Iwan Jewsieicz, i poradził, żeby ząb zamówić.

- Tu w naszym powiecie, panie generale - powiedział - jakieś dziesięć lat temu był akcyźnik, Jakow Wasylicz. Jak ten człowiek zamawiał zęby - ho, ho! Nic - tylko się odwróci do okna, poszepcze coś, popluje - i jak ręką odjął! Taką już miał moc od przyrodzenia...

- Gdzież on teraz?

- Jak go zwolnili z posady, przeniósł się do Saratowa i mieszka tam u teściowej. Teraz tylko z zębów żyje. Niech kogo ząb zaboli, zaraz idzie do niego, a on zamawia... Miejscowych lekuje u siebie w domu, a tych, którzy zamiejscowi, telegraficznie. Niech pan generał wyśle do niego depeszę, że tak a tak: sługę Bożego Aleksieja bolą zęby... proszę uzdrowić. A pieniądze za leczenie prześle pan generał pocztą.

- Brednie! Oszukaństwo!

- Niech pan spróbuje, panie generale. Na wódkę bardzo łasy... Żonę rzucił, żyje na wiarę z Niemką. Krzykacz okropny, ale - co tu mówić: chłop cuda czyni.

- Wyślij, Alosza, depeszę - wtrąciła błagalnie generałowa. - Wiem, że nie wierzysz w zamawianie, a jednak ja na sobie doświadczyłam. Co ci to szkodzi? Dlaczego nie miałbyś wysłać? Korona ci z głowy nie spadnie.

- Było nie było - zgodził się Bułdiejew. - Z tego bólu człowiek gotów nie tylko do akcyźnika, ale do samego diabła depeszować... Och, sił już nie mam! Gdzież ten twój akcyźnik mieszka? Jak do niego napisać?

Generał zasiadł przy biurku i wziął pióro.

- Każdy kundel zna go w Saratowie - powiedział ekonom. - Niech pan generał pisze z łaski swojej tak: Saratów... Saratów... a dalej... wielmożny pan Jakow Wasylicz... Wasylicz...

- No?

- Wasylicz... Jakow Wasylicz... a z nazwiska... a bodaj cię! Jakże mu to? Wasylicz... co u diabła? Jakże on się nazywa? Jakem tu szedł, to pamiętałem... chwileczkę, panie generale...

Iwan Jewsieicz wzniósł oczy do góry i jął poruszać wargami. Generałostwo czekali niecierpliwie.

- No, jakże? Prędzej!

- Zaraz, zaraz... Wasylicz... Jakow Wasylicz... A to mi z głowy wyleciało! A takie niby zwykłe nazwisko! Coś jakby końskie... Kobylski? Nie, nie Kobylski. Chwileczkę... Czy nie Ogierski? I nie Ogierski... Pamiętam, że końskie, ale jakie - ani rusz...

- Może Źrebięcki?

- Nie, panie generale. Niech pomyślę... Kobyłecki... Kobyliński... Kundelski...

- Kundelski! Toż przecie nie końskie, tylko psie! Źróbczyński?

- Nawet i nie Źróbczyński... Koniński... Szkapski... Źrebakiewicz... Nie! Nie to...

- Więc jakże mam do niego pisać? Zastanów się!

- Zaraz, zaraz... Klaczkowski... Klaczkiewicz... Zaprzężny...

- Może Zaprzęgowski? - podsunęła generałowa.

- Nie, pani generałowo... Orczykowski... I nie Orczykowski. Na śmierć zapomniałem!

- Więc po kiego diabła pchasz się tu ze swoją radą! - rozzłościł się generał. - Wynoś mi się stąd!

Iwan Jewsieicz, ociągając się, wyszedł, a generał złapał się za szczękę i zaczął latać po pokojach.

- Rany boskie! - jęczał wniebogłosy. - Święci pańscy! W głowie mi kołuje!

Ekonom poszedł do ogrodu, wzniósł oczy ku niebu i zaczął przypominać sobie nazwisko akcyźnika:

- Źrebacki... Ogierowicz... Ogierkowski... Ani weź! Szkapowski... Chabecki... Stadnikiewicz... Kłusowski...

Po chwili zawołano go do państwa.

- Przypomniałeś sobie? - zapytał generał.

- Nijak nie mogę, panie generale.

- Może Rumacki? Wierzgalski? Nie?

Cały dom na wyprzódki zaczął dobierać nazwiska. Przetrząśnięto wszystkie maści, gatunki i rasy końskie, nie pominięto grzywy, kopyt i uprzęży... We dworze, w ogrodzie, w izbie czeladnej, w kuchni chodzili ludzie z kąta w kąt, drapali się w głowę i szukali nazwiska. Ekonoma raz po raz wzywano do dworu.

- Tabuński? - pytano go. - Kopytowski? Brykalski?

- Nie, panie generale - odpowiadał Iwan Jewsieicz i wznosząc oczy do góry, myślał na głos: - Konienko... Konikowski... Truchciński... Kobyłkowski...

- Tatusiu! - wołały dzieci ze swego pokoju. - Parokoński! Uzdowski!

Cały dwór stanął na głowie. Zniecierpliwiony, umęczony generał obiecał pięć rubli temu, kto odgadnie właściwe nazwisko - toteż za ekonomem chodziły całe tłumy.

- Gniadowski! - wołano za nim. - Cwaliński! Rozpędowicz!

Nadszedł wieczór, ale na nazwisko jeszcze nie natrafiono. Trzeba się było kłaść spać - a telegram nie został wysłany.

Generał przez całą noc oka nie zmrużył: chodził po pokoju tam i z powrotem i jęczał... O trzeciej nad ranem wyszedł z domu i zapukał do okna ekonoma.

- Czy nie Wałachowski przypadkiem? - zapytał płaczliwie.

- Nie, panie generale, nie Wałachowski - odparł Iwan Jewsieicz, wzdychając jak winowajca.

- A może to nie końskie nazwisko, tylko jakieś inne?

- Żebym tak zdrów był, panie generale... Końskie... Pamiętam doskonale.

- Że ci też tak, bracie, z głowy wywietrzało... Ja dziś za to nazwisko oddałbym bodaj wszystko na świecie. Zmordował mnie ten ból śmiertelnie.

Z rana generał posłał po raz drugi po doktora.

- Niech rwie! - postanowił. - Nie mam już siły cierpieć.

Przyjechał doktor. Wyrwał chory ząb. Ból ustał natychmiast. Generał się uspokoił. Zrobiwszy swoje i otrzymawszy należność, doktor wsiadł do bryczki, żeby się udać do domu. Za bramą w polu spotkał Iwana Jewsieicza, który stał na skraju drogi i patrząc w skupieniu w ziemię, głowił się nad czymś. Wnosząc ze zmarszczek, jakie mu zbruździły czoło, z wyrazu jego oczu, musiał się mocno i męcząco bić z myślami...

- Bułański... Siodełkiewicz - mruczał do siebie. - Chomętowicz... Czapracki...

- Iwanie Jewsieiczu! - zwrócił się doktor do ekonoma. - Czy nie moglibyście mi, łaskawco, sprzedać parę worków owsa? Kupuję zazwyczaj od naszych chłopów, ale mają jakiś nieszczególny...

Iwan Jewsieicz spojrzał na doktora tępym wzrokiem, uśmiechnął się dziko, nie odrzekł ani słowa, plasnął w dłonie i popędził do dworu z taką szybkością, jakby go wściekły pies gonił.

- Panie generale! - krzyknął radośnie nie swoim głosem, wpadając do gabinetu Bułdiejewa. - Przypomniałem sobie! Daj, Boże, zdrowie doktorowi! Natchnął człowieka! Owsianko! Akcyźnik nazywa się Owsianko! Owsianko, panie generale! Proszę słać depeszę do Owsianki!

- A to widziałeś? - odparł z pogardą generał, podsuwając ekonomowi pod nos dwie figi. - Potrzebne mi teraz twoje końskie nazwisko jak dziura w moście. Każ się wypchać!

1885

przełożył Jerzy Wyszomirski

NIESĄDZONE

Było już po dziewiątej rano; dwaj ziemianie Gadiukin i Szyłochwostow jechali na wybory okręgowego sędziego pokoju. Pogoda była wspaniała. Droga, którą jechali przyjaciele, zieleniła się jak długa. Cicho gwarzyły młode listki starych przydrożnych brzóz. Na prawo i na lewo ciągnęły się bujne łąki dzwoniące głosami przepiórek, czajek i kulików. Tu i ówdzie na horyzoncie bielały w błękitniejącej dali cerkwie i ziemiańskie dwory pod zielonymi dachami.

- Trzeba by tu przywieźć naszego marszałka szlachty i nos mu wetknąć... - mruknął Gadiukin, otyły, siwowłosy ziemianin w brudnym słomkowym kapeluszu i źle związanym jaskrawym krawacie, kiedy bryczka, podskakując, brzęcząc wszystkimi okuciami, objeżdżała dokoła mostek. - Mosty w naszych ziemstwach po to się buduje, żeby je objeżdżać. Prawdę powiedział hrabia Dublewe na ostatnim zebraniu ziemstwa: mosty w ziemstwach są budowane w celu wypróbowania zdolności umysłowych obywateli. Jeżeli ktoś objedzie mostek, to znaczy, że jest mądry, jeżeli zaś wjedzie na mostek i, jak zwykle bywa, skręci kark, to znaczy, że dureń. A wszystkiemu winien prezes. Gdyby kto inny był prezesem, a nie ten pijak, ten śpioch, ten ślamazara, nie mielibyśmy takich mostów. Tu potrzebny jest człowiek z głową, energiczny, wyszczekany, jak na przykład ty... Co za licho cię skusiło kandydować na sędziego pokoju! Powinieneś kandydować na prezesa ziemstwa, słowo daję!

