Uwikłana - Daria Paulina Bączkiewicz

Kup ebooka

32.00 zł
25.60 zł (32,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Była prawie połowa lutego. Obudził mnie głośny wrzask mew dobiegający zza okna. Próbowałam odpocząć, pospać jeszcze chociaż pół godziny. Wiedziałam, że ten dzień nie będzie łatwy. Znalazłam się w nowym, nieznanym miejscu. Wszystko było niepokojąco inne. Czułam stres na myśl o pierwszym dniu w nowej pracy. Czułby się tak pewnie każdy, kto znalazłby się z dala od domu, najbliższych i przez niespodziewane okoliczności byłby w innym kraju. Poczułam pustkę, ssanie w brzuchu i to uczucie, kiedy wiesz, że musisz stawić czemuś czoła, nie okazując swoich własnych obaw i lęków. Nauczyłam się doskonale panować nad mową swojego ciała. Chociaż czułam niepokój, postanowiłam spróbować się zrelaksować i zamknąć choć na chwilę oczy. Wiedziałam, że potrzebuję snu i zdrowego, sycącego posiłku, który dałby mi energię. Nie byłam jednak w stanie myśleć o polepszeniu własnego samopoczucia. Zamknęłam oczy, starając się przyciągnąć do siebie dobre i pozytywne myśli. Bałagan po wczorajszej przeprowadzce z pewnością nie pozwalał się odprężyć. Widok niepoustawianych mebli, walających się, wypchanych pudełek i skrzynek przepełnionych rzeczami, które były pakowane wczoraj w ogromnym pośpiechu, i fakt, że pewnie przez długi czas ich zawartość pozostanie dla mnie zagadką, przyprawiały mnie o ból głowy. Energicznie zarzuciłam poduszkę, przykryłam nią głowę i zagryzłam ze złości kawałek pościeli. Przeklinałam pod nosem. Nie mogłam leżeć w spokoju, czułam, że nie potrafię ani chwili dłużej wytrwać w swojej bezczynności. Przewróciłam się energicznie z boku na bok, szarpiąc kołdrę jak oszalała, po czym zerwałam się na równe nogi. Z trudem podeszłam do okna, by odsłonić okrywającą je zasłonę. Niezdarnie potknęłam się o stertę rzeczy, ocierając nagie udo o kant drewnianej szafki. Po chwili poczułam ciepłą krew spływającą po nodze. Spojrzałam z obojętnością na rozcięcie na skórze. Rana nie była aż taka mała, naskórek był mocno zdarty, z widocznymi chropowatymi zwinięciami. Instynktownie dotknęłam zimną ręką różowego rozcięcia, które dopiero teraz zaczęło delikatnie pulsować, dając o sobie znać. Szybkim ruchem ręki rozmazałam krew, która stworzyła plamę na mojej nodze. Westchnęłam, krzywiąc się lekko, i rozpoczęłam poszukiwanie ubrań. Szperając nerwowo, z narastającą frustracją, nie zdawałam sobie sprawy, że jestem naprawdę głośna. Zupełnie jakbym zapomniała, że ten zagracony maleńki metraż muszę dzielić z przymusowym współlokatorem. Właśnie go obudziła moja nieustająca krzątanina.

- Wszystko w porządku, sweets[1]? Nie chcesz zostać w łóżku dłużej? - zapytał Geoffrey, jednym ruchem ręki odgarniając kosmyki z twarzy, odruchowo poszukiwał czegoś.

- Yyym, nie. Nie mogę. Jestem w nowym miejscu. Jeszcze nie czuję się tak swobodnie. Tak już mam. Nie przejmuj się mną - odpowiedziałam pośpiesznie.

Nie musiałam długo czekać na jego reakcję. Wstał z łóżka, po czym podszedł do mnie i objął. W ułamku sekundy mogłam poczuć nachalne ciepło jego ciała przylegającego do moich pleców. Niestety, zwykł zawsze tak robić, od kiedy tylko pamiętałam, traktował mnie jak swoją zdobycz, chociaż z nim nie byłam. Zwłaszcza teraz, kiedy znalazłam się w nieswoim kraju. Byłam tylko z nim, i jakkolwiek by to nie brzmiało, zdana tylko na niego. Tyle razy przerabialiśmy ten temat. Mówiłam, że chcę niezależności, ale wiedziałam, że tak długo, jak będę w jego pobliżu, szybko się nie uwolnię od tej sytuacji.

- Wybacz. Możesz zostać w łóżku, ja postaram się ogarnąć nieco ten bałagan, bo doprowadza mnie to do szaleństwa - powiedziałam.

- Mamy na to całe dnie. Zdążymy. Powinnaś skoncentrować się na odpoczynku. Czeka cię nowa praca, sweetie, ale jesteś najlepsza. Nie ma rzeczy, z którą byś sobie nie poradziła - odpowiedział spokojnym tonem, próbując załagodzić moje napięcie.

Jasne, że tak, bo ja muszę wszystko potrafić zrobić. Pieprzony imbecyl, pomyślałam. Spojrzałam na niego przez ramię, idąc w stronę łazienki. Marzyłam tylko o tym, aby rozczesać swoje gęste, kręcone, ciemnoblond włosy, wziąć prysznic i napić się pysznej kawy. Będąc w łazience, jednym zdecydowanym ruchem ściągnęłam z siebie koszulkę. Stałam naga przed lustrem zawieszonym na małej łazienkowej szafce. Odchyliłam głowę, starając się wygładzić sterczące we wszystkie strony włosy i spiąć je gumką. Otworzyłam szafkę, sięgnęłam po szczoteczkę do zębów i żel do twarzy. Odkręciłam zimną wodę, nachyliłam się nad lodowatym strumieniem i nabrawszy ciecz w dłonie, zaczęłam myć twarz, polewając ją wodą tak zimną, że poczułam gęsią skórkę. Marzyłam o tym, aby się rozbudzić. Poczułam przyjemny chłód. Na chwilę zamknęłam oczy. Woda skapywała z moich policzków i zatrzymywała się na brodzie. Kiedy poranna toaleta przywróciła mnie nieco do życia, zaczęłam w głowie układać to, jak teraz będzie wyglądało moje życie. Weszłam pod prysznic, poczułam wodospad wody spływający po nagim ciele. Przyjemne ciepło otulało mnie, rozchodząc się od obojczyków. Wędrowało po ciele niczym prąd, przebiegając po każdym zakamarku i krągłości. Starałam się zrelaksować, przymykając oczy, kiedy woda spływała po moich ramionach, plecach, płaskim brzuchu, pośladkach i wyrzeźbionych nogach. Nie wiadomo skąd wzięło się dziwne uczucie, którego nie mogłam się pozbyć. Wiedziałam, że wszystko będzie inne niż dotychczas. Mój umysł błądził między myślami kłębiącymi się w głowie. Jeszcze zaledwie kilkanaście miesięcy temu byłam w swoim kraju, wśród rodziny i przyjaciół. Moje życie zmieniło się diametralnie. Tak, że wszystko, co dotąd stanowiło bezpieczną przystań, zniknęło. Nie miałam miejsca, do którego bym przynależała. Doświadczenia ostatnich miesięcy przeistoczyły mnie w kogoś innego. Może musiało się tak stać, nie miałam wpływu na bieg zdarzeń. Tęskniłam za tym, co tak dobrze znałam. Kiedy zakończyłam kąpiel, zakryłam swoje mokre ciało grubym, białym ręcznikiem. Wilgotne powietrze utworzyło na głowie chmurkę przypominającą babie lato, teraz moje włosy wyglądały jak afro. Jedną dłonią wymacałam czubek zmoczonej głowy, chwyciłam wcześniej przygotowane ubrania i naciągnęłam je na siebie. Wyszłam z łazienki. Zobaczyłam, że mój przymusowy współlokator również zdecydował się wstać.

- Hej - zagadał z entuzjazmem. Szczerzył się i posyłał mi jednoznaczne spojrzenie.

- Heeej, widzę, że robisz ćwiczenia. Nie przeszkadzaj sobie - rzuciłam w jego stronę, mijając go ostrożnie na dywanie, kiedy akurat robił pompki. Sama miałam zrobić trening, jednak w pokoju nie było miejsca, a nie miałam ochoty wyjść na zewnątrz, zobaczyć, jak wygląda najbliższa okolica. Założyłam, że i tak zdążę wszystko obejrzeć w odpowiednim czasie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nic mnie nie ekscytowało. Chciałam teraz tylko ruszyć w stronę czajnika i zaparzyć sobie kawy. Zrobiłam dwa kroki w stronę okna, kiedy poczułam, że coś mnie powstrzymuje. Geoffrey zacisnął rękę na mojej łydce.

- Chodź tutaj, sweets... - powiedział i pojawił się błyskawicznie przede mną. Zupełnie jakby wyrósł spod ziemi. Musnął ręką mój policzek, po czym dotknął palcem wskazującym kącika moich ust.

Moje duże i bystro patrzące oczy na ułamek sekundy skupiły się na jego twarzy. Stał wyprostowany tuż przede mną, zagradzając mi drogę.

- Potrzebuję kawy, muszę się obudzić - odparłam beznamiętnie i oddaliłam się, by nie być w jego zasięgu.

