ROZDZIAŁ 1 Duch
Co robiliście minionej nocy? Spaliście? Ha, zero zaskoczenia.
Chcecie wiedzieć, co ja robiłem? Rozmawiałem z typem z armii. Nie że z kimś z prawdziwej armii, usiłującym mnie zrekrutować (mam dwanaście lat, więc ta rozmowa by się nie kleiła). Nie, facet z armii, z którym sobie gawędziłem, miał piętnaście centymetrów wzrostu i był z plastiku.
Nie mam zwyczaju rozmawiać z zabawkami - nie jestem walnięty - ale w tym wypadku mam dobre usprawiedliwienie: ta odezwała się do mnie pierwsza. Widzicie, poznałem ją, gdy nie była jeszcze zabawką, ale prawdziwym sierżantem w grze Pełna Moc. Dwa tygodnie temu zostałem do niej wessany wraz ze swoim przyjacielem Erikiem Conradem. Lataliśmy z plecakami odrzutowymi, a także Statuą Wolności, jakby była rakietą kosmiczną, i nieomal utknęliśmy w grze na dobre, uwięzieni przez kosmitę wymawiającego nasze imiona w najbardziej upiorny, przyprawiający o gęsią skórkę sposób. To długa historia... powinniście ją przeczytać.
W każdym razie, w Pełnej Mocy spotkaliśmy Marka Whitmana - dzieciaka z naszej klasy, którego również wessało do gry. Ostatecznie Mark w niej został, umożliwiając Ericowi i mnie ucieczkę. A teraz ten koleś z wojska mówi mi, że mógłbym wrócić i ocalić Marka... ale muszę to zrobić "teraz".
Oczywiście, że chciałem wrócić. Zrobiłbym wszystko dla Marka. Sierżant spytał, czy jestem pewien. Jasne, że jestem pewien - jazda, ruszajmy! Wlepiłem spojrzenie w wojskowego, czekając, aż on... no, nie wiem - strzeli obcasami? Otworzy portal w mojej szafie? Coś w tym stylu. Zamiast tego typ stał nieruchomo, odwzajemniając moje spojrzenie, zupełnie jakby był zabawką. I wtedy zacząłem się czuć głupio.
- Hej, powiedziałem: "tak"! - Trąciłem sierżanta palcem. A on dalej gapił się na mnie z twarzą pozbawioną wyrazu. - Mam nacisnąć jakiś guzik?
Podniosłem go i obróciłem w dłoniach. Żadnych guzików.
Na tym etapie moglibyście uznać, że może cała ta akcja z gadającą zabawką była tylko snem. I w normalnych okolicznościach bym się z wami zgodził, tylko że był jeden ważny szczegół: to sierżant obudził mnie ze snu. Czy kiedykolwiek obudziliście się z jednego snu, by trafić do kolejnego? Na pewno nie. Takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym życiu - tylko w filmach. Gadający sierżant nie jest snem, bo ja nie jestem w filmie, a poza tym nie jestem walnięty.
Kolejne kilka minut spędziłem na szturchaniu wojskowego i gadaniu do niego. Potem wstałem i sprawdziłem wszystkie miejsca, gdzie mógłby skryć jakiegoś rodzaju portal prowadzący do gry wideo (telewizor, łazienkę, garderobę i tak dalej). Nic. Z powrotem wpełznąłem do łóżka i spędziłem resztę nocy na przekonywaniu samego siebie, że mi nie odbiło. A potem chyba zasnąłem.
- Jesse! Śniadanie!
Otworzyłem oczy. Pokój był skąpany w blasku słońca. Poniedziałkowy poranek.
- Jesse! - zawołała mama gdzieś z dołu.
- Mmmhmm... - odpowiedziałem.
Zwlokłem się z łóżka i poczłapałem po schodach. Zasiadłem przy stole i czekałem, aż tata sięgnie po płatki śniadaniowe stojące na górnej półce.
- Które chcesz, kochanie? - spytał.
- Te chrupiące, jagodowe - odpowiedziała mama, kończąc pakować swój lunch.
- A ja spróbuję tych nowych, czekoladowych - oznajmiłem.
Tata chwycił jedynie pudełko z jagodowymi.
- Mogę spróbować czekoladowych? - powtórzyłem ciut głośniej.
Tata postawił na stole pudełko z płatkami mamy i wyciągnął swoją miseczkę z zamrażalnika ("Schłodźcie sobie miseczki. To odmieni wasze życie!", mówi każdemu, kto zechce go wysłuchać. Nieprawda. Z doświadczenia mogę wam powiedzieć, że miseczka z zamrażalnika wywołuje jedynie efekt lodowatego mleka, od którego bolą zęby).
Westchnąłem i sięgnąłem po ohydne organiczne płatki mojej mamy. Wiedziałem, że obietnica czekolady na śniadanie brzmiała zbyt dobrze, by mogła mieć pokrycie w rzeczywistości.
- Zawołałaś już Jessego? - spytał tata, zabierając mi pudełko sprzed nosa.
Zmrużyłem oczy i pomachałem mu ręką tuż przed twarzą.
- Tato, przecież jestem tutaj.
Mama westchnęła.
- Zawołam raz jeszcze. - Podeszła do schodów. - Jesse! Jesse Danielu Rigsby! Złaźże natychmiast na dół! Bo spóźnisz się do szkoły!
Uniosłem obie ręce.
- Tato. Tato! TATO!
Tata skończył sypać płatki do miseczki i wyciągnął rękę nad stołem, żeby sięgnąć po mleko, zupełnie jakby mnie tam nie było. Skoczyłem i chwyciłem mleko przed nim, by skierować na siebie jego uwagę. To go nie powstrzymało, więc przyciągnąłem mleko ku sobie. A raczej spróbowałem je przyciągnąć, ale moje palce przeszły przez dzbanek.
- CO TU SIĘ DZIEJE?! - wrzasnąłem, sięgając po płatki. Ten sam efekt: mogłem dotknąć opakowanie i czułem je pod palcami, ale gdy spróbowałem je przesunąć, moja ręka przeniknęła przez tekturę. - AAAAA!
Pognałem do łazienki i spojrzałem w lustro, desperacko chcąc ujrzeć swoją przerażoną twarz. Zamiast tego zobaczyłem tylko pustą wannę za plecami. Spojrzałem w dół, na swoje ręce. Prawdziwe kończyny z krwi i kości. Ale gdy pomachałem nimi przed lustrem - nic.
Byłem duchem.
I to wcale nie było najgorsze. Gdy spróbowałem zorientować się, co powinienem zrobić (Co jedzą duchy? Czy muszą chodzić do toalety? A co ze szkołą? Czy istnieje specjalna szkoła dla duchów?), usłyszałem za sobą parsknięcie. Spojrzałem w lustro. Nic. Kolejne parsknięcie. Powoli się odwróciłem. Za mną, w wannie, tak realny, jak to tylko możliwe, siedział sobie cierpliwie mierzący niemal dwa i pół metra Wielka Stopa o jaskrawobłękitnej sierści.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji