Wstęp
Moja mama w wieku 56 lat zachorowała na raka piersi. Choroba przejęła
kontrolę nad jej ciałem, a lekarze nie ukrywali, że terapia będzie
skomplikowana i bolesna. Już od samego początku nie dawali mamie
większych nadziei. Walka z rakiem - który zaczął się od guzka pod
ramieniem, a skończył na przerzutach do trzustki - była dla niej trudna,
a dla mnie przerażająca.
Lekarze dawali mamie tylko kilka miesięcy życia. Ja uparcie starałam się
podtrzymywać ją na duchu i przekonywałam, że ten koszmar wreszcie się
skończy. Moja koleżanka powiedziała mi kiedyś, że wyszłam poza skalę
optymizmu. Być może w ten sposób delikatnie sugerowała, że żyję w zaprzeczeniu. (Nie wierzę w zaprzeczenie, ale ten temat poruszę nieco
później).
Nagle wydarzyło się coś niewiarygodnego: guzy zniknęły.
Na początku wszyscy byliśmy wniebowzięci. Wkrótce jednak uświadomiłam
sobie, jak bardzo wyniszczająca dla organizmu mamy była terapia.
Ponieważ lekarze zakładali, że pacjentka już długo nie pożyje, nie
zastanawiali się, co będzie, jeśli jednak zdoła pokonać nowotwór.
Podczas całego pobytu w szpitalu mama leżała w łóżku, dlatego po
powrocie do domu była zbyt słaba, żeby chodzić o własnych siłach.
Musiała przesiąść się na wózek inwalidzki, co jeszcze gorzej wpłynęło na
jej ogólny stan zdrowia.
Szokowało mnie to, jak ludzie traktowali mamę. Dla mnie zwycięstwo w walce z rakiem było świadectwem jej siły, tymczasem inni widzieli w niej
kobietę słabą. W ich oczach wciąż była chora i kurczowo trzymała się
życia. Uważali, że nowotwór powróci, a ona znów trafi do szpitala. I mieli rację. Po dziewięciu miesiącach pojawiły się nowe przerzuty. Mama
zapadła w śpiączkę. Umarła w wieku 57 lat.
Nasze podejście do raka, w tym również do metod jego leczenia, zmieniło
się w ciągu ostatnich lat. Dziś traktuje się go bardziej jak chorobę
przewlekłą niż przerażający wyrok śmierci, jak postrzegano go jeszcze
kilkadziesiąt lat temu. Oddziały onkologiczne zatrudniają dietetyków i pracowników społecznych, którzy starają się zaspokoić emocjonalne
potrzeby pacjentów. Są jednak rzeczy, które w ogóle się nie zmieniły:
nadal panuje powszechne przekonanie, że w leczeniu nowotworów dużo
ważniejszą rolę odgrywa interwencja medyczna niż psychika pacjenta. A przecież diagnozy - choć oczywiście przydatne - kierują uwagę lekarzy
wyłącznie na ułamek doświadczeń chorego. O naszych fizycznych reakcjach
decyduje kontekst, który często jest pomijany przez pracowników
medycznych, a także przez nas samych.
Miałam okazję obserwować szkodliwy wpływ tego podejścia na stan umysłu
mojej mamy. Patrzyłam, jak współczesna medycyna odbiera jej poczucie
kontroli i przyczynia się do pogorszenia stanu zdrowia nawet po
pokonaniu raka. Przekonałam się, że diagnoza może być etykietą
definiującą to, w jaki sposób pacjent jest traktowany nie tylko przez
lekarzy i pielęgniarki, ale też przez całe otoczenie. Moja mama
przestała być energiczną, piękną kobietą, jaką znałam przez całe życie,
i zmieniła się w chorą na nowotwór bezwolną osobę gotową poddać się
każdej ryzykownej terapii, jaką zalecą jej lekarze.
Obserwując walkę mamy z rakiem, zrozumiałam, że nasze podejście do
zdrowia może przyczyniać się do jego pogorszenia. Chęć poznania
pierwotnej przyczyny choroby mamy stała się punktem zwrotnym w mojej
karierze naukowej i miała kluczowy wpływ na charakter badań z dziedziny
uważności, które przeprowadziłam w ciągu następnych kilku dekad. Dziś
słowo "uważność" (ang. mindfulness) jest powszechnie znane - zupełnie
inaczej niż w latach 70., gdy zaczynałam karierę naukową1.
Obecnie trudno znaleźć gazetę lub czasopismo, a nawet wysłuchać wywiadu,
w których nie pojawiłby się ten termin. Najczęściej uważność jest
rozumiana jako cecha umysłu i łączy się ją z praktyką medytacji. Badania
moje oraz moich studentów dowiodły jednak, że jest to prosty proces
aktywnego zauważania rzeczy, który wcale nie wymaga medytowania. Gdy
jesteśmy uważni, dostrzegamy rzeczy, których nie widzieliśmy wcześniej,
i uświadamiamy sobie, że nie wiemy o nich tyle, ile nam się wydawało.
Wszystko nagle staje się bardziej interesujące, a my zaczynamy
dostrzegać nowe możliwości.
Co istotne, w moim rozumieniu słowo "uważność" obejmuje także stan
naszego ciała. Myślę, że psychika może być czynnikiem decydującym o naszym zdrowiu. I nie mam tu na myśli jedynie harmonii ciała i umysłu.
Wierzę, że stanowią one jedność, a każda zmiana w naszym życiu zachodzi
jednocześnie na poziomie umysłu (zmiana poznawcza), jak i ciała (zmiana
połączeń nerwowych, hormonalna lub behawioralna). Jeżeli przyswoimy tę
koncepcję, odkryjemy nowe możliwości kontrolowania naszego zdrowia.
Wykorzystywanie potęgi uważnego ciała to cel, który znajduje się w zasięgu każdego z nas.
W moim laboratorium na Harvardzie badamy wpływ jedności ciała i umysłu
na nasze zdrowie. Nie jest to laboratorium eksperymentalne, w którym
badacze analizują zachowanie różnych substancji chemicznych, lecz zwykły
pokój (ostatnio często wirtualny), w którym moi studenci, doktoranci i zainteresowani wykładowcy spotykają się ze sobą, żeby przedyskutować
różne niezwykłe pomysły. Po raz pierwszy przetestowaliśmy koncepcję
jedności ciała i umysłu ponad 40 lat temu w eksperymencie, który później
nazwano "podróżą do przeszłości"2. Jego uczestnicy - starsi
mężczyźni - przez tydzień żyli niczym młodsze wersje samych siebie.