- Mogę ci w tym pomóc - powiedział, zbliżając się i układając usta jak do pocałunku. Szybko objął mnie w talii.

Poczułam zakłopotanie, nie miałam ochoty na takie zagrania. Nie byłoby to coś, o czym pomyślałabym w tej chwili. Dobrze go znałam. Wiedziałam, do czego zmierza.

- Wiesz, że nie jesteśmy razem - odparłam stanowczo, akcentując każde wypowiadane słowo.

- Wiem, ale jesteś tu ze mną, widzisz tu kogoś innego? - zapytał, starając się być przekonujący.

Chciałam, aby dał mi spokój, ale on najwyraźniej nie zrozumiał odmowy. Wiedziałam już, że tak łatwo nie odpuści. Popatrzyłam na niego. Zdawał się pewny siebie. Nie spuszczał ze mnie wzroku i tylko czekał.

- Nie chcę. Rozmawialiśmy o tym. To tak nie działa... Możesz się na mnie wściekać - zaczęłam.

Jego mina spoważniała.

- Nie zamierzam - odpowiedział. - Myślałem, że pomogę ci się nieco zrelaksować. Wydajesz się spięta.

Bystry to ty nie jesteś, pomyślałam, krzywiąc się automatycznie, ale postanowiłam nie wypowiadać tych słów na głos.

- Może jestem, ale nie potrzebuję do tego twojej pomocy. Wyobraź sobie, że jest wręcz przeciwnie - odparłam stanowczym i pewnym głosem.

Miałam już ochotę dodać coś bardziej szorstkiego i kąśliwego, ale powstrzymałam się. Wiedziałam, że rozpoczynanie kłótni, łapanie za słówka, to nie jest dobry pomysł.

- Może mi powiesz, jak chcesz, żeby wyglądał dzisiejszy dzień? - zagadnęłam od niechcenia. - Niczego tutaj nie znam. Wszyscy opowiadają o wyspie, jaka jest cudowna. Może wybierzemy się na lunch i spacer, żeby się nieco oderwać, póki nie rozpoczniemy pracy tutaj? - zaczęłam neutralnie.

- Taaak, cokolwiek zechcesz, sweetie. Zabiorę cię w fajne miejsce, zjemy coś dobrego. Możemy przejść się po plaży. Pamiętam, że nie lubisz wiatru i deszczu - mówiąc to, spojrzał na mnie wymownie - ale może dziś pogoda będzie ładna.

- Dziękuję. Zrozumiem, jeśli jest coś, co chciałbyś zrobić zamiast poświęcać mi swój czas - powiedziałam ze wzrokiem wbitym w dywan.

- Zabiorę cię gdzieś, gdzie będziesz mogła odpocząć. Pomogę ci poukładać te rzeczy, złożę meble. Wiem, że to nie może się tak walać, nie lubisz bałaganu.

Była to rzecz, którą z pewnością chciałabym usłyszeć.

- OK, dzięki. Nie musisz robić wszystkiego tak, jak ja chcę - powiedziałam, szybko wywracając oczami, po czym zmusiłam się do uśmiechu.

- Sweetie, jest prawie jedenasta po południu. Na godzinę czternastą musimy być w biurze. Weź swoje ID. Będą chcieli zrobić skan. Z niczym nie powinno być problemu. Nikt nie zamierza z tobą przeprowadzać dłuższej rozmowy. Nie martw się, wszystko jest dosłownie formalnością - powiedział ze spokojem w głosie.

- Oczywiście, będę gotowa. Dziękuję, że zorientowałeś się we wszystkim. Nie będę niczego przedłużać. Zależy mi na tym, żeby nie zostawiać tutaj totalnego bałaganu. Dlatego idź gdzieś na spacer. Ja będę miała przestrzeń, żeby nieco tu uporządkować. - Rzuciłam szybkie spojrzenie na pokój i westchnęłam.

- Nie, nie będziesz przecież tego robiła sama. Pomogę ci, sweetie, OK? A potem pojedziemy na lunch. Jeśli nie zdążymy, to później, po zebraniu. W każdym razie nie pozwolę ci chodzić głodną.

Znów to zrobił. Podszedł do mnie i przylgnął klatką piersiową do mojego ciała. Zrobiłam szybki unik, pokręciłam głową i powiedziałam w duchu: serio?!

Pobyt z nim, z dala od domu, nauczył mnie, jak powinnam zachowywać się w wielu sytuacjach. Miałam gdzieś zakodowaną z tyłu głowy jego strategię postępowania. On o tym wiedział, jednak nadal grał. Zawsze stwarzał sytuacje, w których mógł udowodnić mi, jaki jest "wspaniały". Nie było sensu się denerwować. Niczego by to nie zmieniło, i tak by nie zrozumiał, co miałam na myśli. Zawsze myślał, że nie jest w stanie niczym mnie zaskoczyć, a fakt, że jestem zdana wyłącznie na niego, dawał mu wrażenie przewagi, z której nie chciał zrezygnować.

Około godziny 13.30 zdążyłam uporać się z większością rzeczy zalegających w każdym zakamarku małego pokoju, który musiałam z nim dzielić. Kreowałam w głowie plan ułożenia mebli. Przeprowadzka w nowe miejsce stanowiła niepowtarzalną okazję pozbycia się zbędnych rzeczy, a patrząc na metraż, nie miałam wręcz wyjścia, musiałam ograniczyć swoje akcesoria i garderobę do najpotrzebniejszych rzeczy. Nie miałam z tym większego problemu. Starałam się patrzeć optymistycznie na nową sytuację, chociaż poprzedzająca ją noc wcale nie napawała optymizmem. Nie znosiłam bałaganu. Mimo że byłam spontaniczna i pełna energii, odnajdywałam się najlepiej tam, gdzie wszystko miało swoje miejsce. Zawsze planowałam ważne rzeczy. Można by powiedzieć, że wszystko, czym się otaczałam, musiało być odpowiednio ułożone i zaklasyfikowane. Harmonia i porządek pomagały mi w codzienności, w moim roztargnieniu. Stanowiło to ciekawe połączenie. Cała ja - pełna przeciwieństw, ale taka właśnie byłam. Udało mi się wygrzebać ze stert kartonów zestaw ubrań na dziś. Wybrałam tradycyjne jeansy w ciemnym kolorze, białą koszulkę, czarną bluzę i botki ze skóry w tym samym kolorze, z łańcuszkiem na boku, w rockowym stylu. Włosy pośpiesznie upięłam w kok, starając się ujarzmić niesforne kosmyki. Nie myślałam wcześniej o specjalnym stroju na dzisiejszy dzień. Postanowiłam wybrać wersję, w której będę się czuła najbardziej sobą. Rozejrzałam się instynktownie po pokoju, który wreszcie coraz bardziej zaczął go przypominać. Zastanawiałam się, czy jest coś, o czym zapomniałam.

- Jestem gotowa. Ja ty będziesz, możemy iść - powiedziałam, patrząc, jak siedzi z nosem w telefonie.

- Och, OK, sweets. Sprawdzam tylko wyniki sportowe, chciałem poczytać newsy. Uszykuj się i możemy zaraz wychodzić - odparł, nie odrywając wzroku od telefonu.

- Umm, jestem gotowa. Teraz. Już, jakbyś nie zauważył. Wiem, jak bardzo nie lubisz, jak się na mnie czeka. Zadbałam o to. Łazienka jest wolna. Nie wiem, jak daleko to jest, ale zorganizowałam wszystko tak, abyś zyskał dla siebie pięć minut na wypadek, gdybyś chciał wejść i się uszykować. Widzisz? Czasem o tobie myślę - odpowiedziałam z dozą ironii. Wciąż siedział na sofie, a ja lustrowałam go od stóp do głów.

- Jesteś najlepsza. Mówiłem ci to tyle razy, tylko ty mi nigdy nie chcesz w to uwierzyć, ale jestem pewien, że pewnego dnia się przekonasz - powiedział z przekąsem.

Miałam już sięgnąć do szafy po kurtkę, kiedy poczułam, że stoi tuż za mną.

- Pozwolisz mi przejść i wyjść, żebyśmy byli na czas? Żebyś nie miał powodu złościć się na mnie? Proszę - powiedziałam tak szybko, że aż się zdziwiłam. Natychmiast chwyciłam go za ramię, które oparł o otwarte drzwi szafy, zawieszając je tuż nad moją głową. Ścisnęłam jego rękę z wyczuciem i popatrzyłam mu w oczy. Wydawał się nieco zaskoczony moją reakcją.

- Posłuchaj, muszę ci o czymś powiedzieć. To ważny dla mnie szczegół, ale nie masz najmniejszego powodu, żeby się denerwować. Obiecuję... - zaczął i chwycił mnie odruchowo za rękę, przybliżając do siebie.

- Po prostu powiedz wprost. Zwłaszcza jeśli nie mam powodów do gniewu, mógłbyś przestać trzymać mnie w niepewności i powiedzieć. Cokolwiek to nie jest, zapewne istnieje jakieś rozwiązanie - odpowiedziałam, spoglądając na zaciśnięte dłonie z naburmuszoną miną.

- Znasz mnie i wiesz, że nie zrobiłbym nic, co mogłoby ci zaszkodzić, prawda? - kontynuował, próbując przygotować mnie na to, co miałam usłyszeć.