- Poczekaj, jak dziś przepadnę na wyborach - odpowiedział skromnie Szyłochwostow, wysoki, rudy mężczyzna w nowej mundurowej czapce szlacheckiej - to nolens volens trzeba będzie kandydować na prezesa.

- Nie przepadniesz... - Gadiukin ziewnął. - Potrzeba nam ludzi wykształconych, a ty jeden w naszym powiecie masz uniwersyteckie wykształcenie! Kogo mają wybrać, jak nie ciebie? To już postanowione... Ale niepotrzebnie pchasz się na sędziego... Więcej byś zrobił, gdybyś został prezesem ziemstwa.

- Wszystko jedno, mój drogi... I sędzia pokoju dostaje dwa tysiące czterysta rubli, i prezes ziemstwa dwa tysiące czterysta. Sędzia pokoju siedzi sobie w domu, a prezes wciąż musi się trząść na bryczce do urzędu... Sędzia ma bez porównania łatwiejszą pracę, a w dodatku...

Szyłochwostow nie dokończył... Zaczął się naraz kręcić niespokojnie i utkwił wzrok w drodze przed sobą. Po czym spąsowiał, splunął i gwałtownie opadł na siedzenie.

- Wiedziałem, że tak będzie! Czuło to moje serce! - mruknął, zdejmując czapkę i ocierając pot z czoła. - Znów mnie nie wybiorą!

- Co? Dlaczego?

- Cóż to, nie widzisz? Naprzeciwko nas jedzie ojciec Onisim. To już jak amen w pacierzu... Jak spotkasz na drodze taką figurę, możesz wracać do domu - nic ci się już nie powiedzie. To już mur! Mit'ka - zawracaj! Mój Boże, umyślnie wcześniej wyjechałem, żeby się z tym jezuitą nie spotkać, a tu nic, przewąchał, że jadę! Ma już takiego nosa!

- Daj spokój! Ubrdałeś sobie, słowo daję!

- Nic sobie nie ubrdałem! Spotkać popa po drodze - to zwiastuje nieszczęście, a on za każdym razem, kiedy jadę na wybory, jak na złość musi naprzeciwko mnie wyjechać. Stary, ledwo to żyje, trzy ćwierci do śmierci, a takie to złe, że nie daj Boże! Nie dziw, że przez dwadzieścia lat nie dochrapał się etatu! I za co on się na mnie mści? Za moje poglądy? Nie podobają mu się moje poglądy. Byliśmy kiedyś u Uljewa. Po obiedzie podchmieliliśmy sobie trochę, siadłem do fortepianu i dalejże - wiesz, bez żadnej złej myśli, zacząłem śpiewać: Naleweczka ziołowa i Hejże, korowodem z całym narodem!, a on usłyszał i powiada: "Nie uchodzi sędziemu mieć takich poglądów na temat hierarchii. Nie dopuszczę, żeby go wybrali!". I od tego czasu zawsze wyjeżdża mi na spotkanie... Już się z nim o to kłóciłem, już jeżdżę inną drogą, nic nie pomaga! Zawsze wywęszy, kiedy jadę... Trudno! Trzeba wracać! Wszystko jedno, i tak nie wybiorą! To już jak amen w pacierzu... I poprzednio nie wybrano, a dlaczego? Jemu to zawdzięczam.

- Daj spokój, człowiek wykształcony, skończyłeś uniwersytet, a wierzysz w babskie przesądy...

- Nie wierzę w przesądy, ale to już zauważyłem, niech tylko zacznę coś trzynastego albo spotkam tę figurę, to zawsze się źle kończy. Wszystko to, rzecz prosta, brednie, bzdury, nie można w to wierzyć, ale... wytłumacz mi, dlaczego zawsze się tak zdarza, jak znaki wskazują? Nie wytłumaczysz i tyle! Moim zdaniem nie należy wierzyć, ale na wszelki wypadek nie zawadzi liczyć się z tymi przeklętymi znakami... Wracajmy! Nie wybiorą, bracie, ani mnie, ani ciebie, a w dodatku jeszcze oś pęknie albo w karty przegramy... zobaczysz!