Zaprosiliśmy ich do domu urządzonego tak, jakby czas cofnął się o 20
lat. Każdy przedmiot, od czasopism leżących na stolikach do kawy, przez
albumy przy gramofonach i naczynia w kuchennych szafkach, po programy
wyświetlane na starych telewizorach kineskopowych (odtwarzane z kaset
wideo), sugerował, że czas cofnął się o dwie dekady, a mieszkańcy domu
odmłodnieli. Poprosiliśmy uczestników eksperymentu, aby zachowywali się
jak młodsze wersje siebie. Nawet najstarsi z nich oraz ci z ograniczoną
mobilnością musieli wnieść własne bagaże po schodach do wejścia i dalej
do swoich pokojów - nawet jeśli oznaczało to, że muszą nosić rzeczy
koszula po koszuli, jeśli nie mogą udźwignąć całej walizki. Efekty tej
podróży wehikułem czasu - polegającej na wyobrażaniu sobie, że jest się
młodszym sobą - były zdumiewające. Ciała uczestników wyraźnie się
zmieniły. Odnotowaliśmy poprawę wzroku, słuchu, siły, a nawet ogólnego
wyglądu.
Wyniki tego badania były tak bardzo sprzeczne z dominującą wówczas
koncepcją dualizmu ciała i umysłu, określającą granice naszych
możliwości, że niektórzy nie chcieli w to uwierzyć - i trudno im się
dziwić. Dla mnie jednak ten niezbity dowód na jedność tych dwóch
elementów stał się siłą napędową dalszych badań. Od tamtego czasu
starałam się coraz bardziej zgłębiać to zagadnienie. Testowałam
przeróżne, pozornie ekstremalne hipotezy - od tego, czy można się
przeziębić od samego myślenia, przez to, jak za pomocą myśli
kontrolujemy poziom insuliny w swoim organizmie i ilość potrzebnego snu,
po to, jak dzięki właściwemu nastawieniu wyleczyć się z wielu
przewlekłych chorób.
Podczas całej mojej kariery naukowej szukałam odpowiedzi na pytanie, jak
psychika wpływa na nasze zdrowie, a także próbowałam się dowiedzieć, jak
można odzyskać kontrolę nad własnym ciałem. Postawiłam sobie za cel, aby
dowieść, że umysł ma decydujący wpływ na zdrowie ciała, a proste
interwencje powodujące zmianę myślenia mogą znacząco poprawić naszą
ogólną kondycję. Być może najważniejszym aspektem mojej pracy jest
badanie wpływu uważności na zmienność objawów. Udało mi się wykazać, że
pacjentom cierpiącym na choroby przewlekłe takie jak stwardnienie
rozsiane czy choroba Parkinsona, jak również tym, którzy skarżą się na
chroniczny ból, można pomóc, stosując interwencję psychologiczną.
W książce wyjaśnię, na czym to polega. Zanim jednak zaczniemy zmieniać
nasze umysły po to, aby zmienić nasze ciała, musimy rozprawić się z kilkoma popularnymi błędnymi przekonaniami. Dlatego też w rozdziałach
1-5 omówię fundamentalne moim zdaniem zagadnienia związane z regułami,
ryzykiem, prognozowaniem, podejmowaniem decyzji i porównywaniem się z innymi. Jeśli zdołamy zmienić swoje podejście do tych kwestii,
znajdziemy się na dobrej drodze do zyskania większej pewności siebie,
uważności i kontroli. Wyniki moich eksperymentów pokazują, że zmiana
myślenia przynosi poprawę relacji z samym sobą i innymi ludźmi, obniża
poziom stresu i pozytywnie wpływa na nasze zdrowie.
W rozdziałach 6-8 omówię związane z naszym zdrowiem i samopoczuciem
możliwości, z których wielu z nas wciąż nie zdaje sobie sprawy.
Opierając się na własnych oraz cudzych badaniach poświęconych jedności
ciała i umysłu, wyjaśnię, jak zmienić styl życia z pomocą uważności
ciała i jak odzyskać zdrowie, które straciliśmy przez nasze przestarzałe
schematy myślenia.
W trakcie prac nad Uważnym ciałem kilka razy zdarzyło się, że
przybrały one nieoczekiwany - i czasami zaskakujący - obrót. Zamiast
ignorować te trudności, starałam się je zrozumieć. Dzięki temu
zainteresowałam się takimi zagadnieniami jak "zarażanie uważnością". Jak
się przekonasz, czytając rozdział 9, z moich wstępnych badań na ten
temat wynika, że samo przebywanie w towarzystwie uważnej osoby powoduje
wzrost naszej uważności, co ma istotne konsekwencje między innymi dla
osób nadużywających alkoholu czy osób neuroatypowych. Wierzę, że kiedyś
zdołamy stworzyć uniwersalny wzorzec uważności, a wyobrażanie sobie
takiej przyszłości pomoże nam zmienić to, jak myślimy o teraźniejszości.
Mam nadzieję, że informacje, które znajdziesz w tej książce, przekonają
cię, iż każda myśl, jaka rodzi się w twojej głowie, może wpływać na
twoje zdrowie. Całkiem możliwe, że od lepszego zdrowia dzieli cię tylko
jedna myśl.
Rozdział 1. Czyje reguły?
Rozdział 1
Czyje reguły?
Każdy głupiec potrafi stworzyć regułę. I każdy głupiec będzie jej
przestrzegać.
- Henry David Thoreau
Reguły są ważne, jednak moim zdaniem powinniśmy raczej traktować je jak
wytyczne, zamiast ślepo ich przestrzegać. Czas przyjrzeć się bliżej
ogólnemu zagadnieniu tworzenia reguł i ich stosowania, abyśmy mogli w pełni zrozumieć negatywny wpływ bezrefleksyjnej uległości na nasze
zdrowie.
Weźmy za przykład prostą sytuację, w której nie występuje element
ryzyka. Od kilku dziesięcioleci maluję obrazy, chociaż nigdy nie
chodziłam na lekcje rysunku. Kiedy zaczęłam malować, kompletnie nie
znałam zasad rysunku. Nie wiedziałam, że one w ogóle istnieją.
Podejrzewam, że gdybym miała tę świadomość, moja technika rozwinęłaby
się zupełnie inaczej. Do dziś z rozbawieniem patrzę na opisy produktów w sklepach z artykułami artystycznymi informujące na przykład o tym,
których pędzli należy używać do uzyskania poszczególnych efektów - jakby
istniał podział na właściwe i niewłaściwe metody. Czasami specjalnie
przycinam włosie w swoich pędzlach, żeby uzyskać oryginalny efekt. Lubię
myśleć, że moje obrazy są interesujące (przynajmniej dla mnie) właśnie
dzięki tej oryginalności - chęci stworzenia czegoś, co jest inne niż
wszystko. Nie udałoby mi się tego osiągnąć, gdybym sztywno przestrzegała
reguł.
To podejście zdefiniowało mój styl artystyczny. Jeden z moich pierwszych
obrazów przedstawia chłopca stojącego gdzieś daleko na wzgórzu z zakupami w rękach. Na pierwszym planie widać kobietę siedzącą na ławce.
Kiedy skończyłam malować ten obraz, pokazałam go kilku znajomym. Jeden z nich zwrócił mi uwagę na "błąd" w postaci złej perspektywy - chłopiec w oddali był zbyt duży. Posłusznie spróbowałam to "naprawić" i zmniejszyć
chłopca tak, aby wyglądał bardziej realistycznie. Potem jednak
zrozumiałam, że właśnie dzięki tej niedoskonałości mój obraz przyciąga
uwagę.
W życiu jest tak samo jak w sztuce: chociaż zwykle pochwalamy
przestrzeganie reguł, ja twierdzę, że zasady są po to, żeby je łamać.
Zbyt często przestrzegamy ich bezrefleksyjnie. Kupujemy "odpowiednie"
pędzle, nosimy "odpowiednie" ubrania i zadajemy "właściwe" pytania.
Jeśli jednak zaczniemy zastanawiać się nad zasadnością tych reguł,
uświadomimy sobie, że wiele z nich jest narzuconych z góry i zupełnie
bezsensownych. Wcale nie musisz używać określonego pędzla ani pamiętać o perspektywie. To twój obraz. To twoje życie.
Być może myślisz teraz, że co innego pędzle, a co innego twoje zdrowie.
Rzeczywiście, niektórzy krzywo patrzą na kwestionowanie reguł
stworzonych przez lekarzy lub badaczy - kim bowiem jesteśmy, żeby
podważać autorytet specjalistów? Warto jednak pamiętać, że wiele zasad
dotyczących zdrowia zostało stworzonych z myślą o ludziach żyjących
kilkadziesiąt lat temu, kiedy nasza wiedza medyczna była dużo mniejsza.
Dodatkowo nie uwzględniają one dzielących nas różnic ani indywidualnego
rozwoju. Oto przykład: kiedyś nowe leki były testowane głównie na
młodych mężczyznach. Wyniki tych badań dawały wiarygodną wiedzę o tym,
jak dany lek wpływa na... młodych mężczyzn. Niestety te same dawki często
przynosiły negatywne skutki u starszych kobiet, których fizjologia jest
zupełnie inna: w ciele dojrzałej kobiety lek pozostaje dłużej. Dzisiaj
lekarze podczas określania dawki leku uwzględniają już różnice związane
z wiekiem, wagą i płcią pacjenta.
Większość szpitali zakazuje odwiedzin po godzinie 19.00. Na czym oparto
tę regułę? Na jakich danych? Kiedy moja mama leżała w szpitalu,
powiedziałam pielęgniarkom, że zamierzam siedzieć przy niej tak długo,
jak będzie chciała. Była dla mnie ważniejsza niż szpitalny regulamin.
Pielęgniarki miały do wyboru trzy możliwości: mogły zmienić zasadę,
udawać, że mnie nie widzą, albo prosić mnie, żebym opuściła salę,
wiedząc, że będę stawiać opór. Wybrały drugą opcję. Nie wiemy, czy
godziny odwiedzin zostały określone w trosce o pacjentów, czy raczej z myślą o pracownikach szpitala. Dziś mamy już mnóstwo badań
potwierdzających istotny wpływ wsparcia społecznego na nasze zdrowie.
Być może zatem powinniśmy zastanowić się nad zasadnością tej reguły.
Dlaczego zatem tak posłusznie przestrzegamy zasad, nawet gdy są nam
narzucone z góry i w jakiś sposób nas krępują? Jedną z przyczyn jest to,
że nasze zachowanie w dużym stopniu kształtują etykiety, które sami
sobie nadajemy. W pewnym dającym do myślenia badaniu psycholog społeczny
Russell Fazio wraz ze współpracownikami zadawał ludziom pytania, które
zawierały sugestię, że są oni introwertykami (na przykład: "W jakich
sytuacjach towarzyskich odczuwasz stres?") albo ekstrawertykami (na
przykład: "Na jakiej imprezie najlepiej się bawiłeś?")3.
Następnie uczestnicy eksperymentu otrzymali do wypełnienia krótkie testy
pomagające określić osobowość na skali introwersja-ekstrawersja. Ci,
którzy wcześniej odpowiedzieli na pytania sugerujące ekstrawertyzm,
postrzegali się jako bardziej ekstrawertycznych, natomiast ci, którym
zadano pytania sugerujące introwertyzm, postrzegali się jako bardziej
introwertycznych. W innym badaniu zaszczepienie w starszych osobach
negatywnych stereotypów dotyczących starości przełożyło się na gorsze
wyniki testu pamięciowego4. Subtelne przypominanie
kobietom o ich płci przyniosło zaś bardziej stereotypowe opinie na temat
zdolności matematycznych innych kobiet5.
Na szczęście wcale nie musi tak być. Weźmy na przykład eksperyment,
który przeprowadziłam wspólnie z jedną z moich byłych doktorantek,
Christelle Ngnoumen. Ciekawiło nas, czy uważność - czyli zasadniczo
proces zauważania - może osłabić ograniczający wpływ reguł i nadawania
etykiet6. Wykorzystałyśmy test utajonych skojarzeń oparty na
pracy badawczej przeprowadzonej pod kierownictwem moich współpracowników
Anthony'ego Greenwalda i Mahzarin Banaji (celem tego testu jest
sprawdzenie, czy badani podświadomie łączą ze sobą wybrane
koncepcje)7. Uczestnicy naszego eksperymentu mieli posortować
różne hasła i obrazy, a my mierzyłyśmy czas, jaki im to zajmowało.
Okazało się, że gdy ktoś na przykład skojarzył słowo "biały" z "dobry",
a "czarny" ze "zły", sortowanie szło mu wolniej, jeśli musiał
przyporządkować obrazy sugerujące coś przeciwnego, czyli że "biały" to
zły, a "czarny" dobry. Różne czasy reakcji badanych były dowodem na
istnienie nieświadomych uprzedzeń.