- Nie rozumiem, co się stało, czemu wydajesz się taki dziwny. Wiesz, jak bardzo jestem niecierpliwa... Dlaczego to robisz? - Spojrzałam na niego, kręcąc głową.

- Zaraz ci powiem. Upewnij się, że wszystko zabrałaś. Musimy już iść. Nie chcę cię stresować pierwszego dnia tutaj. - Mówił to z taką łagodnością i opanowaniem, że zaczęłam czuć prąd w swoim ciele wędrujący od głowy aż do stóp.

Zaczęłam gorączkowo myśleć o tym, co mnie czeka. Dlaczego wydaje się taki tajemniczy? Czy coś złego się stało? Co mógł zrobić, skoro teraz gra na zwłokę i nie chce od razu powiedzieć, o co chodzi? Mówi, że nie ma zamiaru mnie niepokoić i drażnić, ale - do jasnej cholery - właśnie udało mu się to zrobić. Jak mam się nie irytować, skoro on wciąż się we mnie wpatruje i za każdym razem, gdy szukam w jego spojrzeniu odpowiedzi, on spuszcza głowę jak ktoś, kto czuje skrępowanie, wstyd. Myśli krążyły mi po głowie niczym stado pędzących koni. Czułam narastające napięcie, nad którym coraz trudniej było zapanować. Starałam się jednak uspokoić, żeby rozmowa nie zakończyła się kłótnią z powodu mojej reakcji. Było to takie trudne. Czułam w kościach, że coś, co usłyszę, może zmienić wszystko. Wzięłam głęboki oddech, czując jego spojrzenie na sobie. Wiedziałam, że nie ma innego wyjścia. Muszę zmierzyć się z tym niezależnie od tego, co mogłoby to dla mnie oznaczać.

Wyszliśmy z maleńkiego pokoju, mijaliśmy kilka sąsiednich okien i drzwi. Zaczęłam się zastanawiać, kto mieszka obok. Idąc w stronę biura, zaglądałam w okna, mając nadzieję, że zobaczę kogoś w pokoju. Moja ciekawość nie dawała mi spokoju. Dzień był ponury. Obłoki przywodziły mi na myśl watę cukrową, którą jadałam jako dziecko. W powietrzu unosił się orzeźwiający zapach morza. Szum zmagających się ze sobą fal współgrał ze świszczącym wiatrem i dźwiękiem wydawanym przez mewy, które gromadą przeleciały nad moją głową. Pomimo że był nadal luty, ogród - zewsząd otaczający kompleks budynków - zrobił na mnie ogromne wrażenie. Było zielono i tak świeżo. Każda przestrzeń była urządzona z niebywałym gustem. Rzędy tulipanów, hiacyntów, krokusów, szafirków, żonkili i prymuli dodawały miejscu niepowtarzalnego uroku i barwy. Idąc w stronę głównego budynku, dostrzegłam wybujałe drzewa i krzewy, a wśród nich - w centralnej części - egzotyczne drzewa palmowe. Tego bym się nie spodziewała, pomyślałam. Jednak podróżując nocą, nie byłam w stanie dostrzec piękna tego miejsca. Dlatego dzisiaj, wynurzywszy się z jamki, którą był pokój, miałam okazję przyjrzeć się miejscu, w którym będę pracować i mieszkać. Piękno różnorodnej roślinności: krzewów, kwiatów, drzew, wywołało uśmiech na mojej twarzy. Jeszcze przed chwilą byłam myślami gdzie indziej, ale wielokolorowe dywany roślin wprowadziły mnie w nieco pogodniejszy nastrój i pozwoliły zapomnieć na chwilę o tym, co dręczyło mnie parę sekund temu. Byłam pozytywną osobą, którą od wewnątrz rozsadzała energia, często nie wiedziałam, jak ją spożytkować, sprawiałam także wrażenie kogoś, dla kogo niezwykłym wyzwaniem byłoby siedzenie w jednym miejscu. Odkąd tylko pamiętam, zawsze mnie gdzieś nosiło. Nie miałam najmniejszego problemu z zaadaptowaniem się w nowym miejscu, poznaniem nowych ludzi czy zdobyciem przyjaciół. Idąc obok swojego przymusowego współlokatora, rozglądałam się z ciekawością, chciałam odkryć otaczającą mnie nową rzeczywistość. Zarzuciłam kaptur na głowę, bryza i wiatr stworzyły na niej okropny nieład, przypominający pewnie bocianie gniazdko. Podmuchy wiatru były coraz silniejsze i chłodniejsze. Na próżno było szukać wiosny w lutym, a malowniczość ogrodu stwarzała tylko pozory, że powietrze staje się coraz cieplejsze i zaraz będę mogła się wygrzewać w promieniach słońca. Szybkim ruchem schowałam dłonie do kieszeni, kiedy niespodziewanie Geoffrey stanął przede mną, zagradzając mi drogę.

- Poczekaj. Musimy teraz porozmawiać - powiedział to w taki sposób, że niemalże nie spostrzegłam ruchu jego warg.

- Zatem rozmawiajmy. Powiedz mi wreszcie, o co chodzi. W co się ze mną bawisz? Wiesz, jak bardzo tego nie lubię. Powinieneś wiedzieć, już na tyle mnie znać - powiedziałam bez zastanowienia, odgarniając pukle z czoła i policzków, by móc zobaczyć swojego rozmówcę.

Stał przede mną jak posąg, trzymając ręce w kieszeni i spoglądając na mnie spod czapki z daszkiem.

- Powiedz mi, do cholery! Bawi cię to, co?! - Prawie weszłam w niego, stykając moją klatkę piersiową z jego. Czułam jego napięte, pulsujące mięśnie.

Patrzył na mnie wzrokiem dziecka, które coś popsuło i chce udawać niewinne, próbując szukać wzrokiem kogoś innego, kogo można by obwinić za swoje postępowanie. Poczułam przez chwilę, że nieświadomie wstrzymałam oddech, krew zaczęła nierównomiernie krążyć po moim ciele. Jeszcze nic nie powiedział, a już w mojej wyobraźni zaczęłam go atakować, zadając ciosy. Zaczynały opanowywać mnie wszechogarniająca frustracja i narastające napięcie.

- Przestań zachowywać się jak dziecko i doprowadzać mnie do szału! - krzyknęłam głośno, zupełnie jakby znajdował się poza zasięgiem mojego wzroku. Było to pewnie niepotrzebne, ale czułam, że lada chwila wybuchnę jak Etna.

Przez chwilę patrzyliśmy się na siebie w milczeniu. Ja, pełna skupienia, ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi ustami, miałam nieodpartą ochotę potrząsnąć nim z całej siły, aby wreszcie przemówił. Zrobił coś, dokończył to, co zaczął.

- Oddychaj, sweetie - wymamrotał, dotykając mojej brody i jednym ruchem unosząc moją twarz, by spojrzeć mi w oczy. - Musisz się najpierw uspokoić.

W tej chwili zaczął głaskać mnie po ręce. Bez dłuższego namysłu ze złością zrzuciłam jego rękę, która zaczęła wykonywać bliżej niesprecyzowane ruchy wokół mojego ramienia. Co on sobie myśli? Za kogo mnie ma? Czy wreszcie, do jaśnistej cholery, dowiem się, co się wydarzyło? Czy będziemy tak tkwić na skraju chodnika w nieskończoność, aż zaleje mnie krew z niepewności i konsternacji?

- Musisz coś wiedzieć, ponieważ wszyscy na ciebie czekają. Będziesz miała tu wielu przyjaciół i zadbam o to, żebyś się dobrze czuła - powiedział, nie dając mi nadal odpowiedzi, na którą tak czekałam.

- Kim są wszyscy? Co to oznacza? Powiedz wreszcie wprost, bo to już przestało być dla mnie zabawne, rozumiesz? - odparłam, mrużąc oczy niczym dziki kot wpatrujący się w zdobycz, na którą zaraz się rzuci i rozszarpie.

- Widzisz, powiedziałem, że jesteśmy razem. I tak będziemy dzielić razem pokój, wszyscy będą nas widywać na co dzień. Będziemy pracować w jednym... - Nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ w tym momencie mimowolnie moja zaciśnięta pięść powędrowała w jego stronę, zatrzymując się na jego ramieniu. Tego się nie spodziewał. Uderzyłam go, na jego twarzy pojawił się grymas bólu pomieszanego ze zdziwieniem.

- Co powiedziałeś?! Dlaczego?! Prosiłam cię tyle razy o to, żebyś nie mówił takich rzeczy! Są tylko i wyłącznie wytworem twojej chorej wyobraźni! Nie wywierał na mnie presji. A ty co?! Sprowadziłeś mnie tu podstępem?!

Myślałam, że eksploduję. Zupełnie nie wiedziałam, co mam zrobić. Co powinnam czuć. Nie obchodziło mnie to, co jest odpowiednie, a co nie. Furia zalała moje filigranowe ciało, pulsowała we mnie, a człowiek, który stał przede mną, właściwie to jego obecność powodowała, że zaczęłam coraz szybciej oddychać.