W tej samej chwili z bryczką zrównał się chłopski wóz, na którym siedział drobny, wątły pop w zzieleniałym ze starości szerokoskrzydłym cylinderku i płóciennej riasie. Zrównawszy się z bryczką, zdjął cylinder i ukłonił się.

- Nieładnie tak postępować, ojcze! - machnął ręką Szyłochwostow. - Taka złośliwość nie przystoi duchownej sukience! Tak, proszę ojca! Będzie ojciec za to odpowiadał na Sądzie Ostatecznym!... Wracajmy! - powiedział do Gadiukina. - Na próżno jedziemy.

Ale Gadiukin nie chciał się zgodzić...

Tego samego dnia wieczorem przyjaciele wracali do domu... Obaj mieli twarze purpurowe jak zorza wieczorna przed niepogodą.

- A mówiłem, że trzeba było wracać! - burczał Szyłochwostow. - Mówiłem. Dlaczegoś mnie nie posłuchał? Masz twoje przesądy! Może jeszcze nie wierzysz? Nie dość, że przepadłem na wyborach, to jeszcze, podli, mnie wyśmieli. Niech ich wszyscy diabli! "Szynk - powiadają - w swoim majątku trzymasz!" No więc trzymam! Co komu do tego? Prawda, trzymam!

- Nic to, za miesiąc będziesz kandydował na prezesa... - uspokajał go Gadiukin. - Naumyślnie cię dziś wykiwali, żeby cię wybrać na prezesa...

- Gadaj zdrów! Zawsze mnie, judaszu, pocieszasz, a sam pierwszy namawiasz, żeby czarnych gałek nawrzucali! Dziś ani jednej białej nie było, to znaczy, żeś i ty, mój drogi, czarną wrzucił... Padam do nóg. Pięknie dziękuję.

W miesiąc potem przyjaciele jechali tą samą drogą na wybory prezesa zarządu ziemstwa, ale jechali już nie po dziewiątej, lecz o siódmej rano. Szyłochwostow kręcił się na bryczce i z niepokojem spoglądał na drogę...

- Nie spodziewa się, że tak wcześnie wyjedziemy - mówił - ale jednak trzeba się śpieszyć... Diabli go wiedzą, może ma swoich szpiegów! Poganiaj, Mit'ka! Prędzej!... Wczoraj, bracie - zwrócił się do Gadiukina - posłałem ojcu Onisimowi dwa worki owsa i funt herbaty... Myślałem, że go tą uprzejmością udobrucham, a on przyjął prezenty i tak powiedział Fiodorowi: "Kłaniaj się panu i podziękuj za złożone dary, ale - powiada - powiedz mu, że mnie nie przekupi. Nie tylko owsem, ale nawet złotem nie zachwieje moich zasad". A to szelma! Czekaj... Wyjedziesz i diabła kulawego spotkasz... Poganiaj, Mit'ka!

Bryczka wtoczyła się do wsi, gdzie mieszkał ojciec Onisim... Mijając jego podwórze, przyjaciele zerknęli we wrota... Ojciec Onisim krzątał się koło wozu i z pośpiechem zaprzęgał konia. Jedną ręką zapinał sobie pas, drugą zaś, pomagając sobie zębami, zakładał koniowi szleję...

- Spóźnił się! - zachichotał Szyłochwostow. - Doniosły mu szpiegi, ale za późno! Cha-cha! Obejdziesz się smakiem. A co, figę zjadłeś? Takiś nieprzekupny! Cha-cha!

Bryczka wyjechała ze wsi, Szyłochwostow poczuł, że niebezpieczeństwo minęło. Tryumfował.

- No, bracie, u mnie takich mostów nie będzie! - zaczął brawurować przyszły prezes, mrugając okiem. - Już ja ich wezmę do galopu, tych dostawców! Nie takie szkoły będą u mnie, bracie! Niech tylko zauważę, że któryś nauczyciel pijak albo socjalista - won, bracie! Żeby tu śladu po tobie nie było! U mnie, bracie, lekarze ziemscy nie ośmielą się chodzić w czerwonych koszulach! Panie tego... Poganiaj, Mit'ka, żebyśmy jakiego innego popa nie spotkali! No, zdaje się, żeśmy szczęśliwie dojecha... Aj!

Szyłochwostow zbladł nagle i podskoczył, jakby go pszczoła użądliła.

- Zając, zając! - krzyknął. - Zając drogę przeleciał! A, do diabła, żebyś pękł!

Szyłochwostow machnął ręką i zwiesił głowę. Milczał chwilę, pomyślał i przesunąwszy dłonią po bladym, spoconym czole, szepnął:

- Niesądzone mi widać te dwa tysiące czterysta rubli. Zawracaj, Mit'ka! Niesądzone!

1885

przełożyła Jadwiga Dmochowska