Poprosiłyśmy badanych o podzielenie zdjęć na kilka stosów według
samodzielnie zdefiniowanych kategorii. Niektórzy jednak przed
przystąpieniem do testu utajonych skojarzeń mogli przyjrzeć się zdjęciom
osób "spoza ich grupy" (takich, z którymi nie łączyły ich żadne
oczywiste cechy). Kiedy bezmyślnie sortujemy obrazy, zwykle dzielimy je
na domyślne kategorie takie jak rasa, płeć czy grupa etniczna, ponieważ
te etykiety są najprostsze do zastosowania. Czarni na tym stosie, biali
na tamtym. Mężczyźni - na tym, kobiety - na tamtym. My poprosiłyśmy
jednak uczestników, którzy znajdowali się w stanie "wysokiej uważności",
aby posortowali zdjęcia według nietypowych psychologicznych kategorii,
skupiając się na przykład na tym, czy dana osoba sprawia wrażenie
towarzyskiej albo czy jest uśmiechnięta. Oprócz tego mieli stworzyć dwie
własne kategorie.
Ta krótka interwencja bardzo dużo zmieniła. Kiedy badani używali etykiet
opartych na uważności - a co za tym idzie, łamali zwykłe reguły
sortowania - o połowę rzadziej prezentowali nieświadome uprzedzenia
rasowe. W innym eksperymencie biali uczestnicy wykazali się zwiększoną
empatią dzięki włączeniu uważności. Po naszej interwencji poświęcili
dużo więcej czasu na wysłuchanie opowieści osób, z którymi mieli
niewiele wspólnego.
Włączenie uważności przed rozpoczęciem zadania to skuteczna metoda,
ponieważ zmusza nas do tego, abyśmy dostrzegali różnice, które
przełamują stereotypy. Dzięki temu zaczynamy postrzegać ludzi jako
indywidualne jednostki, a nie członków grup, które można łatwo
skategoryzować. Ignorujemy etykiety, które sami sobie narzuciliśmy, a co
za tym idzie, również związane z nimi ograniczenia. Nasze uprzedzenia
tracą na sile, ponieważ zaczynamy dostrzegać osoby spoza danej grupy.
Jestem przekonana, że potrafimy zmniejszyć nasze uprzedzenia do osób
spoza określonego kręgu poprzez dostrzeżenie zróżnicowania wewnątrz
niego. Chodzi o to, że gdy ludzie zaczynają zauważać różnice między
osobami, które są do nich podobne, uświadamiają sobie, jak bardzo
wszyscy różnimy się od siebie, a wówczas osoby spoza grupy przestają im
się wydawać tak bardzo odmienne. Istotą uważności jest nie tylko
dostrzeganie podobieństw łączących różne z pozoru rzeczy, ale też
zauważanie różnic między rzeczami, które są do siebie podobne.
Społeczna konstrukcja reguł
Reguły nie są wyryte w kamieniu. Nawet przepisy prawa, które są przecież
jeszcze bardziej wiążące, ulegają zmianom i należy je kwestionować,
zamiast ślepo ich przestrzegać. Nie wszystko, co legalne, jest moralnie
właściwe i na odwrót. Kiedyś prawo stanowiło, że kobiety są własnością
mężczyzn, a homoseksualność i małżeństwa mieszane były zakazane,
podobnie jak spożywanie alkoholu w okresie prohibicji. W 1830 roku
pobito mężczyznę za to, że miał brodę, a gdy próbował się bronić,
wtrącono go do więzienia. Zmarł 45 lat później - kiedy brody były w modzie.
Nawet dziś w niektórych częściach Stanów Zjednoczonych obowiązują
przepisy, które są, mówiąc najłagodniej, dziwne i uzmysłowiają nam
absurdalność bezmyślnego przestrzegania z góry narzuconych reguł. Oto
kilka przykładów: w Arizonie osły nie mogą spać w wannie, w Colorado nie
wolno trzymać kanapy na werandzie, a w Marylandzie zakazane jest
noszenie koszulek bez rękawów w miejscach publicznych. I mój faworyt: w Massachusetts nielegalne jest wróżenie bez licencji.
Podobnie jest w innych krajach. W Singapurze można dostać mandat za
żucie gumy, po greckim Akropolu nie wolno chodzić w butach na obcasach,
w Wenecji zabronione jest karmienie gołębi, a na niemieckich
autostradach niedozwolone jest doprowadzenie do sytuacji, w której w pojeździe kończy się paliwo.
Jednym z najlepszych sposobów na to, żeby podchodzić z dystansem do
wszelkich zasad - czy to spisanych, czy jedynie o charakterze kulturowym
- jest pamiętanie o tym, że stworzyli je ludzie tacy jak my. Kiedy Adam
Grant - obecnie wykładowca w Wharton School of Business - był moim
studentem na Harvardzie, postanowiliśmy razem zbadać społeczną
konstrukcję reguł, aby się dowiedzieć, dlaczego tak często ignorowany
jest ich aspekt społeczny8. Zaprojektowaliśmy eksperymenty,
których celem było uświadomienie uczestnikom, że reguły tworzą ludzie.
Nasze założenie było takie, że jeśli zwrócimy im uwagę na ten fakt,
zaczną chętniej podejmować decyzje z myślą o własnym interesie, nawet
jeśli będzie to wymagało od nich złamania zasad.
W jednym z tych badań poprosiliśmy uczestników, aby sobie wyobrazili, że
są pacjentami. Niektórym podaliśmy więcej szczegółów, a innym mniej.
Pierwszej grupie powiedzieliśmy: "Wyobraź sobie, że leżysz w szpitalu.
Chcesz, żeby ktoś wymienił ci basen. Po korytarzu kręci się
pielęgniarka, która jest bardzo zajęta. Po jakim czasie poprosisz ją o pomoc?". Drugi scenariusz brzmiał tak: "Wyobraź sobie, że leżysz w szpitalu. Chcesz, żeby ktoś wymienił ci basen. Po korytarzu kręci się
pielęgniarka, która jest bardzo zajęta. Nazywa się Betty Johnson. Po
jakim czasie poprosisz ją o pomoc?".
Jedyna różnica polegała na tym, że w drugim scenariuszu pielęgniarka
miała konkretne imię i nazwisko. Okazało się, że druga grupa szybciej
decydowała się wezwać pomoc. Sprawdziliśmy naszą hipotezę, wykorzystując
wiele różnych scenariuszy i w każdym z nich badani byli bardziej skłonni
poprosić o to, czego potrzebowali, gdy skupialiśmy uwagę na konkretnej
osobie, a nie jedynie na funkcji, którą pełniła. Kiedy ktoś uświadamia
sobie, że reguły stworzyli ludzie, a nie powstały apriorycznie, jest
bardziej skłonny zrobić coś, co poprawi jego sytuację. Jest gotów
odrzucić niepraktyczne zasady i normy uprzejmości czy etykiety. W przypadku pielęgniarki uczestnicy badania przestali traktować regułę
"nie przeszkadzać pracownikom szpitala, kiedy są zajęci" jako wiążącą,
gdy sobie uświadomili, że tak naprawdę chodzi o nic innego, jak o poproszenie drugiej osoby o pomoc. Wspaniale mi się współpracowało z Adamem nad tym badaniem, ponieważ jest on typem człowieka, który sam
wytycza swoją drogę, zamiast bezrefleksyjnie przestrzegać reguł i konwencji. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej do Harvardu nie ograniczył
się do opowiadania o swoich osiągnięciach i zaskoczył egzaminatorów
pokazem magicznych sztuczek.
Najbardziej szkodliwe skutki bezrefleksyjnego przestrzegania reguł
dotyczą naszego zdrowia. Weźmy na przykład nowotwór. Lekarz przeprowadza
u pacjenta biopsję, a następnie wysyła próbkę do laboratorium. Komórki
nie mają oznaczenia "nowotwór złośliwy". Ktoś musi je zbadać pod
mikroskopem i ocenić, czy są rakowe, czy nie. W przypadku niektórych
komórek diagnostyka jest prosta i oczywista. Zdarzają się jednak
niejednoznaczne próbki, gdy jeden cytolog uznaje daną komórkę za rakową,
a drugi nie. Rzadko się o tym mówi, dlatego specjalista może uznać, że
jego diagnoza jest jednoznaczna, nie zdając sobie sprawy z tego, w jak
dużym stopniu zależy ona od jego indywidualnego osądu. W praktyce może
się więc okazać, że jeden lekarz zdiagnozuje u pacjenta nowotwór
złośliwy, a inny lekarz, mający praktycznie taki sam zestaw kryteriów
diagnostycznych, u tego samego pacjenta nowotworu nie stwierdzi.
Informacja o rozpoznaniu raka wywołuje całą gamę reakcji, z których
część może mieć negatywne skutki. Wiem, że nie da się tego obliczyć, ale
wielokrotnie się zastanawiałam, jaki odsetek chorych umiera nie
bezpośrednio na raka, lecz na skutek przedwczesnego przywiązania
poznawczego (czyli nastawienia), mówiącego, że "rak zabija", które
odebrało im wszelką nadzieję. Diagnozy mogą być różne, zależnie od
szpitala i kraju. W niektórych przypadkach choremu może zostać nadana
poważniejsza kategoria niż w innych.
"Prawie" robi różnicę, czyli ukryty koszt efektu pogranicza
Siedząc w strefie gastronomicznej na dworcu Grand Central Terminal w Nowym Jorku, możesz zauważyć osobliwą, acz niezmienną rzecz: aby
skutecznie obsługiwać tłumy pasażerów przelewających się przez dworzec,
wiele restauracji przygotowuje z wyprzedzeniem niektóre potrawy, na
przykład sałatki. Jeżeli zamówisz jedną z nich, dostaniesz ją od ręki.
Jeśli jednak spojrzysz na etykietę, zobaczysz, że każda sałatka ma
określoną datę ważności, która może upływać na przykład za 30 minut.
Minutę przed jej upłynięciem masz przed sobą gotowy do zjedzenia produkt
sprzedawany w standardowej cenie. Minutę później sałatka ląduje w śmietniku. Restauracje mają zakaz wydawania ich za darmo, nawet
bezdomnym, którzy podpisaliby miliony oświadczeń, że zgadzają się na
przyjęcie "przeterminowanego" produktu spożywczego. Jeden obrót
wskazówki sekundowej na zegarze dzieli pożywną sałatkę od trucizny.
Zaledwie kilka milisekund może dzielić srebrnego medalistę od złotego.
Pacjent może ledwo przekraczać próg normy, żeby został uznany za
chorego. Student prawa może oblać egzamin adwokacki przez jedno pytanie.
Czy te osoby naprawdę znacznie się różnią od - odpowiednio - złotego
medalisty, zdrowej osoby z wynikami na granicy normy albo prawnika,
który z trudem zdał egzamin adwokacki?
Wszystko na tym świecie istnieje w ramach pewnego kontinuum, czy dotyczy
ono prędkości, rozmiaru, patogenności, czy dowolnej innej miary, jaką
możemy wymyślić. Mimo to wciąż tworzymy i bezmyślnie akceptujemy sztywne
rozgraniczenia, które mają dużo większy wpływ na nasze życie niż
jakiekolwiek marginalne odchylenia. Wszystkie różnice mają charakter
arbitralny, a tworzenie wyraźnych podziałów między poszczególnymi
kategoriami powoduje, że często o tym zapominamy. Skutki takiego
podejścia mogą być bardzo szkodliwe. Nazywam je efektem pogranicza.
Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Ktoś ma 69 IQ, a ktoś inny
70 - ale dopiero wynik 70 mieści się w granicach normy. Nie musimy być
statystykami, żeby wiedzieć, że różnica między 69 a 70 jest nieznacząca.
Jeśli jednak stwierdzimy, że osoba, która uzyskała gorszy wynik, ma
zaburzenia poznawcze, jej życie potoczy się zupełnie inaczej niż życie
kogoś, kto otrzymał jeden punkt więcej.
Efekt pogranicza można zaobserwować praktycznie wszędzie. Przed drugą
wojną światową różnice między południowym krańcem Korei Północnej a północnym krańcem Korei Południowej, podobnie jak między zachodnią
częścią Niemiec Wschodnich i wschodnią częścią Niemiec Zachodnich, były
nieznaczące. Później jednak nakreślono wyraźne, nieprzekraczalne linie
oddzielające wspomniane regiony, co ostatecznie doprowadziło do
powstania znacznych różnic kulturowych nawet w Niemczech, gdzie przez 30
lat nie istniała żadna formalna granica.
Efekt pogranicza wpływa na nasze życie na wszystkich możliwych
poziomach. Z perspektywy naszych rozważań kluczowe są jego skutki dla
zdrowia.