- Po co się unosisz? To nic wielkiego. Wiem, że nie jesteśmy razem, ale wszyscy wypytywali o ciebie. Nie wiedziałem, co powiedzieć... - Urwał, bo nie pozwoliłam mu dokończyć zdania.

- Jeszcze pytasz po co?! Nie wierzę... Po to może, że nie jestem twoją własnością?! Za kogo ty się uważasz?! Myślisz, że masz nade mną władzę?! - wrzeszczałam pozbawiona wszelkich hamulców.

- Nie sądziłem, że się zezłościsz, przecież ten pokój jest nasz. Tak samo mój, jak i twój. - Wskazał głową w stronę pokoju, od którego zdążyliśmy się oddalić.

- Tak, ale jak ty sobie to wyobrażasz? Sądzisz, że będę udawała kogoś, kim nie jestem, bo taka jest twoja zachcianka?! Po co mnie tu ściągnąłeś? Jak mogę ci ufać i kim ty właściwie jesteś, że robisz mi coś takiego?! - kontynuowałam, nie będąc w stanie się uspokoić ani uciszyć. - Wiem, że będziemy mieszkać i pracować w tym samym miejscu, ale ja nie jestem twoją dziewczyną ani kimś, komu możesz wydawać polecenia, tylko dlatego że jestem z dala od moich bliskich.

- Oczywiście, że nie, przecież tak nie powiedziałem...

Spojrzałam na niego z jeszcze większą wściekłością.

- Nie powiedziałeś? Zrobiłeś! Co ty sobie w ogóle wyobrażałeś? - wrzeszczałam, czując bezsilność. Moja frustracja i złość zwiększały się jeszcze bardziej, gdy zaczęłam rozumieć, że nie ma żadnego rozsądnego rozwiązania w zaistniałej sytuacji.

- Zobaczysz, że spodoba ci się tutaj. Będę się tobą opiekować i pomagać ci. Zrobię wszystko, żebyś... - Tu urwał. Mogłam się domyślać, co chciał powiedzieć.

- Ale ja nie potrzebuję opiekuna! Jestem dorosła, potrafię sama o siebie zadbać. Decydować za siebie. Nie traktuj mnie jak dziecko, tylko dlatego że jesteś ode mnie starszy. Radziłam sobie, zanim cię poznałam, i będę nadal. Nie potrzebuję kogoś, kto będzie mnie prowadził za rękę. Nie jestem niepełnosprawna! Jestem w stanie decydować za siebie! - Czułam, że dłużej tego nie zniosę, jeśli nie rozwalę czegoś na części, nie dam upustu mojej złości.

- Masz rację. Wcale nie uważam, że jesteś dzieckiem. Nie chciałem, żebyś tak zareagowała i tak się poczuła. - Próbował załagodzić sytuację i bezskutecznie zapanować nad moim gniewem.

- Jasne, że nie! Nie wiem, czego chciałeś, a czego nie. Po prostu... Wiesz co... Nie wiem, co o tym myśleć. Rozsadza mi głowę. Kurwa! - wrzasnęłam, zupełnie jakby przekleństwa miały mi w czymkolwiek pomóc.

- Uspokój się, proszę. Chcę dla ciebie jak najlepiej, sweets - kontynuował, jakby nie dostrzegał mojej złości. Dolewał tylko oliwy do ognia.

Spojrzałam na niego, nie mając pojęcia, co zrobić i jak się zachować. Myśli napływały mi do głowy i kłębiły się, powodując pisk rozsadzający moją czaszkę. Myślałam, że zwariuję. Zaczęłam nerwowo rozglądać się wokoło, po czym zrobiłam coś, na co chyba sama nie byłam przygotowana. Wybuchłam śmiechem, zakrywając połowę twarzy dłonią. A on stał jak wryty. Nie zdawał sobie sprawy z mojej wewnętrznej krzątaniny i walki, która była zmaganiem się z samą sobą. Nie wierzyłam w to, co przed chwilą usłyszałam. Zdawało mi się, że oszaleję. Natłok emocji powodował, że czułam się skonfundowana. Nie byłam w stanie tego opisać. Miałam ochotę rozedrzeć go na strzępy. Co z tego, że byłam prawie o głowę niższa, drobniejsza i słabsza. Poczułam wraz z wściekłością nagły przypływ siły, której chciałam za wszelką cenę użyć i dać upust mojej furii. Po prostu rozerwać go na drobne kawałki i wysłać w kosmos bez możliwości powrotu. Oddychałam ciężko, a moja klatka piersiowa unosiła się nierówno. Poczułam, jak krew napływa do mojej twarzy, zęby miałam zaciśnięte, a moje usta wygięły się w grymasie. Nie potrafiłam się kontrolować ani zapanować nad mową własnego ciała. Nie spostrzegłam nawet, że moje dłonie zaciskały się teraz mimowolnie w pięści.

- Co, do kurwy, sobie myślałeś?! Że jestem twoją własnością?! Że możesz mnie przesuwać jak przedmiot?! - darłam się na niego, a on nadal nie reagował. Patrzył tylko tępym wzrokiem na to, co robię. Jego spojrzenie i zachowanie jeszcze bardziej mnie rozjuszało.

- Mówiłem, żebyś się uspokoiła. Nie będę tego słuchał. Zachowuj się jak dorosła! Nie jesteś dzieckiem, sama tak mówiłaś. Wyluzuj. - Patrzył na mnie spode łba, wypowiadał te słowa z nadzieją, że go posłucham.

- Słucham?! Jak mam się uspokoić? Co twoim zdaniem powinnam... Zresztą to nie ma znaczenia! Nie będziesz mi mówił, co mam robić, nie będę cicho, tylko dlatego, że w tej chwili sobie tego życzysz. To tak nie działa, Geoffrey! - wymamrotałam przez zaciśnięte zęby, posyłając mu piorunujące spojrzenie.

- Wyluzuj... - Znów zaczął te idiotyczne teksty i teraz w dodatku jeszcze próbował mnie objąć jak gdyby nigdy nic.

Wzdrygnęłam się, ubiegłam jego ruch, robiąc unik. Wcześniej zaciśnięte pięści uderzyły w jego klatkę piersiową. Zrobiłam to z całkiem dużą siłą, ale nie mogłam się z nim równać. Odbiłam się od jego torsu niczym od tarczy, która chroniła go przed moimi pociskami, zachwiałam się, tracąc niemalże równowagę. W chwili, kiedy moje ciało zgięło się w pałąk, z impetem opadając bezwładnie w tył, ktoś gwałtownie chwycił je i doprowadził do pionu. Geoffrey złapał mnie w ostatniej chwili za łokieć, chroniąc przed upadkiem na ziemię. Poczułam silne i stanowcze szarpnięcie. Myślałam, że ktoś chce mi wyrwać rękę ze stawu razem z kością. Chwilę później trzymał mnie za barki, nerwowo zaglądając mi w oczy, które przymknęłam, gdyż zakręciło mi się w głowie. Odetchnęłam, łapiąc spokojnie powietrze, próbując bez pomocy stać prosto, o własnych siłach. Potrząsnęłam głową, jak ktoś wybudzony ze snu, kto jeszcze nie jest pewien, czy to jawa, czy sen, i zimną ręką dotknęłam skroni.

- Trzymasz się, sweets? Nic ci nie jest? - Jego głos szybko sprowadził mnie na ziemię. Był oszołomiony. - Prosiłem przecież, żebyś się uspokoiła - mówił do mnie ściszonym głosem, gładząc prawy policzek.

- Tak. Chyba tak - odpowiedziałam z niedowierzaniem, wciąż analizowałam w mojej głowie to, co się wydarzyło w ciągu zaledwie kilkunastu godzin od mojego przyjazdu tutaj. Poczułam ścisk w żołądku. Spojrzałam na Geoffreya, chociaż wolałabym się znaleźć teraz zupełnie gdzieś indziej. Nie było odwrotu. Musiałam stawić czoła temu, co miało się wydarzyć. Walczyłam długo ze sobą, by się wyciszyć, chociaż na chwilę. Byłam roztrzęsiona. Robiło mi się na przemian ciepło i zimno. Pomyślałam, że to dobry moment, by się napić. Chciałam wyłączyć w jakiś sposób to, jak się czuję. Nie mogłam. Pragnęłam tylko tego, aby opanować własne emocje, kiedy jego ręce zaczęły znowu oplatać moje ciało. Byłam odrętwiała, wręcz sztywna i napięta, ale nie, tym razem zdecydowałam się powstrzymać od gwałtownych reakcji. W chwili, kiedy jego palce próbowały spleść się z moimi, oddaliłam się, kręcąc przecząco głową. Patrząc na niego z pełną powagą, powiedziałam:

- Przestań. Nawet nie waż się zaczynać...

Ruszyliśmy przed siebie w ciszy. Nie śmiał odezwać się do mnie słowem, a to wydawało mi się idealnym rozwiązaniem w zaistniałej sytuacji, ponieważ nie miałam ochoty kłócić się z nim, słuchać jego argumentów czy dyskutować o czymkolwiek.

Zmierzałam przed siebie pewnym krokiem, nadal nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Wiatr świszczał w moich uszach. Szłam wzdłuż położonej na wzniesieniu ścieżki, gdy moim oczom ukazała się niekończąca się, wzburzona falami turkusowa głębia. Widok zaparł mi dech w piersiach. Nigdy nie myślałam o tym, czy chciałabym mieszkać gdzieś w pobliżu morza lub oceanu, teraz obraz przed moimi oczami zachwycił mnie niezaprzeczalnie. Chciałam aż przystanąć, by móc lepiej zachować w umyśle piękno tego miejsca. Będę miała dużo czasu, by poznać jego magię, pomyślałam, uśmiechając się sama do siebie. Schodziliśmy teraz schodami, mijając świeżo pomalowane białą farbą drewniane ogrodzenie. Zauważyłam teraz dalszą część ogrodu, usytuowaną tuż przy brzegu szalejącej wody. Zieleń i odcienie niebieskiego komponowały się harmonijnie, a widok ten uspokajał mnie. Zdawał się antidotum na to wszystko, co wydarzyło się w tak krótkim czasie, od kiedy się tutaj pojawiłam. Byliśmy już praktycznie na samym dole i weszliśmy na olbrzymi taras, na którym letnie parasole chroniące przed słońcem, w kolorze beżu były starannie ułożone w rzędach. Mogłam przyjrzeć się wysokim trawom w wielkich donicach ogrodzonych drewnianymi balustradami, mimo zimowej pory wciąż nie straciły kolorów i tańczyły z gracją w rytm porywów jeszcze lodowatego wiatru. Zaciągnęłam się orzeźwiającym zapachem powietrza, pełnym wilgoci i chłodu. Mogłabym przebywać wśród tych roślin non stop i lustrować je spojrzeniem, jak zwykłam to robić, gdy bywałam w palmiarni. Sukulenty umiejscowione w masywnych, ceramicznych donicach były wybujałe, kształtne i mięsiste. Wyglądały cudownie. Idąc po drewnianej podłodze, wciąż na zewnątrz, zetknęłam się z gigantycznymi oknami, które od góry przypominały kształt deltoidów. Zapewne dodawały wnętrzu niepowtarzalnego wyglądu i charakteru, a perspektywa siedzenia w budynku z kieliszkiem prosecco w ręku i możliwością cieszenia się bezgranicznym pięknem wody, roślinności i pobliskiego miasteczka była bardzo kusząca. Podążając teraz za Geoffreyem, mijałam idealnie podcięte krzewy, które dzięki pracy rąk ogrodników miały przyjemny dla oka kształt i zyskały na objętości.

Kompleks budynków, do którego za chwilę miałam wejść, został pomalowany w tonacji bieli i beżu. Wszystko wyglądało świeżo i jasno. Właśnie tak, jak lubiłam. Rozglądałam się jeszcze przez chwilę, zanim Geoffrey otworzył drzwi, a potem weszłam do ciemnego pomieszczenia, w którym dominował kolor bordowy, przeplatany złotym. Poczułam zapach chlorowanej wody, od razu pomyślałam, że tuż obok musi znajdować się basen. Trzymając nadal ręce w kieszeniach, szłam za moim współlokatorem, którego - biorąc pod uwagę okoliczności - zamieniłabym na kogoś innego, kto nie działa tak pobudzająco na moje nerwy. Zdaję się, że nikt w tej kwestii nie pozostawił mi wolności wyboru. Wnętrze korytarza, po którym się poruszaliśmy, wydawało mi się nieco ponure. Stawiając kolejne kroki, słyszałam coraz głośniejsze dźwięki muzyki i rozmów. Gdzieś w połowie drogi światła rozbłysnęły, nadając miejscu zupełnie inny entourage. Na chwilę oślepiła mnie jasność i błysk świateł. Zobaczyłam przed sobą całkiem pokaźną scenę oświetloną reflektorami, a tuż za nią rzędy krzeseł, a także ponumerowane stoliki. Pomieszczenie było pełne ludzi w różnym wieku. Wysoki mężczyzna z wyraźną siwizną we włosach ubrany był w dobrze skrojone spodnie, białą koszulę, którą przykrywała kamizelka, a na nią narzuconą miał szarą marynarkę. Przemawiał do mikrofonu, a zebrany tłum słuchał go z zaciekawieniem. Miałam poczucie, że jesteśmy spóźnieni, patrząc na zgromadzonych ludzi siedzących przy stolikach z plikiem arkuszy i dokumentów. Nie chciałam zbytnio zwracać na siebie uwagi, wystarczyło, że zrobiliśmy "wejście". Znalazłam stolik z wolnymi miejscami, postanowiłam go zająć, abyśmy wreszcie mogli usiąść, nie robiąc niepotrzebnego zamieszania.

- Chodźcie tutaj. Zmieścimy się wszyscy - zwróciła się do mnie dziewczyna z przyjaznym wyrazem twarzy. Miała brązowe włosy i niebieskie oczy, było w niej coś, co roztaczało wokoło niej pozytywną aurę i energię. Siedziała z gromadką ludzi, obok niej dostrzegłam blondynkę o bardzo jasnej cerze. Uśmiechnęłam się do niej, znacznie unosząc kąciki moich ust, i przysunęłam krzesło do zajętego już kilkuosobowego stolika.

- Dzięki, to miłe z twojej strony - rzuciłam do ciemnowłosej dziewczyny głosem pełnym życzliwości.

Sprawiała nieodparte wrażenie niesamowicie pozytywnej osoby. Siedząc obok niej i innych ludzi, poczułam pozytywne wibracje.

- Nie ma sprawy. Czegokolwiek będziesz potrzebowała, jestem tutaj dla ciebie - rzekła, poprawiając stylowe okulary z czarnymi oprawkami.

I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą byłam sceptycznie nastawiona do tego miejsca, jednak po słowach dziewczyny wydało mi się, że wszystko będzie dobrze, że nie warto żyć frustracjami związanymi z Geoffreyem. Pora skoncentrować się na dobrych rzeczach, a te może właśnie tutaj mi się przydarzą.

Podobnie jak inni kończyłam wypełnianie dokumentów związanych z profilem mojej osoby w firmie, kiedy dojrzały, posiwiały mężczyzna zszedł ze sceny i uruchomił rzutnik z prezentacją. Jeszcze przez kilkanaście najbliższych minut słuchałam przygotowanego wykładu związanego z firmą, doradztwem, targetem klientów, indywidualnym podejściem do każdego, kto potencjalnie mógłby się nim stać. W końcu nadszedł czas na zestawienia finansowe. Na ogromnym tle tuż za sceną widniało mnóstwo wykresów, słupków, tabeli, które przyszła pora przeanalizować. Wszystko, co kojarzyło mi się z matematyką, przyprawiało mnie o mdłości, jednak na szczęście teraz nie byłam na lekcjach matematyki, tylko na zebraniu pracowników i niezależnie od tego, jakie były moje osobiste odczucia, moim obowiązkiem było uczestnictwo w tym ważnym spotkaniu. Nie trwało ono bardzo długo, kiedy przekopaliśmy się przez bilans dochodów i przychodów, skrupulatnie analizując wszelkie czynniki mające na nie wpływ. Wypełniliśmy indywidualne ankiety, naszym zadaniem było zaproponowanie tego, co moglibyśmy zrobić lepiej, aby wznieść filię firmy na jeszcze wyższy szczebel. Nie było to pierwsze tego typu miejsce, w którym pracowałam, zatem miałam ogląd i wiedzę związaną z funkcjonowaniem i rozwojem firmy. Nie uważałam się absolutnie za eksperta, ale pozwoliłam sobie w mojej ankiecie na wpisanie moim zdaniem istotnych uwag i propozycji. Grupki osób zebrane przy stolikach nadal dyskutowały i rozważały wiele strategii, podając argumenty "za" i "przeciw", wzajemnie się naradzając i przeprowadzając głosowania. Zebranie okazało się istną burzą mózgów, a pracownicy z poszczególnych działów i szczebli firmy z niezwykłą rzetelnością i zaangażowaniem podeszli do sprawy. Mnie samą pochłonęła dyskusja związana z moim miejscem pracy.