Wspólnie z moim doktorantem Peterem Aunglem i habilitantką Karyn
Gunnet-Shoval przeanalizowaliśmy wpływ efektu pogranicza na osoby, u których zdiagnozowano cukrzycę. Porównaliśmy pacjentów, u których poziom
cukru we krwi wyniósł nieco poniżej lub powyżej progu określającego stan
przedcukrzycowy (czyli osoby z górnej granicy wartości prawidłowej z tymi, które nieznacznie tę granicę przekroczyły, w związku z czym
stwierdzono u nich zagrożenie cukrzycą)9. Wysunęliśmy
hipotezę, że ci, którzy zostali sklasyfikowani jako chorzy, z czasem
rozchorują się jeszcze bardziej, mimo że w wynikach badań różnica
jednego punktu jest statystycznie bez znaczenia, zwłaszcza gdy weźmiemy
pod uwagę margines błędu niemożliwy do całkowitego wyeliminowania
podczas badań.
Różni specjaliści z dziedziny endokrynologii zgodnie potwierdzili, że w badaniu hemoglobiny glikowanej (A1c), które mierzy poziom cukru we krwi,
różnica między wynikiem 5,6 procenta a 5,7 procenta jest nieznacząca.
Mimo to gdzieś trzeba postawić granicę, dlatego zgodnie ze standardowym
protokołem medycznym poziom A1c poniżej 5,7 procenta jest określany jako
"w normie", czyli oznacza, że dana osoba nie jest zagrożona bezpośrednim
ryzykiem zachorowania na cukrzycę. Natomiast każdy, kto w badaniu uzyska
wynik 5,7 procenta lub więcej, jest zagrożony i otrzymuje diagnozę
stanu przedcukrzycowego (wynik 6,5 procenta i większy oznacza już
cukrzycę).
Problem polega na tym, że te etykiety brzmią jak ostateczne diagnozy,
przez co zapominamy o ich niedokładności i o utajonym czynniku ludzkim.
Większość ludzi bezmyślnie je akceptuje, a to nigdy nie kończy się
dobrze.
Jeśli na przykład porównamy pacjentów z wynikiem 5,6 procenta w badaniu
A1c z pacjentami, którzy uzyskali wynik 5,7 procenta - przypominam, że
według endokrynologów taka różnica jest nieznacząca z medycznego punktu
widzenia - okaże się, że dalszy ciąg historii medycznej tych dwóch grup
jest zupełnie inny. Jeśli myślisz, że na wieść o grożącej cukrzycy
ludzie nagle zmieniają nawyki i zaczynają zdrowiej żyć, żeby odwrócić
swój los, to jesteś w błędzie. Poniższy wykres opowiada inną, tragiczną
historię: okazuje się bowiem, że osoby z diagnozą stanu
przedcukrzycowego z czasem uzyskują coraz wyższe wyniki w badaniu A1c.
Wygląda na to, że przynajmniej w przypadku cukrzycy mitem jest
przekonanie, iż strach przed chorobą skłania ludzi do poprawy stylu
życia. Okazuje się, że etykieta "chory" znacznie zwiększa ryzyko
rozwinięcia się cukrzycy u danej osoby. Być może wynika to z tego, że
ludzie poddają się chorobie i nawet jeśli podejmą jakąś próbę zmiany
sposobu odżywiania, nie dbają aż tak bardzo o swoją dietę. Nie mają
motywacji, aby zacząć ćwiczyć, bo wiedzą, że choroba już ich dopadła. A może to ciało podąża za umysłem, który wierzy, że organizm znalazł się
we wczesnej fazie cukrzycy.
Oczywiście niektórzy mogą się nie zgadzać z tymi wnioskami. Mogą
twierdzić, że prawdopodobieństwo zachorowania na cukrzycę rośnie
liniowo, proporcjonalnie do wyniku testu A1c, bez względu na to, jak
jest on niski. Słuszna uwaga. Aby się przekonać, czy to prawda,
porównaliśmy osoby, które uzyskały w badaniu wynik 5,5 procenta, z tymi,
które miały 5,6 procenta. Zakładaliśmy, że również tutaj powinniśmy
zaobserwować znaczącą różnicę.
Nasze przypuszczenia się jednak nie sprawdziły. Większość osób, które
uzyskały wynik tuż poniżej granicy normy, zdołała utrzymać go w dłuższej
perspektywie - co oznacza, że przylgnęła do nich etykieta "w normie". Z czasem prawdopodobieństwo zachorowania na cukrzycę znacznie u nich
zmalało.
Niestety tę samą prawidłowość zaobserwowaliśmy u osób, które tylko
minimalnie przekroczyły granicę normy, uzyskując wynik 5,7 albo 5,8.
Dokładny wynik testu A1c był u nich nieistotny. Kluczową rolę odegrała
etykieta "chory", która przyniosła negatywne długofalowe rezultaty.
W Stanach Zjednoczonych różnica między diagnozą stanu przedcukrzycowego
lub cukrzycy a mieszczeniem się w granicy normy przekłada się na stawki
ubezpieczenia zdrowotnego i na samą ochronę ubezpieczeniową. U jednej
osoby efekt pogranicza spowoduje uznanie prawdopodobieństwa wystąpienia
choroby, a u drugiej, mającej niemal taki sam wynik, nie wywoła żadnych
skutków.
Jest jeszcze jeden ważny wniosek, który powinniśmy wyciągnąć z lekcji o szkodliwości bezmyślnego przyjmowania informacji dotyczących zdrowia i na temat pozwalania, aby niedoskonałe metody pozyskiwania danych
decydowały o naszym losie. Język chorób, który jest mocno zakorzeniony w biomedycznym modelu ciała (i skłania nas do ignorowania potęgi umysłu),
wywołuje iluzję, że objawy są stałe i niemożliwe do kontrolowania.
Dlatego też ludzie prezentują stereotypowe reakcje i zachowania zgodne z ich aktualnym stanem wiedzy: nie kwestionują diagnozy i nie próbują
podjąć innych działań. W taki oto sposób etykiety powiązane z przewlekłymi stanami chorobowymi pozbawiają nas osobistej kontroli i odbierają nam szanse na optymalne zdrowie i samopoczucie.
Pod wpływem odgórnie narzuconych etykiet ignorujemy też własne
idiosynkratyczne doświadczenia, które w większości przypadków nie są tak
stałe i jednoznaczne, jak sugeruje dana etykieta (osoba w stanie
przedcukrzycowym powinna mieć świadomość, że może uchronić się przed
cukrzycą, jeśli wprowadzi pewne zmiany w swoim stylu życia). Niestety
diagnozy wielu różnych schorzeń pełnią funkcję samospełniających się
przepowiedni i to właśnie one wywołują pogorszenie stanu zdrowia.
Wcale nie twierdzę, że błędem jest formułowanie diagnoz medycznych na
podstawie wyników badań. Nie jesteśmy w stanie uciec przed etykietami.
Ale zawsze, gdy to możliwe, powinniśmy się postarać uwzględnić czynnik
ludzki, tak aby pacjenci mieli świadomość, że ich wynik jest
orientacyjny i nieostateczny.
Co mam na myśli? Powiedzmy, że badamy swój wzrok albo słuch i osiągamy
wynik tuż poniżej normy. Lekarz przepisuje nam okulary albo aparat
słuchowy, mimo że mamy praktycznie taki sam wzrok albo słuch jak ktoś,
kto ledwo zmieścił się w normie. Zaczynamy nosić urządzenie korekcyjne,
a ta druga osoba nie. Co by było, gdyby lekarz powiedział nam, że nasze
wyniki mają charakter probabilistyczny, a nie absolutny?
Co więcej, jak się przekonasz, czytając rozdział 5, istnieje dużo
czynników o charakterze tymczasowym, które sprawiają, że w danym badaniu
osiągamy taki, a nie inny wynik, przez co zostajemy przypisani do
kategorii pacjentów wymagających stałej opieki. Możliwe, że gdybyśmy
ponownie wykonali to samo badanie dzień później, nasze wyniki byłyby
zupełnie inne.
Kiedy sobie uświadomimy, że reguły, etykiety i granice zostały stworzone
przez ludzi, znajdziemy w sobie odwagę, aby je zakwestionować i zastanowić się nad tym, czy nasza sytuacja nie mogłaby wyglądać inaczej.
Dzięki temu zyskamy zupełnie nowe poczucie wolności i rozszerzymy zakres
swoich możliwości. Dotyczy to nie tylko naszego zachowania, ale również
zdrowia. Kluczem do sukcesu jest zakwestionowanie reguł, które
dotychczas bezmyślnie akceptowaliśmy, i uważne analizowanie opisów i diagnoz będących dla nas niepotrzebnym ograniczeniem. Jeżeli to zrobimy,
poczujemy się lepiej. Sami możemy się uzdrowić.
We wstępie wspomniałam, że diagnoza raka piersi u mojej mamy
zainspirowała mnie do większości badań, które przeprowadziłam w trakcie
swojej kariery naukowej. Mama nigdy nie zakwestionowała reguł, które jej
narzucono - od momentu usłyszenia diagnozy, przez spontaniczną remisję
choroby, aż po śmierć. Tak bardzo żałuję, że nie mogłam wtedy dać jej
tej rady.
Rozdział 2. Ryzyko, prognozowanie i iluzja kontroli
Rozdział 2
Ryzyko, prognozowanie i iluzja kontroli
Życie jest albo niebezpieczną przygodą, albo niczym.
- Helen Keller, Let us Have Faith
Wyruszam na poszukiwanie Wielkiego Być Może.
- François Rabelais
Często słyszę, że jestem ryzykantką. To ma być komplement, na który moim
zdaniem zupełnie nie zasługuję. Rzadko mówię sobie: "To może okazać się
kosztowne, ale co tam, spróbuję". Zazwyczaj na każdym kroku szukam
potwierdzenia i akceptacji.
Oto przykład z mojego życia: gdy byłam młodą wykładowczynią na
Harvardzie, pewna stacja radiowa zaprosiła mnie na próbną audycję
radiową. Stacja ta emitowała cykliczny program pewnej popularnej
psycholożki z Kalifornii i chciała mieć też kogoś z Wybrzeża
Wschodniego. Przedstawiciele stacji skontaktowali się z Dave'em Greenem,
ówczesnym kierownikiem mojego wydziału, i poprosili, żeby kogoś im
polecił, a on zaproponował mnie.
Podczas audycji miałam udawać, że odbieram telefony. Pierwszy "słuchacz"
zapytał mnie o terapię rolfing, która polega na pracy z ciałem i masażu tkanki łącznej. Miałam mikroskopijną wiedzę na ten temat, ale
mówiłam z taką pewnością w głosie, że ku mojemu przerażeniu rozmówca
zadał drugie pytanie związane z tą terapią. Ponownie zdołałam skutecznie
ukryć braki w wiedzy.
Tydzień później stacja złożyła mi ofertę pracy. Po krótkim zastanowieniu
jednak ją odrzuciłam. Nie miałam jeszcze stałego etatu wykładowcy na
uczelni, a bardzo chciałam zostać panią profesor Langer. Bałam się, że
praca w radiu spowoduje obniżenie statusu mojej pracy zawodowej, gdy
ludzie zaczną widzieć we mnie sympatyczną prezenterkę, a nie poważną i doświadczoną wykładowczynię. Ostatecznie dostałam stały etat na uczelni
i dalej prowadziłam zajęcia ze studentami. Nigdy nie żałowałam tej
decyzji i uważam, że właściwie oceniłam ryzyko związane z podjęciem
pracy gospodyni audycji radiowej. Czasami przychodzi mi jednak do głowy
myśl, że gdybym wykazała się większą uważnością podczas tamtej oceny
ryzyka, być może przyjęłabym ofertę od radia, co nie przeszkodziłoby
mi dostać stałego etatu i ostatecznie uzyskać tytułu profesora. Ta
wyraźna sprzeczność między tym, jak postrzegają mnie ludzie (jako osobę
śmiałą i niebojącą się podejmować ryzyka) a tym, jak sama siebie widzę
(jako kogoś, kto raczej stara się unikać ryzykownych decyzji) skłoniła
mnie do zastanowienia się nad niektórymi fundamentalnymi założeniami
dotyczącymi ryzyka.
Spróbuję ci uświadomić ten paradoks. Raz na jakiś czas zdarza mi się
obstawiać wyścigi konne. Zwykle typuję wtedy, że koń, który jest
faworytem, dobiegnie na metę jako trzeci. Nie jest to zbyt ryzykowna
taktyka. Z kolei całkowicie zabrakło mi ostrożności, gdy postanowiłam
wyjawić poufne informacje finansowe komuś, kogo uważałam za bliską osobę
i kogo dobrze znam, a później mnie oszukał. Jak zatem zdefiniować moje
podejście do ryzyka? Chociaż w zakładach bukmacherskich staram się go
unikać, zachowałam się bardzo nierozważnie, przekazując prywatne
informacje niewłaściwemu człowiekowi, przez co straciłam dużo pieniędzy.