Kiedy po około dwóch godzinach wszystko dobiegało końca, poczułam ssanie w brzuchu, nie było to dziwne, gdyż od wczoraj niczego nie miałam w ustach, prócz kawy, która na dobrych parę godzin zabiła uczucie głodu, skutecznie oszukując ciało, by nie domagało się niedostarczonych kalorii. Rozmowa z uroczą brunetką i jej współtowarzyszami oraz interesujący przebieg spotkania spowodowały, że zupełnie zapomniałam o obecności Geoffreya, który nadal przecież znajdował się przy mnie. Nie sprawiał wrażenia osoby wciągniętej w dyskusję ani w żaden sposób biorącej udział w tym, co działo się tu i teraz. Z nogą zarzuconą na nogę przewijał jakąś stronę na swoim iPhonie, poza tym żuł gumę, czego niestety nie chciał ukryć. Spojrzałam na niego karcąco, nie kryjąc zażenowania, ale jego spojrzenie nie spotkało się z moim. Nadal skrolował palcem jakąś stronę internetową, tym razem dla odmiany śmiejąc się cicho pod nosem. Czasami patrząc na jego zachowanie, nie dowierzałam w to, co widzę. Wydawał mi się daleki od rzeczywistości, dla niego byłoby lepiej, gdyby taki pozostał. Zignorował mnie lub po prostu nie był świadomy, że patrzę. Odwróciłam od niego powoli głowę, ponieważ - szczerze mówiąc - nie miałam pojęcia, jak się zachować. Czy przedstawić go ludziom przy wspólnym stoliku? Jako niby kogo?! Czy udać, że go zwyczajnie w świecie tutaj nie ma? Nie, nie miało to sensu. On nie trudził się, by z kimkolwiek nawiązać kontakt, więc tym bardziej ja nie powinnam robić tego za niego. Byłam już w doskonałym nastroju, gdy śliczna brunetka wraz ze swoją przesympatyczną blond przyjaciółką zapoznała mnie już z prawie połową zebranych ludzi. Szybko wymieniałam uśmiechy i uściski dłoni. Zauważyłam również w tłumie grupkę ludzi stających nieco z dala od pozostałych. Jedna kobieta wyraźnie świdrowała mnie wzrokiem. Po paru minutach nie mogłam udać, że tego nie dostrzegam, gdyż zaczęło mnie to irytować. Na chwilę przeprosiłam towarzystwo, z którym spędzałam czas na wspólnej rozmowie. Wstałam gwałtownie, po czym szybko wsunęłam za sobą krzesło. Delikatnie chwyciłam brunetkę za ramię, dotykając koniuszkami palców jej obojczyka. Odsunęła się, ustępując mi, jej uśmiech nadal nie znikał z twarzy. Byłam już w połowie sali, kiedy zderzyłam się ze stolikiem i instynktownie szybko dotknęłam jego krawędzi, upewniając się, że zaraz nie runie przez moją gwałtowność i niezdarność. Na moje szczęście, podobnie jak wszystkie inne, był na stałe przymocowany do hebanowej, eleganckiej podłogi. Szłam pewnym krokiem, mijając kolejne twarze. Nie znałam kobiety wpatrzonej we mnie, ale ten świdrujący wzrok spowodował, że chciałam podejść do nieznajomej. Dzieliło nas jakieś sześć metrów, jednak w pomieszczeniu wciąż było tłoczno, odległość ta zdawała się wynosić co najmniej kilometr. Kobieta stała w grupce roześmianych osób. Jeden z rozmówców chwycił ją za ramię, pokazując rząd zębów w uśmiechu. Czy mnie nie widzi? Czy ignoruje? Przecież ściągnęła mnie tutaj wzrokiem, pomyślałam, próbując wciąż w jak najbardziej kulturalny sposób przedrzeć się przez salę zapełnioną ludźmi. Towarzyszyło mi zniecierpliwienie. W powietrzu unosiło się ciepło ludzkich ciał, słyszałam głośne rozmowy, różne akcenty, które jednocześnie wdzierały się do mojej głowy. Byłam w stanie rozpoznać kilka z nich. Kiedy mój umysł przyzwyczaił się do wszechobecnego gwaru, stanęłam w miejscu, gdzie jeszcze parę sekund wcześniejznajdowała się kobieta, która bacznie mi się przyglądała. Teraz miejsce pod ścianą było puste, nie było tam już nawet jej towarzyszy. Rozejrzałam się ze zdziwieniem po przestronnym i eleganckim pomieszczeniu, w którym znajdowałam się od pewnego czasu, ale nie byłam w stanie doścignąć wzrokiem postaci, która tak bacznie mi się przyglądała. Kim była? Dokąd poszła? Przecież nie mogła ot tak rozpłynąć się w powietrzu. Szybko rozejrzałam się po ogromnym pomieszczeniu, szukając wyjścia z tej strony, dostrzegłam je, było dwudrzwiowe. Bez chwili namysłu ruszyłam przed siebie. Mijałam niezliczoną liczbę pomieszczeń, dotarłam do miejsca, które zapewne było barem, gdyż zewsząd można było dostrzec różnorodność trunków, rzędy likierów, wódek, ginów i whisky zajmowały półki. Rzuciłam okiem na zawartość baru, ujrzałam kompozycję butelek z alkoholem marki Bacardi, Kraken Black Spiced Rum, Aperol, Campari, Sheridan's, Jim Beam, Johnnie Walker i te landrynkowe, przypominające barwne kryształki, mieniące się w świetle szkła i przepełnione ginami. Było ich zapewne więcej, ale to właśnie te nazwy trunków zakodował mój umysł. Krzątałam się jeszcze przez chwilę między eleganckimi, skórzanymi, beżowymi meblami, zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie wiem, w której części budynku jestem. Pogoń za tajemniczą kobietą zaprowadziła mnie w labirynt pomieszczeń, z których musiałam się teraz wydostać. Zostawiłam wszystkich za sobą. W momencie, gdy ta nieznajoma zaintrygowała mnie tak bardzo. Oczywiście nie mogłam nie dać upustu mojej ciekawości. Musiałam tu przyjść. Zaklęłam pod nosem i skierowałam się w stronę ogromnych okien z widokiem na wzburzoną wodę, kiedy zdałam sobie sprawę, że zostawiłam na krześle kurtkę wraz z moją komórką. Brawo ja, pomyślałam i ponownie zaklęłam. Dopiero teraz przypomniałam sobie o nim. Geoffrey! Został tam i przez to durne wlepianie oczu w telefon nawet nie spostrzegł, kiedy wyszłam bez niego. W sumie lepiej dla mnie. Chociaż przez chwilę nie denerwuje mnie swoją obecnością. Nie spodziewałam się, że utknę tu, gdziekolwiek byłam. Podeszłam do gigantycznego skórzanego fotela i pozwoliłam mojemu ciału się w nim zapaść.

Siedziałam tak w bezruchu zaledwie przez chwilę, próbując delektować się ciszą i widokiem z okna. Zastanawiałam się, czy Geoffrey już zaczął mnie szukać, czy może moje zniknięcie jest mu na rękę. Odtworzyłam sobie w głowie naszą rozmowę sprzed paru godzin, natychmiast pojawiła się gula w gardle. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak postąpił i do czego jest jeszcze w stanie się posunąć, aby mieć mnie tylko dla siebie. Przecież to było chore. Czułam się zmieszana, nie miałam pojęcia, jak w ogóle powinnam się zachować w sytuacji, którą on stworzył. Niezaprzeczalnie narastała we mnie złość. Nie miałam pojęcia, jak będzie wyglądało moje codziennie życie w jego uciążliwym towarzystwie, ale rozsądek podpowiadał mi, że nie może być normalne i spokojne. Nie byłam w stanie dużej wytrzymać w fotelu. Zaczęłam się w nim wiercić, po chwili zerwałam się na równe nogi. W odbiciu szyby zobaczyłam postać kobiety, za którą szłam, zanim znalazłam się tutaj. Podeszła do mnie powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku, który świdrował mnie tak, że zaczęłam czuć się niekomfortowo.

- Zakładam, że jesteś tu z Geoffreyem - zaczęła, patrząc mi prosto w oczy.

- Nie mam pojęcia, kim jesteś i dlaczego zadajesz mi pytania. Kulturalnie byłoby się najpierw przedstawić, zanim zaczniesz mnie o cokolwiek wypytywać.

Tak, nie mogłam być bardziej subtelna. To było bardzo w moim stylu.

- Jestem zaskoczona, że jesteś taka wyszczekana...

- Co to znaczy? Kim ty, do cholery, jesteś, że najpierw patrzysz się na mnie, jakbyś zobaczyła zjawisko paranormalne, a potem zjawiasz się znikąd i zaczynasz ze mną rozmawiać? Byłoby miło, gdybyś to ty powiedziała mi o sobie coś więcej, zanim zaczniesz przeprowadzać ze mną wywiad - rzuciłam w jej stronę, tym razem spokojniejszym tonem, próbując sprawić, by ta rozmowa nie była pozbawiona kultury. - Co ty niby w ogóle o mnie wiesz?

- Myślałam, że będziesz nieco inna. Przynajmniej z charakteru, ale pomyliłam się. Jesteś bardziej temperamentna, niż mogłam sobie wyobrazić.

- Czy mogłabyś mi łaskawie powiedzieć, o co ci chodzi? Proszę... - Nie chciałam zirytować mojej rozmówczyni. W końcu to ona zaintrygowała mnie na tyle, że niemal wybiegłam z bordowej sali z zamiarem porozmawiania z nią. Nie chciałam zmarnować szansy, postanowiłam zatem nieco sobie darować uszczypliwości. W końcu ona w niczym mi nie zawiniła, tylko Geoffrey tymi swoimi wyszukanymi sposobami i próbami zamknięcia mnie w klatce, jakbym należała do niego.

- Nie jesteś po prostu pierwszą dziewczyną, która jest tu na wyspie z Geoffreyem. Może powinnaś to wiedzieć.

- Jak to na wyspie? To on już tutaj wcześniej bywał? - Wlepiłam w nią swoje niebiesko-zielone, duże oczy.

- Bywał? Heh, dobre. Mieszkał tutaj i pracował. - Wskazała głową na nasze otoczenie. - To on ci nic nie powiedział? - zaczęła badawczym tonem, na jej twarzy zdziwienie mieszało się ze strachem.

- Ummm, nic o tym mi nie wiadomo. Nigdy nie wnikałam w jego przeszłość. Ostatecznie, jakby podsumować rzeczy, które o nim wiem, to jest ich zadziwiająco mało. To trochę jak rozsypane puzzle jakiejś układanki. - Wzdrygnęłam ramionami.

- Dobrze to ujęłaś, a jeszcze lepiej, że jesteś bystra. Poprzednia taka nie była...

Zapadła niezręczna cisza, którą obie bałyśmy się w jakiś sposób przerwać. Nie chciałam być zbyt niecierpliwa, żeby nie zdenerwować kobiety, która wciąż stała przede mną. Z jednej strony chciałam dowiedzieć się od niej jak najwięcej, z drugiej niezbyt taktowne było pytanie nieznajomej o wszystko, co przychodziło mi do głowy. Postanowiłam być powściągliwa, w granicach moich możliwości. Patrzyła na mnie teraz z zakłopotaniem, jakby sądziła, że za wiedzę, którą posiada, spotka którąś z nas kara. Zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu, nie wiedząc, jak się powinnam zachować. Widząc moje zniecierpliwienie, odchrząknęła i zaczęła znowu mówić.

- Pewnie wiele rzeczy wydaje ci się dziwnych. Widzisz, ja nie będę cię okłamywać. Nie chcę być twoim wrogiem, wydajesz się fajna. Sądzę, że warto, abyś wiedziała, że on po prostu nie jest tak szczerą osobą, jaką próbuje być. Zna go tutaj parę osób, pracują tu od lat. Wrócił po prostu z kolejną dziewczyną.

Próbowałam ochłonąć i przeanalizować to, co właśnie usłyszałam, ale brzmiało to tak tajemniczo, a moja rozmówczyni zdawała się dozować mi informacje z pewną ostrożnością.

- Nie znam cię. Za to wydajesz się wiedzieć coś, co sprawia, że zaczynam się niepokoić, i nie wiem sama, jak powinnam zareagować na informacje, które w tej chwili zaczyna przyswajać moja głowa.

- Rozumiem. Nie chciałam cię wystraszyć. Nie będę nikogo obgadywać, bo on osobiście w niczym mi nie zawinił, ale zjawiłaś się tutaj z nim i wydaje się to nie być kolejnym przypadkiem.

Myśli napływały mi potokiem do głowy, a wraz z nimi pojawiały się pytania, na które czułam, że niełatwo znajdę odpowiedź. Jednak w jakiś sposób przemawiało do mnie to, co mówiła nieznajoma. Geoffrey był typem outsidera, nie lubił i nie mówił zbyt wiele na swój temat. Wszystkie historie z życia osobistego ograniczał do minimum. Ponadto miał na wszystko przygotowane wytłumaczenie. Często wydawało mi się, że to, co próbuje mi przedstawić, mija się z prawdą. Nie wierzyłam mu do końca. Z tego samego też powodu nie potrafiłam mu w żaden sposób zaufać.

- Nie wystraszyłaś mnie. Dziwi mnie ta rozmowa. Wszystko wydaje się mało realne. Nie zrozum mnie źle, nie oceniam cię i nie będę, jakaś część mnie jest wdzięczna za to, co mówisz, chociaż wiem, że teraz nie będę mogła przestać myśleć o tym wszystkim.

- Jak długo go w ogóle znasz? Jakim cudem się tu znalazłaś?

- Kilka miesięcy - odpowiedziałam zdawkowo. Nie zamierzałam opowiadać jej o sobie, zatem nie miało sensu być zbyt otwartym wobec osoby, którą widziałam na oczy po raz pierwszy.

- Jasne. Zrozumiałe. Nie chcę cię denerwować, bo weźmiesz mnie za wariatkę. Chciałam ci delikatnie coś naświetlić, a to, co z tą wiedzą zrobisz... zależy tylko od ciebie.

- Taaak, chyba masz rację. Nie wiem, co ci więcej mogę powiedzieć. Dziwna ta nasza rozmowa...

- Przepraszam. Mogłam się liczyć z tym, że wpędzę cię w zakłopotanie. Nie miałam takich intencji.

Tak, dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane, pomyślałam, wciąż ostrożnie przyglądając się starszej o około piętnaście lat ode mnie kobiecie.

- Nie obwiniam cię. Nie przejmuj się mną aż tak bardzo. Zaczęłaś coś mówić o jakiejś dziewczynie, czy mogłabyś, proszę, wspomnieć o niej coś więcej? Kim była? Powiedz, bo w przeciwnym razie zostawisz mnie z mnóstwem pytań.

- Nie musisz być zazdrosna. Nie sądzę, aby mieli ze sobą do teraz jakikolwiek kontakt. Byli razem, ale to było... jakieś może pięć lat temu? Nie pamiętam dokładnie. Mieszkali tutaj. Wydawali się początkowo szczęśliwi i zgodni.

- Och, ja naprawdę nie jestem zazdrosna. To w ogóle nie jest tak... Wiesz z zresztą, jaki ja mogę mieć wpływ na czyjąś przeszłość. Nie będę nikogo z niej rozliczać. - Wcale nie czułam się normalnie, mówiąc to, ponieważ zaczęło do mnie docierać, że ona myśli, że ja i Geoffrey naprawdę jesteśmy razem. Skrzywiłam się mimowolnie, już mogłam przypuszczać, co mnie czeka i z czym przyjdzie mi się wkrótce zmierzyć.

- Nie powinnam pewnie w ogóle ci nic mówić. Niepotrzebnie zawracam ci głowę jak jakaś paranoiczka. - Starała się teraz wycofać, abym zapomniała o tym, co już zdążyła mi powiedzieć i zasugerować.

Patrzyłam na nią, nie kryjąc uśmiechu na ustach.

- Uspokój się. Załóżmy, że teraz muszę wiedzieć coś więcej, a ty posiadasz tę wiedzę, która przez najbliższy czas nie będzie mi dawała żyć. Bądź tak uprzejma i powiedz coś jeszcze. Zostanie to między nami. Nie mam potrzeby plotkowania i dzielenia się z innymi tym, co mi powiedziałaś i zakładam, że powiesz. Nie znam tu wielu ludzi. Zwyczajnie chcę mieć znajomych, skoro spędzę tutaj najbliższe miesiące.

- Sama nie wiem, co mogę ci jeszcze powiedzieć. Nie jestem szpiegiem. Zwyczajnie zdziwiło mnie to, że ściągnął tutaj kolejną młodą dziewczynę. Dobrze dla ciebie, że nie wydajesz się być tak naiwna jak poprzednia.

- Co to wszystko ma znaczyć? Mówisz ogólnikami, jakbyś celowo chciała, żebym nie doszukiwała się prawdy. Powiedz wreszcie. Coś cię skłoniło do tego, żeby zacząć tę rozmowę ze mną i powiedzieć mi coś, co zmienia postać rzeczy. Nie wiem, co o nim wiesz, ale nasza relacja nie jest taka, na jaką może wyglądać. Jestem tu z innego powodu niż jego osoba.

Wlepiała we mnie wzrok, jakby nie wierzyła w to, co słyszy. Nie rozumiałam, co takiego niesamowitego powiedziałam, że znowu zaczęła mi się badawczo przyglądać. Miałam powoli dosyć tej rozmowy. Czułam, że nie uda mi się niczego więcej z niej wyciągnąć. Nie wiedziałam, jak wpłynie na moją codzienność to, czego się dowiedziałam. Miałam ochotę już odejść, kiedy usłyszałam huk otwieranego okna i poczułam lodowaty podmuch wiatru. Podbiegłam do okna, żeby je zamknąć, przez ułamek sekundy siłowałam się z potęgą przenikliwego wiatru, odplątywałam połyskujący materiał, który znalazł się teraz po zewnętrznej stronie okna i zwinął niedbale. To sygnał, żeby wreszcie zakończyć tę dyskusję, pomyślałam. Kiedy poprawiłam lejący, przezroczysto-srebrny materiał, zamknęłam okno i podeszłam do kobiety, wydawała się zmieszana całą sytuacją. Sama nie wiedziałam, co zrobić. Nie wiedziałam o niej nic, sam fakt, że nagle zaczęła mi opowiadać jakąś historię z przeszłości Geoffreya, powodował, że czułam się skonfundowana. Niespodziewanie odezwała się do mnie, wyrywając mnie z zamyślenia.

- Proszę, nie mów mu nic o tym, co ci dziś powiedziałam. Zachowaj to dla siebie - powiedziała z zauważalną przeze mnie dozą strachu w głosie.

- Och, nie zamierzałam. O to akurat nie musisz się martwić. A poza tym jak niby twoim zdaniem mogłabym powiedzieć, skoro ja nie wiem nawet, jak masz na imię. Nie sądzę, żeby siedział w tej antycznej szafie i słuchał naszej rozmowy - powiedziałam z nutą ironii i rozbawienia, mimo mojego nietypowego położenia.

- Masz rację, z tego wszystkiego zapomniałam się przedstawić. Jestem Agnes. Przepraszam cię za wszystko, co usłyszałaś dzisiaj. Zapewne wiele osób, które go tu znają, nie pisnęłyby o nim słowa. Ja też nie chciałam, szczerze mówiąc, dopóki cię nie zobaczyłam. Na twoje szczęście jesteś bystra i inteligentna. Dobrze dla ciebie, młoda. Nic o tobie nie wiem, ale czuję, że będzie miał z tobą przeprawę. Zobaczyłam cię pierwszy raz w nocy, kiedy, zdaje się, tu przyjechaliście. Nie widziałam cię dobrze, ale rozpoznałam Geoffreya po głosie. Widziałam zarys drobnej sylwetki, wzrok mnie nie mylił, był z kobietą. Mam nadzieję, że zachowasz wszystko, co usłyszałaś, dla siebie. Wierz mi, tak będzie lepiej. Przynajmniej go nie zezłościsz, jeśli wiesz, o czym mówię, może nie wiesz... bo go jeszcze nie poznałaś. Kiedy dzisiaj miałam okazję ci się nieco przyjrzeć, poczułam dreszcz, coś podpowiadało mi, że lepiej z tobą porozmawiać. Chciałam to zrobić, gdy stałam z Paulo i Henrym, jeszcze zanim przyszła Nicola, ale później stwierdziłam, że nietaktownie cię niepokoić i wyskakiwać z tego typu rozmową. Sama przyznasz, że mało to naturalne. Zobaczyłam cię i przypomniała mi się ona. Była drobna, niższa od ciebie i bardzo delikatna. Jesteście podobnej budowy, dlatego też od razu przypomniała mi się ta dziewczyna.

Słuchałam tych słów w napięciu. Oprócz mnie i jej nie było nikogo w pomieszczeniu. Czułam się nieswojo. Zupełnie jak ktoś, kto bez własnej woli znalazł się w innym miejscu i czasie, niż by sobie tego życzył. Moje położenie było nawet gorsze. Znalazłam się w nowym miejscu, otoczona nieznajomymi ludźmi, którzy coś wiedzą, coś chcą zataić przede mną, czy nawet przed całym światem. W obawie przed kim? Przed czym? Jakie konsekwencje mogą ponieść lub co może mnie spotkać, kiedy jakieś informacje wypłyną z czyichś ust lub odkryję je sama? Czy to przez przypadek, czy na własną rękę. Jednego byłam pewna, mogłam odpowiadać tylko za siebie, nie zostawię tego bez odpowiedzi i będę drążyć, dopóki nie dokopię się do satysfakcjonującej mnie odpowiedzi. Czułam się jak postać z kryminału, która została wciągnięta w nieznaną jej dotąd, niebezpieczną rzeczywistość. Może to porównanie było zbyt wyolbrzymione, ale lepiej nie potrafiłam tego opisać. Sytuacja była nietypowa na tyle, że wydawała się tak samo nielogiczna, co surrealistyczna.

- Mówisz, że był już tutaj kiedyś z kimś innym. Nie znam tej historii. Trudno mi się odnieść do tego, co mi przedstawiłaś. Nie ignoruję tego. Po prostu wprowadziło to w mojej głowie zamęt i muszę sama się z tym uporać. Nie spodziewałam się, że aż tyle wydarzy się w ciągu dwudziestu czterech godzin od mojego przybycia tutaj. To nieco stresujące. Sposób, w jaki mówiłaś. Jestem zdezorientowana. To chyba najlepsze określenie, które przychodzi mi do głowy. Zaszczepiłaś we mnie taką ciekawość, że już teraz chciałabym znać odpowiedzi na wszystkie pytania, które kumulują się w mojej głowie. Nie spodziewałam się tego. To trochę tak, jakby ktoś nagle próbował wtargnąć w cudze życie i chciał je w jakiś sposób zmienić. Nie mam za złe - pośpiesznie dodałam, widząc, że Agnes chwyciła się za głowę. - Po prostu nie wiem... Brzmi to dziwnie i zarazem trochę przerażająco. Jakbyś miała w głowie wspomnienie o jakimś psychopacie i teraz opowiadasz mi coś, do czego ja nie wiem, jak się odnieść, ponieważ nie mam jeszcze wystarczającej wiedzy. Miło znać twoje imię. Wydaje mi się ono najmniej zaskakującą rzeczą spośród wszystkiego, co usłyszałam. Jestem Maureen. - Uśmiechnęłam się do niej lekko, wyciągając rękę, aby mogła ją uścisnąć. W tym samym momencie usłyszałam zbliżające się kroki i moim oczom ukazał się Geoffrey.

Wydawał się zdziwiony, lustrował wzrokiem Agnes. Na jego twarzy malowała się złość. Posłał jej szybkie spojrzenie. Kobieta natychmiastowo wlepiła wzrok w szaro-turkusowy, gruby dywan, na którym staliśmy. Patrzyła na niego jak ktoś, kto spodziewa się kary. Trwało to chwilę. Teraz nie spuszczał z niej gniewnego wzroku, jego twarz zmieniła się diametralnie i ujrzałam szeroki uśmiech. Ruszył w naszą stronę.

- Tutaj jesteś! Wreszcie cię znalazłem. Tak bardzo się martwiłem - powiedział to z takim spokojem w głosie, że byłabym w stanie w to uwierzyć. Zbliżył się do mnie i pocałował mnie w czoło. Nie wiem, co czułam. Nie potrafię opisać słowami emocji, które mi towarzyszyły. - Hej, Agnes, nie widzieliśmy się wieki.

- Miło cię znowu widzieć, Geoffrey. Właśnie zapoznałam się z Maureen. Szukam od rana mojej książki. Zostawiłam ją gdzieś i za cholerę nie mogę znaleźć.

- Tak, wpadłyśmy na siebie, kiedy siedziałam w fotelu, podziwiając widoki. Agnes weszła i zapytała mnie o zgubę. Chciałam pomóc. Przez to, że zostawiłam kurtkę, a w niej telefon, zupełnie straciłam poczucie czasu. Nie mogłam nawet do ciebie napisać, podejrzewałam, że zaczniesz się wreszcie zastanawiać, gdzie jestem - udzieliłam mu bystrze wystarczająco wyczerpującej wypowiedzi, zanim wpadłby na pomysł doszukania się innej wersji zdarzeń.

- To widzę, że zaczęłaś zwiedzanie beze mnie. Mam nadzieję, że wszystko OK i nie zmarzłaś. Miło, że chciałaś komuś pomóc, ale pozwól, że cię teraz zabiorę i zmienimy lokum. Musisz być głodna. Pamiętaj, nie powinnaś jeść nieregularnie i późno. Cieszę się, że cię znalazłem - dokończył, zerkając badawczo na Agnes i obejmując mnie ramieniem, które zaczęło mi ciążyć.

Nie zdążyłam już nic więcej powiedzieć do Agnes. Przechodziliśmy przez ogród. Geoffrey ciągle się do mnie uśmiechał, miałam nieodparte wrażenie, że mi się przygląda. Po chwili zniknęło mi z oczu miejsce, w którym stałam i rozmawiałam z Agnes. Byłam ciekawa, czy ta rozmowa trwałaby jeszcze, gdyby tu nie przyszedł. Zastanawiałam się, czy zechciałaby mi powiedzieć coś więcej. Zjadała mnie ciekawość, jednocześnie czułam zirytowanie, że musiał akurat zjawić się w takim momencie, i jeszcze to spojrzenie, które wymienili. Było w tym coś dziwnego. Patrzyli na siebie z taką ostrożnością, a jednocześnie wrogością. Agnes tylko grała uprzejmą, gdy go zobaczyła, w jej tonie nie było słychać ekscytacji, która zazwyczaj towarzyszy znajomym, którzy po latach nagle się spotkali. Coś musiało być nie tak... A Geoffrey zerkał na nią z taką wściekłością, że zaczęła patrzeć w dywan. Co się tu musiało wydarzyć? Czy oboje coś przede mną ukrywali? Niby po co? Nic w tej chwili nie kleiło się w całość, ale z jedną rzeczą mogłam się zgodzić. Geoffrey był bardzo zaborczy, nie znosił, gdy ktoś mu się sprzeciwiał, miał swoje zdanie. Nieistotne, że sam nie miał racji. Zawsze uważał, że wszystko mu się należy. Nie miał szacunku do ludzi. Ja stanowiłam dla niego wyzwanie, ponieważ nigdy nie pozwalałam mu na to, co chciał zrobić i osiągnąć. Manipulował innymi - to było niezaprzeczalne. Sama tego doświadczałam, tylko jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi, przyzwyczaiłam się do tego i miałam wystarczająco silny charakter, żeby mu się sprzeciwiać. Aż dziw mnie brał, że jeszcze się nie poddał, ale intuicja podpowiadała mi, że szybko i łatwo tego nie zrobi. Westchnęłam, wciąż czując jego mocny uścisk.

- To na co masz ochotę, sweetie? Chińszczyzna, pizza czy może wybierasz healthy option[2]? - zagadał.

- Wszystko mi jedno. Jestem tak głodna, że bez wyrzutów sumienia mogłabym wrzucić w siebie sporą ilość węglowodanów zawartą w śmieciowym żarciu.

Popatrzył na mnie z lekkim niedowierzaniem i objął jeszcze mocniej, chociaż o to nie prosiłam.

[1] Sweets (ang.) - słodziutka; zdrobniałe określenie odnoszące się do bliskiej osoby.

[2] Healthy option (ang.) - zdrowa opcja.