Kocham konie, ale o gonitwach wiem niewiele - stąd moje zachowawcze
podejście. Całkiem dobrze znam się natomiast na ludziach, dlatego
zrobiłam rzecz, którą wielu uznałoby za ryzykowną: obdarzyłam zaufaniem
kogoś, kto okazał się tego niewart.
Nie chodzi tylko o podejmowanie ryzyka w dziedzinach, w których się
specjalizujemy. Czasami ktoś myśli, że postąpiliśmy ryzykownie, podczas
gdy my tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia, że mogliśmy zareagować
inaczej. Pamiętam, jak mając jakieś 11 lat, poszłam do stomatologa. Po
założeniu plomby dentysta pochwalił mnie przed mamą i powiedział, że
byłam dzielna. Wtedy momentalnie zaczęłam się zastanawiać, jak się
zachowują inne dzieci. Siedząc na fotelu dentystycznym, nie sądziłam, że
podejmuję jakiekolwiek ryzyko. Wcale nie byłam bardziej odważna niż te
dzieci. Po prostu nie wiedziałam, że mam jakiś wybór.
Mit podejmowania ryzyka
Na temat ryzyka napisano wiele książek. Powszechnie uważa się, że
istnieją rzeczy, których nie powinniśmy robić - takie, które z natury są
zbyt ryzykowne albo niewarte potencjalnej nagrody. Przekonanie to jest
zakorzenione tak głęboko, że prawie nigdy go nie kwestionujemy.
Ja jednak myślę, że błędnie rozumiemy samą koncepcję podejmowania
ryzyka. Robimy coś dlatego, że uważamy to za sensowne - w przeciwnym
razie zachowalibyśmy się inaczej. Jeżeli mam większe oczekiwania w związku z jakimś przedsięwzięciem niż ktoś inny, w jego oczach jestem
ryzykantką. Gdyby jednak wierzył w to, co ja, prawdopodobnie zrobiłby to
samo. Innymi słowy, o podejmowaniu ryzyka mówimy z perspektywy
obserwatora. "Ryzykanci" robią rzeczy, które są dla nich sensowne, nawet
gdy dla kogoś z boku wydają się zupełnie niezrozumiałe. Podejrzewam, że
tamci producenci radiowi uznali mnie za wariatkę, gdy odrzuciłam ich
ofertę. Jak to, młoda adiunktka zrezygnowała z szansy na zdobycie sławy?
Dla mnie jednak popularność i pieniądze nie były warte tego, aby
zaryzykować karierę naukową.
A oto kolejny dowód na to, że ryzyko jest całkowicie subiektywne. W wieku 16 lat potajemnie wyszłam za mąż. Z perspektywy czasu wiem już,
dlaczego wiele osób uważało, że podejmuję wielkie ryzyko. O ryzyku
możemy mówić jednak dopiero wtedy, gdy człowiek jest świadomy swoich
opcji i potencjalnych kosztów. Ja kompletnie nie brałam ich pod uwagę.
Gene i ja (obydwoje ateiści, którzy, jak na ironię, poznali się podczas
tańca świątynnego) chcieliśmy się pobrać, więc to zrobiliśmy.
Być może brzmi to pesymistycznie, ale w małżeństwie zawsze potrzebna
jest pewna doza irracjonalnego optymizmu. Bo przecież gdybyśmy
racjonalnie przeanalizowali statystyki, które mówią, że połowa małżeństw
w Stanach Zjednoczonych kończy się rozwodem, prawdopodobnie
zrezygnowalibyśmy z pomysłu zalegalizowania naszego związku. My jednak
byliśmy w sobie zakochani i nie obchodziły nas liczby. Wierzyliśmy, że z nami będzie inaczej. Rozwód nie wchodził rachubę, a nasza miłość miała
trwać wiecznie.
To Gene wpadł na pomysł, żebyśmy się pobrali. Nieco wcześniej to samo
zrobił jego kolega, gdy dziewczyna, z którą się spotykał, zaszła z nim w ciążę. Znaleźli w Waszyngtonie kogoś, kto udzieli im ślubu pomimo tego,
że oboje byli niepełnoletni. W tamtym czasie Gene miał 17, a ja 16 lat.
Uznaliśmy, że to będzie niesamowicie romantyczne, gdy zrobimy to samo. W dniu, w którym postanowiliśmy pojechać do Waszyngtonu, obudziłam się o trzeciej w nocy. Napisałam do rodziców liścik: "Wyszłam, zobaczymy się
później". Pomyślałam, że to bardzo sprytne z mojej strony. Przebyliśmy
długą drogę z Yonkers w stanie Nowy Jork do Waszyngtonu w poszukiwaniu
osoby, która udzieliła ślubu koledze Gene'a. Niestety nie znaleźliśmy
jej i wróciliśmy do domu, zanim ktokolwiek zaczął się zastanawiać, gdzie
zniknęliśmy.
Byliśmy jednak tak zdeterminowani, że Gene sfałszował nasze świadectwa
urodzenia, abyśmy mogli "legalnie" pobrać się gdzieś bliżej domu.
Przepisy prawa wymagały wówczas, aby przyszli małżonkowie zrobili sobie
badania krwi. Jako że jestem z natury ostrożna, założyłam bluzkę z długim rękawem, żeby rodzice nie zobaczyli plastra zakrywającego ślad po
pobraniu krwi. Mój szesnastoletni umysł był przekonany, że gdyby go
zauważyli, od razu domyśliliby się, co zrobiłam.
Pracownik ratusza ogłosił nas mężem i żoną, a następnie wręczył nam
pudełko z próbkami środków czystości takich marek jak Tide, Joy, Comet i kilku innych. Nie chciałam ich wyrzucić ani odmówić ich przyjęcia,
dlatego zadzwoniłam do domu i uprzedziłam mamę, że dostałam kilka próbek
detergentów. W ten sposób uniknęłam niewygodnych pytań o to, skąd je mam
(nie chciałam podejmować takiego ryzyka). Później tego samego dnia,
starając się nie budzić podejrzeń, poprosiłam mamę, by dorobiła dla mnie
osobny klucz do skrzynki pocztowej. Musiałam mieć pewność, że gdy
przyjdzie jakaś przesyłka adresowana do pani Most (to było moje nowe
nazwisko), odbiorę ją, zanim wpadnie w ręce któregoś z moich rodziców.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki